Warning: php_uname() has been disabled for security reasons in /home/magdab02/domains/careerbreak.pl/public_html/wp-content/plugins/googleanalytics/tools/class-support-logging.php on line 123

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /home/magdab02/domains/careerbreak.pl/public_html/wp-content/plugins/googleanalytics/tools/class-support-logging.php:123) in /home/magdab02/domains/careerbreak.pl/public_html/wp-includes/feed-rss2.php on line 8
Careerbreak http://careerbreak.pl O podróżach, radości z życia i emigracji na koniec świata Sun, 12 Mar 2017 10:36:48 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.7.3 (Prawie) dookoła Australii, tydzień 2 & 3 http://careerbreak.pl/2017/03/12/prawie-dookola-australii-tydzien-2-3/ http://careerbreak.pl/2017/03/12/prawie-dookola-australii-tydzien-2-3/#comments Sun, 12 Mar 2017 10:36:48 +0000 http://careerbreak.pl/?p=9132   trasa: Great Sandy National Park – Fraser Island – Gold Coast – Giraween National Park – Sydney – Canberra – Batemans Bay kilometry: 2511   Przeczytaj relację z pierwszego tygodnia podróży (prawie) dookoła Australii Nastepnego dnia ruszamy plażą do miasteczka Rainbow Beach, gdzie zaopatrujemy się w wodę i benzynę (bo te na wyspie występują […]

Artykuł (Prawie) dookoła Australii, tydzień 2 & 3 pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
 

trasa: Great Sandy National Park – Fraser Island – Gold Coast – Giraween National Park – Sydney – Canberra – Batemans Bay

kilometry: 2511

 

Przeczytaj relację z pierwszego tygodnia podróży (prawie) dookoła Australii

Nastepnego dnia ruszamy plażą do miasteczka Rainbow Beach, gdzie zaopatrujemy się w wodę i benzynę (bo te na wyspie występują w bardzo ograniczonym zakresie), a następnie wjeżdżamy na prom, który dowozi nas na Fraser. Nasz pierwszy cel to jezioro Mackenzie, leżące w środkowej części wyspy. Fraser jest wielką kupą piasku, więc jezioro jest nietypowe – ma piękną białą plażę, do tego woda jest krystalicznie czysta i niezwykle ciepła. Bajka.

Noc spędzamy na kempingu przy plaży. Niebo jest tak gwiaździste, że trudno przestać się w nie gapić. Drogę Mleczną widać jak na dłoni.

Rano ruszamy w górną część wyspy, po drodze mijając słynny wrak statku Maheno. Rozbijamy obóz na północnym krańcu wyspy i leniuchujemy. Chłopaki łowią ryby, a ja z Olivią buduję zamki z piasku. Następna noc to kolejny gwiezdny spektakl na niebie. Rano zwijamy obóz i wracamy w drogę powrotną na Gold Coast. Najpierw dwie bite godziny jazdy po plaży, potem prom, i kolejne cztery godziny w samochodzie. Po drodze zatrzymujemy się na punkcie widokowym, gdzie jak na wyciągnięcie ręki widać góry Glasshouse. Na Gold Coast wracamy strasznie zmęczeni, ale zadowoleni.

Zamiast ruszać dalej w drogę zostajemy jeszcze dwa dni na Gold Coast, robiąc niewiele, głównie leniuchując. Z naprawy odbieram apart. Portfel jest lżejszy o kilka stów, ale cieszę się, że aparat udało się naprawić. Robimy kilka przemeblowań w samochodzie, pozbywamy się paru rzeczy, wymieniamy nasz bardzo wygodny, ale zajmujący masę miejsca materac na mniejszy. Te kilka zmian robi ogromną różnicę w kwestii pakowania samochodu. Auto nadal jest załadowane na maksa, wszystko ułożone jak puzzle, gdzie każdy element musi leżeć w odpowiednim miejscu, bo inaczej nic nie pasuje. Ale jest znośnie. Możemy jechać, chyba nie zwariujemy od wiecznego uciskania wszystkiego do samochodu.

 

Kumpel poleca nam park narodowy 3 godziny jazdy na zachód od Gold Coast. Jedziemy. Park nazywa się Giraween i robi wrażenie. Jest pełny ogromnych kamieni i głazów, czasem ułożonych tak jakby zaprzeczały prawom grawitacji. Jest też ogromny monolit, niewiele mniejszy od Uluru. Jest mega stromo, ale udaje mi się wejść na szczyt. Na kempingu każdego ranka i wieczora zjawia się ogromne stado kangurów.

 

Przed nami trasa na południe, w kierunku stanu Wiktoria. Do Sydney dojeżdżamy w 2 i pół dnia. Całą drogę jak nie leje, to pada. W Sydney przez trzy dni leniuchujemy u znajomych. Ciągle pada. Potem dwa dni u znajomych w Canberze.

Kolejne kilka dni to deszcz, deszcz i deszcz. To najgorsza możliwa pogoda, kiedy mieszka się w namiocie, a do tego z dzieckiem. Nie ma co z sobą zrobić. W Batemans Bay z powodu pogody nie udaje nam się zrobić w zasadzie nic. Jest do bani, więc jedziemy szukać słońca dalej na południe.

CDN…

Artykuł (Prawie) dookoła Australii, tydzień 2 & 3 pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2017/03/12/prawie-dookola-australii-tydzien-2-3/feed/ 1
(Prawie) dookoła Australii, tydzień 1 http://careerbreak.pl/2017/03/03/prawie-dookola-australii-tydzien-1/ http://careerbreak.pl/2017/03/03/prawie-dookola-australii-tydzien-1/#comments Thu, 02 Mar 2017 23:16:17 +0000 http://careerbreak.pl/?p=9107 trasa: Sydney – Port Macquarie – Ballina/Byron Bay – Gold Coast – Cooloola kilometry: 1215km Starujemy we wtorek, 14 lutego. Przesypiamy budzik, a potem z dwie godziny dopychamy do auta te ostatnie rzeczy, których nie spakowaliśmy dzień wcześniej. Oczywiście nie jesteśmy w stanie się zmieścić, więc w ostatniej chwili kilka rzeczy ląduje na śmietniku. Drzwi […]

Artykuł (Prawie) dookoła Australii, tydzień 1 pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
trasa: Sydney – Port Macquarie – Ballina/Byron Bay – Gold Coast – Cooloola

kilometry: 1215km

Starujemy we wtorek, 14 lutego. Przesypiamy budzik, a potem z dwie godziny dopychamy do auta te ostatnie rzeczy, których nie spakowaliśmy dzień wcześniej. Oczywiście nie jesteśmy w stanie się zmieścić, więc w ostatniej chwili kilka rzeczy ląduje na śmietniku. Drzwi bagażnika ledwo się domykają, i zanim jeszcze ruszamy w drogę, wiemy, że będziemy musieli jakoś zredukować liczbę gratów, bo zwariujemy.

W końcu jesteśmy gotowi. Ostatni raz spoglądamy na nasze, już zupełnie puste, mieszkanie, zatrzaskujemy drzwi samochodu, i ruszamy.

Nasz pierwszy cel to Gold Coast, 900km na północ od Sydney. Mieszkają tam nasi dobrzy znajomi, z którymi mamy jechać na wyspę Fraser. Pierwszego dnia dojeżdżamy kawałek za Port Macquire, gdzie nocujemy na prostym kempingu w parku narodowym. Pada cały czas, więc rano zwijamy się jak najszybciej i jedziemy szukać słońca dalej na północ. Chcemy dotrzeć do Byron Bay, ale szybkie rozeznanie w kempingach, i wychodzi na to, że dużo taniej i przyjemniej (puściej), będzie w pobliskim miasteczku Ballina. Lądujemy na wspaniałym kempingu tuż przy plaży, na którym poza nami są raptem 3 inne namioty. Zostajemy na dwie noce.

Tutejsza plaża jest przepiękna. Olivia z entuzjazmem zbiera meduzy, które na plażę wyrzuciły fale. Spacerujemy z nogami w oceanie. Jest cudownie. Chcę temu wszystkiemu zrobić zdjęcie. Wyciągam aparat, włączam i ….nic. Aparat nie działa! Czyżby mój ukochany Canon skończył swój żywot w drugim dni naszej wspaniałej podróży? Trzeba będzie poszukać serwisu…

Jedziemy odwiedzić Byron Bay, które jak zwykle pęka w szwach od backpackerów, hipisów i innych osobników szukających dla siebie miejsca na ziemi. Z centrum szybko uciekamy do tutejszej latarni morskiej, gdzie jest dużo spokojniej.

Na Gold Coast docieramy w piątek po południu. Pierwszą rzeczą jaką robię jest oddanie do naprawy aparatu. Będzie gotowy dopiero za tydzień! Na szczęście mam jeszcze bezlusterkowego Olympusa, który co prawda nie jest tak dobry jak mój Canon, ale da radę. Sobotę spędzamy na przygotowaniach do wyjazdy na wyspę Fraser. Koledze udało się od znajomego pożyczyć terenowego Nissana, dzięki czemu zaoszczędziliśmy kilka ładnych stów na wynajem samochodu na objazd wyspy. Zapakowani aż po sufit w niedzielę rano ruszamy w piątkę w kierunku Great Sandy National Park.

Great Sandy National Park składa się z dwóch części – Cooloola, leżącej na głównym lądzie, oraz wyspy Fraser. Pierwsze popołudnie i noc spędzamy w Cooloola. Jazda po piasku i plaży zapiera dech w piersi! Namiot rozbijamy przy samej plaży, a do snu kołysze nas szum oceanu.

CDN…

 

Artykuł (Prawie) dookoła Australii, tydzień 1 pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2017/03/03/prawie-dookola-australii-tydzien-1/feed/ 5
W 5 miesięcy prawie dookoła Australii http://careerbreak.pl/2017/01/28/5-miesiecy-prawie-dookola-australii/ http://careerbreak.pl/2017/01/28/5-miesiecy-prawie-dookola-australii/#comments Fri, 27 Jan 2017 23:25:50 +0000 http://careerbreak.pl/?p=9097   Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy przy okazji przeprowadzki do Europy nie pojechali w jakąś podróż. Skoro rzucamy pracę i sprzedajemy cały dobytek, to głupotą byłoby nic nie zrobić z tą odrobiną wolności. Wybór kierunku był dosyć oczywisty – Australia. Mimo, że oboje mieszkamy tu już ponad 10 lat, to nadal nie udało nam się zobczyć większości […]

Artykuł W 5 miesięcy prawie dookoła Australii pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
 

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy przy okazji przeprowadzki do Europy nie pojechali w jakąś podróż. Skoro rzucamy pracę i sprzedajemy cały dobytek, to głupotą byłoby nic nie zrobić z tą odrobiną wolności. Wybór kierunku był dosyć oczywisty – Australia. Mimo, że oboje mieszkamy tu już ponad 10 lat, to nadal nie udało nam się zobczyć większości tego pięknego kraju. Jeśli nasz plan na Europę się uda, to kto wie, kiedy znów będziemy mieli okazję przyjechać do Australii?

 

5 miesięcy prawie dookoła Australii

Przy okazji naszej poprzedniej przeprowadzki z Australii do Europy też pojechaliśmy w podróż (dla tych, którzy wtedy nie czytali dodam, że z przeprowadzki nic nie wyszło, bo wypadła w okresie wielkiego kryzysu gospodarczego 2008-2009, kiedy to nasza docelowa Hiszpania dobiła do gospodarczego dna). Wtedy nie mieliśmy żadnych ograniczeń czasowych, w efekcie czego byliśmy w drodze 1,5 roku. Ty razem nie możemy, a w zasadzie nie chcemy, podróżować tak długo.

Po pierwsze, chcemy być w Europie gdzieś w połowie lipca, bo znaleźliśmy niedrogi, intensywny kurs języka niderlandzkiego, na który bardzo chcemy pójść. Nasza dotychczasowa nauka ogranicza się – z racji braku czasu – do 1 godzinny tygodniowo z nauczycielką przez skypa, i na pewno dobrze zrobią nam dwa tygodnie nauki na bardzo wysokich obrotach.

Po drugie, nie chcemy dotrzeć do Europy późną jesienią czy zimą. Moja ostatnia wizyta w Polsce przypadła na listopad-styczeń, i pogodowo była bardzo przygnębiająca. Wiem, że przed zimą nie uciekniemy, ale nie chcemy by była ona naszym pierwszym doświadczeniem po przeprowadzce.

Po trzecie, sposób podróży, jaki wybraliśmy, będzie chyba dosyć męczący. Nie będzie bowiem kamperwana, nie będzie nawet przyczepki kempingowe. Będzie najzwyklejszy namiot. No, może nie taki najzwyklejszy, bo kupiliśmy świetny, solidny namiot, który można postawić w dosłownie minutę (jak będziemy już w trasie to na pewno pokażę go na blogu). Mimo, że kempingować bardzo lubimy to nie bardzo wiemy czego spodziewać się po 5 miesiącach mieszkania w namiocie. Nasza najdłuższa kempingowa podróż trwała 10 dni. A to zupełnie inna bajka niż 150 dni.

 

Trasa

W podróż ruszamy 14 lutego, a trasę mamy zaryzowaną bardzo luźno. Będzie ona wyglądała mniej więcej tak:

  • w połowie lutego jedziemy na północ do Gold Coast, pożegnać się z bardzo dobrymi znajomymi
  • z Gold Coast pojedziemy spowrotem na południe, jak najszybciej przejeżdżając przez Nową Południową Walię, w której widzieliśmy już wystarczająco dużo, i kierujemy się w kierunku stanu Victoria
  • z Victoria, wzdłuż wybrzeża, jedziemy do Australii Południowej, na którą nie mam jeszcze żadnego planu
  • dalej do Australii Zachodniej, a tam na pewno okolice Perth i na północ do Broome
  • z Broome przez tropikalną północ do Darwin
  • tam planujemy sprzedać samochód i sprzęt kempingowy i wsiąść w samolot do Europy

Omijamy Queensland, Tasmanię oraz centralną część Australii. Na Tasmanii i w interiorze byliśmy, a na Queensland po prostu nie starczy nam chyba czasu. Bo im dłużej patrzę na mapę, tym bardziej dochodzę do przekonania, że nawet to niepełne kółko wokół Australii jest przedsięwzięciem niewykonalnym w ciągu 5 miesięcy. Senu z powiek nam to jednak nie spędza. Jak nie uda się dojechać do Darwin to podróż skończymy gdzieś wcześniej. A może będzie zupełnie inaczej niż nam się wydaje i zdążymy dojechać także do Queensland? Zobaczymy. Nie mamy żadnego ciśnienia na to, by zobaczyć wszystko, by zaliczyć każdą atrakcję i odhaczyć ile się da z listy miejsc do zobaczenia. Bardziej zależy nam na bezstresowym i spokojnym rekonasansie naszego ukochanego kraju niż na pogodni za kolejnymi miejscami.

 

A tymczasem…

A tymczasem mamy do załatwienia 1001 spraw. Sprzedajemy meble i sprzęty, szukamy najemcy na nasze mieszkanie, malujemy wspomniane mieszkanie, załatwiamy tysiące drobnych spraw administracyjnych, a w rezultacie mamy zero czasu, by zaplanować cokolwiek związanego z trasą podróży. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak kompletnie nieporzygotowana do wyjazdu. Nie mam pojęcia co chcemy po drodze zobaczyć i gdzie się zatrzymać. To będzie pełna improwizacja. Ale może właśnie tak ma być.

Artykuł W 5 miesięcy prawie dookoła Australii pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2017/01/28/5-miesiecy-prawie-dookola-australii/feed/ 13
Nasz nowy dom w środku Europy http://careerbreak.pl/2017/01/19/nowy-dom-srodku-europy/ http://careerbreak.pl/2017/01/19/nowy-dom-srodku-europy/#comments Thu, 19 Jan 2017 11:39:31 +0000 http://careerbreak.pl/?p=9091 Czy trudno znaleźć nowe miejsce do życia? Jeśli zawsze marzyło się o mieszkaniu gdzieś tam, to w momencie podjęcia decyzji o przeprowadzce, wybór jest dosyć oczywisty. Jeśli natomiast już się mieszka w swoim wymarzonym, ukochanym miejscu, to jest dużo trudniej. Bo co by nie wybrać, to będzie to blado wypadało. My byliśmy w tej drugiej sytuacji […]

Artykuł Nasz nowy dom w środku Europy pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
Czy trudno znaleźć nowe miejsce do życia?

Jeśli zawsze marzyło się o mieszkaniu gdzieś tam, to w momencie podjęcia decyzji o przeprowadzce, wybór jest dosyć oczywisty. Jeśli natomiast już się mieszka w swoim wymarzonym, ukochanym miejscu, to jest dużo trudniej. Bo co by nie wybrać, to będzie to blado wypadało. My byliśmy w tej drugiej sytuacji – mieszkamy w super miejscu, które strasznie lubimy. Tak naprawdę Australia ma dla nas tylko jedną wadę – odległość od reszty świata. Gdyby nie to, nigdy nie wpadłby nam do głowy pomysł o przeprowadzce do Europy.

 

Wiedzieliśmy, że nie chcemy mieszkać w Polsce. Do wyboru mieliśmy ponad 40 innych krajów. Z oczywistych powodów masy z nich w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Cała Europa Wschodnia czy Bałkany zupełnie nas nie interesują. Od razu wykluczyliśmy też region południowy, czyli Grecję, Włochy, Hiszpanię i Portugalię. Tak, ładnie tam, i fajnie na wakacje pojechać, ale w obecnej sytuacji ekonomicznej nie bardzo ma sens się tam wyprowadzać.

 

Może UK?

Po odsianiu tych oczywistych przegranych, pierwszy wybór padł na kraj, który byłby dla nas najłatwiejszy do emigracji – Wielką Brytanię. Nie trzeba by się uczyć nowego języka, jest praca w naszych zawodach, kultura nie jest nam obca. Przez pewien czas byliśmy zdecydowani na UK. Jednak im dłużej o tym myśleliśmy, tym mniej nam się ten pomysł podobał. Żeby pracować w naszych zawodach, musielibyśmy mieszkać w którymś z dużych brytyjskich miasta, a nie bardzo mieliśmy ochotę na wielkie miasta. Poza tym głównym celem przeprowadzki miało być mieszkanie bliżej rodziny, a umówmy się – UK wcale nie jest tak blisko Polski. Tak, wiem, że teoretycznie to można wsiąść w samolot i kilka godzin później być w domu. Ale realnie rzecz biorąc nasze wizyty w Polsce byłoby pewnie ograniczone to 2-3 w roku.  UK poszło w odstawkę.

 

A może Norwegia?

Nasze wzroki na mapie przykuł do krótką chwilę region Skandynawii. Jednak bardzo szybko zrezygnowaliśmy, gdy okazało się, że tamtejsze języki nie należą do najprostrzych. Wiem, że tam można dostać pracę, mówiąc tylko po angielsku, a ja nie wyobrażam sobie mieszkać gdzieś i nie znać lokalnego języka.

 

Następny potencjalny kierunek ekscytował nas przed dłuższą chwilę – Berlin. Jeśli chodzi o lokalizację, trudno o coś lepszego. Raptem 2.5 godziny jazdy od Szczecina (skąd jest Przemek) i 5 godzin do mojego rodzinnego Rybnika. Na korzyść miasta przemawiały też bardzo rozsądne koszty życia i niezły rynek pracy. Niestety im głębiej drążyłam temat, tym bardziej oczywistym stawało się to, że bez dobrej znajomości niemieckiego znalezienie dobrej pracy mogłoby być trudne. Ja mam alergię na niemiecki, zupełnie nie widzę możliwości nauczenia się tego języka. A tym bardziej nie mam na to ochoty. Berlin poszedł w odstawkę.

 

W trakcie kolejnej rundy studiowania mapy naszą uwagę zwrócił pewien niewielki kraj, który po dłużej analizie wygrał. Kraj otwarty na obcokrajowców. Kraj, w którym 80% społeczeństwa mówi po angielsku. Kraj, którego języka można – przy odrobinie wysiłku – się nauczyć. Kraj ze stabilną gospodarką. Kraj, z którego nie jest może tak blisko do rodziny jak z Berlina, ale nie jest też specjalnie daleko.

 

Kraj wysokich ludzi, kraj drewniaków, kraj wiatraków.

 

Przeprowadzamy się do Holandii.

 

 

Artykuł Nasz nowy dom w środku Europy pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2017/01/19/nowy-dom-srodku-europy/feed/ 51
O tym, dlaczego rzuciłam pracę i wyjeżdżam z Australii http://careerbreak.pl/2016/12/19/o-tym-dlaczego-rzucilam-prace-i-wyjezdzam-z-australii/ http://careerbreak.pl/2016/12/19/o-tym-dlaczego-rzucilam-prace-i-wyjezdzam-z-australii/#comments Sun, 18 Dec 2016 23:01:12 +0000 http://careerbreak.pl/?p=9067   Rok temu zaczęłam się uczyć nowego języka. Trzy miesiące temu zaczęłam powoli wyprzedawać swój dobytek. Dwa tygodnie temu złożyłam wymówienie w pracy.   Bo nadszedł czas na zmiany.   Stabilizacja mnie nie kręci, przynajmniej nie na zbyt długo. Dla mnie stabilizacja to stagnacja, a stagnacja to udręka. Nie ma czego wyczekiwać, nie ma się czym […]

Artykuł O tym, dlaczego rzuciłam pracę i wyjeżdżam z Australii pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
 

Rok temu zaczęłam się uczyć nowego języka. Trzy miesiące temu zaczęłam powoli wyprzedawać swój dobytek. Dwa tygodnie temu złożyłam wymówienie w pracy.

 

Bo nadszedł czas na zmiany.

 

Stabilizacja mnie nie kręci, przynajmniej nie na zbyt długo. Dla mnie stabilizacja to stagnacja, a stagnacja to udręka. Nie ma czego wyczekiwać, nie ma się czym ekscytować. Wszystko jest mi znane, wszystko jest powszednie. Ja tak nie mogę. Muszę mieć przed sobą jakiś większy cel, coś, co nakręca mnie do działania, co daje energię na każdy dzień, co dodaje szczyptę niepewności i ekscytacji do mojej egzystencji.

 

Ta myśl zakwitła w naszych głowach dwa lata temu, po ostatniej wizycie w Polsce. Nigdy wcześniej żegnanie się z rodziną nie było tak ciężkie, jak wtedy. Myśl o tym, że Olivia ma znać swoją rodzinę tylko ze Skypa i rzadkich wizyt w Polsce ściskała mnie w gardle. Zaczęliśmy się zastanawiać nad przeprowadzką gdzieś bliżej. Coś, co wcześniej zupełnie mnie nie interesowało, teraz miało zupełnie inny kontekst, miało sens, a co najważniejsze – niezwykle mnie ekscytowało. To mogłaby być okazja nie tylko do bycia częściej z rodziną. Przeprowadzka otwarłaby przed nami nowe kierunki podróżnicze, dałaby nam rozwojowego kopa, zmotywowałaby nas do pracy nad sobą. Potrzebowaliśmy tego. Zdecydowaliśmy.

 

Wyjeżdżamy z Australii.

 

Rzucamy pracę, sprzedajemy dobytek, wystawiamy mieszkanie na wynajem. Ale wcześniej jedziemy na piękną podróż prawie dookoła Australii. Bo jak często ma się okazję na podróżowanie bez pośpiechu? Trzeba to wykorzystać, zobaczyć jak najwięcej tego pięknego kraju, nasycić się nim.

 

Po podróży osiadamy w Europie (uprzedzę pytanie – nie będzie to w Polsce) i zaczynamy nowy rozdział. Po tylu latach w Australii (ja 12, a Przemek 16) życie w zupełnie nowym kraju nie przyjdzie pewnie bezboleśnie, ale jesteśmy zdeterminowani. Chcemy, żeby się udało i będziemy ciężko pracować, żeby ten cel zrealizować.

 

Czy nie szkoda nam życia w Australii?

 

Trochę tak. Ale jeśli nie zrealizujemy tego planu, to już zawsze będziemy się zastanawiać, co by było, gdybyśmy spróbowali. Wolę podjąć ryzyko, żeby nie żałować, niż tkwić w obecnym, wygodnym życiu, lecz już zawsze mieć do siebie pretensje, że nie spróbowałam. Jak się nie uda to przecież końca świata nie będzie. Stracimy trochę pieniędzy, ale te doświadczenia i przygody, które zdobędziemy po drodze będą bezcenne. Gra jest warta świeczki.

 

Przeglądając szafy w poszukiwaniu wszystkiego, co nadaje się na sprzedaż, natrafiłam na taki plakat:

 

Kupiłam go kilka lat temu, ale jakoś nie znalazłam chwili, by powiesić go na ścianie, a potem zupełnie o nim zapomniałam. Cieszę się, że znalazłam go właśnie teraz, bo on tylko umacnia mnie w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzję.

 

W podróż po Australii ruszamy w połowie lutego. Nie wiem ile będziemy w drodze, ale do Europy chcielibyśmy zawitać najpóźniej na koniec lata.

 

Niech się dzieje, co ma się dziać.

 

Life is short.  Do what you love, and do it often.  If you don’t like something, change it. Stop over analysing.

 

 

Artykuł O tym, dlaczego rzuciłam pracę i wyjeżdżam z Australii pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2016/12/19/o-tym-dlaczego-rzucilam-prace-i-wyjezdzam-z-australii/feed/ 63
Aktualności http://careerbreak.pl/2016/07/21/aktualnosci-2/ http://careerbreak.pl/2016/07/21/aktualnosci-2/#comments Thu, 21 Jul 2016 02:51:02 +0000 http://careerbreak.pl/?p=9032   Właśnie zauważyłam, że ostatni raz napisałam coś na blogu ponad 1.5 miesiąca temu. Nie dlatego, że mi się nie chce (mam w zapasie listę pomysłów na conajmniej 40 wpisów), ale dlatego, że nie mam czasu. Zestawienie pracy na prawie cały etat (pracuję 4 dni w tygodni) i dwulatki, która posiada nieziemskie nakłady energii sporawiają, […]

Artykuł Aktualności pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
 

Właśnie zauważyłam, że ostatni raz napisałam coś na blogu ponad 1.5 miesiąca temu. Nie dlatego, że mi się nie chce (mam w zapasie listę pomysłów na conajmniej 40 wpisów), ale dlatego, że nie mam czasu. Zestawienie pracy na prawie cały etat (pracuję 4 dni w tygodni) i dwulatki, która posiada nieziemskie nakłady energii sporawiają, że co wieczór padam na pysk ledwo żywa, a energii mam najwyżej na leżenie na sofie i przerzucanie kanałów w telewizji. Dlatego dziś krótko o tym co było, jest i będzie.

 

Zima ma się dobrze. Po krótkim, ale jak na Sydney przystało, bardzo zimnym okresie (rano bywało około 3-4 stopnie) zrobiło się zdecydowanie cieplej. Ale dni są nadal krókie (o 17.00 jest już ciemno), więc wieczory są senne. Zmiana czasu na letni dopiero w październiku, a do tego czasu trzeba jakoś przetrwać.

 

Miesiąc temu Olivia skończyła dwa lata i nawet nie wiem, kiedy te 24 miesiące minęły. Jestem w szoku jak takie małe dziecko dużo rozumie i jakie jest kumate. Z fascynacją patrzę jak Olivia rośnie dwujęzyczna, zabawnie mieszając polskie i angielskie słowa, ale coraz bardziej rozumiąc, że to dwa różne języki.

 

Za tydzień jedziemy na weekend w Góry Błękitne. Wspaniale będzie się wyrwać z domu i pooddychać trochę świeżym powietrzem. Jedzie z nami brat Przemka, który odwiedza nas w Australii, więc będziemy zwiedzać jak turyści, ale cieszy mnie to, bo dawno tam nie byłam w takiej formie.

 

Pod koniec sierpnia skoczymy sobie na weekend na południowe wybrzeże, chyba w okolice Kiamy, powdychać trochę jodu i poczuć wiatr we włosach. Na kąpiele i plażowanie za zimno (woda w oceania ma około 18 stopni), ale na pewno nie będziemy się nudzić.

 

Za 6 tygodni jedziemy na Fidżi! Na 3 tygodnie! I aż skaczę z radości na myśl o 20 dniach relaksu. Plan już jest, będziemy na czterech różnych wyspach (Viti Levu, Ovalau, Caqalai Taveuni), noclegi pobukowane, trzeba się tylko spakować i można jechać.

 

Właśnie do mnie dotarło, że jak wrócimy z Fidżi to będzie już koniec września. Kiedy ten rok minął???? Te ostatnie miesiące 2016 roku będą dla nas mega pracowite, bo na 2017 szykuje się u nas coś wielkiego. Narazie nie podaję żadnych szczegółów, ale powiem tylko, że wszystko stanie na głowie, będą dosyć drastyczne życiowe zmiany, a jak wszystko pójdzie zgodnie z planem to będzie też bardzo fajna, trochę dłuższa podróż. Szczegóły zdradzę pod koniec roku.

 

A tak wygląda Sydney zimą:

IMG_4378

 

 

Artykuł Aktualności pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2016/07/21/aktualnosci-2/feed/ 11
Nie wrócę na Phuket. Oto dlaczego. http://careerbreak.pl/2016/06/05/nie-wroce-phuket-oto-dlaczego/ http://careerbreak.pl/2016/06/05/nie-wroce-phuket-oto-dlaczego/#comments Sun, 05 Jun 2016 02:40:26 +0000 http://careerbreak.pl/?p=8995   Trochę ponad dwa lata temu, po tygodniu spędzonym na Bali, napisałam list do tej słynnej wyspy o tym, dlaczego jej nie kocham. Odzew był mieszany, choć zaskoczyło mnie, że dominowały głosy zrozumienia.  Więc jak dziś napiszę o tym, dlaczego nie kocham także tajskiej wyspy Phuket to chyba też zrozumiecie? :) No bo tak się […]

Artykuł Nie wrócę na Phuket. Oto dlaczego. pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
 

Trochę ponad dwa lata temu, po tygodniu spędzonym na Bali, napisałam list do tej słynnej wyspy o tym, dlaczego jej nie kocham. Odzew był mieszany, choć zaskoczyło mnie, że dominowały głosy zrozumienia.  Więc jak dziś napiszę o tym, dlaczego nie kocham także tajskiej wyspy Phuket to chyba też zrozumiecie? :) No bo tak się składa, że Phuket mnie nie zachwyciła. Było miło, było przyjemnie, ale kilka kwestii sprawiło, że nie widzę opcji, by kiedykolwiek wrócić tam w celach turystycznych. Ponoć Phuket to najlepsza wyspa w Tajlandii, i być może tak jest jeśli szukać by idealnego miejsca do życia w tym kraju. Jeśli chodzi o wakacje to moim skromnym zdaniem są w Tajlandii wyspy do tego lepsze.

Zanim przejdę do sedna, czuję potrzebę napisania kilku słów wyjaśnienia na temat formy mojego pobytu na Phuket, bo jak tego nie zrobię to zaraz znajdą się „życzliwi”, którzy w komentarzach zaczną mi wytykać, że źle podeszłam do Phuket, że złe miejsca odwiedziłam, że to i że tamto. No więc:

  • na Phuket pojechałam na relaks, a nie na głębokie analizowanie tajskiej kultury i integrację z lokalnym społeczeństwem
  • nie mieszkałam na Patong
  • wychyliłam tyłek poza plażę i okolicę, w której rezydowałam, i coś tam na Phuket zobaczyłam

 

A teraz do sedna. Cztery powody, dla których na myśl o Phuket kręcę nosem, i dla których tam nie wrócę jako turysta:

 

Mafia taksówkowa

Kiedy na lotnisku w Phuket powiedziano mi, że taxi do Surin, gdzie mieliśmy wynajęte mieszkanie (odległość  około 25km), będzie nas kosztować 1000 bahtów, myślałam, że się przesłyszałam. Poszłam więc do stoiska innej firmy taksówkowej, a potem do kolejnego, by przekonać się, że ceny są wszędzie takie same. W Surin nie było lepiej – głupie kilka minut trasy do Tesco kosztowało kilka stów, że o wycieczce do Phuket Town czy gdzie indziej dalej nie wspomnę. Phuketowi taksiarze umówili się na ceny. Siedzą na swoich plastikowych krzesełkach, oparci o wielkie cenniki szczegółowo pokazujące koszty podróży w różne miejsca na wyspie, i wykazują minimalne zainteresowanie jakimikolwiek negocjacjami. Jak już się na nie zdecydują, to ceny spadają bardzo nieznacznie. Wiedziałam, że ceny na tajskich wyspach są wyższe niż na lądzie, ale nie spodziewałam się, że będą trzykrotnie większe. Alternatywa w postaci wynajmu motoru dla nas nie istniała (good luck jechać gdzieś na motorze ponad godzinę w jedną stronę z 18-miesięcznym dzieciakiem, który nie potrafi 5 minut usiedzieć na miejscu), więc byliśmy skazani na taksówkową mafię.

 

Drożyzna

Okazało się, że taksówki to nie jedyna dziedzina, w której lokalsi zdzierają z turystów kosmiczne kwoty. Dokładnie tak samo było z restauracjami, masażem czy choćby praniem, które w okolicach naszego lokum kosztowało trzy razy tyle, co w Bangkoku. Po godzinnej eksploracji okolicy udało nam się znaleźć kobietę, która pranie zrobiła nam za 2 razy tyle, co w Bangkoku. Co do jedzenia to całe szczęście mieliśmy do dyspozycji kuchnię i grilla, bo inaczej poszlibyśmy z torbami. Jedyne w okolicy miejsce z akceptowalnymi cenami, czyli mały targ jedzeniowy przy plaży, i tak kosztowało 1.5-2 razy tyle, co taki sam standard w Bangkoku. Owszem, kilka kilometrów dalej było trochę tanich knajp dla lokalsów, ale żeby do nich dojechać trzeba by łapać transport za kilkaset bahtów, więc zupełnie bez sensu… Docelowy klient lokalnych biznesów to turysta z Rosji, który nie szczędzi w czasie wakacji wydatków. Czyli nie my.

 

Brak wyspiarskich klimatów

Lubię od czasu do czasu pojechać na wakacje na jakąś wyspę. Bo wyspa to izolacja. To taki mikro-świat, zamknięty w granicach otaczającej go wody. Nie rajskie plaże i palmy są dla mnie na wyspach najważniejsze tylko właśnie ten wyspiarski klimat. Na Phuket zupełnie go nie poczułam. Po części dlatego, że Phuket jest bardzo duża, a po części dlatego, że jest bardzo miejska, z tymi wszystkimi szosami pełnymi samochodów i gęstą zabudową. Pewnie, że są tam miejscówki, gdzie można poczuć się jak na końcu świata, ale dlaczego tak daleko trzeba jechać, by do nich dotrzeć? To prowadzi mnie do mojej ostatniej pretensji do Phuket.

 

Wszędzie jest daleko

Bez względu na to, gdzie by się na Phuket zatrzymać, wszędzie jest daleko. Z Surin do Phuket Town trzeba było jechać godzinę w jedną stronę. Do Wielkiego Buddy – półtorej. Więc w te dni, w które wybraliśmy się na zwiedzanie, spędzaliśmy pół dnia na dojazdach. Żeby jeszcze te dojazdy odbywały się po jakiś malowniczych drogach, gdzie można by wychylić głowę przez okno samochodu i poczuć wiatr we włosach. Nic z tego, bo na Phuket udusilibyśmy się spalinami.

 

To nie jest tak, że nic mi się nie podobało. Phuket Town było super. Plaża w Surin była super. Nasze mieszkanko z tarasem na dachu i z basenem było super. Ale to za mało, by powiedzieć, że Phuket warat jest powrotu. Bo nie jest.

 

Artykuł Nie wrócę na Phuket. Oto dlaczego. pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2016/06/05/nie-wroce-phuket-oto-dlaczego/feed/ 26
Czym się różni Birma 2009 od Birmy 2016? http://careerbreak.pl/2016/05/22/czym-sie-rozni-birma-2009-od-birmy-2016/ http://careerbreak.pl/2016/05/22/czym-sie-rozni-birma-2009-od-birmy-2016/#comments Sun, 22 May 2016 11:45:26 +0000 http://careerbreak.pl/?p=8980   Kiedy w 2009 roku lecieliśmy do Birmy, wiedzieliśmy, że to jeden z najbardziej zacofanych krajów Azji, zarówno politycznie jak i ekonomicznie. Naczytaliśmy się historii o tragicznej infrastrukturze, ledwo co zipiącym internecie, o braku supermarketów i telefonów komórkowych. Wiedzieliśmy, że w kraju nie ma ani jednego bankomatu i że musimy mieć gotówkę na całą podróż. […]

Artykuł Czym się różni Birma 2009 od Birmy 2016? pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
 

Kiedy w 2009 roku lecieliśmy do Birmy, wiedzieliśmy, że to jeden z najbardziej zacofanych krajów Azji, zarówno politycznie jak i ekonomicznie. Naczytaliśmy się historii o tragicznej infrastrukturze, ledwo co zipiącym internecie, o braku supermarketów i telefonów komórkowych. Wiedzieliśmy, że w kraju nie ma ani jednego bankomatu i że musimy mieć gotówkę na całą podróż. Byliśmy przygotowani na podróż pozbawioną wszelkich, nawet niewielkich wygód i luksusów, i dokładnie taka ta podróż była. Siedem lat później Birma jest nie do poznania. Wiadomo, że każdy kraj się zmienia, ale tam tempo przemian jest niewiarygodne. Birma nadal jest lata świetlne za swoją sąsiadką Tajlandią, ale równocześnie jest lata świetlne do przodu w porównaniu z tym jaka była siedem lat temu. To mniej więcej taka różnica, jak różnica między Polską 1990 a 1997 – coś nieopisanego. I choć większość zmian jest wynikiem poprawy klimatu politycznego, to nie będę polityki analizować, bo się nią nie interesuje. Opowiem Ci za to o tym, jak bardzo zmieniła się Birma w kwestii tych kilku praktycznych spraw, które mogą być istotne dla podróżnika.

 

Internet jest wszędzie

W 2009 byliśmy w Birmie 24 dni, podczas których z internetu udało nam się skorzystać chyba dwa razy. W obu przypadkach musieliśmy się ograniczyć do sprawdzenia poczty. Wejście na facebooka, że o wrzuceniu na bloga wpisu ze zdjęciami nie wspomnę, było w kwestii marzeń. A teraz? Wi-fi jest w każdym hotelu i w prawie każdej turystycznej restauracji. Bezpłatne wi-fi było nawet w słynnej Shwedagon Pagoda w Yangon. Z jakością i szybkością internetu bywało różnie, ale pocztę mogłam bez problemu sprawdzać codziennie, a i bloga dałoby się regularnie prowadzić, gdybym chciała.  Za poprawą w tym zakresie idzie druga sprawa – birmański przemysł turystyczny coraz lepiej czuje się w świecie online, więc rezerwacja noclegu, wycieczki i przelotu przez internet nie jest już żadnym problemem.

_2170078

Każdy ma komórkę

Popularną sceną uliczną z 2009 roku były stoiska telefoniczne – mały stolik z jednym lub kilkoma przestarzałymi aparatami plus właściciel. To był jedyny łatwo dostępny (choć koszmarnie drogi) sposób na kontakt z zagranicą i inną częścią Birmy. A teraz? Komórkę ma każdy. Dosłownie. Na iPhony mało kogo stać, ale taniego chińskiego smartfona można zobaczyć u każdego. Karta sim jest do kupienia na każdym rogu, i to także dla obcokrajowców. Zasięg jest wszędzie. Birmańczycy kochają swoje komóry. Kochają też robić sobie nimi selfies.

_2130279

W supermarketach pełne półki

W 2009 roku w Mandalay był jeden pseudo-supermarket z ograniczoną ofertą zachodnich towarów. Teraz jest ich kilkanaście, z których część leży na terenie nowoczesnych centrów handlowych, jakby żywcem przeniesionych z Bangkoku. Na półkach wszystko czego dusza zapragnie. Także pieluchy dla dzieci, które zupełnie bez sensu wieźliśmy z Tajlandii (bo miało ich w Birmie niby nie być). Małe prywatne sklepiki też oferują całkiem dobry asortyment.

 

Autokary klasy biznes

Siedem lat temu podróże lokalnymi autobusami dostarczyły nam nie lada „atrakcji”. Było strasznie ciasno, niewygodnie i koszmarnie długo. Autokary były starsze od mnie, taksówki niewiele młodsze. Pamiętam, jak jadąc taksówką na objazd atrakcji wokół Mandalay, trzykrotnie zatrzymywaliśmy się z powodu awarii pseudo-samochodu. Dziś po tych zabytkach nie ma ani śladu. Rozklekotane i zardzewiałe autobusy zastąpiły nowoczesne i wypasione, wysokie na dwa piętra cuda, w których fotele wyglądają jak te w klasie biznes w samolotach. Wśród taksówek dominują sprowadzone z Japonii, błyszczące na połysk Toyoty ze skórzanymi siedzeniami. Normalnie szok.

 

Bankomaty na każdym kroku

Pamiętam jak w 2009 roku, kilka dni przed wylotem do Birmy, chodziliśmy po Bangkoku od banku do banku, szukając amerykańskich dolarów w idealnym stanie. Bo to była jedyna opcja na sfinansowanie wakacji w Birmie. W kraju nie było ani jednego bankomatu, a oficjalny kurs wymiany dolara był kilkaset razy niższy niż ten czarnorynkowy, więc dolce wymieniało się u cinkciarzy na mieście. A teraz? Oficjalny kurs znormalniał, kantorów i bankomatów tyle, że głowa mała. Bankomat jest nawet w Shwegadan Pagoda, a jeden minęliśmy także na jednej z wysepek na jeziorze Inle.

_2170003

Turystyka kwitnie

Birmę odwiedza dużo mniej turystów niż resztę Azji Południowo-Wschodniej, ale z roku na rok jest ich coraz więcej. W takich miejscach jak Bagan czy jezioro Inle, z racji rozmiaru tych atrakcji, łatwo uciec od tłumów, ale ilość straganów i targów z pamiątkami i badziewiem wzrosła od 2009 roku wielokrotnie, co tylko pokazuje skalę turystki. Niestety Birmańczycy próbują wycisnąć z popularności swojego kraju ile mogą, czego efekty kilkakrotnie widzieliśmy w tym roku. Szczytem turystycznego chaosu był most U-Bein, gdzie liczba straganów, restauracji i sprzedawców pamiątek była chyba wyższa niż liczba zwiedzających, i gdzie teren tuż pod samym mostem zmieniony został w brzydki, zakurzony parking pełen autokarów, z których co kilka minut wylewała się kolejna rzeka głośnych (chińskich) turystów. Cieszę się, że mogłam zobaczyć to miejsce, gdy miało jeszcze trochę klimatu.

 

Jedno się nie zmieniło – Birmańczycy nadal są nieopisanie otwarci i serdeczni. To jedni z najmilszych narodów, jakie mieliśmy okazję poznać.

Artykuł Czym się różni Birma 2009 od Birmy 2016? pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2016/05/22/czym-sie-rozni-birma-2009-od-birmy-2016/feed/ 12
Azjatyckie TOP 7 według Olivii http://careerbreak.pl/2016/05/08/azjatyckie-top-7-wedlug-olivii/ http://careerbreak.pl/2016/05/08/azjatyckie-top-7-wedlug-olivii/#comments Sun, 08 May 2016 00:24:13 +0000 http://careerbreak.pl/?p=8939   Gdyby Olivia potrafiła już mówić, i gdyby zapytać ją o jej najlepsze wspomnienia z lutowych wakacji z Azji, to gwarantuję, że nie powiedziałaby nic o magicznym jeziorze Inle, pięknych świątyniach Baganu, czy zwariowanym klimacie Bangkoku. Jak przystało na człowieczka, który nie skończył nawet dwóch lat, jej lista najlepszych wspomnień byłaby dosyć niezrozumiała dla dorosłego. Oto […]

Artykuł Azjatyckie TOP 7 według Olivii pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
 

Gdyby Olivia potrafiła już mówić, i gdyby zapytać ją o jej najlepsze wspomnienia z lutowych wakacji z Azji, to gwarantuję, że nie powiedziałaby nic o magicznym jeziorze Inle, pięknych świątyniach Baganu, czy zwariowanym klimacie Bangkoku. Jak przystało na człowieczka, który nie skończył nawet dwóch lat, jej lista najlepszych wspomnień byłaby dosyć niezrozumiała dla dorosłego. Oto – jak według mnie – wyglądało azjatyckie TOP 7 Olivii (w przypadkowej kolejności).

Jedzenie (wszystkiego, wszędzie i zawsze)

Większość moich koleżanek z dziećmi w wieku Olivii wiecznie narzeka na to, jak ich dzieci wybrzydzają przy jedzeniu. My mamy odwrotny problem – Olivia je wszystko (od sushi poprzez curry, a na schabowym skończywszy), a gdyby jej na to pozwolić to pewnie jadłaby bez przerwy. Nie byłam więc zaskoczona tym, że jedzenie było jej ulubionym zajęciem w czasie naszego pobytu w Azji. Olivia jadła, gdy tylko nadarzyła się jej ku temu okazja. Szczególnie upodobała sobie wszelkiej maści zupy z makaronem, ale zajadała się też wszystkim innym  –  mięsem na patyku z ulicznych straganów, lodami kokosowymi, naleśnikami z bananem, smażonym ryżem, chrupkami ze świńskiej skóry (wyjątkowo dobre), grillowaną rybą i krewetkami, pad thai, śniadaniowymi omletami, szejkami owocowymi. Złote dziecko.

 

Środki transportu wszelkiej maści

Ale myśmy się najeździli różnymi środkami transportu! Były autobusy, taksówki, tuk-tuki, łódki, promy, elektryczny skuter, nowoczesny Sky Train, pociąg, a nawet bryczka ciągnięta przez konia. Każdy kolejny pojazd był wyczekiwany i witany z ogromnym entuzjazmem, żaden nie wywoływał strachu czy choćby odrobiny niepewności. Hitem był elektryczny skuter w Bagan, na którym Olivii było tak dobrze, że kilkakrotnie na nim zasnęła. Ale największy entuzjazm wywoływały samoloty. Lataliśmy w tej podróży sporo ( w sumie, razem z lotem do i z Tajladnii, było to jakieś 11 lotów), a z każdym kolejnym lotem Olivia stawała się coraz większym eksperterem w tej dziedzinie podróży. Ona nie ma nawet dwóch lat, ale dobrze wie, że przed lotem trzeba nadać bagaż (i koniecznie pomachać mu na dowidzenia), potem przejść przez kotrolę bagażu podręcznego (wózek wyjeżdżający z maszyny x-ray zawsze wywoływał ekstazę), że w samolocie trzeba zapiąć pasy, a po podróży trzeba poczekać aż bagaż wyjedzie na taśmie (i powitać go z wielkim entuzjazmem).

Babcia i dziadek

Przed Azją Olivia znała dziadków głównie ze Skypa (nie pamiętała ich z kontaktu na żywo, gdy byliśmy w Polsce, kiedy miała pół roku), więc te 4 tygodnie wspólnej podróży było świetną okazją, by lepiej się poznać i spędzić razem dużo czasu. I Olivia korzystała z tej okazji jak mogła. W ciągu kilku godzin od spotkania zachowywała się tak, jakby widywała ich codziennie od miesięcy. Pierwszą rzeczą o jaką prosiła po obudzeniu się rano, było zaprowadzenie jej do pokoju dziadków. Fajnie było patrzeć, jak silna więź tworzy się między nimi.

 

Pływanie (koniecznie z kółkiem)

Ostatnie dni podróży spędziliśmy na Phuket, gdzie codziennie odwiedzaliśmy plażę i basen. W bagażu mieliśmy spakowane pompowane kółko, które nigdy wcześniej Olivii nie interesowało. Na Phutek wszystko się zmieniło. Kółko stało się najbardziej porządanym przedmiotem, bo dzięki nim Olivia mogła swobodnie i bez asysty pływać sobie w ciepłej i przejrzystej wodzie Morza Adamańskiego. Byliśmy bardzo zaskoczeni tym, jak szybko oswoiła się wodą i z jaką pewnością siebie przebierała nogami. Od tego czasu wizyty na naszym osiedlowym basenie to jedno z jej ulubionych zajęć.

Ściąganie butów przed świątyniami

Przed jedną ze świątyń Baganu

Wiem, że to bardzo dziwaczny punkt na tej liście, ale ściąganie butów przed wejściem do świątyń zawładnęło Olivią jak mało co. Jak na Azję przystało spotkaliśmy na swojej drodze wiele świątyń i Mała bardzo szybko zorientowała się, że ściągnięcie butów to warunek wejścia do środka. Gdy tylko na horyzoncie pojawiała się świątynia siadała na ziemi i zabierała się za ściąganie butów, by potem radośnie eksplorować na boso wnętrza budynków. Wielką frajdą było też wynajdowanie w stercie butów leżących przed świątyniami tych należących do babci, dziadka, mamy i taty. Co ciekawe Olivia miała tu 100% sukcesu – ani razu nie podała nam nie tych butów co trzeba!

Nawiązywanie nowych znajomości

Dzieci mają tą przewagę nad dorosłymi, że nie mają żadnych barier w stosunku do innych ludzi. Za tym idzie niezwykła łatwość w nawiązywaniu nowych znajomości. Jeśli dodatkowo dziecko ma blond włosy i niebieskie oczy oraz podróżuje po Azji to w zasadzie gwarantowane ma grono osób, które chcą z nim spędzić choćby chwilę. Olivia zjednywała sobie znajomych wszędzie, gdzie się pojawiła. Uśmiechała się, machała, wołała „Hello!”, dawała piątki, bawiła się ze spotkanymi dziećmi, z chęcią przyjmowała i jadła darowane jej przekąski (no a jak!).

Place zabaw

Tam, gdzie podróżowaliśmy, fajne i bezpieczne place zabaw są rzadkością, więc gdy w końcu udało nam się jakiś znaleźć, to kończyło się to przynajmniej godziną spędzoną na zabawie. Dla nas to była okazja, by odsapnąć, dla Olivii by poczuć się trochę jak w domu. Najlepszy był ten w parku Lumphini w Bangkoku, najbardziej niespodziewany ten w centrum Yangon.

 

 

Artykuł Azjatyckie TOP 7 według Olivii pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2016/05/08/azjatyckie-top-7-wedlug-olivii/feed/ 5
„Laowai w wielkim mieście”, czyli prawdopodobnie najlepsza polska książka o życiu w Chinach http://careerbreak.pl/2016/04/25/laowai-w-wielkim-miescie-czyli-prawdopodobnie-najlepsza-polska-ksiazka-o-zyciu-w-chinach/ http://careerbreak.pl/2016/04/25/laowai-w-wielkim-miescie-czyli-prawdopodobnie-najlepsza-polska-ksiazka-o-zyciu-w-chinach/#comments Mon, 25 Apr 2016 02:38:12 +0000 http://careerbreak.pl/?p=8930   Był początek 2014, gdy na naszej kanapie wylądowała Ola Świstow, która internautom znana jest jako Pojechana. Ola kończyła swoją podróż po Australii i ostatnią noc w Oz spędzała właśnie u nas. Następnego dnia wracała do Shenzen w Chinach, gdzie mieszkała wtedy od ponad roku. Cały wieczór przesiedzieliśmy słuchając jej przezabawne opowieści o absurdach chińskiej […]

Artykuł „Laowai w wielkim mieście”, czyli prawdopodobnie najlepsza polska książka o życiu w Chinach pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
 

Był początek 2014, gdy na naszej kanapie wylądowała Ola Świstow, która internautom znana jest jako Pojechana. Ola kończyła swoją podróż po Australii i ostatnią noc w Oz spędzała właśnie u nas. Następnego dnia wracała do Shenzen w Chinach, gdzie mieszkała wtedy od ponad roku. Cały wieczór przesiedzieliśmy słuchając jej przezabawne opowieści o absurdach chińskiej rzeczywistości i już wtedy pomyślałam sobie, że była by z tego niezła książka. Nie trzeba było długo czekać – w marcu 2015 nakładem wydawnictwa National Geographic ukazała się książka Oli „Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin”. Więc kiedy wydawnictwo zwróciło się do mnie niedawno z propozycją przeczytania i zrecenzowania książki na blogu zgodziłam się od razu.

laowai-w-wielkim-miescie-zapiski-z-chin-b-iext29187538Książkę przeczytałam w kilka dni, ale to tylko dlatego, że ja nigdy nie mam więcej niż maksymalnie 1h wolnego czasu jednorazowo. Gdybym czasu miała więcej to książkę przeczytałabym na jednym posiedzeniu. Po prostu tak dobrze się ją czytało! Dwie rzeczy szczególnie przypadły mi do gustu.

Po pierwsze podobało mi się to, że nie jest ona typową chronologiczną opowieścią o podróży odbytej przez autora, jakich masa na polskim rynku książkowym. Ba, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że „Laowai w wielkim mieście” to nie książka podróżnicza. To bardziej rozprawa na temat absurdów chińskiej rzeczywistości oraz poradnik o tym jak wśród nich nawigować będąc tytułowym Laowai (chińskie określenie na obcokrajowca). Książka jest świetne skonstruowana, każdy rozdział traktuje o innym zagadnieniu, a równocześnie wszystkie razem tworzą spójną i logiczną całość. Treści towarzyszy masa dobrze dopasowanych do treści zdjęć autorki. Ola pisze o chińskiej biurokracji, której doświadczyła załatwiając wizę do Chin, o urokach szukania chińskiego lokum na wynajem oraz mieszkania w nim, o tym jak prawie została gwiazdą chińskiego show biznesu, o chińskich pociągach, chińskiej kuchni, chińskiej obyczajowości, chińskich turystach i chińskich kontrastach. A to wszystko z dużą dawką humoru.

Po drugie, Ola potrafi pisać, i choć brzmi to banalnie, to w czasach, kiedy co drugi bloger podróżniczy wydaje książkę, dobry warsztat pisarski ma niewielu. Książka jest bardzo zabawna (nie raz wybuchałam śmiechem), bardzo wnikliwa (poznałam dzięki niej masę ciekawostek na temat chińskiej kultury i rzeczywistości), napisana sprawnie i bezwysiłkowo. Tu każde zdanie ma swoje miejsce, każdy akapit wnosi coś do treści, słowa w każdym rozdziale płyną naturalnie jak rzeka i które czyta się z przyjemnością. „Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin” to po prostu dobrze napisana książka o bardzo ciekawej tematyce, którą każdy kto choć trochę interesuje się światem powinien przeczytać.

Konkurs!

Wydawnictwo National Geographic ufundowało dwa egzemplarze książki dla czytelników CareerBreak.pl. Jeden z nich może być Twój! Wystarczy, że w komentarzu poniżej napiszesz, w jakim kraju chciałbyś zamieszkać i dlaczego. Zwycięzców ogłoszę za tydzień.

Artykuł „Laowai w wielkim mieście”, czyli prawdopodobnie najlepsza polska książka o życiu w Chinach pochodzi z serwisu Careerbreak.

]]>
http://careerbreak.pl/2016/04/25/laowai-w-wielkim-miescie-czyli-prawdopodobnie-najlepsza-polska-ksiazka-o-zyciu-w-chinach/feed/ 24