<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Cel w podróży</title>
	<atom:link href="https://www.celwpodrozy.pl/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://www.celwpodrozy.pl</link>
	<description>Blog podróżniczy - podróże na własną rękę. Informacje praktyczne, porady oraz podróżnicze inspiracje. </description>
	<lastBuildDate>Wed, 23 Sep 2026 19:50:10 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=5.7.2</generator>

<image>
	<url>https://www.celwpodrozy.pl/wp-content/uploads/2018/08/cropped-falvi2-1-32x32.jpg</url>
	<title>Cel w podróży</title>
	<link>https://www.celwpodrozy.pl</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
	<item>
		<title>Turystyczne perełki Lubelskiego, czyli najlepsze produkty turystyczne w 2025 roku</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/09/turystyczne-perelki-lubelskiego-czyli-najlepsze-produkty-turystyczne-w-2025-roku.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/09/turystyczne-perelki-lubelskiego-czyli-najlepsze-produkty-turystyczne-w-2025-roku.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 23 Sep 2026 19:50:10 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[lubelskie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Lubelszczyzny]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje w Lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca na Lubelszczyźnie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=24541</guid>

					<description><![CDATA[<p>Co zachwyca w Lubelskiem? Plebiscyt na Najlepsze Produkty Turystyczne Województwa Lubelskiego co roku wyłania prawdziwe perełki. Są to inicjatywy, miejsca i wydarzenia, które w genialny sposób promują region i przyciągają podróżników szukających czegoś autentycznego. Dla mnie to zawsze niesamowita dawka inspiracji, bo ten konkurs udowadnia, że Lubelszczyzna jest niezwykle ciekawa i potrafi zaskakiwać na każdym kroku. Podczas ostatniej Gali Turystyki kapituła miała wyjątkowo ciężkie zadanie, oceniając aż 44 zgłoszenia z całego regionu! Wybór był niezwykle trudny, ponieważ rywalizowały ze sobą obiekty z zupełnie innych światów, od luksusowych i nowoczesnych przestrzeni, przez tradycyjne, pełne sielskiego spokoju zakątki, aż po widowiskowe festiwale, które od lat budują tożsamość tutejszych miasteczek. Ostatecznie na podium stanęły projekty łączące wielką historię, niepodrabialny klimat i potężną pasję ludzi, którzy je tworzą. Przygotujcie się na podróż pełną kontrastów, bo tegoroczni zwycięzcy to absolutne perełki! Tym razem na pierwszym miejscu uplasował się niesamowity obiekt hotelowy &#8211; Arche Nałęczów (Dawne Sanatorium Milicyjne), który zachwycił wszystkich swoją spektakularną rewitalizacją. Drugie miejsce z dumą wywalczył magiczny Pensjonat Uroczysko Zaborek z Janowa Podlaskiego, prawdziwa oaza tradycji i świętego spokoju. Na trzecim stopniu podium stanęły niezastąpione i pełne humoru Międzynarodowe Dni Jakuba Wędrowycza w Wojsławicach! Nagrodę Internautów w tej edycji zdobył Retro Meleks &#8211; Podróż po Nałęczowie i Wąwolnicy. To niesamowicie klimatyczne, stylowe przejażdżki z przewodnikiem, które bezapelacyjnie zwyciężyły w głosowaniu online i przy okazji zgarnęły także oficjalne wyróżnienie od kapituły konkursu. ARCHE Nałęczów &#8211; Dawne Sanatorium Milicyjne Czy można połączyć surowy, modernistyczny klimat dawnego sanatorium z nowoczesnym designem i luksusową strefą relaksu? Arche Nałęczów udowadnia, że nie tylko można, ale robi się to z wielką klasą! To właśnie ten zrewitalizowany obiekt zajął zasłużone 1. miejsce w konkursie na najlepszy produkt turystyczny regionu. Są miejsca, które powstają od zera. I są takie, które dostają drugie życie. &#8220;Arche Nałęczów dawne Sanatorium Milicyjne&#8221; należy do tej drugiej kategorii. Będę z Wami szczera. Gdy wysiadłam z samochodu i spojrzałam na budynek, w głowie pojawiło się pytanie&#8230; &#8220;ale o co chodzi?&#8221; Czyżby obiekt jeszcze nie był dokończony, jeszcze nie w pełni odnowiony? Surowe nieotynkowane fragmenty od razu zwróciły moją uwagę. Wielkie ambicje PRL-u (Lata 80.) Ten charakterystyczny, brutalistyczny budynek miał niegdyś pełnić funkcję sanatorium milicyjnego. Nigdy nim jednak nie został. Inwestycję rozpoczęła w grudniu 1983 roku Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej w Lublinie. Ośrodek miał być luksusową wizytówką MSW, sanatorium przeznaczonym wyłącznie dla milicjantów i funkcjonariuszy służb mundurowych. W planach był nawet komisariat w piwnicy. Co ciekawe, do jego wznoszenia „zatrudniono” m.in. osadzonych z zakładów karnych. Budynek miał zróżnicowaną liczbę kondygnacji ze względu na kaskadowe położenie na malowniczym, leśnym wzgórzu. Ambitne plany MSW brutalnie przerwała historia. Po transformacji ustrojowej w latach 90. zabrakło funduszy. Gigantyczny 6-piętrowy betonowy szkielet w stanie surowym stał opuszczony przez niemal 40 lat i niszczał, strasząc mieszkańców oraz turystów. Stał się bezużytecznym pomnikiem minionej epoki. Przez kolejne 30 lat budynek przechodził z rąk do rąk. Najpierw zarządzało nim Starostwo Powiatowe w Puławach, a od 2012 roku Agencja Mienia Wojskowego. Wielokrotnie próbowano go sprzedać, a w międzyczasie pojawiały się nawet pomysły, by go całkowicie wyburzyć. Dla mieszkańców i kuracjuszy Nałęczowa gigantyczny straszak ukryty w lesie był po prostu lokalnym wyrzutem sumienia. Rewitalizacja przez grupę Arche Prawdziwy przełom nastąpił, gdy obiektem zainteresowała się grupa Arche, znana z ratowania i dawania drugiego życia opuszczonym, historycznym miejscom. Odkupiła ona zrujnowany obiekt i przekształciła go w nowoczesny obiekt hotelowy, celowo zachowując brutalistyczną architekturę i historyczny, nieco nostalgiczny klimat PRL w designie. Tak, ta surowość to celowy zabieg i jakże zmyślny! Projekt rewitalizacji Arche Nałęczów to jedna z najbardziej spektakularnych metamorfoz architektonicznych w Polsce. Zamiast wyburzyć ogromny szkielet, zdecydowano się na głęboki upcykling architektoniczny i zachowanie autentyczności minionej epoki. Architekci nie zakryli historii tynkiem. To był fantastyczny pomysł! Bo kiedy wchodzisz do środka, zaczynasz wędrować korytarzami, klatkami schodowymi, odkrywać zaskakująco zaprojektowane sale z elementami historii tego obiektu, zaczynasz rozumieć, a przede wszystkim czuć ten nadzwyczajny klimat i połączenie minionej epoki z teraźniejszością. Arche Nałęczów to swoisty pomost pomiędzy historią a naszym teraźniejszym światem. Elewację ocieplono wizualnie za pomocą nowoczesnych materiałów, łącząc surowy beton z dynamicznymi elementami kolorystycznymi. Na bocznych ścianach budynku powstał także mural, wykonany przez uczniów lokalnego liceum plastycznego. Ich prace można oglądać także w środku. Wnętrza z duszą: Kontrolowany eklektyzm i design vintage Wnętrza zaprojektowano w duchu kontrolowanego eklektyzmu i nostalgii. Przestrzenie wspólne oraz pokoje wyposażono w meble vintage, inspirowane kultowym polskim designem z lat 70. i 80. (fotele liski, stoliki-patyczaki, geometryczne formy), łącząc je z nowoczesnymi, komfortowymi akcentami. Zgodnie z filozofią grupy Arche, elementy dekoracyjne (ceramika, obrazy, detale wykończeniowe) zostały stworzone przez artystów z niepełnosprawnościami z Fundacji Leny Grochowskiej oraz przez więźniów, co nadaje wnętrzom unikalny, charakter. Moje dwie ulubione przestrzenie: Gdzie bije serce hotelu? Moje dwie ulubione przestrzenie? Zdecydowanie restauracja ️Retro oraz Klub Lux Sfera. A to właśnie ze względu na aranżację i design. Restauracja Retro to główny koncept gastronomiczny hotelu Arche Nałęczów. Jej zamysłem jest przywracanie klasycznych smaków polskiej gastronomii z lat 80. w nowoczesnej, autorskiej odsłonie. W 2026 roku restauracja odniosła duży sukces, trafiający do prestiżowego, międzynarodowego przewodnika Gault &#38; Millau Poland 2026. Za kartę odpowiada Szef Kuchni Łukasz Rudzki. Jego styl to kulinarna nostalgia z przymrużeniem oka – reinterpretuje dania kojarzone z okresem PRL. A menu&#8230; no cóż, dostajesz &#8220;Akta Osobowe&#8221; do wglądu. Klub Lux Sfera mieści się na poziomie -1 i pod względem aranżacji wnętrz to prawdziwa perełka tego obiektu. Ukrycie go w podziemiach dawnego sanatorium milicyjnego pozwoliło projektantom stworzyć unikalny, tajemniczy i bardzo klimatyczny azyl. To także design lat 80. połączony z nowoczesnym szaleństwem. Wnętrza to absolutna kwintesencja filozofii hotelu. Surowy, piwniczny beton skontrastowano tu z neonami, wyrazistymi kolorami oraz designerskimi meblami z minionej epoki. To tu serwowane są obiadokolacje oraz organizowane imprezy taneczne. Czas na relaks: Nowoczesna strefa Wellness &#38; SPA W Arche Nałęczów możesz także zrelaksować się w klimatycznej strefie Wellness. Co dokładnie się w niej znajduje? Strefa basenowa: Duży, jasny basen wewnętrzny wyposażony w przeciwprąd, masaże ścienne i karku oraz specjalne leżaki z masażem powietrznym. Dla najmłodszych wydzielono bezpieczny brodzik z parasolem wodnym. Jacuzzi: Do dyspozycji są dwa całoroczne jacuzzi wewnętrzne, a w sezonie letnim dodatkowo dwa jacuzzi zewnętrzne na słonecznym tarasie. Strefa Saun (18+): Obejmuje saunę suchą (fińską), łaźnię parową oraz saunę na podczerwień (Infrared IR). Obok saun znajduje się lodopad oraz wiadro bosmana do schładzania ciała. Grota Solna: idealna na inhalacje i wyciszenie. Od godziny 19:00 strefa basenowa jest dostępna tylko dla dorosłych. Z basenu oraz jacuzzi można korzystać do 21:00. Na terenie obiektu działa także renomowana Klinika La Perla SPA Arche Nałęczów, w której można dokupić luksusowe zabiegi estetyczne, rytuały pielęgnacyjne i masaże dopasowane do indywidualnych potrzeb. Nowość: Imponująca Sala Optymizmu A we wrześniu 2026 roku odbyło się oficjalne otwarcie nowej Sali Optymizmu! To imponująca przestrzeń eventowo-konferencyjna o powierzchni 1500 m2. Zaprojektowana z myślą o dużych wydarzeniach biznesowych, kongresach i eventach branżowych. Dodatkowym atutem sali będzie taras z naturalnym drzewem, tworzący wyjątkową strefę odpoczynku. Koniecznie zajrzyjcie na stronę Arche Nałęczów i sprawdźcie ofertę, bo ta może wywołać uśmiech na Waszej twarzy i bardzo pozytywnie zaskoczyć. Śpiochy, to może być coś dla Was;) A Nałęczów? Tego miasta zachwalać chyba nie trzeba, ale zrobię to w akapicie poniżej. Koniecznie sprawdźcie, co warto tu zobaczyć i czego doświadczyć. Pensjonat Uroczysko Zaborek &#8211; podlaski azyl w Lubelskiem Zabieram Was na Podlasie w Lubelskiem! Są miejsca, do których się wraca, i do których tęskni się od razu po wyjeździe. I takim miejscem jest Pensjonat Uroczysko Zaborek. Pierwszy raz byłam tu w 2020 roku, gdy opowiadałam o wielokulturowym nurcie Bugu. I przepadłam. Tutaj przeniesiecie się w czasie i zobaczycie, jak lubelska wieś wyglądała wieki temu. Właściciele Zaborka to prawdziwi pasjonaci, którzy Uroczysko stworzyli od zera. A tę działalność kontynuuje już drugie pokolenie. Nie dziwi wiec fakt, że właśnie to miejsce zdobyło 2. miejsce w konkursie na Najlepszy Produkt Turystyczny województwa lubelskiego w 2025 roku. Historia ocalona belka po belce, czyli jak powstał Zaborek Pensjonat Uroczysko Zaborek to przepiękny hotel o zabudowie skansenowej. Właściciele od lat wyszukują w regionie niszczejące, historyczne drewniane obiekty, odkupują je, a następnie precyzyjnie rozbierają belka po belce, przewożą do Zaborka i składają od nowa. Noclegi dla gości urządzone są więc w dawnych chatach, Zaścianku z 1862 roku, Bielonym Dworku, pamiętającym czasy Powstania Styczniowego, plebani z 1880 roku, klimatycznej Leśniczówce czy nawet starym Wiatraku „Koźlaku” z 1923 roku. Najwyższe piętro wiatraka skrywa dwupoziomowy Apartament Księżniczki. Nazwano go tak na pamiątkę pobytu jordańskiej księżnej Alii, która nocowała tu podczas słynnych aukcji koni arabskich w Janowie Podlaskim. Nowością są ukryte w lesie &#8220;wozy Drzymały&#8220;, gdzie znajdziecie absolutny spokój i prywatność. Dodatkowo w pensjonacie można urządzać szkolenia, konferencje bądź sesje jogi w drewnianym XIX-wiecznym kościółku. Został on zdesakralizowany, więc bez problemu może spełniać taką funkcję. Relaks na 70 hektarach &#8211; baseny i wiejskie SPA w lesie Na terenie kompleksu znajduje się także strefa basenowa. Dwa sezonowe odkryte baseny z podgrzewaną wodą oraz jacuzzi pięknie wkomponowane są w zielone otoczenie pensjonatu, a wokół nich przygotowano strefę wypoczynkową z leżakami i parasolami plażowymi. Jest tu także sucha sauna. Dodatkowo można także skorzystać z oferty masaży. Ale to nie wszystko. W drugiej części Zaborka wśród drzew ukryła się cała strefa wiejskiego SPA. Gorące i zimne balie, sauny suche i parowe. Dla miłośników głębokiego oczyszczenia przygotowano klasyczną Ruską Banię – tradycyjną, drewnianą saunę opalaną drewnem, wyposażoną w predbannik, czyli specjalny przedsionek stworzony do odpoczynku i niespiesznych rozmów przy ziołowej herbacie. Po gorącym seansie w bani możecie wskoczyć do beczki z lodowatą wodą na tradycyjne, rześkie schłodzenie ciała. Całość dopełniają aromatyczne sauny parowe oraz oferta profesjonalnych, relaksacyjnych masaży. Saunowanie i balia w tak dzikim, naturalnym otoczeniu to najlepsze, najbardziej autentyczne SPA, jakie można sobie wyobrazić. Tradycyjne smaki Podlasia i Kresów A jedzenie? To kolejny mocny punkt Zaborka i piszę to z pełną odpowiedzialnością. Kuchnia opiera się na tradycyjnych przepisach podlaskich i kresowych, wykorzystując świeże, lokalne produkty oraz zioła z własnego ogrodu. W restauracji nie ma stałej karty dań. Menu zmienia się co weekend i dopasowuje do aktualnego sezonu. A oto najsłynniejsze potrawy, serwowane na miejscu. Baba ziemniaczana – podawana m.in. z sosem kurkowym&#8230; próbowałam, chyba najlepsza, jaką jadłam. Soczewiaki &#8211; tradycyjne podlaskie kotleciki z ciasta ziemniaczanego, nadziewane solidną porcją doprawionej soczewicy, podane z kwaśną śmietaną&#8230; również próbowałam &#8211; rewelacja. Parowańce z jagodami – kultowe, puszyste kluski na parze z solidną porcją leśnych jagód i śmietany. Placuszki Rolling Stonesów – placki z serem i rodzynkami serwowane z musem malinowym, które uwielbiał perkusista zespołu Charlie Watts podczas swoich wizyt w Janowie. Tradycyjne mączne klasyki – kartacze, cepeliny, bliny gryczane z łososiem, pyzy z mięsem oraz domowe pierogi z unikalnymi nadzieniami (np. z miętą i orzeszkami lub kaszą i grzybami). Sezonowe zupy – prawdziwy podlaski chłodnik z jajkiem, rosół z wiejskiej kury czy gęsty krem z dyni. A do tego w sobotnie wieczory biesiada z grillem oraz ogniskiem, podczas której także serwowane są tutejsze specjały. Spacer z właścicielem i bogaty plan atrakcji W wybrane dni, przeważnie w soboty, o 10:00 rano odbywa się spacer po uroczysku wraz z właścicielem. Wówczas poznacie dokładnie historię tego miejsca, dowiecie się, co można jeszcze zobaczyć w okolicy. Tu nie da się nudzić. Już przy zameldowaniu otrzymacie program na dni Waszego pobytu. Warsztaty z rękodzieła, opowieści i wykłady, przejażdżka offroadowa starym traktorem, wyjście do miejsca mocy i mnóstwo atrakcji dla dzieciaków. Dostępne są gry terenowe z zagadkami i pieczątkami rozsiane po całym terenie. W ramach pakietów pobytowych organizowane są warsztaty kreatywne (np. z popularną Panią Gałgankową), wspólne wyplatanie wianków, budowanie eko-hoteli dla owadów czy wieczory bajek. My akurat trafiliśmy na fantastyczną prelekcję o Stadninie Konie w Janowie, którą później odwiedziliśmy. Zwiedzanie poprzedzone tak ogromną dawką wiedzy zdecydowanie pokazało nam to miejsce w innym świetle. Pensjonat znajduje się na ponad 70 ha, a więc ze względu na ogromną przestrzeń, tłumów w ogóle tu nie uświadczycie. Można się tu wybrać na długie spacery, odpocząć nad zalewem, który leży na terenie Parku Krajobrazowego Podlaski Przełom Bugu. Śladami gwiazd &#8211; Janów Podlaski i słynna stadnina Naprawdę warto tu zajrzeć i zatrzymać się przynajmniej na dwie noce. A co ciekawe, nocowały tu kilkukrotnie takie sławy, jak perkusista Charlie Watts zespołu The Rolling Stones wraz z małżonką (która swego czasu kupowała słynne konie z Janowa) czy wspomniana księżniczka jordańska, od której nazwę...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/09/turystyczne-perelki-lubelskiego-czyli-najlepsze-produkty-turystyczne-w-2025-roku.html">Turystyczne perełki Lubelskiego, czyli najlepsze produkty turystyczne w 2025 roku</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/09/turystyczne-perelki-lubelskiego-czyli-najlepsze-produkty-turystyczne-w-2025-roku.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Trzy lokalne wyspy na Malediwach: Thulusdhoo, Dhiffushi i Huraa – przewodnik</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/05/trzy-lokalne-wyspy-na-malediwach-thulusdhoo-dhiffushi-i-huraa-przewodnik.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/05/trzy-lokalne-wyspy-na-malediwach-thulusdhoo-dhiffushi-i-huraa-przewodnik.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 26 May 2026 19:08:44 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Malediwy]]></category>
		<category><![CDATA[bezludne wyspy na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[ceny na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie nocować na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie plażować na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[koszt wyjazdu na Malediwy]]></category>
		<category><![CDATA[malediwy którą wyspę wybrać]]></category>
		<category><![CDATA[Malediwy na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze plaże na Malediwach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=24381</guid>

					<description><![CDATA[<p>Jeśli marzysz o Malediwach, ale zamiast zamkniętego resortu chcesz zobaczyć prawdziwe życie na wyspach, lokalne wyspy będą strzałem w dziesiątkę. Podczas mojego kolejnego wyjazdu odwiedziłam trzy różne wyspy: Thulusdhoo, Dhiffushi oraz Huraa. Każda z nich okazała się zupełnie inna. W tym przewodniku pokażę Ci, czym różnią się te wyspy, jakie są ich największe plusy i minusy oraz komu najbardziej przypadną do gustu. Jeśli zastanawiasz się, którą lokalną wyspę wybrać na Malediwach albo planujesz podróż na własną rękę, ten artykuł pomoże Ci podjąć decyzję. Pierwszy raz na Malediwy przyleciałam w 2012 roku. Wówczas turystyka na lokalnych wyspach dopiero startowała. Było tylko kilka takich wysp, które przyjmowały turystów. Zatrzymałam się na pięknej Omadhoo. Tu wykupiłam cały pakiet wraz z pełnym wyżywieniem i wycieczkami. Codziennie pływaliśmy na picnic island bądź sand bank. A jedzonko, przygotowywane przez kucharza w guesthousie było przepyszne. Stołowanie &#8220;na mieście&#8221; nie wchodziło w grę, bo nie było po prostu gdzie. Wiele od tego czasu się zmieniło, oj wiele&#8230; na plus jeśli chodzi o infrastrukturę, być może na minus dla tych, którzy cenią sobie spokój i brak ludzi. Kolejnym razem odwiedziłam jeszcze Fulidhoo, Fehendhoo oraz Fuladhoo, którą uważam za najpiękniejszą wyspę lokalną na Malediwach. Znajdziesz tam rajskie resortowe plaże oraz mini dżunglę. Na wyspie jest bardzo czysto, mieszkańcy o to dbają i zachęcają do tego turystów. Koszt pobytu na Fuladhoo jest wyższy niż na innych lokalnych wyspach, ale zdecydowanie warto. Szczegóły poznasz w moich artykułach. &#160; Jeśli wolicie zorganizowane wakacje to na Malediwy &#8211; bezpośrednio Dreamlinerem &#8211; polecicie z ITAKĄ (jest też możliwość zakupu samego przelotu czarterowego). Thulusdhoo &#8211; piękne plaże, tanie i pyszne jedzenie, surferski klimat Thulusdhoo to jedna z najbardziej znanych lokalnych wysp na Malediwach, ale mimo rosnącej popularności nadal można poczuć tu spokojny, codzienny rytm życia mieszkańców. Wyspa jest położona niedaleko Male, dzięki czemu łatwo i szybko można dostać się tu speedboat’em lub lokalnym promem, co czyni ją świetnym wyborem na początek podróży po Malediwach. Z Male dopłyniesz tu: lokalnym promem za 3 USD w 1,5h lub speedboatem za 36 USD w 30 minut. To, co najbardziej zapamiętałam z Thulusdhoo, to przyjemna, swobodna atmosfera. Wyspa wydawała mi się bardziej „żywa” niż niektóre mniejsze lokalne wyspy, jak np. Hurra. Jest tu więcej lokalnych  naprawdę smacznych restauracji, guesthouse’ów i miejsc, gdzie można po prostu posiedzieć wieczorem przy plaży. Nocleg na Thulusdhoo Zatrzymałam się w Golhaaviewinn przy plaży bikini. Za pokój z łazienką i ze śniadaniem płaciłam 222 zł za noc plus 3USD green tax także za noc. Guesthouse nosił już ślady użytkowania, było widać, że wybudowany dość dawno. Było jednak czysto, a lokalizacja idealna, bo tuż przy plaży dla turystów. A do tego pokój wyposażony był we wszystko, co potrzebne: suszarkę, czajnik i butelkowaną wodę. Do minusów zaliczę jeszcze śniadania. Bardzo mały wybór, jajka lub parówki, bez soków czy malediwskiego mashuni (było tylko raz), które uwielbia. To pasta z tuńczyka, kokosa, cebulki i chili z ciepłymi placuszkami przypominającymi naleśniki, zwanymi roshi. Co ciekawe, restaurację w Golhaaviewinn muszę pochwalić. Dania były tu zaskakujące smaczne. Inni turyści w padali tu na posiłki. Oczywiście wybór noclegów na wyspie jest duży, więc warto przejrzeć oferty na bookingu. Jedzenie na Thulusdhoo Ja najczęściej stołowałam się w lokalnej restauracji Byyoni przy ulicy Neruveli Magu. Jest ona wysoko oceniana i potwierdzam, że słusznie. Lokal ten specjalizuje się w autentycznej kuchni malediwskiej oraz azjatyckiej. Jest to świetne miejsce, aby spróbować tradycyjnych wyspiarskich smaków w przystępnych cenach. Zajadałam się tu curry oraz sałatkami. W końcu uświadczyłam dobrych warzyw na Malediwach. Przykładowe ceny jedzenia: warzywne curry &#8211; 18 zł tuna curry &#8211; 19 zł sałatka z pomidora i cebuli &#8211; 13 zł warzywne noodle &#8211; 15 zł świeży sok z mango &#8211; 18 zł sałatka z pomidora i ogórka &#8211; 13 zł steak z tuńczyka &#8211; 26,50 zł świeży sok z maraku  &#8211; 16 zł seafood tom yum soup &#8211; 26,45 zł kokos &#8211; 3 USD woda duża &#8211; 1,80 zł coca cola  &#8211; 4 zł piwo bezalkoholowe &#8211; 9 zł Sklepy spożywcze także tu są, mniejsze i większe. W tym większym kupicie także ubrania czy klapki, których ja bardzo wówczas potrzebowałam. 4-dniowy pobyt na wyspie kosztował mnie ok. 910 zł, czyli 227 zł na dzień. Pamiętajcie także, że podróżowałam solo. Za noclegi musiałam płacić podwójnie, gdyż rzadko który pensjonat oferuje zniżkę dla jednej osoby. Plaże na Thulusdhoo Thulusdhoo wybrałam także ze względu na plaże. Jak wyglądają one na wyspie Thulusdhoo? Czy są rajskie? Ile ich jest i czy można opalać się w bikini? Odpowiedź poniżej. Bikini Beach  Położona we wschodniej części wyspy. Najpiękniejsze kolorki wody są tu do godziny 15:00. Plaża jest czyściutka, leżaczki też się znajdą. Ma karaibski klimat, hamaczki, huśtawki, bujaczki. Przy plaży znajdziecie kilka restauracji, w których stoliki rozstawiono na piasku. Można tu zamówić romantyczną kolację nad samym oceanem&#8230; &#8220;przy świecach&#8221;. Wieczorem warto tu przyjść na obserwację gwiazd, a może i świecący plankton się zdarzy. W hotelu obok Golhaaviewinn organizowane są wieczorne imprezy, typu karaoke. Dream Beach  To po prostu obłędna laguna z krystalicznie czystą wodą i mięciutkim piaskiem. Zobaczysz tu sporo rybek, a i płaszczka czasem zajrzyj (na te trzeba uważać). Takie plaże na Malediwach uwielbiam. To moja top plaża na Thulusdhoo. Ale uwaga, nie jest to plaża bikini. Niemniej stroje kąpielowe są tu akceptowane. Na plażę przychodzą czasami miejscowi. To, czego nie akceptują, to czułości na plaży. Byłam świadkiem, gdy dość ostro zwrócili uwagę pewnej parze. W porównaniu z bikini beach jest tu po prostu pusto. Stąd można podziwiać także zachód słońca, choć na tę okoliczność polecam Sunset Beach, o której jeszcze będzie. Na plaży stoją trzy szałasiki, które dają trochę cienia. W wodzie zobaczycie rybki, czasem zajrzyj płaszczka. Z zamieszkałej części wyspy trzeba tu kawałeczek podejść. Plaża znajduje się za fabryką Coca Coli. Dojście do Dream Beach zajmuje ok. 17 minut. Sunset Beach  To rajski sandbank w zachodniej części wyspy. Tu wszyscy przychodzą na zachód słońca, mieszkańcy także i zdecydowanie trzeba to zrobić. Warto zostać nieco dłużej, bo niebo wchodzi w pomarańcze i fiolety. A w dzień można poplażować lub polatać na kajcie, który wydaje się tu być bardzo popularny, jak i sam surfing. Nie ma tu żadnego schronienia przed słońcem (oprócz małej chatki), a to na Malediwach jest piekielnie mocne. Na środku cypelka ktoś zostawił kilka plastikowych leżaków. Warto pamiętać, że Sunset Beach jest lokalną plażą, a nie bikini beach, więc zgodnie z malediwskimi zasadami nie powinno się tam opalać w bikini. Burugaa Beach Znana jest również jako Hijaab Beach. Podobno można tu zobaczyć baby sharks. To trochę dzika, ale też spokojna plaża. W przeciwieństwie do gwarnej bikini beach, Burugaa  oferuje zdecydowanie więcej prywatności. Nie znajdziesz tu rozwiniętej infrastruktury turystycznej, leżaków czy barów bezpośrednio na piasku. Za każdym razem, gdy tędy przechodziłam, było pusto, nie było tu nikgo. Plaża znajduje się za zamieszkałą częścią przy ścieżce wiodącej także na Dream Beach, tylko po przeciwległej stronie. Fabryka Coca Coli na Thulusdhoo Trudno uwierzyć, że na niewielkiej tropikalnej wyspie znajduje się jedyna fabryka Coca-Coli na całych Malediwach. Co ciekawe, uważa się ją także za jedyną fabrykę Coca-Coli na świecie, która wykorzystuje odsoloną wodę morską do produkcji napojów. Fabryka działa na wyspie od lat 80. i produkuje napoje dla całego kraju, m.in. Coca-Colę, Sprite czy Fantę. Dla mieszkańców jest też ważnym miejscem pracy i jednym z symboli wyspy. Od fabryki swoją nazwę wziął również słynny spot surferski „Cokes”. Fabrykę można zwiedzać. Zapytajcie o pomoc w tym w swoim pensjonacie. Mi prawie się to udało, jednak akurat w dniu, w którym mogłam to zrobić, fabryka była zamknięta ze względu na jakieś ważne działania wewnątrz. Dhiffushi &#8211; lokalny malediwski kurort Lokalna wyspa Dhiffushi to obecnie mały malediwski kurort. Wyspa jest piękna z jeszcze większym potencjałem. Zdecydowanie spotkasz tu więcej turystów niż na Thulusdhoo. Jest też sporo drożej. Z Male dopłyniecie tu: publicznym promem za kilka dolarów w 2 godziny lub speedboatem za 30 USD w 50 minut. Nocleg na Dhiffushi Zatrzymałam się w Sunset Villa za 443 zł za noc z pełnym wyżywieniem i z prywatną plażą. Na zdjęciach i w opisie wszystko brzmiało super. I rzeczywiście hotel jest w porządku. Duże komfortowe hotele z ładną łazienką, choć widać już spore ślady użytkowania. Duży plus za to, iż otrzymałam pokój z widokiem na plażę i ocean, a takiego nie zarezerwowałam. A widok był obłędny. Opcję z pełnym wyżywieniem wzięłam dlatego, że miałam tu spędzić Sylwestra i oferowana była uroczysta sylwestrowa kolacja na plaży. Cena za cały pakiet była naprawdę dobra, więc to przeważyło szalę. Jeśli chodzi o jedzenie, to niestety wielkiego szału nie było. Po prostu nie zawsze było smacznie. Tak, jakby właściciel jechał już trochę na opinii. Obiad był zwykle w formie szwedzkiego stołu, zaś kolację podawano do stolika na plaży. Plus był taki, że cenowo było w porządku, bowiem &#8220;na mieście&#8221; było bardzo drogo. Przykładowe ceny i porównanie z Thulusdhoo: Warzywne curry: na Dhiffushi &#8211; 10/12 USD, na Thulusdhoo &#8211; 4/5 USD. Kokos: na Dhiffushi &#8211; 5 USD, na Thulusdhoo &#8211; 3 USD. Na Dhiffushi są porządne sklepy z pamiątkami, czego na Thulusdhoo nie widziałam. A pamiątki w większości bardzo fajne, jak np. wyroby z kokosa. Naprawdę można wybrać i zakupić piękne rzeczy. Są oczywiście sklepy spożywcze, więc owoce czy inne przekąski można zakupić. Widziałam nawet gotowe dania do zalania wrzątkiem. Plaże na Dhiffushi Dhiffushi Bikini beach Na wyspie znajdują się dwie rajskie plaże bikini. Jedna przy Stone Hotels Dhiffushi. Według mnie to ta piękniejsza, długa, prowadzi na sandbank na końcu wyspy, gdzie praktycznie jest pusto. Długa laguna sięga aż po horyzont, a w niej malutkie rekiny, płaszczki i latające rybki. No i te zachody słońca&#8230; Znajdziesz tu leżaki oraz huśtawki w oceanie. Ludzi jest sporo, bo i tu ulokowały się pensjonaty i hotele, oraz bary. Natomiast z racji tego, iż plaża jest bardzo długa, można znaleźć spokojniejsze miejsce dla siebie. Choćby na wspomnianej lagunie. Dhiffushi Beach Druga plaża ma widok na resort Meeru Island Resort &#38; Spa, który znajduje się na prywatnej wyspie tuż obok. To jeden z najbardziej charakterystycznych elementów tej plaży. I rzeczywiście wygląda to ładnie, niemniej kursujące tu non stop motorówki psują ten idylliczny obrazek. Przez to plaża nie jest aż tak spokojna, jak mogłoby się wydawać na zdjęciach. Co jakiś czas słychać silniki łodzi przecinających lagunę, a w wodzie trzeba uważać podczas pływania czy snorkelingu. Momentami trochę zaburzało to rajski i spokojny klimat, którego wiele osób szuka na Malediwach. Karmienie płaszczek Codziennie o zachodzie słońca w hotelu Heron odbywa się karmienie płaszczek. Przychodzi tu chłopak z wiadrem surowego mięsa i każdy może taki kąsek podać wygłodniałej płaszczek. Chętnych jest dużo. Spróbowałam i ja. Przyznam to bardzo miłe uczucie. Niektórzy chcą także pogłaskać te żyjątka, ale ja chyba bym nie ryzykowała. Płaszczki zazwyczaj nie są agresywne wobec ludzi. Mają jednak kolec jadowy na ogonie, którego używają do obrony, gdy poczują zagrożenie. Najczęściej wtedy, gdy ktoś przypadkowo na nie nadepnie. Dlatego na Malediwach zaleca się chodzić po płytkiej wodzie powoli, „szurać” stopami po piasku zamiast robić normalne kroki, nie dotykać płaszczek i nie próbować ich łapać. Ataki są bardzo rzadkie, a płaszczki zwykle odpływają, gdy tylko zauważą człowieka. Wiele osób pływa z nimi bez żadnych problemów. Przy obu plażach ulokowały się bary, więc można czas leniwie spędzić pod palmami, przy muzyczce, popijając kokosa. Świetna opcja na wieczór. Świetny bar oraz restauracja znajduje się przy drodze w kierunku hotelu Heron. Klimatyczny, nad ocean, klimat karaibski. Ogólnie bardzo mi się tu podobało, mimo wysokich cen oraz pomimo, iż są miejsca zaśmiecone, jak np. plaża, którą szłam na bikini beach. Piękna, rajska, chylące się palmy&#8230; ale na plaży mnóstwo śmieci. Huraa &#8211; spokojna i lokalna wyspa blisko Male Huraa to jedna z tych wysp na Malediwach, które są dużo spokojniejsze i bardziej lokalne niż pozostałe wyspy. Leży bardzo blisko Male. Dopłyniesz tu speedboat’em w około 20–30 minut za 10 USD lub 150 malediwskich rufii. Jeśli kurs jest z lotniska, wówczas zapłacisz 15 USD. Dodam jeszcze, że kurs z Male promem na lotnisko kosztuje 15 rufii. W porównaniu do Thulusdhoo czy Diffushi, Huraa wydaje się bardziej cicha i „codzienna”. Mniej tu turystycznego ruchu, więcej zwykłego życia mieszkańców: rybaków, małych sklepików, dzieci jeżdżących rowerami po piaszczystych uliczkach i lokalnych kawiarni. To dobra wyspa dla osób, które chcą trochę zwolnić...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/05/trzy-lokalne-wyspy-na-malediwach-thulusdhoo-dhiffushi-i-huraa-przewodnik.html">Trzy lokalne wyspy na Malediwach: Thulusdhoo, Dhiffushi i Huraa – przewodnik</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/05/trzy-lokalne-wyspy-na-malediwach-thulusdhoo-dhiffushi-i-huraa-przewodnik.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Dlaczego deski SUP to hit każdego lata? 7 powodów, dla których warto mieć własną</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/04/dlaczego-deski-sup-to-hit-kazdego-lata-7-powodow-dla-ktorych-warto-miec-wlasna.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/04/dlaczego-deski-sup-to-hit-kazdego-lata-7-powodow-dla-ktorych-warto-miec-wlasna.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 29 Apr 2026 13:56:36 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Sporty wodne]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=24372</guid>

					<description><![CDATA[<p>Do niedawna były nowością na polskich akwenach, dziś stanowią najdynamiczniej rozwijający się segment sportów wodnych. Deska SUP (Stand Up Paddle) to nie tylko wakacyjny gadżet, ale wszechstronny przyrząd treningowy i rekreacyjny, który zrewolucjonizował sposób, w jaki spędzamy czas nad wodą. Sprawdź, dlaczego własny zestaw to inwestycja, która zwraca się szybciej, niż myślisz. Własny SUP w praktyce – wygoda, oszczędność i maksimum możliwości Fenomen desek SUP wynika przede wszystkim z ich bezkonkurencyjnej dostępności i niskiego progu wejścia. W przeciwieństwie do windsurfingu czy kitesurfingu, opanowanie podstaw wiosłowania na stojąco zajmuje zazwyczaj od 15 do 30 minut i nie wymaga ponadprzeciętnej kondycji fizycznej. Nowoczesne modele typu iSUP (pompowane) po złożeniu mieszczą się w plecaku, co eliminuje problemy z transportem i przechowywaniem, które dotychczas zniechęcały do zakupu własnego sprzętu wodnego. Własna deska do pływania SUP to przede wszystkim niezależność od godzin pracy i kolejek w wypożyczalniach, a także gwarancja higieny i sprzętu idealnie dopasowanego do wagi oraz umiejętności użytkownika. 1. Trening całego ciała Wiosłowanie na stojąco to jeden z najbardziej efektywnych treningów ogólnorozwojowych. Podczas utrzymywania równowagi na niestabilnym podłożu, do głosu dochodzi tzw. czucie głębokie. Twoje mięśnie stabilizujące (core), mięśnie nóg, pośladków oraz mięśnie brzucha pracują bez przerwy, by utrzymać pion. Do tego dochodzi praca obręczy barkowej i pleców podczas każdego pociągnięcia wiosłem. Co ciekawe, godzina rekreacyjnego pływania pozwala spalić od 300 do 500 kalorii, a przy intensywnym tempie wynik ten może wzrosnąć nawet do 800 kcal. To idealna alternatywa dla siłowni czy biegania w upalne dni. 2. Wolność od logistyki i kolejek Wypożyczalnie sprzętu wodnego w sezonie przeżywają oblężenie. Często wiąże się to z koniecznością rezerwacji, ograniczonym czasem pływania oraz koniecznością korzystania z wyeksploatowanego, ciężkiego sprzętu. Z kolej posiadając własnego SUPa możesz spędzać czas, tak jak lubisz bez ograniczeń. Już o 5:00 rano możesz zorganizować sobie sesję jogi przy wschodzie słońca lub popływać wieczorem, gdy wypożyczalnie są już dawno zamknięte. 3. Jeden sprzęt, nieskończoność akwenów Uniwersalność deski SUP jest zaskakująca. Ten sam model może służyć Ci do pływania na jeziorze, do spływu leniwą rzeką (na przykład zamiast kajaka), a nawet do zabawy na małych falach Bałtyku. Dzięki statecznikom (finom) i odpowiedniej wyporności, SUP radzi sobie w warunkach, w których tradycyjne łodzie czy pontony byłyby zbyt nieporęczne. To narzędzie do małych i dużych podróży! 4. SUP się opłaca! Godzina wypożyczenia deski SUP w popularnych kurortach to koszt rzędu 200 zł. Rodzinny wyjazd lub regularne pływanie w weekendy sprawiają, że koszt wynajmu szybko zaczyna przyprawiać o zawrót głowy. Solidną, markową deskę ze średniej półki kupisz już za 1300 zł. Taka inwestycja bardzo szybko Ci się zwróci już po kilku weekendach nad wodą. Biorąc pod uwagę, że dobrze utrzymany SUP posłuży Ci przez 5-7 sezonów, koszt jednostkowy jednego wyjścia na wodę spada do kilku złotych. Dodatkowo, markowy sprzęt świetnie trzyma cenę na rynku wtórnym. 5. Technologia Drop-Stitch Wiele osób obawia się, że „pompowana deska” to rodzaj materaca, który ugnie się pod ciężarem człowieka. Nic bardziej mylnego. Sercem iSUP-ów jest technologia Drop-Stitch. Wewnątrz deski znajdują się tysiące poliestrowych włókien łączących górną i dolną warstwę PVC. Po napompowaniu do ciśnienia 15-18 PSI, włókna te napinają się, nadając desce sztywność zbliżoną do konstrukcji twardych. Dzięki temu deska jest odporna na uderzenia o kamienie czy korzenie, co w przypadku desek sztywnych skończyłoby się kosztowną naprawą. 6. Relaks Nauka potwierdza, że przebywanie w pobliżu wody (tzw. Blue Space) znacząco obniża poziom kortyzolu i poprawia zdrowie psychiczne. SUP oferuje unikalną formę medytacji w ruchu. Rytmiczne wiosłowanie, szum wody i brak hałasu silnika pozwalają na pełne „odcięcie” od powiadomień w telefonie. To jeden z niewielu sportów, który pozwala na tak bliski, intymny kontakt z ekosystemem bez ingerencji w niego. 7. Sprzęt dla całej rodziny (również czworonoga) Deska SUP to prawdopodobnie najbardziej demokratyczny sprzęt sportowy. Na większych modelach typu All-around bez trudu zmieścisz się z dzieckiem lub czworonogiem (warto tylko pamiętać o kapoku dla pasażera!). To platforma do wspólnej zabawy, skoków do wody czy wspólnego pikniku na środku jeziora. Co więcej, nowoczesne deski posiadają dedykowane zaczepy na siedzisko kajakowe, co w kilka sekund zmienia deskę w wygodny kajak (idealne rozwiązanie, gdy wiatr stanie się zbyt silny na wiosłowanie w pionie). Deska All-around vs. Touring Zanim dokonasz zakupu, warto zrozumieć różnicę między dwoma najpopularniejszymi typami desek. All-around: są szersze (zazwyczaj 80 cm+) i mają zaokrąglony dziób. Są niezwykle stabilne, co czyni je idealnym wyborem dla osób początkujących, rodzin i osób uprawiających jogę. Słowem są najbardziej uniwersalne i takie modele znajdziesz u marki Touring: są dłuższe i mają zaostrzony dziób. Lepiej trzymają kierunek i szybciej przecinają wodę. To wybór dla osób, które planują dłuższe wyprawy, spływy rzeczne i chcą pokonywać większe dystanse przy mniejszym nakładzie energii. Niezbędne dodatki do pływania na desce SUP Własna deska to nie tylko pokład. Aby pływanie było bezpieczne i komfortowe, musisz zwrócić uwagę na trzy elementy. Leash (smycz), który łączy Twoją kostkę z deską. W razie upadku deska nie odpłynie z wiatrem lub prądem wody. Pływanie bez leasha to najczęstszy błąd początkujących. Kamizelka asekuracyjna to podstawa. Nawet jeśli świetnie pływasz, skurcz lub nagłe pogorszenie pogody może Cię zaskoczyć. Nowoczesne kamizelki do sportów wodnych nie krępują ruchów i są bardzo lekkie. Wiosło – często pomijany element. Najtańsze wiosła aluminiowe są ciężkie. Jeśli planujesz pływać dłużej niż 30 minut, warto rozważyć model z domieszką włókna szklanego lub węglowego &#8211; Twoje barki Ci za to podziękują. Własna deska SUP to inwestycja w zdrowie, spokój ducha i niezależność. To koniec z wypożyczaniem sprzętu na czas określony i początek przygody, która ogranicza się jedynie do Twojej wyobraźni i mapy wód w Twojej okolicy. Lato jest krótkie, warto więc wycisnąć z niego każdą sekundę spędzoną na wodzie! &#160; Artykuł sponsorowany</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/04/dlaczego-deski-sup-to-hit-kazdego-lata-7-powodow-dla-ktorych-warto-miec-wlasna.html">Dlaczego deski SUP to hit każdego lata? 7 powodów, dla których warto mieć własną</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/04/dlaczego-deski-sup-to-hit-kazdego-lata-7-powodow-dla-ktorych-warto-miec-wlasna.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Co zobaczyć w Warszawie &#8211; nieoczywiste miejsca poza utartym szlakiem</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/04/co-zobaczyc-w-warszawie-nieoczywiste-miejsca-poza-utartym-szlakiem.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/04/co-zobaczyc-w-warszawie-nieoczywiste-miejsca-poza-utartym-szlakiem.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 11 Apr 2026 21:37:29 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa mniej znana]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa na weekend]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa nieoczywiste miejsca]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa top atrakcje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=24246</guid>

					<description><![CDATA[<p>Warszawa kojarzy się przede wszystkim z najbardziej znanymi punktami na mapie miasta, ze Starym Miastem, Łazienkami czy Pałacem Kultury. Tymczasem stolica kryje znacznie więcej miejsc, które często umykają uwadze turystów, a nawet samych mieszkańców. I ja jestem tego przykładem. Mieszkam w Warszawie już bardzo długo, a ciągle tego miasta porządnie nie zwiedziłam. Postanowiłam to zmienić i nadrobić zaległości. Dlatego też zapraszam Was do stolicy w podróż nieoczywistą. Pokażę Wam miejsca poza utartym szlakiem, które zachwycają, zadziwiają, a nawet nastrajają sentymentalnie. Warszawa pełna jest zakątków z niezwykłą historią, nietypową architekturą i klimatem, którego trudno szukać w popularnych przewodnikach. Dawne fortyfikacje, ukryte ogrody, zapomniane podwórka czy miejsca związane z ciekawymi epizodami z historii miasta, to tylko część z nich. Jeśli chcecie poznać stolicę z nieco innej perspektywy, ten wpis jest dla Was. I tak naprawdę kolejność jest przypadkowa, bowiem te miejsca są różne i ciężko je kategoryzować. Niemniej cechą wspólną jest to, że są naprawdę ciekawe. Co zatem warto zobaczyć w Warszawie poza utartym szlakiem? Główny Gmach Politechniki Warszawskiej To nie Wiedeń, ani Rzym, ani też nie Budapeszt, a takie można mieć skojarzenie, patrząc na tę architekturę. To jeden z najpiękniejszych budynków w Warszawie. Mieszkam tu już tyle lat i nigdy wcześniej tu nie byłam. To Główny Gmach Politechniki Warszawskiej. Budynek powstał na przełomie XIX i XX wieku. Zaprojektował go wybitny architekt Stefan Szyller, wracz we współpracy z Bronisławem Brochwicz-Rogóyskim. Sercem gmachu jest Duża Aula. To wielokondygnacyjny dziedziniec wewnętrzny z krużgankami, przykryty kolorowym przeszklonym dachem, wpuszczającym do środka światło. Główna klatka schodowa była inspirowana manierystycznymi schodami zamku w Baranowie Sandomierskim. Gmach jest przykładem późnego historyzmu, łączącego elementy włoskiego renesansu i klasycyzującego baroku. Plan budynku przypomina kształt latawca. Szczyt fasady wieńczy grupa rzeźbiarska przedstawiająca Geniusza Wiedzy w otoczeniu alegorii. Po powojennej rekonstrukcji w 1965 roku jedną z postaci (personifikację Chemii) zastąpiono alegorią Architektury.  Na elewacji znajdują się tablice z datami budowy oraz płaskorzeźby symbolizujące pierwsze wydziały: Inżynieryjno-Budowlany, Mechaniczny, Chemiczny oraz Górniczo-Hutniczy. Od 1965 roku budynek jest wpisany do rejestru zabytków. Budynek jest otwarty dla osób postronnych. Można bez problemu wejść do środka, aby podziwiać architekturę auli czy rzeźbione detale. Kilka ciekawostek o Politechnice Warszawskiej Podziemia Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej to miejsce, które przez lata obrosło wieloma legendami, podszytymi dawką studenckiego humoru i historycznych tajemnic. Oto najciekawsze opowieści i fakty dotyczące podziemi. Utrwalenie systemu komunistycznego&#8230; W Dużej Auli w 1948 roku odbył się kongres zjednoczeniowy partii komunistycznych w Polsce, na którym powstała PZPR. Sieć tajnych tuneli&#8230; Jedna z najpopularniejszych legend głosi, że pod Gmachem Głównym znajduje się sieć tuneli łączących go z innymi budynkami kampusu, a nawet z Ministerstwem Obrony Narodowej czy dawnym KC PZPR. Choć podziemne przejścia techniczne faktycznie istnieją (łączą np. Gmach Główny z Gmachem Mechaniki), ich skala jest znacznie mniejsza, niż sugerują opowieści. Schrony z czasów zimnej wojny&#8230; W piwnicach gmachu znajdują się pomieszczenia, które w czasach PRL były przystosowane do roli schronów przeciwlotniczych. Do dziś można tam znaleźć ciężkie, stalowe drzwi i stare systemy wentylacyjne, co tylko podsyca wyobraźnię o &#8220;podziemnym mieście&#8221;. Duchy i &#8220;wieczni studenci&#8221;&#8230; Jak każda szanująca się zabytkowa budowla, Politechnika ma swoje opowieści o duchach. Studenci czasem żartują, że w najgłębszych zakamarkach piwnic błąkają się dusze tych, którzy nigdy nie zaliczyli legendarnej &#8220;mechaniki&#8221; lub innych trudnych egzaminów. Inżynieryjne sekrety&#8230; Mniej legendarnym, a bardziej technicznym faktem jest to, że fundamenty gmachu są niezwykle solidne i przetrwały próbę czasu oraz zniszczenia wojenne dzięki nowatorskiemu jak na tamte czasy projektowi Stefana Szyllera. Podziemia skrywają też pozostałości dawnych systemów grzewczych, które w XIX wieku były szczytem technologii. Niektóre z tych &#8220;tajemnych&#8221; przejść są okazjonalnie udostępniane zwiedzającym podczas wydarzeń takich jak Noc Muzeów, co jest najlepszą okazją, by osobiście sprawdzić, co kryje się pod Dużą Aulą. I właśnie to zamierzam sprawdzić w najbliższym czasie. Centrum Pieniądza NBP Chciałbyś zobaczyć sejf bankowy od środka? Potrzymać prawdziwą sztabkę złota, wartą miliony złotych? Zobaczyć, jak wygląda bankomat w środku? Ile miejsca zajmuje 1 mln zł w banknotach po 10 zł? To wszystko zobaczysz w Centrum Pieniądza NBP w Warszawie. A będzie Cię to kosztowało całe 0 zł, bowiem wstęp jest bezpłatny. W Laboratorium Autentyczności nauczysz się odróżniać fałszywki od prawdziwych banknotów. Zobaczysz tu podskórny implant płatniczy. Poznasz historię pieniądza. Poczujesz się jak makler, a to nie wszystko. Centrum Pieniądza NBP im. Sławomira S. Skrzypka to interaktywne muzeum i placówka edukacyjna mieszcząca się w centrali Narodowego Banku Polskiego przy ul. Świętokrzyskiej w Warszawie. Instytucja popularyzuje wiedzę ekonomiczną i historię pieniądza, łącząc funkcje wystawiennicze i dydaktyczne w nowoczesnej formie multimedialnej. I robi to świetnie! Pomysł stworzenia centrum wyszedł od prezesa NBP Sławomira S. Skrzypka, tragicznie zmarłego w katastrofie smoleńskiej w 2010 roku. Jego ideą było utworzenie placówki edukacyjno-wystawienniczej, popularyzującej ekonomię w sposób przystępny dla szerokiej publiczności. Imię patrona nadano w 2011 roku, a centrum otwarto pięć lat później po zakończeniu skomplikowanych prac projektowych i budowlanych. W muzeum znajduje się ponad 20 sal tematycznych z multimedialnymi ekspozycjami. Najciekawsze elementy wystawy to m.in. &#8220;Historia pieniądza&#8221;, &#8220;Skarbiecc, &#8220;Mennica i produkcja pieniędzy&#8221; czy &#8220;Gabinet prezesa banku&#8221;. Pokazano tu rozwój pieniądza od wymiany barterowej, pierwszych monet starożytnych, średniowiecznych mennic, aż po współczesne banknoty i płatności elektroniczne. Można zobaczyć np. monety z czasów Mieszka I czy króla Bolesława Chrobrego. Jedną z największych atrakcji jest sala skarbca, w której znajdują się wspomniane sztabki złota, historyczne monety czy kolekcjonerskie banknoty. Jedna z sal odtwarza gabinet prezesa banku centralnego oraz pokazuje, jak działa współczesny system bankowy i polityka pieniężna. Czasami trzeba postać chwilę w kolejce, by wejść do środka, niemniej idzie to bardzo sprawnie. Na zwiedzanie najlepiej przeznaczyć kilka godzin, a nawet przez pół dnia nie będziecie się tu nudzić. Fotoplastikon Oto miejsce unikatowe na skalę światową. Fotoplastikon Warszawski działa w tym samym miejscu od 1905 roku. Fotoplastikon to wieloboczne urządzenie do oglądania zdjęć trójwymiarowych. Ma formę dużej, drewnianej, cylindrycznej konstrukcji z wieloma stanowiskami. Widz siada przy jednym z nich i przez specjalny wizjer ogląda stereoskopowe fotografie, które sprawiają wrażenie trójwymiarowych. Zdjęcia przesuwają się automatycznie, co kilkanaście sekund pojawia się kolejna fotografia. Fotoplastikon warszawski działa od 1905 roku, co czyni go jednym z najstarszych zachowanych fotoplastikonów na świecie. W okresie międzywojennym był bardzo popularną atrakcją miasta. Mieszkańcy mogli oglądać w nim fotografie z całego świata, często przedstawiające miejsca, których większość ludzi nigdy nie miała okazji zobaczyć. Podczas II wojna światowa urządzenie przetrwało zniszczenia Warszawy i po wojnie ponownie zaczęło działać. Obecnie opiekę nad nim sprawuje Muzeum Powstania Warszawskiego. Obejrzycie tu stereoskopowe zdjęcia z przełomu XIX i XX wieku. Tematyka to przedwojenna Warszawa, Europa oraz egzotyczne podróże. Zobaczysz tu stare aparaty fotograficzne oraz mniejsze przenośne fotoplastikony. W zbiorach Fotoplastikonu jest już ponad 10 tyś. fotografii. Wstęp jest płatny. Bilety normalny kosztuje 10 zł, ulgowy – 6 zł, zaś za bilet z kartą Warszawiaka zapłacicie 8 zł. W czwartki wstęp jest wolny. Kamienica Hoserów Fotoplastikon mieści się w przepięknej kamienicy Hoserów przy Al. Jerozolimskie 51, niedaleko dworca Warszawa Śródmieście oraz Dworca Centralnego. Budynek powstał na początku XX wieku i jest jednym z charakterystycznych przykładów eleganckiej architektury miejskiej z tamtego okresu. Kamienicę wybudowano dla rodziny Hoserów, zamożnej warszawskiej rodziny ogrodników i przedsiębiorców. Najbardziej znanym jej przedstawicielem był Piotr Hoser. Rodzina chętnie inwestowała w nieruchomości w rozwijającym się wówczas centrum miasta. Co ciekawe, budynek przetrwał II wojnę światową w stosunkowo dobrym stanie, mimo ogromnych zniszczeń Warszawy. Dzięki temu zachował się jego historyczny wygląd. Szczególną uwagę przykuwa brama, prowadząca na dziedziniec.  Zachwycają przede wszystkim dekoracyjne elementy metalowe oraz ornamenty roślinne, typowe dla architektury inspirowanej secesją. Nad wejściem znajdują się również ozdobne detale sztukatorskie, które podkreślają elegancję całej fasady. Wolskie Rotundy Niektórzy mówią &#8211; &#8220;warszawskie Koloseum&#8221;. Warszawskie Rotundy to opuszczona gazownia na Woli, znana kiedyś jako „gazownia na Czystem”. Okrągłe ceglane budynki zostały zbudowane w 1888 roku. Powstały dla Gazowni Warszawskiej jako obudowy zbiorników, produkowanego w niej gazu. Gazu używano do oświetlania miasta za pomocą miejskich latarni gazowych obsługiwanych ręcznie przez latarników. Jeszcze jakiś czas temu obiekty można było zwiedzać. Obecnie są zamknięte i ogrodzone z tabliczką TEREN PRYWATNY. Niemcy zaminowali budynki pod koniec wojny, jednak szczęśliwie nie zdołali ich wysadzić. Produkcja gazu została wznowiona już w czerwcu 1945 roku. Rotundy przestały pełnić swoją funkcję w latach 70. XX wieku, gdy Warszawę podłączono do sieci gazu ziemnego. Wykonane z czerwonej cegły, zachwycają bogatym detalem architektonicznym i licznymi oknami, co nadaje im charakter sakralny lub pałacowy, mimo ich czysto technicznej funkcji. Rotundy wyróżniają się bardzo nietypową formą. Są to okrągłe, niskie pawilony o betonowej konstrukcji, przykryte płaskimi dachami. Ich bryła była inspirowana modernizmem i architekturą użytkową tamtego okresu. Cechy charakterystyczne budynków to plan koła, rytmicznie rozmieszczone pionowe elementy konstrukcyjne, duże przeszklenia oraz prosta, funkcjonalna forma. Dzięki temu wyglądają trochę jak niewielkie pawilony futurystyczne z epoki PRL. Koniecznie poszukajcie zdjęć wnętrz, bo te robią wręcz oszałamiające wrażenie. Wolskie Rotundy znajdują się w rękach Fundacji Rodziny Biernackich. Miasto domagało się zwrotu obiektu, jednak przegrało batalię w sądzie. Ogromna szkoda, iż tak wspaniałe budowle niszczeją, mają ogromny potencjał. Istnieją ambitne plany przekształcenia budynków na cele kulturalne. Właściciele dążą do stworzenia tam Metamuzeum (centrum nauki i techniki) oraz wielofunkcyjnej sali koncertowej. Kształt i kubatura budynku mają zapewnić unikalną akustykę i stanowić wyjątkowe tło dla występów artystycznych. Jednak przez kilka lat nic się tu zmieniło i żadne prace nie ruszyły. Muzeum Gazowni Warszawskiej Choć same rotundy są zamknięte, na sąsiednim terenie (ul. Kasprzaka 25) działa Muzeum Gazowni Warszawskiej. To jednak odrębna własność. Można tu poznać historię całego kompleksu i zobaczyć dawną aparatownię. Muzeum zostało oficjalnie utworzone w 1977 roku z inicjatywy Zygmunta Marszałka, wieloletniego pracownika, który dbał o ocalenie unikalnych maszyn przed zniszczeniem. W 2022 roku placówka przeszła gruntowną modernizację, łącząc historyczne wnętrza z nowoczesnymi, interaktywnymi systemami. Muzeum składa się z dwóch głównych hal. Można tu zobaczyć m.in. ogromne sprężarki, liczniki gazu, a nawet przedwojenne ciekawostki, jak gazowe żelazko kawalerskie czy lokówkę z 1914 roku. Zwiedzający mogą też &#8220;dorzucić węgla do pieca&#8221; w ramach interaktywnych elementów wystawy. To naprawdę ciekawie zorganizowane miejsce z ogromną dawką wiedzy. Obecnie w samym Muzeum Gazowni regularnie odbywają się mniejsze wydarzenia kulturalne, takie jak wieczory filmowe czy warsztaty edukacyjne. Osiedle Przyjaźń Najdziwniejsze osiedle w Warszawie? Kompletnie nie pasuje do wielkiego miasta. Masz wrażenie, że właśnie teleportowałeś się do innego świata. Osiedle Przyjaźń na warszawskim Bemowie to unikatowa,  już zabytkowa, perełka. Powstało w 1952 dla radzieckich robotników, budujących Pałac Kultury i Nauki. Posiadało wtedy pełną infrastrukturę: kino, stołówki, bibliotekę czy łaźnie. W szczycie mieszkało tu nawet 4,5 tysiąca osób. Co ciekawe, teren był ogrodzony i pilnowany. Na osiedlu mamy dwa rodzaje budynków: duże pawilony (hotele), typowo radzieckie konstrukcje barakowe oraz domki jednorodzinne (dla kadry), przypominające „domki fińskie” ze względu na spadziste dachy i drewnianą elewację. Po zakończeniu budowy pałacu osiedle zamieniono w miasteczko studenckie. W 1955 roku osiedle przekazano Ministerstwu Szkolnictwa Wyższego. Stało się unikalnym akademikiem, w którym do dziś mieszkają studenci i pracownicy naukowi warszawskich uczelni. Jeszcze do 2021 w największym budynku działał klub studencki Karuzela. Aktualnie część domków jest zamieszkana, w części mieszczą się lokale usługowe, a część niestety niszczeje. W listopadzie 2024 roku Osiedle Przyjaźń trafiło do rejestru zabytków. To ogromny, zielony teren (32 hektary) z własnymi nazwami ulic (np. Konarskiego, Doroszewskiego). Panuje tu niemal wiejska cisza, choć obok przebiegają linie tramwajowe i metro. Czy to na pewno domki fińskie? I taka ciekawostka. Mówi się, że to domki fińskie. A jednak drewno, wykorzystane na budowę osiedla, nie pochodziło z Finlandii. Nowsze ustalenia historyków i badaczy wskazują, że drewno i konstrukcje pochodziły w dużej mierze z ZSRR (głównie z terenów dzisiejszej Rosji). Część elementów mogła być produkowana w różnych miejscach bloku wschodniego, a nie importowana jako gotowe domy z Finlandii. Skąd wziął się mit o fińskich domkach? Widać tu podobieństwo konstrukcji do skandynawskich domów prefabrykowanych. W PRL często używano określenia „fińskie domki” jako skrót myślowy dla drewnianych, prefabrykowanych budynków. W grę wchodzi tu także brak dokładnej dokumentacji przez lata, przez co ludzie „dopowiedzieli” sobie wersję bardziej egzotyczną. Niemniej, część osób twierdzi, że część to domy fińskie z reparacji, podobnie jak na Osiedlu Jazdów, o którym przeczytacie poniżej. Tradycja wschodnioeuropejskiej architektury drewnianej Mówi się także, iż okna w tych drewnianych domach były wzorowane na ilustracjach z rosyjskie bajek. Czy to prawda? Dowodów nie ma, jednakże okna i detale rzeczywiście mają dekoracyjne, drewniane obramowania. Przypominają one tzw. „naliczniki”, czyli tradycyjne zdobienia znane z rosyjskiej architektury drewnianej. Takie elementy często kojarzą się z estetyką znaną z bajek i...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/04/co-zobaczyc-w-warszawie-nieoczywiste-miejsca-poza-utartym-szlakiem.html">Co zobaczyć w Warszawie &#8211; nieoczywiste miejsca poza utartym szlakiem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/04/co-zobaczyc-w-warszawie-nieoczywiste-miejsca-poza-utartym-szlakiem.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Dwory i pałace nad granicznym Bugiem</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/03/dwory-i-palace-nad-granicznym-bugiem.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/03/dwory-i-palace-nad-granicznym-bugiem.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 06 Mar 2026 22:59:35 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[lubelskie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[14 najciekawszych miejsc na Lubelszczyźnie]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Lubelszczyzny]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje w Lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca na Lubelszczyźnie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20361</guid>

					<description><![CDATA[<p>Nadbużańskie krajobrazy urzekają swoją sielskością. Dzika nieskażona natura, spokój, zupełnie inny rytm życia&#8230; to wszystko sprawia, że można tu odpocząć od zgiełku miasta i natłoku codziennych spraw. Oprócz bezpośredniego kontaktu z przyrodą nadbużańskie tereny kryją także ciekawe zabytki. A to za ich sprawą przeniesiecie się w czasie. Mowa tu o dworach i pałacach nad granicznym Bugiem lub w jego okolicy. Jedne zadbane odrestaurowane, inne nieco zapomniane, popadające niestety w ruinę. Jeśli lubicie odkrywać takie miejsca, zapraszam Was do województwa lubelskiego na sam wschód naszej pięknej Polski. Dwór Kraszewskich w Romanowie Oto Romanów w województwie lubelskim i przepiękny dwór, w którym mieści się obecnie Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Romanowie. To jedno z moich weekendowych odkryć i od razu napiszę, że cieszę się ogromnie, iż odkryłam tę perełkę. Obiekt został odrestaurowany i dofinansowany m.in. z Lubelskich Funduszy Europejskich. Gdzie leży Romanów? Około 30 km od Włodawy i jakieś 10 km od Bugu, a więc to już bez dwóch zdań tereny nadbużańskie. Dojazd prowadzi malowniczymi terenami, a sielskie obrazki towarzyszą przez całą drogę. Romanów to dawna posiadłość Sapiehów, wchodząca w skład tzw. klucza wisznickiego. Te tereny należały niegdyś do tej rodziny. W tym dworze mieszkał Józef Ignacy Kraszewski. Józef, a w zasadzie Józio Ignaś Kraszewski, spędził tu swoje dzieciństwo. Spędził je u dziadków ze strony matki. To oni wychowywali go do 15 roku życia. Kim był Józef Ignacy Kraszewski? Tak dla przypomnienia&#8230; to polski pisarz, publicysta, historyk, encyklopedysta i działacz społeczny. Żył i tworzył w XIX wieku. Uwaga! To autor z największą liczbą wydanych książek i wierszy w historii literatury polskiej, pod tym względem siódmy na świecie. Co takiego napisał? M.in. &#8220;Starą Baśń&#8221;, &#8220;Hrabinę Cosel&#8221; czy &#8220;Infantkę&#8221;. Pisarz ukochał sobie Romanów nad wyraz, co także bardzo często wybrzmiewa w jego twórczości. Za tym &#8220;rajem utraconym&#8221;, jak sam pisał o Romanowie, tęsknił całe życie&#8230; I wcale się nie dziwię, bo gdy tylko przybyłam na te tereny, wsiąkłam bez reszty. Historia dworu jest dość burzliwa. Kilkukrotnie imał się go ogień, pożary dokonywały sporych zniszczeń. Po wojnie upaństwowiono park i ruiny domu, wprowadziło się tu leśnictwo. Aż w końcu w postanowiono dwór wyremontować i stworzyć tu muzeum. W muzeum zobaczycie ogromną kolekcję, związaną z życiem i twórczością pisarza, a w tym pamiątki rodzinne, czyli to, co przekazała rodzina oraz to, co muzeum pozyskało we własnym zakresie. Na terenie posiadłości zachowywał się park z przełomu XVII i XVIII wieku oraz kaplica dworska w kształcie rotundy. Jej fundatorką była prababka Józefa Ignacego Kraszewskiego. W cokół zostały wmurowane epitafia rodzinne w porządku chronologicznym. Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego możecie zwiedzać codziennie oprócz poniedziałku w godzinach od 10:00 do 16:00. Wstęp kosztuje 10 zł. Neogotycki pałac w Jabłoniu Gdzie leży miejscowość o tak wdzięcznej nazwie? Oczywiście w województwie lubelskim, niedaleko Parczewa. Znajduje się tu Muzeum Augusta Zamoyskiego, najsłynniejszego i najwybitniejszego rzeźbiarza polskiego XX wieku. Obiekt także został dofinansowany z Lubelskich Funduszy Europejskich, a mieści się w zabytkowym czworaku folwarcznym. To nowa siedziba muzeum, której otwarcie miało miejsce w maju 2021 roku. Takich czworaków jest tu o wiele więcej, co tworzy bardzo ciekawy obrazek. Bardzo zachęcam Was do odwiedzenia tego muzeum. Niesamowite opowieści inspirują do dalszego zgłębiania historii Jabłonia oraz życia słynnego artysty. Fantastyczna pani przewodniczka tak łatwo Was stąd nie wypuści, bowiem historii do opowiedzenia ma mnóstwo. Jabłoń związana jest z rodziną Zamoyskich od 1884 roku. To oni wybudowali tu neogotycki pałac w stylu angielskim. Zachował się on do dziś. Co prawda, obecnie jest w rękach prywatnych, jednakże przez bramę doskonale widać, jak piękny jest to zabytek. To najokazalszy i najpiękniejszy przykład neogotyku w Polsce. W 2021 roku został wystawiony na sprzedaż za bagatela niecałe 7 mln zł. Czy ktoś już go kupił? Trzeba ny sprawdzić. August &#8220;Gucio&#8221; Zamoyski urodził się własnie tu, w Jabłoniu w tymże pałacu i tu spędził swoje dzieciństwo. Historia jego życia mogłaby posłużyć za nie jeden scenariusz filmowy. Początki wsi Jabłoń w województwie lubelskim sięgają XVI wieku. Należała ona do rodzin Strzyżowskich, Łubieńskich a potem Zamoyskich. I to ci ostatni pozostawili po sobie przepiękny neogotycki pałac oraz kilkanaście czworaków folwarcznych. Wieś w ręce Zamoyskich przeszła w 1884 roku, kiedy to August Zamoyski z Różanki kupił tę posiadłość dla swojego syna Tomasza. Stary drewniany dwór Łubieńskich został rozebrany, a na jego miejscu postawiono tu przepiękny pałac w stylu angielskim. Projektem zajęli się architekci z Wiednia. To tu, w Jabłoniu, urodził się wybitny polski rzeźbiarz XX wieku, August &#8220;Gucio&#8221; Zamoyski. Był on synem Tomasza. Historia jego życia jest niezwykle ciekawa, pełna przygód i burzliwa. Przeżył dwie wojny, dostał się do niewoli podczas jednej z nich, bardzo dużo podróżował. Jego pierwsze małżeństwo było wielkim skandalem, w wyniku czego jego rodzina zerwała kontakt z rzeźbiarzem. August mieszkał w wielu miejscach na świecie, przez dłuższy czas nawet w Brazylii. Mieszkał także w Jabłoniu. Majątek przejął po śmierci ojca. Gospodarzył i tworzył. Jego modelkami były często pracownice sezonowe, przyjeżdżające z Białorusi, zwane wówczas bandoskami. Ulubioną modelką była zaś jego służąca Franka. August był świetnym narciarzem oraz rowerzystą. Wygrał nawet zakład, w ramach którego miał przejechać na rowerze z Paryża do Zakopanego. To była prawdziwa sensacja. Był wspaniałym artystą i wielkim ambasadorem wsi Jabłoń. Znajduje się tu także Muzeum Augusta Zamoyskiego, mieści się w zabytkowym czworaku folwarcznym. Zdecydowanie polecam zajrzeć do środka, by dowiedzieć się więcej o życiu słynnego rzeźbiarza. Pani, która oprowadza po muzeum to prawdziwa pasjonatka. Zespół pałacowy w Różance Dziś pozostały ruiny, kiedyś zaś był to piękny i bogaty zespół pałacowo-folwarczny hetmana Ludwika Konstantego Pocieja. Jadąc wzdłuż Bugu od Włodawy z pewnością dostrzeżemy zdobioną tabliczkę z napisem Różanka. Trzeba tu skręcić w prawo, a od razu dojedziemy do ceglanych pozostałości po dawnej posiadłości. Historia tego miejsca rozpoczęła się na początku XVIII wieku, kiedy to wspomniany już Ludwik Konstanty Pociej założył tu malowniczo położony zespół pałacowy. Jak do tego doszło, iż ów człowiek był w stanie wybudować tak duży pałac? To bardzo ciekawa opowieść. Legenda mówi, iż był to podarunek od samego cara Rosji Piotra I Wielkiego. Ludwik na przełomie wieków XVII i XVIII bardzo aktywnie udzielał się politycznie, co doprowadziło do wyniesienia jego rodu do rangi magnackiej. Zatem w swych progach miał gościć także i samego cara. Ten zdziwił się mocno, iż tak zamożny pan mieszka w drewnianym dworku. Postanowił więc to zmienić i zaprosił swojego gospodarza do Petersburga aż na rok. W tym czasie w Różance powstał na najpiękniejszej nadbużańskiej skarpie wspaniały pałac nad samą rzeką. Czy to wszystko prawda? Kto wie. Jednak to, co podają źródła historyczne, wygląda nieco inaczej. Zespół pałacowy powstawał w kilkanaście lat. Główne prace wykonano w latach 1713-1716. Za pałacem stworzono murowane dwupoziomowe tarasy z bastionami, skąd roztaczał się niesamowity widok na Bug i podmokłe tereny. Podobno piwnice tworzyły tu swoisty labirynt lochów i korytarzy, prowadzących za Bug i do Włodawy. Dodatkową ozdobą był tu ogród francuski ze strzyżonymi szpalerami lip i grabów, a także sad oraz ogród włoski. Po śmierci Ludwika pałac przeszedł w ręce jego bratanka, który niestety nie miał ręki do interesów i pomnażania majątku, co w tym przypadku było bardzo znaczące. Pierwszy właściciel pozostawił po sobie ogromne długi do tego stopnia, iż nawet nie wystarczyło na jego pochówek. Posiadłość ostatecznie przeszła w ręce Zamoyskich i pozostała w ich majątku do 1945 roku. Po zniszczeniach podczas I wojny światowej pałac nie został niestety odbudowany. Część rozebrano, część wyposażenia znalazła się w pałacu w Adampolu. Co pozostało do czasów obecnych? Z zabudowań pałacowych zachowała się tylko XIX-wieczna kordegarda z mansardowym dachem. Strzegła ona niegdyś bramy wjazdowej. Dodatkowo stoi tu jeszcze druga wartownia oraz zniszczony XIX-wieczny trójkondygnacyjny pawilon parkowy w kształcie wieży, gdzie mieściła się później pałacowa kotłownia. O dziwo, ocalała również zabytkowa oficyna kuchenna z samego pałacu. Poza tym, zachowały się piwnice, resztki tarasów, wieża ciśnień oraz fragmenty parku, dziś już zarośnięte. Nie tak dawno został tu odnowiony budynek starej gorzelni, w którym powstaje muzeum pamięci o pałacu i dawnych rodach w nim mieszkających. W Różance warto także zobaczyć neogotycki kościół parafialny, którego elewacja robi niesamowite wrażenie. Więcej o historii pałacu przeczytacie w Dzienniku Wschodnim. Dwór w Krzyczewie To klasycystyczna rezydencja wybudowana około 1830 roku w malowniczo położonej wsi Krzyczew nad granicznym Bugiem. Obiekt i teren pełen uroku, choć lata świetności mają już za sobą. Poprzedni właściciel niestety doprowadził zabytek do dramatycznego stanu. Nowi właściciele ogrodzili cały teren i planują stworzyć centrum wypoczynkowe. Jednak czy tak się stanie? O nowych właścicielach słyszałam już dwa lata temu, a do tej pory nic się nie zmieniło. Byłaby to ogromna strata, gdyby dwór w Krzyczewie popadł w totalną ruinę i zapomnienie. Jego budowę przypisuje się płk. Wojciechowi Bogusławskiemu, uczestnikowi wojen napoleońskich oraz Powstania Listopadowego. Był on jednym z właścicieli majątku. Według innej wersji dwór w Krzyczewie powstał jeszcze przed 1820 rokiem. Z powodu niewielkiej liczby zachowanych źródeł archiwalnych nie da się jednak ustalić dokładnej daty jego wzniesienia. Wszystko wskazuje również na to, że pomysłodawcą i inicjatorem powstania tej rezydencji był Jerzy Dramiński. Budynek zaprojektowano na planie prostokąta. Był to parterowy, murowany i otynkowany dom, przykryty dachem dwuspadowym. Od frontu znajdowała się pięcioosiowa fasada, przed którą ustawiono portyk wsparty na czterech toskańskich kolumnach podtrzymujących trójkątny fronton. W jego obrębie umieszczono główne wejście do dworu, zamknięte półkoliście. Podobny, czterokolumnowy portyk znalazł się także od strony ogrodu, przy siedmioosiowej elewacji tylnej. Powierzchnie ścian między oknami urozmaicono prostokątnymi płycinami zwieńczonymi fryzem kostkowym. Narożniki budynku oraz fragment ogrodowej elewacji po obu stronach portyku ozdobiono boniowaniem (boniowanie elewacji to technika dekoracyjna, polegająca na tworzeniu poziomych lub pionowych żłobień &#8211; boni). W bezpośrednim sąsiedztwie dworu wzniesiono oficynę określaną jako „skarbczyk”, gdzie mieściła się kuchnia dworska. Był to parterowy, murowany budynek o planie podkowy, z ramionami o różnej długości, przykryty czterospadowym dachem. W pewnym oddaleniu od głównej siedziby powstały również czworaki przeznaczone dla służby folwarcznej. Obszar położony pomiędzy starorzeczem Bugu a drogą prowadzącą do wsi przeznaczono na park dworski urządzony w stylu krajobrazowym. Najbardziej charakterystycznym elementem Krzyczewa jest, a raczej była, kolekcja zegarów słonecznych. Poprzedni właściciel &#8211; Witold Forsyt-Rzeczycki, będący ekspertem gnomoniki, osobiście konstruował te urządzenia i umieszcza je w dworskim parku. Stworzył on w Krzyczewie unikatowy w skali kraju Nadbużański Ogród Czasu, w którym czas odmierza słońca, a nie elektronika. Podczas mojej pierwszej wizyty mogłam podziwiać jeden z nich, który zachował się w całkiem dobrym stanie. Niestety gdy byłam tam ostatnim razem, zegar był już zniszczony. Dlaczego ta kolekcja była tak wyjątkowa? Różnorodność typów: w ogrodzie znajdowało się ponad 10 różnych konstrukcji, w tym zegary poziome, pionowe, równikowe, a nawet rzadkie zegary sferyczne czy analemmatyczne (rodzaj zegara słonecznego, w którym godzinę wskazuje cień rzucany przez człowieka lub inny ruchomy gnomon, stojącego w odpowiednim miejscu tarczy, zależnym od aktualnej daty). Własnoręczne wykonanie: większość instrumentów została zaprojektowana i wykonana osobiście przez właściciela, który wylicza kąty nachylenia wskazówek (gnomonów) precyzyjnie dla współrzędnych geograficznych Krzyczewa. Symbolika i historia: każdy zegar miał swoją historię lub sentencję łacińską (tzw. motto gnomoniczne), np. klasyczne Horas non numero nisi serenas (&#8220;Liczę tylko godziny pogodne&#8221;). Zegary we wnętrzach: kolekcja nie kończyła się w ogrodzie – we dworze znajdował się bogaty zbiór zabytkowych zegarów mechanicznych, w tym rzadkie zegary szafowe i kominkowe. Dwór w Krzyczewie to XIX-wieczna siedziba ziemiańska związana z kilkoma rodzinami szlacheckimi Podlasia (z rodziną Mostowskich, Bogusławskich, Dramińskich, barona Brüninga oraz Kuczewskich). Po wojnie utracił funkcję rezydencji i był wykorzystywany przez państwo (WOP, szkoła). Dziś pozostaje prywatnym zabytkiem z zachowanymi elementami dawnego założenia parkowo-dworskiego. Kompleks znajduje się na wysokim brzegu rzeki, skąd roztacza się widok na starorzecza Bugu.  Tuż obok dworu znajduje się zabytkowy drewniany kościół św. Jerzego, dawna cerkiew unicka z 1683 roku. To jedna z najpiękniejszych drewnianych świątyń w regionie. Była naprawdę malowniczo położona, wśród drzew nad samiutkim Bugiem. Dziś drzew już brak, znajdujący się tu Rezerwat Przyrody zwany „Szwajcarią Podlaską” przestał w zasadzie istnieć. A wszystko to przez wycinkę w związku z zabezpieczeniem granicy. W pobliżu dworu znajduje się dawny cmentarz właścicieli majątku oraz nagrobek Wandy Kuczewskiej (1907). Na przykościelnym cmentarzu zaś znajduje się zabytkowy nagrobek Marianny z Kobylińskich Bogusławskiej z 1832 roku. Cały zespół dworski jest wpisany do rejestru zabytków od 1967 roku. Zespół pałacowo-parkowy Radziwiłłów w Białej Podlaskiej Obecnie funkcjonuje tu Muzeum Południowego Podlasia. Mieści się ono na terenie przepięknego zespołu pałacowo-parkowego Radziwiłłów z XVII-XVIII wieku. W muzeum poznacie historię tych ziem oraz samej Białej Podlaskiej. Zobaczycie...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/03/dwory-i-palace-nad-granicznym-bugiem.html">Dwory i pałace nad granicznym Bugiem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/03/dwory-i-palace-nad-granicznym-bugiem.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Altea &#8211; najpiękniejsze miasteczko na Costa Blanca</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/altea-najpiekniejsze-miasteczko-na-costa-blanca.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/altea-najpiekniejsze-miasteczko-na-costa-blanca.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 22 Feb 2026 19:16:17 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Hiszpania]]></category>
		<category><![CDATA[Co zobaczyć na Costa Blanca]]></category>
		<category><![CDATA[Co zobaczyć w okolicach Alicante]]></category>
		<category><![CDATA[Hiszpania zimą gdzie jechać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=24157</guid>

					<description><![CDATA[<p>Altea to jedno z najbardziej malowniczych miasteczek na Costa Blanca w Hispzanii. Położona między morzem a górami, zachwyca spokojem, artystycznym klimatem i charakterystyczną zabudową starego miasta. To zupełnie inna atmosfera niż w pobliskim Benidormie – bardziej kameralna, elegancka i autentyczna. Altea ma w sobie coś, co sprawia, że chce się tu zwolnić i chłonąć to, co dookoła. Chce się po prostu usiąść na placu z widokiem na morze, zgubić się w labiryncie uliczek starego miasta i pozwolić, by dzień płynął bez pośpiechu. W tym wpisie pokażę, co warto zobaczyć w Altei, gdzie znaleźć najpiękniejsze widoki i dlaczego to jedno z najbardziej malowniczych miasteczek na Costa Blanca. Wybierasz się do Alicante i na Costa Blanca, koniecznie przeczytaj ten wpis: &#160; Historia miasteczka Altea Początki Altei sięgają czasów rzymskich, lecz jej obecny układ urbanistyczny ukształtował się w epoce mauretańskiej. Stare miasto (Casco Antiguo) zachowało średniowieczny układ z wąskimi uliczkami, warsztatami i tarasami z widokiem na Morze Śródziemne. Od lat 50. XX w. Altea przyciąga artystów, pisarzy i muzyków, co wzmocniło jej reputację kulturalnego centrum Costa Blanca. Tereny wokół dzisiejszej Altei były zamieszkane już w czasach iberijskich (kilka wieków p.n.e.). Korzystne położenie między morzem a górami sprzyjało osadnictwu i handlowi. W okresie rzymskim okolica znajdowała się w zasięgu wpływów większych ośrodków, takich jak pobliska Villajoyosa (dawne Allon). Znaleziono tu pozostałości willi rzymskich i elementów infrastruktury rolniczej, co potwierdza, że region był częścią śródziemnomorskiej sieci handlowej. Okres muzułmański Od VIII wieku obszar Costa Blanca znalazł się pod panowaniem arabskim. To właśnie wtedy rozwinęły się systemy irygacyjne oraz rolnictwo tarasowe. Nazwa „Altea” prawdopodobnie ma korzenie arabskie (choć istnieją różne teorie co do jej etymologii). W tym czasie funkcjonowała tu niewielka osada rolnicza, a wzgórze starego miasta miało strategiczne znaczenie obronne. Rekonkwista i średniowiecze W XIII wieku region został zdobyty przez wojska chrześcijańskie w ramach rekonkwisty, pod panowaniem króla Aragonii. Po odbiciu tych terenów zaczęto organizować nowe osadnictwo i system obronny wybrzeża. W kolejnych wiekach Altea była narażona na ataki piratów berberyjskich, dlatego rozwinięto system wież strażniczych wzdłuż wybrzeża. Stare miasto na wzgórzu pełniło funkcję bezpiecznego, ufortyfikowanego punktu. Narodziny artystycznej Altei Przez długi czas Altea była niewielkim miasteczkiem utrzymującym się z rybołówstwa, uprawy winorośli, migdałów i oliwek oraz handlu lokalnego. Zabudowa była niska, biała, dostosowana do klimatu i ukształtowania terenu. Wiele z tych cech przetrwało do dziś w Casco Antiguo. W przeciwieństwie do pobliskiego Benidormu, który postawił na masową turystykę, Altea rozwijała się spokojniej. W drugiej połowie XX wieku zaczęli osiedlać się tu artyści, malarze, twórcy z Hiszpanii i zagranicy. Powstanie wydziałów artystycznych Uniwersytetu Miguela Hernándeza dodatkowo umocniło jej wizerunek jako miasta sztuki i kultury. Co roku odbywają się tu festiwale, takie jak Moros y Cristianos i Międzynarodowy Festiwal Muzyki, podkreślające lokalne dziedzictwo i współczesną kreatywność. Jak dojechać do miasteczka Altea Do miasteczka Altea przyjechałam z Calpe autobusem firmy Alsa. Cenę sprawdzicie na stronie lub w aplikacji. Tam też zakupicie bilet, który można zmienić bezpłatnie na inną godzinę. W czasie mojego drugiego pobytu na Costa Blanca bazę noclegową miałam w Benidormie, który też bardzo polecam, szczególnie poza sezonem. Więcej na temat Benidormu przeczytasz w tym wpisie: &#160; Do miasteczka Altea z Benidormu dojedziecie tramwajem za 1,45 EUR lub autobusem firmy Alsa za podobne pieniądze. Ten tramwaj kursuje także z Alicante (linia Cercanías / Renfe – linia C1). Czas przejazdu to ok. 50-60 minut. Pociągi kursują regularnie, zazwyczaj co 30–60 minut. Altea ma własną stację kolejową w centrum, więc wysiadacie tuż przy starówce. A po drodze podziwiacie piękne widoki wzdłuż wybrzeża. W Alicante wsiadacie na głównej stacji Estación de Alicante. Pociąg jedzie w kierunku Denia przez Benidorm i Villajoyosa. To naprawdę tania i wygodna opcja. Altea &#8211; co zobaczyć w białym miasteczku Altea zachwyca, szczególnie jej stara część z białymi wąskimi uliczkami oraz zabytkowym kościołem na szczycie. Najbardziej charakterystyczną częścią tej świątyni jest kopuła. Widoczna z daleka i pełna charakterystycznych, połyskujących w słońcu niebieskich zdobień, stanowi niemal symbol tego miasta. Stare Miasto (Casco Antiguo) Największą atrakcją Altei jest jej historyczne centrum, położone na wzgórzu: białe domy, brukowane, kręte uliczki, schody i małe place oraz galerie sztuki i pracownie artystów. Charakterystycznym punktem jest kościół z XVII wieku &#8211; Iglesia de Nuestra Señora del Consuelo, którego biało-niebieska kopuła to symbol miasta. Ów zabytkowy kościół znajduje się na wzgórzu, skąd rozchodzą się brukowane uliczki ze schodkami i małymi punktami widokowymi. Zdecydowani warto zajrzeć do środka, by zobaczyć pięknie zachowane barokowe wnętrze. Miradory – punkty widokowe Altea to miasto przepięknych widoków. Najlepsze punkty znajdziecie na placu przy kościele, przy murach starego miasta i w bocznych uliczkach prowadzących na dół. Wyszukajcie na mapie: Mirador Blanc, Mirador de los Cronistas de Espana, Mirador la Fornera. Zobaczycie stąd wybrzeże Costa Blanca, Albir i Benidorm w oddali oraz góry Sierra Bernia. Nadmorska promenada i plaże Na dole miasta znajduje się przyjemna promenada Paseo Marítimo de Altea, ciągnąca się wzdłuż kamienist0-piaszczystej plaży. Główną plażą tuż przy centrum Altea jest Playa de la Roda. To najbardziej centralna i najłatwiej dostępna plaża w miasteczku. Znajduje się bezpośrednio przy nadmorskiej promenadzie, kilka minut spacerem od starego miasta, otoczona palmami, restauracjami i kawiarniami. Wyróżnia się spokojną atmosferą oraz pięknym widokiem na port i masyw Sierra de Bernia. Kamienista nawierzchnia sprawia, że woda pozostaje wyjątkowo przejrzysta, sprzyjając kąpielom i snorkelingowi. Plaże w Altei nie są piaszczyste jak w Benidormie. To raczej naturalne, żwirowo-kamieniste wybrzeże. Dzięki temu woda jest tu wyjątkowo przejrzysta, ale dobrze zabrać buty do wody.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/altea-najpiekniejsze-miasteczko-na-costa-blanca.html">Altea &#8211; najpiękniejsze miasteczko na Costa Blanca</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/altea-najpiekniejsze-miasteczko-na-costa-blanca.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Benidorm &#8211; hiszpański Manhattan, czy warto tu przyjechać</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/benidorm-hiszpanski-manhattan-czy-warto-tu-przyjechac.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/benidorm-hiszpanski-manhattan-czy-warto-tu-przyjechac.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 15 Feb 2026 17:35:57 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Hiszpania]]></category>
		<category><![CDATA[Co zobaczyć na Costa Blanca]]></category>
		<category><![CDATA[Co zobaczyć w okolicach Alicante]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=24076</guid>

					<description><![CDATA[<p>Kiedy wpadłam tu na chwilę podczas mojej pierwszej podróży po Costa Blanca, nie przypuszczałam, że za kilka miesięcy przyjadę tu ponownie, by lepiej poznać to kontrowersyjne miasto. Dlaczego wróciłam? Zaciekawiła mnie tutejsza architektura oraz zauroczyły widoki. Tak, wiem, zarzuty są jasne&#8230; wieżowce, betonoza, tłumy turystów po spożyciu. Do Benidormu przyleciałam w marcu, a więc poza sezonem. Owszem, nie było pusto, ale tłumów również nie uświadczyłam. Było za to cieplutkie słońce. Do tego odkryłam bardzo urokliwą starą część miasta z wąskimi klimatycznymi uliczkami, serwującymi przepyszne przekąski, tzw. tapas. To także miejsce dla aktywnych, bowiem można podreptać na kilku szlakach, a przy okazji podziwiać obłędną panoramę miasta oraz pagórki Costa Blanca. Benidorm często bywa niedoceniany, a tymczasem ma kilka konkretnych powodów, dla których warto dać mu szansę, zwłaszcza na weekend poza sezonem. Miasto leży między dwoma zatokami i otoczone jest wzgórzami, co sprawia, że plaże są szerokie i piaszczyste, widoki robią piorunujące wrażenie, panorama miasta na tle morza jest naprawdę charakterystyczna. Benidorm warto odwiedzić nie po to, by szukać klasycznego „hiszpańskiego miasteczka”, ale by zobaczyć zupełnie inne oblicze Costa Blanca, nowoczesne, dynamiczne i świetnie położone. Wybierasz się do Alicante? Chcesz także zwiedzić okolice i ciekawe miejsca na Costa Blanca? Zobacz, jak można to zaplanować. Nawet na weekend warto tu przyjechać. Benidorm &#8211; jak dojechać z lotniska w Alicante Są trzy sposoby na dojazd z Alicante do Benidormu.  Załeżało mi na jak najszybszym transporcie, wybrałam więc transfer od razu z lotniska busem firmy Beniconnect. Bilet kosztował 10 EUR, a przejazd trwał 45 minut. W zasadzie to tylko 45 km od Alicante. Na tę opcję namówił mnie mój hotel w Benidormie. Cena jest niewiele wyższa od autobusu firmy Alsa, a przystanek znajdował się 3 minuty na piechotę od starej części miasta, czyli od mojego hotelu. I to obsługa hotelu zrobiła dla mnie rezerwację i ją opłaciła. Na lotnisku musiałam podejść do punktu Beniconnect, by tam otrzymać bilet oraz informację, z którego stanowiska odjedzie bus. Oczywiście szczegóły można także sprawdzić na ich stronie Internetowej. Muszę to napisać, bowiem ostatecznie miałam przejazd prywatny ala VIP. Jak do tego doszło? Jako, że mój samolot przyleciał do Alicante sporo przed czasem, na bus musiałam poczekać. Okazało się, że w tym czasie inny kierowca wraca do Benidormu i może mnie zabrać. Dziewczyna z obsługi zgarnęła mnie ze stanowiska i zaprowadziła do owego kierowcy. Byłam jedyną pasażerką. Bardzo zaskoczyła mnie taka troska o klienta, pozytywnie oczywiście. Pozostały sposoby dotarcia z Alicante do Benidormu to wspomniany już autobus firmy Alsa &#8211; bilet 7,99 EUR (bilet można zakupić online) oraz autobus do centrum Alicante i tam przesiadka na tramwaj. Gdzie nocować w Benidormie &#8211; nocleg na starówce Bardzo chciałam nocować zarówno blisko plaży, jak i najważniejszych atrakcji i właśnie takiego lokum szukałam. Udało się. W Benidormie zamieszkałam w hotelu Irati w starej części miasta, zaledwie 2 minuty na piechotę od morza. Cena za pokój z łazienką za 1 noc wyniosła wówczas 42 EUR. Rezerwacji dokonałam na Bookingu, hotel ma także swoją stronę, tam znajdziecie kontakt przez WhatsApp. To był naprawdę świetny wybór! Dlaczego? Bardzo dobry stosunek ceny do jakości, fantastyczny serwis, śniadanie na miejscu w super cenie, cisza w pokoju oraz oczywiście rzut beretem od lokalnych przekąskowych barów i od nadmorskiej promenady. Benidorm &#8211; historia miasta Podrzucam krótki zarys dziejów Benidormu, od małej osady do turystycznej metropolii. Z pewnością decyzca burmistrza w latach 50. XX wieku była kluczowa dla teraźniejszego oblicza miasta i na zawsze zmieniła charakter tego miejsca. Początki, czasy starożytne i okres muzułański Tereny dzisiejszego Benidormu były zamieszkane już w czasach prehistorycznych, o czym świadczą znaleziska archeologiczne w okolicznych jaskiniach i wzgórzach. W okresie rzymskim region ten znajdował się na obrzeżach ważnych szlaków handlowych wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego, choć sam Benidorm nie pełniło wówczas istotnej roli miejskiej. Najważniejszym ośrodkiem w okolicy było pobliskie Allon (dzisiejsza Villajoyosa). Od VIII wieku obszar Costa Blanca znalazł się pod panowaniem arabskim. Powstały wówczas pierwsze systemy irygacyjne, tarasy uprawne oraz niewielkie osady rolnicze. Benidorm funkcjonował jako niewielka osada rybacko-rolnicza, korzystająca z naturalnych zatok i żyznych terenów zaplecza. Ślady arabskiego osadnictwa są dziś widoczne głównie w układzie krajobrazu i nazwach geograficznych. Rekonkwista i narodziny miasta Za oficjalną datę powstania Benidormu uznaje się 8 maja 1325 roku, kiedy admirał Bernat de Sarrià, działając w imieniu Korony Aragonii, nadał osadzie prawa miejskie. Miasto miało pełnić funkcję punktu obronnego i rybackiego na wybrzeżu narażonym na ataki piratów. Początkowo Benidorm rozwijał się powoli. Brak dostępu do słodkiej wody i ciągłe zagrożenie ze strony korsarzy utrudniały stabilne osadnictwo. Od XVI wieku miasto wielokrotnie cierpiało wskutek najazdów pirackich z Afryki Północnej. W odpowiedzi wzniesiono system wież strażniczych oraz umocnień wzdłuż wybrzeża. Mimo to Benidorm kilkakrotnie niemal całkowicie się wyludnił. Przełom nastąpił w XVIII wieku, gdy zbudowano kanał Rec Major de l’Alfàs, doprowadzający wodę z okolicznych gór. Dzięki temu możliwa stała się stabilna uprawa roli i rozwój osady. XIX wiek – miasto rybaków W XIX wieku Benidorm był niewielkim miasteczkiem rybackim, znanym przede wszystkim z połowu tuńczyków metodą almadraba. Gospodarka opierała się na rybołówstwie, rolnictwie oraz handlu morskim. W tym okresie miasto zachowało tradycyjny śródziemnomorski charakter, z niską zabudową i zwartym centrum. Prawdziwa transformacja Benidormu rozpoczęła się w latach 50. XX wieku. Kluczową postacią był burmistrz Pedro Zaragoza Orts, który postawił na turystykę jako przyszłość miasta. Najważniejsze decyzje, jakie podjął to otwarcie miasta na turystów zagranicznych, promocja Benidormu jako kurortu plażowego oraz dopuszczenie wysokiej zabudowy, aby zachować przestrzeń i widok na morze. W latach 60. i 70. Benidorm stał się jednym z pierwszych masowych kurortów w Hiszpanii, szczególnie popularnym wśród turystów z Europy Północnej. Model urbanistyczny Benidormu opierał się na gęstej, pionowej zabudowie, dobrym nasłonecznieniu budynków oraz bliskości plaż. Dzięki temu miasto zyskało przydomek „hiszpańskiego Manhattanu”. Choć bywa krytykowany, ten model pozwolił zachować dużą część wybrzeża jako przestrzeń publiczną. Benidorm &#8211; co warto tu zobaczyć i zrobić I tu nie dostaniecie listy zabytków oraz historycznych miejsc, bo nie o to chodzi w Benidormie. Podpowiem Wam, dokąd udać się nie tylko w samym mieście, ale także pokażę fantastyczne punkty widokowe, zapierające dosłownie dech w piersiach. A czy spodziewalibyście się, że w tak turystycznym kurorcie zjecie fanstastyczne tapas wraz mieszkańcami? No właśnie. Balcón del Mediterráneo &#8211; Balkon Śródziemnomorski To słynny punkt widokowy i symboliczny taras, znajdujący się na skale Cerro Canfali, pomiędzy plażami Levante i Poniente w centrum Benidorm. Uznawany za jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na Costa Blanca. Balkon powstał na ruinach średniowiecznego zamku. Oferuje panoramiczne widoki na zatokę oraz miejską panoramę. Z mojego hotelu do tego miejsca miałam dosłownie kilka kroków. Bardzo polecam Balcon del Mediterraneo o zachodzie słońca. Na miejscu dzisiejszego tarasu w XIV–XVII w. stała forteca, broniąca miasta przed atakami piratów berberyjskich. W 1812 roku zamek został zniszczony podczas walk między flotą angielską, a wojskami napoleońskimi. Z biegiem lat ruiny przekształcono w romantyczny punkt widokowy, ozdobiony białą kamienną balustradą, brukowanymi schodami i centralną latarnią z pięcioma światłami. Z Balcón del Mediterráneo roztacza się 270-stopniowa panorama wybrzeża Costa Blanca. Na wschodzie widać plażę Levante i nowoczesne wieżowce, na zachodzie – spokojniejszą plażę Poniente i port, a w oddali masyw Peñón de Ifach. To symboliczna granica między historycznym Benidormem a jego nowoczesnym „skyline’em”, będąca obowiązkowym przystankiem podczas każdej wizyty w mieście. Po zachodzie słońca to jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc w Benidormie, często wybierane na sesje ślubne i zaręczyny. Długie i szerokie plaże Levante i Poniente Benidorm słynie oczywiście z przepięknych plaż. Playa de Levante to jedna z najpopularniejszych plaż w regionie Walencja nad Morzem Śródziemnym. Znana z szerokiego pasa złotego piasku i tętniącej życiem promenady z licznymi restauracjami i barami. Stanowi ikonę turystycznego wybrzeża Costa Blanca. Cięgnie się aż przez 2 km. Plaża posiada certyfikat &#8220;Błękitna Flaga&#8221; za czystość i bezpieczeństwo. Latem jest tu podobno bardzo tłoczno, a turyści pod wpływem bywają problematyczni. Natomiast poza sezonem takiego obrazka brak. Leżaków jest o wiele mniej. Jest przestrzeń, słońce i spokój. Słynie z drobnego piasku, łagodnego zejścia do morza i krystalicznej wody. Playa de Poniente w Benidormie to także piękne piaszczysta plaża, położona w zachodniej części miasta, należąca do najpiękniejszych miejskich plaż Costa Blanca. Ma ponad 3 km długości, łagodne zejście do morza i spokojniejszą atmosferę niż sąsiednia Playa de Levante, co czyni ją idealnym miejscem na relaks nad Morze Śródziemne. Spotkacie tu rodziny oraz wesołe grupki emerytów, którzy spokojnie chłoną piękno tego miejsca. Plaża Poniente także może pochwalić się kilkoma certyfikatami, w tym certyfikatem &#8220;Błękitna Flaga&#8221;. Nowoczesna promenada, zaprojektowana przez architektów Carlosa Ferratera i Xaviera Martí Galí, falistą linią przypomina morskie klify i stanowi znakomite miejsce do spacerów o zmierzchu. Playa de Poniente zaczyna się przy historycznym Balcón del Mediterráneo i ciągnie aż do klifu Tossal de la Cala, skąd rozpościera się panorama Benidormu. Cala del Mal Pas &#8211; urokliwa plaża w zatoczce To niewielka, kameralna zatoczka położona, dokładnie między Playa de Levante, a Playa de Poniente, u stóp skały z punktem widokowym Balcón del Mediterráneo. Wielu turystów nawet jej nie zauważa. Stanowi spokojniejszą alternatywę w tętniącym życiem kurorcie. Plaża jest piaszczysto-kamienista i znacznie mniejsza niż dwie główne miejskie plaże. Aby się na nią dostać, trzeba zejść po schodach z klifu. El Casco Antiguo &#8211; klimat Starego Miasta El Casco Antiguo to zabytkowa część Benidormu. Stare Miasto Benidormu zachowało atmosferę tradycyjnej wioski rybackiej w kontrze do nowoczesnych drapaczy chmur kurortu. Przyciąga turystów wąskimi uliczkami, hiszpańską kuchnią i panoramą Morza Śródziemnego. Tu naprawdę jest świetny klimat. Wędrowałam tymi uliczkami do znudzenia, a i tak niedosyt pozostał. Casco Antiguo wywodzi się z XVIII-wiecznej osady rybackiej. Pomimo gwałtownego rozwoju turystyki w XX wieku, dzielnica zachowała oryginalny układ urbanistyczny i lokalny charakter. To kontrast wobec nowoczesnych hoteli i apartamentowców w nowszych częściach miasta. Serce Starego Miasta stanowi Plaza del Castillo – punkt widokowy na dawnych murach obronnych, znany jako Balcón del Mediterráneo. W pobliżu znajduje się kościół św. Jakuba i św. Anny z niebieską kopułą, a ulice Calle Santo Domingo i Calle Alameda słyną z barów tapas i sklepów z lokalnym rękodziełem. Cruz de Benidorm &#8211; najpiękniejszy widok na Benidorm To było moje odkrycie i mogę śmiało napisać &#8220;hit wyjazdu&#8221;. Punkt widokowy na wieżowce, plaże oraz morze znajduje się na wysokości 217 m n.p.m. Na szczycie znajduje się metalowy pomnik &#8211; krzyż, wzniesiony po zniszczeniu oryginału przez burzę. Pierwszy krzyż został postawiony w 1961 roku przez grupę franciszkanów jako symbol religijny i akt pokuty wobec ówczesnego wizerunku Benidormu jako miasta rozrywki. Z biegiem lat miejsce przekształciło się z miejsca kultu w znany punkt turystyczny. Po zniszczeniu pierwotnej konstrukcji przez silną burzę, lokalna społeczność ufundowała nowy metalowy krzyż, który stoi tam do dziś. Do krzyża prowadzi kręta droga, częściowo asfaltowa, a końcowy odcinek dostępny jest tylko pieszo. Wędrówka technicznie nie jest trudna, niemniej trasa wiedzie konkretnie pod górę, więc dobra kondycja wskazana. Wejście na szczyt zajmuje około 40–45 minut z centrum miasta. W pobliżu znajdują się inne szlaki piesze parku Sierra Helada, więc można tu spędzić pół dnia lub nawet cały. Widoki zdecydowanie warte są wysiłku. To także popularny punkt na zachód słońca, co w ogóle mnie nie dziwi. To chyba jeden z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie dane było mi oglądać w moim życiu. Mirador de l&#8217;Ermita Verge del Mar &#8211; punkt widokowy Tutaj też koniecznie przyjdź! Zrobiłam to w zasadzie w ostatniej chwili, w niedzielę przed odjazdem. Ot, wybrałam się na spacer w drugą stronę, wzdłuż plaży Poniente. Nie planowałam wchodzić wyżej, niemniej widok z tej perspektywy bardzo mnie intrygował. I miałam rację! Bajka, odlot, magia&#8230; Ten punkt położony jest w pobliżu kaplicy Ermita de la Virgen del Mar na skalistym cyplu. Miejsce to oferuje panoramiczny widok na Morze Śródziemne, plażę Poniente oraz wieżowce Benidormu z trochę innej perspektywy niż popularny Balcón del Mediterráneo. Podejście jest umiarkowane. To nie jest wymagająca trasa jak na Cruz de Benidorm, ale trzeba podejść pod górę. Wieżowiec Intempo Co jeszcze warto zobaczyć w Benidormie? Wieżowiec Intempo to jeden z najbardziej charakterystycznych nowoczesnych budynków nie tylko w Benidormie, ale i na całej Costa Blanca. Stał się symbolem miasta „nowej generacji” i często pojawia się w kontekstach architektonicznych, medialnych i turystycznych. I to w zasadzie dzięki niemu zajechałam do Benidormu podczas pierwszej podróży w tym regionie. Jego dziwna konstrukcja majaczyła w oddali i zdecydowanie wyróżniała się w krajobrazie. Intempo to luksusowy wieżowiec mieszkalny...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/benidorm-hiszpanski-manhattan-czy-warto-tu-przyjechac.html">Benidorm &#8211; hiszpański Manhattan, czy warto tu przyjechać</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/benidorm-hiszpanski-manhattan-czy-warto-tu-przyjechac.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Alicante i okolice na weekend &#8211; plan zwiedzania</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/alicante-i-okolice-na-weekend-plan-zwiedzania.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/alicante-i-okolice-na-weekend-plan-zwiedzania.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 08 Feb 2026 12:50:42 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Hiszpania]]></category>
		<category><![CDATA[Co zobaczyć na Costa Blanca]]></category>
		<category><![CDATA[Co zobaczyć w okolicach Alicante]]></category>
		<category><![CDATA[Hiszpania zimą gdzie jechać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=23984</guid>

					<description><![CDATA[<p>Alicante i Costa Blanca już od jakiegoś czasu było na mojej weekendowej liście. To kierunek, który świetnie sprawdzi się na krótki, intensywny wyjazd. Słońce, morze, niewielkie odległości i różnorodność atrakcji sprawiają, że nawet w jeden weekend można zobaczyć naprawdę dużo. W tym wpisie dzielę się moim planem zwiedzania Alicante i okolic na weekend. To propozycja dla tych, którzy chcą połączyć miejskie spacery z widokami na wybrzeże, zajrzeć do mniejszych miasteczek na Costa Blanca i znaleźć czas na dobrą lokalną kuchnię i chwilę odpoczynku nad morzem. Jeśli planujesz krótki wypad do Hiszpanii i zastanawiasz się, jak najlepiej wykorzystać dwa, trzy dni w tej części kraju, ten plan może być dobrą inspiracją. Co zatem warto zobaczyć w Alicante i na Costa Blanca? I jak to wszystko zorganizować? Piątek przylot do Alicante W piątek po południu przylot do Alicante. Do tego miasta na Costa Blanca latają niskobudżetowe linie Wizzair oraz Ryanair z wielu miast w Polsce. Z Warszawy aktualnie wystartujesz samolotem linii Wizzair z lotniska Chopina o 14:25, a na miejscu wylądujesz o 18:10. Linia Ryanair ma zaś lot także z tego samego lotniska o 20:25, na miejscu zaś będziesz o 23:50. Za bilet w dwie strony zapłaciłam 270 zł. Po wylądowaniu odbiór samochodu z wypożyczalni oraz przejazd na kwaterę do centrum Alicante. Jeżeli jednak nie masz czasu na szukanie każdego elementu podróży osobno, zorganizuj city break w Alicante ze wsparciem 24/7, dzięki temu załatwisz formalności szybciej i zyskasz pomoc konsultantów w razie jakichkolwiek pytań. Tym razem auto wynajęliśmy z polskiej wypożyczalni auto Odkryj Auto. Proces rezerwacji, jak i odbioru był naprawdę szybki i prostu. Rezerwacji dokonaliśmy Internetowo. Przypomnienia i protokoły odbiory i oddanie auta przychodziły na maila. Podany jest także polski numer kontaktowy. Za wypożyczenie auta na weekend z pełnym ubezpieczeniem i bez kaucji zapłaciliśmy 62 EUR. Na nocleg zaś wybraliśmy guesthouse w samym centrum Alicante &#8211; Centric Rooms Mercado. I w zasadzie byliśmy zadowoleni. Był to prywatny pokój ze wspólną łazienką, kuchnią i tarasem. Na jedną noc warunki były naprawdę dobre, no może jedynie ściany dosyć cienkie, ale po długim locie człowiek po prostu zasnął. Za tę jedną noc zapłaciliśmy 157 zł, w sensie za pokój. Sobota &#8211; zwiedzanie Alicante i nocleg w Calpe W tym dniu w planach jest zwiedzanie Alicante. Samochód zostawiliśmy w centrum na podziemnym parkingu (płatny) i ruszyliśmy w miasto. Alicante bez trudu można zwiedzać na piechotę, łącząc zabytki z nadmorskim klimatem. Najważniejsze atrakcje znajdują się blisko siebie, dzięki czemu nawet przy krótkim pobycie da się zobaczyć to, co najciekawsze, od historycznego centrum, przez punkty widokowe, aż po marinę. Co warto zobaczyć w Alicante? Ulica Grzybowa Zwiedzanie Alicante zaczynamy od słynnej ulicy z grzybami, czyli Calle San Francisco, potocznie Calle de las Setas. To słynny deptak w centrum miasta, znany z ogromnych, kolorowych rzeźb muchomorów. Można by rzec, że to uliczka jak z bajki&#8230; olbrzymie, prawie czterometrowe grzyby, a na nich ślimaki oraz owady przenoszą w &#8220;awatarowy&#8221; świat. Jeszcze kilkanaście lat temu ulica San Francisco była zwykłą uliczką, którą odwiedzali wyłącznie mieszkańcy miasta lub zagubieni turyści. Handel i usługi zaczęły obumierać i ulica sprawiała raczej nieprzyjazne wrażenie. Władze miasta postanowiły temu zaradzić i zadziałały dość nieszablonowo. Bo zamiast zatrudnić architekta przestrzeni, zdecydowały się na współpracę z artystą. Ulica powstała w 2013 roku, by ją zmienić i odczarować. Wcześniej rządziły tu szemrane interesy i prostytucja. To artysta José María Escriva zamienił ulicę San Francisco w niemalże symbol Alicante. Wskazówka: Na zdjęcia lepiej przyjść tu przed południem. Potem otwierają się restauracje i jest mnóstwo ludzi. Zamek św. Barbary &#8211; Castillo de Santa Bárbary To punkt obowiązkowy. Dlaczego? Koniecznie trzeba zobaczyć totalnie oszałamiający widok na miasto i na okolicę! Zamek zbudowany został w IX wieku za czasów panowania Maurów. Po rekonkwiście był rozbudowywany przez chrześcijan. Obecny kształt to efekt przebudów z XVI–XVIII wieku. Usytuowany jest na skalistym wzgórzu Benacantil o wysokości 166 m n.p.m. Nazwa pochodzi od św. Barbary, bowiem zamek zdobyto 4 grudnia, w dniu jej święta. Przez wieki pełnił funkcję warowni, więzienia i punktu obronnego. Wskazówka: Wstęp jest bezpłatny. Dostaniecie się tu: na piechotę, windą, autobusem wycieczkowym lub samochodem. Barrio de Santo Cruz U podnóża zamku leży Barrio de Santa Cruz — najstarsza dzielnica miasta, pełna wąskich uliczek, kolorowych domów i punktów widokowych. To de facto kolorowy labirynt uliczek. w którym zdecydowanie warto się zgubić. Spacerując pośród wąskich uliczek i białych domów, przyozdobionych kwiatami, można poczuć się jak w górskiej wiosce na południu Hiszpanii. Szczególną uwagę zwracają tu niebieskie doniczki, licznie zdobiące białe fasady, bramy czy schodki. Dzielnica powstała w czasach arabskich. Zachowała średniowieczny układ: wąskie uliczki, schody, tarasy. Przez wieki była zamieszkiwana przez rybaków i rzemieślników. To właśnie tutaj narodziło się Alicante w swojej najstarszej formie. Co jeszcze warto zobaczyć w Alicante? Ratusz w Alicante Będąc na głównym placu, zajrzeliśmy także do wnętrza XVIII-wiecznego ratuszam zwanego Pałacem Miejskim. Jego charakterystycznymi punktami są dwie bliźniacze wieże o wysokości 35 metrów. Budynek ma 3 piętra, a jego szczyt zdobi balustrada. Na elewacji znajduje się balkon, z którego przemawiają władze miasta podczas uroczystości. We wnętrzu znajduje się punkt poziomu zero, który traktowany jest jako odniesienie do pomiaru wysokości nad poziomem morza całego terytorium Hiszpanii.  Przy schodach stoi mało znana rzeźba Salvadora Dali. Jednym z najbardziej reprezentacyjnych pomieszczeń ratusza jest Sala Błękitna, która w XIX wieku pełniła funkcję apartamentu królowej Izabeli II, a przylega do niej kaplica poświęcona Niepokalanemu Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Wnętrze ratusza jest czasami udostępnione zwiedzającym. Jeśli drzwi są otwarte, można wejść i zobaczyć Salę Błękitną (Salę Królewską) oraz inne sale takie jak Sala Plenarna czy małą kaplicę. Największa szopka na świecie Tak, tak, to właśnie w Alicante zobaczycie największą szopkę na świecie. I właśnie dlatego przyleciałam tu w grudniu, by na własne oczy zobaczyć jej monumentalność. Została wpisana do Księgi Rekordów Guinessa w 2019 roku i od tego czasu nikt nie pobił tego rekordu. Składa się z mierzącej ponad 17 metrów wysokości postaci św. Józefa, Maryi o wysokości 10,5 metra oraz Dzieciątka Jezus mierzącego ponad 3 metry. Do szopki dołączono postacie Trzech Króli: ponad 16-metrowego Baltazara, prawie 16-metrowego Kacpra i 11-metrowego Melchiora. Promenada Explanada de España To chyba najsłynniejsza promenada w całej Hiszpanii. Zawsze pojawia się na zdjęciach, gdy mowa o Alicante. To de facto symbol miasta. I w zasadzie nie da się tu nie trafić, bowiem wszystkie ścieżki prowadzą nad morze. Szeroka aż półkilometrowa promenada, swój początek bierze w Puerta del Mar i ciągnie się aż do Parque de Canalejas. Zbudowana została w pierwszej połowie XX wieku. Składa się z marmurowej mozaiki falistej koloru czerwonego, czarnego i białego na przemian. Casa Carbonell &#8211; najpiękniejszy budynek w Alicante To najpiękniejszy budynek w Alicante i rzeczywiście robi ogromne wrażenie, zarówno z perspektywy naziemnej, jak i powietrznej, świetnie widać go z zamku. A znajduje się przy słynnej promenadzie. Zbudowano go w latach 20-tych XX wieku dla Enrique Carbonell. Wnętrza jednak nie są dostępne do zwiedzania. Architektem był Juan Vidal Ramos, który zaprojektował też m.in. inne ważne budynki w Alicante. Styl to połączenie historyzmu (beaux‑arts) z wpływami modernizmu walenckiego i elementami francuskimi, widoczne w ozdobnych balkonach, kopułach i detalach fasady. Casa Carbonell pierwotnie powstała jako okazała rezydencja miejska, zlecona przez zamożnego przedsiębiorcę Enrique Carbonella, który chciał podkreślić status i urok Alicante w okresie rozwoju miasta w XX wieku. Dziś budynek pełni przede wszystkim funkcje mieszkalne oraz usługowe. Na parterze i antresoli mieszczą się sklepy, biura i lokale, a wyżej są mieszkania, które nadal dodają charakteru tej części miasta. W budynku znajduje się 365 okien, co niektórzy przewodnicy romantycznie wiążą to z „jednym oknem na każdy dzień roku” (choć to bardziej ciekawostka niż oficjalny fakt). The Ocean Race To interaktywne muzeum, szczególnie dla fanów żeglarstwa, ale także dla poszukiwaczy ekscytujących wrażeń. Poznaliśmy tu historię Volvo Ocean Race, najdłuższych i najtrudniejszych zawodów sportowych na świecie, poznaliśmy bohaterów regat. Mogliśmy także wskoczyć do symulatora i przez chwilę poczuć fale wielkich mórz i oceanów. A do tego wszystkiego podczas wizyty zajrzeliśmy do łodzi Brasil 1, która brała udział w edycji Volvo Ocean Race w latach 2005–2006. Wstęp jest bezpłatny. Gdzie warto zjeść w Alicante? I tu nie podpowiem ani nie polecę dobrej restauracji ani baru. Dlaczego? Na obiad wybraliśmy się do restauracji, którą znaleźliśmy w centrum, idąc już w kierunku parkingu. Nazwa tego przybytku to Sagasta 11. Z zewnątrz wygląda bardzo klimatycznie, a i wewnątrz też bardzo hiszpańsko. Jednak serwowane jedzenie jest tu po prostu niesmaczne. Słone, &#8220;pachnące&#8221; starym olejem, a porcje są malutkie. Wyszliśmy po prostu głodni. Zamówiliśmy smażone krewetki oraz smażone rybne kulki plus napoje. Za wszystko zapłaciliśmy 29 EUR. Po obiedzie ruszyliśmy dalej. Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Calpe. Dlaczego akurat tu? By spełnić jedno z moich podróżniczych marzeń i zobaczyć kolorowe osiedle La Muralla Rocha. Nocleg w La Muralla Rocha &#8211; najpiękniejszym Airbnb na świecie Podobno to najpiękniejsze Airbnb na świecie! Ten bajkowy labirynt to osiedle La Muralla Roja w Calpe w Hiszpanii. Było ono inspiracją dla twórców koreańskiego serialu „Squid Game”. By zajrzeć do środka, trzeba wynająć jeden z apartamentów. Teren jest ogrodzony. Mieszkanko znaleźliśmy na portalu Airbnb. Jest ich tam więcej niż na Bookingu i są w lepszych cenach. Za swój apartament zapłaciliśmy 616 zł za noc. Na górze znajduje się basen na planie krzyża, z którego mogą korzystać także nocujący tu turyści. Uwaga! Używanie dronów jest tu surowo zabronione. Sesje zdjęciowe można organizować w określonych godzinach, a mianowicie między 10:00-14:00 i 18:00-20:00. Do La Muralla Roja dojedziecie w 50 minut z Alicante. I rzeczywiście, na żywo konstrukcja robi ogromne wrażenie. Kolory, które tu zastosowano przepięknie ze sobą współgrają. Inne odcienie widoczne są podczas zachodu słońca, inne o wschodzie, który jest tu spektakularny. Nasz apartament miał okno właśnie z widokiem na wschodzące słońce. Niedziela &#8211; zwiedzanie Calpe, Benidormu oraz Villajoyosa Dzień wcześniej wieczorem zrobiliśmy zakupy w supermarkecie, by móc przygotować śniadanie w apartamencie i zjeść je na tarasiku w kolorowych okolicznościach zadziwiającej architektury. Następnie po śniadaniu wybrałam się jeszcze raz na zwiedzanie, by pokrążyć po tym niesamowitym labiryncie. Tak, to jest labirynt, który skrywa liczne zakamarki i niespodziewane przejścia. Można także dostać lekkich zawrotów głowy, spacerując po górnej części z lekką ekspozycją. O godzinie 12:00 w południe zabraliśmy bagaże i ruszyliśmy w miasto. Co zobaczyć w Calpe Calpe to jedno z najbardziej charakterystycznych miasteczek Costa Blanca, które przyciąga zarówno miłośników natury, jak i nadmorskich spacerów. Choć na pierwszy rzut oka kojarzy się głównie z plażami, oferuje znacznie więcej, od spektakularnych krajobrazów, przez historyczne zakątki, aż po miejsca idealne na spokojne zwiedzanie. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tym miasteczkiem. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od uliczek starego miasta. Koniecznie trzeba tu namierzyć tę najsłynniejszą ze schodami w kolorach flagi Hiszpanii. Wart uwagi jest plac Iglesia Antigua i pozostałości murów obronnych. Następnie nasze kroki skierowaliśmy na promenadę i plaże, by złapać trochę słońca. Stąd pięknie widać górę w rezerwacie Penyal d’Ifac Natural Park. To najmniejszy rezerwat w Hiszpanii. Ową samotnie stojąca skałę często nazywa się “Małym Gibraltarem”. Góra ma 332 m wysokości. Szlak najpierw prowadzi ułożoną z kamieni dróżką do tunelu. Ten odcinek jest łatwy i przyjemny, a widok obłędny. Później jest o wiele trudniej. Wstęp do parku jest darmowy, ale trzeba mieć bilet! Tym razem na szlak nie weszliśmy, gdyż czas na to nie pozwalał. Niemniej wróciłam tu kilka miesięcy później i wdrapałam się na wysokość tunelu. Więcej informacji o wejściu do parku przeczytasz niebawem w nowym wpisie. Wracając do samochodu, przespacerowaliśmy się obok zadziwiających zbiorników wodnych w środku miast, by podziwiać flamingi. Salinas de Calpe to słone jeziora położone niemal w samym centrum Calpe, tuż obok Peñón de Ifach i głównych plaż. Jeszcze do niedawna były wykorzystywane do pozyskiwania soli, dziś stanowią obszar chroniony i ważne siedlisko ptaków. Największą atrakcją są oczywiście flamingi, które można tu zobaczyć przez większą część roku. Ptaki te wybierają saliny ze względu na wysokie zasolenie wody, na obecność drobnych organizmów, którymi się żywią oraz spokojne warunki, mimo bliskości miasta. Flamingi często stoją w płytkiej wodzie lub powoli „pływają” i brodzą, co daje świetne okazje do obserwacji i zdjęć, nawet bez lornetki. I rzeczywiście, były&#8230; całe stada. Niektóre podpłynęły bliżej, większość jednak przesiadywała w części oddalonej od ulicy. Zdjęć niestety nie zrobiłam, więc musicie uwierzyć mi na słowo. Wskazówka: Do Calpe dojedziesz także autobusem z centrum Alicante oraz z lotniska....</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/alicante-i-okolice-na-weekend-plan-zwiedzania.html">Alicante i okolice na weekend &#8211; plan zwiedzania</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/alicante-i-okolice-na-weekend-plan-zwiedzania.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Zatybrze, czyli rzymskie Trastevere &#8211; co warto tu zobaczyć</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/zatybrze-czyli-rzymskie-trastevere-co-warto-tu-zobaczyc.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/zatybrze-czyli-rzymskie-trastevere-co-warto-tu-zobaczyc.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 02 Feb 2026 20:19:03 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Rzym]]></category>
		<category><![CDATA[Włochy]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Rzymie]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Rzymie]]></category>
		<category><![CDATA[Rzym na weekend]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=23949</guid>

					<description><![CDATA[<p>Zatybrze w Rzymie to jedna z najbardziej klimatycznych dzielnic Rzymu. Położona jest na zachodnim brzegu Tybru, naprzeciwko historycznego centrum miasta. Jest znana z wąskich, brukowanych uliczek, tętniących życiem, z artystycznego klimatu oraz autentycznych rzymskich restauracji i barów. To podobno tutaj Rzym pokazuje swoje najbardziej autentyczne oblicze, codzienne, nieco chaotyczne, ale pełne życia. Co zobaczyć na Zatybrzu, o tym przeczytacie w tym wpisie. Co wyróżnia Zatybrze?️ Historia i atmosfera, bowiem dzielnica była kiedyś zamieszkana głównie przez rzemieślników i robotników portowych. Dziś przyciąga zarówno mieszkańców, jak i turystów swoim bohemicznym klimatem. Zatybrze przez wieki zachowało swój własny charakter, odrębny od monumentalnego centrum. Obok średniowiecznych kościołów znajdziesz tu place pełne mieszkańców, warsztaty rzemieślnicze, punkty widokowe i miejsca, w których historia splata się z teraźniejszością. W tym artykule pokażę Ci, co warto zobaczyć na Zatybrzu, by naprawdę poczuć jego klimat. Wybierasz się do Rzymu? Planujesz weekendowy wypad do Wiecznego Miasta? Koniecznie zajrzyj do tego wpisu. &#160; Gdzie leży Zatybrze &#8211; jak dotrzeć do Trastevere Jak dostać się na Zatybrze? Nie dojeżdża tu metro, niemniej spokojnie dotarcie nie jest trudne. Ten obszar Rzymu znajduje się w pobliżu Watykanu i równolegle do historycznego centrum, oddzielona Tybrem od Piazza Venezia i Koloseum. I właśnie do Zatybrza dowędrowałam od strony Watykanu wzdłuż Tybru, a był to niezwykle przyjemny spacer. A jeśli spojrzysz na mapę, to zobaczyć, że pieszo można tu także dojść z historycznego centrum, np. od Panteonu w 20 minut. No dobrze, a co warto zobaczyć na Zatybrzu? Bazylika Santa Maria in Trastevere – serce dzielnicy To najważniejszy i najbardziej rozpoznawalny zabytek Zatybrza. Bazylika Santa Maria in Trastevere jest jednym z najstarszych kościołów maryjnych w Rzymie. Kościół powstał pierwotnie w latach 340–352, lecz na przestrzeni wieków przechodził liczne przebudowy. W VIII i IX stuleciu dodano nawy boczne, natomiast dzwonnicę wzniesiono w XII wieku. Złote mozaiki bazyliki przyciągają wzrok już z daleka. Koniecznie musisz zajrzeć do środka, by zobaczyć średniowieczne dekoracje apsydy i poczuć atmosferę miejsca. Pod ołtarzem głównym znajdują się relikwie świętych przeniesione do bazyliki z katakumb w 790 roku. Są to relikwie Kaliksta, Korneliusza, Juliusza i Kalepodiusza. No i ten sufit! Sam plac przed bazyliką, Piazza di Santa Maria in Trastevere, to idealne miejsce na chwilę odpoczynku i obserwowanie codziennego życia Rzymian. Uliczka Vicolo del Piede i okolice Niedaleko bazyliki oraz Piazza di Santa Maria znajdziecie malutką, niezwykle malowniczą uliczkę. Bujna roślinność tworzy tu naturalne sklepienie, a wieczorne oświetlenie dodaje jej wyjątkowego klimatu. Tutaj również ulokowały się klimatyczne restauracje. Wczesną wiosną, gdy jeszcze zieleni brak, jest tu także bardzo pięknie i nastrojowo. Skąd nazwa „Vicolo del Piede”?  Nazwa oznacza dosłownie „Uliczkę Stopy” i odnosi się do antycznej marmurowej rzeźby stopy, która do dziś znajduje się w murze jednego z budynków. To fragment kolosalnego posągu z czasów rzymskich (prawdopodobnie cesarskiego). Tego typu detale często wmurowywano w średniowieczu w domy jako ozdoby lub talizmany. To świetny przykład, jak starożytny Rzym dosłownie wyrasta z codziennej zabudowy miasta. Uliczka Via della Lungaretta To jedna z najbardziej urokliwych ulic Zatybrza, prowadząca wprost do Piazza di Santa Maria, centralnego placu dzielnicy. Jej trasa pokrywa się dokładnie ze starożytną drogą z II wieku p.n.e., znaną jako „Via Aurelia Nova”. W tamtych czasach szlak rozpoczynał się przy moście Ponte Emilio, biegł przez wzgórze Janikulum i kończył się przy bramie Porta Aurelia. Dziś ulica ta zachwyca swoim malowniczym charakterem, będąc jedną z najbardziej fotogenicznych w całym Rzymie. Nazwa pochodzi od słowa lungo – „długa”, i odnosi się do jej wydłużonego przebiegu. W średniowieczu była jedną z głównych arterii handlowych Zatybrza. Mieszkali tu rzemieślnicy, kupcy i zwykli mieszkańcy — stąd jej ludowy charakter, zachowany do dziś. Piazza Trilussa Co jeszcze zobaczyć na Zatybrzu? To jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc na Zatybrzu, znajdujące się tuż nad Tybrem, naprzeciwko mostu Ponte Sisto. Jest to popularne miejsce spotkań zarówno mieszkańców, jak i turystów, szczególnie wieczorami, gdy plac tętni życiem. Pomnik poety Trilussy przypomina, że Trastevere od zawsze było dzielnicą ludową, z własnym dialektem i poczuciem humoru. Fontanna dell’Acqua Paola Będąc na Zatybrzu koniecznie musisz przespacerować się na Wzgórze Janikulum (Gianicolo). Jeśli to zrobisz, po drodze będziesz mógł podziwiać przepiękną Fontannę dell&#8217;Acqua Paola. Mniej znana i nie tak oblegana (w zasadzie wcale), jak najsłynniejsza fontanna Rzymu di Trevi, ale równie piękne i zabytkowa. Zwana potocznie Il Fontanone, to jedna z najbardziej monumentalnych i jednocześnie mniej oczywistych fontann Rzymu, łączy w sobie historię, architekturę oraz spektakularny widok na miasto. Fontanna powstała w 1612 roku z polecenia papieża Pawła V Borghese. Upamiętnia odbudowę starożytnego akweduktu Aqua Traiana (z czasów cesarza Trajana). Miała symbolizować potęgę Kościoła i zdolność papieży do przywracania rzymskiej infrastruktury. Jej styl to wczesny barok. Monumentalna fasada przypomina łuk triumfalny. Zobaczysz tu pięć wielkich arkad z inskrypcją papieską. Do jej budowy wykorzystano elementy z antycznych budowli, m.in. marmur z Forum Romanum. Woda spływa szerokim strumieniem do dużej misy, stąd przydomek „Wielka Fontanna”. Pojawia się w kilku filmach, m.in. „La grande bellezza” Paolo Sorrentino. Często wykorzystywana jako symbol „prawdziwego”, nienachalnego Rzymu. Dawniej była jednym z głównych punktów zaopatrzenia miasta w wodę. To połączenie historii Rzymu, barokowej architektury i jednego z najlepszych widoków na miasto, bez tłumów i pośpiechu. Wzgórze Janikulum (Gianicolo) O tym miejscu pisałam już we wpisie Rzym na weekend &#8211; plan zwiedzania. To jedno z najpiękniejszych miejsc widokowych w Rzymie i jednocześnie obszar o ogromnym znaczeniu historycznym. Choć nie należy do siedmiu klasycznych wzgórz Rzymu, od wieków odgrywa ważną rolę w życiu miasta. Podczas poprzednich wizyt w Rzymie nie dotarłam do tego miejsca i zupełnie nie wiem, jak to się stało. Według mnie punkt obowiązkowy i piszę to z perspektywy osoby, która zaległości nadrobiła i podziwiała ze wzgórza niesamowitą panoramę miasta. Wzgórze Janikulum leży nad dzielnicą Zatybrze (Trastevere). Rozciąga się między Watykanem a południową częścią miasta. To właśnie stąd roztacza się panorama całego historycznego Rzymu. W starożytności to miejsce było obszarem ogrodów i willi. W średniowieczu i epoce nowożytnej pełniło funkcję strategiczną i obronną. To także kluczowe miejsce walk o Rzym w 1849 roku, podczas obrony Republiki Rzymskiej. Jest silnie związane z postacią Giuseppe Garibaldiego, bohatera zjednoczenia Włoch i to jego pomnik zobaczysz na wzgórzu. Codziennie dokładnie w południe usłyszysz tu wystrzał armatni. Tradycja ta sięga XIX wieku. Strzał miał synchronizować zegary kościelne w całym mieście. Trastevere wieczorem – zupełnie inne oblicze Po zmroku Zatybrze zmienia się nie do poznania. Zapalają się światła restauracji, z wnętrz dobiega gwar rozmów, a place wypełniają się ludźmi. To najlepszy moment, by poczuć, że Trastevere nie jest muzeum, lecz żywą częścią miasta. Nawet jeśli nie planujesz kolacji, warto tu wrócić wieczorem na krótki spacer lub po prostu zatrzymać się na nocleg. Gdzie zjeść na Zatybrzu? Zatybrze słynie z tradycyjnej rzymskiej kuchni i nieformalnej atmosfery. Jakie miejsce, jaki lokal wybrać na obiad czy kolację na Zatybrzu? Trattorie z historią – rodzinne lokale serwujące klasyki, takie jak cacio e pepe, carbonara czy amatriciana. Wiele z nich działa tu od pokoleń. Małe pizzerie i bary – idealne na szybki posiłek lub lampkę wina po spacerze. Uważaj na „pułapki turystyczne” – lokale z bardzo rozbudowanym menu i nachalnymi kelnerami rzadko oferują autentyczne smaki. Zamiast konkretnej restauracji często lepiej wybrać miejsce pełne Włochów – to najlepsza rekomendacja. A konkretne polecane lokale znajdziesz w artykule na stronie Kierunek Włochy &#8211; Co zobaczyć na Zatybrzu. Ich rekomendacje zawsze się sprawdzają.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/zatybrze-czyli-rzymskie-trastevere-co-warto-tu-zobaczyc.html">Zatybrze, czyli rzymskie Trastevere &#8211; co warto tu zobaczyć</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/02/zatybrze-czyli-rzymskie-trastevere-co-warto-tu-zobaczyc.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Rzym na weekend &#8211; co warto zobaczyć, plan zwiedzania oraz informacje praktyczne</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2026/01/rzym-na-weekend-co-warto-zobaczyc-plan-zwiedzania-oraz-informacje-praktyczne.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2026/01/rzym-na-weekend-co-warto-zobaczyc-plan-zwiedzania-oraz-informacje-praktyczne.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 30 Jan 2026 23:52:34 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Rzym]]></category>
		<category><![CDATA[Włochy]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Rzymie]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Rzymie]]></category>
		<category><![CDATA[Ruiny Rzymskie]]></category>
		<category><![CDATA[Rzym na weekend]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=23614</guid>

					<description><![CDATA[<p>Rzym na weekend? Czy warto lecieć na tak krótko? Bez zastanowienie odpowiem, że tak. Rzym to miasto, które zachwyca na każdym kroku – pełne historii, monumentalnej architektury i niepowtarzalnej atmosfery. Choć stolica Włoch ma do zaoferowania niezliczone atrakcje, nawet weekendowy wypad pozwala poczuć jej niesamowity klimat. Jednak, aby zobaczyć jak najwięcej w tak krótkim czasie, trzeba się przygotować na intensywne tempo zwiedzania. Jak najlepiej wykorzystać dwa dni w Wiecznym Mieście? W tym artykule znajdziesz napięty, ale dobrze przemyślany plan, który pozwoli Wam odwiedzić ikoniczne zabytki, spróbować lokalnych przysmaków i poczuć prawdziwe dolce vita – bez zbędnego tracenia czasu. Gotowi na rzymski weekend pełen wrażeń? Oczywiście plan zaproponowany poniżej można rozbić na trzy dni, by  niespiesznie zwiedzać skarby Wiecznego Miasta. Piątek &#8211; przylot i pierwsze chwile w Rzymie Mój weekend w Rzymie rozpoczął się w piątek wieczorem. Przylot o 20:10 oznaczał, że ten dzień przeznaczyłam wyłącznie na przejazd do miasta i zameldowanie w hotelu. Po krótkim odpoczynku byłam gotowa na intensywną sobotę pełną zwiedzania. Jak najtaniej dojechać z lotniska Fumicino do centrum miasta Najtańszą bezpośrednią opcją jest autobus Terravision. Bilet z lotniska kosztuje 7 EUR, zaś na lotnisko 6 EUR. Autobus odjeżdża spod Terminala 3 ze stanowiska 14. Po wyjściu kierujcie się w prawo. Przejazd trwa 45 min. Autobusy kursują co 15 min. Bilety warto zakupić online. Przy zakupie online cena to 7 EUR, na miejscu 8 EUR. Pasażerowie z biletem online mają priorytetowy boarding. Jeśli lot się opóźnił, bilet jest ważny na kolejny odjazd. Godzinę odjazdu możesz zmienić bezpłatnie, zarządzając rezerwacją. Najtańszą opcją niebezpośrednią jest autobus do Lido di Ostia za 1,3o EUR, a stamtąd pociągiem (coś w rodzaju SKM-ki) do stacji kolejowej Termini za 1,50 EUR. A jako, że tu jest stacja metra, można się przemieścić dalej na tym samym bilecie. Jak najtaniej dojechać z lotniska Ciampino do centrum miasta Autobusy komunikacji miejskiej to najtańsza opcja. Trzeba będzie się przesiąść. Opcja 1 -&#62; linia nr 520 do stacji metra Cinecitta, metro linia A, całość na bilecie za 1,50 EUR Opcja 2 -&#62; linia nr 720 do stacji metra Laurentina, metro linia B, całość na bilecie za 1,50 EUR Uwaga! Bilet za 1,50 EUR ważny jest 100 minut i pozwala na dowolną liczbę przesiadek, ale bramki wejściowe metra można przekroczyć tylko raz. Bilet na przejazd zakupisz w punkcie informacji na lotnisku lub w automatach biletowych. Kierowca nie sprzedaje biletów. Gdzie nocować w Rzymie &#8211; Fenicia Hotel Bardzo długo szukałam noclegu w Rzymie. Patrzyłam oczywiście na cenę oraz na dobrą lokalizację. Dla osoby podróżującej solo zawsze jest drożej, bowiem koszt jest podwójny. Nie mogłam się zdecydować, a i opinie na Bookingu nie pomagały. Większość hoteli oraz apartamentów ma średnie oceny. Ostatecznie pokój zarezerwowałam w ostatniej chwili, czyli dwa dni przed wyjazdem. I była to świetna decyzja. Namierzyłam Fenicia Hotel, który w tym czasie oferował bardzo dużą zniżkę. Fenicia Hotel mieście się w pobliżu stacji kolejowej Roma Termini, a tym samym przy stacji metra. Obawiałam się tego, że ta okolica może nie być najlepszym wyborem, bo jak to przy dworcach, zwykle kręci się tu niezbyt ciekawe towarzystwo. Tym bardziej późnym wieczorem lub nocą, a ja do hotelu dotarłam bardzo późno. Tak naprawdę nie było żadnego problemu. Faktycznie bezdomni się pojawiają, może migranci, ale policja też jest. Ostatecznie lokalizację oceniam na bardzo dobrą. Po przybyciu na miejscu, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, otrzymałam upgrade, czyli pokój 2-osobowy. Pan recepcjonista zorganizował także czajnik i kubeczki. Pokój był przytulny, oczywiście z prywatną łazienką. Gorąca woda w kranie non stop. W pokoju znajdowała się także klimatyzacją, którą mogłam nagrzać. Na wyposażeniu była suszarka do włosów. Do tego woda butelkowana codziennie uzupełniana. I co ważne dla mnie, do przykrycia na łóżku czekałam na mnie gruba kołdra, co w zimie miało znaczenie. Za dwie noce zapłaciłam 438 zł. Czasami zdarzają się większe zniżki, a pokój kosztuje wówczas 347 zł. Plan zwiedzania Rzymu &#8211; sobota Od razu napiszę, że ten weekendowy plan zwiedzania Rzymu będzie napięty. Ja naprawdę lubię dużo zobaczyć i szybko się przemieszczać. Oczywiście w ciągu dwóch dni nie da się zwiedzić wszystkiego i zajrzeć do każdego zabytku. W Rzymie byłam już dwa czy trzy razy, więc większość głównych atrakcji zobaczyłam. Dzień rozpoczęłam od śniadania w Caffe Fondi, która znajduje się dosłownie dwa kroki od hotelu. Kupisz tu przepyszne kanapki za 7,50 EUR&#8230; ale wiesz, takie naprawdę pycha z bogatym wkładem i dobrą bułką. Większe odległości podczas zwiedzania pokonywałam metrem. Bilet jednorazowy kosztuje 1,50 EUR. Watykan &#8211; Bazylika św. Piotra Weekend w Rzymie bez Bazyliki św. Piotra? No właśnie, to miejsce być musi. Jak zwiedzić Watykan i ile to kosztuje? Dowiecie się za chwilę. Na plac św. Piotra wejdziecie bezpłatnie i bez bramek. Zwiedzanie Bazyliki św. Piotra jest również bezpłatne, ale musisz dać się skontrolować. Bramki znajdują się po prawej stronie, stojąc przodem do Bazyliki. Wnętrze bazyliki jest ogromne i pełne dzieł, m.in. rzeźba Pietà Michała Anioła, baldachim Berniniego i grobowce papieży, w tym grób naszego papieża Polaka Jana Pawła II. Po zwiedzaniu Bazyliki możesz także wejść na kopułę (Cupola). Jeśli są siły i możliwości, koniecznie trzeba to zrobić. Wejście znajduje się po prawej stronie. Nie ma lepszego punktu widokowego w Rzymie. To jedno z najpiękniejszych doświadczeń w Watykanie, łączące sztukę, architekturę i panoramiczne widoki na Rzym. Są dwie możliwości wyjścia na kopułę: bilet 10 euro – musisz pokonać cały odcinek po schodach, jest to aż 551 stopni, bilet 15 EUR &#8211; wjeżdżasz windą na dach bazyliki, stąd do pokonania jest 320 schodów. Wybrałam opcję pierwszą i nie było tak źle. Gorzej robi się w wyższej części, gdzie wejście się zwęża, a do tego trzeba pokonać małe platformy i tu jest troszkę, ale to troszkę ekspozycji. Oprócz widoku z samej kopuły, można także podziwiać panoramę z tarasu na dachu kościoła. Całości dopełniają imponujące rzeźby. Zejście odbywa się schodami prosto do bazyliki. Warto przyjść tutaj bardzo wcześnie rano, żeby uniknąć najdłuższych kolejek zarówno przy kontroli bezpieczeństwa, jak i przy punkcie sprzedaży biletów na kopułę. I ja tak właśnie zrobiłam. Watykan &#8211; Muzea Watykańskie Wstęp do Muzeów Watykańskich kosztuj zaś 20 EUR, jeśli bilet zakupisz w kasie. Bilet zakupiony online jest o 5 EUR droższy, ale omijasz wówczas kolejkę. A ta potrafi być naprawdę długa. Zdecydowanie warto. Zaoszczędziłam w ten sposób sporo czasu. Wyglądało to tak, że po przybyciu na miejscu, weszłam w alejkę, gdzie wpuszczano z biletami internetowymi. Poczekałam ok. 5-10 minut i zostałam wpuszczona do środka. Wejście znajduje się na Viale Vaticano, po zachodniej stronie Bazyliki św. Piotra. Trzeba opuścić plac i kawałek przejść. Tak naprawdę zwiedzanie Muzeów Watykańskich może zająć spokojnie pół dnia. Ja natomiast skróciłam ten czas. Wiedziałam dokładnie, co chcę zobaczyć i którędy pójść. Cała trasa jest ogromna, pełna dzieł sztuki, starożytnych rzeźb, renesansowych fresków i wspaniałych galerii, która kończy się w Kaplicy Sykstyńskiej, miejscu ikonografii Michała Anioła. Najważniejsze sale i kolekcje w Muzeach Watykańskich Trasa prowadzi przez wiele galerii, często w jednej kolejności „jednokierunkowej”, czyli tak, że Kaplica Sykstyńska znajduje się na końcu trasy zwiedzania. Galeria Map: długa sala z mapami Włoch i Półwyspu Apenińskiego z XVI w., pięknie malowanymi przez Ignazia Dantiego. Pokoje Rafaela: freski z XVI w. wykonane przez Rafaela i jego warsztat, szczególnie słynna „Szkoła Ateńska”. Museo Pio-Clementino: galeria z klasycznymi rzeźbami greckimi i rzymskimi, np. Laokoona i synów czy Belwederski Torso, arcydzieła rzeźby antycznej. Pinakoteka Watykańska: galeria malarstwa z dziełami takich mistrzów jak Giotto, Caravaggio, Raphael i inni (choć mniej znana od fresków czy rzeźb, to bardzo wartościowa). Kaplica Sykstyńska: najbardziej znany punkt trasy — sufit malowany przez Michała Anioła, z „Stworzeniem Adama”, oraz fresk „Sąd Ostateczny” na tylnej ścianie. W Kaplicy obowiązuje cisza, bez zdjęć. Kaplica Sykstyńska znajduje się na końcu trasy muzealnej, więc albo zwiedzasz kolejno sale, albo, jak radzą inni odwiedzający, możesz spróbować najpierw iść prosto do Kaplicy, a potem wrócić po szczegóły i galerie boczne. Wskazówki: bilet online kupisz na konkretną godzinę. Przy wejściu ustaw się w kolejkę na Twoją godzinę. O czasie wejdziesz do środka. I pamiętaj, w Kaplicy Sykstyńskiej nie wolno robić zdjęć. Muzea Watykańskie są zazwyczaj zamknięte w niedziele, z wyjątkiem ostatniej niedzieli miesiąca, kiedy wstęp jest bezpłatny, ale z ograniczonymi godzinami (9:00-14:00), o ile nie przypada to na święto religijne. Zamek św. Anioła (bez wejścia do środka) Z Muzeów Watykańskich udałam się do Zamku św. Anioła (Castel Sant’Angelo). Nie wchodziłam do środka tym razem. Twierdza stoi nad Tybrem, tuż obok Watykanu. Castel Sant’Angelo to monumentalna cylindryczna budowla wzniesiona jako mauzoleum cesarza Hadriana w latach 123–139 n.e., to miejsce pochówku Hadriana i późniejszych cesarzy rzymskich. Z czasem jednak jego rola całkowicie się zmienił. Zamek stał się fortecą obronną, rezydencją papieską, więzieniem, a dziś pełni rolę muzeum. Wskazówki: darmowe wejście w pierwszą niedzielę każdego miesiąca — to część włoskiej inicjatywy „Domenica al Museo”. W tych dniach nie ma wcześniejszej rezerwacji online, pobiera się darmowy bilet na miejscu i wchodzi w kolejności przybycia. I na taki dzień trafiłam właśnie w niedzielę, ale kolejka była tak długa, że zrezygnowałam z czekania. Zamek stoi przy Ponte Sant’Angelo, słynnym moście ozdobionym posągami aniołów Berniniego. To jeden z najpiękniejszych mostów w Rzymie. I to właśnie nim podążyłam dalej do Centrum Historycznego Rzymu. Centro Storico &#8211; Centrum Historyczne Rzymu Weekend w Rzymie to także smakowanie. Kuchnia włoska, wiadomo, jest pyszna. Najpierw udałam się na małej jedzonko. Tutaj w części historycznej wybrałam polecaną na włoskich blogach klimatyczną restaurację Mimi a Coco. I rzeczywiście wystrój oraz atmosfera fantastyczna! Zamówiłam makaron z pomidorami (taki uwielbiam, zdecydowanie wolę niż carbonarę) oraz lampkę czerwonego wina. Za całość zapłaciłam 18,50 EUR. A tuż za rogiem możesz udać się na wyśmienity deser w Two Sizes, gdzie podobno serwują najlepsze tiramisu w mieście. Piazza Navona Następnie udałam się na Piazza Navona. To jeden z najpiękniejszych i najbardziej charakterystycznych placów w Rzymie. Pełen jest barokowej architektury, fontann, kawiarni i ulicznego życia. Znajduje się w samym sercu historycznego centrum. Plac powstał na planie starożytnego stadionu Domicjana (I w. n.e.), gdzie odbywały się wyścigi i zawody sportowe. Dlatego ma wydłużony, owalny kształt. W XVII wieku stał się reprezentacyjnym barokowym placem dzięki papieżowi Innocentemu X i architektom epoki. Charakterystycznym punktem jest tu Fontanna Czterech Rzek (Fontana dei Quattro Fiumi). Przedstawia personifikacje czterech wielkich rzek świata: Nilu (Afryka), Gangesu (Azja), Dunaju (Europa) oraz rzeki Rio de la Plata (Ameryka). Na środku fontanny stoi Obelisk Agonalis (znany też jako Obelisk Pamfiliuszy). Został wykuty z czerwonego granitu w Egipcie dla cesarza Domicjana. Na końcach placu znajdują się jeszcze: Fontanna Neptuna oraz Fontanna del Moro. Warto zwrócić uwagę na kościół Sant&#8217;Agnese in Agone, barokowy kościół autorstwa Borrominiego, z imponującą fasadą i kopułą. Według tradycji stoi w miejscu męczeństwa św. Agnieszki. Panteon Stąd bliziutko już do Panteonu, który ponownie chciałam zobaczyć. Wstęp nie jest już darmowy. Trzeba zapłacić 5 EUR. Są dwie kolejki. Jedna kasa przyjmuje tylko gotówkę, druga płatność kartą. A sam Panteon? Jak zawsze zachwyca. Jest to jeden z najlepiej zachowanych antycznych zabytków w Europie, który zachwyca gigantyczną, prawie 2000-letnią kopułą, imponującą architekturą, historią (dawna świątynia bogów, dziś kościół) i atmosferą. Nazywany jest architektonicznym cudem. A to ze względu na niesamowitą, wciąż największą na świecie nieżelbetową kopułę z otworem (oculus) w środku, przez który wpada światło. Fontanna di Trevi Fontanna di Trevi &#8211; tej fontanny nikomu przedstawiać nie trzeba. To bezapelacyjnie jeden z największych symboli Wiecznego Miasta. Moje nogi zaniosły mnie także i tu. Fontanna di Trevi jest po gruntownym remoncie. Od 2025 roku obowiązują nowe zasady zwiedzania. Wprowadzony został limit 400 osób, które mogą przebywać jednocześnie przy fontannie. W godzinach od 9:00 do 21:00, aby zejść na dół, należy ustawić się w kolejce. W poniedziałek i piątek zwiedzanie jest krótsze – od 11:00 do 21:00. Wstęp jest kontrolowany przez ochronę, liczba osób sprawdzana. Jest kilka zasad przybywania przy samej fontannie: nie można palić papierosów, nie można siadać na jej brzegu, ani jeść i pić, nadal można wrzucać monety. Rzym rozważa także wprowadzenie opłaty za odwiedzenie fontanny di Trevi &#8211; 1 EUR. Schody Hiszpańskie Następne miejsce w moim planie zwiedzania Rzymu to Schody Hiszpańskie (Scalinata di Trinità dei Monti). To barokowe scenograficzne schody, łączące Plac Hiszpański z kościołem Trinità dei Monti na wzgórzu. Słyną ze 138 stopni, kształtu motyla, połączenia z ambasadą Hiszpanii i kultury. Co roku zdobią je krzewy azalii, Często pojawiają się w filmach (np. &#8220;Rzymskie...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2026/01/rzym-na-weekend-co-warto-zobaczyc-plan-zwiedzania-oraz-informacje-praktyczne.html">Rzym na weekend &#8211; co warto zobaczyć, plan zwiedzania oraz informacje praktyczne</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2026/01/rzym-na-weekend-co-warto-zobaczyc-plan-zwiedzania-oraz-informacje-praktyczne.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Co zachwyca w Lubelskiem? Najlepsze produkty turystyczne 2024</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2025/09/co-zachwyca-w-lubelskiem-najlepsze-produkty-turystyczne-2024.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2025/09/co-zachwyca-w-lubelskiem-najlepsze-produkty-turystyczne-2024.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 13 Sep 2025 18:26:15 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[lubelskie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Lubelszczyzny]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje w Lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca na Lubelszczyźnie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=23650</guid>

					<description><![CDATA[<p>Co zachwyca w Lubelskiem? Rok 2024 przyniósł kolejne rozstrzygnięcia w konkursie na Najlepsze Produkty Turystyczne Województwa Lubelskiego. Ten plebiscyt co roku wyłania wydarzenia oraz inicjatywy, które w wyjątkowy sposób promują region i przyciągają turystów z całej Polski, a często także z zagranicy. W tegorocznej edycji zwyciężyły wydarzenia, które łączą lokalne tradycje, kulturę i dobrą zabawę. Pierwsze miejsce oraz Nagrodę Internautów zdobyły słynne Chmielaki Krasnostawskie – najstarszy festiwal piwny w Polsce, będący wizytówką Lubelszczyzny. Na drugim miejscu uplasowały się niezwykle widowiskowe Międzynarodowe Zawody Balonowe w Nałęczowie, które co roku zamieniają niebo nad uzdrowiskiem w kolorową scenerię. Trzecie miejsce przypadło natomiast niebanalnemu wydarzeniu, jakim jest Festiwal Dni Jakuba Wędrowycza w Wojsławicach, łączący literaturę, folklor i fantastyczne poczucie humoru. Chmielaki Krasnostawskie Czy wiecie, że Chmielaki Krasnostawskie to największy i najstarszych festiwal piwny w Polsce? Pierwszy odbył się w 1971 roku, zaś w tym była to już 54. edycja! To Ogólnopolskie Święto Chmielarzy i Piwowarów, które z dumą łączy regionalne tradycje z rozrywką dla wszystkich pokoleń – i tym razem nie zabrakło atrakcji. Nic dziwnego więc, że to właśnie Chmielaki Krasnostawskie zajęły 1. miejsce w konkursie na najlepszy produkt turystyczny w Lubelskiem 2024 roku oraz zdobyły Nagrodę Internautów. W sercu Chmielaków zawsze jest chmiel, a zwłaszcza wyjątkowy chmiel lubelski. To on sprawia, że piwo z tego regionu ma niepowtarzalny aromat i jest cenione przez browary na całym świecie. Duma Lubelszczyzny, którą można było kosztować w najróżniejszych odsłonach, od tradycyjnych lagerów po nowoczesne piwa rzemieślnicze.  Sam chmiel w sobie jest również bardzo cenny. Wiosną wypuszcza on młode pędy, które kształtem przypominają szparagi. Są one fantastyczne w smaku, jeśli się je umiejętnie przyrządzi, i niezwykle zdrowe. Ważnym terminem jest tu &#8220;karpa&#8220;. To zdrewniały, wieloletni podziemny pęd rośliny chmielu, z którego każdego roku wyrastają nowe pędy nadziemne. Jest to część rośliny, w której chmiel gromadzi substancje odżywcze na zapas, co pozwala mu przetrwać zimę i odnawiać się każdego sezonu wegetacyjnego. Z karpy wyrastają pnące pędy, które w przyszłości owocują w postaci szyszek, a młode, zielone pędy są również wykorzystywane właśnie jako jadalne warzywo. I to jakie warzywo! Czy wiecie, że właśnie białe pędy chmielu uchodzą za najdroższe warzywo na świecie?! Można zrobić pesto lub pastę z takiego chmielu, smakuje podobnie jak szpinak. Na rynkach zachodnioeuropejskich ceny mogą sięgać nawet 1000 euro za kilogram. Są one bogate we flawonoidy o działaniu przeciwzapalnym i antybakteryjnym oraz substancje uspokajające, które wspomagają leczenie bezsenności, lęków czy stresu. Region Krasnegostawu to prawdziwe zagłębie chmielowe, szczególnie gminy Rudnik, Izbica czy Fajsławice. Sprzyja temu specyficzny mikroklimat. Chmiel to bardzo wymagająca roślina. A ten lubelski jest najlepszy jakościowo. Jest też specyficzny. Lupulina, która znajduje się w szyszkach chmielu, jest niezwykle aromatyczna. Lupulina to lepki żółty lub pomarańczowy proszek pochodzący z gruczołów żywicznych, który nadaje piwu goryczkę i aromat. Jest odpowiedzialna za działanie uspokajające i nasenne chmielu, a także ma właściwości konserwujące, antyoksydacyjne, przeciwzapalne i przeciwbakteryjne. Chmiel lubelski wydajność ma odrobinę mniejszą niż inne odmiany ze względu na mniejszą szyszkę, ale jest niezwykle dobry pod względem jakości. Kocha słońce i ciepło, potrafi w nocy przyrosnąć aż o 25 cm. 75% produkcji krajowej oparta jest właśnie na chmielu z Lubelszczyzny. Chmielakowy piątek &#8211; koncertowy początek&#8230; Oficjalne otwarcie odbyło się w piątek 22. sierpnia. Odbicie szpuntu beczki dało sygnał do wspólnej zabawy, i od tego momentu Krasnystaw tętnił muzyką, tańcem i radością. Chwilę wcześniej scenę rozgrzali laureaci krasnostawskich konkursów wokalnych, a obecność młodych talentów dodała wydarzeniu lokalnego uroku. Wieczór niespodzianek na Scenie Rynek rozpoczął brytyjski Sakawah Boys, a później scenę opanował pełen energii Oskar Cyms, by następnie ustąpić miejsca legendzie polskiego hip-hopu — Paktofonice. Na ten ostatni koncert czekałam z niecierpliwością. To była niewątpliwie podróż sentymentalna do czasów mojej młodości. Druga Scena Dworek rozbrzmiewała rockowymi nutami. I tu moim odkryciem okazał się krasnostawski zespół MadStone, który swą twórczość opiera głównie na stylu muzycznym grunge. A styl ten niewątpliwie kojarzy się z legendarną „Wielką Czwórką” ze Seattle: Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden i Alice in Chains. Chmielakowa sobota na pełnych obrotach &#8211; sport, zwiedzanie i muzyka&#8230; Chmielakowa sobota rozpoczęła się niezwykle zdrowo oraz widowiskowo. Miłośnicy sportu mieli okazję zmierzyć się podczas Półmaratonu Chmielakowego. Nad miastem pojawiły się paralotnie. Wystartowały Chmieloty, czyli Ogólnopolski Piknik Paralotniowy. Była to jubileuszowa 15. edycja. Dla pilotów przygotowano kilka konkurencji. To jest naprawdę niesamowite, że w ten sposób można bujać w chmurach. Na miejscu można było także obejrzeć oraz nabyć sprzęt do tego typu lotów. Sobota przeciągnęła muzyków i słuchaczy w bardziej zróżnicowane rejony – od kapel regionu po legendarny rock. Popołudnie zaczęli Zgrani Chłopcy, następnie odbył się przemarsz Miejskiej Orkiestry Dętej z Brzeska, która także dała koncert na scenie. Energię podkręcił zespół Amicus ze specjalnym programem „Tyle słońca w naszym mieście”. Także w ten dzień zakończyły się sesje w Konsumenckim Konkursie Piw, które trwały już od środy. Zwycięzców ogłoszono w niedzielę na głównej scenie. W sobotę rozpoczął się także Kiermasz Sztuki Ludowej, który od 23 do 24 sierpnia trwał codziennie od 9:00 do 17:00 przy Dworku Starościńskim. Zaprezentowało się tu rekordowe 70 twórców ludowych, rzemieślników, artystów i kół gospodyń wiejskich. Można było podziwiać i nabyć dzieła sztuki ludowej: garncarstwo, koronki, hafciarstwo, plecionkarstwo, rzeźbę, a także produkty pszczele, ręcznie wykonane ozdoby i pamiątki, tomiki poezji oraz regionalne specjały kulinarne. Furorę zrobiły niewątpliwie pierogi z chmielem! To była prawdziwa gratka dla miłośników autentycznego rękodzieła i lokalnej kultury, czyli dla mnie. Chmielaki Krasnostawskie to wyjątkowa atmosfera, możliwość rozmowy z twórcami i poznania historii każdego z ich wyrobów. Wieczorem zaś na dwóch scenach ponownie popłynęły muzyczne dźwięki różnych gatunków. Przepiękne folkowe brzmienia na scenie dworkowej zaprezentowały się Dalena oraz PoWianki. Na dużej scenie zaś  najpierw wystąpił zespół Modelki, a potem jedna z największych ikon polskiej sceny muzycznej, Kult, który wypełnił rynek po brzegi. Koncert Kazika trwał aż dwie godziny! Wycieczka z pianką po Krasnymstawie Dopełnieniem &#8220;Wycieczka z pianką po Krasnymstawie&#8221;, czyli zwiedzanie z przewodnikiem. Po ulicach miasta oprowadzał dr Konrad Grochecki, z pasją dzieląc się ciekawymi historiami o Krasnymstawie, jego kulturze i architektonicznych perełkach. To był naprawdę świetny sposób, żeby odkryć to miasto od zupełnie innej strony. Wycieczka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Leżący nad rzeką Wieprz Krasnystaw, kryje w sobie fascynującą historię. Miasto zostało lokowane na prawie magdeburskim (niemieckim), a dokument lokacyjny sporządzono 1 marca 1394 roku w Krakowie. W XV i XVI wieku Krasnystaw leżał na ważnym szlaku handlowym, łączącym Wschód z Zachodem, dzięki czemu dynamicznie się rozwijał. Jeszcze wcześniej znajdował się tu zamek królewski, później starościński. Choć dziś już nie istnieje, przypomina o dawnym znaczeniu Krasnegostawu w regionie. Zamek został zbudowany w XIV wieku przez Kazimierza Wielkiego nad brzegiem rzeki w odległości około 700 metrów na południe od drewnianego ruskiego grodu. W ciągu wieków zamek był wielokrotnie niszczony przez najeźdźców i odbudowywany. Bywali tu naprawdę znamienicie goście. Szczególne wrażenie w Krasnymstawie robi monumentalny barokowy kościół św. Franciszka Ksawerego z przełomu XVII i XVIII wieku z fundacji Potockich według projektu Jana Delamarsa. Już z daleka uwagę zwracają przepiękne malowidła na całej elewacji. Wnętrze świątyni zdobią polichromie wykonane przez Adama Swacha około 1723 roku. Kryją one w sobie pewną zagadkę. Dlaczego na scenach ukazujących misje św. Franciszka Ksawerego w Azji pojawia się tak wiele postaci przypominających rdzennych mieszkańców Ameryki? Obok kościoła wznosi się dawne kolegium jezuickie, w którym mieści się obecnie Muzeum Regionalne. Ogromne wrażenie robi tu sala z malowidłami, czyli dawny refektarz. To miejsce zachwyca zarówno architekturą, jak i bogactwem zbiorów. Posiada blisko 13 000 eksponatów z dziedziny archeologii, historii, numizmatyki, etnografii, chmielarstwa i piwowarstwa oraz sztuki dawnej i sakralnej. W muzeum trafiliśmy także na dwie tematyczne wystawy „Birofilistyka z kolekcji Wojciecha Karwackiego” oraz „Chmielarstwo i piwowarstwo&#8221;, idealnie wpisującą się w klimat Chmielaków. Niezwykłym doświadczeniem było zejście do muzealnych podziemi, które stanowią część sieci korytarzy i lochów, rozciągających się pod całym rynkiem. Tam zobaczyliśmy coś wyjątkowego, a mianowicie kopułę grobowca-piramidy ariańskiej Pawła Orzechowskiego, podkomorzego chełmskiego, znajdującego się w Krynicy. To architektoniczne arcydzieło pełne jest symboliki. Piramidę także warto zobaczyć, a znajduje się ona jedynie 14 km od Krasnegostawu. Po drodze wstąpcie także do Krupego, gdzie zachowały się ruiny zamku Pawła Orzechowskiego. Warto zwrócić uwagę na sam krasnostawski Rynek Miejski, a na nim na ciekawy gmach z 1923 roku, wzniesiony pierwotnie jako siedziba sejmiku. Dziś mieści się w nim urząd miasta. To kolejny świadek historii, pokazujący, jak rozwijał się Krasnystaw na przestrzeni wieków. Na mapie miasta szczególne miejsce zajmuje również słynny „Klęczący jesion” – zwycięzca plebiscytu Drzewo Roku 2018. Jego niespotykany, pochylony kształt sprawia, że wygląda jakby naprawdę klękał. Drzewo zostało symbolem nadziei. Nie można także  pominąć ciekawostki filmowej. W Krasnymstawie powstały sceny finałowe do filmu „Prawdziwy ból” (2024). Kto oglądał? Jest tutaj takie niepozorne podwórko z niepozornym balkonem.  Oskar trafił w ręce aktora, Kierana Culkina, za najlepszą rolę drugoplanową. Jesse Eisenberg zaś został Honorowym Obywatelem Miasta Krasnystaw. Z tego miasta wywodzili się przodkowie reżysera i aktora. To właśnie rodzinne korzenie stały się dla niego punktem wyjścia do stworzenia tej poruszającej historii. Całą wycieczkę zakończyliśmy w Dworku Starościńskim, gdzie czekał na nas poczęstunek w niezwykle klimatycznej atmosferze. Dworek to także obowiązkowy punkt na mapie w Krasnymstawie. Powstał w pierwszej połowie XIX wieku, prawdopodobnie za sprawą rodziny Kickich. Jego budowa była reakcją na zniszczenie zamku krasnostawskiego w 1774 roku, co skłoniło władze do przeniesienia siedziby zarządczej do folwarku zwanego &#8220;Starostwem&#8221;. To wyjątkowa budowla w skali regionu. Jest to jedyny drewniany dwór o konstrukcji wieńcowej i klasycystycznych cechach, zachowany na obszarze byłego województwa chełmskiego. Dworek jest obecnie siedzibą Centrum Integracji Społecznej, a także gości Klub Seniora i dom dzienny dla dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Krasnystaw to miasto, w którym historia, tradycja i nowoczesność tworzą spójną całość. Chmielaki są doskonałą okazją, by tu przyjechać, ale nawet poza festiwalem warto odkrywać jego zabytki, tajemnice i niepowtarzalny klimat. Chmielakowa niedziela &#8211; barwny korowód z wieńcami chmielakowymi&#8230; Niedzielne przedpołudnie rozpoczęło się mszą św. w kościele pw. św. Franciszka Ksawerego oraz tradycyjnym Korowodem Chmielakowym, który jak co roku przeszedł ulicami Krasnegostawu. Już w tym momencie można było podziwiać przepiękne i kolorowe wieńce chmielakowe. W korowodzie szły delegacje z miast partnerskich, zespoły folklorystyczne i lokalne stowarzyszenia, niosąc ze sobą ogrom pozytywnej energii i podkreślając, że Chmielaki to święto nie tylko piwa, ale i integracji całego regionu. Do korowodu dołączyli także motocykliści oraz właściciele zabytkowych aut, bowiem w czasie Chmielaków Krasnostawskich odbył się także Zlot Motocyklistów oraz Chmielakowy Zlot Weteranów Szos. Kolejnym punktem programu był konkurs na najpiękniejszy wieniec chmielakowy. Misterne kompozycje z zielonych gałązek chmielu, ozdobione kwiatami, zbożem i wstążkami, były małymi dziełami sztuki. Każdy wieniec miał swój własny charakter i symbolikę. Gościem specjalnym był zespół Pieśni i Tańca Ziemi Łukowskiej &#8220;Łukowiacy&#8221;. Ponad setka młodych tancerzy i muzyków od 25 lat kultywuje piękno polskich tańców narodowych i regionalnych. Mają na swoim koncie występy w takich miastach jak Berlin, Budapeszt czy Lwów, a tym razem oczarowali publiczność w Krasnymstawie. Niedziela przyniosła także rozstrzygnięcie Konsumenckiego Konkursu Piw. To najstarszy i jeden z najbardziej prestiżowych tego typu konkursów w Polsce, w którym o zwycięzcach decydują sami miłośnicy piwa. Już od środy trwały sesje degustacyjne. Przewodniczącym komisji był pan Tomasz Syga, który odpowiadał za prawidłowy przebieg konkursu, kwestie organizacyjne oraz rekrutację i nadzór nad degustatorami. Pan Tomasz jest członkiem honorowym Bractwa Piwnego. To pokazuje jego  długoletnie zaangażowanie w promocję kultury piwnej i branżowe inicjatywy. W konkursie oceniono ponad 470 piw w 20 kategoriach oraz dodatkowo przyznano grand prix. W sesjach wzięło udział 100 degustatorów! Bank rozbiła tu Brofaktura, która zgarnęła aż 12 tytułów, a także wspomniane grand prix. A tuż po ogłoszeniu wyników konkursu na Scenie Rynek odbyły się emocjonujące Wybory Miss Chmielaków. Wieczór zamknęła Gala Kabaretowa z udziałem Kabaretu Smile i Kabaretu Młodych Panów. Biletowane wydarzenie pełne śmiechu, żartów i festiwalowej lekkości stanowiło idealne zakończenie święta. Chmielaki Krasnostawskie to święto ludzi, muzyki, tradycji, piwa, ale przede wszystkim święto lubelskiego chmielu, który od pokoleń jest wizytówką naszego regionu. Organizatorem Chmielaków Krasnostawskich jest przede wszystkim Miasto Krasnystaw oraz współpracujący z nim Krasnostawski Dom Kultury. Bardzo dziękuję Panu Grzegorzowi Drozdalskiemu za ciekawe opowieści i oprowadzenie po wydarzeniu. Międzynarodowe Zawody Balonowe w Nałęczowie Czy lecieliście kiedyś balonem? Czy zastanawialiście się, jak w ogóle taki lot wygląda i jakie siły tu działają, by taka konstrukcja mogła wznieść się w górę? Byłam przekonana, że nigdy się nie odważę na taką atrakcję. A jednak&#8230;. zrobiłam to! Wzbiłam się w przestworza w...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2025/09/co-zachwyca-w-lubelskiem-najlepsze-produkty-turystyczne-2024.html">Co zachwyca w Lubelskiem? Najlepsze produkty turystyczne 2024</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2025/09/co-zachwyca-w-lubelskiem-najlepsze-produkty-turystyczne-2024.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Uroczysko Mucharyniec &#8211;  tajemniczy krąg w Lubelskiem</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2025/03/uroczysko-mucharyniec-tajemniczy-krag-w-lubelskiem.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2025/03/uroczysko-mucharyniec-tajemniczy-krag-w-lubelskiem.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 30 Mar 2025 18:58:55 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[lubelskie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[14 najciekawszych miejsc na Lubelszczyźnie]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Lubelszczyzny]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje w Lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca na Lubelszczyźnie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=23622</guid>

					<description><![CDATA[<p>Uroczysko Mucharyniec &#8211; w końcu tu dotarłam przez bagna na samą wysepkę! Są takie tajemnicze miejsca na świecie, których powstanie ciężko wyjaśnić. I właśnie takim miejscem jest Uroczysko Mucharyniec (Muszaryniec) w gminie Sławatycze w województwie lubelskim. Tutaj w lesie znajduje się niemalże idealny krąg o powierzchni 5 ha, tworzący wyspę, otoczoną fosą. Co ciekawe, wyspę porasta tylko karłowaty drzewostan. Brak wyższej roślinności w centralnej części kręgu oraz otaczające trzęsawiska potęgują aurę tajemniczości tego miejsca.​ Krąg jest bardzo dobrze ukryty. Do fosy nie prowadzi żadna ścieżka, trzeba ją po prostu znaleźć. A fosa to de facto bagna, przez które trzeba się przeprawić, by dotrzeć na wyspę. Stan wody bywa różny, mogą być potrzebne wodery, choć znam śmiałków, którzy przeprawiali się tu na bosaka. Legendy i opowieści Nikt nie wie, jak ów tajemniczy krąg powstał. Miejsce to owiane jest tajemnicą, na jego temat krążą różne legendy. Niektórzy badacze twierdzą iż Mucharyniec mógł być dawnym miejscem kultu pogańskiego. Według jednej z legend miała stać tu cerkiew, która w dziwnych okolicznościach zapadła się pod ziemię, zabierając ze sobą wiernych, którzy wówczas zgromadzili się w świątyni. Inna wersja mówi o meteorycie i promieniowaniu kosmicznym. Podobno elektroniczne urządzenia potrafią tu zwariować. Według jeszcze innej teorii to pozostałość większego torfowiska. Niegdyś rozległe tereny bagienne zostały osuszone. Doszło jednak do zaniedbania melioracji i powstał taki twór. Zastanawia jednak jego idealnie okrągły kształt, prawda? Inna opowieść wspomina o objawieniu Matki Boskiej, która pozostawiła ślady stóp na kamieniu znajdującym się w środku uroczyska. Kamień ten został później przeniesiony przed kaplicę w Krzywowólce, gdzie można go oglądać do dziś. Niewyjaśnione zjawiska Osoby, które odważyły się odwiedzić Mucharyniec, relacjonują dziwne zjawiska, takie jak zakłócenia w działaniu kompasów czy utratę zasięgu w telefonach komórkowych. Ponadto, zwierzęta unikają tego miejsca, co dodatkowo potęguje jego tajemniczość. W czasie mojej pierwszej wizyty wyglądało na to, że dron stracił zasięg, ale nie spadł, a dalej wisiał w powietrzu, natomiast nie dało się go ściągnąć na dół. Skąd wzięła się nazwa Mucharyniec Etymologia nazwy &#8220;Mucharyniec&#8221; nie jest jednoznacznie ustalona. Według jednej z hipotez, poprawna nazwa tego uroczyska to &#8220;Muszaryniec&#8220;, używana od dawna przez miejscową ludność. Nazwa &#8220;Mucharyniec&#8221; miała powstać przez błędny odczyt liter pisanych w innym alfabecie. Próby wyjaśnienia etymologii nazwy &#8220;Muszaryniec&#8221; sugerują jej związek z mszarem, czyli terenem podmokłym porośniętym mchem. Z kolei &#8220;Mucharyniec&#8221; może być pochodną od &#8220;mucharów&#8220;, co mogło odnosić się do trujących grzybów – muchomorów, które mogły rosnąć tam obficie. Mimo tych przypuszczeń, jednoznaczne pochodzenie nazwy &#8220;Mucharyniec&#8221; pozostaje niejasne, a miejsce to wciąż owiane jest aurą tajemnicy. Przyciągając miłośników zagadek i niezwykłych miejsc.​ Badania w Mucharyńcu Mucharyniec liczy sobie minimum 4000 lat. Potrzebne są szczegółowe analizy geologiczne, biologiczne oraz fizyczne, aby rozwiać wątpliwości dotyczące tego uroczyska. Niedawno grupa badaczy robiła tu odwierty, więc wkrótce poznamy dokładny wiek tego miejsca. Mogę też już Wam napisać, że teoria o meteorycie prawdopodobnie upadnie. ​W 2022 roku nawiązano współpracę z Lubelskim Uniwersytetem Mokradłowym oraz badaczką Magdą Suchorą z Wydziału Nauk o Ziemi i Gospodarki Przestrzennej UMCS. Zespół ten wsparł badania torfu na Mucharyńcu, co może stanowić krok w kierunku lepszego zrozumienia tego miejsca. Lokalizacja i dostępność Uroczysko położone jest pomiędzy miejscowościami Krzywowólka, Matiaszówka i Sajówka. Południowe Podlasie graniczy tutaj z Polesiem, Polska z Białorusią, cerkwie współistnieją z kościołami, a zwykła codzienność przeplata się z tajemnicami. Do uroczyska można dotrzeć rowerem z Jabłecznej (przy okazji odwiedzicie Monaster św. Onufrego) lub ze Sławatycz (zajrzycie do Brodaczy). To pętelka rowerowa, a trasa nosi nazwę &#8220;na Uroczysko Mucharyniec&#8221;. Choć istnieje szlak rowerowy, prowadzący w pobliże Mucharyńca, ostatni odcinek trasy wymaga pokonania pieszo przez gęsty las i podmokły teren. Brak wyraźnie wytyczonych ścieżek sprawia, że dotarcie do kręgu stanowi nie lada wyzwanie, a miejscowi często przestrzegają przed próbami odnalezienia tego miejsca. Czy dotarcie na wyspę jest trudne? Mi wreszcie udało się dotrzeć na samą wysepkę z lokalnym przewodnikiem. Przejście przez bagna to nielada przygoda i mała adrenalina. Dobra wiadomość jest taka, że torfowisko nie wciąga, więc spokojnie można brodzić po wodzie. Najlepsza technika to jednak przeskakiwanie z kępki na kępkę. Ja wskoczyłam w wodery, ale reszta pokonała ten odcinek po prostu na bosaka. To nawet jest bardzo zdrowe, bowiem powstały tu torf z pewnością ma wiele korzystnych właściwości. A Wy znacie inne tajemnicze miejsca w Polsce? Dajcie znać. Dla mnie temat niezwykle ciekawy. Uroczysko Mucharyniec to miejsce pełne tajemnic, które od lat fascynuje ludzi z różnych zakątków Polski. Jego niezwykła forma, związane z nim legendy i niepokojące zjawiska sprawiają, że jest jednym z najbardziej intrygujących punktów na mapie województwa lubelskiego. Czy to dawne miejsce kultu, naturalna anomalia, czy może obszar o nieznanej energii? Odpowiedzi wciąż pozostają niejednoznaczne, co tylko potęguje aurę tajemnicy wokół tego niezwykłego kręgu. Więcej o Mucharyńcu i nadbużańskich terenach przygranicznych przeczytacie w raporcie Mucharyniec i Nabużańskie Polesie, sporządzonym w ramach projektu &#8220;Pamiętajmy o mokradłach&#8221;.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2025/03/uroczysko-mucharyniec-tajemniczy-krag-w-lubelskiem.html">Uroczysko Mucharyniec &#8211;  tajemniczy krąg w Lubelskiem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2025/03/uroczysko-mucharyniec-tajemniczy-krag-w-lubelskiem.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Budapeszt nieoczywisty &#8211; nietypowe atrakcje</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2025/02/budapeszt-nieoczywisty-nietypowe-atrakcje.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2025/02/budapeszt-nieoczywisty-nietypowe-atrakcje.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 26 Feb 2025 21:31:09 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Budapeszt]]></category>
		<category><![CDATA[Węgry]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje w Budapeszcie]]></category>
		<category><![CDATA[Budapeszt na weekend]]></category>
		<category><![CDATA[Budapeszt praktycznie]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w weekend w Budapeszcie]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Budapeszcie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=23560</guid>

					<description><![CDATA[<p>Budapeszt nieoczywisty? Oto on. Budapeszt to miasto pełne monumentalnych zabytków, imponujących mostów i znanych termalnych kąpielisk. Ale czy wiesz, że stolica Węgier skrywa również mniej oczywiste, choć równie fascynujące miejsca? Jeśli chcesz poznać Budapeszt z innej perspektywy, odkryć atrakcje poza utartym szlakiem, ten artykuł jest dla Ciebie. Zabiorę Cię w podróż po niebanalnych miejscach, które sprawią, że zakochasz się w tym mieście jeszcze bardziej! Może to być urokliwa kawiarnia z ponad stuletnią historią, nowoczesne muzeum, czy też artystyczna enklawa pełna street-artu i alternatywnej kultury. Budapeszt to miasto kontrastów, w którym tradycja przeplata się z nowoczesnością, a mniej znane miejsca potrafią oczarować równie mocno, co słynne zabytki. Wyrusz więc ze mną na odkrywanie tych nieoczywistych perełek, które sprawią, że Twój pobyt w węgierskiej stolicy będzie bardzo wyjątkowy. Dom Muzyki Węgierskiej Czy to najbardziej efektowne muzeum w Europie? Węgierski Dom Muzyki (Magyar Zene Háza) to jedno z najnowocześniejszych centrów muzycznych w Europie, zostało otwarte w 2022 roku. Znajduje się w zabytkowym Parku Miejskim Városliget i jest częścią większego projektu Liget Budapest, który ma na celu rewitalizację tej historycznej przestrzeni. Konstrukcja przypomina plastry miodu lub podjedzonego grzyba. Budynek zaprojektował japoński architekt Sou Fujimoto, znany z organicznych, futurystycznych form. Jego projekt wyróżnia się falistym, przeszklonym dachem z licznymi otworami, które przepuszczają światło, tworząc unikalną grę cieni. Budynek doskonale harmonizuje z otoczeniem, nie ma tradycyjnych ścian, a jego konstrukcja sprawia wrażenie, jakby unosiła się w powietrzu. Architekt inspirował się kształtem fal dźwiękowych. W budynek pięknie wkomponowane są drzewa, które jeszcze bardziej potęgują walor architektoniczny. Co można tu zobaczyć i przeżyć? Węgierski Dom Muzyki to nie tylko przestrzeń koncertowa, ale także interaktywne muzeum muzyki, miejsce warsztatów i nowoczesne studio dźwiękowe. Możesz tu m.in. poznać historię muzyki Węgier. Odpoczynek na ławeczkach wokół obiektu również dostarczy przyjemnych wrażeń, bowiem posłuchasz tu po prostu muzyki. New York Cafe w Budapeszcie Czy to najpiękniejsza kawiarnia na świecie? Taki tytuł nadano jej przeszło sto lat temu. Znajduje się w zabytkowym budynku New York Palace, który obecnie jest częścią hotelu Anantara New York Palace Budapest. To miejsce zachwyca wspaniałym wystrojem w stylu eklektycznym, przypominającym wnętrza królewskich pałaców. Wejście do New York Café to jak podróż w czasie do Belle Époque. Wnętrza zdobią pozłacane ornamenty, żyrandole z kryształami i marmurowe kolumny, freski na sufitach, które przedstawiają sceny inspirowane mitologią i sztuką, wspaniałe drewniane rzeźbienia i lustra, odbijające ciepłe światło świec. Kawiarnia została otwarta w 1894 roku i szybko stała się ulubionym miejscem spotkań artystów, pisarzy i intelektualistów. Podobno jeden z ówczesnych literatów, zachwycony lokalem, wrzucił klucz do drzwi do Dunaju, aby kawiarnia nigdy nie została zamknięta! W czasach świetności była miejscem spotkań węgierskich pisarzy i dziennikarzy, którzy pracowali nad artykułami przy filiżance kawy i kieliszku absyntu. W czasach komunizmu kawiarnia podupadła, ale po gruntownej renowacji w 2006 roku odzyskała swój dawny blask i dziś znów jest symbolem elegancji i luksusu. Przyszłam tu rano na śniadanie. Zamówiłam hummus z paprykowo-pomidorową salsą za 13 EUR. Mogę naprawdę polecić. A posiłek zjecie tu przy dźwiękach muzyki na żywo. Do New York Cafe ustawia się zwykle długa kolejka, dlatego najlepiej przyjść tu wcześnie rano. Tak, miejsce jest popularne, ale według mnie, zdecydowanie nieoczywiste, jeśli chodzi o Budapeszt. Kawiarnia czynna jest codziennie od 7:00 do 24:00. Szimpla Kert, czyli ruin bars Co jeszcze warto zobaczyć w Budapeszcie? Oczywiście słynne ruin bars. Ruin bary w Budapeszcie to jedyne w swoim rodzaju lokale rozrywkowe, powstałe w dawnych kamienicach i opuszczonych fabrykach. Po II wojnie światowej wiele budynków w centrum Budapesztu zostało opuszczonych i popadło w ruinę. W latach dwutysięcznych przedsiębiorczy Węgrzy zaczęli wykorzystywać te przestrzenie do tworzenia alternatywnych barów, nadając im industrialny, artystyczny klimat. Stare fabryki, kamienice i podwórza zostały przekształcone w oryginalne miejsca spotkań z niepowtarzalnym wystrojem. Szimpla Kert, bar otwarty w 2002 roku, był jednym z pierwszych takich miejsc i szybko stał się ikoną nocnego życia Budapesztu. To najsłynniejszy ruin bar w stolicy Węgier. Znajduje się w VII dzielnicy, która jest dzielnicą żydowską. Co sprawia, że to miejsce jest tak wyjątkowe? Po pierwsze, eklektyczny wystrój – znajdziecie tu stare meble, kolorowe graffiti, zwisające rośliny, a nawet wannę i trabanta przerobionego na stolik! Bar mieście się na kilku poziomach, jest tu kilka tematycznych sal – od cichszych miejsc idealnych do rozmów, po tętniące życiem parkiety taneczne. Potańczycie tu do muzyki na żywo oraz do setów DJ-skich. W niedzielę możecie wpaść na niedzielny targ śniadaniowy, pełen lokalnych produktów, serów, wędlin i domowych wypieków. Muzeum Etnograficzne Kolejnym nieoczywistym miejscem i atrakcją poza utartym szlakiem w Budapeszcie jest Muzeum Etnograficzne. Co takiego niezwykłego tu znajdziecie? To nowoczesne spojrzenie na tradycję. Muzeum Etnograficzne w Budapeszcie (Néprajzi Múzeum) to jedno z najważniejszych muzeów tego typu w Europie. Gromadzi ogromną kolekcję przedmiotów związanych z kulturą, folklorem i tradycjami Węgier oraz innych narodów. Nowa siedziba to architektoniczna perełka. Od 2022 roku muzeum mieści się w nowoczesnym budynku w zabytkowym Parku Miejskim Városliget, nieopodal Węgierskiego Domu Muzyki. Budynek zaprojektowany przez NAPUR Architect to futurystyczna konstrukcja o falistym dachu pokrytym zielenią, doskonale komponująca się z otoczeniem. Na dachu wkomponowano ogród krajobrazowy. Szklana fasada zdobiona jest perforowanymi panelami z motywami ludowymi, co symbolicznie łączy tradycję z nowoczesnością. Na metalową siatką nałożono pół miliona pikseli, tworzących raster z motywami etnograficznymi. Koniecznie trzeba podejść bliżej, by zobaczyć dobrze tę kompozycję. Podczas mojego pobytu w Budapeszcie do środka muzeum dostać się nie mogłam. W tym czasie przygotowywano eksponaty na wystawy. Obecnie dzieje się tam bardzo dużo. Szczegóły znajdziecie na stronie Muzeum Etnograficznego. Bardzo polecam Wam wejście po schodkach na samą górę budynku, możecie to zrobić po dwóch stronach. Adrenalina gwarantowana, a widoki bardzo przyjemne. Można tu także odpocząć na ławeczkach. Najstarsza linia metra w kontynentalnej Europie Gdzie znajduje się najstarsza linia metra w Europie kontynentalnej? I druga najstarsza na świecie? Tak, tak, w Budapeszcie. Otworzono ją w 1896 roku. To Millennium Underground Railway M1, znana również jako żółta linia metra. Liczy 11 podziemnych stacji. Ustępuje jedynie londyńskiemu metru, które powstało w 1863 roku. W 1973 roku podjęto decyzję o likwidacji części naziemnej. W 2002 roku linia została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W drugiej połowie XIX wieku Budapeszt rozwijał się dynamicznie, a główna arteria miasta, Aleja Andrássyego, potrzebowała efektywnego transportu. Ze względu na jej prestiżowy charakter nie chciano budować tradycyjnych tramwajów, dlatego zdecydowano się na podziemną linię kolejową. Metro M1 było pierwszym na świecie elektrycznym metrem o płytkim tunelu, zbudowanym tuż pod powierzchnią ziemi. Cały projekt został zrealizowany przez niemiecką firmę Siemens &#38; Halske, a prace trwały zaledwie 21 miesięcy. Czy warto przejechać się M1? Zdecydowanie tak! To nie tylko środek transportu, ale również podróż w czasie, która pozwala poczuć atmosferę XIX-wiecznego Budapesztu. Tak wygląda Budapeszt nieoczywisty, niebanalny. Zdecydowanie warto zejść z utartego szlaku w węgierskiej stolicy. Jeśli wybieracie się do Budapesztu, koniecznie zajrzyjcie do pozostałych wpisów. Znajdziecie w nich listę obowiązkowych atrakcji w Budapeszcie oraz trasę zwiedzania. &#160;</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2025/02/budapeszt-nieoczywisty-nietypowe-atrakcje.html">Budapeszt nieoczywisty &#8211; nietypowe atrakcje</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2025/02/budapeszt-nieoczywisty-nietypowe-atrakcje.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Egipt na własną rękę &#8211; plan podróży na 10 dni</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2025/02/egipt-na-wlasna-reke-plan-podrozy-na-10-dni.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2025/02/egipt-na-wlasna-reke-plan-podrozy-na-10-dni.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 16 Feb 2025 17:25:53 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Egipt]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Egipcie]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Egipcie]]></category>
		<category><![CDATA[czy warto jechać do Egiptu]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21942</guid>

					<description><![CDATA[<p>Czy przyszło Wam kiedyś do głowy zwiedzać Egipt na własną rękę? Mi przyszło i to kilka razy, a już na pewno utwierdziłam się w tej kwestii, gdy zobaczyłam relacje innych podróżników. To jest naprawdę świetny pomysł, bowiem szkoda Egiptu tylko na plażowanie czy nurkowanie. W Egipcie zobaczycie wiele starożytnych zabytków, w tym oczywiście piramidy, liczne świątynie, imponujące grobowce i wiele innych historycznych miejsc, które sięgają tysiące lat wstecz. Odkrywanie tychże starożytnych skarbów to niezapomniana podróż w czasie oraz okazja do zrozumienia i podziwiania dawnej cywilizacji. I właśnie ta wizja kusiła mnie najbardziej. O egipskich piramidach marzyłam od dawna, zaczytywałam się w ich historii, która przecież pełna jest tajemnic. Do Egiptu wybrałam się w grudniu wraz z koleżanką. Kraj zwiedzałyśmy całkowicie na własną rękę, podróżując na miejscu nocnymi autobusami oraz pociągiem. Plan zwiedzania był momentami napięty, ale znalazłyśmy także czas na relaks nad Morzem Czerwonym. Bilety z Warszawy do Kairy zakupiłyśmy w promocji LOTu w Szalonej Środzie. Dzień 1: przylot z Polski i przejazd nocnym autobusem do Dahab Ten dzień 1 to tak naprawdę wieczór i noc w autobusie, ale tak to właśnie zaplanowałyśmy, żeby wykorzystać nockę na przejazd. Przylot do Kairu o godzinie 22:20, wymiana pieniędzy (kurs na lotnisku dobry), zakup karty SIM i przejazd Uberem (koszt 24 zł) na dworzec autobusowy Nasr Bus Station (dworzec zrobił na nas pozytywne wrażenie). Bilet z Kairu do Dahab (Synaj) zakupiony na stronie Go Bus Egypt za 280 EGP czyli 57,50 zł (obecnie jest to 38 zł). W Egipcie jest kilku autobusowych przewoźników. Najbardziej polecane firmy to: Go Bus Egypt i Blue Bus. Według rozkładu podróż miała trwać 11 godzin, trwała jednak 2-3 godziny dłużej, bowiem na wjeździe na Synaj była kontrola i każde auto dokładnie sprawdzano. Autobus był na szczęście pustawy, można więc było rozłożyć się na dwóch siedzeniach. Po drodze, już bliżej Dahab, kierowca zatrzymał się przy knajpce, w której można było zjeść śniadanie. Dzień 2: Dahab &#8211; odpoczynek Przyjazd do Dahab około 14:00. Zameldowanie w hotelu Coral Reefs Hotel Dahab, który bardzo polecam. Ciekawa architektura, świetna lokalizacja, a chłopak na recepcji jest przemiły i przepomocny. Cena za noc za pokój 3-osobowy ze śniadaniem 108 zł. Krótki odpoczynek w hotelu, potem spacer po miasteczku. Dahab to moje odkrycie i hit wyjazdu. Tu zjeżdżają się niezależni podróżnicy. Snurkują, nurkują, pracują zdalnie lub po prostu (jak to się dziś mówi) czilują. Klimat hippie połączony z egipską aurą robią robotę. Kolorowe restauracje, bary, knajpki na każdym kroku, niskie siedziska na materacach i poduchach, leżanki z materacami i to wszystko niemalże w samym Morzu Czerwonym. Dahab było niegdyś beduińską wioską, która przeobraziła się w enklawę niezależnych podróżników. Nikt tu nachalnie nie zaczepia, nie wciąga na siłę do sklepów. Południowa część jest chyba najbardziej hippie i im dalej od centrum, tym taniej. W 40 minut można dojść wzdłuż morza do pobliskiej laguny i magicznego jeziora. W tym samym dniu w hotelu wykupiłyśmy wycieczkę na Górę Synaj na wschód słońca. Można to zrobić i na mieście w lokalnej agencji, cena taka sama, czyli 25 USD lub 600 EGP (grudzień 2022). Około godziny 22:00 przyjechał bus, który zawiózł nas na miejsce. Dojazd z Dahab trwał półtorej godziny. Ludzie z busa to jedna grupa. Każdej grupie przydzielany był Beduin opiekun-przewodnik. Dzień 3: Góra Synaj i odpoczynek w Dahab Być na Półwyspie Synaj i nie wdrapać się na biblijną górę? No właśnie. To bardzo popularna wycieczka, ale nie dla każdego. Trzeba mieć kondycję, bo pod górę idzie się dość żwawym tempem. Jest sporo przystanków w tzw. coffee shopach, gdzie można napić się gorącej beduińskiej herbatki, ale są miejsca, gdzie wchodzi się dość ostro pod górę, w zasadzie już pod koniec. Egipt na własną rękę w takim wydaniu wygląda naprawdę fantastycznie. Przydadzą się czołówki, bo wchodzi się nocą. Wejście zaczęliśmy o północy, do przejścia było 6 km. Nasz pan Beduin ostro nas dopingował i czasami prowadził na skróty. A to dlatego, by wejść jak najszybciej i zająć najlepsze miejsce do obserwacji wschodu słońca. To jest tzw. camel trail, więc do pewnego punktu można wjechać na wielbłądzie, choć tego nie polecam. Pod koniec do pokonania było 700 kamiennych schodów. Ruszyłam ostatnia, a na górze zameldowałam się jako trzecia, więc sama siebie zaskoczyłam. Po pokonaniu schodów odpoczęliśmy w ostatnim coffee shopie, gdzie także można wypożyczyć koc i materac, co jest raczej wskazane, bo na skale jest naprawdę zimno. Cena za koc to 70 EGP (13 zł), za materac taka sama. O czystości tych gadżetów nie będę się wypowiadać, generalnie spełniają swoją funkcję i lepiej nie myśleć, co tam na nich pod mikroskopem i być może nie tylko, można wypatrzeć. I rzeczywiście, na górę dotarliśmy jako jedni z pierwszych. Miejscówki na wschód słońca miałyśmy pierwsza klasa. Na skale zasiadłyśmy o 3:40, zaś wschód słońca zadział się o 5:16. I naprawdę działa się magia. Góra Synaj, znana także jako Góra Mojżesza, to oczywiście jedno z najważniejszych miejsc zarówno w tradycji judaistycznej, chrześcijańskiej, jak i islamskiej. Według Biblii to właśnie tu Mojżesz otrzymał Dziesięć Przykazań od Boga. Według Starego Testamentu Bóg ukazał się Mojżeszowi w postaci płonącego krzewu i zawarł Przymierze z Izraelitami. W Islamie zaś Góra Synaj (Jabal Musa) jest miejscem, gdzie prorok Musa (Mojżesz) spotkał Allaha i otrzymał Jego nauki. To cel pielgrzymek, miejsce mistycznych doznań i zapierających dech w piersiach widoków. I te widoki miałyśmy okazję podziwiać podczas schodzenia, kiedy to poranne słońce niezwykle pięknie rozświetlało skaliste góry i pustynne niziny. Góra Synaj jest częścią masywu Gór Świętej Katarzyny, gdzie znajduje się także najwyższy szczyt Egiptu – Góra Świętej Katarzyny (2 629 m n.p.m.). W drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do Klasztoru Świętej Katarzyny. To najstarszy z istniejących dzisiaj klasztorów chrześcijańskich. Można w nim także nocować. Historia tego miejsca jest niezwykle ciekawa. Zobaczycie tu wspomniany gorejący krzew. Pod tą postacią, według Księgi Wyjścia, Bóg Jahwe objawił się pod Synajem i przemówił do Mojżesza. Ten przebywał tu przez 40 dni i 40 nocy. Klasztor wpisano na listę UNESCO. Został zbudowany w VI wieku na polecenie cesarza Justyniana i do dziś działa. W jego wnętrzu znajdują się: Biblioteka z jedną z najbogatszych kolekcji manuskryptów na świecie, Ikony bizantyjskie, Kaplica Krzewu Gorejącego, który według tradycji jest tym samym, który widział Mojżesz. Do hotelu wróciłyśmy o 12:00 w południe, a więc cała nocka zarwana. Niemniej zdecydowanie WARTO! Reszta dnia to był już odpoczynek, drzemka i popołudniowy relaks w knajpkach w Dahab na samym morzem. Dzień 4: Dalszy ciąg eksplorowania Dahab Po śniadaniu ruszyłyśmy nad wspomniane tzw. Magiczne Jezioro, w którym woda ma dosłownie szmaragdowy kolor. Z Dahab spokojnie można dojść tu na piechotę. Taki spacer wzdłuż wybrzeża trwa ok. 40 minut. Najpierw idzie się alejką, wzdłuż której ulokowały się klimatyczne knajpki, luz i czil na każdym kroku. Potem pojawia się przestrzeń i opuszczone hotele. A na końcu już tylko latawce majaczą na horyzoncie. Jeszcze przed laguną po prawej stronie błyszczy Magiczne Jezioro. Można by rzec, że to większa kałuża, w której kolor wody oszałamia, a woda jest krystalicznie czysta. Laguna to idealne miejsce na kite&#8217;a. Niektórzy plażują, piknikują, a panie Beduinki sprzedają tu swoje suweniry i herbatkę. Obiad w jednej z klimatycznych knajpek i powrót do hotelu. Przejazd nocnym autobusem do Kairu. Bilet Go Bus Egypt w tej samej cenie, czyli 280 EGP. Z Dahab wyruszyłyśmy o 17:50. Tym razem wysiadłyśmy na dworcu Kair Tahrir. Dzień 5: Giza i Kair Dojazd do Kairu z Dahab o 3:50 na ranem. Przejazd Uberem do hotelu w Gizie (koszt 13 zł). Hotel to Atlantis Pyramids Inn, który również bardzo polecam. Znajduje się w pierwszej linii, jeśli chodzi o widok na piramidy i sfinksa. Dodatkowo codziennie egipskie śniadania serwowane na tarasie to atrakcja sama w sobie. Właściciel ma ogromną wiedzę na temat całego kompleksu, w końcu jest egiptologiem i przewodnikiem. Cena od ok. 160 zł za pokój 2-os. z łazienką i śniadaniem. Podobno budynki w tej okolicy mogą wkrótce zostać wyburzone, gdyż pod nim znajdują się kolejne grobowce. Spanie do południa, a następnie przejazd Uberem do Kairu do starego Muzeum Egipskiego. Koleżanka została w hotelu, by popracować, a ja muzeum zwiedzałam w pojedynkę. Zdecydowanie warto, mimo iż słynnych mumii faraonów tym muzeum już nie zobaczycie (jest kilka mniej sławnych). Faraonowie przeprowadzili się jakiś czas temu do innego nowego Narodowego Muzeum Cywilizacji Egipskiej. Stało się tak dlatego, by ratować turystkę po pandemii i zaprosić turystów do tych dwóch miejsc. Wstęp dla turystów z innych krajów niż Egipt i kraje arabskie &#8211; 300 EGP (40 zł). Godzinny otwarcia sprawdzicie na stronie Muzeum Egipskiego. Spójrzcie także na cenę biletu, być może się zmieniła. Muzeum jest naprawdę duże, a ogromna liczba eksponatów sprawie, iż zwiedzanie zajmie spokojnie kilka godzin. Ciągle jeszcze przechowuje największą kolekcję starożytnych egipskich artefaktów, choć już na horyzoncie widać datę otwarcia Wielkiego Muzeum Egipskiego. Będzie to największy kompleks muzeów archeologicznych na świecie (pierwsze sale zostały już udostępnione). Muzeum zostało otwarte w 1902 roku i przez ponad 120 lat było główną placówką muzealną Egiptu. Jego powstanie było częścią większej inicjatywy mającej na celu ochronę egipskich skarbów przed grabieżą i wywozem za granicę. Najcenniejsze zbiory Muzeum Egipskiego to Skarb Tutanchamona, czyli złota Maska Tutanchamona – jedna z najsłynniejszych ikon starożytnego Egiptu, złota trumna i sarkofagi młodego faraona oraz rydwany, biżuteria, figurki uszebti oraz liczne przedmioty z grobowca odkrytego przez Howarda Cartera w 1922 roku. Owe artefakty zostaną przeniesione do Wielkiego Muzeum Egipskiego, zaś mumia Tutanchamona znajduje się w Dolinie Królów w Luksorze. W starym muzeum zaś znajdują się także bardzo cenne posągi faraonów (m.in. Amenhotepa III, Ramzesa II, Hatszepsut), kamienne stele i sarkofagi oraz papirusy z zapisami hieroglificznymi. Zobaczycie tu także zmumifikowane zwierzęta. Powrót Uberem do hotelu, kolacja w Gizie. Dzień 6: Okolice Gizy: Dahszur, Sakkara, Memphis Tego dnia koleżanka pracowała z hotelu, a ja sama ruszyłam na zwiedzanie okolic Gizy. Wiedziałam, że chcę dojechać do piramid w Dahszur, do Sakkary oraz zahaczyć o Memphis. Zdecydowałam się wykupić wycieczkę z hotelu, a tak naprawdę zamówić kierowcę za autem. Miało to swoją cenę, ale jednak wolałam skupić się na zwiedzaniu niż na kombinowaniu, jak dostać się tam taksówkami bądź stopem. Za tę przyjemność zapłaciłam 40 USD. Dahszur &#8211; jedne z najstarszych piramid w Egipcie Generalnie do Sakkary można dojechać Uberem lub Yandexem, do Dahszur już nie. No i gorzej jest z powrotem, bowiem stamtąd kursów już nie ma. Jednak wiem, że można to zrobić niskokosztowo, korzystając z tzw. egipskiego Ubera, czyli apki InDrive. Przetestowane przez znajomych, którzy byli tu w późniejszym terminie. A tak oto wyglądał mój dzień oraz zwiedzanie. Przejazd do Dahszur i zwiedzanie dwóch najstarszych (zaraz po piramidzie Dżesera) piramid w Egipcie: Czerwonej i Łamanej. Udostępniono je turystom w 2019 roku. To była chyba największa adrenalina podczas całej podróży. Dlaczego? Ponieważ do każdej weszłam do środka, a wejście to przeżycie nie z tej ziemi. Wąski długi tunel, którym schodzi się w dół (tak wąski, że momentami nie mieściłam się z małym plecakiem na plecach), a na końcu komory i kolejne wąskie przejścia. Po szczegóły zapraszam Was do kolejnego wpisu. Dodam tylko, iż Piramida Czerwona była pierwszą postawioną tego typu budowlą w kształcie ostrosłupa. Wstęp na teren piramid w Dahshur kosztował 60 EGP, czyli 11 PLN, obecnie jest to 200 EGP, czyli 16 zł. Wejście do środka piramid za darmo, za co w Gizie płaci się dodatkowo, a nie jest to tak spektakularne przeżycie. Memfis &#8211; starożytna stolica Egiptu Następnie przejazd do Memfis, starożytnej stolicy Egiptu. Zobaczycie tu drugiego co do wysokości sfinksa w Egipcie oraz dwa posągi Ramzesa II, jeden stojący, drugi &#8211; ogromny, leżący wewnątrz budynku. Powstało tu muzeum open air, w którym ogląda się ocalałe pozostałości starożytnych budowli. Wstęp 80 EGP &#8211; 10 zł. Obecnie prawdopodobnie jest to ciut więcej. Sakkara i najstarsza piramida w Egipcie Przejazd do Sakkary, starożytnej  nekropolii. Tutaj stoi najstarsza piramida w Egipcie &#8211; PIRAMIDA SCHODKOWA DŻESERA (2650 r. p.n.e.), najstarsza tego typu budowla z ciosanego kamienia. W Sakkarze można także zajrzeć do trzech grobowców i to bardzo polecam. I tu po raz pierwszy podczas mojej podróży wkroczyłam w świat hieroglifów i reliefów. Polecam Wam także zajrzeć do Serapeum, to zespół podziemnych grobowców świętych byków Apisów, wejście dodatkowo płatne 340 EGP, czyli 27 zł. Wstęp na teren Sakkary wraz z grobowcami kosztował 440 EGP, czyli 59 zł, obecnie jest...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2025/02/egipt-na-wlasna-reke-plan-podrozy-na-10-dni.html">Egipt na własną rękę &#8211; plan podróży na 10 dni</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2025/02/egipt-na-wlasna-reke-plan-podrozy-na-10-dni.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Dominikana — fantastyczne wakacje po drugiej stronie globu</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2025/01/dominikana-fantastyczne-wakacje-po-drugiej-stronie-globu.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2025/01/dominikana-fantastyczne-wakacje-po-drugiej-stronie-globu.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 28 Jan 2025 16:12:42 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ameryka Północna]]></category>
		<category><![CDATA[Dominikana]]></category>
		<category><![CDATA[dlaczego warto pojechać na Dominikanę]]></category>
		<category><![CDATA[wakacje na Dominikanie]]></category>
		<category><![CDATA[z jakim biurem na Dominikanę]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=23387</guid>

					<description><![CDATA[<p>Planujesz urlop, który na długo pozostanie w Twojej pamięci? Dominikana to miejsce, gdzie spełniają się marzenia o egzotycznych podróżach. Białe plaże, turkusowe wody i tropikalne krajobrazy czekają na Ciebie na tej karaibskiej wyspie. Dzięki DreamTours.pl, Twoje wakacje na Dominikanie będą nie tylko luksusowe, ale również perfekcyjnie zorganizowane. Dominikana to prawdziwy raj dla miłośników przyrody, kultury i beztroskiego relaksu. Czy marzysz o wypoczynku na rajskich plażach Punta Cana, odkrywaniu kolonialnej historii Santo Domingo, czy snorkelingu wśród raf koralowych? DreamTours.pl pomoże Ci zaplanować każdy szczegół, byś mógł cieszyć się niezapomnianymi chwilami. Dzięki niemu Dominikana, wakacje tam spędzone, na długo pozostaną w Twojej pamięci i sercu! Egzotyczna przygoda w tropikalnym raju Dominikana to jedno z najbardziej malowniczych miejsc na świecie. Plaże pokryte drobnym, białym piaskiem, kołyszące się palmy i ciepły, karaibski klimat sprawiają, że każdy dzień jest jak z bajki. Dzięki ofercie DreamTours.pl masz dostęp do starannie wyselekcjonowanych hoteli, które gwarantują najwyższy komfort i usługi na światowym poziomie. Dodatkowo biuro organizuje wycieczki do najpiękniejszych zakątków wyspy, takich jak wodospady Damajagua czy malownicze Altos de Chavón. Kultura i historia na wyciągnięcie ręki Dominikana to nie tylko rajskie plaże, ale również fascynująca historia i barwna kultura. Stolica kraju, Santo Domingo, to pierwsze miasto założone przez Europejczyków w Nowym Świecie. Spacerując po starówce, wpisanej na listę UNESCO, możesz odkryć kolonialne budowle, takie jak Katedra Santa María la Menor czy Alcázar de Colón. DreamTours.pl zadba o to, byś mógł w pełni zanurzyć się w lokalnej kulturze, organizując wycieczki z przewodnikiem, który odkryje przed Tobą tajemnice tego magicznego miejsca. Smaki Dominikany — kulinarna podróż po karaibskich przysmakach Dominikana to nie tylko piękne plaże i fascynująca historia, ale także wyjątkowe doznania kulinarne. Kraj ten oferuje szeroki wachlarz smaków, które zachwycą nawet najbardziej wymagających smakoszy. Karaibska kuchnia łączy wpływy afrykańskie, hiszpańskie i rdzenne tradycje, tworząc unikalne kompozycje, które warto odkryć podczas swojej podróży. Jednym z najpopularniejszych dań jest la bandera dominicana – symbol narodowej kuchni, składający się z ryżu, fasoli, mięsa i smażonych bananów. Miłośnicy owoców morza koniecznie powinni spróbować świeżo przyrządzonego homara, langusty czy ceviche z lokalnych ryb. Nie brakuje też egzotycznych owoców, takich jak mango, guawa czy papaja, które doskonale gaszą pragnienie w gorące dni. Dlaczego warto wybrać DreamTours.pl? DreamTours.pl &#8211; biuro podróży z pasją podchodzi do organizacji egzotycznych wakacji. Profesjonalizm, dbałość o szczegóły i indywidualne podejście do klienta sprawiają, że każda podróż jest wyjątkowa. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu DreamTours.pl oferuje kompleksowe usługi, od rezerwacji biletów lotniczych i hoteli, po organizację atrakcji turystycznych na miejscu. To gwarancja, że Twoje wakacje na Dominikanie będą pełne niezapomnianych wrażeń. Artykuł sponsorowany</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2025/01/dominikana-fantastyczne-wakacje-po-drugiej-stronie-globu.html">Dominikana — fantastyczne wakacje po drugiej stronie globu</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2025/01/dominikana-fantastyczne-wakacje-po-drugiej-stronie-globu.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Najpiękniejsze szlaki na Santo Antao &#8211; Wyspy Zielonego Przylądka</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2024/11/najpiekniejsze-szlaki-na-santo-antao-wyspy-zielonego-przyladka.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2024/11/najpiekniejsze-szlaki-na-santo-antao-wyspy-zielonego-przyladka.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 29 Nov 2024 19:22:16 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Zielonego Przylądka]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Zielonego Przylądka co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Zielonego Przylądka kiedy jechać]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Zielonego Przylądka którą wyspę wybrać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=22475</guid>

					<description><![CDATA[<p>Santo Antao na Wyspach Zielonego Przylądka to prawdziwy raj dla miłośników pieszych wędrówek i trekkingów. Szlaki na tej wyspie są znane z niesamowitych krajobrazów, wznoszących się gór, głębokich dolin i malowniczych wiosek. To dlatego po pierwszej podróży w marcu wróciłam na Cabo Verde już w listopadzie. Po pierwszym wyjeździe pozostał ogromny niedosyty, jeśli chodzi o zieloną Santo Antao. Ta wyspa jest w moim podróżniczym TOP3, jeśli chodzi o widoki. Oto najpiękniejsze szlaki na Santo Antao. Mam nadzieję, że podane tu informacje i zdjęcia zainspirują Was do odwiedzenia tego ostatniego raju na ziemi. Jeśli planujecie podróż na Wyspy Zielonego Przylądka, koniecznie przeczytajcie mój wpis z informacjami praktycznymi o Cabo Verde: &#160; A oto kilka pytań, które z pewnością się Wam nasuwają, jeśli chodzi o trekking. Czy na górskie wędrówki na Santo Antao można wybrać się samemu bez przewodnika? Tak, jak najbardziej. Po Cabo Verde podróżowałam w pojedynkę, a co za tym idzie, także i trekkingi robiłam sama. Santo Antao to bardzo bezpieczna wyspa i praktycznie wszędzie można się poruszać na własną rękę. Czy szlaki są oznaczone? Czasami tak. W listopadzie zauważyłam, iż pojawiły się nowe oznaczenia tam, gdzie ich wcześniej nie było. Przeważnie wiadomo, jak iść i gdzie szlak prowadzi, choć zdarzały mi się sytuacje, iż szlaku musiałam szukać. Co w takim przypadku? Korzystałam z aplikacji maps.me, która fantastycznie się tam sprawdziła. Można sobie ją ściągnąć i korzystać offline. Wszystkie trasy są zaznaczone, więc bardzo ułatwia to wędrówkę. Czy szlaki są zatłoczone? Absolutnie nie. I to jest właśnie ogromy plus, bowiem przez większość czasu wędrowałam sama, podziwiając niesamowitą naturę oraz zaglądając do górskich wiosek na trasie. Na najbardziej popularnym szlaku Cruzinha turystów z pewnością spotkacie sporo, jednak nie będą to tłumy, które tworzą kolejki na trasie. Jeśli macie inne pytanie, śmiało zadajcie je w komentarzu poniżej. A tymczasem zabieram Was na najpiękniejsze szlaki na wyspie Santo Antao. Ten szlak to prawdziwa petarda i tzw. &#8220;must do&#8221; na tej wyspie. Dlaczego? Biegnie wzdłuż wybrzeża, oferując niesamowite widoki na Atlantyk i strome klify. Krajobraz jest tak naprawdę zróżnicowany, od skalistych brzegów po malownicze czarne plaże i małe wioski rybackie. Cała trasa podobno liczy 15 km, choć mi wybiło prawie 20. Technicznie nie jest trudna, ale kondycję trzeba mieć, bowiem w niektórych miejscach do przejścia są konkretne przewyższenia. Jak dotrzeć na szlak Cruzinha Szlak nie jest pętelką. Trekking można zacząć albo w miasteczku Ponta do Sol, albo z drugiej strony w miejscowości Cruzinha. To trasa na cały dzień, więc trudno będzie przejść ją w dwie strony. Ja zrobiłam tak, że z Ponta do Sol, gdzie miałam noclego, podjechałam do Cruzinha taksówką. Było to koszt 40 EUR. To nie była oczywiście najtańsza opcja, jednakże chciałam mieć pewność, że będę mieć wystarczająco dużo czasu na nieśpieszne przedreptanie szlaku. Do miejsca startu można także dojechać lokalnymi busikami, zwanymi aluger. Z Ponta do Sol trzeba dotrzeć do Ribeira Grande, busik kursuje codziennie rano o 9:00. Czy jeździ o wcześniejszych godzinach, nie wiem, trzeba by sprawdzić. Następnie z Ribeira Grande trzeba złapać aluger do Cruzinha, jednak nie ma co się go spodziewać wcześniej niż o godzinie 10:00. Czasami trzeba też trochę poczekać, aż busik się zapełni, więc dojazd na miejsce może potrwać. Oczywiście startując na szlaku o 11:00 też jeszcze zdążymy go zrobić. Inna opcja to zacząć trekking w Ponta do Sol i potem w Cruzinha lub w pobliskiej wiosce Cha de Igreja próbować złapać lokalny transport do Ribeira Grande. Dodam jeszcze, że sam przejazd drogą z Ribeira do Cruzinha jest atrakcją samą w sobie ze względu na widoki i malowniczość tego odcinka. A jeśli tego dnia przypływacie promem na Santo Antao, to możecie bagaż wysłać busikie do hotelu, a samemu ruszyć do Cruzinha również colectivo. Jak wygląda szlak Cruzinha A jak wygląda szlak? Obłędnie! Szlak wije się praktycznie przy samym oceanie. Gdy już wejdziecie na trasę, to się nie zgubicie. Początkowo trasa prowadzi po prostu zboczem klifów. Po prawej stronie mamy skały, po lewej niebieski głośno szumiący ocean i jego niesamowite fale. W niektórych miejscach ścieżka może być uszkodzona przez opady podczas pory deszczowej, ale te punkty są do przejścia. Charakterystycznym punktem jest opuszczona wioska w dolinie Aranhas. Opuszczone domy i to, co z nich zostało majaczą już z oddali. Tutaj czeka nas konkretne zejście w dół na zielony dywan, który pięknie współgra z niebieskim oceanem. Widok może kojarzyć się z Wyspami Owczymi. Obecnie ten teren służy jako pastwisko dla  z okolicznych wiosek. Spotkałam tutaj gadającego osiołka. Kolejnym miłym przystankiem może być odpoczynek w wiosce Formiguinhas. Tutaj znajduje się mały bar z widokiem na bezkresny ocean. Można tutaj napić się czegoś orzeźwiającego i  podobno także zjeść lunch. Są także miejsca noclegowe. Odsapnąć można także na ławeczkach przy niewielkim kościółku. Wioska ulokowała się na klifie, więc by do niej dotrzeć, trzeba wejśc pod górę. Oczywiście innej opcji nie ma, bowiem szlak prowadzi właśnie tędy. Corvo i Fontainhas &#8211; wioska z najpiękniejszym widokiem na świecie Następnie szlak prowadzi do dwóch, według mnie, najpiękniejszych i najsłynniejszych punktów na trasie. Dwie urokliwe wioski Corvo oraz Fontainhas schowały się tu przed światem wśród zielonych zboczy gór. I podczas, gdy ta druga znana jest o wiele bardziej, śmiem twierdzić, że Corvo i jej malownicze położenie niczym nie ustępuję Fontainhas. Jest z pewnością mniejsza, domki znajdują się na zboczu oraz na dole w samej dolinie. To widok na tę dolinę właśnie to jeden z najpiękniejszych, jakie dane było mi podziwiać podczas całej podróży po Santo Antao. To tutaj z Corvo czeka na nas najbardziej strome wejście pod górę. Nie jest technicznie trudne, a jedynie wymagające kondycyjnie. Na szczycie ponownie można rozkoszować się obłędnymi widokami. Stąd widać już miasteczko Ponta do Sol oraz wioskę Fontainhas. Według National Geographic to właśnie ona należy do wiosek z najpiękniejszym widokiem na świecie. Droga dalej prowadzi w dół prosto do Fontainhas. Cisza, spokój, muzyczka dobiega z osady. W wiosce można na chwilę przysiąść w małym barze. Za wioską trzeba ponownie wspiąć się na górę, a tam czeka już droga do Ponta do Sol. Trudność: średnia, trasa bez technicznych utrudnień, ale jest kilka konkretnych przewyższeń, czas przejścia: 6-7 godzin To tak naprawdę droga, gdzie kursują także busiki aluger. Jednakże jest ona tak malownicza, że polecam choć raz przejść ją na piechotę. To także doskonały spacer dla osób, które nie mogą pokonywać trudniejszych szlaków. Trasa rozpoczyna się w Ribeira Grande, głównym mieście na wyspie Santo Antão, a kończy w wiosce o ciekawej nazwie Xoxo. Droga jest spokojna, ruch samochodowy wręcz żaden. Biegnie wzdłuż rzeki i mija urocze farmy oraz szereg różnych mostów. Gdy zbliżamy się już do Xoxo, w oddali pojawia się bardzo charakterystyczna iglica o nazwie Lombo De Pico. Po drodze znajduje się całkiem znany tu bar Melicia w wiosce Marrador. Można się tu zatrzymać na coś do picia i do zjedzenia. Ja skusiłam się tu na zupęz kukurydzy za 150 escudos, czyli za 6 zł. Jeśli już dotrzeć do tablicy z napisem Xoxo, polecam podążyć szlakiem dalej i wejść nieco wyżej, by z góry spojrzeć na to, co wokół. Szlak prowadzi dalej do wioski Rabo Curto i o tej trasie przeczytacie poniżej. Trudność: łatwa, czas przejścia w jedną stronę: 2,5 godziny To jeden z moich ulubionych szlaków, który prowadzi z wioski Xoxo do wioski Rabo Curto. Z Ribeira Grande do Xoxo chciałam podjechać colectivo, ale o tej porze nie było chętnych. Dogadałam się więc z kierowcą busika i ten podrzucił mnie za 600 escudos, czyli 6 EUR. Taxi kosztuje 10 EUR. Ten sam kierowca kilka miesięcy później podwiózł mnie w o to samo miejsca za 500 escudos. Wejście na szlak rozpoczęłam o 10:00. I tak naprawdę nie wiedziałam do końca, na jakim szlaku wyląduję. Pierwotnie miałam iść inną trasą, ale nogi poniosły po prostu przed siebie. Szłam otoczona zewsząd bananowcami. I tu już bryzy nie było, słońce w marcu dawało czadu. Po drodze spotykałam mieszkańców okolic. Obserwowałam wiejsko-górskie życie. Szlak jest bardzo dobrze oznaczony, więc po prostu dreptałam za biało-zielonym paskiem. Trasa technicznie nie jest trudna, ale kondycję trzeba mieć, bowiem wiedzie cały czas pod górę. Szlak jest niesamowicie malowniczy. Na całej trasie w krajobraz wplatają się tarasy warzywne. Szlak prowadzi do wioski Rabo Curto. Dystans z Xoxo to 2 km. Zwieńczeniem jest widok na wioskę i charakterystyczną górę Lombo De Pico. Z Xoxo do Ribeira Grande wróciłam na piechotę. Dystans to ok. 6-7 km. Czas przejścia 2h, choć ja zrobiłam to szybciej. Trudność: średnia, czas przejścia w jedną stronę: 2 godziny wolnym tempem Dolina Xoxo to dla mnie kwintesencja tego, co oferuje Santo Antão. Wróciłam tu, by zrobić trasę granią i z góry spojrzeć na Lombo de Pico. Szlak rozpoczyna się za znanym barem Melicia. Prowadzi ostro w górę, a obłędne widoki zaczynają się już na samym początku. Ta trasa to de facto pętelka i można ją zacząć także z Xoxo, co może być lepszym pomysłem, gdyż potem na końcówce schodzi się w dół i jest lżej. Ta trasa jest ogólnie bardzo wymagająca kondycyjnie, szczególnie jeśli na szlak wejdziemy za barem Melicia. Natomiast na tym odcinku widoki są totalnie oszałamiające, szczególnie rano. Idzie się tu wolno, bo i jest ostro pod górę, ale także człowiek chce nasycić oczy tym, co widzi. Trasa prowadzi dalej przez maleńkie wioski. W pewnym momencie przy jednym z domów zgubiłam szlak i gdyby nie maps.me pewnie nie wiedziałabym, gdzie iść dalej. Gdy już dotrzemy do grani, w dole zobaczymy maleńką iglicę Lombo de Pico. Podczas mojej wędrówki chmury niesamowicie tańczyły nad granią i doliną, co chwilę odsłaniając niesamowite oblicze tego miejsca. Przyznaję, że mi całej pętelki nie udało się zrobić ze względu na niewystarczającą ilość czasu. Szłam dosyć wolno, podziwiając widoki. W efekcie doszłam do rozstaju dróg. Jedna prowadziła do wioski Losna, druga zaś do Estrada da Corda. A jako, że słynną górską &#8220;autostradę&#8221; zrobiłam dzień wcześniej, zawróciłam i zeszłam tym samym odcinkiem, którym weszłam. Opcji na tym szlaku jest tu kilka i też nie trzeba robić go całego. Oto one. Pętelka do wioski Losna i potem dojście do Xoxo, to bardzo długa trasa na 8-9 godzin. Mijamy zejście do wioski Losna i dotrzeć do słynnej Estrada da Corda, gdzie złapiemy busik do Riberia Grande lub wrócimy na piechotę. Wracamy tą samą drogą, jeśli nie mamy wystarczająco dużo czasu na pętelkę. Z Ribeira Grande do Xoxo jest kawałek, można podjechać busikiem. Niestety rano, jak już wspominałam, pierwszy odjeżdża dopiero o 10:00. Jednak warto się pokręcić, bo można złapać podwózkę. Zarówno w marcu, jak i teraz spotkałam tego samego kierowcę, który podwiózł mnie za 500 escudos, czyli 20 zł. Trudność: duża, czas przejścia całego szlaku pętelki: 8-9 godzin To bardzo przyjemna i stosunkowo łatwa traska z pięknymi widokami, którą polecam na nieśpieszne wędrowanie. Na ten szlak wybrałam się w zasadzie na rekonesans okolicy, gdy z Ponta do Sol przyjechałam do Ribeira Grande na nocleg. Raniutko busikiem, czyli aluger podjechałam z Ponta do Sol za 70 escudos, czyli 0,70 EUR. Zostawiłam bagaż w guesthousie i ruszyłam przed siebie do Cocoli (czyt. Kokoli). Oczywiście kursują tędy busiki colectivo, ale ja ten odcinek chciałam pokonać na piechotę. Po drodze spotkałam przemiłego starszego pana, który o dziwo mówił świetnie po angielsku. Jakaż była jego radość, gdy mógł porozmawiać sobie z turystką, zapewniając mnie, iż tu na Santo Antao wszędzie mogę poruszać się sama, bo jest bezpiecznie. Z Cocoli ruszyłam na trekking do wioski Figueiral de Cima, robiąc pętelkę. Oczywiście widoki po drodze obłędne. Szczególnie jeden punkt  to prawdziwa petarda, a znajduje się on w Boca de Joao Afonso. Tutaj otwiera się widok na całą dolinę. Dalej szlak powoli wiedzie już w dół i dociera do szosy. Można nią dojść do głównej drogi lub wejść na kolejny szlak. Trudność: łatwa, czas przejścia całego szlaku pętelki: 4-6 godzin To jeden z trudniejszych szlaków na Santo Antão, nie pod względem technicznym, a wytrzymałościowym. Przed wyprawą naczytałam się o tym, jak bardzo jest wymagający i przyznam, że nieco mnie to zestresowało. Teraz już śmiało mogę napisać, że po prostu trzeba być w formie, by pokonać przewyższenia szczególnie na początku. Odcinek Coculi &#8211; Corda Do Coculi można podjechać z Ribeira Grande aluger za 50 escudos, czyli 0,45 EUR. Jak trafić na szlak? Najlepiej skorzystać z maps.me, bowiem początek trasy w żaden sposób nie jest...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2024/11/najpiekniejsze-szlaki-na-santo-antao-wyspy-zielonego-przyladka.html">Najpiękniejsze szlaki na Santo Antao &#8211; Wyspy Zielonego Przylądka</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2024/11/najpiekniejsze-szlaki-na-santo-antao-wyspy-zielonego-przyladka.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>5</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Najlepsze produkty turystyczne w Lubelskiem</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/najlepsze-produkty-turystyczne-w-lubelskiem.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/najlepsze-produkty-turystyczne-w-lubelskiem.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 30 Aug 2024 21:49:02 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[lubelskie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[14 najciekawszych miejsc na Lubelszczyźnie]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Lubelszczyzny]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca na Lubelszczyźnie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=22934</guid>

					<description><![CDATA[<p>Lubelskie, z jego bogatą historią, różnorodną kulturą i niezwykłymi krajobrazami, to region, który zdecydowanie warto odwiedzić. Wiem, co piszę, gdyż pochodzę właśnie z tego województwa. Kilka lat temu wróciłam w te strony i na nowo odkrywam uroki rodzinnych okolic. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji odwiedzić tego zakątka Polski, przygotujcie się na wyjątkową podróż pełną niespodzianek. Od malowniczych parków narodowych, przez urokliwe miasteczka, aż po fascynujące wydarzenia kulturalne – Lubelskie ma wszystko, co zachwyci zarówno miłośników przyrody, jak i pasjonatów historii. W tym roku wyłoniono laureatów w konkursie na najlepszy produkt turystyczny w województwie lubelskim 2023. Na pierwszym miejscu znalazł się Poleski Park Narodowy, skarb przyrodniczy Lubelszczyzny, który przyciąga miłośników natury z całego kraju. Drugie miejsce zajęło jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w regionie – Festiwal Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, który celebruje piękno polskiego języka, literatury, muzyki i teatru. Trzecie miejsce przypadło Muzeum Sił Powietrznych w Dęblinie. Jest to prawdziwa perełka dla entuzjastów lotniczej historii militarnej. Dodatkowo, Nagrodę Internautów zdobył Zlot Pojazdów Zabytkowych przy Roztoczańskim Muzeum PRL w Zamościu. To wydarzenie przyciąga tłumy swoją unikalną atmosferą i powrotem do czasów PRL-u i wcześniejszych. To wszystko pokazuje, jak różnorodne i fascynujące jest województwo lubelskie, region, który warto wpisać na listę miejsc do odwiedzenia. Zresztą zobaczcie sami. Wraz z Lubelską Regionalną Organizacją Turystyczną zabieram Was w podróż po najlepszych produktach turystycznych tego województwa. Poleski Park Narodowy Czy odwiedziliście już Poleski Park Narodowy? Jeśli nie, to koniecznie wpisujcie go na listę, bo zdecydowanie warto, zwłaszcza jeśli kochacie naturę tak, jak ja. Jeśli szukacie przyrody w czystym wydaniu, to Poleski Park Narodowy Wam ją zaserwuje. To unikalny obszar chroniony, położony oczywiście na Polesiu Lubelskim. Park znany jest z rozległych torfowisk, bagien, jezior krasowych oraz różnorodnych ekosystemów, które są siedliskiem dla wielu rzadkich gatunków roślin i zwierząt, szczególnie ptaków. Warto go odwiedzić ze względu na możliwość obserwacji unikalnej fauny i flory, w tym żurawi, bobrów, żółwi błotnych oraz rosiczki. Znajdziecie tu 5 pieszych ścieżek, jedną rowerową oraz wieże widokowe, które umożliwiają bliski kontakt z przyrodą. Jak już wspomniałam, Poleski Park Narodowy zajął w tym rankingu zaszczytne 1. miejsce pod hasłem &#8220;Tropem przyrody&#8221;. Ścieżka przyrodnicza &#8220;Spławy&#8221; Na ten szlak udałam się podczas mojego pierwszego przyjazdu. Ścieżka przyrodnicza &#8220;Spławy&#8221; to prawie 4,5 km drewnianych kładek w iście bajkowej scenerii. Zobaczycie tu rozległe torfowiska, łąki turzycowe, kobierce niesamowicie zielonych skrzypów bagiennych, których listki tworzą przepiękną koronkę, i wreszcie malownicze Jezioro Łukie. To największy zbiornik wodny w Poleskim Parku Narodowym. Ze względu na swoje walory przyrodnicze, jezioro jest objęte ścisłą ochroną. Gdy znajdziecie się na ścieżce przyrodniczej &#8220;Spławy&#8221;, będzie jasne, dlaczego to właśnie PPN wygrał we wspomnianym plebiscycie. Ścieżka &#8220;Spławy&#8221; jest najdłuższa, liczy ok. 7,5 km i jest to pętelka. Rozpoczyna się w miejscowości Stare Załucze przy Muzeum PPN. W budynku Dyrekcji PPNu możecie nabyć mapkę. Na szlakach postawiono także tablice informacyjne, które przybliżą Wam faunę i florę tego wyjątkowego miejsca. Ścieżka przyrodnicza &#8220;Czahary&#8221; Kolejny szlak w Poleskim Parku Narodowym, który również wart jest przedreptania, to ścieżka przyrodnicza &#8220;Czahary&#8221;. Ma ona ok. 6,5 km długości i różni się nieco od poprzedniej. Prowadzi w większości otwartą przestrzenią. Początkowo drewniane kładki wiodą przez zielony las. Od wieży widokowej zaś biegną przez Bagno Bubnów. To największe torfowisko Poleskiego Parku Narodowego. Jest to torfowisko niskie, które zasilane jest głównie przez wody powierzchniowe i opady atmosferyczne. Takie warunki sprzyjają rozwojowi specyficznej roślinności torfowiskowej. Dzięki drewnianym kładkom poznacie niezwykłe tajemnice torfowisk. Na trasie znajdziecie oczywiście tablice informacyjne, wieże oraz platformy widokowe. Na bagnie Bubnów mają miejsce największe koncentracje żurawi w regionie. A żuraw to ptak herbowy parku. Późnym latem bądź jesienią przed ich odlotem organizowane jest &#8220;Pożegnanie żurawi&#8221; w ramach Lubelskich Spotkań z Przyrodą. Spotkanie rozpoczyna się liczeniem ptaków o świcie. Zbiórka wyznaczona jest około godzinę przed wschodem słońca w Zastawiu przy wieży widokowej, która wyznacza początek ścieżki &#8220;Czahary&#8221;. Następnie odbywa się śniadanie nad rozlewiskiem oraz zwiedzanie ścieżek dydaktycznych w parku. Organizowane są także wykłady i prezentacje. Tak naprawdę koncentrujące się żurawie przed odlotem można obserwować w końcówce sierpnia oraz we wrześniu. Zwykle szczyt odlotów przypada na przełom września i października. Możecie zjawić się tu przed świtem lub także o zachodzi słońca. Rano żurawie odlatują na żerowiska, wieczorem zaś z nich wracają. Wówczas zobaczycie na niebie charakterystyczne klucze, przemieszczających się ptaków oraz usłyszycie klangor &#8211; trąbiący głos wydawany przez żurawie. Dzieje się magia na niebie, w powietrzu, zdecydowanie warto tu przyjechać o tej porze. Żuraw to najwyższy ptak w Polsce. Może osiągnąć wysokość około 1,2 metra, a jego rozpiętość skrzydeł sięga 2,4 metra. Waży od 4 do 6 kilogramów. Jego charakterystyczny klangor, słyszalny z kilku kilometrów, powstaje dzięki zapętlonej tchawicy. Czy wiecie, że lubelskie żurawie zimują m.in. we Włoszech, Hiszpanii i Francji? Monitoring GPS pozwala śledzić ich trasy migracyjne. Projekt &#8220;Wędrówki lubelskich żurawi&#8221;, prowadzony przez Fundację Dla Przyrody, ma na celu ochronę i badanie tych ptaków, a także edukację na temat ich bytowania i migracji. Jaki dystans może pokonać żuraw bez żadnej przerwy? Zależy to od wielu czynników, takich jak topografia terenu i warunki pogodowe. Dzięki obserwacjom i monitoringowi wiemy, że pewien żuraw z Polesia leciał bez odpoczynku przez 33 godziny, pokonując aż 1200 kilometrów. W trakcie jego lotu nad Alpami nie miał możliwości zatrzymania się, co zmusiło go do pokonania całego dystansu bez przystanku. Ścieżka przyrodnicza &#8220;Perehod&#8221; Niektórzy twierdzą, że to najpiękniejszy szlak w Poleskim Parku Narodowym. Zdecydowanie jest to miejsce dla miłośników ptaków. To ścieżka przyrodnicza &#8220;Perehod&#8221;, która rozpoczyna się w miejscowości Pieszowola. Trasa ma 5 km długości, a czas jej przejścia to około 2 godziny. Ścieżka prowadzi groblami wzdłuż malowniczych Stawów Pieszowolskich. Pierwszy odcinek wiedzie przez urocze wrzosowiska. Szczególnie późnym latem lub jesienią warto tu zajrzeć, gdy robi się fioletowo. Na szlaku znajdziecie dwie wieże widokowe oraz schron ornitologiczny.  Pierwsza wieża wraz ze schronem ulokowane są niedaleko wrzosowisk. Druga zaś stoi kawałek dalej, natomiast koniecznie trzeba do niej dotrzeć, bowiem stąd rozciąga się widok na egzystujące tu ptaki. A zobaczyć możecie bieliki, perkozy, dwuczuby, łabędzie, bąki, kszyki, podgorzałki, trzciniaki, kormorany, czaple czy zimorodki. Spacerując tą ścieżką piszecie się na istny ptasi koncert, bowiem odgłosy ptaków słychać już z daleka. Towarzyszyć Wam może także charakterystyczny odgłos &#8220;dmuchania w butelkę&#8221;. Taki dźwięk wydaje wspomniany bąk, ptak z rodziny czaplowatych. Na Prehodzie znajduje się także stanowisko żółwia błotnego. To właśnie w Stawach Pieszowolskich ma świetne warunki do życia. Wiosną warto uważać na ścieżce, bowiem można spotkać żółwice, które szukają miejsca na złożenie jaj. Ośrodek Ochrony Żółwia Błotnego Żółw błotny jest gadem zagrożonym wyginięciem. Został wpisanym do Polskiej i Europejskiej Czerwonej Księgi Zwierząt, co oznacza, iż aktywna ochrona tego gatunku jest niezbędna. Poleski Park Narodowy od 1998 roku prowadzi takie działania, obejmujące monitorowanie samic na lęgowiskach, lokalizowanie gniazd oraz zabezpieczanie złożonych jaj przed drapieżnikami, a także swego rodzaju hodowlę młodych żółwi w warunkach kontrolowanych, by zwiększyć ich szanse na przeżycie. A co oznacza &#8220;swego rodzaju hodowla&#8221;? Gdy lato jest chłodne i żółwie nie zdążą wykluć się przed zimą, jaja z zagrożonych gniazd są przenoszone do Ośrodka Ochrony Żółwia Błotnego PPN. Tu trafiają do inkubatorów. Młode żółwie są pod opieką przez zimę, dokarmiane, mierzone i ważone. Żółwie są wypuszczane na wolność po osiągnięciu odpowiedniego wieku, co pomaga w odbudowie ich populacji. Ochrona biotopu obejmuje także utrzymanie odpowiedniego poziomu wody i odtwarzanie zbiorników wodnych. Działania te mają na celu zwiększenie szans przeżycia żółwi w naturalnym środowisku. Ośrodek Ochrony Żółwia Błotnego znajduje się w budynku Dyrekcji Poleskiego Parku Narodowego w Urszulinie. Tu możecie zobaczyć malutkie żółwiki, które potrzebują ciepła, by przeżyć i prawidłowo się rozwinąć. Wstęp do środka jest bezpłatny. Stworzono tu odpowiednie warunki do inkubacji jaj żółwi, wyposażając pomieszczenie w cieplarki-inkubatory. Jaja pobrane z zagrożonych gniazd przechodzą tu końcowy etap inkubacji. Młode żółwie, które wyklują się w inkubatorach, pozostają w ośrodku przez zimę, gdzie są umieszczane w osobnych terrariach z wodą. W ośrodku żółwie są karmione głównie larwami ochotki, wodzienia oraz świerszcza domowego. Ścieżka przyrodniczo-historyczna &#8220;Obóz Powstańczy&#8221; To nieco mniej popularny szlak w Poleskim Parku Narodowym, ale jakże urokliwy. Szczególnie polecam przepiękny odcinek z kładkami. Warto także zapoznać się z informacjami na tablicach. To tu znajdował się kiedyś największy obóz Powstańców Styczniowych. Z tablic informacyjnych dowiecie się o przebiegu powstania i funkcjonowaniu obozu. Ścieżka rozpoczyna się w miejscowości Lipniak. Początkowo prowadzi drogą leśną do wieży widokowej, zlokalizowanej na skraju łąk “Pociągi “. I tu przyda się lornetka, ale i bez niej wypatrzeć możecie łosia bądź jelenia. Od wieży widokowej szlak prowadzi drewnianymi kładkami wzdłuż łąk i lasów. W pobliżu kładki znajduje się żeremie bobrowe. To niezwykle urokliwym odcinek trasy. Długość ścieżki to 4 km i jest to pętelka. Czas przejścia to ok. 1,5-2h. Ścieżka przyrodnicza &#8220;Dąb Dominik&#8221; Ścieżka przyrodnicza &#8220;Dąb Dominiki&#8221; w Poleskim Parku Narodowym to najkrótsza trasa o dwóch wariantach długości: 2,5 km oraz 3,5 km, nie licząc drogi powrotnej z Jamniki do Kolonii Łomnica. Niemniej jest bardzo malownicza i prowadzi przez różnorodne ekosystemy, takie jak lasy, torfowiska i Jezioro Moszne. Wariant pierwszy nie jest pętelką, od jeziora trzeba wrócić tą samą drogą. Wariant drugi prowadzi jeszcze za jezioro na kolejny punkt widokowy i stąd albo się wrócimy (tak zrobiłam, by nie iść asfaltem), albo udamy się przez wieś Jamniki do punktu startowego. Ta ścieżka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie właśnie widokami. Nazwa ścieżki pochodzi od wiekowego dębu, który jest jednym z głównych punktów na trasie. Chwilę później wejdziecie na słynne poleskie kładki, które poprowadzą Was bajkową ścieżką nad główną atrakcję tego szlaku. A jest nią zarastające Jezioro Moszne. I rzeczywiście na powierzchni jeziora widać coś w rodzaju kożucha, stworzonego głównie przez mchy torfowców. Jest on nazywany płem lub spleją. To właśnie na ścieżce &#8220;Dąb Dominik&#8221; wypatrzeć można owadożerne rosiczki. Szukajcie ich na powierzchni spła. Przy jeziorze ścieżka się rozwidla i prowadzi w dwóch kierunkach. Jeśli skręcicie w prawo, wybierzecie dłuższy wariant. Najpierw droga wiedzie przez las brzozowy. Na listkach tych drzew żeruje czarny chrząszcz tutkarz, zwany brzozowcem. Chwilę dalej rozpoczyna się bór bagienny. Runo tworzą tu krzewinki, takie jak borówka bagienna czy bagno zwyczajne. Ta ostatnia roślinka przepięknie kwitnie, małe drobne białe kwiatuszki tworzą tu koronkowe kobierce. Uwaga, bagno zwyczajne wydziela intensywny zapach, który skutecznie odstrasza mole w szafie. Jednak obecnie roślina ta znajduje się pod ochroną, więc zrywać jej nie można. Drewnianą kładką dojdziecie do zarośniętego już nieco punktu widokowego. I tu albo udacie się w stronę wsi Jamniki, albo po prostu zawrócicie. Ścieżka przyrodnicza „Dąb Dominik”  swój początek ma w miejscowości Kolonia Łomnica. Krótszy wariant ścieżki jest udostępniony dla osób niepełnosprawnych i rodzin z wózkami dziecięcymi. Ośrodek Dydaktyczno-Muzealny Przy wejściu na ścieżkę przyrodniczą &#8220;Spławy&#8221; w Starym Załuczu znajduje się Ośrodek Dydaktyczno-Muzealny Poleskiego Parku Narodowego. Jest on kluczowym obiektem edukacyjnym parku. Składa się z muzeum, ścieżki edukacyjnej &#8220;Żółwik&#8221; z oczkiem wodnym, Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt z wolierą dla ptaków oraz z miejsc rekreacyjnych. Przy oczku wodnym znajduje się fragment spleji z charakterystyczną roślinnością torfowiskową. W oczku zaś można niekiedy wypatrzeć dorosłego żółwia błotnego. Mi się to udało. Muzeum gromadzi eksponaty archeologiczne, etnograficzne, historyczne i przyrodnicze, prezentujące dziedzictwo kulturowe Polesia Zachodniego. W wiacie muzealnej znajdują się duże eksponaty, takie jak pojemnik na zboże z 250-letniej sosny oraz wozy chłopskie. Ścieżka &#8220;Żółwik&#8221; oferuje informacje o żółwiu błotnym i ekosystemie lasu. Ośrodek edukacyjny „Poleskie Sioło” Jakież było moje zaskoczenie, gdy tu dotarłam. Pozytywne oczywiście. Gdy przekroczyłam bramę, a potem próg drewnianej chaty, znalazłam się w innym czasie. Wróciłam poniekąd do mojego dzieciństwa, bowiem takie izby, sprzęty i inne przedmioty pamiętam z domu mojej babci, u której spędzałam każde wakacje. Ośrodek edukacyjny „Poleskie Sioło” to najnowsza inicjatywa Poleskiego Parku Narodowego, zlokalizowana w Wytycznie (przysiółek Łowiszów). Jest to replika tradycyjnej zagrody poleskiej, składająca się z drewnianego domu, krytego strzechą, spichlerza i stodoły, a także ziemianki. Ośrodek gromadzi eksponaty związane z dawnym życiem na poleskiej wsi i będzie miejscem warsztatów oraz zajęć edukacyjnych, przybliżających codzienność na Polesiu. W przyszłości planowane jest założenie przydomowego ogrodu. Jeśli odwiedzacie Poleski Park Narodowy, zajrzyjcie i tu. Uwielbiam skanseny, kocham miejsca, które zatrzymują czas i pokazują dawny styl życia, gromadzą przedmioty z duszą. Tak jest w tym przypadku. Poleski Park Narodowy to niewątpliwie jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce. To obszar o unikalnej przyrodzie, pełen malowniczych jezior, bagien i torfowisk. To raj dla ornitologów! Można tu spotkać wiele gatunków ptaków, w tym te rzadkie i chronione. Drogę może Wam...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/najlepsze-produkty-turystyczne-w-lubelskiem.html">Najlepsze produkty turystyczne w Lubelskiem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/najlepsze-produkty-turystyczne-w-lubelskiem.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>W podróży po zdrowie &#8211; Sieć Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/w-podrozy-po-zdrowie-siec-dziedzictwo-kulinarne-warmia-mazury.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/w-podrozy-po-zdrowie-siec-dziedzictwo-kulinarne-warmia-mazury.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 28 Aug 2024 15:42:10 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Mazury]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Warmii i Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Mazurach Zachodnich]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzać na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[Mazury kulinarnie]]></category>
		<category><![CDATA[tradycyjna kuchnia Warmii i Mazur]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Mazurach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=22807</guid>

					<description><![CDATA[<p>Zapraszam Was na drugą część mojej podróży po ekologicznych gospodarstwach i miejscach z tradycjami, zrzeszonych w Sieci Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury. Mam nadzieję, że jeszcze bardziej uda mi się Wam pokazać bogactwo smaków i tradycji tego regionu. To będą w pełni lokalne specjały i autentyczne opowieści. To będą miejsca, gdzie tradycja spotyka się z nowoczesnymi metodami pozyskiwania zdrowej żywności. Każde z tych gospodarstw to nie tylko skarbnica kulinarnych doznań, ale także przykład dbałości o środowisko i poszanowania lokalnych zasobów. Zapraszam do wspólnego poznawania miejsc, które tworzą unikalny smak Warmii i Mazur. Sieć Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury to inicjatywa Samorządu Wojewódzkiego Warmińsko-Mazurskiego. Koniecznie zajrzyjcie do poprzedniego artykułu, gdzie w malowniczej wsi Złotna ulokowały się aż dwa eko-gospodarstwa: &#160; Z Pastwiska na Talerz Agroturystyka &#8220;Z Pastwiska na Talerz&#8221; to ekologiczne gospodarstwo, położone na Mazurach Zachodnich, w malowniczej miejscowości Huta Wielka, w pobliżu Jezioraka, najdłuższego jeziora w Polsce. Tak, nazwa dokładnie wskazuje na to, w czym specjalizuje się właścicielka. Współczesne metody hodowlane są coraz bardziej krytykowane ze względu na ich negatywny wpływ na zdrowie konsumentów, dobrostan zwierząt oraz środowisko. To w zasadzie masowa i przemysłowa produkcja mięsa, która różni się znacząco od tradycyjnej hodowli. Ma to liczne szkodliwe konsekwencje. Mięso produkowane masowo często zawiera antybiotyki, hormony wzrostu oraz inne chemikalia, które są stosowane w celu przyspieszenia wzrostu zwierząt i zapobiegania chorobom w warunkach dużego zagęszczenia. Spożywanie takiego mięsa prowadzi do poważnych problemów zdrowotnych. Dodatkowo, zwierzęta w wielkich hodowlach trzymane są w skrajnie niehumanitarnych warunkach. Ciasne klatki, brak dostępu do naturalnego światła i ruchu oraz nienaturalne diety to tylko niektóre z problemów. To oznacza ogromne cierpienie zwierząt, które często są zestresowane i chorują. Coraz więcej ludzi przestaje jeść mięso właśnie z tychże wymienionych powodów. A w gospodarstwie Z Pastwiska na Talerz sytuacja wygląda diametralnie inaczej. Specjalizuje się ono w hodowli bydła rasy Simental, owiec kameruńskich oraz kóz mięsnych, a mięso tych zwierząt stanowi podstawę serwowanych tu potraw. Pani Monika Płecha to niezwykle charyzmatyczna osoba, która stworzyła miejsce po prostu zdrowe pod każdym względem, stworzyła swego rodzaju filozofię życia. Zwierzęta wypasane są tu na naprawdę ekologicznych łąkach, a zimą karmione wyłącznie paszą zebraną latem z tychże łąk. Nie stosuje się tu żadnych nawozów sztucznych, nie kupuje z zewnątrz żadnych ulepszaczy. Krowy, kozy i owce mają do dyspozycji ogromny obszar, na których egzystuje sobie swobodnie. Obecnie stado krów liczy około 60 sztuk. Przyjeżdżając do agroturystyki bądź na grilla można z nimi poprzebywać, choć najpierw trzeba je wytropić. Obszar, na którym bytują, jest ogromny. Pani Monika posiada ogromną wiedzę oraz doświadczenie, jeśli chodzi o hodowlę i przygotowywanie mięsa do spożycia. Dokładnie wie, jak odpowiednio sezonować mięso, by osiągnęło najlepszy smak. Warto dodać, że mięso owiec kameruńskich, znane również jako owca szerstna, charakteryzuje się wyjątkowym składem kwasów tłuszczowych, co nadaje mu smaku zbliżonego do dziczyzny. Mięso jest ciemne, chude i posiada delikatny aromat. Podstawą jakości jest tu oczywiście naturalne żywienie zwierząt, odpowiednia opieka oraz bezstresowy ubój. Agroturystyka oferuje dwie opcje noclegowe, przepięknie urządzony Agrodom oraz Dom pod Lasem, przy którym już we wrześniu zostanie otwarta restauracja. Uwaga, pani Monika przez długi czas zajmowała się także renowacją mebli, więc znajdziecie tutaj perełki, które wyszły spod jej ręki. Zaledwie 9 km od Agrodomu znajduje się kolejne miejsce o nazwie Pastwisko. I rzeczywiście nim jest. To 50 hektarów ogrodzonych naturalnych łąk i lasów, gdzie zwierzęta pani Moniki swobodnie się wypasają. Zaś przy pastwiskach nad samym Jeziorem Jeziorak stoi kameralny grill. W zgodzie z filozofią &#8220;z pastwiska na talerz&#8221; skosztujecie tu dań z mięsa, m.in. steków czy hamburgerów oraz produktów pochodzących z gospodarstwa, wszystko 100% naturalne i zdrowe. Można tu odpocząć w cieniu drzew, zrelaksować się na zielonej trawie oraz w hamakach, posłuchać szumu jeziora, popływać i delektować się smacznymi potrawami. Można zacumować łódkę i wyskoczyć na zdrowy obiad lub kolację. Być może nazwa tego miejsca wzbudza trochę emocji. Niemniej ekologiczne gospodarstwo, takie jak &#8220;Z Pastwiska na Talerz&#8221;, oferuje tzw. czyste mięso. Zwierzęta żyją tu w świetnych w warunkach, dba się o ich dobrostan, karmi bez użycia szkodliwych chemikaliów. Takie podejście nie tylko jest zdrowsze dla nas konsumentów, ale także bardziej etyczne i zrównoważone dla środowiska. Gospodarstwo znajduje się w Parku Krajobrazowym Pojezierza Iławskiego, co stwarza doskonałe warunki do pieszych wędrówek, wycieczek rowerowych oraz wypoczynku nad jeziorem. Koniecznie sprawdźcie propozycję warsztatów, podczas których odbywa się konkretne gotowanie. Muzeum Lokalne Ziemi Lubawskiej w Łąkorzu O zdrowym chlebie już było, ale będzie jeszcze więcej, a to z tej racji, iż w Łąkorzu zostałam zaproszona na warsztaty pieczenia chleba. Wyobraźcie sobie, 200-letnia chata, obłędny zapach pieczywa, powitanie chlebem i solą&#8230; tak właśnie rozpoczęła się ta niezwykła podróż w czasie, do korzeni i tradycji, które kultywują i podtrzymują tutaj Muzeum Lokalne Ziemi Lubawskiej wraz z Lokalną Grupą Działania Ziemia Lubawska. Warsztaty poprowadziła pani Kasia Stefańska, która od lat wypieka chlebki na zakwasie. Mąkę na chlebek dostarczył pan Zdzisław Przyborowski z Młyn w Rynku. Znajdziecie tu mąki pszenne, żytnie i orkiszowe, w tym mąki z samopszy i płaskurki, a także otrąb. Macie także gwarancję produktu z najwyższej półki, bowiem Młyn w Rynku jest częścią Sieci Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury oraz posiada certyfikaty, potwierdzające wysoką jakość wytwarzanych mąk, w tym certyfikat &#8220;Produkt Warmia Mazury&#8221;. Produkty są 100% naturalne, nie posiadają polepszaczy ani enzymów, poprawiających właściwości wypiekowe. Ciekawostką jest, że młyn powstał prawdopodobnie w 1230 roku. Warsztaty trwały prawie trzy godziny. Był to ogrom inspiracji oraz wiedzy, dzięki którym spokojnie mogę zacząć swoją przygodę z wypiekaniem chleba. I tu mogę Wam podpowiedzieć, jak przygotować zakwas żytni. Do karmienia zakwasu najlepiej użyć mąki żytniej typu 720 oraz 2000. Karmiąc zakwas starajcie się uzyskać konsystencję gęstej śmietany. Starter żytni użyjcie do wypieku, gdy wyrośnie i się wypłaszczy. Nigdy nie karmcie większej ilości zakwasu niż dodajecie mąki i wody. Pamiętajcie, iż w wyższych temperaturach, czyli latem, zakwas fermentuje szybciej, trzeba wówczas zwiększyć proporcje, dostosować je do czasu i temperatury. Dopilnujcie, by zakwas nie głodował. Lubi ciepło, jednak radzi sobie także w niższych temperaturach. Można więc przechowywać go w lodówce, zasuszyć lub zamrozić. A po czym poznać, że się już nie nadaje? Po pleśni, zapachu i kożuchu, który się na nim wytworzył. A czy można przyśpieszyć i wspomóc fermentację? Można poprzez odpowiednie dodatki, takie jak kefir, maślanka, mleko, serwatka, woda z ogórków kiszonych lub ferment, przygotowany z owoców bądź ziół. To na bazie fermentu możemy stworzyć zakwas. A czy można wydłużyć świeżość chlebka? Odpowiedź również jest twierdząca, a wpływ na to mają następujące dodatki. Zaparka, czyli zaparzana mąką, spowalnia nie tylko proces czerstwienia, ale także poprawia walory smakowe i jakość miękiszu. Poza tym można dodać gotowane bądź przeciśnięte przez praskę ziemniaki lub ekologiczne jabłka. A teraz podrzucam Wam dwa przepisy na pyszny chlebek. Chleb pszenny na zakwasie pszennym lub żytnim 500g mąki pszennej typu 750/650/550 320-350g wody 90g zakwasu pszennego 10g soli W misie wymieszaj mąkę, wodę oraz zakwas i odstaw na około 1h (fermentoliza), po tym czasie dodaj sól i wyrób ciasto. Przełóż do formy i postępuj jak z bochenkiem (składanie, formowanie). Piecz około 45 minut w temperaturze 220-230 stopni. Chleb żytni z jabłkiem dwufazowy I. faza: zaczyn 50g zakwasu żytniego 310g mąki żytniej typu 720 160g utartego jabłka 350g wody II. faza: zaczyn I. fazy 670g mąki żytnia typu 720 410g wody 21g soli Piec w 230 stopniach 30 minut i 210 stopniach 35 minut Muzeum Lokalne w Łąkorzu powstało w 1995 roku. Założone zostało przez pana Jana Ostrowskiego, który to właśnie oprowadził nas po obiekcie i opowiedział wiele ciekawych historii. Muzeum początkowo miało być dedykowane maszynom rolniczym, jednak z czasem rozszerzyło swoją kolekcję o eksponaty związane z różnymi aspektami życia na wsi. Muzeum prowadzone jest przez Stowarzyszenie Ochrony Przyrody i Dziedzictwa Kulturowego w Łąkorzu, które to należy do Sieci Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury w kategorii Edukacja. Muzeum prezentuje swoje zbiory w kilku miejscach, a są to: wspomniana 200-letnia chałupa wiejska, w której zobaczycie m.in. typowe wyposażenie izby mieszkalnej z przełomu XIX i XX wieku oraz kilka tematycznych wystaw, koniecznie zwróćcie uwagę na przydomowy ogród, kuźnia, wyposażona w różne narzędzia i sprzęty związane z kowalstwem, wiatrak holenderski, pochodzący z XIX wieku, który jest jednocześnie punktem widokowym i miejscem prezentacji techniki młynarskiej​. Z całego serca polecam Wam wizytę w Łąkorzu oraz rozmowy w 200-letniej chacie. A może skusicie się właśnie na warsztaty wypiekania chleba? Uwaga, w lipcu w muzeum odbywa się Festiwal Chleba Ziemi Lubawskiej. Celem jest kultywowanie wiedzy o polskiej tradycji wypieku chleba, upowszechnianie tradycji domowego wypieku, wymiana doświadczenia oraz promocja naturalnych produktów i zdrowej żywności. Karczma Łabędź Wybieracie się na Mazury? Na Mazury Zachodnie? Polecam Wam wizytę w Karczmie Łabędź, malowniczą położoną nad jeziorem o tej samej nazwie. To także i hotel, więc możecie zanocować. Zdecydowanie warto wstąpić tu na jedzonko. Dlaczego? Karczma Łabędź oferuje potrawy, które przyrządzane są z naturalnych produktów regionalnych. To właśnie dlatego miejsce to należy do Sieci Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury w kategorii Gastronomia. Szefem kuchni od kilku lat jest pani Barbara Długokęcka, która hołduje mazurskiej tradycji. Przygotowuje ona dania wyłącznie ze świeżych składników, nabywanych u okolicznych rolników i gospodarzy. Skosztujecie tu dań regionalnych z drobiu, wieprzowiny oraz świeżych mazurskich ryb. Możecie tu zajrzeć na śniadania, obiady, obiadokolacje oraz kolacje z grilla. Do Sieci Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury zostały zgłoszone trzy dania: żurek, polędwiczki w sosie z zielonym pieprzem oraz golonka nadziewana kiszoną kapustą. Skosztowałam je wszystkie i mogę śmiało polecić. Szczególnie żurek wypadł wyśmienicie w porównaniu z tymi, które kiedyś dane było mi skonsumować. Karczma Łabędź nad jeziorem na obrzeżach Iławy urzeka swoim wystrojem, w którym dominują rzeźbione meble i drewniane detale architektoniczne. To obiekt pełny klimatu. Znany jest z przepięknego położenia nad samym brzegiem jeziora, co czyni ją idealnym miejscem na relaks i obcowanie z naturą. Otoczona lasami i wodą, oferuje gościom spokojną atmosferę, która sprzyja wypoczynkowi z dala od zgiełku miasta. Przed budynkiem znajduje się plac dla najmłodszych oraz duży parking. I pamiętajcie, potrawy są tu robione z produktów od lokalnych dostawców. Hotel zaś oferuje komfortowe pokoje z widokiem na jezioro oraz sale konferencyjne. Obiekt specjalizuje się w organizowaniu wesel. W tym celu urządzono dwie sale, które także dysponują obłędnym widokiem na jezioro. A co warto zobaczyć w tych okolicach? Lista jest całkiem długa, więc łapcie propozycje ode mnie. Iława i najdłuższe jezioro w Polsce &#8211; Jeziorak Iława to urokliwe miasto, położone na Pojezierzu Iławskim, nad Jeziorakiem – najdłuższym jeziorem w Polsce, które liczy 27,5 km długości. Miasto, założone w XIV wieku, łączy w sobie bogatą historię z malowniczym krajobrazem, co czyni je atrakcyjnym miejscem do odwiedzenia. Iława została założona w 1305 roku przez komtura krzyżackiego z Dzierzgonia, Siegharda von Schwarzburga. Komtur, reprezentujący Zakon Krzyżacki, wybrał to miejsce ze względu na strategiczne położenie nad Jeziorakiem, co miało znaczenie zarówno obronne, jak i handlowe. Pierwotna nazwa miasta brzmiała „Ilow”, co nawiązywało do podmokłych terenów, na których powstała Iława. Miasto zostało założone na prawie chełmińskim, co było typowe dla lokacji krzyżackich w tamtym okresie. Co warto zobaczyć w Iławie? Jeśli chodzi o zabytki, to skierujcie swe kroki do ratusza. Budynek został wzniesiony w 1912 roku w stylu neobarokowym. Jest to charakterystyczny obiekt w centrum miasta, który wyróżnia się bogatymi detalami architektonicznymi, takimi jak zdobienia fasady, wieżyczki i zegar umieszczony na frontowej ścianie. Ratusz pełnił i nadal pełni funkcje administracyjne, będąc siedzibą władz miejskich. Wewnątrz znajduje się również bardzo przydatny punkt Informacji Turystycznej, oferujący bogaty wybór materiałów. Niedaleko ratusza, na najwyższym wzniesieniu dawnego starego miasta, stoi najstarszy zabytek Iławy &#8211; Kościół Przemienienia Pańskiego z XIV wieku, zwany także &#8220;Czerwonym Kościołem&#8221;. Zachwyca on swoją architekturą i pięknymi witrażami. Powstał w latach 1317-1325, co czyni go niemal równie starym, jak samo miasto. Budowla reprezentuje styl gotycki, a w 1550 roku dodano do niej renesansową wieżę. Świątynia była integralną częścią murów obronnych, których fragmenty z przełomu XIV i XV wieku można zobaczyć na bocznych ścianach kościoła. Za nimi znajdują się resztki dawnej fosy. Wnętrze kościoła kryje wiele ciekawych elementów, z których najważniejszy jest główny ołtarz w stylu rokoko. Jeśli dobrze się przyjrzycie, na jego szczycie zobaczycie hebrajski napis „Jahwe”. W otoczeniu kościoła znajdują się trzy zabytkowe budynki. Najbardziej imponująca jest neogotycka plebania, wybudowana w latach 1902-1903. Za nią mieści się skromna stara plebania z XVII wieku, będąca najstarszym świeckim zabytkiem w Iławie. Wśród okazałych drzew przed kościołem warto zwrócić...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/w-podrozy-po-zdrowie-siec-dziedzictwo-kulinarne-warmia-mazury.html">W podróży po zdrowie &#8211; Sieć Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/w-podrozy-po-zdrowie-siec-dziedzictwo-kulinarne-warmia-mazury.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Ekologiczne gospodarstwa w Złotnej &#8211; Sieć Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/ekologiczne-gospodarstwa-w-zlotnej-siec-dziedzictwo-kulinarne-warmia-mazury.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/ekologiczne-gospodarstwa-w-zlotnej-siec-dziedzictwo-kulinarne-warmia-mazury.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 19 Aug 2024 18:34:59 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Mazury]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Warmii i Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Mazurach Zachodnich]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzać na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[Mazury kulinarnie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=22827</guid>

					<description><![CDATA[<p>Warmia i Mazury, region słynący z malowniczych krajobrazów, krystalicznych jezior i bogatej historii, kryje w sobie jeszcze jeden niezwykły skarb – kulinarne dziedzictwo. Miałam okazję się o tym przekonać wielokrotnie. W sierpniu na Mazury przyjechałam ponownie na zaproszenie Samorządu Województwa Warmińsko-Mazurskiego, by poznać i odwiedzić członków Sieci Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury. W dzisiejszych czasach, w dobie szybkiego tempa życia i wszechobecnej technologii, coraz częściej poszukujemy zdrowych produktów, które pozwolą nam zadbać o nasze ciało i umysł. Coraz więcej osób zwraca uwagę na jakość i pochodzenie spożywanych artykułów, wybierając te, które są naturalne, ekologiczne i pełne wartości odżywczych. Powrót do natury staje się nie tylko modą, ale i koniecznością. Poszukiwanie kontaktu z naturą, lokalnymi tradycjami i autentycznymi smakami staje się odpowiedzią na rosnące potrzeby współczesnych konsumentów. Zabieram Was w tym wpisie niesamowicie zdrową oraz smaczną podróż. Czym jest Sieć Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury Sieć Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury doskonale wpisuje się we wspomniany trend, oferując produkty, które są nie tylko zdrowe, ale i tworzone z szacunkiem dla środowiska. Wybierając lokalne specjały, wspieramy nie tylko nasze zdrowie, ale także regionalnych producentów, którzy z pasją i zaangażowaniem pielęgnują tradycje kulinarne Warmii i Mazur. To powrót do korzeni, który przynosi korzyści nie tylko nam, ale i całemu regionowi. Sieć Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury to inicjatywa Samorządu Województwa Warmińsko-Mazurskiego. Ma ona na celu promowanie lokalnych produktów, tradycyjnych receptur i autentycznych smaków tego regionu. Dzięki niej zarówno mieszkańcy, jak i turyści mogą odkrywać unikalne potrawy i produkty, które od pokoleń są częścią warmińsko-mazurskiej kultury. Produkty zrzeszone w sieci otrzymują specjalne oznaczenie, które gwarantuje ich autentyczność i wysoką jakość. Sieć organizuje różnorodne wydarzenia, takie jak targi, festiwale i warsztaty kulinarne, które promują lokalne produkty i tradycje. W tymże artykule odwiedzicie ze mną lokalnych producentów, spróbujecie wirtualnie tradycyjnych przysmaków i dowiecie się, dlaczego warto wspierać i promować lokalne dziedzictwo kulinarne. Przygotujcie się na wyjątkową przygodę smakową, która, mam nadzieję, zainspiruje Was do odkrywania regionalnych specjałów i podkreśli znaczenie kulinarnych tradycji w dzisiejszym świecie. Kozia Farma Złotna Swoje pierwsze kroki skierowałam do Koziej Farmy Złotnej niedaleko Morąga&#8230; i proszę Państwa, zakochałam się. Zakochałam się w tutejszych kózkach, które wiedzą, jak zaskarbić sobie łaski odwiedzających. One ogólnie bardzo dużo wiedzą i są bardzo inteligentne. Kozia Farma Złotna to certyfikowane gospodarstwo ekologiczne, działające od 2012 roku. Kozy żyją tu wolno i szczęśliwie. Hodowane są w warunkach tzw. chowu otwartego. Oznacza to, że furtka jest zawsze otwarta, więc kózki mogą sobie wychodzić i wracać do koziarni wedle uznania. Do dyspozycji mają aromatyczne pastwiska o powierzchni aż 18h wokół siedliska. Dlaczego chów otwarty jest tak ważny? W jego wyniku powstaje mleko sienne. Jest to mleko od zwierząt, które pasą się naturalnie, mają swobodny dostęp do pastwisk. A później z takiego mleka powstają przepyszne sery, takie jak krótkodojrzewające sery podpuszczkowe, śmietankowe twarożki, kozie sery solankowe, wędzone, twarde, sery pleśniowe, a także kefiry i jogurty, które kupicie w sklepie farmerskim oraz przez Internet. Flagowym produktem jest tu kozi jogurt probiotyczny, którego spożywanie przez 4-5 dni odbuduje pięknie Waszą florę bakteryjną. Kozia Farma Złotna pełni także rolę gospodarstwa edukacyjnego. Stworzyli i prowadzą ją już od 12 lat Kasia i Grzegorz Łaski. Ideą, która im przyświeca, jest powrót do źródeł, do czystej, nieskażonej chemią zdrowej żywności. I tak tu się wszystko odbywa już od etapu uprawy roślin, poprzez karmienie zwierząt zdrową, ekologiczną karmą. Fantastyczne jest także to, iż można tu przyjechać na dłużej. Mieści się tu mała agroturystyka. Możecie zanocować, pobyć z kózkami, pójść z nimi na pastwisko, poznać proces wytwarzania serków i innych produktów mlecznych. Kozią Farmę Złotną możecie również po prostu odwiedzić. Od poniedziałku do soboty o 11:00 w miesiącach letnich oraz w Majówkę i Boże Ciało odbywają się zwiedzanie i degustacja. Można umówić się indywidualnie. Jeśli szukacie zdrowia, to w Koziej Farmie Złotna je znajdziecie, i to w kilku wymiarach, bo nie tylko zdrowe są serki i jogurty, ale także obcowanie z kózkami z pewnością polepszy Wasze samopoczucie. Ludzie przyjeżdżają tu także na tzw. kozioterapię. Kózki są naprawdę bardzo towarzyskie. Uwaga na torby i ubrania, mogą im posmakować;) Są też bardzo mądre i mają swoje imiona. Jest tu ich ponad 140, więc by zapamiętać wszystkie, trochę czasu trzeba z nimi spędzić. Ale to przecież czysta przyjemność oraz także swego rodzaju terapia. Eko Złotna Tym razem zabieram Was w świat pradawnego ziarna i mąki całoziarnowej razowej. W tej samej urokliwej wsi na Mazurach Zachodnich ulokowało się kolejne certyfikowane ekologiczne gospodarstwo Eko Złotna. Tutaj wszystko wypiekane jest na mące razowej, nawet chałka, którą to właśnie powitał nas przemiły gospodarz Pan Bohdan Stankiewicz wraz z żoną Elżbietą. I już na samym wejściu poczuliśmy niesamowicie pozytywną energię od prawdziwych pasjonatów, którzy zaserwowali nam ogromną dawkę wiedzy poprzez mini warsztaty oraz degustację. Ideą Eko Złotnej jest wyprodukowanie najlepszego ziarna. Tu do przemiału trafiają pradawne ziarna i stąd wychodzą w świat. Ziarno mieli się tu pradawną metodą, czyli w żarnach. Wszystkie nastawy, związane z przemiałem są wykonywane ręcznie. Tylko taki sposób gwarantuje zachowanie wszystkich mikro- i makroelementów, znajdujących się w ziarnach. Młyn to serce gospodarstwa. Żarna wykonane są z korundu, co gwarantuje jakość przemiału. Dlaczego tak istotne są mąki razowe? Zawierają one wszystkie mikro- i makroelementy, czyli są zdrowe, odżywiają nasz organizm, a nie wypełniają. To mąka jest kwintesencją całego chleba. Jeżeli mąka jest dobra, czysta, niechemizowana, z dobrych zbóż i ekologiczna, to chleb będzie zdrowy. Istotą dobrego chleba jest także długa fermentacja. Wszystkie rośliny zawierają białka, które określamy jako lektyny. Są to białka, które służą roślinom do obrony przed nami, czyli wszystkimi roślinożercami, abyśmy ich nie zjadali. Zawierają one związkiem chemiczne, które nam szkodzą. Musimy je deaktywować. Jednym z takich sposobów jest właśnie fermentacja. Niezwykle zdrowym zbożem jest orkisz i właśnie chlebki orkiszowe są tu wypiekane. A czy wiecie, że w Polsce wystarczy dodać 10% mąki orkiszowej, by nazwać chleb orkiszowym? Warto więc dokładnie sprawdzać skład. Poza tym orkisz namoczony, ugotowany i podany na ciepło działa leczniczo na jelita. O nie warto dbać, gdyż są drugim mózgiem. Podczas degustacji mieliśmy okazję spróbować przeróżnych chlebków, razowej chałki, orkiszowych naleśników, a także wspomnianego orkiszu na ciepło z jabłuszkiem oraz wiśniami. Gospodarze zdradzili także, jaki chlebak jest najlepszy oraz opowiedzieli o jeszcze jednym pradawnym zbożu, jakim jest trispa, pokryta naturalnym woskiem. Jest to pszenica okrągłoziarnowa, roślina endemiczna dla Pakistanu oraz Indii. Gatunek ten zniknął z uprawy na początku XX wieku, gdy wprowadzono nowoczesne odmiany pszenicy. Trispa jest formą nieoplewioną, całkowicie wymłacalną z plewek. Można ją uprawiać w Polsce. Najnowszym pomysłem Eko Złotnej, który łączy ideę &#8220;od ziarenka do bochenka&#8220;, jest uruchomienie Mazurskiej Akademii Wypieków Tradycyjnych. Inicjatywa zrodziła się z obserwacji i doświadczeń, związanych z pradawnymi zbożami oraz całoziarnowymi mąkami, które są wytwarzane poprzez ich przemiał. Wiedza na ten temat, nawet wśród osób zajmujących się wypiekaniem chleba, jest ciągle niewystarczająca. Dlatego też pan Bohdan z panią Elżbietą uruchomili warsztaty w tym temacie. Szczegóły znajdziecie na stronie Eko Złotnej. Jak widzicie to było niezwykle inspirujące spotkanie. Cóż to była za radość i ogromna przyjemność zawitać w to miejsce. Czuć tu pasję, zaangażowanie i jakość. Takie perełki można właśnie znaleźć w Siecie Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury. A co warto zobaczyć w okolicy Złotnej? W przeszłości obszar ten nazywany był Oberlandem, czyli Prusami Górnymi i był częścią Prus Wschodnich. Jednak po II wojnie światowej te nazwy zostały odrzucone ze względu na ich silne powiązania z niemiecką historią regionu. Obecnie są to Mazury Zachodnie. Obszar ten obejmuje części Pojezierza Iławskiego i Wzgórz Dylewskich. Znajduje się na zachód od Olsztyna, granicząc na wschodzie z Warmią, a na zachodzie z Powiślem. Oto moje propozycje w okolicach wsi Złotna. Średniowieczny Morąg Morąg to malownicze miasteczko z bogatą historią i ciekawymi atrakcjami. Warto bliżej poznać jego dzieje, która sięga czasów średniowiecznych. Krzyżacy, zamek, czarownice, pałac, kolorowe kamieniczki, filozofia Herdera to właśnie tu znajdziecie. Zamek krzyżacki w Morągu Szczególnie polecam Wam udać się na zamek krzyżacki. Gdy zobaczycie go z zewnątrz, być może stwierdzicie, że nie warto, bo swym wyglądem nieco odstrasza. W dodatku nie przypomina pozostałych ceglastych warowni. Niemniej jednak gwarantuję, że w środku czeka Was ogromne zaskoczenie. Obecnie budynek należy do prywatnego właściciela i to dzięki niemu obiekt został udostępniony do zwiedzania. Wstęp kosztuje 15 zł. Do dziś zachowało się jedynie renesansowe skrzydło, fragment gotyckiej bramy i przejazd bramny. Wnętrza zaś to coś niesamowitego! To tajemnicze, zakurzone czasem, miejsce prosto z filmu grozy, przebogato urządzone. Widać, że każdy przedmiot ma tu swoją historię. Budowę zamku zakon krzyżacki rozpoczął w 1280 roku. Był on oczywiście kilkukrotnie przebudowywany, stąd renesansowe zdobienia. Wewnątrz mieści się mała kawiarenka. Miejski szlak turystyczny w Morągu Dodatkowo polecam Wam miejski szlak turystyczny. W ten sposób odkryjecie najważniejsze zabytki Morąga. Koniecznie zajrzyjcie na ryneczek z kolorowymi kamienicami. Stoi tu gotycki ratusz z XIV wieku. Jest jednym z nielicznych przykładów tego typu konstrukcji na terenie Warmii i Mazur. Prostokątna forma budowli, wykonana z cegły i zwieńczona dwoma charakterystycznymi, silnie rozczłonkowanymi szczytami, posiada dach z wysmukłą wieżyczką zegarową na wierzchołku. Dwupiętrowy budynek z sygnaturką wpisuje się w typ architektury ratuszowej, typowej dla małych miast pruskich. Obecnie w ratuszu znajduje się Informacja Turystyczna, Galeria Sztuki oraz Muzeum „Ratuszowe Piwnice”. Z pewnością w oczy rzucą się Wam armaty, stojące przed ratuszem. Działa zostały odlane w 1864 roku w belgijskim Liège. Były częścią uzbrojenia armii francuskiej, używanego podczas wojny francusko-pruskiej, która rozpoczęła się w 1870 roku. Mimo nowoczesnego uzbrojenia, Francuzi nie odnieśli sukcesu, a działa szybko wpadły w ręce przeciwnika. Zwycięska armia pruska, mając nadmiar zdobytego uzbrojenia, postanowiła przekształcić je w pomniki. Jednym z miast, do których trafiły te działa, był Morąg. Niedaleko zamku stoi gotycki kościół parafialny św. Apostołów Piotra i Pawła, pochodzący z XIV wieku. Jest jednym z najstarszych zabytków w Morągu. Warto zwrócić uwagę na jego architekturę oraz zabytkowe wnętrza, w tym piękny ołtarz i organy. To jedyna budowla w Morągu, która od czasów średniowiecznych przetrwała w pierwotnym kształcie. Kolejny piękny obiekt w Morągu to klasycystyczny Pałac Dohnów, zbudowany w XVI wieku. Obecnie mieści się tu Muzeum im. J.G. Herdera, stanowiące oddział Muzeum Warmii i Mazur. Można tu podziwiać zabytkowe wnętrza oraz zbiory ilustrujące historię i kulturę regionu, zwłaszcza sztukę dworską okresu nowożytnego. W Morągu urodził się wspomniany już Johann Gottfried Herder, niemiecki pisarz, filozof historii. W muzeum zobaczycie także wystawy, poświęcone jego życiu i twórczości. A może uda się Wam także namierzyć miejsce, w którym stał jego dom. Miasto Morąg zapisało się także mrocznymi zgłoskami na kartach historii. Tu w XVII wieku miały miejsce polowania na czarownice. Procesy odbywały się tu do końca XVIII wieku, zaś ostatnia egzekucja miała miejsce 1854 roku. Najbardziej znaną ofiarą, posądzoną o czary, była zaledwie czternastoletnia Barbara Schwann. Choć podobno był to jedynie pretekst do tego, by skazać ją za dzieciobójstwo. Po wielogodzinnych torturach jej głowę nabitą na pikę (dawna długa broń drzewcowa, zakończonego małym grotem), po czym wywieszono na murach miejskich. Co ciekawe, temu wszystkiego przyglądał się mały Johann Gottfried Herder, przyszły filozof epoki oświecenia. Na zamku krzyżackim znajduje się pokój Barbary Schwann, która podobno tam straszy. Jezioro Narie Skoro jesteście na Mazurach, to wiadomo, koniecznie trzeba zajrzeć nad jakieś jezioro. Śpieszę Wam polecić jezioro Narie, nad którym się zatrzymałam. Pod tą piękną i nieco tajemniczą nazwą kryje się zachwycający akwen, którego brzeg nieustannie meandruje, tworząc liczne wyspy, półwyspy i malownicze zatoczki. To jedno z najpiękniejszych i najczystszych jezior mazurskich, położone zaledwie 11 km od Morąga oraz 23 km od Złotnej. Narie to jezioro rynnowe o polodowcowym pochodzeniu, charakteryzujące się niezwykłym, specyficznym kształtem. Rozciąga się na 10 kilometrów długości, z szerokością wahającą się od 150 metrów do 3 kilometrów. Z lotu ptaka wygląda jak kilka wydłużonych jezior połączonych w jednym miejscu, tworzących wąskie, długie półwyspy głęboko wcinające się w wodę. Najbardziej znanym z nich jest półwysep Kretowiny. Ja natomiast zatrzymałam się w Bogaczewie w ośrodku Plaża Resort niemalże nad samym jeziorem. Linia brzegowa jeziora jest naprawdę imponująca, rozciąga się na prawie 55 kilometrów. Na powierzchni jeziora znajduje się aż 19 mniejszych i większych wysp. Wśród nich największe to Duża Wyspa, Mała Wyspa, Duchów, Kaczy Ostrów oraz Złota Wyspa. Z perspektywy brzegu trudno odróżnić, czy to, co widzimy po drugiej stronie jeziora, to malownicza zatoczka, czy może jedna z tych małych wysepek. Jezioro Narie jest znane z wyjątkowo czystej wody, co przyciąga zarówno miłośników...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/ekologiczne-gospodarstwa-w-zlotnej-siec-dziedzictwo-kulinarne-warmia-mazury.html">Ekologiczne gospodarstwa w Złotnej &#8211; Sieć Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2024/08/ekologiczne-gospodarstwa-w-zlotnej-siec-dziedzictwo-kulinarne-warmia-mazury.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Etiopia &#8211; które plemiona w Dolinie Omo warto odwiedzić</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2024/05/etiopia-ktore-plemiona-w-dolinie-omo-warto-odwiedzic.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2024/05/etiopia-ktore-plemiona-w-dolinie-omo-warto-odwiedzic.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 06 May 2024 21:45:22 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Dolina Omo]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[dlaczego warto jechać do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia jak się przygotować]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę czy z biurem]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia przewodnik]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia w trzy tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia z plecakiem]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do Etiopii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=22498</guid>

					<description><![CDATA[<p>Etiopia to niezwykle ciekawy kraj, inny niż wszystkćie, jakie odwiedziłam. Do Etiopii wróciłam po trzech miesiącach od mojej pierwszej podróży. Kraj ten jest niezwykle różnorodny pod względem kulturowym, bowiem oprócz chrześcijaństwa oraz islamu, na południu żyją także plemiona, które kultywują animistyczne wierzenia. I  w tym wpisie zabieram Cię właśnie na samo południe Etiopii. Które plemiona warto odwiedzić w tym kraju? Jak to zorganizować? Dowiesz się za chwilę. Jeśli planujesz podróż do Etiopii, koniecznie zajrzyj do pozostałych wpisów, m.in.: Podczas pierwszej podróży w Dolinie Omo spędziłam 6 dni. Podróżowałam z koleżanką i z lokalnym przewodnikiem z plemienia Banna. Za drugim razem do Doliny Omo pojechałam na 3 dni. Udałam się tam z przewodnikiem i zarazem kierowcą w jednej osobie z Arba Minch, który również prowadził auto za pierwszym razem. I to właśnie podczas drugiej podróży udało mi się zanocować w wiosce plemienia Hamer oraz Arbore. Jak to wyglądało i co musiałam zrobić, przeczytacie poniżej. Do plemion na południu Etiopii najlepiej wybrać się z lokalnym przewodnikiem. Jest to de facto zorganizowany objazd wraz z noclegami oraz jedzonkiem. Jeśli chcecie zanocować w którejś wiosce, zapytajcie o taką możliwość. Wówczas noc spędzicie w namiocie. Istnieje także opcja podróżowania motocyklem, która jest tańsza. Przewodnicy lokalni i cena za wycieczkę do Doliny Omo Moje dwie podróże po Etiopii odbyłam w 2o19 roku. Wówczas ceny kształtowały się następująco. Najtańszą ofertę otrzymałyśmy od Esho Tafes i tę właśnie wybrałyśmy. Za 6 dni zapłaciłyśmy 815 USD, czyli na osobę 407,5 USD. Cena zawierała: wyżywienie, napoje, transport samochodem z kierowcą, przewodnika podczas całej trasy oraz przewodników z wiosek, zakwaterowanie oraz opłaty za wstęp do wiosek. Dodatkowo płatna była ceremonia &#8220;bull jumping&#8221;. Nasza trasa rozpoczynała się w Arba Minch (tu doleciałyśmy z Addis Abeba) i kończyła w Jinka, skąd odleciałyśmy do wschodniej części Etiopii. Zostawiam Wam namiar WhatsApp do Esho: +251 96 162 7110 Podaję również namiary do innych przewodników. Zawsze warto napisać do kilku osób i porównać ceny oraz ponegocjować. Demise &#8211; to jest właśnie kierowca z pierwszej wycieczki oraz przewodnik z drugiej. Przez to, że była to jedna osoba, zaoszczędziłam co nie co. Koniecznie skontaktujcie się z tym chłopakiem i powołajcie na mnie, jego numer WhatsApp: +251 91 274 8557 Shigo &#8211; przewodnik, z którym negocjowałam. Cena, jaką mi wówczas podał za 6 dni to 1668 USD za dwie osoby, w cenie transport, zakwaterowanie, 3 posiłki dziennie, woda mineralna, wszystkie wejścia, opłaty za zdjęcia, przewodnicy, jego numer WhatsApp: +251 93 080 1407 Babi &#8211; kolejny przewodnik, z którym negocjowałam. Cena za 6 dni, jaką podał, to 1765 USD za dwie osoby, w cenie to samo, co u innych, jego numer WhatsApp: +251 92 656 8189 Wondu &#8211; przewodnik polecany przez moją serdeczną koleżankę podróżniczkę Anitę Pogorzelską, wszystko było tip top, a nawet odzyskał skradzione rzeczy pewnych turystów, zorganizuję Waszą podróż w każdej części Etiopii, tu jest profil Wondu na FB Czy można pojechać do Doliny Omo na własną rękę? Można, znam osoby, które tak zrobiły. Poruszały się lokalnymi busikami i już na miejscu szukały lokalnych przewodników z poszczególnych wiosek. Ten wariant wymaga z pewnością większej ilości czasu. Robienie zdjęć &#8211; jakie są zasady i opłaty Tak, za zdjęcia się płaci. Niektórzy bardzo to krytykują. Jednak wchodzimy przecież do czyjegoś świata, do czyjegoś domu. Zatem dlaczego ci ludzi mieliby pokazywać wszystko za darmo? Zwłaszcza, iż później materiał bywa wykorzystywany komercyjnie. Z drugiej zaś strony, poprzez to, iż turyści płacą, nachalność lokalnej ludność bardzo się wzmożyła. Dlatego też wodzowie niektórych wiosek zarządzili odgórną opłatę za zdjęcia, by nie odstraszać turystów. Wówczas można robić zdjęcia bez limitu. Bywa, że płaci się również za pojedyncze pozowanie. Oczywiście zdjęcia strzela się także ot tak po prostu. I tak na przykład, w wiosce Hamerów obowiązywała opłata z góry, podobnie jest u Dassanech, u Mursi zaś można było negocjować. Tylko u Karo ciągle płaciło się za poszczególne zdjęcie. Na bull jumpingu u Hammerów również uiszczało się jedną opłatę i nikt nami się nie przejmował, można było robić zdjęcia oraz kręcić filmy do woli, a także uczestniczyć w ceremonii. Hamerki spotkane na ulicy nie były agresywne, owszem sporadycznie domagały się zdjęć, ale niezbyt nachalnie. Za krótkie pozowanie płaciło się 5 birrów (35 groszy), za dłuższe 10 (70 groszy), a 1 USD to ok. 30 birrów. U Mursi opłaty wyglądały następująco. Z góry trzeba było wydać 200 birrów od osoby, czyli jakieś 27 zł. Jeśli płaciło się za poszczególne zdjęcia, to za krótkie pozowanie 5 birrów, za dłuższe 10 birrów. Czy faktycznie odwiedza się prawdzie wioski I tak i nie. Przeważnie wygląda to tak, że bliżej głównej drogi znajdują się wioski dla turystów, a do tych prawdziwych jest kawałek. Nam udało się zajrzeć także do tych autentycznych. W rozmowie z Waszym przewodnikiem zaznaczcie na czym Wam zależy, a wówczas jest szansa, że dotrzecie tam, gdzie chcecie. Jeśli wybierasz się do Etiopii lub marzy Ci się taka podróż koniecznie zajrzyj do wszystkich moich wpisów z tego kraju: To właśnie od wioski Dorze rozpoczęłyśmy naszą podróż po południowej części Etiopii. Po wylądowaniu w Arba Minch i pysznym obiedzie, na który zabrał nas Esho, pojechaliśmy do Dorze. Odległość to tylko 25 km. Nocleg w Dorze Lodge I właśnie tutaj miałyśmy pierwszy nocleg. I to miejsce polecam Wam szczególnie ze względu na klimat oraz widoki. Zanocowałyśmy w Dorze Lodge, która prowadzona jest przez lokalną społeczność. Zbudowana została w tradycyjnym stylu, a mam tu na myśli stożkowe domki. Pokoje są przestronne z łazienkami. To miejsce jest eko, także z racji tego, iż dostawa prądu odbywa się w określonych godzinach. I oczywiście widoki&#8230; z tarasu z hamaczka, z restauracji, po prostu bajka. Dorze Lodge znajduje się w malowniczej okolicy, otoczonej górami. Targ w Chencha Po zameldowaniu i krótkim odpoczynku pojechaliśmy na targ w miasteczku Chencha, które ulokowane jest na wysokości 2900 m n.p.m. Rozległy plac targowy, na którym gromadzą się mieszkańcy, był zatłoczony i pełen życia. To miejsce intensywnego handlu, spotkań i rozmów. Miejscowe kobiety dźwigały na plecach gigantyczne pakunki. Każdy wolny kawałek czerwonej ziemi był zajęty przez barwne skupiska osób. W otoczeniu widoczne były gliniane domy, których dachy pokryte są rdzewiejącą blachą. Niektóre z tych domów to lokalne pijalnie teju (tedżu), miodu pitnego, podawanego z buteleczek przypominających chemiczne probówki. Na targu kupicie przede wszystkim zboże, warzywa oraz wyroby z gliny. Wioska Dorze Po wizycie na targu, udaliśmy się do wioski Dorze. To pierwsze plemię, jakie odwiedziliśmy. Żyje one w górach Guge na wysokości ok. 3000 metrów n.p.m (Wyżyna Gamo). Od razu opis muszę zacząć od charakterystycznych domów, które przypominają wielkie ule lub głowy słoni. Nowo wybudowane mogą osiągać wysokość około 9-12 metrów. Opierają się na konstrukcji z bambusów, przeplatanej liśćmi z fałszywego bananowca. Z czasem domy stopniowo zjadane są od dołu przez termity, co sprawia, że stają się coraz niższe i tak jakby osiadają. Wówczas tylko dach jest naprawiany, a konstrukcja uzupełniana. Kiedy dom zniży się na wysokość około 3 metrów, jest przenoszony w całości w inne miejsce, w pierwotnym budowany jest nowy. Stary zaś może być wykorzystywany jako kuchnia, domek dla nowożeńców lub po prostu dom dla gości. I uwaga! Domy Dorze mogą przetrwać nawet 80-100 lat. Są one przestronne, a wnętrze podzielone jest na kilka pomieszczeń, w tym jedno przeznaczone dla kóz i owiec. Ponadto, w domach mile widziani są tacy goście, jak pająki, które żywią się termi­tami. Uprawia się tu już wspomniany fałszywy bananowiec, który fachowo nazywa się ynset. To obowiązkowy element każdego obejścia. Ynset, chociaż nie wydaje się owoców w postaci dorodnych, żółtych bananów, to ma wiele innych zastosowań. Miejscowe kobiety ścierają jego łodygi, a po kilkumiesięcznej fermentacji miazga zmienia się w twardą masę. Z tej masy wypieka się chleb zwany koczo, który u Dorze swą popularnością przebija indżerę. Ynset jest również wykorzystywany do pokrywania dachów, wyplatania mat oraz w budowaniu ogrodzeń. I właśnie na naszych oczach panie przygotowały sfermentowany chlebek z fałszywego bananowca. Pokazały, jak uzyskuje się masę z łody, a następnie tę sfermentowaną upiekły na ogniu. Oczywiście była degustacja z tradycyjnym bimbrem areke wraz z tańcami i śpiewami. Ludzie Dorze słyną także z tkactwa. Są mistrzami w tej dziedzinie i to właśnie tu zjeżdżają się wszyscy, którzy tego fachu chcą się nauczyć. Co ciekawe, kobiety przędą, zaś mężczyźni tkają. Charakterystyczne dla Dorze są niesamowicie wzorzyste czapki i szaliki. I właśnie taką czapeczkę jako prezent zakupił dla nas nasz przewodnik Esho. Następnego dnia rano ruszyliśmy dalej w kierunku Doliny Omo. Kolejnym plemieniem, które odwiedziliśmy było Pierwsze na trasie odwiedziliśmy było plemię Konso, zajrzeliśmy do jednej z wiosek. Jest ich tu 41, w tym 12 zostało wpisanych na listę UNESCO. Chłopcy od 12-13 roku życia nie mieszkają z rodzicami, a w tzw. domu komunalnym, gdzie dorastają i uczą się pomagać przy zagrożeniu wioski. Mężczyźni przechodzą test siły, aby móc się ożenić. Podnoszą kamień o wadze 50-60 kg. Małżeństwo może być zawarte w wieku 18 lat. Kobieta wnosi symboliczny posag w postaci dzbana miodu. Małżeństwa zawierane są między klanami, żeby nie mieszać krwi w rodzinie. Są trzy sposoby zawarcia małżeństwa: 1) z miłości, 2) aranżowane 3) gdy mąż umiera, to jego brat poślubia jego żonę. Wioską rządzi król, są też bohaterowie. Gdy król umiera, jego ciało balsamowane jest na siedząco. Siedzi tak przez 9 lat, 9 miesięcy, 9 dni, 9 godzin i 9 minut, aż zostaje pogrzebany. Tron jest dziedziczony przez najstarszego syna piewszej żony. Pierwszą żoną nie musi być ta poslubiona jako pierwsza, a ta, którą wskaże mąż. Po wizycie w wiosce Konso jeszcze tego samego dnia dojechaliśmy do plemienia Dassanech. Atrakcją jest tu przeprawa przez rzekę Omo tradycyjnym czółnem. Podobno w pobliżu jest już nowy most i można śmignąć normalnie autem, ale wiadomo, taki rejsik to jednak rzecz dużo przyjemniejsza i nawet z adrenalinką. Plemię Dassanech żyje po dwóch stronach rzeki Omo między Omorate a jeziorem Turkana. To jedno z najbiedniejszych plemion w Dolinie Omo. Żyją głównie z uprawy kukurydzy, sorgo, tytoniu oraz z hodowli bydła. Wejście do wioski jest płatne. Dodatkowo obowiązuje ogólna opłata za zdjęcia &#8211; zarządzenie wodza, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Kobiety z plemienia Dassanech zajmują się dziećmi i budowaniem domów. Mężczyźni z plemienia Dassanech zajmują się pędzeniem bydła, polowaniem i obroną wioski przed wrogami. Blizny na ciele pokazują, ilu wrogów już pokonali. Z Hamerami spędziłam najwięcej czasu, a to za sprawą ceremonii zwanej &#8220;bull jumping&#8220;, ale także z racji tego, iż podczas mojej drugiej podróży ponownie odwiedziłam to plemię i tym razem nocowałam u nich w wiosce. Hamerów spotkacie w miejscowości Turmi. Tu odbywa się także targ. Tutaj też miałyśmy drugi nocleg. Pamiętam, iż po wejściu do pokoju przeraziła mnie chmara komarów przy oknie. W ruch poszła Mugga. Spsikałam porządnie zasłony i wyszłam z pokoju na godzinę czy dwie. Hamerowie to najliczniejsze plemię, zamieszkujące Dolinę Omo. Kobiety układają włosy w cienkie warkoczyki, posklejane mieszaniną masła i ochry. Brązowe fryzury świadczą o zamążpójściu. Tą samą substancją o czerwonawym zabarwieniu pokrywają także całe ciało. Jeżeli mężczyzna zabije w walce niebezpieczne zwierzę lub wroga upina włosy w wymyślne uczesanie, przypominające kok. Kobiety i mężczyźni noszą ozdoby z różnokolorowych korali i metalowych obręczy. Ozdobą ciała kobiety są także blizny. Mężczyźni mogą mieć 4 żony, w tym jedna z nich zostaje tą pierwszą, nosząc specjalny naszyjnik, pokazujący jej status. Hamerowie to niezwykle strojni mężczyźni. Widać to szczególnie podczas ceremonii. Oprócz kolorowych ozdób, na ciele pojawiają się także fikuśne malunki. W Turmi w każdy poniedziałek odbywa się duży targ, na który ściągają okoliczne plemiona, w tym najliczniej właśnie Hamerowie. Polecam Wam poszukać pamiątek właśnie na takich marketach. Taki targów w okolicy jest więcej. Miejscowi z pewnością znają grafik. Rytuał bull jumping &#8211; Ukuli Bula&#8221; Jak już wspomniałam, podczas zwiedzania Doliny Omo miałam okazję uczestniczyć w ceremonii zwanej &#8216;bull jumping&#8221;, czyli &#8220;Ukuli Bula&#8221;. Kiedy dotarliśmy do Trumi nasz przewodnik zaczął rozpytywać o to, czy gdzieś w okolicy się ona odbędzie. Miałyśmy szczęście, bo właśnie następnego dnia była zaplanowana. To nie jest coś, co jest organizowane pod turystów, więc nie ma gwarancji, że uda się ją zobaczyć. Oczywiście wstęp jest płatny. W tejże opłacie zawarte jest robienie zdjęć i filmów. Podczas tego rytuału młodzi chłopcy wchodzą w dorosłość i stają się pełnoprawnymi członkami społeczności, łącząc się z niewidzialnym duchem świętej kozy. W ceremonii biorą udział także kobiety, które przez cały dzień...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2024/05/etiopia-ktore-plemiona-w-dolinie-omo-warto-odwiedzic.html">Etiopia &#8211; które plemiona w Dolinie Omo warto odwiedzić</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2024/05/etiopia-ktore-plemiona-w-dolinie-omo-warto-odwiedzic.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>6</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wyspy Zielonego Przylądka na własną rękę &#8211; informacje praktyczne</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/12/wyspy-zielonego-przyladka-na-wlasna-reke-informacje-praktyczne.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/12/wyspy-zielonego-przyladka-na-wlasna-reke-informacje-praktyczne.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 17 Dec 2023 16:39:04 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Zielonego Przylądka]]></category>
		<category><![CDATA[ceny na Wyspach Zielonego Przylądka]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Zielonego Przylądka co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Zielonego Przylądka kiedy jechać]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Zielonego Przylądka którą wyspę wybrać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=22339</guid>

					<description><![CDATA[<p>Czy Wyspy Zielonego Przylądka są nudne? Mówi się o nich &#8220;wyspy leniwe&#8221;, ale czy to oznacza nudę? Myślę, że większości z nas Cabo Verde kojarzy się z pustynną Sal lub Boa Vista. Gdy oznajmiałam, że wybieram się właśnie do tego kraju, wielokrotnie słyszałam, że przecież nic tam nie ma. A ja Wam napiszę, że wręcz przeciwnie. Wyspy Zielonego Przylądka kryją w sobie oszałamiające górskie krajobrazy, spokój i brak tłumów. Mój ulubiony wyspiarski duet to Sao Vincente oraz powalająca Santo Antao, która podobno stanowi ostatni raj na ziemi. Wyspy Zielonego Przylądka na własną rękę? Czy to dobry pomysł? Tak, to świetny wybór dla miłośników trekkingu i pięknych plaż. Dla osób, które szukają ciszy, braku tłumów. Jak taką podróż zorganizować samemu? O czym trzeba wiedzieć przed wyjazdem na Cabo Verde? Jakie ceny są na miejscu? O tym wszystkim dowiecie się w tym wpisie. Krótka historia Wysp Zielonego Przylądka Jak powstał ten intrygujący archipelag? Legenda mówi, iż Bóg po stworzeniu świata otrzepał swe ręce, a z nich posypały się okruszki, które wpadły do oceanu, tworząc piękne wysepki, które dziś znamy jako Wyspy Zielonego Przylądka. Czy wiecie, że wyspy te przed przybyciem Europejczyków były bezludne? Odkrycia dokonał prawdopodobnie w 1456 roku Alvise Cadamosto, wenecki żeglarz, który pracował dla Portugalczyków. Po tym wydarzeniu na tutejszych ziemiach zaczęli osiedlać się przybysze z Portugalii. Archipelag stanowił punkt wypadowy do Afryki, a z czasem stał się centrum handlu niewolnikami. Część z nich zostawała na wyspach i była wykorzystywana do pracy na plantacjach. Tędy przepływały także statki w drodze z Portugalii do Indii. Zakaz niewolnictwa został wydany w 1878 roku. Od 1951 roku Wyspy Zielonego Przylądka stały się zamorską prowincją Portugalii, zaś 5. lipca 1975 roku proklamowano niepodległą Republikę Zielonego Przylądka. A skąd wzięła się nazwa Cabo Verde? Dlaczego wyspy te mają w nazwie kolor zielony, choć większość z nich jest piaszczysta i pustynna? Tak się stało w zasadzie przez pomyłkę. Wspomniany wyżej żeglarz Cadamosto dotarł do Gambii, gdzie na swojej drodze napotkał sztorm. Jego statek został zniesiony właśnie na pobliskie wyspy. Mylnie uznał, iż dotarł do najdalej na zachód wysuniętego punktu Afryki, czyli do Przylądka Zielonego na półwyspie Zielonego Przylądka. Gdzie leży archipelag Cabo Verde Wyspy Zielonego Przylądka leżą w Afryce, jej zachodniej części, a konkretnie za Wyspami Kanaryjskimi (przelatuje się nad nimi w drodze na Cabo Verde) na wysokości Mauretanii i Senegalu. Archipelag składa się z 10 głównych wysp i 5 mniejszych. Z tego 9 jest zamieszkanych. Dzielą się one na dwie grupy: Barlavento, czyli Zawietrzne oraz Sotavento, czyli Podwietrzne. Do pierwszej grupy zaliczają się Sal, Boa Vista, Santo Antao, Sao Vicente, Sao Nicolau i bezludna Santa Luzia. W skład drugiej wchodzą Santiago, Fogo, Brava i Maio. Największą wyspą jest Santiago i tutaj znajduje się stolica kraju &#8211; Praia. Wszystkie wyspy są pochodzenia wulkanicznego. Najwyższym szczytem jest Pico de Fogo, który jest de facto starowulkanem. Wznosi się na wysokość 2829 m n.pm. Do ostatniej erupcji doszło nie tak dawno, bo w 2014 roku. Kiedy jechać na Wyspy Zielonego Przylądka Wyspy Zielonego Przylądka są kierunkiem niemalże całorocznym. Piękna pogoda dopisuje niemal przez cały rok, jest tu aż 350 słonecznych dni. Występuje tu krótka pora deszczowa, która trwa od sierpnia do wrzesień i to ten drugi miesiąc z reguły jest gorszy z większą ilością opadów. Wzrasta także wilgotność, przez człowiek czuje, że jest non stop w saunie. Wraz z wysokimi temperaturami taka aura może być ciężka do zniesienia, oddycha się zdecydowanie trudniej. Szlaki na Santo Antao mogą stać się trudno dostępne i niebezpieczne, zdarzają się lawiny błotne. Oczywiście nie jest to regułą, jednak jeśli macie wybór zdecydowanie polecam pozostałe miesiące. Na Wyspach Zielonego Przylądka byłam dwa razy: w marcu oraz i na początku listopada. W marcu odwiedziłam Sal, Sao Vincente oraz Santo Antao. Pogoda była idealna, piękne słońce codziennie i sucho. W listopadzie cały swój pobyt spędziłam na Santo Antao. Wówczas czuć było jeszcze ciężkie powietrze po porze deszczowej, wilgotność powietrza była bardzo duża. Do tego niebo bywało zachmurzone, co w sumie dodawało specyficznego klimatu. Natomiast widoki ociekały niesamowicie soczystą zielenią po porze deszczowej. Gdybym miała wybrać najlepszą porę na odwiedzenie najpiękniejsze wyspy archipelagu, jaką jest Santo Antao, byłaby to druga połowa listopada lub grudzień, by jeszcze zdążyć na złapać więcej zieleni. Loty na Wsypy Zielonego Przylądka Najpopularniejszą wyspą jest niewątpliwie Sal. To tu latają czartery biur podróży i właśnie na tę wyspę można zakupić lot bezpośrednio z Polski. Trzeba przeglądać loty czarterowe na stronach dużych agencji turystycznych. Inną opcją jest lot liniami portugalskimi TAP z przesiadką z Lizbonie. Bilet można ustrzelić za ok. 200o zł, choć średnio za lot w dwie strony trzeba zapłacić ponad 3000 zł. Czartery bywają tańsze. Polecam Wam sprawdzić bezpośrednie loty z Lizbony i potem dokupić dolot. I właśnie to jest sposób, by w dobrej cenie dostać się na Santo Antao. Na tę wyspę nie dostaniemy się samolotem. Trzeba przeprawić się na nią promem. Lot musi być na wyspę Sao Vincente, skąd właśnie drogą morską dostaniemy się na najpiękniejszą wyspę Cabo Verde. Loty z Warszawy z przesiadką w Lizbonie czasami można znaleźć za ok. 2600 &#8211; 2700 zł. Jednak jeśli szukamy oszczędności, polecam sprawdzić połączenia z Lizbony właśnie na Sao Vincente. Na tej trasie kursuje dwóch przewoźników: portugalski TAP oraz Cabo Verde Airlines. Bilet w dwie strony z Lizbony można ustrzelić już za 1200 zł. Oczywiście trzeba dokupić dolot, ale opcji z Polski jest sporo. Zasady wjazdu na Wyspy Zielonego Przylądka dla Polaków Polacy nie potrzebują wizy, by wjechać do Republiki Zielonego Przylądka. Jednak opłata wjazdowa już obowiązuje. Wynosi ona 3400 CVE, czyli 30 EUR. Można ją uiścić wcześniej online lub na lotnisku. Jeśli chcecie zrobić to przez Internet, trzeba wejść na stronę ease.gov.cv. Rejestracji i opłaty należy dokonać najpóźniej 5 dni przed podróżą. Dobrze jest mieć przy sobie wydrukowane potwierdzenie płatności. Natomiast na lotnisku wszystko załatwicie w okienku podczas sprawdzania dokumentów. Uwaga, tę opłata można uiścić tylko kartą, nie ma opcji zapłacenia gotówką. Opłata wjazdowa ważna jest przez 30 dni. Zwolnione są z niej dzieci poniżej 2. roku życia. Przemieszczanie się pomiędzy wyspami Między wyspami najlepiej przemieszczać się samolotem. Pływają oczywiście promy, jednak są one bardzo zawodne, a odległości duże. Promy psują się lub je odwołują, płyną też naprawdę długo. I tak np. rejs z Sal na Sao Vincente trwa aż 15 godzin! Prom Sao Vincente &#8211; Santo Antão Jedyny wiarygodny prom kursuje na trasie Sao Vicente &#8211; Santo Antão. Przeprawa w jedną stronę trwa godzinę, a bilet kosztuje 1500 CVE, czyli ok. 13 EUR. Bilet można zakupić wcześniej przez Internet lub na miejscu przed rejsem. Na tej trasie prom pływa 4 razy dziennie, są dwa kursy rano i dwa po południu. Z Sao Vincente statek odpływa o 8:00 i o 9:00 oraz o 14:00 i 15:00, z Santo Antao zaś o 9:00 i 10:00 oraz o 16:00 i 17:00. Na tej trasie operują dwie firmy: CV Interilhas oraz Armas (wcześniejsze godziny). Rozkład trzeba zweryfikować, bo czasami się zmienia (w marcu było ciut inaczej niż w listopadzie). CV Interilhas ma swoją stronę, na której sprawdzicie połączenia, rozkład oraz zakupicie bilety, choć tak naprawdę spokojnie można zrobić to na miejscu. I taka ciekawostka jeszcze. Bez problemu dokonałam zwrotu biletu w firmie CV Interilhas w biurze przewoźnika na przystani (chciałam popłynąć o godzinę wcześniej innym przewoźnikiem). Loty lokalne Obecnie lokalne połączenia lotnicze na Wyspach Zielonego Przylądka obsługują angolskie linie Best Fly ➡️ bestfly.aero. Wcześniej latał tu Binter, ale został wykupiony i nastąpiła taka zmiana. W marcu za lot z Sal na Sao Vincente zapłaciłam 365 zł z bagażem rejestrowanym. To była cena promo. I uwaga, najtańsze połączenia oznaczone jako SOCIAL przeznaczone są dla miejscowych. Turyści spoza kraju nie są w stanie dokonać zakupu w tej cenie. Waluta na Wyspach Zielonego Przylądka Walutą na Cabo Verde jest escudo, oznaczone kodem CVE. Escudo oznacza po portugalsku tarczę. Escudo nie wolno wywozić poza granicę Republiki. Czy to jest sprawdzane? Za pierwszym razem zostałam zapytana o to, czy jakieś kabowerdeńskie pieniążki mi zostały. Grzecznie zaprzeczyłam, choć chyba coś tam w portfelu jeszcze miałam, natomiast nikt mi do niego nie zajrzał. Za drugim razem nikt tego tematu nie zaczepił. Jak wygląda przelicznik? 1 EUR = 110,256 CVE (escudos). Uwaga, w sklepach przeliczają sobie tak: 1 EUR = 100 CVE, co jest oczywiście nieopłacalne. Natomiast jeśli jesteśmy w potrzebie i mamy tylko Euro, to zawsze da radę zapłacić w tej walucie. Wymiana pieniędzy Pieniądze na Wyspach Zielonego Przylądka można wymienić w banku lub wyciągnąć z bankomatu. Prowizja za wyciągnięcie z bankomatu to 250 CVE, czyli 2,27 EUR. I jeszcze kilka wskazówek. Wymiana pieniędzy w banku może być czasochłonna. Na Sal udało mi się to zrobić zupełnie bez kolejki, w środku było po prostu pusto. W Mindelo zaś na Sao Vincente ludzi było tak dużo, że porzuciłam ten pomysł i udałam się do bankomatu, który znajduje się w budynku banku w samym centrum. Natomiast na lotnisku na Sao Vincente oraz na przystani promowej pieniędzy nie wyciągniecie, bowiem tutaj w ustrojstwach, przypominających bankomaty, można sprawdzić jedynie stan konta. Jeśli chodzi o wymianę pieniędzy na Santo Antao, jest to jak najbardziej możliwe. Banki i bankomaty znajdują się w większych miastach na wyspie: w Paul (Pombas), Ribeira Grande oraz w Ponta do Sol. Bankomat widziałam także w miasteczku Coculi. Płatność kartą Jak najbardziej można płacić kartą tam, gdzie można, czyli np. w niektórych restauracjach. Są także markety, w których za zakupy da się zapłacić bezgotówkowo. Takie znajdziecie właśnie w tych trzech większych miejscowościach, wymienionych powyżej. W Ponta do Sol większy sklep spożywczy mieści się przy głównym placu, w Ribeira Grande na tyłach miasteczka przy Rua Ponta d&#8217;Levada, zaś w Pombas przy drodze prowadzącej do Doliny Paul po lewej stronie, jeśli staniecie tyłem do oceanu. Revolut jak najbardziej działa. Język na Wyspach Zielonego Przylądka Znacie portugalski? Jeśli tak, to bez problemu będziecie się komunikować z Kabowerdeńczykami. Portugalski jest tu językiem urzędowym, co stanowi pozostałość po kolonialnej przeszłości archipelagu. Jest to główny język używany w administracji, edukacji i w kontaktach oficjalnych. Na Santo Antao w użyciu jest także francuski. Nie wszyscy mówią w tym języku, ale są ogromne szanse, że dogadacie się w zasadzie bez problemu. Nauka języka francuskiego jest obecnie obowiązkowa w szkołach. Ponadto na Wyspach Zielonego Przylądka występują również lokalne dialekty kreolskie, które wyewoluowały z połączenia języka portugalskiego z różnymi językami afrykańskimi. Te dialekty kreolskie są szeroko używane w codziennym życiu przez mieszkańców archipelagu. Co ciekawe, mieszkańcy agitują za tym, by także język kreolski stał się tym oficjalnym. A co z angielskim, z pewnością zapytacie. Na wyspie Sal bez problemu możecie komunikować się i w tym języku. Jednak na Santo Antao nie jest już to takie proste. Rzadko kto faktycznie mówi po angielsku. Nawet w pensjonatach czy hotelach obsługa nie zna angielskiego i trzeba sobie radzić w inny sposób. Oczywiście w tych czasach mamy do dyspozycji różnego rodzaju translatory, a także dobrze sprawdzony stary sposób w postaci gestykulacji. Niemniej czasami może spotkać nas duże zaskoczenie, tak, jak mnie. Otóż, idąc drogą z Ribeira Grande w kierunku Coculi, zahadnął mnie starszy pan, który płynnym angielskim zaczął konwersację. Lokalna karta sim Lokalna karta SIM na Wyspach Zielonego Przylądka kosztuje niecałe 10 EUR &#8211; 1100 CVE. Za tę kwotę dostaniecie 7GB i połączenia nielimitowane, co spokojnie wystarczy na pobyt nawet 2-tygodniowy. Jest to konkretnie CV movel pakiet dkel bom 2. Lokalną kartę sim bez problemu zakupiłam na Sal w mieście Espargos. Namierzyłam po prostu punkt tej firmy i tam miła pani wszystko mi aktywowała. Nieco więcej zmieszania było za drugim razem w listopadzie. W Mindelo nigdzie nie mogłam znaleźć punktu z kartami. Ten na lotnisku był zamknięty, a w mieście nic nie namierzyłam. Powiedziano mi, że na pewno zakupię ją na Santo Antao w budynku na przystani. I rzeczywiście tak było. W małym kiosku jak najbardziej można nabyć lokalną kartę SIM i o taką poprosiłam. Zdziwiłam się, bo pani poprosiłam o 100 escudos, co był śmieszną kwotą. Zorientowałam się, że to cena tylko za sam plastik, a doładowanie będzie dodatkowo płatne. Moja próba wytłumaczenia, że potrzebuję także danych skończyła się sukcesem i pani zgodziła się pomóc mi z doładowaniem. I kiedy już włożyłam nową kartę do telefonu i chciałam go uruchomić, by przełączyć z pierwszej karty SIM na...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/12/wyspy-zielonego-przyladka-na-wlasna-reke-informacje-praktyczne.html">Wyspy Zielonego Przylądka na własną rękę &#8211; informacje praktyczne</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/12/wyspy-zielonego-przyladka-na-wlasna-reke-informacje-praktyczne.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Paje Zanzibar &#8211; rajska plaża, mekka kiteserferów i backpakerów</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/11/paje-zanzibar-rajska-plaza-mekka-kiteserferow-i-backpakerow.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/11/paje-zanzibar-rajska-plaza-mekka-kiteserferow-i-backpakerow.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 19 Nov 2023 17:48:44 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Paje]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[bungalowy na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie nocować na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie spać na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie zjeść na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[jaki jest Zanzibar]]></category>
		<category><![CDATA[kobiety zbierające algi Zanzibar]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia Zanzibaru]]></category>
		<category><![CDATA[najlepsza plaża na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[niskobudżetowy nocleg na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar - którą plażę wybrać]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar praktycznie]]></category>
		<category><![CDATA[zanzibarskie plaże]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=22235</guid>

					<description><![CDATA[<p>Na Zanzibarze byłam trzy razy i dopiero za tym trzecim zatrzymałam się w słynnej wiosce Paje. Byłam naprawdę ciekawa, czy klimat tego miejsce wpisze się w to, co lubię. I od razu mogę napisać, że właśnie tak było. Paje to mekka kiteserferów i backpakerów, choć znajdziecie tu także piękne butikowe hotele o wyższym standardzie. Ocean ma tu kolor szmaragdowy. Są odpływy typowe dla wschodniego wybrzeża. Odchodząca woda odsłania algowe poletka, na których pracują panie Zanzibarki, ubrane w kolorowe stroje. Niebo zaś usłane jest latawcami, na których w powietrze wzbijają się miłośnicy wspomnianego wodnego sportu. Dlaczego warto zatrzymać się w Paje na Zanzibarze ? Gdzie zanocować i ile to kosztuje? Gdzie zjeść dobre jedzonko za niewielkie pieniądze? O tym właśnie przeczytacie w tym wpisie. Wybierasz się na Zanzibar, koniecznie zwiedź Stone Town: Jak wygląda plaża w Paje Tak naprawdę niemalże na całej wyspie plaże są rajskie. Wybrzeże wschodnie od zachodniego różni się tym, iż na wschodnim występują silne pływy, co nie każdemu może odpowiadać. Dla mnie jednak to kwintesencja Zanzibaru. Uwielbiam widoki we wschodniej części wyspy i dlatego podczas każdego wyjazdu zatrzymywałam się właśnie tu. Plaża w Paje jest bez dwóch zdań rajska. Długa, szeroka z białym pudrowym piaskiem i z palmami kokosowymi, szumiącymi pięknie przy brzegu. To w Paje kolor oceanu jest chyba najintensywniejszy. Turkus przechodzi w piękny mocny szmaragd czy akwamaryn, co wraz z tak jasnym piaskiem tworzy bajkowy obrazek. Podczas wejścia do wody można trafić na kawałeczki rafy, którą wyrzuca tu Ocean Indyjski. Po przejściu kilku kroków pod nogami czuć już piasek, a raczej coś w rodzaju gliny. Powstaje ona przy zmieszaniu piasku z wodą. Tu kąpałam się bez butów ochronnych. Akurat w Paje trafiłam na dni, gdy w czasie dnia był przypływ. W Internecie możecie sprawdzić kalendarz pływów na Zanzibarze. Będziecie wiedzieć, w jakich godzinach woda ucieka, a w jakich wraca. Niewątpliwie odsłonięte pola algowe w Paje to także unikatowy obrazek. Inne plaże na Zanzibarze opisałam w oddzielnym wpisie: &#160; Co robić na Plaży w Paje Kiedy przyjechałam do Paje i pierwszy raz weszłam na plażę, niebo było pełne latawców aż po horyzont. Tutaj niemalże w każdym hotelu czy hostelu znajduje się szkoła kitesurfungu. Występują tu doskonałe warunki do uprawiania tego sportu. Wiatr i pływy są do tego idealne. Dlatego też jest to dobre miejsce dla początkujących. Na plaży w Paje naprawdę bardzo dużo się dzieje. Z pewnością zaczepią Was sprzedawcy wycieczek, panie handlujące chustami oraz tunikami, oferujące hennę, a także Masajowie. I jeśli macie zamiar zakupić pamiątki, warto z nimi porozmawiać i ostatecznie potargować się. Kolorowo ubrane Zanzibarki od razu przejdą do rzeczy, wyłożą towar, pokażą co mają. Od razu będą zachęcać do zakupu. Masajowie zaś stosują inną technikę. Zaczną rozmowę, powypytują o różne rzeczy. Być może okaże się, że ich kolega ma dziewczynę z Polski;) Będą chcieli po prostu nawiązać najpierw relację, by potem łatwiej zachęcić Was do obejrzenia swojego towaru. I to działa. A mają przeważnie bardzo fajne rzeczy, więc warto obejrzeć. Masajowie przyjeżdżają na wyspę w sezonie na kilka miesięcy właśnie w celach biznesowych. Chcą zarobić pieniążki dla swojej rodziny. Jedni pracują w hotelach jako ochrona, inni organizują turystom pokaz tradycyjnych tańców, a jeszcze inni handlują. Zdarza się także, że miejscowi przebierają się za Masajów i też próbują co nieco na turystach zarobić. Myślę jednak, że od razu zauważycie, kto udaje, a kto nie. Wieczorem na plaży także dużo się dzieje. Paje to imprezowe miejsce. Knajpki włączają głośniejszą muzykę, a niektóre organizują nawet swego rodzaju dyskoteki. Można również trafić na ognisko na plaży z muzyką na żywo oraz spontanicznymi pląsami. Gdzie zanocować w Paje Jak już wspomniałam, Paje to mekka kitesurferów oraz backpackerów. Jest to zatem świetne miejsce dla osób z mniejszym budżetem. Można zatrzymać się w hostelu, guesthousie czy wynająć niedrogi pokój u miejscowych. A jeśli jednak marzy Wam się wyższy standard, to też takie lokum znajdziecie. Oto dwie miejscówki, w których nocowałam w Paje. Ananda Beach House &#8211; obecnie Ananda Beach Hotel To opcja niskobudżetowa. Od razu napiszę, że miejsce to przeszło gruntowną rewitalizację w czerwcu 2022 roku. Pokoje są duże przestronne (wcześniej też nie były małe) w minimalistycznym afrykańskim stylu. Wybudowano mały basen. Pojawiła się nowa restauracja przy plaży oraz szkoła kitesurfingu. Kiedy zatrzymałam się w Ananda Beach House, stało tu kilka prostych bungalowów na samej plaży. Dwie chatki z palmowych liści ulokowane były w pierwszej linii brzegowej, pozostałe murowane domki kryły się za nimi. Mój pokoje był przestronny z ogromnym łóżkiem z moskitierą. Minusem był brak klimatyzacji. Wiatrak oczywiście działał. W moim pokoju było dosyć duszno, bowiem bryza znad oceanu tu nie docierała. Dobiegała za to muzyka z pobliskich knajpek, więc do spania zatyczki do uszu się przydały. Ananda Beach House nie funkcjonował wówczas jako hotel w pełnym słowa tego znaczeniu. Określiłabym go jako hostel z bunglowami. W głównym budynku znajdowały się dwie sale wspólne, jedna na pewno 6-osobowa. Tutaj do dyspozycji gości było też coś w rodzaju kuchni, aczkolwiek miejsce średnio zachęcało do gotowania. Na recepcji stał baniak z wodą do uzupełnienia butelki lub dzbanka z pokoju. Serwowane śniadania były naprawdę duże i smaczne. Kucharz zjawiał się każdego ranka i przyrządzał świeże jedzonko na życzenie. Koszt 3 USD. A do wyboru były jajecznica lub omlet, do tego pasta z awokado, owoce i dwa rodzaje pieczywa plus kawka i herbatka. Atmosfera w hostelu była bardzo luźna. Wieczorami obiekt pilnowany był przez męski personel, który też służył pomocą w razie jakiejś awarii. U mnie w pokoju moskitiera wykręciła się w wiatrak i musiałam wezwać pomoc. Bez wiatraka nie było opcji, by w pokoju wytrzymać. W Paje spędziłam chyba najgorętsze dni podczas pobytu na Zanzibarze. Jednego dnia potrafiłam wypić jakieś 10 litrów płynów. Plaża przy Ananda Beach Hotel jest przepiękna, to chyba najfajniejszy odcinek plaży w Paje. Zaraz przy wyjściu znajdował się świetny beach bar z owocami oraz napojami, a za barem sympatyczni goście. Dwa kroczki i można było zakupić świeżego i odświeżającego kokosa. Wieczorem rozpalali tu ognisko, więc można się zrelaksować pod gwiazdami. Za bungalow na tyłach zapłaciłam 182 zł za noc, za chatkę w pierwszej linii brzegowej trzeba było dać 300 zł za noc. Cena zależała także od terminu. Miejsce w sali wieloosobowej było dużo tańsze, ok. 50 zł za noc. Obecnie cena za pokój 2-osobowy zaczyna się od 262 zł, więc ciągle jest bardzo dobra oferta. I pamiętajcie, że obiekt został odnowiony i posiada basen. Beach4 Club Hotel Beach4 Club znajduje się przy samej plaży w Paje. Spędziłam tu jedną noc i chciałam zostać dłużej, jednak wszystkie pokoje były wybukowane. To oczywiście wyższy standard w porównaniu do Ananda Beach House. Hotel jest przepięknie położony w tropikalnym ogrodzie z klimatycznymi akcentami. Co ciekawe, wędrując wieczorem po podświetlonych alejkach, zgubiłam się w tym labiryncie. ️Bardzo ładny basen znajduje się w środku ośrodka we wspomnianym ogrodzie. A jeśli zapomnieliście kapelusza od słońca, to z pewnością możecie skorzystać z tych zawieszonych nad leżakami. Miejsce jak najbardziej eko. Mebelki w pokoju zrobiono ze starych skrzynek. Woda zaserwowana była w butelkach do uzupełnienia. Zestaw do parzenia herbatki i kawki czekał na mnie na biurku. Było czyściutko i pachnąco. ️No i ta łazienka pod chmurką, a w zasadzie pod palemką. Zarówno prysznic, jak i wc znajdowało się tu pod gołym niebem. Bardzo ciekawe doświadczanie. A przy wejściu do domku można pobujać się na huśtawce. Do tego klimatyzacja działała bez zastrzeżeń, co w grudniu naprawdę miało znaczenie. W nocy było cicho, o co w Paje nie tak łatwo. Choć wiem, że raz w tygodniu odbywa się tu dyskoteka. Na miejscu działa restauracja. Zdążyłam spróbować jedynie warzywnego curry oraz śniadanka. I tu jedyny minus. W jedzeniu, szczególnie rano, przeszkadzały pszczoły. Naleśników z miodem nie byłam w stanie zjeść. Za to dostałam przepyszne kanapeczki z pastą z tuńczyka. Gośćmi zajmowała się świetna obsługa z poczuciem humoru. Chcieli, żebym została, nawet mimo braku wolnych pokoi. No nie bardzo wiem, jak miałoby to wyglądać;) Plaża oczywiście piękna. Idąc w prawo, zabudowania się kończą, zaś udając się w lewo po 15-20 minutach dojdziecie do Ananda Beach House. Tu wyszukasz noclegi w Paje Gdzie zjeść w Paje i ile to kosztuje W Paje można jak najbardziej stołować się poza hotelem. Znajdziecie tu kilka bardzo dobrych i niedrogich restauracji i jadłodajni. Z tyłu zaraz za hotelem Ananda Beach ulokowała się lokalna restauracja Lecker Lecker. I tak na przykład, grillowane kalmary kosztowały tu 5 000 szylingów, czyli 6,5 USD. Inne danie były w podobnych cenach. Warto wiedzieć, iż czas oczekiwania może być naprawdę długi, ale tak to wygląda na Zanzibarze. Czasami można po prostu zamówić jedzonko i zapytać za jaki czas będzie gotowe, by wiedzieć, kiedy wrócić. Jeśli ma być naprawdę tanio i też smacznie, bardzo polecam lokalną restaurację w Paje o nazwie Hungry Lion. Znajduje się ona w wiosce, z Ananda Beach Hotel dotrzecie tu w 10 minut piechotką. Topowe danie tego lokalu to zanzibarska zupa UROJO. I tak, w Hungry Lion smakuje ona wyśmienicie. Niektórzy twierdzą, że ty ta zupka jest najlepsza na całej wyspie. A i cena wyborna, bo duży talerz tego specjału kosztuje 3 000 szylingów, czyli 1,21 USD (niecałe 5 zł). W Hungry Lion polecam także wegetariańskie ugari, czyli danie z grubo mielonej mąki lub kaszki kukurydzianej, przypominające polentę. Całość kosztuje 2500 szylingów, czyli mniej więcej 1 dolara. Przy samej plaży niedaleko Ananda Beach House znajduje się jeszcze jedna dość słynna restauracja Fisherman. A słynie z fantastycznych owoców morza. Przyznaję, nie próbowałam, ale widziałam półmisek u kogoś na stole i wyglądało to obłędnie. W tym miejscu skosztowałam natomiast zupki, która była smaczna, ale czas oczekiwania przerósł moje największe oczekiwania w tej kwestii;) Ceny w tej restauracji są już bardzo turystyczne. Oczywiście miejscówka na samej plaży z widokiem na szmaragdowy ocean musi być z założenia droższa. Oprócz tańszego zakwaterowania oraz niedrogich jadłodajni, znajdziecie tu także mnóstwo sklepów spożywczych, gdzie można zakupić produkty do własnego gotowania. Zdecydowanie warto także i drobniejsze zakupy robić w supermarketach. W jednym większym można płacić także kartą. A oprócz tego świeże owoce oraz warzywa kupicie na straganach bądź od miejscowych sprzedawców, kręcących się po plaży. Pola algowe w Paje &#8211; Seaweed Center W Paje podczas odpływów powstaje bardzo charakterystyczny dla Zanzibaru obrazek. Gdy woda się cofa, odkrywa rozległe pola algowe. Tworzy to swoisty naturalny ekosystem przybrzeżny. Zanzibar oferuje bardzo korzystne warunki klimatyczne do wzrostu alg, takie jak ciepła woda oceaniczna i odpowiednie nasłonecznienie. Uprawa alg stała się tu ważną częścią lokalnej gospodarki ze względu na potencjał zarobkowy, łatwość hodowli i relatywnie niskie koszty produkcji. Zanzibar jest jednym z największych światowych eksporterów alg morskich. Jak uprawia się algi na Zanzibarze? Na płytkiej wodzie mieszkańcy zakładają wspomniane poletka. Rośliny są zazwyczaj przytwierdzane do liny, która umieszczona jest w wodzie. Regularna troska o te uprawy obejmuje wycinanie, przycinanie i dbanie o warunki wody, by zapewnić odpowiednie środowisko wzrostu. Dlatego podczas odpływów zobaczycie pracujące tu kolorowo ubrane panie Zanzibarki. Miałam okazję podpatrzeć co nieco, jak taka praca wygląda, a nawet na chwilę przyłączyć się i pomóc. Co produkuje się z alg? Znajdują one zastosowanie w wielu dziedzinach. Na Zanzibarze są głównie uprawiane do celów handlowych. Po zebraniu, wysuszeniu i przetworzeniu, algi mogą być wykorzystywane jako składnik w produkcji kosmetyków, leków czy nawet w przemyśle spożywczym. Ich zastosowania obejmują także nawozy czy materiały do izolacji. W Paje znajduje się Seaweed Center, czyli lokalna firma, zajmująca się uprawą alg i produkcją kosmetyków na ich bazie. To lokalna inicjatywa, która daje możliwości zarobkowe kobietom z Paje i okolic. Wytwarza się tu ekologiczne mydła, peelingi i olejki eteryczne (również z goździkami, kokosem i miejscowym miodem). Produkty z &#8220;zielonego złota&#8221;, tak mówi się o algach, są niezwykle zdrowe, popyt na nie jest bardzo wysoki. A czy wiecie, że taki wodorost można schrupać prosto z oceanu? Dowiecie się o tym właśnie w Centrum Algowym w Paje. Na wejściu otrzymacie do picia pożywny koktajl z zielonych alg. Następnie udacie się na jedną z farm, gdzie dokładnie dowiecie się, jak wygląda uprawa. W drugiej części wycieczki zajrzycie do pomieszczania, w którym odbywa się proces produkcyjny. Być może będziecie mieli okazję, by własnoręcznie wyprodukować pachnące mydełko z alg. Na miejscu możecie oczywiście zakupić gotowe już kosmetyki. Od jakiegoś czasu jest to także możliwe w Internecie, gdzie działa polski sklep Seaweed Zanzibar. Wstęp kosztuje 10 USD. A...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/11/paje-zanzibar-rajska-plaza-mekka-kiteserferow-i-backpakerow.html">Paje Zanzibar &#8211; rajska plaża, mekka kiteserferów i backpakerów</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/11/paje-zanzibar-rajska-plaza-mekka-kiteserferow-i-backpakerow.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>10</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Fuerteventura – koszt wyjazdu na 7 dni, praktyczne wskazówki</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/10/fuerteventura-koszt-wyjazdu-na-7-dni-praktyczne-wskazowki.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/10/fuerteventura-koszt-wyjazdu-na-7-dni-praktyczne-wskazowki.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 27 Oct 2023 16:02:08 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Fuerteventura]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Kanaryjskie]]></category>
		<category><![CDATA[Fuerteventura atrakcje]]></category>
		<category><![CDATA[kiedy lecieć na Wyspy Kanaryjskie]]></category>
		<category><![CDATA[którą Wyspę Kanaryjską wybrać]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsza Wyspa Kanaryjska]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=22169</guid>

					<description><![CDATA[<p>Marzy Ci się wyjazd na Wyspy Kanaryjskie? Jeśli tak, naprawdę polecam wyspę Fuerteventura. Dla mnie to było niesamowicie pozytywne zaskoczenie pod wieloma względami. Ile kosztuje taka wycieczka na własną rękę? Jaka jest cena noclegów, wypożyczenia auta i jedzenia na Fuerteventurze? Dowiecie się w tym artykule. Dorzucam także wskazówki i praktyczne informacje, które pomogą Wam zaplanowanie i zorganizowanie wyjazdu. Jeśli planujecie odwiedzić Fuertę, koniecznie zajrzyjcie do mojego wpisu z planem: &#160; Jak dolecieć na Fuerteventurę &#8211; tanie loty Na tę Wyspę Kanaryjską można dolecieć naprawdę za niewielkie pieniądze. Za bilet w dwie strony z Warszawy zapłaciłam 439 zł. Oczywiście to nie jest regularna cena. Na pewno taniej będzie poza sezonem w naszym miesiącach zimowych. A jest to także dobra pora na odpoczynek na Kanarach. Jest ciepło i słonecznie, a do tego nie ma tak silnych wiatrów. Na Fuerteventurze spędziłam Święta Bożego Narodzenia i aura była wówczas idealna. Jedyny minus to niezbyt ciepła woda w oceanie. Niskobudżetowe linie, które oferują z Polski bezpośrednie loty na Fuerteventurę to Wizzair, latają z Warszawy i Katowic oraz Ryanair z Krakowa. Lot trwa ponad 5 godzin. Fuerteventura &#8211; ile kosztują noclegi Nocleg na wyspie podzieliłam na dwie lokalizacje, północną oraz południową. Chodziło o to, by mieć dobrą bazę wypadową do zwiedzania każdej części. Na początku na północy chciałam zanocować w Corralejo, jednak spora część kwater była już zarezerwowana i zostały te najdroższe. Dlatego też mój wybór padł na małą urokliwą miejscowość La Oliva, oddaloną od Corralejo o 16 km. I to była świetna decyzja. Pensjonat La Oliva Inn zarezerwowałam przez portal Airbnb. To pięknie urządzona willa z pokojami do wynajęcia, ładnym ogrodem i małym basenem. Za pokój 2 os. z łazienką za 3 noce zapłaciliśmy 638 zł. Do dyspozycji była także wspólna kuchnia oraz salon. Muszę także koniecznie wspomnieć o właścicielu, który przyjął nas niesamowicie gościnnie, służył radą w każdym momencie oraz częstował wieczorami lokalnymi specjałami. Naprawdę z ogromną chęcią i radością wrócę kiedyś w to miejsce i wszystkim je polecam. W półdniowej części zaszaleliśmy nieco bardziej i zanocowaliśmy w hotelu w Costa Calma o nazwie Bahia Calma Beach (kliknij w link i sprawdź cenę i dostępność). Skusiła mnie zabudowa i architektura hotelu, klimatyczne domki, alejki oraz porządny duży basen, choć w sumie były dwa. Za 4 noce w apartamencie z łazienką oraz aneksem kuchennym zapłaciliśmy 1695 zł. Czy to dużo? Sporo, ale warunki były naprawdę luksusowe, a do tego przepiękna laguna Sotavento czaiła się tuż za rogiem. Tu wyszukasz noclegi na wyspie Fuerteventura Wypożyczenie auta na Fuerteventurze Jeśli chodzi wypożyczenie samochodu, to tutaj mam dla Was dobre rady. I zacznę od tej, że jeśli planujecie pobyt na Fuerteventurze, jeśli macie już bilety, to od razu rezerwujcie auto. Te najtańsze bardzo szybko znikają i potem zostają tylko droższe opcje z sieciówek. Koniecznie sprawdźcie lokalną wypożyczalnię Cicar, jest najtańsza i nie pobiera depozytu. Druga z dobrymi cenami to Auto Reisen. W Cicar ceny zaczynają się od 182 EUR (837 zł) za auto na 7 dni. Oczywiście jest to koszt za najmniejszy samochód. Jeśli sprawdzicie na stronie linii Ryanair odpowiednio wcześnie, również możecie złapać dobrą cenę. I tak np. małe auto z wypożyczalni TopCar dostaniecie już za 255,91 (1151 zł) EUR na 7 dni. Ja płaciłam nieco więcej, bowiem wszystkie tańsze opcje były już wybukowane. Był to okres świąteczny, więc dużo większy popyt. Do tego trzeba dodać oczywiście koszt paliwa. Łącznie przez 7 dni pobytu zrobiliśmy ok. 500 km. Po wyspie podróżowaliśmy samochodem hundaii10. A ten pali 6,2l na 100 km. Benzyna na Fuerteventurze kosztuje 1,30 EUR, czyli 5, 80 zł. Zatem za paliwo zapłaciliśmy ok. 180 zł. Co zjeść na Fuerteventurze &#8211; koszt jedzenia A jak wygląda sprawa wyżywienia podczas takiej wycieczki? Czego można skosztować na Wyspach Kanaryjskich i ile to kosztuje? Podrzucam Wam ceny z restauracji. Skoro to wyspa, to z pewnością zjecie tu dobrą grillowaną rybkę. I to jest to, co ja zawsze robię w takich miejscach. Uwielbiam ryby, a skoro mogę zjeść świeżą, to zawsze korzystam z okazji. Ile trzeba za takie danie zapłacić? Cena waha się średnio od 1o do 15 EUR. Za grillowane kalmary zaś zapłaciłam 12 EUR. A skoro Hiszpania, to muszą być i tapasy. Oto moje ulubione, które zamawiałam chyba za każdym razem. Grillowane czosnkowe krewetki to moja ulubiona przekąska, które de facto często stawała się moim obiadem w połączeniu z innymi tapasami. Za ten smakołyk trzeba zapłacić od 8,50 do 10,50 EUR. Do tego dochodzą papas arrugadas, czyli &#8220;pomarszczone kartofelki&#8221;. To słynne ziemniaczki z Wysp Kanaryjskich, które są tu prawdziwym hitem. Ta przekąska kosztuje od 2,80 do 4 EUR. A do tego trio dołączają zielone papryczki pimentos de Padron, uduszone na patelni z solą smakują wybornie. Cena waha się od 3,90 do 6 EUR. A na deser koniecznie spróbujcie kanaryjskiej kawy na słodko o nazwie barraquito. To połączenie mleczka skondensowanego, likieru cytrusowego, espresso i spienionego mleka, zwieńczone cynamonem oraz skórką z cytryny lub limonki. Nie tylko smak jest wyjątkowy, ale także i wygląd. Wszystkie wspomniane składniki tworzą warstwy, z czego powstaje kolorowy przekładaniec. A na trawienie w restauracjach bardzo często na koniec posiłku serwowany jest tradycyjny rum z miodem, tzw. ron miel. Jest dość mocny, zawiera 20-30% alkoholu. Może on także stanowić deser, bowiem jest bardzo słodki i intensywny w smaku. Łącznie w restauracjach wydałam 436 zł podczas tego wyjazdu. Pozostałe jedzonko kupowaliśmy w supermarketach, tego nie liczę, paragonów brak, a to także kwestia indywidualna. Polecane restauracje: Olivo Corso w El Cotillo &#8211;  pyszne tapasy: krewetki czosnkowe, ziemniaczki, papryczki La Jaula de Oro &#8211; dobra grillowana ryba Restaurante Mamma Mia w Costa Calma &#8211; dobre grillowane kalmary z pieczonym ziemniakiem Dodatkowe koszta &#8211; wstępy, promy W dodatkowych kosztach wpisuję tylko przeprawę promową na pobliską wyspę Lobos. Bilet powrotny kosztował 15 EUR, czyli 69 zł. Podsumowanie &#8211; łączna kwota za wyjazd Podliczając powyższe wydatki, łączna kwota za wyjazd 7-dniowy na Fuerteventurę wynosi 2822 zł za osobę. To jest oczywiście kwota za podróż w dwie osoby, gdzie można podzielić koszty. Pogoda &#8211; czy na Fuercie zawsze wieje No właśnie, teraz znam już odpowiedź na to pytanie. Przed wyjazdem nastawiałam się bardzo na silne wiatry, bowiem od każdego słyszałam jedno: na Fuercie mocno wieje. Jakież było moje zaskoczenie, gdy moją twarz muskał jedynie lekki przyjemny wietrzyk. Podczas tygodniowego pobytu w grudniu ani razu nie doświadczyłam bardzo silnego wiania. I właśnie w tym, że miesiącu (ogólnie w miesiącach zimowych) jest spokojnie, o czym także poinformował nas nasz gospodarz w La Oliva. No dobrze, był jeden wyjątek, a konkretnie plaża Cofete, a szczególnie punkt widokowy po drodze. Wiało tak mocno, że ciężko było otworzyć drzwi samochodu, wysiąść i przejść kawałek. Ale tam to naprawdę zawsze wieje:) Plaże popcornowe na Fuerteventurze Popcornbeach, a właściwie plaże popcornowe, bo jest ich tu kilka, to obecnie bardzo popularna atrakcja na wyspie. Gdzie i jak je znaleźć? Uwaga, do tych plaż przeważnie prowadzą drogi o słabej jakości, szutrowe bądź jedynie utwardzone, gdzie trzeba jechać naprawdę ostrożnie, by nie wpaść w dziurę. Najbardziej znana to Caleta del Barco niedaleko Corralejo. I właśnie do tej planowałam pierwotnie dotrzeć. Odstraszyła mnie jednak jakość drogi i przez to zbyt długi dojazd. Jeśli ktoś z Was dotarł, podzielcie się proszę wrażeniami i doświadczeniem w komentarzu. Natomiast udało mi się dojechać do Majanicho oraz plaży w pobliżu, która zaznaczona jest na mapie właśnie jako Popcornbeach. Rzut beretem znajduję się się jeszcze jedna Playa el Hierro. W tym przypadku odcinek z Majanicho do kolejnych plaż jest także nieciekawy pod względem dojazdu. Nawierzchni brak i trzeba uważać na doły, dziury i kamienie. Dlaczego Popcornbeach? Na plaży znajduje się biały koral o nieregularnych kształtach wyrzucany przez wodę, który do złudzenia przypomina popcorn. Jakiś czas temu zdjęcia z tych miejscówek obiegły świat i stały się prawdziwym hitem Instagrama. I faktycznie, na zdjęciach koralowe kamyczki wychodzą pięknie. Natomiast sama plaża może lekko rozczarować, bowiem to nie jest tak, że cała usłana jest popcornem. Podobno na Caleta del Barco jest go najwięcej.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/10/fuerteventura-koszt-wyjazdu-na-7-dni-praktyczne-wskazowki.html">Fuerteventura – koszt wyjazdu na 7 dni, praktyczne wskazówki</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/10/fuerteventura-koszt-wyjazdu-na-7-dni-praktyczne-wskazowki.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Szlak Kopernikowski w województwie warmińsko-mazurskim</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/10/szlak-kopernikowski-w-wojewodztwie-warminsko-mazurskim.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/10/szlak-kopernikowski-w-wojewodztwie-warminsko-mazurskim.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 03 Oct 2023 21:34:24 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Mazury]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Warmii i Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Warmii]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzać na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Warmii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21964</guid>

					<description><![CDATA[<p>W tym artykule zabieram Was w niezwykłą podróż śladami Mikołaja Kopernika, a konkretnie na Szlak Kopernikowski w województwie warmińsko-mazurskim. Trasa ta upamiętnia naszego wielkiego astronoma, prowadzi przez regiony, które są z nim związane. Cały szlak liczy ok. 590 km i obejmuje trzy województwa, które razem ze mną pokazują także Bartek w podróży (woj. pomorskie) oraz Hasające Zające (woj. kujawsko-pomorski). Ja zabieram Was na Warmię, gdzie Kopernik spędził większość swojego życia. Tu dokonał swojego największego odkrycia oraz tu jest pochowany. Podczas mojej podróży odwiedziłam: Frombork, Pieniężno, Lidzbark Warmiński, Olsztyn, Olsztynek, Lubawę, Nowe Miasto Lubawskie oraz Kurzętnik. A na szlak udałam się nie bez powodu. W roku 2023 przypada 550. rocznica urodzin wielkiego astronoma oraz 480. rocznica jego śmierci. Kim był Mikołaj Kopernik Mikołaj Kopernik urodził się w 1473 roku w Toruniu. Bardzo wcześnie stracił ojca, zaś opiekę nad małym Mikołajem przejął jego wuj Łukasz Watzenrode i to on odegrał niezwykle istotną rolę w wychowaniu i życiu wielkiego uczonego. Zadbał o jego wszechstronne wykształcenie. Mikołaj Kopernik studiował także za granicą. We Włoszech zgłębiał tajniki medycyny oraz prawa. 1497 roku Mikołaj Kopernik został przyjęty do kapituły warmińskiej i objął kanonikat we Fromborku. W 1507 roku z nominacji kapituły został sekretarzem i lekarzem swojego wuja, biskupa warmińskiego Łukasza Watzenrodego. Mikołaja Kopernika śmiało można nazwać geniuszem. Był on świetnie uzdolniony i bardzo dobrze wykształcony. Parał się nie tylko astronomią (była to jego wielka pasja), ale był także medykiem, prawnikiem, ekonomistą, kanonikiem, tłumaczem, kartografem, administratorem oraz skutecznym dyplomatą, co udowodnił w wojnie z Krzyżakami. Oczywiście wszyscy znamy go jako rewolucjonistę, który swoją teorią heliocentryczną wywrócił świat do góry nogami. A tego odkrycia dokonał zupełnie sam na podstawie matematycznych obliczeń oraz przy użyciu prostych narzędzi astronomicznych. Frombork &#8211; gród Kopernika Malowniczy Frombork zdecydowanie musi się każdemu kojarzyć z Mikołajem Kopernikiem. A jeśli tak nie jest, to po lekturze tego artykułu z pewnością tak będzie. Frombork zwany jest przecież grodem Kopernika i to nie bez powodu. W tym mieście astronom mieszkał najdłużej. We Fromborku powstało między innymi jego najsłynniejsze dzieło &#8220;O obrotach sfer niebieskich&#8220;, tu je zredagował. W katedrze fromborskiej znajduje się jego grób, a co ciekawe wtórny pochówek odbył się dopiero w 2010 roku po badaniach DNA. Co warto zobaczyć we Fromborku? Wzgórze Katedralne We Fromborku na każdym kroku poczujecie ducha Mikołaja Kopernika. Obowiązkowym punktem jest tu Wzgórze Katedralne. Tutaj jako kanonik kapituły warmińskiej Kopernik żył i pracował niemal nieprzerwanie aż do dnia swojej śmierci. Wzgórze jest niewątpliwie unikatowe, uważane za najlepiej zachowaną średniowieczną warownię katedralną. W jej skład wchodzą: 1) gotycka katedra z czasów średniowiecza, której budowa rozpoczęła się już w roku 1329, tutaj pochowany jest Mikołaj Kopernik, 2) dawny pałac biskupi, a obecnie Muzeum Mikołaja Kopernika, 3) Wieża Kopernika, najstarszy element fortyfikacji, astronom zakupił ją na początku swojego pobytu we Fromborku i tu pomieszkiwał, należy ona także do Muzeum Mikołaja Kopernika, 4) dzwonnica zwana również Wieżą Radziejowskiego, w przyziemiach której mieści się planetarium; w wieży znajduje się wahadło Foucaulta, z góry zaś rozciąga się obłędny widok, a wejście na szczyt stanowi atrakcję samą w sobie. Nowy Pałac Biskupi Tuż obok Wzgórza Katedralnego stoi nowy pałac biskupi, wybudowany w połowie XIX wieku w stylu neogotyckim. I uwaga, można go zwiedzić zupełnie za darmo. Wystarczy zapisać się przez Internet na określoną godzinę, co bardzo Wam polecam. Nie tak dawno został przeprowadzony remont pomieszczeń pałacowych. Zwiedzającym udostępniono pierwsze piętro. Zobaczycie tu piękne wnętrza z oryginalnymi sprzętami dawnych mieszkańców i ich gości. Na uwagę zasługują oryginalne piece kaflowe oraz kaplica. Wejścia są o godzinie 10:00, 11:00 i 14:00. Rynek w kształcie Układu Słonecznego Koniecznie trzeba zajrzeć na fromborski rynek. Tutaj także znajdziemy odniesienie do Mikołaja Kopernika i jest to nie tylko jego pomnik. Rynek nawiązuje do Układu Słonecznego. Centralnym punktem jest fontanna. W nawierzchni placu zaprojektowano koliste pasy z ciemnej granitowej kostki, przypominające orbity. Stoją na nich ławeczki, symbolizujące osiem planet. Na trzeciej od centrum, czyli na Ziemi, znajduje się figura Mikołaja Kopernika ze zwróconą twarzą w kierunku Wzgórza Katedralnego. Najlepiej ten układ widać oczywiście z góry. Szpital św. Ducha Będąc we Fromborku koniecznie zobaczcie Dział Historii Medycyny Muzeum Mikołaja Kopernika. A znajduje się on w zespole poszpitalnym św. Ducha. To jedyny w Polsce zabytek szpitalnictwa, który w niezmienionym kształcie zachował się od początku XVII wieku. Będziecie tu mogli nieco bardziej zagłębić się w ludzką anatomię i to na konkretnych przykładach. Dowiecie się, z jakich przyczyn kiedyś umierano i zobaczycie, co działo się wówczas w ludzkim ciele. Poznacie dawne metody ziołolecznictwa. I tak np. w średniowieczu wierzono, że wdychanie bazylii powoduje zalęganie się w głowie skorpionów i robaków. Zobaczycie narzędzia wykorzystywane kiedyś w diagnostyce oraz aptekarstwie, np. te do lewatywy. Wrażenie robi także zabytkowa kaplica św. Anny i malowidła na jej ścianach, najcenniejsze to „Sąd ostateczny”. Zabytkowy budynek szpitala wraz z gotycką kaplicą powstał w pierwszej połowie XV wieku. Warto także zajrzeć do ogrodu zielnego. Wieża Wodna Wieża Wodna, czyli wodociągowy cud techniki XVI wieku, stoi w pobliżu pomnika Mikołaja Kopernika. Koniecznie wejdźcie na górę, skąd rozciąga się przepiękny widok na Wzgórze Katedralne, miasto i Zalew Wiślany. Już samo wejście dostarcza małej adrenaliny, bowiem schodki przyczepione są do bocznych ścian, a na środku mamy jedną wielką przestrzeń. Wspinając się na wieżę, dowiemy się więcej o tym, do czego służyła i jak funkcjonował cały mechanizm wodny. W jednym z pomieszczeń można obejrzeć film na ten temat. Wewnątrz ulokowała się także urocza kawiarenka. Wstęp na wieżę jest bezpłatny. Mural z Mikołajem Kopernikiem Przespacerujcie się koniecznie promenadą na plażę i namierzcie wielkiego astronoma. To jeden z murali, jaki powstał na Warmii w ramach projektu, który ma na celu przypomnienie, że Kopernik większość życia spędził w tym regionie. Łącznie powstało pięć murali, we Fromborku, Pieniężnie, Olsztynku, Lidzbarku Warmińskim i Nowym Mieście Lubawskim. Projekty powstały z inicjatywy samorządu województwa, a zostały stworzone przez polskich artystów. Ten we Fromborku przedstawia Kopernika jako medyka z konwalią w dłoni. Park Astronomiczny w Roninie koło Fromborka Jeśli macie czas, zdecydowanie warto podjechać do obserwatorium, czyli Parku Astronomicznego w Roninie na Żurawiej Górze. To tylko 1,5 km od miasta. Obserwatorium należy do Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku. Organizowane są tu różnego rodzaju warsztaty, prelekcje i obserwacje nieba, które pozwalają na poznanie tajemnic kosmosu. Szczególnie ciekawą opcją jest nocny pokaz nieba. W parku znajdują się teleskopy oraz inne urządzenia astronomiczne, które umożliwiają dokładne obserwacje gwiazd, planet, komet i innych obiektów niebieskich. Zobaczycie tu jeden z największych teleskopów w Polsce o średnicy zwierciadła 650 mm, który wykonała na zamówienie Muzeum Mikołaja Kopernika firma Uniwersał z Żywca. Ponadto obejrzeć tu można kilka starszych przyrządów z przełomu XIX i XX wieku. Oprowadzanie po parku oraz prezentacje urządzeń odbywa się w wyznaczonych godzinach, o 16.30, 17:30 oraz 18:30, zaś nocny pokaz nieba rozpoczyna się o 22:00. Pieniężno Pieniężno włączyłam do swojego planu, będąc już na miejscu, podróżując już po Warmii. Wiedziałam, iż ta mała miejscowość leży na Szlaku Kopernikowskim, wiedziałam, że znajdę tu ruiny Zamku Kapituły Warmińskiej. A że takie miejsca poza utartą trasą zawsze bardzo mnie interesują, postanowiłam zajrzeć i tu. Pieniężno oraz ruiny zamku są niezwykle malowniczo położone nad wijącą się rzeką Wałszą. Mikołaj Kopernik przebywał na zamku kilkukrotnie w latach 1517 oraz 1518. A jako, że pełnił funkcję administratora okolicznych dóbr, zajmował się tutaj lokacją osadników w pobliskich wsiach. Gotyckie trio w Pieniężnie Gotycki Zamek Kapituły Warmińskiej ma bardzo burzliwą historię, wielokrotnie przebudowywany, po II wojnie światowej pozostał już niestety ruiną. Oryginalnie był włączony do miejskich murów i od początku istniał z kościołem. Gotycka świątynia została jednak rozebrana, a obecny kościół wzniesiono w XIX wieku. Natomiast włączono do niego średniowieczną wieżę, co od razu rzuca się w oczy. Innymi budowlami, na które warto zwrócić tu uwagę, są niewątpliwie pozostałości gotyckiego ratusza oraz wspominany kościół św. Apostołów Piotra i Pawła, które wraz z ruinami tworzą swego rodzaju gotyckie trio, pamiętające czasy Mikołaja Kopernika. Kościół posiada szereg cech charakterystycznych dla gotyku warmińskiego, jak wieżyczki, czyli sterczyny, zbudowane z zielonej polerowanej cegły, i siodłowy dwuspadowy dach wieży. Pieniężno kryje w sobie wiele tajemnic i krążą o nim różne legendy. Odkryte tu cmentarzysko świadczy o tym, iż istniała tu niegdyś prastara osada, która stanowiła pogańskie miejsce kultu duchów podziemnych. Mural z Mikołajem Kopernikiem W Pieniężnie powstał także jeden z murali, przedstawiających Mikołaja Kopernika. Tutaj wielki uczony został zaprezentowany jako administrator dóbr kapitulnych oraz astronom. Mural namalowano na ścianie budynku szkoły w konwencji bajkowej. Lidzbark Warmiński Kolejne niezwykle malowniczego miasto na Szlaku Kopernikowskim to Lidzbark Warmiński, nazywany perłą Warmii. I nie ma w tym ani krzty przesady. Mikołaj Kopernik w Lidzbarku Warmińskim znalazł się za sprawą swojego wuja, Łukasza Watzenrode, który wychowywał go po śmierci ojca. Na zamku Mikołaj pełnił obowiązki osobistego sekretarza i lekarza biskupa, którym wówczas był jego wuj. Uczony towarzyszył mu także podczas negocjacji polsko-krzyżackich i innych wydarzeń politycznych. Tutaj opracował zarys teorii heliocentrycznej. A co warto zobaczyć w Lidzbarku Warmińskim i jakie ślady Mikołaja Kopernika tu znajdziemy? Zamek Biskupów Warmińskich Gotycki zamek Biskupów Warmińskich w Lidzbarku Warmińskim to punkt obowiązkowy. Wzniesiono go w niezwykle urokliwym miejscu, przy ujściu rzeki Symsarny do rzeki Łyny w XIV wieku. Biskupi warmińscy rezydowali tu prawie czterysta pięćdziesiąt lat, bo od 1350 do 1795 roku. Zamek w Lidzbarku Warmińskim był ich główną siedzibą i ośrodkiem władzy. Do czasów obecnych przetrwał w prawie niezmienionej formie. Na dziedzińcu od razu zwracają uwagę piękne krużganki, które przypominają Wawel. Obecnie w salach zamkowych mieści się Muzeum Warmińskie. Zajrzyjcie tu koniecznie dla pięknych sal i niezwykłych artefaktów. Najcenniejsza jest tutaj kapa liturgiczna z XVI wieku, zdobiona srebrem i złotem. Oszałamiające wrażenie robi Sala Sądowa, czyli Wielki Refektarz. Jest ona przykładem gotyckiej architektury z charakterystycznymi cechami tego okresu, takimi jak sklepienia krzyżowe i filary. Salę przykryto sześcioprzęsłowym sklepieniem gwiaździstym z żebrem przewodnim. Służyła jako miejsce rozpraw sądowych oraz spotkań biskupa z dostojnikami i mieszkańcami Warmii. Warto także zajrzeć do galerii na poddaszu zamku oraz wdrapać się na wieżę i sprawdzić, jakie widoki ona serwuje. Przedzamcze &#8211; ****Hotel Krasicki We wnętrzach przedzamcza ulokował się imponujący 4-gwiazdkowy HOTEL KRASICKI, w którym miałam okazję nocować. I oczywiście pobyt był fantastyczny pod każdym względem. Znajdziecie tu stylowo urządzone pokoje, sale konferencyjne, piękną bibliotekę oraz usługi SPA. I to właśnie od nazwiska biskupa i poety Ignacego Krasickiego hotel wziął swoją nazwę. A jest on także znaczącą postacią w historii miasta. Był on ostatnim biskupem warmińskim, rezydującym na zamku lidzbarskim. Po jego wyjeździe w 1794 roku opuszczona budowla stopniowo zaczęła popadać w zapomnienie. Hotel Krasicki powstał w 2011 roku w niszczejących od lat pomieszczeniach Przedzamcza. Co ważne, projekt zakładał jak najmniejszą ingerencję w zabytkową zabudowę i tak też się stało. Udało się nie tylko uratować historyczną wartość obiektu, ale także wyeksponować piękną architekturę. Odtworzono także XVIII-wieczną wieżę zegarową. Nocując w tym miejscu można przenieść się w czasie, a jednocześnie doświadczyć nowoczesnego komfortu. Hotel Krasicki to jedyny polski hotel, posiadający prestiżowy tytuł World Luxury Hotel Award. Co jeszcze warto zobaczyć w Lidzbarku Warmińskim Innymi gotyckimi zabytkami miasta są kościół kolegiacki św. Piotra i Pawła z klasztorem oraz Wysoka Brama. Koniecznie zajrzyjcie też na rynek. Następnie namierzcie ogromny mural z Mikołajem Kopernikiem. Tu, w Lidzbarku Warmińskim, uczony został przedstawiony jako medyk z symbolem medycyny Eskulapem. Tuż naprzeciwko kościoła św. Piotra i Pawła stoi klasycystyczna Oranżeria Krasickiego, w której obecnie mieści się ośrodek kultury. Wybierzcie się także nad Bulwary nad Łyną. Cóż to jest za malownicze miejsce! Poszukajcie koniecznie pomnika Mikołaja Kopernika, Napoleona oraz ławeczki Krasickiego. A zadziwić Was może drzewko jazzowe. Lidzbark Warmiński jako uzdrowisko A na przyjemny relaks udajcie się do Lidzbarskich Tężni, Domu Zdrowia i na Warmińskie Termy, gdzie także mieści się hotel. Czy wiecie, że Lidzbark Warmiński ubiega się o status uzdrowiska? Tak, już w 2013 roku stwierdzono, że tutejszy klimat posiada właściwości lecznicze. Zresztą te tradycje kiedyś już tu były. Gdy tylko zakład przyrodoleczniczy zostanie ukończony, uzdrowisko będzie mogło działać w pełni. Lidzbarskie Tężnie zostały oficjalnie otwarte w 2021 roku, co sprawia, że ​​są dość nowoczesnym obiektem w mieście. Jednak pomysł na wykorzystanie solanki do celów leczniczych ma korzenie sięgające wieków, a solanki są cenne ze względu na zawarte w nich minerały. Uwagę zwraca ciekawy kształt tężni, która przypomina ślimaka. Skąd taki pomysł? Lidzbark Warmiński należy do sieci miasteczek Cittaslow. A ich symbolem jest właśnie ślimak. W górze tężni...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/10/szlak-kopernikowski-w-wojewodztwie-warminsko-mazurskim.html">Szlak Kopernikowski w województwie warmińsko-mazurskim</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/10/szlak-kopernikowski-w-wojewodztwie-warminsko-mazurskim.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Majorka &#8211; 8 rzeczy, które musisz wiedzieć przed wyjazdem</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/08/majorka-8-rzeczy-ktore-musisz-wiedziec-przed-wyjazdem.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/08/majorka-8-rzeczy-ktore-musisz-wiedziec-przed-wyjazdem.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 05 Aug 2023 13:25:12 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Hiszpania]]></category>
		<category><![CDATA[hiszpańskie tapas]]></category>
		<category><![CDATA[Majorka na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Zwiedzanie Majorki autobusem]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21881</guid>

					<description><![CDATA[<p>Majorka na własną rękę? No pewnie. Wyjazd możecie zorganizować samemu i to bez wypożyczania samochodu na miejscu. Z Polski na tę hiszpańską wyspę lata Wizzair oraz Ryanair. Oto garść praktycznych informacji o Majorce, które z pewnością ułatwią planowanie. Co musisz wiedzieć przed wyjazdem? Łap wskazówki o autobusach, noclegach, atrakcjach i kilku innych rzeczach. Jeśli wybierasz się na Majorkę z pewnością zainteresuje Cię mój plan podróży: &#160; Dojazd z lotniska do Palma de Mallorca Z lotniska do stolicy Majorki kursuje autobus A1. Przystanek znajdziecie po wyjściu z hali przylotów, idąc kilka metrów prosto, a potem w prawo. Bilet kosztuje 5 EUR i uwaga, można za niego zapłacić tylko gotówką! Tak jest jedynie na tej trasie. Za pozostałe przejazdy autobusami po wyspie można płacić kartą i jest to nawet tańsze. Jak to działa, o tym za chwilę. W autobusie z lotniska są gniazdka USB, można więc podładować telefon lub inny sprzęt. Jak działają autobusy na Majorce Dworzec autobusowy w Palmie znajduje się w podziemiach. Na tablicach podane są numery linii, miejscowości przez które autobus jedzie oraz numer stanowiska, z którego odjeżdża dany autobus. Wszystko jest czytelne i dobrze zorganizowane. Bilety kupuje się u kierowcy. Są one tańsze przy płatności kartą lub online. Uwaga‼️ Przy wejściu do autobusu należy przyłożyć kartę w celu jej weryfikacji. Należność nie zostanie jeszcze naliczona. Przy wyjściu ponownie odbijamy kartę celem zapłaty. Pieniądze nie schodzą od razu z karty. Rozliczenie następuje wieczorem lub kolejnego dnia. Cena biletu zależy od odcinka. Waha się od 1,80 do 5,40 EUR. Cenę za odcinek sprawdzisz na stronie tib.org. Są też zniżki na przejazdy grupowe do 5 osób. Trzeba tylko zapłacić tą samą kartą. Przykładowe ceny biletów: przejazd z Palmy do miasteczka Valldemossa &#8211; 2,70 EUR, przejazd z Palmy do Alcudi &#8211; 5,40 EUR. Rozkłady na przystankach są aktualne, a autobusy rzadko się spóźniają. Siatkę autobusów sprawdzisz na stronie tib.org. Mapkę można ściągnąć na telefon. Noclegi na Majorce Noclegi w Palmie, stolicy wyspy, są drogie. Nawet za miejsce w pokoju wieloosobowym w hostelu trzeba zapłacić konkretne pieniądze. Jeśli chcesz zaoszczędzić, sprawdź inne miejscowości na wyspie. Tu polecam poszperać na portalu Airbnb, na przykład w okolicach Alcudi. Natomiast Palma de Mallorca jest zdecydowanie świetną bazą wypadową w inne zakątki z racji tego, iż siatka połączeń autobusowych jest tu największa. A do tego stolica wyspy to punkt obowiązkowy, jeśli chodzi o zwiedzanie. Na to polecam przeznaczyć minimum jeden dzień. Polecany nocleg w Palma de Mallorca W związku z powyższym swój nocleg zarezerwowałam właśnie w Palma de Mallorca w Hostal Pons. Lokalizacja jest idealna, bowiem hotel znajduje się w starej części Palmy zaledwie 250 metrów od zatoki oraz 500 metrów od katedry i pałacu Almudaina. To tak naprawdę to historyczny majorkański dom i tak też jest urządzony wewnątrz. Wystrój robi niesamowite wrażenie wraz z salą kominkową oraz z pokojem fortepianowym. Do środka wchodziło się niegdyś przez pokaźną drewnianą bramę, a obecnie przez małe drzwi otwierane od wewnątrz. I tu mogę napisać o jednym małym minusie, a mianowicie o tym, że gdy już zjawiłam się na miejscu, nikt mi nie otworzył, mimo kilkukrotnego użycia dzwonka. Bramę otworzyła mi dopiero osoba, wchodząca do hostelu. Ten brak reakcji na dzwonek nieco mnie zdziwił, bowiem cały czas byłam w kontakcie z właścicielami w aplikacji WhatsApp, którzy wiedzieli, o której przyjadę. Niemniej ta sytuacja nie miała wpływu na moją ocenę tego miejsca. Właściciele okazali się bardzo mili i pomocni w każdej kwestii. Doradzili odnośnie zwiedzania, jak i dostarczyli czajnik do pokoju oraz użyczyli suszarki do włosów. Sam budynek jest naprawdę piękny i czuć ten historyczny klimat. Można by rzecz, że mój pokój nieco przypominał małą celę lub skromny pokoik klasztorny, niemniej mi to w ogóle nie przeszkadzało. Stare drzwi przepuszczały hałas z zewnątrz, ale to także nie było dla mnie problemem. W pokoju do dyspozycji miałam piękne zdobione łóżko, szafę, krzesełko oraz umywalkę, co było bardzo przydatne. Łazienka znajdowałam się na korytarzu tuż przy moim pokoju i była wspólna. No dobrze, a ile za to wszystko zapłaciłam? Nocleg w pokoju 1-osobowym bez śniadania kosztował mnie 60 EUR za dobę. I tak, to nie było mało, ale zdecydowanie najniższa cena, jaką udało mi się znaleźć w samodzielnym pokoju w czasie Wielkanocy. Noc w pokoju 2-osobowym zaczyna się od 444 zł. Jeśli na Majorkę udajecie się poza sezonem i nie w święta, wówczas macie szansę na lepsze ceny. Dwójkę można ustrzelić już za 250 zł. Tu wyszukasz noclegi na Majorce Cap de Formentor Jeśli wybieracie się na Majorkę, z pewnością będziecie chcieli udać się na Cap de Formentor. I tutaj info zarówno dla tych, którzy przemieszczają się autobusami, jaki i samochodem. Jest to jedno z najbardziej malowniczych miejsc na wyspie i jednocześnie jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych na Majorce. Na samym przylądku znajduje się latarnia morska, która jest nie tylko użyteczna dla statków, ale także stanowi ważny punkt orientacyjny dla turystów. To tutaj można zobaczyć fantastyczne widoki na Morze Śródziemne, Morze Balearskie oraz skaliste wybrzeże. Oprócz spektakularnych widoków, Cap de Formentor oferuje także kilka pięknych plaż, gdzie można odpocząć i schłodzić się w krystalicznych wodach. Jedną z popularniejszych jest Playa de Formentor, która jest wyjątkowo urocza z miękkim, białym piaskiem i szmaragdowym morzem. Jak dojechać na Cap de Formentor? Jak dotrzeć na Cap de Formentor? Opcje są dwie, choć to też zależy, czy wybieramy się tam w sezonie czy poza. Jedna z możliwości to komunikacja publiczna. Z Alcudi oraz z Port de Pollenca kursuje w sezonie autobus nr 334 (od czerwca do września). Jeśli macie czas, koniecznie tam pojedźcie. W Wielkanoc jeszcze nie kursował, więc szczegółowo nie opiszę Wam tej podróży. Inna opcja to wynajęte auto, ale&#8230; tu także pojawia się pewne ograniczenie. Droga na sam przylądek Formentor w sezonie zamknięta dla samochodów Uwaga! W sezonie, czyli w czerwcu, lipcu, sierpniu i wrześniu, dojazd na sam przylądek Formentor możliwy jest wyłącznie komunikacją publiczną. Droga jest zamykana dla samochodów. Tak jest od 2019 roku z przerwą na okres pandemiczny. Restrykcje obowiązują także w 2023 roku w okresie od 1. czerwca do 30. września w godzinach od 10 do 22:30. Oznacza to, że samochód trzeba zostawić na parkingu, by potem przesiąść się w autobus. Jeśli przyjedziesz samochodem w wymienionych wyżej godzinach, ograniczenia napotkasz na początku drogi MA-2210, która wije się aż do punktu widokowego Es Colomer. Przylądek Formentor jest naturalnym obszarem i częścią pasma górskiego Serra de Tramuntana, które znajdują się pod ochroną UNESCO jako obszar krajobrazu kulturowego. Powyższe ograniczenia mają na celu zredukowanie zatłoczenia, korków i ochronę środowiska. Polski akcent na Majorce Jeśli czytaliście poprzedni wpis Majorka na 4 dni – co warto zobaczyć, plan podróży, to wiecie, że na tejże hiszpańskiej wyspie gościła para znamienitych gości z Polski. Byli nimi Fryderyk Chopin wraz z George Sand. Para mieszkała tu przez 2 miesiące w Klasztorze Kartuzów w miasteczku Valldemossa. Znajduje się tu niewielkie muzeum, poświęcone wielkiemu kompozytorowi. I jak się okazuje, kochankowie mieszkali przez chwilę także w Palma de Mallorca. W stolicy znajdziecie pomnika tego artysty. Fryderyk Chopin na Majorce spędził zimę 1838/1839 roku. Pobyt ten był związany z troską o zdrowie kompozytora, który cierpiał na przewlekłe schorzenia płucne, prawdopodobnie spowodowane gruźlicą. Jego ukochana, pisarka George Sand, postanowiła zabrać go na ciepłą i korzystną dla zdrowia wyspę na Morzu Śródziemnym. Podczas pobytu na Majorce, Fryderyk Chopin pracował nad swoimi dziełami muzycznymi, w tym m.in. nad Preludiów op. 28. Niektóre z tych kompozycji odzwierciedlają zarówno jego twórczą ekspresję, jak i jego uczucia związane z niełatwym okresem na wyspie. Miejscowi niechętnie przyjęli ich nietypowy związek, a mieszkanie było raczej skromne i pozbawione niezbędnych udogodnień. Chopin i George Sand wynajęli Klasztor Kartuzów, który stał się miejscem ich pobytu i pracy. Dziś można odwiedzić te historyczne pomieszczenia i dowiedzieć się więcej o tamtych czasach. Zakupy spożywcze na Majorce Gdzie robić spożywcze zakupy na Majorce? Tutaj mała wskazówka ode mnie. Na Majorce znajdziecie wiele różnych supermarketów i zdawać by się mogło, że wszystko jedno, do którego się udacie. Jeśli chcecie zaoszczędzić, nie kupujcie w Spar&#8217;ach. Ceny są tam zauważalnie wyższe. Poszukajcie takich marketów, jak Mercadona czy Eroski. Mercadona to jedna z największych i najpopularniejszych sieci supermarketów na Majorce. Oferuje szeroki wybór świeżych owoców, warzyw, mięsa, ryb, pieczywa oraz innych podstawowych produktów spożywczych. Mają również dział z artykułami codziennego użytku, kosmetykami i chemią gospodarczą. Eroski to druga popularna sieć supermarketów na wyspie. Gdzie zjeść w Palma de Mallorca Na pewno tej informacji będziecie szukać przed wyjazdem. Ja szukałam. W Siecie znalazłam kilka namiarów i nimi się z Wami podzielę. Oczywiście nie byłam w stanie przetestować każdego miejsca. A jako, że byłam w czasie Wielkanocy, to również nie wszystkie lokale były otwarte. Natomiast udało mi się zajrzeć do restauracji Casa Julio i tę bardzo Wam polecam. To swego rodzaju tawerna, ulokowana w starej części miasta. Zwabił mnie tu niewątpliwie zapach oraz polecenie koleżanki. Sugeruję, by zrobić rezerwację, jeśli chcecie być pewnie, że dostaniecie tu stolik. Lokal serwuje tapasy dania kuchni majorkańskiej oraz ryby i owoce morza. Cenowo jest całkiem w porządku (jeden $ na Tripadvisorze), jeśli rozpatrzymy to miejsce w kategorii restauracji. Cennik przykładowych dań wygląda następująco: patatas bravas &#8211; 8 EUR, frito mallorquin &#8211; 9,50 EUR (to tradycyjne danie mięsne na bazie wieprzowych podrobów, ziemniaków, papryki i cebuli, podsmażanych w oliwie z oliwek; jest sycące, doskonale oddaje smaki regionu), frito marinero &#8211; 9,50 EUR (w tym przypadku zamiast podrobów dodaje się owoce morza), czosnkowe krewetki &#8211; 17 EUR, grillowana ryba (dorada lub inna) z frytkami i warzywkami &#8211; 16 EUR. Drugie polecane i sprawdzone przeze mnie miejsce to targ na promenadzie przy ulicach Passeig de Sagrera oraz Ronda Migjorn, tuż za budynkiem giełdy handlowej La Llotja. Na samym końcu ulokowała się restauracyjka (niestety nazwy nie zauważyłam), która serwowała jedzenie na powietrzu, zaś potrawy były przyrządzane na oczach przechodniów. Nie wiem, czy ten targ funkcjonuje tylko w okresie Wielkiej Nocy, czy też przez dłuższy czas. Jeśli sprawdzicie, dajcie znać. Zjadłam tu talerz świeżej paelli i wypiłam piwko, za co zapłaciłam 12 EUR. Wybór jest o wiele większy, od kiełbasek, owoców morza po pieczone prosię z rożna. Pozostałe jadłodajnie i restauracje, które warto sprawdzić w stolicy wyspy to: Calixto &#8211; serwuje dania kuchni lokalnej, podobno najlepsza paella w mieście, Celler Sa Premsa &#8211; miejsca z tradycjami, odwiedzane przez miejscowych, podobno jedna z autentycznych majorkańskich jadłodajni, ciekawy wystrój wewnątrz, kuchnia lokalna: sopas mallorquinas lub frito mallorquin, Mercat de l&#8217;Olivar &#8211;  popularny targ spożywczy, gdzie znajdziecie świeże owoce, warzywa, sery, mięso oraz gotowe dania; kupicie tu pyszne kanapki, tapasy i przekąski w rozsądnych cenach. Czego spróbować na Majorce &#8211; kuchnia majorkańska Majorka oferuje bogate i różnorodne doświadczenia kulinarne, a lokalna kuchnia to prawdziwy raj dla miłośników smaków śródziemnomorskich, szczególnie owoców morza. Oto kilka popularnych dań, które warto spróbować na tejże wyspie. Przekąski na Majorce Pa amb oli to tradycyjna kanapka na Majorce. Składa się z kromki chleba, którą smaruje się oliwą z oliwek i często posypuje przekrojonym pomidorem oraz szynką lub serem. Dobrze smakuje również z owocami morza, jak i samym serem oraz tuńczykiem. To prosta, ale smaczna przekąska, która jest popularne jako lekki posiłek. Sobrassada to typowa kiełbasa na Majorce, która jest przygotowywana z mięsa wieprzowego, czerwonej papryki i przypraw. Sobrassada jest delikatnie pikantna i doskonała jako przekąska na chlebie lub jako dodatek do różnych dań. Empanadas to pieczone lub smażone pierożki lub babeczki z nadzieniem mięsnym, warzywnym lub rybnym. Empanadas są popularne w całej Hiszpanii, a na Majorce znajdziecie różnorodne smaki tej przekąski. Mi szczególnie smakowała wersja warzywna, choć najpopularniejsza jest z mięsem. Tradycyjne dania na Majorce Frito Mallorquin to tradycyjne danie mięsne na bazie wieprzowiny, ziemniaków, papryki i cebuli, podsmażanych w oliwie z oliwek. Jest bardzo sycące. I tego dania spróbuję następnym razem, bowiem nie udało mi się tego zrobić podczas tej podróży. Arroz brut to rodzaj hiszpańskiej paelli, popularnej na Majorce. Arroz brut zawiera ryż gotowany w bulionie mięsnym z dodatkiem różnych mięs, warzyw i przypraw. To danie, które uwodzi aromatami i smakami, a na Majorce jest często podawane w specjalnych okazjach i uroczystościach. Tumbet to danie warzywne podobne do francuskiej potrawy ratatouille. Składa się z plastrów bakłażana, ziemniaków, papryki i pomidorów, które są pieczone i podawane z sosem pomidorowym. To świetna opcja dla wegetarian i miłośników warzyw. Caldereta de...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/08/majorka-8-rzeczy-ktore-musisz-wiedziec-przed-wyjazdem.html">Majorka &#8211; 8 rzeczy, które musisz wiedzieć przed wyjazdem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/08/majorka-8-rzeczy-ktore-musisz-wiedziec-przed-wyjazdem.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>6</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Majorka na 4 dni &#8211; co warto zobaczyć, plan podróży</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/07/majorka-na-4-dni-co-warto-zobaczyc-plan-podrozy.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/07/majorka-na-4-dni-co-warto-zobaczyc-plan-podrozy.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 09 Jul 2023 20:25:57 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Hiszpania]]></category>
		<category><![CDATA[Majorka na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miasteczka na Majorce]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze plaże na Majorce]]></category>
		<category><![CDATA[Zwiedzanie Majorki autobusem]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21648</guid>

					<description><![CDATA[<p>Majorka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, choć przed wyjazdem moje skojarzenia były różne. Tłumy turystów, drogo, wszechobecna komercja. I być może tak jest w sezonie, natomiast ja na Majorkę wybrałam się w kwietniu. I to była bardzo dobra decyzja, bo ludzi było zdecydowanie mniej niż w lecie. A sama Majorka naprawdę może zachwycić, zarówno zapierającymi dech krajobrazami, jaki i niesamowitymi zabytkami. Jest to więc połączenie idealne. Co warto zobaczyć na Majorce przez 4 dni? Oto mój plan podróży. Zaznaczam od razu, że zrealizowałam go, przemieszczając się po wyspie autobusami. Jeśli wypożyczycie auto, z pewnością będziecie bardziej elastyczni, choć transport publiczny na Majorce działa naprawdę bardzo dobrze.Jeśli nie chcesz planować wszystkiego osobno, możesz sprawdzić gotowe pakiety wakacyjne na Majorce (lot + hotel), co często pozwala zaoszczędzić czas na szukanie noclegów. Jeśli planujecie wyjazd na Majorkę, koniecznie zajrzyjcie do mojego wpisu z informacjami praktycznymi o Majorce: &#160; Dzień 1 na Majorce &#8211; Valldemossa i Soller Przejazd z lotniska o 9:00 na dworzec autobusowy w Palmie &#8211; bilet 5 EUR. Przejazd autobusem nr 203 za 2,70 EUR do Valldemossa &#8211; zwiedzanie pół dnia. Valldemossa Valledemossa to malutkie miasteczko na Majorce, malutkie, ale jakże sławne. Droga z Palmy do tego miejsca jest niezwykle malownicza, prowadzi bowiem przez góry. Valldemossa jest niezwykle urokliwa, stare wąskie uliczki, kamieniczki ozdobione kwiatami, a dookoła góry. Ta miejscowość jest także niezwykle popularna wśród turystów. Uwaga, to drugie najczęściej odwiedzane miasto na Majorce. Dlaczego? Być może za sprawą znamienitych gości, czyli Fryderyka Chopina i George Sand. Tak, tak, jest tutaj polski akcent. Para mieszkała tu przez 2 miesiące w Klasztorze Kartuzów. Znajduje się tu niewielkie muzeum, poświęcone wielkiemu kompozytorowi. Warto także przespacerować się na punkty widokowe. Znajdują się one przy głównej szosie, więc uważajcie na pędzące samochody. W pewnym momencie chodnik się urywa i trzeba przejść poboczem. Punkty widokowe są zaznaczone na mapach Google, więc bez problemu je namierzycie. Jadąc z Palmy też je zobaczycie. Zajmijcie miejsca po lewej stronie autobusu. Z Valldemossa udałam się autobusem nr 203 za 2,70 EUR do Port de Soller. Tip: jeśli macie czas, zatrzymajcie się po drodze także w wiosce Deia. Leży ona w samym środku gór, a widoki są obłędne. Jeśli chcecie podziwiać je z autobusu, usiądźcie po lewej stronie. Port do Soller i zabytkowy tramwaj Tutaj przybyłam po to, by doświadczyć przejażdżki osławionym już zabytkowym tramwajem oraz zabytkowym pociągiem. Autobusem dojechałam do Port do Soller. Przystanek autobusowy znajduje się ciut poza miasteczkiem, do którego dojdziecie w około 10-15 min. To typowo wypoczynkowy kurort nad samym morzem na północno-zachodnim wybrzeżu Majorki. W samym centrum znajduje się plaża oraz długa promenada z mariną, okolona przez liczne bary i restauracje. Widok przyjemny, aczkolwiek jak dla mnie nic spektakularnego. Atrakcją jest tutaj niewątpliwie zabytkowy tramwaj, który kursuje na trasie Port do Soller &#8211; Soller. Jak dostać się na jego pokład? Trzeba po prostu namierzyć przystanek. Jeśli staniecie przodem do plaży, wówczas musicie udać się w prawo promenadą, aż dojdziecie do punktu, gdzie z pewnością będzie oczekiwała grupka ludzi. A jak się przyjrzycie, to zobaczycie coś w rodzaju szyldu przystankowego, na którym umieszczono informacje o tramwaju oraz rozkład. Bilet można zakupić przez Internet lub w tramwaju. Konduktorzy skrupulatnie pilnują tego, by każdy został uprawniony do podróży. Przejazd zabytkowym tramwajem z Port Soller do Soller kosztuje 8 EUR, a trwa on około 20 minut. Soller i zabytkowy pociąg Zwiedzanie Soller przez godzinę. Soller to przyjemne miasteczko, które słynie z sadów cytrusowych. Zobaczycie je z pewnością podczas jazdy tramwajem. Słynie także z przepięknego kościoła Sant Bartomeu. Zobaczycie go już w trakcie podróży zabytkowym tramwajem. To chyba najbardziej znany kadr z Soller. Wybudowano go w XIII wieku, jednak od tamtej pory budynek przeszedł kilka znaczących zmian. Dostrzeżemy elementy barokowe, jak np. fasada wraz neogotyckimi zdobieniami. Warto oczywiście wybrać się tu na spacer wąskimi uliczkami, podczas którego skosztujecie świeżo wyciskanego słodkiego soku z pomarańczy. Powrót do Palmy zabytkowym pociągiem &#8211; koszt 18 EUR. Tak, ta cena przeraziła i mnie. Nie chciało mi się jednak szukać przystanku autobusowego i sprawdzać rozkładu. A ten przejazd potraktowałam jako atrakcję. Sam dworzec kolejowy robi wrażenie. W modernistycznym budynku mieści się małe bezpłatne muzeum, w którym można podziwiać prace Pabla Picassa oraz Joana Miró. To tu, na stacji końcowej, wysiada się z zabytkowego tramwaju. Powrót z Soller do Palmy wąskotorową kolejką trwa godzinę. Wagony są drewniane i faktycznie przenoszą nas w czasie. Na trasie zobaczycie kilka ładnych widoków, ale nie jest to tak spektakularne, jak niektórzy opisują. Pociąg podobno zatrzymuje się na punkcie widokowym Mirador del Pujol D’en Banya. Podobno, bowiem w moim przypadku nie miało to miejsca. Owa kolejka naprawdę ma już swoje lata. Kursuje nieprzerwanie od 1912 roku. Stanowiła kiedyś znaczący środek transportu dla mieszkańców. Nazywano go ekspresem witaminy C, ponieważ służył także do przewożenia cytrusów z Doliny Pomarańczy. Tip: Jeśli chcecie odbyć podróż zabytkowym pociągiem na trasie Palma &#8211; Soller, czy to w jedną, czy drugą stronę, pomyślcie o biletach wcześniej. Ja tego nie zrobiłam i po prostu przyszłam na dworzec. Okazało się, że bilety są wyprzedane. Miła pani natomiast podpowiedziała, że może ostatnim połączeniem uda mi się wrócić. Musiałam poczekać, aż wszyscy z biletami przejdą przez bramkę, by dowiedzieć się, czy będą miejsca. Miałam szczęście i zostałam wpuszczona. Szybciutko pobiegłam do kasy, gdzie nabyłam nietani bilet. Dzień 2 na Majorce &#8211; Palma de Mallorca Zwiedzanie Palmy zaplanowałam na sobotę, by atrakcje ze wstępem były otwarte. A to dlatego, że mój pobyt przypadł na Święta Wielkanocne, więc w Wielki Piątek i w Wielką Niedzielę większość miejsc było zamkniętych. Plan ułożyłam tak, by najpierw zobaczyć te punkty na mapie stolicy Majorki, które zwiedza się wewnątrz. Co warto zobaczyć w Palma de Mallorca w jeden dzień? Oto mój plan. Dodam tylko, że na zwiedzanie Palmy przeznaczyłam jeszcze dodatkowe pół dnia w Wielki Poniedziałek i też jeszcze miałam, co robić. Katedra La Seu i Pałac Almudaina Zwiedzanie w Wielką Sobotę rozpoczęłam oczywiście od największej atrakcji stolicy Majorki, czyli od katedry La Seu. To wizytówka wyspy, oczywiście nie bez powodu. Tutaj zobaczycie największą gotycką rozetę na świecie, zwaną Okiem Gotyku. Jej średnica wynosi prawie 14 metrów, zawiera 24 trójkąty równoboczne i 1236 kawałków szkła. Bilet do katedry zakupiłam online na najwcześniejszą godzinę, czyli na 10:00. I to była super decyzja. Jest wówczas sporo mniej ludzi, a wejście do pustej katedry jeszcze potęguję wrażenie. Do tego oczywiście nie trzeba stać w kasie w kolejce. Bilet kosztował 9 EUR. W cenie jest jeszcze zwiedzanie muzeum przykatedralnego, do którego również zajrzałam. Z katedry udałam się prosto do Pałacu Almudaina, który znajdują się tuż obok. Wstęp kosztuje 7 EUR i w tym przypadku zakupu spokojnie można dokonać w kasie. Nie było kolejek i tak naprawdę na miejscu można zadecydować, czy interesują nas wnętrza. Został wybudowany w czasach dominacji muzułmańskiej i pełnił funkcję alkazaru, czyli ufortyfikowanego pałacu. Następnie wybrałam się na spacer promenadą wzdłuż katedry. To jest punk obowiązkowy, by zobaczyć świątynię z innej perspektywy, odbijającą się w tafli wody. W ten sposób dotarłam do arabskich łaźni Banys Arabs. Wstęp kosztuje 3 EUR. Obiekt jest mały i tak naprawdę jedna sala robi największe wrażenie. Można tu chwilę odpocząć w ładnym ogrodzie. Stąd poszłam jeszcze dalej aż do końca murów, by wrócić drugą stroną promenady nad wodą pod katedrą. Atrakcje przy nadmorskiej promenadzie w Palma de Mallorca Następnie ruszyłam w kierunku zamku Bellver. Po drodze wstąpiłam do gotyckiego budynku dawnej giełdy handlowej La Llotja. Wzniesiono go w XV wieku jako centrum handlowe dla kupców, a konkretnie dla Stowarzyszenia Rynków. Wstęp jest bezpłatny. Jeśli jest upał, to w tychże murach można złapać nieco chłodu. Budowla wygląda jak połącznie kościoła z zamkiem. Uwagę zwracają niewątpliwie kolumny oraz okna, a także ogromna przestrzeń. Obecnie w La Llotja służy jako centrum kultury. Tu odbywają się wystawy lokalnych artystów oraz koncerty klasyczne. Idąc dalej w kierunku mariny, trafiłam na targ tuż za budynkiem giełdy i tutaj skusiłam się na lunch. Zamówiłam na moich oczach przygotowywaną paellę, choć wybór był o wiele większy. Od kiełbasek, owoców morza po pieczone prosię z rożna. Zamek Bellver i pobliskie dzielnice Zamek Bellver, czyli Castillo de Bellver, znajduje się ok 3 km od katedry La Seu, a spacer zajmie 40 minut. I bardzo Wam go polecam. Dlaczego? O tym za chwilę. Sam zamek zdecydowanie warto zobaczyć, a wstęp kosztuje 4 EUR. Rozciąga się stąd obłędna panorama na miasto, budowlę bowiem ulokowano na wzgórzu, na wysokości 113 metrów nad poziomem morza. Miejsce to służyło za rezydencję królewską, ale także i za więzienie. W drodze powrotnej pokręciłam się więcej po dzielnicach, przez które przechodziłam. A mowa tu o dzielnicy El Jonquet, w której odkryjecie stare wiatraki. Dobrze je widać również z mariny. Odwiedziłam także dawną rybacką dzielnicę Santa Catalina, która słynie z kultowego marketu oraz rezydencji w stylu secesyjnym, galerii, sklepów vinatge i kawiarni, popularnych wśród bohemy artystycznej. Ciekawym obiektem, który odkryłam po drodze, jest także hotel Artmadams. Uwagę od razu zwraca elewacja budynku, a konkretnie to, w jaki sposób został pomalowany. Ten czterogwiazdkowy hotel powstał w 2000 roku, a zaprojektował go architekt Dr. M. Guillermo Forteza. Historyczna część Palma de Mallorca Stąd udałam się znowu do historycznej części Palmy na spacer uliczkami starego miasta Tu odkryłam niesamowity budynek Miejskiej Biblioteki Publicznej. Wiem, że następnym razem z pewnością zajrzę do jego wnętrza. W tej dzielnicy znajdują się także niesamowicie ciekawe kamienice, które przypominają architekturę Gaudiego. Były one wzorowane na dziełach tegoż artysty. Na tej liście zdecydowanie wyróżniają się trzy: Can Forteza Rey i El Águila niedaleko Plaza Mayor oraz Can Corbellana przy Plaça de Cort. Dzień 3 na Majorce &#8211; Alcudia i Pollenca W tym dniu ponownie ruszyłam poza stolicę Majorki, i ponownie autobusami. Pierwszym celem była Alcudia. Chciałam też sprawdzić, czy dotrę stamtąd na Cap de Fromentor. Alcudia Z Palma de Mallorca do Alcudii pojechałam autobusem nr 302 za 5,40 EUR. Miasteczko Alcudia podzielone jest na dwie części: historyczne centrum oraz nowszą część turystyczną, czyli Port d&#8217;Alcudia nad brzegiem morza z pięknymi plażami. Najpierw udałam się na zwiedzanie starej części miasta. Historyczne centrum otoczone jest murami obronnymi z XIII wieku, które są jednymi z najlepiej zachowanych na Balearach. Wewnątrz starówki można spacerować wąskimi, brukowanymi uliczkami, które stanowią mały labirynt. Znajdziecie tu wiele tradycyjnych hiszpańskich restauracji, kawiarni, sklepów z rękodziełem i zabytkowych budynków, takich jak gotycki kościół św. Jakuba. No i oczywiście znajdziecie tu innych turystów. Główna ulica starej części była niesamowicie zatłoczona. Dlatego warto odbić właśnie we wspomniany labirynt i pokręcić się po innych uliczkach. Polecam także przespacerować się po murach obronnych, co po pierwsze jest bezpłatne, a po drugie stanowi atrakcję z małą adrenaliną dla tych, którzy mają lęk wysokości czy przestrzeni. Stąd udałam się na spacer do Port d&#8217;Alcudia i na plażę. Dystans to 1,5 km i zajęło mi to 20 min. na piechotę. Ta część to de facto typowy kurort z hotelami i pensjonatami oraz deptakiem wzdłuż morza. Natomiast plaża jest tu niesamowita, szeroka i piaszczysta, jedna z najdłuższych na Majorce. A kolor wody też robi swoje, lazurowo-szmaragdowy jak z najlepszych wakacyjnych folderów. Tip: z Alcudi oraz z Port de Pollenca kursuje w sezonie autobus nr 334 na Cap de Formentor. Jeśli macie czas, koniecznie tam pojedźcie. W Wielkanoc jeszcze nie kursował. Pollenca W Alcudi wsiadłam w autobus nr 322 i za 2,70 EUR pojechała do Pollenca (czyt. Pojensa). Miasteczko zwiedzałam ponad 3h. A ono urzekło mnie totalnie. Pollenca to średniowieczna osada z tradycyjnymi kamiennymi zakątkami. I naprawdę to nie mniejsze urzeczenie niż Valldemossa. Przyznam szczerze, że miałabym poważny dylemat, gdybym musiała wybierać. Dwie rzeczy trzeba tu zrobić obowiązkowo: wejść na punkt widokowy do kościółka Església del Calvari, prowadzi do niego 365 schodów oraz zgubić się w labiryncie wąskich uliczek starej części miasteczka. Spacerowałam tutaj naprawdę długo. Uroku dodaje położenie, bowiem teren jest pofalowany. Dzień 4 na Majorce &#8211; Palma de Mallorca W tym dniu zaplanowałam dalsze zwiedzanie Palmy, jako że wczesnym popołudniem miałam lot powrotny do Polski. A i niedosyt pozostał, bowiem stolica Majorki bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Na liście miałam kolejne secesyjne kamienice w stylu Gaudiego. Tym razem namierzyłam Can Casasayas – Pensjonat Menorquina. Te dwa bliźniacze budynki znajdują się na Plaça del Mercat. Faliste fasady przypominaj Casa Batlló Gaudieho w Barcelonie. W pobliżu stoi jeszcze Gran Hotel przy Plaça Weyler. Budynek...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/07/majorka-na-4-dni-co-warto-zobaczyc-plan-podrozy.html">Majorka na 4 dni &#8211; co warto zobaczyć, plan podróży</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/07/majorka-na-4-dni-co-warto-zobaczyc-plan-podrozy.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Algieria &#8211; informacje praktyczne, co musisz wiedzieć przed wyjazdem</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/algieria-informacje-praktyczne-co-musisz-wiedziec-przed-wyjazdem.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/algieria-informacje-praktyczne-co-musisz-wiedziec-przed-wyjazdem.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 25 Jun 2023 10:40:10 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Algieria]]></category>
		<category><![CDATA[Algieria jak zorganizować podróż]]></category>
		<category><![CDATA[czy warto jechać do Algierii]]></category>
		<category><![CDATA[ile kosztuje wycieczka do Algierii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21632</guid>

					<description><![CDATA[<p>Algieria to największy kraj w Afryce. Jest aż 7,6 razy większy od Polski. Sami Algierczycy mówią, że Algieria to w zasadzie kontynent. To kraj bardzo zróżnicowany, zarówno pod względem krajobrazowym, jak i kulturowym. Nadmorska północ znacznie różni się od pustynnego południa. Czy do Algierii można pojechać na własną rękę. Można, my właśnie tak zrobiłyśmy. Na miejscu na terenach pustynnych skorzystałyśmy z usług lokalnej agencji, zaś północną część zwiedzałyśmy na własną rękę. Jak zorganizować wyjazd do Algierii? Co koniecznie trzeba wiedzieć przed podróżą? Oto praktyczne informacje o tym kraju, które z pewnością ułatwią planowanie. Jeśli przymierzacie się do wyjazdu do Algierii, koniecznie zobaczcie także mój plan podróży: &#160; Loty do Algierii Lotów bezpośrednich z Polski nie ma. Bardzo dobre połączenie oferuje Lufthansa przez Frankfurt. Przesiadki mogą być na styk lub kilkugodzinne. Ja właśnie skorzystałam z tej opcji, kupując bilet w promocji za 904 zł. Co ciekawe, bilety na jesień 2023 można zakupić za około 500-600 zł. Jeśli chodzi o krótkie przesiadki, to jest to zrobienia, jeśli samolot nie ma dużego opóźniania. We Frankfurcie miałam godzinę na to, by wskoczyć do samolotu do Algieru. Lotnisko we Frankfurcie jest ogromne, więc taka ilość czasu może wydawać się niewystarczająca. A do tego w moim przypadku lot z Warszawy miał około pół godziny opóźnienia, jednak personel pokładowy zapewniał, że zdążymy i tak też się stało. Po wylądowaniu od razu pobiegłyśmy w kierunku transferów. Co ciekawe, nie było żadnego dodatkowej kontroli po drodze, a lot do Algieru odbywał się z tego samego terminalu, na który przyleciał samolot z Warszawy. Gdy dobiegłyśmy do bramki, boarding już trwał. Potem jeszcze jakąś chwilę czekałyśmy na odjazd autobusu do samolotu. Loty lokalne – Air Algerie To bardzo dobra alternatywa do transportu naziemnego. Siatka tego przewoźnika jest dobrze rozbudowana, jeśli chodzi o loty krajowe. I co ważne, bilety lotnicze nie są drogie. Na przykład za lot z Algieru do Ghardaia zapłacicie ok. 130 zł. A będzie jeszcze taniej, gdy te loty zarezerwuje dla Was ktoś na miejscu. Generalnie połączenia można sprawdzić na stronie Air Algerie, można dokonać rezerwacji, jednak zakupu online już nie. Nasze karty po prostu nie przechodzą. Jeśli chodzi o rezerwację też jest pewien haczyk. Jest ona ważna przez 48h i w tym czasie trzeba odebrać bilety. Jak tego dokonać? Albo rezerwujemy loty dzień przed podróżą i wtedy na miejscu kupujemy je osobiście, albo prosimy kogoś, by dla nas to zrobił. W pierwszej opcji jest ryzyko, że miejsca się wyprzedadzą. Loty krajowe bowiem szybko się zapełniają. Jest jednak pewien sposób na to, by zakupu dokonać online. A mianowicie bilety Air Algerie kupicie przez Internet na stronie pośrednika, takiego jak Momondo, Kiwi czy MyTrip. Są to tzw. OTA (online travel agencies), firmy, które zajmują się pośrednictwem sprzedaży biletów lotniczych. No dobrze, ale gdzie jest haczyk? W tym przypadku, jeśli loty zostaną odwołane, będziecie musieli sprawę załatwić z danym pośrednikiem, co albo długo potrwa, albo będzie się ciągnąć w nieskończoność. A Wy będziecie zmuszeni nabyć nowe bilety. Z lotów krajowych korzystałam na trasie Baszszar – Kontantyna. Były to w sumie dwa loty z przesiadką w Algierze. Jak wyglądal lot i przesiadka, że jeszcze raz trzeba było wypełniać druczek. I nieważne, że to był tak naprawdę transfer krajowy. Trzeba było odstać w kolejce do okienka i jeszcze w okienku. Wiza do Algierii &#8211; jak ją zdobyć Tak, to jest dosyć karkołomne przedsięwzięcie. Obecnie opcje są dwie, gdyż od niedawna funkcjonuje visa on arrival, jednak można ją otrzymać na specjalnych warunkach. Wiza normalna &#8211; płatna 360 zł By ją dostać, trzeba mieć zaproszenie od osoby prywatnej. Zaproszenie trzeba przedłożyć w oryginale, czyli musi być dostarczone pocztą. Owo zaproszenie musi też być urzędniczo potwierdzone. Jeśli jedziecie grupą, tak jak my w 4 osoby, wówczas jeden Algierczyk nie może wszystkich zaprosić do siebie, bo miałby za dużo osób w swoim domu. Wtedy trzeba szukać większej liczby Algierczyków, np. na couchsurfingu. To jednak nie jest takie proste i jest ryzyko, że nie wszystkie osoby zostaną zaproszone. Inną opcją jest lokalna agencja. Tylko wówczas musicie wykupić u niej wycieczkę, bowiem ta agencja, jeśli załatwi Wam wizę, będzie za Was odpowiedzialna. Lokalne biura nie chcą więc tego robić bez wykupienia usług. Ps. Krążą pogłoski, że zaproszenie może być też wystawione przez hotel na ich firmowym papierze i tu nie musi być oryginał. Tu jednak jest wątpliwość, bo ambasada podała nam sprzeczne informacje, więc do końca nie wiadomo. Znajomy, który wybrał się do Algierii kilka miesięcy po mnie otrzymał info, że z hotelu zaproszeń nie honorują. Visa on arrival &#8211; wiza bezpłatna Nowa procedura, która obowiązuje na południu kraju. Ghardaïa, niby centralna część Algierii, ale już się łapie. Taką wizę może załatwić tylko lokalna agencja. I właśnie tę opcję wybrałyśmy, bo i tak musiałyśmy na miejscu skorzystać z usług jakiegoś biura. W tych okolicach nie ma innej opcji (północ można zwiedzać na własną rękę). A i czasu do wyjazdu zostało mało. Na wizę czekałyśmy 3 tygodnie. Otrzymałyśmy dokument przez WhatsApp do wydruku. Ważność 2 tygodnie. Na lotnisku obsługa wiedziała, że mamy właśnie nowy typ wizy. Miły pan zabrał nasze wydruki oraz paszporty i zniknął na ok. 20 minut. Wrócił z wbitymi pieczątkami wizowymi w paszportach. Nie musiałyśmy już czekać w kolejce do odprawy paszportowej, zostałyśmy po prostu zaprowadzonego przez miłego pana do okienka, czyli poszło bardzo sprawnie. Czasami kolejki plus sprawdzanie dokumentów trwa do 3 godzin. Naszą wizę zorganizowało lokalne biuro Discover Ghardaia. Polecam, są wiarygodni i współpracują też z polskimi biurami. Właściciel Azzedine zna się na rzeczy. I to jest tak, że jak najbardziej można przylecieć do Algieru (tak, jak my) i dopiero potem trzeba przemieścić się na południe. Czy koniecznie trzeba się na to południe udać? Czy ktoś to sprawdzi? Nie wiem. Być może jeśli zostaniemy wylegitymowani i zapytani o wizę, to się wyda, że jednak na to południe nie dotarliśmy i będą pytania o to, kto się nami opiekuje itp. Choć na północy kraju takiego sprawdzania być nie powinno, bo tam jak najbardziej można poruszać się na własną rękę. A południe Algierii oczywiście jest warte zobaczenia, podobno tam najpiękniej. I kolejne pytanie, czy agencja zgodzi się załatwić nam samą wizę on arrival bez wykupienia usług? To już trzeba rozmawiać z lokalnym biurem, bo pewnie szansa jest. Czy trzeba znać język francuski w Algierii Języki w Algierii Algieria, położona w północnej Afryce, jest krajem o bogatej i zróżnicowanej mozaice kulturowej, co znajduje odzwierciedlenie w różnorodności języków używanych na tym obszarze. Oficjalnym językiem państwowym Algierii jest arabski, a konkretniej jego odmiana dialektalna, znana jako arabski algierski. Jest to język używany w codziennym życiu, w komunikacji między mieszkańcami Algierii. Ponadto, francuski pełni istotną rolę jako drugi oficjalny język Algierii. Jest on używany w administracji, edukacji, mediach, biznesie i jako język międzynarodowy. Wieloletnie francuskie rządy kolonialne mają duży wpływ na dominację francuskiego w wielu dziedzinach życia publicznego. I gdy się przysłuchacie konwersacjom Algierczyków w języku arabskim, z pewnością wychwycicie francuskie słówka wplatane w rozmowę. Obok arabskiego algierskiego i francuskiego, w Algierii używa się również różnych języków berberyjskich, które mają długą historię i są częścią dziedzictwa kulturowego kraju. Języki berberyjskie, znane także jako tamazight, są mówione przez tamazightską ludność autochtoniczną, która zamieszkuje przede wszystkim górskie regiony Algierii, takie jak Kabylia, Aurès czy Mzab. Istnieje wiele odmian języka berberyjskiego, z których najbardziej rozpowszechnione to kabylski, chaoui, targiński i tamaszeq. W ostatnich latach Algieria wprowadziła reformy, aby uznać tamazight jako język narodowy, równorzędny z arabskim. W 2016 roku tamazight został w końcu uznany za język oficjalny obok arabskiego i francuskiego, a w 2018 roku został wprowadzony jako przedmiot nauczania w szkołach. Data ta była znacząca dla Berberów, którzy zyskali wówczas lepszą pozycję w walce z dyskryminacją ich społeczności. Język francuski w czasie podróżowania Tak, język francuski trzeba znać, chociażby komunikatywnie, żeby być w stanie się dogadać czy to w hotelu, czy w taksówce, choć w tym drugim przypadku może i to być niewystarczające. Na północy kraju korzystałyśmy z aplikacji taksówkowych. Mogłoby się wydawać, że powinno to świetnie działać. Wpisujemy punkt docelowy, zamawiamy i auto podjeżdża za jakiś czas. W Algierii jednak tak to nie funkcjonuje. Po pierwsze, zdarzało się, że kierowca, słysząc w słuchawce język francuski, po prostu się rozłączał. Po drugie – zawsze oddzwaniał, by dowiedzieć się, dokąd dokładnie ma przyjechać, jak gdyby nie był w stanie odczytać na mapie. Dlatego też wpadłyśmy na pomysł, by o rozmowę z kierowcą prosić miejscowych i świetnie to działało. Ludzie w Algierii są bardzo pomocni. Druga sprawa to komunikacja w hotelu. W Algierze menedżer świetnie mówił po angielski, ale nie zawsze był na miejscu. Natomiast w Konstantynie w grę wchodził jedynie francuski. No ale od czego jest translator?:) My miałyśmy szczęście, że jedna z nas co nieco z tego francuskiego pamiętała, więc było o wiele łatwiej. Co ciekawe, na ulicach Algieru można było także porozmawiać po niemiecku bądź hiszpańsku. Zdarzało się, że byłyśmy zagadywane właśnie w tych językach. Oczywiście jeśli zwiedzanie organizuje Wam lokalna agencja, to angielski w zupełności wystarczy. Jednak jeśli planujecie eksplorację we własnym zakresie, to francuski zdecydowanie ułatwi sprawę. Pozostaje także opcja porozumiewania się na migi, co też może się udać. Aplikacje taksówkowe w Algierii W Algierii z przejazdów taksówką korzystałyśmy na północy kraju w Algierze oraz Konstantynie. Aktualnie funkcjonują tu dwie aplikacje Yassir oraz Heetch. Takie przejazdy są tańsze niż taksówki z ulicy, choć te normalne też drogie nie są. Za przejazd z lotniska w Konstantynie do hotelu zapłaciłyśmy 6000 dinarów, czyli niecałe 3 EUR. Dystans to 20 km. Taksówkę zamówiłyśmy przez aplikację Yassir. Natomiast, tak, jak już wspominałam wyżej, zamówienie taxi przez apkę nie jest takie super proste, jak u nas. Generalnie ta forma przejazdów jest w Algierii stosunkowa nowa i jeszcze nie do końca dobrze opanowana przez miejscowych. Liczba kierowców również jest stosunkowo mała w porównaniu do Europy, dlatego czasami wyszukiwanie auta może trochę potrwać. A tu podaję Wam gotową instrukcję na zamówienie taksówki w Algierii poprzez jedną z wymienionych wyżej aplikacji. Najlepiej poproś miejscowego o pomoc, bowiem niektórzy kierowcy, gdy usłyszą w słuchawce język francuski, mogą się rozłączyć. A tutaj trzeba zawsze porozmawiać z kierowcą, by potwierdzić miejsce odbioru i przejazdu. Wstukaj w aplikacji lokalizację punktu, do którego chcesz pojechać i poczekaj aż jakiś kierowca zatwierdzi. Za chwilkę z pewnością zadzwoni, wówczas poproś Algierczyka, by porozmawiał w Twoim imieniu i wszystko ustalił. Nie zdziw się, gdy ta konwersacja chwilę zajmie. O dziwo, wytłumaczenie, co i jak, nie jest tu takie proste i kierowca może potrzebować wielu szczegółów. W naszym przypadków miejscowi, którzy nam pomagali, zawsze z nami czekali do przyjazdu samochodu. Raz zdarzyło się nam nawet, że kierowca nie chciał zapłaty. Był niezwykle uradowany, że oto mógł podwieźć miłe turystki. Oczywiście rozmowa z nim odbyła się w języku francuskim. Wymiana waluty na czarnym rynku Algierski dinar (DZD) jest oficjalną walutą Algierii i jest ona kontrolowana przez władze państwowe. Oficjalny kurs dinara algierskiego wynosi 1 EUR = 148 dinarów. Dinar algierski został wprowadzony 1 kwietnia 1964 roku i zastąpił nowego franka algierskiego. Tak, w Algierii funkcjonuje czarny rynek walutowy i wszyscy o tym wiedzą. Jest nawet specjalna apka do sprawdzania kursu danego dnia. Kurs może być korzystniejszy nawet o 40%. W Algierze wymiany pieniędzy po korzystnym kursie można dokonać na Port Said Square. W naszym przypadku kurs był następujący: 1 EUR = 224 dinary algierskie. A 1 dinar to 100 centymów. My właśnie w Algierze wymieniłyśmy Euro na wspomnianym placu. Natomiast nie poszłyśmy tam same, był z nami miejscowy (kontakt nawiązany na Couchsurfingu), który upewnił się, że otrzymujemy dobry kurs. Później podczas podróży kilkukrotnie byłyśmy zaczepiane z pytanie, czy potrzebujemy wymienić pieniążki. Jeśli chodzi o wwóz algierskiej waluty do kraju, to jest to legalne. Można także zabrać pieniążki powrotem do domu, ale kwota nie powinna przekraczać 10 000 DZD. Na lotnisku podczas przechodzenia przez punkt imigracyjny, zostaniecie z pewnością zapytani, czy macie coś do zadeklarowania i czy wywozicie ichnią walutę. My dla świętego spokoju powiedziałyśmy, że nic nie mamy, bo zostały nam dosłownie grosze. W Algierii za wszystko płaciłyśmy w gotówce. Na początku wymieniłyśmy tyle, że bez problemu nam wystarczyło do końca wyjazdu. Na wypłatę z bankomatu za bardzo bym nie liczyła. Po pierwsze, tylko nieliczne obsługują zagraniczne karty bankomatowe. Po drugie &#8211; w bankomacie może po prostu nie być...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/algieria-informacje-praktyczne-co-musisz-wiedziec-przed-wyjazdem.html">Algieria &#8211; informacje praktyczne, co musisz wiedzieć przed wyjazdem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/algieria-informacje-praktyczne-co-musisz-wiedziec-przed-wyjazdem.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>14</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Co warto zobaczyć na Roztoczu Środkowym &#8211; Lubelskie</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/co-warto-zobaczyc-na-roztoczu-srodkowym-lubelskie.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/co-warto-zobaczyc-na-roztoczu-srodkowym-lubelskie.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 16 Jun 2023 17:57:55 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[lubelskie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[14 najciekawszych miejsc na Lubelszczyźnie]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Lubelszczyzny]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca na Lubelszczyźnie]]></category>
		<category><![CDATA[Roztocze mapa atrakcji]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21525</guid>

					<description><![CDATA[<p>Roztocze Środkowe to przepiękna kraina w województwie lubelskim. Ostatni raz byłam tu chyba jakieś 25 lat temu. Józefów, Susiec, Krasnobród, Zwierzyniec &#8211; tutaj przyjeżdżałam jako dziecko. Tym bardziej ucieszyłam się, gdy nadarzyła się okazja, by po tylu latach ponownie powędrować roztoczańskimi szlakami. Co warto zobaczyć na Roztoczu? Lista jest długa i z pewnością będzie się poszerzać. A tymczasem zapraszam Was w 5 miejsc, które ostatnio odwiedziłam. Wybieracie się na Roztocze? Polecam Wam także jego wschodnią część, sprawdźcie koniecznie ten wpis: &#160; Kamieniołom Babia Dolina w Józefowie Patrząc na zdjęcia, można by się zastanawiać, czy to miejsce znajduje się w Polsce. Ale tak, tak, to województwo lubelskie i malowniczy kamieniołom Babia Dolina w Józefowie. Tutaj śmiało można odnieść wrażenie, że trafiliśmy jednak do kanionu w USA, bo oto rozciągają się przed nami urwiste poszarpane ściany, głębokie doliny, ciekawe formacje oraz malownicze punkty widokowe. W skałach zachowały się liczne odciski flory i fauny sprzed wielu milionów lat. Przy głównym wejściu na teren kamieniołomu stoi ponad 18-metrowa kamienna baszta widokowa. Na jej szczyt wchodzi się krętymi schodkami. Roztacza się stąd przyjemny widok na poszarpaną strefę kamieniołomu oraz Puszczę Solską. Wejście jest bezpłatne. Na basztę można się wspiąć codziennie od 1 maja do końca października w godzinach 12.00-19.00. Parking znajduje się właśnie przy wieży, skąd także wiedzie trasa w głąb wyrobiska. Kamieniołom jest naprawdę spory, więc można się tu wybrać na łazikowanie. Ścieżki prowadzą zarówno dołem wyrobiska, jak i jego krawędziami. Tak naprawdę to największy kamieniołom na Roztoczu Środkowym (tak, jest ich tu więcej). To, co wydobywano w tym rejonie od dawna to biały piaskowiec i to widać w tym kamieniołomie. I jeszcze ciekawostka na koniec. Kamieniołom Babia Dolina służył swego czasu jako poligon. A jakie ćwiczenia się tu odbywały? Otóż, trenowali tu żołnierze, którzy zostali wysłanie do Afganistanu. Kirkut z zabytkowymi macewami w Józefowie Jedna ze ścieżek w kamieniołomie Babia Dolina prowadzi na stary żydowski cmentarz. Kirkut w Józefowie jest historycznym i kulturowym miejscem dla lokalnej społeczności żydowskiej. Był on głównym miejscem pochówku dla Żydów, zamieszkujących Józefów i okoliczne tereny. Cmentarz żydowski w Józefowie ma długą historię, sięgającą co najmniej XVIII wieku. Został najprawdopodobniej założony w 1725 roku. To jeden z największych cmentarzy żydowskich na Lubelszczyźnie. Najstarszy nagrobek datowany jest na 1737 rok, najmłodszy pochodzi z 1940 roku. Jest to jedno z wielu miejsc w Polsce, gdzie żydowska społeczność odgrywała istotną rolę przed Holokaustem. Niestety, w wyniku okrutnych wydarzeń II wojny światowej i Holocaustu większość Żydów z Józefowa została wymordowana, a ich kultura i tradycje zostały zniszczone. Zdecydowanie warto się tu przespacerować, by poczuć ducha historii tych ziem i podziwiać imponujące macewy, które przetrwały do obecnych czasów. Cmentarz został częściowo zniszczony przez Niemców podczas II wojny światowej, jednak znacznie większych dewastacji dokonano w latach późniejszych. Duża część nagrobków została stąd zabrana i wykorzystana jako materiał do budowy dróg. Przez wiele lat cmentarz był zaniedbany i nie otrzymywał odpowiedniej opieki. Obecnie teren kirkutu został uprzątnięty oraz odnowiony. W pracach brały udział zarówno organizacje z Jerozolimy, jak i uczniowie z województwo mazowieckiego. Kirkut w Józefowie stanowi nie tylko miejsce pochówku, ale również ważne świadectwo historii i wielowiekowego obecności Żydów w tej części Polski. Jego renowacja i pielęgnacja są niezwykle istotne, aby zachować pamięć o tych, którzy zostali pochowani na tym cmentarzu, oraz upamiętnić żydowską kulturę i dziedzictwo. Rezerwat Czartowe Pole Skąd taka nazwa, skoro jest tu w zasadzie tylko las? Według legendy, niegdyś podobno nic tu nie było, &#8220;jeno czarci hasali&#8221;. I wszystko jasne. Rezerwat powstał w 1958 roku. Przez jego teren przepływa rzeka Sopot, która ma żółty charakterystyczny kolor, a to za sprawą piasku na dnie. Rezerwat położony jest 7 km od Józefowa. Utworzono tu dwie ścieżki przyrodniczo-dydaktyczne: górną i dolną. I właśnie ta dolna jest bardzo klimatyczna, bowiem wiedzie przez dolinkę rzeki Sopot. Jej żółty kolor od razu zwraca uwagę, a bierze się od koloru piaski na dnie rzeki. Woda jest tu krystalicznie czysta, więc to, co na dnie widać idealnie. W kilku miejscach poprowadzona także drewniane kładki, co dodaje niezwykle bajkowe klimatu. To tu, jako dziecko, wracałam kilkukrotnie, prosząc rodziców o wypad na weekend. Czartowe Pole oczarowało mnie ogromnie. Dolna prowadzi przez Olsy południową stroną rzeki. Już na początku pojawia się bajkowy mostek. Zobaczycie tu także ruiny starej papierni w wsi Hamerni. Niegdyś był to duży zakład przemysłowy, zbudowany w XVIII wieku. Produkowano tu różne gatunki papieru w trzech rozmiarach, głównie na potrzeby Ordynacji i Akademii Zamojskiej oraz dla założonej w Józefowie drukarni żydowskiej rodziny Waxów. Zimą widać o wiele lepiej, jak rozległy teren zajmowała papiernia. Czartowe Pole to przede wszystkim piękna natura, szum rzeki i małych wodospadów. Kamieniołom w Nowinach To kolejne wyrobisko, które odwiedziłam podczas weekendowego zwiedzania Roztocza. Znajduje się 6 km od Suśca i 14 km od Józefowa w zboczu Góry Krzyżowej. Jest to malownicze rozległe skalne wyżłobienie, ukryte w sosnowym lesie. Wyrobisko aktualnie jest nieczynne. Na całość można spojrzeć z góry z wieży widokowej, umieszczonej tu przy krawędzi kamieniołomu. Bardzo dobrze widać tu geologiczną budowę tego terenu. Przeważa wapień, a powstał on z miałkich osadów oraz uwaga, z malutkich żyjątek z ciepłego morza, które istniało tu kilkanaście milionów lat temu. Ten jest mniejszy niż kamieniołom w Babie Dolinie, niemniej także warto zajrzeć i tu. I to nie tylko ze względu na malowniczość tego miejsca, ale również i na aspekt historyczny. A chodzi o II wojnę światową, podczas której do Nowin przywieziono żołnierzy Armii Krajowej z pobliskiego z obozu NKWD w Błudku do ciężkich robót w kamieniołomie. Po drugiej stronie ulicy zobaczycie cmentarz wojenny Armii Krajowej. Szumy na Tanwi To kolejne zielone miejsce na mapie Roztocza i jego jedna z głównych atrakcji. Jeśli wstukacie w Siecie pytanie, co warto zobaczyć na Roztoczy, z pewnością Szumy nad Tanwią będą wysoko w wynikach. I nic dziwnego. Tutaj można naprawdę odpocząć na łonie natury. Centralnym punktem jest tutaj rzeka Tanew, która przepływa przez tę okolicę. Tworzy ona piękne i głośne szumy, dając miłośnikom przyrody wspaniałą melodię do odkrywania zakamarków lasu i do relaksu. Szumy te są wynikiem ukształtowania terenu, tworząc malownicze wodospady i kaskady, które dodają uroku temu miejscu. Najpiękniejszy odcinki rzeki zostały objęte ochroną w ramach Rezerwatu Przyrody „Nad Tanwią”. I uwaga, jest to rezerwat ścisły. Wytyczono tu także ścieżkę przyrodniczo-dydaktyczną o długości około 3 km. Umożliwia ona turystom bliższe poznanie unikalnego ekosystemu Roztocza. Początek swój ma przy parkingu leśnym przy drodze Susiec-Cieszanów w miejscowości Huta Szumy. Trzeba poszukać tu mostu na rzece Tanew, bo właśnie przy nim jest wejście na szlak. Jest on oznaczony białymi kwadratami z czerwonym paskiem po przekątnej, które umieszczono na drzewach. Znanym punktem w rezerwacie jest Źródełko Miłości. Jest to naturalne źródełko wody, które wypływa spod ziemi i tworzy malutki strumyk. Roztocze Środkowe budują głównie skały okresu kredowego. Charakteryzują się one gęstą siecią spękań. Między tymi szczelinami krążą wody podziemne, które znajdują ujście na powierzchni. Dają one początek roztoczańskim rzekom lub je zasilają w wodę. A skąd nazwa tego źródełka? Wiążę się ona z dwoma legendami. Jedna mówi o tym, że jeśli dziewczyna i chłopak napiją się wody właśnie z tego miejsca w słoneczny poranek lub księżycową wiosenną noc, to połączy ich szczere uczucie aż po kres ich życia. Inna zaś opowiastka wiąże się ze spełnieniem marzeń, czego gwarancją ma być także wypicie wody z tegoż źródełka. Przyznam szczerze, że jednak się nie odważyłam. Polecany nocleg na Roztoczu &#8211; Czar Paar To prawdziwe miejsce z duszą, z historią. Stworzone zostało przez ludzi z pasją, którzy w ten drewniany dom tchnęli nowe życie. To Małgosia oraz Klaudia, czyli mama z córką, które dokonały czegoś niesamowitego. Czar Paar to całkiem nowe siedlisko na mapie Roztocza. Miejsce sielskie, urządzone ze smakiem, które zafunduje Wam podróż w czasie. Tu stare przedmioty dostały drugie życie. Drewniany domek ma niesamowity klimat. Sama też wiem, ile pracy i serca trzeba włożyć w tak piękną przemianę, gdyż i jak się tego podjęłam. Tutaj czuć zaangażowanie i pasję, o czym świadczą najdrobniejsze szczegóły dekoracji. Do dyspozycji gości są dwie sypialnie, salon z rozkładaną kanapą oraz kuchnia. Do tego duży taras, gdzie można się zrelaksować. W domku znajduje się przestrzeń do spania dla 6 osób. W starej stodole wyświetlicie i obejrzycie filmy, a za nią znajdziecie miejsce na ognisko oraz ogródek, z którego można korzystać. I możecie tu przyjechać ze swoim pupilem. Nazwa Czar Paar  idealnie tu pasuje. Domek znajduje się w Paarach niedaleko Suśca i Józefowa, a na Roztocze Wschodnie też już bliziutko. Zresztą sami zobaczcie zdjęcia wnętrza. Uwielbiam takie miejscówki.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/co-warto-zobaczyc-na-roztoczu-srodkowym-lubelskie.html">Co warto zobaczyć na Roztoczu Środkowym &#8211; Lubelskie</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/co-warto-zobaczyc-na-roztoczu-srodkowym-lubelskie.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>7</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Roztocze Wschodnie &#8211; 13 TOP atrakcji w Podkarpackim</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/roztocze-wschodnie-top-atrakcje-w-podkarpackim.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/roztocze-wschodnie-top-atrakcje-w-podkarpackim.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 10 Jun 2023 19:12:25 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Podkarpackie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Roztoczu Wschodnim]]></category>
		<category><![CDATA[Podkarpacie Wschodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska Wschodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Roztocze mapa atrakcji]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21415</guid>

					<description><![CDATA[<p>Polska Wschodnia? Zawsze chętnie się tu wybiorę, szczególnie na Roztocze Wschodnie. Do tej części naszego kraju mam szczególny stosunek. Dlatego kiedy pojawiła się okazja do wyjazdu na Roztocze, nie wahałam się ani chwili. Ta piękna kraina na terenie Polski leży w dwóch województwach lubelskim i podkarpackim, a jej wschodni kraniec kończy się aż we Lwowie. W tym wpisie pokażę Wam miejsca z Podkarpackiego, czyli z Roztocza Wschodniego. Oczywiście to nie jest kompletna lista, dlatego chętnie poznam w komentarzach Wasze propozycje. Tam można po prostu jechać przed siebie, by ciągle odkrywać coś nowego, czasem już zapomniane perełki. O Roztoczu Wschodnim pisałam także w ramach Turystycznych Mistrzostw Blogerów. W tym artykule przeczytacie o niesamowitych miejscach w województwie lubelskim. Nie zapomnijcie także o Roztocze Środkowym i o tym, co warto tam zobaczyć: &#160; Zespół Cerkiewny w Radrużu Roztocze Wschodnie to przede wszystkim przepiękne architektura cerkiewna. Koniecznie trzeba tu zobaczyć drewnianą cerkiew pw. św. Paraskewy z 1583 roku. Uwaga, to najstarsza tego typu cerkiew w Polsce! Cerkiew została wpisana w 2013 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO wraz z innymi drewnianymi cerkwiami w Polsce i na Ukrainie. Radruż, a tym samym i cerkiew, leży tuż przy granicy polsko-ukraińskiej w odległości 3,5 km do Horyńca-Zdrój. Wewnątrz czekają na Was prawdziwe cuda, w tym m.in. przepiękny ikonostas z 58 ikonami z XVII i XVIII wieku. Koniecznie poznajcie jej historię z przewodnikiem, bilet normalny kosztuje 10 zł. W każdy poniedziałek wstęp bezpłatny. Zespół Cerkiewny w Nowym Bruśnie To dawna cerkiew greckokatolicka św. Paraskewy z 1713 roku. Tuż za nią znajduje się zabytkowy cmentarz przycerkiewny z 1812 roku. Całość tworzy niesamowity obrazek, bo oto zza drzew wyłania się zarys drewnianego, niezwykle pięknego, obiektu, a a zaraz za nim w oddali mającą wśród zarośli i drzew strzeliste nagrobki. Cmentarz naprawdę robi wrażenie i aż dziw, że tyle pięknych rzeźb się tu zachowało. Nagrobki zostały one wykonane w lokalnym ośrodku kamieniarskim w Bruśnie Starym. To bardzo charakterystyczna technika i w tym rejonie widać to doskonale. Szczególną uwagę zwracają tu krzyże bruśnieńskie, zwane największymi skarbami Roztocza Wschodniego. Wyroby z tegoż kamienia powstawały tu już w XVI wieku. Na początku wykorzystywano go do wytwarzania kamieni młyński oraz żarnowych, a z czasem praktycznie w każdym obszarze. Kamień pozyskiwano w kamieniołomach na terenie Huty Różanieckiej przez Płazów, w Woli Wielkiej, Hucie Lubyckiej, Bruśnie aż po Dziewięcierz. Pałac Łosiów w Narolu Co jeszcze warto zobaczyć na Roztoczu Wschodnim? Oczywiście pałac w Narolu. Obiekt został wzniesiony w drugiej połowie XVIII wieku. Jest budowlą w stylu barokowym, na rzucie podkowy. Obecnie własność prywatna, można jednak wejść na jego teren za niewielką symboliczną opłatą. Zdecydowanie warto to zrobić, gdyż można tu zajrzeć do pomieszczeń. Co prawda aktualnie wewnątrz znajduje się niewiele wyposażenia, obiekt jest bowiem w remoncie, przynajmniej tak to wygląda. Niemniej przestrzeń robi wrażenie. I nie tylko przestrzeń, bo np. także i ogród tarasowy w stylu francuskim. Do pałacu prowadzi długa aleja, kończącą się pokaźną bramą, która jest niejako zapowiedzią tego, co ma do zaoferowania dziedziniec i sama budowla. Na frontowej fasadzie pałacu umieszczony jest herb Łosiów. Jeśli zainteresuje Was historia tego obiektu, więcej szczegółów znajdziecie na Atlasie Rezydencji &#8211; Narol Pałac Łosiów. Stacja Basznia To nowa kolejowa atrakcja Podkarpacia. W budynku dworca Basznia Dolna urządzono wystawę oraz małe muzeum o kolei z czasów Galicji. Na zewnątrz stoi parowóz Ty2-7 oraz zabytkowe wagony. Bardzo polecam Wam multimedialną wystawę, dzięki której przeniesiecie się w czasie do momentu, gdy funkcjonowała tu linia Jarosław-Sokal, jako odcinek Kolei Lwowskich. Zobaczycie tu także makietę kolejową, która ilustruje gęsty system kolejowej infrastruktury. Dodatkową atrakcją, szczególnie dla dzieci, jest przejażdżką koleją wąskotorową. Zwiedzanie możliwe jest do wtorku do niedzieli. Za wstęp trzeba zapłacić. Cerkiew pw Narodzenia NMP w Gorajcu Ta przepiękna drewniana cerkiew pochodzi z XVI wieku, a tym samym zalicza się do najstarszych obiektów tego typu w Polsce. Trafiam akurat na remont w jej wnętrzu, ale mimo to udaje się zajrzeć do środka. A naprawdę jest co podziwiać. Zachowały się tu unikatowe na skalę Europe polichromie, które wcześniej pełniły rolę ikonostasu. Co ciekawe, z Gorajcem związany był król Jan III Sobieski, co widać w wyposażeniu cerkwi. Strefa Nadgraniczna w Gorajcu Naprzeciwko cerkwi w Gorajcu możecie zanocować oraz zjeść przepyszne chaczapuri. To klimatyczny mini-glamping, już teraz także z pokojami do wynajęcia. Każdy pokój wyposażono w aneks kuchenny i miejsce do jedzenia. Namioty zaś rozstawione są na drewnianych platformach, wyposażone w materace, śpiwory i poduszki. Oczywiście do dyspozycji gości są sanitariaty i mały aneks kuchenny. Jest to zdecydowanie miejsce wyjątkowe, prowadzone przez sympatyczną parę. Można się tu także zatrzymać na odpoczynek na leżaczkach pod jabłonką i posmakować tego, co akurat bar ma do zaoferowania, a polecam szczególnie wspomniane już chaczapuri prosto z pieca, wypiekane na naszych oczach oraz  pyszny cydr i kombuchę. Cerkiew pw Św. Paraskewy w Łówczy Położona, a w zasadzie skryta w gąszczu przed światem, drewniana cerkiew greckokatolicka została wybudowana w&#8230; i tu właśnie pojawiają się dwie daty. Jedna wersja mówi o latach 1796-1799, druga zaś o roku 1808. Łówcza to wieś położona w województwie podkarpackim w gminie Narol. Po wojnie cerkiew została przejęta przez kościół rzymskokatolicki. Jeśli chcecie zajrzeć do środka, trzeba zgłosić się do gminy i tam o to poprosić. Wygląda na to, że świątynia pozostaje nieco w zapomnieniu i niewątpliwie przydałby się tu remont. Drzewo &#8220;Serce Roztocza&#8221; Tak ta atrakcja nazywa się na mapach Google. To dwa kasztanowce z Łówczy, które łączą się koronami drzew. I poprzez to tworzy się kształt serca. Oczywiście, aby go zobaczyć, trzeba tu przybyć, gdy drzewa mają już liście. Piękny obrazek tworzy się także podczas kwitnienia. W pobliżu kasztanowców stoi przepiękny krzyż bruśnieński. Cerkiew pw Opieki NMP w Chotylubiu To drewniana cerkiew greckokatolicka, położona na nieznacznym wzniesieniu, pośrodku wsi, przy drodze z Cieszanowa do Brusna. Została tu wybudowana w 1888 roku. Cerkiew została włączona do Podkarpackiego Szlaku Architektury Drewnianej. Od 2001 cerkiew nie jest już miejscem kultu. Wewnątrz zachowało się wyposażenie z XVII–XIX wieku, m.in. ikonostas pięciorzędowy z początku XVIII wieku. Cmentarzysko w Starej Hucie Roztocze Wschodnie skrywa także trudną historię tych ziem. I tak oto w Starej Hucie ocalał dawny cmentarz w lesie przy jednej z nieistniejących wsi pogranicza. Zobaczycie tu jej pozostałości. To także miejsce mocy. Tu w 1718 roku założono drugą, w kolejności po Hucie w podwarszawskich Bielanach, hutę szkła kryształowego. Zakład działał do połowy XVIII wieku. Podobno nawet obecnie na drodze, przechodzącej przez wieś można znaleźć elementy pokruszonych kryształów. Gdy wioskę wysiedlono w 1947 roku po akcji &#8220;Wisła&#8221;, na tym terenie utworzono Państwowe Gospodarstwo Rolne. Cerkiew niestety rozebrano, zaś cmentarz udało się uratować. Został on odnowiony przez Stowarzyszenie Magurycz. Jest to jeden z najpiękniejszych cmentarzy Roztocza. To nekropolia greckokatolicka z nagrobkami z kamienia bruśnieńskiego. Przy drodze, prowadzącej na cmentarz stoi także piękna figura anioła, wskazującego kierunek do nieistniejącej wsi Dahany. Opuszczona cerkiew pw Zaśnięcia NMP w Płazowie Roztocze Wschodnie to nie tylko drewniane cerkwie, ale także te murowane. Jej zarys majaczy już z pewnej odległości, a całość powoli wyłania się zza drzew. Widać, że miejsce to jest opuszczone, a przez to roztacza się tu niesamowita aura. Nie sposób się nie zatrzymać i nie sprawdzić, jaka historia kryje się w tych murach. Informuje o tym tablica tuż przy świątyni. Wybudowano ją w 1936 roku w Płazowie. Po wojnie została opuszczona po wysiedleniu ludności ukraińskiej w ramach akcji „Wisła”. W czasach komunistycznych przez pewien okres służyła jako magazyn. Dzisiaj niestety stoi pusta. Na placu zachowały się jeszcze dwa imponujące krzyże bruśnieńskie z czytelnymi inskrypcjami. Jeden z czasów początkowej kamieniarki bruśnieńskiej z 1734 roku, drugi z 1871 na grobie proboszcza Noronowicza. Ruiny cerkwi z XIX wieku w Hucie Różanieckiej Roztocze Wschodnie usiane jest pięknymi cerkwiami. Ruiny tejże świątyni niesamowicie wyglądają o zachodzie słońca. Budynek jest już niemalże całkowicie zniszczony, a natura zadomowiła się tu na dobre. Całość tworzy urokliwy obrazek, który warto zdecydowanie zobaczyć. Zachował się tu także przycerkiewny cmentarz. Cerkiew wraz ze starszą od niej drewnianą dzwonnicą została zniszczona przez Niemców podczas II wojny światowej w 1943 roku, choć wersji, jak to się stało jest kilka. Na terenie cerkwiska można ciągle zobaczyć kilkanaście krzyży bruśnieńskich. Cztery Stawy Glamp To pierwszy na Roztoczu glamping na skraju Puszczy Solskiej. Znajduje się w Rudzie Różanieckiej. Możecie tu zanocować w jurcie lub po prostu zrelaksować się w hamaku i zjeść coś smacznego nad stawem z przepięknym widokiem. Miejsce sielskie daleko od tłumów, idealne do tego, by uciec od zgiełku miasta i naładować akumulatory na łonie natury. Jak widzicie na Roztoczu Wschodnim jest co robić. A to nie wszystkie miejsca warte zobaczenia. Może dorzucicie coś od siebie w komentarzach, czekam na Wasze propozycje. A tu podrzucam swoją mapkę. ﻿</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/roztocze-wschodnie-top-atrakcje-w-podkarpackim.html">Roztocze Wschodnie &#8211; 13 TOP atrakcji w Podkarpackim</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/roztocze-wschodnie-top-atrakcje-w-podkarpackim.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>14</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Algieria &#8211; plan podróży na 11 dni, czyli co warto zobaczyć</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/algieria-plan-podrozy-na-11-dni-czyli-co-warto-zobaczyc.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/algieria-plan-podrozy-na-11-dni-czyli-co-warto-zobaczyc.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 04 Jun 2023 17:04:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Algieria]]></category>
		<category><![CDATA[Algieria jak zorganizować podróż]]></category>
		<category><![CDATA[czy warto jechać do Algierii]]></category>
		<category><![CDATA[ile kosztuje wycieczka do Algierii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21257</guid>

					<description><![CDATA[<p>Algieria od dłuższego czasu była na mojej liście podróżniczych marzeń. Zdjęcia białego Algieru i pomarańczowej pustyni działały mocno na wyobraźnię. Przed samiutką pandemią przeglądałam nawet oferty biur podróży. Algieria musiała poczekać i się doczekała. Bilet lotniczy zakupiłam bardzo spontanicznie w promocji Lufthansy niemalże rok przed wyjazdem. Do tego saharyjskiego kraju udałam się w babskim gronie. Oto cztery zapalone podróżniczki postanowiły sprawdzić, co zastaną na miejscu. Cóż, Algieria to nie jest popularny urlopowy kierunek, zwłaszcza dla kobiet, podróżujących bez męskiego towarzystwa. Może się tak wydawać, jednak postaram się zmienić to wyobrażenie. Na sam początek podrzucam Wam nasz plan podróży do Algierii na 11 dni. Mam nadzieję, że będzie to konkretna inspiracja do tego, by kiedyś się tam wybrać. Na początku planowania podróży zakładałyśmy, że udamy się na pustynne południe Algierii do Dżanat i Tamanrasset. To tam podobno jest najpiękniej. Jednak maj to nie jest najlepszy czas, by udać się w ten rejon. Po pierwsze, ostre upały i sezon praktyczne wtedy się kończy. Po drugie, burze piaskowe, które dość często występują w tym miesiącu. Najlepsza pora to jesień lub zima. Dlatego też nasz plan ostatecznie uwzględnił północną oraz centralną część Algierii. Planujecie wyjazd do Algierii? Jeśli tak, koniecznie zajrzyjcie do wpisu z informacjami praktycznymi o Algierii: &#160; Dzień 1: Algier i przejazd do Ghardaïa Wylot z Warszawy mamy o 19:10, lot jest przez Frankfurt, natomiast na miejscu lądujemy około północy. Wbicie wizy do paszportu zajmuje około 20 minut (bezpłatna visa on arrival), po czym od razu taksówką jedziemy do hotelu. Afric Hotel bardzo polecam. Ma świetną lokalizację, znajduje się w starej części Algieru, a personel jest przemiły i przepomocny, zresztą jak wszyscy Algierczycy. Na lotnisku odbiera nas Mohammed, przedstawiciel lokalnej agencji, która załatwiła nam wizę oraz zorganizowała tour po pustynnych terenach. Rano po śniadaniu udajemy się na wymianę pieniędzy na Port Said Square, gdzie dinary można zakupić po korzystnej cenie. Tak, świetnie działa tu czarny rynek walutowy, kurs może być korzystniejszy nawet o 40%. Następnie kupujemy lokalne karty SIM. Za 10 GB plus 100 minut na rozmowy na 15 dni płacimy 700 dinarów, czyli 3 EUR. Sporo czasu spędzamy w kolejce w biurze Air Algerie, gdzie odbieramy bilety lotnicze na loty lokalne. Rezerwacji dokonałyśmy przez Internet, jednak obcokrajowcy za bilety nie mogą zapłacić online. Krótkie zwiedzanie Algieru, a następnie przejazd wynajętym vanem do Ghardaia. W zasadzie ten odcinek chciałyśmy pokonać drogą powietrzną, jednak bilety zostały wyprzedane. Wypożyczenie vana kosztuje  nas 70 EUR za cały samochód, zatem na 4 osoby wyszło bardzo korzystnie. Dystans to 600 km. Lunch po drodze. Kolacja w hotelu Résidence Akham w Ghardaia. Obiekt jest przepiękny, utrzymany w tradycyjnym stylu. Tutaj wita nas Azzedine, właściciel lokalnego biura Discover Ghardaïa. Ghardaia to prowincja i wioska położone w Dolinie M’zab. Dzień 2: Zwiedzanie ksaru El Atteuf oraz okolicy Po śniadaniu jedziemy do ksaru El Atteuf. Można go zwiedzać wyłącznie z lokalnym przewodnikiem, który już na nas czeka. Ksar to z arabskiego twierdza. Tutaj jest to ufortyfikowana wioska oazowa, typowa dla kultury berberyjskiej. Łącznie zachowało się tu siedem ksarów, pięć w pobliżu Ghardaïa. My w planach mamy trzy. W całej Algierii są ich setki, większość już zniszczona. Tu w Dolinie M’zab ciągle tętni życie, kultywowane są stare tradycje. To niejako żywe muzeum. W 1982 roku rejon Al-Mizab wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. El Atteuf to arcydzieło planowania urbanistycznego. Może się wydawać, że to plątanina uliczek bez ładu i składu, ale to mylne wrażenie. Kobiety zakrywają tu całe ciało. Mężatki odkrywają tylko jedno oko, panny całą twarz. Dziewczynki zaczynają się zakrywać od pierwszej miesiączki. Nie wolno im robić zdjęć i bardzo tego pilnują. Ciekawe jest to, że przy ksarze poza jego murami, oddzielony rzeką, znajduje się cmentarz. Na grobach nie ma kwiatów ani zniczy. Bliscy przynoszą jakąś rzecz, należącą do zmarłego. Po zwiedzaniu oazy udajemy się na obiad do lokalnej restauracji. Jedzenie w takich knajpkach jest naprawdę tanie. Lunch kosztuje od 1 do 4 EUR. Można tu zjeść zupy, grillowane mięsko, fasolę w sosie, gulasz z kurczaka bądź wołowiny, ziemniaki, ryż, coś w rodzaju hiszpańskiej tortilli z tym, że z frytkami, szakszukę (wersja algierska jest inna), różne zapiekanki i sałatki. Po obiedzie powrót do hotelu i sjesta do godziny 17:00. Tak, na terenach pustynnych praktykowana jest przerwa ze względu na wysokie temperatury. Sklepy i punkty usługowe są wtedy zamknięte. Po południu i wieczorem zwiedzanie okolicy z przewodnikiem. Spacer po Beni Isguen oraz korytem suchej rzeki, wejście na wzgórze z widokiem na wioskę na zachód słońca oraz wizyta w ośrodku, gdzie można zasadzić palmę i ją niejako adoptować. I właśnie to tu robimy w bardzo międzynarodowym towarzystwie. Kolacja w hotelu. Dzień 3: Zwiedzanie ksarów Ghardaïa i Beni Isguen Dzień rozpoczynamy od wizyty na lokalnym targu w Ghardaia. Uwaga, w Algierii nie ma zwyczaju targowania się. Można wręcz usłyszeć, że to nie Maroko. Ale cena potrafi się zmienić, gdy przyjdzie się drugi raz. Market standardowo podzielony jest na sekcje. Jest sekcja przyprawowa. Potrawy kuchni algierskiej nie są z reguły ostro dosmaczone, choć ostra papryczka może się pojawić. Najpopularniejsze przyprawy to sól, kminek i chili. Jest sekcja tekstylna. Algieria i szczególnie Ghardaïa słynie z pięknych dywanów. Niemalże w każdym sklepiku przy głównym placu można wejść na górę. Tam też często są produkty do kupienia. I można wyjrzeć przez okno (taki mały punkt widokowy), a nawet posłuchać tradycyjnej muzyki. Następnie zwiedzanie ksaru Ghardaïa z przewodnikiem. Wizyta w tradycyjnym berberyjskim domu. Ksar Ghardaïa, jak i te pobliskie, to de facto żywe muzeum. Obszar ten zamieszkany jest głównie przez Berberów z plemienia Mozabitów. Domy tutaj zbudowane są z naturalnych elementów, jak glina czy palmy. Technika, którą tu widać pozwala przepuszczać powietrze, a więc jest to swego rodzaju wentylacja, którą uzyskuje się dzięki liściom palmowym. Tutaj wszędzie sufitowe bele zrobione są z kłodziny palmy. Wewnątrz jest skromnie, strop jest niziutko zawieszony. Największa część domu to centralne pomieszczenie, od którego odchodzą różne wnęki. W ciekawy sposób działa tu lodówka. To po prostu wnęka w ścianie, do której zimno leci z piwnicy. W domu znajduje się pięterko i co ciekawe, jest to część odkryta. Na tym poziomie również można poruszać się po wiosce i jest on przeznaczony dla kobiet. Wizyta w ekologicznej osadzie Tafilalt. To 20-letni projekt, mający na celu zagospodarowanie pustyni w sposób przyjazny środowisku. Oaza składa się z kilku małych osiedli, stoi tu łącznie ponad 1000 ręcznie budowanych domów z lokalnego kamienia. Tafilalt leży na szczycie płaskowyżu z przepięknym widokiem na Dolinę M&#8217;Zab. Mieszkańcy w zamian za odpady żywnościowe, zbierane na potrzeby karmienia zwierząt w nowo otwartym zoo, w ramach lokalnego programu recyklingu, otrzymują bezpłatnie świeże mleko i jajka. Te produkowane są przez tutejszą społeczność. Lunch w lokalnej restauracji oraz sjesta w hotelu. Można zrelaksować się w basenie. Po południu zwiedzanie ksaru Beni Isguen z lokalnym przewodnikiem. Wieczorem podczas kolacji nawiedza nas burza piaskowa. Na szczęście jesteśmy w pomieszczeniu, choć i tak w powietrzu unosi się piasek, a jego smak czuć w buzi. Tradycyjne śpiewy i tańce po kolacji. Dzień 4: Przejazd do El Goléa i wieczór nad słonym jeziorem Rano po śniadaniu ruszamy w kierunku El Golea. Dystans 274 km. Druga nazwa tego miasteczka to El Menia. W języku arabskim te dwie nazwy oznaczają &#8220;zamek nie do zdobycia&#8221;. El Goléa to miał być po prostu przystanek w drodze z Ghardaïa do Timimoun. Kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać i co będziemy tu robić. A teraz mogę już śmiało napisać, że to jedno z najlepszych wspomnień podczas całej podróży. Tu w niewielkim, ale jakże pięknym guesthousie El Forem dzieją się wielkie rzeczy. Zakwaterowanie, a po południu zwiedzanie okolicy. Tu poznajemy Hamido, właściciela hoteliku El Forem, przewodnika, biznesmena, filantropa, człowieka bardzo eko z fantastycznym poczuciem humoru. Tu przy guesthousie działa sierociniec, więc jeśli zatrzymacie się w Forem, to w ten sposób wesprzecie dzieciaki. Do tego Hamido i jego rodzina stworzyli największą i najważniejszą bibliotekę w południowej Algierii. Obecnie posiada ona 50 000 tytułów. Celem było zapewnienie miejscowej ludności przestrzeni, pozwalającej na poznanie świata. To wszystko dzieje się za sprawą Association Tawrirt. Jest to pierwsza organizacja pozarządowa w Algierii, zajmująca się opieką nad sierotami, turystyką solidarną, promowaniem kultury oraz edukacją. I jeszcze tylko dodam, że tuż obok guesthouse&#8217;u Hamido stworzył przepiękny park z ogrodem i jeziorem &#8211; Park Maata Moulana, zielone miejsce do wypoczynku dla rodzin, gdzie rozwiązania są naprawdę eko. Wizyta w katolickim kościele św. Józefa. Tu poznajemy historię Karola de Foucauld, francuskiego misjonarza, który przebywał przez wiele lat wśród Tuaregów na Saharze w Algierii. Kościół pochodzi z czasów kolonialnych. Wieczorem na zachód słońca jedziemy nad pobliskie słone jezioro. Niestety niebo jest zachmurzone i tylko raz słońce daje znać o swojej obecności, ale i tak jest pięknie. W oddali na tafli jeziora majaczą flamingi. Pijemy tradycyjnie parzoną zieloną herbatkę i relaksujemy się przy pięknych widokach. Kolacja w hotelu. Dzień 5: Zwiedzanie ksaru El Golea i przejazd do Timimoun Ksar zwiedzamy oczywiście z Hamido. To przydymienie na zdjęciach to nie filtr, a unoszący się w powietrze piasek. Dzień wcześniej wieczorem doświadczyłyśmy burzy piaskowej. Ten ksar z X wieku to już w zasadzie ruiny. Kiedyś była to ufortyfikowana wioska Berberów. Twierdza góruje nad miastem, a z jej murów rozciąga się obłędny widok na okolicę. Przejazd do Timimoun. Dystans 360 km. Odpoczynek w czasie sjesty w hotelu Akham. Wieczorny wypad do miasteczka na spacer oraz na herbatkę. Timimoun zwane jest Czerwoną Oazą ze względu na charakterystyczną architekturę właśnie w tym kolorze. Można tu także zobaczyć kaktusowe obiekty podobne do tych w Sudanie czy w Mali. Kolacja w hotelu. Tradycyjne śpiewy i tańce. Dzień 6: Zwiedzanie Timimoun i okolic Po śniadaniu wizyta na lokalnym markecie w Timimoun. Zwiedzanie z przewodnikiem czerwonego ksaru Ighzer z IX wieku niedaleko Timimoun. W okolicy Timimoun jest ich ponad 400. Owe ufortyfikowane wioski leżą na północnych obrzeżach pobliskiego jeziora Sebkha. Dziś prawie wszystkie są opuszczone i zrujnowane. Wyjątek stanowi m.in. ksar Ighzer, w którego murach wciąż mieszkają ludzie, przeważnie czarni potomkowie niewolników. Na dole znajdują się domy, do jednego z nich mamy okazję zajrzeć. Górna cześć to opuszczone ruiny. Krótka wizyta na pobliskich poletkach i w ogródkach, gdzie uprawia się wszelakie warzywa i zboża. Zwiedzaniu ksaru Aghlad. Ten wygląda zupełnie inaczej. Mieszkała tu niegdyś społeczność żydowska, a w jego murach kryje się dawna synagoga. Całość otoczona jest żółtymi piaskami Sahary. Obiad w Timimoun w lokalnej restauracji. Po odpoczynku w hotelu przejazd do kolejnego ksaru. Po drodze przystanek na wydmach Sahary. Tu tu po raz pierwszy widzimy malownicze pofalowane pagórki z piasku dosłownie jak wyjęte z podróżniczego magazynu. Zwiedzanie ksaru Tala z niesamowitym przewodnikiem. To starszy pan pełen werwy z ogromną wiedzą i doświadczeniem. Dzięki niemu poznajemy starożytny system nawadniania i  racjonowania wody w oazie o nazwie Foggara. W języku arabskim słowo to pochodzi od fakara, czyli kopać. To poziomy system zbierania wody, który rozciąga się pod powierzchnią i wyciąga wodę na zewnątrz, przenosząc ją do bardziej suchych obszarów i gajów palmowych. W jego skład wchodzą podziemne kanały, zbudowane od 5 do 10 metrów pod powierzchnią ziemi o długości od 2 do 15 km. Woda z kanału wydostaje się na powierzchnię i jest rozprowadzana przez kasria, czyli „grzebień” z otworami o różnych rozmiarach, który rozdziela przepływ wody. Ta przepływa przez małe rynny lub rowy, aż dotrze do miejsca przeznaczenia. Na zachód słońca udajemy się na pobliską wydmę. Następnie zasiadamy w palmowym gaju na tradycyjną herbatkę i fistaszki. Kolacja w hotelu. Tradycyjne śpiewy i tańce. Dzień 7: Przejazd przez Beni Abbes do oazy Taghit Po śniadaniu przejazd do Beni Abbes. Dystans 341 km. Zwiedzanie kościoła Charlesa de Foucauld oraz ksaru Beni Abbes. Przejazd do oazy Taghit. Dystans 145 km. Zakwaterowanie w guesthousie Terregite i odpoczynek. Ten hotel to tak naprawdę camp przy samych wydmach, utrzymany w bardzo tradycyjnym stylu. Pokoje są skromne, ale klimatycznie urządzone. Do spania służą materace na podłodze. Łazienka jest wspólna. Jest kilka miejsc do odpoczynku zarówno wewnątrz, jak i poza budynkami. Wieczorem spacer na wydmy na zachód słońca. Oaza Taghit leży blisko granicy z Marokiem. To ukryty skarb Algierii, do którego mało kto dociera. Taghit to miejsce, w którym spotykają się Hamada &#8211; kamienna pustynia oraz Grand Erg Occidental &#8211; piaszczysta pustynia, z palmami i oazami, otoczonymi ogromnymi wydmami. Wydmy wyglądają tutaj bardziej jak piaszczyste góry, niektóre mają nawet...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/algieria-plan-podrozy-na-11-dni-czyli-co-warto-zobaczyc.html">Algieria &#8211; plan podróży na 11 dni, czyli co warto zobaczyć</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/06/algieria-plan-podrozy-na-11-dni-czyli-co-warto-zobaczyc.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>13</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Burano &#8211; kolorowa wyspa we Włoszech, wycieczka z Wenecji</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/04/burano-kolorowa-wyspa-we-wloszech-wycieczka-z-wenecji.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/04/burano-kolorowa-wyspa-we-wloszech-wycieczka-z-wenecji.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 04 Apr 2023 21:33:54 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Burano]]></category>
		<category><![CDATA[Wenecja]]></category>
		<category><![CDATA[ceny w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[dzień w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[ile kosztuje weekend w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[jak dojechać do Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[krótki wypad do Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[parady wodne w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[weekend w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[Wenecja atrakcje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21183</guid>

					<description><![CDATA[<p>Burano to niewątpliwie unikatowa perełka Włoch, która szczyci się mianem najbardziej kolorowej wyspy w Europie. A do tego, określane jest jako jedno z 10 najbardziej kolorowych miast na świecie. Gdzie się znajduje? Niedaleko Wenecji i to właśnie stąd najłatwiej i najszybciej dostać się na Burano. Wycieczkę z Wenecji warto zaplanować na cały dzień, by połączyć zwiedzanie tej wyspy także z Murano. W Wenecji byłam już kilka razy, ale nigdy nie dotarłam do Burano. Przez kilkanaście lat podziwiałam zdjęcia innych i czytałam relacje. Wiedziałam, że kiedyś tu wrócę. I wróciłam. Burano nie rozczarowało, wręcz przeciwnie. Te kolory są naprawdę tak soczyste, że aż razi w oczy. Dodajcie do tego urokliwe kanały oraz mostki i macie iście bajkowy obrazek. A jak tam dopłynąć i jak zwiedzać wyspę, dowiecie się w tym wpisie. Jeśli wybieracie się do Wenecji, koniecznie zajrzyjcie do wpisu: &#160; Burano &#8211; jak dojechać i ile to kosztuje Przed wyjazdem szukałam informacji, jak najłatwiej i najtaniej dostać się na Burano. Przyznam, że system tramwajów wodnych wydał mi się skomplikowany i nie do końca wiedziałam, jak to na 100% działa i jaki bilet najlepiej kupić. Dopiero na miejscu wszystko ułożyło mi się w całość i teraz mogę się z Wami podzielić tymi informacjami. Oto dokładna instrukcja. Jeśli mieszkacie na wyspie, to jest to bardzo proste. Na Burano kursuje vaporetto nr 12 z przystanku Fondamente Nove. Jeśli zaś stacjonujecie w Mestre, wtedy podjeżdżacie pociągiem bądź autobusem na wyspę na przystanek P.le Roma. Tutaj wskakujecie w vaporetto nr 1. i wysiadacie na przystanku Ca&#8217;d&#8217;Oro, przy pięknym białym budynku, który jest de facto przepięknym pałacem, wybudowanym na początku XV wieku. Wtedy do przystanku Fondamente Nove macie już 10 min. piechotką. Jeśli nie macie jeszcze biletu, wówczas trzeba podejść do kas, które się tu znajdują. Tutaj też możemy podpytać, dokładnie z którego stanowiska odpływa tramwaj wodny nr 12. Vaporetto na Burano płynie 45 minut. Bilet w jedną stronę kosztuje 9,50 EUR. Co w zasadzie się nie opłaca. Warto kupić bilet 24h za 25 EUR, by zatrzymać się także na innych wyspach oraz popływać po samej Wenecji. Tramwaj najpierw zatrzymuje się na wyspie Murano, Mazzorbo i Torcello, jednak to zależy, którą trasą płynie statek. Na stronie Visit Venice Italy sprawdzicie przystanki oraz rozkład. Jest on także dostępny przy stanowisku w Wenecji oraz na wyspie Burano na przystani. Można więc od razu ustalić, o której będzie powrót. Z czego słynie Burano &#8211; kolorowe domki i koronki Odpowiedź jest oczywista. Burano słynie z kolorowych domków. Choć sama nazwa w ogóle tego nie sugeruje, a wręcz nam, Polakom, może kojarzyć się z czymś burym;) Nazwa Burano jednak pochodzi od północnej bramy „Porta Boreana”, skąd wieje bora. To chłodny i wilgotny wiatr, wiejący od strony morza, określany tak na włoskim wybrzeżu południowego Adriatyku. Dlaczego domy mają tu tak soczyste barwy? Otóż, kolory miały ułatwiać rybakom powrót do domu. Kobiety dbały o to, żeby mężowie się nie pomylili i nie poszli do sąsiadki. Bywało, że z połowów wracali nad ranem, gdy wyspę spowijała gęsta mgła, a często też już na rauszu, bowiem trzeba było się jakoś rozgrzać. W takich okolicznościach o pomyłkę nie trudno. Inna wersja mówi o kolorach, które były po prostu znakiem rozpoznawczym poszczególnych rodzin. To poprzez malowanie domów w swoje barwy wyznaczano granice, pokazywano, gdzie kończy się teren danej posiadłości. Domy są co jakiś czas odmalowywane, a o kolorach decydują władze wyspy. Właściciel nie może sam zacząć prac, musi udać się najpierw do urzędu i dostać pozwolenie oraz zatwierdzenie koloru. Te samy barwy nie mogą pojawić się w bezpośrednim sąsiedztwie. Burano słynie także z wyroby przepięknych koronek. Skąd ta tradycja na wyspie? I tu także pojawia się legenda, która mówi o tym, że  kobiety zaczęły trudnić się koronkarstwem, gdy ich mężowie wypływali na długie połowy. Czy to prawda? Z pewnością faktem jest, iż w XVI wieku koronki z Burano stały się sławne w całej Europie. I trwało to przez kolejne stulecie, a nawet i dłużej aż w XIX wieku popyt wyraźniej zmalał. Na Burano otworzono wówczas szkołę koronkarstwa, by zwrócić uwagę na niezwykłe rękodzieło z tej maleńkiej wyspy. Obecnie znajduje się tu Muzeum Koronki. Uczulam Was na to, że dziś niezwykle rzadko można dostać oryginalny wyrób, bowiem to, co pojawia się na wystawach w sklepach z suwenirami, to maszynowo zrobione serwety czy obrusy. Trzeba poszukać małej lokalnej pracowni lub zajrzeć do wspomnianego już  Museo del Merletto, czyli Muzeum Koronek na Piazza Baldassarre Galuppi. Jak zwiedzać Burano i ile czasu na to przeznaczyć Burano znajduje się w północnej części Laguny Weneckiej, koło Torcello, w odległości 7 km  od Wenecji. Wyspa jest niewielka i z pewnością nie da się tu zgubić. Zdecydowanie polecam zwiedzanie poza sezonem, gdy turystów jest niewiele i tłumów brak. Latem potrafi być tu bardzo tłoczno. Wenecja jest niezwykle popularnym kierunkiem i niestety została dotknięta zjawiskiem, które nazywa się overtoursim. Z pewnością wiecie, iż nawet władze Wenecji zastanawiają się nad ograniczeniem liczby zwiedzających i jednym z pomysłów miało być wprowadzenie opłaty za wstęp na wyspę. Ta opłata miałaby dotyczyć osób, które chcą wjechać na wyspę na jeden dzień. Jeśli więc nocujecie w Wenecji na wyspie, wówczas takiego podatku płacić nie musicie. Jednak jeśli bazę macie na lądzie w Mestre lub Marghera, taką opłatę musielibyście uiścić. Póki co, władze wyspy zwlekają jeszcze z wprowadzeniem tej zmiany. Na zwiedzanie Burano polecam przeznaczyć ok. pół dnia, jeśli nie chcecie się śpieszyć i jeśli chcecie tak po prostu pokręcić się po uliczkach i zajrzeć w liczne zakamarki. Ja przyjechałam tu w pod koniec stycznia i było idealnie. Po pierwsze, turystów niewiele, po drugie &#8211; trafiłam na fantastyczną pogodę. Było cały czas słonecznie. Teoretycznie Burano można obejść nawet i w pół godziny, jednak takie tempo jest zdecydowane za szybkie. A zapewniam Was, że będziecie chcieli zrobić tu milion zdjęć. Zwiedzanie Burano to przede wszystkim odkrywanie urokliwych uliczek, mostków, kanałów i niezwykłej kompozycji soczystych kolorów. Burano &#8211; co trzeba zobaczyć Zwiedzanie Burano rozpoczęłam oczywiście od&#8230; kolorowych domków. Wiadomo, one są naprawdę wszędzie i gdy człowiek wysiada z tramwaju, to nie wie, w którą stronę pójść, bo zewsząd kuszą soczyste barwy. Ja udałam najpierw w lewo wzdłuż pierwszego kanału i tam przechodząc przez mostek, poszłam przed siebie. Burano to w tak naprawdę nie jedna, a cztery wyspy: San Mauro, Giudecca, Terranova oraz San Martino i koniecznie trzeba pospacerować po każdej z nich. Są one przedzielone trzema kanałami: Rio Pontinello, Rio Terranova oraz Rio Zuecca. A czy są jakieś miejsca czy punkty, które warto zobaczyć? Tak, oczywiście. Oto one. Dom Bepiego To najbardziej kolorowy dom na całej wyspie. To już 200% kolorów w kolorach. Bepi&#8217;s House ulokowany jest w środku wyspy. Nazywany jest także Bepi of Candies. Dlaczego? Otóż, Bepi &#8211; alias Giuseppe Toselli &#8211; poza tym, że był miłośnikiem malarstwa, był także kinomaniakiem. Jego pasja zrodziła podczas pracy w Cinema Favin, gdzie był zatrudniony jako woźny i konserwator. Kiedy kino zostało zamknięte, zaczął sprzedawać słodycze na placu Galuppi w Burano i stąd wzięła się nazwa związana z cukierkami. Muzeum Koronek, czyli Museo del Merletto Wspomniane już Muzeum Koronek, w którym można podziwiać oryginalne wyroby. Mieści się przy placu Piazza Baldassarre Galuppi. Otwarte jest w godzinach 10:00 &#8211; 16:00 oprócz poniedziałków. Ostatnie wejście odbywa się o 15:30. Wstęp kosztuje 5 EUR. Szczegóły sprawdzicie na stronie Internetowej muzeum. Krzywa wieża na Burano Tak, ta wyspa ma swoją krzywą wieżę i jest on naprawdę widocznie przechylona. To dzwonnica kościoła San Martino Vescovo na głównym placu w mieście Piazza Baldassarre Galuppi. Wieżę wybudowano w XVI wieku. Ma ona 54 metry wysokości, zbudowana została z brązowej cegły. Niestety nie można na nią wejść. Tę krzywość najlepiej widać za świątynią, kiedy nagle przed nami wyrasta olbrzymia przechylone wieża. Kościół San Martino Vescovo Wejść za to można do wnętrza tego kościoła i to bezpłatnie. To XVI-wieczny kościół rzymskokatolicki na wyspie. Budowla ta zdecydowanie wyróżnia się, niejako wypełnia plac i jest jego głównym punktem. Warto więc zajrzeć do środka, by zobaczyć, to co skrywa. Piazza Galuppi Główny plac na Burano, nazwany na cześć weneckiego kompozytora Baldassarre Galuppiego, którego pomnik znajduje się na placu. Co ciekawe, by ten plac mógł powstać, zakopano jeden kanał i połączono w ten sposób dwie dzielnice San Martino Destra i San Martino Sinistra. W okolicach tego placu znajduje się najwięcej sklepików z pamiątkami, barów i restauracyjek. W każdą środę rano otwiera się tu market z owocami morza. Tre Ponti &#8211; Trzy Mosty To drewniany most, a raczej mosty, z których rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków na kanał i kolorowe domy. Tutaj i poza sezonem spotkać można turystów z aparatami i telefonami. Ten most łączy trzy kanały i trzy najbardziej kolorowe ulice Burano: Via Giudecca, Via San Mauro oraz Via San Martino Sinistro. Rio Terranova To bardzo charakterystyczny kanał z dwoma mostami z widokiem na krzywą wieżę. Jej przechylenie bardzo dobrze tu widać. Dociera to bardzo mało turystów, jest spokojnie i tak jakby poza utartym szlakiem. Uwagę zwracają tu domy w kolorach niebiesko-żółtym z małą kapliczką w środku. Wieża ciśnień To jedna z charakterystycznych budowli na wyspie. Trochę z boku, niejako ukryta w części bardziej lokalnej, a jakże ciekawej. Corte della Comare Ta ulica znajduje się bardzo blisko przystanie. Gdy przy pierwszym kanale skręcicie w lewo i dojdziecie do mostu na końcu, trzeba odbić w prawo i nie wchodzić na most. Na tej ulicy stoi szereg identycznych domów ustawionych w równym rzędzie. Każdy z nich ma inny niezwykle nasycony kolor. Nie są one ulokowane przy kanale, a przy chodniku i trawniku. &#160;</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/04/burano-kolorowa-wyspa-we-wloszech-wycieczka-z-wenecji.html">Burano &#8211; kolorowa wyspa we Włoszech, wycieczka z Wenecji</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/04/burano-kolorowa-wyspa-we-wloszech-wycieczka-z-wenecji.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>19</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wenecja poza utartym szlakiem &#8211; darmowe atrakcje, triki i wskazówki</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/02/wenecja-poza-utartym-szlakiem-darmowe-atrakcje-triki-i-wskazowki.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/02/wenecja-poza-utartym-szlakiem-darmowe-atrakcje-triki-i-wskazowki.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 26 Feb 2023 12:36:48 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Wenecja]]></category>
		<category><![CDATA[Włochy]]></category>
		<category><![CDATA[ceny w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[dzień w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[ile kosztuje weekend w Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[jak dojechać do Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[krótki wypad do Wenecji]]></category>
		<category><![CDATA[weekend w Wenecji]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=21036</guid>

					<description><![CDATA[<p>Zabieram Was do Wenecji, na najbardziej romantyczną wsypę w Europie, położoną na 118 wyspach, połączonych ze sobą setkami kamiennych mostów i wodnymi kanałami. To już moja trzecia wizyta w tym mieście. Chętnie tu wracam, bo za każdym razem odkrywam coś nowego. Tym razem nie będzie opowieści o top atrakcjach Wenecji. Pokaże Wam miejsca mniej znane oraz podpowiem, co można zobaczyć i zrobić tu za darmo lub za niewielkie pieniądze. Wenecja poza utartym szlakiem jest równie piękna i ciekawa, dlatego polecam zagłębić się w jej zakamarki i odkryć prawdziwe perełki. Warto także znać pewne triki, które ułatwią i uprzyjemnią zwiedzanie Wenecji, bowiem niektóre atrakcje będą kosztowały przysłowiowe grosze. Podpowiem też, jak dobrze się ubezpieczyć, jak znaleźć tanie połącznie i gdzie nocować w Wenecji. Jeśli planujecie podróż do Wenecji, zajrzyjcie koniecznie to tych wpisów: &#160; No to zaczynamy&#8230; co warto zobaczyć w Wenecji? Taras z widokiem na Canale Grande To zupełnie darmowy punkt widokowy, skąd możemy podziwiać Canale Grande na dwóch odcinkach. Znajduje się w luksusowym domu towarowy &#8211;  Fondaco dei Tedeschi, niedaleko Mostu Rialto. Jedyne co trzeba zrobić, to zarezerwować godzinę, o której chcemy wejść na taras. Dokonamy tego na stronie Fondaco dei Tedeschi. W budynku wjeżdżamy na samą górę i tam ustawiamy się w kolejce, jeśli jest. A  jeśli nie, to od razu podchodzimy do pana, który sprawdza, czy znajdujemy się na liście. Na tarasie może przebywać maksymalnie 40 osób przez 15 minut. Po upływie tego czasu wpuszczana jest kolejna grupa. Rezerwacji dokonajcie przynajmniej dzień przed wizytą, w sezonie warto to zrobić wcześniej. Księgarnia Libreria Acqua Alta To kolejna zupełnie darmowa atrakcje w Wenecji. Księgarnia jak księgarnia&#8230; pomyślicie i rzeczywiście na pierwszy rzut oka wygląda normalnie, nie licząc pięknej gondoli, stojącej na środku. Jednak, gdy zajrzycie do bocznych pomieszczeń, które skrywają bardzo stare i zniszczone stosy książek, zmienicie zdanie. Poczujecie niezwykły klimat rodem z Harrego Pottera. Atrakcją tego miejsca są schody z rozlatujących się już egzemplarzy książkowych, po których można się wspiąć i popatrzeć sobie na pobliski kanał. Dlaczego są one tak zniszczone? Kiedy w Wenecji podnosi się poziom wód, podłoga księgarni bywa zalewana. Swego część zbiorów znalazła się pod wodą, właścicielom udało się je uratować i teraz służą jako atrakcja. O tej powodzi można tu obejrzeć krótki film. By zapobiec ponownemu zniszczeniu książek, umieszczono je na gondoli, w miskach i w małych wannach. Kupicie tu także oryginalne i nietypowe włoskie kartki czy plakaty tylko za 1 EUR. Scala Contarini del Bovolo To kolejny punkt widokowy, tym razem na Bazylikę św. Marka i jej dzwonnicą w tle. Co prawda nie jest to zupełnie darmowa atrakcja, bo za wejście na wieżę trzeba zapłacić 8 EUR. Natomiast zobaczenie samego budynku z zewnątrz nie kosztuje już nic. A budynek ten jest niezwykle ciekawy. Palazzo Contarini del Bovolo to mały pałac ze spiralnymi schodami i pięknymi łukach. Codziennie przechodzi tędy mnóstwo osób, a niewiele skręca w ten mały zaułek. Scala Contarini del Bovolo to naprawdę perełka weneckiej architektury. Schody umieszczone są na monolitycznej kolumnie, mierzącej 26 metrów. Warto zwrócić uwagę na łuki, które na ostatnim piętrze są o połowę mniejsze niż te na dole. Przez to wieża wygląda na wyższą. Gondola za 2 EUR Ile kosztuje rejs gondolą w Wenecji? Za 30 minut trzeba zapłacić aż 80 EUR (cena za całą łódkę). Czasami panowie gondolierzy są skłonni zejść nawet do 50 EUR. To jednak ciągle sporo, szczególnie, gdy ktoś zwiedza Wenecję w pojedynkę lub w parze. Można jednak przepłynąć się gondolą za 2 EUR. Jak to zrobić? I jak to wygląda? Tylko kosztuje przeprawienie się na drugi brzeg kanału Grande w kilku miejscach, jest to  zatem transport publiczny. Ten serwis nazywa się gondola traghetto i oferowany jest na stacjach Santa Maria del Giglio (okolice placu św. Marka), San Tomá, Dogana i Santa Sofia. Oczywiście taka przeprawa trwa kilka minut, ale jednak można przez chwilę poczuć Wenecję właśnie od tej strony. Wenecki Arsenał Co jeszcze warto zobaczyć w Wenecji? Niedaleko placu św. Marka, za słynnym Mostem Westchnień, znajduje się Wenecji Arsenał. Poprzednio tu nie dotarłam, nawet nie wiedziała, że coś takiego tu zobaczę. To ogromny kompleks stoczni, w których konstruowano okręty wojenne i statki handlowe na potrzeby Republiki Weneckiej. Powstanie Arsenału datuje się na 1104 rok. Jednak budowa została ukończona dopiero w 1449 roku. Obiekt można zobaczyć z zewnątrz. Troszkę szkoda, bowiem ciekawość robi swoje i człowiek chętnie zajrzałby do środka. Póki co jest to jedna z darmowych atrakcji w Wenecji, którą można podziwiać podczas eksplorowania miasta na wodzie. Getto weneckie Czy wiecie, że w Wenecji znajduje się najstarsze getto na świecie? Powstało w dzielnicy Cannaregio i to właśnie w niej Żydzi zostali zmuszeni do życia w odosobnieniu. Getto weneckie utworzono w 1516 roku, choć już wcześniej wprowadzono restrykcje, ograniczające prawa Żydów w Republice Weneckiej. Dzielnica ta do dziś pełna jest śladów kultury żydowskiej. Zobaczycie tu tablice upamiętniające, dwie synagogi, restauracje żydowskie, sklepiki z judaikami. Społeczność żydowska jest tu ciągle obecna, liczy około 500 osób. Termin „getto” wywodzi się od określenia obszaru starej odlewni na obrzeżach Wenecji, gdzie znajdowała się żydowska dzielnica. Teatro Italia, darmowa atrakcja i supermarket Ten budynek także znajduje się w dzielnicy Cannaregio. I zapewniam, że zwróci on od razu Waszą uwagę. Wzdłuż ruchliwej drogi, łączącej dworzec kolejowy Santa Lucia z mostem Rialto w Wenecji, stoi osobliwy neogotycki budynek z napisem „Teatro Italia” na fasadzie. Został zbudowany w 1915 roku typowym weneckim stylu gotyckim. Widać tu odwołanie do Pałacu Dożów na Placu Świętego Marka. Jeśli spojrzymy na jego fasadę, dostrzeżemy dwa herby na poziomie pierwszej kondygnacji oraz uskrzydlonego lwa pośrodku balustrady na dachu. Cztery kute żelazne bramy wejściowe i wewnętrzne żyrandole zaprojektował Umberto Bellotto. Wnętrza zdobią przepiękne malowidła. Historia Teatru Italia jest bardzo spójna: najpierw został przekształcony w kino, następnie pozostawał zamknięty przez wiele lat, aw końcu stał się siedzibą uniwersyteckich biur. Po długiej renowacji został niedawno ponownie otwarty i przekształcony w supermarket. Zatem zdecydowanie warto zrobić tu zakupy. Dzielnica Cannaregio Jak widzicie dzielnicę Cannaregio zdecydowanie warto odwiedzić. Jest ona mniej popularna, ale naprawdę ciekawa. Jest tu bardziej lokalnie, a co za tym idzie i taniej. Znajdziecie tu tańsze noclegi oraz knajpki. To tu mieszkałam podczas przyjazdu na Karnawał Wenecki. Na airbnb znalazła bardzo tani nocleg w starej kamienicy przy kanale Cannaregio. Z balkonu mogłam obserwować rozpoczęcie karnawału, czyli wodną paradę. To była prawdziwa miejscówka VIP. Polecam spacer wzdłuż kanałów, po urokliwych mostkach. Być może traficie na lekcję nauki sterowania gondolą, tak jak mi się to udało. Koniecznie zajrzyjcie na targ, kramy ulokowane są tu na łódkach. Warto się tu dłużej pokręcić i pozaglądać w zakamarki i wąskie uliczki. Kawiarnia Florian O tej kawiarni być może już słyszeliście. Mieście się ona przy placu św. Marka i jest najstarszą istniejącą do dziś kawiarnią we Włoszech, a zarazem jedną z najstarszych na świecie. Powstała w 1720 roku. Bywali tu słynny uwodziciel Giacomo Casanova, niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe, Lord Byron czy Ernest Hemingway. Wystrój zwraca uwagę i od razu przenosi nas w czasie. I gdy się tak rozejrzymy dookoła, to niezbyt tu pasujemy w naszych nowoczesnych strojach z telefonami w ręku;) Eleganckie wnętrza ze ściennymi malowidłami wieszczą wysokie ceny. I rzeczywiście tak jest. Niemniej można zajrzeć do środka, by zobaczyć pomieszczenia oraz to, co tutejsi cukiernicy przygotowali dla swoich gości. Najtańsza kawa, która jest tu podobno wyborna, kosztuje 7 EUR. Za słynne śniadanie Casanovy trzeba zapłacić aż 50 EUR. Niemniej wejście do środka nie kosztuje nic i to Wam polecam. Bazylika Świętego Marka A skoro już jesteśmy na placu św. Marka, to zajrzymy do bazyliki. Jakiś czas temu wstęp był bezpłatny, obecnie kosztuje 3 EUR. Warto tyle zapłacić, by zobaczyć niesamowicie bogate wnętrza świątyni. Wstęp do muzeum św. Marka (wejście na balkon) jest płatny 7 EUR. Tym razem sobie podarowałam, jako że budynki wokół nieco toną w rusztowaniach. Wrócę, gdy renowacja się zakończy i wówczas będę mogła podziwiać Pałac Dożów w całej okazałości. Bazylika powstała początkowo jako Kaplica Książęca, a siedzibą patriarchatu stała się dopiero w XIX wieku. Stanowiła serce miasta, centrum życia Wenecji. To tutaj uroczyście ogłaszano wybór nowego doży i tutaj doża błogosławił i żegnał tych, którzy mieli prowadzić na wojnę okręty i armie Najjaśniejszej Republiki. Rejs po Canale Grande No właśnie&#8230; będąc w Wenecji warto zobaczyć ją także z wody. Oczywiście bilet na vaporetto nie należy do najtańszych. Obowiązują dwa cenniki, osobny dla mieszkańców, osobny dla turystów. Jednorazowy bilet upoważnia do korzystania z transportu publicznego przez 75 minut od momentu skasowania. Koszt takiego biletu to 9,50 EUR. Polecam Wam zastosować następujący trik. Jeśli wybieracie się na wyspy Murano i Burano, zakupcie bilet dobowy za 25 EUR. Wówczas po powrocie możecie przepłynąć się jeszcze tramwajem wodnym po Canale Grande. Mi udało się to zrobić wieczorem i jeszcze następnego dnia rano, bowiem na vaporetto wskoczyłam jeszcze przed upływem 24 godzin. Squero San Trovaso &#8211; warsztat konstrukcji i naprawy gondol A na koniec dodatkowa atrakcja w postaci warsztatu, gdzie konstruuje się i naprawia gondole. Kiedyś takich punktów było mnóstwo. Dziś funkcjonuje tylko sześć. Jeden z nich to właśnie Squero San Trovaso. Squero to warsztat, a samo słówko oznacza ekierkę, która była niezbędna w pracy cieśli. To miejsce jest tak stare, jak sama Wenecja. Możecie podpatrzeć prace &#8220;z ulicy&#8221; lub umówić się na zwiedzanie, zaglądać na stronę warsztatu &#8211; squerosantrovaso.com. Dojazd z lotniska w Wenecji za 1.5 EUR Tak, to możliwe. Za taką kwotę możecie dojechać z lotniska Marco Polo. Normalnie taki przejazd kosztuje aż 10 EUR, jeśli bilet zakupicie na lotnisku. Wystarczy jedna przejść z lotniska 15 minut do przystanku Trestina Tessera i wsiąść do tego samego autobusu! Przystanek zaznaczony jest na mapach Google, więc bez problemu go namierzycie. Do Wenecji kursuje autobus nr 5, zaś do Mestre nr 15. I uwaga! Bilet na autobus kupcie w kiosku, zwanym tabacchiera, zapłacie wówczas 1,5 EUR. Dlaczego? Dlatego, że jesteście już poza strefą lotniskową. Jeśli kiosk jest już zamknięty, bilet możecie zakupić u kierowcy. Wówczas zapłacicie 3 EUR, to ciągle mniej niż dyszka. Jeszcze inną opcją jest skorzystanie z aplikacji AMV Venezia Official, w której także możecie nabyć bilet za 1,5 EUR. Jeśli chodzi o dojazd z lotniska Treviso, to także za bilet normalny, zakupiony na lotnisku, trzeba zapłacić 10 EUR. Chcąc zaoszczędzić, można dojechać z lotniska na dworzec kolejowy w Treviso autobusem miejskim ACTT nr 6. Stąd odjeżdża pociąg do Wenecji. Zaoszczędzimy więcej niż połowę ceny biletu ATVO, ale będzie to podróż z przesiadkami. Przejazd autobusem nr 6 kosztuje 1.50 EUR, kursuje on co 20 min, a podróż trwa ok. 15 min. Cena za bilet na pociąg zaczyna się od 3.60 EUR, a przejazd trwa ok. 35 min. Przygotowanie wyjazdu do Wenecji &#8211; bilety lotnicze, ubezpieczenie, nocleg Wenecja ogólnie nie jest niskobudżetowym kierunkiem. Niemniej można podróż do tego miasta zorganizować w rozsądnej cenie. O pewnych trikach przeczytaliście już wyżej. Czas na praktyczne informacje, dotyczące przelotów, ubezpieczenia oraz zakwaterowania. Tanie bilety lotnicze do Wenecji Od jakiegoś czas do Wenecji kursują przewoźnicy niskobudżetowi. Do Wenecji dolecicie liniami Wizzair bądź Ryanair z kilku miast w Polsce: z Warszawy, Gdańska, Katowic, Krakowa, Poznania i Wrocławia. Ja wybrałam te pierwsze z racji tego, że wylot był ze stolicy, a tu mieszkam oraz ze względu na cenę. Za przelot w dwie strony zapłaciłam 153 zł, zaś mój kompan, który kupował bilet tydzień przed wylotem zapłacił jeszcze mniej, bo tylko 120 zł. Na takie ceny możecie liczyć zimą. A ta pora roku jest naprawdę świetna na zwiedzanie tego wodnego miasta, bowiem tłumów brak. A jeśli traficie na taką pogodę, jak ja, czyli piękne słonko i 7 stopni, to już w ogóle fantastyczna wycieczka gwarantowana. Ubezpieczenie na wyjazd do Wenecji Nigdy nie wyjeżdżam bez ubezpieczenia, nawet na tak krótkie wyjazdy, jak kilka dni w Wenecji. Zwiedzam wtedy ze spokojną głową. A jeśli mnie śledzicie, to wiecie, że korzystam z kalkulatora Ubezpieczenia Turystycznego na stronie Rankomat.pl. Dlaczego? Od razu otrzymuję listę ofert, którą szybciutko mogę porównać. Zrobiłam tak właśnie w przypadku Wenecji i w niecałą minutkę wszystko załatwiłam. Jak to działa? Trzeba po prostu wypełnić formularz, by porównać oferty. Najpierw wybieram kontynent oraz kraj bądź kraje, do których jadę. Określam cel wyjazdu: czy jest to wypoczynek i zwiedzanie, czy może różnego rodzaju sporty. Podaję okres ubezpieczenia, czyli jak długo będę przebywać w danym kraju....</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/02/wenecja-poza-utartym-szlakiem-darmowe-atrakcje-triki-i-wskazowki.html">Wenecja poza utartym szlakiem &#8211; darmowe atrakcje, triki i wskazówki</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/02/wenecja-poza-utartym-szlakiem-darmowe-atrakcje-triki-i-wskazowki.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Azerbejdżan &#8211; co warto zobaczyć w 4 dni (plan podróży)</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2023/02/azerbejdzan-co-warto-zobaczyc-w-4-dni-plan-podrozy.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2023/02/azerbejdzan-co-warto-zobaczyc-w-4-dni-plan-podrozy.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 01 Feb 2023 19:26:25 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azerbejdżan]]></category>
		<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[azerbejdżan bezpieczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[azerbejdżan ceny]]></category>
		<category><![CDATA[azerbejdżan na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[azerbejdżan transport]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20890</guid>

					<description><![CDATA[<p>Co warto zobaczyć w Azerbejdżanie w 4 dni? Czy w ogóle opłaca się jechać na tak krótko? Odpowiem zdecydowanie: oczywiście, że tak. I w tym czasie zwiedzicie nie tylko Baku, ale też ruszycie poza stolicę prosto w góry Kaukazu do miasta Quba oraz wiosek Laza i Kinaliq. A tego wszystkiego dokonacie, korzystając z komunikacji publicznej. Jak to zrobić? Dowiecie się w tym wpisie. Oto 4-dniowy plan zwiedzania Azerbejdżanu. Do Azerbejdżanu poleciałam naszą linią LOT z Warszawy, czas lotu 4 godzinki. Bilet zakupiłam w Szalonej Środzie za 548 zł. LOT kursuje na tej trasie cztery razy w tygodniu, we wtorki, środy, piątki i niedziele. Azerbejdżan odwiedziłam w połowie listopada. W wyższych partiach gór był już wtedy śnieg, w Baku zaś temperatura oscylowała w okolicach 15 stopni C. Wiza do Azerbejdżanu &#8211; ile kosztuje i jak wyrobić Uwaga, przed podróżą trzeba wyrobić wizę. Można to zrobić przez Internet i ten sposób bardzo polecam. Formularz wizowy jest krótki i prosty do uzupełnienia. Nie trzeba załączać zdjęcia a tylko skan paszportu. Opłata wynosi w tym przypadku 26 USD. Na standardową wizę czeka się od 1 do 3 dni roboczych. Wiza ważna jest 90 dni. Nie ma możliwości wyrobienia wizy na miejscu. Pewna para pasażerów nie została wpuszczona na pokład, bowiem nie wyrobili sobie wizy przed wylotem. Przyznam, że bardzo się zdziwili, że nie ma takiej opcji po wylądowaniu. Dzień 1: Przejazd do Quby i wycieczka do wioski Laza Wylot z Warszawy mam co prawda w środę wieczorem o 20:35, natomiast przylot do Baku jest już nad ranem w czwartek o 3:45 (różnica w czasie 3 godziny). Plan jest taki, by pierwszym autobusem z lotniska (Aero Express) udać się do centrum i stamtąd metrem na dworzec autobusowy, skąd odjeżdżają marszrutki do Quby (Guby), skąd już tylko rzut beretem na Kaukaz. Pierwszy autobus do centrum odjeżdża o 6:0o rano, kursują co godzinę. Na lotnisku spokojnie można poczekać i rozłożyć się na górze na kanapach. Na lotnisku wymieniam dolary, kurs jest w porządku, 1 USD = 1,70 AZN. Są tu też bankomaty, więc można także wyciągnąć manaty azerbejdżańskie, Revolut działa. O tej porze czynny jest także punkt Informacji, ale panie nie do końca wszystko ogarniają, choć podstawowe rzeczy wiedzą. Ps. Lotnisko w hali odlotów wygląda bardzo stylowo. Już teraz Wam pokazuję, w jakich okolicznościach możecie poczekać na samolot. Przejazd z lotniska w Baku do centrum miasta By korzystać z komunikacji miejskiej w Baku potrzebna jest karta &#8211; BakiKart, którą się doładowuje i odbija w autobusach i w metrze. Na takiej karcie także pojedziecie do centrum Baku. Jedyna opcja jej nabycia to automat przed halą przylotów (takie info z punktu Informacji). Uwaga, trzeba zapłacić gotówką i mieć wyliczoną kwotę, bowiem maszyna nie wydaje reszty. Pieniążki rozmieniam w sklepiku obok, kupując wodę do picia. Za kartę multipass (na wiele przejazdów dla kilku osób) pobierana jest kaucja 2 AZN (5,20 zł) i te pieniążki można wykorzystać potem na przejazdy. Sam bilet do centrum z lotniska kosztuje 1,30 AZN (3,37 zł). Więcej informacji na temat rozkładu jazdy autobusu Aero Express oraz biletów znajdziecie na stronie lotniska w Baku. Przejazd do centrum trwa 30 minut. Wysiadam na ostatnim przystanku przy stacji metra 28 Maja. Przejazd metrem z centrum miasta na dworzec autobusowy Zamiast wziąć taxi postanawiamy (po Azerbejdżanie podróżuję z koleżanką) do dworca autobusowego dojechać metrem. Ten dworzec to International Bus Terminal. I ta część podroży przebiega z przygodami, przez co spóźniamy się na pierwszą marszrutkę do Quby, na którą mamy już wcześniej kupione bilety przez Internet. Na szczęście bilet kosztuje bardzo mało, więc aż tak nie boli. Po pierwsze, na dworzec autobusowy koniecznie trzeba przyjechać wcześniej. Naprawdę nie tak łatwo znaleźć stanowisko odjazdu czy kasę. Jeśli zakupicie bilet online, wówczas musicie rezerwację wymienić na prawdziwy bilet w kasie. Dworzec to prawdziwa plątanina korytarzy, w których mieści się także targ i sklepiki. Trzeba wejść na piętro (już nie pamiętam które) i tam po prostu kogoś zapytać. Ludzie są przemili i chętnie pomogą. Nami zaopiekowali się do tego stopnia, że wsadzili nas dosłownie do odjeżdżającego busa, załatwiając ostatnie miejsca. Ale nie tylko przez tę plątaninę nie zdążamy na autobus. Winowajcą jest także metro, bowiem wsiadamy najpierw nie do tej linii, co trzeba. W Baku jest kilka linii metra, dwie najdłuższe to zielona i czerwona. Na pewnym odcinku wagony kursują po tych samych torach i trzeba zwrócić uwagę, jaka nazwa wyświetla się na tablicy. My o tym nie wiem i wsiadamy w linię czerwoną w kierunku Icherisheher. Gdy się orientujemy, wysiadamy na najbliższym przystanku i wracamy na stację 28 May. Tam wskakujemy w linię zieloną i docieramy do stacji Memar Ajami, gdzie przesiadamy się na linię fioletową i podjeżdżamy jeden przystanek na stację Avtovaghzal. I tu myli nas nazwa, bowiem przy tej stacji znajduje się wprawdzie mały dworzec, ale to nie jest ten, którego szukamy. Musimy przejść kawałek (i to przez ruchliwą ulicę), by dostać się na International Bus Terminal. Bilet z Baku do Guby kosztuje 4 AZN, czyli 10 zł. Można go zakupić online przez stronkę dworca. Jednak nie ma tak naprawdę takiej potrzeby. Busiki kursują bardzo często. Pierwszy odjeżdża o 7:30. Czas podróży z Baku do Guby to 2,5h. Nie polecam miejsc na samym tyle, bo strasznie ciągnie, wręcz wieje w plecy, a najbardziej w nerki. Po nieprzespanej nocce drzemka na trasie wskazana;) Nocleg w Qubie (Gubie) W Qubie wysiadamy na trasie głównej, busik jedzie dalej. Na kwaterę podjeżdżamy taksówkę za jakieś grosze. Zatrzymujemy się w hostelu Elvin, który bardzo polecam. Prowadzi go sympatyczne małżeństwo. Gospodyni mówi po angielsku, gospodarz po rosyjsku. W końcu mój rosyjski do czegoś się przydaje, bo to właśnie on zabierał nas na wycieczki. Jeszcze przed przyjazdem ustalamy szczegóły wycieczek, czyli cenę i plan. Nocleg w hostelu Elvin kosztuje 125 zł za pokój 2-os., śniadanie &#8211; 6 manatów, czyli 16 zł (domowy pudding ala kaszka manna &#8211; pycha, omlet, chleb, sery, dżemy). Jesteśmy też raczone azerską herbatką poza godzinami śniadania. Wspólna łazienka znajduje się na korytarzu. Tak naprawdę w hostelu jesteśmy jedynymi gośćmi, więc możemy wybrać sobie pokój. Do dyspozycji mamy także ogromny salon oraz kuchnię. Lokalizacją jest bardzo dobra. Sklepy spożywcze znajdują się tuż za rogiem, bliziutko jest także nad rzekę i do dzielnicy żydowskiej. Wycieczka do wioski Laza w górach Kaukazu Do wioski Laza ruszamy około 11:00. Już sama droga jest atrakcją, bowiem malownicze góry od razu manifestują swoją obecność. Laza to malutka, ale naprawdę malutka wioseczka, przepięknie ulokowana w dolinie, otulona kaukazkimi górami. Dalej nie ma już nic, no może straż graniczna i Dagestan. O wiosce jeszcze Wam opowiem, a tymczasem zostawiam porządną porcję zdjęć. Wycieczka do wioski Laza kosztuje nas 55 manatów za samochód, czyli 149 zł (im więcej ludzi, tym taniej). W pierwotnej wersji miałyśmy jechać tylko do Kinaliq i tam się zatrzymać, ale po przeczytaniu relacji o wiosce Laza, zdecydowałyśmy, że i tam chcemy dotrzeć, więc dlatego wykupiłyśmy dwie wycieczki u naszych gospodarzy. Zwiedzanie Quby (Guby) Po powrocie z wioski Laza udajemy się około 15:00 na obiad do restauracji Buta. Co ciekawe, w głównym budynku można palić. Na pytanie, czy jest pomieszczenie dla niepalących, zostajemy zaprowadzone do prywatnego pomieszczenia ze stolikiem. Jak się potem okazuje, jest to standard w Azerbejdżanie, przynajmniej na prowincji. Jedzenie nie jest najtańsze, natomiast smakuje wybornie. Po jedzeniu udajemy się na spacer po mieście. Jak już wiecie, do Quby przyjechałyśmy po to, by udać się w góry. Nie spodziewałam się, że to miasto tak bardzo polubię. Szukając informacji, co warto tu zobaczyć, nie natknęłam się na listę atrakcji, które koniecznie trzeba zwiedzić. Tym bardziej jestem zaskoczona tym, co tam odkryłam. Spacer po Qubie jest niewątpliwie dużym zaskoczeniem. To miasto ma swój specyficzny klimat. Leży nad brzegiem rzeki Qudailchay. Może pochwalić się niezwykłą architekturą, drewniane ślicznie zdobione balkony i drzwi zaskakują. Oto miejsca, które warto tu zobaczyć: &#xfe0f;Krasnaya Sloboda, czyli osiedle czerwonych dachów, zamieszkiwane przez społeczność żydowską, &#xfe0f;Hammam Günbəzli, czyli łaźnie, meczet Juma z początku XIX wieku, meczet Ardabil &#8211; niezwykle kolorowy mały meczet, park Nizami &#8211; stary park miejski, nazwany imieniem Nizami Ganjavi, &#xfe0f;pomnik ludobójstwa w Guba, &#xfe0f;Las Caygosan &#8211; około 20 km od Quby, jadąc w kierunku wioski Kinaliq, w miejscowości Caygosan, znajduje się las piknikowy. Dzień 2: Wizyta w wiosce Xinaliq oraz powrót do Baku Co jeszcze warto zobaczyć w Azerbejdżanie? Gdy tylko usłyszałam o wiosce Xinaliq (Kinaliq), wiedziałam, że chcę tam dotrzeć. Dlatego też koniecznie musiała ona znaleźć się w planie podróży, tym bardziej, że dojazd z Baku wydawał się bardzo sensowny i realistyczny. Bywa jednak, że zimą jest to niemożliwe, bowiem drogi na to nie pozwalają. Xinaliq &#8211; wioska na końcu świata Na wycieczkę z naszym panem gospodarzem ruszamy zaraz po śniadaniu o 9:00 rano. I ponownie, już droga do Xinaliq jest atrakcją samą w sobie. Tym razem dojazd jest dłuższy (1,5h) i prowadzi przez wyższe partie gór. Czasami odcinki są tak wąskie, że dwa samochody nie mogą się minąć. Na początku trasa wiedzie przez wykutą w skałach drogę, która potem wspina się po zboczach. Wioska Xinaliq leży na szczycie ściętego wierzchołka góry, niektórzy nazywają go kaukaskim Machu Picchu. Domy pobudowane są tarasowo, jeden na drugim, tak, że dach jednego domu stanowi podwórko domu powyżej. Co ciekawe, na domach można zobaczyć wiele finezyjnych zdobień. Czy mieszkańcy Xinaliq to potomkowie Noego? Czy mówią jego językiem? Tak właśnie o sobie mówią. Podobno osadnictwo istnieje tu od 5000 lat! Ludzie żyli tu w odosobnieniu tysiące lat, kultywując swoje tradycje. Izolacja Xinaliq od reszty świata skończyła się w 1968 roku, kiedy w skałach wykuto drogę łączącą wioskę z Qubą. W wiosce znajdują się dwa muzea. Były niestety zamknięte. Mieszkańcy czasami zagadują, niektórzy mówią troszkę po rosyjsku. Najbardziej ciekawe są oczywiście dzieciaki. Obecnie można się tu zatrzymać na noc, kilka domów oferuje noclegi. Warunki proste i na ciepłą wodę pod prysznicem nie ma co liczyć, jednak może to być ciekawe doświadczenie. Cena za wycieczkę za cały samochód to 70 AZN, czyli 187 zł. Nie jest tanio, ale zdecydowanie warto tyle zapłacić, a jeśli podróżujecie w grupie, to koszty się rozkładają. Dojazd z Quby do Baku Na kwaterę wracamy około 14:00, zaś o 15:00 wraz z plecakami dostajemy podwózkę od naszego gospodarza do restauracji Palma na obiad. Znajduje się ona blisko dworca autobusowego. Jedzenie jest tu ciut tańsze niż w poprzedniej, a i klimat milszy. Ponownie dostajemy stoli w prywatnym pomieszczeniu. Po obiedzie ruszamy na piechotę na dworzec. Ostatnia marszrutka do Baku odjeżdża podobno o 17:00, choć nasi gospodarze nie są pewni. Na dworzec docieramy po 16:00 i busik już czeka. W międzyczasie udajemy się jeszcze do toalety i jesteśmy zaproszone na herbatkę przez panów w głównym budynku. Tym razem jednak od razu zajmujemy miejsca w środku i czekamy na odjazd. Ruszamy po 17:00. Bilet kupujemy w busie, koszt 4 AZN. Widać, że kierowca czeka, aż wszystkie miejsca się zapełnią. Sam rozporządza miejscami w środku. Do Baku docieramy o 19:30. Metrem dojeżdżamy do hotelu w centrum Baku  &#8211; Best Center Hotel. Wieczorem wychodzimy jeszcze na spacer. Stolica nie śpi, ulice w centrum tętnią życiem. W ten sposób odkrywamy moją ulubioną restaurację w podziemiach Nergiz, do której potem wracamy kilkukrotnie. Dzień 3: Zwiedzanie Baku &#8211; stolicy Azerbejdżanu Free Walking Tour &#8211; Guru Walk Zwiedzanie stolicy Azerbejdżanu rozpoczynamy od Free Walking Tour. Bardzo często korzystam z takiej opcji, bo mogę się dużo dowiedzieć i sprawdzić, które miejsca mnie zainteresują bardziej. I tak jest i tym razem. Spacer z przewodnikiem rozpoczyna się o 10:00, a przewodnik Gani jest świetny. Nie tylko ogromna wiedza, a więc i mnóstwo ciekawostek, ale także i fantastyczne poczucie humoru:) Baku to niewątpliwie nowoczesne miasto, w którym teraźniejszość miesza się z przeszłością. To mieszanka miasta europejskiego i bliskowschodniego, a to może być postrzegane jako jego unikatowość. Przyznaję, że mnie Baku bardzo porwało, właśnie przez swoją wielowymiarowość. Podczas spaceru odwiedzamy oczywiście Stare Miasto, czyli Miasto Wewnętrzne. Tutaj w tle majaczą Ogniste Wieże &#8211; symbol miasta. Docieramy m.in. do słynnej Baszty Dziewiczej oraz Pałacu Szachów Szyrwanu, podziwiamy ratusz oraz szereg innych budynków autorstwa polskich architektów, którzy działali tu na początku XIX wieku, jak np. Pałac Ismailiyya. Azerowie mają to do tej pory w pamięci, więc Polaków bardzo lubią. Po spacerze trzeba coś przekąsić, więc udajemy się do Xezer Restaurant, lokalnej knajpki...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2023/02/azerbejdzan-co-warto-zobaczyc-w-4-dni-plan-podrozy.html">Azerbejdżan &#8211; co warto zobaczyć w 4 dni (plan podróży)</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2023/02/azerbejdzan-co-warto-zobaczyc-w-4-dni-plan-podrozy.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>28</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Okolice Giżycka &#8211; co warto zobaczyć</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/10/okolice-gizycka-co-warto-zobaczyc.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/10/okolice-gizycka-co-warto-zobaczyc.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 30 Oct 2022 21:50:24 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Mazury]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Warmii i Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Warmii]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzać na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[tradycyjna kuchnia Warmii i Mazur]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Mazurach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20800</guid>

					<description><![CDATA[<p>To, że Giżycko warto odwiedzić i zwiedzić, to niepodważalny fakt. W tym mieście gościłam już dwa razy i zawsze chętnie do niego wracam. Jako, że nadarzyła się kolejna okazja, stwierdziłam, że tym razem ruszam w teren i będę odkrywać to, co kryje się w pobliżu. Okolice Giżycka także są bardzo ciekawe i zdecydowanie można się tu pokręcić cały weekend. Czekają bowiem na Was historyczne miejsca, średniowieczna architektura, legenda o św. Graalu oraz pyszna regionalna kuchnia. Co konkretnie można zobaczyć w okolicach Giżycka? Oto moja lista. Jeśli szukacie więcej inspiracji na temat Warmii i Mazur, koniecznie zajrzyjcie do wpisu: &#160; Wilczy Szaniec To miejsce chciałam odwiedzić już jakiś czas temu, jednak ciągle je omijałam ze względu na napięty grafik podczas zwiedzania Warmii i Mazur. Tym razem udało się dotrzeć i zobaczyć obiekt na spokojnie we własnym tempie. Muszę przyznać, że to, w jaki sposób zostało zorganizowane zwiedzanie w Wilczym Szańcu, robi wrażenie. Trasa jest dobrze wyznaczona, a do tego audioprzewodnik robi świetną robotę. Dzięki temu zwiedzający ma szansę zagłębić się w historię tego mrocznego miejsca, może zwiedzać bez pośpiechu. W audioprzewodnik wbudowany jest GPS, przez co uruchamia się on sam w odpowiednim miejscu. Wilczy Szaniec to kompleks bunkrów, schronów i baraków w lesie w Gierłoży koło Kętrzyna. To tutaj znajdowała się największa polowa kwatera dowodzenia Adolfa Hitlera. Użytkowana była od 1941 do 1945 roku. Swoje kwatery mieli tu także inni, m.in. Hermann Goering. Bunkry zostały wysadzone przez wycofujących się Niemców. Użyto ogromnej ilości materiałów wybuchowych, a mimo to nie zostały one doszczętnie zniszczone. Wybór miejsca na kwaterę był poprzedzony konkretną analizą. Schrony Hitlera i Goeringa Do niektórych bunkrów można zajrzeć do środka, a niektóre ogląda się tylko z zewnątrz. Schron Adolfa Hitlera to największy bunkier w Wilczym Szańcu. Hitler spędził tu 800 dni. Jeśli spojrzycie na niego z oddalenia, przypomina on piramidę. Widać, jak się rozszczelnił po wybuchu. Pewne części odleciały na znaczną odległość. Bunkier, do którego można zajrzeć do środka, to schron Hermanna Goeringa. Tutaj bardzo dobrze widać pudełkową budowę tychże obiektów. Zamach na Hitlera Uwaga, to w Wilczym Szańcu doszło do zamachu Adolfa Hitlera (takich prób było ok. 40). Bombę wniósł Claus von Stauffenberg, szef sztabu armii rezerwowej. Oglądaliście film &#8220;Walkiria&#8221; z Tomem Cruisem? Opowiada on właśnie o spisku i zamachu na Hitlera z 20. lipca 1944 roku, dokonanego tu na Mazurach przez niemiecką opozycję antyhitlerowską. Podczas zwiedzania dowiecie się więcej szczegółów na temat przygotowania i przebiegu tejże operacji. Wilczy Szaniec &#8211; praktyczne informacje dla zwiedzających Czas zwiedzania od 1,5 h do 3h (kwestia indywidualna) Bilet normalny kosztuje 20 zł Parking kosztuje 10 zł Zwiedzanie z przewodnikiem w grupie &#8211; 120 zł za grupę Wypożyczenie audioprzewodnika &#8211; 10 zł Obiekt otwarty jest przez cały rok, 7–dni w tygodniu (również święta) &#8211; godziny otwarcia: latem i wiosną (od maja) 8:00-20:00, kwiecień &#8211; 8:00-19:00, marzec oraz wrzesień &#8211; 8:00-18:00, październik do lutego &#8211; 8:00-16:00 Obiekt można zwiedzać ze swoim pupilem – pamiętaj o smyczy i kagańcu, zostawić po sobie porządek Na terenie Wilczego Szańca można także zanocować. Działa tu hotel o standardzie turystycznym. Noclegi mieszczą się w jednym z bunkrów. Ceny noclegów &#8211; pokój 2 os. jedna noc 140 zł, powyżej jednej nocy 120 zł. Są także inne opcje. Więcej informacji znajdziecie na stronie obiektu Wilczy Szaniec. Kętrzyn Co jeszcze warto zobaczyć w okolicach Giżycka? Warmia i Mazury słyną z Zamków Krzyżackich. Jest tu ich pokaźna liczba, a jeden kryje się właśnie w Kętrzynie. Miasto leży na styku granicy z Warmią, w krainie historycznej zwanej Prusami Dolnymi. Powstało w 1329 roku na zgliszczach grodu o pruskiej nazwie Rast. Chwilę później uzyskało prawa miejskie. Największy rozkwit nastąpił w XVI wieku po utworzeniu Prus Książęcych. Jeszcze do 1946 roku miasto nosiło nazwę Rastembork (niem. Rastenburg), by następnie stać się Kętrzynem od nazwiska Wojciecha Kętrzyńskiego, jednego z najwybitniejszych polskich historyków. Walczył z germanizacją Mazur. Zamek Krzyżacki w Kętrzynie Niewątpliwie jest on wizytówka miasta. Zamek Krzyżacki w Kętrzynie został wzniesiony około 1360 roku. Na przestrzeni lat był wielokrotnie niszczony. Został spalony w czasie działań wojennych w 1945 roku. Odbudowano go w latach 1964-66. Najstarsza informacja o strażnicy w Rastenburgu pochodzi z 1342 roku. Drewniana strażnica wybudowana została prawdopodobnie już wcześniej, przy pruskiej osadzie Rast. Obecnie mieści się tutaj muzeum, pokazujące dzieje samej budowli, jak i miasta. Zdecydowanie warto zajrzeć do środka i zwiedzić wnętrza z przewodnikiem. Podczas zwiedzania poznacie dzieje miasta oraz dowiecie się o ważnych i zasłużonych postaciach w jego historii. Bazylika Kolegiacka Po zwiedzaniu zamku w Kętrzynie koniecznie pobiegnijcie jeszcze do Bazyliki Kolegiackiej. Dlaczego? Można się tam wdrapać na jedną z wież i spojrzeć na miasto z góry. Już samo wejście dostarczy Wam małej adrenalinki, bowiem trzeba pokonać sporo drewniany schodków, które pewnym momencie są niejako zawieszone w przestrzeni wieży. Natomiast widoki z pewnością wynagrodzą wysiłek. Na samej górze na Kętrzyn możecie spojrzeć z kilku okienek. W jednym z nich dojrzycie wspominany wyżej Zamek Krzyżacki. Jest to najlepiej zachowany kościół obronny na Mazurach. Bazylika bardziej przypomina potężny zamek aniżeli świątynię. Święta Lipka Oto Święta Lipka i dwa miejsca, które koniecznie trzeba tu odwiedzić. Za każdym razem, gdy wybierałam się na Warmię i Mazury, ktoś zachęcał mnie do uwzględnienia Świętej Lipki. Znajduje się ona na drodze, prowadzącej do Reszla, więc nie sposób się tu nie zatrzymać. I taka ciekawostka, Święta Lipka leży na terenie historycznych Mazur, zaś oddalony od niej o 6 km Reszel na historycznej Warmii. Co koniecznie trzeba tu zobaczyć? Sanktuarium Maryjne w Świętej Lipce Sanktuarium Maryjne, którego kustoszami są ojcowie jezuici, usytuowane jest przy głównej drodze. Obiekt od razu przyciąga wzrok swoim rozmiarem oraz architekturą i kolorem. Wspaniała barokowa brama oraz niesamowicie bogate wnętrze wraz z 300-letnimi barokowymi organami to wizytówka tego miejsca. Instrument to niezwykły, wbudowane w niego zostały bowiem ruchome figurki. Koniecznie trzeba obejrzeć cały spektakl. Miałam szczęście, bo akurat trafiłam na krótki koncert. Takie pokazy odbywają się kilka razy dziennie dla zwiedzających. Dokładne informacje znajdziecie na stronie sanktuarium. Warto poznać także legendę o założeniu Świętej Lipki. Otóż, pewien przestępca, czekający na karę śmierci w lochu na zamku Kętrzynie, zaczął się modlić do Maryi o pomoc. Ta, w noc przed egzekucją, objawiła się mężczyźnie, przynosząc drewno oraz dłuto. Poprosiła go o wyrzeźbienie jej figurki i okazanie jej przed sądem. Skazaniec nigdy wcześniej taką sztuką się nie parał, a mimo to, udało mu się stworzyć przepiękną rzeźbę Maryi z Dzieciątkiem. Sędziowie uznali, iż to musi być znak od Boga i zaniechali wykonania kary. Mężczyzna został wypuszczony, a figurkę umieścił na pierwszej lipie, rosnącej na drodze do Reszla. Od tego czasu w tym miejscu zaczęły dziać się cudowne rzeczy. Mieszkańcy Kętrzyna zabrali rzeźbę do kościoła w Kętrzynie, lecz ta dwa razy stamtąd znikała i wracała na swoje miejsce na lipie. Wkrótce stanęła tu kaplica, a potem sanktuarium. Karczma Berta A jeśli po uczcie duchowej chcecie także nakarmić ciało to z całego serca polecam Wam Karczmę Berta, znajdującą się po drugiej stronie ulicy w bardzo klimatycznej zabudowie. Obiekt posiada rustykalny wystrój, a specjalizuje się w kuchni regionalnej. I ta specjalizacja fantastycznie tej karczmie wychodzi. To miejsce wskakuje do mojego top jedzeniowego na Mazurach. Spróbowałam tu rosołu z pielmieni i było to jego najlepsze wydanie, jakie do tej pory jadłam. Do tego polecam także pyszne kluchy warmińskie, czyli szare kluski ziemniaczane podawane ze skwarkami i białym twarogiem. A jeśli lubicie kartacze, to też możecie śmiało zamawiać. Co prawda, być może bardziej przypominają one pyzy, ale są świeżutkie, mięciutkie i pachnące:) Reszel Okolice Giżycka to też już Warmia. Reszel to niewątpliwie pocztówkowe miasteczko na Warmii. Gdy już dotrzecie do Świętej Lipki, to z pewnością dojedziecie i tu. W zasadzie to punkt obowiązkowy. Pierwsza pojawia się wieża kościoła, a za chwilę majestatyczny zamek, ulokowany na małym wzgórzu. Do tego urokliwy rynek, piękne kamieniczki i nie wiedzieć kiedy, cofnęliśmy się w czasie o ładnych parę stuleci Reszel nazywany jest perłą Warmii i jest to w pełni uzasadnione. Do tego jako pierwsze miasto w Polsce przystąpiło do Międzynarodowego Stowarzyszenia Miast Cittàslow. Co koniecznie trzeba tu zobaczyć? Oczywiście wspomniany Zamek Biskupów Warmińskichw z XIV wieku. Można go zwiedzać. Bilet obejmuje wstęp do Muzeum Tortur (niektóre eksponaty wręcz wprawiają w osłupienie) oraz wejście na wieżę. To tu, przy wjeździe do Reszla spłonęła na stosie ostatnia czarownica w Europie, Barbara Zdunk. Jej historię poznacie na zamku. Bilet normalny kosztuje 20 zł. Koniecznie zajrzyjcie także do kościoła św. Piotra i Pawła. To najwyższy budynek w Reszlu. Jego strzelista wieża góruje nad całym miasteczkiem. I co ciekawe, można na nią wejść. Znajduje się na niej taras widokowy z obłędną panoramą na miasto i zamek. Ulokował się on na wysokości 51,2 metra, trzeba pokonać 232 stopnie. Przestrzeń i skrzypiące drewniane schody mogą przyprawić o zawrót w głowie. Wstęp kosztuje 4 zł. Zajrzyjcie także na rynek w Reszlu. Jest on niewielki, ma kształt prostokąta, a w jego centrum znajduje się przyjemny budynek ratusza. W obrębie rynku stoi kilka ciekawych budynków, jak np. stary młyn. Niegdyś miasto to było bardzo ważnym ośrodkiem, trzecim pod względem wielkości zaraz po Braniewie i Lidzbarku Warmińskim. Co ciekawe, przetrwało wojenne działania w 1945 roku, więc zachowało się tu dużo zabytków. To właśnie średniowieczny układ zabudowy mieszkalnej z pięknym kamienicami i wąskimi ulicami. Warto wspomnieć także o gotyckich mostach nad rzeką Sajną z XIV wieku, kolegium jezuickim oraz o fragmentach dawnych murów miejskich. Bezławki Lubicie miejsca spoza utartego szlaku? W okolicach Giżycka można takie znaleźć. Takie perełki uwielbiam i dlatego zawsze studiuję mapę, by namierzyć jeszcze coś, co może mnie zaskoczyć i zaciekawić. Tak było z Bezławkami. Stoi tu dawny gotycki zamek krzyżacki, przebudowany na kościół. Odkryłam go, studiując mapę Świętej Lipki i okolic. Trafiłam tu przed niezłą ulewą, więc klimat był niesamowity, mroczny i trochę przerażający. Bezławki to malutka wieś położona ok. 12 km od Kętrzyna. Niewielu turystom jest znana. Krzyżacki zamek Bezławki został wzniesiony w końcówce XIV wieku, pełnił funkcję strażnicy i bazy wypadowej na Litwę. W XVI wieku warownię Bezławki zamieniono na kościół ewangelicko-augsburski. Okazała otynkowana wieża nie była częścią zamku, powstała dopiero w XVIII wieku jako dzwonnica. Wtedy też obniżono mury, na dziedzińcu utworzono cmentarz oraz zbudowano neogotycką bramę zwieńczoną szczytem. Położenie na wzgórzu oferuje całkiem ładny widok na okolicę. Uwagę zwracają tu stare nagrobki, które także położone są poza murami obwodowymi. Obecnie obiekt jest świątynią katolicką. Msze odbywają się podobno tylko latem i wtedy można zobaczyć wnętrze. Na drzwiach podany jest także nr telefonu. A jeśli się dodzwonimy, jest szansa, że ktoś wpuści nas do środka. Jednak to nie wszystko, co kryje w sobie ta budowla. Od kilki lat na terenie kościoła prowadzone są badania archeologiczne. Wnętrze dawnego zamku skrywa aż 200 kościotrupów. Wiele wskazuje także na to, iż św. Graal został ukryty  właśnie w zamku w Bezławkach. Przywiózł go tutaj książę Świdrygiełło. Potwierdzają to nawet spisy kościelne, traktujące o dwóch kielichach, przywiezionych przez wspomnianego księcia litewskiego. Jeden puchar pochodził z Anglii. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej na ten temat, koniecznie zajrzyjcie do wpisu na stronie Siwy Wiatr. Polecany nocleg w Giżycku i okolicach Zabytkowy Hotel St. Bruno**** w Giżycku Jeśli szukacie dobrego noclegu w Giżycku, to koniecznie weźcie pod uwagę 4* zabytkowy Hotel St. Bruno. Dlaczego zabytkowy? Mieście się on w historycznym zamku krzyżackim z XIV wieku. Jedno skrzydło jest tutaj oryginalne, dotrwało do czasów obecnych. W starej zabytkowej części również można nocować i właśnie miałam taką okazję. Pokoje zostały przepięknie urządzone. Wysoki sufit oraz drewniane bele i schody tworzą niesamowity klimat. Wystrój całego budynku robi ogromne wrażenie, a szczególnie restauracja w stylu La Bibliotheque. Cena za pokój 2-os. ze śniadaniem zaczyna się od 360 zł. Hotel Tajty*** w Wilkasach Ten 3* hotel znajduje się zaledwie 3 km od Giżycka. Obiekt położony jest nad brzegiem malowniczego jeziora Tajty. Przenocować tu można w standardowych pokojach hotelowych, w domkach Premium nad samym jeziorem, w komfortowych domkach Osada w lesie czy w klasycznych domkach letniskowych. Do tego na gości czekają sauny na świeżym powietrzu oraz balie z gorącą wodą. Więcej o tym hotelu przeczytacie w moim wpisie Blogowe Morsy 3, czyli jak morsować w gorącej balii. Cena za pokój 2 os. ze śniadaniem zaczyna się od 265 zł.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/10/okolice-gizycka-co-warto-zobaczyc.html">Okolice Giżycka &#8211; co warto zobaczyć</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/10/okolice-gizycka-co-warto-zobaczyc.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>13</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Cinque Terre w jeden dzień &#8211; jak to zorganizować</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/10/cinque-terre-w-jeden-dzien-jak-to-zorganizowac.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/10/cinque-terre-w-jeden-dzien-jak-to-zorganizowac.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 16 Oct 2022 11:22:48 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Włochy]]></category>
		<category><![CDATA[Cinque Terre z Pizy]]></category>
		<category><![CDATA[Cinque Terre zwiedzanie]]></category>
		<category><![CDATA[podróż do Włoch]]></category>
		<category><![CDATA[pomysł na podróż do Włoch]]></category>
		<category><![CDATA[południowe Włochy]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20664</guid>

					<description><![CDATA[<p>Cinque Terre w jeden dzień? Jak najbardziej. Wszystkie miasteczka można zobaczyć w takim czasie, serwując sobie także malowniczy trekking. Na bazę noclegową wybrałam Pizę i to z niej do Cinque Terre przyjechałam pociągiem. Zacznijmy jednak od początku. Na zwiedzanie tego rejonu Włochy wybrałam się w kwietniu i od razu napiszę, że była to świetna pora. Mam tu na myśli brak upałów, które mogą utrudnić piesze przejście pomiędzy miasteczkami latem. Sama nazwa &#8220;Cinque Terre&#8221; oznacza &#8220;pięć krain&#8221;. Są one niekwestionowanymi perełkami Ligurii. Niegdyś, w czasach przedrzymskich, stanowiły niezależne miasta-państwa. zależy ile chcesz wydać, noclegi tam są bardzo drogie, taniej jest poza, nawet doliczając dojazd pociągiem. W skład Cinque Terre wchodzą te oto miasteczka: Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza oraz Monterosso al Mare. Ze względu na charakterystyczną zabudowę i cudowne położenie tychże 5 krain zostało wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Utworzono tu także Park Narodowy Cinque Terre. Między miasteczkami wytyczono szlaki, można więc wybrać się także na trekking, który serwuje obłędne widoki. Jeśli macie w planach zwiedzanie Cinque Terre i zatrzymujecie się Pizie, koniecznie rozważcie zwiedzanie Lukki: &#160; Jak dojechać do Cinque Terre z Pizy Najprostszą opcją jest połączenie kolejowe. Pociągiem trzeba dojechać do miejscowości La Spezia. Najtańszy bilet kosztuje 7,90 EUR. Następnie należy kupić kolejny bilet na pociąg, który zawiera w sobie już wstęp do parku oraz przejazdy pomiędzy miasteczkami. Można się na nim przemieszczać do woli na trasie La Spezia &#8211; Levanto. Jednodniowy bilet kosztuje 18,20 EUR. Ten nabyłyśmy w kasie na dworcu w La Spezia, czekając w krótkiej kolejce. W sezonie zdecydowanie warto kupić go przez Internet, by uniknąć długiego czekania. Bilety są imienne, w kasie zostaniecie poproszeni o dowód. Do Cinque Terre można także dopłynąć łodzią. Podczas mojego zwiedzania w kwietniu te nie kursowały. *Dlaczego na nocleg wybrałam Pizę? Z bardzo prostego powodu, a w sumie z dwóch. Po pierwsze, to miasto także chciałam zwiedzić. Po drugie &#8211; nocleg w Cinque Terre jest bardzo drogi. Jednodniowy wstęp do parku też sporo kosztuje. Taniej jest zrobić bazę poza, nawet doliczając dojazd pociągiem. Wstęp do Cinque Terre Jeśli przybywacie z Pizy lub La Spezia, to zdecydowanie polecam opcję opisaną wyżej. Generalnie ceny i opcje Cinque Terre Card kształtują się następująco: 1 dzień zwiedzania: dorośli (od 12 do 69 lat) &#8211; 7,50 EUR, dzieci (od 4 do 12 lat) &#8211; 4,50 EUR, rodzina (dwoje dorosłych i dwoje dzieci) &#8211; 19,60 EUR, seniorzy &#8211; 6 EUR, grupy (max 25 osób) &#8211; 120 EUE 2 dni zwiedzania: dorośli (od 12 do 69 lat) &#8211; 14,50 EUR, dzieci (od 4 do 12 lat) &#8211; 7,20 EUR, rodzina (dwoje dorosłych i dwoje dzieci) &#8211; 31,50 EUR, seniorzy &#8211; 10 EUR 1 dzień zwiedzania plus pociąg: dorośli (od 12 do 69 lat) &#8211; 18,20 EUR, dzieci (od 4 do 12 lat) &#8211; 11,40 EUR, rodzina (dwoje dorosłych i dwoje dzieci) &#8211; 48 EUR, seniorzy &#8211; 14,80 EUR 2 dni zwiedzania plus pociąg: dorośli (od 12 do 69 lat) &#8211; 33 EUR 3 dni zwiedzania plus pociąg: dorośli (od 12 do 69 lat) &#8211; 47 EUR Więcej informacji znajdziecie na stronie parku Cinque Terre. Monterosso al Mare Monterosso al Mare to ostatnie miasteczko na trasie pięciu krain, jeśli przyjeżdżamy z La Spezia. Ja jednak zaczęłam zwiedzanie właśnie od tego miejsca i to był świetny pomysł. Jeśli chodzi o zabudowę i kolorowe kamienice, jest ono najmniej spektakularne, jednak widoki zapierają dech w piersi. Szczególnie rano, gdy słońce oświetla klify. Czy tak może wyglądać Cinque Terre? Może i tak wygląda miasteczko Monterosso al Mare o poranku. Klimat jak z &#8220;Krainy Ognia i Lodu&#8221;. Zdjęcie nie zostało przerobione na czarno-białe. Miasto podzielone jest na dwie części: starą oraz nową. Są one rozdzielone wzgórzem św. Krzysztofa. Dworzec kolejowy znajduje się w nowej. Koniecznie trzeba podejść do zachodniego krańca plaży i zobaczyć umieszczoną na skale oraz odsłoniętą w 1910 roku rzeźbę Giganta. Robi ona niesamowite wrażenie, wtopiona w skalny krajobraz. Bardzo polecam spacer przez wzgórze i obejście dawnego kompleksu klasztornego Franciszkanów. Po drodze miniecie wieżę obronną Torre Aurora z XV wieku, wewnątrz której działa dziś restauracja. Po drodze można zejść na chwilę na taras widokowy z charakterystyczną rzeźbą św. Franciszka z wilkiem, skąd rozpościera się obłędny widok na okolicę. Droga dalej wiedzie pod górę aż do charakterystycznej bramy. Po krótkim odpoczynku warto wstąpić do klasztornego kościoła. Fasada świątyni wyróżnia się charakterystycznymi liguryjskimi pasami, a w środku zobaczycie kilka malowideł wartych uwagi. Dalej droga prowadzi do cmentarza. Można tu wejść na teren nekropolii i zobaczyć kaplicę. Stare nagrobki są imponujące. Część jest już widocznie nadgryziona zębem czasu, co jeszcze bardziej potęguje klimat tego miejsca. Szlak z Monterosso al Mare do Vernazzy Bardzo polecam także szlak z Monterosso al Mare do Vernazzy. Uwaga, nie jest on przeznaczony dla osób o słabej kondycji. Niemal cała trasa prowadzi przez las, w tym przez nierówne schody wybudowane jeszcze w czasach średniowiecznych przez lokalnych farmerów. Trudy wynagrodzą obłędne widoki. Szczególnie na początku ścieżka jest bardzo malownicza, prowadzi bowiem nad samym Morzem Liguryjskim. Na chwilę można także odbić na poblisku punkt widokowy, skąd rozpościera się panorama na miasteczko Monterosso. Przejście całego odcinka zajęło mi 1,5 h. Szłam naprawdę szybko, hamowana czasami korkami na trasie. Vernazza Kolejne miasteczko na trasie to Vernazza. Kolorowe kamieniczki widać już góry, schodząc ze szlaku. I chyba najbardziej urzekły mnie tu wąskie klimatyczne uliczki. Trochę trzeba się nabiegać w górę i w dół, by po nich pospacerować, ale to czysta przyjemność. Gdy wejdzie się już w ten labirynt, od razu przenosi się człowiek w kolorowy baśniowy świat. Urokliwa jest szczególnie część portowa, która tworzy przyjemną zatokę. Na miasteczko można także spojrzeć z góry. A konkretnie z murów twierdzy Castello Doria, która góruje nad Vernazzą. Pierwsze wzmianki o zamku pochodzą z XIII wieku, ale historycy zakładają, że wzniesiono go nawet dwa stulecia wcześniej. Nie ma tu za wiele do zwiedzania, można go traktować jako punkt widokowy ponownie z obłędnymi widokami. Wstęp 2 EUR. Przy nabrzeżu warto także zwrócić uwagę na średniowieczną wieżę obronną Belforte. Obecnie działa w niej restauracja. Była ona częścią fortyfikacji broniących miasto, które wzniesiono pod koniec XI wieku. Pierwsze pisemne wzmianki na temat tej miejscowości datowane są na 1080 rok. Nazwa Vernazza ma wywodzić się od łacińskiego słowa verna, które można przetłumaczyć jako macierzysty. Początkowo miasto było jedną z baz znamienitego średniowiecznego rodu Obertenghi. Corniglia Do Corniglii z Vernazzy przemieściłam się pociągiem. Przejazdy między miasteczkami trwają naprawdę krótko, bo kilka lub kilkanaście minut. Ten odcinek można także pokonać pieszo. Szlak jest dość stromy, przejście zajmuje krócej niż z Monterosso al Mare do Vernazzy. Corniglia nie leży nad samym morzem, jak poprzednie miasteczka, a usytuowana jest na wysokim klifie. Dlatego też, by do dotrzeć do zabudowań ze stacji kolejowej, trzeba wdrapać się na górę po zakręconej ścieżce ze schodami. Widoki przy wchodzeniu zapierają dech w piersiach. Na pierwszy rzut oka miasteczko zdawało się nie robić aż takiego wrażenia, jak poprzednie. Jest nieco mniej kolorowe, a do tego inne położenie nie zwiastowało tego, co kryje się w środku. To przepiękny labirynt starych wąskich uliczek z małą kaplicą oraz głównym placem Largo Taragio z punktem widokowym na Manarolę. Przez środek starego miasta wiedzie główna ulica Via Fieschi, która prowadzi z kościoła San Pietro do punktu widokowego na tarasie Santa Maria, na samym końcu klifu. W centrum przy tej ulicy stoi pomnik poległych, Monumento ai Caduti. Nad nim góruje wspomniana już kaplica Cappella dei Flagellati di Corniglia z XVIII wieku. Manarola To jedno z dwóch miasteczek, które najczęściej pojawia się na zdjęciach i pocztówkach. I nic dziwnego. Po pierwsze, usytuowanie na małym klifie oraz malownicze położenie tuż nad samą wodą sprawiają, że powstaje tu niesamowity obrazek. Do tego paleta barw, jakie serwują kamienice tworzą iście bajkowy klimat. Manarola to najstarsza &#8220;kraina&#8221; w zestawieniu Cinque Terre. Ze stacji kolejowej w Manaroli w zasadzie od razu traficie do starej części. Tu trzeba przejść przez główny plac widokowy miasta, na którym stoi kościół św. Wawrzyńca (patrona miasteczka) z XIV wieku. Dalej główna ulica zaprowadzi nas nad samo morze. Tu za skałą kryją się zacumowane łodzie. Jeśli odbijecie w prawo, wejdziecie na ścieżkę, przyklejoną do skał, z której roztacza się obłędna panorama na kamienice. To jest punkt obowiązkowy. Riomaggiore Riomaggiore to drugie najbardziej popularne miasteczko na szlaku Cinque Terre. Tutaj domki mają naprawdę soczyste kolory. Słynny spot ze zdjęcia znajduje się nad samym morzem. Wychodząc ze stacji kolejowej, przy której można podziwiać przepiękne kafelkowe mozaiki, trzeba kierować się w stronę morza, czyli w zasadzie prosto. Należy przejść przez krótki labirynt uliczek do małej przystani. Trasa jest oznaczona. Kiedy już dojdziecie do zatoczki, podążcie dalej aż do zejścia na skały. To właśnie stąd można spojrzeć Riomaggiore od strony morza. W Riomaggiore zachwycają schodzące do morza kilkupiętrowe bajkowe kamieniczki. Niektóre mają aż po 700 lat. Nad nimi górują tarasowo ułożone winnice. Riomaggiore słynie z produkowanego lokalnie wina. A ja ze swej strony polecam tubkę z owocami morza, znajdziecie tu kilka takich „morskich” fast foodowych punktów. Chwytacie takie smakołyki w rękę i ruszacie w labirynt wąskich uliczek. Riomaggiore zostawiłam sobie na koniec i znalazłam się w momencie, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. Podobno wtedy miasteczko wygląda najpiękniej, bowiem słońce oświetla wówczas kolorowe domki. Zresztą popatrzcie na zdjęcia. Jak widzicie, Cinque Terre w jeden dzień to świetny pomysł. Nie tylko można na spokojnie zobaczyć wszystkie miasteczka, ale także wybrać się na trekking. Ta opcja jest dla tych, którzy mają dobrą kondycję, bowiem podejścia bywają dość strome. Jeśli lubicie włoskie klimaty, koniecznie zajrzyjcie do innych wpisów o tym kraju. &#160;</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/10/cinque-terre-w-jeden-dzien-jak-to-zorganizowac.html">Cinque Terre w jeden dzień &#8211; jak to zorganizować</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/10/cinque-terre-w-jeden-dzien-jak-to-zorganizowac.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>15</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wąwóz Samaria na Krecie &#8211; jak zorganizować trekking</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/09/wawoz-samaria-na-krecie-jak-zorganizowac-trekking.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/09/wawoz-samaria-na-krecie-jak-zorganizowac-trekking.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 04 Sep 2022 12:50:35 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Krety]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Krecie]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[trekking na Krecie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20570</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wąwóz Samaria była na mojej liście już podczas pierwszej wizyty na Krecie. Wówczas jednak nie udało mi się do niego dotrzeć. W lipcu upał zrobił swoje, a też nie wszyscy z ekipy przygotowali się na porządne chodzenie po górach. Tak, tak, ten szlak to już konkret i trzeba się odpowiednio przygotować. Wiedziałam, że muszę wrócić i wróciłam. Właśnie po to, by wybrać się na trekking w słynnym Wąwozie Samaria na Krecie. Jak zorganizować taką wyprawę we własnym zakresie i czy to bezpieczne? O tym przeczytacie w tym wpisie. Jeśli wybieracie się na Kretę, koniecznie zajrzyjcie do wpisu o najciekawszych miejscach na wyspie: &#160; Wąwóz Samaria możecie także odwiedzić podczas wczasów zorganizowanych, wybierając się z biurem Itaka. A jeśli chcecie to zrobić na własną rękę, przeczytajcie ten artykuł do końca. Wąwóz leży w samym sercu jedynego parku narodowego na Krecie, Parku Narodowego Białych Gór Krety (Lefka Ori), znanego również jako Park Narodowy Samaria. Uwaga, to najdłuższy w Europie kanion o długości 18 kilometrów! Prowadzi aż do nadmorskiego miasta Agia Roumeli, położonego na przepięknych wybrzeżach Morza Libijskiego. Jak dojechać do Wąwozu Samaria? Najłatwiejszy i najszybszy dojazd jest z miasta Chania. Bezpośrednie loty oferują Wizzair, Ryanair oraz LOT. Warto polować na promocyjną cenę. Za pierwszy mój bilet LOTem zapłaciłam 263 zł, drugi linią Wizzair kosztował mnie 256 zł. Transport obejmuje dwa odcinki autobusem oraz jeden promem. Z Chanii kursuje autobus firmy KTEL do Omalos, gdzie znajduje się wejście na szlak. W sezonie kursy są dwa: o 6:15 oraz o 7:45. Bilet kosztuje 6,90 EUR. Od razu można kupić bilet powrotny na autobus z Chora Sfakion, koszt 7,60 EUR. Nie martwcie się, że zabraknie dla Was miejsca. Jeśli chętnych jest dużo, podstawiane są dwa autobusy. Oczywiście odjazd jest z głównego dworca w mieście. Uwaga! Powrót odbywa się z innej miejscowości niż startowa. Szlak nie stanowi pętelki, więc by wrócić do Omalos, trzeba przejść ponownie tę samą trasę. Dlatego dojazd samochodem może okazać się problematyczny. Niektórzy decydują się na przejście tego szlaku dwukrotnie, ale jest to nie lada wyczyn. Trzeba zacząć bardzo wcześnie rano i mieć ponadprzeciętną kondycję. Poniżej przeczytacie, ile zajmuje przejście całego Wąwozu Samaria. W wiosce Ajia Rumeli trzeba wsiąść na prom do Chora Sfakion, bilet kosztuje 12,50 EUR. Zakupicie go w budce przy wejściu na przystań i plażę. Uwaga, do Chora Sfakion kursuje statek o nazwie Daskalogioannis, ale o tym dowiecie się także podczas zakupu biletu. Prom odpływa o 17:30. A z Chory dojedziecie już do Chanii autobusem (na bilecie powrotnym zakupionym w Chanii). Czekają one na turystów. Co trzeba wiedzieć przed wejściem na szlak Odpowiednie ubezpieczenie Górskie wyprawy zawsze niosą ze sobą ryzyko kontuzji. Jeden fałszywy krok, źle dobrane obuwie, śliski kamień, a nawet upał, jakiego na pewno nie unikniesz, wędrując przez Wąwóz Samaria, mogą sprawić, że nie uda Ci się dokończyć szlaku i będziesz potrzebować pomocy. Możesz o nią zadbać jeszcze przed podróżą, wybierając dopasowane do własnych potrzeb ubezpieczenie turystyczne na Kretę. Co powinno się w nim znaleźć? Absolutną podstawą jest ubezpieczenie kosztów leczenia i ratownictwa. Najlepiej na sumę, która zagwarantuje pokrycie wszystkich ewentualnych wydatków, w tym również transportu medycznego do kraju, a więc nie mniej niż 150 000 zł. Uwaga! Zwróć uwagę na zapisy w OWU, poświęcone kosztom ratownictwa, ponieważ niektórzy ubezpieczyciele stosują w nich podlimit mniejszy od sumy ubezpieczenia kosztów leczenia. Ponadto zadbaj też o NNW – im wyższa będzie jego suma, tym większe otrzymasz odszkodowanie za doznany uszczerbek na zdrowiu, które przynajmniej w pewnym stopniu zrekompensuje Ci zepsuty urlop. Źródło wypowiedzi: mubi.pl. Wstęp do Wąwozu Samaria oraz godziny otwarcia A wracając do samej trasy, przy wejściu na szlak znajduje się sklep, gdzie zaopatrzycie się w przekąski. Można zjeść śniadanie i napić się kawy, herbaty czy świeżego soku z pomarańczy. Toalety są płatne 0,50 EUR. Wstęp na szlak w Wąwozie Samaria kosztuje 5 EUR. Bilet trzeba zachować aż do wyjścia, na końcu jest kontrola. W moim przypadku budka była pusta i nikt niczego nie sprawdzał. Niemniej bilecik niesiemy ze sobą przez całą trasę. Jako, że jest to park narodowy, nie wolno zostawać tu na noc. To dlatego pracownicy kontrolują liczbę osób, opuszczających szlak. Bilet można zakupić w budce przed wejściem lub na stronie Internetowej. Dodatkowo znajdziecie tu informacje o zniżkach, samym szlaku, dojeździe i bezpieczeństwie. Godziny otwarcia: Wąwóz Samaria otwarty jest dla turystów od 01.maja do 15. października, od godz. 7:00 do godz. 16:00. Tutaj także znajdziecie więcej informacji o samym parku. Uwaga, przed wybraniem się na szlak, koniecznie sprawdźcie na stronie poziom zagrożenia pożarowego. Bywa, iż trasa jest zamykana na jakiś czas. Do przejścia jest 13 km. Trasa nie jest trudna w takim sensie, że nie ma tu łańcuchów, ani żadnych klamerek. Niemniej jest to górski szlak, bardzo długi. Prawie przez cały czas trzeba zachować pełną koncentrację, by nie pośliznąć się na kamieniach. Moja rada &#x1f449; NIE UFAJCIE KAMIENIOM. Żadnym! Te duże są śliskie, nawet jeśli nie wyglądają. Te mniejsze się ruszają, a po tych najmniejszych można nieźle się sturlać. Dlatego też buty z dobrą podeszwą wskazane. Najlepiej trekkingowe lub sportowe z twardą podeszwą. Jak wygląda szlak w Wąwozie Samaria Pierwszy odcinek to ostre schodzenie w dół, kolana mogą to odczuć. Druga część wiedzie dnem kanionu. Najbardziej malowniczy jest odcinek za opuszczoną wioską Samaria. Na trasie jest dużo cienia, w zasadzie przez większość trasy. Trekking rozpoczęłam przed 10:00. Słońce tak się przesuwało, że patelni prawie wcale nie było. Oczywiście nakrycie głowy trzeba mieć. Na całej trasie są punkty, gdzie można napełnić butelkę wodą do picia. Uwaga, ta woda pochodzi z płynącej tu rzeki, dlatego nie wolno w niej moczyć tu nóg. Chyba nikt nie chciałby popijać aromatycznego koktajlu ze spoconych i nie za ładnie pachnących czyichś stóp. Toalety także są trasie, więc spokojnie można załatwić i takie potrzeby. Po drodze zobaczycie stary kościół św. Mikołaja, położony w najniższym punkcie szlaku. Kamienny kościółek został zbudowany na ruinach starożytnej świątyni. W połowie drogi znajduje się opuszczona wioska Samaria, położona 8,5 km od Agia Roumeli, gdzie kończy się cała wędrówka. Wioska Samaria została opuszczona przez ostatnich mieszkańców w 1962 roku, kiedy obszar ten otrzymał tytuł Parku Narodowego. Głównym zajęciem mieszkańców, którzy mieszkali tu przed zamknięciem wsi w 1962 roku była wycinka drzew i bartnictwo. Ostatni punkt wędrówki to najwęższy punkt wąwozu, gdzie strome klify wznoszą się 500 metrów nad poziomem morza. To tzw. Żelazne Wrota (Sidheresportes po grecku). Pięknych widoków z pewnością nie zabraknie. W najwęższym miejscu skały oddalone są od siebie zaledwie o 3 m, a to robi naprawdę wrażenie, zwłaszcza przy tak wysokich górskich ścianach. Na końcu trasy możecie zakupić słynny sok ze świeżych pomarańczy. Stąd też kursuje busik za 2 EUR do wioski Ajia Rumeli. Można również do niej dojść na piechotę w około 30-40 min. My wybrałyśmy opcję pierwszą, gdyż chciałyśmy jeszcze zamoczyć nogi w orzeźwiającym morzu. &#160; Wioska Ajia Rumeli i czarna plaża nad Morzem Libijskim W Ajia Rumeli (starożytna Tarra) czeka na Was czarna plaża i Morze Libijskie. Wioska jest mała i z pewnością od razu traficie do portu i do okienka z biletami. W kasie wszystkiego się dowiecie i zakupicie bilet na odpowiedni prom. Uwaga, w tym czasie kursują dwa, więc trzeba wsiąść na ten właściwy, a w tym przypadku do Chora Sfakion. Bilet kosztuje 12,50 EUR. Prom odpływa o 17:30. A z Chory dojedziecie do Chanii autobusem, który już czeka na parkingu na wracających z trekkingu. W wiosce Ajia Rumeli znajdziecie także sporo knajpek i restauracyjek, więc jeśli jest czas, można tu także zjeść porządną obiadokolację. Niestety nie jestem w stanie polecić żadnej z nich, gdyż my od razu pobiegłyśmy na plażę, by zdjąć buty i zamoczyć stopy w chłodnej morskiej wodzie. Uwaga, Morze Libijskie oferuje tu czarną plażę, dosłownie. To mieszanka grubego szarego piasku i drobnych kamyków. Plaże wschodnie na Krecie to plaże żwirowe. Główna plaża ma 500 m długości i jest bardzo szeroka. Widoki przepiękne&#8230; W wiosce znajduje się przystań dla promów kursujących do Chora Sfakion i Lutro oraz do Sui i Paleochory. Na przejście szlaku w Wąwozie Samaria trzeba sobie zarezerwować cały dzień. Z pewnością wysiłek jest warty tego, by zobaczyć i poznać najdłuższy kanion w Europie. Po takim wysiłku koniecznie trzeba się wzmocnić i zjeść coś dobrego. Czego koniecznie trzeba spróbować na Krecie? Oto moje podpowiedzi: &#160; *Fragment o ubezpieczeniu powstał przy współpracy mubi.pl</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/09/wawoz-samaria-na-krecie-jak-zorganizowac-trekking.html">Wąwóz Samaria na Krecie &#8211; jak zorganizować trekking</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/09/wawoz-samaria-na-krecie-jak-zorganizowac-trekking.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>11</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wadi Ghuweir &#8211; najpiękniejszy kanion w Jordanii</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/08/wadi-ghuweir-najpiekniejszy-kanion-w-jordanii.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/08/wadi-ghuweir-najpiekniejszy-kanion-w-jordanii.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 20 Aug 2022 12:58:05 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Jordania]]></category>
		<category><![CDATA[Rezerwat Dana]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[ceny w Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[ile kosztuje wycieczka do Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[kaniony i wadis w Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[przewodnik po Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[trekking w Jordanii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20490</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wadi Ghuweir to najpiękniejszy kanion w Jordanii, jaki udało mi się odwiedzić podczas dwutygodniowej podróży. Co ciekawe, pierwotnie wcale nie był uwzględniony w planie. Wiedziałam, że jest takie miejsce gdzieś na terenie Rezerwatu Biosfery Dana. Czytałam o nim kilka lat temu, gdy po raz pierwszy układałam trasę. Później jednak nie mogłam go namierzyć. Siedząc sobie wieczorem już w hotelu w rezerwacie Dana, dokopałam się do zjawiskowych zdjęć Wadi Ghuweir. Moi towarzysze od razu stwierdzili &#8220;jedziemy!&#8221;. I tak też zrobiliśmy. Lubicie kaniony i wadis? Jeśli tak, to w Jordanii jest ich mnóstwo. Sprawdźcie relację z Wadi Mujib: &#160; Co nas do tego przekonało? Oczywiście kolorowe zdjęcia różowego kanionu z palmami, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak podrasowane. Postanowiliśmy, że przekonamy się sami, czy rzeczywiście jest tam tak pięknie&#8230; do końca też nie wiedzieliśmy, czy naszym sedanem uda się nam dojechać do wejścia na szlak. Dokładnych wskazówek dojazdu nie znaleźliśmy. Po prostu wyznaczyliśmy trasę na dwóch mapach (polecam maps.cz) i w zasadzie bez problemu dotarliśmy na miejsce. Uwaga, końcówka drogi z pewności spowoduje niezły wyrzut adrenaliny, ale po kolei. Jeśli wybieracie się do Jordanii koniecznie zapoznajcie się z moim planem podróży oraz z informacjami praktycznymi: &#160; Szlak Wadi Ghuweir &#8211; informacje ogólne Wadi Ghuweir leży na terenie Rezerwatu Biosfery Dana w Jordanii. Szlak sklasyfikowany jest jako trasa z przewodnikiem lub &#8220;self-guided&#8221;. Można się zatem wybrać również na własną rękę. I tak właśnie zrobiliśmy. Całość ma długość 12 km i nie jest to pętelka. Na szlak można wejść z dwóch stron, albo od Feynan Ecolodge (tu potrzebny jest terenowy samochód), albo od drugiej strony, za wioską Al-Mansoura. My wybraliśmy wariant drugi. Tak naprawdę cały szlak składa się z kilku wadis: Wadi Ghuweir, Wadi Al-Nakheel oraz Wadi Ushayqir. Jako, że trasa nie stanowi pętelki, postanowiliśmy dojść do momentu, gdzie pojawiają się palmy. Następnie zawróciliśmy. Całość zajęła nam około 3 godziny, oczywiście wliczając w to dużo postojów na zdjęcia. Łącznie pokonaliśmy ok. 7-8 km. Ten odcinek zrobiliśmy w pół dnia. Przejście całego szlaku zajmie ponad 8 godzin. Wadi Ghuweir &#8211; dojazd Na mapie Google znajdziecie oznaczenie początku trasy. Wystarczy wpisać nazwę kanionu i zostaniecie przeniesi na Wadi Ghuweir trail start. Tutaj widać też dokładnie drogę dojazdu od strony wioski Al- Mansoura (jeśli macie trochę czasu, warto się w niej zatrzymać). To czego nie widać, to stan nawierzchni oraz ekspozycja, która funduje niesamowite krajobrazy. Koniecznie trzeba się tu zatrzymać na punkcie widokowym. Jeśli powiększycie mapę, zobaczyć punkt startu szlaku. ﻿﻿﻿ Już sama jazda, a właściwie zjazd, dostarcza sporej adrenaliny. Trzeba przemieścić się w dół konkretnymi serpentynami wąską szosą, na której przez chwilę znika asfalt. To był chyba najtrudniejszy odcinek, jaki pokonaliśmy podczas naszej podróży po Jordanii. Jak widać, sedan dał radę, czyli nie trzeba mieć terenówki. Na samym dole droga się kończy i dalej już jechać się nie da To znak, że gdzieś tu zaczyna się szlak do Wadi Ghuweir. Nie ma tu parkingu ani innej przygotowanej infrastruktury dla turystów. Samochód zostawiliśmy po prostu pod drzewkiem i ruszyliśmy na trasę. Tutaj zostawiam Wam pinezkę z miejscem do zostawienia auta. Uwaga, wejście nie jest oznaczone. Korzystaliśmy z maps.cz. Po prostu trzeba zejść do wąwozu i poruszać się jego dnem. Odbić należy w lewo. Wadi Ghuweir &#8211; stopień trudności i bezpieczeństwo Szlak nie jest trudny oprócz jednego miejsca, gdzie trzeba zejść po skale, mając do dyspozycji wyżłobione wgłębienia. Przyznam, że ten punkt troszkę mnie zestresował, ale poradziłam sobie w miarę dobrze przy asekuracji kolegów. Tak naprawdę wygląda nieco strasznie z góry, ale schodzi się naprawdę stabilnie. Poza tym, trasa prowadzi dnem wąwozu i tylko czasami trzeba poskakać ciut po skałkach, ale nic trudnego. Uwaga, w tym wadi istnieje zagrożenie tzw. flash floods, czyli szybkimi powodziami. W zimie nie powinno się tu wchodzić właśnie z tego powodu. Jeśli więc podróżujecie po Jordanii późną jesienią, zimą i wczesną wiosną, koniecznie sprawdźcie prognozę pogody, bowiem deszczowa aura grozi śmiertelnym niebezpieczeństwem w takich kanionach. Wadi Ghuweir &#8211; jak wygląda szlak Początek szlaku prowadzi otwartym szerokim dnem wąwozu, by potem za jakiś czas schować się w wąskich skałach.  Pierwszy odcinek to Wadi Ghuweir, co oznacza coś w rodzaju opadającej doliny, gdzie woda spływa w dół. Przypomina on momentami Wadi Numeria lub Al-Siq w Petrze&#8230; wąski wąwóz, wysokie skalne ściany z falowaną teksturą. Można się tu poczuć także, jak w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie w Kanionie Antylopy. Dnem wąwozu płynie mały strumyk. Drugi odcinek to Wadi Al-Nakheel, czyli różowy wąwóz z palmami. To on był naszym głównym celem. To coś nieziemskiego&#8230; oto ktoś przeniósł piękną oazę do środka wąskiego kanionu. Ze skał wyrastają zielone palmy oraz paprocie, po ścianach płyną małe wodospady, tworząc wodne oczka. Miejsce baśniowe, jak z innego świata, prawdziwa perełka ukryta przed światem. Dla tych obrazków warto tu przyjechać. Ostatni odcinek to Wadi Ushayqir. Charakteryzuje się beżowymi, szarymi i czarnymi kamieniami. Wody jest coraz mniej. Wadi otwiera się i palmy znikają. I to właśnie w tym momencie zawróciliśmy. Jeśli pójdziecie dalej, wówczas szlak za jakiś czas się otworzy i znajdziecie się w regionie Feynan. Tutaj można zatrzymać się w Feynan Ecolodge. To miejscówka w zasadzie pośrodku niczego i to tu właśnie trzeba mieć terenowe auto lub kogoś, kto po Was przyjedzie. Na zdjęciach poniżej ciągle środkowa część wąwozu Al-Nakheel. *Na trasę koniecznie zabierzcie odpowiednią ilość wody, są bowiem odcinki otwarte, gdzie słońce konkretnie praży. Do tego zadbajcie także o odpowiednie obuwie, które może się zamoczyć. Jordania to niezwykle ciekawy i malowniczy kraj. Zabytki, przepiękne krajobrazy i niezwykle gościnni ludzie sprawią, iż Jordania z pewnością będzie niezapomnianą podróżą. Pozostałe wpisy z mojej jordańskiej eskapady znajdziecie tu:</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/08/wadi-ghuweir-najpiekniejszy-kanion-w-jordanii.html">Wadi Ghuweir &#8211; najpiękniejszy kanion w Jordanii</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/08/wadi-ghuweir-najpiekniejszy-kanion-w-jordanii.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>14</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Kanion Wadi Mujib w Jordanii &#8211; atrakcja z adrenaliną</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/07/kanion-wadi-mujib-w-jordanii-atrakcja-z-adrenalina.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/07/kanion-wadi-mujib-w-jordanii-atrakcja-z-adrenalina.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 28 Jul 2022 11:42:48 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Jordania]]></category>
		<category><![CDATA[Wadi Mujib]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[ceny w Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[ile kosztuje wycieczka do Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[przewodnik po Jordanii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20414</guid>

					<description><![CDATA[<p>Kanion Wadi Mujib śnił mi się po nocach, dosłownie. Ilekroć przeglądałam zdjęcia i czytałam relacje, dostawałam wypieków na twarzy. Tak! Chcę tam! Po pierwsze, obłędne widoki&#8230; przecież ja kocham tego typu miejsca. Po drugie, adrenalina&#8230; a tę uwielbiam tak samo a tu jeszcze w takich okolicznościach przyrody. Tylko czy dam radę? Bo z pływaniem u mnie krucho, a tu głębokie odcinki, linki, drabinki i podciąganie, pokonywanie wodospadów itp. I już od razu Wam napiszę&#8230; tak, dałam radę, a endorfinki wręcz buzowały:) Jeśli wybieracie się do Jordanii koniecznie zajrzyjcie do wpisów: &#160; A jeśli w ogóle uwielbiacie kaniony i wadis, to w Jordanii znajdziecie ich całkiem sporo. Koniecznie zajrzyjcie do wpisu o różowym wąwozie na terenie rezerwatu Dana: &#160; Kanioning &#8211; czy to takie straszne? Do tej pory na wspomnienie tego, czego dokonałam, uśmiecham się szeroko. Jedni powiedzą, przecież kanion Wadi Mujib to nic trudnego, bułeczka z masłem (tak, byli tacy, co tak mówili). Inni &#8211; wręcz przeciwnie. Ja stoję gdzieś po środku. To, co się tu wyprawia, fachowo nazywa się &#8220;kanioningem&#8220;. Rzecz niełatwa, bo trzeba mieć jako taką kondychę oraz nie bać się głębszej wody. Ostrożność też wskazana, bo czasami kroka wielkiego po śliskiej skale też zrobić trzeba. Kanioning to nic innego, jak przemierzanie rwącej rzeki. Ta ma płynąć na dnie malowniczego wąwozu, gdzie na śmiałków czekają przeróżne zasadzki w postaci wodospadów, przepłynięć, jaskiń czy małych wspinaczek. Trasy mogą mieć różny stopień trudności. Pierwszy w życiu kanioning &#8220;uprawiłam&#8221; podczas podróży po zachodnich stanach USA. Tak, mowa tu o Parku Narodowym Zion oraz słynnym szlaku The Narrows. W tym przypadku wyzwaniem była sama rzeka, wartki nurt i zwiększająca się głębokość. Rezerwat Biosfery Mujib Kanion leży tak naprawdę w graniach Rezerwatu Biosfery Mujib. Uwaga, to najniższy rezerwat przyrody na świecie! Leży aż 410 metrów poniżej poziomu morza! Znajduje się w głębokim wąwozie, na dnie którego płynie rzeka Wadi Mujib. Ma ona swoje źródło na Pustyni Syryjskiej, a jej długość wynosi 48 km, wpływa zaś do Morza Martwego. Rezerwat rozciąga się na góry Karak i Madaba na północy i południu, wznosząc się w niektórych miejscach na wysokość 900 m n.p.m. Obszar ten, mimo iż stanowi teren pustynny, może się pochwalić wspaniałą bioróżnorodnością, która ciągle jest badana. Jakiś czas temu rezerwat dołączył do programu UNESCO człowiek i biosfera. Zarejestrowano tu ponad 300 gatunków roślin, 10 gatunków drapieżników oraz liczne gatunki ptaków stałych i wędrownych. Piaskowcowe klify Mujib są idealnym siedliskiem dla jednej z najpiękniejszych kozic górskich na świecie, koziorożca rogatego (horned Ibex). Na terenie rezerwatu znajdziecie można wybrać się na piesze wycieczki. Jedne szlaki prowadzą w wyższych partiach, inne właśnie dnem kanionu. Większość z nich jest jest otwarta od kwietnia do października. A to ze względu na zagrożenie tzw. flash floods, czyli błyskawicznymi powodziami. Kiedy opadów jest więcej, poziom wody w kanionie może podnieść się bardzo szybko, a to stanowi śmiertelną pułapkę. Koniecznie sprawdźcie, które trasy są bezpieczne w czasie, gdy się tam wybieracie. I jeszcze jedna uwaga. Opisy kilku szlaków znajdziecie na stronie Visit Jordan: siq trail (ten najbardziej znany, o którym za chwilę przeczytacie), canyon trail, malaqi trail, ibex trail, al-hidan trail oraz zipline. Wadi Mujib Adventure Center Swoją przygodę z kanioningiem rozpoczynamy w Adventure Center. Znajduje się ono przy głównej drodze, prowadzącej wzdłuż Morza Martwego. Tutaj na parkingu zostawiamy wypożyczone autko. Uwaga, kluczyki do samochodu oddaje się do przechowalni i te czekają sobie na nasz powrót w swojej szafeczce. Wszystko wydaje się tu być całkiem dobrze zorganizowane. My wybieramy szlak bez przewodnika Siq Trail. Kilka ważnych informacji: wstęp &#8211; 21 JOD, czyli obecnie ok. 140 zł (niestety do Wadi Mujib nie wejdziemy na Jordan Pass), w cenie są kamizelki ratunkowe i każdy musi je przywdziać, konieczne są buty do wody z dobrze przyczepną podeszwą, jeśli nie posiadacie &#8211; można je tu nabyć za 5 JOD, czyli ok. 33 zł, wejście na szlak możliwe jest od 01.04. do 31.10. w godzinach od 8:00 do 15:00 (zalecam wczesne przybycie, by uniknąć tłumów i korków na trasie), stroje kąpielowe nie są wskazane, bowiem można nabawić się otarć, najlepiej przywdziać ubranka szybkoschnące (będziecie cali mokrzy), ale i tak jest opcja na przebrania po powrocie &#8211; przebieralnie w budynku głównym Adventure Center, jeśli chcecie zabrać jakieś rzeczy ze sobą, np. wodę do picia, włóżcie je do wodoodpornego worka, telefon koniecznie włóżcie do nieprzemakalnego pokrowca (kolega utopił swój sprzęt, który już nie powrócił do życia). Siq Trail &#8211; szlak bez przewodnika Kanion Wadi Mujib już czeka. Wyposażeni w kamizelki i telefony komórkowe (wiadomo, dokumentacja musi być), ruszamy na szlak. Na początku trzeba przejść po platformie, przytwierdzonej do skały. Z niej prowadzą schodki na sam dół już do wąwozu. Początek trasy jest bardzo przyjemny, bo oto spokojny strumyczek płynie sobie wśród wysokich skał i niczym nie zwiastuje, że za jakiś moment zamieni się w rwący potok. Tutaj słońce jeszcze praży, bowiem kanion jest dość szeroki. Tutaj woda sięga maksymalnie do kostek. Stopniowo wąwóz zaczyna się zwężać. Pojawiają się spore kamienie na środku. Woda przybiera zielonkawy kolor i zaczyna się sięgać już do kolan. Przed nami majaczy pierwsza linka. Choć ta akurat o tej porze, gdy poziom wody nie jest najwyższy jeszcze nie spełnia swojej roli. Liny, klamerki, drabinki Przygoda z linami zacznie się za chwilę. Dochodzimy w końcu do momentu, gdzie robi się naprawdę głęboko, a głęboko oznacza to, że po prostu woda nas przykryje, dna nie czuć. I tu pojawia się pierwszy stres u mnie, połączony z adrenaliną, która zaczyna już buzować. Bo jak to tak po prostu zawisnąć na tej linie? Przecież nie jest ona naprężona, co oznacza gibanie. I właśnie o to chodzi&#8230;. zaczynam to rozumieć, gdy się jej łapię. Na początku kurczowo, potem rozluźniam mięśnie i mam pole manewru, by lekko płynąć sobie do przodu. Ciekawy moment to także ten, gdzie oprócz trzymania się liny, trzeba zaprzeć się na skalnej ścianie i zrobić kilka kroków tak, by udało się pokonać odcinek z wartkim nurtem. Ramiona i ręce na szczęście u mnie mocne, więc mięśnie dają radę. Dodatkowo są takie miejsca, gdzie trzeba przejść środkiem jakoby pod prąd, stawiając ogromny krok z jednego kamienia na drugi. Czasami sprawę ułatwiają liny, czasami trzeba kombinować. W trudniejszych punktach siedzą panowie asekuratorzy, którzy w razie problemów pomogą przejść dalej. Miejsca z bardzo silnym nurtem są zabezpieczone i oznaczone tabliczką DANGER, tak więc nie ma opcji, by ktoś tu zboczył z trasy i utknął w niebezpiecznym punkcie. Oprócz lin czekają tu także klamerki oraz drabinki. Szczególnie jedno przejście podnosi ciśnienie. Trzeba się podciągnąć w górę na drabince a potem także jeszcze wyżej na klamerkach, są i liny dla dodatkowej asekuracji. Gorzej wygląda to przy schodzeniu w dół, bowiem trzeba dać nogę w dół, gdzie nie widać do końca na czym ona się oprze. Tak czy inaczej, do zrobienia, bowiem rękami utrzymujemy równowagę i kontrolujemy opadanie. Kolejnym punktem, który z pewnością zapamiętacie będzie drabina ustawiona na samym wodospadzie. A za nim cel już bliski. A jest nim także wodospad, jednak o wiele większy i obfitszy. Można pod nim przejść lub przepłynąć od niewielkiej jaskini czy groty. Przejście trasy w jedną stronę trwa około godziny, choć może być i dłużej, jeśli chcecie nacieszyć się tym miejscem. I do tego robicie mnóstwo zdjęć. Warto, oj jak bardzo warto odkryć dla siebie kanion Wadi Mujib! To jak namówieni? Jeśli tak, to koniecznie sprawdźcie inne wpisy z mojej dwutygodniowej podróży po niesamowitej Jordanii:</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/07/kanion-wadi-mujib-w-jordanii-atrakcja-z-adrenalina.html">Kanion Wadi Mujib w Jordanii &#8211; atrakcja z adrenaliną</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/07/kanion-wadi-mujib-w-jordanii-atrakcja-z-adrenalina.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>12</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Mazury na szlaku kultury &#8211; nowy produkt turystyczny</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/06/mazury-na-szlaku-kultury-nowy-produkt-turystyczny.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/06/mazury-na-szlaku-kultury-nowy-produkt-turystyczny.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 13 Jun 2022 14:50:01 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Mazury]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Warmii i Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzać na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[spływy kajakowe na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[tradycyjna kuchnia Warmii i Mazur]]></category>
		<category><![CDATA[trasy rowerowe na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Mazurach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20272</guid>

					<description><![CDATA[<p>Mazury nie dają o sobie zapomnieć. Nie tak dawno pojechałam tam pierwszy raz, a już od tego momentu wracałam kilkukrotnie. Jeden z czerwcowych weekendów ponownie spędziłam w Krainie Tysiąca Jezior. Tym razem zajrzałam do Starych Sadów, Mikołajek, Piszu i Węgorzewa. A wszytko to w ramach projektu &#8220;Mazury na szlaku kultury&#8220;. Miałam okazję odkryć kolejne perełki tego regionu, posmakować przepysznej kuchni regionalnej oraz aktywnie spędzić czas. Czym jest wspomniana inicjatywa? Już wyjaśniam. Mazury na szlaku kultury &#8211; o co chodzi Mazury na szlaku kultury to nowy jakościowo produkt turystyczny, który ma na celu wydłużenie sezonu w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich aż o cały rok. Wszystkie usługi będą oferowane w formie kompleksowych pakietów dla klientów indywidualnych oraz dla małych i większych firm. Oferta obejmuje 3 obszary: kulturalny, kulinarny oraz aktywny z bazą noclegową. Czasoprzestrzeń kulturalna to całoroczne wystawy oraz wydarzenia, takie jak koncerty, regaty czy imprezy firmowe. Do tego celu powstało m.in. Mazurskie Centrum Kulturalno-Wystawiennicze w Starych Sadach koło Mikołajek. Mazurskie podróże kulinarne to nowy wymiar smaków, oparty o kuchnię regionalną. Będzie to m.in. catering oraz obsługa gastronomiczna wydarzeń na wodzie. Dostępna będzie platforma gastronomiczna, na której najlepsi szefowie kuchni w Polsce zaserwują autorskie dania, oparte o smaki regionu. Składniki zaś zostaną stworzone przez Mazurskie Laboratorium Smaku. Mazurskie Centra Aktywności zorganizują różnego rodzaju wycieczki przyrodnicze i krajoznawcze. Zadbają o to, by wszelakie aktywności na Mazurach były łatwo i szybko dostępne. W planowaniu pobytu na Mazurach może być pomocna aplikacja &#8220;Mazury na szlaku kultury&#8221;, która powstanie pod koniec czerwca. Już teraz można się zapisać na na jej start na stornie projektu. Dzięki niej rozliczycie wszystkie usługi bezgotówkowo jednym kliknięciem palca. Poprzez aplikację wypożyczycie rowery, kajaki lub narty, wynajmiecie sprzęt pływający lub rekreacyjny i będziecie mogli zwrócić go w wybranym obiekcie lub mieście. Zarezerwujecie także noclegi. W projekcie &#8220;Mazury na szlaku kultury&#8221; uczestniczą cztery podmioty Hotel Robert’s Port w Starych Sadach, Ośrodek Żeglarstwa i Turystyki Wodnej Camp-Pisz w Piszu, Grupa Amax w Mikołajkach oraz Róża Wiatrów w Węgorzewie. Projekt został dofinansowany jest ze środków unijnych, z Funduszy Europejskich &#8211; Polska Wschodnia oraz Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Hotel Robert&#8217;s Port &#8211; Lake Resport &#38; SPA Podczas ostatniego pobytu na Mazurach miałam okazję zobaczyć i doświadczyć próbkę tego, co przygotowano w ramach projektu &#8220;Mazury na szlaku kultury&#8221;. Dwie noce spędziliśmy w **** Hotelu Robert&#8217;s Port Lake Resort &#38; Spa. Jego właścicielem jest Pan Robert Śliwiński, który jest rodzimym Mazurem, kochającym żagle i bojery. Była to nasza baza noclegowa, aczkolwiek nie tylko, bowiem tutaj także czekały na nas atrakcje. Hotel jest malowniczo położony nad brzegiem jeziora Tałty w Starych Sadach. Do dyspozycji gości jest 158 stylowych i komfortowych pokoi i apartamentów, w tym 3 luksusowe z widokiem na akwen. Hotelowe Centrum Wellness obejmuje basen rekreacyjny, strefę saun (fińską, turecką oraz inrared na podczerwień), leczniczą ścieżkę Kneippa oraz pokój relaksu SPA z panoramicznym widokiem na jezioro. Hotel posiada także 7 gabinetów, gdzie można się poddać zabiegom relaksacyjnym oraz kosmetologicznym. I taką też okazję miałam, bowiem mój pakiet zawierał masaż pleców. Hotel Robert&#8217;s Port może się także poszczyć wspaniałą kuchnią. Dania serwowane są w dwóch restauracjach. Kapitańska urzeka stylem i jakością potraw regionalnych. Charakterystyczny duży żaglowiec pełni tu rolę baru, a przez szklaną podłogę można obserwować basen, z tarasu zaś rozciąga się piękny widok na jezioro. Restauracja Żeglarska utrzymana jest w stylu mazurskim. Kolacja, którą mieliśmy okazję tu skonsumować to po prostu mistrzostwo świata. Zupa rakowa to popisowe dania szefa kuchni, do tego delikatny sandacz i lekki bezowy deser. Rano zaś czekało na nas śniadania na statku. Podczas rejsu po jeziorze Tałty oraz Śniardwy mieliśmy kolejną okazję skosztować regionalnych pyszności. Kompleks hotelowy oferuje także świetnie wyposażoną siłownią oraz centrum konferencyjne. Można tu zorganizować imprezy okolicznościowe, wesela czy eventy firmowe. To oferta skierowana zarówno do osób prywatnych, w tym rodzin z dziećmi, jak i dla biznesmenów. Ośrodek Żeglarstwa i Turystyki Wodnej Camp-Pisz Jeśli mowa o Piszu w ramach projektu &#8220;Mazury na szlaku kultury&#8221;, to chodzi niewątpliwie o Ośrodek Żeglarstwa i Turystyki Wodnej Camp-Pisz. Tutaj polecam Wam z całego serca Hotel Joseph Conrad, ulokowany nad samym jeziorem Roś. To miejsce skradło moje serce. Ugoszczono nas tu fantastycznym obiadem w restauracji z widokiem na wodę. I to, co tu urzeka, to malowniczość i dzikość tego miejsca. Cudownie, że linia brzegowa nie zamieniła się w sztuczną plażę, a właśnie ciągle można podziwiać naturalne środowisko akwenu. Jeśli marzy Wam się odpoczynek w takich okolicznościach, to obiekt oferuje możliwość pobytu w domkach na jeziorze. Mazurski Dom na Wodzie zakotwiczony jest w przystani Hotelu Joseph Conrad. Stylem i wystrojem nawiązuje do wyglądu kajut na statku. To co jest tu fantastycznym rozwiązaniem, to przeszklona ściana w salonie, skąd rozpościera się widok na jezioro. Oczywiście do dyspozycji goście mają także taras w formie pomostu. Oprócz błogiego odpoczynku można tu także spędzić czas bardzo aktywnie. Na miejscu działa wypożyczalnia rowerów wodnych i nart oraz kajaków. I to właśnie na spływ kajakowy wybraliśmy się z Hotelu Joseph Conrad. Trasa prowadzi najpierw przez jezioro Roś, skąd wpływa się na rzekę Pisa. Jest one jedną z niewielu dziewiczych rzek Mazur. Przez chwilę płynie się przez miasteczko, by potem wpłynąć na teren Puszczy Piskiej. Ten odcinek jest najbardziej dziki i malowniczy. Grupa Amax Grupa Amax to kolejny podmiot zaangażowany w projekt &#8220;Mazury na szlaku kultury&#8221;. W tym regionie ma pod swoimi skrzydłami zarówno aspekt kulinarny, jaki wypoczynkowo-rekreacyjny. W jej skład wchodzą liczne restauracje, takie jak: Nóż w wodzie, Sielawa, City, Pod Złamanym Pagajem, Żagiel, Lady Mary i Pod Jabłoniami. W swojej sieci posiada także hotele Kurort Kameralny, Port Chillout i Apartamenty Portowe oraz porty wodne Chillout w Starych Sadach wraz z Wioską Żeglarską w Mikołajkach. Sobotni wieczór upłynął nam na spacerze po Wiosce Żeglarskiej Mikołajki, a uwieńczyła go uczta w restauracji &#8220;Nóż w Wodzie&#8221;, zapowiadająca to, co będzie przyrządzać Mazurskie Laboratorium Smaku na platformie gastronomicznej. Jako przystawkę zaserwowano chyba najbardziej mazurską rybę, jaka tylko może być (no oprócz stynek oczywiście), czyli wędzoną sielawę. Na stole pojawiła się także sałatka ze szparagami, carpacio wołowe, pierś z kaczki z żurawiną czy roladki szpinakowe z wędzonym łososiem i ricottą. Danie główne to ogromny półmisek z owocami morza, na którym królowała obłędna ośmiornica. Do tego także grillowane mięso, takie jak stek z angusa, kotleciki jagnięce czy miętus. Mazurskie Laboratorium Smaku to główny organizator impres kulinarnych w projekcie. Podstawowym założeniem jest tu zdrowy styl życia, połączony z aktywnym wypoczynkiem i wyśmienitą kuchnią. Przepisy są oparte o smaki regionalne, aczkolwiek do gry wchodzi tu nowy pierwiastek kreatywny. Laboratorium tworzy także nowe receptury, oparte o to, co daje ten region, a więc ryby i dary lasów. Ciekawą i zdecydowanie innowacyjną usługą będzie wspomniana już platforma gastronomiczna w formie tratwy. Będzie to wodna restauracja, która także zapewni obsługę cateringową podczas regat czy innych imprez na jeziorze. Ośrodek Róża Wiatrów Ostatniego dnia zajrzeliśmy jeszcze do ośrodka wypoczynkowego Róża Wiatrów w pobliżu Węgorzewa, by pożeglować po jeziorze Święcajty, które połączone jest z wielkim jeziorem Mamry. W ośrodku można się oczywiście zatrzymać na dłużej. Pięknie położony obiekt w zacisznym miejscu oferuje stylowo urządzone pokoje w budynku głównym, w willi obok oraz domki campingowe. Wypożyczycie tu rowery zwykłe bądź elektryczne, kajaki, deski SUP oraz oczywiście łódki. Na terenie ośrodka znajduje się pole paintballowe. Możecie także wybrać się na przejażdżkę terenowym buggy. Ośrodek przygotował całe pakiety, z których możecie skorzystać na miejscu. Oferta skierowana jest zarówno do klientów indywidualnych, jak i zorganizowanych grup i młodzieży. Tutaj możecie wyrobić sobie  &#8220;prawo jazdy&#8221; na żaglówkę, motorówkę lub skuter wodny. Do uzyskania patentu, uprawniającego do samodzielnego pływania motorówkami i skuterami wystarczą dwa dni (cena od 449 zł). Jeżeli chcielibyście zdobyć patent żeglarski, wówczas zarezerwujcie sobie tydzień (cena od 999 zł). W ofercie ośrodka znajdziecie oczywiście także rejsy. Trasa może być uszyta na miarę zgodnie z sugestiami. W przypadku rejsu 7-dniowego lub dłuższego możecie przepłynąć cały szlak Wielkich Jezior Mazurskich (Węgorzewo &#8211; Ruciane Nida). A co znajduje się w programie? Zgłębianie tajników sztuki żeglarskiej, codziennie żeglowanie, przeprawa przez kanał i śluzę, nocleg na wyspie, wieczorami ogniska ze śpiewaniem szant. To jak namówieni? Mazury czekają&#8230; *Artykuł powstał przy współpracy z “Mazury na szlaku kultury” A jeśli potrzebujecie więcej mazurskich i warmińskich inspiracji, to koniecznie zajrzyjcie także do tych wpisów: &#160;</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/06/mazury-na-szlaku-kultury-nowy-produkt-turystyczny.html">Mazury na szlaku kultury &#8211; nowy produkt turystyczny</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/06/mazury-na-szlaku-kultury-nowy-produkt-turystyczny.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>16</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Blisko natury i tradycji &#8211; przewodniki SLOW od wydawnictwa SBM</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/05/blisko-natury-i-tradycji-przewodniki-slow-od-wydawnictwa-sbm.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/05/blisko-natury-i-tradycji-przewodniki-slow-od-wydawnictwa-sbm.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 31 May 2022 19:11:57 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca w Polsce]]></category>
		<category><![CDATA[polecane przewodniki o Polsce]]></category>
		<category><![CDATA[polecane szlaki w Polsce]]></category>
		<category><![CDATA[slow travel polska]]></category>
		<category><![CDATA[wakacje w Polsce]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20212</guid>

					<description><![CDATA[<p>Lubicie zwiedzać Polskę? Coś czuję, że tak. Ja też&#8230; choć nie zawsze tak było. Kiedyś Polska była dla mnie za blisko. Odkładałam ją też na później, bo przecież jeszcze zdążę. Jednak moje podejście zmieniło się o 180 stopni. I to wcale nie za sprawą pandemii a sporo wcześniej. Odwiedzając kolejne krainy, coraz bardziej docierało do mnie, jak piękne i fascynujące miejsca mamy tuż pod nosem. Zaczęłam czuć się naprawdę dobrze w tych moich podróżach po Polsce, a i lista miejsc do zobaczenia urosła znacząco. Na pewno znajdują się na niej Beskid Niski, Dolny Śląsk czy Podkarpackie, i to bardzo wysoko. Zawsze podczas moich podróży szukam zakątków nieoczywistych, poza utartym szlakiem, szukam historii zabytków, ale i tych ludzkich. Tu z pomocą przychodzą mi przewodniki, które otrzymałam od wydawnictwa SBM. Ich premiera odbyła się w kwietniu 2022 roku. Są one czymś więcej niż tylko praktycznymi informatorami. Refleksje i wspomnienia, rozmowy z inspirującymi ludźmi, gospodarzami klimatycznych chat i wiejskich siedlisk&#8230; to coś dla miłośników niespiesznego zwiedzania i wypoczynku. Z tej serii znajdziecie: Beskid Niski, Bieszczady, Dolny Śląsk oraz Warmię i Mazury. Kto planuje odwiedzić te regiony? A kto z Was już odwiedził? Z pewnością te pozycje dostarczą wiele ciekawych inspiracji do zagłębiania się w trochę inny spokojniejszy, niespieszny i tradycyjny świat. SLOW przewodnik Bieszczady A gdyby tak rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady? Tak naprawdę wcale nie trzeba tego robić, by się tam znaleźć. Byliście już w Bieszczadach? Zapewne większość z Was TAK. Ja też byłam… i przywiozłam stamtąd przepiękne wspomnienia. Pamiętam wracanie już po zmroku ze szlaku, bo tak bardzo chciałam nacieszyć się widokami, naturą. A czy Baza Ludzi z Mgły jeszcze istnieje? Tam spędzaliśmy wieczory przy muzyce na żywo. Niektórzy twierdzą, że Bieszczady się zmieniają. Z pewnością stały się bardziej popularne niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu. Nie oznacza to jednak, że nie znajdziecie tam dziewiczej przyrody oraz wytchnienia od miejskiego zgiełku. I takie propozycje zawiera SLOW przewodnik Bieszczady od wydawnictwa SBM. Na liście znalazły się takie miejscówki, jak Zagórz, wielokulturowe Lesko, Dwernik czy Chrewt. A to tylko niektóre punkty do eksplorowania tego regionu w prawdziwym rytmie slow. W przewodniku znajdziecie także rozmowy z inspirującymi ludźmi, miejscowymi artystami czy wytwórcami lokalnych przysmaków. Nie ma w nim obowiązkowych punktów zwiedzania, a jest garść fantastycznych inspiracji. Większość ludności Bieszczadów stanowili Bojkowie, którzy od zachodu graniczyli z Łemkami. Skąd przybyły owe grupy etniczne? Do końca nie wiadomo. Może z Bałkanów, a może z Chorwacji. Większość z nich jest grekokatolikami, a spora część wyznaje prawosławie. Przewodnik zaprowadzi Was oczywiście do tradycyjnej wsi łemkowskiej. zwanej łańcuchówką. Taka wsią jest m.n. Komańcza. Domy budowano tu wzdłuż rzeczki lub innego cieku wodnego. Zabudowa zagrodowa była skromna, jednobudynkowa. W chacie mieszkały także zwierzęta. Przykłady takich zabudowań zobaczycie także w Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. A może coś na ząb? Wiadomo, że kulinaria to nieodłączny element poznawania kultury i historii danego miejsca. Jakie regionalne przysmaki znacie z Bieszczad? Mówią coś Wam takie nazwy, jak czyr, kiesełycia czy tarciaki? Tradycyjna kuchnia bieszczadzka była skromna i bardzo uboga. I właśnie potrawa o dziwnie brzmiącej nazwie czyr o tym świadczy. Obecnie nie znajdziecie jej w menu. Dlaczego? Czyr jest to bowiem wrzątek zagęszczony mąką. Takie danie raczej nie cieszyłoby się wzięciem wśród gości restauracji. Inaczej jednak ma się sprawa z kiesełycią czy tarciakami. Ta pierwsza to tutejszy żur na owsie, serwowany z ziemniakami. Nie dodaje się do niego żadnej śmietany ani jajek, a oprócz ziemniaków dodaje także cebulę. Tarciaki zaś to gołąbki faszerowane ziemniakami, a to nie koniec kartoflanych potraw, co też może dziwić, bo nie jest to region, gdzie to warzywo powinno jakoś obficie rosnąć. Skąd taka kuchnia tu w Bieszczadach? O tym dowiecie się z przewodnika. SLOW przewodnik Dolny Śląsk Z czym kojarzy się Wam Dolny Śląsk? Mi przede wszystkim z pałacami i zamkami. Od jakiegoś czasu mam już w planach, by w końcu podążyć tym szlakiem (Europejski Szlak Zamków i Pałaców). Mniejszych lub większych pałaców jest tu kilkaset, być może nawet więcej, jeśli doliczymy do tego dwory. Pałace dolnośląskie przetrwały zawieruchy wojenne, w większości nawet II wojnę światową, najwięcej zaszkodziły im czasy powojenne w Polsce. Wiele popadło w ruiną, ale sporo też zachowało się do naszych czasów i zostało odrestaurowanych. Które warto zobaczyć, dowiecie się z przewodnika. W tej książce znajdziecie tak naprawdę wskazówki i inspiracje, jak dobrze spędzić czas w regionie. Zegarek i mapa z wyznaczonymi punktami ustępują tu uważności i ciekawości tego, jaka historia kryje się w danym miejscu. Być może warto przystanąć i wsłuchać się w te opowieści. Zwiedzanie w rytmie slow potrafi przenieść w czasie, potrafi skłonić do refleksji. Dolny Śląsk to także niezwykła natura i tu od razu przychodzi mi na myśl magiczna Dolina Baryczy. Tereny dziewicze, dzikie&#8230; których coraz mniej jest w naszej części świata. I z pewnością Dolina Baryczy jest moim podróżniczym marzeniem, które spełnię w towarzystwie tego SLOW przewodnika. Jest to ostoja dzikich ptaków, o których dowiecie się niesamowitych rzeczy z tej książki. Pięknie wprowadzi Was ona także w świat rzadkich roślin. A to wszystko może się wydarzyć, gdy będziecie sobie wolno sunąć kajakiem przez meandry rzeki, która idealnie nadaje się na leniwy spływ, by wsłuchać się w odgłosy natury. A może by tak do tego odwiedzić jakąś winnicę i posmakować tutejszego wina? Dolny Śląsk idealnie się do tego nadaje i można tu podążyć Dolnośląskim Szlakiem Piwa i Wina. Niewątpliwie słynnym trunkiem jest tu wino &#8220;Czarne&#8221; z Winnicy Świdnickiej, którą odwiedza autor przewodnika. Produkowane jest ono z ukraińskiej odmiany Gołubok. Badania wykazały, że zawiera ono dużo więcej polifenoli niż inne wina czerwone. Historia tego miejsca zaczyna się w 2004 roku, kiedy właściciel zakupił pierwszą działkę i postanowił spełnić swoje marzenie&#8230;. wbrew opinii otoczenia, bo przecież &#8220;Polska to nie Włochy&#8221;. A jak się w końcu okazało, już w średniowieczu uprawiano tu winorośl, a winem regulowano należności. Takich i innych historii w przewodniku znajdziecie mnóstwo. O Krainie Wygasłych Wulkanów zapewne słyszeliście&#8230; ale czy tylko wulkany warto tu zobaczyć? Autor zagląda do Dobkowa do Villi Greta i poprzez swoje opisy, jak i rozmowy z właścicielami, stara się przedstawić ich historię. A to kolejna opowieść z tych niesamowitych&#8230;. bo wszystko zaczęło się w Azji na granicy irańsko-pakistańskiej, gdzie się poznali. Obecnie prowadzą zaś pensjonat oraz restaurację w stylu slow i są ogromnymi popularyzatorami wiedzy o Dolnym Śląsku. I to właśnie w takich miejscach najlepiej można poczuć ducha danego regionu. Autorem SLOW przewodników Bieszczady oraz Dolny Śląsk jest Peter Zralek &#8211; podróżnik, dziennikarz i autor wielu publikacji. Urodził się w Polsce, aktualnie mieszka w Sztokholmie. Do Polski wraca bardzo często, by zajrzeć na Dolny Śląsk i pokręcić się po Bieszczadach. Fascynują go trudne dzieje tychże terenów oraz dziewicza przyroda, oferująca błogi relaks. SLOW przewodnik Beskid Niski Beskid Niski to kolejny region, który bardzo chcę odwiedzić i porządnie zekspolorować. Dlatego od razu wiedziałam, że skorzystam z oferty Wydawnictwa SMB i z chęcią poznam przewodnik, którego premiera odbyła się w kwietniu. I się nie zawiodłam. Moim głównym celem był szlak cmentarzy wojennych z I wojny światowej oraz przepiękne cerkwie łemkowskie. Obecnie lista znacznie się powiększyła. Przewodnik prowadzi przez takie miejscowości, jak Grybów, Nowica, Binczarowa,  Łosie czy Radocyna. Te nazwy kompletnie nic mi nie mówią i to jest właśnie najlepsze. Oto mam szanse poznać zakątki naprawdę spoza utartego szlaku. Co tam znajdę? Kobaltowy błękit bratków, jeziora, zagrody z minionej epoki, otwartość ludzi&#8230; ludzi, którzy chętnie goszczą i opowiedzą swoją historię. Jedni mieszkają tu od urodzenia, a w ich żyłach płynie krew rodzimych mieszkańców, inni &#8211; tu znaleźli swoje miejsce na ziemi i zostali oczarowani urokiem tej krainy. Uwielbiam słuchać takich opowieści, bowiem sama właśnie obrałam podobna ścieżkę. Dwie historie szczególnie utkwiły mi w pamięci: chata Kasi i wsie, których nie ma oraz Jasielówka, Jasiel, Jasiołka. Nie chcę zdradzać  Wam szczegółów, ale rąbka tajemnicy uchylić mogę. Ta pierwsza rozpoczyna się w latach dziewięćdziesiątych, kiedy para młodych ludzi rzuca wszystko i przyjeżdża tu, by zacząć wszystko od nowa. Pomysłów mnóstwo, chcą kupić ziemię na końcu świata i nawet bez prądu i bieżącej wody hodować tu konie. W tym czasie zjeżdża się tu kolorowa bohema z całej Polski&#8230; łąki pachną tak bardzo, że aż dusi, strumyki szumią, a czas gdzieś gubi się w tym wszystkim. Z Jasielówką jest nieco inaczej&#8230; świat Sławka i Niny na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie niespiesznego, leniwego. To tylko pozory, bowiem trafiacie tu w sam środek ekscytujących artystycznych wydarzeń. Sławek to artysta w pełnym tego słowa znaczeniu&#8230; pisarz, malarz, performer, fotograf i reżyser. W takim przypadku o nudzie nie może być mowy. Beskid Niski odkrywał etapami przez dwadzieścia pięć lat. Włóczył się po wsiach, pustych terenach, eksplorował przyrodę. Aż w końcu zakupił tu kawałek ziemi i postawił bacówkę. Co było dalej? O tym przeczytacie w przewodniku, a to nie koniec tej historii, zapewniam. Tutaj także można podziwiać drewnale autorska Arkadiusza Andrejkowa. Być może słyszeliście o jego projekcie &#8220;Cichy Memoriał&#8221;, który zaczął się na Podkarpaciu, a obecnie rozrasta na całą Polskę? Jeśli nie, to jest to punkt obowiązkowy. To wyjątkowa galeria sztuki ulicznej. Po pierwsze, obrazy malowane są na drewnianych domach lub stodołach. Po drugie, przedstawiają mieszkańców wsi oraz motywy, związane z wiejskim życiem. Takie drewnale znajdziecie w Grybowie, Florynce czy na Podchełmiu. Autorką SLOW przewodnika Beskid Niski jest Katarzyna Zaparaniuk. Ten region Polski przeszła wzdłuż i wszerz, w końcu jej rodzinne miasto to Bielsko-Biała. Założyła tu z mężem ekologiczną winnicę w Nowicy. Tego fachu wciąż się uczy. W wolnej chwili podróżuje, ale zawsze wraca tu, gdzie jej miejsce na ziemi, do Beskidu Niskiego. SLOW przewodnik Warmia i Mazury Czy jest tu ktoś, kto jeszcze nie był na Warmii i Mazurach? Do niedawna ja byłam taką osobą i bardzo chciałam to zmienić. Ostatnimi czasy w tym regionie bywam kilka razy w roku i za każdym razem odkrywam coś nowego. Przede mną jeszcze mnóstwo zakątków do zobaczenia, szczególnie na Warmii, która zdaje się niezwykle wpisywać w rytm SLOW, który szczególnie lubię. I oczywiście takie propozycje podrzuca przewodnik Warmia i Mazury od Wydawnictwa SBM. Zaprasza Was do takich miejscowości, jak Żywkowo, Ogonki, Kadyny, Plajny, Ryn czy Stare Jabłonki. Te dwie ostatnie już odwiedziłam i według mnie koniecznie trzeba to zrobić. Stare Jabłonki to spokojna wieś, malowniczo położona nad jeziorem Szeląg Mały na pojezierzu Iławskim w otoczeniu Lasów Taborskich. Pierwsze wzmianki na jej temat pochodzą z 1584 roku, a nazwa wzięła się od popularnego u nas owocu. I to ona dowodzi tego, że została ona założona przez polskich osadników. A co można robić w Starych Jabłonkach i okolicach? Z pewnością nudzić się tu nie będziecie. Przez Stare Jabłonki przebiega aż 5 znakowanych szlaków turystycznych, zarówno są to trasy piesze, jak i rowerowe,  w tym m.in. międzynarodowy szlak Św. Jakuba, prowadzący aż do Santiago de Compostela w Hiszpanii! Idealną bazą noclegową jest tu już legendarny Hotel Anders, przepiękny kompleks w stylu mazurskim, miejsce z duszą i ciekawą historią. Ryn zaś leży w samej Krainie Wielkich Jezior Mazurskich, najbardziej znanej i najczęściej odwiedzanej części Mazur. Wbrew pozorom i tu można znaleźć zaciszne niezwykle urokliwe zakątki, które dadzą wytchnienie od zgiełku wielkich miast. To miasteczko kojarzy mi się przede wszystkich z fantastyczną kuchnią regionalną, a mam tu na myśli Gościniec Ryński Młyn, który znajduje się na szlaku Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle. I właśnie na ucztę w tym miejscu zaprasza Was także SLOW przewodnik. W Gościńcu Ryński Młyn pieczę nad wszystkim, co powstaje w kuchni sprawuje genialna Szefowa Kuchni, Pani Agnieszka Wesołowska, Mistrzyni dawnej sztuki kulinarnej. Czego koniecznie trzeba tu spróbować? W menu czeka chrupiąca stynka młynarzowej &#8211; malutka rybka, przypominająca szprotkę, smażona, idealna na przekąskę, mazurskie farszynki z kapustą &#8211; połączenie delikatnego ziemniaczanego ciasta oraz mięsno-jajecznego farszu (danie nagrodzone w konkursach), ryńskie kartacze  jak pięści Młynarza z okrasą i kiszoną kapustą &#8211; to wpływ kuchni kresowej czy też plińce z pomoćką i mięsiwem, ze śliwką oraz kapustą tutejszą &#8211; smażone placki ziemniaczane ze specjalnym sosem z twarogu, cebuli, czosnku i szczypiorku. Z przewodnikiem SLOW zajrzyjcie także do unikatowej wsi Wojnowo. Dlaczego jest taka wyjątkowa? Mazury mają swoje „żywe” skanseny. Do takich można niewątpliwie zaliczyć tę wioskę. Słynie ona nie tylko z pięknych drewnianych chat. Znajduje się tu Klasztor Staroobrzędowców, zwanych filiponami. Nazwa filiponi pochodzi od pustelnika Filipa, od którego wszystko się zaczęło. Nie uznał on w XVII wieku reform...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/05/blisko-natury-i-tradycji-przewodniki-slow-od-wydawnictwa-sbm.html">Blisko natury i tradycji &#8211; przewodniki SLOW od wydawnictwa SBM</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/05/blisko-natury-i-tradycji-przewodniki-slow-od-wydawnictwa-sbm.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>20</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Lukka &#8211; co warto zobaczyć. Średniowieczna perełka Toskanii</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/05/lukka-co-warto-zobaczyc-sredniowieczna-perelka-toskanii.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/05/lukka-co-warto-zobaczyc-sredniowieczna-perelka-toskanii.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 25 May 2022 15:24:30 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Włochy]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Toskanii]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Toskanii]]></category>
		<category><![CDATA[ile kosztuje weekend we Włoszech]]></category>
		<category><![CDATA[pomysł na podróż do Toskanii]]></category>
		<category><![CDATA[Toskania na weekend]]></category>
		<category><![CDATA[toskańskie miasteczka]]></category>
		<category><![CDATA[trasy w Toskanii]]></category>
		<category><![CDATA[weekend we Włoszech]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=20085</guid>

					<description><![CDATA[<p>Toskanii specjalnie zachwalać nie trzeba. Chyba nie znam osoby, która tam pojechała i wróciła rozczarowana. Na mojej liście od dawna było małe miasteczko o wdzięcznej nazwie Lukka (po włosku Lucca), położone niedaleko Pizy. Jeśli więc wybieracie się do miasta ze słynną Krzywą Wieżą, koniecznie zajrzyjcie także do Lukki. Co warto tam zobaczyć? Jak zwiedzać Lukkę? O tym dowiecie się w tym wpisie. Zwiedzanie Lukki koncentruje się na jej najstarszej części, otoczonej murami. To miasto włoskiego kompozytora muzyki operowej, Giacomo Pucciniego. To tutaj maestro się urodził. Spacer uliczkami Lukki może stanowić prawdziwą podróż w czasie. Labirynt wąskich uliczek, urokliwe place, średniowieczna zabudowa, w tym imponujące wieże robią ogromne wrażenie. Jeśli wybieracie się do Pizy, to także rozważcie zwiedzanie Cinque Terre: &#160; Lukka to bardzo stare miasto. Zostało ono założone przez Etrusków, a od II w. p.n.e. stanowiło kolonię rzymską. W czasach średniowiecznych Lucca bardzo prężnie się rozwijała, przez pewien czas dzierżyła miano stolicy Toskanii, a następnie stała się niepodległą republiką. Na przełomie XVIII wieku została podbita przez samego Napoleona i znalazła się pod panowaniem francuskim. Następnie miasto wcielono do Wielkiego Księstwa Toskanii, a w 1861 r. stało się częścią zjednoczonych Włoch. Ile czasu przeznaczyć na zwiedzanie Lukki? Ja pojechałam tam na jeden dzień z Pizy i naprawdę było warto. Co koniecznie trzeba zobaczyć w Lukce? Oto moje propozycje. Wieża Guinigi To chyba najsłynniejsza atrakcja w Lucce. Dlaczego? Na szczycie posadzono drzewa, a te w najlepsze sobie tu rosną. To starożytne dęby święte, które są symbolami odrodzenia i odnowy. Nie wiadomo, jak bardzo są stare i kiedy dokładnie je tutaj umieszczono, ale już około 1600 roku pojawiają się na rysunkach miasta. Mogą sobie więc liczyć ponad 420 lat&#8230; ale czy te, które możemy podziwiać dziś mogły przetrać tyle lat? Nazwa wieży pochodzi od rodziny zamożnych bankierów Guinigi, którzy to budowali wieże mieszkalne na potęgę w ówczesnej Lukce. Wzniesiono ją na początku XIV wieku w stylu romańsko-gotyckim, który nie był tu wówczas bardzo popularny. Jest symbolem potęgi i prestiżu tamtych czasów. I uwaga, to jedyna stojąca do dziś wieża mieszkalna w tym mieście. Na górę prowadzi 230 schodów. Wieża mierzy 45 metrów. Wejście na szczyt budzi troszkę emocje i wyzwala adrenalinkę, aczkolwiek nogi w zasadzie się nie trzęsą. Widoki są obłędne, bowiem przepięknie widać tu panoramę miasta wraz z najpiękniejszymi budowlami. Wstęp 5 EUR. Bilet kupicie w kasie na dole. Torre delle Ore &#8211; Wieża Zegarowa Torre delle Ore, czyli Wieża Zegarowa, to druga z wież, na którą można i warto się wspiąć. Poprzednio nosiła ona nazwę “Torre dei Quartigiani”. Jednak w 1390 roku na wieży zamontowano zegar i wówczas nazwa zmieniła się na Torre delle Ore. Wzniesiono ją tu około XIII wieku. Należała do najsłynniejszych rodów Lukki, takich jak Quartigiani, Cristofani, Sesmondi i Ceci. Wykonanie mechanizmu zegarowego powierzono najważniejszemu wówczas złotnikowi, Labruccio Cerlottiem. To najwyższa ze 130 wież w mieście, wybudowanych w średniowieczu (nie wszystkie zachowały się do dziś). Zegar, który obecnie wisi na ścianie wieży, trafił tu w 1754 roku. Na samej górze zaś znajduje się dzwonnica. Wieża zwieńczona jest żelaznym wiatrowskazem z hasłem Libertas, które widniało na flagach Republiki Lukki. Oryginalny wiatrowskaz znajduje się w sali dydaktycznej Ogrodu Botanicznego, ten na wieży jest kopią. Z Wieżą Zegarową związana jest z legenda o Lucidzie Mansi. To kobieta, która sprzedała swoją duszę diabłu, aby pozostać piękną i młodą. Diabeł wrócił po trzydziestu latach i zażądał spłaty długu. Lucida w nocy 14 sierpnia 1623 roku wspięła się na wieżę i zdyszana pobiegła zatrzymać dzwon, który miał wybić godzinę jej śmierci. Dokładnie o północy diabeł miał zabrać jej duszę. I tak się stało, bowiem niewiasta nie zdołała powstrzymać mechanizmu, ognisty rydwan zabrał ja ze sobą. Wstęp 5 EUR. Bilet trzeba kupić w Wieży Guinigi. Katedra Duomo Di San Martino &#8211; Piazza Antelminelli Katedra Duomo powstała w 1070 roku, ma ponad 84 m długości, a dzwonnica wysoka jest na 58 m. Budowla powstała w stylu romańsko-gotyckim. Sama świątynia została zbudowana już 3 wieki wcześniej, powstała w VI stuleciu. Jej obecny wygląd pochodzi z przebudowy w okresie XI-XV wieku. To główny i najważniejszy kościół w Lukce. Fasada to prawdziwa koronkowa robota. Ażurowe zdobienia, rzeźby oraz trzy rzędy arkad w stylu pizańskim robią ogromne wrażenie. Wykonana jest z marmuru. Na fasadzie katedry umieszczono rzeźbę św. Marcina, siedzącego na koniu. Obok niego przedstawiono żebraków, którym święty oddaje swoje szaty. Uwagę zwraca dobudowana, dwukolorowa dzwonnica, przez co fasada jest niesymetryczna. Można także zajrzeć do środka, wstęp jest płatny. Cennym artefaktem jest tu trzymetrowy drewniany krucyfiks “Volto Santo” (Święta Twarz).  W średniowieczu był on przedmiotem niezwykłego kultu. Z jego powstaniem wiąże się pewna legenda, a mianowicie rzeźbiarzowi w wykonaniu dzieła pomogły podobno anioły, a rzeźba ma przedstawiać prawdziwą twarz Chrystusa. Wstęp 3 EUR. Dostępny jest także bilet łączony na: zwiedzanie kościoła oraz na wejście na dzwonnicę &#8211; koszt 6 EUR lub do katedry, na dzwonnicę, do muzeum i pobliskiego baptysterium &#8211; koszt 9 EUR. Okrągły rynek &#8211; Piazza Anfiteatro Jak sama nazwa wskazuje ma okrągły kształt. Plac ten został bowiem zbudowany na miejscu starego rzymskiego amfiteatru. Jego kształt bardzo dobrze widać z lotu ptaka. Znajdował się tu amfiteatr, w którym tradycyjnie odbywały się pokazy i igrzyska gladiatorów. Zbudowano go w Lukce w drugiej połowie I wieku. Dowodzi tego odkrycie monet z czasów cesarza Klaudiusza podczas rozbiórki niektórych murów w XIX wieku. Z biegiem czasu zmieniało się przeznaczenie budowli. Ze względu na swoje rozmiary i położenie poza murami miejskimi amfiteatr stał się zagrożeniem dla samego miasta, gdyż mógł łatwo wpaść w ręce wroga. Dlatego od VI wieku, w czasie wojen gotyckich amfiteatr był ufortyfikowany dla celów militarnych, a jego zewnętrzne łuki zamknięto. Następnie dobudowano inne pomieszczenia, używane jako domy, a przez pewien czas nawet jako więzienie. W pierwszej połowie XIX wieku budynki, zajmujące starożytną arenę, zostały rozebrane, a wewnętrzny obszar stał się placem. Do czasów obecnych zachowały się pozostałości rzymskiego amfiteatru, włączone do budynków, graniczących z dzisiejszym Piazza dell&#8217;Anfiteatro. Eliptyczny kształt placu nawiązuje w dużej mierze do obszaru starożytnej areny. Na zewnętrznym obwodzie, wzdłuż Via dell&#8217;Anfiteatro, da się dostrzec niektóre z oryginalnych murów, w szczególności przed Piazza Scalpellini. A na samym placu ulokowały się włoskie restauracje i knajpki. Chiesa di San Michele in Foro &#8211; Piazza San Michelle Kościół św. Michała Archanioła to kolejna perełka Lukki. Tutaj od razu w oczy rzucają się ażurowe koronkowe zdobienia. Świątynię zaczęto budować w VIII wieku na miejscu dawnego forum rzymskiego. Nosi miano najpiękniejszego kościoła w mieście. I śmiem się z tym zgodzić. Widać tu wpływy stylu romańskiego w Pizie w fasadzie, która charakteryzuje się ogromną wysokością i bogactwem rzeźb. Na górze umieszczono duży marmurowy posąg, przedstawiający Archanioła Michała pokonującego smoka. Legenda mówi, że w pogodne dni można zobaczyć zielony blask, bijący od posągu. Niektórzy twierdzą, iż w rzeźbie został ukryty szmaragd. Kamienia nigdy nie znaleziono, ale podobno gdzieś tam jest. Warto zajrzeć do środka. Biel świątyni ciekawie kontrastuje z jej ciemnym wnętrzem. Wnętrze kościoła ma trzy nawy z transeptem i półkolistą absydą. Nawa główna wsparta jest arkadami na monolitycznych kolumnach, a cały budynek nakrywają lunetowe stropy kolebkowe. W kościele znajdują się trzy ważne dzieła sztuki: Madonna z Dzieciątkiem, emaliowana terakota autorstwa Andrei della Robbia, Pala Magrini Filippino Lippi z 1483 r. przedstawiająca świętych Rocha, Sebastiana, Hieronima i Helenę oraz płaskorzeźba Matki Boskiej dłuta Raffaello di Montelupo. Wstęp bezpłatny Basilica di San Frediano &#8211; Piazza S. Frediano Bazylika di San Frediano wyróżnia się na tle innych świątyń z Lukki. Czym konkretnie? Fasadą oraz przepiękną złotą bizantyjską mozaiką na jej górze. Mozaika pochodzi z końca XIII wieku i przedstawia postać Chrystusa Pankratora, wstępującego do nieba wśród aniołów. I taka ciekawostka. Pomiędzy Apostołami brakuje figury Dziewicy, która została usunięta po zamontowaniu nowoczesnego okna. To niezwykle rzadki ornament. W Toskanii jedyna inna fasada zdobiona w ten sposób znajduje się na kościele San Miniato al Monte w Florencji. Bazylika San Frediano jest jednym z najstarszych miejsc kultu w Lukce. Kościół ufundował św. Fridianus, biskup Lukki. Pierwsza wzmianka o świątyni pojawia się w 685 roku. W bazylice spoczywa ciała św. Zity, świętej pochodzącej z Lukki. Piazza Napoleone Ten plac robi mniejsze wrażenie niż pozostałe, ale warto tu zajrzeć. Znajduje się także na starówce, więc w zasadzie pewnie i tak tu traficie. Powstał na początku XIX wieku i uchodzi nawet dziś jeden z ważniejszych placów w mieście. Jak sama nazwa wskazuje, upamiętnia on francuskiego wodza Napoleona. To jego siostra Eliza zadbała o to, by w Lukce o nim pamiętano. Na placu w oczy od razu rzuca się pomnik i zapewne każdy spodziewa się, iż tutaj stoi nie nikt inny, jak sam Napoleon. A jednak tak nie jest. Rzeźba przedstawia następczynię Elizy, Marię Luizę Bourbon. Punktem charakterystycznym jest także karuzela, stylem nawiązująca do typowych francuskich karuzel. Przy placu mieści się zabytkowy pałac Palazzo Ducale di Lucca. Początki budowli sięgają połowy początku XIV wieku, kiedy pałac był częścią dużej fortyfikacji na zlecenie Castruccio Castracaniego, przywódcy i władcy Lukki. Po jego śmierci miasto było wielokrotnie najeżdżane przez wrogie mocarstwa, a zamek stał się symbolem ucisku. Z okazji definitywnego wyzwolenia Lukki mieszkańcy zniszczyli twierdzę, ale pozostawili nienaruszony pałac, który stał się siedzibą instytucji rządowych. Mury obronne w Lukce Co jeszcze warto zobaczyć w Lukce? Stara część miasta otoczone jest średniowiecznymi murami obronnymi. Droga z dworca kolejowego na starówkę prowadzi właśnie tunelem przez mury. Warto się nimi przespacerować. Przygotowano tu ścieżkę zarówno dla pieszych, jak i rowerów. Mury miejskie Lukki tworzą idealny pierścień wokół miasta. Ich długość to 4 kilometry i 223 metry. To doskonale zachowane, imponujące wały, które obsadzono różnymi gatunkami drzew. Mury zapewniają również wyjątkowy punkt widokowy, z kościołami i wieżami Lukki po jednej stronie i Alpami Apuańskimi na horyzoncie. Zostały zdemilitaryzowane w epoce napoleońskiej i od tego czasu wykorzystywane są jako publiczny park. Gdzie i co zjeść w Lukce Restauracji czy też włoskich trattorii w Lukkce znajdziecie mnóstwo. Dlatego tutaj nie będzie przeglądu tych najlepszych, bo oczywiście nie miałam okazji sprawdzić ich wszystkich. Natomiast bardzo chciałam pokazać Wam miejsce, do którego trafiłam w sumie przypadkiem, a które już na wejściu pokazuje swoją unikatowość. A patrząc na wystrój, kto by się spodziewał, że serwuje pyszne tradycyjne włoskie jedzenie. Miejsce znajduje się przy okrągłym rynku Piazza Anfiteatro, nieco z boku, nie na głównym placu. Wypatrujcie napisu Trattoria da Ubaldo i dekoracji rodem z filmu grozy bądź Halloween. Na wejściu powitają Was szkielety i mumie, w środku zaś atmosfera się zagęszcza, bo na stolikach prężnie pną się dość spore fallusy. Nawet jeśli wystrój Was nie zachęca, zajrzyjcie w menu. Po pierwsze, jest taniej niż w restauracjach obok i na placu. Po drugie, skosztujecie tu regionalnego dania, jakim jest tortelli caserecci all&#8217;affumicato, czyli tradycyjne włoskie pierożki z wędzonym serem, bekonem oraz cukinią. Potrawa przypomina nieco ravioli, ale w smaku jest jedyna w swoim rodzaju. Cena to 12 EUR. Jak dojechać do Lukki Do Lukki szybko i wygodnie dojedziecie pociągiem z Pizy. Podróż trwa 30 minut, a bilet kosztuje 3.60 EUR. Można go zakupić na dworcu lub przez stronę internetową włoskich kolei Trenitalia. Z dworca na starówkę, otoczoną murami idzie się kilka minut. Z Pizy kursują także autobusy, niemniej dojazd pociągiem uważam za najwygodniejszy i najszybszy. &#160; Lubicie włoskie miasteczka? Jeśli tak i już jakieś odwiedziliście, to które spodobało Wam się najbardziej? Więcej włoskich wpisów znajdziecie pod tym linkiem &#8211; Cel w podróży Włochy A jeśli szukacie więcej informacji o Lukce, zajrzyjcie na blog Robimy Podróże</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/05/lukka-co-warto-zobaczyc-sredniowieczna-perelka-toskanii.html">Lukka &#8211; co warto zobaczyć. Średniowieczna perełka Toskanii</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/05/lukka-co-warto-zobaczyc-sredniowieczna-perelka-toskanii.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Hotel Tristan &#8211; relaks nad morzem na Mierzei Wiślanej</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/04/hotel-tristan-relaks-nad-morzem-na-mierzei-wislanej.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/04/hotel-tristan-relaks-nad-morzem-na-mierzei-wislanej.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 03 Apr 2022 16:28:37 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Morze Bałtyckie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Bałtyk najpiękniejsze plaże]]></category>
		<category><![CDATA[Bałtyk plaże bez tłumów]]></category>
		<category><![CDATA[dobry hotel nad Bałtykiem]]></category>
		<category><![CDATA[dobry hotel nad morzem]]></category>
		<category><![CDATA[dzikie plaże w Polsce]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=19954</guid>

					<description><![CDATA[<p>&#8220;Już nie ma dzikich plaż&#8221;&#8230; a właśnie, że są, i bursztyny też. Dzikie plaże nad Bałtykiem niewątpliwie znajdziecie zimą. Nad morze zimą? Ale po co? Ja już wiem, że warto. Przyznam, że zimą o wiele bardziej mi się tu podoba niż latem. Nie ma tłumów, a rześkie powietrze od razu stawia na nogi. I przy okazji jodu też można się nawdychać. Relaks nad morzem o tej porze niesie ze sobą mnóstwo prozdrowotnych korzyści. A gdyby tak połączyć taki wyjazd z pobytem w hotelu, który oferuje także odnowę biologiczną? No właśnie. Wtedy to już mamy pełny pakiet. A wiadomo, zdrowie jest bezcenne i nie jest tylko popularny frazes a najprawdziwsza prawda. Dlatego też nie wahałam się ani chwili i od razu przyjęłam zaproszenie od Hotelu Tristan. Tym bardziej, że w tym rejonie nigdy nie byłam. Hotel Trista &#38; Spa &#8211; co oferuje 4-gwiazdkowy Hotel Tristan &#38; Spa znajduje się w malowniczej wsi Kątach Rybackich na Mierzei Wiślanej. Obok leżą takie miejscowości, jak Stegna, Sztutowo, Krynica Morska oraz Piaski, które są ostatnią polską miejscowością w tej linii brzegowej. Za nią wytyczono granicę z Rosją (Obwód Kaliningradzki). Tutaj przyjeżdża się po to, by po prostu pobyć. Morze, Zalew Wiślany, rezerwaty przyrody to idealne warunki na długie spacery w pięknych okolicznościach przyrody. A gdy jest cieplej, można wówczas wskoczyć na rower. Pokoje w Hotelu Tristan Hotel Tristan może być fantastyczną bazą do zwiedzania okolicy. Stanowi on także atrakcję samą w sobie, dzięki temu, co oferuje swoim gościom. Pokoje są bardzo przestronne i komfortowe, znajdziecie w nich wszystko, czego potrzeba zarówno do odpoczynku, jak i pracy zdalnej. Każdy pokój posiada balkon, który wychodzi albo na zieloną część Kątów Rybackich, albo na Zalew Wiślany. Łącznie jest tu 57 pokoi, w tym 2 apartamenty (kapitański oraz bursztynowy) i 3 pokoje w formie studio. W pokojach znajdziecie także wygodne biurko wraz z fotelem, a więc popracować wygodnie także można. Na wejściu wita Was pięknie urządzone lobby, a w nim recepcja i przemiła obsługa. Hotel Tristan jest naprawdę eko! Hotel jest naprawdę eko. Już podczas budowania obiektu postawiono na rozwiązania proekologiczne. Kolejne pojawiły się na dalszym etapie i ciągle są wprowadzane. Jakie na przykład? Pierwsza rzecz to klimatyzacja. Nie zawiera ona szkodliwego freonu, a korzysta z agregatu wody lodowej. W ten sposób wytwarzana i utrzymywana jest odpowiednia temperatura. Powietrze w pokojach jest zatem świeże i pozbawione niekorzystnej substancji chemicznej. Podobnie rzecz ma się z lodówkami. Te także działają bez freonu. Kolejny punkt to segregacja śmieci, tak Hotel Tristan to robi. Zajrzymy do łazienki.. bo tam znalazły się specjalne nakładki, które spieniają wodę w kranach oraz po prysznicem. Po co? Chodzi o odpowiednie ciśnienie wody, przez co zużywa się jej mniej. Zużyte ręczniki hotelowe także przechodzą recycling. Te z dziurami czy plamami wykorzystywane są podczas sprzątania lub odnowione, służą zwierzakom w hotelu. Tak, do Hotelu Tristan można przyjechać ze swoim pupilem! Możecie tu przybyć z królikiem, kotem czy psem&#8230; w tym przypadku rozmiar nie ma znaczenia. W tym przypadku obowiązuje dodatkowa opłata. Szczegóły oraz cenę za pobyt zwierzaka sprawdzicie na stronie hotelu. Teren hotelu jest bardzo zadbany i zielony. W 2019 roku posadzono tu ponad 120 drzew! Przy wejściu ustawiono także mini hotel dla owadów. To nie wszystkie rozwiązania i pomysły eko, jakie tu wdrożono. Lista jest naprawdę długa i ciekawa. Więcej informacji znajdziecie oczywiście na stronie obiektu. Grota solna Przychodzi taki czas w życiu człowieka, że coraz częściej potrzebuje porządnej regeneracji. Regenerować można się na różne sposoby. I takie możliwości macie w Hotelu Tristan na Mierzei Wiślanej. Co zrobić, gdy pogoda spacerom nie sprzyja? Udać się do groty solnej, w której panuje klimat taki, jak nad samym morzem. To niezwykle klimatyczne miejsce, urządzone w nieco kosmicznym stylu. Człowiek ma wrażenie, że przenosi się w nieco inny wymiar. Wejście do groty znajduje się przy samym basenie, można więc z niej skorzystać przed lub po kąpieli. GROTA SOLNA to pomieszczenie wypełnione blokami solnymi, a także sypką solą. Tworzy się tu solna mini plaża. I rzeczywiście tę sól tu czuć. Z każdym wdechem coraz bardziej. Jak działa grota? &#x2705;&#xfe0f; Przebywanie w grocie solnej daje podobne efekty, co kąpiel w soli leczniczej, czy inhalacja roztworem soli morskiej. &#x2705;&#xfe0f; Powietrze jest tu czyste i wysoko zjonizowane. Wytwarza się klimat bogaty w mikroelementy i pierwiastki śladowe, które mają korzystny wpływ na układ oddechowy. Grota solna wskazana jest dla osób z astmą, alergików oraz tych, którzy mieszkają w wielkich miastach i na co dzień oddychają niezbyt czystym powietrzem. Po przechorowaniu Covid-19 również będzie to świetna terapia. &#x2705;&#xfe0f; Pobyt w grocie korzystnie wpływa także na problemy z krążeniem, schorzenia układu pokarmowego i dolegliwości skórne. &#x2705;&#xfe0f; Grota solna bardzo dobrze działa na układ nerwowy. Jeśli więc żyjemy w ciągłym stresie, jesteśmy znerwicowani, warto odbyć kilka sesji w takim solnym pomieszczeniu. Uwaga&#x26a0;&#xfe0f; Przed skorzystaniem trzeba także sprawdzić przeciwwskazania. Basen w Hotelu Tristan Tak, jest! I to idealny dla mnie. Bo ja z tych, co wody się boją, gdy ta woda mnie już kryje. Dlatego pluskam się zawsze tam, gdzie wiem, jakie jest dno. A w basenie w Hotelu Tristan zawsze dno mogłam wyczuć, bowiem głębokość tam to 1,40 m. W basenie działa także specjalny prąd, dzięki któremu można porządnie popracować mięśniami. Wygląda to tak, że pływamy w zasadzie w jednym miejscu, ale wysiłek jest jak przy porządnych wyścigach. W basenie w kilku miejscach zamontowano masażery oraz bicze wodne. Te pobudzają krążenie, co korzystnie wpływa na stan skóry oraz na odprężenie całego ciała. A jeśli chodzi o relaks, idealnie nadaje się do tego jacuzzi, umieszczone tuż przy basenie. Woda jest tu o wiele cieplejsza, a więc i przyjemniejsza. Masażery zamontowano przy siedziskach oraz na samym środku. Tegu typu &#8220;aktywność&#8221; również korzystnie wpływa na nasze zdrowie: poprawia krążenie &#8211; rozszerzają się wówczas naczynia krwionośne, dzięki czemu organizm lepiej się dotlenia; wspomaga proces odchudzania &#8211; uzupełnia zbilansowaną dietę; rozluźnia mięśnie oraz stawy &#8211; świetnie działa na ciało po dużym wysiłku fizycznym; wzmacnia odporność &#8211; z organizmu usuwane są toksyny; niweluje rożnego rodzaju ból (głowy, kręgosłupa, żołądka). Kompleks basenowy wygląda bardzo klimatycznie zarówno w dzień, jaki i wieczorem, kiedy to światełka pięknie dodają blasku tafli wodnej. Na gości w pokoju czekają ręczniki basenowe oraz specjalna torba. Kluczyk do szafki dostaniecie na recepcji lub strefie SPA. Na miejscu sa przebieralnie oraz prysznice, a także suszarki. Sauna sucha oraz parowa W Hotelu Tristan możecie się wygrzać się w dwóch saunach: suchej oraz parowej. Obie znajdują się w strefie basenowej, gdzie można się przebrać i zostawić rzeczy w szafkach. Czy sauna jest zdrowa? Tak, choć oczywiście nie każdy powinien z niej korzystać. Takie wygrzanie ciała wzmacnia na pewno odporność, wypacamy również toksyny z naszego organizmu. Uwaga, bardzo ważne jest, by po seansie w saunie schłodzić ciało zimną wodą. W Hotelu Tristan przy saunach znajduje się prysznic, służący do tego celu. Jaka różnica jest między sauną suchą i parową? Sauna sucha, zwana fińską Mieszkańcy krajów skandynawskich już od wieków korzystają z tego rodzaju odpoczynku. Sauna popularna jest szczególnie w Finlandii, więc nazwa suchej sauny pochodzi właśnie od tego kraju. Czasami można się także spotkać z określeniem &#8220;szwedzka&#8221;. W tej saunie panuje bardzo wysoka temperatura, nawet 100°C. Wilgotność powietrza jest za to bardzo niska, ok. 15 %. Dzieję się tak za sprawą rozgrzanych kamieni, które trzeba polewać wodą. W środku siedzi lub leży się na drewnianych ławeczkach. Ważne, by nie dotykać ich gołym ciałem ze względów higienicznych. Dlatego do sauny zabieramy ze sobą ręcznik. Jeśli chcemy profesjonalnie korzystać z sauny, powinniśmy wejść do niego tak, jak nas pan Bóg stworzył. Tak robi się to w Skandynawii. Oczywiście bardzo często można mieć na sobie stój kąpielowy, jak na przykład w Hotelu Tristan. Sauna parowa, zwana rzymską Ten rodzaj sauny określany jest także łaźnią rzymską. Działa nieco inaczej niż sucha. Przede wszystkim wewnątrz panuje niższa temperatura, utrzymująca się na poziomie 60°C. Wilgotność zaś jest sporo wyższa, bo sięga nawet 100% i to właśnie przez to człowiek ma wrażenie, że jest naprawdę gorąco. Tutaj temperatura regulowana jest automatycznie przez specjalny parownik. Siedziska zrobione są z tworzyw sztucznych, kamieni lub z hartowanego szkła. Można w niej stosować olejki eteryczne, jak robi się to w Hotelu Tristan. Podczas mojego pobytu w saunie unosił się zapach eukaliptusowy. Którą saunę wybrać: suchą czy parową? Sauna sucha wskazana jest w celu poprawy odporności, ale także w przypadku takich dolegliwości, jak: astma oskrzelowa, przewlekłe zapalenie oskrzeli, niedrożność tętnic, spięte mięśnie kręgosłupa czy zapalenie reumatyczne stawów. W saunie parowej powinno przebywać się maksymalnie 12 minut i nie częściej niż dwa razy w tygodniu. Ostatnim etapem jest wypoczynek i uzupełnienie płynów. Może to być woda lub soki owocowo-warzywne. Cały cykl, czyli wygrzewanie, chłodzenie oraz relaks po saunie, można powtórzyć trzykrotnie. Sauna parowa niezwykle poprawia samopoczucie, szczególnie gdy wdychamy olejki eteryczne. Jest to tzw. parówka, a więc świetnie działa także na górne drogi oddechowe. W tym przypadku również nasza odporność się poprawia. Łaźnia parowa dobrze działa także na krążenie oraz na pracę serca, a do tego na układ trawienny. Nasz organizm oczyszcza się z toksyn. W saunie parowej powinno przebywać się około 20 minut. Zasady korzystania z sauny Przed wejściem do sauny należy umyć całe ciało po prysznicem Do sauny należny wchodzi wyłącznie w ręcznikach Przed wejściem do sauny należy zdjąć wszystkie metalowe przedmioty, gdyż mogą poparzyć ciało W saunie nie należy przebywać w okularach czy szkłach kontaktowych Po wejście do sauny należy usiąść lub położyć się na ręczniku na ławkach sauny Po każdym wygrzaniu ciało trzeba schłodzić zimną wodą. W saunach obowiązuje całkowity zakaz spożywania alkoholu Lepiej nie korzystać z sauny po obfitym posiłku Jeśli zaczynamy czuć się źle, seans należy natychmiast przerwać Przeciwwskazania do korzystania z sauny Problemy z układem krążenia, chore serce, nadciśnienie, po udarach, choroby naczyń krwionośnych Stany zapalne narządów wewnętrznych Gorączka Chora tarczyca, padaczka Ciąża Pod wpływem alkoholu lub silnych leków uspokajających i nasennych Isolda SPA Jeśli chodzi o odnowę biologiczną, to całości dopełnia hotelowe SPA. Oferta jest tu bardzo bogata i zaskakująca. Słyszeliście o bursztynowych zabiegach? Tak, tak, tutaj na Mierzei Wiślanej króluje bursztyn. Na tutejszych plażach naprawdę można go zbierać. Dlatego też i pojawia się on i w Hotelu Tristan. Możecie tutaj wykupić pakiet o nazwie Bursztynowe SPA, który zawiera noclegi, wyżywienie oraz zabiegi. Dobroczynne właściwości bursztynu wykorzystywano już w starożytności. Jony ujemne wytwarzane przez bursztyn zniwelują nadmiar jonów dodatnich, występujących podczas stresu. Bursztyn zastosowany w kosmetyce wzmacnia odporność skóry, dotlenią ją i poprawia ukrwienie. Co otrzymacie w ramach pakietu? Masaż bursztynowy oraz peeling bursztynowy dla każdej osoby dorosłej oraz 10% zniżki na pozostałe zabiegi w Isolda SPA. A jest w czym wybierać. Pełną ofertę znajdziecie na stronie Hotelu Tristan. Warto wspomnieć, że kosmetyki wykorzystywane w Isolda SPA są naturalne, nie są testowane na zwierzętach oraz są w pełni biodegradowalne. Opakowania kosmetyków nie są sztucznie powiększone, co przyczynia się do znaczącego zmniejszenia ilości plastiku, używanego do przechowywania produktu. Na miejscu można także zakupić kosmetyki do domu. Kuchnia w Hotelu Tristan O jedzeniu być musi, bowiem kuchnia w Hotelu Tristan zasługuje na przysłowiowe &#8220;achy i ochy&#8221;. A kto jak kto, ale ja na jedzeniu się znam, to znaczy mój nieco schorowany żołądek, który zawsze rozpozna, czy dana potrawa powstała z dobrych składników. I to one są właśnie tajemnicą kuchni w ty hotelu. Na pewno są świeże. Pochodzą od lokalnych przedsiębiorców lub wprost z hotelowego ogródka. Cz wiecie, że Hotel Tristan znajduje się na Szlaku Kulinarnym? A o co w tym chodzi? Program nazywa się Polskie Skarby Kulinarne i jest to program edukacyjny, prowadzony przez sieć hurtowni MARKO Polska. Chodzi o zwiększenie wiedzy na temat kulinarnej tradycji naszego kraju zarówno wśród szefów kuchni jak i konsumentów. I uwaga! Restauracja Kobaltowa w Hotelu Tristan zajęła w tym roku 3. miejsce w ramach plebiscytu najlepsza restauracja Trójmiasta i Pomorza. Śniadanie serwowane są tu albo bezpośrednio do stolika, albo w formie bufetu. Zależy to od ilości gości. W każdym przypadku wybór jest ogromny, a obsługa dogadza, jak tylko może. Zawsze jest coś na ciepło, czy to jajecznica, omlet, kiełbaski czy jajecznica. Generalnie cała garmażerka jest tu na tzw. wypasie. Wybór na kolacji również jest duży. Serwowane są tu dania kuchni polskiej, ale także i wariacje innych smaków. Według mnie, hotel serwuje rewelacyjne zupy. Co ważne, jest naprawdę zdrowo....</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/04/hotel-tristan-relaks-nad-morzem-na-mierzei-wislanej.html">Hotel Tristan &#8211; relaks nad morzem na Mierzei Wiślanej</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/04/hotel-tristan-relaks-nad-morzem-na-mierzei-wislanej.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>16</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Blogowe Morsy 3, czyli jak morsować w gorącej balii</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/03/blogowe-morsy-3-czyli-jak-morsowac-w-goracej-balii.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/03/blogowe-morsy-3-czyli-jak-morsowac-w-goracej-balii.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 24 Mar 2022 16:20:48 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Mazury]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Warmii i Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[tradycyjna kuchnia Warmii i Mazur]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Mazurach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=19877</guid>

					<description><![CDATA[<p>I ja tam była, i w wodzie się moczyłam. Co prawda nie w lodowatym jeziorze, ale w przyjemnie gorącej i relaksującej balii. Jakoś człowiek radzić sobie musi. W tym roku plan był taki, by w końcu stać się morsem i rozpocząć proces hartowania. Względy zdrowotne jednak uniemożliwiły taki scenariusz. Jak morsować i robić to dobrze? Jakie są alternatywy? O tym dowiecie się w tym tekście. Czym są Blogowe Morsy? To spotkanie blogerów podróżniczych, mające na celu korzystanie z uroków mazurskich jezior poprzez hartowanie ducha i ciała. To już trzecia edycja tego wydarzenia, za organizację którego odpowiadają Szalone Walizki wraz Warmińsko-Mazurska Regionalna Organizacja Turystyczna. Co działo się w ubiegłym roku? O tym przeczytacie w poprzednim wpisie. Dowiecie się z niego, dlaczego morsowanie jest zdrowe oraz jakie są przeciwwskazania do korzystania z lodowatych kąpieli. &#160; W tym roku organizatorzy również stanęli na wysokości zadania. Zapewnili nie tylko idealne warunki do moczenia się w jeziorze, ale także przyszykowali moc innych atrakcji. Czekała na nas ruska bania, warsztaty kulinarne z samą mistrzynią Master Chefa Olą Juszkiewicz, ognisko oraz zwiedzanie Giżycka. Hotel Tajty Tym razem gościliśmy w 3*** Hotelu Tajty w Wilkasach zaledwie 3 km od Giżycka. Obiekt położony jest w Krainie Tysiąca Jezior Mazurskich bezpośrednio nad brzegiem malowniczego jeziora Tajty. Hotel posiada w swojej ofercie szereg atrakcji. Na gości czeka tu między innymi strefa Wellness&#38;Spa czy park linowy dla dzieci. W zimie świetnie sprawdzają się sauny, ustawione na świeżym powietrzu oraz balie z gorącą wodą. Jedna z nich czeka na gości na samym pomoście. W lecie zaś do dyspozycji jest basen. Zamieszkać tu można w standardowych pokojach hotelowych (niektóre z tarasem lub balkonem z widokiem na jezioro), w domkach Premium nad samym jeziorem, w komfortowych domkach Osada w lesie czy w klasycznych domkach letniskowych. W każdej wersji jezioro mamy na wyciągnięcie ręki, otacza na zewsząd piękna przyroda. Na szczególną uwagę zasługuje kuchnia w hotelu. Przez cały pobyt mieliśmy okazję przetestować także kulinarną ofertę. Oczywiście z czystym sumieniem polecam. Jedzenie zasługuje tu na oddzielną wzmiankę, bowiem to także smaki potraw, serwowanych w hotelu, sprawiły, że zapamiętam ten wyjazd jako niezwykle pyszny. To, co ląduje tu na talerzu, przygotowywane jest na bazie naturalnych produktów. Hotel stawia na kuchnię regionalną, za co zdobywa nagrody w branżowych konkursach. Menu oparte jest o sezonowość, co daje gwarancję świeżości składników oraz wartości odżywczych w poszczególnych daniach. W Hotelu Tajty miałam okazję skosztować między innymi tradycyjnej karmuszki. Cóż to za danie? To tradycyjna zupa gulaszowa z konkretnym wkładem. Jest gęsta i bardzo pożywna za sprawą mięsa, ziemniaków, kapusty oraz fasoli. Łączy w sobie wpływy kuchni polskiej i niemieckiej. Przypomina bardzo tzw. eintopf, czyli danie jednogarnkowe. Zabielanie zupy śmietaną to już wpływ kuchni polskiej. Jeśli kiedyś zajrzyjcie na Warmię i Mazury, koniecznie skosztujcie karmuszki. W sezonie funkcjonuje tu także Tawerna, ulokowana obok Portu Tajty, nieopodal basenu, parku linowego i placu zabaw. Tutaj poczujecie prawdziwy klimat Mazur. Zacumowane żaglówki, zapach lokalnych potraw oraz koncerty muzyki szantowej tworzą unikatową atmosferę. Z tarasu zaś rozciąga się fantastyczny widok na jezioro. Tawerna nawiązuje do dawnych czasów, kiedy to żeglarze czy rybacy, pracujący na wodzie, mogli w takich miejscach zjeść obfity posiłek oraz wzmocnić się lokalnymi trunkami. Jezioro Tajty leży w pobliżu Giżycka w miejscowości Wilkasy. Jest to jezioro rynnowe, czyli wąskie (1,5 km), ale długie (5 km). W niektórych miejscach także bardzo głębokie (34 m). Co ciekawe, cały obszar objęty jest strefą ciszy. Oznacza to, iż łódki z silnikami spalinowymi nie mogą po nim pływać. Zatem jest to naprawdę świetne miejsce do wypoczynku i relaksu. Z pewnością spodoba się wędkarzom, także ze względu na liczne gatunki ryb, jakie tu występują. Można tu wypożyczyć rower wodny, kajak bądź łódkę i wybrać się w mały &#8220;rejs&#8217; po akwenie. Poprzez liczne kanały jezioro Tajty łączy się z jeziorami Niegocin oraz Kisajno. Jak zdrowo morsować Blogowe Morsy już tradycyjnie rozpoczęły się od morsowania:) Rano zjawili się panowie z odpowiednim sprzętem, by przygotować wejście do jeziora. Tuż obok rozpalono ognisko i przygotowano ciepłe napoje dla śmiałków i nie tylko. Jak morsować, żeby robić to zdrowo? &#x2705;&#xfe0f; Morsowanie koniecznie trzeba rozpocząć od rozgrzewki, która powinna trwać 15-20 minut. W ten sposób krew zaczyna krążyć szybciej, przez co nasz organizm lepiej się dotlenia i poprawia się proces termoregulacji. Rozgrzewkę rozpoczynamy w ubraniu, stopniowo zrzucając z siebie warstwa po warstwie, gdy robi się nam coraz cieplej. &#x2705;&#xfe0f; Gdy organizm jest już porządnie rozgrzany, wówczas jesteśmy gotowi na zanurzenie. Pewnym i zdecydowanym krokiem należy wejść do zimnej wody. Ręce splatamy i kładziemy na głowie lub trzymamy w górze… pływać tu nie będziemy. Wystarczy zanurzyć się po pachy. &#x2705;&#xfe0f; Jak długo powinno przebywać się w lodowatej wodzie? To zależy od tego, czy już jesteśmy zaprawieni w boju czy dopiero zaczynamy przygodę z morsowaniem. W tym drugim wariancie bezpieczny czas kąpieli to od kilku do kilkunastu sekund. &#x2705;&#xfe0f; Po wyjściu z wody ponownie trzeba rozgrzać ciało i szybciutko założyć ciepłe ubrania. Do tego warto wypić coś ciepłego. Nad jeziorem Tajty czekała na nas cieplutka herbatka oraz grzane winko. Do tego kiełbaski upieczone nad ogniskiem dodały energii i sił. Dodatkową atrakcją była ustawiona na pomoście balia z gorącą wodą, więc po lodowatej kąpieli, od razu można było rozgrzać ciało w wyższej temperaturze. Morsowanie niesie ze sobą szereg korzyści. To rodzaj krioterapii ogólnoustrojowej. Ta aktywność wzmacnia odporność, układ krążeniowy, pozytywnie działa na skórę, wytwarza endorfiny. Jeśli macie wątpliwości, czy taka kąpiel jest dla Was, skonsultujcie się z lekarzem. Zapoznajcie się także z instrukcją, jak robić to dobrze, by nie zachorować. Ruska bania – co to jest i jak działa Dla mnie hitem niewątpliwie była ruska bania. To rosyjska odmiana sauny. Oryginalna ruska bania ma formę drewnianego domku, który może przybierać różne kształty. Piec opalany jest drewnem, kamienie nagrzewają się do bardzo wysokiej temperatury, po czym polewa się je wodą, która natychmiast paruje. W takiej bani panuje bardzo wysoka temperatura od 60 do nawet 100 stopni C. Charakterystycznym elementem zabiegów w ruskiej bani jest chłostanie ciała gałązkami brzozowymi lub jałowcowymi. Ruską banią nazywana jest także balia, drewniana beczka, zwykle umiejscowiona na tarasie lub w ogrodzie. Beczkę napełnia się wodą, która następnie ogrzewana jest do temperatury przyjemnej dla ciała. Zwykle jest to około 40 stopni C. Ważne, by po gorącej kąpieli lub saunie, schłodzić ciało w zimnej wodzie, śniegu lub jeziorze. Po pierwszym seansie w ruskiej bani z pewnością odczujecie poprawę samopoczucia i odprężenie ciała. Może pojawić się przyjemne uczucie zmęczenia, jak po wysiłku fizycznym. Systematycznie korzystanie z bani wzmacnia odporność organizmu, wspomaga usuwanie toksyn, korzystnie wpływa na układ krążenia i układ oddechowy, a także sprzyja odchudzaniu. W Hotelu Tajty balia z gorącą wodą ulokowana jest na podeście z widokiem na jezioro. Jej działanie można porównać do term. Obok niej umieszczono drugą mniejszą balię z wodą zimną. Służy ona do chłodzenia ciała po ruskiej bani, którą ustawiono tuż obok. To malutki drewniany domek w formie beczki. Pomieści on 8 osób. W Hotelu Tajty skorzystać można także z suchej sauny fińskiej. Nowością jest morska balia oraz sauna soft, które znajdują się nad samym brzegiem jeziora Tajty. Warsztaty kulinarne z mistrzynią Master Chefa Olą Juszkiewicz Lubicie gotować? Jeśli tak, to podrzucam Wam bardzo fajny przepis. Jeśli nie, to może polubicie&#8230; bo to danie robi się szybko, a jest naprawdę smaczne. Chodzi o tradycyjne farszynki mazurskie w nieco odmiennym wydaniu. Z Olą Juszkiewicz miałam okazję oraz ogromną przyjemność gotować w ubiegłym roku, kiedy zwiedzałam Mazury. Wówczas to pichcenie odbyło się na świeżym powietrzu na starej kuchni węglowej w duchu iście slow. Przygotowałyśmy wtedy PLIŃCE Z POMOĆKĄ, wymieszane z topinamburem oraz PODPŁOMYKI w dwóch wersjach: Z PASTĄ Z WĘDZONEJ RYBY oraz Z KOZIM SEREM I KONFITURĄ. Jeśli chcecie poznać tajniki tychże specjałów, zajrzyjcie do mojego wpisu o Szlaku Dziedzictwa Kulinarnego. &#160; Tym razem Ola zaszczyciła nas swoją obecnością na Blogowych Morsach i poprowadziła warsztaty kulinarne, odkrywając przed nami kolejne mazurskie smaki. Tradycyjna kuchnia na Warmii i Mazurach jest bardzo mączna, ziemniaczana i jajeczna, ale także i mięsna. Niegdyś wykorzystywano po prostu to, co dawały pola oraz lasy. I właśnie taki jest przepis na farszynki z kozim serem. FARSZYNKI Z KOZIM SEREM Głównym składnikiem farszynek są ziemniaki, a w wersji tradycyjnej farsz robi się z mięsa. Podczas Blogowych Morsów nadzienie powstało z koziego sera. Jest to wersja wege i autorski przepis Oli Juszkiewicz, zwyciężczyni Master Chefa. To danie dało jej przepustkę do dalszego etapu. SKŁADNIKI: ziemniaki, mąka pszenna, mąka ziemniaczana, bułka tarta, jaja, kozi ser, mięta, szczypiorek, orzechy włoskie, pietruszka, olej, słodka śmietanka Obrać ziemniaki. Ziemniaki ugotować w posolonej wodzie  uwaga, ziemniaki wkładamy do zimnej wody. Posiekać szczypiorek, pietruszkę i miętę, zmieszać z KOZIM SEREM, dodać orzechy włoskie, doprawić. Jak ugotują się ziemniaki, potłuc na masę, wystudzić (to ważne). Dodać 3 jajka, łyżkę bułki tartej, łyżkę mąki ziemniaczanej, 4 łyżki mąki pszennej&#8230; wyrobić ciasto. Można je zagęścić mąką, jeśli potrzeba lub rozrzedzić słodką śmietanką. Z masy uformować pierożki z farszem, zrolować, spłaszczyć i obtoczyć bułką tartą. Usmażyć na rozgrzanym oleju. SMACZNEGO! Giżycko na bis – co warto zobaczyć Hotel Tajty usytuowany jest zaledwie 3 km od Giżycka. W związku z tym nie można było sobie odmówić spaceru po tym mieście. Giżycko miałam już okazję zwiedzać wiosną. Ciekawa byłam zatem, co można robić tu zimową porą. I już mogę Wam napisać, że lubię tu wracać. Historia miasta sięga XVI wieku. Wcześniej na tych ziemiach funkcjonował zakon krzyżacki. To Krzyżacy wznieśli tu swój gród na przesmyku pomiędzy jeziorami Niegocin oraz Kisajno. Jedno skrzydło tej starej budowli zachowało się do dziś i jest częścią zabytkowego hotelu St Bruno. Swojemu nowemu miejscu przybysze nadali nazwę Lötzen i tak niegdyś nazywało się Giżycko. Jeszcze do 1945 roku funkcjonowało pod starą nazwą. Następnie przez rok były to Łuczany, by w 1946 roku stać się Giżyckiem. Co można robić i zwiedzić w Giżycku zimą? &#x2705;&#xfe0f; TWIERDZA BOYEN &#8211; największy zabytek na Mazurach w jednym miejscu. Powstała w latach 1843-1855 jako obiekt blokujący strategiczny przesmyk pomiędzy jeziorami Niegocin i Kisajno. &#x2705;&#xfe0f; MOST OBROTOWY Z KOŃCA XIX WIEKU &#8211; zaraz przy hotelu St Bruno znajduje się zabytkowy most. Warto zobaczyć, jak działa cały mechanizm. W sezonie most się składa, by przepuścić flotę wodną. &#x2705;&#xfe0f; WIDOKOWA WIEŻA CIŚNIEŃ &#8211; jedyny w swoim rodzaju punkt widzenia i zarazem muzeum oraz kawiarnia. Na ostatniej kondygnacji mieści się nowoczesny taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę miasta. &#x2705;&#xfe0f; ZABYTKOWY HOTEL ST BRUNO &#8211; hotel powstał w historycznym zamku krzyżackim z XIV wieku. W starej zabytkowej część można także nocować, co bardzo polecam. Miałam okazję zatrzymać się tu w ubiegłym roku. Świetny klimat, fantastyczna restauracja. &#x2705;&#xfe0f; PROMENADA SPACEROWA I MARINA &#8211; zawsze warto pospacerować nad jeziorem i nacieszyć się widokami. A na jedzonko polecam bar mleczny Omega oraz kawiarnię White Bear Coffee. A może Wy możecie coś dodać do tej listy? Zajrzyjcie także do mojego wpisy z gotową trasą na kilka dni na zwiedzanie Warmii i Mazur. &#160; To jak? Kto wybiera się na Warmię i Mazury zimą? Ja z całego serca polecam. Ogromne podziękowania dla organizatorów tegoż fantastycznego wydarzenia. Szalone Walizki i Mazury.travel kłaniam się w pas i już czekam na kolejną edycję. Dziękuję także partnerom Jack Wolfskin, Alkohole Winoteka i Browar Mikołajki. Hotel Tajty, pięknie dziękuję za gościnę i uśmiech na każdym kroku oraz za gorące atrakcje. Jak morsować zdrowo, teraz już wiem. Za rok wiedza praktyczna zamieni się w czyny. Fot. Idę Drogą</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/03/blogowe-morsy-3-czyli-jak-morsowac-w-goracej-balii.html">Blogowe Morsy 3, czyli jak morsować w gorącej balii</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/03/blogowe-morsy-3-czyli-jak-morsowac-w-goracej-balii.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Fuerteventura &#8211; plan podróży na 7 dni, czyli co zobaczyć na wyspie</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/03/fuerteventura-plan-podrozy-na-7-dni-co-zobaczyc-na-wyspie.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/03/fuerteventura-plan-podrozy-na-7-dni-co-zobaczyc-na-wyspie.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 16 Mar 2022 17:18:13 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Fuerteventura]]></category>
		<category><![CDATA[Hiszpania]]></category>
		<category><![CDATA[Wyspy Kanaryjskie]]></category>
		<category><![CDATA[Fuerteventura atrakcje]]></category>
		<category><![CDATA[którą Wyspę Kanaryjską wybrać]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsza Wyspa Kanaryjska]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=19644</guid>

					<description><![CDATA[<p>Fuerteventura to pierwsza z Wysp Kanaryjskich, którą odwiedziłam. Jechałam tam po to, by odpocząć i na spokojnie spędzić urlop. Nie spodziewałam się wielkich zachwytów, bo to przecież mocno turystyczne Wyspy Kanaryjskie. I tu się bardzo zdziwiłam. Fuerteventura zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wyspa jest niezwykle malownicza i już sam jazda samochodem po Fuerteventurze stanowi swoistą atrakcję. Przed wyjazdem przygotowałam oczywiście plan podróży po Fuerteventurze, by zwiedzić to, co najważniejsze. Mój pobyt trwał 7 dni, ale spokojnie można tu spędzić więcej czasu. Co warto zobaczyć na Fuerteventurze w 7 dni? Oto moja propozycja. Jeśli planujecie polecieć na Fuerteventurę, zajrzyjcie do mojego wpisu o kosztach pobytu: &#160; Fuerteventura &#8211; kilka informacji praktycznych Noclegi Bazę noclegową zrobiłam w dwóch miejscach, na północy oraz na południu. Chodziło o to, by szybko dojechać do poszczególnych atrakcji. Niektórzy zatrzymują się w środkowej części wyspy na cały pobyt, jednak wówczas dojazdy trwają dłużej. Na początku podczas pierwszej części urlopu planowałam nocować w Corralejo, jednak ceny noclegów nieco mnie odstraszyły. Był to okres Świąt Bożego Narodzenia, więc te najtańsze miejscówki były już wybukowane.Jeśli nie chcesz szukać wszystkiego osobno, warto sprawdzić elastyczne pakiety na wakacje na Fuerteventurze (lot + hotel) – często można tam znaleźć ciekawe obiekty w pakiecie z przelotem, co wychodzi korzystniej cenowo. I tak naprawdę dobrze się stało, gdyż trafiłam przez to do urokliwego miasteczka La Oliva. Tam znalazłam przepiękny pensjonat z basenem (o tej samej nazwie, co wioska), prowadzony przez przemiłych ludzi, małżeństwo słowacko-hiszpańskie. Drugą część pobytu spędziłam w Costa Calma na południu w hotelu Bahia Calma Beach, który także polecam. O noclegach przeczytacie we wpisie z informacjami praktycznymi. Wypożyczenie samochodu Po wyspie podróżowaliśmy wynajętym autem, które najlepiej zarezerwować w lokalnej wypożyczalni Cicar. Nam się niestety nie udało. Nie było już wolnych samochodów. Jest to bardzo popularna wypożyczalnia na wyspie, zapewne także i z tego względu, że jest najtańsza. Dodatkowo nie trzeba tu płacić depozytu. Druga opcją jest firma Auto Reisen, jednak i tu wszystko było już zarezerwowane. Pozostały nam jedynie sieciówki. Dlatego też koniecznie zarezerwujcie samochód z wyprzedzeniem, jeśli już macie plany i bilety na Fuerteventurę. Więcej informacji praktycznych znajdziecie w kolejnym wpisie. Dowiecie się o połączeniach na wyspę, o noclegach i cenach wypożyczenia samochodu. Podpowiem, gdzie zjeść i jakie są ceny jedzenia. Będzie także o pogodzie i wiatrach, bo podobno na Fuerteventurze zawsze wieje. Podobno. A oto jak wyglądał nasz plan podróży po Fuerteventurze. W planie dorzucam także moje podpowiedzi oraz wskazówki, co jeszcze można zobaczyć w okolicy. Póki co to dla mnie najpiękniejsza Wyspa Kanaryjska, a zarazem pierwsza, którą odwiedziłam:) Przylot. Przejazd do miasteczka La Oliva Mój plan podróży po Fuerteventurze zakłada zwiedzanie i korzystanie z atrakcji przez tydzień. Pierwszy dzień to w zasadzie przylot i dojazd na kwaterę, więc nie uwzględniam go w planie z atrakcjami. Wylot z Warszawy o 12:15 (planowo miał być o 11:15), linie Wizzair. Lądowanie ok. 17:00. Odbiór samochodu z wypożyczalni Avis, stanowisko w terminalu. Rezerwacji dokonałam przez stronę Wizzair, cena była najkorzystniejsza. Pamiętajcie, że w ten sposób możecie uzyskać zwrot 5% środków na swoje konto w tych liniach. Zameldowanie w La Oliva Inn. Przejazd do Corralejo po zakupy. Akurat była to Wigilia i sklepy w La Oliva już były zamknięte. Dzień 1 &#8211; Wydmy Corralejo / El Cotillo Wydmy Corralejo Po śniadaniu przejazd od razu na Wydmy Corralejo. Z La Oliva jedziemy drogą FV-102 po to, by przez teren wydm przejechać trasą F-1a. To właśnie ten odcinek jest najbardziej malowniczy. To punkt obowiązkowy i spokojnie można tu spędzić nawet cały dzień. Wydmy Corralejo to niesamowite zjawisko przyrodnicze. Skąd bowiem wziął się tu piasek? Wyspy Kanaryjskie to przecież wyspy wulkaniczne. A tu proszę&#8230; wydmy jak na fachowej pustyni. Krąży opinie, iż piasek został tu przywiany z Sahary. Jednak nie jest to prawdą. To powtarzany mit nawet przez mieszkańców wyspy. Otóż, piasek pochodzi z wypiętrzonego dna morskiego! Park Przyrodniczy Wydm Corralejo (Parque Natural de las Dunas de Corralejo) zajmuje powierzchnię ponad 2000 hektarów. Przez operujące słońce tworzą się tutaj niezwykłe refleksy. A skoro jest piasek, to są i długie piaszczyste plaże. Ciągną się tu one kilometrami. Można się zatrzymywać co chwilę, by podziwiać ten twór natury oraz poplażować. Wejście do wody łagodne, więc także i dzieciaki mogą podokazywać. I my właśnie tak robimy. Najpierw przez kilka godzin spacerujemy po wydmach a potem na chwilę zaglądamy na plaże. Widoki obłędne. Widać stąd pobliską wyspę Los Lobos. Na obiadokolację zatrzymujemy się w Corralejo. Warto pokręcić się po miasteczku, ma ono swoisty klimat. Niska kolorowa zabudowa przełamana biało-niebieską tuż nad wodą. Restauracji oraz barów jest tu mnóstwo. Polecany tapas bar: Gilda Casa de Pinchos y Tapas Wskazówka: jeśli macie jeszcze czas, możecie pojechać na północ i poszukać popcornowej plaży. Uwaga, za Corralejo zaczyna się szutr. Takich plaż na Fuerteventurze jest kilka i do jednej udało mi się dotrzeć. Szczegóły poniżej. El Cotillo Wieczorem udajemy się do miasteczka El Cotillo. I to jest strzał w dziesiątkę. Z La Oliva to tylko 15 km. Tutaj mamy okazję podziwiać najbardziej spektakularny zachody słońca podczas całej podróży. I jak by tego było mało, ocean pokazuje tu swoje potężne i groźne oblicze. Tworzą się ogromne fale, wręcz gigantyczne, które funduje niesamowity spektakl. Warto zostać chwilę dłużej, gdy słońce już zajdzie. Niebo przybiera różowo-fioletowy kolor, co wygląda obłędnie. Chwilę po zachodzie słońca kręcimy się jeszcze po miasteczku. Wąski uliczki, biała zabudowa, zatoczki, klimatyczne bary i restauracje&#8230; wrócimy tu jeszcze w dzień. Zachód słońca jest tutaj tak spektakularny, że jeszcze chwilę przysiadam na ławeczce, by nacieszyć oko. Dzień 2 &#8211; wyspa Lobos Ta wyspa musi być uwzględniona w planie podróży po Fuerteventurze. Po prostu musi. Najlepiej spędzić tu cały dzień i my tak właśnie robimy. Jest ona niezamieszkała, więc na noc nie można tu zostać, choć podobno niektórzy wynajmują tu domki w osadzie. Promy na Los Lobos Isla de Lobos to mała wulkaniczna wysepka, leżąca zaledwie 6 km od Fuerteventury. Zajmuje ona powierzchnie zalewdwie 4,58 km². Z Corralejo widać ją jak na dłoni i właśnie z tego miasta kursują na nią promy. Rejs trwa około 20 minut, a bilet powrotny kosztuje 15 EUR u każdego przewoźnika. Jest ich kilka: duży standardowy prom, mniejszy (coś jak kutr rybacki), łódka ze szklanym dnem oraz szybka motorówka, która ma najmniej miejsc, ale dostarcza najwięcej adrenaliny (niektórzy mówią na nią banan). Przygotujcie się na porządne pochlapanie podczas przeprawy. Bilety można zakupić w budce na przystani promowej. Uwaga, budka od standardowego promu nie przyjmuje płatności kartą. Pozostałe, które stoją obok, już tak. Najlepiej popłynąć rano  i wrócić wieczorem. Przewoźnicy mają między sobą umowę, bowiem powrót może się odbyć innym promem niż przypłynęliśmy. Generalnie wygląda to tak, że określmy godzinę powroty i otrzymujemy bilet w odpowiednim kolorze oraz informację, którym promem mamy wrócić. Na wyspę Lobos wypływamy o 11:00. Powrót mamy zaplanowany na 17:00. Wyspę podobno można obejść w około 2-3 godziny, ale to za szybko. Po pierwsze, trzeba by niemalże biec, a po drugie widoki są tak spektakularne, że warto tu pobyć cały dzień. Zwiedzanie można zacząć albo od prawej, albo od lewej strony. W każdym przypadku zrobimy pętelkę, tak prowadzi trasa. Za radą naszego gospodarza wybieramy opcję drugą i odbijamy w kierunku osady. Przy samej przystani znajduje się centrum informacji turystycznej oraz toalety. Co warto zobaczyć na wyspie Lobos? Opuszczona osada El Puertito Jeśli swój obchód zaczniecie od lewej strony, na początek traficie do opuszczonej osady El Puertito. Ma ona swój klimat i koniecznie trzeba tu zajrzeć. Przed osadą zobaczycie śliczną zatoczkę z małą plażą, druga ulokowała się w samej miejscowości. Można tu popływać i posnurkować. Tutaj znajduje się słynny pomost, z którego wszyscy robią sobie zdjęcia. Uwaga, czasami trzeba chwilę postać w kolejce. W El Puertito poza sezonem otwarta jest jedna restauracja o nazwie Chiringuito Lobos Antoñito El Farero, która serwuje pyszne ryby i owoce morza. W sezonie funkcjonują dwie. Osada opustoszała w latach 70-tych XX wieku. Niewielkie skupisko białych, rybackich chat o niebieskich drzwiach przyciąga niewątpliwie uwagę i pięknie wtapia się w krajobraz. Latarnia morskia Faro el Martiño Z osady trasa prowadzi przez bardzo malowniczy teren. Tędy dochodzimy do Las Lagunitas, małych lagun przy brzegu wyspy. Następnie droga wiedzie już do samej latarni morskiej Faro el Martiño. I to jest kolejny punkt obowiązkowy, bowiem widok z tego miejsca jest po prostu spektakularny. Stąd rozciąga się panorama na Los Lobos oraz na pobliską Lanzarote. Latarnia została tu postawiona w 1863 roku. Miała ona niegdyś bardzo duże znaczenie. Od 1968 roku działa automatycznie. Z tego też powodu wyspa jest obecnie niezamieszkała. Latarnia liczy sobie 7 metrów wysokości, jednak została ulokowana na wzgórzu. Z poziomu wyspy jej wysokość wynosi 29 metrów. Wulkan Montaña de la Caldera Z latarni wędrujemy dalej w kierunku wulkanu Montaña de la Caldera (127 m n.p.m.), który jest najwyższym szczytem wyspy Lobos. Oczywiście w planach jest wdrapanie się na sam szczyt. Wejście zajmuje 30 minut, a na górę prowadzi wyłożona kamieniami ścieżka. Stąd widać cały kształt wyspy oraz ponownie Lanzarote. Dostrzec można bardzo łatwo także Wydmy Corralejo. Cześć kaldery jest w wodzie, więc wulkanu nie da się obejść dookoła. Trzeba wrócić tą samą trasą. Playa de la Concha Plaża jak z raju, jak z katalogu&#8230; największa na Los Lobos. I taka jest, gdy słońce oświetla ją odpowiednio. Około godziny 16:00, kiedy słońce chyli się już ku zachodowi w zimie, nie wygląda już tak atrakcyjnie. Dlatego polecam Wam zjawić się tu przed południem, jeśli chcecie z niej skorzystać. Nam nie zależało, więc docieramy tu na końcu. Plaża podzielona jest na dwie części poprzez skały. Po powrocie do Corralejo udajemy się oczywiście na kolację, jednak tym razem miejsca nie mogę Wam polecić, gdyż jedzenie nie było zbyt smaczne. Po konsumpcji powrót do La Oliva Inn i odpoczynek w pensjonacie. Dzień 3 &#8211; Calderon Hondo/ Popcornbeach / El Cotillo W tym dniu opuszczamy naszą bazę noclegową i po całodziennym zwiedzaniu północnej części wyspy jedziemy do Costa Calma na południu. I tutaj mogłaby zostać wprowadzona mała modyfikacja planu, bowiem tę noc mogliśmy także spędzić na północy, a do kolejnej miejscówki przenieść się następnego dnia, zwiedzając po drodze środek wyspy. La Oliva Ten dzień zaczynamy od zwiedzania miasteczka La Oliva, w którym mieszkamy. Wcześniej nie było czasu. Jest ono oddalone o 17 km od Corralejo. La Oliva położona jest wśród pól starej lawy&#8230; bardzo malowniczo. Co ciekawe, była ona stolicą wyspy przez kilkadziesiąt lat w XIX wieku. Warto zobaczyć tu biały XVIII-wieczny kościół z kontrastującą z nim wieżą z kamienia. Służyła ona niegdyś do wypatrywania statków pirackich. Warto także zajrzeć do Casa des Coroneles. To kolonialny budynek z 1650 roku, wybudowany dla rodziny Bethencourt, która wówczas zarządzała Fuerteventurą. Molinos De Villaverde Z La Oliva podjeżdżamy do miejsca, które nazywa się Molinos De Villaverde. Można by rzec, że znajduje się ono dosłownie rzut beretem od miejsca, w którym mieszkamy. Fuerteventura to niewątpliwie wyspa wiatraków. W pustynnym krajobrazie widać je bardzo często, szczególnie na północy i właśnie Molinos De Villaverde jest takim miejscem. I taka ciekawostka. Znajdziecie tu męskie oraz żeńskie osobniki. Molino macho to wiatraki męskie. Duże dwupiętrowe, zbudowane z kamienia i gliny. Mają drewniane obrotowe dachy oraz długi drążek, wystający spod dachu. To za jego pomocą można obracać dach z ramionami i ustawiać je w kierunku wiatru. Jednopiętrowe molinos to wiatraki żeńskie. Wulkan Calderon Hondo W tym dniu mamy zaplanowany jeszcze trekking na wulkan Calderon Hondo. Przejazd na początek trasy zajmuje 15 minut. Jak dojechać na szlak? Wulkan znajduje się w północnej części wyspy, na zachód od Corralejo. Najlepszym i oficjalnym miejscem na rozpoczęcie trekkingu jest miejscowość Lajares, zaraz za restauracją Fuerte Vida, konkretnie w punkcie, gdzie na turystów czekają wielbłądy. Trasa nie jest trudna. Jest kilka opcji wejścia na wulkan. Według mnie najlepszym wyborem jest szlak, który wiedzie zboczem Montana Colorada, a następnie prowadzi prosto do krateru. I tędy właśnie wchodzimy na górę. Widoki fantastyczne. Wejście na sam krater zajmuje ok. 30-40 minut. To, ile pozostaniecie na górze, zależy już tylko od Was. Krater można obejście dookoła&#8230; teoretyczni. Jeśli pójdziecie w lewo, bez problemu dotrzecie do platformy widokowej. Jeśli zaś w prawo &#8211; szlak w pewnym momencie zniknie, choć podobno tam jest. Trzeba albo skakać po skałach, albo zejść w dół stromym zboczem (ścieżka już przetarta). Spotkacie tu oswojone wiewiórki, które tylko czekają na jakiś...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/03/fuerteventura-plan-podrozy-na-7-dni-co-zobaczyc-na-wyspie.html">Fuerteventura &#8211; plan podróży na 7 dni, czyli co zobaczyć na wyspie</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/03/fuerteventura-plan-podrozy-na-7-dni-co-zobaczyc-na-wyspie.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>20</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Madaba &#8211; co warto zobaczyć: bizantyjskie mozaiki</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/02/madaba-co-warto-zobaczyc-bizantyjskie-mozaiki.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/02/madaba-co-warto-zobaczyc-bizantyjskie-mozaiki.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 05 Feb 2022 21:17:10 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Jordania]]></category>
		<category><![CDATA[Madaba]]></category>
		<category><![CDATA[ceny w Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[ile kosztuje wycieczka do Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[przewodnik po Jordanii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=19401</guid>

					<description><![CDATA[<p>Madaba to pierwszy przystanek podczas mojej podróży po Jordanii. Pojechaliśmy tam od razu z lotniska. To tylko 20 km, więc jeśli wynajmujecie samochód, spokojnie można tam podskoczyć na zwiedzanie miasta. A co warto zobaczyć w Madabie? Madaba nazywa jest miastem mozaik, oczywiście nie bez powodu. Najsłynniejsza z nich to mozaikowa mapa z Madaby, przedstawiająca Ziemię Świętą. Jeśli wybieracie się do Jordanii, koniecznie zajrzyjcie do tych wpisów: Plan podróży po Jordanii – Jordania w 2 tygodnie (15 dni) Jordania na własną rękę – informacje praktyczne Madaba to muzułmańsk0-chrześcijańskie miasto. Zobaczycie tu kościoły i meczety, przy czym te ostatnie są bardziej dominujące, mimo iż większość mieszkańców to chrześcijanie. Uchodzi za za ważne miejsce historyczne, ponieważ posiada jedne z najwcześniejszych chrześcijańskich mozaik na świecie. Mozaiki w Madabie pochodzą z okresu bizantyjskiego. Zachowały się w bardzo dobrym stanie przez to, iż w pewnym czasie przykryto je nowymi. Gdzie konkretnie można je podziwiać? Oto lista miejsc. Mapa z Madaby w greckiej cerkwi św. Jerzego To właśnie z tego powodu warto zajrzeć do tego miasta. Słynna Mapa z Madaby to mozaika podłogowa, która przyciąga zwiedzających nie tylko swoim pięknem, ale także historią, którąż to ilustruje. A przedstawia ona mapę Bliskiego Wschodu, pochodząca z okresu bizantyjskiego. Uważa się, że jest ona jedną z najstarszych map Palestyny i jej okolic, włączając także Jerozolimę. Znajduje się w cerkwi św. Jerzego w starej części miasta. Pochodzi z VI wieku. Została odkryta podczas prac przy budowie nowej cerkwi. Jej autor pozostaje nieznany, zaś fundatorami byli wierni z Madaby. Mozaiką przetrwała trzęsienia ziemi oraz pożar. Mapa składa się z trzech paneli, przedstawiających Jerozolimę, deltę Nilu i Palestynę. Część z Deltą Nilu pokazuje Aleksandrię, Kair i Peluzjum, a także inne miasta w delcie, takie jak Antinoopolis i Memfis. Na mapie przedstawiono także kościół Matki Bożej Nowej, który konsekrowano 20 listopada 542 roku. Największym elementem mapy jest umieszczona w samym jej centrum Jerozolima. Bardzo dobrze można tu rozpoznać poszczególne budowle jerozolimskiego Starego Miasta. Co ciekawe, mapa nie jest zorientowana w kierunku północnym, jak to się robi obecnie. Już sam cerkiew św. Jerzego warto jest odwiedzenia. Została zbudowana w 1896 roku na pozostałościach znacznie wcześniejszego kościoła bizantyjskiego z VI wieku. Sama historia Madaby rozpoczyna się w 165 roku p.n.e. Było to wówczas miasto pod panowanie Ammonitów, starożytnego plemienia aramejskiego. Wstęp: 1 JOD = 5,56 PLN / bilet zakupicie w budynku obok Park Archeologiczny w Madabie Co jeszcze warto zobaczyć w Madabie? Oto kolejne miejsce, gdzie można podziwiać bizantyjskie mozaiki. Zgromadzono ich tu całkiem sporo, a znajdują się one na terenie starożytnych świątyń. Park Archeologiczny usytuowany jest także w starej części miasta, więc z cerkwi św. Jerzego spokojnie dotrzecie tu na piechotę. Wykopaliska na przełomie lat 80. i 90. doprowadziły do powstania muzeum na świeżym powietrzu. Wówczas znaleziono starożytne ruiny wraz z mozaikami pod szeregiem prywatnych domów. Co ciekawe, pierwsza z tych mozaik została odkryta już w 1887 roku, jednak stanowiła ona własność prywatną i przez dziesięciolecia nie można jej było wydobyć. Z czasem wreszcie udało się wykupić się te tereny i urządzić tu kompleks archeologiczny. Tym pierwszym odkrytym tu skarbem jest centralna mozaika w ruinach starożytnego Kościoła Najświętszej Marii Panny z VI wieku ( Virgin Mary Church). Uważa się, że to arcydzieło pochodzi z 767 roku. Uwagę zwracają koncentryczne przeplatające się okręgi, umieszczone w dużym kwadracie, przedstawiające zmianę pór roku. Zobaczycie tutaj także najstarszą mozaikę znalezioną w Jordanii. Pochodzi ona z I wieku p.n.e. Na terenie parku rozłożono kładki, które wskażą kierunek zwiedzania. Dotrzecie nimi także do wyblakłych, ale eleganckich mozaik kościoła proroka Eliasza, zbudowanego w 607 roku. Stąd można także zejść do krypty. Na wejściu z pewnością zagadnie Was przewodnik. I nawet jeśli powiecie, że chcecie zwiedzać na własną rękę, on i tak pójdzie z Wami. tak było w naszym przypadku. I co ciekawe, na koniec nawet domagał się zapłaty. Tym razem daliśmy się się wykazać naszej asertywności i postawiliśmy sprawę jasno. Wstęp: bezpłatny z Jordan Pass / bilet normalny 3 JOD = 17 PLN Kościół Ścięcia św. Jana Chrzciciela Ciekawa nazwa, prawda? Ten kościół zrobił na mnie ogromne wrażenie z kilku względów. Architektura samego budynku jest przepiękna. Wnętrze kryje ciekawe podziemia, a do tego można wdrapać się na wieżę i spojrzeć na Madabę z góry. Na zwiedzanie tego miejsca warto przeznaczyć trochę czasu. Ten kościół rzymskokatolicki pochodzi z początku XX wieku. Został przekształcony w intrygujące miejsce dla turystów i pielgrzymów poprzez odrestaurowanie starożytnych miejsc, na których stoi. Muzeum Akropolu Perełką kompleksu jest Muzeum Akropolu, mieszczące się w sklepionych podziemiach kościoła. Tutaj nadal działa studnia datowana na epokę Moabitów (starożytny lud zamieszkujący Moab) sprzed 3000 lat. Fasada kościoła została zbudowana z bardzo starych kamieni z czasów starożytności. Na dziedzińcu dostrzeżecie rzymskie kolumny z korynckimi kapitelami. Obok kościoła znajduje się XIX-wieczna kaplica, która obecnie służy jako centrum informacji dla zwiedzających oraz jako sklep z pamiątkami. Czasami odbywają się tu także wystawy. W podziemiach oprócz działającej niezwykle starej studni, zobaczycie także repliki mozaik, m.in. mapę z Madaby. Muzeum Akropolu kryje w sobie kilka starożytnych artefaktów i skarbów, z których większość poświęconych jest Janowi Chrzcicielowi. Kościół ma również kilka podziemnych tuneli, które zaprowadzą Was do liczącej 3000 lat ery Moabitów. Dzwonnica i taras widokowy Koniecznie wdrapcie się na dzwonnicę! Ostatni odcinek to strome metalowe drabiny z poręczami. Potrzeba tu odrobinę zręczności, by manewrować wokół dzwonów i lin. Do tego wyjście na wąski balkon stanowi mały otwór, więc trzeba się porządnie schylić, by wyjść na zewnątrz. I tu naprawdę może zakręcić się w głowie, bowiem balustrada składa się z prętów ze sporymi przestrzeniami. Warto jednak się przemóc, by zobaczyć najlepszą panoramę na Madabę. Przyznaję, ja zrobiłam to na czworaka. Jednak to nie jeszcze nie wszystko. Można się wdrapać jeszcze wyżej po drabinie, prowadzącej na sam szczyt. Tam jednak już nie dotarłam, zrobili to tylko chłopcy z naszej ekipy. Wstęp: 1 JOD = 5,56 PLN / kościół jest zamknięty dla zwiedzających podczas mszy św. i okolicznościowych imprez niedzielnych. Kościół św. Apostołów Przyznam szczerze, że to miejsce zrobiło na mnie najmniejsze wrażenie. A to zapewne dlatego, że budynek jest niewielki, więc szybciutko można zobaczyć to, co w środku. Kościół św. Apostołów odwiedziliśmy jako pierwszy. Był po prostu otwarty i nikt nie sprawdzał ani Jordan Pass, ani biletów (nawet nie dało się ich zakupić). Nie było też tu ani żywej duszy. Ten niepozornie wyglądający kościół kryje w sobie niezwykłą mozaikę, poświęconą Dwunastu Apostołom. Mozaika, przypominająca hafty, powstała w 578 roku i jest jednym z nielicznych przypadków, gdzie możemy poznać nazwisko jej autora. Tym artystą był Salman z Hisban, który podpisał swoje imię w środkowym okręgu w nawie kościoła. Centralna część mozaiki przedstawia Thalassa, kobiecą personifikację morza, otoczoną rybami i śliskimi stworzeniami morskimi. Narożniki zdobią rodzime zwierzęta, ptaki, kwiaty, owoce i twarze aniołków. Wstęp: bezpłatny z Jordan Pass Spacer uliczkami Madaby Co jeszcze warto zobaczyć w Madabie? Samą Madabę. Wbrew pozorom to całkiem ciekawe miasto, choć nie u każdego znajduje się w planie zwiedzania. Naprawdę warto pokręcić się po jego uliczkach, by odkryć ślady starożytnej historii oraz poczuć rytm i koloryt jordańskiego miasta. Początki Madaby sięgają 165 roku p.n.e., kiedy panowali tu wspomniani już Ammonici. Największy rozkwit miasto przeżywało w wiekach od V do VII, kiedy to ustanowiono tu biskupstwo. Powstały wówczas słynne kościoły z mozaikami. Pod rządami Bizancjum Madaba dynamicznie się rozwijała. W VII wieku została jednak podbita przez Arabów. Wiek później ziemia tutaj bardzo mocno się zatrzęsła, przez co Madaba została zniszczona i opustoszała na kilka stuleci. Jordańczycy to niezwykle gościnni ludzie, czego zapewne doświadczycie także i w Madabie. Wielokrotnie byliśmy tu zagadywani, a nawet częstowani herbatą i smakołykami. Zupełnie przypadkiem trafiliśmy do lokalnej piekarnia, gdzie właściciel poczęstował nas czymś, co nazywa się sfiha. Na własne oczy mogliśmy zobaczyć, jak wypieka się tą przekąskę. Sfiha to podpłomyk z mielonym mięsem, przeważnie z jagnięciny z dodatkiem cebuli, pomidorów, orzeszków piniowych i przypraw&#8230; ale jakich przypraw! To wszystko komponuje się idealnie, a pachnie obłędnie. Co ciekawe, chcieliśmy zakupić kilka na później, jednak pan właściciel w ogóle nie chciał słyszeć o zapłacie. Mam poczucie, że to miasto ma w sobie jeszcze więcej do odkrycia i kiedyś tu wrócę. Mapa z atrakcjami Madaby A tymczasem zostawiam Wam mapkę z zaznaczonymi atrakcjami Madaby. Jak widać, wszystko można zwiedzić na piechotę. A jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej, zajrzyjcie do wpisu o Madabie u Wędrownych Motyli. U nich także dowiecie się, co warto zobaczyć w Madabie.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/02/madaba-co-warto-zobaczyc-bizantyjskie-mozaiki.html">Madaba &#8211; co warto zobaczyć: bizantyjskie mozaiki</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/02/madaba-co-warto-zobaczyc-bizantyjskie-mozaiki.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Olhão &#8211; tradycyjne miasteczko na południu Portugalii</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/01/olhao-tradycyjne-miasteczko-na-poludniu-portugalii.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/01/olhao-tradycyjne-miasteczko-na-poludniu-portugalii.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 26 Jan 2022 18:25:32 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Olhao]]></category>
		<category><![CDATA[Portugalia]]></category>
		<category><![CDATA[Algarve atrakcje]]></category>
		<category><![CDATA[Algarve co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Portugalii]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca w Algarve]]></category>
		<category><![CDATA[Portugalia najpiękniejsze plaże]]></category>
		<category><![CDATA[południe Portugalii atrakcje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=18813</guid>

					<description><![CDATA[<p>Olhão odkryłam podczas mojego weekendowego pobytu na południu Portugalii. Na skrzydłach Ryanaira pofrunęłam do Faro, gdzie początkowo planowałam się zatrzymać. Zmieniłam jednak zdanie po przeczytaniu niesamowicie pozytywnych opinii o pobliskim Olhao. I teraz mogę już Wam napisać, że nie były one przesadzone. Olhão od razu skradło moje serce i dlatego wróciłam tam już po dwóch tygodniach od pierwszej wizyty. Dlaczego? Pozostał niedosyt. Olhão to tradycyjne portugalskie miasteczko z klimatyczną starą częścią. Plątanina wąskich uliczek, śliczne kamieniczki z azulejos, pyszne jedzenie, okoliczne wysypy z pięknymi plażami to wszystko tworzy piękny obrazek oraz fantastyczne miejsce do odpoczynku. Tutaj poczujecie prawdziwego ducha Wybrzeża Algarve w południowej Portugalii. Co warto zobaczyć w Olhão? Jak się tu dostać? Gdzie zanocować i dobrze zjeść w Olhão? Jak popłynąć na pobliskie wyspy Armona oraz Culatra? O tym dowiecie się w tym wpisie. Podrzucam Wam garść praktycznych informacji o miasteczku Olhão, abyście mogli taką podróż sami sobie zorganizować. Jak dolecieć do Olhão Olhão leży na Wybrzeżu Algarve nad Oceanem Atlantyckim w południowej Portugalii, w odległości 10 km od Faro. Olhao znajduje się przy terenach Parku Przyrody Ria Formosa. A położenie to jest naprawdę niezwykłe. Najlepiej widać to z okienka samolotu, bowiem właśnie nad tą laguną samolot schodzi do lądowania (oczywiście dziwne jest to, że powietrzna droga prowadzi nad obszarem chronionym). Wybrzeże jest tutaj bardzo postrzępione i składa się z małych wysp i wysepek, co wygląda bardzo malowniczo. Lot z Polski do Faro Jeśli chcecie przyjechać do Olhão, najlepiej jest zakupić bilety lotnicze do Faro. Bezpośrednie połączenie z Polski oferuje Ryanair z lotniska Warszawa Modlin. Lot trwa niecałe 4 godziny. Cena za bilet powrotny średnio waha się między 400 a 600 zł. Można jednak ustrzelić je w promocji za około 200 zł. Mój pierwszy przelot kosztował mnie 358 zł (w czerwcu), drugi zaś tylko 213 zł (w lipcu). I co ciekawe, ten drugi nie był kupowany z żadnym wielkim wyprzedzeniem. Inną opcją jest lot liniami portugalskimi TAP z przesiadką w Lizbonie. Cała podróż może potrwać 6 godzin. Dojazd z lotniska w Faro do Olhão Autobus i pociąg Z lotniska w Faro do Olhao możecie dostać się następujący sposób. Najtańszą opcją jest autobus firmy EVA w połączeniu z pociągiem. Autobus nr 16 (linia zwana różową) zawiezie Was na dworzec autobusowy Terminal Rodovario, przy którym znajduje się stacja kolejowa. Przesiadka jest więc bardzo prosta. Bilet na autobus kosztuje 2,25 EUR, zaś na pociąg 1,45 EUR. I tutaj uważajcie, bowiem ta sama linia jedzie z lotniska na plażę Faro (tam kończy się kurs z centrum miasta), więc nie wsiądźcie przypadkiem do tego autobusu. Oczywiście można zapytać kierowcę, czy jedzie do miasta i wszystko będzie jasne. Czas przejazdu do centrum miasta to około 20 minut. Autobus kursuje od 05:20 do 00:10 mniej więcej co godzinę. Więcej informacji przeczytacie na stronie lotniska Faro, zaś rozkład linii nr 16 znajdziecie tu. Przejazd pociągiem z Faro do Olhao trwa zaledwie 10-12 minut. Pociągi kursują od 7:20 do 22:12. Dokładny rozkład najlepiej sprawdzić na stronie przewoźnika kolejowego Comboios de Portugal. Bilet można zakupić w kasie lub przez Internet. Taksówka A co zrobić, gdy przylatujemy zbyt późno, by złapać pociąg? A właśnie tak jest w przypadku lotu z Modlina. Lądowanie w Faro jest o godzinie 23:05. Wówczas pozostaje Wam skorzystanie z taksówki. Ile to kosztuje? Jeśli skorzystacie z taksówki, czekającej na lotnisku, wówczas za przejazd do Olhão zapłacicie około 25 EUR. Najlepiej wówczas podzielić z kimś koszta i ja tak zrobiłam za pierwszym razem. Dosiadłam się do grupki dziewczyn z Chin, które jechały do Faro. One za swój odcinek zapłaciły 10 EUR, ja zaś za przejazd z Faro do Olhao &#8211; 15 EUR. Jednak możecie tu także skorzystać z aplikacji Bolt, Uber czy Free Now. Wówczas cena będzie niższa. Cena za kurs z lotniska do Olhao waha się od 7 do 12 EUR w zależności od pory dnia i natężenia ruchu. Co warto zobaczyć w Olhão Odpowiem tak&#8230; w Olhao warto zobaczyć samo Olhao. To właśnie miasteczko, jego tradycja atmosfera, sprawia, iż człowiek czuje się tu fantastycznie. Zwalnia, wrzuca na luz i zaczyna funkcjonować zgodnie z lokalnym rytmem. Stara część miasteczka Olhao Koniecznie trzeba się pokręcić po starych uliczkach miasteczka Olhao. Warto się tu po prostu zgubić w tej plątaninie, by co krok odkrywać ciekawe urokliwe zakamarki. Labirynt kryje w sobie stare kolorowe kamieniczki z przepięknymi azulejos. A te kafelki to przecież symbol Portugalii. To małe ceramiczne wzorzyste płytki niesamowicie lśnią w bystrym słońcu. Pokryte są nieprzepuszczalnym i błyszczącym szkliwem. Ich powierzchnia może być idealnie gładka, a może także posiadać pewną fakturę. Za ich pomocą przedstawiane są często całe sceny historyczne czy mitologiczne. Skąd pochodzi nazwa azulejo? Teorie są dwie. Pierwsza z nich odwołuje się do arabskich słów azzelij, al zuleycha czy też al zuléija. Każde z nich oznacza mały gładki kamień. Druga wersja nawiązuje do języka hiszpańskiego i portugalskiego, a konkretnie do słówka azul, które oznacza kolor niebieski. W tym przypadku również ma to sense, gdyż spora większość małych kafelków ma właśnie taką barwę. Najwięcej kamieniczek, ozdobionych azulejos ulokowało się we wschodniej części starego miasta. Na niektórych dość wyraźnie widać już upływ czasu. Waszą uwagę zapewne zwróci kamieniczka, w której urodził się Francisco Fernandes Lopes. Znajduje się ona przy ulicy, nazwanej na jego cześć. Był on lekarzem, który zasłynął przede wszystkim jako muzykolog, muzykograf, historyk, filozof, etnograf oraz wynalazca. Urodził się w Olhão 27 października 1884 roku i spędził tu praktycznie całe życie, poświęcając się nauce. Azulejos na tej kamienicy są nieco inne, posiadają piękną kwiecistą fakturę i widać, że pochodzą z naprawdę dawnych czasów. W Olhao znajdziecie kilka zabytkowych kościołów, jednak najsłynniejszy to chyba Kościół Najświętszej Maryi Panny Różańcowej z XVII wieku. Dlaczego? Po pierwsze, uważany jest za jeden z najpiękniejszych na Wybrzeżu Algarve. Po drugie &#8211; na jego zegarowej wieży bociany uwiły sobie gniazda i co roku wychowują tam młode. Co ciekawe, kościół został sfinansowany całkowicie z datków rybaków. Rzeźby i legendy w nich ukryte Spacerując po starej części Olhao, natkniecie się na przeróżne rzeźby. Koniecznie poszukajcie wyjaśnienia i sprawdźcie, jaka legenda czy historia się tu kryje. W Algarve jest wiele legend. Większość z nich pochodzi z czasów okupacji Maurów. Floripes Najsłynniejszą rzeźbą, postawioną w centralnym punkcie starówki, jest figura Floripes. Znajduje się ona na placu, prowadzącym do hal targowym na nadbrzeżu. Floripes była piękną Mauretanka, która została pozostawiona, gdy Maurów wygnano z Algarve. Jej narzeczony również uciekł, nie zabierając jej ze sobą. Jednak po jakimś czasie wrócił, aby ją odzyskać. Niestety jego łódź rozbiła się o skały, a on utonął w głębinach oceanu. Floripes czekała jeszcze na swego ojca, któremu także udało się opuścić te ziemie, ten jednak nigdy nie przybył. Gdy dowiedział się, że narzeczony jego córki zginął, zaczarował biedną Floripes. Od tego czasu stała się ona zjawą, która nawiedzała okoliczną farmę. Pojawiała się tam późną nocą zawsze ubrana na biało. Nikt nie śmiał o tej porze kręcić się w tych stronach. Któregoś razu pewien mężczyzna upił się tam i po prostu zasnął na ulicy. Floripes zjawiła się przy nim i czekała aż się obudzi. Nikt jednak nie chciał uwierzyć w jego opowieści. By dowieść tego, że mówi prawdę, przekonał swojego przyjaciela, by razem udali się w miejsce, zamieszkałe przez ducha. I tak oto tym sposobem dowiedzieli się, jak można biedną Floripes wyzwolić z rzuconego zaklęcia. Otóż, trzeba, aby mężczyzna uściskał ją na brzegu rzeki i zranił w ramię przy sercu. Gdy tylko to się stanie, kobieta natychmiast uda się do swoich krewnych. Jednakże był w tym pewien haczyk. Ten, który miał ją zranić, musiał towarzyszyć jej w podróży do Afryki, by tam ją poślubić. Tego żaden ze śmiałków zrobić nie mógł. Zaklęcie zatem nie zostało zdjęte i Mauretanka dalej pozostała zjawą. Widywano ją na molo z nogami zanurzonymi w wodzie, czekając na powrót ojca z Afryki. Czasami pojawiała się w porcie, zawsze w nocy, rozmawiającą z chłopcem o dużych oczach i czerwonej czapce. Czy chłopiec był jakimś Maurem, który też był zaczarowany? Tego nie wie nikt. Niektórzy starsi ludzie z Olhao bardzo wierzyli w tę legendę. Twierdzili, że Floripes widywano także w ciągu dnia, gdy robiła zakupy w sklepach, płacąc złotą monetą. Arraúl Figura Arraúla znajduje się w zachodniej części starego miasta Olhao. Od razu zwróci Waszą uwagę, jest naprawdę pokaźna. Nawiązuje ona do legendy o Arraúlu, synu strażnika Kolumn Herkulesa, ostatniego rozbitka z Atlantydy, któremu udało się uratować. Pewnego dnia Arraúl został uwięziony na morzu przez sztorm. Wypadł wówczas z łodzi i trafił prosto do gardzieli wieloryba. Nie zginął jednak, a wieloryb przetransportował go na brzeg krainy, w której Arraúl od razu się zakochał. Tą krainą było właśnie Olhão, które w ten sposób powstało. Arraúl bardzo chciał ochronić to piękne miejsce i wpadł na pomysł, by zrobić to za pomocą piasku. Usypał z niego naturalną  barierę i tak oto powstały wyspy Ria Formosa, na których teraz znajduje się piękny park narodowy. Zaczarowany mauretański chłopiec Inną legendę poznacie dzięki rzeźbom, a raczej instalacjom, przedstawiającym małych chłopców. Na tabliczce obok przeczytacie o co w tej scenie chodzi&#8230; a chodzi o legendę o zaczarowanym mauretańskim chłopcu. Podobno człowiekowi, który mieszkał w Olhao, przydarzyła się tu przedziwna historia. Tym człowiekiem był rybak Manuel Calaça Branco. Miał wtedy 8 lat i jak zwykle grał ze swoimi kolegami w piłkę. W pewnym momencie podszedł do nich obcy chłopiec i zapytał, czy mógłby dołączyć. Koledzy jednak postanowili wrócić już do domu i Manuel został sam. Zagrali więc we dwóch. Jednak nowy gracz nie posiadał tak dobrych umiejętności, jak jego koledzy. Zaproponował jednak Manuelowi, aby pobawili się innym w innym miejscu, do którego go zabierze. Manuel położył się na plecy chłopca, a ten wzbił się w powietrze, po prostu latał. Kiedy dotarli na miejsce, otworzyła się zapadnia, przez którą weszli do środka. Oczom Manuela ukazał się ogromny pałac pełen skarbów i złota. Zdezorientowany Manuel poprosił chłopca, by ten odstawił go do domu. I tak też się stało, jednak zaczarowany Maur został z Manuelem i nie odstępował go na krok. Podobno rzucono na niego klątwę i był niewidzialny. Jedynie Manuel był w stanie go zobaczyć. Od tej pory robili wszystko razem, co nie do końca podobało się Manuelowi. Wszystko zmieniło się, gdy Manuel poszedł do spowiedzi i przystąpił do pierwszej komunii świętej. Wówczas tajemniczy chłopiec zniknął i nigdy więcej się już nie pojawił. Maneul Calaça Branco mieszkał przy ulicy S. Bartolomeu, obecna nazwa to R. Almirantes Reis. Muzeum Miejskie Olhão Jeśli lubicie muzea lub trafi się Wam deszczowy dzień, możecie zajrzeć do Muzeum Miejskiego Olhão. Wstęp jest bezpłatny! Dowiecie się tu sporo o historii tych ziem oraz samego Olhao. Duża część ekspozycji poświęcona jest życiu rybaków. Zobaczycie tu obrazy, fotografie, rzeźby, repliki czy prawdziwe artefakty. Punktem kulminacyjnym jest model statku Bom Sucesso, który służył przekazaniu dobrej nowiny królowi, przebywającemu w Brazylii. Zorganizowano tu także wystawę na temat tego, jak mieszkańcy Olhão walczyli z wojskami francuskimi, gdy te najechały Portugalię na początku XIX wieku. W wyniku tego król awansował wieś do statusu miasta. Wydarzenie jest szczegółowo opisane i przedstawione w muzeum. Jest ono stosunkowo niewielkie i można je zwiedzić w około 20 minut. Dachy w Olhao Koniecznie spójrz na Olhão z perspektywy dachu! To właśnie te dachy mnie tu przywiodły. Gdy zobaczyłam zdjęcia jednego z tarasów, od razu zaczęłam szukać biletów. Z tej perspektywy miasto wygląda niesamowicie. Zabudowania i cały ten labirynt przypomina trochę arabską medynę. Z góry widać także lagunę Ria Formosa oraz jej rozlewiska. Podczas odpływu wyłaniają się całe połacia wysp i wysepek. Na dachach toczy się także życie&#8230; a to rano ktoś ćwiczy przy wschodzie słońca, ktoś inny pracuje sobie z laptopem, a jeszcze inni po prostu sobie tu odpoczywają. Jak to zrobić, by też mieć taki widok do swojej dyspozycji? Najlepiej zarezerwować nocleg z tarasem na dachu. Poniżej polecam Wam dwie takie miejscówki. Ja nocowałam w Pensjonacie Bicuar w starej części miasta. To tam znajduje się ten niesamowity taras, oferujący niesamowitą panoramę Olhao. Promenada i targ Mercados de Olhão Z pewnością tu traficie wcale jej nie szukając&#8230; bowiem wszystkie drogi prowadzą tu nad wodę. Tutaj znajduje się się Mercados de Olhão, czyli hale targowe. Rano kupicie tu świeże rybki i owoce morza, a jak nie chcecie ich kupić, to możecie pooglądać, co też ocean kryje w sobie. Na targu nabędziecie...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/01/olhao-tradycyjne-miasteczko-na-poludniu-portugalii.html">Olhão &#8211; tradycyjne miasteczko na południu Portugalii</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/01/olhao-tradycyjne-miasteczko-na-poludniu-portugalii.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Park Narodowy Sekwoi &#8211; jak zwiedzać: szlaki i wskazówki</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2022/01/park-narodowy-sekwoi-jak-zwiedzac-szlaki-i-wskazowki.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2022/01/park-narodowy-sekwoi-jak-zwiedzac-szlaki-i-wskazowki.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 02 Jan 2022 16:24:29 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ameryka Północna]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone]]></category>
		<category><![CDATA[2 tygodnie w USA koszt]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w USA]]></category>
		<category><![CDATA[dwa tygodnie w USA]]></category>
		<category><![CDATA[które parki zobaczyć w USA]]></category>
		<category><![CDATA[podróż do USA ile kosztuje]]></category>
		<category><![CDATA[roadtrip po USA]]></category>
		<category><![CDATA[USA na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[USA roadtrip koszty]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do usa koszt]]></category>
		<category><![CDATA[zachodnie wybrzeże USA]]></category>
		<category><![CDATA[zachodnie wybrzeże usa koszty]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17058</guid>

					<description><![CDATA[<p>Naprawdę zastanawiałam się, czy Park Narodowy Sekwoi uwzględnić w swoim planie podróży po zachodnich stanach USA. Dlaczego? Bo przecież to tylko drzewa, więc może na to konto warto zobaczyć coś innego. Jak bardzo się myliłam! Na miejscu przeżyłam prawdziwy szok. Tak, to drzewa, ale jakże niezwykłe! To prawdziwe olbrzymy i gdy człowiek staje blisko i łapie tę perspektywę, wówczas widzi i czuję potęgę tejże natury. Park Narodowy Sekwoi leży w stanie Kalifornia na obszarze o powierzchni 1635,14 km². Sąsiaduje on z Parkiem Narodowym Kings Canyon. Oba parki stanowią rezerwat biosfery. Jak widać więc, jest tu co robić i spokojnie można zatrzymać się na dłużej niż jeden dzień. Park Sekwoi powstał w 1980 roku. Jest to drugi park narodowy utworzony w USA zaraz po Yellowstone. Jeśli wybieracie się do USA, koniecznie sprawdźcie inne moje wpisy o podróży po zachodnich stanach: Zachodnie wybrzeże i parki narodowe USA – plan podróży na dwa tygodnie Roadtrip USA na własną rękę – kosztorys TOP 10: najpiękniejsze parki w USA – zachodnie stany Ile czasu tu spędziliśmy? Generalnie jeden dzień licząc z dojazdem, który z Fresno zajął nam 2 godziny. Do parku wjechaliśmy około 10:00 rano. Wstęp na karnet “America the Beautiful” (cena 80 USD, ważny jest przez okres jednego roku, począwszy od daty nabycia). Jeśli nie posiadacie tej karty, wówczas trzeba zapłacić 25 USD za samochód, bilet ważny jest przez 7 dni. Sekwoje &#8211; co o nich wiadomo No dobrze. A co wiemy o słynnych sekwojach? Warto trochę poczytać na ich temat, bowiem są to niezwykle ciekawe drzewa. Interesująca jest też historia ich odkrycia w tym miejscu. Ich fachowa nazywa to mamutowce olbrzymie czy też sekwojadendrony. Park Narodowy Sekwoi to jedyne miejsce na kuli ziemskiej, gdzie te drzewa występują naturalnie. Uwaga! Nie mylić z sekwojami wieczniezielonymi, które to są chlubą Parku Narodowym Redwood. To te pierwsze zasłużenie noszą miano największych drzew świata. Kryterium tego &#8220;naj&#8221; jest objętość. Pień sekwoi olbrzymiej jako największego drzewa na świecie osiąga średnicę 10 metrów choć znane są i jeszcze większe okazy. Zostały one jednak ścięte jako dowód istnienia takich kolosów. Ich pień mierzył podobno 12 metrów średnicy. Sekwoja to drzewo długowieczne. Może przetrwać nawet 3500 lat! Imponujący staż, przecież te drzewa mogą pamiętać jeszcze czasy starożytne. Sekwoje są niezwykle wytrzymałe i odporne. Dzieje się tak za sprawą związków chemicznych, zawartych w drewnie i korze, które to pozwalają im uodpornić się na insekty i grzyby. Sekwoje olbrzymie mają płytko osadzony system korzeni, co sprawia, że te drzewa umierają najczęściej od powalenia. Sekwoje mamucie to także jedne z najwyższych drzew na świecie (ustępują tu pola swoim kuzynkom sekwojom wieczniezielonym).  Mogą piąć się nawet na 100 metrów wysokości. Sekwoja z tegoż parku lubi ogień. Podczas, gdy dla innych drzew jest on zabójczy, ten rodzaj drzew wręcz go potrzebuje. Dlatego wokół pnia sekwoi przy ziemi można zobaczyć charakterystyczny czarny placyk, specjalnie wypalony przez strażników parku. Ciepło płomieni sprawia, iż szyszki mamutowca tracą wilgoć, wysychają i otwierają się, przez co uwolnione nasiona mogą wydostać się na zewnątrz. Ogień dla sekwoi nie jest groźny, są na niego odporne. Jak odkryto sekwoje Zanim sekwoja oficjalnie zyskała miano największego drzewa na świecie, trochę się naczekała i sporo drzew niestety ścięto jako dowód. Pierwsi eksploratorzy tych terenów chętnie opowiadali o spotkanym olbrzymie, jednak mało kto dawał temu wiarę. Pewny i szeroko udokumentowany widok gigantycznej sekwoi miał miejsce wiosną 1852 roku. Pewien myśliwy, który gonił niedźwiedzia w górach Sierra Nevada, wszedł do lasu zwanego obecnie „North Grove” w parku stanowym Calaveras. Jego oczom ukazał się prawdziwy olbrzym. Kiedy dotarł do pobliskiego obozu górniczego, nikt mu nie uwierzył. Jedynym sposobem było pokazanie takiego drzewa jako dowód. Sekwoja ta, nazwana &#8220;The Discovery Tree&#8221;, która przetrzymała stulecia burz i pożarów, została ścięta rok później po jej odkryciu. W całym procederze uczestniczyło pięciu ludzi, a zajął on aż 22 dni. Po zliczeniu słojów drzewa okazało się, że ma ono 1300 lat. W 1875 roku kilka kolejnych sekwoi zostało powalonych i pociętych na kawałki, by potem stanowić eksponat na wystawie w Filadelfii. Jednak wtedy uznano to za mistyfikację. W 891 roku następne mamuty poszły pod topór. Jeden z nich zapisał się jako Drzewo Marka Twain&#8217;a. Kawałek jego pnia został wysłany do Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku, a kolejny do Brytyjskiego Muzeum Historii Naturalnej w Kensington w Londynie. Do tej pory można je tam podziwiać. Z czasem sekwoje zyskały popularność i stały się powszechnie znane. Drogi zostały zbudowane, a wiele osób liczyło na poważny zarobek w związku z odkryciem. Trzeba dodać, że lasy te były znane od wieków przez miejscowe plemiona indiańskie. Sekwoja była przez nich nazywana drzewem Wawona. Jest to onomatopeja, która imituje dźwięk północnej sowy plamistej. Indianie Yosemite uważali ją za strażnika lasu. General Sherman &#8211; największe drzewo świata I tak oto w Narodowym Parku Sewkoi można zobaczyć największe drzewo świata, zwane Drzewem Generała Sheramana (General Sherman tree). W Lesie Olbrzymów, gdzie jak sama nazwa wskazuje, znajduje się więcej takich okazów. Konkretnie ujrzyjcie tu pięć z dziesięciu największych drzew na świecie. Innym słynnym drzewem na tym obszarze jest Drzewo Generała Granta, które rośnie w Parku Narodowym Kings Canyon. Zajmuje ono srebrne miejsce na podium w tym rankingu jako drugie co do wielkości drzewo na świecie. Innym ciekawym miejscem może tu być Tunnel Log, czyli 84-metrowa przewrócona sekwoja, w której wycięto tunel, by udrożnić drogę, na którą się zwaliła. Na terenie parku wznosi się także najwyższy szczyt w Stanach Zjednoczonych (z wyłączeniem Alaski) Mount Whitney, który mierzy sobie  4421 metrów n.p.m. Szlaków jest tu naprawdę mnóstwo, więc jest co robić. Najciekawsze szlaki i atrakcje w Parku Narodowym Sekwoi Obszar parku jest naprawdę duży, więc dobrze jest zorientować się wcześniej, gdzie leżą interesujące nas punkty. Odległości między nimi bywają spore, więc lepiej się nie wracać i nie tracić czasu. Jeśli chcecie zobaczyć wszystkie miejsca z poniższej listy, postarajcie się dotrzeć do parku wcześnie rano. W parku spędziliśmy cały dzień, a sam wyjazd zajął nam dłużej niż się spodziewaliśmy przez ogromy korek. Zwiedzanie parku rozpoczęliśmy od północy, czyli drogą stanową 180, przechodzącą w 198. Wjeżdżaliśmy od strony Fresno, a więc zwiedzanie rozpoczęliśmy od parku Kings Canyon. Wszystkie najważniejsze atrakcje są bardzo dobrze oznakowane, więc nie było problemu z trafieniem. Poniższa lista odzwierciedla kolejność naszego zwiedzania i jest to dobry plan. Lepiej zacząć od północnej strony, by na deser zafundować sobie to, co zwali z nóg, czyli Las Olbrzymów. Zaraz po wjeździe zatrzymaliśmy się na chwilę w Lodgepole Visitor Center w celu rozeznania oraz na szybki lunch w stylu fast food. Następnie ruszyliśmy na szlaki. Grant Tree Trail (Grant Grove) 1. Grant Tree Trail (Grant Grove): szlak, a raczej krótka pętelka, gdzie stoi General Grant (Drzewo Generała Granta) &#8211; drugie największe drzewo na świecie. Mierzy ono 81,5 metrów wysokości, a liczy sobie aż 1650 lat. Ścieżka znajduje się w Kings Canyon National Park. Wzdłuż wyznaczonej drogi mija się kilka imponujących olbrzymów: Gamlin Cabin, Fallen Monarch oraz Centennial Stump. Zobaczycie tu także powalony pień jednej z sekwoi, do którego można zajrzeć do środka. To pozostałość drzewa, które zostało ścięte na Światowe Targi w 1876 roku, aby społeczeństwo mogło zobaczyć te niewiarygodne mamuty (ludzie nadal nie wierzyli, że drzewo może być tak duże!). Szlak zaczyna się od parkingu Grant Grove. Długość &#8211; 0,8 km, czas przejścia 20-30minut. North Grove Loop 2. North Grove Loop: to mniej popularny szlak, odchodzi z tego samego parkingu, co Grant Tree Trail. Po drodze mija się wiele sekwoi, mniejszych i większych, można zobaczyć ślady po wypalaniu tego terenu. Trasa North Grove ładnie łączy się z przylegającym do niego szlakiem Dead Giant Loop Trail, przechodzącym przez Sequoia Lake Overlook, więc można sobie sobie zrobić dłuższy spacer. Długość North Grove Loop &#8211; 2,8 km (pętelka), czas przejścia 1,5 h. Sherman Tree Trailhead 3. Sherman Tree Trailhead: to tu rośnie General Sherman, czyli największe drzewo świata. Mierzy ono 84 metry, a średnica jego pnia przy ziemi wynosi aż 11 metrów. Podobnych drzew jest tu więcej, szczególnie w Lesie Olbrzymów (Giant Forest). Uważa się, że Drzewo Generała Shermana liczy sobie 2200 lat i waży 1385 ton, jego obwód wynosi aż 31,3 metra. Nazwane zostało na cześć generała Wojny Secesyjnej Williama Tecumseha Shermana. Drzewo w dalszym ciągu rośnie. By zorbić sobie zdjęcię z gwiazdą parku, trzeba odczekać swoje w kolejce. Szlak jest wybrukowany, trzeba pokonać kilka schodków, bywa stromo. Można się tu sporo dowiedzieć o sekwojach i ich historii dzięki tablicom informacyjnym. Po drodze zobaczycie tu dwie bliźniacze sekwoje, czyli Tough Twins. Są one dowodem na to, że ogień odgrywa bardzo ważną rolę w życiu tych drzew. Widać na nich liczne blizny po płomienach. Długość szlaku &#8211; 1,5 km, czas przejścia 45 minut. Tunnel Log 4. Tunnel Log: to 84-metrowa przewrócona sekwoja, w której wycięto tunel, by umożliwić przejazd drogą, na którą upadła. Po drodze zobaczycie kilka kolejnych kolosów, których pnie są niezwykle szerokie. Dobrą perspektywę można uzyskać, gdy stanie koło nich człowiek. Wówczas widać ten powalający rozmiar. Moro Rock 5. Moro Rock: to granitowa skała, na szczyt której prowadzi 350 schodków z 1930 roku. Bardzo fajna wspinaczka, którą kończą zapierające dech w piersiach widoki. Bywa stromo, jednak są zabezpieczenia w postaci barierek. Ze szczytu widać inną górę Great Western Divide. Długość szlaku w jedną stronę &#8211; 0,9 km, czas wejścia i zejścia ok. 1 godziny. Informacje praktyczne o Parku Narodowym Sekwoi Karnet “America the Beautiful” &#8211; TAK Cena biletu bez karnetu &#8211; 35 USD (prywatny pojazd, ilość osób w samochodzie 15 lub mniej), 30 USD za motocykl, 20 USD za osobę na rowerze lub pieszego Shuttle parkowy &#8211; TAK Godziny otwarcia &#8211; 24h w całym roku. Punkt informacji otwarty codziennie w lecie: maj &#8211; wrzesień 8:00-20:00. Kepming &#8211; TAK, jest kilka, więcej info na stronie parku Hotel w stylu lodge &#8211; TAK Restauracja, punkt do zjedzenia &#8211; TAK Zimą gorsze warunki, śnieg. Więcej przeczytacie na stronie Narodowego Parku Sekwoi.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2022/01/park-narodowy-sekwoi-jak-zwiedzac-szlaki-i-wskazowki.html">Park Narodowy Sekwoi &#8211; jak zwiedzać: szlaki i wskazówki</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2022/01/park-narodowy-sekwoi-jak-zwiedzac-szlaki-i-wskazowki.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>5</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>TOP 10: najpiękniejsze parki w USA &#8211; zachodnie stany</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/12/top-10-najpiekniejsze-parki-w-usa-zachodnie-stany.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/12/top-10-najpiekniejsze-parki-w-usa-zachodnie-stany.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 16 Dec 2021 20:40:26 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ameryka Północna]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w USA]]></category>
		<category><![CDATA[dwa tygodnie w USA]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży na dwa tygodnie USA]]></category>
		<category><![CDATA[podróż do USA ile kosztuje]]></category>
		<category><![CDATA[roadtrip po USA]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do usa koszt]]></category>
		<category><![CDATA[zachodnie wybrzeże USA]]></category>
		<category><![CDATA[zachodnie wybrzeże usa koszty]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=12176</guid>

					<description><![CDATA[<p>Najpiękniejsze parki w USA? Które koniecznie trzeba zobaczyć? Natura w zachodnich Stanach Zjednoczonych powala. Nigdzie indziej nie widziałam tylu pięknych miejsc, niesamowitych formacji, tak dużej przyrodniczej różnorodności. Czasem aż trudno uwierzyć, że coś takiego istnieje naprawdę. Często przed wyjazdem do USA stajemy przed wyborem, które parki zwiedzić, które warto zobaczyć. Jako, że czas mamy przeważnie ograniczony, nie da się uwzględnić wszystkich. Oto lista 10 najpiękniejszych parków USA, które przyprawiają o zawrót głowy, czasem wręcz dosłownie. Wybrałam te, które na mnie wywarły największe wrażenie. Wszystkie wymienione dacie radę zobaczyć w dwa tygodnie. Ten wpis to mały przewodnik po wybranych parkach w zachodnich Stanach Zjednoczonych. Jeśli planujecie wyruszyć na zwiedzanie zachodnich stanów USA, koniecznie zajrzyjcie do artykułów: Zachodnie wybrzeże i parki narodowe USA – plan podróży na dwa tygodnie Roadtrip USA na własną rękę – kosztorys Zanim udacie się w trasę, musicie wiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze, w USA znajdują się zarówno parki narodowe, jak i prywatne, które rządzą się swoimi zasadami. Po drugie, zwiedzanie jest dość łatwe, bowiem cała infrastruktura parkowa zorganizowana jest naprawdę dobrze. Na wjeździe bądź w tzw. visitor center otrzymacie wszelakie informacje oraz mapki do samodzielnych wędrówek i przejazdów. Tam, gdzie zachodzi taka potrzeba, można wypożyczyć także sprzęt, jak np. w parku Zion. Na przejście wodnego szlaku the Narrows możecie się ubrać od stóp do głów. Karnet “America the Beautiful” Zwiedzanie parków narodowych USA odbywa się na podstawie karnetu “America the Beautiful”. Umożliwia on nieograniczony wstęp na teren wszystkich z tej kategorii, a jest ich łącznie 462. Karnet kosztuje 80 USD, ważny jest przez okres jednego roku, począwszy od daty zakupu. Właścicielem jest jedna lub dwie osoby, które złożą swój podpis na odwrocie karty. Na takim bilecie mogą łącznie podróżować cztery osoby bez dodatkowych opłat, czyli koszta się rozkładają. Jeśli nie nabędziecie takiej karty, za każdym razem trzeba będzie zakupić oddzielny bilet. Karnet bez problemu dostaniemy na wjeździe do pierwszego parku na naszej trasie. Nie ma potrzeby wcześniejszego zamawiania przez Internet. Wjazd do prywatnych parków USA wygląda nieco inaczej, bowiem do każdego trzeba nabyć oddzielną wejściówką. Czasami rezerwacji należy dokonać wcześniej, gdyż bilety mogą być wyprzedane. Niektórych parków prywatnych nie można zwiedzać na własną rękę, a tylko z przewodnikiem. Park Narodowy Bryce Canyon Park leży w stanie Utah. Istnieje od 1928 roku. To całkiem spory obszar, jego powierzchnia wynosi 145 km². Skąd taka nazwa? Park zawdzięcza ją mormońskiemu pionierowi, panu Bryce. Co ciekawe, wcale nie jest klasycznym kanionem, mimo że nazwa sugeruje inaczej. Nie przepływa przez niego żadna rzeka. Park Narodowy Bryce Canyon to dla mnie zdecydowanie numer 1! Dlaczego? Tutaj przenosi się człowiek do innej wymiaru, do baśniowej krainy, wprost nie z tego świata. Jedna z tras nosi nazwę Fairyland Loop, co oznacza bajkową pętlę. Formacje, jakie można tu zobaczyć zadziwiają. Czy to możliwe, że to dzieło Matki Natury? Tak! To zasługa zaawansowanej erozji oraz procesu rozpuszczania skał. Na terenie parku znajdziecie iglice skalne, naturalne okna oraz łuki, a także wąskie i głębokie szczeliny skalne. W parku można spędzić spokojnie cały dzień, a nawet dwa. Jeśli jednak nie macie tyle czasu, warto tu przyjechać także na kilka godziny. My spędziliśmy tutaj pół dnia i zrobiliśmy wszystkie szlaki, które mieliśmy w planach. Zeszliśmy na dół kanionu. Na miejscu kursuje tzw. shuttle bus. Wjazd na kartę  America the Beautiful. Valley of Fire, czyli Dolina Ognia Valley of Fire to największy i najstarszy park stanowy, utworzony w 1935 roku. Znajduje się w stanie w Nevada, 80 km od Las Vegas, jakaś godzina drogi. Można tu wyskoczyć na jeden dzień z miasta grzechu lub zwiedzić go po drodze do parku Zion. Wbrew pozorom terem jest spory (162 k²), tak więc, żeby zobaczyć wszystkie punkty i szlaki jednego dnia, trzeba tu być wcześnie rano. Park słynie z jasnoczerwonych piaskowców azteckich, osadzonych w szarym i jasnobrązowym wapieniu. Zobaczycie tu starożytne, skamieniałe drzewa oraz petroglify sprzed ponad 2000 lat. Muszę przyznać, że już na wjeździe tzw. kopara opadła mi do podłogi, a raczej do samej ziemi. Soczystość kolorów, a w zasadzie mocnej pomarańczy czy wręcz ognistej czerwieni zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. To stąd właśnie wzięła się nazwa parku. W słoneczny dzień formacje skalne wyglądają tak, jakby się paliły. Jednodniowy bilet do Stanowego Parku Valley of Fire kosztuje 10 USD za samochód. Park Narodowy Sekwoi Będę z Wami szczera. Nie sądziłam, że ten park zrobi na mnie aż takie wrażenie. Drzewa, jak drzewa, czym się tu aż tak zachwycać? No może trochę większe niż normalnie. A jednak! To są prawdziwe olbrzymy i do tego bardzo stare. Gdy człowiek zadziera głowę w górę, by znaleźć czubek, nie może uwierzyć, że coś takiego istnieje naprawdę. Potęga natury przemawia w tym miejscu do nas maluczkich. Park Narodowy Sekwoi znajduje się w stanie Kalifornia i rozciąga się na obszarze o powierzchni 1635,14 km². Tu ewidentnie jest co zwiedzać, a raczej gdzie chodzić. W dodatku, że sąsiaduje on z Parkiem Narodowym Kings Canyon i wraz z nim podlega pod tą samą jednostkę administracyjną. Oba parki stanowią rezerwat biosfery. Park Sekwoi został utworzony w 1980 roku jako drugi parki narodowy USA zaraz po Yellowstone. Z czego słynie park? Pytanie nie jest podchwytliwe. Słynie z rosnących tu sekwoi, a fachowo pisząc z mamutowców olbrzymich czy też sekwojadendronów. To jedyne miejsce na kuli ziemskiej, gdzie te drzewa występują naturalnie. Nie mylić z sekwojami wieczniezielonymi, które to są chlubą Parku Narodowym Redwood. To te pierwsze zasłużenie noszą miano największych drzew świata. Kryterium jest tego &#8220;naj&#8221; jest objętość. Wjazd na kartę  America the Beautiful. Więcej na temat Narodowego Parku Sekwoi przeczytacie we wpisie: &#160; Park Narodowy Dolina Śmierci Lubicie pustynne klimaty? Ja uwielbiam! Ale czy takie temperatury też? No właśnie. Krajobraz tego parku to kolejna uczta dla oka. Jednak to właśnie tutaj znajduje się jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi, czyli punkt Badwater Basin. To niewielkie słone jezioro jest także najniżej położonym miejscem w Ameryce Północnej, leży 85,5 m poniżej poziomu morza. Rekordową temperaturę zanotowano tu w lipcu, słupki pokazały aż 57 stopni. Podczas naszego zwiedzania termometr wskazał tylko 7 stopni mniej i naprawdę było to czuć. Spacer 15-minutowy był katorgą. Niedaleko Badwater Basin leży niezwykle malowniczy odcinek o nazwie Artist&#8217;s Palette (Paleta artystów). Park Narodowy Dolina Śmierci leży w stanie Kalifornia. Zajmuje powierzchnię aż 13 628 km². To de facto kamienna pustynia z najniżej położonym miejscem na półkuli zachodniej. Od 1933 roku teren ten funkcjonował jako Pomnik Przyrody. Dopiero w 1994 roku stał się Parkiem Narodowym. Zobaczycie tu także pozostałości dawnych kopalni. Wydobywano tu kiedyś cenne kruszce, takie jak złoto, srebro i miedź. Gorączka złota przyciągnęło tu osadników, którzy to nadali temu miejscu nazwę Death Valley. Wjazd na kartę  America the Beautiful. Park Narodowy Zion To kolejna prawdziwa petarda i jeden z najpiękniejszych parków w USA. To także jedno z ciekawszych miejsc do zobaczenia w zachodnich stanach. Park Narodowy Zion leży w stanie Utah. To ogromny obszar w zachodniej części wyżyny Kolorado. Dwa najsłynniejsze szlaki to The Narrows oraz Angels Landing. Ten pierwszy ma długość 25 km i wiedzie dnem kanionu. Miejscami jego głębokość wynosi nawet 600 metrów. Kanionem płynie rzeka Virgin River i to właśnie rzeką prowadzi szlak&#8230; uwaga na wartki nurt, można się skąpać. Ale jaka przy tym adrenalina, ten tylko wie, kto ową trasę pokonał. Angels Landing to formacja skalna znajdująca się na wysokości 1765 m n.p.m. Nazwę tłumaczy się jako Podest Aniołów. Szczególnie końcowa część podejścia robi piorunujące wrażenie i przyprawia o palpitacje serca. Wąska ścieżka wykuta w litej skale z ekspozycją z każdej strony to już wyzwanie dla odważnych. Niestety nie dane było się nam na niej sprawdzić, bowiem szlak był wówczas zamknięty. I to jest właśnie powód, dlaczego chcę wrócić w to miejsce. Skąd wzięło się nazwa parku? Pod koniec XIX wieku przybyli tu mormoni i to oni nadali miejscu nazwę Zion, czyli Syjon. To właśnie rajskie widoki urzekły przybyszów. Ów obszar został podniesiony do rangi park narodowego w 1919 roku. Wjazd na kartę  America the Beautiful. Park Narodowy Łuków Skalnych &#8211; Arches To kolejny punkt obowiązkowy podczas zwiedzania zachodnich stanów. Lubicie ciekawe formacje skalne? Jeśli tak, to Park Narodowy Łuków Skalnych jest dla Was. Można tu spokojnie spędzić cały dzień, gdyż szlaków jest dużo. Park położony we wschodniej części stanu Utah. Został utworzony w 1971 roku, a jego powierzchnia wynosi 309 km². Historia słynnych Łuków, czyli Arches zaczyna się około 65 milionów lat temu. W tym czasie obszar ten był suchym dnem morskim rozciągającym się po horyzont. Wówczas tych formacji jeszcze tu nie było. Obecnie woda kształtuje to środowisko bardziej niż jakakolwiek inna siła. Deszcz powoduje erozję skał i sprowadza osady w dół aż do rzeki Kolorado. Z biegiem czasu te same siły, które stworzyły łuki, będą je obrabiać, aż się zawalą. Stojąc obok monolitu takiego, jak Delicate Arch, łatwo zapomnieć, że są one nietrwałe. Świadczy o tym zawalenie się Wall Arch w 2008 roku. Warto zatem się pośpieszyć, by te dzieła Matki Natury zobaczyć na własne oczy. Najsłynniejsze szlaki w tym parku to  Park Avenue, Delicate Arch oraz Devils Garden do Double O Arch. Wjazd na kartę  America the Beautiful. Kanion Antylopy To miejsce był moim ogromnym podróżniczym marzeniem. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcia z Kaniony Antylopy, wiedziałam, że kiedyś tu dotrę. I dotarłam! Wiem, wiem, niektórzy twierdzą, że nie warto&#8230; bo komercja, bo drogo, bo tłumy. A obok jest mniejszy podobny i tańśzy. Niemniej, ja uparcie twierdzę, że tej atrakcji pomijać się nie powinno. Kanion Antylopy dzieli się na dwie części  górną &#8211; Upper oraz dolną &#8211; Lower. Upper to ten najpopularniejszy, jest głębszy i ma kształt litery A. Jest tu ciemniej, do środka wpada mniej światła. To tu w godzinach południowych można zobaczyć słynne smugi. I to ten właśnie widzicie na zdjęciu. W tej części zrobiono najdroższe zdjęcie świata! Natomiast dolna część Lower ma kształt litery V, przez co oświetlony jest przez cały czas. Przypomina kanion Rattlesnake, jest jednak głębszy i ma więcej drabinek. Wstęp jest tańszy. Kanion Antylopa robi niewątpliwie wrażenie, to po prostu raj dla fotografów. Ile kosztuje wstęp i jak jest zorganizowane zwiedzanie? Do Upper wchodzi grupa za grupą, zdjęcia trzeba robić w szybkim tempie w zasadzie bez możliwości zapozowania. Z powrotem zdjęć już pstrykać nie wolno, jesteśmy pilnowani. Ja zaszalałam i wykupiłam prywatną wycieczkę w połączeniu z kanionem Rattlesnake. W grupie było raptem 4 osoby. Nasza przewodniczka dokładnie wiedziała, gdzie i pod jakim kątem zrobić zdjęcie. Do tego sama nas ustawiała. Cena za taką przyjemność to 129 USD:) Rezerwacji dokonałam na stronie Adventurous Antelope Canyon. Wielki Kanion Kolorado &#8211; Grand Canyon Wielki Kanion jest naprawdę wielki! Nie ma tu krótkich szlaków, są konkretne trasy trekkingowe. Najpopularniejsza część to jego południowa strona, czyli The South Rim. Znajduję się ona najbliżej Las Vegas i dojazd do niej jest najłatwiejszy. Łatwą opcją jest godzinny spacer wzdłuż południowej krawędzi. Można spotkać łosie:) My dodatkowo zeszliśmy w dół kawałkiem szlaku Bright Angel. Widoki niesamowite! Uwaga, tej trasy nie da się zrobić w jeden dzień, tzn. zejść i wrócić. Jest zbyt meczące. Po drodze przypominają o tym znaki ostrzegawcze. A jeśli dysponujecie większym budżetem, możecie sobie zafundować lot widokowy nad kanionem. Podobno bajka&#8230; Południowa krawędź Grand Canyon National Park jest otwarta przez cały rok 24h na dobę. Kursują tu darmowe autobusy, tzw. South Rim Shuttles. Dowożą turystów do punktów widokowych, ale także do sklepów, hoteli, oraz na kempingi, znajdujące się w Grand Canyon Village. Najpiękniejsze punkty widokowe to Hopi Point, Mojave Point, Shoshone Point, Yavapai Point oraz Desert View Point. North Rim zamykany jest na zimę. Bilet ważny jest przez 7 dni, zarówno w South Rim, jak i  North Rim. Cena różni się w zależności od sposoby wjazdu: samochód &#8211; 35 USD (opłata za auto, nie za pasażera, limit &#8211; 15 osób van, nie dotyczy to zorganizowanych grup), motocykl &#8211; 30 USD (opłata za pojazd), rower, pieszo, parkowy shuttle bus &#8211; 20 USD (dzieci poniżej 15 roku życia bezpłatnie). Park Narodowy Joshua Tree Ten park leży w południowo-wschodniej części Kalifornii. Parkiem narodowym stał się w 1994 roku, a więc nie tak dawno. Nazwa pochodzi się od charakterystycznych drzew Jozuego (choć tak naprawdę nie są to drzewa), które licznie występują na jego terenie. Swoim obszarem obejmuje fragmenty dwóch różnych pustyń: Mojave oraz Kolorado. Wydawać by się mogło, że pustynny krajobraz...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/12/top-10-najpiekniejsze-parki-w-usa-zachodnie-stany.html">TOP 10: najpiękniejsze parki w USA &#8211; zachodnie stany</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/12/top-10-najpiekniejsze-parki-w-usa-zachodnie-stany.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Jordania na własną rękę &#8211; informacje praktyczne</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/12/jordania-na-wlasna-reke-informacje-praktyczne.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/12/jordania-na-wlasna-reke-informacje-praktyczne.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 05 Dec 2021 16:55:51 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Jordania]]></category>
		<category><![CDATA[ceny w Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[ile kosztuje wycieczka do Jordanii]]></category>
		<category><![CDATA[przewodnik po Jordanii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=18920</guid>

					<description><![CDATA[<p>Jordania na własną rękę? Jak najbardziej. Spokojnie można taką podróż zorganizować samodzielnie. Jak to zrobić? Na co zwrócić uwagę? Ile kosztuje wycieczka do Jordanii? O tym wszystkim dowiecie się w tym wpisie. Podrzucam Wam informacje praktyczne o Jordanii. Dowiecie się o wizie, transporcie, noclegach, jedzeniu oraz cenach. Podpowiem też na co zwrócić uwagę, wybierając się do Jordanii oraz na co, gdy już jesteście na miejscu. Jordania na własną rękę to prawdziwa przygoda i to od Was zależy, co zwiedzicie i jakie punkty znajdą się w Waszym planie. To od Was będzie zależało, ile pieniążków wydacie na podróż do Jordanii. W Jordanii spędziłam dwa tygodnie. Według mnie był to optymalny czas, by zobaczyć główne atrakcje, ale także zboczyć nieco spoza utartego szlaku. Momentami plan był napięty, wstawaliśmy wcześnie rano, a zwiedzanie kończyliśmy o 22:00. Były jednak także dni spokojniejsze, podczas których mogliśmy zwolnić i chłonąć to, co nas otaczało. Naszą Kią Cerato pokonaliśmy ponad 1000 km. Odwiedziliśmy następujące miejsca: Madabę, Dżarasz, Morze Martwe, Wadi Mujib, Wadi Numeria, Rezerwat Biosfery Dana, Petrę, Wadi Rum, Akabę, Asz-Szaubak (Szobak), Al-Karak oraz Amman. Noclegi oraz samochód zarezerwowaliśmy z wyprzedzeniem. Jeśli marzy Wam się podróż do tego kraju, zajrzyjcie koniecznie do wpisu z planem podróży. Być może będzie on dla Was inspiracją oraz pomoże w ułożeniu swojej trasy. &#160; Loty do Jordanii Bezpośrednie loty z Polski do stolicy Jordanii Ammanu oferuje niskobudżetowy przewoźnik Ryanair. Do Jordanii możecie polecieć z Modlina, Krakowa oraz Poznania. Bilety w dobrej promocji można upolować nawet za 19 zł w jedną stronę. Jest to cena z małym bagażem podręcznym. Standardowa cena za bilet w jedną stronę wynosi około 250 zł. Loty odbywają się w poniedziałki oraz piątki. Podróż trwa niecałe 4 godziny. Nasz lot do Ammanu trwał zaledwie 3 godziny i 15 minut, a to dzięki dobrym warunkom w powietrzu. Tylni wiatr znacznie przyspieszył dotarcie do celu. I taka mała uwaga. Gdy samolot znajdzie się w przestrzeni powietrznej Izraela, wszyscy pasażerowie proszeni są o pozostanie na swoich miejscach. Nie wolno przemieszczać się po pokładzie. Ot, taka procedura. Kiedy najlepiej jechać do Jordanii Najlepszy pogodowo okres to wiosna, czyli miesiące kwiecień i maj oraz jesień, czyli miesiące wrzesień i październik. Wówczas prawdopodobieństwo deszczu jest bardzo małe. Temperatury w dzień są wysokie i bywa, że żar leje się z nieba, jednak nie są aż tak zabójcze, jak w lecie. Wieczory są ciepłe i przyjemne. Wiele osób do Jordanii podróżuje także podczas naszej zimy i to też jest dobra pora, z tym że trzeba się liczyć z chłodnymi nocami. Trzeba wówczas zabrać ciepłą bluzę oraz kurtkę. Na Wadi Rum noce są wówczas zimne i można zmarznąć. Zimą także sporo pada, a to niesie zagrożenie tzw. flash floods, czyli szybkimi powodziami. Niektóre atrakcje są wówczas niedostępne, jak np. Wadi Mujib (otwarty z reguły do końca października, choć czasami może być dłużej). Jeśli deszcze są naprawdę ulewne, także i Petra może zostać zamknięta. Najsłynniejszy punkt, czyli Skarbiec Faraona znajduje się przecież w wąwozie czy dolinie, zwanej wadi. Po Jordanii podróżowałam na przełomie września oraz października. Jak najbardziej polecam tę porę. W dzień faktycznie żar lał się z nieba. Temperatury oscylowały w okolicach 30 stopni Celsjusza. W Petrze oraz na Wadi Rum w dzień było bardzo gorąco. Odczuwalna temperatura z pewnością była grubo ponad to, co pokazywał termometr. Szczególnie mocno upał dał się nam we znaki nad Morzem Martwym na publicznej plaży przy głównej drodze. Wybraliśmy się tam na 15-minutowy spacer w samo południe. Wracając do samochodu czułam, jak kręci mi się w głowie oraz puchną palce&#8230; ciekawe, jak jest tutaj latem? Znam i takich śmiałków, którzy Jordanię zwiedzali w lipcu i sierpniu. Podczas mojego pobytu wieczory były bardzo przyjemne. Wystarczyła mi bluzka z długim rękawem lub polar na pustyni. Warunki wjazdu do Jordanii Wiza Turyści z Polski muszą posiadać wizę turystyczną. Jeśli planujecie odwiedzić Petrę, wówczas zapewne nabędziecie Jordan Pass. W takim przypadku wiza wliczona jest już w jego cenę. Jeśli jednak nie zamierzacie zakupić Jordan Pass, będziecie musieli wyrobić wizę on arrival, czyli na lotnisku zaraz po przylocie. Uprawnia ona do pobytu przez 30 dni na terenie Jordanii. W tym przypadku wiza kosztuje 40 JOD, czyli ok. 232 zł. Na lotnisku opłatę można uiścić także poprzez kartę płatniczą. Wizę turystyczną otrzymać można także na przejściach lądowych oprócz granicznego mostu Króla Husajna (Allenby Bridge). Istnieje jeszcze jedna opcja uzyskania wizy, w tym przypadku bezpłatnie. To dobre rozwiązanie dla osób, które granicę przekraczają granicę w Akabie. Jak to działa i jak to zrobić, dowiecie się na blogu Our Little Adventures. Testy na Covid Aktualnie przed podróżą do Jordanii należy posiadać negatywny wynik testu PCR. Trzeba go wykonać maksymalnie 72 godziny przed wylotem. Jest to sprawdzane przed wejściem do strefy kontroli bagażu. Jeśli jest się w pełni zaszczepionym, to w zasadzie wszystko. Jeśli jednak nie, na lotnisku w Jordanii należy zrobić kolejny test PCR i pokryć jego koszty. W zasadzie za tę usługę płaci się online przed wylotem. Koszt to 28 JOD. Nie możliwości uregulowania tej opłaty na lotnisku. W razie problemów z transakcją przez Internet można się zgłosić do personelu linii lotniczych. Formularz i kod QR Przed wyjazdem należy także wypełnić formularz rejestracyjny na stronie visitjordan.gov.jo w celu wygenerowania kodu QR. To właśnie tutaj można także uiścić opłatę za drugi test PCR, wykonywany na lotnisku w Jordanii. Oczywiście tyczy się to osób, które nie są w pełni zaszczepione i posiadają certyfikat w języku angielskim lub arabskim. Jako dowód załączona się go podczas rejestracji na stronie Visit Jordan. Rejestracja jest obowiązkowa dla każdego. Ubezpieczenie Wymagane jest posiadanie ubezpieczenia, które uwzględnia koszty leczenia Covid-19 (większość ubezpieczycieli teraz to ma). Krążą informacje, iż ubezpieczenie wykupione w Polsce nie jest respektowane, co nie jest prawdą. Natomiast warto dopilnować tego, by informacja o pokryciu kosztów leczenia koronawirusa była w języku angielskim. Tak na wszelki wypadek. Nas nikt o ten dokument nigdzie nie prosił, nikt go nie sprawdzał na lotnisku ani w żadnym innym miejscu. Sytuacja oraz warunki wjazdu mogą się zmieniać. Najlepiej zawsze sprawdzić aktualne informacje na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jordan Pass Jeśli w planach macie zwiedzanie Petry, wówczas warto zakupić Jordan Pass. Jest to swego rodzaju specjalna karta dla turystów, która zawiera w sobie kilka rzeczy. Cena nie jest niska, ale obejmuje wizę oraz wstęp do Petry i innych atrakcji na terenie Jordanii (ponad 30 miejsc). Summa summarum, tak opcja może się opłacić. Jordan Pass ważny jest przez 12 miesięcy od momentu nabycia. Natomiast darmowe bilety wstępu są możliwe do wykorzystania w ciągu 14 dni od ich pierwszego użycia. Jordan Pass zakupicie online (klik). Na stronie klikacie opcję &#8220;Buy now&#8221; i wypełniacie formularz. Następnie przechodzicie do płatności. Jordan Pass przychodzi do Was od razu na maila po uiszczeniu należnej kwoty. Najlepiej zakupu dokonać, gdy uzyskacie już negatywny wynik testu PCR. Jeśli chodzi o pobyt w Petrze, w zależności od ilości dni zapłacicie odpowiednio: 1 dzień &#8211; 70 JOD (ok. 400 zł), 2 dni &#8211; 75 JOD (ok. 427 zł), 3 dni &#8211; 80 JOD (ok. 456 zł). Jakie inne atrakcje w Jordanii odwiedziłam na podstawie karty Jordan Pass? Oto lista: starożytne ruiny w Dżarasz (Jerash), zamek Szobak, cytadela w Ammanie (w niej Jordan Archaeological Museum), Amfiteatr Rzymski w Ammanie (na jego terenie Museum of Popular Traditions), Madaba Archaeological Museum, zamek Al-Karak, Madaba Archaeological Park, Church of the Apostles w Madabie, Wadi Rum &#8211; wstęp, zamek w Akabie (choć tu nikt nie sprawdzał biletu). Pełną listę atrakcji znajdziecie na stronie Jordan Pass. Pieniądze w Jordanii &#8211; waluta, karty i bankomaty Oficjalna waluta w Jordanii Oficjalną walutą w Jordanii jest dinar jordański, skrót JOD. We wrześniu 2021 za 1 JOD trzeba było zapłacić 5,56 PLN. Oczywiście przy płatności kartą ta kwota może się wahać. I tak np. dobry kurs miał Revolut. Tą kartą uiściłam opłatę za Jordan Pass (pamiętajcie, że Revolut jest droższy w weekendy).  Kiedy natomiast z mojej karty Agoda ściągnęła należność za hotel nad Morzem Martwym, wyszło już ciut drożej. To wszystko przez podwójne przewalutowanie. Jaką walutę zabrać ze sobą do Jordanii Dolary lub Euro. My zabraliśmy ze sobą dolary i to większą kwotę. Kurs dolara jest w Jordanii stały od lat. 1 USD to 0,708 JOD. Wymiany bez prowizji na pewno dokonacie w Arab Banku. Na lotnisku znajduje się mała placówka tego banku już na hali przylotów za wszystkimi bramkami i kontrolą. Trzeba kierować się w prawo i tam w małym oszklonym pomieszczeniu, obok biur wypożyczalni samochodów, znajduje się Arab Bank. Przy wymianie trzeba okazać paszport. Do Jordanii wzięłam w zasadzie gotówkę, by nie wyciągać pieniędzy z bankomatu nie płacić przy tym prowizji. W związku z tym, że kurs dolara jest stały, na lotnisku wymieniłam prawie całą kwotę, jaką ze sobą przywiozłam. Pieniądze można także wymieniać w kantorach, hotelach oraz sklepach z pamiątkami. Upewnijcie się tylko, że kurs jest dobry i nie ma prowizji. Bankomaty i płatność karta w Jordanii Z bankomatu skorzystałam raz. Wygląda na to, że najmniejszą prowizję pobiera ponownie Arab Bank. Przy karcie Revolut było to 4 JOD, czyli około 23 zł. Przed wyjazdem przeczytała także, iż Jordan Kuweit Bank nie pobiera żadnej prowizji. Akurat tego nie sprawdziłam, gdyż taki bankomat nie był wówczas pod ręką. Czy w Jordanii można płacić kartą? Oczywiście, że tak. Z tym, że trzeba liczyć się z doliczeniem dodatkowej kwoty. Prowizja nie zawsze jest taka sama, więc nigdy do końca nie wiadomo, ile % więcej poleci nam z konta. Waha się to od 0,5% do 2%. Co ciekawe, nie udało mi się nigdzie zapłacić kartą Revolut. Transakcje były odrzucane. Przechodziły jedynie standardowe karty. Transport z lotniska w Ammanie do centrum miasta Opcję są trzy: autobus, taxi (także Uber) lub wypożyczone auto (o całej procedurze i kosztach przeczytacie w oddzielnym akapicie). Autobus + taxi Oczywiście najtańszą opcją jest podróż lokalnym autobusem. Odjeżdża on z lotniska i jedzie w kierunku Tabarbour bus station (North Complex). To nie jest centrum miasta. Stąd trzeba się przesiąść w autobus miejski lub złapać taxi lub zamówić Ubera. Czy istnieje rozkład tegoż autobusu? Tak, ale podobno nie zawsze kursuje według podanych godzin, a rusza dopiero wtedy, gdy nazbiera się odpowiednio dużo pasażerów. Bilet na autobus zakupicie  w kiosku z biletami przed terminalem lotniska jedynie za gotówkę. Cena to 3.50 JOD, czyli ok. 20 zł. Czas dojazdu do miasta to około 45 minut. Autobus kursuje co pół godziny pomiędzy 6:00 a 17:00, po godzinie 17:00 przez całą noc raz na godzinę. Dokładny rozkład znajduje się na stronie przewoźnika Sariyah. Jeśli chodzi o przejazd taksówkę, warto się targować. Można znacznie zbić cenę, choć gwarancji nie ma. Średnio trzeba zapłacić około 5 JOD (30 zł) za przejazd z Tabarbour bus station do Downtown. Choć zdolni negocjatorzy mogą także uzyskać kwotę 3 JOD. Na dworcu z pewnością zastaniecie grupkę taksówkarzy, bardzo chętnych by zaoferować Wam swoje usługi. Warto odejść nieco od dworca i dopiero tam łapać taksówkę. Będzie taniej. Aaa&#8230; i kwotę ustalamy przed przejazdem, wiadomo. Taxi / Uber Koszt taksówki z lotniska do centrum to około 20-35JOD (118-205zł za 30km). Na koniec wyjazdu z Ammanu na lotnisko skorzystaliśmy z Ubera. Wtedy zapłaciliśmy 17 JOD, choć można też trafić na przejazd za 2-3 JOD (12-17 zł). Jak poruszać się po Jordanii &#8211; transport publiczny Po Jordanii można poruszać się autobusami i lokalnymi busikami. Niektóre rozkłady da się sprawdzić w Internecie i w tym przypadku również jest opcja zakupu biletu online. Takie usługi oferuje przewoźnik JETT. Na stronie tej firmy sprawdzicie godziny kursowania oraz nabędziecie bilet. I tak np. połączenia, jakie w swojej siatce ma JETT to Amman &#8211; Petra (10 Jod). Przejazd trwa 3-4 godziny. Na liście widnieje także Morze Martwe, jednak podczas wyszukiwania żaden termin się nie pojawia. Jeśli z Petry na Wadi Rum chcecie dostać się także lokalnym transport, trzeba skorzystać z busa. Przed wyjazdem przeczytałam że istnieje tylko jedno takie połącz enie o godzinie 6:00-7:00 rano. Natomiast w Wadi Musa dowiedziałam się o jeszcze jednym kursie po południu. Najlepiej podpytać o to swojego gospodarza lu b personel w hotelu. Można poprosić o pomoc w zarezerwowaniu takiego biletu, a ten powinien kosztować 7 JOD. Na dworcu warto zjawić się nieco wcześniej, by &#8220;załapać&#8221; się na kurs. Generalnie jest tak, że autobus odjeżdża w momencie, gdy zbierze się komplet, ale nie wcześniej niż rozkładowa godzina. Opóźnienia...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/12/jordania-na-wlasna-reke-informacje-praktyczne.html">Jordania na własną rękę &#8211; informacje praktyczne</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/12/jordania-na-wlasna-reke-informacje-praktyczne.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>18</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Co warto zobaczyć w Kielcach &#8211; 15 atrakcji na weekend</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/11/co-warto-zobaczyc-w-kielcach-15-atrakcji-na-weekend.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/11/co-warto-zobaczyc-w-kielcach-15-atrakcji-na-weekend.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 07 Nov 2021 18:50:53 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Świętokrzyskie]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Kielcach]]></category>
		<category><![CDATA[Kielce na weekend]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=19069</guid>

					<description><![CDATA[<p>Przyznam szczerze, że do tej pory żyłam w przekonaniu, iż Kielce już kiedyś odwiedziłam. Aż do pewnego październikowego weekendu, kiedy to okazało się, że miasto zwiedzałam po raz pierwszy. Kielce na weekend to świetny pomysł. Miasto oraz jego okolice mają do zaoferowania mnóstwo atrakcji oraz ciekawych miejsc do odkrycia. Co warto zobaczyć w Kielcach? Moje podpowiedzi znajdziecie w tym wpisie. Kielce zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie i do tego pory dziwię się, że dopiero teraz tam zajrzałam. Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd wzięła się nazwa tego miasta? Dlaczego Kielce to właśnie Kielce? Istnieje na ten temat pewna legenda, której bohaterem jest z Mieszko, syn Bolesława Śmiałego. Polował on w tutejszych lasach i pewnego razu przydarzyła mu się dziwna przygoda. Niespodziewanie zgubił swoich towarzyszy i trafił na nieznaną polanę. Zmęczony zasnął w tym miejscu. Przyśnił mu się św. Wojciech, który kręty szlak przemienił w strumień wody. Kiedy Mieszko się obudził, odkrył w pobliżu źródełko. Jako, że opadł z sił, postanowił się z niego napić. Woda dodała mu niezwykłych sił. Oddalając się z polany, zauważył wielkie białe kły jakiegoś zwierza. Bardzo przypominały kły dzika. W tym cudownym miejscu zbudowano osadę, którą nazwano Kielce&#8230; na pamiątkę tajemniczych kłów. Czy tak było naprawdę? Wiadomo, to tylko legenda, ale w każdej takiej opowiastce może kryć się ziarnko prawdy. Na starym mieście w Kielcach zobaczycie pomnik dzika, który to nawiązuje właśnie do tej legendy. Warto się przyjrzeć 6 tablicom, odlanym z brązu, ułożonym wokół rzeźby. Opowiadają one przytoczoną historię. Co jeszcze warto zobaczyć i zwiedzić w Kielcach? Lista jest naprawdę długa. Kielce przez wiele lat były miastem biskupim i to także widać i dziś. Dawny Pałac Biskupów Krakowskich Kiedy zobaczyłam ten obiekt, stanęłam, jak wryta. Taka wspaniała perełka stoi w centrum Kielc, a dokładnie na Wzgórzu Zamkowym. To oryginalny najlepiej zachowany pałac wczesnobarokowy z pierwszej połowy XVII wieku. To rezydencja z epoki Wazów i dawna siedziba Biskupów Krakowskich. Obecnie mieście się tutaj Muzeum Narodowe. Pałac można zwiedzać także w środku. Zachowały się tu piękne oryginalne wnętrza z XVII i XVIII wieku. Dodatkowo zobaczycie w pałacu wyroby rzemiosła najwyższej klasy europejskiej, takie jak tkaniny czy meble oraz ekspozycję malarstwa francuskiego, włoskiego oraz polskiego. Dawny Pałac Biskupów Krakowskich związany jest także z osobą marszałka Józefa Piłsudskiego. W rezydencji urządzono jego sanktuarium.  Mieściła się tu kiedyś siedziba sztabu wojsk Piłsudskiego oraz biuro werbunkowe. W kolekcji pałacu znajduje się także bardzo dużo eksponatów wojskowych. Jednym z najciekawszych jest zbroja husarii z końca XVI wieku. Ważnym wydarzeniem w historii pałacu jest także fakt, iż Stanisław Staszic założył Szkołę Górniczo-Hutniczą. Tak narodziła się dzisiejsza AGH w Krakowie. Nie zapomnijcie zajrzeć na tyły pałacu. Urządzono tam piękny renesansowy Ogród Włoski. Godziny otwarcia: 030.09. &#8211; 01.04. codziennie od 9:00 do 17:00 / 01.05. &#8211; 31.08. codziennie od 10:00 do 18:00 / w poniedziałki nieczynne Wstęp: cena biletu zależy od wystawy, jaką chcemy zobaczyć / bilet normalny do wnętrz pałacowych &#8211; 12 zł, ulgowy &#8211; 8 zł / we wtorki wstęp bezpłatny Cały cennik znajdziecie na stronie Dawnego Pałacu Biskupów Krakowskich. Bazylika katedralna Wniebowzięcia NMP Bazylika katedralna w Kielcach stoi dosłownie naprzeciwko Dawnego Pałacu Biskupów Krakowskich, więc z pewnością jej nie przeoczycie. To tak naprawdę ona wyłania się jako pierwsza i daje przedsmak tego, co za chwilę zobaczymy. Historia bazyliki sięga aż początków średniowiecza. Według Jana Długosza, wtedy to ówczesny kościół w 1171 roku został ufundowany przez biskupa krakowskiego Gedko. Barokowa budowla, którą możemy podziwiać obecnie, pochodzi natomiast z XVII wieku. Warto choć na chwilę zajrzeć do środka. Uwagę przykuwa złocony ołtarz główny, który tak naprawdę wykonany jest z drewna. Obraz w ołtarzu to także cenny zabytek z początku XVIII wieku. Czy wiecie co to jest, a w zasadzie był Łokieć Koronny? Jeśli nie, dowiecie się tego właśnie w katedrze w Kielcach. Na północnej ścianie zobaczycie marmurową tablicę. To niezwykle rzadki zabytek z okresu Oświecenie. Tablica pełniła służyła niegdyś jako elementarz oraz wzorzec miar. Odczytać na niej można jednostki długości, ciężaru oraz powierzchni. Przedstawiony została tu jednocześnie ówczesny podstawowy wzorzec miar długości, czyli wspomniany łokieć koronny. A to jeszcze nie wszystko. Na tablicy dopatrzono się także wzorca stopy paryskiej oraz angielskiej. Pałac Tomasza Zielińskiego Pałac Tomasza Zielińskiego także znajduje się na Wzgórzu Zamkowym, w pobliżu Dawnego Pałacu Biskupów Krakowskich. Jest to teren dawnego folwarku biskupiego. W skład wnętrza pałacyku wchodzi kilkanaście zabytkowych pomieszczeń. Obiekt mógł powstać już w 1587 roku. Taką datę znaleziono na na ramie modrzewiowej podczas remontu w 1935 roku. W starych dokumentach również pojawiają się wzmianki o drewnianych budynkach gospodarczych w tym miejscu. W XVIII wieku istniał tu dom pisarza prowentowego, pralnia biskupia i szkoła jazdy konnej, tzw. rajszula. Pałac swą nazwę zawdzięcza Tomaszowi Zielińskiemu. To on dzierżawił ten te budynki w połowie XIX wieku, przekształcając je w zespół pałacowo-ogrodowy. Zapraszał tu wielu znamienitych artystów. Kim był ów człowiek? Był naczelnikiem powiatu kieleckiego, kolekcjonerem i wielkim  miłośnik zabytków oraz sztuki. Od 1985 roku w pałacu mieści się to siedziba Domu Środowisk Twórczych. Organizowane są tu liczne wystawy, koncerty oraz spotkania z ludźmi sztuki, nauki i polityki. W Pałacu Tomasza Zielińskiego można także zanocować. Do wynajęcia są 3 pokoje ze wspólną łazienką: pokój 1-osobowy na parterze &#8211; 85,00 zł / pokój 1-osobowy na piętrze &#8211; 60,00 zł / pokój 2-osobowy na piętrze &#8211; 100,00 zł. Więzienie Kieleckie W pobliżu Pałacu Tomasza Zielińskiego znajduje się kolejne miejsce, do którego warto zajrzeć. To Więzienie Kieleckie. W XVIII wieku mieścił się tu zarząd ekonomii oraz należące do starosty stajnie i wozownie. Wiek później obiekt został przekształcony w więzienie, a od strony ulicy pojawił się mur. Funkcję więzienia pełnił do lat 70-tych XX wieku. Na murze widnieje tablica, upamiętniająca rozbicie więzienia UB i uwolnienie żołnierzy AK przez oddział &#8220;Szarego&#8221; (Antoniego Hedy). W 2011 roku budynki powięzienie oraz muzeum przeszły rewitalizację. Działa tu Ośrodek Myśli Patriotycznej i Obywatelskiej. W środku znajduje się multimedialna ekspozycja historyczna oraz Instytut Dizajnu Kielce, czyli ośrodek wzornictwa. Więcej o tym miejscu przeczytacie w artykule na swietokrzyskie.travel. Więzienie Kieleckie znajduje się w pobliżu Muzeum Hammonda. Godziny otwarcia Galeria główna Instytutu Dizajnu: wtorek – piątek od 10.00 do 17.00; sobota – niedziela od 11.00 do 18.00; poniedziałek – nieczynne. Ekspozycja stała OMPiO: wtorek – piątek od 09.00 do 17.00; sobota – niedziela od 10.00 do 18.00 ; poniedziałek – nieczynne. Rynek w Kielcach &#8211; kielecka starówka Wiadomo, na Rynek koniecznie trzeba zajrzeć. Zawsze to jedno z pierwszych miejsc, jakie odwiedzam podczas wycieczki. Rynek w Kielcach nie jest może tak spektakularny, jak w Krakowie czy Poznaniu, ale ma swój niepowtarzalny klimat. Kiedy powstały Kielce, kiedy powstał Rynek? Udokumentowane dzieje Kielc sięgają ponad 900 lat. Kielce stały się miastem w 1364 roku. Praktycznie od zawsze należały do biskupów krakowskich. Kielecki Rynek powstał prawdopodobnie w drugiej połowie XII wieku. Jednak ta nazwa zrodziła się nieco później, bo dopiero za kolejne 4 wieki. To wówczas miała miejsce lokacja Kielc na prawie magdeburskim. Do czego służył rynek? Standardowo było to miejskie centrum spotkań oraz handlu. Lokalne targi odbywały się tu aż do 1935 roku. W 2011 roku Rynek zmienił nieco swój wygląd. Usunięto fontannę oraz jedyne w Kielcach rondo z pierwszeństwem dla wjeżdżających. Warto przyjrzeć się ratuszowi oraz kamienicom, szczególnie dwóm o wiele starszym niż większość obecnej zabudowy. Jedna z tychże kamienic została wybudowana w 1767 roku przez kucharza biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka. Znajduje się ona na rogu z ulicą Małą i mieści się w niej restauracja. Poznacie ją po herbie Sołtyków z orłem, umieszczonym na fasadzie. Po lewej stronie od tej kamienicy ujrzycie kolejną, która jest nieco młodsza. Postawiono ją w XIX wieku, a wyróżnia ją neobarokowy wystrój frontowej elewacji. Jest jeszcze coś, co zwraca tu uwagę. Replika kiosku Kiebabczego, który stał między innymi na rynku w latach 1910-1946 (były takie trzy). To już niemalże kultowy obiekt na mapie Kielc. Kiosk jest drewniany i wysoki aż na 6 metrów. Wykonała go pracownia stolarska Karola Gołąbka z Mąchocic Kapitulnych właśnie na zlecenie firmy Kolporter. Kiosk został odtworzony na podstawie zdjęć. Owa replika to przypomnienie starych Kielc. Należał do zajmującej się kolportażem prasy rodziny Kiebabczy. Obiekt jest naprawdę wyjątkowy, bowiem to jedyny tego typu kiosk w Polsce. Ulica Sienkiewicza Warszawa ma swoją Marszałkowską, Łódź swoją Piotrkowską, a Kielce mają swoją słynną ulicę Sienkiewicza. Dlaczego słynną i co takiego w niej wyjątkowego? Kielczanie nazywają tę ulicę „Sienkiewką”. To główny deptak miasta o długości około 1300 metrów. Ciągnie się od dworca kolejowego aż do placu Stanisława Moniuszki. Powstała w XIX wieku i miała zostać najbardziej reprezentacyjną ulicą w Kielcach. I to się udało. Jest ona niezwykle malownicza, a to za sprawą tego, iż pewna jej część znajduje się na małym wzniesieniu. Jeśli spojrzycie w dół, zobaczycie jaki piękny obrazek tworzy ta ulica. Dworek Laszczyków To miejsce jest szczególne ze względu na fakt, iż jest to ostatni ślad drewnianej architektury kieleckiej. Pozostałe spłonęły w pożarach i tylko Dworek Laszczyków ocalał. To jeden z najcenniejszych zabytków Kielc. Wybudowany został przez ostatniego starostę biskupiego Jakuba Jaworskiego. Obecnie mieście się tu siedziba dyrekcji Muzeum Wsi Kieleckiej. Pomieszczenia administracyjne znajdują się na tyłach posesji, we wnętrzach zaś urządza się wystawy. Dworek znajduje się na południowym stoku Wzgórza Zamkowego przy ulicy Jana Pawła II 6. Skryty jest za drewnianym ogrodzeniem, pokrytym gontem, więc de facto niewidoczny jest z ulicy. Na posesję można zajrzeć przez małą drewnianą dziurkę. Godziny otwarcia: codziennie oprócz poniedziałki od 9:00 do 17:00 Wstęp: bilet normalny &#8211; 5 PLN, bilet ulgowy &#8211; 2 PLN, w sobotę wstęp bezpłatny Dworzec autobusowy Myślicie, że spodek znajduje się tylko w Katowicach? Otóż nie. Dziwny obiekt, przypominający statek UFO, stoi także w centrum Kielc. Mieści się w nim dworzec autobusowy. To kolejne kultowe miejsce na mapie miasta. Kielczanie pamiętają go jeszcze sprzed remontu, a było to ulubione miejsce wagarowiczów. Dworzec zaprojektowano w latach 70. XX wieku. W 2020 roku obiekt pięknie odnowiono. Obecnie uwagę przyciąga szczególnie wieczorem i nocą ze względu na ciekawe oświetlenie. Teraz to nowoczesne, zintegrowane centrum komunikacyjne. Zachowano tu dawną charakterystyczną &#8220;kosmiczną&#8221; bryłę, dzięki czemu obiekt jest unikatem nie tylko na skalę krajową, ale i europejską. Wewnątrz zachowały się niektóre elementy z dawnych czasów, jak np. filar ozdobiony mozaiką z ćmielowskiej porcelany. Zobaczycie tu także mini wystawę zdjęć dawnych autobusów. Kadzielnia Wiecie, że na terenie Kielc znajduje się aż 5 rezerwatów, a 6 leży tuż poza miastem? No właśnie&#8230; czyli natura w mieście, to brzmi po prostu rewelacyjnie. Z centrum dojdziecie tu w 15 minut. Jednym z najpopularniejszych takich miejsc jest rezerwat przyrody nieożywionej &#8220;Kadzielnia&#8221;. Utworzono go w 1962 roku. Obejmuje swym zasięgiem najwyższą część skalnego ostańca, tzw. Skałkę Geologów, która wznosi się na 295 m n.p.m. nad nieczynnym kamieniołomem Kadzielnia. W wyrobisku odsłonięte są skały, które liczą sobie ponad 359 milinów lat! Lubicie adrenalinę? Jeśli tak, to na Kadzielni będziecie mogli konkretnie ją poczuć. Zamontowano tu tyrolkę, którą podzielono na 3 odcinki. Tyrolka nad Kadzielnią to nowa atrakcja na mapie miasta. Cała trasa liczy ok. 600 metrów. Najdłuższa lina ma długość 333 metry i zawieszona jest na wysokości 40 m! Jednak podobno to nie ten zjazd dostarcza największej adrenaliny, a most linowy wśród koron drzew oraz drabinka, prowadząca do następnej platformy zjazdowej. Pierwszy odcinek można pokonać w tandemie. Przed zjazdem każdy przechodzi obowiązkowe szkolenie, i to nie tylko teoretyczne, ale i praktyczne. Zamontowano tu dodatkowe krótkie 3 odcinki na potrzeby treningu. W ten sposób można poćwiczyć przypinanie liny oraz hamulec, z którego trzeba skorzystać pod koniec każdego zjazdu. Trasa wyposażona jest w system asekuracji ciągłej, a więc nie ma możliwości wypięcia się z liny asekuracyjnej. W dawnym kamieniołomie Kadzielnia znajduje się także największe nagromadzenie jaskiń i schronisk skalnych w regionie. Udostępniono tu trasę podziemną o długości 140 metrów, składającą się z trzech jaskiń: Jaskini Odkrywców, Prochowni i Szczeliny na Kadzielni. Wietrznia To kolejny z rezerwatów, jakim mogą pochwalić się Kielce. Miejsce to ciekawe jest przede wszystkim ze względu na walory geologiczne. Wietrzenia miano rezerwatu nosi od 1999 roku. Na swoim terenie łączy trzy kamieniołomy. Warto zobaczyć je wszystkie, a także zajrzeć na pobliskie Glinianki. Miłośnicy geologii będą z pewnością zachwycenie tym, co tu odnajdą. Na szczególną uwagę zasługują wapienie dewonu (o tym okresie dowiecie się więcej w Centrum Geoedukacji na terenie Wietrzni), fantastyczne okazy różnych minerałów oraz skamieniałości. Jeśli ktoś takimi tematami się nie interesuje, i tak spędzi miło czas...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/11/co-warto-zobaczyc-w-kielcach-15-atrakcji-na-weekend.html">Co warto zobaczyć w Kielcach &#8211; 15 atrakcji na weekend</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/11/co-warto-zobaczyc-w-kielcach-15-atrakcji-na-weekend.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>7</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Plan podróży po Jordanii &#8211; Jordania w 2 tygodnie (15 dni)</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/10/jordania-plan-podrozy-2-tygodnie-15-dni.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/10/jordania-plan-podrozy-2-tygodnie-15-dni.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 28 Oct 2021 17:11:38 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Jordania]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=18855</guid>

					<description><![CDATA[<p>Jordania w 2 tygodnie? Czy warto do tego kraju jechać aż na tyle dni? Niektórzy bardzo się dziwili, gdy mówiłam o swoich planach. I tu od razu odpowiadam. Zdecydowanie warto! Jordania to nie tylko Petra oraz Wadi Rum, choć te miejsca oczywiście obowiązkowo trzeba zobaczyć. Jordania to także niezliczona ilość przepięknych wadis. To one zaskoczyły i zachwyciły mnie bez reszty. Warto także udać się na północ Jordanii, która stosunkowo rzadziej odwiedzana jest przez turystów. Jak wyglądał nasz plan podróży po Jordanii? Co dokładnie zobaczyliśmy i zwiedziliśmy? Gdzie nocowaliśmy i jak się przemieszczaliśmy po kraju? O tym przeczytacie w tym wpisie. Jeśli planujecie podróż do Jordanii, zajrzyjcie koniecznie do wpisu z informacjami praktycznymi: &#160; Do Jordanii pojechałam z trójką znajomych. Po kraju podróżowaliśmy wypożyczonym samochodem. Skorzystaliśmy z lokalnej wypożyczalni Auto Nation i byliśmy bardzo zadowoleni. Otrzymaliśmy upgrade i dodatkowo podwózkę do hotelu w Ammanie. Główne biuro znajduje się w stolicy, drugie w pobliżu lotniska. Bardzo miły właściciel szybciutko odpowiada na whatsappie. Naszą Kią Cerato pokonaliśmy ponad 1000 km podczas 2-tygodniowej objazdówki. Dzień 1 &#8211; Przylot. Madaba i przejazd do Dżarasz (Jerash) Plan podróży po Jordanii rozpoczyna się oczywiście na lotnisku w Ammanie (Queen Alia International Airport). Do Jordanii lecimy na skrzydłach linii Ryanair z Modlina. Lot trwa 3 godziny i 15 minut. Lądujemy o 11:15 i od razu udajemy się na kontrolę. Sprawdzany jest test PCR oraz certyfikat szczepienia. Jeśli ktoś go nie posiada, musi jeszcze raz się przetestować. Jako, że przed wyjazdem nabyliśmy już Jordan Pass, nie musimy płacić dodatkowo za wizę. Jest ona zawarta już w tym dokumencie, który stanowi także wejściówkę do Petry i innych atrakcji na terenie Jordanii. Następnie wymieniamy pieniądze w Arab Banku w hali przylotów. Znajduje się on po prawej stronie, gdy stoicie twarzą do wyjścia. W tym banku nie ma prowizji. Na lotnisku czeka już na nas przedstawiciel Auto Nation. Podwozi nas do wypożyczalni, tam załatwiamy wszelkie formalności i wsiadamy w nasze autko marki Kia Cerato. Musimy dotankować, bowiem bak nie jest pełny. Stacja benzynowa znajduje się tuż przy wypożyczalnie. Ruszamy w kierunku Madaby. Spacer po Madabie: kościół św. Apostołów, grecka cerkiew św. Jerzego ze słynną mozaikową mapą Ziemi Świętej, Park Archeologiczny z innymi mozaikami oraz kościół Ścięcia św. Jana Chrzciciela z ciekawymi podziemiami i wieżą widokową. Z Madaby udajemy się na Górę Nebo. Więcej o Madabie przeczytacie w tym wpisie: &#160; Stąd jedziemy już prosto do Dżarasz. Przejazd trwa półtorej godziny. Zameldowanie w hotelu Full Panorama To Archaeological Site Jerash, kolacja na mieście oraz nocne zwiedzanie starożytnych ruin rzymskiego miasta. Dzień 2 &#8211; Dżarasz (Jerash) oraz Morze Martwe (Swemeh) Zwiedzanie ruin w Dżarasz, czas około 3 godziny. Przejazd nad Morze Martwe. Po drodze wstępujemy jeszcze do miejsca chrztu Jezusa Chrystusa (Baptism Site), jednak wstęp jest płatny (obowiązuje inny Jordan Pass), a do tego trzeba obowiązkowo skorzystać z shuttle busa za 12 JOD. Kurs trwa 10 min., resztę pokonuje się już na piechotę (ok. 45 minut marszu). Rezygnujemy zatem i udajemy się prosto do naszego hotelu nad Morzem Martwym. Zameldowanie w hotelu Dead Sea Spa. Popołudnie na prywatnej hotelowej plaży. Do dyspozycji gości jest tu błotko z Morza Martwego. Naturalne SPA polega tu na tym, że najpierw smarujemy nasze ciało błotem, a potem wskakujemy do słonej oleistej wody. To naprawdę działa, skóra jest gładziutka, wręcz aksamitna. W planie podróży po Jordanii koniecznie musi pojawić się Morze Martwe i czarne błotko;) Korzystamy także z infrastruktury basenowej. Wieczorem kolacja w jednym z jordańskich fast-food&#8217;ów przy głównej drodze. Dzień 3 &#8211; Wadi Mujib, Wadi Numeira, Rezerwat Biosfery Dana Rano po śniadaniu przejazd do Wadi Mujib, czas przejazdu 30 minut. Wstęp do Wadi Mujib kosztuje 21 JOD. Wszystkie rzeczy zostawiamy w samochodzie na parkingu, zaś kluczyki od samochodu lądują w szafeczce na recepcji. Czas pokonania trasy w jedną stronę to średnio godzina. My spędzamy tu aż trzy, bowiem chcemy nacieszyć się tym miejscem oraz zrobić dużą ilość zdjęć. Na trasie są punkty z linami, drabinki oraz klamerki. W niektórych punktach poziom wody zakrywa, tutaj właśnie umieszczono liny. Na końcu szlaku znajduje się spory wodospad. Kamizelka obowiązkowa, dostajemy je bezpłatnie przy recepcji. Trzeba mieć odpowiednie buty do wody z dobrą przyczepnością. Można skorzystać ze swoich lub zakupić takie na recepcji za 5 JOD. Po Wadi Mujib jedziemy dalej w stronę Rezerwatu Dana. Po drodze zatrzymujemy się na punkcie widokowym przy Morzu Martwym. Można tutaj zejść na plażę, która jest darmowa. Punkt ten zaznaczony jest na Google Maps jako Point de vue (Dead sea free swimming). Kolejny przystanek to punkt nieco poza utartym szlakiem, a konkretnie Wadi Numeira. Przejazd z Wadi Mujib zajmuje 30 minut. Po drodze zatrzymujemy się w jednej z miejscowości na szybki obiad w postaci falafela za 1 JOD. W Wadi Numeira nie ma żadnej infrastruktury. Samochód parkujemy na dużym placu, przy którym stoi jakiś budynek. W Wadi Numeira spędzamy dwie godziny. Dochodzimy do małego wodospady i zawracamy. Ta początkowa części wąwozu jest właśnie najpiękniejsza. Przejazd do Rezerwatu Biosfery Dana. Droga od pewnego momentu jest bardzo malownicza. Wiedzie przez góry, jest wąska, prowadzi serpentynami. My akurat ze szczytów mamy okazję podziwiać zachód słońca. Warto tu jednak być ciut wcześniej, by podziwiać widoki na całej trasie. Przejazd z Wadi Numeira zajmuje nam około 3 godziny z małą przerwą na dwa punkt widokowe i zakupy w pobliskim miasteczku. Zameldowanie w hotelu Wadi Dana Lodge. Dzień 4 &#8211; Rezerwat Biosfery Dana &#8211; Dana Trail Plan podróży po Jordanii bez Rezerwatu Dana? Nie polecam. Dana musi być. Po śniadaniu około godziny 9:00 ruszamy na główny szlak. Jest to Dana Trail i zaczyna się w samej wiosce. Liczy ok. 14 km. Idzie się praktycznie cały czas dnem wąwozu. Widoki dosłownie zapierają dech w piersiach. Krajobraz zmienia się co jakiś czas, więc nie jest monotonnie. Ten szlak nie wymaga przewodnika. Przejście całego szlaku zajmuje nam 6 i pół godziny. Jednak w ogóle się nie śpieszymy, chcemy nacieszyć się tym, co dookoła. Na końcu szlaku znajduje się kemping oraz Feynan Ecolodge (stąd wychodzą inne szlaki). Uwaga! To nie jest pętelka. Na końcu musi Was ktoś odebrać lub po prostu zawracacie w pewnym momencie. Warto jednak zrobić całość. Za samochód powrotny trzeba zapłacić 50 JOD. To nie jest mało, ale droga powrotna trwa ponad 2 godziny, a do tego to atrakcja sama w sobie. Po przyjeździe do wioski, krótki odpoczynek, a potem spacer i obserwacja zachodu słońca ze skarpy z widokiem na dno wąwozu. Kolacja w naszym hotelu, cena 7 JOD za osobę. Jedzenie jest tu rewelacyjne. Dzień 5 &#8211; Rezerwat Biosfery Dana &#8211; White Dome Trail Po śniadaniu wyruszamy na kolejny szlak. Tym razem jest to White Dome Trail, który rozpoczyna się także w wiosce Dana. Wszędzie na stronach, opisujących tę trasę, znajdziecie informację, iż wymagana ona przewodnika. My jednak idziemy sami, korzystając z maps.me i to jest świetny pomysł. Szlak wiedzie zboczem wąwozu i jest w miarę dobrze oznaczony. W razie wątpliwości mapka zawsze prawdę Wam powie. Stopień trudności jest średni. Dla górołazów można by go nawet określić jako łatwy. Niemniej są to góry, więc i wdrapać się czasami trzeba i dać kroka w pobliżu małej przepaści. Trasa w jedną stronę liczy 8 km, powrót jest tą samą drogą. Czas przejścia zależy od tego, czy pokręcimy się jeszcze po terenie na końcu szlaku. Można przejść na fantastyczny punkt widokowy, co też czynimy. Można także zajrzeć do pobliskich jaskiń. Nam ta wycieczka zajmuje cały dzień. Oczywiście widoki spektakularne. Dzień 6 &#8211; Rezerwat Dana &#8211; Wadi Ghuweir, Mała Petra Plan na Wadi Ghuweir rodzi się spontanicznie przy kolacji dnia poprzedniego. Dlaczego? Przekonują nas zdjęcia pięknego różowego wąwozu z zielonymi palmami. Ruszamy zaraz po śniadaniu. Tym razem musimy dojechać do wejścia na szlak. Nie jesteśmy pewni, czy naszym sedanem damy radę. Na szlak można wejść tak naprawdę z dwóch stron, albo od Feynan Ecolodge (tu potrzebny jest terenowy samochód), albo od drugiej strony, przy drodze za wioską Al-Mansoura. Już sama jazda dostarcza sporej adrenaliny. Trzeba zjechać w dół konkretnymi serpentynami wąską szosą, na której przez chwilę znika asfalt. Samochód zostawiamy pod drzewkiem i ruszamy na trekking. Na początku trasa prowadzi przez odsłonięte koryto rzeki. Jednak im dalej, tym bardziej przejście się zwęża i w końcu wchodzimy w wąski kanion. Do końca szlaku nie dochodzimy, ale docieramy do miejsc z zielonymi palmami, wyrastającymi ze skał. Obrazek nieziemski&#8230; do tego gdzieniegdzie widoczne są malutkie wodospady. Cały szlak ma długość 7-8 km. I my tyle mniej więcej robimy, gdyż musimy wrócić jeszcze do auta. Trekking zajmuje nam 3,5 godziny. Szlak nie jest trudny oprócz jednego przejścia, gdzie trzeba zejść po skale, mając do dyspozycji wyżłobione wgłębienia. Uwaga, w tym wadi istnieje zagrożenie tzw. flash floods, czyli szybkimi powodziami. W zimie nie powinno się tu wchodzić właśnie z tego powodu. Następnie udajemy się do Wadi Musa. Zameldowanie i przejazd do Małej Petry. Wstęp do Małej Petry jest bezpłatny. Zwiedzanie bez  pośpiechu zajmuje nam 2 godziny. Spokojnie można to zrobić w godzinkę czy półtorej. Mała Petra jest naprawdę mała, jednak bardzo ciekawa. Można tu wspinać się po schodkach i z góry podziwiać rozwiązania architektoniczne Nabatejczyków. Na końcu znajduje się mała &#8220;kafejka&#8221; oraz punkt widokowy. Powrót do Wadi Musa oraz kolacja na mieście. Dzień 7 &#8211; Petra &#8211; Szlak Główny, Monaster, Al Kubtha Trail Wejście do Petry 7:00 rano. Śniadanie przy Skarbcu Faraona. Przejście szlakiem głównym (Main Trail) &#8211; amfiteatr, ulica kolumnowa, Nimfeum, Wielka Świątynia, Qasr al-Bint. Przejście do Monasteru. Tutaj droga prowadzi dość ostro pod górę po skalnych schodkach. Po drodze kramy z pamiątkami oraz mały bar. Odpoczynek przy Monasterze. Przejście na punkt widokowy za Monasterem. W drodze powrotnej oddzielam się od grupy. Reszta ekipy idzie na szlak High Place of Sacrifice Trail, a ja kieruję się na Szlak Grobowców, zwany Al Kubtha Trail. Na końcu tego szlaku spojrzycie na Skarbiec z góry. Szlak ma kolor zielony i liczy sobie 3,5 km. Najpierw zatrzymuję się przy grobowcach, a potem po schodkach skalnych wchodzę do góry. Stąd rozciąga się wspaniały widok na amfiteatr oraz Wielką Świątynię. Stąd trzeba przejść jeszcze kawałek do punktu widokowego, ukrytego w &#8220;kafejce&#8221; na skarpie. Wstęp bezpłatny. Wejście i zejście zajmuje około 2,5 &#8211; 3 godziny. W Petrze zostajemy do zmroku. Kiedy zbieramy się do wyjścia, personel rozkłada już lampiony na &#8220;Petrę by night&#8221;. Niestety nie mamy już siły, by jeszcze raz wrócić na nocne show. Szybka kolacja w postaci falafela na terenie Visitor Center i wracamy na kwaterę. Dzień 8 &#8211; Petra: High Place of Sacrifice, Al Kubtha, Wadi Rum W Petrze ponownie stawiamy się bardzo rano. Ponownie na chwilę zatrzymujemy się przy Skarbcu Faraona. Następnie ja odbijam na szlak High Place of Sacrifice, a reszta ekipy udaje się na Szlak Grobowców &#8211; Al Kubtha. Szlak rozpoczyna się tuż przed amfiteatrem i prowadzi dość ostro pod górę. Ponownie wchodzi się tu po skalnych schodkach. Tym razem drogę urozmaicają widoki na drugą stronę Petry. W pewnym momencie, już na górze, trzeba odbić w prawo, by dojść do głównego punkty na trasie. Z High Place of Sacrifice schodzę jeszcze do małej &#8216;kafejki&#8221;, usytuowanej na skarpie. Widok jeden z lepszych w całej Petrze&#8230; można tu spojrzeć na Szlak Grobowców. Wracam na dół tą samą drogą, całość zajmuje mi półtorej godziny. Przechodzę przez mostek na drugą stronę. Tu wdrapuję się na skałę i dochodzę do tej części grobowców, której nie zwiedzałam poprzedniego dnia. Na chwilę zatrzymuję się na punkcie widokowym na amfiteatr i schodzę na dół ponownie na szlak Al Khubtha. Wdrapuję się na górę jeszcze raz, by ponownie spojrzeć na Skarbiec z góry. Stąd idę jeszcze do miejsca zwanego &#8220;The Church&#8221;, gdzie zachowały się nabatejskie mozaiki. Wyjazd z Wadi Musa i przejazd do Wadi Rum. W wiosce Wadi Rum czeka na nas Hillal, nasz gospodarz. Samochód zostawiamy u niego pod domem i ruszamy do Wadi Rum Desert Base Camp. Spacer na zachód słońca oraz kolacja w campie. Pierwszego wieczoru podawany jest zarb, beduiński grill. Wszystko zakopuje się w ziemi na 2-3 godziny. Dzień 9 &#8211; Wadi Rum jeep tour Zwiedzanie głównych punktów na Wadi Rum. Objazd zaczynamy około 9:00 rano po pysznym śniadaniu. Przed obiadem odwiedzamy takie miejsca, jak: Lawrence house, Small rock bridge, Red dune oraz Khazali Canyon z inskrypcjami oraz naskalnymi rysunkami. Następnie wspólnie przygotowujemy lunch, choć tak naprawdę w...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/10/jordania-plan-podrozy-2-tygodnie-15-dni.html">Plan podróży po Jordanii &#8211; Jordania w 2 tygodnie (15 dni)</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/10/jordania-plan-podrozy-2-tygodnie-15-dni.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Sztramberk &#8211; czeskie miasteczko, pachnące uszami</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/sztramberk-czeskie-miasteczko-pachnace-uszami.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/sztramberk-czeskie-miasteczko-pachnace-uszami.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 24 Aug 2021 22:53:03 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Czechy]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w Czechach]]></category>
		<category><![CDATA[Czechy na weekend]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia morawska]]></category>
		<category><![CDATA[tradycyjna kuchnia czeska]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=18743</guid>

					<description><![CDATA[<p>Sztramberk, po czesku Štramberk, to słodkie małe miasteczko na Morawach, leżące u podnóża Beskidów. Ulokowało się ono w centrum Wierzchowiny Sztramberskiej na stokach kilku wzgórz: Zamkowego, Kotoucza, Białej Góry, Wierzchów Libocińskich oraz Czerwonego Kamienia. Można  odnieść wrażenie, iż otulone wzniesieniami niejako skryło się przed światem. Ze względu na swą malowniczość nazywane jest wołoską szopką lub &#8220;Morawskim Betlejem&#8221;. Miasteczko skradło moje serce już na wejściu, a raczej na wjeździe. Wąskie klimatyczne uliczki, oryginalny rynek oraz piernikowy zapach, unoszący się niemalże wszędzie. Sztramberk leży zaledwie 50 km od polskiej granicy. Spokojnie można tu wyskoczyć nawet na weekend. Co polecam zobaczyć? Oto atrakcje Sztramberka, czyli powody, dla których warto odwiedzić tę morawską perełkę. Jeśli wybieracie się na Morawy, koniecznie zajrzyjcie do innych moich wpisów z tego regionu: Stezka Valaška w Czechach – szklany skywalk w koronach drzew Ołomuniec – dawna stolica Moraw. Atrakcje, zabytki, co warto zobaczyć Czeskie specjały – czego warto spróbować na Morawach Rynek w Sztramberku Zwiedzanie z pewnością rozpoczniecie od Rynku. Ten jest niewielki i specyficznie położony. Można odnieść wrażenie, że jest nieco krzywy. A to dlatego, iż ulokowany jest na zboczu góry. Przy Rynku w Štramberku ulokowały się słodkie barokowe kamieniczki. Największym budynkiem jest tutaj barokowy kościół św. Jana Nepomucena, wzniesiony w pierwszej połowie XVIII wieku. Warto zajrzeć tu do środka i dowiedzieć się więcej o historii samego kościoła, jak i Sztramberka. Możecie poprosić o nagranie w języku polskim, które zostanie puszczone z głośników w kościele. Na Rynku zobaczycie także ciekawą fontannę z przełomu XIX oraz XX wieku. Przedstawia ona Hygieję, grecką boginię zdrowia. Pod pompą obok fontanny ukryta jest studnia browaru miejskiego, zburzonego w 1865 roku. Oczywiście na Rynku obecnie znajdziecie mały lokalny browar Městský pivovar Štramberk. Mieści się on po przeciwnej stronie kościoła. Warto tu zajrzeć i skosztować regionalnych dań oraz dobrego piwka. Szczególnie polecam Wam Štramberský Ušák&#8230; czyli piwo piernikowe (nazwa nieprzypadkowa)! Kolejny obiekt, na który polecam zwrócić uwagę to Targ mięsny, a dokładnie hala targowa koło dolnej bramy. To jeden z najstarszych budynków miejskich, który został uwieczniony na szkicu z roku 1722. Od 1822 roku pełnił funkcję targu mięsnego. Przy samym Rynku znajduje się także Muzeum Zdeňka Buriana. To czeski malarz oraz ilustrator. Odwzorował sceny m.in. z powieści Karla May&#8217;a, Jack&#8217;a Londona czy Jules&#8217;a Verne&#8217;a. Jego najwybitniejszym dziełem była książka o wymarłych już jaszczurach i zwierzętach prehistorycznych, którą stworzył wraz z paleologiem Josefem Augustą. Muzeum mieści się na zrekonstruowanym poddaszu późnobarokowego domu wyszynkowego. Zapewne Waszą uwagę zwróci fakt, iż na Rynku nie ma obecnie Ratusza. Mieścił się on w dolnej części Rynku w kamienicy nr 12. Niestety nie przetrwał do czasów obecnych. Został zburzony w 1868 roku wraz z dawnym browarem miejskim. Siedzibą władz miejskich został budynek szkoły, znajdujący się przy dolnej bramie. Drewniana wołoska architektura Główne atrakcje Sztramberka skoncentrowane są w jego starej części. Miasteczko ma naprawdę niesamowity klimat, a tworzy go między innymi piękna architektura drewniana. To wołoskie chaty zrębowe z przełomu XVIII i XIX wieku. Jest ich tu około 80! Najładniejszą uliczką jest ulica Jarońkova, którą można podejść na wzgórze. Ów zespół wołoskiej architektury ludowej stanowi architektoniczny unikat, swego rodzaju skansen. Przy wspomnianej już uliczce Jarońkovej, zwanej Złotą, zobaczycie 7 drewnianych zabytkowych domów z XVIII wieku oraz zabytkową drewnianą studnię z kołowrotem. Stanowiła ona zamkowe źródło wody pitnej. Wołoskie chaty zobaczycie jeszcze m.in. przy ulicach Górna Baszta, Dolna Baszta czy Kopiec. Warto pokręcić się tu przez chwilę, by odnaleźć jak najwięcej takich perełek. Kim byli Wołosi? Wołoszczyzna Morawska to niewielki region etnograficzny w północnych Morawach na granicy czesko-słowackiej. Czeska nazwa to Valašsko. Wołosi (nazywani także Włachami, Włochami, Wołochami czy Wałachami) byli pasterzami, którzy wędrowali wzdłuż Karpat, szukając pastwisk. Dotarli aż do Moraw. Z racji tego, iż był to teren górzysty, najpierw zasiedlane były tylko partie nizinne. Z czasem Wołosi dotarli także w morawskie góry. Pozostawili po sobie swoją kulturę ludową oraz charakterystyczny dialekt. Zamek Sztramberk i Truba Kolejną atrakcją Sztramberka jest niewątpliwie górująca nad miasteczkiem wieża. Słynna Truba to znak rozpoznawczy Sztramberka i jego symbol. Ulokowała się ona na Wzgórzu Zamkowym i jest pozostałością po zamku, który istniał tu przed XIII wiekiem. Nie przetrwał on jednak do czasów obecnych. Zachowała się niewielka część murów obronnych. Historia powstania miasta sięga XIV wieku. Wówczas to w 1359 roku margrabia Jan Henryk Luksemburczyk założył Sztramberk poprzez nadanie mu praw miejskich. Trzy wieki później miasto przejął zakon Jezuitów. Podczas wojny trzydziestoletniej zostało ono dotkliwie zniszczone, a wojenne działania nie oszczędziły także zamku. Jego pozostałości niszczały coraz bardziej, aż w końcu przednia część kompletnie się zawaliła. Mury zostały rozebrane i użyte jako materiał budowlany. Zachowała się jednak gotycka Trúba, czyli wieża obronna. Ma ona kształt walca. Wysoka jest na 40 metrów, szeroka zaś na około 10 metrów. W latach 1901 &#8211; 1903 została zadaszona i udostępniona zwiedzającym. Na samej górze pojawił się taras widokowy w formie doklejonego do wieży drewnianego krużganka. Na wieżę można wejść po krętych schodach i z góry spojrzeć na miasteczko i okolicę. Trzeba pokonać ponad 100 stopni, niemniej nie jest to aż tak ciężkie. Może się jednak zakręcić w głowie&#8230; początkowo metalowe schody w formie ślimaka przechodzą w drewniane drabiny. Po drodze na górę zobaczycie także stare zdjęcia wieży jeszcze przed jej zadaszeniem. Naprawdę warto się tu wdrapać dla niesamowitych widoków. Bilet normalny na Trubę w Sztamberku kosztuje 60 koron (11 zł), ulgowy zaś 30 koron (5,5 zł). Bilet rodzinny (2 dorosłych plus 2 dzieci 6-15 lat) kosztuje 150 koron (27 zł). Dzieci do lat 6 wchodzą za darmo. Można płacić kartą. Godziny otwarcia sprawdzicie na stronie Zamku Sztramberk. Jaskinia Šipka (Szipka) W pobliżu Sztramberka znajduje się kolejna ciekawa atrakcja, a mianowicie Jaskinia Šipka (Szipka), zwana niegdyś Dziurą Szipa. Można do niej zajrzeć za darmo o każdej porze dnia i roku (zimą uwaga na śliskie podejście). A jaskinia to nie byle jaka, bo odkryto tu kości dziecka neandertalczyka. Główny korytarz jaskini posiada długość 45 metrów, komin zaś liczy sobie aż 7 metrów. Wejście znajduje się na zboczu wzgórza Kotoucz na terenie Parku Narodowego – Narodni Sad. W latach 1879-1887 badania archeologiczne prowadził tu Karel Jaroslav Maska, profesor gimnazjalny z Nowego Jiczyna. To on dokonał odkrycia, które rozsławiło Szramberk w naukowym świecie. We wnęce chodnika, w popiele ogniska, znalazł odłamek szczęki dziecka neandertalskiego. Ukryty był on na głębokości 1,4 metra. Jaskinia słynie ze szczególnej aury i klimatu. Znaleziono tu także skamieniałe kości zwierząt (około 80 000), takich jak jaskiniowe niedźwiedzie oraz lwy, mamuty czy pokryte sierścią nosorożce. Z tego względu stanowi ona bardzo ważny punkt na archeologicznej mapie. Z prowadzonych tu badań wynika, iż ludzie zamieszkiwali tę jaskinię już 32 tysiące lat temu! To właśnie Jaskinia Szpika stała się inspiracją dla Zdenka Buriana, który to pod jej wpływem stworzył później swój prehistoryczny świat. Do Jaskini Szpika niestety nie dotarłam, więc to pozostaje do nadrobienia. Jest powód, by do Sztramberka wrócić. Sztramberskie uszy Kolejną atrakcją Sztramberka są niewątpliwe aromatyczne uszy! Pachnie nimi całe miasteczko. A zapach to piernikowy, korzenny. Štramberské uši wypiekane są tu od setek lat, a według legendy aż od 1241 roku. To pierwszy czeski produkt regionalny, posiada Chronione Oznaczenie Geograficzne. Nazwy Uszy sztramberskie używać mogą wyłącznie producenci z terenu miasta. Owe piernikowate słodkości naprawdę mają kształt uszu. Legenda głosi, iż nazwa pochodzi od uszu chrześcijan, które mieszkańcy Sztramberka znaleźli w obozie Tatarów po ich ucieczce. Najazd tatarski miał miejsce w 1241 roku. Mieszkańcy Sztramberka ukryli się na wzgórzu, by zatopić obóz wroga wodą z przytaszczonego tu zbiornika. Cała operacja powiodła się, w wyniku czego najeźdźcy opuścili te tereny. W obozie znaleziono worek wypełniony odciętymi uszami niewiernych. Miały one stanowić dowód zwycięstwa dla tatarskiego chana. Druga historia mówi o nawiązaniu nazwy słodkości do kształtu wieży. Gdzie najlepiej kupić sztramberskie uszy? Jeśli chcecie poznać smak oryginalnych sztramberskich uszu, polecam Wam Cukiernię u Hezounu (Zauličí 557, 742 66 Štramberk). Dlaczego? Dlatego, iż tam robione są one według prawdziwego przepisu. Ciasto musi być bowiem zagniecione i rozwałkowane. Niektórzy zaś idą na łatwiznę i przygotowują ciasto o konsystencji naleśnikowej. Udało mi się zajrzeć na zaplecze i zobaczyć cały proces produkcji na własne oczy. Przy produkcji uszu pracuje tu cała rodzina. Ciasto przygotowywane jest przez żonę właściciela, a następnie rozwałkowywane w specjalnej maszynie. Reszta robiona jest już ręcznie. Z wielkiego placka za pomocą szklanki wycinane są małe okrągłe placuszki jak na pierogi. Następnie pan Hezounu wkłada je do rozgrzanego pieca na kilka minut, a następnie córka wsuwa je do kolorowych kubeczków, by nabrały kształtu uszu. Na samym rynku znajdziecie trzy punkty z uszami. W Pekárni U Káči (Náměstí 15) także możecie podejrzeć sposób wyrabiania tych morawskich słodkości. Produkcja odbywa się tu zaraz za ladą sklepową. Inne atrakcje Sztramberka To jeszcze nie wszystkie atrakcje Sztramberka. Jeśli macie więcej czasu, warto zostać tu ciut dłużej, by na spokojnie zwiedzić miasto oraz okolice. Atrakcje Sztramberka to nie tylko same zabytki. A co jeszcze warto zobaczyć i zrobić w Sztramberku? Štramberk Spa, czyli kąpiel w piwie Czechy to kraj piwem płynący. Zatem taka atrakcja jest jak najbardziej wskazana. Osobiście bardzo polecam. Owa kąpiel niesie ze sobą wiele właściwości zdrowotnych, znakomicie odpręża. Oczywiście połączona jest z degustacją trunku. Zażyjecie jej w specjalnej drewnianej kadzi w naturalnych mini-łaźniach. Ulokowały się one na samym sztramberskim rynku. Tutejsze piwne kąpiele nawiązują do uzdrowiskowej tradycji, która znana jest tu od 160 lat. Adres: Štramberk Spa / Náměstí č.p. 7 / 742 66 Štramberk (tutaj także możecie zanocować, klimatycznie urządzony hotel, cena za pokój 2-os. od 230 zł) Cena piwnego SPA: od 700 (125 zł) do 1600 koron (286 zł) Biała Góra (557 m n.p.m.) To już jest wycieczka poza zabudowania miasta. Jeśli lubicie aktywnie spędzać, to będzie to bardzo przyjemna opcja. Góra położona tuż obok Sztramberka. Na końcu trasy znajduje się wieża widokowa o wysokości 43 metrów, przypominająca strukturę DNA! Rozciąga się stąd bardzo ładny widok na wieżę oraz samo miasteczko. Gdzie zaczyna się trasa? W centrum Sztramberka przy bramie Národní sad. Prowadzi ona przez ścieżkę edukacyjną Lašská naučná stezka Štramberkem. To Słoneczny Szlak, inspirowany znakami zodiaku. Oznaczony jest kolorem zielonym. Sztramberk &#8211; informacje praktyczne I na koniec jeszcze kilka informacji, które mogą Wam ułatwić zwiedzanie i poruszanie się po Sztramberku. Ile czasu poświecić na zwiedzanie miasta? Najważniejsze miejsca zobaczycie w pół dnia, jednak ja zachęcam do pozostania tu dłużej nawet na weekend. Dojazd do Sztramberka Jeśli chcecie uniknąć kupowania winiety, musicie przybyć tu autostradą A1 przez Ostrawę. W Mapach Google koniecznie włączcie opcję &#8220;unikaj opłat&#8221;. W Ostrawie musicie zjechać z głównej trasy i resztę odcinka pokonać przez małe miasteczka. Parkowanie w Sztramberku Parkowanie na starym mieście jest niestety utrudnione. Nie ma tu za wiele parkingów, a miejsc do zostawienia samochodu jest niewiele. Wąski wybrukowane uliczki nie dają do tego przestrzeni. My zaparkowaliśmy auto pod szkołą na bocznym placu i za ten postój nie zapłaciliśmy. Jeśli nie uda się Wam znaleźć takiego sprytnego punktu, polecam zostawić samochód po prostu na płatnym parkingu. Jest ich tu kilka, jeden duży o nazwie Central lub mniejszy koło szkoły. Za cały dzień zapłacicie około 50 koron. Bilet pobierzecie w parkomacie. Atrakcje Sztramberka są de facto na wyciągnięcie ręki, więc wszędzie dojdziecie na piechotę. Atrakcje Sztramberka pięknie opisała także u Gosia Voyagerka.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/sztramberk-czeskie-miasteczko-pachnace-uszami.html">Sztramberk &#8211; czeskie miasteczko, pachnące uszami</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/sztramberk-czeskie-miasteczko-pachnace-uszami.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>4</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Stezka Valaška w Czechach &#8211; szklany skywalk w koronach drzew</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/stezka-valaska-w-czechach-szklany-skywalk-w-koronach-drzew.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/stezka-valaska-w-czechach-szklany-skywalk-w-koronach-drzew.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Aug 2021 01:05:27 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Czechy]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zjeść w Czechach]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w Czechach]]></category>
		<category><![CDATA[Czechy na weekend]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia morawska]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=18649</guid>

					<description><![CDATA[<p>Lubicie odwiedzać nieoczywiste miejsca? Ja bardzo. Dla mnie niewątpliwie takim miejscem jest Stezka Valaška w Czechach, i to nie tylko ze względu na atrakcje w chmurach. Stezka Valaśka (Ścieżka Ciupaga) to ścieżka w koronach drzew, znajdująca się na Przełeczy Pustevny w Beskidzie Śląsko-Morawskim. By dotrzeć na samą górę, trzeba albo wsiąść w kolejkę, albo wdreptać tam na nogach lub też wjechać terenową hulajnogą (te w Czechach bardzo popularne). Następnie mały spacer pod górę i dochodzicie do wejścia na ścieżkę. Dodatkowa atrakcja to most wiszący niczym w Himalajach. Można się tu zmierzyć ze swoimi lękami, a most potrafi się rozbujać. Kolejnym zaskakującym tu miejscem jest kompleks kolorowych drewnianych budynków, niesamowicie zdobionych zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz o nazwie Libuśin oraz Maměnka. Zapraszam Was w nieoczywistą czeską podróż. Jeśli zwiedzacie Morawy, koniecznie zajrzyjcie do urokliwego Ołomuńca: &#160; Wyciąg krzesełkowy ze stacji Ráztoka Jeśli chcecie na własnej skórze przekonać się, jak wygląda tu spacer w chmurach, musicie dojechać do Trojanowic. Samochód można zostawić tu na dużym parkingu, ulokowanym tuż pod Przełęczą Pustevny. Z parkingu pod wyciąg czeka Was około 15-minutowy spacer. Po drodze możecie zakupić sobie przekąskę między innymi w postaci czeskich kołaczy o nazwie frgály. Szczególnie polecam te z nadzieniem gruszkowym. Parking jest płatny i kosztuje 150 koron za cały dzień. Można płacić gotówką lub kartą. Najprostszym i najszybszym sposobem dostania się na górę, gdzie znajduje się Stezka Valaška, jest wjazd kolejką. To tak naprawdę wyciąg krzesełkowy ze stacji Raztoka. Zapewnia on nie tylko piękne widoki po drodze, ale także dawkę adrenaliny dla osób nie do końca lubiących wysokość lub ekspozycję. Ale spokojnie&#8230; skoro ja dałam radę, a mam lęk przestrzeni, to i Wy prawdopodobnie też sobie poradzicie. Dobrze jest mieć kompana obok, z którym pogrążycie się w ciekawej dyskusji, co odwróci nieco uwagę od dyndającego w powietrzu krzesełka z Waszą szanowną osobą;) Godziny kursowania kolejki oraz ceny biletów Kolejka działa codziennie, a wjazdy odbywają się co pół godziny. Pierwszy startuje jest o 9.00 rano, a ostatni jest o godzinie 18.00. Ile trwa cała podróż na górę? Zdawać się może, że nie ma końca, bowiem mija się kolejne słupki i kolejne, a to ciągle jeszcze nie tu. Tak naprawdę wjazd trwa około 10 minut. Jeśli stresujecie się zeskokiem z krzesełka, to nie musicie. Na górze, zresztą jak i na dole, pracuje osoba, kontrolująca wsiadających i wysiadających. W razie problemów kolejka zostanie na chwilę zatrzymana, a Wy spokojnie opuścicie jej teren. Cennik biletów na wyciąg krzesełkowy: dorośli – 180 koron w jedną stronę (32,20 zł), 240 koron w dwie strony (43 zł), studenci oraz emeryci po 65 roku życia – 160 koron w jedną stronę (28,60 zł), 190 koron w dwie strony (34 zł), dzieci od 5 do 12 roku życia – 90 koron w jedną stronę (16,10 zł), 130 koron w dwie strony (23,25 zł), małe dzieci do 5 roku życia – bezpłatnie. Wjazd terenowymi hulajnogami Jak już wspomniałam, inną opcją zameldowania się na górze są terenowe hulajnogi. Na dole wypożyczycie je w punkcie, znajdującym się po lewej stronie. Na hulajnogach także zjechać na nich w dół. Jeśli chcecie w drodze powrotnej zafundować sobie kolejną porcję adrenaliny, wypożyczycie je przy schronisku górskim Šumná. Przed wyruszeniem zostaniecie odpowiednio przeszkoleni w zakresie bezpieczeństwa jazdy. Otrzymacie także kaski. Przejażdżka może mieć charakter rekreacyjny w tempie spacerowym, a może także zamienić się w sprint. Uwaga, są tu trzy opcje tras. Pierwsza to powrót do Ráztoky pięciokilometrową „Książęcą Drogą”, czyli do miejsca startu kolejki. Zjazd zajmie około 20 minut, w zależności od prędkości. Drugi szlak prowadzi do miejscowości Prostřední Bečva, natomiast koniec trzeciej znajduje się w Rožnovie pod Radhoštěm. Koszt wypożyczenia hulajnogi &#8211; 190 koron (34 zł), im więcej sztuk wypożyczycie, tym mniejszy koszt jednostkowy Na górze możecie także wypożyczyć rowery elektryczne. Stezka Valaška &#8211; szklany skywalk w Czechach Po opuszczeniu krzesełka kolejki do celu czeka Was kilkunastominutowy spacer. Trzeba odbić w lewo i kierować się prosto pod górę. Po drodze przespacerujecie się ścieżką edukacyjną „Ogród zoologiczny na Pustevnym”. Zobaczycie tu małe drewniane rzeźby różnych zwierząt. Ścieżka przystosowana jest dla osób niepełnosprawnych, które poruszają się na wózku. W końcu, po małym wysiłku, dotrzecie do wejścia na słynną Stezkę Valaška. To specjalna konstrukcja, postawiona wśród koron drzew. Najpierw idziecie po prosto po drewnianej kładce, która w pewnym momencie zaczyna zakręcać. Po drodze do celu czeka na Was i na Wasze dzieciaki kilka atrakcji. I tak np. można tu skorzystać z małej ścianki wspinaczkowej czy drabiny z lin. Himalajska Ścieżka Nie, nie&#8230; to nie Kostaryka, ani żadne Chiny. To są  naprawdę są Czechy. Dodatkowa atrakcja to most wiszący niczym w Himalajach. Przyozdobiony jest kolorowymi buddyjskimi flagami, więc naprawdę na chwilę teleportujecie się do dalekiego Nepalu. Można się tu zmierzyć ze swoimi lękami&#8230; a most potrafi się rozbujać. Długość Himalajskiej Ścieżki to 150 metrów, składa się tak jakby z dwóch części. Uwaga, konstrukcja jest naprawdę mocna i bezpieczna. Każda z lin utrzyma 35 ton! Balustrada stworzona została ręcznie. Trwało to dwa miesiące. I taka ciekawostka&#8230; jaki przewożą do 150 kg ładunku na podobnych przejściach w Himalajach. Jeśli jednak nie do końca jesteście przekonani co do takiego spaceru, możecie ten odcinek pokonać po drewnianej kładce obok. Wieża i szklany skywalk W ten sposób dotrzecie do Wieży, która to ślimaczkiem zaprowadzi Was już do celu (tutaj czekają na Was jeszcze trampoliny). Jej wysokość to aż 22 metry, a stoi na wysokości 1099 m n.p.m. Podczas przygotowań pod jej budowę, odkryto tu jaskinię. Na końcu ścieżki, a jednocześnie na samym szczycie Wieży znajduje się szklany wypustek. Uwaga, jest to najbardziej wysunięty szklany skywalk bez stalowej poręczy w Europie! Wysunięcie wynosi aż 7 metrów. Umieszczony został 30 metrów nad ziemią. Weszłam na niego chyba tylko dla tego, że znajdował się chwilowo w chmurach. Więcej informacji (godziny otwarcia) oraz ciekawostek o tej atrakcji znajdziecie na stronie obiektu Stezka Valaška. Stezka Valaška &#8211; ile kosztują bilety Wstęp jest płatny i nie ma opcji, by się niepostrzeżenie przemknąć bądź prześlizgnąć. Postawiono tu solidną bramkę (wykonana w Turcji) i dopiero ważny bilet otworzy Wam wrota do korony drzew i do chmur. Ile kosztuje wejście? Ceny biletów na Stezkę Valaška: dorośli – 260 koron (46,50 zł) w kasie lub 250 koron (44,50 zł) przez Internet, dzieci w wieku 4-14 lat, emeryci po 65 roku życia – 200 koron (35,75 zł) w kasie lub 190 koron (34 zł) przez Internet, bilet rodziny (2 osoby dorosłe + 2 dzieci) – 700 koron (125 zł), grupa ponad 15 osób – 220 koron osoba (40 zł). Maměnka oraz Libuśin &#8211; bajkowe schronisko oraz restauracja Kolejnym zaskakującym miejscem na Przełęczy Pustevny jest kompleks kolorowych drewnianych budynków, niesamowicie zdobionych zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz. To Libuśin oraz Maměnka, zabytkowe schronisko wraz z fantastyczną restauracją. Autorem tychże obiektów jest słowacki architekt Dušan Jurkovič. To nie jedyne dzieła tegoż mistrza w Czechach. Wszystkie budowle Jurkoviča charakteryzuje oryginalny styl, na który wpływ miała architektura ludowa. I to właśnie widać tu, na Przełęczy Pustevny. Budynki robią ogromne wrażenie, jednak to, co ujrzycie w środku może zwalić z nóg. Przyznam się Wam, że ciężko było mi się skupić na jedzeniu, bo ilość i piękno zdobień przyciągały non stop uwagę. Koronkowe wykończenia, ludowa kolorystyka oraz sposób urządzenia restauracji działają na wyobraźnię. Pierwsze schronisko na Przełęczy Pustevny powstało w 1891 roku. Jako, że turyści coraz liczniej i chętniej zaczęli pojawiać się w tych stronach, zlecono budowę kolejnych. I tak oto w 1899 roku zostały otwarte Libušín i Maměnka. Obiekty, które obecnie stoją w tymże miejscu są rekonstrukcją. Stan oryginałów był swego czasu fatalny. Pomysł wskrzeszenia dawnego zabytku pojawił się w latach 80-tych XX wieku. Restauracja Libušín została otwarta w 1999 roku, a 4 lata później oddano do użytku hotel Maměnka. Jakiś czas temu (w 2014 roku) wybuchł tu pożar, który w znacznej mierze zniszczył zabytkowe budynki. Na szczęście udało się je uratować i wyremontować. Nocleg w sezonie kosztuje tu ok. 500 zł za dobę za pokój 2-osobowy ze śniadaniem. Nie jest to mało, ale wnętrza są tutaj równie pięknie urządzone. Restauracja Libuśin &#8211; czego warto spróbować Restauracja Libušín serwuje dania kuchni regionalnej. Kuchnia czeska jest bardzo mięsna oraz ziemniaczana. Do tego bywa bardzo zaskakująca. To, co zamawiacie, wcale nie musi wyglądać tak, jak się spodziewacie. I tutaj właśnie może się tak zdarzyć. A oto, jakich czeskich specjałów możecie tu spróbować: zupa czosnkowa na bulionie, bardzo popularna w Czechach &#8211; 69 koron, ok. 12 zł, kwaśnica z kiszonej niepłukanej kapusty, zabielanie śmietaną, bardzo treściwa &#8211; 79 koron, ok. 14 zł, brynzové strapačky ze słoniną &#8211; 195 koron, ok. 35 zł, &#8220;kachna burger&#8221;, czyli burger z kaczki, który wcale nie wygląda jak burger &#8211; 269 koron, ok. 48 zł, placki ziemniaczane, które wcale nie wyglądają jak ziemniaczane&#8230; z bryndzą i słoniną &#8211; 195 koron, ok. 35zł. Więcej o czeskiej kuchni przeczytacie we wpisie: &#160; &#160; A jeśli jeszcze mało Wam wrażeń, możecie jeszcze ruszyć w kierunku szczytów Radegast i Radhost. Na Przełęczy Pustevny można aktywnie spędzić cały dzień, a nawet i więcej. Konieczni zajrzyjcie do Gosi Voyagerki, która także świetnie opisała Stezkę Valaska w Czechach. Wpis powstał we współpracy z Czech Tourism</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/stezka-valaska-w-czechach-szklany-skywalk-w-koronach-drzew.html">Stezka Valaška w Czechach &#8211; szklany skywalk w koronach drzew</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/stezka-valaska-w-czechach-szklany-skywalk-w-koronach-drzew.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>5</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Ołomuniec &#8211; dawna stolica Moraw. Atrakcje, zabytki, co warto zobaczyć</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/olomuniec-dawna-stolica-moraw-atrakcje-zabytki-co-warto-zobaczyc.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/olomuniec-dawna-stolica-moraw-atrakcje-zabytki-co-warto-zobaczyc.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 09 Aug 2021 15:15:55 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Czechy]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zjeść w Czechach]]></category>
		<category><![CDATA[Czechy na weekend]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia morawska]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=18559</guid>

					<description><![CDATA[<p>Mówi się, że Ołomuniec to &#8220;Mała Praga&#8221;, miasto nienachalne, które zaprasza, by je poznać. Ma przepiękną, bardzo urokliwą starówkę, która wiele mówi o historii tego regionu. A historia to burzliwa, bardzo związana z Austrią, choć są także i polskie akcenty. Ołomuniec to także miasto twarożku i słodu. To była moja pierwsza wizyta w dawnej stolicy Moraw i muszę przyznać, że to, co tu odkryłam pozytywnie mnie zaskoczyło. Co warto zobaczyć w Ołomuńcu? Jakie zabytki i atrakcje czekają tu na Was? O tym przeczytacie w tym wpisie. Ołomuniec &#8211; położenie i dojazd Ołomuniec leży we wschodniej części Republiki Czeskiej u ujścia Młyńskiego Potoku i Bystrzycy do Morawy. To stolica Ołomunieckiego Kraju, znajdująca się w samym sercu Moraw. Z Katowic to tylko 180 km (2h jazdy), zaś ze stolicy Polski trzeba pokonać 460 km, co jest jak najbardziej wykonalnym dystansem, jeśli chodzi o weekendowy wypad. To także idealny przystanek w drodze do Pragi czy do Wiednia. Uwaga, z Krakowa na tej trasie kursuje Flixbus, w rozkładzie jest aż 6 połączeń jednego dnia, w weekendy jeszcze więcej. Bilety zaczynają się już od 39 zł. Do Ołomuńca bardzo łatwo dotrzeć także pociągiem. Przystanek mają tu wszystkie pociągi jadące od strony Czeskiego Cieszyna i Bogumina do Pragi. Jakiś czas temu dworzec w Ołomuńcu przeszedł gruntowny remont i wygląda o wiele lepiej niż poprzednio. Mieści się w zabytkowym budynku z 1936 roku. ﻿ &#160; Krótka historia Ołomuńca Skąd w ogóle wzięła się nazwa miasta? Do końca nie wiadomo. Teorii jest kilka. Jedna z nich wskazuje na dwa słowa &#8220;olo&#8220;, czyli piwo oraz &#8220;molec&#8220;,  czyli hałasować lub wydawać głos. Czy to pasuje? Inni zdecydowanie wiążą ją imieniem legendarnego założyciela, Olomuta. I ta wydaje się mieć więcej sensu, jednakże nie ma dowodów na to, że ów władca właśnie tak się nazywał. Legenda mówi, iż Ołomuniec został założony przez samego Juliusza Cezara, ale jak ot z legendami bywa, nie do końca można im wierzyć. Faktem jest natomiast to, iż po przyłączeniu Moraw do Czech przez przez króla Bolesława I w 1063 roku ustanowiono tu biskupstwo. Pierwsza wzmianka o Ołomuńcu pochodzi z &#8220;Kroniki Kosmasa&#8221;, która to została napisana w XII wieku. Autor wspomina księcia Wratysława, który to uciekał z Czech, a po drodze w grodzie Ołomuniec ukrył swoją żonę. Prawa miejskie gród uzyskał w XIII wieku. Wówczas nastąpił okres szybkiego rozwoju. W latach 1187 -1642 Ołomuniec pełnił rolę stolicy Moraw. Dopiero w wieku XVII miasto zaczęło tracić na znaczeniu na rzecz Brna. Najazd Szwedów również się do tego przyczynił. W Ołomuńcu miało miejsce wiele historycznych wydarzeń. W 1566 roku biskup Prusinovsky zaprosił do Ołomuńca jezuitów, przede wszystkich profesorów z włoskich uniwersytetów, celem założenia tutaj uczelni wyższej. I tak też się stało. Była ona drugim najstarszym uniwersytetem na czeskich ziemiach. W Ołomuńcu został zamordowany król Wacław III. Tutaj także w Pałacu Arcybiskupim osiemnastoletni książę Franciszek Józef I  został proklamowany na cesarza Austrii. Podobno z miastem związany był także austriacki kompozytor Wolfgang Amadeusz Mozart. Tutaj miał stworzyć w wieku 11 lat symfonię nr 6 F-dur. Dawne czasy, historię tychże terenów czuć i widać bardzo dobrze w Ołomuńcu. Czasami ma się wrażenie, że właśnie oto przenieśliśmy się do wprost do Wiednia. Atrakcje w Ołomuńcu, czyli co warto zobaczyć Przepiękne ołomunieckie Stare Miasto jest drugim, zaraz po Pradze, największym zespołem zabytkowym w Czechach. To morawska perełka, którą zdecydowanie trzeba zobaczyć. Uwaga, przewodnik Lonely Planet umieścił Ołomuniec na pierwszym miejscu w rankingu 50 europejskich miast, uznanych za te najpiękniejsze, ale mało znane. Przyznacie, że to już jest konkretna rekomendacja. Główne atrakcje w Ołomuńcu znajdują się w obrębie Starego Miasta, choć warto także rozejrzeć się i poza jego obręb. Co warto zobaczyć w Ołomuńcu? Oto zabytki tej morawskiej perełki. Dolny i Górny Rynek Co może zdziwić w Ołomuńcu? Aż dwa rynki, w tym jeden zyskał sobie miano krzywego. I rzeczywiście, dość wyraźnie widać, iż plac na Dolnym Rynku (Dolni namesti) z jednej strony opada w dół. Wrażenie robią tu kolorowe kamieniczki, a szczególnie Pałac Haunschildów. To tutaj mały Wolfgang Amadeusz Mozart miał stworzyć wspomnianą już symfonię. Punktem charakterystycznym jest Kolumna Mariacka, tzw. morowa. Jest to pomnik, postawiony po ustąpieniu epidemii moru na początku XVIII wieku. Inspiracją to owej dziękczynnej rzeźby były podobne kolumny w Wiedniu oraz Pradze. Rynek Górny (Horni namesti) znajduje się tuż obok Dolnego. Uwagę zwraca tu wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO przepiękna Kolumna Trójcy Przenajświętszej oraz Ratusz, który sam w sobie jest niezwykle pięknym i charakterystycznym zabytkiem. Na Górnym Rynku zobaczycie także nową fontannę z żółwiami, co stanowi dość dziwny obrazek. Co ciekawe, owe żółwie stają się powoli symbolem miasta. Ratusz oraz zegar astronomiczny orloj Na środku Rynku Górnego stoi biały zabytkowy Ratusz. Został tu wybudowany już 1378 roku za zgodą margrabiego Moraw Jodoka. W ciągu kolejnych wieków był kilkukrotnie przebudowywany, a nawet rozbudowywany. Zachował wiele części gotyckich, mimo swego renesansowego i barokowego stylu. Pierwszym charakterystycznym elementem jest kwadratowa wieża, której wysokość wynosi 75 metrów. Drugim elementem, z którego słynie Ratusz jest niewątpliwie naścienny zegar astronomiczny. To coś naprawdę zaskakującego nie tylko ze względu na rozmiar, ale także na kompozycję. Umieszczony jest we wnęce, a jego wysokość wynosi 14 metrów. Ten zabytkowy zegar prawdopodobnie zadziwiał już pod koniec epoki średniowiecza. Według archiwów powstał on w 1474 roku, natomiast oficjalna za oficjalną datę jego budowy przyjmuje się rok 1519. Niegdyś ilustracja na zegarze przedstawiała średniowieczne wyobrażenie o budowie świata. Widoczne były trzy sfery, ziemska &#8211; kalendarium, gwiezdna &#8211;planetarium oraz boska &#8211; figurki aniołków. Wmontowane zostały tu ruchome figurki z mechanizmami muzycznymi oraz obrazy na drewnie. Na przestrzeni wieków oraz zawieruch wojennych zegar ulegał zniszczeniu. Kolejne renowacje przynosiły dodatkowe elementy. Obecnie, co ciekawe, zegar zaskakuje dekoracją w stylu socrealistycznym, pochodzącą z lat pięćdziesiątych XX wieku. Jej autorem jest Karel Svolinski. W ogóle nie przypomina on już pierwotnego oryginalnego zegara z czasów jego budowy. Widzimy tu swego rodzaju medaliony, a na nich ukazane są prace, które wykonuje się w poszczególnych porach roku. Poniżej dodane postaci z klasy robotniczej. Wszystkich świętych i aniołów zastąpili tu naukowcy, sportowcy i robotnicy. W Czechach są tylko dwa zegary astronomiczne, a ten w Ołomuńcu jest rzadkim przykładem heliocentrycznego zegara astronomicznego. Jako zachowany przykład socrealizmu, ołomuniecki zegar astronomiczny jest unikatem na skalę światową. Sprawdźcie, czy potraficie dostrzec tu tarcze, które wyświetlają pozycje słońca, księżyca, konstelacji zodiakalnych i planet. Warto zjawić się tu o 12:00 w południe, aby obejrzeć pokaz kurantów z trzema utworami tradycyjnej lokalnej muzyki. Kolumna Trójcy Przenajświętszej na Górnym Rynku Kolumna Trójcy Przenajświętszej (Sousosi Najsvetsejsi trojice) to nieodłączny element Górnego Rynku. Od razu na pierwszy rzut oka widać, że jest to unikatowy zabytek. Wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO mierzy aż 32 metry. Przepiękne rzeźby, otulające kolumnę oraz mnogość oraz precyzja ich wykonania sprawią, że zatrzymacie się przy kolumnie na dłużej i z zadartą głową będziecie skanować to, co artysta tu stworzył. Kolumna skrywa w sobie małą owalną kapliczkę, którą można podziwiać latem. Autorem, a zarazem fundatorem kolumny jest Vaclav Render. Nad swoim dziełem pracował aż 38 lat! Ukończył je w 1754 roku. Niemniej nie on wykonał tu rzeźby oraz reliefy. Zrobił to Ondrej Zahner. Łącznie jest ich tu ponad 50, a sama kolumna mierzy aż 35 metrów wysokości. W związku z tym jest to prawdopodobnie największy w całej Europie Środkowej barokowy zespół architektoniczno-rzeźbiarski. Fontanny w Ołomuńcu Ołomuniec to niewątpliwie miasto fontann. Jest ich tu łącznie ponad dwadzieścia, a najcenniejsza barokowa szóstka znajduje się na Starym Mieście. Należą do niej fontanna: Herkulesa, Cezara, Jupitera, Netuna, Trytonów oraz Merkurego. Przedstawiają one motywy z mitologii antycznej. Do tych zabytkowych dołączają dwie współczesne, które zdążyły już także zapracować sobie na swoją sławę. Są to wodotryski Ariona oraz Źródło Żywej Wody św. Jana Sarkandra. Najstarszą fontanną w Ołomuńcu jest fontanna Neptuna. Pojawiła się tu ona już w 1683 roku. Uwaga, autorem rzeźby jest Michał Mandík, artysta urodzony w Gdańsku. Jego dziełem jest także fontanna Herkulesa, która wcześniej stała w miejscu Kolumny Trójcy Przenajświętszej. Przedstawia ona herosa, walczącego z hydrą. Podpis autora widoczny jest na ciele potwora. Słynnym wodotryskiem jest również fontanna Cezara. Ulokowana jest również przy niemalże samym Ratuszu. Przedstawia Gajusza Juliusza Cezara, legendarnego założyciela miasta. Jego twarz zwrócona jest w kierunku Wzgórza św. Michała, gdzie według mitu stacjonowały rzymskie legiony. Katedra św. Wacława w Ołomuńcu To kolejny średniowieczny zabytek, wybudowany w XII wieku. Budowę katedry rozpoczął ołomuniecki książę Świętopełk, kontynuował ją zaś jego syn. Ten znowu przekazał ją biskupowi ołomunieckiem. Świątynia została wyświęcona jeszcze przed ukończeniem prac. Neogotycka Katedra św. Wacława przywołuje na myśl tę praską św. Wita oraz katedrę w Brnie. Mi natomiast bardzo kojarzy się z tą w Gandawie. Zobaczycie tu trzy wieże. Ta trzecie, najwyższa, mierzy ponad 100 metrów i jest najwyższą wieżą kościelną na Morawach i drugą co do wielkości w całych Czechach. Niestety do katedry dotarłam wieczorem i nie udało mi się zajrzeć do środka. Z pewnością warto tam zwrócić uwagę na organy oraz kryptę pod prezbiterium. Tabernakulum w kształcie arki, zdobione jest aż 400 diamentami. W tym miejscu znajduje się również czaszka świętego Jana Sarkandra. Obok katedry można zajrzeć do Muzeum Diecezjalnego. Jeśli zwiedzacie katedrę, koniecznie zajrzyjcie także do jednego z największych budynków w mieście, który znajduje się tuż obok. Pałac Arcybiskupi jest do dziś siedzibą biskupów ołomunieckich i gościł w swoim czasie wiele znanych osób. Bywały tu tak znane osobistości, jak papież Jan Paweł II, Franciszek Józef I, cesarzowa Maria Teresa oraz Ludwig van Beethoven. Kościół Matki Bożej Śnieżnej W Ołomuńcu oprócz katedry znajdziecie kilka innych zabytkowych kościołów. Mi udało zajrzeć się do barokowego Kościoła Matki Bożej Śnieżnej, który znajduje się przy głównym trakcie Starego Miasta. Został on wybudowany w miejscu starszej gotyckiej świątyni z klasztorem Zakonu Braci Mniejszych z roku 1260. Wznieśli go jezuici na początku XVIII wieku i pełnił on rolę kościoła uniwersyteckiego. Obecnie jest to kościół parafialny. Warto zajrzeć do środka, szczególnie po to, by zobaczyć tu barokowe malowidła, zdobiące sklepienie nawy głównej oraz prezbiterium. Wnętrze świątyni nie zmieniło się od początku XVIII wieku. Skąd wzięło się takie niespotykane wezwanie? Otóż, związane jest ono z rzymską legendą. Według niej papież Liberiusz i Rzymianin Jan mieli w roku 352 mieli podobny sen. Jan był bezdzietny i oto we śnie zobaczył, iż jednak w jego życiu pojawi się potomek. Warunkiem było wybudowanie kościoła w miejscu, które wskaże mu śnieg! Liberiusz śnił zaś o kimś, kto przybędzie do niego i poprosi o wzniesienie świątyni ku czci Matki Bożej. Punkt, w którym ma stanąć kościół, wskaże śnieg. Stało się tak, iż dnia 5. sierpnia Wzgórze  Eskwilińskie okryło się śnieżnym puchem, co odczytano za znak. A skoro stało się to za sprawą śniegu, takie też wezwanie otrzymała świątynia. Fortyfikacje i mury miejskie Jak się domyślacie, miasteczko takie, jak Ołomuniec, było otoczone murami obronnymi. Te z czasem zastąpiono bastionami. Ołomuniec pełnił wówczas rolę potężnej twierdzy na Morawach. Cały zespół fortyfikacji był niegdyś całkiem imponujący. Obecnie można zwiedzać jego pozostałości. Charakterystycznym punktem jest barokowa Brama Marii Teresy. Ma kształt łuku triumfalnego, a fasada ozdobiona została płaskorzeźbami. Nazwę swą otrzymała na cześć cesarzowej Austrii, kiedy ta przybyła z wizytą do pięknego Ołomuńca. Brama była ona kiedyś częścią murów obronnych, a obecnie stoi osamotniona przy jednym z placów, otoczona zabytkowymi kamienicami. Innym obiektem, który także wchodził w skład zespołu fortyfikacji i przetrwał do czasów obecnych, są Koszary. Budowla ma charakterystyczny kształt podkowy. Obecnie mieści się w nim Long Story Short Hostel &#38; Café oraz restauracja Eatery &#38; Bakery. Ów budynek służył kiedyś jako piekarnia wojskowa. Nawet ulica, która prowadzi do niego w dół wzgórza, nosi nazwę „Ulica Piekarzy”. Co ciekawe, nie tak dawno mieściła się tu także szkoła piekarnicza. Jednak piece zostały ostatecznie wyłączone przez powódź w 1997 roku. Nieco dalej od Starego Miast zwiedzać można Twierdzę koronną. Jest to bardzo dobrze zachowana część dawnego bastionu Ołomuniec, który powstał w połowie XVIII wieku. Na miłośników tego typu obiektów czeka tu zabytkowy kompleks z epoki cesarzowej Marii Teresy. Mieści się tu także interaktywne muzeum nauki o nazwie Siła Wiedzy (Pevnost Poznani). Zobaczycie tu model maszyny kodującej Enigma czy planetarium cyfrowe. Część umocnień zniszczone celowo w XIX wieku, ponieważ stanowiły one blokadę do dalszego rozwoju miasta. Na turystów czekają jeszcze tzw. Forty zewnętrze. Poza miastem zachowało się kilka umocnień, więc wielbiciele tego typu zabytków będą mieli co robić. Murale i nietypowe rzeźby Uwielbiam murale i zawsze się przy...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/olomuniec-dawna-stolica-moraw-atrakcje-zabytki-co-warto-zobaczyc.html">Ołomuniec &#8211; dawna stolica Moraw. Atrakcje, zabytki, co warto zobaczyć</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/olomuniec-dawna-stolica-moraw-atrakcje-zabytki-co-warto-zobaczyc.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Czeskie specjały &#8211; czego warto spróbować na Morawach</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/czeskie-specjaly-czego-warto-sprobowac-na-morawach.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/czeskie-specjaly-czego-warto-sprobowac-na-morawach.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 02 Aug 2021 10:28:20 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Czechy]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zjeść w Czechach]]></category>
		<category><![CDATA[Czechy na weekend]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia morawska]]></category>
		<category><![CDATA[tradycyjna kuchnia czeska]]></category>
		<category><![CDATA[tradycyjne dania czeskie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=18436</guid>

					<description><![CDATA[<p>Kulinaria to nieodłączny element podróżowania. Poprzez jedzenie również poznajemy dany kraj czy region. W smakach ukryta jest historia i zwyczaje wielu pokoleń. Kiedy wyruszam gdzieś w świat, zawsze sprawdzam, czego mogę spróbować na miejscu. Szukam lokalnych jadłodajni, serwujących typowe tradycyjne dania, sprawdzam słodkości, pytam mieszkańców o to, co polecają przyjezdnym. Tak też było podczas wyjazdu do Czech. Wiedziałam, że jednym z punktów wycieczki będą czeskie specjały, że wreszcie sprawdzę, czego warto spróbować w Czechach. Czeska kuchnia może zaskoczyć, sami zobaczcie. Jaka jest tradycyjna kuchnia czeska? W kuchni czeskiej dostrzeżemy z pewnością wpływy państw sąsiednich: Austrii, Węgier, Słowacji, Niemiec, w tym także Polski. Jako, że kraj podzielony jest na trzy regiony &#8211; czeski, morawski oraz śląski, ma ona także swoje regionalizmy. Tradycyjna kuchnia czeska jest przede wszystkim mięsna oraz ziemniaczana, a co za tym idzie niezbyt lekka. To wszystko podaje się często w towarzystwie treściwych sosów. Niewiele w niej warzyw, no chyba że wymienimy tu kiszoną, zasmażaną bądź modrą kapustę. Za to kminku Czesi nie żałują. Dodają go nie tylko do chleba, ale także i do wszelakich potraw. Piwo nie tylko się tu pija, ale także używa do gotowania. Bardzo często podlewa się nim mięso podczas duszenia lub pieczenia. Smażenie jest rzadsze, co wynika z tego, iż niegdyś smalec był drogim towarem, więc trzeba było sobie radzić w inny sposób. Jada się tu bardzo często wieprzowinę oraz drób. Czesi także kochają zupy, które są tu bardzo treściwe, ale też i bardzo smaczne. Kuchnia czeska jednak się zmienia. Coraz częściej w menu znajdziecie dania wegetariańskie i to w niecodziennym wydaniu, co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. Zalévaná&#8221; česnečka, czyli zupa czosnkowa Zupa czosnkowa jest niezwykle popularna w Czechach. I co ciekawe, nie jest to krem, a zupa gotowana na bulionie. Natomiast różnych wersji znajdziecie tu mnóstwo. Może to być właśnie rosół z kawałeczkami szynki bądź sera. Mogą w nim pływać ziemniaki lub coś w rodzaju grzanek, zwanych tu krutonami. Jest to chleb smażony na oleju bądź maśle. Tak czy inaczej, będąc w Czechach, zupa czosnkowa to de facto punkt obowiązkowy. Czeska kuchnia obfituje w zupy, a tę z pewnością znajdziecie niemal w każdym menu. Gdzie zjeść? Jeśli w swoim planie macie Stezkę Valaska, koniecznie zajrzyjcie do restauracji schroniskowej Libušín oraz Maměnka na Przełęczy Pustevny. To nie tylko przepiękny budynek z niesamowitymi zdobieniami zarówno zewnątrz, jak i wewnątrz, ale także wspaniała tradycyjna czeska kuchnia.  Zupa czosnkowa kosztuje tu 69 koron, czyli ok. 12 zł. Valašská kyselice, czyli valaska kwaśnica Czeska kwaśnica to jest mistrzostwo świata. Jeśli kochacie kapuśniak, to w Czechach musicie go skosztować. Czeska kwaśnica różni się od naszej polskiej tym, że robiona jest z niepłukanej kapusty, zaś wersja morawska zabielana jest do tego kwaśną śmietaną, co nadaje jej specyficznego smaku. W zupce znajdziecie także dużo treści, czyli mięsko, w tym kawałki kiełbasy, ziemniaki, paprykę oraz zasmażkę. Do tego podany jest także chleb. To danie, którym można się naprawdę najeść. Niegdyś jadali je drwale podczas prac w lesie, którzy potrzebowali dużej ilości kalorii do pracy fizycznej. Gdzie zjeść? Restauracja schroniskowa Libušín oraz Maměnka na Przełęczy Pustevny. Kwaśnica valaska kosztuje tu 79 koron, czyli ok. 14 zł. Brynzově strapačky ze słoniną, czyli czeskie haluszki Znacie słowackie haluszki? To chyba najbardziej znana słowacka potrawa. Uwielbiam! Czesi mają swoją wersję, której możecie spróbować na Morawach. To nic innego, jak kluski z bryndzą i słoniną. Główny składnik to starte ziemniaki, które trzeba wymieszać z mąką. Posolone ciasto musi trafić na wrzątek. Kluseczki mogą być kładzione na wodę lub też ciasto można zetrzeć na tartce. Kluseczki gotują się do momentu aż wypłyną na powierzchnię. Danie posypuje się bryndzą oraz skwarkami. Uwaga, jest ono bardzo sycące. Czeska kuchnia jest naprawdę bardzo ziemniaczana, często z dodatkiem okrasy. Gdzie zjeść? Ponownie polecam zajrzeć do restauracji schroniskowej na Przełęczy Pustevny. Uwaga, porcja duża, można ją zamówić dla dwóch osób. Strapacky kosztują tu 195 koron, czyli ok. 35 zł. Svíčková na smetaně, czyli rumsztyk w śmietanie Kolejne dziwne połączenie, ale typowe dla kuchni czeskiej. Mamy tu mięso wraz ze słodką bitą śmietaną i dżemem borówkowym, a do tego słynne czeskie knedliczki. Całość polana jest konkretną ilością gęstego sosu korzenno-cytrynowo-śmietanowego. Wołowe mięso nadziewa się słoniną i bardzo długo dusi, by zmiękło i stało się soczyste. Przyprawia się je kminkiem oraz liściem laurowym. Dodatek stanowią tu wspomniane już knedle. Czy może być coś bardziej czeskiego?;) Taka kombinacja smaków wytrawnych, słonych, kwaśnych i słodkich może się chyba zdarzyć tylko w Czechach. Kiedy szuka się informacji o tym daniu, często mowa jest o polędwicy wołowej. I teoretycznie wszystko się zgadza. Jednak Czesi nie używają środkowej części wołu, a właśnie zadniej, zwanej rumsztykiem. Mięso to posiada charakterystyczny pasek tłuszczyku. Jeśli u nas chciałoby się poszukać odpowiednika tej potrawy, można by wspomnieć o sztufadzie. Jest to również duszona pieczeń wołowa, szpikowana słoniną, serwowana z sosem. Znacie to danie? Gdzie zjeść? Restauracja w hotelu Zámek Zábřeh w Ostrawie. Svíčková na smetaně kosztuje tu 259 koron, czyli 46 zł. Kwargle &#8211; ołomunieckie twarożki Jeśli właśnie kręcicie się po Morawach, koniecznie zakręćcie się także za ołomunieckimi twarożkami (nazwa pochodzi od regionu). Dlaczego? Powodów jest kilka. Po pierwsze, to jedyny oryginalny ser czeski, który wyrabiany jest tylko w dwóch miejscach w Czechach, a co za tym idzie i na świecie! Między innymi w browarze Tvarg, gdzie znany jest pod marką Tvargl. Natomiast największa fabryka znajduje się w Loszticach, gdzie także można zajrzeć do przyfabrycznego muzeum ołomunieckich twarożków. Po drugie &#8211; owe czeskie serki mają bardzo specyficzny zapach. Jedni twierdzą, że po prostu śmierdzą, inni zaś uważają je za bardzo aromatyczne:) Po trzecie &#8211; są po prostu pyszne i spotkacie je tu w różnych wersjach. Kwargle to nic innego, jak dojrzewające serki, które powstają z silnie solonego twarogu z kminkiem (tak, kminek znowu w akcji). Podczas produkcji formuje się krążki o średnicy 3-4 cm i właśnie w takiej formie trafiają do konsumpcji. Nazwa pochodzi od niemieckiego słowa Quargel. W browarze Tvarg produkuje się 1,2 tony serków tygodniowo! Zawierają one tylko 1% tłuszczu, a więc są bardzo zdrowe. W zasadzie to czyste białko. Czas produkcji wynosi 40 dni. Ser powstaje z mleka krowiego, które dostarczane jest tu przez okolicznych rolników. Najpierw twaróg trzeba porządnie posolić, następnie musi tak poleżeć przez okres 10 dni. Potem dochodzi do tego pożywka mleczna i bakterie zaczynają pracować. Serki leżą w komorze, gdzie termometr wskazuje 30 stopni C, a wilgotność wynosi aż 90%. W takich warunkach serki muszą spędzić 4 dni. Z kolei przychodzi czas na kąpiel w słonym i piwnym płynie, by potem ponownie trafić na leżakowanie na 10 dni  w temperaturze tym razem 10 stopnic C. Następny krok to mycie w wodzie i faza dojrzewania przez 13-15 dni. Uwaga! Browar Tvargl otrzymał za swoje serki nagrodę za najlepszy nabiał w okolicy! Gdzie zjeść? Ołomunieckich twarożków próbowałam w dwóch miejscach. W browarze Tvarg, który odwiedziłam i o którym przeczytacie poniżej, oraz w restauracji hotelowej Zámek Zábřeh w Ostrawie. Smak w tych dwóch miejscach znacznie się różnił. Tvargle były o wiele łagodniejsze zarówno w smaku, jak i w zapachu. Tutaj podano je w formie smarowidła do chlebka wraz z cebulką. Świetna przekąska do piwa! Na stole pojawiła się także kiełbasa z kawałkami twarożków, smaczne zaskoczenie. Ciekawostką jest to, iż z suszonych twarożków robi się tu coś w rodzaju parmezanu do sałatek. Drugim miejscem, gdzie zaserwowałam sobie kwargle był hotel Zámek Zábřeh w Ostrawie. Tutaj była to przystawka o nazwie &#8220;Nakládané tvarůžky&#8221;. Naprawdę moje smaki, do dziś wspominał te serki i ślinka cieknie. W tym wydaniu są one marynowane w pikantnej marynacie z ciemnego piwa, podawane z czerwoną cebulką oraz małymi kawałeczkami ostrej papryczki. Połączenie mistrzowskie. Cena to 119 koron, czyli ok. 21 zł za 100 gram. Czeskie piwo &#8211; browar Tvarg Czechy to kraj piwem i jeszcze raz piwem płynący. W Czechach jest ponad 500 małych browarów plus duże znane marki. Dlatego wizyta w jednym z czeskich browarów to punkt obowiązkowy. Bywa tak, że restauracja czy hotel ma swoją małą produkcję i warzy piwo na miejscu. Uwaga, w Czechach powstała pierwsza na świecie szkoła browarnicza w 1870 roku. Jak już wspomniałam, miałam okazję zajrzeć do lokalnego browaru Tvarg w miejscowości Velká Bystřice na Morawach. To tylko 10 km od pięknego Ołomuńca. Tu na miejscu możecie nie tylko zwiedzić punkt produkcji, prześledzić cały proces warzenia, ale także wziąć udział w lekcji nalewania (čepování) piwa. A wierzcie mi, nie jest to takie proste i oczywiste. Dowiecie się, jakie błędy popełniane są podczas tej czynności i czym to skutkuje. Tvarg jest jednym z minibrowarów w Czechach i działa tu od 2020 roku. Produkuje 400 tys. litrów piwa rocznie. Mieści się w budynkach dawnego pałacu Velká Bystřice z XIV wieku. Co ciekawe, kiedyś również warzono tu piwo, a trwało to do 1943 roku. Jak wygląda proces produkcji piwa Głównym składnikiem piwa jest słód, chmiel daje tylko goryczkę. Słód ciemny jest karmelizowany i to z niego właśnie powstaje ciemna wersja tego napoju. Wyróżnia się trzy fazy produkcji: gotowanie chmielu, słodu i cukru &#8211; trwa to 12 godzin, fermentacja &#8211; trwa ok. 7 dni, leżakowanie &#8211; trwa w zależności od gatunku piwa od 15 do 50 dni. Lager, po czesku ležák, to najpopularniejszy rodzaj piwa w Czechach. Etykieta piwa w Czechach pokazuje zawartość ekstraktu. Jeśli jest to 10 to oznacza to, że przypada tu 10 gramów cukru ze słodu na 100 mililitrów. Gatunków lagera jest bardzo dużo. Wszystko zależy od rodzaju chmielu oraz od drożdży. Cała produkcja ležáka trwa 38 dni, dolna fermentacja jest dłuższa. Specjalny gatunek, produktywny na święta, leżakuje tu aż 3 miesiące. Oprócz lagera browar Tvarg produkuje także piwa górnej fermentacji ALE czy IPA. Ciekawym połączeniem jest serwowanie ciemnego piwa z whisky Jameson. Na kuflu przyczepiony jest naparstek z whisky i właśnie od tego mocniejszego alkoholu należy zacząć konsumpcję, popijając go od razu ciemnym browcem. Moc jest, ale i oryginalny smak również. Jeśli macie mocną głowę, polecam spróbować. Podczas zwiedzania browaru ważnym punktem jest oczywiście degustacja. Skosztujecie tutaj tego napoju prosto z beczki, w której ono leżakuje. Świeżutkie i bardzo smaczne, jak to w Czechach. Moim numerem 1 jest czeski lager, ale ciemne piwo czy też IPA z cytrusowym posmakiem również połechczą kubki smakowe. Lekcja nalewania (čepování) piwa Bardzo ważny jest sposób nalewania piwa, może on zmienić jego smak. I rzeczywiście tak jest! Podczas lekcji miałam okazję porównać dwa kufle, napełnione różnymi sposobami. Ten niepoprawny bardzo zmienił smak piwa. Było ono mniej wyraziste, po prostu mdłe. Podczas warsztatów używane są dwa nalewaki. Jeden standardowy pionowy, drugi typowo czeski, trudniejszy w obsłudze (ale nie dla Czechów). Najpierw mistrz w tym fachu pokazuje, jakie błędy najczęściej popełnia się przy nalewaniu złotego trunku. I oto one. Piwo nie powinno kapać do szklanki. Nie ćwiczymy także mięśnia podczas nalewania, manewrując kuflem w górę i w dół. Szklanka nie powinna stać na samym dole daleko od nalewaka. Ten trzeci błąd zmienia właśnie smak piwa, jest on wówczas mniej intensywny. A do tego po wypiciu będzie bolał brzuch. Dlaczego? Dlatego, że poprzez nalewane w taki sposób mamy za dużo CO2 w piwie. A jak zatem poprawnie napełnić kufel piwem? Piwo zawsze powinno lecieć po ścianie szklanki. Tak naprawdę jest kilka sposób i efekt końcowy za każdym razem wygląda inaczej. A chodzi tu o zawartość piany. Nasz mistrz zaprezentował nam mlíko (ilość piany jest ogromna, więc wygląda to jak kufel mleka), šnyt, hladinka oraz čochtan. A następnie każdy z nas miał okazję sprawdzić się za nalewakiem. Browar Tvarg oferuje zwiedzanie, kursy warzenia piwa, warsztaty nalewania piwa oraz degustację. Zwiedzanie z lekcją nalewania kosztuje tu 160 koro, czyli ok. 28 zł. Więcej informacji o samym browarze, jak i jego zwiedzaniu znajdziecie na blogu Gosi Voyagerki. Bramborové lokše, czyli placki ziemniaczane z bryndzą i słoniną Placki jak placki, zapewne powiecie. Przecież my też mamy ziemniaczane, więc co w tym takiego specjalnego? Jednak zwróćcie uwagę, że mowa tu o Czechach, a tu wiele rzeczy nie jest takimi, jakimi się wydają:) I tak też też jest w tym przypadku. Są to placki ziemniaczane, które wcale nie wyglądają jak ziemniaczane. Podawane są z bryndzą i słoniną. Przypominają tak naprawdę naleśniki. A jak smakują? Też nieco dziwnie. Polecam sprawdzić na własnych kubkach smakowych:) Jelito, czyli czeska kaszanka Być może nazwa nie brzmi apetycznie, ale samo...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/czeskie-specjaly-czego-warto-sprobowac-na-morawach.html">Czeskie specjały &#8211; czego warto spróbować na Morawach</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/08/czeskie-specjaly-czego-warto-sprobowac-na-morawach.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>13</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wycieczka poza Kos &#8211; trzy wyspy Kalymnos, Pserimos, Plati</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/07/wycieczka-poza-kos-trzy-wyspy-kalymnos-pserimos-plati.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/07/wycieczka-poza-kos-trzy-wyspy-kalymnos-pserimos-plati.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 15 Jul 2021 16:18:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Kos]]></category>
		<category><![CDATA[którą wyspę w Grecji wybrać]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze plaże w Grecji]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczki z Kos]]></category>
		<category><![CDATA[wyspa Kos informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[wyspa Kos na własną rękę]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17931</guid>

					<description><![CDATA[<p>Kos to ciekawa i malownicza wyspa na Morzu Egejskim, położona bardzo blisko Turcji. Znajdziecie tam piękne plaże, górskie krajobrazy oraz starożytne zabytki. Warto także wybrać się na pobliskie wyspy. Jedną z takich opcji jest jednodniowa wycieczka na aż trzy wyspy: Kalymnos, Pserimos oraz malutką Plati. Na wycieczkę trzy wyspy z Kos wybierzecie się z lokalnym biurem. Tym razem również polecam Theokritos Travel. Podczas tego rejsu na statku opiekował się nami przewodnik polskojęzyczny. A co to był za statek! W przedniej części ulokowano kilka materacy, więc każdy, kto chciał złapać trochę słońca miał taką okazję. Miejsca dla uczestników znajdowały się także pod zadaszeniem oraz wewnątrz łajby. Podczas wycieczki z głośników płynęła taneczna muzyka, a obsługa serwowała kolorowe drinki. Iście wakacyjny klimat! Rejs rozpoczyna się w porcie w Kos. Cena za osobę dorosłą &#8211; 25 EUR, w cenę wliczony jest lunch bez napojów. Jeśli wybieracie się na Kos, koniecznie zajrzyjcie także na pobliską wyspę Nissyros. Czeka tu na Was czynny wulkan oraz tradycyjne miasteczko Mandraki: &#160; Pserimos &#8211; kąpiel w urokliwej zatoczce Podczas wycieczki trzy wyspy z Kos pierwszym przystankiem jest mała wysp Pserimos. To bardzo urokliwa, grecka wyspa, która liczy sobie zaledwie 15 km². Mieszka tutaj około 20 osób. Wyspa ta należy do archipelagu Dodekanez. Usytuowana jest pomiędzy dwoma większymi wyspami Kos oraz Kalymnos. Mieszkańcy utrzymują się tu głównie z turystyki. Atrakcją tej uroczej wyspy są ładne plaże. Główna jest piaszczysta i całkiem szeroka. Co ciekawe, na Pserimos nie ma dróg, a więc ruchu samochodowego brak. Na wyspie znajdują się niewielkie wzniesienia, a więc można wybrać się także na pieszą wędrówkę. Na miłośników nurkowania pod wodą czekają dwa zatopione niemieckie statki, które przewoziły amunicję w 1944 roku oraz wrak statku z Syrii. W czasie wycieczki łódź cumuje w malowniczej zatoczce Krevatia. To jest właśnie czas na zażycie trochę promieni słonecznych oraz kąpiel w Morzu Egejskim na głównej plaży. Możecie również zajrzeć do malutkiego kościółka, którego kopuły widać z plaży. Na wyspie będziecie mieli godzinkę czasu wolnego. Już tutaj, na wyspie Pserimos, spotkacie sprzedawców gąbek, z których słynie pobliska wyspa Kalimnos. Ceny tutaj mogą być niższe. Kalymnos / Kalimnos &#8211; wyspa poławiaczy gąbek Muzeum Poławiaczy Gąbek Kolejny przystanek to wyspa Kalymnos, która słynie z produkcji i przetwarzania naturalnych gąbek. Jak dla mnie to najciekawszy punkt wycieczki trzy wyspy z Kos. I to właśnie od tej atrakcji zaczniecie zwiedzanie wyspy. W stolicy wyspy Pothia zajrzycie do Muzeum Poławiaczy Gąbek. Przyznam szczerze, że miejsce jest niezwykle ciekawe ze względu na eksponaty, jak i historię samej wyspy. Kalimnos uchodzi za jedno z ostatnich w Helladzie punktów połowu naturalnych gąbek.  A czymże są owe gąbki? To typ prymitywnych, beztkankowych zwierząt, wyłącznie wodnych o nieregularnym i najczęściej zmiennym kształcie. Tworzą one przeważnie kolonie i prowadzą osiadły tryb życia. Należą do pierwszych wielokomórkowych stworzeń powstałych na Ziemi. Historia poławiaczy z Kalymnos Jak to się stało, że właśnie tu na wyspie Kalimnos zaczęto trudnić się połowem tych niezwykłych żyjątek? Wyspa pozbawiona jest roślinności, nie ma dobrych warunków do uprawiania roli. Dlatego też źródła dochodu zaczęto szukać gdzie indziej. I tak zwrócono się ku morzu. Stało się to także tutejszą tradycją. Na połów wypływano tuż przed Wielkanocą, a trwał on aż 5-6 miesięcy. Poławiaczy żegnała hucznie cała wyspa. Wszyscy czekali także na ich powrót, bowiem przywiezione gąbki zapewniały środki do życia dla całych rodzin. Wyprawy te bywały bardzo niebezpieczne  i nie każdy poławiacz wracał z nich żywy. Dlatego też także i powroty świętowano niezwykle uroczyście. W Muzeum Poławiaczy Gąbek dowiecie się, jak taki połów wyglądał i jakiego sprzętu niegdyś używano. Niegdyś poławiacze przywiązywali sobie kamienie do pasa, by móc w wodzie zejść głębiej. Wstrzymywali wówczas oddech i w tym czasie ze skał odcinali gąbki. Ile mogli wyłowić za jednym zejściem? Jedynie dwa lub trzy okazy. Wyobraźcie więc sobie, jak ciężka i żmudna była to praca. Kombinezon, który umożliwiał oddychanie pod wodą, skonstruowano dopiero pod koniec XIX wieku. Cały ten outfit składał się z gumowego wdzianka, hełmu z brązu, który połączony był gumową rurką i ręczną pompą. Cały ten mechanizm był jednak bardzo niebezpieczny i wielu nurków doświadczało choroby dekompresyjnej. Dlaczego warto używać naturalnych gąbek Dowiecie się także, dlaczego jedne gąbki są jasne a inne ciemne i jaka jest między nimi różnica. Jeśli zechcecie je nabyć, zdecydowanie polecam te ciemniejsze, są one naturalne, działają leczniczo na skórę oraz są trwalsze. Takie gąbki stosowano do czyszczenia skóry już ponad 2000 lat temu! Trzeba je czyścić od czasu do czasu, zanurzając w occie. Charakterystyczną cechą tych żyjątek są liczne pory, przez które przepływa woda. Mycie ciała taką gąbką poprawia krążenie krwi, usuwa martwy naskórek, nadając jej gładkości. W tym miejscu zakupicie także naturalne mydełka. Niestety w 1986 roku doszło tu do katastrofy naturalnej, przez co wiele kolonii gąbek wymarło. Obecnie jest ich tu mniej, a więc i połowy są rzadsze i mniej bogate, aczkolwiek zawód poławiacza ciągle jest tu kultywowany. Obiad w tradycyjnej tawernie W cenę tej wycieczki wliczony jest lunch, czy jak kto woli obiad. Ten zjecie właśnie na wyspie Kalymnos w restauracji Omilos. Do wyboru są dwie opcje: kurczak lub smażona rybka. Do tego frytki i mała sałatka. Jako, że uwielbiam ryby i zawsze je jadam nad morzem lub oceanem, wybrałam to drugie. Porcja nie była ogromna, ale też i człowiek w takim upale wcale nie chciał się przejeść. Napoje są dodatkowo płatne, więc możecie zamówić, co tylko chcecie. Wszystko jest świetnie zorganizowane i na jedzenie nie trzeba długo czekać. A jeśli szybko zjecie, zostanie Wam jeszcze trochę czasu na samodzielne zwiedzanie miasteczka. Co jeszcze warto zobaczyć w Pothia? Czeka tu na Was Muzeum Archeologiczne, w którym zobaczycie wystawy, poświęcone czasom prehistorycznym, świątyni Apollina, czy wykopaliskom z Damos. Możecie także zajrzeć do Muzeum Morskiego, pałacu Vouvalisa czy kościoła Przemienienia Pańskiego. Zdecydowanie warto się tu pokręcić po wąskich uliczkach, tych oddalonych nieco od portu. Będziecie wówczas mogli podpatrzeć, jak toczy się tu prawdziwe greckie życie z dala od masowej turystyki i tłumnego zgiełku. Plati &#8211; snurkowanie przy bezludnej wyspie Ostatnim punktem podczas wycieczki trzy wyspy z Kos jest przystanek przy bezludnej wyspie Plati. To przerwa na snurkowanie w szmaragdowych wodach Morza Egejskiego. Wszyscy, którzy kochają podglądać podwodny świat, będą mieć taką okazję. Do wody trzeba wskoczyć z zacumowanego statku. Ci, którzy zostają na pokładzie, mogą poruszać się w rytm wakacyjnej muzyki, bowiem właśnie w tym momencie załogowa próbuje rozkręcić taneczną imprezę na łajbie. Na wyspie Plati znajduje się jeden dom, jednak obecnie nikt już w nim nie mieszka. Niegdyś osiedliła się tu grecko-włoska para, jednak po rozwodzie obydwoje opuścili wyspę. Aktualnie stacjonuje tu wojsko, które patroluje wodne tereny wokół Kos. Uwaga, jeśli będziecie mieć szczęście, w pobliżu Plati zobaczycie delfiny! Nam się udało&#8230;. przez pewien czas płynęły razem z nami, jak gdyby eskortowały nas do domu. Wycieczka trzy wyspy z Kos to świetna opcja, by zobaczyć to, co kryje się w pobliżu. Rejs po Morzu Egejskim z wesołą załogą to czysta przyjemność. Koniecznie wybierzcie się także na zwiedzanie samego miasta Kos. W tym wpisie podpowiadam, co warto tam zobaczyć i zrobić: &#160;</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/07/wycieczka-poza-kos-trzy-wyspy-kalymnos-pserimos-plati.html">Wycieczka poza Kos &#8211; trzy wyspy Kalymnos, Pserimos, Plati</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/07/wycieczka-poza-kos-trzy-wyspy-kalymnos-pserimos-plati.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Warmia i Mazury &#8211; zabytki, atrakcje, trasa na kilka dni</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/warmia-i-mazury-zabytki-atrakcje-trasa-na-kilka-dni.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/warmia-i-mazury-zabytki-atrakcje-trasa-na-kilka-dni.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 21 Jun 2021 17:50:26 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Mazury]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Warmii i Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[tradycyjna kuchnia Warmii i Mazur]]></category>
		<category><![CDATA[trasy rowerowe na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Mazurach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=18026</guid>

					<description><![CDATA[<p>Warmia i Mazury marzyły mi się od dawna. Zajrzałam tam dwa razy na krótko, więc wiedziałam, że kiedyś wrócę. To region nie tylko przepiękny pod względem dzikiej nieskażonej przyrody, ale także z uwagi na bogactwo zabytków oraz atrakcji. Można tu spokojnie spędzić i tydzień, i miesiąc, a będzie co robić. Tym razem na Warmii i Mazurach udało mi się pobyć przez 5 dni i trasę tej wycieczki pokażę Wam w tym wpisie. Dowiecie się, gdzie warto się zatrzymać, co zobaczyć i zwiedzić, jakie nietypowe atrakcje czekają tu na Was. Warmia i Mazury to też pyszne i zdrowe jedzenie, tradycyjna kuchnia jest prosta, a jednak bogactwo smaków może zaskoczyć. O warmińsko-mazurskich kulinariach pisałam we poprzednim wpisie. Sprawdźcie koniecznie, gdzie i co warto zjeść w tym regionie Polski. &#160; Mazurska wieś Wojnowo &#8211; historia Staroobrzędowców W drodze z Tusinka (mój pierwszy nocleg oraz przystanek na szlaku kulinarnym) do Giżycka zatrzymałam się na chwilę w niezwykle urokliwej wsi Wojnowo. Mazury mają swoje „żywe” skanseny. Do takich można niewątpliwie zaliczyć tę wioskę. Słynie ona nie tylko z pięknych drewnianych chat. Znajduje się tu Klasztor Staroobrzędowców, zwanych filiponami. Nazwa filiponi pochodzi od pustelnika Filipa, od którego wszystko się zaczęło. Nie uznał on w XVII wieku reform patriarchy moskiewskiego Nikona i stworzył oddzielną wspólnotę. Wszyscy, którzy nie zgadzali się z postanowieniami Nikona, zostali ekskomunikowani i tym samym wyjęci spod prawa. Rozpoczęły się prześladowania zwolenników starych obrzędów, nazywanych pogardliwie raskolnikami (schizmatykami).  Nierzadko za odprawianie &#8220;starych&#8221; obrzędów byli karani śmiercią. Dlatego ludzie, chcąc ratować się ucieczką, masowo ruszyli za granicę. Skąd staroobrzędowcy wzięli się na Mazurach? Prześladowani filiponi przyjęli w 1825 roku propozycję osiedlenia się w Prusach, złożoną im przez króla Prus Fryderyka Wilhelma II. Prawdopodobnie przybyli tu z Inflant. Pierwszy osadnik Onufry Jakowlew (ur. w 1788 roku) pochodził ze wsi Dollman w powiecie rzeżyckim. Pierwsi  staroobrzędowcy przybyli na Mazury w latach 20.-30. XIX wieku z ziemi suwalsko-sejneńskiej, która należała do ówczesnego Królestwa Polskiego. Powstało tu aż 11 staroobrzędowych wsi. Dzieje mazurskich staroobrzędowców są ściśle powiązane z klasztorem wojnowskim. Początki klasztoru sięgają 1836 roku, kiedy to nad brzegiem jeziora Duś powstała mała pustelnia. Następnie przekształcono ją w klasztor, który pełnił tu bardzo ważną rolę. Kiedy represje wobec staroobrzędowców zaostrzyły się w Rosji, stanowił on schronienie dla wielu uciekinierów. Klasztor obecnie można zwiedzać, zarówno sam teren, jak i jego wnętrza. Wstęp jest bezpłatny. Na tyłach nad samym jeziorem znajduje się ciekawy cmentarz przyklasztorny. Do tego miejsca można także dopłynąć rzeką Krutynią. Innym zabytkowym obiektem jest cerkiew prawosławna pw. Zaśnięcia NMP z początków XX wieku, której architektura oraz elewacja od razu zwraca uwagę. Cerkiew znajduje się na terenie Prawosławnego Żeńskiego Monasteru Zaśnięcia NMP. Żeńska wspólnota została tu założona w latach 30-tych XX wieku. Cerkiew można zwiedzać za opłatą 3 zł w godzinach 10:00 &#8211; 14:00 oraz 15:00 &#8211; 17:00 w dni powszednie, w niedzielę i święta 15:00 &#8211; 17:00. Koniecznie wybierzcie się także na spacer po wsi. Po obu stronach drogi stoją zamieszkane, zabytkowe drewniane chaty mazurskie z przełomu XIX i XX wieku, w większości pięknie zadbane. Sielski klimat tego miejsca aż unosi się w powietrzu. NOCLEG: Zajazd Tusinek&#8230; to ekologiczne gospodarstwo z częścią noclegową, restauracją oraz własną serowarnią. Więcej na temat Tusinka przeczytacie we wpisie o kulinariach Warmii i Mazur. Ten obiekt jest naprawdę eko. Nie tylko sery wytwarzane są na miejscu. Posiłki sporządzane są z produktów z własnych upraw. Tusinek należy także do sieci Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle. Giżycko &#8211; stolica żeglarstwa Do Giżycka zajrzałam po to, by spotkać się z Olą Juszkiewicz na lekcję gotowania. Oczywiście znalazłam także chwilę, by się rozejrzeć i trochę pozwiedzać. Co można robić w Giżycku? Atrakcji jest sporo&#8230; i tych zabytkowych, jak i tych wodnych. Historia miasta sięga XVI wieku, natomiast wcześniej na tych ziemiach pojawił się Zakon Krzyżacki w wyniku czego na przesmyku między jeziorami Niegocin i Kisajno Krzyżacy wznieśli swój gród obronny. Uwaga, jedno skrzydło dotrwało do czasów obecnych! Zamek otrzymał nazwę Lötzen i jest to właśnie stara nazwa Giżycka. Twierdza Boyen Uwaga, to największy zabytek na Mazurach w jednym miejscu! Twierdza powstała w latach 1843-1855 jako obiekt blokujący strategiczny przesmyk pomiędzy jeziorami Niegocin i Kisajno. Jej nazwa pochodzi od inicjatora budowy twierdzy, generała von Boyen. Kształtem przypomina 7-ramienną gwiazdę. Twierdza została przygotowana dla załogi, liczącej około 3000 żołnierzy. Pierwszy wał miał spowolnić nieprzyjaciela, dochodzącego do fortu. Na drugim wale stała artyleria i to ona była podstawą obrony całej gwiazdy dookoła fortu. Garnizon giżycki utworzono w 1859 roku. Po I wojnie światowej zmieniono zastosowanie twierdzy, tworząc w niej m.in. szpital. Trasa dookoła twierdzy liczy ponad 2 km i obecnie przygotowywana jest dla spacerowiczów i rowerzystów. Kiedyś zadrzewienia wokół twierdzy w ogóle nie było. Żołnierz był więc w stanie obserwować przedpole bez problemu. Obecnie teren jest zarośnięty i służy głównie rekreacji. Wstęp &#8211; 15 zł bilet normalny, 10 zł bilet ulgowy. Bardzo polecam zwiedzić ten obiekt z przewodnikiem. Rejs 3 jeziora, 3 kanały w 1 godzinę Jeśli macie mało czasu, to taki rejs będzie świetną opcją. Trasa wiedzie malowniczym szlakiem wokół tak zwanej wyspy giżyckiej. Wycieczka obejmuje trzy jeziora Niegocin, Tajty, Kisajno oraz trzy kanały Niegociński, Łuczański i Piękną Górę. Na rejs polecam wybrać się z firmą Bosman &#8211; Rejsy statkiem po Mazurach. Nie tylko będą Wam towarzyszyć piękne widoki, ale również dużo się dowiecie. Rejs rozpoczyna się na głównym nabrzeżu, w Porcie Ekomarina. Najpierw wypływa się na Jezioro Niegocin, to przy nim leży port w Giżycku. To trzeci pod względem wielkości akwen w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich. Jezioro Tajty jest o wiele mniejsze, długie i wąskie, ale też miejscami bardzo głębokie. Kisajno zaś nie jest samodzielnym zbiornikiem wodnym, wchodzi w skład kompleksu jezior Mamry. W czasie rejsu przepłyniecie obok zamku krzyżackiego, w którym obecnie mieście się hotel oraz przez zabytky most obrotowy z XIX wieku. W oddali dostrzeżecie także Krzyż św. Brunona na wzgórzu nad Niegocinem. Wzgórze św. Brunona leży ok. 1,5 km od centrum Giżycka. Można dojść tu na piechotę ścieżką brzegiem jeziora lub ulicą św. Brunona. Most obrotowy z końca XIX wieku Zaraz przy hotelu St Bruno znajduje się wspomniany już zabytkowy most. Warto zobaczyć, jak działa cały mechanizm. O wyznaczonych godzinach most się składa, by przepuścić flotę wodną. Wyremontowany został w 1992 roku, powrócono go wówczas do napędu ręcznego. Most unosi się z jednej strony, druga zaś strona osiada na koła, na których całość się okręca. Operator kręci kołem w sterówce i osadza w ten sposób most. Gdy już to zrobi, wychodzi na most i ręcznie systemem przekładni otwiera drogę wodną. Promenada spacerowa &#8211; molo w Giżycku To bardzo przyjemne miejsce na spacer i odpoczynek z widokiem na jezioro. W Giżycku i okolicach jest najwięcej w kraju jezior, zajmują one ok. 12% ogólnej powierzchni terenu. Od lat Giżycko spiera się z Mikołajkami o miano letniej żeglarskiej stolicy Mazur. Molo znajduje się w miejscu, gdzie Kanał Łuczański (wcześniej Giżycki) łączy Jezioro Niegocin z Jeziorem Kisajno. Ów kanał powstał w latach 1765-1772! Latem czeka tu na Was całkiem spora plaża miejska. Widokowa Wieża Ciśnień To jedyny w swoim rodzaju punkt widokowy, a zarazem muzeum i kawiarnia. Na ostatniej kondygnacji mieści się nowoczesny taras widokowy (jest winda), z którego możemy podziwiać panoramę miasta oraz otaczające je lasy i jeziora. Niżej ulokowały się wspomniana kawiarnia oraz muzeum. Można się w nim dowiedzieć co nieco o historii tych okolic. Zobaczycie tu dokumenty, zdjęcia oraz małe przedmioty codziennego użytku dawnych mieszkańców Giżycka. Wstęp &#8211; 12 zł, mieszańcy powiatu &#8211; 6 zł. Rybka w Giżycku W Giżycku znajdziecie z pewnością świetne jadłodajnie i restauracje, gdzie można zjeść świeżą mazurską rybkę. Jedną z nich jest Restauracja Porto, która oferuje także miejsca noclegowe. Czeka tu na Was sielawa z patelni z dodatkiem cytryny i świeżego kopru, filet z okonia na maśle z kluskami buraczanymi, zasmażaną kiszoną kapustą i prażonym słoneczkiem bądź sandacz z patelni z sosem bazyliowym. Brzmi dobrze, prawda? I smakuje również wyśmienicie. To miejsce polecone mi zostało przez osobę, która mieszka w Giżycku i zna to miasto jak własną kieszeń. NOCLEG: Zabytkowy Hotel St. Bruno**** w Giżycku. Hotel powstał w historycznym zamku krzyżackim z XIV wieku. Zamek wiele razy zmieniał właścicieli i charakter użytkowania. Oryginalnie został wzniesiony jako twierdza obronna przez Krzyżaków. Następnie stał się renesansową rezydencją polskich książąt, a także siedzibą dowódców słynnej Twierdzy Boyen. Budowla została odrestaurowana, a zniszczona część dobudowana. Jedno skrzydło jest oryginalne, dotrwało do czasów obecnych. W starej zabytkowej części również można nocować i właśnie miałam taką okazję. Pokój został przepięknie urządzony. Wysoki sufit oraz drewniane bele i schody tworzą niesamowity klimat. Na gości w pokoju czeka powitalny talerz świeżych owoców. Wystrój całego budynku robi ogromne wrażenie, a szczególnie restauracja w stylu La Bibliotheque. Motto przewodnie tutejszego szefa kuchni to &#8220;lokalnie poukładane smaki&#8221; i rzeczywiście tak jest. Jedzenie jest przepyszne. Bardzo polecam sandacza ze szparagami, to prostu kulinarne mistrzostwo. Okolice Giżycka są również bardzo ciekawe. Szczególnie warto zwiedzić Wilczy Szaniec, Świętą Lipkę, zamek Bezławki oraz Reszel. Więcej o tych miejscach przeczytacie w tym wpisie: Kętrzyn &#8211; Zamek Krzyżacki oraz Bazylika Kolegiacka Lubicie pałace i zamki? Jeśli tak, zajrzyjcie do Kętrzyna. Miasto leży na styku granicy z Warmią, w krainie historycznej zwanej Prusami Dolnymi. Czeka tu na Was imponujący Zamek Krzyżacki oraz piękna Bazylika Kolegiacka, która bardziej przypomina budowlę warowną niż kościół. Zamek Krzyżacki w Kętrzynie został wzniesiony około 1360 roku. Na przestrzeni lat był wielokrotnie niszczony. Został spalony w czasie działań wojennych w 1945 roku. Odbudowano go w latach 1964-66. Najstarsza informacja o strażnicy w Rastenburgu pochodzi z 1342 roku. Drewniana strażnica wybudowana została prawdopodobnie już wcześniej, przy pruskiej osadzie Rast. Obecnie mieści się tutaj muzeum, pokazujące dzieje samej budowli, jak i miasta. Zdecydowanie warto zajrzeć do środka i zwiedzić wnętrza z przewodnikiem. Podczas zwiedzania poznacie dzieje miasta oraz dowiecie się o ważnych i zasłużonych postaciach w jego historii. Kętrzyn nosił niegdyś nazwę Rastenburg. Zmieniło się to 7 maja 1946 roku, kiedy to miasto otrzymało nową nazwę Kętrzyn od nazwiska Wojciecha Kętrzyńskiego. Był on znanym historykiem, walczącym z germanizacją Mazur. Na zamku pojawiła się właśnie nowa wystawa pt. &#8220;W średniowiecznej kuchni&#8221;. Dowiecie się, jak kiedyś wyglądało gotowanie, jakie dania przyrządzano oraz jakich produktów używano. Kuchnia była niegdyś najważniejszym pomieszczeniem w domu. To tu przygotowywano i spożywano posiłki, a więc w tym miejscu koncentrowało się życie rodzinne. Pełniła ona także rolę podręcznej spiżarni. Wyposażenie kuchni zależało oczywiście od zamożności gospodarzy. Co ciekawe, w średniowieczu stosowano bardzo dużo różnych przypraw, szczególnie tych egzotycznych, takich jak anyż, goździki czy cynamon. Po zwiedzaniu zamku w Kętrzynie koniecznie pobiegnijcie jeszcze do Bazyliki Kolegiackiej. Dlaczego? Można się tam wdrapać na jedną z wież i spojrzeć na miasto z góry. Już samo wejście dostarczy Wam małej adrenalinki, bowiem trzeba pokonać sporo drewniany schodków, które pewnym momencie są niejako zawieszone w przestrzeni wieży. Natomiast widoki z pewnością wynagrodzą wysiłek. Na samej górze na Kętrzyn możecie spojrzeć z kilku okienek. W jednym z nich dojrzycie wspominany wyżej Zamek Krzyżacki. Jest to najlepiej zachowany kościół obronny na Mazurach. Bazylika bardziej przypomina potężny zamek aniżeli świątynię. Ryn &#8211; dwa jeziora, regionalna kuchnia i duch Białej Damy Ryn to piękne letniskowe miasteczko, w którym czas płynie niespiesznie. Skąd wzięła się jego nazwa? Związana jest z tym pewna legenda. Otóż, Krzyżacy wybrali to miejsce na swoją osadę, gdyż bardzo przypominało im ono ich rodzinną Nadrenię. Dlaczego warto tu zajrzeć? O tym pisałam już w poprzednim wpisie. Warto tutaj odwiedzić Gościniec Ryński Młyn i skosztować w nim wspaniałej kuchni regionalnej. Na pierwszym piętrze znajdziecie także sklep &#8220;Smaki Mazur&#8221;, gdzie nabędziecie lokalne produkty. Gościniec położony jest malowniczo nad samym Jeziorem Ryńskim i to ono jest tutaj jedną z głównych atrakcji, wraz z drugim Jeziorem Ołów, położonym po przeciwnej stronie. Jezioro Ryńskie jest częścią Jeziora Tałty, dopłyniecie tędy do Mikołajek. Jego długość to 7 km, znajduje się tu port Żeglugi Mazurskiej. Jezioro Ołów jest mniejsze i ma typowo wędkarski charakter. Można się tu zaszyć i spróbować złowić mazurskie rybki, sielawę, sieję, szczupaka czy nawet węgorza. Znajdziecie tutaj także plażę miejską wraz z kąpieliskiem. Dookoła jeziora wiedzie ścieżka spacerowo-rekreacyjna, po której także można wybrać się na przejażdżkę rowerową. Co ciekawe, oba jeziora połączone są podziemnym kanałem wybudowanym przez Krzyżaków. Nad Jeziorem Ołów ulokowała się główna atrakcja miasta, a mianowicie zamek krzyżacki z 1337 roku, w którym aktualnie mieście się...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/warmia-i-mazury-zabytki-atrakcje-trasa-na-kilka-dni.html">Warmia i Mazury &#8211; zabytki, atrakcje, trasa na kilka dni</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/warmia-i-mazury-zabytki-atrakcje-trasa-na-kilka-dni.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>4</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Warmia i Mazury &#8211; Szlakiem Dziedzictwa Kulinarnego</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/warmia-i-mazury-szlakiem-dziedzictwa-kulinarnego.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/warmia-i-mazury-szlakiem-dziedzictwa-kulinarnego.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 14 Jun 2021 18:29:11 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Mazury]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Warmii i Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzać na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[tradycyjna kuchnia Warmii i Mazur]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Mazurach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17991</guid>

					<description><![CDATA[<p>Kiedy wybieram się w nową podróż, czy to w tę dalszą, czy bliższą, zawsze sprawdzam, co dobrego można zjeść na miejscu. Tak było także w przypadku Warmii i Mazur. Wiedziałam, że podążę szlakiem Dziedzictwa Kulinarnego, więc od razu zaczęłam szukać informacji o regionalnej kuchni. I wiecie co? Prawdziwe zaskoczenie, bowiem nazwy niektórych dań były dla mnie totalną nowością. Plińce, dzyndzałki czy karmuszka brzmiały nieco egzotycznie, a jednocześnie swojsko, sugerując, iż kuchnia ta łączy w sobie wiele smaków i tradycji. I rzeczywiście tak jest. Podróż szlakiem Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle to świetny pomysł, by poznać ten region od nieco innej strony, tej smacznej, zdrowej, lokalnej. Tradycyjna kuchnia to przecież źródło wiedzy na temat historii i kultury, żyjących tu ludzi. Sieć Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle Warmia i Mazury, jako pierwszy region w Polsce, dołączyły do Europejskiej Sieci Regionalnego Dziedzictwa Kulinarnego. Stało się to już lata temu, bo w 2005 roku. Owa organizacja promuje zdrową żywność, wytwarzaną w sposób nieprzemysłowy na bazie surowców naturalnych i jednocześnie lokalnych. Wszystkie założenia doskonale wpisują się w ideę &#8220;slow life&#8221;, która cieszy się obecnie coraz większa popularnością. Chcemy zwolnić tempo, wyhamować, uciec od zgiełku wielkich miast, być bliżej natury i jeść zdrowo. Sieć Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle prężnie działa i ciągle się rozwija. Uwaga, obecnie jest największą regionalną organizacją w Polsce i jedną z największych w Europie. Należą do niej ekologiczne gospodarstwa rolne, zajazdy, gospodarstwa agroturystyczne, restauracje i inne punkty gastronomiczne, producenci i przetwórcy żywności, sklepy i sprzedawcy detaliczni, po prostu miejsca, pokazujące kulinarne zwyczaje i promujące spuściznę tego regionu. Aktualnie w sieci zrzeszonych jest około 140 podmiotów. Pełną listę członków znajdziecie na stronie Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle. Jak trafić do takich miejsc, do takich wytwórców? Wystarczy podążać za specjalnym znakiem w postaci białej czapki kucharskiej na niebieskim tle. To logo tej sieci, dzięki któremu będziecie mieć pewność, że zostaną Wam zaserwowane regionalne dania, a żywność zakupiona w danym miejscu nie pochodzi z produkcji przemysłowej. Ten znak spotkacie w całej Europie! Warto więc się rozglądać. Warto także poszukać takich punktów już przed podróżą, jeśli chcecie odkrywać regionalne smaki i uraczyć się naprawdę zdrowym jedzonkiem. Dodatkowo w celu promocji regionalnej kuchni organizowane są liczne festiwale i konkursy kulinarne. Podczas tych imprez goście mają okazję skosztować regionalnych dań i wyrobów oraz poznać producentów żywności i restauratorów. Członkowie Sieci natomiast rywalizują między sobą, pokazując swój kulinarny kunszt. Przeważnie w takich konkurencjach wyłaniana jest najlepsza potrawa bądź produkt. Współorganizatorem festiwali często jest samorząd województwa warmińsko-mazurskiego. Więcej na temat samej sieci przeczytacie na stronie Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle. Jaka jest tradycyjna kuchnia Warmii i Mazur Tradycyjna kuchnia Warmii i Mazur jest prosta, bazująca na ogólnodostępnych składnikach, jak mąka, ziemniaki, jajka czy ryby. Tak naprawdę korzystano z tego, co dają lasy, jeziora i pola. Na stołach królują oczywiście ryby w różnej postaci oraz dania mączne i ziemniaczane. Zdawać by się mogło, że ziemniak, pyra czy kartofel króluje głównie w Wielkopolsce, a jednak wcale tak nie jest. Także i w Warmińsko-mazurskim tradycyjna kuchnia opiera się właśnie na tym warzywie, pochodzącym z Peru. Dodatkowo serwuje się tu dużo potraw z mięsa, w tym dziczyznę oraz drób. Potrawy są treściwie i kaloryczne, bo kiedyś ta siła i energia potrzebna była do ciężkiej pracy w polu. Warmia i Mazury słyną także z pysznego nabiału, ekologicznych serów, produkowanych przez małe rodzinne wytwórnie oraz z przepysznych miodów. Tradycyjna kuchnia Warmii i Mazur jest wielokulturowa, widać i czuć tu wpływy polskie, niemieckie, a także kresowe. Owa różnorodność związana jest z burzliwą historią tego regionu, migracją oraz przenikaniem się wielu kultur. I tak np. spotkacie tu niemieckie kluski czy kiełbasy, polskie dania z ryb czy grzybów oraz kresowe kartacze czy babkę ziemniaczaną. Niektóre potrawy przyrządzane są wyłącznie w tym regionie, a ich nazwy mogą być dla Was nowością. Niegdyś życie na terenach dawnych Prus nie było lekkie. Ciężka praca w gospodarstwie, na roli wymagała także odpowiednio kalorycznej diety. Obfitość stołu zależała od zamożności gospodarza. Przeważnie było biednie i skromnie, a wszyscy domownicy jadali z jednej misy. Wówczas w domu często pojawiała się muza bądź breja. Danie bardzo proste, przyrządzane z mąki żytniej, którą po prostu wrzucano na wrzątek. Do takiej zupy dolewano jeszcze piwa jałowcowego zwanego po mazursku kadykowym. Całość musiała się zagotować, a następnie ostygnąć, by dało się w tym wyżłobić wgłębienie. Lądowała w nim stopiona słonina ze skwarkami. W menu oprócz ziemniaków pojawiały się jeszcze brukiew, buraki, marchew, wyroby ze zbóż, grzyby, jagody czy zioła. I właśnie tę prostotę, a jednocześnie bogactwo smaków widać i czuć obecnie w tradycyjnej kuchni tego regionu. Lekcja gotowania z Olą Juszkiewicz, zwyciężczynią Masterchefa Na początek zabieram Was na prawdziwą lekcję gotowania. A lekcja to niezwykła. Dlaczego? Po pierwsze, przebiegła pod okiem prawdziwej mistrzyni w tym fachu, Oli Juszkiewicz, zwyciężczyni ostatniej edycji Masterchefa. Po drugie pierwsze, miałam także okazję dowiedzieć się więcej o samej kuchni tego regionu. Ola pochodzi z Mazur i też tutaj mieszka, więc o tutejszych kulinariach wie wszystko. Gotowanie przebiegło w duchu iście &#8220;slow&#8221;, pod chmurką na starej kuchni węglowej, bo przecież tak się kiedyś gotowało. A co upichciłyśmy z Olą? PLIŃCE Z POMOĆKĄ&#8230; wymieszane z topinamburem. Topinambur to bulwa z rodziny słonecznikowatych, która była tu niegdyś bardzo często używana. Plińce to smażone placki ziemniaczane ze specjalnym sosem z twarogu, cebuli, czosnku i szczypiorku. Na naszych talerzach pojawiła się także wersja z sosem grzybowym. Plińce to autentyczne danie Mazur, które pamiętają najstarsi mieszkańcy tych terenów. Można je zamówić w wielu regionalnych restauracjach. PODPŁOMYKI Z PASTĄ Z WĘDZONEJ RYBY oraz Z KOZIM SEREM I KONFITURĄ&#8230; to nic innego, jak małe mączne placuszki, wypiekane na rozgrzanej kuchence. Pasta powstała zaś z ryby słodkowodnej o nazwie troć&#8230; która, co ciekawe, ma intensywny łososiowy kolor. MAŚLANY SĘKACZ&#8230; po prostu poezja. Co prawda nie ukręciłyśmy go na miejscu, a już gotowy pojawił się jako deser. Niemniej był świeżutki, pachnący, wręcz rozpływał się w ustach. I muszę przyznać, że wersja maślana smakuje jeszcze lepiej. A jak ukręcić sękacza? O tym przeczytacie we wpisie z Blogowych Morsów, kiedy to również miałam okazję zajrzeć na Mazury. Generalnie cała zabawa z sękaczem polega na tym, by w odpowiedni sposób polewać ciasto na wałek, który musi być kręcony również w odpowiednim tempie. Uwierzcie mi, że wszystko smakowało wyśmienicie. A oto miejsca, które odwiedziłam podczas mojej podróży po Warmii i Mazurach. Serwują one nie tylko wspaniałą regionalną kuchnię, ale należą także do sieci Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle. Zajazd Tusinek Mówisz &#8220;Tusinek&#8221; &#8211; myślisz&#8230; naturalnie, tradycyjnie, lokalnie. Filozofia tego miejsca idealnie wpisuje się w ideę &#8220;slow food&#8221;, stworzoną jakiś czas temu we Włoszech. Zajazd Tusinek jako jedno z pierwszych miejsc przystąpiło do sieci Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle. Restauracja wyróżniona została przez Piotra Bikonta oraz Roberta Makłowicza. Miejsce to ciągle otrzymuje wszelkiego rodzaju wyróżnienia i nagrody. Zajazd Tusinek to firma rodzinna, której historia zaczęła się w 1991 roku. Wówczas to Pan Grzegorz Winiarek zakupił ziemię właśnie w Rozogach. Sześć lat później otworzył tu restaurację, która szybciutko zyskała sławę, szczycąc się zdrowymi regionalnymi daniami. Następnie pojawił się pomysł na miejsce z noclegami, który także został zrealizowany. Powstał hotel, który mieści się na terenie urokliwego gospodarstwa. Te zaś otoczone jest przez świerkowy las, zasadzony tu przez Pana Grzegorza i jego rodzinę. Zajazd znajduje się przy wjeździe na Mazury w miejscowości Rozogi. To około 150 km od Warszawy przy trasie Ostrołęka – Szczytno. Przy drodze zobaczycie najbardziej znaną część, czyli restaurację wraz ze sklepem z ekoproduktami. W głębi alei lipowej, za restauracją ulokowała się część hotelowa oraz gospodarstwo. Zajazd Tusinek słynie przede wszystkim z produkcji pysznych zdrowych serów, zarówno krowich, jak i kozich. Znajduje się tu serowarnia, w której produkuje się sery miękkie, czyli twaróg oraz sery dojrzewające. Można wziąć udział w warsztatach produkcyjnych. Miałam okazję zajrzeć do środka i zobaczyć, co dzieje się na miejscu w wytwórni. A tam praca wre. Świeży twaróg nacierany jest solą i tak sobie leżakuje mniej więcej dobę, zanim opuści miejsce produkcji. Dla porównania podrzucam trochę liczb. Krowa daje 20 litrów mleka dziennie, koza zaś tylko 1,5 litra. Z 10 litrów mleka można zrobić 1 kg sera. I już wiadomo, dlaczego ser kozi jest droższy od krowiego. Czysta matematyka:) Obiekt promuje żywność regionalną oraz nieprzetworzoną. Produkty są naturalne i pochodzą z własnych upraw. Na powierzchni 40 hektarów prowadzona jest hodowla krów, kóz (mieszka ich tu ponad 200) oraz konika polskiego. Tradycyjnie uprawiane warzywa oraz zioła wykorzystywane są do sporządzania potraw w restauracji. Warzywa i przetwory można również zakupić w farmerskim sklepie. Oprócz wspomnianych już serów nabędziecie tu także wino rabarbarowe czy konfiturę z płatków róż. Asortyment jest naprawdę bogaty i nietuzinkowy. Zajazd Tusinek to także idealne miejsce, by odpocząć. Piękne położenie, bliskość natury oraz otoczenie zwierząt gospodarskich gwarantują iście sielski klimat. A na dzieciaki czeka tu także moc atrakcji, stanowiących także element edukacji. Kurnik zaprojektowano w ten sposób, by jaja można było zbierać prosto spod kury. Zagroda edukacyjna oferuje szereg zajęć o różnej tematyce, od pastwiska do mleka, ogród i zioła, mleko i ser czy ginące zawody. Na dzieciaki czekają tu także kolorowe i rozkrzyczane pawie oraz bażanty. Zdradzę Wam jeszcze, iż obiekt planuje otworzyć małe centrum rehabilitacyjne, połączone z odpowiednią dietą, opartą o własne zdrowe produkty. Nie pozostaje nic innego, jak poznać to miejsce osobiście i przekonać się, jak pięknie wszystko tu działa. Ja już miałam taką okazję:) Więcej o Zajeździe Tusinek przeczytacie u Szalonych Walizek, które pięknie opisały to miejsce. Gościniec Ryński Młyn Jeśli chcecie podążyć szlakiem Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle, koniecznie zajrzyjcie do Gościńca Ryński Młyn w Rynie. Dlaczego? Po pierwsze, gościniec należy do wspomnianej sieci. A to oznacza to, że zostaną tu zaserwowane lokalne i regionalne specjalności kulinarne. Jak już wiecie, takie miejsca opatrzone są specjalnym logo w postaci białej czapki kucharskiej na niebieskim tle i właśnie ten znaczek tutaj ujrzycie. Po drugie, w Gościńcu Ryński Młyn pieczę nad wszystkim, co powstaje w kuchni sprawuje genialna Szefowa Kuchni, Pani Agnieszka Wesołowska, Mistrzyni dawnej sztuki kulinarnej. Ile nagród ma na swoim koncie? Zapewne ciężko będzie policzyć. Swoje kulinarne doświadczenie nabywała w wielu renomowanych restauracjach na Warmii, Mazurach i Podlasiu, a także na Litwie. Specjalizuje się w kuchni staropolskiej, a najbardziej upodobała sobie dania z ryb słodkowodnych, wszelakich mięsiw oraz z popularnych tu ziemniaków. Deserem również potrafi zaskoczyć, oczywiście pozytywnie:) Pani Agnieszka to prawdziwa pasjonatka, a jej serce do gotowania i pielęgnowania tradycyjnych smaków czuć w każdej potrawie. Czym ugościła mnie Pani Agnieszka? Co znalazło się na naszym stole? CHRUPIĄCA STYNKA MŁYNARZOWEJ, co sosów do niej nie żałowała. Stynka to malutka rybka, przypominająca szprotkę. Dla mnie nowość i moje odkrycie podczas eksplorowania Warmii i Mazur. Stynki podawane są zwykle smażone, jako chipsy rybne, genialne jako starter. Odławia się je tylko i wyłącznie zimą, następnie mrozi, wyciąga i obtacza w mące krupczatce. Uwaga, dopiero co złowiona stynka pachnie świeżym ogórkiem. SZCZAWIOWA z miejscowego szczawiu, pokrzywy, z jajkiem i ziemniakami ze skwarkami. Po prostu rewelacja, smak mojego dzieciństwa, szczególnie te skwareczki. GOŁĄBKOWA z młodej kapusty&#8230; danie, mogłoby się wydawać, zwyczajne, a ile w nim nadzwyczajnego smaku z dawnych lat. MAZURSKIE FARSZYNKI z kapustą&#8230; zwycięskie danie w konkursie kulinarnym Perła 2019 na najlepszą polską regionalną potrawę lub danie. To jedna z wielu nagród, jaką otrzymała Pani Agnieszka. Farszynki stanowią połączenie delikatnego ziemniaczanego ciasta oraz mięsno-jajecznego farszu. Osobiście próbowałam je tu pierwszy raz i mogę jedynie polecić. RYŃSKIE KARTACZE jak pięści Młynarza z okrasą i kiszoną kapustą&#8230;. tak, tak, kartacze serwuje się także na Mazurach, to wpływ kuchni kresowej. Kartacze to litewskie podłużne kluski z utartych, często tylko surowych ziemniaków, wypełnione mięsnym nadzieniem. Danie swą nazwę wzięło od pocisku armatniego, wypełnionego żelaznymi kulkami, który używany był od XVI do połowy XIX wieku. To typowa potrawa dawnego pogranicza polsko-niemiecko-litewskiego. Niemieccy mieszkańcy Gołdapi i okolic odpowiednik kartaczy zwali Keilchen, zaś Litwini nazywają je cepeliami. I teraz do głowy przychodzi Wam zapewne także nazwa cepeliny. PLIŃCE Z POMOĆKĄ i mięsiwem, ze śliwką oraz kapustą tutejszą&#8230; to danie już znacie, jednak w wydaniu ryńskim wyglądają i smakują nieco inaczej. Są większe, a mięsko i śliwką robią przysłowiową robotę. To kolejne zwycięskie danie w konkursie kulinarnym na &#8220;Najlepsze danie z ziemniaka&#8221; o Puchar Marszałka Województwa warmińsko-mazurskiego. Ponownie popisowa potrawa Pani Agnieszki, za którą zgarnęła kolejną nagrodę. SZCZUPAK Z PIECA W...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/warmia-i-mazury-szlakiem-dziedzictwa-kulinarnego.html">Warmia i Mazury &#8211; Szlakiem Dziedzictwa Kulinarnego</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/warmia-i-mazury-szlakiem-dziedzictwa-kulinarnego.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>3</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Grecka wyspa Nisyros na Morzu Egejskim &#8211; okolice Kos</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/grecka-wyspa-nisyros-na-morzu-egejskim-okolice-kos.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/grecka-wyspa-nisyros-na-morzu-egejskim-okolice-kos.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 02 Jun 2021 17:33:49 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Kos]]></category>
		<category><![CDATA[czego trzeba spróbować w Grecji]]></category>
		<category><![CDATA[którą wyspę grecką wybrać]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia grecka i kreteńska]]></category>
		<category><![CDATA[najbezpieczniejsze wyspy greckie]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze wyspy greckie]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczki fakultatywne z Kos]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17951</guid>

					<description><![CDATA[<p>Jeśli wybieracie się na grecką wyspę Kos, koniecznie sprawdźcie, co jeszcze kryje się w okolicy. Dlaczego? Dlatego, iż z tej wyspy można wyskoczyć na jednodniowe wycieczki i odkryć kolejne piękne miejsca w tym rejonie Morza Egejskiego. Szczególnie polecam Wam wulkaniczną wyspę Nissyros. Czeka tam na Was nie tylko spektakularny czynny wulkan, ale także urokliwy labirynt wąskich starych uliczek. Jak zorganizować wycieczkę na grecką wyspę Nisyros, ile to kosztuje i co dokładnie można zobaczyć i zwiedzić, dowiecie się już za chwilę. Jeśli planujecie pobyt na wyspie Hipokratesa, koniecznie zajrzyjcie do wpisu o atrakcjach wyspy Kos: &#160; Taką wycieczkę wykupić możecie w lokalnym biurze na miejscu lub przez Internet. Promy owszem kursują, jednak godziny rejsów nie za bardzo pasują na jednodniowy wypad, a i na miejscu transport będzie sporo kosztował. Dlatego skorzystanie w tym przypadku z miejscowej agencji jest bardzo dobrym rozwiązaniem. I co ciekawe, na miejscu działają także polskie firmy tego typu. Z czystym sumieniem mogę Wam polecić biuro Theokritos Travel, z którego usług skorzystałam dwa razy. Z biurem skontaktowałam się przed samym wylotem i tak naprawdę wszystko było załatwiane na ostatnią chwilę, ale też i wszystko pięknie się udało. Przez cały czas miałam kontakt z przemiłą osobą przez whatsapp, zaś vouchery na wycieczki czekały na nas w hotelu. Strona agencji Theokritos Travel dostępna jest także w języku polskim. Pracuje tu bowiem Polka, która także jest przewodniczką podczas niektórych wycieczek. Jeśli zależy Wam na tym, by zwiedzanie odbyło się w języku polskim, trzeba to zaznaczyć. Plusem może być też to, że niektóre dodatkowe opcje dostępne są właśnie z tą panią. I tak na przykład podczas eksplorowania wyspy Nissyros w &#8220;polskim programie&#8221; przewidziane jest jeszcze zwiedzanie wioski Nikkia (wycieczka odbywa się w czwartek). Cena za osobę dorosłą 25 EUR bez biletu wstępu na wulkan, wstęp na teren wulkanu 3 EUR Wulkaniczna wyspa Nissyros Statek na Nissyros odpływa z Kardameny i zabiera na pokład także chętnych z innych biur. Rejs trwa około 45 minut. Po dopłynięciu, przesiadacie się do autokaru, który zabierze Was aż na sam szczyt krateru. Będzie to pierwszy punkt programu. Krater Stefana, czyli oko wulkanu Krater można dostrzec już z okna autobusu. Robi niesamowite wrażenie, bo oto przed nami rozpościera się ogromna dziura w ziemi. To oko wulkanu, znajdującego się na wyspie Nisyros, czyli Krater Stefana. Wulkan jest cały czas aktywny, a w środku krateru znajdują się fumarole. Co ciekawe, można schodzić do jego środka. Według mitologii greckiej wyspa Nissyros powstała w chwili, gdy Posejdon oderwał fragment Kos i rzucił w jednego z gigantów, by uniemożliwić mu ucieczkę. Biedak padł i tak oto leży teraz w morzu, ziejąc wulkanicznymi gazami. Wulkan ten zyskał miano &#8220;zielonego wulkanu&#8221;. Dlaczego? A no dlatego, że jest to jedyny czynny wulkan w rejonie Morza Egejskiego, na którym występuje duża obfitość zarówno roślin, jak i różnorakich zwierząt. Skała oznacza zazwyczaj trudny grunt dla roślinności, ale tu jest inaczej. Mamy do czynienia z miękką i bardzo żyzną skałą wulkaniczną. I kolejna ciekawostka. Wyspę Nissyros zaliczono wraz z Methaną, Milos oraz Santorini do aktywnych wulkanów Grecji. Wszystkie położone są wzdłuż pasa szerokiego na kilkadziesiąt kilometrów i długiego na 450, który biegnie od Przesmyku Korynckiego aż do Nissyros. Ma on kształt łuku i na jego terenie skupia się cała najnowsza aktywność wulkaniczna obszaru Morza Egejskiego. Oczywiście zapach w tymże miejscu jest bardzo specyficzny. To siarka. Odważni mogą zejść na sam dół krateru. Uwaga na wysoką temperaturę. Jeśli zwiedzacie to miejsce latem, może być ekstremalnie gorąco. Żar leje się wówczas nie tylko z nieba, ale także wydobywa się prosto z ziemi. Dno wulkanu w okresie letnim przypomina wyschniętą białą powierzchnię jeziora. W niektórym punktach widać liczne otwory, z których wydobywa się para, a wokół coś bulgocze. Uwaga na podeszwy butów! Mogą ulec zniszczeniu, a raczej stopieniu. Wąski uliczki Mandraki Grecka wyspa Nisyros to także tradycyjna grecka architektura. Portowe miasteczko Mandraki jest stolicą wyspy. Osadzone jest na łagodnym wzgórzu, a domy schodzą aż do skalistego wybrzeża. Spacer wąskimi uliczkami to punkt obowiązkowy. Tworzą tu one swoisty labirynt, bardzo typowy dla starej greckiej zabudowy. Turyści porównują Mandraki do Santorini. Czy to dobre porównanie? Muszę przyznać, że miałam takie skojarzenie. Zobaczycie tu nie tylko typowe białe greckie domy z niebieskimi akcentami, ale także budynki w innych dość soczystych kolorach. Uwagę zwracają efektownie pomalowane drzwi oraz okiennice. Mandraki zachowała swój tradycyjny wygląd i styl. W ciągu dnia jest dość tłoczono, ponieważ codziennie organizowane są rejsy z wyspy Kos. Podczas mojego zwiedzania tłumów nie było, a już mało kto zapuszczał się w dalsze zakamarki osady. Zaraz za portem, w drodze na starówkę, znajdziecie także małą plażę. Jej nazwa to Chochlakoi. Można więc zażyć tu orzeźwiającej morskiej kąpieli po wyczerpującym zwiedzaniu. Podobno zachód słońca, widziany z tej plaży robi ogromne wrażenie. Klasztor Panagia Spiliani Największą atrakcją osady Mandraki jest klasztor Panagia Spiliani, który dumnie wznosi się nad miasteczkiem. Prowadzą do niego strome schody i piękne zaułki, a widok z góry zrobi z pewnością wrażenie. Koniecznie skierujcie swoje kroki także i tutaj. Można również zajrzeć do środka. Ów klasztor mnichów zbudowano na miejscu starego zamku w Mandraki. Aby wdrapać się na samą górę, trzeba pokonać 49 stopni. Jak wiekowa jest to budowla? Prawdopodobnie został wzniesiona w XIV wieku przez Rycerzy Świętego Jana. Pierwszy mnich zaś zamieszkał tu w 1746 roku. Klasztor Panagia Spiliani usytuowany jest na górze Ambelos na wysokości 125 m n.p.m. Znajdują się tu dwie świątynie. Jedna to kapliczka przepięknie udekorowana ikonami, druga zaś jaskinia, w której podobno dochodzi do cudownych uzdrowień.  Mury klasztoru skrywają coś jeszcze, a mianowicie ikonę, znalezioną w jaskini. Tylko w jeden dzień w roku, 15. sierpnia, jest ona znoszona do miasteczka i prezentowana wiernym podczas uroczystej procesji. Gdzie zjeść w Mandraki Grecka wyspa Nisyros to także pyszne jedzenie. W Mandraki bardzo polecam skosztować tradycyjnej greckiej kuchni. Właśnie tu warto skonsumować lunch lub obiad. Żaden posiłek nie jest wliczony w cenę wycieczki, więc to już zależy od Was, gdzie zasiądziecie. Rekomendowana przez biuro tawerna to Restauracja Vegos. Jest to typowo grecka jadłodajnia z tradycyjnym jedzonkiem. Złego słowa napisać nie mogę, a wręcz przeciwnie. Wybór dań całkiem w porządku. Od ryb, owoców morza, przez dania mięsne aż po potrawy dla wegetarian. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Bardzo miła i serdeczna obsługa kelnerska. Dania estetycznie ułożone na talerzach i szybko podawane. Jeśli zaś szukacie restauracji typowo rybnej, swoje kroki skierujcie do uliczek nad samym morzem. Znajdziecie tam kilka bardzo klimatycznych greckich tawern z owocami morza i rybami. A dodatkowo podczas jedzenia będzie Was rozpieszczał przepiękny widok na Morze Egejskie. Szczególnie polecam Tawernę Khokhlakoi. Stołują się tu także mieszkańcy wyspy. Tradycyjne domowe jedzenie absolutnie pyszne tuż nad samym morzem. Grecka wyspa Nisyros ma naprawdę bardzo dużo do zaoferowania i wyróżnia się na tle innych wysp chociażby aktywnym wulkanem, do którego wnętrza można zejść. A jeśli zastanawiacie się, którą wyspę grecką jeszcze odwiedzić, zajrzyjcie do innych moich wpisów na ten temat:</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/grecka-wyspa-nisyros-na-morzu-egejskim-okolice-kos.html">Grecka wyspa Nisyros na Morzu Egejskim &#8211; okolice Kos</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/06/grecka-wyspa-nisyros-na-morzu-egejskim-okolice-kos.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>8</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Carska Droga &#8211; trzy szlaki na biebrzańskich bagnach</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/04/carska-droga-trzy-szlaki-na-biebrzanskich-bagnach.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/04/carska-droga-trzy-szlaki-na-biebrzanskich-bagnach.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 20 Apr 2021 16:53:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Podlasie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Podlasia]]></category>
		<category><![CDATA[ciekawe miejsca na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[Podlasie rowerem]]></category>
		<category><![CDATA[Rowerem przez Biebrzański Park Narodowy i okolice]]></category>
		<category><![CDATA[szlaki rowerowe na Podlasiu]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17833</guid>

					<description><![CDATA[<p>Eksplorując Biebrzański Park Narodowy nie sposób nie zajrzeć na Carską Drogę (Carski Trakt). Ta zwana jest także &#8220;Łosiostradą&#8221;. Tak, tak, tutaj jesienią lub zimą można spotkać łosia. Carska Droga to otulona lasami oraz bagnami szosa o długości 35 km, łącząca Twierdzę Osowiec ze Strękową Górą. Przechodzi ona przez południowy obszar Biebrzańskiego Parku Narodowego, przez biebrzańskie bagna. Stanowi ona także fragment rowerowego szlaku Green Velo oraz Podlaskiego Szlaku Bocianiego. Od Carskiej drogi odchodzi kilka szlaków pieszych na biebrzańskie bagna. Postawiono tu wieże widokowe, położono drewniane kładki. W Biebrzańskim Parku Narodowym polecam Wam także trasę rowerową w Dolinie Biebrzy: &#160; Carska Droga w Biebrzańskim Parku Narodowym Skąd taka nazwa tej drogi? Oczywiście ma ona swoje uzasadnienie w historii. Niegdyś łączyła ona carskie twierdze, takie jak Łomża, Osowiec i Grodno. Powstała pod koniec XIX wieku. Jeśli spojrzycie na mapę, zobaczycie, że została ona wytyczona równolegle do lewego brzegu Biebrzy. Decyzję o budowie zarządził sam car Mikołaj II. Nie było to łatwe przedsięwzięcie, bowiem droga w większości przebiegała przez bagnisty teren. Uwaga na łosie! Nie bez powodu ów trakt zwany jest także Łosiostradą. Bywa, że wychodzą tutaj na drogę, więc trzeba jechać &#8220;łośtrożnie&#8221;, o czym przypominają liczne znaki ostrzegawcze. Jeden osobnik może ważyć aż 400 kg. Zderzenie z takim zwierzęciem będzie odczuwalne, jak uderzenie w słup. Jesteśmy wtedy praktycznie bez szans. Obecnie jest to wyasfaltowany odcinek, który można pokonać zarówno samochodem, jak i rowerem. Przy czym oczywiście polecam ten drugi sposób, jeśli czas na to pozwala. Od Carskiego Traktu odchodzą szlaki piesze na biebrzańskie bagna. Na dwa z nich można wjechać rowerem, jeśli teren jest suchy. W przeciwnym razie rower trzeba zostawić na starcie i dalej ruszyć na piechotkę. Na trasach ustawione wieże widokowe oraz rozmieszczono kładki. Jeśli marzy się Wam spotkanie oko w oko z królem parku, panem łosiem, polecam zjawić się tu bladym świtem lub też o zachodzi słońca. Oczywiście warto zajrzeć także do Twierdzy Osowiec. Akurat w czasie, kiedy się tam zjawiłam, fort był zamknięty, więc nadrobię kolejnym razem. Mapka ze strony Biebrzańskiego Parku Narodowego Szlak &#8220;Barwik&#8221; Istnieją dwie wersje tego szlaku. Krótsza i dłuższa, tworząca pętelkę. Szlak krótszy zielony: 5 km w dwie strony Ścieżka zaczyna się na parkingu w lesie, do którego skieruje Was drogowskaz. Są to okolice wsi Dobarz. Do parkingu wiedzie leśna piaszczysta droga. Na leśnej polanie możecie zostawić samochody bądź rowery i dalej ruszyć na piechotę. My tego nie zrobiliśmy i pojechaliśmy na dwóch kółkach. Po morderczych przeprawach przez kałuże i bagnisty teren, zdecydowaliśmy o zawrotce, by potem przejść ten szlak już tzw. buta. Był to czerwiec, a mimo to ciągle było mokro i ciągle błoto utrudniało przeprawę. Koniecznie zabierzcie ze sobą środek przeciw komarom, a i długie spodnie i rękaw też zapewne się przydadzą. W czerwcu dodatkowo biebrzański teren (choć podobno nie tylko ten) opanowały roje czarnych latających robali. Co to było? Do dnia dzisiejszego nie wiem. Wiem natomiast, że cholerstwo okrutnie natrętne, odrażające, niemalże udaremniło przemierzenie tego szlaku. Najgorzej było w lesie. Na otwartym terenie można było odetchnąć. A poza tym? Sam szlak bardzo przyjemny. Znajduje się w Obrębie Ochronnym Basenu Dolnego &#8211; Osowiec. W jedną stronę odcinek liczy sobie 2,5 km i biegnie wraz z czerwonym szlakiem na Gugny, tworzącym pętelkę. Na trasie ścieżki znajduje się 7 przystanków z tablicami, prezentującymi walory przyrodnicze tego obszaru. Tematy poszczególnych przystanków to: Uroczysko Barwik, Ekoton, Bekasy, Drobne ssaki torfowiska niskiego, Murawa bliźniczkowa, Łoś, Rzeka Kosódka. Ścieżka prowadzi groblą, więc wędrówka nie powinna być zbyt uciążliwa. Wiosną i jesienią niektóre fragmenty mogą być jednak podtopione. Ekoton Ekoton to strefa styku dwóch różnych ekosystemów. Ekotony o charakterze naturalnym są to przeważnie szerokie strefy przejściowe między sąsiadującymi ekosystemami. Na przykład może to być roślinność krzewiasta lub szuwarowa między lasem a ekosystemem wodnym. Taką strefę ekotonową charakteryzuje zwiększona bioróżnorodność. Z tablicy informacyjnej dowiecie się, jakie zmiany nastąpiły tu w przeciągu stuleci. Bekasy Chodzi tu o rodzinę ptaków. Turzycowiska w okolicy Barwika to najbardziej znane w Polsce miejsce, gdzie można usłyszeć, a czasem i zobaczyć rzadkiego ptaka dubelta. Ponadto, występują tu jeszcze dwa inne, bardzo podobne do niego, ptaki z rodziny bekasowatych: kszyk i bekasik. Są to ptaki małe, maskująco ubarwione, głównie różnymi odcieniami brązu. Charakterystyczne są ich długie dzioby, które służą to wygrzebywania pokarmu. Drobne ssaki torfowiska niskiego Zróżnicowanie gatunkowe drobnych ssaków, żyjących na turzycowiskach jest niewielkie i zależy w dużym stopniu od odległości od ściany lasu. Im bliżej, tym ta różnorodność większa. Gatunkiem zdecydowanie dominującym na tym obszarze jest nornik północny. Do tego spotkacie tu smużkę, badylarkę oraz mysz polną. Więcej na ten temat przeczytacie oczywiście na ścieżce edukacyjnej Barwik, odchodzącej od Drogi Carskiej. Murawa bliźniczkowa Wśród rozległych i monotonnych terenów bagiennych Dolnego Basenu Biebrzy wyróżniają się wzniesienia i wydmy, zwane grądami lub grądzikami śródbagiennymi. Na luźnych piaskach wydm rozłożyła się tu uboga w gatunki murawa napiaskowa. Luźny łatwo przenoszący się piasek wydm utrudnia roślinom zapuszczenie korzeni. U podnóża wydmy na niewielkiej powierzchni rozciąga się zaś niski kobierzec roślinności &#8211;  murawa bliźniczkowa. Jej nazwa wzięła się od rosnącej tu trawy bliźniczki psiej trawki. Czy kiedykolwiek słyszeliście tę nazwę? No właśnie. Rzeka Kosódka Rzeka Kosódka przez miejscowych nazywana jest Kosówką lub Kamionką. To jeden z dopływów Biebrzy. Owa rzeka jest w zasadzie kanałem, gdyż prawie na całej długości jest wyprostowana i uregulowana. I tak naprawdę przy mości nie wygląda wcale jak rzeka. Jak okiem sięgnąć, widać tylko szuwary, cała jest porośnięta. Początkowe 250 metrów trasy to zbiorowiska borów sosnowych. Następnie teren się obniża i wkraczamy na obszar bagien. Przechodzimy przez strefę podmokłych lasów, a później zakrzaczeń. W końcu wychodzimy na otwartą przestrzeń mokradeł &#8211; torfowisk niskich, ciągnących się aż do rzeki. Tu przestrzeń się otwiera i przenosimy się na turzycowiska. Co to takiego? To obszar roślinny, zdominowany przez turzyce. A co to te turzyce? To swego rodzaju trawiaste zespoły roślinne, występujące na mokradłach. Więcej na ten temat przeczytacie na stronie Biebrzańskiego Parku Narodowego w artykule &#8220;Co warto wiedzieć o biebrzańskich turzycowiskach i ich koszeniu&#8221;. Mniej więcej w połowie drogi znajduje się platforma widokowa. Można tu chwilkę odsapnąć i chłonąć odgłosy przyrody. A może i jaśnie wielmożny pan łoś także się pokaże. Pod koniec będziecie mieć także możliwość obserwacji terenu z góry. Stoi tu całkiem wysoka wieża widokowa. Szlak zaś, ten zielony, kończy się przy mostku na Kosódce. Jeśli nie zamierzacie robić całej prawie 10 km pętelki, musicie zawrócić w tym miejscu i wrócić tą samą drogą. Ogólnie ten odcinek jest łatwy, lekki i przyjemny. Szlak dłuższy czerwony: 9,5 km, okresowo bardzo trudny I to jest, jak to się mówi, prawdziwy hardkor. Ten zaczyna się za mostkiem na Kosódce. Wchodzicie po prostu w prawdziwie bagnisty teren Biebrzańskiego Parku Narodowego. Poczujecie tu prawdziwego ducha Biebrzy. Uwaga, szlak ten jest bardzo słabo oznakowany! Bardzo łatwo się tu zgubić, co już się zdarzało nie raz. Dlatego też na stronie parku znajdziecie szczegółową mapę wraz z numerami tyczek, wyznaczających ścieżkę. Te nierzadko są słabo widoczne na odcinkach zakrzaczonych i porośniętych trzciną. Przed wyruszeniem na szlak, koniecznie pobierzcie współrzędne trasy, przygotowane przez park: współrzędne GPS szlaku GUGNY &#8211; BARWIK. Trasa jest trudna także ze względu na specyfikę terenu. Bywa, że na szlaku stoi woda, czasem nawet po pas. Wówczas albo brnięcie przez takiego bagno, co może być niebezpieczne, albo poddajecie się i próbujecie za jakiś czas. Na stronie parku widnieje adnotacja, iż ten fragment dostępny jest wyłącznie dla osób, będących pod opieką licencjonowanego przewodnika. Czy tak jest naprawdę? Na miejscu w siedzibie parku oczywiście zapytałam o tę opcję i w zasadzie to, co mi zasugerowano, to zaopatrzenie się we współrzędne. Szlak wiedzie przez uroczysko Kaliszek, dalej przez wieś Gugny, a kończy się na Carskiej drodze przy przystanku PKS. Jeśli zdecydujecie się na taką wyprawę, zarezerwujcie sobie na to cały dzień. Oczywiście zapytajcie także o przewodnika. Jak kończą się wycieczki na własną rękę na tym szlaku? O akcji odnalezienia zagubionych turystek przeczytacie na stronie parku. Mapka ze strony Biebrzańskiego Parku Narodowego Szlak &#8220;Grobla Honczarowska&#8221; Szlak zielony: 7 km w dwie strony To kolejna ścieżka edukacyjna, odchodząca od Carskiej Drogi. Na początku szlaku postawiono tu wiatę oraz stojaki na rowery. Na poboczu znajduje się też małe miejsce parkingowe. Tę trasę praktycznie całą pokonaliśmy rowerem. Z pewnością jest to miejsce dla miłośników i tropicieli biebrzańskiej fauny i flory. Na końcu ścieżki znajduje się wieża widokowa na torfowiska przy tzw. &#8220;Batalionowej Łące&#8221;. Wzięła ona swą nazwę od ptaka, który niegdyś tu licznie występował. To właśnie batalion widnieje w logo Biebrzańskiego Parku Narodowego. Niestety swego czasu rolnicy przestali kosić okoliczne łąki i ptak się wyprowadził. Wieża, która stoi na końcu szlaku, ma formę brogu, dawnej konstrukcji do składowania siana. Z wieży rozciąga się widok na bezkresne biebrzańskie torfowiska. Przy wieży zaś postawiono tablice informujące o tym, co skrywa ten bagienny teren. Ścieżka teoretycznie dzieli się n 6 odcinków: Carska Droga (0.0 km), Bobry (1.3 km), Wierzby (2 km), Polana – motyle (2.3 km), Wieża widokowa – Bróg (3.4 km), Batalionowa Łąka (3,5 km). Teoretycznie, gdyż niestety na szlaku brak dobrych oznaczeń. Na początku droga prowadzi przez las, a następnie usypaną groblą przez Bagno Ławki. Słowo &#8220;Ławki&#8221; jest pochodzenia bałtyckiego. Litewskie &#8220;laukas&#8221; oraz pruskie &#8220;lauk&#8221; oznacza pole uprawne lub przestrzeń niezalesioną. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, iż pozbawiony zakrzaczeń, otwarty krajobraz tego obszaru istniał już we wczesnym średniowieczu, a nawet wcześniej. Na grobli można zaobserwować oczywiście łosia, ale także sarnę, lisa, jenota, borsuka, łasicę, gronostaja, a nawet bobra. Do tego wiele gatunków ptaków również tu urzęduje. Zobaczyć można kropiatkę, wodnika, bąka, łozówkę, podróżniczkę, rokitniczkę i brzęczkę. Ścieżka przecina kilka wyniesień mineralnych, zwanych grądzikami, i kończy się przy tablicy z opisem &#8220;Łąki Batalionowej&#8221;. Tutaj można zobaczyć niepozorna wodniczkę, która zagrożona jest wyginięciem. Biebrzański Park Narodowy to jedna z ostatnich ostoi tego ptaka. Szlak &#8220;Długa Luka&#8221; Szlak zielony: 0,8 km w dwie strony To miejsce ciężko nazwać szlakiem. Jest to ścieżka edukacyjna, która prowadzi po zamontowanej na bagnach drewnianej kładce. Rowery oczywiście trzeba zostawić na starcie. Kładka mierzy sobie 400 metrów. Podobno to właśnie tu bardzo często można zobaczyć łosia, bowiem skupisko turzycowisk jest tu bardzo duże. Nam niestety nie udało spotkać się tu króla Biebrzańskiego Parku Narodowego. Cóż, jest pretekst do tego, by wrócić. Spacer po kładce jest naprawdę przyjemny. Na jej końcu zmontowano platformę widokową, z której to rozciąga się widok na rozległe torfowiska. Bądźcie czujni, bowiem nie tylko łoś może sobie urządzać tu spacery. Zaglądają tu także lisy, wilki czy gronostaje. Oczywiście największe szanse na ich zobaczenie będziecie mieć bardzo wcześnie rano lub o zmierzchu. W dzień kręci się tu sporo ludzi, co raczej nie zachęca zwierząt do wyjścia ze swoich kryjówek. Niedaleko stąd, przy Carskiej Drodze, znajduje się wieża widokowa &#8220;Bagno Ławki&#8221;. Traficie na nią jadąc z Grobli Honczarowskiej. Wieża stoi niemalże przy szosie, więc nie wiem, czy są tu szanse na wypatrzenie biebrzańskich mieszkańców. Łoś &#8211; Król Biebrzańskich Bagien Łoś należy do rodziny jeleniowatych. Jest zwierzęciem stosunkowo długowiecznym. Żyje 20-25 lat. Długość jego ciała to 2-2 metry, a waży od 350 do 500 kg! Samice są oczywiście mniejsze od samców. Barwa sierści zależy od pory roku. W czasie wiosenno-jesiennym przyjmuje kolor rdzawo-brązowy. Zimą zaś sierść ciemnieje. Wówczas widoczne są bardziej jaśniejsze partie, takie jak spód ciała, kończyny i zad. Poroże łosia &#8211; łopaty i badyle Tylko samce wykształcają poroże. Wyróżnia się dwa typy poroża: łopaty i badyle. Byka, noszącego poroże w formie łopat nazywa się łopataczem. Jest to zdecydowanie rzadsza u nas forma. Byka, noszącego badyle, nazywa się&#8230; tak, tak, badylarzem. Każdego roku, w grudniu bądź styczniu, łosie zrzucają swe poroże. Nowe wykształca się wiosną lub wczesnym latem. Waga poroża zależy od wieku osobnika. Im starszy byk, tym również &#8220;ozdoba&#8221; na głowie cięższa. Najczęściej waga waha się od 2 do 6 kg. Uwaga, nad Biebrzą wciąż można spotkać bardzo silne byki, których rosochy porównywalne są do rekordowych trofeów z lat przedwojennych. Ich poroże może dochodzić aż do 15 kg. Zwyczaje łosia Ulubione miejsce łosia to tereny podmokłe i bagienne. Preferuje torfowiska z zakrzaczeniami wierzbowymi oraz lasy bagienne &#8211; olsy. Długie nogi łosia, tzw. badyle, pozwalają mu na sprawne poruszanie się po obszarze błotnistym wśród kęp turzyc. Bagna Biebrzańskie to optymalne środowisko dla łosia.  Łosia najaktywniejsze są wczesnym rankiem oraz wieczorem. Wówczas najłatwiej je spotkać, gdy wypasają się pośród turzycowisk. Uwaga!...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/04/carska-droga-trzy-szlaki-na-biebrzanskich-bagnach.html">Carska Droga &#8211; trzy szlaki na biebrzańskich bagnach</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/04/carska-droga-trzy-szlaki-na-biebrzanskich-bagnach.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Szlak rowerowy w Dolinie Biebrzy &#8211; Biebrzański Park Narodowy</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/04/szlak-rowerowy-w-dolinie-biebrzy-biebrzanski-park-narodowy.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/04/szlak-rowerowy-w-dolinie-biebrzy-biebrzanski-park-narodowy.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 11 Apr 2021 15:47:06 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Podlasie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Podlasia]]></category>
		<category><![CDATA[ciekawe miejsca na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[drewniane cerkwie na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[Podlasie rowerem]]></category>
		<category><![CDATA[szlaki rowerowe na Podlasiu]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17735</guid>

					<description><![CDATA[<p>Szlaków rowerowych w Biebrzańskim Parku Narodowym i okolicach jest mnóstwo. Wystarczy spojrzeć na mapkę na stronie parku, by mieć ogląd sytuacji. Jedne kilkukilometrowe, do pokonania także pieszo, inne 70-80 km, wymagające już dwóch kółek. Przez Biebrzański Park Narodowy przechodzi fragment rowerowego szlaku Green Velo, więc jeśli ktoś nie może porwać się na całą trasę, może tutaj przejechać się jej odcinkiem. Szlak rowerowy w Dolinie Biebrzy prowadzi przez urokliwie położone wioski, by potem skierować Was już nad samą rzekę Biebrzę. Mi udało się pokonać fragment trasy od Goniądza do Jagłowa, oznaczonej na mapie parku kolorem niebieskim. Cały szlak jest o wiele dłuższy. Zachęcam Was również do rowerowej wycieczki wzdłuż Narwi. Są to okolice Biebrzańskiego Parku Narodowego. Biebrza jest bowiem największym prawobrzeżnym dopływem Narwi: &#160; Cała niebieska trasa rowerowa liczy sobie aż 85 km i zaczyna się w Twierdzy Osowiec, a kończy w Lipsku. Szlak Green Velo za Dębowem odbija w lewo, zaś niebieski bieganie dalej w prawo na Jagłowo. Nie chciałam tu pędzić i śpieszyć się, by cały ten odcinek pokonać w jeden dzień. Dodatkowo, droga powrotna zajęłaby drugie tyle. Dlatego też, jak już wspomniałam, na warsztat poszedł fragment niebieskiego szlaku, który pozwolił cieszyć się widokami oraz wycisnąć jakieś 60 km (w dwie strony). Trasa GONIĄDZ &#8211; WROCEŃ &#8211; DOLISTOWO STARE &#8211; JASIONOWO DĘBOWSKIE &#8211; DĘBOWO &#8211; JAGŁOWO jest niezwykle malownicza, a ścieżka przy samej Biebrzy powala na kolana. Najpiękniejszy odcinek biegnie za drewnianym mostkiem w Dolistowie Starym. Biebrza pięknie tu meandruje, a kwitnące łąki robią dodatkową robotę. Biebrzański Park Narodowy &#8211; informacje Biebrzański Park Narodowy powołano w 1993 roku, aby chronić najbardziej rozległe w Europie Środkowej torfowiska, występujące w bagiennej dolinie rzecznej. Uwaga, jest to największy park narodowy w Polsce. Jego powierzchnia to blisko 60 000 ha. Dolina Biebrzy prawie na całej długości zachowała naturalny charakter, a co za tym idzie, niezwykłe bogactwo świata roślin i zwierząt. Występuje tu roślinność bagienna, rzeczna i leśna. Biebrzański Park Narodowy jest również największą w Polsce ostoją łosia. Można tu także spotkać wilki,  bobry oraz wydry. To również kraina ogromnej populacji ptaków. Występuje tu aż 270 gatunków. Pamiętajcie, że  w Biebrzańskim Parku Narodowym obowiązują opłaty za wstęp na szlaki lądowe, konne, wodne oraz szlak podwodny. Bilety zakupić można w siedzibie BbPN przy Twierdzy Osowiec oraz przez Internet. Szczegółowe informacje na ten temat znajdziecie na stronie parku. Tutaj widnieje także link przez który nabędziecie bilety wirtualnie. Całą mapę znajdziecie na stronie Biebrzańskiego Parku Narodowego Goniądz &#8211; początek mojej trasy rowerowej w Dolinie Biebrzy Goniądz to niewielkie miasteczko, od którego zaczęliśmy naszą trasę. Podjechaliśmy tu z Moniek, gdzie mieliśmy nocleg. Auto zostawiliśmy na parkingu przy kościele. Goniądz leży w samym centrum województwa podlaskiego. Urokliwa, trochę jakby senna miejscowość, leży nad samą Biebrzą. Ba, blisko 60% powierzchni gminy leży na terenie  Biebrzańskiego Parku Narodowego. Jej historia sięga aż 1358 roku! Wycieczkę można zacząć od punktu widokowego na rzekę i jej okolice. Wart uwagi jest także cmentarz wraz z neogotycką kaplicą z 1907 roku oraz stary drewniany Młyn wodny „Dołek” z XIX wieku, usytuowany nad rzeczką Czarna Struga. A jeśli macie ochotę na kąpiel w rzece, tutaj również będzie to możliwe. Znajdziecie tu wyznaczony do tego obszar wraz z pomostkami. Jak w Goniądzu wjechać na niebieski szlak rowerowy, stanowiący tu także fragment Green Velo? Otóż z głównej ulicy Wojska Polskiego, trzeba skręcić w boczną wąską uliczkę Dolistowską. Ta w pewnym momencie zamieni się w polną drogą, która to właśnie będzie stanowić Waszą trasę. Eksplorowanie tych terenów bardzo polecam w czerwcu. Dlaczego? Raz &#8211; piękna pogoda, dwa &#8211; oprócz soczystej zieleni zobaczycie tu także pięknie kwitnące łąkowe kwiaty. Szczególną uwagę zwracają różowe firletki, którymi usiane są tu pola i łąki. Dalej szlak prowadzi przez wieś Dawidowizna, by po jakimś czasie znowu odbić do głównej drogi. Tutaj jednak czeka na Was ścieżka rowerowa, więc nie ma potrzeby szorowania wraz z samochodami. Jedzie się tu całkiem przyjemnie. Następnie po kilku kilometrach znowu skręcamy w prawo w tereny bardziej sielskie. Droga wiedzie najpierw przez las, a później prowadzi przez wieś Wroceń, która to jest świetną bazą do spływów Biebrzą zarówno kajakami, jak i tratwą. Wroceń &#8211; baza na spływ kajakiem oraz tratwą Wroceń to mała wieś, malowniczo położona na rowerowym szlaku w Dolinie Biebrzy. Jadąc główną drogą z pewnością zobaczycie rzekę, płynącą wzdłuż zabudowań. Koniecznie zatrzymajcie się tu na chwilę nad jej brzegiem. Widoki sielskie. A po rzece suną leniwie kajaki bądź tratwy. Zabudowa jest dość gęsta, wiec trzeba poszukać przejścia. Możecie także zapytać jednego z właścicieli tutejszych kwater, czy pozwoli Wam zajrzeć nad rzekę. Z pewnością Waszą uwagę zwróci kemping oraz agroturystyka w Dolinie Biebrzy. Pięknie położona nad samą rzeką, oferuje miejsca pod namiot, pokoje oraz noclegi w klimatycznych drewnianych domkach. Czy miejsce mogę polecić? Nie wie wiem. Na pewno lokalizacja na plus, jednak poza tym opinie są różne. Stacjonując we Wroceniu, spływ można zacząć właśnie tutaj. Następnie płynie się w kierunku Goniądza aż do Twierdzy Osowiec. Odcinek do Goniądza pokonacie mniej więcej w 3 godziny, a jeśli ruszycie dalej do twierdzy, musicie zarezerwować jeszcze dwie. Biebrza to bardzo spokojna rzeka bez wartkiego nurtu. Trzeba się więc co nieco nawiosłować, by się przemieszczać i dopłynąć do celu. Cena za wypożyczenie kajaka to średnio 40 zł plus koszty transportu. Tratwę na cały dzień można zaś wypożyczyć za 180 zł plus transport, który może kosztować nawet 200 zł. Krótki rejs kosztuje około 80 zł. Dolistowo Stare &#8211; początek trasy rowerowej przy samej Biebrzy Z Wrocenia szlak rowerowy w Dolinie Biebrzy zaprowadzi Was do kolejnej wsi nad rzeką. Mowa tu o Dolistowie Starym. Wieś od południa otoczona jest polami i pastwiskami, a od północy rozległymi bagnami. Tutejsze zabudowania są przykładem pięknej tradycyjnej architektury drewnianej. Najciekawsze zabytki wsi to klasycystyczny kościół p.w. św. Wawrzyńca z końca XVIII wieku, dzwon z 1692 roku w pobliskiej kaplicy oraz wiatrak holenderski z początku XX wieku (aktualnie w rękach prywatnych). Ta część Podlasie nie jest prawosławna, a katolicka. Nie zobaczycie tu cerkwi. Waszą trasę będą wyznaczały przydrożne kapliczki oraz krzyże katolickie. W Dolistowie Starym znajdziecie także plażę i całkiem spore kąpielisko nad Biebrzą, a przy nim MOR, czyli Miejsce Obsługi Rowerzystów. Można się tu zatrzymać i w pięknych okolicznościach przyrody skonsumować jakąś przekąskę. Uwaga, w sezonie może być tłoczno i głośno. Jednak z boku da się znaleźć spokojne miejsce, by zaszyć się na chwilę nad samą rzeką. We wsi możecie wstąpić do sklepu spożywczego lub nawet na obiad do małej knajpki. Po drugiej stronie rzeki rozciągają się bezkresne mokradła. Przechodzą one w objęty ścisłą ochroną obszar Czerwonego Bagna, największej ostoi łosia w Polsce. To właśnie tutaj za słynnym drewnianym mostem rozpoczyna się, w mojej opinii, najpiękniejszy odcinek szlaku rowerowego w Dolinie Biebrzy. Przed mostem stoi tabliczka, informująca o tym, że oto właśnie wjeżdżacie na teren Biebrzańskiego Parku Narodowego. Z mostu rozciąga się przepiękny widok na rzekę, rozlewiska oraz bagienne łąki. Jasionowo Dębowskie &#8211; wioska pośród bagien Biebrzańskiego Parku Narodowego Trasa z Dolistowa Starego do wioski Jasionowo Dębowskie to był po prostu hit wyjazdu. Tak sielskich, malowniczych widoków nawet się nie spodziewałam. Szlak wiedzie przy samej Biebrzy, która ślicznie tu meandruje. Od czasu do czasu po rzece suną kajaki oraz słynne tratwy. Jedyny minus to droga. Na tym odcinku to po prostu tarka, więc jechać trzeba i ostrożnie, i wolno, no ale kto by się spieszył w takich okolicznościach przyrody?! Poprowadzona tędy ścieżka umożliwia naprawdę bliski kontakt z dziewiczą naturą. Co tu więcej pisać, niech przemówią zdjęcia&#8230; choć w rzeczywistości biebrzański świat wygląda jeszcze piękniej. W Jasionowie Dębowskim możecie także odbić w szlak żółty, który zaprowadzi Was na tzw. &#8220;Wydmy&#8221;. Jest to samo serce Biebrzańskiego Parku Narodowego. Na trasie znajduje się pole namiotowe oraz wieża obserwacyjna. Tędy możecie dojechać do Kopytkowa, do którego prowadzi droga żwirowa. Łoś może się tu czaić gdzieś w zaroślach. Uwaga, trasa żółta przez wydmy to szlak trudny do przejścia latem, nawet przy niskich stanach wód. Trzeba tu bardzo uważać. Dębowo &#8211; zabytkowa śluza na Kanale Augustowskim Szlak rowerowy w Dolinie Biebrzy zaprowadzi Was do kolejnej wsi, położonej na bagiennym terenie. Trasa wiedzie tu już asfaltem. Ruch samochody jest tu niewielki, niemniej brak tu pobocza, więc przy zakrętach trzeba szczególnie uważać. To, co stanowi atrakcję wsi, to zabytkowa Śluza Dębowo na Kanale Augustowskim, działająca do dnia dzisiejszego. Akurat miałam okazję zobaczyć kajakową przeprawę w tym miejscu. Śluza została wybudowana w latach 1826 &#8211; 1827 pod nadzorem podporucznika inżyniera Michała Przyrembla. Znajduje się tu jedna komora, a całość stanowi betonowo-ceglany twór. Jej długość wynosi niecałe 44 metry, szerokość zaś 6 metrów. Drewniane wrota zwalniane są ręcznie. Śluza niweluje różnicę poziomów 2,07 metra, możliwą do pokonania w czasie około 20 minut. Nad śluzą przechodzi most drogowy, obecnie betonowy, kiedyś drewniany. W czasie II wojny światowej konstrukcja uległa zniszczeniu. Została jednak odbudowana tuż po, po czym na przełomie XXI wieku przeszła gruntowny remont. To, co także zalicza się do kompleksu śluzowego to domek operatora oraz zabudowania dawnego nadzorcy oddziału Netty. Jagłowo &#8211; zagubiony szlak rowerowy w Dolinie Biebrzy Za Dębowem szlaki Green Velo oraz niebieski rozdzielają się. Ten pierwszy prowadzi na Sosnówkę, drugi zaś w kierunku wsi Jagłowo i to właśnie tam jedziemy dalej. W tym miejscu czas jakoby się zatrzymał. To, co od razu rzuca się w oczy, to drewniana tradycyjna zabudowa. Stare domy, położone nad samą rzeką, tworzą obrazek jak ze starych zdjęć czy pocztówek. By to wszystko dobrze zobaczyć, trzeba dostać się nad Biebrzę, co nie jest proste. Ciężko znaleźć ścieżkę, prowadzącą nad rzekę. Każda, którą udaje mi się wypatrzeć, prowadzi przez teren prywatny. Oznaczenia szlaku niebieskiego również się gubią i zacierają. Na początku wydaje się, że trzeba odbić w prawo, jednak potem droga kończy się na czyjejś posesji. Spotkany mieszkaniec Jagłowa również nie jest w stanie wskazać trasy. Owszem, pamięta, że kiedyś coś takiego tu było, ale teraz przejazd musiałby być przez teren prywatny. Czy to prawda? Patrząc na mapę na stronie parku, wyraźnie widać wyznaczony szlak. Cóż, może następnym razem poruszę temat w punkcie informacji turystycznej Biebrzańskiego Parku Narodowego. Zagwozdkę mam do dnia dzisiejszego, więc chętnie rozwiążę tę zagadkę. A samo Jagłowo? Sądzę, że warto pokręcić się tu przez chwilę. Jak myślicie, skąd wzięła się taka nazwa wsi? Lokalna opowieść głosi, iż powstała ona w momencie, kiedy na tych terenach osiedlili się nowi przybysze. Każdy z nich chciał rządzić i ciągle powtarzał: &#8220;ja tu głową będą, ja głową, ja głową&#8221; i tak się to utarło, że osadę tak nazwano. Waszą uwagę z pewnością zwróci drewniana kaplica Matki Bożej Królowej Pokoju, wybudowana przed wojną. W pobliskim lesie znajduje się także cmentarz dzieci nieochrzczonych. Zachowało się na nim kilka nagrobków. Najstarsze datowane są na połowę XIX wieku, a najnowsze postawiono w latach sześćdziesiątych XX wieku. Niegdyś w Jagłowie wszyscy zajmowali się łowieniem ryb. Jednym z najpowszechniej używanych narzędzi była komla, trójkątna sieć, zamocowana na kiju. Więcej o rybakach z Jagłowa dowiecie się z filmu, przygotowanego przez Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie. W tymże montażu zobaczycie fragmenty innego filmu dokumentalnego, zrealizowanego przez ekipę muzeum w 1968 roku. Jego tytuł brzmiał &#8220;Połów ryb niewodem&#8221;. Co jeszcze warto zrobić i zobaczyć na Podlasiu Jeśli wybieracie się na Podlasie, koniecznie zajrzyjcie do innych moich wpisów z tego regionu Polski. Czekają na Was opisy kolejnych szlaków rowerowych, ale także gotowe trasy zwiedzania z atrakcjami. Podlasie to spory region, więc jest tu co robić. Jego wschodnia oraz południowa część również warta jest zobaczenia. Gościnność mieszkańców oraz pyszne jedzonko sprawią, że będziecie chcieli wrócić tu ponownie.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/04/szlak-rowerowy-w-dolinie-biebrzy-biebrzanski-park-narodowy.html">Szlak rowerowy w Dolinie Biebrzy &#8211; Biebrzański Park Narodowy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/04/szlak-rowerowy-w-dolinie-biebrzy-biebrzanski-park-narodowy.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>16</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>TOP 15: najpiękniejsze miejsca w Omanie, które warto zobaczyć</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/top-15-najpiekniejsze-miejsca-w-omanie-ktore-warto-zobaczyc.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/top-15-najpiekniejsze-miejsca-w-omanie-ktore-warto-zobaczyc.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 21 Mar 2021 18:16:27 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Oman]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[forty w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[które forty w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze forty w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[Oman dwa tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Oman na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Oman plan dwa tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Oman trasa na dwa tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży Oman]]></category>
		<category><![CDATA[pomysł na Oman]]></category>
		<category><![CDATA[twierdze w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do Omanu]]></category>
		<category><![CDATA[zamki w Omanie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17639</guid>

					<description><![CDATA[<p>Oman zachwycił mnie pod każdym względem. To, co tam zobaczyłam i czego doświadczyłam, znajduje się niewątpliwie bardzo wysoko na mojej liście podróżniczych &#8220;achów i ochów&#8221;. Zarówno niesamowite zabytki, jak i powalająca natura sprawiają, iż warto odwiedzić ten kraj. Oman nie jest jeszcze masowo odwiedzany przez turystów. Dlatego tym bardziej zachęcam Was do odwiedzenia tego zaczarowanego świata. Co warto zobaczyć w Omanie? Oto 15 najpiękniejszych miejsc, które według mnie koniecznie trzeba uwzględnić w swoim planie. Kolejność przypadkowa, bowiem tym razem nie potrafię wybrać top atrakcji, wszystkie naprawdę bardzo mi się podobały. Wahiba Sands &#8211; noc na omańskiej pustyni Zachód oraz wschód słońca na pustyni, usłanej pomarańczowymi wydmami? Uwielbiam! Wiem, że nie tylko w Omanie można tego doświadczyć. Niemniej Wahiba Sands, zwana także Sharqiya Sands, urzekła mnie nie tylko widokami, ale także i opowieściami naszego gospodarza, przesympatycznego starszego Beduina, który pamięta odległe omańskie czasy. Beduiński obóz, w którym spędziliśmy noc, usytuowany był idealnie tuż przy wysokich wydmach. Mogliśmy zatem cały wieczór spędzić na eksplorowaniu tego terenu, podziwiać stąd zachód oraz wschód słońca.  Wieczorem czekała na nas kolacja oraz długie opowieści naszego gospodarza przy rozpalonym ognisku pod rozgwieżdżonym niebem. Mamy także okazję przymierzyć tradycyjne beduińskie stroje. Nazwa obozu to Wahiba Bedouin Rustic Camp. Widzieliście kiedyś szczyty wydm, tonące w chmurach? Ja już tak. Właśnie na pustyni Wahiba Sands, kiedy to ruszyliśmy na wschód słońca. Na początku cała pustynia tonęła w swego rodzaju mgle. Nadzieja na piękne widoki o wschodzie była niewielka. A jednak gdy słońce zaczęło się podnosić, mgły zaczęły opadać. W pewnym momencie szczyty pomarańczowych wydm wraz z nami znalazły się ponad chmurami, które teraz pięknie majaczyły między wydmami. Takiego widoku jeszcze nigdy nie dane mi było zobaczyć na własne oczy. Po prostu bajka! Opuszczona wioska Al-Hamra To miejsce było w planie jako tzw. &#8220;punkt przy okazji&#8221; podczas podróży w góry. Jak cudownie, że ta okazja jednak się zadziała. Ogromne zaskoczenie, pozytywne oczywiście. Ale czy można zachwycać się opuszczonymi budynkami? W tym przypadku jak najbardziej. To, co szachowało się w starej części robi ogromne wrażenie. A zachowało się naprawdę bardzo dużo. Al Hamra Oman to jedna z najlepiej zachowanych starych wiosek w Omanie. Można wędrować przez labirynt wąskich uliczek i podziwiać architekturę sprzed wieków. Szacuje się, iż ruiny Al Hamra mają od 700 do 1000 lat i są całkowicie nietknięte. Koniecznie zajrzyjcie tutaj do żywego muzeum Bait Al Safah. Poznacie tu dawne tradycje Omanu. Zobaczycie między innymi, jak niegdyś wypiekano chleb, tłoczono olejki czy sporządzano maści z szafranu. Ba, sami będziecie mogli wziąć udział w tychże czynnościach. O historii i kulturze opowiedzą Wam przesympatyczni Omańczycy i to oni zaproponują Wam przebranie się w tradycyjne stroje. A po wszystkich atrakcjach w jednym z klimatycznych pokoi będzie na Was czekać kawa z kardamonem i daktylami oraz imbirowa herbata. Na miejscu można także zakupić tradycyjne wyroby, takie jak kremy, maści czy perfumy. Wadi Shab &#8211; ukryte wśród gór naturalne baseny Być w Omanie i nie zajrzeć do jednej z wadi? No właśnie. To tak, jak mniej więcej z Paryżem i Wieżą Eiffla, tylko w tym przypadku chodzi o dzieło Matki Natury. Co to jest wadi i dlaczego warto uwzględnić ją w planie? To sucha długa dolina na pustyni lub w górach, kręta, o stromych zboczach i niewyrównanym dnie. Kryje w sobie baseny ze słodką wodą, które to stanowią tu główną atrakcję. Można w nich znaleźć wytchnienie od lejącego się z niecha słonecznego żaru. Wadi bywają także niebezpieczne podczas ulewnych deszczy. Koniecznie trzeba sprawdzić prognozę pogody przez wizytą w takiej dolinie. W przypadku zapowiadanych opadów taką wycieczkę lepiej odpuścić. W wadi może się wówczas utworzyć tzw. flash flood, czyli błyskawiczna powódź. Woda gromadzi się tu wówczas bardzo szybko, spływa też ekspresowo z wyższych partii, tworząc rwący niebezpieczny potok. Niemniej przy dobrej pogodzie, takie miejsce zdecydowanie warto odwiedzić. W Omanie znajdziecie ich mnóstwo. Wadi, które szczególnie mi się spodobało to Wadi Shab. Dlaczego? Dlatego, że nie jest łatwo dostępne. By wyruszyć w drogę, musicie przeprawić się na drugi brzeg rzeki. Kursują tu małe łódeczki, dzięki którym za drobną opłatą będzie to możliwe. Dalej jesteście już zdani tylko na siebie. Główną atrakcją wadi jest wodospad w jaskini, do której można się dostać, nurkując w turkusowym basenie (czasami da się bez nurkowania, jeśli poziom wody jest mniejszy). Najpierw jednak czeka Was około 40-60 minut wędrówki, w zależności od tempa i ilości robionych zdjęć (a tych z pewnością zrobicie całkiem sporo). Na końcu trasy znajduje się kilka naturalnych basenów, kąpiel w których będzie wręcz zbawienna. Szlak nie jest trudny, natomiast żar lejący się z nieba może wykończyć. Za to widoki wynagrodzą trud i wylany pot. Fort Bahla &#8211; jeden z najstarszych w Omanie Oman słynie także z pięknych fortów, więc przynajmniej jeden z nich koniecznie trzeba zobaczyć. Bardzo polecam zajrzeć do fortu Bahla, który jest jednym z najstarszych w Omanie. Jako jedyny został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1987 roku. Od słynnej Nizwy dzieli go zaledwie 50 km. Owa twierdza ma niesamowity klimat. Nie została bowiem odnowiona, więc można się tu cofnąć w czasie. Obiekt jest naprawdę duży, można tu spędzić spokojnie pół dnia. Całość stanowi niejako labirynt, w którym odkrywa się coraz to nowe przejścia, zakamarki i pomieszczenia. Wstęp kosztuje 0,5 OMR, a więc tylko 5 zł. Więcej na temat fortów w Omanie przeczytacie we wpisie: &#160; Wyspa Masirah &#8211; Oman poza utartym szlakiem Czy istnieją jeszcze miejsca, gdzie masowa turystyka jeszcze nie dotarła? Oczywiście. I właśnie takim miejscem jest wyspa Masirah w Omanie. Leży ona na wschodnim wybrzeżu Omanu na Morzu Arabskim. Ogólnie nie jest dużą wyspą. Ma 95 km długości oraz około 12 km szerokości. Jej powierzchnia wynosi około 649 km². Dostaniecie się tu promem, który wypływa z portu Shannah. Na pokład możecie zabrać wypożyczone auto. Nie ma tu licznych pięknych hoteli, nawet o hostel czy guesthouse ciężko. W większości zakwaterowanie znajdziecie tu w największej wiosce na wyspie o nazwie Hilf, do którego dopłyniecie promem. Nam udało zatrzymać się na kempingu w drugim końcu wyspy. Czy można nocować na dziko? Spotkaliśmy tu takich globtroterów, choć można ich było policzyć na palcach jednej ręki. Turystów praktycznie w ogóle nie było. Dlaczego to właśnie wyspę Masirah warto zobaczyć w Omanie? Co można tu robić, co podziwiać? Być może niektórzy powiedzą, że nic tu nie ma. Ja jednak napiszę, że wręcz odwrotnie. Czeka na Was piękna dzika natura, ziemia nieskażone zachodnią cywilizacją. Tu czas naprawdę się zatrzymał i czuć to na całej wyspie. Znajdziecie tu zarówno tereny górzyste, jak i zupełnie płaskie, jałowe, pustynne. To, co urzeka to niesamowite plaże, jedne ukryte właśnie za górami, inne widoczne już z drogi. Wszystkie puste, bez wielkich molochów, tłumów, bez żadnej infrastruktury. Tylko słońce, piasek, morze i piękne widoki. W niektórych miejscach piasek jest tak biały, że człowiek ma wrażenie, iż właśnie porządnie sypnęło bialutkim śniegiem. Woda krystalicznie czysta, lazurowa, bez fal. Można się tu po prostu zaszyć i mieć to miejsce tylko dla siebie. Wielki Kanion Arabii &#8211; góry w Omanie Co jeszcze warto zobaczyć w Omanie? Oczywiście góry. Zresztą nie tylko warto je zobaczyć, ale także trochę po nich pochodzić. Co ciekawe, Omańczycy mają także swój Wielki Kanion, zwany Wielkim Kanionem Arabii, widoki w którym nie ustępują tym w kanionie amerykańskim. Tworzą go dwa koryta rzeczne, nazywane tutaj wadi, Wadi Ghul oraz Wadi Nakhr. Kanion ten miejscami ma nawet kilometr głębokości. Najwyższym szczytem pasma górskiego Al-Hadżar jest Jebel Shams, co oznacza Górę Słońca. Wysokość szczytu, w zależności od źródeł, waha się od 2980 m n.p.m. do 3075 m n.p.m. Można go zdobyć zarówno na piechotę (intensywny trekking zajmie cały dzień, można go jednak rozłożyć także na dwa) oraz samochodem. Na samym szczycie ulokowała się co prawda baza wojskowa i tu wstęp jest wzbroniony. Jednak w pobliżu znajduje się inny szczyt, dostępny dla wszystkich chętnych. Najbardziej spektakularną trasą jest szlak W6, zwany Balcony Walk lub Rim Hike. Wiedzie on środkiem kanionu po półkach skalnych. Rozpoczyna się w wiosce Al Khitaym, a prowadzi do pozostałości po wiosce As Sab. Można tu także zobaczyć tarasy, które niegdyś stanowiły uprawne poletka, zasilane wodą z pobliskiego jeziorka. Tu naprawdę kiedyś tętniło życie. Gdzieś w środku gór, wewnątrz kanionu, z dala od cywilizacji i jakichkolwiek udogodnień. Samo przejście nie jest trudne. Nie ma tu ciężkich podejść czy dużych przewyższeń. Są za to obłędne widoki oraz sympatyczne kózki, które swobodnie biegają sobie po skałach, a nawet wdrapują się na drzewa. Może je spotkać także w głębi kanionu daleko od wioski. Od dramatycznych skarp oraz głębokich przepaści może się tu zakręcić w głowie. Trasę można zrobić w pół dnia. Czas przejścia to 2-4 godziny, w zależności od tempa oraz ilości pstrykanych zdjęć. Wielki Meczet Sułtana Qaboosa w Maskacie Oprócz pięknej dzikiej natury, Oman może także poszczycić się niesamowitymi tworami rąk ludzkich. Mam tu na myśli dzieła architektoniczne. Co jeszcze warto zobaczyć w Omanie? Nie tylko warto, ale i koniecznie trzeba odwiedzić Wielki Meczet Sułtana Qaboosa w Maskacie. Przed planowaną wizytą koniecznie sprawdźcie dni  godziny otwarcie. Meczet otwarty jest do godziny 11:00 od soboty do czwartku, w piątek jest zamknięty. Wstęp jest bezpłatny. Tak naprawdę obiekt już z drogi robi ogromne wrażenie. Z bliska zaś powal wręcz na kolana. Arabska architektura w takim wydaniu to po prostu mistrzostwo świata. Piękno, precyzja, symetria, fantazja, harmonia, gra świateł to wszystko mieści się w tej jednej spektakularnej budowli&#8230; zachwyt murowany, zapewniam. Otoczony kwiatami oraz palmami oszałamia przepychem, zdobieniami w formie przeróżnych motywów. Koniecznie zajrzyjcie do środka. Budowa Wielkiego Meczetu rozpoczęła się w 1995 roku na polecenie Sułtana Qaboosa i trwała 6 lat. Nie jest to zabytek, jednak na pewno bardzo ważny i godny uwagi obiekt podczas zwiedzania Maskatu. My do środka wchodzimy 15 minut przez zamknięciem, niemniej zostajemy tam ponad godzinę. Nie ma wypraszania o 11:00, można zostać sporo dłużej i nie ma problemu z wyjściem. Więcej informacji na temat zwiedzania Wielkiego Meczetu Sułtan Qaboosa znajdziecie u Anity i Pawła. Fort Nizwa &#8211; najsłynniejsza twierdza w Omanie Fort Nizwa to najsłynniejsza twierdza w Omanie. Jakiś czas temu trafiła w ręce prywatne i została odrestaurowana. Z tego też względu wstęp jest płatny, a cena biletu wynosi 5 OMR (ok. 50 zł). Koszt zdecydowanie większy niż w przypadku fortu Bahla, niemniej naprawdę warto tu zajrzeć. Gołym okiem widać fundusze, włożone w odnowienie tego zabytku. Fort Nizwa znajduje się w samym centrum starego miasta, tuż obok słynnego targu. Poruszając się tutaj, nie sposób nie zauważyć budowli oraz jej wielkich murów. Jest ona bardzo dobrze zachowanym przykładem starej architektury omańskiej. Charakterystycznym elementem jest tutaj wieża, która ma cylindryczny kształt. To największa wieża fortyfikacyjna w Omanie. Koniecznie trzeba zajrzeć do środka. Trasa zwiedzania jest bardzo dobrze oznakowana. Zobaczycie tu wiele eksponatów, wyjaśniających historię fortu oraz zobaczycie, jak niegdyś wyglądało życie w Omanie w czasach jego świetności. Zajrzeć tu można do dawnych komnat oraz innych pomieszczeń, zobaczyć plac egzekucyjny. W środku budowli całkiem sporo się dzieje. Odbywają się pokazy tradycyjnego tańca w wykonaniu mężczyzn. Możecie spróbować tradycyjnego chlebka w postaci wielkiego naleśnika oraz zakupić pamiątki. Birkat Al Mouz &#8211; opuszczona wioska w palmowym gaju Już sama nazwa budzi bardzo przyjemne skojarzenie. Birkat Al Mouz w języku arabskim oznacza Bananowe Jezioro. Zanim udacie się do wioski, koniecznie zatrzymajcie się na pobliskim punkcie widokowym. U podnóża gór, w małej dolinie zobaczycie soczyście zielony las palmowy daktyli oraz plantacje bananowców. Nieopodal na wzgórzu dostrzeżecie ruiny opuszczonej wioski. Obrazek bajkowy, jak z innego świata. Do ruiny dotrzecie właśnie poprzez wspaniały gaj palmowy. Uważajcie podczas zwiedzania, bowiem budynki są już w opłakanym stanie. Można zaglądać do środka, jednak ostrożność naprawdę zalecana. Wioska Birkat Al Mouz słynie także ze starego systemu nawadniania falaj (liczba mnoga aflaj), wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ten system nawadniania w Omanie funkcjonuje od V wieku n.e. Polega on na pobieraniu wody z głębokich źródeł podziemnych i rozprowadzaniu jej podziemnymi kanałami na pola dzięki sile grawitacji. Wadi Bani Khalid &#8211; najsłynniejsze wadi w Omanie Jeśli szukacie pięknego wadi, które jest łatwiej dostępne i do tego posiada już małą infrastrukturę, to zajrzyjcie do Wadi Bani Khalid. Miejsce o wiele bardziej turystyczne niż Wadi Shab, niemniej równie piękne. Znajdziecie tu przebieralnie, toalety oraz przyjemną restaurację, przy której znajduje się pierwszy spory basen. W wadi spędziliśmy ponad godzinę, choć spokojnie można tu zostać cały dzień. Wąwóz...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/top-15-najpiekniejsze-miejsca-w-omanie-ktore-warto-zobaczyc.html">TOP 15: najpiękniejsze miejsca w Omanie, które warto zobaczyć</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/top-15-najpiekniejsze-miejsca-w-omanie-ktore-warto-zobaczyc.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>17</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Pingwe Zanzibar – rajskie laguny w spokojnej wiosce</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/pingwe-zanzibar-rajskie-laguny-w-spokojnej-wiosce.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/pingwe-zanzibar-rajskie-laguny-w-spokojnej-wiosce.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 14 Mar 2021 17:56:09 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Pingwe]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[bungalowy na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[Ceny w The Rock Zanzibar]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie nocować na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie spać na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie zjeść na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia Zanzibaru]]></category>
		<category><![CDATA[najlepsza plaża na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[nocleg na plaży na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[Restauracja The Rock Zanzibar]]></category>
		<category><![CDATA[tani nocleg na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczki na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar - którą plażę wybrać]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar praktycznie]]></category>
		<category><![CDATA[zanzibarska wioska]]></category>
		<category><![CDATA[zanzibarskie plaże]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17537</guid>

					<description><![CDATA[<p>Spokojna wioska Pingwe to moje odkrycie podczas ostatniego wyjazdu na Zanzibar. Nie spodziewałam się, że znajdę tu wszystko to, czego szukałam. A czego szukałam? Przede wszystkim spokoju i rajskich warunków do pluskania się, oraz dobrego jedzonka. Mimo, iż przy linii brzegowej ulokowały się wille oraz kilka hoteli, to tłumów w ogóle tu nie było. Szczególnie spokojnie było w okolicach Shanuo Beach Bungalows, gdzie mogłam obserwować sobie poczynania mieszkańców na plaży. To tutaj również znajduje się najsłynniejsza restauracja na Zanzibarze &#8211; the Rock. Oto dlaczego warto zatrzymać się właśnie w Pingwe na Zanzibarze. Rajskie laguny oraz sandbanki Wiadomo, jadąc na Zanzibar szukamy miejscówki z piękną rajską plażą. Do wyboru mamy plaże, ciągnące się kilometrami na zachodnim, północnym czy wschodnim wybrzeżu. Zachodnia oraz północna część wyspy słynie z braku silnych pływów oraz fluorescencyjnego koloru oceanu. To także najbardziej popularny rejon wśród turystów, a co za tym idzie, jest tłoczno, a lokalni sprzedawcy zaczepiają na każdym kroku. Wschód Zanzibaru zaś charakteryzują dalekie odpływy oceanu, które zmieniają się każdego dnia. Na kilka ładnych godzin woda po prostu ucieka i kąpiel jest praktycznie niemożliwa. Nieco inaczej jest jednak w Pingwe. Jeśli wybieracie się na Zanzibar, koniecznie zajrzyjcie także do wpisu: &#160; Kiedy przyjechałam do Pingwe późnym wieczorem, nie do końca byłam pewna, czy był to słuszny wybór. Niemniej pamiętałam, że tu przecież tworzą się piękne laguny oraz sandbanki, a biały piasek tak bardzo razi w oczy, że bez okularów przeciwsłonecznych nie da się wytrzymać. I miałam rację. To, co zobaczyłam następnego dnia, powaliło mnie na kolana. Owszem, ocean również tu ucieka, jednak wygląda to nieco inaczej niż na przykład w Paje czy Jambiani. Kiedy zaczyna się odpływ, po lewej stronie od Shanuo Beach Bungalows zaczyna przebijać długa piaszczysta łacha piasku. Woda stopniowo się obniża i w tym czasie można cieszyć się rajskim widokiem, jednocześnie pluskając się w niesamowitej lagunie, tworzącej się w okolicach kupki piasku. A kiedy sandbank już całkowicie się utworzy, zaprowadzi Was do kolejnych pięknych szmaragdowych lagun, ciągnących się aż po horyzont. Możecie w nich spokojnie się zanurzyć, popływać czy po prostu posiedzieć i schłodzić ciało nagrzane zanzibarskim słońcem. Woda ma naprawdę obłędny kolor i jest krystalicznie czysta. Jednocześnie w po prawej stronie od wspomnianego hotelu, w pobliżu słynnej restauracji the Rock, tworzy się kolejna piaszczysta wysepka. Dojście do niej jest nieco utrudnione, bowiem trzeba pokonać kamieniste dno oceanu. Same kamienie nie są jednak ostre, a zanurzone w piasku nie stanowią wielkiej przeszkody. Uważać trzeba tu jednak na czarne jeżowce, które lubią sobie przycupnąć w małych zagłębieniach. Jeśli już dotrzecie do łachy piasku, możecie albo się na niej powylegiwać, albo wskoczyć do szmaragdowej wody Oceanu Indyjskiego. Całości dopełniają tradycyjne łódki rybackie dhow, zacumowane w okolicach piaszczystej wysepki. Jak widzicie, w Pingwe nawet podczas odpływu można się kąpać w oceanie. Woda bowiem nie odpływa do samej rafy, jak w innych miejscówkach na wschodnim wybrzeżu Zanzibaru. Buty do wody są w zasadzie niepotrzebne. Mogę się jednak przydać, gdy zdecydujecie się na przemarsz do piaszczystej wysepki koło the Rock. Z pewnością zapewni to większy komfort oraz bezpieczeństwo dla Waszych stóp, choć spora część osób pokonuje ten odcinek na bosaka. Natomiast, gdy już do wysepki dotrzecie, czeka na Was i na Wasze stopy biały mięciutki piasek oraz bezkresna szmaragdowa laguna aż po horyzont. Plaża w Pingwe nie jest tak szeroka, jak na przykład w Matemwe, jednak również jest piękna. Ocean wyrzuca tu pełno przepięknych muszelek. Pamiętajcie jednak, że nie wolno ich wywozić z Zanzibaru. Za taki przemyt grozi kara pieniężna, którą możecie zapłacić zarówno w Tanzanii, jak i w Polsce. Przyznaję, muszelki zbierałam, bo uwielbiam to robić, szczególnie, gdy woda wyrzuca tak piękne okazy. Jednak wszystkie zostawiałam w miejscach, w którym nocowałam. Shanuo Beach Bungalows, czyli gdzie nocować w Pingwe Kiedy szukałam opcji zakwaterowania w Pingwe, na oku miałam dwa hoteliki. Jeden z nich to właśnie Shanuo Beach Bungalows, w którym ostatecznie się zatrzymałam, a drugi to Mnana Beach Bungalows. Co się okazało na miejscu? Oba obiekty należą do tego samego właściciela. Naprawdę nie mogłam się zdecydować, a o wyborze zdecydowała po prostu opcja darmowej anulacji. I to był strzał w dziesiątkę pod każdym względem. Wysokie oceny na Bookingu są w pełni uzasadnione. Shanuo Beach Bungalows to kameralny hotelik, położony dosłownie dwieście metrów od słynnej restauracji the Rock. Ot, kilka piętrowych bungalowów, ulokowanych przy samiutkiej plaży. Do wyboru są dwa rodzaje pokojów. Na dole opcja otynkowana, na górze &#8211; bambusowa. Do dyspozycji są pokoje 2- oraz 3-osobowe. Na podróżników, którzy dysponują mniejszym budżetem czeka jeszcze sala wieloosobowa. Cały obiekt utrzymany jest w tradycyjnym zanzibarskim stylu, zarówno wewnątrz, jak i z zewnątrz. Wszystkie pokoje posiadają taras, z którego rozciąga się widok na ocean lub ogród. Są tu dwie strefy z leżakami. Jedna przy domkach bliżej recepcji, druga &#8211; przy samej plaży. W tym miejscu ustawiono także zadaszone cztery łóżka-huśtawki z wielkimi wygodnymi materacami. Bambusowa chatka na piętrze W Shanuo Beach Bungalows zamieszkałam sobie w jednej z bambusowych chatek na pierwszym piętrze. Mój klimatyczny pokój ulokowany był przy wspomnianych już huśtawkach, więc schodząc na dół od razu przenosiłam się na plażę. Co ciekawe, Wifi było tutaj nad wyraz silne. Spokojnie mogłam korzystać z Internetu, wylegując się na leżakach&#8230; ba, czasami nawet daleko od brzegu w szmaragdowych lagunach łapałam sygnał. Na środku chatki znajdowało się ogromne wygodne łóżko z moskitierą oraz rustykalny mebelek z półkami, na których można było rozłożyć swoje rzeczy. Do tego dwie szafeczki przy łóżku. Ciekawie rozwiązano tu sprawę łazienki. Zrobiona została w tym samym pomieszczeniu, de facto na tyłach pokoju. Dla mnie bardzo fajne i praktyczne rozwiązanie. Dla osób, lubiących prywatność w niektórych łazienkowych momentach być może mniej. Pokój sprzątany był raz dziennie. Wieczorem zaś odbywało się pryskanie przeciwko komarom&#8230; których w zasadzie nie było (widziałam może dwa). Uwaga, w pokojach nie ma klimatyzacji, co może być minusem przy tak wysokich temperaturach, jakie panują tu naszą zimą. Są natomiast dwa wiatraki, jeden zamontowany na ścianie, drugi stoi na podłodze. Można nim więc dowolnie i dogodnie sterować. Przyznaję, w bambusowej chatce było naprawdę gorąco, jednak cały dzień i tak spędzałam na zewnątrz. Wieczorem się schładzało, w czym pomagała oceaniczna bryza. To także dzięki niej co noc zasypiałam przy niesamowitym szumie fal. A są one tu naprawdę bardzo głośne. Śniadanie serwowane jest zawsze na prywatnym tarasie z widokiem na ocean. Są trzy opcje: jajka pod różną postacią plus parówki plus tradycyjne chlebki, naleśniki z miodem i owocami, muesli. Do tego zawsze podawana jest herbatka lub kawka oraz sok z owocu o ciekawej nazwie męczennica jadalna, a jest to nic innego, jak słynny passion fruit. Obiekt nie posiada własnej restauracji, ale to nie problem. Na grubsze jedzonko trzeba się wybrać do lokalnej restauracji po sąsiedzku. W Shanuo można natomiast zamawiać napoje. Obsługa w hotelu jest fantastyczna. To właśnie w Shanuo powitano mnie niezwykle ciepło, czułam się, jak w domu. Koszt noclegu sprawdzicie na oczywiście Bookingu. Zależy ona od sezonu, w jakim się wybieracie. Polecam jednak skontaktować się z obiektem bezpośrednio przez ich stronę Shanuo Zanzibar. Wówczas zapłacicie ciut mniej, wiadomo ominiecie pośrednika. Cena za pokój 2-osobowy za noc zaczyna się od 230 zł. Nietypowe wycieczki z hotelu Shanuo Beach Bungalows Będąc na Zanzibarze warto wybrać się poza hotel i zwiedzić wyspę. Wszelakie wycieczki oferowane są nie tylko przez hotel, ale także bezpośrednio przez mieszkańców Zanzibaru. I te drugie mogę być sporo tańsze, o cenę można się spokojnie potargować. Przeważnie lista, oferowanych wycieczek jest taka sama lub podobna. Inne bardzo ciekawe propozycje znalazłam w hotelu Shanuo Beach Bungalows w Pingwe. W ofercie ten hotel posiada naprawdę nietypowe wycieczki czy aktywności. Możecie wybrać się na wspólne lepienie garnków z paniami Zanzibarkami, czy udać się z wizytą do prawdziwego szamana i przy okazji przyjrzeć się praktykom voodoo. Brzmi ciekawie i intrygująco, prawda? Oczywiście cena też jest odpowiednia, zależy od ilości chętnych osób. Najlepiej na taką wycieczkę wybrać się w grupie. A oto lista, oferowanych wycieczek przez Shanuo Beach Bunglows. Dowiecie się, co jeszcze można robić na Zanzibarze oprócz błogiego wylegiwania się na rajskich plażach. Tumbatu Vodoo Czas trwania: cały dzień Cena zawiera: transport, lokalny przewodnika, wodę oraz lunch Cena nie zawiera: opłaty, wspierającej społeczność Tumbatu &#8211; 5 USD Podczas tej wycieczki możecie doświadczyć czegoś naprawdę innego i unikatowego, czegoś, co nie jest nawet powszechnie dostępne dla mieszkańców Zanzibaru. Wyspa Tumbatu jest trzecią co do wielkości wyspą archipelagu Zanzibar. Leży po północno-zachodniej stronie głównej wyspy Zanzibaru, znanej Unguja. Można by rzec, że mieszkańcy Tumbatu izolują się od świata, a wyspa zasilana jest całkowicie energią z paneli słonecznych. To pozwala im na niezależność. Każdy, kto nie mieszka na wyspie Tumbatu, a chce tu przyjechać potrzebuje specjalnego zezwolenia, wydawanego przez starszyznę wioski. Nawet mieszkańcy Zanzibaru muszą otrzymać taką zgodę. Na wyspę Tumbatu dostaniecie się oczywiście łodzią, która wypływa z Nungwi. Czas rejsu to około 30 minut. Po przybyciu zostaniecie powitani przez starszyznę. Voodoo nadal praktykowane jest na wyspie, o czym sami się przekonacie. Czarownik, zwany „Mganga” wykona rytuał, zwany „pururu”. To nic innego, jak przepowiadanie przyszłości na podstawie znaków na piasku. Poza tym, spacerując po wyspie, będziecie mieli okazję poobserować lokalne życie. Zobaczycie, jak ludzie pracują w polu, sadzą i zbierają fasolę oraz groszek. Spotkacie kobiety, pracujące w wodach oceanu, czy to łowiące ryby, czy też zbierające kraby oraz małże. Czas na wyspie Tumbatu po prostu się zatrzymał i właśnie tego tu doświadczycie. Wyspa Uzi Czas trwania: cały dzień Cena zawiera: transport, wodę oraz lunch, lokalnego przewodnika, który będzie także Waszym gospodarzem &#8211; ugości Was w swoim domu Wyspa Uzi leży na samym południu Zanzibaru i jest de facto połączona groblą z główną wyspą Unguja. Nie została ona jednak włączona do masowej turystyki Zanzibaru. Większość jej mieszkańców trudni się rybołówstwem lub uprawą roli. Krajobraz wyspy charakteryzuje się bujną roślinnością, szczególnie namorzynową. Zobaczycie tu także liczne plantacjami bananów oraz ogromne drzewa mango. Na wyspę można dostać się na dwa sposoby. Pierwszy z nich to łódka. Drugi to wspomniana właśnie grobla, która staje się widoczna podczas odpływu. Abdullah, przyjaciel hotelu Shanuo, zabierze Was do swojego domu, gdzie poznacie jego rodzinę. Wyspę zwiedzicie razem z nim tradycyjnym powozem. Odwiedzicie kolejną wioskę, w której skosztujecie tropikalnych owoców oraz lokalnych słodkości. Na obiad wrócicie do domu Waszego gospodarza. To właśnie jego żona ugotuje dla Was jedzenie, która skonsumujecie razem z rodziną Abdullaha. Po posiłku czeka Was jeszcze rejs kajakiem przez namorzynowe lasy. I tu musicie liczyć już tylko na siłę własnych mięśni. Makunduchi &#8211; zwiedzanie wioski na rowerze Czas trwania: około 3 godziny Cena zawiera: transport, rower w wiosce, lokalnego przewodnika, wodę oraz przekąskę Czy wszystkie wioski na Zanzibarze wyglądają tak samo? Te na wybrzeżu raczej tak. Jednak te w środku wyspy nieco inaczej. Inna jest tu bowiem roślinność, inne otoczenie. Czerwona ziemia, chaty z czerwonej gliny, plantacje bananów, powoli toczące się życie&#8230; taki obrazek możemy zobaczyć w głębi wyspy. Taka jest wioska Makunduchi, położona na samym południu Zanzibaru, około 13 km za Jambiani. Zwiedzać będziecie ją na rowerze. Objazd rozpoczniecie od jaskini voodoo, gdzie mieszkańcy wioski składają ofiary, palą kadzidło oraz czytają Koran, w intencji swoich chorych bliskich. Następnie przejedziecie przez ogrody i plantacje oraz zajrzyjcie do głębokiej studni, skąd zaczerpnięcie świeżej wody. Obejrzycie także przepiękne gliniane chaty, zobaczycie, jak wytwarza się tu węgiel drzewny oraz porozmawiacie z miejscowymi. Odwiedzicie również szkołę oraz szpital, a po drodze spróbujecie pysznych owoców i lokalnych specjałów. Piknik na Mtende Beach Czas trwania: cały dzień Cena zawiera: transport, wodę, przekąskę oraz lunch Malownicza plaża Mtende leży także na południu, jeszcze za wioską Makunduchi. Z wioski prowadzi do niej nieutwardzona droga, wzdłuż której można zobaczyć kilka baobabów. Wejście na plażę jest bardzo charakterystyczne. Jest to w zasadzie przejście między dwoma gęsto porośniętymi klifami. Prowadzi ono do rajskiej plaży z białym miękkim piaskiem. Kiedyś można się tu było zaszyć przed światem. Obecnie plaża zyskuje coraz większą popularność, jednak nie ma się co dziwić. Lunch podczas wycieczki będzie serwowany na piasku, oczywiście w cieniu. Gdzie i co zjeść w Pingwe No właśnie, a dokąd udać się na dobre jedzenie w Pingwe? Opcji jest kilka. Oczywiście najlepiej wybrać lokalną jadłodajnię, będzie wówczas smacznie za przystępną cenę. Na Zanzibarze wyróżniam dwa typy lokalnych restauracji: lokalne dla turystów &#8211; ulokowane przeważnie przy plaży lub w jej pobliżu, cena za grillowane...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/pingwe-zanzibar-rajskie-laguny-w-spokojnej-wiosce.html">Pingwe Zanzibar – rajskie laguny w spokojnej wiosce</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/pingwe-zanzibar-rajskie-laguny-w-spokojnej-wiosce.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Blogowe Morsy podbijają Mazury &#8211; zimowy weekend w Krainie Tysiąca Jezior</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/blogowe-morsy-podbijaja-mazury-zimowy-weekend-w-krainie-tysiaca-jezior.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/blogowe-morsy-podbijaja-mazury-zimowy-weekend-w-krainie-tysiaca-jezior.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 07 Mar 2021 18:43:31 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Mazury]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzać na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[klimatyczne miejsca w Polsce]]></category>
		<category><![CDATA[trasy rowerowe na Mazurach]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Mazurach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17409</guid>

					<description><![CDATA[<p>Morsować czy nie morsować? Oto jest pytanie&#8230; które zadaję sobie już od jakiegoś czasu. Gdzie człowiek się nie obejrzy, tam widzi &#8220;morsa&#8221;. Szał na tę właśnie zimową aktywność trwa już od jakiegoś czasu. Jednak czy chodzi tylko o kolejną modę, o trend, który za chwilę przeminie? Nie sądzę. Morsowanie niesie ze sobą ogromne korzyści, nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Dlatego ja, największy zmarzluch świata (śpiący nawet w lecie w skarpetkach i pod dwoma kołdrami), postanowiłam bliżej przyjrzeć się miłośnikom lodowatych kąpieli.  A lepszej okazji wymarzyć sobie nie mogłam! Blogowe Morsy nie tylko pokazały mi, jak to fachowo się robi, ale także dały okazję do eksploracji przepięknego regionu Polski. Zimowy weekend na Mazurach to czas spędzony w otoczeniu dzikiej przyrody, to poznawanie historii tutejszych ziem, a także odkrywanie smaków regionalnej kuchni. Blogwe Morsy &#8211; ale o co chodzi? Blogowe Morsy to zlot blogerów podróżniczych celem hartowania ducha i ciała. Przy okazji poznajemy piękne zakątki i tradycje Warmińsko-mazurskiego oraz poznajemy siebie nawzajem. W lutym odbyła się już druga edycja, a wszystko zaczęło się rok temu, kiedy to sprawcy całego zamieszania, czyli Szalone Walizki zaprosiły blogowe towarzystwo na morsowe kąpiele. Sukces był to wielki, więc i powtórka być musiała. W tym roku spotkanie blogerów podróżniczych, jak i morsowanie, odbyło się w urokliwej miejscowości Stare Jabłonki w Hotelu Anders, malowniczo położonym nad Jeziorem Szeląg Mały. Lokalizacja idealna. Odległość z pokoju nad samą wodę to jedynie kilkadziesiąt metrów. Króciutki spacer i już człowiek ląduje w przeręblu. No może nie tak od razu, trochę przesadzam. Zanim wskoczycie do lodowatej wody, musicie odpowiednio przygotować swoje ciało. Konieczna jest odpowiednia rozgrzewka, która powinna trwać 15-20 minut. A chodzi o to, by krew zaczęła szybciej krążyć i tym samym dostarczyła większą porcję tlenu. Poprawi to zdecydowanie proces termoregulacji. W czasie rozgrzewki stopniowo zrzucacie z siebie ciepłe ubranie aż zostaniecie jedynie w stroju kąpielowym. Wtedy należy zdecydowanym krokiem wejść do zimnej wody. Ręce najlepiej trzymać w górze. Wystarczy zanurzyć się po pachy. Osoby początkujące powinny przebywać w wodzie od kilku do kilkunastu sekund. Po takiej kąpieli wychodzicie szybciutko na brzeg i aplikujecie sobie krótką aktywność fizyczną. Następnie zakładacie ciepłe ubranie i pijecie coś na rozgrzewkę. Morsowanie to rodzaj krioterapii ogólnoustrojowej. Optymalna temperatura do morsowania to -8 stopni Celsjusza. Jakie korzyści może przynieść ta aktywność? Oczywiście lepsza odporność, wzmocnienie układu krążeniowego, skóra staje się jędrniejsza, opóźnia się jej starzenie, uwalniają się endorfiny. To tylko niektóre pozytywne efekty modnego ostatnio &#8220;sportu&#8221;. Czy morsowanie jest dla wszystkich? Czy są jakieś przeciwwskazania? Tak. Szczególnie dla osób, mających problemy z sercem oraz układem krążenia.  Do tego dochodzi także nieuregulowane lekami nadciśnienie tętnicze, niedoczynność tarczycy czy zaburzenia neurologiczne, takie jak padaczka czy borelioza. Dlatego też, jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, przed pierwszym morsowaniem, koniecznie skonsultujcie się z lekarzem. Czy się odważyłam? Hm&#8230; jest mały sukces, bo stopę zamoczyłam:) I napiszę Wam szczerze, temperatura takiejże wody to już nie przelewki. Niecała minutka i paluszki zaczęły tracić czucie. Oczywiście to wszystko przez brak rozgrzewki i odpowiedniego przygotowania. Za rok będzie już na 100%. Raz, że czas zacząć hartować swój organizm, dwa &#8211; nie ma co przyglądać się z zazdrością na pomoście, jak inni stają się młodsi;) Hotel Anders &#8211; malownicza miejscówka na Mazurach Podczas Blogowych Morsów gościł nas wspomniany już czterogwiazdkowy Hotel Anders w Starych Jabłonkach. Idealna lokalizacja zarówno na morsowanie, jak i na odpoczynek, regenerację i integrację. Fantastyczna miejsce na ucieczkę z miasta, na zimowy weekend na Mazurach. Hotel Anders od razu skradł moje serce. Dlaczego? Klimatyczny kompleks w stylu mazurskim Po pierwsze&#8230; to przepiękny kompleks w stylu mazurskim, miejsce z duszą i ciekawą historią. Hotel swą nazwę wziął od nazwiska pruskiego arystokraty i przemysłowca, Richarda Andersa. Część pałacowa w hotelu należała właśnie do niego, a miało to miejsce na przełomie XIX i XX wieku. Pan Anders został okrzyknięty &#8220;wschodniopruskim królem drewna&#8221;. Posiadał wówczas olbrzymie kompleksy leśne oraz liczne tartaki. Pan Anders związany był także z miastem Ruciane-Nida, do którego rozwoju znacząco się przyczynił. Od najmłodszym lat przysposabiał się do profesji kupca i od razu zaczął handlować drewnem. Przejmował tartaki, uruchamiał fabryki, ciągle modernizował swoją infrastrukturę. Po I wojnie światowej, gdy zapotrzebowanie na materiał do budowy domów było ogromne, przestawił swoją produkcję właśnie w tym kierunku. Richard Anders był także znanym filantropem oraz zagorzałym antynazistą. W jego fabrykach na Mazurach pracę znajdowało wielu jeńców wojennych. W ten sposób sławny przedsiębiorca ratował ich życie. Sam niestety zginął z rąk żołnierzy Armii Czerwonej, kiedy ta wkroczyłam na te tereny. Obecnie w dawnym pałacu pana Andersa mieści się hotelowa restauracja. Jest ona połączona z główną częścią specjalnym korytarzem, zaprojektowanym w iście mazurskich stylu. Drzwi wyjściowe, umieszczone w połowie korytarza prowadzą prosto nad jezioro. Co ciekawe, w Hotelu Anders co roku odbywały się dwie cykliczne imprezy. Jedna z nich to słynny Puchar Świata w Siatkówce Plażowej. Druga to Regionalne Święto Ryby Warmia Mazury Powiśle. Była to fantastyczna okazja, by poznać lokalne smaki, skosztować po mistrzowsku przyrządzonych ryb oraz powędkować. Na terenie hotelu stworzono bowiem oficjalne łowisko. Z niecierpliwością i ciekawością czekam na koniec &#8220;covidowego czasu&#8221;, gdyż Hotel Anders z pewnością przygotuje wówczas nie jedną atrakcję. Malownicze położenie nad Jeziorem Szeląg Mały Po drugie pierwsze&#8230; malownicze położenie nad samym jeziorem o nazwie Szeląg Mały. Z okna Restauracji Pałacowej rozciąga się niesamowity widok. Hotel usytuowany jest w otoczeniu Lasów Taborskich, a jego gwiazdą jest niewątpliwie słynna Sosna Taborska. Wytwarza się tu specyficzny mikroklimat. A skąd taka nazwa jeziora? O tym krąży ciekawa legenda. Otóż, nad jeziorem mieszkał niegdyś młody rybak o imieniu Franz. W jego rodzinie z pokolenia na pokolenie przekazywany był pewien cenny przedmiot. Mowa tu o złotym szelągu, specjalnej monecie, która posiadała nadzwyczajne właściwości i moce. Ten, który wszedł w jej posiadanie, mógł liczyć na pomyślność oraz dobre zdrowie. Warunkiem była jednak rzetelna praca. Przyszedł czas, że ów młody kawaler zapalił się do ożenku. Wybranka jego pochodziła ze wsi, leżącej po drugiej stronie jeziora. Młodzi często urządzali schadzki na samym środku jeziora. W noc świętojańską Franz postanowił oświadczyć się dziewczynie. Zgodnie z tradycją miał jej także podarować złoty szeląg. Niestety żarty podglądaczy sprawiły, iż moneta zniknęła w wodnych czeluściach. Para zamartwiała się przez kolejny rok, przeżyć tego nie mogła. Krążyły jednak słuchy, że jezioro złe nie jest i zawsze oddaje to, co zabiera. Jeśli człowiek porządny, ciężko pracuje, to i w końcu spotka go szczęście. I tak też się stało. Gdy Franz wraz z kamratami wypłynął na połów, nie mógł uwierzyć i własnym oczom, i uszom. To, co złapało się w sieci, było ogromne, szarpało się na wszystkie strony. A był to sum potężnych rozmiarów. Rzadkość i wielkie szczęście rybaka. A jak się okazało, w jego żołądku znajdowała się cenna zagubiona moneta. Od tego czasu jezioro zaczęto nazywać Szelągiem właśnie. Regionalna kuchnia oparta o lokalne produkty Po trzecie pierwsze&#8230; serwowane tu jedzenie to mistrzostwo świata. Podstawą są lokalne produkty. Królują tu oczywiście ryby, takie jak sielawa, węgorz czy wędzony pstrąg w sosie sezamowym oraz dziczyzna. Pierogi z farszem mięsnym z dzika lub jelenia to coś, czego koniecznie trzeba tu spróbować. Wegetarianie również znajdą coś dla siebie. Smak kremu z buraka czy humusu z fasoli z pewnością zadowoli podniebienie każdego smakosza oraz na długo zapadnie w pamieć. Rządy sprawuje tu fantastyczny szef kuchni, wielokrotnie nagradzany, pan Dariusz Struciński, a sprawuje je już ponad 25 lat. To on jest autorem słynnego &#8220;Jaszczura&#8220;, którego można tu samodzielnie upiec, a później skonsumować. Przepis jest prostu, choć wykonanie wymaga precyzji i pewnej wprawy;) Ale o tym za chwilę&#8230; Na terenie hotelu kolacja często serwowana jest przy ognisku oraz przy muzyce na żywo. Na ruszt idą wówczas ryby oraz różne mięsiwa. Podawany tu burger to kolejne mistrzostwo świata. Spróbować można szeregu różnych wędlin oraz swojego bigosu. A to wszystko okraszone domowymi sosami, konfiturami czy leśnymi grzybkami. Na humorek i rozgrzewkę zaś czeka aromatyczne grzane winko. Komfort i wygoda Czterogwiazdkowy Hotel Anders to również komfort i wygoda. Możecie tu nocować zarówno w stylowo urządzonych pokojach, jak i w tradycyjnych Chatach Mazurskich. W każdym pokoju znajduje się prywatna łazienka, płaski telewizor, barek oraz zestaw do parzenia herbaty i kawy. Kolory wnętrza przypominają, że jesteśmy na łonie natury, w otoczeniu jezior i lasów. Na miejscu możecie skorzystać z basenu z masażami wodnymi, z antyprądem oraz gejzerami. Czeka tu na Was także Świat Mazurskich Saun. Wygrzejecie się porządnie w saunie parowej, suchej oraz na podczerwień. A na koniec możecie zajrzeć do hotelowego SPA. W tej kategorii Hotel Anders został również nagrodzony. O formę zadbacie na siłowni, zaś wieczorem rozrywkę zapewni Wam hotelowa kręgielnia. Stare Jabłonki i okolice Najstarsze zapiski na temat wsi Alt Jablonken pochodzą z 1584 roku. Skąd taka nazwa? Oczywiście od popularnego owocu. W krajobrazie wsi dominowały i ciągle dominują pięknie kwitnące jabłonie. Wieś założona została przez osadników, pochodzących z Polski. Może się to wydawać dziwne, bowiem tereny te należały wówczas do Krzyżaków. Dowodem na to jest właśnie jej polska nazwa &#8220;Jabłonki&#8221;. Gdy będziecie już wjeżdżać na teren Hotelu Anders, Wasza uwagę z pewnością zwróci stary obiekt przy torach. To zabytkowy budynek stacji kolejowej z odnowionym zegarem oraz unikatową drewnianą poczekalnią na jednym z peronów. Warto więc zajrzeć do środka i pokręcić się w pobliżu. A co można robić w Starych Jabłonkach i okolicach? Z pewnością nudzić się tu nie będziecie. Wioska położona jest na pojezierzu Iławskim w otoczeniu Lasów Taborskich. Przebiega przez nią aż 5 znakowanych szlaków turystycznych, zarówno są to trasy piesze, jak i rowerowe,  w tym m.in. międzynarodowy szlak Św. Jakuba, prowadzący aż do Santiago de Compostela w Hiszpanii! Na każdą z nich możecie wybrać się z przewodnikiem, współpracującym z Hotelem Anders (przewodnikpomazurach.pl). Wycieczki piesze w Starych Jabłonkach Dookoła Jeziora Szeląg Mały (10 km, 4 godziny) W Królestwie Sosny Taborskiej (3 km, 1,5/2 godziny) I właśnie na tę drugą wybraliśmy się podczas spotkania Blogowych Morsów. Wycieczkę poprowadził świetny przewodnik, pan Mariusz Moritz, którego wizytówkę znajdziecie na wspomnianej wyżej stronie. W kilku słowach, pasjonat z ogromną wiedzą na temat tych terenów. Trasa wiedzie przez leśny kompleks wspomnianej już Sosny Taborskiej. Jest on częścią Puszczy Taborskiej, zwanej niekiedy Knieją Ostródzką. Została tu wytyczona ścieżka dydaktyczna, na której ustawiono kilka ilustrowanych tablic informacyjnych. To, co z pewnością zwróci Waszą uwagę, to niewiarygodnie wysokie drzewa iglaste o stosunkowo cienkim pniu. I to one właśnie rozsławiły te tereny a obecnie stanowią atrakcję samą w sobie. Mowa oczywiście o Sośnie Taborskiej. Te wielkie drzewa posadzono tu grubo ponad 200 lat temu. Wycinka na tych terenach prowadzona była już w XVI wieku. Towar eksportowano do zachodniej Europy. Pozyskane drewno było najwyższej jakości. Sosna Taborska stanowiła bardzo cenny budulec. Dlatego też ciągle sadzono nowe drzewa, nawet tam, gdzie ten gatunek nie rósł naturalnie. Obecnie w tymże lesie gdzieniegdzie możecie zobaczyć także buki, dęby czy graby. Te jednak pojawiły się tu zupełnie naturalnie. Nasiona przyniósł wiatr bądź dzikie zwierzęta. Dlaczego Sosna Taborska jest tak wyjątkowa? Ma gładki równy prosty pień i naprawdę widać to gołym okiem. Jego średnica wynosi około 1 metra. Jej wysokość to nawet 40 metrów. Jest długa, strzelista, zdaje się dotykać nieba. Rośnie do około 140 lat, a potem obumiera. Sosną Taborską zainteresował się sam Napoleon, który to sprowadził jej nasiona do Francji. W wyniku tego sosna z Mazur zapozowała na wystawie światowej w Paryżu w 1900 roku. A to z kolei przyczyniło się jeszcze bardziej do wzrostu jej wartości. Za jakiś czas cena za ów towar skoczyła aż o 50%. W latach 30. ubiegłego stulecia zaś sosna ze Starych Jabłonek cieszyła się także powodzeniem w przemyśle lotniczym. Drzewa te był nazywane sosnami lotniczymi. To jednak nie wszystko, co zobaczycie i czego dowiecie się podczas tej wycieczki. Będziecie mogli podziwiać ponad 100-letni kanał, łączący Jezioro Szeląg Mały z Szelągiem Wielkim. Tu zaczyna się szlak Kanału Elbląskiego. Stąd możecie popłynąć do Elbląga, następnie dalej do Kaliningradu i przez Pętlę Żuławską aż do Antwerpii czy Amsterdamu! Na końcu trasy znajduje się także schron bojowy z czasów II wojny światowej. Ów bunkier to jeden z pierwszych, jakie powstały na tzw. Pozycji Olsztynieckiej. Była to naprawdę długa linia umocnień, biegnąca przez Nidzicę aż do Pasymia. W jej skład wchodziło aż 130 schronów. Wybudowano je jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, bowiem Niemcy podobno obawiali się ataku ze strony Polski. Co ciekawe, ów schron bojowy to...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/blogowe-morsy-podbijaja-mazury-zimowy-weekend-w-krainie-tysiaca-jezior.html">Blogowe Morsy podbijają Mazury &#8211; zimowy weekend w Krainie Tysiąca Jezior</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/03/blogowe-morsy-podbijaja-mazury-zimowy-weekend-w-krainie-tysiaca-jezior.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Lekcja gotowania na Zanzibarze, czyli smaki kuchni suahili</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/02/lekcja-gotowania-na-zanzibarze-czyli-smaki-kuchni-suahili.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/02/lekcja-gotowania-na-zanzibarze-czyli-smaki-kuchni-suahili.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 10 Feb 2021 18:12:57 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Stone Town]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[co zjeść na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia suahili]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia Zanzibaru]]></category>
		<category><![CDATA[spice tour na zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczki na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar praktycznie]]></category>
		<category><![CDATA[zanzibarska wioska]]></category>
		<category><![CDATA[zanzibarskie przyprawy]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=17184</guid>

					<description><![CDATA[<p>Zanzibar słynie nie tylko z pięknych plaż, ale także aromatycznych przypraw, które są tu uprawiane. Wycieczka na taką plantację, inaczej zwana spice tour, to punkt obowiązkowy podczas odkrywania wyspy. A gdyby tak połączyć to z lekcją gotowania i na własnej skórze, a raczej podniebieniu, sprawdzić, jak smakuje zanzibarska kuchnia? To świetny pomysł i zdecydowanie warto wybrać się na takie warsztaty. Lekcji gotowania na Zanzibarze udzielić Wam mogą prawdziwe ekspertki w tym temacie. Mowa tu o lokalnej inicjatywie rodzinnej, jaką prowadzi pewna matka z córką. To one w swoim domu zdradzą Wam tajniki kuchni suahili. Lekcję gotowania na Zanzibarze, połączoną ze zwiedzaniem farmy przypraw, zarezerwujecie przez stronę Tangawizi Restaurant. W grupie 2-4 osobowej cena za osobę to 35 USD. Jeśli nie macie towarzystwa, trzeba będziecie zapłacić 40 USD. Na wycieczkę możecie wybrać się rano o 9:30 i wówczas powinna się ona zakończyć około 14:30. Druga opcja to godziny popołudniowe, start o 14:00, a koniec około 18:30. Tak czy inaczej, zarezerwujcie sobie minimum pół dnia. Są duże szanse, że atrakcja się przedłuży. Pole, pole&#8230; przecież to Zanzibar i nie ma się co śpieszyć. A co dokładnie czeka Was w tym dniu? Jeśli wybieracie się na Zanzibar i planujecie zwiedzić Stone Town, koniecznie zajrzyjcie do wpisu: &#160; Zakupy na Targu Darajani Rano spotkacie się ze swoją gospodynią Sharą tuż przy głównym wejściu na Targ Darajani. To główny market w Stone Town, który powstał w 1904 roku. Dlaczego akurat tutaj? Dlatego, że musicie wybrać składniki na swoją lekcję gotowania. Przed zakupami uzgodnicie z Sharą menu, które składa się zawsze z przystawki, dania głównego i deseru. Jeśli jesteście wegetarianami, także nie będzie problemu. W moim przypadku w jadłospisie znalazły się cztery potrawy: fish cake, ryba w ostrej marynacie, pilau oraz deser z warzywnych bananów (platany). Zakupy na takim targu to atrakcja sama w sobie. Shara poprowadzi Was na najlepsze stoiska i osobiście wybierze najświeższe produkty. Ona bardzo dobrze wie, jak się tu poruszać oraz jakie są ceny. Możecie przy tym zadawać pytania, a nawet niekiedy degustować. Jeśli do gotowania potrzebne będą kokosy, ich jakość sprawdzicie na targu, popijając przy tym świeżą wodę kokosową prosto z wnętrza orzecha. Warsztaty gotowania zaczynają się już w zasadzie w tym momencie. Dowiecie się, jakie produkty można tu zakupić. Z pewnością Waszą uwagę zwróci część rybna, do której traficie po zapachu. Cóż, lodówek się tu nie używa. Towar leży na straganach czy specjalnie wydzielonych do tego miejscach. Oczywiście świeży z porannego połowu. Mniemam, że przy takich temperaturach musi także szybko schodzić. A wybór jest ogromny. Najpopularniejszą rybą jest tu chyba wielka makrela królewska, czyli tutejszy king fish. I właśnie ona ląduje w siatce z zakupami. Poza tym zobaczycie tu okazałe tuńczyki, mieczniki oraz oczywiście owoce morza. Do przygotowania jednego dania z mojego menu potrzebne są banany. Jednak, co ciekawe, nie takie, które wszyscy znamy. Na Zanzibarze rośnie ich szczególna odmiana. Czym się różnią od tych standardowych i dobrze nam znanych? Między innymi rozmiarem. Są ogromne. Są także twardsze. Skutkuje to tym, że w gotowaniu nie zmienią swej postaci na gęstą papkę. Różnią się także kolorem. Mają intensywną zieloną barwę. Smakują również inaczej, zdecydowanie czuć w nich coś mącznego. Fachowa nazwa to platan &#8211; banan warzywny. I jak sama nazwa wskazuje jest to warzywo, a nie owoc jak w przypadku bananów żółtych. Najczęściej spożywa się je po obróbce cieplnej. Smażone, pieczone lub gotowane. Tak naprawdę platan w zależności od tego, jak bardzo jest dojrzały, może być zielony, żółty lub czarny. Nie jest on popularny w Polsce, choć można na niego trafić w większych marketach czy dobrze zaopatrzonych zieleniakach. Podczas mojej lekcji na targu, dowiedziałam się także co nieco o wspomnianych już kokosach. To podstawowy składnik tutejszej kuchni. Przyrządza się z nich tak popularne tu mleczko kokosowe. Jeśli myślimy o kokosach w tropikalnym kraju, na myśl zapewne przychodzą nam te duże zielone bądź żółte owoce. To z nich wypijamy jakże zdrową wodę, która stanowi naturalną kroplówkę. Z tym, że z nich mleczka nie ukręcimy. Do tego celu potrzebne są malutkie okrągłe orzechy, w których zawartość białego miąższy jest o wiele większa. Po zakończonych zakupach ruszycie dalej w kierunku plantacji przypraw oraz wioski, gdzie odbędzie się lekcja gotowania. Na miejsce dotrzecie tradycyjnym busikiem daladala. Znajdzie się w nim miejsce dla każdego, nawet jeśli się wydaje, że więcej przestrzeni już nie ma. Taka podróż to również atrakcja. Cały czas będzie się Wami opiekować Shara. Przejazd potrwa około 40 minut. Przystanek daladala znajduje się tuż przy Tagu Darajani, więc spokojnie dotrzecie tam na piechotę. Ciężko się połapać, dokąd który pojazd odjeżdża, gdyż tabliczek za szybą brak. W tym przypadku Wasza przewodniczka załatwi jednak wszystko. Pamiętajcie, że daladala rusza dopiero wtedy, gdy się zapełni. Zwiedzanie plantacji przypraw Farma przypraw Tangawizi, którą odwiedzicie, należy do pobliskiej wioski. Co to oznacza? To oni dbają o to, co tu rośnie oraz korzystają z upraw. To do nich trafiają także pieniążki od turystów, którzy tu przyjeżdżają. Zatem przez udział w tejże wycieczce możecie wesprzeć lokalną społeczność. Jest to niewielka plantacja, z której przyprawy nie są eksportowane, a wykorzystywane przez miejscowych oraz w niewielkich ilościach sprzedawane zwiedzającym. Po plantacji oprowadzają młodzi chłopcy z pobliskiej wioski, którzy znają się na rzeczy. Z pewnością pokażą Wam wszystkie roślinki, przyprawy oraz owoce, rosnące aktualnie na farmie. Zademonstrują także, o ile o możliwe, sposób użycia oraz konsumpcji. A na koniec otrzymacie uplecione z liści gadżety, panie specjalną koronę na głowę, pierścienie, a panowie krawat. Największe zainteresowanie budzi zawsze arnota właściwa, zwana drzewem szminkowym. To przez intensywny czerwony kolor nasion, ukrytych w kolczastych również czerwonych torebkach. Wewnątrz może się znajdować aż 50 ziarenek. Za ten soczysty kolor odpowiada barwnik, zwany biksyną. Wykorzystuje się go w kosmetyce jako szminkę oraz farbę do farbowania włosów. Równie dobrze sprawdza się w kuchni, kiedy chcemy nadać pomarańczowy bądź czerwony kolor naszym potrawom. Jednak jeśli chodzi o wartości odżywcze, takowych nie posiada. Poza tym z pewnością zobaczycie, jak rosną goździki, kardamon, gałka muszkatołowa, cynamon, wanilia, kurkuma, imbir, chili, kawa czy kakaowiec. Oprócz przypraw poznacie także różnego rodzaju owoce, takie jak karambola, chlebowiec, mango, papaja czy słynny durian. A czy wiecie, jak rośnie dobrze znany nam ananas? Pierwsza myśl&#8230; zapewne na drzewie, takie skojarzenie miałam i ja. Jakież było moje zdziwienie, gdy owoce ananasa ujrzałam tuż przy samej ziemi. Duży, soczysty owocostan pojawia się na szczycie krótkiej łodygi, wyrastającej z rozety kolczastych liści. Dzieje się tak tylko raz w roku. Więcej na temat samych przypraw oraz spice tour na Zanzibarze przeczytacie w moim wpisie: &#160; Na koniec zwiedzania otrzymacie dużego kokosa, napełnionego oczywiście orzeźwiającą i zdrową wodą kokosową. Ów orzech powędruje do Was prosto z drzewa. Przy okazji będziecie mogli podziwiać fantastyczne umiejętności wspinaczkowe mieszkańca wioski. A wspinać się będzie oczywiście na bardzo wysoką palmę kokosową, by zerwać dla Was wspomniane już kokosy. Każdy z nich zostanie umiejętnie otworzony maczetą tak, by dało się wypić ożywczy i odżywczy płyn, a potem jeszcze wyskrobać biały miąższ. Koniecznie skorzystajcie z okazji i uraczcie się tym, co skrywa taki owoc. Jeśli macie ochotę zakupić trochę przypraw z tejże farmy, będziecie mieli okazję uczynić to w małym sklepiku, ulokowanym tuż przy plantacji. Oprócz przypraw dostępne są tu także inne naturalne wyroby, jak mydełka, perfumy czy olejki. Można się targować. Im więcej zakupicie, tym lepszą cenę otrzymacie. Lekcja gotowania w zanzibarskim domu Po wizycie na farmie przypraw udacie się do domu Waszej gospodyni Shary, która będzie już tam na Was czekać wraz ze swoją córką Lutfią. Produkty będą już wstępnie przygotowane. Wasze miejsce będzie na macie, która rozłożona zostanie na zwykłym klepisku. Dania ugotujecie na prostym palenisku. Nie znajdziecie tu ani kuchenki elektrycznej, ani gazowej. W wiejskich domach w ten właśnie sposób przyrządza się ciepłe posiłki. Można by rzec, że mamy tu do czynienia z typową kuchnią zwaną slow food. Kolorytu mogą dodawać kury czy inne wiejskie zwierzątka od czasu do czasu, zaglądające do środka. Lekcję gotowania rozpoczniecie od instrukcji na temat narzędzi kuchennych oraz zakupionych produktów. Otrzymacie konkretne wskazówki, co i jak obierać, kroić, wyciskać, ugniatać i jak składniki łączyć ze sobą. Dowiecie się także o stosowaniu przypraw w kuchni swahili. Najczęściej potrawy są tu doprawiane goździkami, kardamonem, kurkumą, imbirem oraz cynamonem. Panie gospodynie nauczą Was także, jak przygotować mleczko kokosowe ze świeżych kokosów. To świetny produkt, który w naszej kuchni może mieć zastosowanie w niejednym przypadku. Może nawet zastąpić śmietanę, mleko krowie a nawet masło. Jeśli akurat nie mamy dostępu do świeżych orzechów, taki półprodukt możemy przygotować ze znanych wiórków kokosowych. Wystarczy je namoczyć na noc, potem porządnie podgrzać do około 60 stopni i całość zmiksować blenderem. W moim menu znalazły się wspomniane cztery dania, których przepisy za chwilę otrzymacie. Fish cake to zanzibarskie kotleciki rybne z ziemniakami. Muszą zostać dobrze przyprawione, by podkreślić smak głównych składników. Smaży się je na rozgrzanym oleju. Kolejne danie rybne to ryba w ostrej marynacie. Tutaj także ważne są przyprawy, czyli to, co rośnie niedaleko na farmie. Skoro jedzonko ma być pikantne, trzeba z pewnością użyć chili. Następnie na stole pojawił się także pilau (inna nazwa pilaw). To bardzo popularna potrawa na Zanzibarze, która przywędrowała tu niegdyś z Bliskiego Wschodu. Głównym składnikiem jest ryż, do którego można dodać warzywa i kawałki mięsa według gustu. Cały sekret tkwi jednak w tym, by całość odpowiednio doprawić. Wierzcie mi, dobrze przyrządzony pilau smakuje nieziemsko. A na zwieńczenie uczty w czasie lekcji gotowania powstaje coś, co nosi nazwę plantain desert. Są to wspomniane wyżej duże banany, gotowane w mleczku kokosowym. Coś przepysznego, zapewniam. A oto obiecane przepisy&#8230; Fish cake, czyli zanzibarskie kotleciki rybne z ziemniakami Składniki: 5 ziemniaków, tuńczyk, 1 marchewka, ½ łyżeczki czosnku, szczypta czarnego pieprzu, 1 cytryna, ½ szklanki mąki pszennej lub bułki tartej, 1 jajko, olej do smażenia, przyprawy &#8211; świeży imbir, trawa cytrynowa, świeża kolendra, 1 czerwona papryczka chili, pół łyżeczki mielonego kardamonu Sposób przygotowania: Obierz ziemniaki i ugotuj w osolonej wodzie. Gdy się ugotują, odcedź wodę i zrób puree, całość odłóż na bok. Obierz marchewkę, przygotuj tuńczyka. Rybę potraktuj przyprawami, czosnkiem, ostrą czerwoną papryką. Następnie wymieszaj ją z tłuczonymi ziemniakami. Wszystko musi być dobrze ze sobą połączone. Ubij jajko. Uformuj kotleciki z rybno-ziemniaczanej masy, obtocz je w mące lub bułce tartej i zamocz w jajku. Rozgrzej olej na patelni, zanurz kotlety w oleju, następnie smaż na głębokim tłuszczu, aż kolor stanie się brązowy. Wyjmij kotlety z patelni i odsącz z tłuszczu. Ryba w ostrej marynacie Składniki: makrela królewska, 5 ząbków czosnku, 1 łyżeczka czarnego pieprzu w proszku, 1 łyżeczka imbiru w proszku, 1 łyżeczka kminku w proszku, 1 łyżka soli Sposób przygotowania: Umyj rybę i pokrój na kawałki. Rozgnieć czosnek i dodaj do czosnku pozostałe przyprawy. Rybę dokładnie posmaruj czosnkową pastą z każdej strony. Pozostaw rybę w takiej marynacie na pięć do dziesięciu minut (do wchłonięcia się składników). Rozgrzej olej na patelni. Ostrożnie zanurz rybę w oleju o wysokiej temperaturze. Poczekaj aż kawałki się zrumienią i pokryją skórką. Pilau / Pilaw Składniki: 3 szklanki ryżu, 6 szklanek wody, 1 cebula pokrojona, olej, 1 łyżka pasty imbirowo oraz czosnkowej, 1 łyżka kminku, ½ łyżeczki czarnego pieprzu, sproszkowany cynamon Sposób przygotowania: Do garnka wlej olej i podsmaż cebulę na brązowy kolor. Następnie dodaj imbiru, a następnie wszystkie inne przyprawy i sól. Dodaj sześć szklanek gorącej wody oraz ryż. Gotuj, aż ryż będzie prawie suchy. Powinien być kruchy, a nie papkowaty. Następnie wstaw całość do piekarnika i ustaw temperaturę 350 stopni. Piecz aż ryż będzie dobrze miękki. Plantain desert &#8211; deser z warzywnych bananów (platany) Składniki: 3 duże banany platany, 3 łyżki cukru, mleko kokosowe Sposób przygotowania: Obierz banany. Przetnij wzdłuż i usuń nasiona. Skórkami z bananów wyłóż garnek i postaw na gazie. Na tych skórkach ułożysz obrane i pokrojone części. Uważaj, by skórki się nie przypaliły. Każdego rozciętego banana pokrój na dwie części i połóż na skórce. Z 3 bananów uzyskasz 12 kawałków. Dodaj 1 ½ szklanki mleka kokosowego, cukru i kardamonu. Kardamon można zastąpić cukrem. Gotuj do momentu, aż mleko kokosowe się wygotuje. Zdejmij z ognia i podaj na ciepło. Możesz także schłodzić deser w lodówce i zaserwować na zimno. Kiedy wszystko będzie już gotowe, zasiądziecie do stołu na wspólną konsumpcję. Jak widzicie przepisy są bardzo proste i każdy może takie dania przyrządzić własnoręcznie. Smakują obłędnie, a sekretem są tu...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/02/lekcja-gotowania-na-zanzibarze-czyli-smaki-kuchni-suahili.html">Lekcja gotowania na Zanzibarze, czyli smaki kuchni suahili</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/02/lekcja-gotowania-na-zanzibarze-czyli-smaki-kuchni-suahili.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>12</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Zimowy weekend na Islandii &#8211; dlaczego warto &#8211; koszty</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/02/zimowy-weekend-na-islandii-dlaczego-warto-koszty.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/02/zimowy-weekend-na-islandii-dlaczego-warto-koszty.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 02 Feb 2021 18:54:17 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Islandia]]></category>
		<category><![CDATA[Islandia informacja praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Islandia na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[jak zorganizować weekend na Islandii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=16973</guid>

					<description><![CDATA[<p>Islandia to jeden z tych krajów, gdzie można zapolować na zorzę polarną. Do tej pory w tym celu zawsze ruszałam na północ Norwegii. W końcu przyszedł czas na Krainę Ognia i Lodu. Jednak zimowy weekend na Islandii to świetny pomysł nie tylko ze względu na możliwość obserwacji Świateł Północy. Niesamowite widoki, powalająca natura, czyste powietrze&#8230; to wszystko czeka na Was w tej wulkanicznej krainie. Czuć tu swoistą magię, błogi spokój, który od razu ogarnia człowieka, gdy tylko postawi tu swą stopę. Jak zorganizować zimowy weekend na Islandii? Gdzie spać? Jak się przemieszczać? Ile to kosztuje? I jak zapolować tu na zorzę polarną? O tym wszystkim dowiecie się za chwilę. Zdradzę Wam szczegóły oraz kosztorys mojej ostatniej podróży. Na Islandii spędziłam wówczas całe 3 dni. Zatrzymałam się w jej południowej części nad samym oceanem. Aktualne zasady wjazdu na Islandię Mój wyjazd przypadł na okres covidowy, z czym wiązały się pewne restrykcje. Oto aktualne warunki wjazdu na Islandię. Lądując na wyspie musicie poddać się testowi na covid. Jeśli przylatujecie na minimum 5 dni, testy muszą być dwa. Do 01.05.2021 testy są za darmo. Na lotnisku przy sprawdzaniu dokumentów zostaniecie poinformowani o zasadach oraz dostaniecie specjalną broszurkę z informacjami. Po wyjściu z lotniska obowiązuje kwarantanna. Stworzono listę hoteli, które do takiej kwarantanny się nadają. Znajdziecie ją na stronie covid.is lub tutaj. Podczas kwarantanny można wynająć auto, by przemieścić się do miejsca kwarantanny. Można skorzystać z taksówki. Podczas kwarantanny można chodzić na spacery w mało zaludnionych miejscach. Nie można robić zakupów w sklepach (można zamawiać online). Nie można jeździć samochodem, czyli nie wolno zwiedzać. Wynik pierwszego testu otrzymujecie w przeciągu 24 h. Zalecane jest także zainstalowanie apki śledzącej Ranking-C19. Wynik testu pojawi się w apce, ale także otrzymacie go smsem i mailem. Dodatkowo zostanie wyznaczony termin na drugi test. Drugi test odbędzie się po 5 dniach od pierwszego (drugi zawsze jest bezpłatny). Do momentu drugiego testu pozostajecie w kwarantannie. Jeśli wynik drugiego testu jest negatywny, kwarantanna się kończy i można zwiedzać. Jeśli przyjeżdżacie na krócej niż 5 dni, musicie pozostać w kwarantannie do końca pobytu. A potem wracacie na lotnisko i odlatujecie. Info potwierdzone na czacie covid.is (jeśli macie pytania, zadajcie je tu). UWAGA! Policja może wpaść z wizytą i sprawdzić, czy rzeczywiście przestrzegacie zasad. Mnie odwiedziła. UWAGA! Ozdrowieńcy oraz osoby zaszczepione dwoma dawkami szczepionki zwolnione są z testów oraz z kwarantanny. Oczywiście na powyższe trzeba posiadać odpowiedni papierek. Musi to być specjalny certyfikat. Jeśli przylatujecie na polowanie na zorzę, to taka opcja jest całkiem w porządku. A kwarantanna może być nawet przyjemna. Codzienne spacery nad oceanem z pewnością będę relaksujące, a Wasz organizm porządnie się dotleni. Jakimi liniami dostać się na Islandię Z Polski najszybciej i najłatwiej dolecieć liniami niskobudżetowymi Wizzair. Połączenie znajdziecie z Warszawy, Krakowa, Katowic, Wrocławia oraz Gdańska. Podróż z Warszawy trwa 3 godziny i 45 minut. Jest to de facto czas przejazdu z Warszawy do Gdańska, skąd odbywa się większość lotów na północ Norwegii. Zatem podróż na Islandię wychodzi zdecydowanie krócej w ostatecznym rozrachunku. Na Islandii znajdują się dwa główne lotniska. Jedno pod Reykjavíkiem, drugie pod Keflavikiem. Dzieli je odległość 50 km. Samoloty Wizzaira lądują na tym drugim. Cena przelotu? Zimą bilet na Islandię można ustrzelić za naprawdę niewielkie pieniądze. W moim przypadku było to 300 zł. A jeśli dodatkowo na koncie Wizzaira uzbiera się Wam jakaś kwota, przelot może kosztować grosze lub nawet polecicie za uzbierany bonus. Pieniążki na koncie Wizzaira można zbierać za rezerwację noclegów na bookingu czy po prostu za odwołane loty, w przypadku których przewoźnik zwraca 120% ceny anulowanego połączenia. Dobra wypożyczalnia samochodów na Islandii Z czystym sumieniem polecam Wam polską wypożyczalnię samochodów na Islandii o nazwie IcePol. Dlaczego? Po pierwsze, dokonując rezerwacji, nie musicie podawać karty kredytowej ani żadnych innych danych. Umawiacie się na konkretny dzień i godzinę. Właściciel wypożyczalni będzie na Was czekał na parkingu lotniskowym. Nawet jeśli kontrola się przedłuży, co miało miejsce w moim przypadku, to auto nie odjedzie. Sposobem dostaniecie się do środka, a tam w środku przy kierownicy będzie się do Was uśmiechał bilecik parkingowy. Za rezerwację nie ma żadnej przedpłaty. Całą kwotę płacicie na miejscu. Należność można uiścić w gotówce w złotówkach, Euro lub koronach islandzkich. Można zapłacić także kartę. Co ważne, nie jest blokowany żaden depozyt na karcie. Większość dostępnych samochodów są to maszyny 4&#215;4. W cenie zawarte jest już pełne ubezpieczenie. W zimie wliczone są także opony z kolcami. No właśnie, a ile kosztuje wypożyczenie takiego auta? Za najtańszy model Dacia Duster 4&#215;4 diesel za 3 dni zapłaciłam 21 000 ISK, co daje 604 PLN. Za dzień wychodzi zatem 201 zł (7 000 ISK), co jest całkiem przyzwoita kwotą. Jeśli podróżujecie w grupie, koszta oczywiście rozkładają się na wszystkie osoby. Samochód zostawiacie albo na lotniskowym parkingu, albo podjeżdżacie do biura, które mieście się w pobliżu lotniska w Keflaviku. Kwestia dogadania się z właścicielami. Najlepiej zatankować przy samym lotnisku, gdzie stacji nie brakuje. Dodatkowo super kontakt jest w języku polskim. Możecie wysłać maila przez stronę lub po prostu napisać na Facebooku. Chłopcy z pewnością się odezwą. Na każde pytanie odpowiadają szybciutko, jest też z nimi stały kontakt podczas wyjazdu. Dodatkowo chętnie podpowiedzą, jak zapolować tam na zorzę. Cena za paliwo na Islandii? Za litr paliwa do diesla zapłacicie 213 ISK, czyli około 6 zł. Benzyna kosztuje 226 ISK, czyli 6,50 zł. Tani nocleg nad oceanem na Islandii Jeśli przylatujecie na Islandię w czasie covidowym i jesteście zobowiązani do poddania się kwarantannie, musicie skorzystać z hotelu, znajdującego się na wspomnianej już specjalnej liście. Lista jest naprawdę długa, więc jest w czym wybierać. Oczywiście w większości ceny są bardzo islandzkie. Mi jednak udało znaleźć się świetne apartamenty nad samym oceanem za bardzo małe pieniądze. Bardzo polecam Wam Bakki Hostel &#38; Apartments, które znajdują się w miejscowości Eyrarbakki na samym południu. Cena za apartament 4-ososbowy za noc to 8,144 ISK, czyli około 236 zł. Pokój urządzony jest bardzo nowocześnie. Znajdziecie w nim wszelakie udogodnienia, takie jak aneks kuchenny, wyposażony w garnki, patelnie, talerze, sztućce, kubki oraz lodówkę. W łazience na gości czekają oczywiście ręczniki oraz mydło wraz z żelem pod prysznic. A co najważniejsze, w środku jest bardzo cieplutko. Rezerwacji można dokonać przez Booking (darmowa anulacja) lub bezpośrednio przez stronę hotelu. Recepcja teoretycznie czynna jest całą dobę. Teoretycznie, gdyż do godziny 16:00 jest ona w zimie zamknięta. W razie potrzeby można dzwonić na podany numer telefonu. I tak, jak w dzień, nie ma problemu, tak w środku nocy, można się jednak nie dodzwonić. Było tak w moim przypadku, kiedy przyjazd umówiony był na 3:00 w nocy. Do domku wpuszczono nas dopiero o  7:00 rano. Wcześniej nikt nie odebrał. W ramach rekompensaty otrzymaliśmy późne wymeldowanie. W apartamencie mogliśmy zostać nawet do 21:00, co był dla nas świetnym rozwiązaniem. Obok Bakki Hostel &#38; Apartaments znajduje się stacja benzynowa z małym sklepikiem. Po większe zakupy trzeba udać się do sąsiedniej miejscowości Selfoss. Jak już wspomniałam, domki znajdują się przy samym oceanie. Można się więc wybrać na spacer wałem bądź plażą. Na tyłach domków znajduje się długa ławka, na której możecie podziwiać wschody i zachody słońca. Można się tu skryć przed przeszywającym wiatrem, który o dziwo wieje z lądu. Dlaczego warto zatrzymać się w Eyrarbakki W zimowy weekend na Isladnii również możecie trochę pozwiedzać. Eyrarbakki to dawne miasteczko portowe. Przez wieki tutejszy port był głównym portem na południu kraju, a Eyrarbakki stanowiło centrum handlowe dla całego regionu, rozciągającego się od Selvogur na zachodzie po Lómagnúpur na wschodzie. Jednak około 1925 roku miasteczko Eyrarbakki straciło na znaczeniu. W Eyrarbakki stoi najstarszy zachowany drewniany dom mieszkalny na Islandii. Został on zbudowany w 1765 roku z zestawu przywiezionego z Norwegii. Zwany jest po prostu „Domem” (Húsið). Obecnie mieści się w nim Muzeum Folkloru, położone kilka kroków od kościoła. Dom szybko stał się centrum kwitnącej kultury i sztuki w regionie, głównie z Danii, ponieważ Eyrarbakki było pierwszym portem, do którego docierały zagraniczne trendy w muzyce, literaturze i sztuce. Oprócz tego muzeum w tej miejscowości znajdują się jeszcze dwa inne: Sjóminjasafnið á Eyrarbakka – Muzeum Morskie oraz Söfnin, zwane także Muzeum Folkloru. W Eyrarbakki założono także pierwszą szkołę w kraju. Było to w w 1852 roku. Budynek nadal stoi, chociaż szkoła została przeniesiona. Stojący obok Czerwonego Domu, kościół w Eyrarbakki, został zbudowany w 1890 roku. Co ciekawe, ołtarz w jego wnętrzu został namalowany przez duńską królową Luizę, żonę króla Christiana IX. Jej mąż to przodek duńskiej królowej Małgorzaty II, brytyjskiej królowej Elżbiety II oraz króla Norwegii Haralda V. Kolejną ciekawostką jest fakt, iż miasteczko Eyrarbakki odegrało kluczową rolę nie tylko w historii Islandii, ale także w historii świata. Wiking Bjarni Herjólfsson, mieszkający tutaj w X wieku, od czasu do czasu żeglował na Grenlandię w celach handlowych. Podczas jednej z takich wypraw jego statek zboczył z kursu, a Bjarni i jego załoga byli pierwszymi zachodnimi Europejczykami, którzy zobaczyli wschodnie wybrzeże kontynentu. Stał się on później znany jako Nowy Świat. Po powrocie Bjarni opowiedział swoją historię Leifowi Eiríkssonowi i sprzedał mu swój statek. Leif podążył śladami Bjarniego i w roku 1000 odkrył Amerykę i nazwał ją Winlandią. W 1968 roku na Nowej Fundlandii (wyspa u wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej) znaleziono ruiny domów, które potwierdziły starą opowieść o podróży Leifa i jego osadnictwie w Nowym Świecie. W Eyrarbakki zobaczycie coś jeszcze. Wielka lawa Þjórsá to największy strumień lawy na Islandii, zarówno pod względem powierzchni, jak i objętości, i największa lawa, o której wiadomo, że wybuchła podczas jednej erupcji w holocenie. Lawa, którą tu zobaczycie, jest częścią właśnie tego strumienia. Owa potworna erupcja miała miejsce, gdy 30-kilometrowa szczelina otworzyła się w pobliżu Veidivötn na wschodzie (około 8700 lat temu). Strumień czarnej mazi rozprzestrzenił się na zachód i zakończył w oceanie na południowym wybrzeżu, około 140 km od miejsca erupcji. Ma on grubość od 15 do 40 metrów. Miasta Selfoss, Eyrarbakki oraz Stokkseyri zbudowane zostały właśnie na lawie, więc jest to najlepsze miejsce do jej zobaczenia. Jak upolować zorzę polarną na Islandii Zorza polarna to zjawisko, które budzi niesamowite emocje. Jeśli już raz ją zobaczycie, będziecie chcieli z pewnością ujrzeć ją ponownie. Dwa razy miałam okazję podziwiać na niebie prawdziwy zorzowy spektakl w Norwegii i dwa razy było to w okolicach Bodo. Trzeci raz upolowałam to zjawisko w okienku samolotu, wracając z Tromso. O zjawisku zorzy polarnej przeczytacie we wpisie: &#160; Na pewno muszą zostać spełnione dwa podstawowe warunki. Bezchmurne niebo&#8230; o co na Islandii nie tak łatwo. Pogoda jest tu bardzo zmienna&#8230; przez chwilę może świecić piękne słońce, by za moment przykryły je grube chmury. Ciężko polegać na kilkudniowych prognozach pogody. Kp Indeks musi mieć wartość przynajmniej 3. Mierzy on zaburzenie pola magnetycznego w skali od 0 do 9. Pomiar tych zmian odbywa się co trzy godziny. Kp&#60;4 – pole magnetyczne Ziemi spokojne (QUIET) Kp=4 – pole ziemskie niespokojne (UNSETTLED) Kp&#62;4 – burza magnetyczna (STORM) Jeśli marzy się Wam zorza polarna na Islandii, koniecznie śledźcie stronę z prognozą pogody na Islandii, na której także znajdziecie aktualny indeks KP. Dzięki mapce będziecie w stanie stwierdzić, gdzie i o której będzie bezchmurne niebo &#8211; białe plamy. Jeśli mapka jest zielona, oznacza to zachmurzenie. Po prawej stronie znajduje się 3-dniowa prognoza zorzy polarnej. Tak, jak już wspomniałam, dla Islandii kp indeks musi pokazywać przynajmniej trójkę (moderate). Długoterminową prognozę zorzy polarnej sprawdzicie na stronie Uniwersytetu Alaska Fairbanks. Czy jest wiarygodna? O dziwo jest! Można tu sprawdzić aktywność zorzową z około 27-dniowym wyprzedzeniem. W polowaniu na zorzę pomagają także różnego rodzaju apki. Najlepszą z nich jest, według mnie, My Aurora Forcast. Dlaczego? Dlatego, że wbudowana została tu mapka, na której zobaczycie, w którym miejscu dokładnie znajduje się zorzowa chmura. Widać, jak się przemieszcza i kiedy znajduje się dokładnie nad nami. Aplikacja pokazuje oczywiście indeks KP ora wskazuje prawdopodobieństwo zobaczenia Świateł Północy. W tej aplikacji również zobaczycie mapkę z prognozą pogody. To jest dokładnie ta sama mapka, która znajduje się na wyżej wspomnianej stronie. Z tym, że w aplikacji będziecie mogli sprawdzić stan zachmurzenia w czasie rzeczywistym. Podczas mojego pobytu indeks był bardzo wysoki, nawet ponad 6. To była prawdziwa zorzowa burza. Niestety grube chmury uniemożliwiły podziwianie tego spektaklu. Delikatną zorzę udało zobaczyć się pierwszej i drugiej nocy. Z tej racji zamieszczam zdjęcie aurory z mojego zimowego wypadu do Norwegii,...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/02/zimowy-weekend-na-islandii-dlaczego-warto-koszty.html">Zimowy weekend na Islandii &#8211; dlaczego warto &#8211; koszty</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/02/zimowy-weekend-na-islandii-dlaczego-warto-koszty.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>TOP 9: Najpiękniejsze plaże na Zanzibarze, czyli którą plażę wybrać na pobyt</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2021/01/top-9-najpiekniejsze-plaze-na-zanzibarze-czyli-ktora-plaze-wybrac-na-pobyt.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2021/01/top-9-najpiekniejsze-plaze-na-zanzibarze-czyli-ktora-plaze-wybrac-na-pobyt.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 03 Jan 2021 20:13:35 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[najlepsza plaża na Zanzibarze]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar - którą plażę wybrać]]></category>
		<category><![CDATA[Zanzibar na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[zanzibarskie plaże]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=16313</guid>

					<description><![CDATA[<p>Zanzibar słynie z bajecznych plaż, które stanowią kwintesencję rajskości. I rzeczywiście tak jest. Znajdziecie tu jedne z najpiękniejszych plaż na świecie. Mięciutki biały piasek niczym mąka, szumiące palmy kokosowe oraz turkusowo-szmaragdowy ocean składają się na iście egzotyczny obrazek. Czego chcieć więcej? Zdawać by się mogło, że skoro wyspa niewielka, to i plaże w zasadzie niczym się od siebie nie różnią. Jednak nie do końca tak jest. Którą wybrać? Gdzie warto się zatrzymać? Która miejscówka spełni nasze oczekiwania? Oto lista 9 najpiękniejszych plaż na Zanzibarze wraz z ich opisami. Wyspę Przypraw odwiedziłam już trzy razy, więc myślę, że mogę pokusić się o taki ranking. Poniżej znajdziecie informację, jak wygląda dana plaża i komu się spodoba. Inaczej prezentuje się zachodnia oraz północna części wyspy, gdzie pływy nie są tak znaczące i można podziwiać zachody słońca. Inny klimat panuje na wschodnim wybrzeżu, które słynie ze zjawiska silnych odpływów oraz niesamowitych kolorów Oceanu Indyjskiego. Jeśli zastanawiacie się, którą plażę na Zanzibarze wybrać na Wasz urlop czy wakacje, koniecznie przeczytajcie mój wpis. No dobrze&#8230; a jak to jest z tymi odpływami? Jedni na nie narzekają, inni uwielbiają i do tej drugiej grupy zaliczam się także i ja. Według mnie ma to swój niepowtarzalny urok i jest to swego rodzaju wizytówką Zanzibaru. Niemniej odpływy nie zawsze są takie same. Woda również nie ucieka dokładnie o tej samej porze. Można trafić na moment, kiedy różnica między przypływem a odpływem jest niezauważalna i wówczas kąpiel w oceanie przez kilka dni nie stanowi problemu. Pływy zależą od fazy księżyca. Bywa, że ocean cofa się aż o kilometr, odsłaniając słynne algowe poletka oraz tworząc malownicze sandbanki. W niektórych miejscach trzeba uważać na czarne jeżowce, które kryją się w kępkach zielonych wodorostów. Przeważnie w ciągu doby ocean ucieka dwa razy, mniej więcej co 6 godzin. Cały cykl przesuwa się codziennie o około 20 minut. Godziny przypływów oraz odpływów można sprawdzić w Internecie. Znajdziecie tu prognozę pływów na miesiąc, a nawet na kilka miesięcy do przodu. Kiwengwa &#8211; rajskość w czystym wydaniu Moim zdaniem plaża w Kiwengwa to najpiękniejsza plaża na Zanzibarze, do której dotarłam. Szeroka, długa, bielusieńki piasek jak mąka, palmy, wszystkie możliwe kolory oceanu&#8230; i ta przestrzeń. To, co tu zobaczyłam, powaliło mnie na kolana i na kolejny pobyt z pewnością wybiorę to miejsce. Kiwengwa leży na wschodnim wybrzeżu wyspy. Z lotniska trzeba kierować się na północ. Wzdłuż linii brzegowej ulokowały się tu przeważnie luksusowe hotele, resorty oraz wille, które często znajdziecie w ofercie biur podróży. Niemniej można tu także znaleźć skromniejsze bungalowy. Miłośnicy kitesurfingu również będą zadowoleni, działają tu bowiem przynajmniej dwie szkoły tego sportu. Dodatkowo znajdziecie tu także centrum nurkowe. Na Zanzibarze panują idealne warunki do uprawiania kitesurfingu. Tworzące się tu laguny oraz wietrzne wybrzeże to jest to, czego szukają miłośnicy tego sportu. Wyróżnić można dwa sezony &#8220;na latawiec&#8220;. Pierwszy trwa od czerwca do października, a więc jest to zanzibarska zima i jednocześnie pora sucha. Wówczas wieje tu dość równy monsun z południowego wschodu, zwany Kusini lub Kusi. Drugi dobry okres na kitesurfing to miesiące od grudnia do kwietnia, a więc tutejsze lato. Jest bardzo gorąco, wilgotno i pada sporadycznie. Wieje wtedy wiatr z północnego wschodu o nazwie Kaskazi, o zdecydowanie większej sile niż wspomniany Kusini. Największym ośrodkiem kitesurfungu na wyspie jest wioska Paje na wschodnich wybrzeżu. Kiwengwa to niewielka wioska. Można się tu zaopatrzyć w butelkowaną wodę, zrobić drobne zakupy oraz zjeść coś lokalnego. Niemniej wybór lokalnych jadłodajni jest ograniczony. Przy plaży znajdziecie oczywiście bary oraz restauracje. W wiosce zaś spróbujecie mishkaki, czyli małych szaszłyków z wołowiny, podawanych z pikantno-kwaskowym sosem z tamaryndowca. Kiwengwa określana jest często mianem „Małe Włochy” ze względu na swoje małe włoskie restauracje i kurorty na wybrzeżu. Na tyłach plaży ulokowało się tu kilka sklepów z pamiątkami. Na niektórych zobaczycie szyldy, imitujące nazwy zachodnich marek. Jedni się z tego śmieją, inni uważają to za kicz i zły wpływ turystyki na miejscowych. Ta plaża jest idealna na długie spacery, zbieranie muszelek (uwaga, nie wolno ich wywozić z Zanzibaru) lub relaks w jednym z barów lub restauracji, ulokowanych na piasku. Na plaży Kiwengwa spotkacie także sprzedawców wycieczek oraz Masajów. Nie są oni jednak tak nachalni, jak w Nungwi czy Kendwa. Podczas odpływu możecie wybrać się w kierunku rafy, gdzie po drodze zobaczycie różne żyjątka oceaniczne, w tym rozgwiazdy i jeżowce. Dla kogo plaża w Kiwengwa? Dla osób, szukających rajskich widoków oraz spokoju. Dla osób, którym nie przeszkadzają silne odpływy oraz brak zachodów słońca. Na to konto można podziwiać piękne wschody. Pingwe &#8211; rajskie laguny oraz sandbanki Pingwe to moje odkrycie podczas ostatniego wyjazdu. Nie spodziewałam się, że znajdę tu wszystko to, czego szukałam. A czego szukałam? Przede wszystkim spokoju i rajskich warunków do pluskania się oraz dobrego jedzonka. Mimo, iż przy linii brzegowej ulokowały się wille oraz kilka hoteli, to tłumów w ogóle tu nie ma. Szczególnie w okolicach Shanuo Beach Bungalows, w którym się zatrzymałam, było bardzo spokojnie. Mogłam tu obserwować sobie poczynania mieszkańców na plaży. A to ktoś czyścił i naprawiał łódkę&#8230; a to obrabiał ryby czy ośmiornice, a to dzieciaki w przerwie między lekcjami wskakiwały do oceanu lub urządzały różne zabawy na brzegu. Nikt mnie tu też nie nagabywał, jeśli chodzi o wycieczki czy sprzedaż pamiątek. Owszem, czasem ktoś zagadnął, ale bez ciśnienia. Troszkę więcej sprzedawców kręci się w drugim końcu plaży, gdzie ulokował się duży hotel Karafuu Beach Resort&#38;Spa. Przy Shanuo Beach Bungalows znajdziecie punkt snorkelingu. Ot mała budka, gdzie miejscowi oferują takie usługi. Miejsce jest dobrze oznaczone odpowiednim napisem&#8230; oraz miśkiem zawieszonym na gałęzi. Przyznam, że dość dziwnie to wygląda. Praktyki voodoo? Hm&#8230; Na Zanzibarze oraz okolicznych wyspach ciągle działają szamani. Przy plaży ulokowało się także kilka sklepików z pamiątkami oraz chatki, gdzie zafundujecie sobie masaż lub hennę. Pamiętajcie, że naturalna henna ma zawsze kolor brązowy lub pomarańczowy. Jest zdrowa, chroni skórę przed słońcem, jej barwnik uwalnia się przez klika dni. Zdarzyć się może, że zamiast tej naturalnej ktoś będzie chciał ozdobić nas czarnym tatuażem. Czarna maź to chemiczna substancja, która może uczulać, a czasami stanowić zagrożenie dla zdrowia. Dlatego zawsze pytajcie o to, czy henna jest naturalna i ma brązowy kolor. Kilka kroków od Shanuo Beach Bungalows można bardzo smacznie zjeść. Ulokowała się tu świetna lokalna knajpka Pandu Ngozi z owocami morza (średnio za grillowaną ośmiornicę, kalmary czy rybę zapłacicie 15 000 szylingów, czyli 6,5 USD) oraz z widokiem na słynną restaurację the Rock. Kolacja w tym miejscu co wieczór to był już po prostu rytuał. Gości obsługuje tu młody chłopak, który zapamięta Wasze imię i będzie Was miło witał już na wejściu. A sama plaża? Dla mnie obłęd! Kiedy tu przyjechałam wieczorem, wrażenie nie było najlepsze. Zapadał już zmrok, przypływ był dość silny, zrobiło się ponuro. Jakież było moje zdziwienie następnego dnia. Pamiętałam, że w tych okolicach piasek jest chyba bielszy niż mąka, a w czasie odpływu kontrast wraz niebieskim oceanem zapiera dech w piersiach. I miałam rację. W momencie odpływu tworzą się tu rajskie sandbanki. Uciekająca woda powoli odsłania łachy piasku, można więc się tu pluskać w krystalicznych basenach, które z czasem zamieniają się we wspomniane piaskowe poletka. Co ciekawe, ocean wcale nie ucieka aż tak daleko, jak np. w Paje czy Jambiani. Za owymi kupkami piasku tworzą się bajeczne i bezkresne laguny, w których można pływać bez końca. Moje skojarzenie? Malediwy. Plaża w Pingwe to zdecydowanie jedna z najpiękniejszych plaż na Zanzibarze. Plaża jest dość szeroka, jej brzeg obsadzony jest szumiącymi palmami, w których kryją się bungalowy, wille oraz hotele. Czasami w naszej porze zimowej ocean wypluje trochę glonów, jednak w niczym to nie przeszkadza. Ocean wyrzuca także przepiękne muszelki, które można podziwiać podczas spaceru. Od czasu do czasu zdarzają się także i większe okazy. Jednak pamiętajcie, że muszli nie wolno wywozić z Zanzibaru. Grożą za to dość wysokie kary pieniężne. Buty ochronne do kąpieli w ogólne nie są tu potrzebne. Jeśli wchodzicie do oceanu w miejscach, gdzie znajduje się łacha piachu, spokojnie można pluskać się na bosaka. Uważać trzeba jednak na kępki wodorostów, gdyż tam kryją się czarne jeżowce. Nie ma ich jednak tak dużo, jak np. w Matemwe. Na białym piasku z pewnością od razu zobaczycie, czy teren jest bezpieczny. W Pingwe ulokowała się jedna z głównych atrakcji Zanzibaru, wspomniana już restauracja the Rock. To niezwykłe miejsce, które w czasie przypływu staje się niedostępne suchą nogą. Kursuje tu wówczas mała łódka. Wstęp bezpłatny. Można przypłynąć tu tylko na zobaczenie wnętrza lub też zostać na drinku czy jedzeniu. Restauracja słynie z pysznych owoców morza. Ceny nieco wyższe niż standardowo. Menu można sprawdzić na stronie obiektu. Dla kogo plaża w Pingwe? Dla osób, szukających rajskich lagun, sandbanków oraz spokoju, lokalnego klimatu. Dla osób, którym nie przeszkadzają odpływy, choć te nie są tu tak silne, jak w Paje czy Jambiani. Brak tu także zachodów słońca, można za to podziwiać piękne wschody. Więcej o Pingwe przeczytacie w oddzielnym wpisie: &#160; Jambiani &#8211; algowe poletka Jambiani słynie z rajskich plaż oraz idyllicznego zanzibarskiego klimatu. I to wszystko tu znajdziecie. Wioska ciągnie się aż przez 6 km, więc wybór zakwaterowania jest tu bardzo duży. Jakiś czas temu była to moja ulubiona miejscówka na Zanzibarze. Zatrzymywałam się tu za każdym razem. Wówczas była to nie niezwykle spokojna wioska, w której czas jakoby się zatrzymał. W przeciągu ostatnich dwóch lat nastąpiły zmiany i to za sprawą pewnego Polaka, który podobno wykupił całą linię brzegową w Jambiani. Czy to dobrze? To już temat na oddzielny wpis i dyskusję. Obecnie w Jambiani trochę więcej się dzieje, a plaże dalej są piękne. To ciągle zakątek Wyspy Przypraw, gdzie można odpocząć i zrelaksować się bez nachalnych sprzedawców, jakich spotkacie w Nungwi czy Kendwa. Tu ciągle znajdziecie klimatyczne bungalowy czy wille w zanzibarskim stylu. Będąc w Jambiani, dwa razy zatrzymałam się w tym samym miejscu, a mianowicie w skromnych domkach na samej plaży. Sześć lat temu nosiły one jeszcze nazwę Shehe Bungalows, zaś później zostały przemianowane przez nową właścicielką z Anglii na Uhuru Beach Resort. Obecnie należą zaś do sieci Pili Pili. W Jambiani możecie doświadczyć tego, co tak bardzo charakterystyczne jest dla wschodniego wybrzeża. Uciekający ocean tworzy tu swoisty obrazek, którego prawdopodobnie nie zobaczycie nigdzie indziej na świecie. Kolory oceanu mają tu wszystkiego odcienie niebieskiego oraz zieleni. Prawdziwy spektakl zaczyna się w momencie, kiedy woda wraca w kierunku plaży. I jak to podczas silnych przypływów bywa, woda może zabrać całą plażę. Jeśli nocujecie na samej plaży, szum fal nad ranem może Was nawet obudzić&#8230; wieczorem zaś ukołysać do snu. Plaża w większości jest szeroka i piaszczysta, po prostu marzenie. I jak to na Zanzibarze, piasek jest bielusieńki oraz miękki niczym mąka, a wysokie palmy kokosowe kołyszą się wraz z oceaniczną bryzą. W większości&#8230; gdyż zdarza się tu także kamieniste dno. Podczas odpływu tworzą się tu piaskowe poletka oraz małe baseny, w których można się pluskać. Podsumowując, w Jambiani znajdziecie jedną z najpiękniejszych plaż na Zanzibarze. W Jambiani z pewnością znajdziecie kilka lokalnych knajpek. Z ręką na sercu polecam jadłodajnię z pysznym jedzeniem o nazwie „Karibu Restaurant”, nazywaną przeze mnie „U Hassana”. Podobno zjecie tu najlepsze domowe jedzonko w Jambiani w bardzo dobrej cenie. Dania przyrządzane są na zamówienie przez żonę Hassana, jest smacznie i aromatyczne, a porcje ogromne. Restauracja znana jest wśród miejscowych oraz turystów. Hassan zawsze chwali się swoją księgą gości (stary zeszyt) i wszystkie wpisy pokazuje swoim nowym klientom. Oczywiście Was także poprosi o pozostawienie pamiątkowej adnotacji. Samo miejsce może nie zachęcać do wejścia do środka, niemniej to tylko takie wrażenie, bowiem kuchnia tutaj jest rewelacyjna. A czego goście nie zjedzą, Hassan pakuje na wynos. Stolik zarezerwujecie przez telefon (+255 777 865 247) lub po prostu możecie tu zajrzeć w dzień i ustalić godzinę przyjścia oraz menu. Restauracja znajduje się w centrum Jambiani, w pobliżu Fairytale Villa &#38; Guesthouse. Można również zapytać o drogę w hotelu lub kogoś z miejscowych. W Jambiani znajdziecie także małe sklepiki, gdzie zakupicie drobne artykuły spożywcze, wodę oraz pamiątki, a także wymienicie pieniądze. Wioskę Jambiani, podobnie jak pozostałe na Zanzibarze, można zwiedzać. Najlepiej zrobić to z lokalnym przewodnikiem, który opowie Wam o życiu mieszkańców, zaprowadzi do szkoły oraz miejscowej kliniki. Koszt takiej wycieczki to około 10 USD. W szkole zostaniecie zapewne poproszeni o datek na jej rzecz oraz o wpis...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2021/01/top-9-najpiekniejsze-plaze-na-zanzibarze-czyli-ktora-plaze-wybrac-na-pobyt.html">TOP 9: Najpiękniejsze plaże na Zanzibarze, czyli którą plażę wybrać na pobyt</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2021/01/top-9-najpiekniejsze-plaze-na-zanzibarze-czyli-ktora-plaze-wybrac-na-pobyt.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>17</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>TOP 10: Co warto zobaczyć na Kos &#8211; najciekawsze atrakcje na wyspie</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/12/top-10-co-warto-zobaczyc-na-kos-najciekawsze-atrakcje-na-wyspie.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/12/top-10-co-warto-zobaczyc-na-kos-najciekawsze-atrakcje-na-wyspie.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 06 Dec 2020 17:33:15 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Kos]]></category>
		<category><![CDATA[najbezpieczniejsze wyspy greckie]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze plaże w Grecji]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze wyspy greckie]]></category>
		<category><![CDATA[wyspa Kos informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[wyspa Kos na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[wyspy greckie przewodnik]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=15570</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wyjazd na grecką wyspę Kos wcale nie był planowany. W ogóle ta wyspa nie widniała na mojej liście miejsc do odwiedzenia w najbliższym czasie. Tanich lotów na Kos przecież nie ma, więc trzeba by kombinować lub lecieć czarterem (np. z ITAKĄ). Niespodziewanie ten kierunek pojawił się w wakacyjnej siatce LOTu. Z racji tego, iż możliwości podróżowania znacznie się skurczyły, postanowiłam ponownie odwiedzić Grecję. Jaka jest wyspa Kos? Co można tam robić i co warto zobaczyć na Kos? Te pytania nurtowały mnie przed wyjazdem. Teraz mogę już na nie śmiało odpowiedzieć i doradzić w tej kwestii. Z Kos warto się także udać na jednodniową wycieczkę na pobliską wulkaniczną wyspę Nisyros: &#160; Warto rozważyć także całodniową wycieczkę na trzy wyspy z Kos: &#160; Kos należy do archipelagu wysp Dodekanez i jest trzecią co do wielkości wyspą archipelagu, zaraz po Rodos i Karpathos. Geograficznie wyspa ta leży na Morzu Egejskim tuż u wybrzeży Turcji, między wyspą Kalymnos a Nisyros. Kos posiada naprawdę bogatą historię, na którą wpływ miało wiele kultur, szczególnie turecka, co widać i obecnie. Nic dziwnego, bowiem odległość w linii prostej do tego państwa wynosi zaledwie 14 km. Normalnie promy do Turcji  kursują kilka razy dziennie, w czasie pandemii niestety są zawieszone. Historia oraz dzieje wyspy Kos były naprawdę burzliwe. Wiecie, że dopiero od 1947 roku Kos należy do Grecji? Dawno, dawno temu, w II tysiącleciu p.n.e. została skolonizowana przez Achajów. Takim mianem Homer określał Greków, walczących pod Troją. Następnie wyspa przeszła w ręce Dorów. Był to również lud grecki, z tym że mówiący dialektem doryckim. Na Kos mieli chrapkę także Persowie, jednak ich ataki zostały odparte. Swego czasu wyspa została wcielona do Imperium Rzymskiego, a potem do Cesarstwa Bizantyjskiego. Swój ślad zaznaczyli tu także Wenecjanie, którzy to sprzedali ją joannitom. Z kolei wyspę przejęli Turcy, którzy rządzili tu aż 400 lat. Na początku XX wieku władzę przejęli Włosi, potem Niemcy oraz Anglicy. I dopiero w połowie ubiegłego stulecia Kos wróciła do swojego pierwotnego właściciela, czyli do Grecji. Miasto Kos &#8211; co warto zobaczyć Na początku nie do końca byłam przekonana, by główną bazę noclegową robić w mieście, a tym bardziej w samej stolicy. A jednak miasto Kos bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło i bardzo mi się spodobało. Długa promenada nad samiutkim morzem, widok na Turcję, piękna marina, greckie tawerny w zaułkach, antyczne pozostałości&#8230; to właśnie znajdziecie w stolicy. Warto po prostu pospacerować uliczkami miasta, pozaglądać w różne zakamarki. Wówczas z pewnością trafimy na to, co można tu zobaczyć. Słynnym obiektem jest niewątpliwie Platan Hipokratesa, czyli drzewo związane z ojcem medycyny. Drzewo jak drzewo, powiedzą co poniektórzy&#8230; no przecież nie każdy musi się nim zachwycić. To, co zwraca uwagę to jego gruby pień, podobno w obwodzie liczy sobie aż 14 metrów. Według jednej legendy zostało ono posadzone przez samego Hipokratesa, według innej &#8211; najsłynniejszy lekarz starożytności po prostu pod nim nauczał. Te dwie wersje są jednak obecnie podważane, bowiem niektórzy twierdzą, iż to drzewo ma nie więcej niż 700 lat. Obok Drzewa Hipokrates i tak z pewnością przejdziecie, jeśli udacie się do Zamku Neratzia, czyli dawnego Zamku Joannitów. Wejście znajduje się tuż obok. Jest to największy i najlepiej zachowany zabytek na wsypie. Został wzniesiony przez Zakon św. Jana z Jerozolimy, zwany Zakonem Joannitów. Warto zwrócić uwagę na ulokowane przy drodze kamienne kule armatnie, pochodzące z czasów średniowiecza. Do 2017 roku budowla była udostępniona dla zwiedzających. Aktualnie można podziwiać ją jedynie z zewnątrz. Podczas jednego z trzęsień ziemi uległy uszkodzeniu mury zamku. Ciekawostką może być to, że w miejscu obecnej promenady nadmorskiej znajdowała się szeroka fosa, przylegająca do twierdzy. Dziś układ zabudowań wygląda nieco inaczej. Wędrując uliczkami Kos, natkniecie się na wiele starożytnych pozostałości. Zostały one odkryte podczas trzęsienia ziemi w 1933 roku. Podczas usuwania gruzów natrafiono na ruiny ze starożytnych czasów. Jednym z lepiej zachowanych obiektów jest Agora, czyli plac bądź rynek, który stanowił centrum życia publicznego. To, co zwraca tu uwagę to z pewnością kolumnada z IV lub III wieku p.n.e. (najstarsza pozostałość Agory), podstawy korynckich kolumn świątyni Afrodyty czy ruiny wczesnochrześcijańskiej bazyliki. Inne pozostałości po starożytnych czasów to Ołtarz Dionizosa (składano tu ofiary ze zwierząt), Casa Romana (posiadłość z przełomu II i III w. n.e., można zwiedzać wnętrza), Odeon, czyli teatr muzyczny oraz Gymnasion, czyli miejsce treningów sportowych oraz rozgrywek. Zainteresowani starożytną historią mogą także zajrzeć do Muzeum Archeologicznego, które znajduje się w centrum starego miasta. Naturalne termy Embros Wiecie, że na wyspie Kos znajdują się naturalne termy? W dodatku można z nich korzystać zupełnie bezpłatnie. Embros Therma to gorące źródło termalne, wydobywające się wprost spod skały w południowo-wschodniej części wyspy. Można by rzez, że jest to leczniczy zakątek tej wyspy. Woda posiada tutaj zdrowotne działanie. Zawiera magnez, wapń, potas, sód, siarkę oraz chlor. Kąpieli można tu zażywać zarówno w wodzie przy plaży, jak i w tzw. morskim basenie, który osłonięty jest skałami. Bardzo łatwo dotrzeć tutaj samochodem z miasta Kos. Droga momentami jest niezwykle malownicza, prowadzi bowiem wzdłuż klifu, z którego rozciągają się obłędne widoki. Do samej plaży z termami autem jednak nie dojedziecie, no chyba że terenowym. Nawigacja w mapie Google może nieco zmylić. Będzie prowadzić Was drogą asfaltową, która jest zamknięta. Na szczęście postawiono tu odpowiedni znak, więc wiadomo, że dalej jechać nie wolno. Gdy dojedziecie do baru, usytuowanego po lewej stronie, zaparkujcie na parkingu obok i podążcie drogą w dół, mijając bar. Po kilku, kilkunastu minutach dotrzecie do plaży z parasolkami i kolejnego baru. Kawałeczek dalej znajdują się słynne termy na Kos. Woda we wspomnianym basenie to dosłownie ukrop. Z dna wypływają małe bąbelki, więc jest i jacuzzi. Przy samych szczelinach skalnych woda osiąga nawet 50 stopni Celsjusza. Pływanie w termach to czysta przyjemność, choć dla osób z problemami krążeniowymi może nie być to wskazane. W zasadzie lepiej nazwać to chyba pluskaniem lub moczeniem się. Z reguły w dzień jest tu sporo ludzi, więc i przestrzeń może być ograniczona. Moja rada &#8211; przybądźcie tu we wczesnych godzinach porannych. Wówczas macie szanse na spokojny i błogi relaks w naturalnym SPA. Uwaga, woda ma tu specyficzny zapach. Tak, siarkę czuć tu bardzo mocno, więc później po kąpieli Wasza skóra nabierze właśnie takiego aromatu. Niestety nie ma tu żadnej infrastruktury turystycznej, a więc brak tu jest pryszniców, przebieralni czy toalet. Można jedynie dodatkowo zafundować sobie masaż. Koniecznie sprawdźcie temperaturę wody poza basenem. Ciekawie mieszają się tu ciepłe oraz zimne prądy. Przed wejście do morza wskazane nałożenie specjalnego obuwia. Dno jest tu bardzo kamieniste. W basenie natomiast śmiało można kąpać się bez takiego dodatku. I tu chciałabym Wam przypomnieć o wykupieniu ubezpieczenia turystycznego. Zawsze to robię, naprawdę nigdy nie wybieram się w podróż bez tego, nawet do krajów europejskich. Ofert na rynku jest mnóstwo (nawet ponad 100 wariantów ubezpieczenia), dlatego od jakiegoś czasu #SprawdzamZRankomat. Korzystam z kalkulatora na stronie Rankomat. Od razu otrzymuję listę z dostępnymi ofertami i mogę szybko porównać. I uwaga, przy zakupie polisy turystycznej przez Rankomat obecnie otrzymacie darmowe NNW dla dziecka, gdy opłata za polisę wyniesie co najmniej 200 zł. Promocja trwa do 31.10.2022. Co więcej, na rankomat.pl możecie skorzystać z akcji boomerang, czyli cashbacku, gdy zakupicie polisę za co najmniej 400 zł. Asklepiejon, czyli starożytne sanatorium Na wyspie Kos znajdziecie wiele pozostałości po antycznych budowlach. Najważniejszy i najrozleglejszy kompleks nosi nazwę Asklepiejon. Takie imię nosi grecki bóg i patron sztuki lekarskiej, który jest opiekunem wyspy. W starożytności znajdowało się tutaj sanatorium, które poświęcone było Eskulapowi, synowi Apolla. Miejsce to pełniło także rolę szpitala, szkoły oraz centrum medycznego. Samo położenie jest zresztą przepiękne. Pozostałości znajdują się na malowniczym wzgórzu, które niegdyś całe dookoła porośnięte było cyprysami. Owo miejsce było dostępnie jedynie dla majętnych. Leczono tu zarówno duszę, jak i ciało. Jednak nie za darmo. Jeśli ktoś nie posiadał monet, mógł zapłacić w inny sposób. Uwaga! Cena była naprawdę dość drastyczna, jak na nasze czasy. W zamian za usługi trzeba było oddać kawałek ciała. Niektórzy po kuracji oddawali palec, inni dziecko, a niektórzy głowę. A jak wyglądała terapia? Znajdował się tu teatr, gdzie wystawiono sztuki dla kuracjuszy. Należało tu także czytać księgi, aby oczyścić duszę. Po tychże czynnościach następowało ostre narkotyzowanie, zwane leczeniem. Po dawnej świetności Asklepiejonu dziś już nie ma śladu, a z dawnych zabudowań niewiele pozostało. Znaczna część terenu została zniszczona podczas trzęsienia ziemi w 554 roku. Niemniej i tak warto tu zajrzeć. Ruiny wraz z widokami z pewnością zrobią wrażenie. Wstęp kosztuje 15 EUR. Można zakupić także bilet kombo za 20 EUR i wówczas będziecie mogli odwiedzić jeszcze dwa miejsca w mieście Kos: Kos Museum oraz Casa Romana. Wioska górska Zia Większość przyjeżdża tutaj na zachód słońca. Podobno jest on tu wyjątkowo spektakularny. Wioska położona jest na stokach gór Dikeos (350 m n.p.m.) z widokiem na morze, nic więc dziwnego. Wjazd z Asklepionu krętymi drogami dostarcza nie lada wrażeń i emocji. Samochód można zaparkować na poboczu głównej ulicy lub na parkingu za punktem widokowym na zachód słońca. Dlaczego warto tu przyjechać? Dla widoków, dla sielskiego greckiego klimatu. Czas płynie tu spokojnie, a kolorowe knajpki zapraszają na gyros lub inne greckie potrawy. Warto także wybrać się na spacer po wiosce i zboczyć nieco z utartej trasy. Można wówczas odkryć ciekawe i klimatyczne zakątki wioski. W wiosce Zia można także zakupić lokalne produkty. Przy głównej ulicy ulokowały się liczne sklepy ze swojskimi wyrobami oraz pamiątkami. Ceny nie są w ogóle wygórowane, a do tego można się potargować. Dostaniecie tu oliwę z oliwek tłoczoną na zimno, często z dodatkiem różnych ziół. Niech Was w błąd nie wprowadzą te same pojemniki w niemalże każdym sklepie. Po prostu rolnicy zaopatrują się w nie u jednego producenta, zaś zawartość jest u każdego inna, tzn. produkt jest ten sam, ale wyrabiany przez każdego indywidualnie. Oprócz oliwy zakupicie tu różnego rodzaju miody oraz syropy, jak np. kamelada, czyli syrop z cynamonu. Wcześniej obowiązkowa degustacja. W jednym ze sklepów pracuje bardzo sympatyczna Polka, która gdy tylko usłyszy rodzimy język, przygotuje dla Was świetną degustację. Oczywiście oferta również będzie konkurencyjna. Możecie tu spróbować wielu specjałów, a oliwa, którą tu sprzedają to ta sama, jaką spożywają właściciele sklepu. Muszę przyznać, że to właśnie w wiosce Zia nabyłam lokalne produkty po najkorzystniejszych cenach. W marketach było o dziwo drożej. A i jakość jest również bardzo dobra, gdyż produkty pochodzą od tutejszych rolników. Tigaki i Marmari, czyli najpiękniejsze plaże na Kos Co jeszcze warto zobaczyć na greckiej wyspie Kos? Oczywiście plaże. Jest ich tu mnóstwo i wcale nie są takie same. Mnie zdecydowanie pod tym względem urzekła północna część wyspy, a konkretnie plaże w miejscowościach Tigaki oraz Marmari. Przestrzeń, fale oraz widok na pobliską Turcję oraz inne greckie wyspy&#8230; to czeka na Was właśnie w tym miejscu. Tigaki to jeden z najpopularniejszych kurortów na wyspie. Od miasta Kos oddalony jest zaledwie o 11 km. Znajdziecie tu dwie szerokie i długie piaszczyste plaże Barracuda oraz Lenas. Spokojnie można się tu kąpać na bosaka, na dnie nie ma bowiem kamieni. I nawet, zdawać by się mogło, duże fale, w tej kąpieli wcale nie przeszkadzają. Wręcz przeciwnie. Prąd nie jest silny, więc można się tu z przyjemnością pobujać na wodzie. Oczywiście nie oznacza to, że takie warunki są zawsze. Plaża jest monitorowana przez ratowników, a leżaki są niestety płatne. Jednak zaraz za nimi znajdziecie miejsce na to, by rozłożyć się na piasku. Wzdłuż plaż, jak i przy głównej ulic, biegnącej prostopadle do wybrzeża, ulokowały się liczne bary, tawerny oraz hotele i pensjonaty. W pobliżu znajduje się rezerwat bagienny Alikis, którego serce stanowi laguna zasilana słodką oraz słoną wodą. Poza sezonem można tu zobaczyć wędrowne ptaki, takie jak flamingi czy pelikany. Na plaży w Tigaki z pewnością zobaczycie latawce, majaczące za zakrętem po lewej stronie. Północne wybrzeże Kos jest bowiem świetnym miejscem do uprawiania kite-surfingu. Plażę dla miłośników owego wodnego sportu znajdziecie w miejscowości Marmari, która leży tuż obok. To właśnie latawce z Marmari widoczne są w Tigaki. Są tu jacyś miłośnicy wodnego latawca? Jeśli nie, to i tak namawiam Was na wizytę w Marmari. Dlaczego? Podobnie jak w sąsiadującej miejscowości Tigaki, do dyspozycji macie długą, szeroką piaszczystą plażę z pięknymi widokami. Najlepiej dojechać samochodem do samego wybrzeża i tu go zostawić na jednym z parkingów przy jakimś barze czy restauracji. Marmari to kolejny kurort, malowniczo zatopiony wśród bujnej zieleni. Nie jest...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/12/top-10-co-warto-zobaczyc-na-kos-najciekawsze-atrakcje-na-wyspie.html">TOP 10: Co warto zobaczyć na Kos &#8211; najciekawsze atrakcje na wyspie</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/12/top-10-co-warto-zobaczyc-na-kos-najciekawsze-atrakcje-na-wyspie.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>15</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Spanie na sianie, czyli Siedlisko Odpoczynkowo nad Bugiem</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/11/spanie-na-sianie-czyli-siedlisko-odpoczynkowo-nad-bugiem.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/11/spanie-na-sianie-czyli-siedlisko-odpoczynkowo-nad-bugiem.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 29 Nov 2020 19:12:23 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[lubelskie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[14 najciekawszych miejsc na Lubelszczyźnie]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Lubelszczyzny]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie nocować nad Bugiem]]></category>
		<category><![CDATA[klimatyczny nocleg nad Bugiem]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca na Lubelszczyźnie]]></category>
		<category><![CDATA[tani nocleg nad Bugiem]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=16028</guid>

					<description><![CDATA[<p>Tereny nadbużańskie w Lubelskim to kwintesencja sielskiego odpoczynku. Znajdziecie tu dziewiczą przyrodę, liczne zabytki, związane z wielokulturowością tego regionu oraz niezapomniane smaki kuchni staropolskiej. To świetna opcja dla miłośników dwóch kółek, bowiem przebiega tędy trasa rowerowa Green Velo. Oczywiście wybierając się na dłużej nad Bug, trzeba gdzieś przenocować. I tu z pomocą przychodzę ja. W okolicach Sławatycz, Hanny, Jabłecznej oraz Kodnia, polecam Wam Siedlisko Odpoczynkowo, czyli &#8220;spanie na sianie&#8221;. Jest to niezwykle ciekawe miejsce na wschodniej mapie Polski, czeka tu Was naprawdę klimatyczny nocleg nad Bugiem. Odpoczynkowo to kameralne siedlisko we wsi Nowosiółki, położone zaledwie 4 km od Sławatycz, 5 km od Jabłecznej i 10 km od Hanny. To moje wielkie odkrycie podczas podróży po nadbużańskich terenach szlakiem o nazwie Wielokulturowy Nurt Bugu. Obiekt jest nowy, działa od września 2020. Przyznam Wam, że gdy tylko zobaczyłam zdjęcia, wiedziałam, że muszę tu przyjechać. I niech Was nie zmyli informacja o noclegu w starej stodole&#8230; tak, to prawda będzie zakwaterowani właśnie w takim obiekcie, stodoła jednak została pięknie wyremontowana, a warunki są bardzo komfortowe. Jeśli wybieracie się w trasę wzdłuż Bugu przy granicy z Białorusią, zajrzyjcie koniecznie do mojego artykułu: &#160; Siedlisko Odpoczynkowo, czyli “spanie na sianie”, ugości Was w starej stodole, w której będziecie mieli okazję nocować na prawdziwych siennikach. Będzie klimatycznie i komfortowo. W stodole mieszczą się cztery pokoje. Dwa na dole z prywatną łazienką oraz dwa z siennikami na górze, do których trzeba wspiąć się po drabinie. Na dole znajduje się wspólny salon z kominkiem, kuchnia z aneksem oraz dodatkowa łazienka. Komfort i wygoda&#8230; Pokoje na dole, zresztą jak i pozostała część stodoły, urządzone są naprawdę ze smakiem i bardzo stylowo. W Pokoju pod Olchami znajduje się łoże małżeńskie, zaś w Pokoju pod Jesionem dwa łóżka pojedyncze, zatem jest to również dobra opcja dla przyjaciół czy znajomych. W każdym z nich dostępne są fotele do odpoczynku oraz specjalna rama z wieszakami na ubrania. Łazienki urządzone są w nowoczesnym stylu, jest czysto i pachnąco. Każdy z tych pokoi posiada okno. Wchodzi się do nich wprost z salonu z kominkiem. Oj, cudownie jest się ogrzać w takim ciepełku podczas jesiennych czy zimowych wieczorów. Jeśli przyjedziecie tu porą, kiedy na dworze temperatury nie rozpieszczają, właściciele z pewnością rozpalą w kominku przed Waszym przyjazdem. A kominek grzeje jak szalony, tak więc o zmarznięciu nie ma mowy. Będzie też zapewne na Was czekać mały eko poczęstunek na stoliku w salonie&#8230; a to jabłuszka z okolicznych jabłonek, a to domowe ciasteczka. Cennik i warunki pobytu: Pokój dwuosobowy z łazienką („Pod Olchami” oraz „Pod Jesionem”) &#8211; 200 zł / doba Spanie na sianie 1 &#8211; 100 zł / doba Spanie na sianie 2 &#8211; 80 zł / doba Minimum pobytu w weekend – 2 noclegi. Prawdziwe sienniki&#8230; Pokoje na górze to już troszkę inna historia. Zrobione są na tzw. poddaszu, więc sufit w pokojach idzie nieco po skosach. Przestrzeń też jest inna. Trzeba się troszeczkę schylić, by się poruszać. W pokoju o nazwie Spanie na Sianie 1 okno wychodzi na starorzecze Bugu, przy którym położone jest siedlisko. Można więc podziwiać uroki tego miejsca prosto z okna. W drugim pokoju na górze o nazwie Spanie na Sianie 2 okna niestety nie ma, jest za to duża lampa imitująca światło słoneczne. I jest to świetne rozwiązanie, które naprawdę działa. W tychże pokojach znajdują się prawdziwe sienniki, czyli worki wypchane sianem, służące jako materace. W ten sposób zrobione są także poduszki oraz kołdry. Uwaga, siano naprawdę tu pachnie, jego kojący aromat można wdychać przez całą noc. A do tego Wasza piżamka po takiej nocy również nabierze takiego zapachu. Suche siano jest produktem powstałym ze skoszonej trawy. Siano starannie wysuszone, zebrane bez deszczu i odpowiednio przechowywane, zachowuje świeżość przez długie miesiące. Najcenniejsze jest siano łąkowe. Dlaczego? Zawiera ono wiele odmian kwiatów i ziół, takich jak lucerna, krwawnik, babka lancetowata, mak, tymianek, skrzyp, rumianek czy podbiał. Zawarte w sianie rośliny tworzą niezwykłą kompozycję zapachową. Aromaty te działają uspokajającą, koją nerwy, poprawiają nastrój oraz leczą bezsenność. Noc spędzona z suszonymi ziołami i polnymi kwiatami regeneruje umysł oraz ciało człowieka. Napisy na drzwiach sugerują coś jeszcze. Jak twierdzi Jan Sztaudynger, polski poeta i satyryk, i spanie, i kochanie najlepsze jest sianie. Swojskie jedzenie&#8230; W Siedlisku Odpoczynkowo możecie również zamówić wyżywienie i jest to świetna opcja. Dlaczego? Dlatego, iż serwowane tu jedzonko robione jest ze zdrowych produktów, które rosną w ogródku za stodołą. Gospodyni Iwonka wszystko przygotowuje sama, więc jest to po prostu domowa kuchnia. Zarówno śniadania, jak i obiady czy kolacje są tu naprawdę pyszne. Oczywiście co do wyżywienia, trzeba zadeklarować się wcześniej, by gospodarze mogli się odpowiednio przygotować. Czeka tu na Was najlepsza jajecznica w całym Lubelskim, którą przyrządza gospodarz Darek. To on również wędzi tu na miejscu wędlinki. Na stole w Odpoczynkowie może pojawić się konfitura z marchewki (zaskakujące), rożnego rodzaju sery, wegetariański smalec (palce lizać), marynowane ogóreczki (pycha!), carpaccio z buraka (obłęd!), szczawiowe jajeczka (super połączenie), pierogi domowej roboty (z nieoczywistym farszem), placki z dyni i cukinii (przepyszne), czy kurczak w &#8220;odpoczynkowej&#8221; wariacji (soczysty) i wiele więcej. W Siedlisku Odpoczynkowo zatrzymałam się już trzy razy i za każdym razem była to opcja z wyżywieniem. Mogę Wam napisać, że porcję są ogromne, choć też ciężko nazwać to porcjami, bowiem na stół wjeżdża jedzonko w miseczkach oraz garnkach i to Wy sami komponujecie swój talerz oraz decydujecie o tym, ile zjecie. A wszystko bardzo pyszne, a smaki czasem wręcz zaskakują. Czeka tu nas Was kawa oraz herbata w cenie zakwaterowania, którymi możecie delektować się do woli. Cena wyżywienia: Śniadanie – 15 zł / osoba Obiad / kolacja – 25 zł / osoba Położenie nad starorzeczem Bugu&#8230; Niewątpliwie dodatkowym atutem jest położenie Siedliska Odpoczynkowo. Znajduje się ono nad samym starorzeczem Bugu, po którym pływają piękne łabędzie. Czasem można także zobaczyć, jak spacerują sobie zupełnie bez skrępowania po nabrzeżu. A skoro jest rzeczka, to i musi być łódeczka. I tak właśnie jest. Popływacie tu sobie po starorzeczu, połowicie rybki, a ci odważniejsi mogą także się popluskać. Zrelaksujecie się tu także na różnych siedziskach w formie huśtawki czy fotela. A wieczorem czeka na Was prawdziwe swojskie ognicho pod rozgwieżdżonym niebem, które w sprzyjających okolicznościach może trwać nawet do rana. To miejsce na prawdziwy reset i ucieczkę od codziennego zgiełku, zapewniam. A towarzystwa dotrzyma Wam prawdziwy gwiazdor tego miejsca, czyli czarny kot gospodarzy o imieniu Sunday. Choć w sumie może to być trochę utrudnione, gdyż Sunday zazwyczaj sam korzysta z uroków tego miejsca i znika na długi czas, by powrócić na przykład z myszą w pysku. Za to z pewnością o głaski będą prosić kociaki sąsiadów, które również upodobały sobie Odpoczynkowo i to z wielu powodów. Całości dopełnia niezwykła gościnność oraz prawdziwy entuzjazm właścicieli, z którymi zdążyłam się już zaprzyjaźnić. Gospodarze to zawsze serce i dusza każdego domu i w tym przypadku czuć to już na samym początku. Iwonka oraz Darek zarażają swoją pozytywną energią już &#8220;na dzień dobry&#8221;. Mieszkają w odremontowanym starym drewnianym domu obok stodoły dla gości, zatem w każdej chwili można się do nich zwrócić z jakąkolwiek prośbą. Waszą uwagę z pewnością zwrócą także detale w wystroju tego miejsca, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Piękne urokliwe ozdoby widać tu na każdym kroku i jest to inwencja twórcza pan gospodyni, która ewidentnie posiada niezwykły zmysł artystyczny. Większość rzeczy czy gadżetów pochodzi z pchlich targów czy wyprzedaży. Dostały tu one nowe życie i ślicznie komponują się z wyremontowaną stodołą czy domem gospodarzy. To właśnie jest dewiza tego miejsca, by stawiać na recycling i wskrzeszać stare zapomniane rzeczy, by znowu wprowadzić je do użytku. To miejsce to prawdziwa perełka, więc jeśli będziecie odwiedzać te rejony, na kwaterkę obierzcie sobie Siedlisko Odpoczynkowo. Co warto zobaczyć w okolicach Siedliska Odpoczynkowo&#8230; Wieś Nowosiółki ma bardzo strategiczne położenie, jeśli chodzi o atrakcje i zabytki w okolicy. To, co można tu zobaczyć, związane jest z wielokulturowością tego regionu, z jego niezwykłą historią. Dodatkowo dziewicza natura czeka na Was podczas spływu kajakowego prawdopodobnie ostatnią dziką rzeką, jaką jest Bug. Oto lista polecanych miejsc w najbliższej okolicy. Mościce Dolne &#8211; 1 km od Odpoczynkowa Ot wioska, jakich wiele&#8230; powiecie za pewne, gdy tu przyjedziecie. Takie można odnieść wrażenie. Natomiast skrywa ona niesamowite dzieje ludności, sprowadzonej z Prus Królewskich w 1617 roku. Mościce Dolne bowiem to dawna wieś olęderska, a potomkowie Olędrów ciągle tu mieszkają. Tak, jak np. pan Antoni Chorąży, który o swoich przodkach wie chyba wszystko. Przed jego domem zobaczycie wystawę poświęconą Olędrom. W sezonie chętnie opowie Wam więcej na temat historii tych terenów oraz pokaże swoje olęderskie zbiory. W Mościcach Dolnych zobaczycie jeszcze tradycyjne olęderskie domy, zwane &#8220;langhausami&#8221;. Sławatycze &#8211; 4 km od Odpoczynkowa Wieś ta słynie przede wszystkim z bardzo starego zwyczaju, który żywy jest również w czasach obecnych. Mowa tu o kolorowych Brodaczach, którzy na ulicach Sławatycz pojawiają się w ostatnie dni roku. Żegnają w ten sposób stary odchodzący rok. Taki Brodacz, jak sama nazwa wskazuje, musi koniecznie dysponować długą brodą, zrobioną w tym przypadku z lnianego włókna, wysoką cylindryczną czapkę, ozdobioną kwiatami z bibuły oraz wstążkami, barani kożuch oraz laskę. Skąd taki zwyczaj? Nikt już tego nie pamięta. Na pewno kultywowany jest tylko w tym jednym miejscu na świecie, w Sławatyczach w województwie lubelskim. Przy głównym placu zobaczycie mural z wizerunkami Brodaczy oraz drewniany figury, przedstawiające przebierańców. Ich tradycyjne stroje można podziwiać w w Gminnym Ośrodku Kultury przez cały rok. Sławatycze to także idealny punkt, z którego można rozpocząć spływ Bugiem. Działa tu świetny pan Marek Pomietło, który o kajakowaniu i o samym Bugu wie chyba wszystko. Spływ o świcie tą rzeką wśród porannych mgieł to punkt obowiązkowy, a Kajakowa Przygoda, którą prowadzi pan Marek wszystko pięknie Wam zorganizuje. Nawet kolor kajaka odpowiednio dobierze do zdjęć;) Hanna &#8211; 10 km od Odpoczynkowa Być nad Bugiem i nie zajrzeć do Hanny? No właśnie. Chyba rozumiecie, co mam na myśli. W Hannie znajduje się niesamowite Centrum Religijno-Zabytkowe. Koniecznie trzeba zajrzeć do środka i wysłuchać opowieści pani wójt oraz księdza. To miejsce do cna przesiąknięte jest wielokulturowością, symboliką oraz cudownością w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pierwotnie była to cerkiew unicka, która następnie została przemianowana na prawosławną, by ostatecznie stać się kościołem katolickim. To jednak nie wszystko. Odnajdziecie tu również ślady Templariuszy oraz powiązanie z prawosławnym klasztorem w Poczajowie, który obecnie stoi na ziemi ukraińskiej. Historia obrazu hanneńskiego jest tak zawiła i pełna symboliki, że trudno uwierzyć w jej prawdziwość. Nawet obecny proboszcz parafii do pewnego momentu traktował ją w kategorii legendy. Zmieniło się to, gdy dotarł do wnuczki dziewczynki, będącej świadkiem dziwnych wydarzeń. Włodawa oraz jedyny trójstyk granic na rzece &#8211; 27 km od Odpoczynkowa Włodawa to miasto na styku trzech kultur. Zachował się tu klimat dawnych miasteczek, w których współistniały różne religie: katolicyzm, prawosławie i judaizm. Zwiedzanie koniecznie trzeba zacząć od muzeum, jakim jest barokowy Zespół Synagogalny, stanowiący naprawdę unikatowy zabytek w tych rejonach. Zachowała się tu Wielka oraz Mała Synagoga (coś pięknego!), a także bejt midrasz, czyli specjalne pomieszczenie, w którym chłopcy oraz mężczyźni zgłębiali nauki talmudyczne. Kawałeczek dalej za Włodawą, we wsi Dubnik, znajduje się jedyny trójstyk granic na rzece w naszym kraju. Od jakiegoś czasu stanowi on oficjalną atrakcję turystyczną, więc można tu spokojnie podjechać. Na miejscu zobaczycie brązowy obelisk w kształcie słupka granicznego. Po drugiej stronie rzeki można dostrzec słupki graniczne Białorusi oraz Ukrainy. Jabłeczna &#8211; 5 km od Odpoczynkowa Jeśli ruszycie w przeciwnym kierunki niż Sławatycze czy Hanna, a więc z nurtem Bugu, dotrzecie do Jabłecznej. A tam czeka na Was kolejna nadbużańska perełka. Chodzi o Monaster św. Onufrego. W miejscu, gdzie według legendy zatrzymała się płynąca Bugiem ikona św. Onufrego, powstał prawosławny męski klasztor. Stał się on jednym z najważniejszych ośrodków prawosławia w Polsce. W sąsiedztwie cerkwi, wśród nadbużańskich łąk, znajdują się dwie malowniczo położone drewniane kaplice z początku XX wieku. Punkt obowiązkowy na mapie nadbużańskich zabytków. Cerkiew w klasztorze można zwiedzać z przewodnikiem, którym jest jeden z mnichów. Kodeń &#8211; 16 km od Odpoczynkowa O tej wsi można wiele napisać. To z pewnością miejsce pielgrzymki dla katolików. Znajduje się tu piękne renesansowe Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej &#8211; Królowej Podlasia – Matki Jedności. A w nim cudowny obraz Matki Boskiej, który przywędrował tu aż z Rzymu. A nie była to zwyczajna wędrówka. Sprawcą...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/11/spanie-na-sianie-czyli-siedlisko-odpoczynkowo-nad-bugiem.html">Spanie na sianie, czyli Siedlisko Odpoczynkowo nad Bugiem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/11/spanie-na-sianie-czyli-siedlisko-odpoczynkowo-nad-bugiem.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Lubelskie poza utartym szlakiem, czyli skarby Roztocza Wschodniego oraz Ziemi Hrubieszowskiej</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/11/lubelskie-poza-utartym-szlakiem-czyli-skarby-roztocza-wschodniego-oraz-ziemi-hrubieszowskiej.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/11/lubelskie-poza-utartym-szlakiem-czyli-skarby-roztocza-wschodniego-oraz-ziemi-hrubieszowskiej.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 02 Nov 2020 17:51:36 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[lubelskie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Lubelszczyzny]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Roztoczu Wschodnim]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Ziemi Hrubieszowskiej]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca na Lubelszczyźnie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=15841</guid>

					<description><![CDATA[<p>Skąd pomysł na taki wpis? Przyznam szczerze, że z mojej niewiedzy. Spojrzałam na mapę i znalazłam obszar, o którym nic nie wiedziałam. Stwierdziłam, że to dobry pomysł, by zbadać te rejony osobiście, a znaleziskami podzielić się ze światem. Oto Lubelskie poza utartym szlakiem. Zabieram Was na ziemię skamieniałych drzew na Roztoczu Wschodnim, do zapomnianych cerkwi pogranicza oraz do Wioski Gotów w Kotlinie Hrubieszowskiej. Dodatkowo podpowiem, co jeszcze warto zobaczyć w tych okolicach. Patrząc na mapę województwa lubelskiego zastanawiałam się, jaki region Wam pokazać. Zależało mi na tym, by były to miejsca mniej znane i jeszcze nie do końca odkryte. I tak, jak Wielokulturowy Nurt Bugu zdobył już swoją sławę i coraz więcej osób tu dociera, to południowa część Lubelskiego stanowi niejako białą plamę na turystyczno-blogerskiej mapie&#8230; bo czy mówią Wam coś takie nazwy, jak Masłomęcz, Chłopiatyn, Myców czy Siedliska? Szczerze przyznam, mi nie mówiły. Z pewnością wiele z Was odwiedziło już kiedyś Roztocze. A jeśli nie, to na pewno o nim słyszało. I nic dziwnego, gdyż ta zielona ostoja Lubelszczyzny przyciąga piękną dziewiczą przyrodą, ciszą i spokojem. Jednak czy ktoś z Was sprawdzał, co kryje się dalej? Gdy opuścimy Zamość czy Hrubieszów i ruszymy na południe, znajdziemy się w krainie nieznanej, jeszcze nie odkrytej dla szerszego grona wojażerów. I zdawać by się mogło, że tam nic już ciekawego zobaczyć nie można. Nic bardziej mylnego i właśnie teraz postaram się to udowodnić. Zabiorę Was do miejsca unikatowego w skali światowej, pokaże Wam perełki drewnianej architektury sakralnej, ukryte naprawdę na przysłowiowym końcu świata oraz opowiem o ziemi, pełnej skarbów z okresu neolitu aż po czasy naszej ery. Siedliska &#8211; ziemia skamieniałych drzew Siedliska niedaleko granicy polsko-ukraińskiej to niewielka wieś na Roztoczu Wschodnim w gminie Lubycza Królewska. Niewielka, jednak skrywa coś ogromnego. Jest to jedno z czterech miejsc na kuli ziemskiej, gdzie w tak dużych ilościach występują skamieniałe drzewa. Niesamowite prawda? Pozostałe miejsca to stan Arizona w Ameryce Północnej, Argentyna oraz wyspa Lesbos w Grecji. W 2003 roku otworzono tu Muzeum Skamieniałych Drzew, w którym takie okazy można zobaczyć na własne oczy. Waga najcięższego eksponatu dochodzi aż do 500 kg! To jednak nie wszystko. Powstała tu ścieżka kulturowo-przyrodnicza o nazwie Szlakiem Skamieniałych Drzew. Jej długości to 2 km. Siedliska są najdalej na południe wysuniętą wsią województwa lubelskiego. Jej początki sięgają aż XV wieku. W czasach największej świetności, czyli pod koniec XIX wieku oraz w pierwszej połowie XX wieku, Siedliska należały do rodu Sapiehów. Znajdował się tu wówczas pałac wraz z parkiem. Sapiehowie bardzo dbali o swoje ziemie oraz o miejscową ludność, zakładając szkoły, wprowadzając elektryczność. Na początku XX wieku książę Paweł Sapieha ufundował cerkiew unicką oraz kaplicę przypałacową, gdzie obecnie stoi kościół. Obie świątynie przetrwały do dziś, jednak pałac i inne zabudowania dworskie zostały zniszczone podczas wojny. Co to są skamieniałe drzewa i skąd się wzięły Chodzi tu o skrzemieniałe pnie drzew. W ich wnętrzu znajduje się krzemionka. W muzeum zobaczycie przekrój takiego pnia, gdzie bardzo dobrze widać, co obecnie znajduje się w środku. Drewno zostało wypłukane z wnętrza, a w jego miejsce weszła właśnie krzemionka. Widać bardzo dobrze słoje oraz sęki i tak to zostało zachowane. Wiek geologiczny tychże drzew to 13-14 mln lat, choć niektóre źródła podają nawet 18 mln. Jest to okres miocenu, który był epoką wielkich przemian geologicznych skorupy ziemskiej. Trwał w okresie od 23 mln do 5 mln lat temu. Skamieniałe drzewa, który w Siedliskach obecnie możemy podziwiać, rosły tu właśnie w okresie miocenu. Wówczas klimat na tym terenie był bardzo ciepły oraz istniało tu morze. W tym czasie tworzyły się Karpaty, Bieszczady, zachodziły procesy wulkaniczne. Skamieniałe drzewa powstawały w takich oto warunkach, bez dostępu tlenu, przysypane popiołami, zalane wodą. Drewno nie podlegało rozkładowi tylko skamienieniu. Skamieniałe drzewa występują w ziemi. Tam, gdzie prowadzi się prace rolne typu orka, wydobywa się bardzo dużo takich kawałków. Wystarczy zatem pójść po prostu na pole czy do lasu, a na pewno skamieniałe drzewa się znajdą. Ludzie na tych terenach, nie tylko w Siedliskach, ale na całych Kresach Wschodnich, bardzo biednie żyli, cywilizacja docierała tu później. Musieli zatem korzystać z tego, co daje natura. Ten materiał używany był do wszystkiego, co się nazywało domem. Większość piwnic budowana była ze skamieniałych drzew, ale także schody, studnie czy inne elementy na terenie gospodarstwa. Przy muzeum po drugiej stronie ulicy stoi dzwonnica z 1834 roku, gdzie można zobaczyć skamieniałe drzewo pod legarą. Wszystkie budynki, które były drewniane, jako podwaliny miały właśnie skamieniałe drzewa. Na takiej drewnianej warstwie układało się legary, co stanowiło swego rodzaju izolację. Już w XV wieku o skamieniałych drzewach pisał sam Jan Długosz. Wówczas, jeszcze bez poważniejszych badań, nie do końca było wiadomo, jak takie twory powstały. Dlatego polski kronikarz głosił teorię nie do końca zgodną z prawdą. Twierdził, że jeśli ktoś tutaj przyjedzie, odłamie kawałek gałęzi i wsadzi ją w ziemię, to po pewnym czasie stanie się ona kamieniem. Oprócz Siedlisk, w których znajdowało się (i dalej znajduje) największe skupisko skamieniałych pni, można je było także znaleźć na Ukrainie, w Pruśnie, Potyliczu czy Hrebennem. Fragmenty zapisów Jana Długosza można przeczytać w muzeum. Badania na tych terenach były prowadzone przez Akademię Górniczo-Hutniczą z Krakowa. Zrodził się pomysł, by tutaj utworzyć geopark z prawdziwego zdarzenia, jedyny taki w Polsce. Podczas badań stwierdzono, że gatunkiem, który uległ procesowi krystalizacji jest cypryśnik błotny. Przy leśniczówce można zobaczyć, jak takie drzewo wygląda. Ma ono igły podobne do tui, które na zimę zrzuca. Posadzono tu aż 100 drzewek cypryśnika. Ścieżka kulturowo-przyrodnicza Szlakiem Skamieniałych Drzew Gdzie można zobaczyć obiekty ze skamieniałymi drzewami? Oczywiście na wspomnianej już ścieżce kulturowo-przyrodniczej, na mapie której znajdziecie sześć punktów. Rozpoczyna się ona zaraz na początku wsi, gdzie na rozstaju dróg należy skręcić w lewo w kierunku kościoła. Znajdziecie tu parking, na którym można zostawić auto. Szlak Skamieniałych Drzew prezentuje niezwykłe walory przyrodnicze oraz wyjątkowo burzliwą historię wsi Siedliska. Podczas spaceru dowiecie się więcej o dziejach wsi, a także o związanym z nią rodzie Sapiehów. Zatrzymacie się na terenie kościoła, gdzie znajdują się skamieniałe drzewa oraz odkryjecie cudowne źródełko. Ponadto droga poprowadzi Was obok kurhanu tatarskiego oraz pomnikowych dębów. Pierwszym przystankiem na ścieżce jest kościół pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy z 1903 roku oraz dawny park dworski. Przy kościele wznosi się dzwonnica z ołtarzem, wyłożonym kawałkami skamieniałych drzew. Do tego figura Matki Bożej ustawiona jest na ogromnym pniu skamieniałego drzewa. Ulokowano tu także trzy takie „kamienie”, upamiętniające słynnych duchownych. Kolejnym punktem na ścieżce jest wspomniane już stanowisko cypryśnika błotnego obok leśniczówki. Cypryśnik błotny nie usycha od nadmiaru wody. Wytwarza on specjalne korzenie, tzw. pneumatofory. Wyrastają one z pnia drzewa i jeśli woda się podnosi, to one również idą do góry, pobierając w ten sposób tlen do życia. Nieopodal stoją pomnikowe dęby oraz kapliczka św. Huberta. Jest to teren dawnego parku przypałacowego. Podążając w przeciwnym kierunku w stronę stawu, dojdziecie do kapliczki św. Antoniego, gdzie wybija małe źródełko. Niektóre elementy kapliczki zostały wyłożone skamieniałymi drzewami. Trzecim miejscem na ścieżce jest Rezerwat Jalinka, który został utworzony w 2000 roku w Południoworoztoczańskim Parku Krajobrazowym. Oprócz rzadkiej roślinności można tu w glebie znaleźć fragmenty właśnie skamieniałych drzew.  Rezerwat znajduje się za torami kolejowymi, przy samej granicy państwowej. Następnie szlak poprowadzi Was do Wzgórza Tatarskiego. Znajduje się tu kurhan, ukryty wśród drzew, usypany w kształcie półksiężyca. W tym miejscu pochowano Tatarów, poległych w czasie ich najazdu na te ziemie. A nękali oni te tereny przez stulecia, począwszy od XV wieku aż po wiek XVII, kiedy to Jan III Sobieski ostatecznie się z nimi rozprawił. W 1672 roku po zwycięskiej bitwie z Tatarami pod tutejszym dębem miał odpoczywać właśnie sam hetman. Przedostatnim punktem na mapie tego szlaku jest miejsce naprawdę niezwykłe i to w dosłownym słowa tego znaczeniu. Mowa tu o źródłach rzeki Prutnik i Kapliczce na Wodzie. Podobno woda w tym miejscu posiada właściwości lecznicze, a poświadczyć to mogą osoby, które uzdrowień doznały, bowiem dochodzi do nich także i w czasach obecnych. Oryginalnej kapliczki, jaką tu postawiono już nie ma. Obecna liczy sobie około 100 lat. Skąd ludzie dowiedzieli się o tych cudownych źródłach? Mówi o tym miejscowa legenda. Otóż, rzecz działa się w XVII wieku. Pewien pasterz wypasał tu bydło. Któregoś dnia przypędził je do źródełka, aby zwierzęta napoić. I wówczas w tym miejscu objawiła się mu pewna postać. Kiedy pasterz ją zobaczył, uderzył ją po prostu batem. Ta wpadła do wody i się w niej rozpłynęła. Cała ta sytuacja bardzo go wystraszyła, więc nikomu nic nie powiedział. Jednakże wyrzuty sumienia bardzo go męczyły. Ostatecznie o całym zajściu opowiedział żonie oraz innym domownikom. W końcu rozniosło się to po całej wsi. Na terenach Kresów Wschodnich ludność zawsze była bogobojna. W postaci strąconej do wody upatrywano boskiej osoby. W podzięce za to, że nawiedziła to miejsce, postanowiono postawić kapliczkę. Tak się złożyło, że ów pasterz posiadał zdolności rzeźbiarskie. I to on także widział na własne oczy tajemniczą postać. Mógł więc ją odtworzyć. Zabrał się do pracy i wyrzeźbił postać Matki Bożej Sokalskiej. Wyrzeźbioną figurkę umieszczono w kapliczce. Owa kapliczka bardzo długo tu stała, przyjeżdżali ludzie z różnych stron. Modlili się, obmywali chore części ciała, doznawali uzdrowień. Można się więc spokojnie zamoczyć w tej wodzie, nie zaszkodzi, a może na coś pomoże. Można się także jej napić. W da się zaobserwować coś, co przypomina małe gejzerki. Z ziemi wydobywają się pęcherzyki powietrza, wyraźnie to widać. Dawniej oryginalna kapliczka była obwieszona kosztownościami, które ludzie zostawiali tu w podzięce. Stała ona tu do 1920 roku. Czas swoje robi i została zniszczona. Na jej miejsce postawiono nową, którą można podziwiać do dziś. Co mieści się w środku? Objawienie, którego doświadczył pasterz, miało miejsce w dniu 22. maja. W obrządku grekokatolickim jest to dzień św. Mikołaja. Wówczas z cerkwi zabrano obraz obustronny, czyli taki, który służy do procesji. Z jednej strony widniał na nim wizerunek św. Mikołaja, a z drugiej Matki Bożej Wniebowziętej i właśnie ów obraz w jej wnętrzu umieszczono. Do pewnego czasu można było oglądać tu Maryję, jednak kiedy rozpoczął się konflikt polsko-ukraiński, zaczęto ów obraz obracać i obecnie w kapliczce zobaczycie wizerunek św. Mikołaja. Ostatnim miejscem na ścieżce jest Muzeum Skamieniałych Drzew, w którym można dokładnie obejrzeć fragmenty znalezionych w okolicy. Przy muzeum po drugiej stronie ulicy stoi wspomniana już dzwonnica z 1834 roku. Tuż obok wznosi się piękna cerkiew św. Mikołaja, ufundowana przez księcia Pawła Sapiehę w 1901 roku. Jeśli będziecie mieć okazję, koniecznie zajrzyjcie do środka. Można tu zobaczyć ikonostas z przełomu XVII i XVIII wieku, pochodzący z dawnej cerkwi drewnianej. Zdradzę Wam, że to jeszcze nie wszystko, co można zobaczyć w Siedliskach. Warto się tu pokręcić i pozaglądać w rożne zakamarki. Znajdziecie tu inne miejsca kultu oraz przepiękne krajobrazy Kresów Wschodnich. Tylko uważajcie, na terenie dawnego pałacu straszy! Dlaczego? Otóż, część dworu została dobudowana z materiału, pochodzącego z grobów tatarskich. Nikt wówczas się tym nie przejął. I co się okazało? W dworze nie dało się spać. Coś drapało, sapało, pukało, stukało… coś po prostu straszyło po nocach. Książę Paweł Sapieha ściągnął więc egzorcystów z różnych części Polski, później z Europy. Przyjeżdżali, odprawiali msze i różne inne ceremonie. Niestety nic to nie dało. W końcu po którejś próbie jeden z egzorcystów stwierdził, że najlepiej będzie tę część, którą dobudowano, zburzyć i przeznaczyć na budowę jakiegoś obiektu sakralnego. Książę tak właśnie uczynił. Część materiału przeznaczył na budowę cerkwi, która stoi obecnie naprzeciwko Muzeum Skamieniałych Drzew. Druga część poszła na budowę kościoła w 1903 roku. Ponoć i to nie poskutkowała i nie rozwiązało problemu. Do dnia dzisiejszego w miejscu, gdzie stał pałac, straszy. &#160; Co warto zobaczyć w okolicach Siedlisk W tych okolicach zobaczycie o wiele więcej. Pierwszy przystanek można zrobić w Bełżcu. Warto zajrzeć tu do Muzeum – Miejsca Pamięci, mieszczącego się na terenie byłego niemieckiego obozu zagłady. W Bełżcu stoi także piękna drewniana cerkiew św. Bazylego. Dalej można także zajrzeć do Huty Lubyckiej, malutkiej wsi, gdzie zspotyka się kilka szlaków turystycznych. Jeden z nich zaprowadzi Was na najwyższe wzniesienie w województwie lubelskim, czyli Krągły Goraj. Jest to równocześnie trzeci najwyższy szczyt w polskiej części Roztocza po Wielkim Dziale oraz Długim Goraju. Jadąc w stronę Siedlisk warto również zajrzeć do wsi Mosty Małe. Przede wszystkim znajdziecie tu najbardziej znane z pozostałości schronów Lini Mołotowa. Odkryć tu można aż 15 uszkodzonych obiektów. Jednak...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/11/lubelskie-poza-utartym-szlakiem-czyli-skarby-roztocza-wschodniego-oraz-ziemi-hrubieszowskiej.html">Lubelskie poza utartym szlakiem, czyli skarby Roztocza Wschodniego oraz Ziemi Hrubieszowskiej</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/11/lubelskie-poza-utartym-szlakiem-czyli-skarby-roztocza-wschodniego-oraz-ziemi-hrubieszowskiej.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>6</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wielokulturowy Nurt Bugu, czyli śladami nadbużańskich tradycji</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/10/wielokulturowy-nurt-bugu-czyli-sladami-nadbuzanskich-tradycji.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/10/wielokulturowy-nurt-bugu-czyli-sladami-nadbuzanskich-tradycji.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 19 Oct 2020 17:40:16 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[lubelskie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[14 najciekawszych miejsc na Lubelszczyźnie]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Lubelszczyzny]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć nad Bugiem]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w lubelskim]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze miejsca na Lubelszczyźnie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=15593</guid>

					<description><![CDATA[<p>Czy są jeszcze miejsca, gdzie można uciec przed światem? Gdzie można zaszyć się w małej chatce bądź starej stodole, bez zasięgu? Gdzie jedyne, co słychać to cisza? Gdzie można cieszyć się dziką nieskażoną niczym przyrodą? Gdzie smaki tradycyjnej kuchni przenoszą nas w zapomniany już świat? Gdzie historia złączyła losy wielu narodów i religii? Tak, są takie miejsca i jedno z nich znajduje się na Lubelszczyźnie. W ten świat zabiorę Was za chwilę. Podążymy wzdłuż granicy z Białorusią oraz Ukrainą, a granica ta jest szczególna. Przebiega bowiem na rzece. Oto przed Wami niesamowita podróż szlakiem, wyznaczonym przez lubelski Wielokulturowy Nurt Bugu. Będzie to swoista podróż w czasie w towarzystwie magicznych nadbużańskich krajobrazów. Już teraz mogę Wam napisać, że znalazłam tu wszystko, czego szukałam&#8230; zabytki z niewiarygodną historią, miejscowe legendy, kontakt z naturą oraz niezwykle gościnnych mieszkańców z pasją. A do tego to przecież tygiel kulturowy. Tu nie tylko stykają się tradycje wielu kultur, one się tu na przestrzeni wieków ciągle mieszały i trwa to po dzień dzisiejszy. Do tej pory żyją tu ludzie różnych wyznań, potomkowie wielu narodowości. Obok siebie stoją kościoły oraz cerkwie, a ludzie szanują dni świąteczne sąsiada innej wiary. Co Was zatem czeka? Zajrzycie ze mną do neounitów, podążycie śladami Tatarów, odwiedzicie potomków Olędrów, zajrzycie do cerkwi, katolickich sanktuariów, odkryjecie ślady Templariuszy, poznacie starodawny zwyczaj, kultywowany do tej pory, posmakujecie staropolskiej kuchni, okraszonej wpływami włoskimi, francuskimi, litewskimi oraz żydowskimi, zwiedzicie stare synagogi oraz zatrzymacie się w miejscu upamiętniającym ofiary niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady. A świadkiem tego wszystkiego będzie pięknie meandrująca rzeka Bug, po której spłyniemy o świcie wśród porannych mgieł. Koniecznie musicie wiedzieć, iż lubelski szlak Wielokulturowy Nurt Bugu w 2017 roku zwyciężył w konkursie EDEN (European Destinations of Excellence). Został doceniony przez Komisję Europejską i otrzymał tytuł EDEN Polska &#8211; Najlepsze Destynacje Turystyczne. To prestiżowe wyróżnienie jest potwierdzeniem niezwykle wysokiej wartości turystycznej tego regionu. Ile czasu przeznaczyć na zwiedzanie tych wszystkich miejsc? Oczywiście wypad na weekend to świetny pomysł, jednak spokojnie można tu spędzić i tydzień i dwa. Tę dłuższą opcję polecam o wiele bardziej. Owa trasa to również nie lada gratka dla miłośników dwóch kółek, bowiem przez całą część opisywanej trasy biegnie Wschodni Szlak Rowerowy Green Velo. Bug &#8211; ostatnia dzika rzeka Europy Czy wiecie, że Bug jest jedyną tak dużą rzeką w Polsce, która nigdy nie była regulowana? W jej bieg na żadnym odcinku nie ingerował człowiek. Zdarzały się prace wzmacniające brzeg, ale to z konieczności. Dlatego mówi się, że Bug to jedna z ostatnich dzikich rzek Europy, jeśli nie ostatnia. Jak to możliwe? &#8211; zapewne zapytacie ze zdziwieniem. I rzeczywiście, to wręcz aż nie do wiary, że taki cud natury uchował się do naszych czasów w swojej pierwotnej formie. Jak się okazuje, zawdzięczamy to między innymi zakazowi z 1548 roku. Otóż, wówczas w życie weszła uchwała sejmowa, zabraniająca ingerowania w nurt rzeki pod karą 200 marek srebra. Rzeka wykorzystywana było gospodarczo, więc chodziło o zachowanie jej spławności. Bug to czwarta najdłuższa rzeka w Polsce. Jest to także rzeka graniczna, która przepływa nie tylko przez obszar Polski, ale także przez Białoruś oraz Ukrainę. Musimy się nią zatem dzielić z naszymi sąsiadami. Na odcinku Gołębie &#8211; Niemirów jej koryto stanowi granicę z wymienionymi krajami. Długość tego odcinka wynosi aż 363 km, natomiast cała rzeka liczy sobie 772 km, w tym 587 km na terytorium Polski. Bug swoje źródło ma w Werchobużu na północnej Wyżynie Podolskiej na Ukrainie, zaś uchodzi do jeziora Zegrzyńskiego, stanowiąc jednocześnie lewy dopływ Narwi. Kolejną ciekawostką jest fakt, iż w 1821 roku Bug zmienił swój bieg samoistnie. Doszło wówczas do ogromnej powodzi, w wyniku której koryto rzeki się przesunęło. Niegdyś Bug był potężną rzeką, bardzo szeroką, po której pływały promy. Pewien szlachcic w 1821 roku popłynął do Warszawy starym korytem, a wrócił już nowym. Wskutek owej zmiany niektóre wsie, które kiedyś leżały za Bugiem, znalazły się nagle po drugiej stronie i tak zostało do dziś. Obecnie na pewnych odcinkach zachowało się starorzecze Bugu, które pięknie wkomponowuje się w dziewiczy krajobraz tych terenów. Rejon nadbużański to tereny zalewowe. Co ciekawe, mieszkańcy na przestrzeni dziejów przywykli do tego zjawiska i w ogóle z nim nie walczyli. Jak zatem funkcjonowali? Każdy mieszkaniec nadbużańskich wsi posiadał na wyposażeniu łódkę, którą uruchamiał wiosną, gdy zaczynały się roztopy. Do sąsiada czy do sklepu po zakupy trzeba było dostać się drogą wodną. I nie są to wcale tak odległe czasy, a zdarzyć się może i w obecnych. Gdzie Bug pokazuje swoje najpiękniejsze oblicze? Myślę, że w każdym miejscu wpadniecie w zachwyt. Szczególnie polecam Wam punkt widokowy w Gnojnie, skąd można podziwiać malownicze zakole rzeki. Na wprost rozpościera się tu podlaski krajobraz, po lewej zaś stronie mamy już województwo mazowieckie, więc jest to de facto także trójstyk granic, z tym że wojewódzkich. Rzeka Bug także zjawiskowo prezentuje się w okolicach Nepli na terenie Rezerwatu Szwajcaria Podlaska. Tutaj nie tylko zobaczcie piękne meandry, ale na rzekę spojrzycie z wysokich skarp. Tak naprawdę rzeka Bug będzie Wam towarzyszyła podczas całego szlaku, więc będzie okazja by poznać ją lepiej. Męczennicy z Pratulina, czyli historia obrońców unickiej wiary Odkrywanie nadbużańskich terenów w województwie lubelskim warto zacząć od Pratulina, malutkiej wsi, której początki datuje się na XV wiek. Parafia unicka powstała zaś w kolejnym stuleciu. Mieszkała tutaj ludność, która ze względu na swoją religię nazywana była unitami bądź grekokatolikami. Takie wyznanie zrodziło się wraz z Unią Brzeską w 1596 roku, kiedy to kościół rzymskokatolicki połączył się z prawosławnym. Unici uznali wówczas zwierzchnictwo papieża oraz katolickie dogmaty. Pozostała jednak liturgia obrządku wschodniego oraz język staro-cerkiewno-słowiański. Dodatkowo duchowni nie byli zobowiązani do przestrzegania celibatu. Niespokojne czasy nastały tu wraz z zaborami, kiedy to większość grekokatolików znalazła się pod władzami rosyjskimi. Te bowiem, za wszelką cenę, starały się wymusić zmianę wyznania na prawosławie. A metody stosowano naprawdę różne łącznie z użyciem siły. Do takiego aktu agresji doszło właśnie tu w Pratulinie, kiedy to do kościoła przysłano prawosławnego księdza. Mieszkańcy wsi stawili opór i trwali w swej decyzji nawet wtedy, gdy ściągnięto tu wojsko. Nie opuścili oni terenu świątyni, klęcząc dalej wznosili gorące modły. W obronie wiary rannych zostało aż 180 osób, a śmierć poniosło 13 mieszkańców. Ci, którzy przeżyli, zostali zesłani na Syberię, gdzie wkrótce zmarli. Historia tychże ludzi nie została zapomniana. Jan Paweł II 6. października 1996 roku beatyfikował 13 wytrwałych mieszkańców. Ich relikwie przechowywane są w kościele parafialnym w Pratulinie, gdzie powstało Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich. Dawna cerkiew, o którą tak zaciekle walczyli mieszkańcy Pratulina niestety została rozebrana pod koniec XIX wieku. Obecnie w jej miejscu stoi drewniany kościół ze Stanina, pełniący funkcję ośrodka dokumentacji i muzeum Męczenników Podlaskich. Wewnątrz świątyni znajdują się fundamenty cerkwi unickiej, przy której odważni pratulinianie oddali swoje życie. Utworzono tu także piękną Drogę Krzyżową oraz od niedawna funkcjonuje Dom Pielgrzyma. Pratulin nie zakończył jednak historii Unitów na tychże ziemiach. W pobliskich Kostomłotach znajduje się jedyna na świecie neounicka parafia obrządku wschodniego, ale o tym opowiem Wam za chwilę. Mizary w Zastawku oraz Studziance, czyli śladami społeczności tatarskiej Pewnie większość z Was słyszała o Kruszynianach i tatarskiej społeczności tam zamieszkującej. A czy wiecie, że Tatarzy mieszkali także na Lubelszczyźnie, a do dziś żyją tutaj ich potomkowie? Gdy podczas mojej podróży zaczynam opowiadać w towarzystwie o wielokulturowości nadbużańskich terenów i pada słowo Tatarzy, wszyscy robią zdziwione miny&#8230; bo przecież to nie tu, to nie to województwo. Nic bardziej mylnego. Zajrzyjcie koniecznie do Zastawka czy Studzianki, by się o tym przekonać. Znajdziecie tu dwa tatarskie mizary. Zastawek znajduje się blisko głównej nadbużańskiej trasy, około 20 km od Krzyczewa. W miejscowości Lebiedziew należy odbić w lewo. Studzianka zaś leży 30 km dalej. Na tych terenach Tatarzy pojawili się w II połowie XVII wieku za sprawą króla Jana III Sobieskiego (podobnie jak w Kruszynianach) . Studzianka stanowiła wówczas centrum życia muzułmańskiego okolicznej tatarskiej społeczności. Zamieszkiwały tu wielkie rody tatarskie, takie jak Azulewicze, Czymbajewicze czy Bogdanowicze. Wielu Tatarów z tych rejonów walczyło u boku Jana Sobieskiego, a także w armii samego Napoleona. Słynęli oni z niezwykłej odwagi oraz kunsztu wojennego. Z czasem coraz bardziej zaczęli poznawać naszą kulturę oraz tradycje, aż w końcu stali się Polakami, obywatelami I Rzeczpospolitej. Do 1915 roku w Studziance znajdował się i funkcjonował meczet, który niestety został spalony. Na jego miejscu stoi obecnie budynek szkoły, zwany potocznie meczeciskiem. Plac pod jej budowę został przekazany przez ostatniego imama parafii muzułmańskiej w tej miejscowości. Do czasów obecnych przetrwały dwa mizary. Przez wiele lat dewastowane, niszczały w zapomnieniu. Na szczęście jakiś czas temu na terenie obu cmentarzy zostały przeprowadzone prace konserwatorskie, w wyniku czego udało uratować się to niezwykłe dziedzictwo naszej kultury. W Studziance mizar ukryty jest w lesie, przetrwało tu aż 300 nagrobków. Cmentarz w Zastawku jest mniejszy. Zachowało się na nim około 50 nagrobków. Reszta została została wywieziona przez Niemców i wykorzystana na utwardzenie polnych dróg. Jeśli przyjrzycie się nagrobkom, zauważycie muzułmański półksiężyc z gwiazdą oraz wyryte wersety Koranu. Niektóre napisy umieszczono w języku rosyjskim, a pochodzą one z czasów, kiedy Tatarom nie wolno było używać języka polskiego. Co ciekawe, znajduje się tu jeden z najstarszych tatarskich nagrobków w Polsce. Pochodzi z 1704 roku i skrywa prochy pułkownika Samuela Murzy Koryckiego. Był to słynny Tatar, który brał udział w wojnach z Rosją, Turcją oraz  Szwecją. Za swoje zasługi został sowicie wynagrodzony, otrzymał od króla ziemię. Od ponad 10 lat prężnie działa tu Stowarzyszenie Rozwoju Miejscowości Studzianka, które kultywuje dawne tradycje tatarskie i realizuje różne inicjatyw z tym związane. W ofercie znajdziecie zwiedzanie mizaru z przewodnikiem, warsztaty gotowania tatarskich potraw, czy naukę strzelania z łuku krymsko-tatarskiego, mongolskiego i wschodniego, prowadzoną w oryginalnych strojach tatarskich łuczników. Warto zajrzeć na profil FB stowarzyszenia, by dowiedzieć się więcej. Kostomłoty &#8211; jedyna na świecie parafia neounicka obrządku bizantyjsko-słowiańskiego Podążając dalej na południe, koniecznie trzeba zatrzymać się w Kostomłotach. Na pierwszy rzut oka, ot nadbużańska wieś, gdzieś na przysłowiowym końcu świata. A jednak znajdziecie tutaj coś naprawdę unikatowego w skali światowej. Na terenie nadbużańskim ulokowała się jedyna na świecie parafia neounicka z drewnianą cerkwią pw. św. Nikity. Historia świątyni sięga aż pierwszej połowy XVII wieku i co ciekawe, dalej pełni ona swoją rolę. Tutaj ciągle odbywają się nabożeństwa. Obecnie parafia liczy około 120 wiernych. To, co tu zobaczcie to w zasadzie drewniany kompleks sakralny ze starą cerkwią oraz przepiękną dzwonnicą. Drewniana cerkiew stanowi zabytek i jest z reguły otwarta dla zwiedzających. Jeśli podczas Waszej wizyty drzwi będą zamknięte, wystarczy zapukać na plebanię i poprosić księdza o możliwość zajrzenia do środka. A wnętrze robi ogromne wrażenie! Wzrok od razu przyciąga ozdobny ikonostas. Zobaczycie tu ikonę patrona cerkwi św. Nicetasa, zwanego Nikitą. Pochodzi ona również z tego samego stulecia, co cerkiew. Ikona przedstawia świętego wraz z czternastoma scenami z jego życia. A kimże był ów Nikita? Był rzymskim legionistą, który oddał swe życie za Chrystusa. Przestrzeń nie jest duża, co wprowadza bardzo kameralny nastrój. Parafia w Kostomłotach powstała w 1627 roku. Dzieje świątyni były bardzo burzliwe. Po rozbiorach Polski przez jakiś czas znajdowała się pod zaborem autriackim, by następnie znaleźć się w obszarze Królestwa Polskiego. Przez pewien okres pełniła także rolę świątyni prawosławnej, a następnie w czasach bieżeństwa została porzucona. W 1927 roku ponownie wróciła do swoich korzeni. Po I pierwszej wojnie światowej powstało aż 47 parafii neounickich obrządku bizantyjsko-słowiańskiego, niestety do czasów obecnych przetrwała tylko jedna. Mimo pewnych roszczeń prawosławnej społeczności, do dnia dzisiejszego pozostaje parafią neounicką. W 1998 roku świątynia otrzymała status Sanktuarium Unitów Podlaskich. Do Kostomłotów ściągają liczni pielgrzymi oraz coraz częściej turyści. Swoją działalność prowadzi tutaj także Centrum Ekumeniczne, gdzie odbywają się rekolekcje dla wiernych różnych odłamów chrześcijaństwa. Więcej o historii tego miejsca przeczytacie na stronie parafii w Kostomłotach. Przy wejściu na teren kościoła znajduje się plebania z połowy XIX wieku, zaś obok cerkwi mała drewniana kapliczka z pięcioma kopułami. Przed kaplicą umieszczono kamień ze świętej góry Tabor, miejsca Przemienienia Pańskiego. Waszą uwagę z pewnością zwróci wysoka drewniana dzwonnica ze złotymi elementami. Kostomłoty odwiedziłam dwukrotnie. Za drugim razem miałam okazję przez chwilę uczestniczyć w nabożeństwie i zobaczyć, jak odprawiana jest tutaj liturgia oraz jak greckokatolickie śpiewane modlitwy wprawiają w swego rodzaju trans. Dodam tylko, że mistyczna aura udziela się wszystkim obecnym, a woń kadzideł czuć już na zewnątrz. Kodeń, czyli historia pewnego Sapiehy i cudownego obrazu Kodeń to niewątpliwie bardzo...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/10/wielokulturowy-nurt-bugu-czyli-sladami-nadbuzanskich-tradycji.html">Wielokulturowy Nurt Bugu, czyli śladami nadbużańskich tradycji</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/10/wielokulturowy-nurt-bugu-czyli-sladami-nadbuzanskich-tradycji.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>19</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Kreta kulinarnie, czyli 24 potrawy, których koniecznie trzeba spróbować na wyspie</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/kreta-kulinarnie-czyli-24-potrawy-ktorych-koniecznie-trzeba-sprobowac-na-wyspie.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/kreta-kulinarnie-czyli-24-potrawy-ktorych-koniecznie-trzeba-sprobowac-na-wyspie.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 30 Aug 2020 18:32:37 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Krecie]]></category>
		<category><![CDATA[czego trzeba spróbować w Grecji]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia grecka i kreteńska]]></category>
		<category><![CDATA[najlepsze dania greckie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=15476</guid>

					<description><![CDATA[<p>Grecka kuchnia często nazywana jest najlepszą kuchnią świata i coś w tym jest. Przyznaję, że do Grecji mogłabym jeździć tylko po to, by dobrze i smacznie zjeść. Wyspa Santorini rozbudziła mój apetyt, dlatego w Krecie pokładałam ogromne nadzieje na dalszą udaną podróż w świat greckich pyszności. Kreta kulinarnie oczywiście nie zawiodła. Wizyta w tradycyjnej tawernie była jedną z najważniejszych czynności w podczas całego dnia. Jakich potraw trzeba koniecznie spróbować na Krecie? Poniżej moja top lista 24 dań. Oczywiście większości skosztujecie także w innych regionach Grecji. GRECKIE PRZYSTAWKI Nie pomijajcie greckich przystawek, bowiem znajdziecie w nich unikatowe smaki. Wybór jest ogromny, a porcje często są naprawdę duże. Często jednak lub dwie przystawki mogą stanowić cały obiad lub kolację. W tradycyjnych greckich tawernach talerze wjeżdżają na stół pełne. Greckie przekąski nazywają się mezedes (liczba pojedyncza meze). Często jest to zestaw kilku małych potraw. Dolmades, czyli greckie gołąbki To jedno z najpopularniejszych meze greckiej kuchni, w zasadzie grecki klasyk, którego koniecznie trzeba spróbować. Można pokusić się o stwierdzenie, że dolmades przypominają nasze polskie gołąbki. Farsz, którego głównym składnikiem jest ryż z mięsem oraz przyprawami, zawijany jest w młode liście winogron. Dolmades podawane są w wersji mięsnej oraz wegetariańskiej. Faszerowane kwiaty cukinii, czyli kolejna wariacja greckich gołąbków Tym razem farsz trafia do kwiatów cukinii. Całość jest po prostu gotowana lub pieczona. Nadzienie stanowi przeważnie ryż lub ser feta, można je zapiekać w pomidorach. Smak lekko słodkawy. Dakos, czyli chrupiące bułeczki z pomidorami i serem… Oczywiście to także tradycyjna grecka przystawka, o której pisałam już w mini przewodniku o Santorini. Zdawać by się mogło, że nic nadzwyczajnego, bo przecież to tak, jakby kanapki, a jednak połączenie tych smaków to po prostu mistrzostwo. Na Krecie, i w ogóle w Grecji, całość przyrządza się na twardych jęczmiennych sucharach, zwanych paximadia. Przed podaniem są namaczane. Na wierzch wędruje pokrojony pomidor, ser feta lub mizithra (z mleka owczego lub koziego), oliwki, kapary, oregano oraz oliwa z oliwek. Palce lizać! Fava, czyli purée z żółtego groszku To grecka pasta z groszku. Bardzo ciekawy smak, którego próżno u nas szukać. Konsystencją i kolorem przypomina hummus. Jest bardzo prosta w przygotowaniu, bo do grochu trzeba dodać tylko cebulkę, czosnek, tymianek, sok z cytryny oraz oczywiście oliwę. To  moja lubiona przekąska, świetna do chlebka czy pity. Sałatka kreteńska, czyli coś zdrowego warzywnego Grecja słynie także z sałatek. Prawie każda wyspa ma swoją lokalną wersję i tak jest w przypadku Krety. Można by rzec, że to po prostu pewna wariacja sałatki greckiej. Podstawą są oczywiście warzywa, takie jak pomidory, ogórki, zielona papryka, cebula, oliwki. Braku w niej jednak sera feta, który zastąpiony jest wspomnianym już serem mizithra lub athotiros. W sałatce kreteńskiej znajdziecie także kawałki sucharków jęczmiennych, tych używanych do dakos. Sałatka grecka, czyli klasyk klasyków Być w Grecji i nie spróbować greckiej sałatki? No właśnie. Sałatka ta w Grecji nazywa się horiatiki, co można przetłumaczyć jako sałatka wiejska. Podstawą są pomidory, ogórki, czerwona cebula (w ogóle ta czerwona odmiana króluje w Grecji), ciemne oliwki oraz ser feta. Uwielbiam! Tzatziki, czyli sos jogurtowo-ogórkowy To również klasyk, który podaje się często wraz z innymi daniami. Podstawę sosu stanowi oczywiście jogurt, do którego trzeba dodać kawałeczki ogórków oraz czosnek. Bamies, czyli okra w sosie pomidorowym Okra w Grecji jest bardzo popularnym warzywem. Można ją skonsumować właśnie jako przystawkę. Przygotowanie jest proste, bo składników jest tylko kilka. Oczywiście głównym jest okra. Do bamies potrzebne są jeszcze pomidory, cebulka, oliwa, sok oraz skórka z cytryny. Całość jest po prostu duszona. Saganaki cheese, czyli smażony ser To ponownie jedna z najpopularniejszych przystawek w Grecji. Cóż, nie jest to na pewno danie lekkostrawne, a do tego jeszcze dość konkretnie słone. To tzw. bomba kaloryczna, ale przecież raz na jakiś czas i coś takiego można sobie zafundować. Słowo saganaki oznacza rodzaj niewielkiej patelni lub kociołka, na której Grecy przyrządzają to danie. A jaki ser jest smażony? To nie feta. Podstawą tego dania są przeważnie sery twarde, takie jak graviera, kefalograviera lub kefalo. Są one wytwarzane z mleka owczego. Krewetkami saganaki To kolejne danie z tzw. patelni, choć w tym przypadku może to być mały garnuszek. Tym razem do kociołka idą krewetki z fetą w sosie pomidorowym. Całość nie jest smażona czy duszona, a zapiekana. Dobrze doprawione danie smakuje obłędnie, a sosik zostanie wylizany bądź wyczyszczony chlebkiem do końca. Tradycyjnie pieczony ziemniak &#8220;ofti&#8221; Jako fanka ziemniaków tej wariacji musiałam spróbować. Wchodził o w skład dania gemista, jednak można go także zamówić jako starter. Nie jest to jednak popularna potrawa. W menu pojawiła się na wschodzie Krety, w restauracji przy plaży Vai. Do pieczonego ziemniaka podawany jest grecki jogurt. GRECKIE DANIA GŁÓWNE Grecka kuchnia oferuje zarówno dania mięsne, jak i wegetariańskie, zatem każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Bardzo często w mięsnych daniach króluje baranina, co u nas jest rzadkością. W Grecji zjemy także wieprzowinę, kurczaka oraz kozę. Miłośnicy ryb oraz owoców morza będą także zachwyceni. Owoce morza, w szczególności grillowana ośmiornica O tak! One są tam wszędzie:) To na Krecie jadłam najlepszą grillowaną ośmiornicę ever. Co ciekawe, na Krecie wcale nie widziałam tych stworzonek, zawieszonych na sznurkach i wystawionych na słońce. Takie obrazki pojawiały się na Kos oraz na Santorini. W kartach dań na Krecie przy ośmiornicy zawsze była gwiazdka, co oznaczało, że jest ona mrożona. Aż w końcu w restauracji, specjalizującej się w rybach i owocach morza zapytałam o to mrożenie. Okazało się, że tak właśnie należy postąpić, by ośmiornica była soczysta. Najpierw się ją odpowiednio marynuje, a potem właśnie zamraża. Wówczas mięso jest miękkie i soczyste, a nie gumowe, co się przecież czasami zdarza. Grillowane ryby, szczególnie sardynki Jeśli kochacie ryby, to Grecja będzie dla Was prawdziwym kulinarnych rajem. Świeżo złowione, a potem ugrillowane smakują obłędnie. Szczególnie popularne są tu, podobnie jak w Portugalii, grillowane sardynki,  podawane z cebulką i cytryną. Fakt, jest z nimi trochę zabawy, bo niby ości można zjeść, jednak czasami te większe trzeba jednak usunąć. Mimo to danie jest przepyszne. Gyros, czyli grecki fast food Kto z nas nie zna tej potrawy, prawda? Jednak  gyros w Grecji smakuje zupełnie inaczej, o wiele lepiej. Podawany jest na talerzu z dodatkami jako danie główne lub w picie jako tzw. fast food. &#8220;Szybkie jedzenie&#8221; nie brzmi dobrze, a jednak w Grecji to jedzenie, które jest smaczne i wcale nie takie niezdrowe. Mięso opiekane jest oczywiście na wielkim rożnie, do tego dochodzą warzywka, frytki i sos tzatziki. Palce lizać! Boureki, czyli kreteńska zapiekanka To swego rodzaju zapiekanka z ziemniaków, cukinii i sera. Bardzo sycąca. Co ciekawe, danie to pochodzi z miasta portowego Chania. Ważnym dodatkiem tej potrawy są już wspomniane greckie sery mizithra czy graviera. Ogromne porcje podają w miasteczku Vamos w tawernie Marouvas. Bakłażan pieczony w piecu z serem feta oraz sosem pomidorowym Bakłażan to w ogóle bardzo popularne warzywo w Grecji. To warzywo, które uwielbiam i mogę spożywać pod każdą postacią. W greckim menu zobaczycie sałatki z bakłażana, pasty, grillowane plastry, faszerowaną wersję, a także pieczoną. To danie pozytywnie mnie zaskoczyło. Po pierwsze, swoim rozmiarem. Po drugie, smakiem. W zasadzie bardzo proste, kilka składników upieczonych w piecu, a smakuje wybornie. Najlepsze jadłam na półwyspie Akrotiri w restauracji Irene Tavern, którą w ogóle polecam&#8230;  za smaki, porcje i niskie ceny. Musaka (moussaka), czyli klasyk zapiekankowy Być w Grecji i nie spróbować mousaki? Chociaż raz trzeba, tak uważam&#8230; chyba że ktoś jednak za tym daniem nie przepada. To kolejna grecka zapiekanka, która przyrządzana jest z bakłażanów, pomidorów oraz mielonego mięsa. Na górę zaś wędruje sos beszamelowy oraz żółty ser. Czasami ów sos ma konsystencję mazi, czasami zaś jest stężały. Souvlaki, czyli greckie szaszłyki To także bardzo popularne mięsne danie w Grecji. Kawałeczki wieprzowiny, baraniny lub kurczaka nadziewane są na małą szpadę i pieczone na ruszcie. Do tego podawane są frytki, pieczone ziemniaki bądź ryż. Jak nie wiem, na co mam ochotę, to zawsze mam ochotę na souvlaki:) Keftedes, czyli greckie pulpeciki To kolejne greckie danie mięsne, które powstaje z wołowiny bądź jagnięciny. Tym razem mięso musi być zmielone i doprawione ziołami. Z tego formowane są kulki, które następnie są grillowane. To powoduje, że nabierają one lekko przydymionego smaku. Odmianą tego dania są Keftedes me Saltsa Domata oraz Keftedakia Giouvetsi, obie wersje są z pomidorami. Gemista, czyli faszerowane pomidory lub papryka Tak, jak wyżej&#8230; są to po prostu faszerowane pomidory lub papryka, rzadziej bakłażan czy cukinia. Farsz stanowi doprawiony ryż z pokrojonych warzywami oraz ziołami. Całość jest zapiekana. Słowo gemista po grecku oznacza &#8220;wypełniony&#8221; lub właśnie &#8220;faszerowany&#8221;. Kleftiko, czyli danie rozbójników Kleftiko to bardzo tradycyjna grecka potrawa z ciekawą historią. To mięso (najczęściej baranina) pieczone z warzywami i aromatycznymi przyprawami w pergaminie. Dawniej danie pieczono w cieście filo. Potrawa zawsze podawana jest na gorąco. Sposób pieczenia kleftiko sprawia, że danie jest bardzo soczyste i mocno aromatyczne, naprawdę wszystko wręcz rozpływa się w ustach. Nazwa potrawy pochodzi od słowa kleftes, które oznacza rozbójników. Takie określenie przylgnęło do wolnych Greków, tworzących grupy partyzantów, walczących z Turkami. Jako wyjęci spod prawa, ukrywali się i walczyli w górach Peloponezu. Kiedy udało im się zdobyć jagnię lub cielaka, rozpalali małe ognisko w wykopanym dole (dym z otwartego ognia zdradziłby miejsce ich kryjówki). Kawałki mięsa, dziki czosnek i oregano zawijali w skórę zwierzęcia, przysypywali pakunek ziemią i tak pozostawiali, aby upiekło się z żarze. Stifado, czyli grecki gulasz Lubicie gulasze? Jeśli tak, koniecznie musicie spróbować stifado. Jest to danie dla mięsożerców, bowiem kawałki mięsa pływają tu w sosie pomidorowym. Pływają w nim także małe cebulki oraz przyprawy. W gulaszu często ląduje wołowina, ale może to być także królik czy owoce morza. Pastitsio, czyli zapiekanka makaronowa To kolejna grecka zapiekanka, jednak tym razem na bazie makaronu. Do środka wędruje mielone przyprawione mięso, całość zamknięta jest pod sosem beszamelowym. To coś na kształt musaki, z tym że zamiast bakłażanów mamy tu specjalny rodzaj makaronu. Raki, czyli kreteński bimber z pozostałości winogronowych Cóż, może to nie jest potrawa, a jednak raki koniecznie trzeba spróbować, będąc na Krecie. To coś na dobre trawienie oraz dobry humorek:) W porządnej lokalnej tawernie zawsze otrzymacie kieliszek bądź dwa na zakończenie biesiady. Ot, taka kreteńska tradycja! Bimber jak to bimber ma moc i świetnie działa na żołądek po obfitej kolacji. Receptura pędzenia owego trunku jest bardzo stara i bardzo ciekawa. Do wytwarzania raki używa się pozostałości winogron, które powstają w czasie produkcji wina. Przeważnie są to skórki, które zawierają resztki słodkiego soku. Wspólne pędzenie, a potem konsumowanie owego trunku to bardzo stara tradycja na Krecie, która wciąż jest żywa. Raki wytwarzane jest jesienią, wówczas można podpatrzeć proces destylacji. Mieszkańcy wspólnie produkują ów bimber, co nieraz przeradza się w prawdziwe taneczne biesiady. Ten czas nazywany jest na Krecie Świętem Kotła (kazanemata). GRECKIE DESERY Są i przeważnie podawane są na koszt tawerny (podobnie jak raki) po skończonym posiłku. Mogą to być różnego rodzaju ciasta lub owoce. Tradycyjnym greckim deserem jest oczywiści tamtejszy jogurt z miodem. Ta lista oczywiście nie wyczerpuje wszystkich smakowitości, jakich możecie spróbować w Grecji. Koniecznie zajrzyjcie na stronę crete.pl, na której również znajdziesz mnóstwo szczegółow na temat greckiej kuchni. A jeśli szukacie inspiracji oraz praktycznych informacji, zajrzyjcie na stronę Tomka Kozłowskiego o nazwie Greckimi Drogami, który ten kraj ukochał sobie szczególnie. &#160; Teraz już wiecie, czego warto spróbować na Krecie. Wybór jest ogromny. A jeśli wybieracie się przypadkiem na Santorini, zajrzyjcie do mojego mini przewodnika, bo w nim także znajdziecie kilka wskazówek odnośnie kuchni santoryńskiej. &#160; Koniecznie zajrzycie także do wpisu:</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/kreta-kulinarnie-czyli-24-potrawy-ktorych-koniecznie-trzeba-sprobowac-na-wyspie.html">Kreta kulinarnie, czyli 24 potrawy, których koniecznie trzeba spróbować na wyspie</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/kreta-kulinarnie-czyli-24-potrawy-ktorych-koniecznie-trzeba-sprobowac-na-wyspie.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>10 najciekawszych miejsc na Krecie na pierwszą podróż</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/10-najciekawszych-miejsc-na-krecie-na-pierwsza-podroz.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/10-najciekawszych-miejsc-na-krecie-na-pierwsza-podroz.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 09 Aug 2020 17:27:47 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Krecie]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze plaże na Krecie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=15221</guid>

					<description><![CDATA[<p>Przyznam zupełnie szczerze, że Kreta nie była zbyt wysoko na mojej podróżniczej liście na najbliższy czas. Owszem, zwiedzanie Europy bardzo lubię, ale na zasadzie wypadu na weekend. Dłuższy wyjazd to przecież musi być gdzieś dalej. Jednak w tym roku podróżniczo wszystko powywracało się do góry nogami i plany się posypały. W ten oto sposób trafiłam na Kretę na 12 dni. I od razu napiszę, to była świetna decyzja! Jakie atrakcje znajdziemy na Krecie? O tym za chwilę. A może romantyczne Santorini? Jeśli chcecie odwiedzić tę piękną wyspę, koniecznie zajrzyjcie do mojego mini-przewodnika: &#160; Wyspa jest duża i bardzo różnorodna. Znajdziecie tu zabytki, klimatyczne portowe miasteczka, ukryte w górach urokliwe wioski, oczywiście góry i to wysokie, a więc i na trekking można się wybrać, a do tego piękne plaże z krystalicznie czystą wodą oraz różowym piaskiem. Jeśli dodamy do tego pyszne jedzenie, mamy gotowy przepis na udane wakacje czy urlop. Do tego Kreta, jak i w pewnie cała Grecja, ma w sobie jakiś taki luz, który od razu ogarnia człowieka zaraz po przyjeździe. I jak się domyślacie, sami Grecy to bardzo serdeczni oraz uśmiechnięci ludzie. Tym razem mój urlop na Krecie polegał naprawdę na niespiesznym zwiedzaniu, pluskaniu się w słonym morzu na plażach z drobnym piaskiem (a więc naturalne SPA), poznawaniu kuchni greckiej oraz kreteńskiej. Nie było ciągłego przemieszczania się środkami komunikacji publicznej, nocowania codziennie gdzie indziej i intensywnego planu zwiedzania. Jak nigdy przedtem wróciłam wypoczęta, zrelaksowana oraz widocznie odmłodzona!:) Tak przy okazji wspomnę, że oliwa z Krety to moje odkrycie i mój eliksir młodości i witalności. Kreta słynie z bardzo dobrej jakości oliwy i nic dziwnego, skoro cała wyspa tonie w gajach oliwnych. Na Kretę z pewnością wrócę, bo do odkrycia zostało jeszcze bardzo dużo. Tym z Was, którzy nie mają czasu, ochoty lub po prostu nie lubią zajmować się organizowaniem wyjazdów samodzielnie, polecam skorzystać z oferty któregoś z biur podróży, na przykład R.pl. Na wycieczkę na Kretę warto wybrać się też po sezonie, we wrześniu lub październiku albo wiosną. Pogoda jest nadal świetna, woda ciepła, a turystów mniej. No i oczywiście ceny również wtedy spadają 🙂 Bardzo ciekawą opcją są też elastyczne pakiety wakacyjne lot+hotel na Kretę na eSky.pl, które dają dużą swobodę wyboru terminu, a jednocześnie zdejmują z nas ciężar szukania wszystkiego osobno. Tymczasem w tym wpisie podpowiadam, co warto zobaczyć na Krecie podczas pierwszej podróży. Oto według mnie 10 najciekawszych miejsc na Krecie na pierwsze wakacje. Laguna Balos Czy istnieją greckie Malediwy? Tak, istnieją i noszą nazwę Balos:) Wiem, wiem, nie powinnam porównywać, bo obłędna laguna Balos jest tylko jedna i jest prawdziwą gwiazdą wśród kreteńskich plaż oraz atrakcji w ogóle. Mówisz Kreta &#8211; myślisz Balos&#8230; coś na tej zasadzie. Być na Krecie i nie zobaczyć tej słynnej laguny, to jak z Paryżem i wieżą Eiffla. W końcu i mi udało się dotrzeć do tego kultowego miejsca. W tym momencie mogę jedynie przytaknąć tym wszystkim zachwytom, achom i ochom. Koniecznie na lagunę trzeba spojrzeć z wysokości. Ci, którzy przybywają tu samochodem, i tak to zrobią. Jednak pozostali, którzy przybędę tu statkiem, muszą się liczyć z podejściem pod górę, przeważnie w palącym słońcu. Laguna Balos znajduje się w zachodnio-północnej części wyspy. Najlepszą bazą wypadową jest albo miasteczko Kissamos (15 km od Balos), skąd także kursują statki wycieczkowe lub miejscowość Falasarna (18 km), w której znajduje się inna piękna plaża. Oczywiście bez problemu taki wypad można także zaplanować z miasta Chania, z tym że wówczas do pokonania będzie około 53 km w jedną stronę. Zatem jak dostać się na piękną lagunę Balos? Jak już wspomniałam, opcje są dwie. Można dotrzeć tu na własną rękę samochodem lub można także wykupić wycieczkę z Kissamos, podczas której dodatkowo zobaczycie wenecką twierdzę Gramvousa. Zwiedzanie fortecy to oczywiście plus, jednak minusem jest to, że na lagunie czas macie ograniczony. Do tego przypływacie tu wtedy, kiedy są największe tłumy. Dlatego u nas wygrała opcja samochodowa. Przy wjeździe na szutr trzeba uiścić obowiązkową opłatę na poprawę drogi&#8230; w wysokości 1 EUR od osoby. Hm, pewnie dlatego droga ta ciągle jest w opłakanym stanie, bo to są jednak grosze. Choć podobno 20 lat temu istniały tu półmetrowe dziury. Trzeba było wówczas wysiadać z auta i główkować, jak ustawić koła do przejazdu, by nie zawisnąć. Teraz takich atrakcji już nie ma. Droga jest  naprawdę słaba. I nie chodzi o ekspozycję, przepaści i mocne podjazdy, bo te akurat nie są straszne (choć są tacy, którzy twierdzą inaczej). Chodzi o to, że droga jest szutrowa i wyboista, kamienie mogą strzelać spod kół. Wskazane auto terenowe, ale każde inne także da radę. Wjeżdżają tu nawet najmniejsze auto-mikruski. Podobno w sezonie i autobus można tu spotkać. Z pewnością spotkacie tu słynne kozy kri-kri, czekające na Wasze kąski. Na końcu drogi znajduje się parking, z którego jest jeszcze 1.5 km do pokonania na nogach. Na miejscu funkcjonuje mały sklepik, gdzie można kupić wodę czy małą przekąskę.  Szutrowy odcinek ma około 7-8 km. Pokonanie go pod górkę zajęło nam 25 minut (kierowca się spisał), choć czytałam relację także o 45 minutach. Z powrotem było dłużej, bo ponad pół godziny. Więcej niż 20 km/h się nie wyciśnie. Rada ode mnie. Jeśli na lagunę Balos planujecie przyjechać samochodem, warto wstać rano. Po pierwsze, parking na szczycie szybko się zapełnia. Po drugie, o 12:00 przypływa tu statek wycieczkowy i robi się tłoczno. My byliśmy po 10:00 i zostały już ostatnie miejsca na parkingu. Trzeba wziąć poprawkę na to, że nasza podróż przypadł na okres pandemii koronawirusa, a więc turystów było o wiele mniej. Jeśli miejsca brak, auto zostawia się przy drodze. Wówczas może Was czekać o wiele dłuższa wędrówka do miejsca docelowego. Około godziny 14:30 olbrzymi statek odpływa i znowu robi się luźniej, choć nie tak luźno, jak rano. Około 15:00 przypływa kolejny, jednak o wiele mniejszy. O 15:00 wody laguny są pięknie oświetlone, woda nagrzana, czyli bardzo ciepła do kąpieli i pluskania. Z kolei światło do zdjęć laguny z góry najlepsze jest przed południem. A sama laguna? Bajka! Krystalicznie czysta turkusowa woda z różowym piaskiem robi wręcz oszałamiające wrażenie. W zasadzie to tu widziałam najwięcej piasku w tym nietypowym kolorze. Rozłożyć się można, praktycznie rzecz biorąc, wszędzie. Na piaskowej grobli ustawiono leżaki, za które trzeba zapłacić 10 EUR za zestaw. Niektórzy przywożą tu swoje parasolki, jednak walka z dość silnym wiatrem może zniweczyć plany, a trud jej rozłożenia pójdzie na marne. Podczas plażowania upał w zasadzie zbyt mocno nie doskwiera. Skutecznie chłodzi morska bryza oraz przyjemnie chłodna woda w lagunie. Chania, miasto portowe z piękną starówką Być może to tu wylądujcie, gdy przybędziecie na Kretę. Lotnisko znajduje się na półwyspie Akrotiri. Chania to jeden z dwóch międzynarodowych portów lotniczych na wyspie. Ten oddalony jest od miasta o 15 km. Pierwsze skojarzenie, gdy wreszcie docieram do Chani? Czy ja jestem we Włoszech? Bo Grecji to miasto wcale nie przypomina. I ma to swoje uzasadnienie. Oczywiście trzeba zajrzeć do historii. Miasto zostało wzniesione w XIII wieku, zaś Port Wenecki powstał w kolejnym stuleciu. Miasto najpierw było częścią Cesarstwa Bizantyjskiego, a następnie zostało przejęte przez Republikę Wenecką w XIII wieku. Wówczas otrzymało nazwę Candia. W tym okresie miasto rozkwitło intelektualnie oraz kulturalnie. Koniecznie trzeba się tu zgubić w labiryncie wąskich uliczek, przystrojonych bugenwillą oraz jaśminem. Kawiarenki, tawerny, małe sklepiki zapraszają do środka. Szczególnie pięknie starówka wygląda wieczorem oraz nocą. Z pewnością Waszą uwagę zwrócą także pozostałości dawnych murów miasta. Wcześniej czy później i tak traficie do Portu Weneckiego, przy którym ulokował się charakterystyczny meczet oraz egipska latarnia morska. Idąc wzdłuż brzegu miniecie także dawne weneckie stocznie, które obecnie służą jako miejsca kulturalne. Meczet Janczarów, bo tak brzmi jego nazwa, to najstarszy budynek osmański na Krecie. Oczywiście zostały tu postawiony w 1645 rok przez Turków, którzy przez jakiś czas panowali na wyspie. Obecnie odbywają się w nim wystawy. Słynna latarnia morska Faros powstała zaś pod koniec XVI wieku i była dziełem, panujących tu Wenecjan. Dlaczego zatem nazywana jest egipską? W czasie najazdu oraz okupacji Turków obiekt nie był używany i niszczał. Remont latarni na początki XIX wieku przeprowadzili Egipcjanie, którzy to wówczas podbili Chanię. Obecnie latarnia nie pełni już swojej pierwotnej funkcji. Jej rola się nieco zmieniła i teraz pięknie pozuje do zdjęć w czasie obłędnych zachodów słońca, jakie można obserwować z portu. Jak widzicie, losy miasta na przestrzeni wieków były bardzo burzliwe. Dlatego też Chania to prawdziwa perełka, jeśli chodzi o zabytki oraz historię. W zasadzie podczas spaceru po starówce cały czas można się natknąć na dawne pozostałości. Do tego pięknie położony port z licznymi barami oraz restauracjami tworzy fantastyczną atmosferę. Można ją chłonąć każdego dnia i wieczoru bez końca. Monastery na półwyspie Akrotiri Jeśli mowa o 10 najciekawszych miejscach na Krecie, od razu do głowy przychodzi mi półwysep Akrotiri oraz ukryte tam monastery. Dwa ciągle jeszcze działają, trzeci to już zapomniane ruiny, ukryte wśród gór. Do tych miejsc można dotrzeć jedynie na własną rękę. Biura lokalne nie organizują wycieczek w ten rejon. Monastyr Agia Triada Pierwszy z klasztorów to słynny prawosławny monastyr Agia Triada. Jest największy w tej części, położony wśród winnic, cyprysów oraz gajów oliwnych, w których nadal rosną drzewa oliwne o wieku sięgającym nawet 500 lat. To miejsce dziwów i magii, po przekroczeniu bramy przenosimy się w inny świat. Spokój, cisza, bajkowa architektura w intensywnym kolorze żółto-pomarańczowym. Powstanie klasztoru datuje się na XVII wiek. Wówczas to dwaj bracia mnisi, pochodzący z nobilitowanej kreteńsko – weneckiej rodziny Tzagarolos, rozpoczęli działalność klasztorną. Budowa monastyru nie była jednak łatwa, bowiem Kreta dostała się wówczas pod panowanie Turków. Bracia oraz mieszkańcy Agia Triada byli uporczywie prześladowani przez najeźdźców. Na szczęście obiekt przetrwał, został odremontowany i funkcjonuje do czasów obecnych. Przekraczając bramy monastyru należy pamiętać o odpowiednim stroju. Kobiety powinny zasłonić nie tylko ramiona, ale i nogi. W takim upale ciężko wytrzymać w długich spodniach, czy nawet w długiej spódnicy. Dlatego mnisi pomyśleli i o tym. Na wejściu czekają na panie specjalne fartuchy, którymi trzeba się po prostu obwiązać. Panowie nie muszą tego robić, jeśli akurat noszą spodnie choć trochę za kolana. Wstęp kosztuje 2,5 EUR od osoby. Monastyr otwarty jest dla gości z zewnątrz codziennie od 5:00 rano do 18:00. Na terenie klasztory znajduje się także małe muzeum oraz sklep z pamiątkami. Mnisi z Agia Triada słyną z wyrobu lokalnych produktów. Szczególną popularnością cieszy się oliwa z oliwek, która wytwarzana jest w naturalny sposób bez dodatku żadnej chemii. Mnisi zajmują się także produkcją wina z różnych szczepów. Monastyr Gouverneto Drugi monastyr, znajdujący się także na półwyspie Akrotiri, to Moni Gouverneto. Jest to prawdopodobnie najstarszy aktywny prawosławny klasztor położony w tej części Krety. Oddalony jest od Agia Triada o 5 km. Można do niego dotrzeć samochodem lub pieszym szlakiem. Droga jest bardzo malownicza, prowadzi bowiem wśród gór. Jeśli chcecie odwiedzić to miejsce, sprawdźcie godziny otwarcia. W środy i piątki turyści nie są tu wpuszczani. W pozostałe dni można zajrzeć do środka do godziny 12:00 w południe, a potem po 17:00. Wstęp jest bezpłatny. Mnisi są tu bardzo restrykcyjni, zarówno pod kątem stroju, jak i robienia zdjęć. We wnętrzu kościoła fotografowanie jest zabronione. Można oczywiście zapytać. Podczas całej wizyty na pewno będzie Wam towarzyszyć kocia gromadka. Ruiny Moni Katholiko To, co możemy dziś zobaczyć, to już tylko pozostałości po dawnym klasztorze, ukryte tajemniczo wśród gór. To miejsce skradło moje serce. Jest w nim coś magicznego, bajkowego, przenosi w inną epokę. To prawdopodobnie najstarszy i najbardziej spektakularnie położony klasztor na Krecie. Można do niego dotrzeć jedynie pieszo, gdyż droga przejezdna dla samochodów kończy się przed parkingiem, znajdującym się przy klasztorze Gouverneto. Trasa jest bardzo malownicza i prowadzi w dół. W jedną stronę do pokonania jest około 1,5 km. Powrót tym samym szlakiem, oczywiście pod górę. Cienia tu w zasadzie brak, więc odpowiednie zapasy wody wskazane. Historia monastyru Katholiko sięga aż X wieku. Wówczas to św. Jan Pustelnik, mieszkający w jaskini znajdującej się w wąwozie Avlaki, założył niewielki klasztor. Po jego śmierci klasztor był wciąż rozbudowywany przez kolejnych okolicznych pustelników, przenoszących się do Moni Katholiko. Klasztor pozostał zamieszkały do XVII wieku, kiedy to po serii pirackich napadów mnisi zdecydowali się na opuszczenie tego miejsca. Monastyr stoi niejako na imponującym akwedukcie. Szlak pod nim wiedzie na ukrytą małą plażę. Tuż przed ruinami znajduje się mała jaskinia z kapliczką. W pobliżu...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/10-najciekawszych-miejsc-na-krecie-na-pierwsza-podroz.html">10 najciekawszych miejsc na Krecie na pierwszą podróż</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/10-najciekawszych-miejsc-na-krecie-na-pierwsza-podroz.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>27</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Rowerem wzdłuż Narwi: Tykocin &#8211; Pentowo &#8211; Kiermusy &#8211; Góra Strękowa</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/rowerem-wzdluz-narwi-tykocin-pentowo-kiermusy-gora-strekowa.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/rowerem-wzdluz-narwi-tykocin-pentowo-kiermusy-gora-strekowa.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 02 Aug 2020 17:51:32 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Podlasie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Podlasia]]></category>
		<category><![CDATA[ciekawe miejsca na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w Tykocinie]]></category>
		<category><![CDATA[Podlasie rowerem]]></category>
		<category><![CDATA[Rowerem przez Biebrzański Park Narodowy i okolice]]></category>
		<category><![CDATA[szlaki rowerowe na Podlasiu]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=15050</guid>

					<description><![CDATA[<p>Podlasie to region w Polsce, który ukochałam sobie najbardziej. Na prawosławne Podlasie wracałam już mnóstwo razy (zobaczcie gotową trasę zwiedzania z atrakcjami Podlasia), natomiast okolice Biebrzy ciągle pozostawały nieodkryte. Przyszedł czas to zmienić. Rowerem wzdłuż Narwi oraz przez Biebrzański Park Narodowy i okolice to był świetny plan na weekend. Zarówno w samym parku, jak i w pobliżu, znajdziecie kilka ciekawych szlaków rowerowych, więc warto zwiedzić ten rejon na dwóch kółkach. Oto pierwszy z rowerowych szlaków, który przemierzyłam. Trasa rowerowa prowadzi wzdłuż Narwi przez Tykocin, Pentowo, Kiermusy, Strękową Górę aż do Góry Strękowej, powrót drugą stroną rzeki do Tykocina (szlak zielony, niebieski, żółty). Cała pętelka ma około 50 km. Można ją skrócić i zawrócić w Strękowej Górze, wówczas do pokonania będzie około 40 km. Pokonanie tego odcinka może zająć zarówno pół dni, jak i cały dzień, w zależności od tego, jak dużo czasu spędzimy w poszczególnych punktach na trasie. Cały szlak rowerowy wzdłuż Narwi od Tykocina po Górę Strękową bardzo dobrze przedstawia poniższa mapa. Źródło: bierza.org.pl Początek trasy &#8211; Tykocin Szlak zaczyna się w przepięknym Tykocinie, więc nie sposób go nie zwiedzić. Historia tego miasta związana jest nieodłącznie z kulturą żydowską, o czym świadczy świetnie zachowana murowana synagoga oraz zabudowa starej części miejscowości. Natomiast początki miasta sięgają aż do czasów Księstwa Mazowieckiego. Prawa miejskie Tykocin nabył w 1425 roku. Oto, co warto zobaczyć w Tykocinie. Wielka Synagoga w Tykocinie Synagoga została wzniesiona na miejscu starej drewnianej bożnicy w 1642 roku. Na szczególną uwagę zasługują ogromne XIX-wieczne tablice z napisami w języku hebrajskim oraz aramejskim. Są to cytaty biblijne i teksty modlitw. Zobaczycie tu także birmę, czyli swego rodzaju ambonę, z której odczytywana jest Tora. Na pewno Waszą uwagę zwróci także piękna szafa ołtarzowa, w której przechowywana jest Tora. Na zapleczu mieście się małe muzeum. Mała Synagoga, czyli Dom Talmudyczny oraz dzielnica żydowska Znajduje się w sąsiedztwie Wielkiej Synagogi. Niemal doszczętnie zniszczona w czasie II wojny światowej została odbudowana i wyremontowana. Obecnie urządzane są tu wystawy, a w podziemiach mieści się słynna restauracja „Tejsza”, która serwuje dania kuchni żydowskiej oraz regionalnej. Rynek w Tykocinie Ta część Tykocina łączy się z rodziną Branickich. Przy rynku wznosi się piękny barokowy kościół p.w. św. Trójcy. Szczególną uwagę zwraca szereg drewnianych domów. We wnętrzu jednego z nich można zobaczyć małą wystawę na temat tykocińskiej architektury drewnianej. Na środku rynku widnieje pomnik Stefana Czarnieckiego. Jest to drugi najstarszy pomnik świecki w Polsce zaraz po kolumnie Zygmunta w Warszawie. Zamek w Tykocinie Zamek znajduje się po drugiej stronie rzeki Narew i może się pochwalić naprawdę burzliwymi losami. Był on świadkiem potopu szwedzkiego. Tutaj król August II Mocny ustanowił w 1705 roku najważniejsze odznaczenie państwowe, czyli Order Orła Białego. Zamek uległ pożarowi, a także został zniszczony przez Niemców podczas I wojny światowej. Ostatecznie trafił w prywatne ręce, dzięki czemu został odbudowany. Obecnie można zwiedzać jego wnętrza, nocować w jednej części oraz wpaść na dobre jedzonko do  restauracji. Kirkut w Tykocinie To stary cmentarz żydowski, z którego obecnie niewiele pozostało. Znajduje się przy ulicy Holendry. Z pewnością będziecie koło niego przejeżdżać, udając się do Pentowa. Powstał on na podstawie przywileju z 1522 roku. Wcześniej widniała tu niezliczona ilość macew, czyli żydowskich steli nagrobnych. W czasie II wojny światowej cmentarz został niemalże doszczętnie zdewastowany. Po wojnie przez pewien czas wypasano tu krowy, a nawet urządzono targowisko. To, co się zachowało do dziś, to pozostałości nagrobków, około stu, pochodzących z XIX wieku. Najstarsza macewa datowana jest na 1754 rok. Gdzie zjeść w Tykocinie W Tykocie również warto spróbować lokalnych specjałów. Szczególnie polecane miejsca to: restauracja Tejsza &#8211; kuchnia żydowska oraz regionalna, restauracja Zamek w Tykocinie &#8211; kuchnia regionalna, ciekawe potrawy (np. pielmieni w rosole, gęsie pipki, kreplach z sałatą żydowską, tatarskie czeburaki i inne), przystępne ceny, menu oraz cennik znajdziecie na stronie restauracji, Pierogarnia Tykocińska, restauracja Opowieści z Narwi &#8211; kuchnia regionalna, ryby. Przystanek Europejska Wieś Bociania w Pentowie Podlasie nieodparcie kojarzy się z bocianami. I rzeczywiście można je tu spotkać niemalże na każdym kroku wiosną oraz latem. Skupisko bocianich gniazd zobaczycie na terenie Dworku Pentowo, który w 2001 roku otrzymał tytuł Europejskiej Wsi Bocianiej. A to dlatego, że znajduje się tu ponad 30 zasiedlonych bocianich gniazd. Zobaczycie je na budynkach, drzewach oraz słupach. Na terenie posiadłości znajdują się dwie wieże widokowe, jedna niemalże na środku gospodarstwa, druga nad rzeką. W okresie późnej wiosny można zobaczyć już młode. Europejską Wieś Bocianią Pentowo, w odróżnieniu od pozostałych takich wsi w Europie, tworzy zaledwie jedno gospodarstwo. Składa się ona ze szlacheckiego Dworu z 1904 roku, Galerii Bocianiej oraz stajni Folwarku Konnego. Niezwykła historia tego miejsca zaczęła się 1992 roku po huraganie, który przeszedł nad Pentowem. Na wierzchołkach połamanych drzew bociany zaczęły budować swoje gniazda. W 1997 roku było ich już 12. Jednak większość z nich zaczęła się rozpadać z uwagi na brak odpowiedniego mocowania. Nie wiem, czy wiecie, ale kilkunastoletnie bocianie gniazdo może ważyć nawet do dwóch ton. W takim przypadku nie trudno sobie wyobrazić, że spróchniało drzewo czy stary komin nie utrzyma takiego ciężaru. Właściciele gospodarstwa wraz z pomocą organizacji przyrodniczych przeprowadzili akcję pomocniczą. Powstały platformy z porządną konstrukcją. W 1998 roku wszystkie postawione gniazda zostały zajęte. Rekordowa liczba bocianów osiedliła się w Pentowie w 2013 roku, kiedy to 34 gniazda były zajęte. Odchowało się wówczas aż 130 młodych bocianów. Przystanek Kiermusy, czyli szlachecka tradycja Kiermusy to bardzo sławna wieś w tych okolicach. Jest utożsamiana z tradycją szlachecką ze względu na zachowane tu zabudowania,  które tworzą w zasadzie jedną posiadłość. Do tego nieopodal wybudowany został zamek Jantarowy Kasztel. To oczywiście nie wszystko. Ostoja Żubra w Kiermusach Jednak to, co najpierw zobaczymy, wjeżdżając do Kiermus od strony Tykocina, to Ostoja Żubra. Poinformuje nas o tym charakterystyczny znak przy drodze, ostrzegający przed tymi zwierzętami. Ostoja znajduje się po lewej stronie. Teren jest spory, dlatego nie od razu wypatrzymy tu żubra. Trzeba zajrzeć do każdej zagrody, bo nie wiadomo, w którym miejscu skryły się zwierzęta. Jest to pierwsza prywatna Ostoja Żubra w Polsce. Zajmuje ona obszar siedmiu hektarów, na których powstały naturalne warunki dla wielu zwierząt. Pierwsze stado żubrów przybyło tu w 2008 roku z Białowieży. Dworskie Czworaki w Kiermusach Z pewnością Waszą uwagę zwrócą tradycyjne drewniane domki, przepięknie zdobione, które niespodziewanie wyłaniają się z lasu. To Dworskie Czworaki, należące do Dworku nad Łąkami. Można je wynająć za 900 zł za dobę (800 zł w cenie promocyjnej). Jeden domek może pomieścić 8 osób, więc jest świetny dla grupy lub rodziny. Każdy z Czworaków ma swoją nazwę, nawiązuje ona do już zapomnianych zawodów takich jak: Rybak, Bartnik, Kowal, Garncarz, Tkacz. Dworek nad Łąkami Naprzeciwko drewnianych domków znajduje się szlachecki Dworek nad Łąkami. Tutaj także można nocować. Na tyłach dworku zobaczycie Aleję Dębów, zasadzonych przez znane osoby, jak np. Krzysztofa Pendereckiego czy Zbigniewa Religę. Dalej ścieżka zaprowadzi Was nad małe jeziorko, nad którym postawiono charakterystyczną drewnianą altankę. To miejsce przeznaczone na zabiegi SPA. Jest tu sauna, jacuzzi, czy balia do gorących kąpieli. Obok dworku w tradycyjnym budynku znajduje się restauracja &#8220;Karczma Rzym&#8221;, serwująca kuchnię sarmacką. Warto zajrzeć do środka, by zobaczyć bogaty wystrój wnętrz i cofnąć się choć na chwilę w czasie. A jedzenie? Naprawdę pyszne, jak na staropolskie jadło przystało. Specjalność tego przybytku to kaczka, która szybko wychodzi, bo jest wprost wyśmienita, oraz żeberka. A do tego podpiwek i pyszny deser i mamy prawdziwą staropolską ucztę. Jantarowy Kasztel, czyli Muzeum Oręża Polskiego im. Jerzego Hoffmana Po obiedzie podjedźcie koniecznie do pobliskiego zamku, w którym obecnie mieście się Edukacyjne Muzeum Oręża Polskiego im. Jerzego Hoffmana. Jest to muzeum prywatne. Warownia leży nad samą Narwią w miejscu dawnej granicy pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim a Rzeczpospolitą. Można tu zobaczyć, jak przebiegała. Zamek to tak naprawdę wiernie odbudowany kasztel graniczny z czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Wnętrza można zwiedzać. Zobaczycie tu zarówno militaria, jak i zbiory archeologiczne, a także ciekawe pomieszczania. Wstęp 10 zł. Miejsce Mocy, czyli kamienny krąg Tu podobno spełniają się życzenia. Krąg, składający się z 13 kamieni, znajduje się po drodze do zamku, w zasadzie tuż przy budowli. Do rytuału potrzebna jest świeca. Po jej zapaleniu, należy obejść wszystkie głazy, po czym usiąść i pomyśleć życzenie. Następnie zdmuchujemy świecę i gotowe. Wkrótce ma się spełnić, o czym także informuje wyryty napis na drewnianej tabliczce. Malownicza trasa wzdłuż Narwi Z Kiermus szlak prowadzi przez niezwykle malownicze tereny nad Narwią. Przez chwilę jedzie się pustą szosą wśród pól, by czasami wjechać na odcinek rowerowego szlaku Green Velo. Przejeżdża się przez wsie Nieciece, Hermany, Targonie Wielkie, czy Rudniki. W okolicach Strękowej Góry trasa prowadzi wzdłuż małego rozlewiska Narwi, które tworzy swego rodzaju odnogę. Miejsce przepiękne, gdzie można zatrzymać się na krótki odpoczynek. Jeśli chcecie skrócić trasę, to właśnie w Strękowej Górze możecie to zrobić. Wystarczy wjechać na most, za którym trzeba skręcić w prawo w żółty szlak. Jeśli zaś pojedziecie dalej do Góry Strękowej, i tak będziecie musieli wrócić do tego mostu, by przeprawić się na drugą stronę. Góra Strękowa, czyli „Polskie Termopile” Wycieczkę można kontynuować wzdłuż Narwi aż do Góry Strękowej, która nazywana jest &#8220;Polskimi Termopilami&#8221;. Na wzgórzu o tej samej nazwie, którą nosi wieś, znajdują się pozostałości umocnień z początku II wojny światowej. Obroną tych terenów kierował wówczas Władysław Raginis. Kiedy nie było już nadziei, wysadził bunkier, ginąc na miejscu. Tutaj ze wzniesienia rozpościera się piękny widok na dolinę Narwi. Widać tu jej połączenie z Biebrzą. Rozlewiska wiosną tworzą piękny obrazek. Góra Strękowa znana jest także z obchodów &#8220;Dnia Śledzia&#8221;, który świętuje się tu w lipcu. Nazwa nawiązuję do gwary, używanej na Białostocczyźnie, czyli &#8220;śledzikowania&#8221;. W Górze Strękowej o wschodzie lub zachodzie słońca możecie ujrzeć coś niespotykane w powietrzu. Niebo może być usłane kolorowymi balonami. Otóż, tereny Biebrzańskiego Parku Narodowego można zwiedzać także z lotu ptaka. Koszt niemały, ale zapewne przeżycie też ogromne. Więcej na temat lotów balonem dowiecie się na stronach biebrza24 oraz lataniebalonem. Podlaski Szlak Bociani Wracając druga stroną rzeki, czyli trasą żółtą, ponownie wjedziecie na Podlaski Szlak Bociani (Pentowo również się na nim znajduje). Na tym szlaku leży m.in wieś Zajki, gdzie można zobaczyć starą drewnianą zabudowę. Niektóre domy zdają się już popadać w zapomnienie. Oczywiście bociany licznie się tu rozgościły. Następnie pomkniecie głównie szutrowymi oraz szosowymi drogami prosto do Tykocina. Na posiłek polecam zatrzymać się w Restauracji Zamkowej w Tykocinie, obok którego zapewne i tak będziecie przejeżdżać. Zimny kwas czy piwo smakuje w takich okolicznościach obłędnie. Już wkrótce opis kolejnej trasy z tego rejonu. Tym razem rowerem ruszymy nad samą Biebrzę. A oto wszystkie szlaki rowerowe w Biebrzańskim Parku Narodowym. Dokładne informacje możecie sprawdzić na stronie biebrzańskiego parku. A jeśli macie ochotę na większe rowerowanie na Podlasiu, koniecznie zajrzyjcie do wpisu o szlakach w Puszczy Białowieskiej:</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/rowerem-wzdluz-narwi-tykocin-pentowo-kiermusy-gora-strekowa.html">Rowerem wzdłuż Narwi: Tykocin &#8211; Pentowo &#8211; Kiermusy &#8211; Góra Strękowa</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/08/rowerem-wzdluz-narwi-tykocin-pentowo-kiermusy-gora-strekowa.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>8</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Santorini na własną rękę, czyli mini przewodnik po wyspie</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/07/santorini-na-wlasna-reke-czyli-mini-przewodnik-po-wyspie.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/07/santorini-na-wlasna-reke-czyli-mini-przewodnik-po-wyspie.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 16 Jul 2020 06:53:10 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Santorini]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje na Santorini]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Santorini]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzić na Santorini]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie nocować na Santorini]]></category>
		<category><![CDATA[komunikacja na Santorini]]></category>
		<category><![CDATA[plaże na Santorini]]></category>
		<category><![CDATA[Santorini informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Santorini na 3 dni]]></category>
		<category><![CDATA[Santorini samochodem]]></category>
		<category><![CDATA[Santorini trzy dni]]></category>
		<category><![CDATA[weekend na Santorini]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=14869</guid>

					<description><![CDATA[<p>Santorini na własną rękę? Oczywiście, że tak. Bez problemu można zorganizować taką podróż i zwiedzić Santoryn we własnym zakresie. Śmiało mogę napisać, że Santorini to chyba najpiękniejsza grecka wyspa na Morzu Egejskim. Wyspa, która ma do zaoferowania mnóstwo atrakcji. Oprócz podziwiania obłędnych widoków w romantycznych białych miasteczkach, można tutaj także udać się na szlaki trekkingowe. Takie trasy zostały wytyczone na całej wyspie, więc można ją w zasadzie zwiedzać na piechotę. Do tego przepyszne jedzenie i już mamy gotowy przepis na udany urlop czy wakacje. Jak zwiedzać Santorini na własną rękę? Jak zaplanować taką wycieczkę? Pomogą Wam w tym informacje praktyczne o Santorini, jakie zebrałam w tym wpisie. Przeczytacie o miejscach, które warto zobaczyć na Santorini, o transporcie na wyspie, noclegach oraz oczywiście o jedzeniu.  A Santorini ma się czym pochwalić, jeśli chodzi o kulinaria, więc ta podróż z pewnością pomoże Wam odkryć greckie oraz także santoryńskie smaki. &#160; Jak dostać się na Santorini Sposoby są dwa: samolot lub prom z Krety. Jeśli chodzi o połączenia lotnicze, niestety nie ma z Polski bezpośrednich rejsów. Wyjątkiem są wakacyjne loty polskich linii lotniczych LOT, które w ramach akcji #lotnawakacje włączyły także Santoryn do swojej siatki na lipiec oraz sierpień 2020 roku. Bilety na starcie akcji były dostępne w fantastycznej cenie 198 zł. Kto skorzystał z tej promocji z pewnością dobrze zrobił, bowiem taka okazja może się już nie trafić. Jeśli chodzi o standardowe połączenia lotnicze, do wyboru mamy greckie linie Aegan oraz niskobudżetow linie Ryanair. Obie opcje dostępne są tylko z przesiadką w Atenach. Warto dobrze sprawdzić rozkłady w siatkach tychże przewoźników, bowiem czasem może się opłacać zakup biletu mieszanego, czyli część trasy pokonamy Ryanairem, a część Aeganem. Oczywiście w takim przypadku w razie anulacji pierwszego odcinka pojawi się problem i trzeba będzie kombinować, by dotrzeć na przesiadkę. Ceny bywają różne. Bilet w takiej opcji za około 400-500 zł to już bardzo dobra cena. Część turystów, którzy odwiedzają Santorini, przypływa tu promem z Krety w ramach jednodniowej wycieczki. Koszt takiego rejsu to 80 EUR od osoby. Czy warto przybyć tu tylko na jeden dzień? Moim zdaniem warto. Oczywiście na Santorini spokojnie można spędzić i tydzień, i dwa. Wówczas mamy wystarczająco dużo czasu, by dobrze zwiedzić całą wyspę oraz nacieszyć się pięknymi widokami. Gdzie nocować na Santorini Skoro wybieramy się na Santorini na własną rękę, musimy także znaleźć miejsce zakwaterowania. Noclegi na Santorini w białych miasteczkach zawieszonych na klifach są drogie, choć pewnie można i tu znaleźć opcje za rozsądną cenę. Najtańsze apartamenty i hotele na wyspie znajdziecie w miejscowości Perissa. Tutaj nocowałam podczas mojej pierwszej wizyta na Santorini. W Perissie znajduje się bardzo długa czarna wulkaniczna plaża, która ciągnie się jeszcze w kolejnej wiosce. Czarny piasek może nie zachęcać do kąpieli, niemniej woda jest tutaj czysta i spokojna, a dno po przejściu odcinka z małymi kamieniami, jest piaszczyste. Z Perissy do stolicy wyspy Firy kursuje autobus, który na tej trasie jedzie dość długo, około 40-50 minut. Po prostu po drodze przejeżdża jeszcze przez inne miejscowości. Jeśli chcielibyście znaleźć niedrogi nocleg bliżej Firy polecam wioskę Karterados. Stąd do stolicy Santorynu czeka Was 20 minut marszu. Sama miejscowość jest również klimatyczna i bardzo spokojna ze świetną infrastrukturą. Znajdziecie tu i sklepy spożywcze, i dobre restauracje z lokalnym jedzeniem, a także punkt, gdzie można zakupić tzw. kebab lub gyros za kilka Euro. Sama wioska kryje w sobie stary labirynt białych uliczek z pięknymi bizantyjskimi kościołami. To właśnie w Karterados nocowałam podczas mojej drugiej podróży na Santorini. Tutaj z czystym sumieniem mogę polecić hotel Anna Pension, który zarządzany jest przez młodego chłopaka Andreasa. Pokoje są przestronne oraz czyste, wyposażone w lodówkę oraz czajnik do parzenia herbaty. W obiekcie znajduje się również ładny basen. Andreas naprawdę dba o gości i bardzo się stara, by każdy miał z pobytu jak najlepsze wspomnienia. Jeśli macie jakieś prośby czy uwagi, śmiało możecie je wyartykułować. Chłopak z pewnością znajdzie rozwiązanie. W hotelu otrzymacie mapkę wyspy z zaznaczonymi atrakcjami. Dodatkowo na recepcji wywieszony jest aktualny rozkład autobusów. Niedaleko hotelu, około 5-10 minut drogi na piechotę, znajduje się przystanek autobusowy. Hotel Anna Pension dostępny jest na bookingu oraz na aribnb. Jeśli chodzi o hotele w białych miasteczkach oraz Oia, wybór jest bardzo duży. Uwagę od razu przyciągają te z basenem, skąd rozpościera się obłędny widok na kalderę wulkanu. I za ten widok trzeba dodatkowo zapłacić, bowiem takie lokum kosztuje już konkretne pieniądze. Tańszą opcją może być hotelik w środku miasta, co i tak będzie super rozwiązaniem pod względem lokalizacji. Najlepiej sami poszperajcie na bookingu bądź airbnb, bowiem ceny zależą także od sezonu. Transport na Santorini Wygodna opcja to oczywiście wypożyczenie samochodu. Wówczas jesteśmy niezależni od rozkładu jazdy autobusów oraz dotrzemy w miejsca, w które autobusy nie docierają. Mały samochód można już dostać za około 120 zł za dobę bez pełnego ubezpieczenia. Dla niezmotoryzowanych czekają zaś autobusy firmy KTEL, którymi dotrzecie do najważniejszych atrakcji na wyspie. Uwaga, rozkład jazdy autobusów zależy od sezonu. Można go sprawdzić na stronie przewoźnika. Jednak najlepiej upewnić się już na miejscu, bowiem rozkład może zmienić znienacka, czego osobiście doświadczyłam. Autobusy są duże i wygodne, klimatyzowane. Jeśli nie wsiadacie w Firze, warto machnąć ręką na nadjeżdżający pojazd. Na trasie do autobusu wsiada się środkowymi drzwiami, a bilet nabywa się u pana biletera, który sam do Was podejdzie. Koszt przejazdu waha się od 1,60 EUR do 2,20 EUR w zależności od trasy. Oto szczegóły: Fira &#8211; Oia: 1,60 EUR Fira &#8211; Kamari: 1,60 EUR Fira &#8211; Perissa: 1,80 EUR Perissa &#8211; Fira: 2,20 EUR Lotnisko &#8211; Fira: 1,60 EUR (kursują także autobusy ekspresowe bez przystanków po drodze) Pyrgos &#8211; Fira: 2,20 EUR Fira &#8211; Akrotiri: 1,80 EUR Fira &#8211; Firostefani/Imerovigli: 1,60 EUR Fira &#8211; Vlichada: 2,30 EUR (kursuje tylko 2 razy dziennie o 7:00 oraz 14:00). Stop na Santorini? Działa, można próbować. Szczególnie w momencie, gdy okaże się, że właśnie zmienił się rozkład kursowania autobusów. Właśnie w takiej sytuacji się znalazłam i wówczas skorzystałam z podwózki zatrzymanego samochodu. &#160; Źródło: prosinger.net /santorinisecrets.com  Co warto zobaczyć na Santorini Santorini ma do zaoferowania naprawdę dużo i myślę, że może pozytywnie zaskoczyć niejednego podróżnika. Wyspa kojarzy się przede wszystkim z białymi kosmopolitycznymi miasteczkami na klifach oraz romantycznym zachodem w Oia, który zawsze pojawia się w katalogach oraz na pocztówkach. Jednak to nie wszystko. Oto moje propozycje. Białe trójmiasto Fira – Firostefani – Imerovigli Fira to stolica wyspy i największe miasto. Białe tradycyjne domy oraz bizantyjskie kościoły zawieszone na klifie to wizytówka Santorynu. Widok na wspomniany już wulkan Nea Kameni zapiera dech w piersiach. Można tu obserwować jedne z najpiękniejszych zachodów słońca na świecie. Oprócz spaceru wąskimi uliczkami, można tu zajrzeć do kilku muzeów, jak Muzeum Prehistorycznej Thery, w którym zobaczycie znaleziska z wykopalisk w Akrotiri, Muzeum Archeologiczne, Santoryńskie Muzeum Folkloru oraz Megaro Gyzi, XVII-wieczna rezydencja rodzinna, która przetrwała trzęsienie ziemi w 1956 roku. Warto także zajrzeć do Starego Portu, do którego prowadzą kręte schody lub kolejka linowa. Obowiązkowo trzeba się przespacerować brzegiem klifu do miasteczek Firostefani oraz Imerovigli. Zaprowadzi Was tam mała alejka, która rozpoczyna się w Firze. Widoki bajkowe gwarantowane. Pierwsze z nich oddalone jest od stolicy tylko o 1 kilometr. Drugie Imerovigli nazywane jest &#8220;balkonem Santorini&#8221;. Jak zapewne się domyślacie, nazwa pochodzi o usytuowania miasteczka, które niejako zwisa z klifu. Tutaj charakterystycznym punktem jest skała Skaros, na którą można wejść. Dawniej mieściła się na niej forteca. Zachód słońca w Oia (czytaj “Ija”) Na ten spektakl ściągają tu wszyscy odwiedzający Santorini. To chyba najsłynniejsze miejsce na na tej wyspie. Strategiczne punkty są tu dosłownie oblepiane przez turystów. Jednak podczas mojej drugiej podróży było zupełnie inaczej. Na początku lipcu 2020 wyspę można było zwiedzać w spokoju, bowiem turystów jest tu jak na lekarstwo. Samo miasteczko również warto zwiedzić. Wąskie uliczki, kolejny labirynt, ale już nie tylko biały. Tutaj zobaczycie o wiele więcej kolorów. To właśnie w Oia ulokowały się słynne kościółki z niebieskimi kopułami, tak dobrze znane z pocztówek. Najlepsze światło do zdjęć jest około godziny 16:00, więc warto tu przybyć właśnie o tej porze, by zostać do słynnego zachodu słońca. Pyrgos, biała perełka w środku wyspy Będąc na Santorini, koniecznie trzeba zajrzeć do Pyrgos. To malutkie miasteczko w środku wyspy leży na wzgórzu, niecały kilometr od Firy. To najwyżej usytuowana miejscowość na wyspie. Z daleka może wyglądać niepozornie, jednak to, co skrywa w sobie to prawdziwy architektoniczny skarb. Znowu czeka Was spacer wąskimi uliczkami wśród jasnych domów oraz murów. Na samej górze znajdują się pozostałości weneckiego zamku, jednego z pięciu na całym Santorynie. Roztacza się stąd piękny widok na okolice.  Koniecznie zajrzyjcie do sklepiku z pamiątkami, w którym mieszkają także koty. Właścicielka to przemiła kobieta, która dokarmia owe futrzaki i która zaangażowana jest w akcję sterylizacji kotów w Pyrgos. Kręci się tu ich niezliczona ilość. Śpią w koszykach z pamiątkami, na półkach czy na ladzie. Widać, że właścicielka sklepu bardzo o nie dba, a one mają tu fantastyczne warunki. Poza tym, w sklepiku znajdziecie mnóstwo pięknych pamiątek w atrakcyjnych cenach. Emporio, tradycyjna wioska Santorynu Usytuowana u podnóża góry Profitis Ilias tradycyjna wioska Emporio to punkt obowiązkowy. Urokliwe średniowieczne uliczki z łukami, wąskie i pokręcone, przypominają do złudzenia medynę, z tymże tutaj zamiast meczetów zobaczycie małe bielone kościoły z niebieskimi kopułami i ozdobnymi dzwonnicami. Jednakże wcale nie dominuje tu kolor biały. Domy oraz mury pomalowane zostały na jasne pastelowe kolory, szczególnie w żółtych odcieniach. Zachował się także XV-wieczny zamek, wzniesiony przez Wenecjan, z którego można podziwiać panoramę miasta. Niedaleko starej części stoi równie stara wieża Nimborio. Na zwiedzaniu starówki można spędzić od godziny aż do dwóch. Plątanina uliczek sprawia, że chce się zajrzeć w każdy kąt i zakamarek. Mesa Gonia, wioska duchów Mesa Gonia w zasadzie nie jest wymieniana na liście najważniejszych atrakcji Santorynu. I dobrze. W przeciwnym razie mogłoby zrobić się tu tłoczno. Oczywiście w ofercie lokalnych biur podróży znajdziecie wycieczkę i w to miejsce. Jest o wycieczka dla osób, chcących bliżej przyjrzeć się historii tej wyspy. Mesa Gonia nazywana jest wioską duchów. Dlaczego? Otóż dlatego, że można tu ciągle zobaczyć stare opuszczone zabudowania, które ucierpiały po trzęsieniu ziemi w 1956 roku. Stare domy zostały niejako wydrążone w skałach, często wyglądają więc jak wejście do jaskiń. Obecnie nowe zabudowanie mieszają się tu z ruinami. Nad wioską górują liczne małe kościoły, z dachów których rozlega się obłędny widok na okolicę. Mesa Gonia leży w centrum Santorini, znana jest także ze swojej tradycji winiarskiej. Otoczona jest rozległymi winnicami. Przed niszczycielskim trzęsieniem ziemi w 1956 roku, które całkowicie zniszczyło wioskę, Mesa Gonia była jednym z najważniejszych miejsc degustacji wina na wyspie. Przy wejściu do wioski można odwiedzić winnicę Canava Roussos, jedną z najstarszych winnic na wyspie, która pochodzi z 1836 roku. Jak dotrzeć do wioski Mesa Gonia? Otóż nie znajdziecie jej na mapie, na której jednak namierzycie pobliską wioskę Exo Gonia. Za wioską Exo Gonia trzeba kierować się w prawą stronę w głąb wyspy. Na pierwszy rzut oka wygląda, że nic ciekawego na swej drodze nie znajdziecie, jednak w pewnym momencie wyłoni się mały labiryncie uliczek, przy których gdzieniegdzie ciągle stoją wspomniane już ruiny zabudowań mieszkalnych. Można tutaj bez problemu dotrzeć autobusem. Najlepiej wysiąść w wiosce Exo Gonia (kierunek Kamari) lub na przystanku Mesa Gonia. Antyczna Thira, czyli pozostałości na szczycie góry Jeśli planujecie zwiedzać Santorini na własną rękę, koniecznie dodajcie do listy ruiny starożytnej Firy, położone na grzbiecie stromej góry Messavouno o wysokości 360 metrów. Do pozostałości można się dostać z dwóch miejscowości, a mianowicie albo z Perissy na piechotę, albo z Kamari na piechotę lub samochodem. Po drodze z Perissy można podejść do malutkiego białego kościoła Panagia Katefiani, skrytego w skałach. To, co tu zobaczymy, to pozostałości po osadzie, która była zamieszkiwania od IX wieku p.n.e. do 726 roku. Owe antyczne miasto zostało nazwane na cześć mitycznego władcy wyspy, Therasa. Zachowały się tu pozostałości domów, świątyń oraz agory i teatru z okresu rzymskiego i hellenistycznego. Z góry zaś roztaczają się zapierające dech w piersiach widoki. Teren jest dość rozległy, więc taka wycieczka może spokojnie zająć pół dnia. Wstęp kosztuje 6 EUR. Można także zakupić tzw. bilet kombo za 15 EUR, który ważny jest przez 3 dni i uprawnia do wejścia także do Muzeum Prehistorycznego Thery w Firze oraz do wykopalis w Akrotiri. Ruiny antycznej Firmy...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/07/santorini-na-wlasna-reke-czyli-mini-przewodnik-po-wyspie.html">Santorini na własną rękę, czyli mini przewodnik po wyspie</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/07/santorini-na-wlasna-reke-czyli-mini-przewodnik-po-wyspie.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>23</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Czerwony Kanion niedaleko Ejlatu &#8211; jak dojechać i jak wygląda szlak</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/07/czerwony-kanion-niedaleko-ejlatu-jak-dojechac-i-jak-wyglada-szlak.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/07/czerwony-kanion-niedaleko-ejlatu-jak-dojechac-i-jak-wyglada-szlak.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 01 Jul 2020 16:48:46 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat]]></category>
		<category><![CDATA[Izrael]]></category>
		<category><![CDATA[4 dni w Eilat co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje w okolicach Ejlatu]]></category>
		<category><![CDATA[ceny w Ejlacie]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Eilat]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w okolicach Ejlatu]]></category>
		<category><![CDATA[Czerwony Kanion atrakcja Ejlatu]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat ceny i koszt wyjazdu]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat plan podróży]]></category>
		<category><![CDATA[Ejlat na przedłużony weekend]]></category>
		<category><![CDATA[krótki wypad do Ejlatu]]></category>
		<category><![CDATA[weekend w Ejlacie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=14724</guid>

					<description><![CDATA[<p>Czerwony Kanion niedaleko Ejlatu to kolejny obowiązkowy punkt na mapie południowego Izraela. Red Canyon leży na pięknej pustyni Negew, zaledwie 23 kilometry od Eilatu. Patrząc na zdjęcia, skojarzenie jest jedno &#8211; Kanion Antylopy lub Rattlesnake w USA. I rzeczywiście, jego fragment do złudzenia przypomina te słynne kaniony z Arizony, zarówno kolorem, jak i strukturą. Są drabinki, są wąskie szczeliny i jest mała adrenalinka. Jak dojechać do Czerwonego Kanionu w pobliżu Ejlatu i jak dokładnie wygląda szlak, o tym dowiecie się w tym wpisie. Jeśli wybieracie się na południe Izraela, koniecznie zajrzyjcie do artykuły o Parku Timna. Gwarantuję, że będzie zachwyt. &#160; Jak dojechać do Czerwonego Kanionu z Ejlatu Opcje są cztery, choć trzy z nich najbardziej polecam: wypożyczenie auta, autobus Egged oraz wykupienie wycieczki. Można próbować także złapać stopa, choć może się to po prostu nie udać lub zająć mnóstwo czasu. Po tej drodze jeździ mało samochodów. Wypożyczenie samochodu w Ejlacie Jeśli wynajmiecie auto w Ejlacie, dojazd będzie bardzo prosty. Do Red Canyon&#8217;u prowadzi droga nr 12, która zapewni Wam także spektakularne górskie widoki. Owa droga stanowi atrakcję samą w sobie, wiedzie wzdłuż granicy z Egiptem. Do pokonania macie 23 km. W pewnym momencie, już w zasadzie pod sam koniec, trzeb odbić w prawo w szutrowa trasę, która zaprowadzi Was do parkingu, tablicy informacyjnej oraz początku szlaku. O skręcie powie Wam niepozorny drogowskaz z napisem „Red Canyon”. Oczywiście mapa Google także wskaże Wam drogę. Wstęp do Czerwonego Kanionu jest bezpłatny. O wynajęciu samochodu pisałam szczegółowo w artykule, prezentującym plan podróży do Ejlatu na przedłużony weekend. Podczas wypożyczania auta, zwróćcie uwagę, na ile kilometrów macie pozwolenie. Bardzo często jest ograniczenie. Jeśli jednak nie zamierzacie wyprawiać się gdzieś dalej, jak np. nad Morze Martwe, przyznany limit może wystarczyć. Bardzo polecam wypożyczalnię Avis w centrum Ejlatu, dokładnie przy Rotary Square. Wydanie, jak i zwrot samochodu przebiegło bezproblemowo. W cenie był nielimitowany kilometraż oraz wifi. Koszt ok. 100-120 zł za dzień z podstawowym ubezpieczeniem. Komunikacja publiczna &#8211; autobus do Czerwonego Kanionu Jak dojechać do Czerwonego Kanionu komunikacją publiczną? Tutaj jedynym rozwiązaniem jest autobus firmy Egged. Tutaj nie jest już tak prosto, choć można dojechać i w ten sposób. Na tej trasie kursuje autobus nr 392. Najlepiej powiadomić kierowcę, dokąd się jedzie, żeby nie przegapić przystanku. Stąd czeka Was jeszcze dość długie dojście od szosy do parkingu. Wycieczka zorganizowana z lokalnym biurem Opcją trzecią jest wykupienie zorganizowanej wycieczki, co będzie już bardziej kosztowne. Niemniej w cenie może być także zwiedzanie Parku Timna, który bardzo polecam. Wiele osób poleca panią Dorotę Funt, która prowadzi biuro eilat4u.pl. Kontakt do pani Doroty znajdziecie na stronie, ale podaję i tu: dorotafunt@eilat4u.pl /+972544489065. Wycieczka do Czerwonego Kanionu oraz do Parku Timna kosztuje 99 USD od osoby. Red Canyon trekking &#8211; szlak w Czerwonym Kanionie i okolicach Oczywiście zdobycie, a raczej przejście Czerwonego Kanionu to główny cel podczas wycieczki w to miejsce. Jednak na tym obszarze znajdziecie więcej szlaków i można tu spokojnie spędzić nawet cały dzień. Szlaki w Wadi Shani Czerwony Kanion leży w dolinie Wadi Shani (wadi oznacza dolinę lub łożysko rzeki). Okolica dostarcza wiele możliwości trekkingowych, bowiem na obszarze wadi poprowadzono kilka tras. Tak naprawdę Red Canyon to tylko niewielki jej wycinek. Sam szlak w Czerwonym Kanionie jest bardzo krótki i kiedy człowiek zaczyna się na wkręcać w drabinki i szczeliny, wąski kanion kończy się i trzeba zadecydować, czy ruszamy w dalszą wędrówkę innym szlakiem, czy wracamy drogą nad kanionem. Z racji ograniczonego czasu opcja, którą wybrałam to przejście szlakiem zielonym, na odcinku którego znajduje się Czerwony Kanion oraz powrót czarną pętelką oraz szlakiem niebieskim już na parking. Przejście tego odcinka zajęło mi około godziny, może nawet mniej. Jakie są inne opcje? Po przejściu Czerwonego Kanionu możecie kontynuować trekking szlakiem zielonym, i albo idziecie nim do końca aż do Wadi Raham (długie przejście), albo w pewnym momencie odbijacie na szlak czarny w południowej części Wadi Shani. Ten łączy się ze szlakiem czerwonym, którym wrócicie na parking. Na taką pętelkę trzeba przeznaczyć na pewno pół dnia, z opcją do Wadi Raham nawet więcej. A ci, którym jeszcze mało, mogą podążyć dalej szlakiem czarnym (nie odbijać w czerwony), który dalej prowadzi przez południową część Wadi Shani aż do głównej trasy. Kolejną opcją jest trekking w północnej części Wadi Shani, a celem jest Wadi Se&#8217;ifim. Ze szlaku zielonego, który prowadzi do Czerwonego Kanionu, odbijacie w lewo w czarny, by potem znaleźć się na szlaku zielonym, który doprowadzi Was do wspomnianej doliny. Sprawę na pewno ułatwi mapką na tablicy informacyjnej z zaznaczonymi trasami. Bardzo dobrze widać, gdzie można zrobić pętelkę i dokąd dany szlak Was zaprowadzi. UWAGA! Jeśli prognoza pogody na dzień Waszej wycieczki podaje opady deszczu, lepiej z trekkingu zrezygnować. Tego typu kaniony bardzo szybko ulegają zalaniu i mogą stanowić śmiertelną pułapką. W tym rejonie zdarza się to bardzo rzadko, ale jednak trzeba o tym pamiętać, by niepotrzebnie nie ryzykować. Jak wygląda szlak w Czerwonym Kanionie &#8211; jaki jest stopień trudności Z parkingu należy ruszyć szlakiem zielonym. Ten prowadzi najpierw przez mały kanion, by potem otworzyć się na łożysko rzeki. I właśnie przez taki teren wiedzie początek trasy. Oświetlone słońcem piaskowe skały przybierają przepiękne kolory, od żółtego, przez pomarańczowy i różowy, momentami aż po czerwony. W pewnym momencie dotrzecie do miejsca, skąd odchodzi szlak niebieski. Wy jednak dalej podążajcie zielonym. Dojdziecie w końcu do rozstępujących się skał. Szczelina pomiędzy nimi prowadzi właśnie do Czerwonego Kanionu. Schodzi się coraz niżej i głębiej aż w końcu dociera się do pierwszej drabinki. &#160; I tu zaczyna się cała zabawa. Drabinki, klamerki i przeciskanie się między skałami, aż dotrzemy na samo dno Czerwonego Kanionu. Ta część trasy nie jest trudna, wymaga jedynie zręczności przy pokonywaniu kolejnych partii. Tutaj można poczuć się jak w małym skalnym labiryncie, który jednak dość szybko się kończy. Pozostaje ogromny niedosyt i pojawia się mała dezorientacja i powątpiewanie, czy to oby na pewno już koniec tego niesamowitego odcinka. Tak! To koniec Czerwonego Kanionu, o czym powie Wam także tablica informacyjna postawiona na wyjściu ze tej ogromnej szczeliny. I teraz, albo podążycie dalej szlakiem zielonym, albo odbijecie w prawo na szlak czarny, którym wrócicie na parking. I tu zaczyna się prawdziwy zawrót głowy. Niektórzy mogą poczuć, jak uginają im się kolana w obliczu wysokości oraz ekspozycji. W zasadzie jest tu jeden taki ekstremalny moment. Najpierw trzeba podejść pod górę wzdłuż umieszczonych tu łańcuchów. Potem kawałeczek wzdłuż krawędzi kanionu, by dotrzeć do odcinka, który może u niektórych znacznie podnieść poziom adrenaliny. Przyznaję, że ja w tym miejscu zastanawiałam się dobrych parę minut zanim ruszyłam do przodu. Chodzi o to, że trzeba pokonać wąskie przejście przy samej skale z dużą ekspozycją, by dojść do metalowej drabinki. Ta z kolei zaprowadzi Was już na prostą ścieżkę, prowadzącą wzdłuż kanionu. W pewnym momencie z czarnego szlaku schodzi się ponownie na zielony, gdzie za kilkanaście metrów można odbić w niebieski. Ten także kończy się przy parkingu. A co jeszcze można robić w Ejlacie i okolicach? O tym przeczytacie we wpisie: &#160;</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/07/czerwony-kanion-niedaleko-ejlatu-jak-dojechac-i-jak-wyglada-szlak.html">Czerwony Kanion niedaleko Ejlatu &#8211; jak dojechać i jak wygląda szlak</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/07/czerwony-kanion-niedaleko-ejlatu-jak-dojechac-i-jak-wyglada-szlak.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Jak zwiedzać Timna Park &#8211; co warto tam zobaczyć i jaką trasę zrobić</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/06/jak-zwiedzac-timna-park-co-warto-tam-zobaczyc-i-jaka-trase-zrobic.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/06/jak-zwiedzac-timna-park-co-warto-tam-zobaczyc-i-jaka-trase-zrobic.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 07 Jun 2020 18:47:57 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat]]></category>
		<category><![CDATA[Izrael]]></category>
		<category><![CDATA[4 dni w Eilat co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje w okolicach Ejlatu]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Eilat]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć w okolicach Ejlatu]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat ceny i koszt wyjazdu]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat plan podróży]]></category>
		<category><![CDATA[Ejlat na przedłużony weekend]]></category>
		<category><![CDATA[krótki wypad do Ejlatu]]></category>
		<category><![CDATA[parki narodowe w Izraelu]]></category>
		<category><![CDATA[weekend w Ejlacie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=14424</guid>

					<description><![CDATA[<p>Timna Park w Izraelu to ogromne pozytywne zaskoczenie i według mnie punkt obowiązkowy podczas wypadu do Ejlatu. Oto za sprawą tego miejsca możecie przenieść się niejako do amerykańskich stanów Arizona, Utah czy Nevada i podziwiać krajobrazy podobne do tych w Dolinie Śmierci, w parku Arches czy Valley of Fire. Nawet sama infrastruktura oraz organizacja zwiedzania również wygląda podobnie jak w Stanach. I ma to swoje uzasadnienie. Park został przygotowany dla turystów przez organizacje powiązane z USA oraz rodzinę Chudnow także z tego kraju. Oczywiście to ciągle jest Izrael, a piękno tego miejsca jest wyjątkowe. Księżycowe krajobrazy powalają już na wjeździe i oto czujecie, że szczękę zbieracie wprost z podłogi. Jak zwiedzać Timna Park? Co koniecznie trzeba zobaczyć? Jaką trasę zrobić i ile przeznaczyć na to czasu? O tym już za chwilę. Park Timna to narodowy park archeologiczno-geologiczny. Swą nazwę wziął od doliny na tymże obszarze. Leży ona w południowej części pustyni Negew. Teren parku jest bardzo duży, cały obszar wynosi aż 60 km². Jeśli spojrzycie na mapę, zobaczycie, iż wspomniana Dolina Timna posiada kształt podkowy. Jest ona otoczona monumentalnymi klifami, z których rozciąga się obłędny widok na cały teren. Podczas zwiedzania można wejść na kilka punktów widokowych. Zobaczycie tu także wiele niesamowitych formacji skalnych oraz starożytne kopalnie. Egipskie postaci, witające Was po drodze do parku również nie pojawiły się tu bez powodu. W całym parku można zobaczyć starożytne kopalnie miedzi oraz szyby górnicze, a także pozostałości po piecach do wytopu z czasów starożytnego Egiptu. Miedź była pierwszym metalem używanym do tworzenia narzędzi domowych, broni, kosztownych ozdób oraz przedmiotów kultu, więc znaczenie Doliny Timna w starożytnym świecie było ogromne. Jeśli planujecie wypad na kilka dni do Ejaltu, koniecznie sprawdźcie moją propozycję planu: &#160; Timna Park można zwiedzić w pół dnia, ale można także spędzić tu spokojnie i cały dzień. Dla prawdziwych eksploratorów dobrą opcją mogą być trzy dni, tyle właśnie ważny jest bilet wstępu. Jak poruszać się po parku? Opcję są trzy: samochodem, rowerem zwykłym bądź elektrycznym, który można wypożyczyć na miejscu oraz na nogach, choć ten wybór zdaje się być najmniej optymalny. Po pierwsze, obszar jest bardzo duży, więc zajmie Wam to mnóstwo czasu. Po drugie, będzie to bardzo wyczerpujące, szczególnie gdy traficie na izraelskie upały. Jak dojechać do Timna Parku z Ejlatu Jeśli dysponujecie samochodem, dojazd jest niezwykle łatwy, szybki i przyjemny. Do pokonania macie 30 km drogą główną numer 90. Po prawej stronie w pewnym momencie miniecie międzynarodowe lotnisko Ramon. Po 11 km trzeba będzie skręcić w lewo w boczną drogę. Egipskie figury wskażą Wam miejsce skrętu. Stąd za kilka kilometrów będziecie już na miejscu. Inaczej sprawa ma się z dojazdem transportem publicznym. Nie jest to opcja niemożliwa, jednak na pewno bardziej mozolna i czasochłonna oraz trochę ryzykowna, jeśli chodzi o powrót. Z Ejlatu autobusem firmy Egged (nr 394 oraz 397) dotrzecie do wypomnianego już skrzyżowania przy egipskich figurach. Przystanek ten nazywa się Elifaz Park Timna 90 (nie pomylcie go z Timna Junction). Stąd jednak do parku trzeba już pofatygować się na piechotę, a do pokonania jest niecałe 3 km. Autobusy odjeżdżają z głównego dworca autobusowego w Ejlacie. Bilety kupicie w kasie lub u kierowcy. Z namierzeniem przystanku na trasie nie powinniście mieć problemu, bowiem w autobusie zamontowane są wyświetlacze z ich nazwami. Przed każdym przystankiem jest również wydawany komunikat po angielsku. Przejazd trwa 20 minut i pamiętajcie, by w odpowiednim momencie wcisnąć przycisk STOP. Możecie oczywiście poinformować kierowcę, dokąd jedziecie i poprosić, by wysadził Was tam, gdzie trzeba. Bilet kosztuje 14,5 ILS (16 zł). Lepiej także nie planować powrotu ostatnim autobusem, bowiem jeśli będzie zapełniony, kierowca może się nie zatrzymać. Dla pewności przed wypadem do parku sprawdźcie aktualny rozkład autobusów oraz ich numery już na miejscu. Jeśli chcecie się dowiedzieć, gdzie i za ile wypożyczyć samochód w Ejlacie, zajrzyjcie do wpisu z praktycznymi informacjami: &#160; &#160; Timna Park Visitor Center &#8211; pierwszy przystanek w parku To tutaj dowiecie się, jak zwiedzać Timna Park oraz zakupicie bilet wstępu. W budynku mieści się mały sklep, toaleta, punkt informacji oraz kasa. Przy nabyciu wejściówki otrzymacie także mapkę parku (dostępna także w języku polskim!) oraz wskazówki, jak poruszać się po całym terenie i przy których punktach warto się zatrzymać. Otrzymacie także coś w rodzaju kuponu na małą pamiątką, którą na ostatnim przystanku, czyli na terenie restauracji, zrobicie własnoręcznie. A będzie to mała buteleczka, do której wsypiecie kolorowy piasek z Timna Parku. W Visitor Center można także obejrzeć różne ryciny skalne znalezione w Dolinie Timna oraz w jej okolicy. Umożliwia to zorganizowana tu mała wystawa. Tutaj także możecie wypożyczyć rower, jeśli w ten sposób chcecie eksplorować teren. Do wyboru są dwie opcje, rower standardowy oraz o napędzie elektrycznym. Wiadomo, cena za ten drugi jest wyższa, jednak wiele osób decyduje się właśnie na elektryka z racji pofałdowania terenu oraz ze względu na terenowy charakter szlaków rowerowych. Więcej informacji znajdziecie na oficjalnej stronie parku. Oto ceny za wstęp oraz wypożyczenie roweru w Timna Parku: bilet normalny &#8211; 49 ILS (55 zł), bilet dla dzieci (3-14 lat) oraz studentów &#8211; 39 ILS (44 zł), bilet dla seniorów &#8211; 34 ILS (39 zł), wypożyczenie zwykłego roweru na pół dnia &#8211; 60 ILS (68 zł), wypożyczenie roweru elektrycznego na 4 godziny &#8211; 85 ILS (90 zł). Godziny otwarcia: Nd.-Cz. oraz Sob. 08:30-16:30, Pt. 08:00-15:00, święta oraz lipiec/sierpień 08:00-15:00. Zatem co koniecznie trzeba zobaczyć w Timna Park i w jakiej kolejności? Podpowiedzi znajdziecie na mapce z Visitor Center oraz poniżej w artykule. Spiralne Wzgórze (Spiral Hill) To pierwszy przystanek na trasie zwiedzania w Timna Parku. Auto trzeba zaparkować na poboczu i wyznaczonym szlakiem niebieskim można udać się pod samo wzgórze. Jednak nie myślcie o wspinaczce na spiralę. Jest to zabronione oraz niebezpieczne. Krucha skała może się po prostu zawalić. Jak się domyślacie nazwa tego wzgórza pochodzi od spirali, która wije po skale, jak spiralne schody. Jest to pierwszy przykład różnorodności kształtów i rzeźb, stworzonych przez naturalne siły erozji. Grzyb i Pół (A Mushroom and a Half) z punktem widokowym Przybywając do parku o tym grzybie nie słyszałam, aż dziwne. To mniej znana formacja o grzybowym kształcie, choć wcale nie mniej piękna od swej sławnej siostry. Powstała na skutek wiatru oraz erozji. Nie widać jej z drogi, kryje się za skalną ścianą. Trzeba wdrapać się na małą górkę, by naszym oczom ukazał się obłędny widok na dolinę oraz wspomniane &#8220;półtora grzyba&#8221;. Do formacji można dojść wydeptaną ścieżką i z bliska przyjrzeć się temu cudowi natury. Czerwony piaskowiec, z którego powstały owe skalne grzyby, zawiera zaokrąglone kamyki, które zostały tu sprowadzone z bardzo daleka przez starożytne prądy powietrzne. Widać tu zróżnicowanie kolorów. Czerwony piaskowiec bowiem umieszczony jest na starożytnych ciemnych skałach magmowych, które można zobaczyć wokół. Z tego samego materiału powstały również Filary Salomona oraz Wzgórze Spirali. Zauważycie tu także dalszy szlak, który wiedzie przez dolinę&#8230; jeśli macie czas, zachęcam do spaceru na tym odcinku. Widoki powalają. Czy tak wygląda Mars, a może Księżyc? Jeśli jednak musicie się sprężyć, panoramą doliny można się podelektować na postawionej tu ławeczce. Grzyb (The Mushroom) oraz osada egipskich hutników Tę formację śmiało można nazwać gwiazdą tej doliny. To ona zazwyczaj pojawi się na zdjęciach, gdy będziemy szukać informacji o Timna Parku. To kolejna skała w kształcie grzyba. Ta unikalna naturalna rzeźba powstała w wyniku erozji czerwonego piaskowca. Jej kształt został stworzony przez szybszą erozję dolnej części skały. Tej formacji również nie widać z drogi, informuje o niej znak z figurami Egipcjan oraz hieroglifami. Tak, to miejsce odgrywało niegdyś bardzo ważną rolę w Egipcie faraonów. Datuje się je na XIV-XII wiek p.n.e. Mieściła się tu osada egipskich hutników, którzy zajmowali się wytopem miedzi. Za znakiem znajduje się platforma z tablicami informacyjnymi, skąd roztacza się kolejny piękny widok na dolinę. Naprzeciwko grzybowej formacji znajdziecie pozostałości po dawnym obozie hutniczym. Zachowało się tu niewiele, jednak dowiecie się na czym polegał proces wytopu miedzi oraz jak wyglądało główne narzędzie. Chodzi o starożytny piec z okresu egipskiego w Dolinie Timna z XIII-XII wieku p.n.e. Produkcja 1 kg miedzi w takim piecu wymagała około 5 kg rudy miedzi, 20 kg rudy żelaza oraz 50 kg węgla drzewnego. Rozproszone tu czarne kamienie są miedzianymi odpadami, czyli żużlem. Piec składał się z dolnej części, rury do powietrza oraz otworu, z którego wypływał żużel. Jeden proces wytopu trwał od 10 do 12 godzin, a w jego wyniku wytwarzano 5 kg miedzi. Zobaczyć tu także można pozostałości świątyni, która miała służyć hutnikom. Z tego miejsca możecie udać się na kolejny punkt widokowy. Prowadzi on na szczyt najbliższej góry, skąd roztacza się niesamowity widok na większą część parku. Rydwany (the Chariots) &#8211; petroglify (ryty naskalne) W tym miejscu do zobaczenia są dwie bardzo stare grupy rytów naskalnych z XIV &#8211; XII wieku p.n.e. (okres egipski). Do tego znajdują się tu także dawne szyby górnicze. Przyznam szczerze, że spodziewałam się spektakularnych dużych malunków, widocznych już z daleka. Jednak na pierwszy rzut oka nie widać tu nic. A i na drugi też trzeba dobrze się przyglądać. W zidentyfikowaniu rytów pomagają postawione tu tablice, które pokazują, gdzie jakiego kształtu można się dopatrywać. Pierwsza grupa petroglifów znajduje się tuż obok siebie w wyższej partii skał, do której trzeba się nieco wdrapać po kamieniach. Przedstawiają one ludzką działalność oraz dziką przyrodę w starożytnych czasach. I tak np. można tu dostrzec polowanie na koziorożce oraz strusie za pomocą lasso oraz bumeranga. Myśliwi to pracownicy tutejszych kopalni miedzi w Nowym Państwie starożytnego Egiptu (XIV-XII wiek p.n.e.). Druga grupa rytów znajduje się niżej i dalej wewnątrz skał. Prowadzi do nich specjalnie przygotowana kładka. Zdawać się może, że tutaj rysunki są lepiej zachowane. Mimo to także i tu ustawiono pomocnicze i objaśniające tablice. Na ścianie wewnątrz wąwozu znajdują się rysunki egipskich rydwanów obok sceny z polowania. Łuki (the Arches) oraz starożytne kopalnie (the Ancient Mines) To jedno z moich ulubionych miejsc w Timna Parku, czyli słynne Łuki (the Arches). Jak sama nazwa wskazuje jest ich więcej niż jeden, a mianowicie takie skalne formacje są tu dwie. Jedna większa, druga mniejsza. By je zdobyć, trzeba pokonać różne drabinki oraz klamerki, więc trochę adrenaliny Was tu czeka, a i zabawa przednia. A widoki? Wiadomo obłędne! Stąd odchodzi także szlak do dawnych kopalni miedzi, więc jeśli macie czas, można wybrać się na mały trekking. Pierwszy Łuk jaki tu zobaczycie to The Great Arch, czyli Wielki. Ten widoczny jest już z daleka. Robi wrażenie zarówno z dołu, jak i z samej góry. Do wnętrza prowadzą metalowe klamerki, zejście zaś odbywa się po pionowej metalowej drabince. Następnie czeka Was przejście wąskim wąwozem i jesteście w punkcie wyjścia. Łuk Mały znajduje się w pobliżu Wielkiego, jednak nie jest widoczny z doliny. Jeśli więc ktoś nie wie, że coś jeszcze się tu kryje (bo przeoczy informację na tablicy), może przegapić to miejsce. Zdecydowanie warto zdobyć i ten. Drabinki, klamerki są i tutaj. Zarówno wejście, jak i zejście podniesie Wam trochę adrenalinę i pozostawi niedosyt. By znaleźć wejście na Mały Łuk, musicie szukać drabinek po prawej stronie od Wielkiego, stojąc do niego przodem. Pierwszy odcinek prowadzi dość ostro pod górę, by potem przejść w platformy i drabinki. W zasadzie dopiero po zejściu Mały Łuk można zobaczyć w całej krasie. Oba łuki powstały z piaskowca, są więc wyjątkowym wyrazem kreatywności Matki Natury. Jak już wspomniałam, w pobliżu znajdują się pozostałości najstarszych kopalni miedzi na świecie. Filary Salomona (the  Solomon’s Pillars) oraz świątynia Hathory (the Hathor Temple) Filary Salomona w Timna Parku to punkt obowiązkowy, już z daleka robią ogromne wrażenie. Wiem, powtarzam się, ale naprawdę wszystko tutaj zachwyca. Powstały z tego samego piaskowca, z którego zostały utworzone skalne formacje grzybów. Filary są naturalną częścią ściany klifu. Takie ukształtowanie krajobrazu powstało w wyniku erozji wzdłuż pęknięć w twardym czerwonym piaskowcu. Nazwa tego miejsca pochodzi oczywiście od króla Salomona. Jednak jest ona myląca, bowiem okoliczne kopalnie wcale nie powstały na jego polecenie. Była to błędna teoria, która jakiś czas tu obowiązywała. Koniecznie trzeba wdrapać się na górę, skąd rozciąga się niesamowity widok i gdzie zobaczyć można wyryty w skale rysunek powstały w XII w.p.n.e. Przedstawia on faraona Ramzesa III, składającego ofiarę bogini Hathor. Wejście na górę nie jest takie trudne. Schodki oraz barierki pomagają i zabezpieczają trasę. A z góry można podziwiać kolejne spektakularne widoki. Krótki trekking prowadzi...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/06/jak-zwiedzac-timna-park-co-warto-tam-zobaczyc-i-jaka-trase-zrobic.html">Jak zwiedzać Timna Park &#8211; co warto tam zobaczyć i jaką trasę zrobić</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/06/jak-zwiedzac-timna-park-co-warto-tam-zobaczyc-i-jaka-trase-zrobic.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Najpiękniejsze cerkwie Podlasia spoza utartego szlaku</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/najpiekniejsze-cerkwie-podlasia-spoza-utartego-szlaku.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/najpiekniejsze-cerkwie-podlasia-spoza-utartego-szlaku.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 31 May 2020 18:05:42 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Podlasie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Podlasia]]></category>
		<category><![CDATA[ciekawe miejsca na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[drewniane cerkwie na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[podlaskie cerkwie które zobaczyć]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=14095</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wybieracie się na Podlasie? Jeśli tak, z pewnością w swoim planie uwzględnicie kolorowe cerkwie prawosławia. A nawet jeśli nie, to i tak na nie traficie. Które warto zobaczyć? Które są najpiękniejsze? Zawsze mam problem z odpowiedzią na to pytanie, gdyż mnie urzekły niemalże wszystkie, które do tej  pory odwiedziłam. Warto zajrzeć także do środka, gdzie czeka na Was bogactwo starych ikon i zdobień. Najbardziej znane prawosławne świątynie na Podlasiu znajdziecie w takich miejscowościach, jak Trześcianka, Puchły czy Narew. Jednak z pewnością nie są to wszystkie, które polecałabym odwiedzić. Oto leci odo Was lista najpiękniejszych cerkwi Podlasia spoza utartego szlaku. Ile cerkwi jest na całym Podlasiu? Jeśli zliczyć je wszystkie, wyjdzie około 150 takich obiektów. Co wiemy o wyznaniu prawosławnym? W większości prawosławni chrześcijanie na Podlasiu modlą się w języku prawosławno-słowiańskim. Jedynie w kilku miejscach liturgia odprawiana jest po polsku. Kościół prawosławny nie uznaje papieża i nie ma odpowiednika w swojej organizacji. Każdy lokalny kościół jest niezależny, ma własne ustawodawstwo, sądownictwo i hierarchię. Prawosławni wierzący nie uznają dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej, postrzegają pochodzenie Ducha Świętego inaczej niż katolicy. Ortodoksyjni kapłani mogą, ale nie muszą, zakładać rodziny. Jeśli chcą to zrobić, muszą się ożenić przed święceniami. Natomiast biskupi oraz mnisi są związani celibatem. Więcej na ten temat przeczytacie na stronie Białystok subiektywnie. A oto najpiękniejsze cerkwie Podlasia, które rzadziej są odwiedzane przez turystów lub leżą gdzieś dalej na szlaku. Jeśli planujecie zwiedzanie Podlasia i interesuje Was architektura cerkiewna, koniecznie zobaczcie i tę listę: &#160; To prawdziwa podlaska perełka i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Soczyście niebieską cerkiew znajdziecie między Tokarami a Koterką. Świątynia stoi przy samej granicy z Białorusią. Ukryta jest w malowniczym Uroczysku Koterka. To miejsce to punkt obowiązkowy, mimo że nie jest po drodze do żadnej innej podlaskiej atrakcji. Jeśli macie zamiar odwiedzić świętą górę Grabarkę, to do Koterki będzie już niedaleko. Cerkiew została wzniesiona w 1912 roku. Tutaj w 1852 roku mieszkance wsi ukazała się Matka Boska. Jest to miejsce prawosławnych pielgrzymek oraz wielu cudownych uzdrowień. Miejsce to przez okolicznych mieszkańców nazywane jest małą Grabarką ze względu na cudowną wodę w źródełku. Ma ona podobno właściwości lecznice. W 1948 roku nastąpił nowy podział graniczny, wytyczono granicę polsko-radziecką. Po przeprowadzeniu tej linii cerkiew znalazła się tuż przy granicy z ZSRR, a tamtejsza część wsi została przemianowana na Takari. Wówczas świątynia stała się cerkwią parafialną, leżącą praktycznie na środku wsi Tokary. Z czasem okoliczne wsie zaczęły się wyludniać. Mimo to cerkiew w Koterce pozostała ważnym celem pielgrzymkowym do czasów obecnych. Cerkiew w Rogaczach jest także w kolorze soczystej niebieskości. Pochodzi prawdopodobnie z XIX wieku, a jej poprzedniczka niestety nie dotrwała do czasów obecnych. Ta, którą dziś możemy podziwiać, została przywieziona w 1873 roku z Dubin koło Hajnówki. Jakiś czas temu przeszła gruntowny remont, co widać już z daleka. Jej żółtawą elewację przemalowano na piękny błękit. W parafii czczony jest Antoni Pieczerski, święty mnich, asceta, pustelnik oraz święty Kościoła prawosławnego. Sama wieś Rogacze wprowadzi Was w iście sielski klimat. Cisza, spokój i tylko czasem ktoś popędzi krowy drogą czy przejedzie na rowerze. Można tu dojechać leśną szosą od strony Milejczyc lub szutrówką przez Mikulicze, by potem brukowaną ulicą dotrzeć do rohackiej cerkwi. Z wybudowaniem cerkwi wiąże się pewna legenda. Właściciel tutejszych ziem pewnego dnia na drzewie znalazł ikonę św. Antoniego Pieczerskiego. Oczywiście według niego w tym miejscu przemówił do niego Bóg i w ten sposób poprosił o wzniesienie cerkwi, co też uczynił. Ikona świętego stała się obiektem kultu w Rogaczach oraz okolicy. Podobno dochodziło tu do uzdrowień. W 1872 roku w cerkwi wybuchł pożar. Cudowna ikona jednak ocalała, została bowiem w tym czasie oddana do konserwacji. Niestety podczas bieżeństwa obraz wywieziono z kraju w głąb Rosji, skąd już nigdy nie powrócił. Zachowała się jedynie srebrna ryza, która niegdyś przykrywała ikonę i która podobno nadal posiada uzdrowicielską moc. Jak przy każdej cerkwi, tak i tu, zobaczycie mały cmentarz. Ten w Rogaczach pochodzi z XIX wieku, a więc z początków funkcjonowania cerkwi. Obecnie w środku cerkwi znajduje się nowa ikona Antoniego Pieczerskiego, stworzona przez mnicha Archipa z monasteru w Żyrowicach. Zobaczycie tu także przepiękny ikonostas. W Werstoku czeka na Was kolejna cerkiewna perełka, którą jest niebieska cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego. Kiedyś była to świątynia pod innym wezwaniem, a mianowicie Zaśnięcia Bogurodzicy. Świątynia jest pięknie położona tuż przy samym lesie. Możecie do niej dotrzeć podczas jednodniowej wycieczki rowerowym szlakiem żółtym z Białowieży. Oczywiście samochodem też się da, 40 minut jazdy ze stolicy krainy żubra i możecie podziwiać jedną z najpiękniejszych cerkwi Podlasia. Obecna cerkiew to prawdziwy zabytek (wpisana jest do rejestru zabytków). Została ufundowana w 1769 roku, a sto lat później doczekała się kapitalnego remontu, podczas którego dobudowano zakrystię oraz dodano ikonostas. W kolejnych latach powstała kruchta oraz dzwonnica. Kolejny gruntowny remont przeszła nie tak dawno, bo w latach 2013-2015. Tym razem udało zajrzeć się do środka, który kryje w sobie przepiękne ikony z 2. połowy XVIII wieku. Przedstawiają one świętych, Hołd Pasterzy oraz proroków Mojżesza i Aaatona, a także sceny z życia Chrystusa. Zarówno sama wieś Kuraszewo, jak i stojąca w niej cerkiew, mają bardzo ciekawą historię. Brązowa cerkiew w Kuraszewie z niebieskimi kopułami została wniesiona w 1868 roku, a za kilkanaście lat rozbudowana. Pojawiła się tu dodatkowo dzwonnica. Przez krótki czas cerkiew został przejęta przez Kościół rzymskokatolicki. Obecnie cerkiew figuruje w rejestrze zabytków. Na tyłach cerkwi znajduje się cmentarz prawosławny. Wyobraźcie sobie, że historia Kuraszewa sięga aż starożytności. Skąd to wiadomo? Takich informacji dostarczyły kurhany z okresu rzymskiego, a więc z IV i V wieku naszej ery. Są tu one nazywane &#8220;Zamczyskiem&#8221;. Do tego odnaleziono tu cmentarzysko szkieletowe z XI-XII wieku. Pierwsze wzmianki w dokumentach o wsi Kuraszewo pochodzą z 1576 roku. Mieszkańcy Kuraszewa słyną z walki o swoje prawa, z tego, że są uparci i zawsze dochodzą sprawiedliwości. Znana jest historia z XVIII wieku, kiedy to do sądu podali samego hetmana wielkiego koronnego Jana Klemens Branickiego. Zarzuty dotyczyły wyzysku i obciążania za wysokimi podatkami. I wiecie co? Sprawę wygrali. Na tę trochę niepozorną cerkiew trafiłam zupełnie przypadkiem, to znaczy przejazdem. Jest inna niż wszystkie, bowiem kolor żółtawy raczej nie jest spotykany na podlaskim szlaku. Cerkiew w Lewkowie Starym jest naprawdę wiekowa i stanowi prawdziwą perełkę, jeśli chodzi o zabytki. Pierwsze wzmianki o prawosławnej świątyni w tym miejscu pochodzą aż 1505 roku. Natomiast cerkiew, którą możemy podziwiać obecnie, została zbudowana niewiele później, bo w 1574 roku. Fundatorem była rodzina Kniaziów Masalskich, bardzo wówczas zamożna. Ich włości sięgały aż do Puszczy Białowieskiej, więc był to ogromny teren. To prawdziwy ewenement, że tak stary drewniany obiekt sakralny prawosławia zachował się do teraźniejszych czasów. W drugiej połowie XIX wieku przy cerkwi funkcjonowała szkoła, a więc pełniła ona także rolę oświatową. Wówczas na tym terenie istniało kilka takich ośrodków. Wybuch I Wojny Światowej przyniósł masowe wysiedlenia. Bieżeńcy przez kilka lat przebywali w dalekiej Rosji. Okres II Wojny Światowej też odcisnął swe piętno na tutejszej parafii. Wszystkie parafialne wsie zostały spacyfikowane za współpracę z partyzantami. Młodych ludzi wywieziono na przymusowe roboty do III Rzeczy, z pozostałych stąd wygnano na okoliczne tereny. Po zakończeniu wojny część mieszkańców (niektórzy znaleźli się w ZSRR) powróciła, wsie odbudowano. Jakiś czas temu elewacja cerkwi w Lewkowie Starym była w kolorze białym, co również jest tu niespotykane. W 2004 roku ściany zewnętrzne zostały odmalowane, a rok później świątynia została odnowiona także i we wewnątrz. Musicie przyznać, że nazwa tej cerkwi jest dość ciekawa. Niebieska cerkiew w Szczytach-Dzięciołowo też już ma swoje lata, a w zasadzie stulecia. Wybudowana ją w 1785 roku, a ufundował ja Jan Węgierski, polski szlachcic, szambelan i podkomorzy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Waszą uwagę z pewnością zwróci stara drewniana dzwonnica. Obok cerkwi stoi barokowy pomnik, jednak nie przedstawia on fundatora, a św. Jana Nepomucena. Figura jest jeszcze starsza niż sama cerkiew. Została tu postawiona w 1758 roku. Mniej więcej sto lat później cerkiew przeszła w prawosławne ręce (wcześniej była tu parafia greckokatolicka), więc nastąpiły zmiany w jej wnętrzu. Zamiast ołtarza oraz ambony pojawił się ikonostas. Budynek był wielokrotne remontowany, ostatnio w 1993 roku. Obok cerkwi znajduje się grzebalny cmentarz. Cerkiew dostępna jest dla zwiedzających, więc warto zajrzeć do środka, bowiem tam podziwiać można wiekowe ikony, namalowane jeszcze przez malarza, który swoje prace tworzył dla hetmana Branickiego. Pierwsze informacje o wsi pochodzą z początku XVI wieku, jednak życie kwitło to wiele wieków wcześniej. Świadczyć o tym mogą znajdujące się niedaleko średniowieczne cmentarzyska. Nazwa wsi pochodzi prawdopodobnie od bojarskiego rodu Szczytowiczów, do których należała w 1520 roku. W XVIII wieku dobra te zakupił hetman koronny  Jan Klemens Branicki, który ufundował tu cerkiew unicką, a także sprowadził posąg św. Jana Nepomucena dłuta Chrystiana Redlera. W latach 80-tych Branicki przekazał Szczyty szambelanowi jego dworu podkomorzemu nadwornemu Janowi Węgierskiemu. Ten w 1785 roku ufundował stojącą po dzień dzisiejszy cerkiew p.w. Ścięcia Głowy św. Jana Chrzciciela. Do wyposażenia tej cerkwi (również w obrządku unickim) zatrudniono malarzy, działających na dworze Branickich. Dzwonnicę dobudowano w 1849 roku.  O tej świątyni wspominałam już w pierwszym moim wpisie o kolorowych cerkwiach na Podlasiu. A to za sprawą soczyście żółtej cerkwi św. Apostoła Jana Teologa, która stoi niemalże po sąsiedzku. Jak to się stało, że Nowoberezowo otrzymało aż dwie prawosławne świątynie? Niewątpliwie te dwa obiekty sakralne są ciągle miejscem modlitwy i obrzędów. Biała murowana cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego z zielonymi kopułami została zbudowana w drugiej połowie XIX wieku (w latach 1873–1876) na potrzeby parafii prawosławnej. Do budowy nowej cerkwi skłonił mieszkańców bardzo zły stan starszej cerkwi drewnianej. Nowa sakralna budowla miała być mocniejsza, wzniesiona z trwalszych materiałów. Pojawiły się fundamenty oraz tynk. W większości wyposażenie jej wnętrza pochodzi z XX wieku, jednak znajdują się tam również artefakty z wieku XVII. To także cerkiew murowana, podobna kolorystycznie do tej w Nowoberezowie. Elewacja także biała, zaś kopuły niebieskie. Może przypominać greckie kościoły w takich właśnie barwach. Zbudowano ją w w drugiej połowie XIX wieku, kiedy jej poprzedniczka, cerkiew św. Mikołaja, stała się zbyt mała, by pomieścić wiernych. Prawosławie na tych terenach, a szczególnie w Kleszczelach, obecne było już w XI wieku, kiedy to ówczesne plemiona ruskie zasiedliły te rejony. Pierwsza dokumentacja o cerkwi w tejże wsi pochodzi z 1560 roku, jednak nie chodzi tu o cerkiew pw. Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny, a o starszą jej poprzedniczkę. Jeśli macie możliwość, zajrzyjcie do środka. Tam zobaczycie wiekową ikonę św. Mikołaja, która posiada podobno uzdrowicielską moc. Ocalała ona ze zniszczonej cerkwi św. Mikołaja podczas I wojny światowej. Ikona przedstawia całą postać świętego w stroju biskupa z czarnymi krzyżami na białym tle. W dłoniach trzyma on czerwoną chustę. Traficie tutaj, jadąc trasą z Werstoku przez Dubicze Cerkiewne oraz Orlę. Soczyście niebieska cerkiew w Parcewie nie jest ulokowana przy samej ulicy, a w głębi na cmentarzu. To dawna cerkiew greckokatolicka, która w 1839 roku stała się świątynią prawosławną. Stopniowo dobudowywano do niej kolejne części, takie jak kruchta z dzwonnicą. Obecnie wpisana jest do rejestru zabytków, bowiem ta drewniana cerkiew o zrębowej konstrukcji pochodzi z przełomu wieków XVIII i XIX. Co ciekawe Parcewo, które niegdyś nosiło nazwę Piotrowo, powstało na gruntach miejskich i jej mieszkańcy posiadali status mieszczan (była to tzw. wieś miejska lub przedmieścia). Nie musieli oni odpracowywać też pańszczyzny i oddawać części inwentarza na rzecz panów. Także i tutaj w drugiej połowie XIX wieku otworzono szkołę i była ona pierwszym takim ośrodkiem w powiecie bielskim. Cerkiew w Rajsku jest także soczyście niebieska, jednak odcień elewacji jest tu ciemniejszy, wręcz kobaltowy. Została zbudowana na początku XX wieku, jednak nie w Rajsku, a w miejscowości Poturzyn (Lubelszczyzna). W roku 1947 roku miało miejsce wysiedlanie ludności prawosławnej ze wsi pod hasłem Akcja &#8220;Wisła&#8221;. Wówczas świątynia została zamknięta i przeznaczona na magazyn nawozów. W 1962 roku cerkiew przewieziono do Rajska, gdzie stoi do dziś. Oczywiście obiekt przeszedł gruntowny remont, zarówno z zewnątrz, jak i we wewnątrz. Obecnie także figuruje w rejestrze zabytków. Mieszkańcy Rajska wcześniej posiadali swoją własną świątynię, która jednak została spalona przez Hitlerowców, którzy rozstrzelali tu grubo ponad 100 osób. Pamięć o tamtych wydarzeniach jest wciąż żywa wśród mieszkańców Rajska, gdzie powstał także pomnik, upamiętniający wojenne ofiary. Na koniec jeszcze mapka ze wszystkimi cerkwiami z listy, która ułatwi Wam zaplanowanie trasy: ﻿﻿ Jeśli wybieracie się na Podlasie i zastanawiacie się, jak ułożyć trasę oraz koniecznie trzeba tam zobaczyć,...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/najpiekniejsze-cerkwie-podlasia-spoza-utartego-szlaku.html">Najpiękniejsze cerkwie Podlasia spoza utartego szlaku</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/najpiekniejsze-cerkwie-podlasia-spoza-utartego-szlaku.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>10</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Kręgi kamienne w Węsiorach &#8211; tajemnicze cmentarzysko oraz miejsce mocy</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/kregi-kamienne-w-wesiorach-tajemnicze-cmentarzysko-oraz-miejsce-mocy.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/kregi-kamienne-w-wesiorach-tajemnicze-cmentarzysko-oraz-miejsce-mocy.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 27 May 2020 18:31:39 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Kaszuby]]></category>
		<category><![CDATA[Miejsca mocy w Polsce]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[energetyczne miejsca na świecie]]></category>
		<category><![CDATA[kamienne kręgi na Pomorzu]]></category>
		<category><![CDATA[kamienne kręgi w Polsce]]></category>
		<category><![CDATA[miejsca mocy na świecie]]></category>
		<category><![CDATA[miejsca mocy w Polsce]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=13918</guid>

					<description><![CDATA[<p>Północna część Polski, a szczególnie rejon kaszubski, kryje w sobie tajemnicze kręgi, których historia nie do końca została poznana. To także dawne cmentarzyska w postaci starych kurhanów z I-III wieku naszej ery. Łączy się je często z obecnością Gotów na naszych terenach. Najbardziej znane miejsca tego typu to kręgi kamienne w Węsiorach oraz kręgi kamienne w Odrach, o których pisałam już wcześniej. Te punkty często określa się jako &#8220;polskie Stonehenge&#8221;. Dlaczego? To także megalityczne obiekty, może nie tak okazałe i znane, jak ich celtycki odpowiednik, jednak swoją wartość również mają. Plasują się one na miejscu drugim pod względem wielkości oraz wieku, jeśli chodzi o tego typu budowle w Europie. Dodatkowo kręgi kamienne w Węsiorach, podobnie jak te w Odrach oraz Stonehenge, uznawane są za miejsce mocy. Oznacza to, że jest tu emitowane swego rodzaju promieniowanie, które korzystnie wpływa na ludzkie zdrowie. Do pomiaru owej mocy służy skala Bovisa, która zakłada, iż ludzkie ciało także wytwarza promieniowanie. U dorosłej osoby ma ono wynosić 6500 jednostek. Jeśli pomiar wskazuje wartość niższą, wówczas przebywanie w danym miejscu jest szkodliwe dla człowieka. Jeśli zaś pokazuje wartość wyższą, promieniowanie wpływa pozytywnie na nasz organizm. Czy jest tak w rzeczywistości? Jest to sprawa dyskusyjna, bowiem teoria ta szerzona jest przez radiestetów.  Jeśli zainteresował Was ten temat i chcecie dowiedzieć się więcej na temat miejsc mocy na świecie, zajrzyjcie koniecznie do wpisu &#8220;Gruczoły Ziemi, czyli miejsca mocy na świecie&#8220;. Mogę Wam jednak napisać, że jeśli odwiedzicie przynajmniej jeden kamienny kompleks, usłyszycie o cudownych uzdrowieniach, tajemniczych, a nawet mrożących krew w żyłach historiach. Osoby wrażliwe mogą tu odczuwać zawroty czy bóle głowy oraz lekkie wibracje ciała. Często pojawia się stan tzw. oszołomienia. Kręgi kamienne w Węsiorach leżą nad malowniczym Jeziorem Długim, którego wody mają podobno właściwości lecznicze. Dojazd do kręgów kamiennych w Węsiorach Kręgi kamienne w Węsiorach leżą w powiecie kartuskim, około 1,5 km na południe od wsi na małym wzgórzu. Do samego cmentarzyska nie da się dojechać samochodem. Auto trzeba zostawić na parkingu, oddalonym od atrakcji o 800 metrów. W sezonie, czyli latem, miejsce postojowe jest płatne &#8211; 5 zł. W sezonie działa tu sklepik z pamiątkami oraz minibar. Z parkingu przez dłuższy odcinek trzeba iść prosto, by potem odbić w lewo. Tutaj przy każdym kręgu wisi karteczka z informacją o numerze i jego sile. Na miejscu także przeczytacie o tym, jak należy się tu zachować i jak korzystać z uzdrawiającej mocy kręgów. Kręgi kamienne w Węsiorach  to zabytek, podlega więc ochronie prawnej. Dobrze wiedzieć, jakie obowiązują zasady zwiedzania. Oto niektóre z nich: Nie wchodź na kurhany &#8211; uszanuj te starodawne grobowce. Nie niszcz ani nie przestawiaj kamieni &#8211; nie ma pod nimi żadnych skarbów. Nie zabieraj kamieni ze sobą &#8211; podobno przynosi to nieszczęście. Nie niszcz porostów, pokrywających niektóre kamienie &#8211; rosły przez wiele lat i mogą być rzadkimi okazami. Nie śmieć, zabierz swoje śmieci ze sobą. Nie pal ognisk w kręgach &#8211; w lesie łatwo o pożar. Nie wjeżdżaj na teren kręgów samochodem. Zachowaj powagę i spokój, nie przeszkadzaj innym korzystającym z energii tego miejsca. Cmentarzysko Gotów &#8211; kurhany z początku naszej ery Tajemnicze miejsce skryte w tutejszym sosnowym lesie to także duże cmentarzysko gockie. Zostało ono odkryte stosunkowo późno, a zainteresowanie naukowców wzbudziło dopiero w latach 20. XX wieku. Na szczęście działania Niemców podczas II wojny światowej na tych terenach nie spowodowały większych zniszczeń tego cennego obiektu. Badania na szerszą skalę rozpoczęto grubo po wojnie, dopiero w 1956 roku. Odkryto tu łącznie 20 kurhanów, a średnica największego z nich wynosi aż 16 metrów. W całym kompleksie badacze znaleźli ponad sto grobów ciałopalnych oraz szkieletowych. W ich wnętrzach bardzo dobrze zachowała się biżuteria z tamtych czasów, w tym kosztowne ozdoby z Imperium Rzymskiego czy też z Egiptu. W pierwszym etapie wykopalisk przebadano tu 3 kamienne kręgi, 16 kurhanów oraz 110 pochówków. Odkryto tu tzw. groby popielnicowe, w których spalone zwłoki składane były do glinianych naczyń, oraz groby jamowe, w których zmarłych chowano w wydrążonych w ziemi jamach. Groby szkieletowe w Węsiorach znajdują się tylko i wyłącznie w kamiennych kręgach i pod kurhanami. Ciekawostką jest fakt, iż na innych cmentarzyskach groby usytuowano poza kręgami, zaś tutaj znajdują się one także w ich obszarze. Jedyny wyjątek to wielki krąg sędziowski (III), leżący w górnej części rezerwatu. Oprócz biżuterii w grobach znaleziono także przedmioty codziennego użytku, takie jak naczynia ceramiczne, igły czy nożyce. Na ich podstawie udało się dokładnie określić czas powstania cmentarzyska. Były to lata 70. oraz 80. naszej ery, czyli czas domniemanego przybycia Gotów na Pomorze. Domniemanego, gdyż to jednak nie jest historycznie potwierdzone. Ci najprawdopodobniej przebyli długą drogę z terenów dzisiejszej Skandynawii oraz wysp bałtyckich, takich jak Olandia i Gotlandia. Najmłodsze kurhany w Węsiorach pochodzą z III wieku, wygląda więc na to, że Goci gościli na tych terenach przez trzy stulecia. Co jeszcze udało się ustalić na temat pochówków Gotów? W grobach nie znaleziono narzędzi pracy oraz broni. Część zmarłych była palona na stosie pogrzebowym, część zaś grzebana z głową zwróconą ku północy. Nie wiadomo, dlaczego praktykowano tak różne formy chowania i skąd te różnice wynikały. Groby ciałopalne zaznaczano kręgiem z kamieni, czasami przysypując nimi także część środkową. W groby płaskie zaś wtykano stele. Plemiennych arystokratów często grzebano w zwierzęcych skórach, pozostawiając w grobach liczne dary. Wskazywać to może na zróżnicowane społeczeństwo wraz z hierarchią. O zamożności oraz statusie zmarłego świadczyć ma także rozmiar kurhanu. Goci żyli stosunkowo krótko w porównaniu z długością życia w obecnych czasach. Średnio dożywali 25-30 lat. Ginęli w częstych walkach, ale także na skutek chorób, przyczyną których było niedożywienie i brak odpowiedniej ilości witamin. Ciężko sobie to wyobrazić, bowiem dla nas takie lata to przecież bardzo młody wiek. Kręgi kamienne &#8211; znaczenie oraz teorie powstania Jaką funkcję tak naprawdę pełniły kamienne kręgi i kto je stworzył, do dziś nie wiadomo. Zmarli zwykle chowani byli poza nimi, toteż nie mogły one pełnić tylko roli cmentarzyska. Niektórzy twierdzą, iż pierwotnie były one wykorzystywane jako miejsca publicznych zgromadzeń czy też uroczystości religijnych. Dopiero w czasach późniejszych zaczęto w ich obrębie grzebać ludzi. Kamienne kręgi miały być obszarem skupiającym życie lokalnej społeczności. Jedna z teorii głosi, iż były one dla Gotów rodzajem świątyni bądź też miejscem odbywania rytualnych obrzędów. Być może ówcześni szamani korzystali z energii tego miejsca, próbowali ją wyzwolić, by uzdrawiać ludzi. W końcu według radiestetów kamienne kręgi koncentrują w sobie prawdziwą uzdrowicielską moc, która pozytywnie działa na ludzki organizm. Kolejna teoria odnośnie funkcji tychże miejsc mówi coś innego. Goci mogli owe kręgi wykorzystywać jako obserwatorium astronomiczne. Tezę te oparto na podstawie układu kręgów w Odrach, gdzie całe stanowisko zachowało się w bardzo dobrym stanie. Kręgi miały służyć określaniu daty przesileń wiosennych i jesiennych oraz ułatwiać identyfikację ciał niebieskich. Następnie próbowano tę teorię potwierdzić także w Węsiorach. Nie do końca się to jednak udało. Teren jest zalesiony, co utrudniło przeprowadzenie dokładnych pomiarów. Możemy się więc tylko domyślać, że owe megalityczne obiekty mogły służyć celom astronomicznym. Dodatkowo niektórzy twierdzą, iż kręgi kamienne w poszczególnych lokalizacjach są odzwierciedleniem gwiazdozbiorów. I tak na przykład te w Odrach odwzorowują Hiady z gwiazdozbioru Byka, zaś te w Węsiorach odpowiadają gwiazdozbiorowi Plejad. Kręgi przedstawiać mają odwrócone odbicie tychże gwiezdnych skupisk. Oznaczać to może, iż kręgi kamienne są po prostu swoistą mapą naszego nieba. Ciekawostką jest również to, iż nad kręgami w Węsiorach mają występować różne zjawiska ufologiczne, takie jak ruchome punkty świetlne. Czy kiedyś uda się rozwiązać tę zagadkę? Wielu badaczy twierdzi, iż kręgi kamienne w Węsiorach czy Odrach powstały o wiele wcześniej niż na początku naszej ery, wskazując epokę kamienia. Goci, kiedy przybyli na te tereny, jedynie je wykorzystali do swoich celów. Budowa kręgów mogła się zatem odbyć na wiele tysięcy lat przed Chrystusem. Wskazuje na to wiek szczególnego gatunku porostów na kamieniach, występującego jedynie w miejscach mocy. Istnieje jeszcze jedna teoria, a raczej legenda. Według podań kaszubskich kręgi kamienne w Węsiorach zostały zbudowane przez Stolemanów (Stolemy, Stolemë), mitycznych przybyszów z północny. Przed wiekami to właśnie owe olbrzymy zamieszkiwały te tereny. Cechowali się niezwykła siłą oraz oczywiście słusznym wzrostem, co wykorzystywali do prześladowania ludzi. O ich obecności mają świadczyć liczne głazy, które zostały przez nich porozrzucane w czasie walk oraz zawodów. Owe wielkie kamienie zobaczyć można w Grabówku, Świecinie, Tychowie czy Lubichowie. To Stolemom przypisuje się ukształtowanie kaszubskich terenów. Kręgi kamienne w Węsiorach &#8211; miejsce mocy Kręgi kamienne w Węsiorach uznawane są także za miejsce mocy o szczególnej energii. Ta ma działać jak pompa odsysająca chaos, zarówno z otoczenia, jak i z wszelkich organizmów żywych. Podobno szczególnie kojąco działa na system nerwowy, przywracając równowagę potencjałów energetycznych, przebywających w nich ludzi i zwierząt. Co ciekawe, radiesteci również mają swoją teorię na temat powstania owych tajemniczych kręgów. Pokrywa się ona z tą głoszącą, iż budowa kręgów nie ma nic wspólnego z Gotami. Według nich megalityczne obiekty ujrzały światło dzienne aż 4000 lat temu. Stanowią one inteligentny przekaz istniejącej wówczas cywilizacji. Kamiennymi kręgami zajmował się także jeden ze znanych ezoteryków, pan Leszek Matela. To od niego możecie dowiedzieć się o sile promieniowania oraz o jego kolorach. Te również mają znaczenie. W Węsiorach zachowało się sześć kręgów (w tym dwa niepełne), a więc mniej niż w kompleksie odrowskim. Jak już wspomniałam, kręgi kamienne w Węsiorach mogą być odzwierciedleniem gwiazdozbioru Plejad. Według zapisu pewnego leśniczego, pierwotnie kręgów było dziewięć, czyli tyle, ile jest gwiazd w tymże gwiazdozbiorze. Owa konstelacja była i jest bardzo ważna, jest to tzw. gwiazdozbiór zimowy. Plejady ukazując się nad wschodnim horyzontem, zwiastowały nadejście zimy, co dla ówczesnych ludów oznaczało przygotowanie zbiorów i domostw do ciężkiego okresu.  Jak zwiedzać kręgi? Najlepiej według ponumerowania, czyli ustalonej kolejności. Jednak jako, że zaczyna się ona od strony południowej, nie ma za bardzo takiej opcji. Na teren kręgów wchodzi się bowiem od północy. Wszystkim kręgom nadano także nazwy. Jako pierwszy zobaczycie krąg V, czyli Krąg Spotkań. Jest on najlepiej zachowany, składa się z 15 kamieni. To, co go wyróżnia to 3 głazy, widniejące na środku. Położony jest w najbardziej eksponowanym miejscu na wzniesieniu. Moc promieniowania wynosi tu 45 000 jednostek Bovisa. Jak dobrze pamiętacie, u dorosłego człowieka ma ono natężenie 6500 jednostek, zatem siła w tym kręgu jest niezwykle duża. Generowane tu wibracje podobno służą ogólnemu wzmocnieniu organizmu, są szczególnie korzystne dla stóp. Dalej dojdziecie do kręgu VI, zwanego Kręgiem Niepełnym II oraz kręgu IV, zwanego Kręgiem Bezimiennym. W tym pierwszym zachowały się jedynie dwa kamienie, a więc jak sama nazwa wskazuje nie zobaczymy tu całości. Promieniowanie w kręgu VI ma dochodzić do 40 000 jednostek Bovisa, zaś w kręgu IV aż do 75 000. Następnie droga poprowadzi Was do drugiego najciekawszego kręgu w tym kompleksie. Mowa tu o kręgu III, zwanym Kręgiem Strażnika. Wygląda on nieco inaczej niż pozostałe. Cała jego powierzchnia pokryta jest mniejszymi bądź większymi kamieniami. Podobno jest to krąg o najsilniejszej mocy, o czym także informuje zawieszona na drzewie kartka. Może tu nastąpić przeładowanie energią. Jeśli ktoś poczuje się źle, powinien natychmiast opuścić ten obszar. Krąg Strażnika, a właściwie kurhan, ma być kręgiem o bardzo silnej energii. Nazywany jest kręgiem świetlistym. Mają tu występować bardzo silne wiry energetyczne, pozytywne oraz negatywne. Ten krąg jest połączony liniami geomantycznymi, tzw. ley lines z Jeziorem Długim, kręgiem V, Złotym Wzgórzem i kręgiem II. Korzystanie z energii tego kręgu odbywa się poprzez pobudzanie receptorów stóp w czasie chodzenia boso po kamieniach po całym obszarze kręgu. Drugi sposób to położenie się na kamieniach na brzuchu z głową zwróconą ku północy. Po pewnym czasie trzeba odwrócić się na plecy, by oczyścić kręgosłup. Cóż, pewnie wygodne to nie jest, choć promieniująca tu energia ma podobno sprawiać, iż twarde kamienie przeistaczają się de facto w miękki dywan. Karteczka na drzewie informuje także o tym, iż w tym miejscu nastąpiło wiele uzdrowień. Niektórzy, jak widać, bardzo mocno wierzą w uzdrowicielską moc tego miejsca i korzystają z tego pełnym&#8230; ciałem, wylegując się na ciepłych kamieniach. Czy to działa? Cóż, musicie sprawdzić to na własnym organizmie, bowiem nie na każdego owe moce muszą działać w ten sam sposób. Obok Kręgu Strażnika znajduje się mały kopiec, czyli &#8220;Chram&#8221;. Miało to być miejsce święte, mogło stanowić świątynię. Na koniec czekają na Was dwa ostatnie kamienne kręgi, krąg II Niepełny oraz I Ofiarny. W tych także odczuć można pozytywne wibracje o mocy 40 000...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/kregi-kamienne-w-wesiorach-tajemnicze-cmentarzysko-oraz-miejsce-mocy.html">Kręgi kamienne w Węsiorach &#8211; tajemnicze cmentarzysko oraz miejsce mocy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/kregi-kamienne-w-wesiorach-tajemnicze-cmentarzysko-oraz-miejsce-mocy.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>7</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Szlaki rowerowe i piesze w Puszczy Białowieskiej i okolicy</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/szlaki-rowerowe-i-piesze-w-puszczy-bialowieskiej-i-okolicy.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/szlaki-rowerowe-i-piesze-w-puszczy-bialowieskiej-i-okolicy.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 20 May 2020 19:30:35 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Podlasie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Podlasia]]></category>
		<category><![CDATA[ciekawe miejsca na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Podlasiu]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=13712</guid>

					<description><![CDATA[<p>Białowieski Park Narodowy można eksplorować na piechotę oraz na dwóch kółkach. Eksplorować można także okolicę, gdzie znajdziecie kilka ciekawych tras. W samej Puszczy Białowieskiej do wyboru są dwa główne szlaki rowerowe oraz kilka pieszych, z czego jeden także można pokonać pedałując. Które szalki wybrać i co Was czeka po drodze, dowiecie się za chwilę. Wybierając się do Puszczy Białowieskiej, macie szanse stanąć oko w oko z żubrem, królem tej krainy. By mieć jak największe szanse, musicie wyruszyć skoro świt. Wtedy zwierzęta są bardziej aktywne, szukając pożywienia. A spotkać na swej drodze możecie także i lisa, wilka, rysia, czy też jelenia z pięknym porożem. Żubry zdecydowanie łatwiej zobaczyć późną jesienią, zimą oraz wczesną wiosną, gdyż łączą się wtedy w duże stada. Do tego są dokarmiane. W ostojach paśniki zapełniane są sianem, do których to rano i wieczorem przybywają zwierzęta. Jeśli wybieracie się na Podlasie, koniecznie zajrzyjcie do wpisu z gotowym planem: &#160; Wilczy Szlak zielony (Kosy Most &#8211; Masiewo) &#8211; 16 km To mój ulubiony szlak rowerowy w Puszczy Białowieskiej. Dlaczego? Po pierwsze jest urozmaicony. Biegnie szerszymi i węższymi leśnymi drogami i dróżkami. Po drugie, na drodze znajdują się także kładki edukacyjne. Po trzecie, można tu spotkać mieszkańców puszczy nawet na środku drogi. Trasa skrywa dwie ostoje żubrów, jedną powszechnie znaną, drugą w ogóle niezaznaczoną na oficjalnych mapkach. Wilczy Szlak rowerowy zaczyna się w uroczysku Kosy Most, a kończy we wsi Stare Masiewo. Ma długość 16 km i nie jest to pętelka. Jeśli jednak zostawicie auto na parkingu przy Kosym Moście i chcecie tam wrócić rowerem, da się to zrobić. W Starym Masiewie wjeżdżacie na szlak żółty Tropem Żubra, który w tej części zwany jest Złotym Szlakiem św. Eustachego i w ten sposób zrobicie pętelkę. Na parkingu znajduje się toaleta toi toi. Tutaj też rozpoczyna się czarny szlak pieszy Carska Tropina. Na początku Wilczego Szlaku znajduje się słynna ostoja żubrów Kosy Most. Po 130 metrach zaraz za mostkiem trzeba skręcić w lewo. Miejsce jest oznaczone, więc znajdziecie wskazówkę na trasie. Tutaj zimą kręcą się żubry, przychodząc na śniadanie i kolację. Stoi tu niewielka wieża widokowa, w której z ukrycia można obserwować zwierzęta. Za mostkiem szlak biegnie do małej polany, na której rozdzielają się dwa szlaki żółty Tropem Żubra oraz zielony Wilczy. I tu mała wskazówka. Obecnie szlak zielony jest zmodyfikowany. Informuje o tym tablica, z której jednak nie do końca można zrozumieć, o co chodzi. Jeśli pojedzie w kierunku, który wskazuje znak Wilczy Szlak, za chwilę będziecie musieli się wrócić. Przejazd tą ścieżką został zamknięty. Jednak warto się tu zapuścić, gdyż tuż przed blokadą znajduje się malowniczo położona kładka edukacyjna. Wiosną jest tu szczególnie pięknie. Zobaczycie tutaj nietknięty teren z martwym drewnem. Gdy z kładki wrócicie do polany, musicie ruszyć dalej szeroką leśną drogą, którą pokaże Wam drogowskaz &#8220;Stare Masiewo&#8221;. Dalej szlak wiedzie przez różne ścieżki, skręcając od czasu do czasu, Mniej więcej w połowie traficie do wspomnianej już &#8220;ukrytej&#8221; ostoi żubrów na Wilczym Szlaku. Z lewej strony zobaczycie polanę, a na drodze prawdopodobnie duże żubrze kupy. Widać, że zwierzęta się tu kręcą nawet poza porą dokarmiania. Miejsce jest oznaczone jako ostoja, niemniej na żadnej oficjalnej mapie nie figuruje. Dalej na trasie dotrzecie do kolejnej ścieżki edukacyjnej w formie kładki &#8220;Przez trzy zbiorowiska&#8221;. Na tablicach informacyjnych przeczytacie o faunie i florze tu występującej. Mieszka tu między innymi rzęsorek rzeczek, który jest swego rodzaju osobliwością przyrodniczą. Małe zwierzątko jest owadożerne i jadowite (to się rzadko zdarza wśród ssaków). Jad wydzielany jest ze śliną i na szczęście nie jest niebezpieczny dla człowieka. Możecie tu także spotkać łosia, żółwia błotnego, żabę moczarową, tchórza czy wilka. Mi udało się spotkać tu lisa i to kilkukrotnie, mimo iż na wycieczkę wcale nie wybrałam się o świcie. Już bliżej Starego Masiewa traficie na polanę, gdzie znajduje się ekspozycja leśnej kolejki wąskotorowej. Całość wygląda jak przystanek stacji kolejowej, na której właśnie zatrzymał się pociąg. Można wchodzi do środka, zarówno do wagonów, jak i na schodki lokomotywy. Tutaj zielony szlak łączy się z czerwonym &#8220;Wokół Uroczyska Głuszec&#8221;. Możecie tu odpocząć w altanie, gdzie na turystów czekają stoliki i ławeczki. Budowa kolejek leśnych w puszczy wiąże się z okresem I wojny światowej. W latach 1915 – 1918 Puszcza Białowieska pozostawała pod okupacją niemiecką. Działania okupanta nastawione były na intensywną eksploatację drzewostanu. W celu przerobu surowca drzewnego wybudowano w okolicy puszczy sieć tartaków, fabrykę wełny drzewnej, stolarnię mechaniczną, fabrykę domów składanych oraz fabrykę suchej destylacji drewna, największą w ówczesnej Europie. Surowiec trzeba było jakoś transportować. Dlatego w 1916 roku rozpoczęto budowę sieci kolejek wąskotorowych. Do prac przy budowie wykorzystywano jeńców wojennych (Rosjan i Francuzów zamknąć) oraz okoliczną ludność. Powstała sieć torów stałych o długości 130 km, uzupełniona systemem torów przenośnych – 200 km. Podążając dalej szlakiem zielonym i czerwonym, dojedziecie do Starego Masiewa. To malutka wieś, spokojna, z tradycyjnymi domami. Tu czas jakoby się zatrzymał. Jeśli przy głównej ulicy skręcicie w prawo i udacie się w kierunku puszczy, dojedziecie do parkingu. Ten znajduje się zaraz za domem, który wygląda jak wyjęty prosto ze skansenu. Na podwórku ostał się jeszcze stary żuraw przy studni. Na parkingu zaś znajdziecie znak na kolejną ostoję żubra o nazwie &#8220;Czoło&#8221;. Wystarczy podążyć ścieżką wskazaną przed drogowskaz. Dojedziecie do dużej polany z wieżą widokową. Jednak pamiętajcie&#8230; aby zobaczyć tu żubry, musicie być tu bardzo wcześnie rano i do tego późną jesienią lub zimą. Jeśli chcecie zrobić wspomnianą wcześniej pętelkę i wrócić do Kosego Mostu, musicie pojechać szosą w kierunku Nowego Masiewa. Za miejscowością Łańczyno trzeba skręcić w lewo na szlak żółty. Bądźcie czujni, bowiem oznaczenie nie jest zbytnio widoczne. Wytarty już żółty pasek namalowany jest na jednym z drzew. Polecam przed wycieczką ściągnąć mapę okolicy na maps.me. Są tam zaznaczone wszystkie leśne szlaki, więc szybko sprawdzicie, czy jesteście na właściwej drodze. Tropem Żubra żółty (Kosy Most &#8211; Babia Góra) &#8211; 19 km To kolejny szlak rowerowy, który wiedzie przez Puszczę Białowieską. Łączy on trzy ostoje żubra: Kosy Most, Czoło (Stare Masiewo) oraz Babią Górę. Ma długość 19 km i również nie jest pętelką. Rozpoczyna się także w uroczysku Kosy Most i przez kilka kilometrów biegnie razem z zielonym Wilczym Szlakiem. Na wspomnianej już polanie za mostkiem odbija w prawo i zmienia w Złoty Szlak św. Eustachego. Na szlaku znajduje się nowa drewniana kładka, która zaprowadzi Was do kapliczki św. Eustachego. To nie jest zwyczajna kapliczka. Wycięta, a raczej wyrzeźbiona w pniu martwego drzewa, przedstawia jelenia oraz świętego. Według legendy brał on udział w polowaniu na jelenia, w rogach którego ujrzał krzyż Chrystusa. To właśnie ta scena została przedstawiona na dębie. Po tym doświadczeniu uwierzył w Boga, przyjął chrzest oraz nadał sobie imię Eustachy. Dziś jest patronem strażaków, myśliwych oraz leśników. Dalej szlak prowadzi prosto aż do szosy, na której musicie skręcić w prawo. Szosą dojedziecie prawie do Starego Masiewa. Prawie &#8211; bowiem tuż przed powinniście odbić w lewo na leśną ścieżkę. I znowu trzeba dobrze się przyglądać, bowiem kolor oznaczenia już wypłowiał i ledwo go widać. Jeśli skręt przeoczycie i dojedziecie do krzyży wotywnych i tabliczki Stare Masiewo, to znak, że zboczyliście ze szlaku i musicie zawrócić. Ta część trasy nie jest zbytnio ciekawa. To prosta ścieżka, przy której w pewnym momencie rozpościera się mała polana z wiatą. Szlak przebiega także przez Rezerwat Siemianówka. Końcowy punkt, czyli ostoja w Babiej Górze, nie jest oznaczona. Jest to łąkowa polana, skryta za drzewami. Trzeba dojechać do początku wsi, by dobrze ją zobaczyć. Jeśli macie szczęście, to tu zimą spotkacie żubra. Mi udało się w marcu. Jeśli chcecie zrobić pętelkę, wówczas możecie wrócić szlakiem żółtym do Starego Masiewa (po drodze można zboczyć na szlak niebieski), a potem przejechać Wilczy Szlak, opisany wyżej. Białowieża &#8211; &#8220;Miejscami Pamięci Narodowej&#8221; czerwony &#8211; 14 km To bardzo dobry szlak na rowerową rozgrzewką przed dłuższymi trasami. Rozpoczyna się w Białowieży i kończy także w niej, więc jest to tzw. pętelka. Szlak nosi nazwę &#8220;Miejscami Pamięci Narodowej&#8221;, oznaczony jest kolorem czerwonym, a dystans do przebycia to 14 km. Mimo, iż szlak nie jest długi, jest ciekawy. Biegnie przez główne ulice Białowieży, takie jak Stoczek oraz Tropinka, a także przez Park Dyrekcyjny, by potem przez ulicę Browską zaprowadzić Was do lasu. Ulica Browska w pewnym momencie zmieni się w szutr, a potem w ścieżkę leśną, która doprowadzi Was do drogowskazu &#8220;Miejsca Pamięci Narodowej&#8221; oraz dwóch krzyży wotywnych. Po drodze miniecie także agroturystykę, a raczej domek do wynajęcia. Cały ten odcinek to Droga Browska, która stanowi granicę Białowieskiego Parku Narodowego. Prawdopodobnie została założona w czasach carskich. Prowadzi z okolic Parku Dyrekcyjnego do nieistniejącej już wsi Krzysztofowo (Krysztapowo). Znajdowała się tam siedziba Krzysztofa Engelhardt&#8217;a, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku leśniczego i zarządcy białowieskiego folwarku. Według miejscowych legend, w okolicach skrzyżowania z ulicą Wojciechówka, gdzie miała stać owa siedziba, jeszcze wcześniej znajdowała się pierwsza wieś Białowieża. Po jednej z epidemii przeniesiono ją na zachodnie tereny. Prowadzi tędy szlak turystyczny oraz szlak nordic walking, zimą natomiast narciarski. Dalej szlak zaprowadzi Was do miejsca martyrologii z okresu II wojny. To miejsce uświęcone krwią 222 mieszkańców Białowieży i okolic, rozstrzelanych przez hitlerowców 14. sierpnia oraz 24. grudnia 1942 roku. Zobaczycie tu pomnik, upamiętniający ofiary oraz ich groby. Miejsce jest ogrodzone, furtka jednak powinna być otwarta. Do tego momentu oznaczenia szlaku są bardzo dobre. Przy pomniku jednak trzeba się nagłówkować, by dobrą trasą ruszyć dalej. Zdawać się może, że szlak czerwony prowadzi ciągle główną drogą, którą tu przyjechaliśmy. Po drodze nie rzuca się w oczy żaden oznaczony skręt. Dlatego też my pedałujemy dalej prosto. Ścieżka jest piękna, szeroka, ale&#8230; oznaczenia czerwonego szlaku jakoś nie widać. Orientujemy się dopiero po jakimś czasie i postanawiamy zawrócić (uwaga, ta droga zaprowadzi Was na Białoruś!). Trasę sprawdzamy na maps.me i próbujemy wydedukować, gdzie powinniśmy odbić, bo skręcić trzeba na pewno. Otóż, z Miejsca Pamięci musicie się wrócić i dojechać do małego skrzyżowania. Tu, jadąc od strony pomnika, należy skręcić w lewo, zresztą w drugą stronę się nie da. Dalej trasa prowadzi wąską ścieżką, która także może wzbudzać wątpliwości. W końcu jednak dojedziecie do kolejnego rozstaju dróg i tu w końcu pojawi się oznaczenie na drzewie. W zasadzie trzeba jechać dalej prosto. W końcu dotrzecie do ukrytego na trasie wodopoju, paśnika oraz lizawki, a więc miejsca, gdzie dokarmiane są zwierzęta. Wodopój pochodzi z czasów carskich, a po śladach kopyt w błocie widać, że zwierzyna często się tu kręci. Następnie na szlaku dotrzecie do kolejnych tablic edukacyjnych oraz miejsc ukrytych w lesie. Jest to między innymi kurhan z początku naszej ery. W zasadzie takich mogił w Puszczy znajdziecie mnóstwo. Ich powstanie przypisuje się osadnictwu słowiańskiemu. Kurhany, które można zobaczyć w Puszczy, mają zazwyczaj średnicę od 8 do 12 metrów oraz wysokość 1 metra. Kolejnym punktem są pozostałości po dawnym mielerzu, choć nawet i te pozostałości ciężko wypatrzeć. Jak wyglądał taki mielerz i do czego służył powie Wam tablica informacyjna, postawiona przy drodze. Dalej szlak wyprowadzi Was z lasu i znowu znajdziecie się w okolicach Białowieży, a konkretnie w okolicach Restauracji Carskiej. Zaraz za mostkiem jednak nie skręcajcie w jej kierunku, tylko jedźcie prosto przed siebie, aż dojedziecie ponownie do lasu. My na chwilę zboczyliśmy z trasy, gdyż złapał nas konkretny deszcz, który potem zamieniał się w grad. W razie takiej sytuacji można się schronić pod dachem budynków restauracji. Przy wspomnianym mostku rozciąga się Polana Białowieska, która jest największą polaną osadniczą w polskiej części Puszczy Białowieskiej. Jej początki datuje się na przełom XVI i XVII wieku. W 1696 roku przy dworze królewskim założono folwark. To jego funkcjonowanie dało początek wsiom, powstającym po wykarczowaniu lasu. Obecnie w tej okolicy utworzono kilka rezerwatów, przez które przejeżdża się tym szlakiem. Następnie szlak prowadzi przez Rezerwat Wysokie Bagno oraz wsie Podolany I oraz Podolany II. Stąd wjedziecie prosto do Białowieży. Tutaj trasa biegnie niedaleko zabytkowego drewnianego dworca Białowieża Towarowa i dociera do położonego w lesie Ośrodka Edukacji Leśnej &#8220;Jagiellońskie&#8221;. Szlak pokrywa się częściowo ze ścieżką edukacyjną &#8220;Krajobrazy Puszczy&#8221;. W Podolanach I można odbić w prawo na Narewkę, nad którą stoi wieża widokowa. Właściwie cała ta droga jest niezwykle malownicza i zaprowadzi Was przez ulicę Mostową na główną ulicę Białowieży o nazwie Stoczek. Uroczysko &#8220;Głuszec&#8221; czerwony (Stare Masiewo) &#8211; 6,5 km To przede wszystkim szlak pieszy, ale można go także pokonać rowerem. I tu w końcu...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/szlaki-rowerowe-i-piesze-w-puszczy-bialowieskiej-i-okolicy.html">Szlaki rowerowe i piesze w Puszczy Białowieskiej i okolicy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/szlaki-rowerowe-i-piesze-w-puszczy-bialowieskiej-i-okolicy.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Podlasie na weekend. Gotowa trasa z atrakcjami podlaskiego regionu.</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/podlasie-na-weekend-gotowa-trasa-z-atrakcjami-podlaskiego-regionu.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/podlasie-na-weekend-gotowa-trasa-z-atrakcjami-podlaskiego-regionu.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 13 May 2020 16:59:07 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Podlasie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Podlasia]]></category>
		<category><![CDATA[ciekawe miejsca na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Podlasiu]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=13147</guid>

					<description><![CDATA[<p>Weekend na Podlasiu? Już się pakuję! Podlasie odkryłam nie tak dawno, ale od tego momentu nie mogę przestać tam jeździć. Zawsze góry były na pierwszym miejscu, jednak to wschodni region naszej Polski skradł moje serce najbardziej. Podlasie na weekend czy nawet na tydzień lub dwa to świetny pomysł na spędzenie czasu blisko natury, z dala od wielkomiejskiego zgiełku, w otoczeniu pięknych zabytków, związanych z historią naszego kraju. Podlasie to także tygiel kulturowy i religijny. Tutaj sąsiadują ze sobą prawosławne cerkwie i katolickie kościoły. Wciąż stoją żydowskie synagogi oraz muzułmańskie meczety, do których ściągają wierni z okolicy. Na rozwój tych terenów ogromny wpływ mieli Białorusini, Litwini, Tatarzy oraz Żydzi. To wszystko można dziś zobaczyć i poczuć w architekturze Podlasia, tradycjach, zwyczajach oraz kulinariach, które stanowią już niejako wizytówkę tego regionu. W zasadzie to ma się wrażenie, że oto człowiek znalazł się w innej krainie, innym państwie. Czasem aż dziw bierze, że to przecież jest nasz kraj, Polska. Jak zwiedzać Podlasie? Najlepiej autem lub rowerem. Przez wschodnią część Polski została poprowadzona rowerowa trasa Green Velo. Jest to więc fantastyczna opcja dla wielbicieli dwóch kółek. Na terenie Podlasia wytyczone zostały szlaki różnych kultur i religii. I tak oto, można się udać na Szlak Tatarski, Szlak Dziedzictwa Żydowskiego, Podlaski Szlak Kulturowy „Drzewo i Sacrum”, Szlak Religii Województwa Podlaskiego czy Szlak Prawosławnych Świątyń. Napiszę Wam szczerze, przez jeden weekend całego Podlasia nie zwiedzicie. Dlatego warto tu przyjechać na dłużej lub podzielić eksplorowanie regionu na kilka weekendów. Oto moja propozycja podlaskiej trasy na 3 dni. Zabierze Was ona śladami społeczności żydowskiej, tatarskiej, zajrzyjcie do Supraśla oraz do Białowieży. Jak dobrze rozplanować weekend na Podlasiu? Już podpowiadam. Dzień 1: Zalew Siemianówka oraz nocleg nad rzeką Narwią Przyjazd po południu na kwaterkę. Wieczór nad Zalewem Siemianówka oraz nad rzeką Narwią. Warto wybrać nocleg nad samą rzeką. Przepiękne widoki, wieczorne i poranne mgły, unoszące się nad łąkami. Często pensjonaty udostępniają gościom kajaki za dodatkową opłatą. Spływ Narwią to fantastyczna opcja na aktywny wypoczynek. Zalew Siemianówka Zalew Siemianówka to sztuczny zbiornik, który powstał w drugiej połowie XX wieku ze względu na występowanie znacznych deficytów wodnych w dorzeczu górnej Narw. Ludność z tych terenów musiała zostać przesiedlona. Wywłaszczono aż 289 gospodarstw z ośmiu wsi, z których niektóre uległy całkowitej likwidacji. Więcej o powstaniu zalewu przeczytacie w artykule Zalew Siemianówka i jego okolice. Agrokwatera Żubrowa Ostoja w Słobódce Bardzo polecam agrokwaterę Żubrowa Ostoja w Słobódce. Pokoje dla gości urządzone są w drewnianym domku podlaskim. Wewnątrz znajduje się wspólna kuchnia, w pełni wyposażona i klimatycznie urządzona. Pokoje z łazienką są odnowione, bardzo komfortowe. A za domkiem czeka na Was grill oraz palenisko na ognisko. Niedaleko, bo tylko 60 metrów dalej wije się przepiękna Narewka. Wieczór w takim miejscu to prawdziwy sielski obrazek. W okolicy znajdziecie mnóstwo szlaków turystycznych. Las znajduje się w odległości 200 metrów, Zalew Siemianówka &#8211; 2,5 km a Puszcza Białowieska &#8211; 5 km. &#160; Spływ kajakowy Narwią Rzeka Narew w Polsce ma długość 448 km i jest prawym dopływem Wisły. Jej źródło znajduje się na Białorusi. Przy ujściu mniejszej Narewki ma około 8 m szerokości. Rzeka jest bardzo kręta, bowiem zachował się tu jej naturalny charakter. Uwaga, nazywana jest polską Amazonką, bowiem płynie siecią rozgałęziających i łączących się koryt. Taką rzekę nazywa się rzeką anastomozującej, czasami rzeką warkoczową. Narew połączona jest ze zbiornikiem Zalew Siemianówka, jednak aby tu dotrzeć kajakiem, trzeba by płynąć pod prąd. Spływ kajakowy można rozpocząć na mniejszej Narewce, która łączy się z krętą Narwią. Szerokość Narewki waha się  od 2 do 10 metrów. Część rzeki płynie na obrzeżach Białowieskiego Parku Narodowego i ten odcinek objęty jest zakazem organizacji spływów kajakowych. Szlak kajakowy jest tu krótki i dlatego należy go traktować jako przedłużenie szlaku Narwią. Jeśli chcielibyście udać się na spływ i szukacie firmy, która Wam to zorganizuje, spójrzcie na ofertę Bajaderki, Kajak na weekend czy białowieza.net.pl. Dzień 2: Szlak Tatarski, Krynki oraz Supraśl Przejazd w kierunku Kruszynian, gdzie mieszka społeczność tatarska (ok. 45 km). Po drodze zwiedzanie okolicy. Krótki przystanek przy dwóch cerkwiach: w Nowej Woli oraz w Gródku. Jeśli macie możliwość, koniecznie zajrzyjcie do środka. Następnie ruszycie w kierunku kolejnej tatarskiej wsi Bohoniki, po drodze zatrzymując się w Krynkach. W Malawiczach Górnych możecie zobaczyć to, co pozostało z niegdyś dobrze zachowanego podlaskiego wiatraka. Dzień zakończycie w Supraślu. Cerkiew w Nowej Woli i w Gródku Cerkiew św. Jana Chrzciciela w Nowej Woli to drewniana świątynia w kolorze brązowym, wybudowana w 1908 roku. To świątynia w stylu rosyjsko-bizantyńskim, o czym świadczy jej ornamentyka. Bogate i do tego misterne zdobienia przypominają ażurową koronkę. Cerkwie w takim typie były wznoszone w 2. połowie XIX w. na terenach obwodu białostockiego. Cerkiew pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Gródku jest o wiele większa, murowana ze złocistą kopułą. Została wzniesiona w latach 1946-1970. Wcześniej w tym miejscu stała drewniana świątynia, która spłonęła. Może cerkiew w Gródku z zewnątrz nie wyróżnia się niczym specjalnym, ale jej wnętrze zachwyca. Jeśli macie okazję, koniecznie zajrzyjcie do środka. Meczet w Kruszynianach Dojazd do Kruszynian. Zwiedzanie meczetu. Meczet w Kruszynianach to najstarszy drewniany meczet w Polsce, a są dwa (ten drugi w Bohonikach i tam też się udamy). Przypomina nieco cerkiew, pochodzi z XVIII wieku. Jednak Tatarzy na tych ziemiach pojawili się wcześniej, bo w XVII wieku. Jeden z nich uratował życie królowi Janowi Sobieskiemu! Co ciekawe Tatarzy z tych rejonów walczyli po stronie Polski w wojnie z Turkami. Kiedy ci pytali: &#8220;dlaczego walczycie przeciw braciom swoim?&#8221;, oni odpowiadali: &#8220;nie walczymy przeciwko braciom a grabieżcom i hultajom&#8221;. Mieszkający w Kruszynianach Tatarzy są muzułmanami, czyli wyznawcami islamu, który jest religią monoteistyczną. Świętą księga muzułmanów jest Koran, zawierający przesłanie Boga (Allaha) do ludzi, objawione prorokowi Mahometowi. Prowadzących modlitwę nazywa się imamami, a dom modlitwy meczetem. Dniem świątecznym jest piątek. Koniecznie zajrzyjcie do środka. Wnętrze meczetu w Kruszynianach można zwiedzać. Nie ma ustalonych godzin wejścia, zbiera się grupka i wtedy zjawia się pan przewodnik Tatar, który przez pół godziny opowiada o samym meczecie oraz społeczności tatarskiej na tychże terenach. A opowieści to z humorem, można się pośmiać, oj można:) Polscy Tatarzy są niezwykle otwarci, gościnni i uśmiechnięci. Bilet dla dorosłych kosztuje 5 zł, ulgowy dla dzieci i młodzieży – 3 zł. Wnętrze podzielone jest tradycyjnie na dwie części, dla kobiet oraz dla mężczyzn. Pomieszczenia dla kobiet jest mniejsze, oddzielone drewnianym przepierzeniem od części męskiej. Wisi tu biała, przezroczysta firanka. W części męskiej znajduje się minbar, czyli kazalnica, z której imam wygłasza kazania oraz mihrab, czyli wnęka w ścianie, wskazująca kierunek Mekki. Tu modlą się wierni. Podłoga wyłożona jest dywanami, a na ścinach wiszą muhiry z kaligraficznym zapisem cytatów z Koranu. Muhir to w kulturze polsko-litewskich Tatarów ozdobna plansza, ewentualnie tkanina z inskrypcją. Mizar &#8211; muzułmański cmentarz w Kruszynianach Nie zapomnijcie zajrzeć na mizar, czyli cmentarz muzułmański w Kruszynianach. Tatarskie mogiły znajdują się zaraz za meczetem. Cmentarz ma około 300 lat. Zobaczycie tu groby stare, tradycyjne, ale i nowe, przypominające te chrześcijańskie. Różnią się od nich inskrypcjami oraz symbolami. Z pewnością nie ujrzycie tutaj krzyża czy słów katolickich modlitw. Zamiast tego na nagrobkach widnieją islamskie półksiężyce z gwiazdą, a na płytach wyryte są wersety Koranu. Wszystkie groby zwrócone są na wschód. Najstarszy nagrobek na muzułmańskim cmentarzu w Kruszynianach, na którym można odczytać datę, pochodzi z roku 1699. Wiele rodzin tatarskich całej Polski chowa lub odwiedza tutaj swoich zmarłych. Chowanie są tu także muzułmanie niebędący Tatarami. Podczas pogrzebów Tatarzy rozdają sadogę, słodki poczęstunek. Z mizarem związane są różne opowieści. Jedna z nich mówi o gawronach, których wielkie stado zagnieździło się nad cmentarzem. W żaden sposób nie można się go było pozbyć. W końcu na cmentarz udał się imam (w innej wersji opowieści bardzo religijna żona imama), który modlił się cały dzień. Nazajutrz na mizarze nie było już ani jednego ptaka. Jurta Tatarska w Kruszynianach Słyszeliście o Jurcie Tatarskiej w Kruszynianach? To agroturystyka, która jakiś czas temu niemalże doszczętnie spłonęła. Dziś nie ma już po tym śladu, restauracja przyjmuje gości, a hotel jest na ukończeniu. W 2019 był to jeszcze stan przejściowy, ale już na finiszu. Dlatego tutaj koniecznie udajcie się na obiad. Miejsce słynie z wyśmienitej kuchni tatarskiej. Właścicielką jest uśmiechnięta pani Dżenneta Bogdanowicz, Tatarka, której rodzina mieszka tu od pokoleń. Działka należy do jej rodziny od stuleci. Tatarzy otrzymali ją jeszcze z nadania króla Jana III Sobieskiego. Jakie jest tatarskie jedzenie? Konkretne, to dość tłuste i ciężkie jadło. Wiecie, bardzo energetyczne. Przyznam, że wielu dań z karty wcześniej nie znałam. Możecie tu m.in. spróbować tatarskiej baby ziemniaczanej, pierekaczewnika (ciasto wielowarstwowe z mięsem, jabłkami lub serem), kołdunów tatarskich (pierogi z mięsem wołowym lub wołowo-jagnięcym podawane z rosołem), koziny z kaszą gryczaną, jagnięciny z pilawem, kryszonki (potrawa jednogarnkowa: warzywa, ziemniaki, jagnięcina), belysza (potrawa warstwowa z mięsem indyczym, grzybami, jajkiem i ryżem) czy listkowca na słodko. Wybór jest duży i naprawdę ciężko się zdecydować. Na warsztat poszła baba ziemniaczana, azu (potrawa jednogarnkowa z mięsem wołowym, warzywami oraz ziemniakami), manty na słodko (pierogi gotowane na parze z białym serem, jogurtem oraz sosem owocowym) oraz herbatka tatarska. Napiszę szczerze, było smacznie, tak poprawnie smacznie, ale bez szału. Ruch jest tu spory, może się zdarzyć, że trzeba będzie poczekać w kolejce na wolny stolik. Ceny dań tatarskich na zdjęciu poniżej. Obok restauracji (wejście naprzeciwko) znajduje się małe muzeum kultury tatarskiej, stworzone przez właścicieli. Warto zajrzeć i dowiedzieć się więcej. Natomiast za budynkiem znajduje się oryginalna jurta tatarska. Ta, którą można tu zobaczyć pochodzi z Mongolii, podobnie jak przodkowie pani Dżennety. Namiot został tu sprowadzany w 2007 roku. Można w niej mieszkać zarówno w największe upały, jak też w najbardziej siarczyste mrozy. Jak to możliwe? To dzięki materiałom, z jakich jest wykonana. Koniecznie zajrzyjcie do środka. Zobaczycie tam tradycyjnie urządzoną jurtę, pięknie zdobione i malowane meble, tatarskie stroje. Krynki &#8211; wgląd w kulturę żydowską Przejazd do Krynek, gdzie dawniej mieszkała liczna społeczność żydowska (10 km). Jedne źródła podają, iż pierwsi Żydzi osiedlili się tutaj już na przełomie wieków XVI i XVII. Według innych dokumentów nastąpiło to później, bo w pierwszej połowie XVII wieku. W 1639 roku pojawiła się wzmiankach o tej ludności po raz pierwszy w tekstach źródłowych. Po otrzymaniu zezwolenia od króla, wybudowano tu synagogę, mykwę (zbiornik wodny służący do rytualnego oczyszczania ludzi lub przedmiotów) i założono cmentarza żydowski. Powstały domy oraz rozpoczęto działalność handlową i produkcję alkoholu. To w znaczący sposób wpłynęło na gospodarcze ożywienie Krynek. Obecnie można tu zobaczyć takie pamiątki po  Żydach Kryńskich, jak: Bożnica – „Kaukaski Beth Midrasz” (obecnie służy jako Ośrodek Kultury), Bożnica słonimskich Chasydów (dawniej w budynku mieściła się szkoła, obecnie to magazyn gospodarczy) oraz cmentarz żydowski (powstał w okresie XVII &#8211; XX wieku), to jeden z najstarszych zachowanych na Podlasiu zabytków po Żydach. Krynki słyną także nietypowego ronda, z którego odchodzi aż 12 ulic. To jedyne takie rondo w całej Polsce. &#160; Meczet w Bohonikach Przejazd do miejscowości Bohoniki, w której znajduje się kolejny meczet na Szlaku Tatarskim na Podlasiu (28 km). Jeśli chcecie zobaczyć wnętrza budynku, lepiej zadzwonić i umówić się na zwiedzanie. Ja akurat miałam szczęście. Trafiłam bowiem na grupę zorganizowaną, więc od razu zajrzałam do środka, a do tego posłuchałam przewodnika. Jest to drewniana budowla sakralna z drugiej połowy XIX wieku, a więc nieco młodsza niż ta w Kruszynianach. Zbudowana została na planie prostokąta, jest zwieńczona jednym minaretem, zakończonym półksiężycem. Wnętrze meczetu stanowią trzy części: większa przeznaczona dla mężczyzn, mniejsza dla kobiet oraz wspólny przedsionek. Należy pamiętać, że przed wejściem do świątyni obuwie zostawia się w przedsionku. Oczywiście mamy tu także mihrab, czyli wnękę w ścianie, która zawsze jest skierowana w kierunku Mekki oraz minbar, rodzaj kazalnicy, z którego imam wygłasza kazanie. Na ścianach zawieszone są obrazy, przedstawiające święte miejsca islamu z pięknie wykaligrafowanymi wersetami z Koranu. Podłoga meczetu wysłana jest dywanami. Zwiedzanie meczetu odbywa się codziennie między 8:00 a 20:00. Oprowadza imam Aleksander Bazarewicz. Inne godziny do uzgodnienia. Jeśli w momencie Waszego przybycia meczet jest zamknięty, zadzwońcie. Kontak telefoniczny 85 711 9171 lub 667037691. Bilet kosztuje 5 zł dla osoby dorosłej, 3 zł dla dziecka. Mizar &#8211; muzułmański cmentarz w Bohonikach To drugi muzułmański cmentarz na Szlaku Tatarskim i do tego największy w Polsce (powierzchnia 2 ha). Położony w lesie w odległości 1 km od meczetu. Powstał w XVIII wieku. Określenie cmentarza mianem mizar lub miziar pochodzi...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/podlasie-na-weekend-gotowa-trasa-z-atrakcjami-podlaskiego-regionu.html">Podlasie na weekend. Gotowa trasa z atrakcjami podlaskiego regionu.</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/podlasie-na-weekend-gotowa-trasa-z-atrakcjami-podlaskiego-regionu.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>25</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>10 kolorowych cerkwi na magicznym Podlasiu</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/10-kolorowych-cerkwi-na-magicznym-podlasiu.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/10-kolorowych-cerkwi-na-magicznym-podlasiu.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 03 May 2020 16:27:46 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Podlasie]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Podlasia]]></category>
		<category><![CDATA[ciekawe miejsca na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[co warto zobaczyć na Podlasiu]]></category>
		<category><![CDATA[drewniane cerkwie na Podlasiu]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=12780</guid>

					<description><![CDATA[<p>Kolorowe cerkwie Podlasia to wizytówka tego regionu. Niebieskie, zielone, brązowe czy żółte już z daleka zwracają uwagę. Drewniane świątynie prawosławne stanowią prawdziwe perełki architektoniczne na mapie naszego kraju. Warto je podziwiać nie tylko z zewnątrz, ale także gorąco polecam zajrzeć do środka. Podlaskie cerkwie wewnątrz są jeszcze bardziej kolorowe. Króluje w nich nie tylko bogactwo ornamentów, ale także można tu zobaczyć kolekcje zabytkowych ikon oraz innych pięknych artefaktów religijnych. Wchodnią Polskę zamieszkuje w większości ludność prawosławna, która do religii oraz tradycji przywiązuje ogromną wagę. A stare to zwyczaje, oj stare. Prawosławie na polskich ziemiach istnieje od ponad 1000 lat i widać tu bardzo mocno wpływy białoruskie. Pojawienie się ludności prawosławnej w Polsce związane jest z chrystianizacją Rusi, która miała miejsce w 988 roku. Przy tym koniecznie trzeba uwzględnić wielokrotne przesuwanie wschodniej granicy naszego państwa. Niewątpliwie najbardziej prawosławnym obszarem jest obecnie Białostocczyzna. I to tu znajdziecie najpiękniejsze cerkwie Podlasia. Musicie też wiedzieć, że kolory cerkwi nie są bez znaczenia. Każdy z nich niesie ze sobą pewną intencję. Niebieskie cerkwie poświęcone są Matce Bożej lub Archaniołowi Michałowi. Kolor zielony ma związek z Duchem Świętym, brązowy zaś upamiętnia męczenników. Żółte czy raczej złote elewacje mają związek Chrystusem bądź świętymi apostołami oraz biskupami. Jeśli wybieracie się na Podlasie, koniecznie spawdźcie mój plan zwiedzania na przedłużony weekend: &#160; Niektórzy twierdzą, że niebieska cerkiew w Puchłach jest najpiękniejszą tego typu świątynią w Dolinie Narwi, ba nawet na całym Podlasiu. Cóż, ciężko zaprzeczyć. Po odnowieniu elewacji jeszcze bardziej zachwyca soczystym kolorem, który podkreśla jej piękną drewnianą architekturę. Budynek, jak i sam teren cerkwi jest spory. Ta, którą obecnie możemy się zachwycać, została wzniesiona w 1913 roku. Cerkiew w Puchłach leży na przepięknym szlaku Krainy Otwartych Okiennic. Tutaj możecie podziwiać starą podlaską architekturę. Domy we wsiach przyciąga uwagę kolorowymi okiennicami, efektownymi narożnikami, a także niesamowitą ornamentyką. To pamiątka z czasów dawnego osadnictwa rosyjskiego. Sama wieś to miejsce inne niż wszystkie, nie ma tu nawet asfaltu. Jest za to sielska atmosfera, czas jakoby się tu zatrzymał. Zapewne szukając informacji o cerkwi w Puchłach natkniecie się na legendę mówiącą o jej powstaniu. Otóż, pewien śmiertelnie chory starzec postanowił zwrócić się do Maki Bożej w sprawie swojego zdrowia. Codziennie gorąco modlił się w swoim szałasie. Po pewnym czasie jego modlitwy zostały wysłuchane. W gałęziach lipy ukazała mu się ikona Bogurodzicy, a opuchlizna (w miejscowej gwarze opuchli), po prostu zniknęła. W tymże cudownym miejscu została wybudowana świątynia, poświęcona Matce Bożej, a wieś przyjęła nazwę Puchły&#8230; jak się domyślacie, właśnie od opuchlizny, z której ów człowiek został wyleczony. Ale czy naprawdę tak było? Legendy mają to do siebie, że są legendami i nikt tak naprawdę nie wie, czy jest w nich choć małe ziarenko prawdy. Jeśli zajrzymy do ksiąg historycznych, przeczytamy o nieco innych początkach. I tak na przykład, nazwa wsi prawdopodobnie wzięła się od nazwiska rodziny tu mieszkającej, a mianowicie od państwa Puchałowskich. Na starych mapach z 1800 roku można jednak dostrzec zupełnie inną nazwę. Wówczas w tym miejscu znajdowały się Rychły. Ktoś się pomylił czy może naprawdę wieś wtedy funkcjonowała pod taką nazwą? Pierwsza wzmianka o prawosławnej świątyni w tej miejscowości pochodzi z 1578 roku. W tych czasach na tych terenach dość mocno obecny jeszcze był kult pogański. Powstanie prawosławnej świątyni mogło mieć na celu wyparcie tychże obrządków. Co ciekawe, przez długi czas Puchy były wsią prywatną. Wywłaszczenie nastąpiło w czasie komunizmu. W czasach Cesarstwa Rosyjskiego Puchły stały się niezwykle ważnym i znanym ośrodkiem oświaty. Prężnie działało tu dwóch księży, Grzegorz oraz Flor Sosnowscy, którzy to za cel obrali sobie zwalczenie analfabetyzmu. Organizowali wykłady, prelekcje, założyli szkoły parafialne oraz otworzyli bibliotekę, w której zgromadzili 6000 książek. Te wszystkie działania naprawdę zmieniły poziom wykształcenia mieszkańców. Niestety, wszystko skończyło się wraz z bieżeństwem, czyli masową ewakuacją ludności w głąb Rosji. Jeśli cerkiew jest otwarta, koniecznie zajrzyjcie do środka. Ja akurat mam to szczęście. Trafiam na zorganizowaną wycieczkę, więc mam także okazję posłuchać przewodnika, którym w tym przypadku jest pan organista. Jeśli bardzo Wam zależy, by zobaczyć wnętrze, sprawdźcie godziny nabożeństw i zjawcie się troszkę wcześniej. Ewentualnie można także skontaktować się z parafią i zapytać o możliwość zwiedzania. Na drzwiach wisi numer telefonu, a i w Internecie znajdziecie namiary. A co zobaczycie w środku? Same cudeńka. Cerkiew w Puchłach słynie z ikony Opieki Matki Bożej (Pokrowy), żarliwie czczonej przez miejscowych wiernych. Przypuszcza się, że pierwszy cudowny obraz Bogurodzicy spłonął w pożarze w 1771 roku. Dzisiejszy wizerunek Maryi pochodzi prawdopodobnie z XVIII wieku, a więc też już ma swoje lata. To, co od razu zwraca uwagę po wejściu do środka, to bogactwo zdobień i kolorów. Wzrok przyciąga jasny ikonostas, który jest symbolem nieba, czyli miejsca, gdzie mieszka Bóg. To tu znajduje się tabernakulum i odprawiana jest Boska Liturgia. Do tego uwagę zwracają ciekawe polichromie, przedstawiające szereg różnych postaci. Więcej o cerkwi w Puchłach przeczytacie na stronie Białystok Subiektywnie, skąd również czerpałam informacje. Charakterystyczna zielona cerkiew w Trześciance ze swoimi złotymi kopułami od razu rzuca się w oczy. Ona także znajduje się na wspomnianym już szlaku Krainy Otwartych Okiennic, który prowadzi przez 3 wsie: Puchły, Trześciankę oraz Soce. Pierwsze wzmianki o prawosławnej świątyni w tej miejscowości również pochodzą z XVI wieku. Jednak dokładnego jej miejsca nie udało się ustalić. Zachowany najstarszy dokument, potwierdzający działalność cerkwi w Trześciance pochodzi z 1773 roku. Jest w nim mowa o małym drewnianym obiekcie. Ta, którą obecnie możemy podziwiać została wzniesiona w drugiej połowie XIX wieku. Historia budowy cerkwi i w tym przypadku wiąże się z pewną legendą. Jeden z mieszkańców planował budowę swojego nowego domu. Potrzebował więc drewna. W tym celu udał się do handlującego tym materiałem Żyda. Gdy przystąpił do pracy, z jednej z belek wysypały się złote dukaty. Uznał, że to musi być znak i przeznaczył je na budowę cerkwi. To właśnie dzięki niemu oraz wsparciu innych parafian wzniesiono w Trześciance piękną świątynię, która stoi tu do dziś. W czasach Imperium Rosyjskiego świątynia pełniła także inną bardzo ważna rolę. Stanowiła ośrodek szkolnictwa cerkiewnego. Tutaj kształcili się przyszli nauczyciele oraz ci, którzy chcieli podjąć pracę w rzemiośle. Były tu organizowane kursy nauczycielskie oraz kursy rzemiosła, związanego z cerkwiami. Można się tu było przysposobić na złotnika, lakiernika, murarza, rzeźbiarza czy tkacza. W czasie masowych przesiedleń cerkiew została opuszczona, a budynki szkolne całkowicie zniszczone. W Trześciance pozostały tylko trzy rodziny prawosławne. Zmieniło się to podczas II wojny światowej, kiedy to cerkiew ponownie zaczęła pełnić swoją funkcję świątyni prawosławnej. Gruntowny remont budynek przeszedł w 2014 roku. Wówczas odnowiono jej elewację, kopuły wraz z krzyżami, dach oraz okiennice. Dziś wygląda wręcz zjawiskowo, stanowiąc jedyną taką prawosławną budowlę sakralną w tym rejonie. Jej zielona elewacja sprawia, że bez dwóch zdań można ją zaliczyć do najpiękniejszych kolorowych cerkwi Podlasia. Cerkiew w Starym Korninie jest tak soczyście niebieska, że chyba bardziej już się nie da. W zasadzie stoją tu dwie cerkwie obok siebie, większa pw. św. Michała Archanioła z 1893 roku, mniejsza pomocnicza &#8211; św. Anny z 1892 roku. Pierwsza z nich jest główną świątynią prawosławną w tej miejscowości. Według mnie to jedne z piękniejszych obiektów sakralnych tego typu na Podlasiu. Wokół cerkwi zobaczyć można szereg nagrobków oraz krzyży wotywnych, niektóre bardzo stare. Całość tworzy przepiękny kompleks prawosławny, zadbany w każdym calu. Obiekty też mają już swoje lata, pamiętają dawne czasy prawosławia na tych terenach. Cerkwie zostały wybudowane na miejscu innej starej świątyni pod podwójnym wezwaniem św. Michała Archanioła oraz św. Anny. Dowodem na to, że kiedyś taka cerkiew właśnie tu stała jest kamień umieszczony przy bramie. Widnieje na nim taka oto inskrypcja: „Sozdan siej chram roku 1631”. Ciekawostką z historii wsi jest fakt, iż Stary Kornin był niegdyś celem masowych pielgrzymek. A to wszystko za sprawą objawienia się w tutejszej cerkwi w 1704 roku cudownej ikony Matki Boskiej. Sława o jej uzdrawiającej mocy poszła w świat i od tej pory zaczęli ściągać tu pątnicy, przeważnie osoby chore, kalekie, niedomagające. Tłumy były tak wielkie, że w pewnym momencie mała cerkiew nie zdołała ich pomieścić. Stopniowo też ulegała przez to zniszczeniu. W wyniku takiej sytuacji podjęto decyzje o rozbudowie. Nowa świątynia pw. św. Michała Archanioła powstała tuż obok poprzedniej. Był to początek XVIII wieku. Ufundował ją Jan Klemens Branicki, hetman wielki koronny. Do nowej cerkwi przeniesiono ołtarz z cudowną ikoną, który można podziwiać do dziś. Obecnie znajduje się za ikonostasem w głównej świątyni. Niestety cudowna ikona Matki Bożej została zabrana stąd w czasie bieżeństwa, czyli masowych przesiedleń w głąb Rosji. Nigdy do Starego Kornina nie powróciła, przez co wieś straciła na znaczeniu. Kiedy w XIX wieku pierwsza cerkiew zaczęła niszczeć, a remont również niewiele pomógł, wybudowano nowe sanktuarium w 1893 roku, oczywiście pod tym samym wezwaniem. Obok stała już inna cerkiew św. Anny, wzniesiona w 1892 roku. Skąd kult św Anny w tym rejonie. Do dziś nie wiadomo. Wydaje się to też niespotykane, bowiem w tych czasach czczona tu przecież była cudowna ikona Matki Bożej. Wchodząc na teren cerkwi warto zwrócić uwagę na na studnię, która znajduje się po lewej stronie. Woda z tej studni ma podobno cudowną uzdrawiającą moc. Nikt dokładnie nie pamięta początków tego cudownego miejsca, niemniej znane są liczne historie uzdrowień z początku XVIII wieku, kiedy na tych terenach szalała zaraz. Studnia została obudowana małą kapliczką (kapliczka nad źródłem) z niewielką kopułką z krzyżem prawosławnym. Obok stoi coś w rodzaju czerpaka korbowego do nalewania wody ze studni. Kolorowe cerkwie na Podlasiu kojarzą się przede wszystkim z kolorem niebieskim. Zdarzają się zielone, a także brązowe. Jednak czy ktoś słyszał o żółtej? Złota cerkiew św. Apostoła Jana Teologa w Nowoberezowie to perełka jakich mało, prawdziwy zabytek. Została wzniesiona w 1771 roku, jest cerkwią pounicką, a do dziś zachowała się niemal w oryginalnym stanie. Przetrwała blisko 250 lat, choć w międzyczasie jej wygląd się zmieniał. W momencie budowy cerkiew nie posiadała dzwonnicy oraz kopuły nad częścią środkową. Jej wnętrze zdecydowanie warto zobaczyć. Skrywa ono piękne XVIII-wieczne polichromie z dawnych czasów. To jedyna drewniana cerkiew w tym regionie, w której malowidła wykonane zostały na suficie świątyni. Odnowiono je w 1995 roku. Wnętrze unickie, z wyjątkiem polichromii, jednak się nie zachowało. Same polichromie przedstawiające &#8216;Wniebowstąpienie Chrystusa&#8217; oraz &#8216;Ostatnią Wieczerzę&#8217; umieszczone są wyłącznie na suficie. Dodatkowo, parafia dysponuje informacją, że do około 1840 roku w cerkwi znajdowały się m.in organy. Fundatorką tej prawosławnej świątyni była Izabela Branicka, żona Jana Klemensa Branickiego, hetmana wielkiego koronnego oraz siostra króla Stanisława Augusta. Historia pierwszej cerkwi na tych terenach sięga jednak nieco dalej. Stare Berezowo to miejscowość, znajdująca się około 3 km na południowy zachód od Nowoberezowa. &#8220;Stare&#8221; zostało założone w II poł. XVI w. i było zamieszkiwane przez ludność ruską, jak również i polską. Mieszkańcy Starego Berezowa nie posiadali własnej świątyni. Na przełomie wieków XVI i XVII doszło do pożaru wsi, który został wywołany prawdopodobnie  przez wracających weteranów wojny o Inflanty. Pożar strawił większość miejscowości i doprowadził do migracji ludności, która osiedliła się w nowym miejscu dając początek wsi Nowe Berezowo (lub Nowoberezowo). 23 stycznia 1618 roku król Zygmunt III Waza nadał ziemię pod budowę cerkwi, plebanii oraz na organizację cmentarza. Powstała tu pierwsza cerkiew św. Jana Teologa. Stała ona w miejscu obecnej cerkwi parafialnej pw. Wniebowstąpienia Pańskiego (w Nowoberezowie znajdują się bowiem dwie świątynie prawosławne, niemalże obok siebie). Skąd o tym  wiadomo? Otóż, podczas budowy natrafiono na ludzkie szczątki. Zwykle cerkwie otoczone są cmentarzem. Pierwotny cmentarz w Nowym Berezowie funkcjonował do ok. 1770 roku. Jakieś 100 lat później we wsi wzniesiono kolejną cerkiew, właśnie tę, którą ufundowała Izabela Branicka. Obok świątyni stała niegdyś drewniana dzwonnica z dwoma zabytkowymi dzwonami z 1667 oraz 1690 roku. Dzwonnicy już co prawda nie ma, ale jest studnia, która także warta jest uwagi. To studnia kamienna, współczesna. Jeśli chcecie dowiecieć się więcj o tej podlaskiej perełce, zajrzyjcie koniecznie na fanpage parafii w Nowoberezowie. Informacje o cerkwi uzyskałam od Pana Adriana, który prowadzi właśnie tę stronę. Do kolorowych cerkwi Podlasia niewątpliwie można zaliczyć niebieską cerkiew w Narwi. To drewniana perełka z 1882 roku. Niedawno została odrestaurowana. Powodem remontu był pożar w 1990 roku, podczas którego niemal całkowicie spłonęła. Obecnie po tej tragedii nie ma już śladu, a cerkiew w Narwi znowu zachwyca swym pięknem i soczyście niebieskim kolorem. Niestety pożar zniszczył cenną ikonę św. Antoniego Pieczerskiego, która otaczana była niezwykłą czcią przez wiernych i z którą wiąże się także powstanie tej świątyni. Zabytkowe wnętrze cerkwi...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/10-kolorowych-cerkwi-na-magicznym-podlasiu.html">10 kolorowych cerkwi na magicznym Podlasiu</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/05/10-kolorowych-cerkwi-na-magicznym-podlasiu.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>16</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Prawdziwe wyzwania incentive managera. Druga część wywiadu z Mariuszem Siekierskim z Axe Travel.</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/04/prawdziwe-wyzwania-incentive-managera-druga-czesc-wywiadu-z-mariuszem-siekierskim-z-axe-travel.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/04/prawdziwe-wyzwania-incentive-managera-druga-czesc-wywiadu-z-mariuszem-siekierskim-z-axe-travel.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 21 Apr 2020 18:27:35 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Wywiady]]></category>
		<category><![CDATA[incentive manager zawód]]></category>
		<category><![CDATA[incentive travel co to jest]]></category>
		<category><![CDATA[incentive travel praca]]></category>
		<category><![CDATA[na polega praca incentive]]></category>
		<category><![CDATA[wywiad z incentive managerem]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=12595</guid>

					<description><![CDATA[<p>Zapraszam Was na drugą część w wywiadu z Mariuszem Siekierskim, który opowiada o swojej pracy jako Incentive Manager. Obecnie Mariusz prowadzi swoją firmę Axe Travel, a w branży turystycznej działa już 20 lat. Jak trudna i pełna wyzwań jest to praca, dowiecie się za chwilę. Przejazd przez Himalaje, porwanie w Meksyku, pomoc meksykańskiej mafii, strzelanina w Caracas czy jaja pająka złożone w nodze to tylko niektóre historie, mrożące krew w żyłach czy przyprawiające o palpitacje serca. Czasem także płyną łzy, łzy wzruszenia, a serducho samo ściska się ze szczęścia. Praca incentive Manager pełna jest wyzwań. Niewątpliwie do wykonywania takiego zawodu trzeba mieć specjalne predyspozycje, pomysłowość dobrego scenarzysty i reżysera, ryzyko we krwi i nerwy ze stali. Jeśli jeszcze nie czytaliście pierwszej części, koniecznie to nadróbcie: &#160; [Cel] Który wyjazd zapadł Ci najbardziej w pamięć, najbardziej poruszył? Mnie często poruszają same przygotowania i to, co się wydarza już po. Podczas samego wyjazdu skupiam się na tym, by wszystko się udało, po prostu odhaczam pewne rzeczy, które miały się zadziać, jak np. transfery, czy wydano jedzenie itp. Jeśli jednak miałbym odpowiedzieć na to pytanie, to ogromne wrażenie zrobił na mnie pewien wyjazd w Polsce do domu dziecka. Namówiłem firmę budowlaną na to, żeby nagrodziła ludzi, pracujących ciężko przy budowie kawałka autostrady, w trochę inny sposób niż zawsze. Od czasu do czasu firma organizowała im wyjazdy motywacyjne, jednak wyglądały one przeważnie tak samo, czyli impreza z alkoholem. Wiesz, w tej branży pracuje dużo facetów, więc odreagować w ten sposób lubią. Panie z tej firmy za to niechętnie brały w czymś takim udział. W tej sytuacji  zaproponowałem nieco inną formę. Ich zadaniem było stworzenie ogrodu z zabawkami, a raczej placu zabaw dla domu dziecka. Dość długo przepychałem ten projekt, bo oni nie do końca rozumieli, o co tu chodzi. Przecież ciężko pracowali i znowu mieli jechać do pracy. Wreszcie się udało, dali się przekonać, że dom dziecka tego potrzebuje i że ta praca będzie miała realny wymiar. Ja oczywiście i tak potem zrobiłem jeszcze imprezę, by wzmocnić efekt.  Oni faktycznie pracowali tam półtora dnia, na początku byli niezbyt zadowoleni. Dzieciaki jednak przygotowały im fantastyczny program rozrywkowy w ramach podziękowania za to wszystko. Na sam koniec prac wpadły na ten plac zabaw i były absolutnie zachwycone tym, co oni tam postawili. Dzieci zaczęły się bawić, lgnąć do tych ludzi, przytulać się, opowiadać, że to jest niesamowite&#8230;  i ci faceci nagle zaczęli płakać jak bobry. Ja tak samo, faktycznie serce mi się mega ścisnęło. Wiesz, to nie był wyjazd do Afryki, żeby kopać gdzieś tam studnię dla dzieci, gdzie każdy wie, jak ciężka i trudna jest tam sytuacja i wiadomo, że to rusza. To była akcja tu w Polsce. Tak naprawdę jest bardzo dużo rzeczy do zrobienia dla dzieci w naszym kraju. Wcale nie trzeba wynosić się na inny kontynent. Dla mnie to było mega mocne. Oni też byli zachwyceni i kompletnie nie mieli ochoty na popijawę. Odreagowali w momencie, gdy pracowali, a potem zobaczyli efekt tej pracy. Do tego doszły podziękowania od dzieciaków oraz od pań, które się tymi dzieciakami tam opiekują. Nagle się okazało, że cała ta frustracja z nich zeszła, została zutylizowana i nie trzeba do tego alkoholu. [Cel] Rzeczywiście coś takiego musiało ścisnąć za serducho. A coś z Twoich dalekich wypraw, co pamiętasz do dziś? To chyba znowu muszę wspomnieć projekt Yeti dla Skody, który był dla mnie niesamowity pod wieloma względami. W Indiach musiałem być dwa razy, a w zasadzie trzy, bo jeszcze przed grupą, żeby wszystko zorganizować i dopiąć na ostatni guzik. Za drugim razem pojechałem tam z klientami, którzy byli odpowiedzialni za wypuszczenie produktu, czyli nowego modelu ich marki. Chciałem wtedy wszystko im pokazać, przedstawić krok po kroku, jak to będzie wyglądało, wtedy jeszcze bez samochodu. Chodziło o to, żeby wiedzieli, na co się piszą, jakie są tu warunki. Wiesz, mimo, że mieliśmy najlepszy hotel w Ladakh, to ciągle był to hotel, który jako jedyny miał ciepłą wodę, tzn. miał mieć, bo wcale jej tam nie było. Miejsce absolutnie niesamowite, ale czas się tam zupełnie zatrzymał. Oni to wszystko zobaczyli na własne oczy, czyli wszystko zgodnie z planem, po czym okazało się, że jest jakiś strajk na lotnisku i nie możemy wylecieć do Delhi, by wrócić do Europy. Jedyne, co możemy zrobić, to czekać na miejscu. Tylko, że nie wiadomo, czy strajk skończy się jutro, za tydzień czy parę tygodni. A więc możemy tu siedzieć nawet i miesiąc. W takiej sytuacji musiałem coś wykombinować i wykombinowałem. Nagrałem transport ciężarówkami, które jadą przez najwyższe Himalaje i którymi mogliśmy spróbować dostać się do Pakistanu. Najbliższe lotnisko w Pakistanie było w odległości 250 km, a więc jakieś 4 dni jazdy. [Cel] I tak zrobiliście? Tak zrobiliśmy. Wsadziłem tych ludzi w te ciężarówki i ruszyliśmy w drogę przez teren całkowicie wojskowy. Co ciekawe, mieliśmy obstawę w samochodzie terenowym, a nawet snajpera. No i jechaliśmy tak te 4 dni, 250 km. A po drodze oczywiście mnóstwo wrażeń i emocji. Widziałem, jak samochody ledwo trzymały się drogi, która była bardzo wąska, manewry na trzech kołach to tam norma. Musisz mieć wprawę, bo z jednej strony masz po prostu przepaść. Widziałem dzieci bawiące się nad tymi urwiskami. Jadaliśmy w prawdziwych hinduskich knajpach. W tych samych, w których stołują się ci kierowcy. Nie wiem, czy wiesz, ale oni mają swój sposób na to, żeby nie zasnąć za kółkiem. Zawsze jedzą takie zielone papryczki, bardzo ostre, które dla nas są absolutnie śmiertelne. Na nich to działa bardzo pobudzająco. Taki facet robi naprawdę długą trasę, jedzie trzydzieści parę godzin. Do tego teren jest bardzo trudny, wąskie drogi. Nie ma szans, żeby dwie ciężarówki się wyminęły. Wygląda to tak, że kierowca wychodzi z ciężarówki i idzie na przykład 3 km za zakręt zobaczyć, czy nikt inny się nie zbliża. W momencie, kiedy kogoś tam spotka, to się dogaduję, kto przejeżdża pierwszy. Gdyby się spotkali na miejscu, to nie ma szans, żeby wycofać. [Cel]  A to cofać też nie można? Nie. Jak już się spotkają, to nie ma opcji, żeby te dwa środki transportu przejechały obok siebie, jeden trzeba byłoby zrzucić. I tak naprawdę w tych miejscach jest masa ciężarówek pospychanych w przepaść. Być może w nocy nie chce im się wysiadać i sprawdzać, więc próbują przejechać bez zatrzymywania się, a wtedy o taki wypadek nietrudno. W końcu dojechaliśmy do granicy. Ten widok i klimat pamiętam do dziś. Po jednej stronie luz, Hindusi tańczą, popalają zioło, po drugiej wkurzony Pakistan, gęsta atmosfera, czuć tam wojnę. Ogólnie cała przeprawa tymi ciężarówkami była mega mocna. Wiesz, coś jak z filmu, kurz, pot, poobklejane kabiny, ledwo tam coś widać, smród, bo przecież oni też jedzą w środku.  A propos jedzenia, to pamiętam też dość zabawną sytuację. Podpatrzyłem, że ci kierowcy zawsze brali czerwony sos do wszystkiego. Bardzo mnie to zaciekawiło i postanowiłem się poczęstować. Sos służył do maczania chleba, a w zasadzie ichnich tradycyjnych placuszków&#8230; więc zrobiłem to samo, chlebek, sosik i do buzi&#8230; Celina, czegoś podobnego nigdy nie miałem w ustach, czegoś tak ostrego! W tamtym momencie chciałem zrobić naprawdę wszystko, żeby tylko nie czuć tego ognia&#8230; nie wiem, cokolwiek, uderzyć głową w ścianę i stracić przytomność. A oni co? Pokładali się ze śmiechu. Moje oczy łzawiły, ba, to był rwący potok&#8230; nos się zapchał, gile zwisały. Męczyłem się jakieś 40 minut, nie pozwalali mi pić żadnej wody. W takiej sytuacji nie można nic wkładać do przełyku, bo jeszcze bardziej będzie paliło. Mieli jedną tylko radę. Mogłem wypić swój własny mocz i to miało pomóc, ale wiesz, aż w takiej desperacji nie byłem. [Cel]  Kurczę, to kubki smakowe pewnie Ci poszły:) A gdzie nocowaliście na tej trasie? Różnie, ale głównie w wioskach. To, co mnie również uderzyło podczas tej podróży, to to, że tam w każdej wiosce mieszkają inni ludzie, wszystko wygląda inaczej. Wiesz, oni się tam nie przemieszczają. Tymi drogami kursują jedynie ciężarówki. Ludzie całe życie siedzą w swojej społeczności. Pewien widok szczególnie utkwił mi w pamięci. Wyobraź sobie, oto biegnie drogą pies, owinięty cały drutem kolczastym. Za nim biegnie jakiś facet i jeszcze okłada go pałką i to tak mocno, że chce mu jeszcze przetrącić kręgosłup. Inni ludzie rzucają w niego kamieniami. On szuka miejsca, żeby skonać, cały w tym drucie. Widzisz coś takiego i nie wiesz, co masz zrobić. Masz zareagować czy nie? W takich sytuacjach dociera do mnie, że jednak nie da się zrozumieć pewnych rzeczy, nie da się zrozumieć świata. Możesz go po prostu zaakceptować lub nie, może tam w tej wiosce tak po prostu jest. [Cel]  No właśnie. Czasami tak jest, że widzisz coś, co budzi Twój sprzeciw, gotujesz się w środku, chcesz zareagować, ale czujesz jednak, że lepiej się nie wychylać. Czasami może i masz rację, a czasami po prostu mierzysz inny świat swoją miarą i patrzysz ze swojej subiektywnej perspektywy. To, że coś jest nieakceptowalne dla Ciebie, nie oznacza, że jest złe. Może po prostu tego nie rozumiesz. Choć okrucieństwo wobec zwierząt, dla mnie osobiście, nie ma uzasadnienia. Tak wiem, są kultury, w których zwierzęta zabija się po to, by je po prostu złożyć w ofierze, lub po to, by przyrządzić tradycyjne danie.  Jest dokładnie tak, jak mówisz. Nie ma jednego słusznego świata, kultury czy religii, choć oczywiście można to wszystko oceniać i stopniować. Z tym, że będzie to raczej subiektywna ocena. [Cel] To może wróćmy do wątku przygodowego. Widzę, że takich historii masz na swoim koncie bez liku:) O tak. Tak naprawdę, to zawsze się coś dzieje. Na przykład te jaskinie w Meksyku, o których już opowiadałem. Abo taki Nowy Jork i wilki z Wall Street, gdzie faktycznie chłopcy idą po bandzie. Oni są maksymalnie nastawieni na to, żeby czerpać przyjemność z życia. To jest wręcz dzikość, totalne nakręcenie na rozrywkę, alkohol i narkotyki. Widzisz taki świat, niejako wkraczasz w niego na chwilę&#8230; to jest naprawdę niesamowite przeżycie. Moja praca daje mi ogromne możliwości obserwacji, wnikania w pewne sfery czy grupy. Wtedy nabierasz dystansu. Widzisz, że świat jest wielowymiarowy. Doceniasz to, co masz i wiesz, że nie ma co się spinać i fiksować na rzeczach, które są mało ważne. [Cel] No dobrze. To podziel się jeszcze jakąś przygodą&#8230; taką wiesz, z adrenaliną. Praca Incentive Manager moża chyba od niej uzależnić. Takie też się zdarzają. Na przykład, gdy trzeba kogoś wyciągnąć z więzienia. [Cel] Ale kogo? Uczestników Twoich wyjazdów? Tak, dokładnie:) Kiedyś w Hawanie miałem taką akcję. Goście z mojej grupy zadzwonili do mnie, że są w więzieniu i czy bym nie przyjechał i ich nie wyciągnął. Okazało się, że pobili się z Kubańczykami na ulicy. Po czym, jak wyciągnąłem ich tego więzienia, to poprosili, żebym też wyciągnął Kubańczyków. Wyobraź sobie, że na sam koniec zajścia zostali przyjaciółmi. Zaczęło się od jakiejś pyskówki na ulicy z młodymi chłopakami z Kuby, zresztą nawet dobrze boksującymi. Ci Kubańczycy dość porządnie pokiereszowany tych moich. Natomiast moi byli na tyle waleczni, że jeden z tych Kubańczyków stracił przytomność, gdy dostał butelką w głowę. Doszło faktycznie do ostrej wymiany ognia. Jednak przez to, że ich zamknięto razem w jednej celi, to mieli chwilę czasu, żeby się poznać. I jak się domyślasz, wówczas zostali kumplami. Dlatego ci moi nie chcieli zostawić tych drugich, więc wyciągnąłem i tamtych.  [Cel] To nawet trochę zabawne&#8230; dobrze, że tak to się skończyło. W tamtym przypadku w zasadzie nerwy mi jeszcze nie puściły. Ale zdarzały się i takie historie, gdzie już tak wesoło nie było. Na przykład w Meksyku, ale tym razem w stolicy. Jeden uczestnik zniknął wieczorem z hotelu. Znalazłem go w innym z nakłuciami na ciele. To było porwanie dla organów. W tej sytuacji dowiedziałem się, jak wygląda działanie pigułki gwałtu. Zażycie tej pigułki nie polega na tym, że ty tracisz przytomność, tylko jesteś w pełni funkcjonującym organizmem. Z tym, że ja mówię ci &#8220;daj mi portfel&#8220;, a ty – &#8220;bardzo proszę&#8220;. &#8220;Zdejmij majtki&#8221; – &#8220;bardzo proszę&#8220;. I to jest właśnie fenomen tej pastylki. Nie dość, że wykonujesz moje polecenia, jesteś zupełnie pozbawiona własnej woli, to po 24 godzinach nie można już tego związku wykryć w organizmie. I faktycznie masz przerwę w życiorysie na 24 godziny. Mniej więcej 20 godzin mam pewność, że mam cię na własność. Jak ci powiem że masz skoczyć, to...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/04/prawdziwe-wyzwania-incentive-managera-druga-czesc-wywiadu-z-mariuszem-siekierskim-z-axe-travel.html">Prawdziwe wyzwania incentive managera. Druga część wywiadu z Mariuszem Siekierskim z Axe Travel.</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/04/prawdziwe-wyzwania-incentive-managera-druga-czesc-wywiadu-z-mariuszem-siekierskim-z-axe-travel.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>12</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Malediwy Fulhadhoo &#8211; ile kosztuje pobyt na wyspie, czyli ceny, transport, wyżywienie</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/04/malediwy-fulhadhoo-ile-kosztuje-pobyt-na-wyspie-czyli-ceny-transport-wyzywienie.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/04/malediwy-fulhadhoo-ile-kosztuje-pobyt-na-wyspie-czyli-ceny-transport-wyzywienie.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 02 Apr 2020 19:12:59 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Fulhadhoo]]></category>
		<category><![CDATA[Malediwy]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie spać na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[lokalne wyspy na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[Malediwy na własną rękę]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=12084</guid>

					<description><![CDATA[<p>Ile może kosztować urlop na Malediwach? To zależy, gdzie go spędzimy. Wiadomo, lokalne wyspy na Malediwach są o wiele tańszą opcją. Ja szczególnie polecam Fulhadhoo, małą wyspę na atolu Baa. To było totalne zaskoczenie, pozytywne oczywiście. To miejsce to dla mnie kompromis między horrendalnie drogimi resortami a tanimi guesthousami. Wysoki standard noclegowy plus rajskie plaże to kwintesencja egzotycznych wakacji. Ile kosztuje pobyt na wyspie Fulhadhoo? Być może ceny nie są najniższe w porównaniu z innymi lokalnymi wyspami, niemniej zdecydowanie warto zapłacić trochę więcej, by cieszyć się tym, co ta tropikalna perełka ma do zaoferowania. Fulhadhoo to jedna z najpiękniejszych wysp lokalnych na Malediwach. Dlaczego? Po pierwsze, białe piaszczyste plaże bikini, o czym pisałam w poprzednim wpisie. Po drugie, fantastyczny guesthouse 3 Hearts, który w zasadzie posiada standard hotelowy. Po trzecie, czystość na wyspie. Pod tym względem Fulhadhoo zdecydowanie się wyróżnia na tle innych lokalnych wysp na Malediwach. Ile zatem kosztuje pobyt na Fulhadhoo? Jak się tu dostać i zaplanować całą podróż? O tym przeczytacie w tym poście. Konkretnie dowiecie się: który guesthouse wybrać na Fulhadhoo i dlaczego, ile kosztuje wyżywienie na Fulhadhoo i jakie masz opcje, jakie wycieczki i atrakcje możesz wykupić na Fulhadhoo i ile to kosztuje, jak dostać się na Fulhadhoo, jak wygląda lokalna wioska na Fulhadhoo i co można kupić na miejscu. Jeśli chcecie zobaczyć, jak piękne i rajskie plaże są na Fulhadhoo, zajrzyjcie do wpisu: &#160; Na wyspie znajdziecie kilka opcji noclegowych, jednak nie ma ich dużo i to jest kolejny plus. Z pewnością w sezonie, czyli od grudnia do marca, ludzi będzie więcej. Jednak nawet w przypadku gości z innych kwater ciągle macie szansę na odpoczynek w odosobnieniu.  Obecnie na Fulhadhoo można zatrzymać się w kilku hotelikach: Azoush Tourist Guesthouse (najstarszy na wyspie, był tu już w 2014), Villa Marina (wygląda na nowy, niskobudżetowy), Fulhadhoo Inn (podczas naszego pobytu był zamknięty), Village Hideaway and Spa oraz 3 Hearts Guesthouse. Jak się domyślacie, zatrzymałam się w tym ostatnim i to był fantastyczny wybór. 3 Hearts Guesthouse podobno dedykowany jest dla par, jednak nie jest to prawda. Rodziny z dziećmi również się tu zatrzymują, a dzieciaki mogą liczyć na różne atrakcje. Aktualnie to chyba najsłynniejszy hotel na tej wyspie i naprawdę ma to  swoje uzasadnienie w jakości samej kwaterki, jak i usług. W mojej ocenie guesthouse posiada standard hotelowy. Nawet najtańsze pokoje wyposażone są dosłownie we wszystko, co może przydać się podczas pobytu. Na ścianie znajdziecie nawet powieszoną latarkę, by wieczorem w razie czego móc wybrać się na spacer. Pokoje sprzątane są codziennie, ręczniki wymieniane. Kawa i herbata dostępne przez cały czas. Przemoczone czy uprane rzeczy można powiesić w specjalnym pomieszczeniu w pokoju lub na zewnątrz w  kilku miejscach. Przed wejściem do pokoi znajdziecie małe prysznice do opłukania nóg. W ofercie guesthouse ma pokoje standardowe, delux (dodatkowa kanapa), pokój rodzinny z balkonem oraz apartament z tarasem. W każdym  pokoju znajduje się płaski telewizor, wybór kanałów jest ogromny, w tym także anglojęzyczne. Nowoczesna łazienka z ciepłą wodą również jest, co dla mnie jest dużym plusem&#8230; ta ciepła woda oczywiście. Wifi w pokojach działa ciut gorzej niż w miejscach ogólnodostępnych. Cena za pobyt uzależniona jest od pory, w jakiej się tu zatrzymacie. W listopadzie za pokój 2-osobowy ze śniadaniem za 4 noce zapłaciłam 344,32 USD, czyli 86 USD za noc (327 zł). W cenie wliczone były już wszystkie podatki: 12% podatek hotelowy, 10% serwis oraz 3 USD opłata środowiskowa za noc za osobę. Tak, nie jest to najtańsza wyspa, ani najtańszy guesthouse, niemniej wart swojej ceny pod każdym względem. Taką cenę można także ustrzelić w sezonie, warto sprawdzać portal booking. Właścicielami 3 Hearts jest para rosyjsko-malediwska, Elvira oraz Simba, naprawdę świetni ludzie. Simba odbiera gości z Goidhoo, bowiem speedboat z Male nie dopływa ani na Fulhadhoo, ani na Fehendhoo. Elvira zaś wita gości na miejscu. Po przybyciu do hotelu dostajecie szklankę z chłodnym sokiem i grzecznie siadacie przy stolikach w restauracji. Właśnie w tym momencie na samym początku Elvira przekazuje najważniejsze informacje, można też o wszystko wypytać. Na miejscu do dyspozycji gości znajdziecie bezpłatny sprzęt do snurkowania oraz wiele innych przydatnych rzeczy, takich jak np. spray od komarów. A te potrafią ciąć, jeśli traficie na porę z deszczem. Język rosyjski oczywiście króluje, ale nie ma problemu także z angielskim. Widać, że to właśnie Elvira zarządza całym interesem. Jej mąż skupia się na organizowaniu wycieczek. Simba pochodzi z Male, zjeździł wiele atoli i Fulhadhoo skradło jego serce. Tak, jak wspomniałam już na początku, według niego Fulhadhoo to najpiękniejsza lokalna wyspa. To naprawdę sympatyczni i mili ludzie. Są w stanie także zorganizować leki, jeśli gorzej się poczujecie, co miało miejsce w moim przypadku. Na szczęście moja apteczka zawsze dobrze jest wyposażona. 3 Hearts posiada również swoją restaurację, a ceny są bardzo przystępne. Obawiałam się, że w takim miejscu trzeba będzie słono płacić za wyżywienie, tym bardziej, iż na wyspie lokalnych jadłodajni brak. Jest jeden bar, niemniej nie wyglądał na popularne miejsce do stołowania. Tak więc kolejne pozytywne zaskoczenie. Jedzenie jest pyszne, a wybór też spory. Można zamawiać całe zestawy lub pojedyncze dania. W menu znajdziecie kuchnię malediwską, ale nie tylko. W momencie, gdy znudzą się Wam tutejsze specjały, zawsze można zamówić coś bliższego naszym smakom. Porcje są tu spore, a głównym jedzeniem jest ryż, makaron, ryby, sałatki czy świeżo wyciskane soki z papai lub mango. Można poprosić o zorganizowanie grilla na plaży lub nawet o piknik na bezludnej wyspie. A jeśli wybierzecie się na łowienie ryb lub polowanie na ośmiornice, wówczas Wasze łupy wylądują na Waszym talerzu. Większość gości podczas naszego pobytu wykupiło pełne wyżywienie. W takim przypadku serwowane jest to, co jest w menu na dany dzień. My wykupiliśmy pakiet ze śniadaniem i była to dla nas optymalna opcja, bowiem ilość jedzenia w full board była ogromna i dla mnie nie do przejedzenia. Przykładowe ceny jedzenia w 3 Hearts: makarony różnego rodzaju &#8211; 10 USD, ryba (grillowana lub steak z tuńczyka) bez dodatków -10 USD, fish&#38;chips &#8211; 14 USD, kurczak curry 10 USD, dodatki ryż, frytki &#8211; od 3 do 5 UDS, dhal curry &#8211; 5 USD, fish curry &#8211; 7 USD, veggie noodles &#8211; 4 USD, tuna lub chicken noodles/rice &#8211; 5 USD, sałatka wege &#8211; 4 USD, sałatka a la caprese &#8211; 5 UDS, sałatka z bakłażana &#8211; 6 USD. Zestaw obiadowy kosztował 11 USD, zaś zestaw kolacyjny &#8211; 17 USD. Więcej  informacji oraz cen znajdziecie na zdjęciach menu. Jak każdy guesthouse, tak i 3 Hearts organizuje dodatkowe wycieczki oraz malediwskie atrakcje. W tym przypadku ceny nie są może najniższe, jednak jeśli kochacie podwodny świat, warto się skusić. My wybraliśmy się na pływanie z mantami i było rewelacyjnie. Dlaczego? Przede wszystkim  dlatego, że manty po prostu się pojawiły i dały się zobaczyć. Simba oraz jego ekipa bardzo dobrze wiedzieli, czy i o której warto popłynąć. Grupa z innego hotelu, która wypłynęła w momencie, w którym my już wracaliśmy, nie miała takiego szczęścia. Ogólnie zarówno Fulhadhoo, jak i wyspa obok Fehendhoo słynną właśnie z obecności mant, które na tym atolu udało się nam zobaczyć dwa razy. Wszystkie atrakcje, jakie oferuje guesthouse 3 Hearts to: snurkowanie (1,5 godziny) &#8211; 50 USD, nocne snurkowanie (1,5 godziny) &#8211; 60 USD, snurkowanie z żółwiami (1,5 godziny) &#8211; 65 USD, snurkowanie z mantami (7:00 &#8211; 8:30) &#8211; 75 USD, polowanie na ośmiornice (1,5 godziny) &#8211; 75 USD, obserwacja delfinów o wschodzie słońca (6:00 &#8211; 7:30) &#8211; 85 USD, sandbank trip + barbecue (pół dnia) &#8211; 100 USD, bezludna wyspa Innafushi + barbecue (pół dnia) &#8211; 130 USD, bioluminescencyjny plankton o zachodzie słońca (1 godzina) &#8211; 50 USD, łowienie ryb o wschodzie słońca + lunch w bonusie (6:00 &#8211; 8:30) &#8211; 90 USD, łowienie ryb o zachodzie słońca + lunch w bonusie (16:30 &#8211; 19:30) &#8211; 100 USD big game fishing, czyli wędkowanie + lunch w bonusie (3 godziny) &#8211; 100 USD, live bait fishing, czyli wędkowanie na żywe przynęty + lunch w bonusie (3-4 godziny) &#8211; 130 UDS, pakiet 3 w 1: snurkowanie (45 min.), wędkowanie (1,5 godziny), sand bank (2 godziny) &#8211; 130 USD, opcja z obiadem barbecue &#8211; 165 USD, Hanifaru Marine Protected Area (czerwiec &#8211; listopad) &#8211; 300 USD, każda dodatkowa osobe +75 USD, romantyczna kolacja na plaży (18:00 &#8211; 20:00) &#8211; 95 USD island hopping, czyli zwiedzanie innych lokalnych wysp (Hithadhoo, Thulhadhoo, snorkeling, lunch) &#8211; 75 USD osoba w grupie 6-8 osobowej, 55 USD osoba w grupie 10-14 osobobej, *Ceny dotyczą się dwóch osób lub rodziny z dziećmi, chyba że zaznaczono inaczej. Każda dodatkowa osoba +20 USD. &#160; Sporty wodne, jakie oferuje 3 Hearts guesthouse: pływanie kajakiem jedynką 2 godziny &#8211; 13 USD, 4 godziny &#8211; 25 USD, cały dzień &#8211; 40 USD, pływanie kajakiem dwójką 2 godziny &#8211; 20 USD, 4 godziny &#8211; 35 USD, cały dzień &#8211; 50 USD. Maski oraz płetwy są dostępne bezpłatnie. Podróż z Male na Fulhadhoo trwa 1,5 &#8211; 2 godziny. Jest kilka opcji transportu, choć najpopularniejszym jest publiczny speadboat, czyli łódź motorowa. Z takiego transferu skorzystałam i ja. Rezerwacji dokonałam przez guesthouse. Cena w jedną stronę to 40 USD. Myślę, że to cena dla turystów, miejscowi płacą mniej, jednak nie mam pojęcia, jak samemu można zabukować właśnie tę łódkę. Speedboat nazywa się AtollCute. Łódź z Male odpływa o 13:00, z Fulhadhoo zaś o 8:00 rano. Kursuje codziennie, oprócz piątku. Koniecznie dajcie znać Waszym gospodarzom, w jaki sposób zamierzacie się dostać na wyspę. Wtedy z pewnością pomogą Wam wszystko zorganizować. Oto wszystkie dostępne opcje transportu z Male na Fulhadhoo. 1) Transfer publiczną łodzią motorową. Prom odpływa z MMA Jetty, który znajduje się między lokalnym targiem a jetty nr 1. Czas rejsu: około 2 godziny. Kursuje od soboty do czwartku, w piątek kursu brak. Z Male na Fulhadhoo &#8211; 13:00 Z Fulhadhoo do Male &#8211; 08:00 2) Transfer prywatną łodzią motorową (dostępny na życzenie). 3) Transfer lotem krajowym FlyMe (4–5 razy dziennie). Lot z Male na wyspę Dharavandhoo i z wyspy Dharavandhoo do Male (czas przelotu 25 minut) + transfer prywatną łodzią z wyspy Dharavandhoo na wyspę Fulhadhoo i z wyspy Fulhadhoo na wyspę Dharavandhoo. 4) Transfer nocnym promem towarowym. Czas trwania: 6–7 godzin. Z Male na Fulhadhoo &#8211; w każdy poniedziałek o 02:00 Z Fulhadhoo do Male &#8211; w każdą sobotę o 02:00. Wioska jest nieduża, usytuowana we wschodniej części wyspy. Resztę pokrywa tropikalny las i plaże. Zamieszkuje ją około 300 osób. Wszyscy są tu bardzo sympatyczni i uśmiechnięci. Znajdziecie tu centrum nurkowe, przychodnię, meczet, boisko do siatkówki oraz piłki nożnej (mecze odbywają się dość często), a także szkołę. Podobno nauczanie jest tu na wysokim poziomie. Dzieciaki chętnie rozmawiają po angielsku, opowiadają o sobie. Na wyspie są też dwa sklepy spożywcze, w których kupicie wszystko, czego potrzeba. Oczywiście asortyment jest ograniczony, niemniej podstawowe produkty są na półkach, od chemii, przez jedzenie, przyprawy po pamiątki. Znak rozpoznawczy lokalnych wysp na Malediwach to oczywiście jorli, czyli siatkowe siedziska z metalową ramą, które albo tworzą rząd, albo wiszą na drzewie jak hamak. Są one czymś w rodzaju odpowiednika naszej ławki parkowej, gdzie ludzie mogą usiąść i porozmawiać. Oczywiście na Fulhadhoo też je znajdziecie. Zawieszone na drzewach przy portowej plaży świetnie nadają się na błogi relaks o każdej porze dnia. Widok na ocean powala, a lekkie bujanie wprawia w swego rodzaju trans. Co ważne, jest naprawdę czysto. Mieszkańcy bardzo dbają o swoje domy i całą wyspę. Widać to gołym okiem. Na końcu wyspy znajduje się spore wysypisko, gdzie składowane są odpady (gdzieś trzeba je ulokować). Część śmieci jest spalana, część wywożona. Można zobaczyć, jak mieszkańcy znoszą tu pełne worki, co jest bardzo pozytywne. Wygląda na to, że świadomość ludzi się zmienia, w dużej mierze dzięki turystyce. Problem ze śmieciami, jak i ich utylizacją na Malediwach ciągle jednak istnieje, ale to już temat na oddzielny wpis. Co ciekawe, w wiosce widać także recycling. W domostwach wykorzystuje się plastik lub inne odpady, dając im drugie życie. I tak np. można tu zobaczyć plastikowe butelki, służące jako donice do kwiatów. Publiczna plaża jest również bardzo urokliwa. Prowadzi do niej słynna alejka palmowa, przy której kryje się stary zarośnięty cmentarz. Trzeba dobrze się przyjrzeć, bo można go przeoczyć. Stare muzułmańskie nagrobki muszą pamiętać zamierzchłe czasy. Plaża przy przystani jest również urokliwa z czystą...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/04/malediwy-fulhadhoo-ile-kosztuje-pobyt-na-wyspie-czyli-ceny-transport-wyzywienie.html">Malediwy Fulhadhoo &#8211; ile kosztuje pobyt na wyspie, czyli ceny, transport, wyżywienie</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/04/malediwy-fulhadhoo-ile-kosztuje-pobyt-na-wyspie-czyli-ceny-transport-wyzywienie.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>21</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Fulhadhoo &#8211; najpiękniejsza wyspa lokalna na Malediwach</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/fulhadhoo-najpiekniejsza-wyspa-lokalna-na-malediwach.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/fulhadhoo-najpiekniejsza-wyspa-lokalna-na-malediwach.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 30 Mar 2020 17:25:09 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Fulhadhoo]]></category>
		<category><![CDATA[Malediwy]]></category>
		<category><![CDATA[ceny na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie nocować na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie plażować na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[koszt wyjazdu na Malediwy]]></category>
		<category><![CDATA[lokalne wyspy na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[Malediwy na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze plaże na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[plaże na Fulhadhoo]]></category>
		<category><![CDATA[przewodnik po Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[życie na Malediwach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=12010</guid>

					<description><![CDATA[<p>Którą wyspę lokalną wybrać na Malediwach? Która wyspa na Malediwach posiada najpiękniejsze plaże? Która pokaże nam prawdziwe egzotyczne piękno, zaoferuje rajskie kąpiele? Taką wyspą niewątpliwie będzie mała Fulhadhoo, położona na atolu Baa. Skąd taka pewność? Na Malediwach byłam trzy razy i śmiało mogę napisać, że spośród odwiedzonych dotychczas wysp ta zdecydowanie się wyróżnia. Do tego właściciel hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, sam to potwierdził. Simbe pochodzi z Male. Jakiś czas temu wyruszył na objazd lokalnych wysp w poszukiwaniu tej, na której zamierzał otworzyć guesthouse. Fulhadhoo podbiła jego serce od razu i wygrała jako ta najładniejsza. Dlatego śmiało mogę stwierdzić, że Fulhadhoo to najpiękniejsza lokalna wyspa na Malediwach. Tak, w tym wpisie będą same achy i ochy, gdyż ta wyspa jest po prostu rajska. Rajskie są jej plaże, które właśnie pokaże Wam w tym poście. To przecież one są głównym powodem, dla którego na Malediwy ściągają rzesze turystów, spragnionych miękkiego białego piasku i turkusowych lagun. Napiszę szczerze, nie na każdej lokalnej wyspie znajdziecie idealne plaże &#8211; takie, jak w resortach. Nie wszędzie jeszcze wyznaczono tzw. bikini beach, choć to akurat szybko się zmienia. Fulhadhoo posiada i to, i to.  Ta wyspa pozytywnie mnie zaskoczyła pod każdym względem, żal było wyjeżdżać. Dlatego też, jeśli nie chcecie lub budżet Wam nie pozwala na pobyt w resorcie, Fulhadhoo będzie świetną opcją na błogi wypoczynek na najpiękniejszych plażach świata. Jeśli chcecie wiedzieć, jak zorganizować pobyt na Fulhadhoo, zajrzyjcie do wpisu: &#160; Wyspa Fulhadhoo leży na małym osobnym atolu wraz z wyspami Goidhoo oraz Fehendhoo, a także kilkoma sandbankami. Słynie z długich piaszczystych plaż, krystalicznie czystych wód Oceanu Indyjskiego, turkusowej laguny oraz tropikalnej dżungli, która prowadzi na wspomniane już rajskie plaże. We wschodniej części wyspy znajduje się niewielka wioska, licząca około 250 osób. Reszta to rodzaj dziewiczego krajobrazu z palmami kokosowymi. W tym wpisie dowiecie się: jak wyglądają południowe plaże bikini na Fulhadhoo oraz piaszczysty cypelek, jak wygląda północna dzika części wyspy z małymi zatoczkami, jakie widoki serwują Malediwy podczas plażowania w burzę, jak bardzo tropikalny jest las, który pokrywa znaczną części wyspy, jak wygląda publiczna plaża na wyspie Fulhadhoo. &#160; Plaże są tu po prostu obłędne, z białym piaskiem, miękkim niczym mąka. Inaczej wygląda południowa część wyspy z jej długą plażą, ciągnącą się aż po zachodni piaszczysty cypelek, skąd można obserwować malediwskie zachody słońca. W pobliżu znajduje się jeden z kilku sandbanków, na który w czasie odpływu można dojść bez problemu. Woda sięga po kolana, czasem po pas lub po pachy. Do cypelka wiedzie odpowiednia ścieżka, która spłyca się, gdy woda odpływa. Cała południowa strona to w zasadzie jedna długa bikini beach, czyli plaża, na której panie mogą opalać i kąpać się w strojach kąpielowych. Niektóre guesthousy wydzieliły tu niejako swoje części, niemniej nie są one prywatne, nie ma więc ograniczeń. Na samym cypelku również znajdziecie kilka parasoli wraz z leżakami. Jest też kosz na śmieci. Na samym końcu wyspy, czyli na cypelku mieszkają króliki! Tak, pierwszy raz widziałam te zwierzęta na Malediwach. Czasami wyłaniają się z krzaczków w poszukiwaniu smacznych kąsków. Można je także spotkać na drodze, prowadzącej do dżungli. Północna część wyspy Fulhadhoo jest inna, inne też są tutaj plaże. Mniejsze, ukryte w niewielkich zatoczkach, czasem kamieniste, z pięknymi chylącymi się ku wodzie palmami wcale nie ustępują tym południowym. Po tej stronie można z powodzeniem snurkować, rafa znajduje się bowiem niedaleko od lądu. Zaś przy samym brzegu macie ogromną szansę na zobaczenie płaszczek oraz tzw. baby sharks, czyli malutkich rekinów, które upodobały sobie płytkie ciepłe laguny po tej stronie wyspy. Jest dziko. Znajdziecie tu ciszę oraz błogi spokój, zaszywając się w jednej z zatoczek. Poczujecie się naprawdę jak w raju. Plaże po tej części wyspy nie są oficjalnie plażami bikini, niemniej w strojach można się opalać także i tu, jeśli tylko nie paradujemy w takim skąpym ubiorze przy mieszkańcach wyspy. Ważna sprawa &#8211; śmieci. Jeśli marzą się Wam Malediwy i już trochę zgłębiliście temat, z pewnością wiecie, że lokalne wyspy niestety borykają się z tym problemem. Po pierwsze &#8211; zanieczyszczony ocean non stop wyrzuca coś na brzeg. Po drugie &#8211; jest problem z utylizacją. Niektóre wyspy to, co mogą, spalają same. Reszta płynie na małą wyspę w pobliżu Male o nazwie Thilafushi, która zamieniła się w pływające wysypisko śmieci. Jest to niewątpliwie niechlubna plama na rajskości tego kraju, ekologiczny wyrzut sumienia Malediwów. Więcej na ten temat przeczytacie w artykule Toksyczna wyspa śmieci na Malediwach. Jak radzi sobie Fulhadhoo? Zdecydowanie dobrze, wręcz świetnie w porównaniu z innymi wyspami. Fulhadhoo jest naprawdę czysta, zarówno wioska, jaki i plaże. Przyznaję, że północna strona nie jest idealna, śmieci się zdarzają, ocean bowiem oddaje to, co wziął, a raczej to, co ktoś mu podarował. Mieszkańcy Fulhadhoo sprzątają swoje miejsce zamieszkania na bieżąco, jednak po prostu nie nadążają. Można im w tym pomóc&#8230;. rzekłabym nawet, że należy. 3 Hearts Guesthouse oferuje darmową lemoniadę za jeden worek śmieci. Za taką inicjatywę ogromny plus! Pogoda i na Malediwach może czasem spłatać figla. Teoretycznie listopad to już początek pory suchej, a jednak w 2019 pogoda w kratkę w tym miesiącu czy nawet jeszcze w grudniu była normą. Choć my i tak narzekać nie mogliśmy, bowiem na nasz pobyt pokazało się sporo słońca. Bywały jednak dni burzowe, gdy na horyzoncie pojawiały się wręcz czarne chmury, zapowiadające konkretną zlewę. I owa zlewa czasem nadchodziła, przeważnie wieczorem. Powiem Wam, że taka aura też ma swój urok i moc. Ciemne niebo kontrastuje wtedy z jasnym oceanem, z jednej strony złowrogie ciężkie chmury, z drugiej jasne ciepłe słońce. A plaża pusta&#8230; a zresztą zobaczcie sami. Jeśli jednak chcecie spędzić czas na Malediwach w samym słońcu, najlepsze będą do tego miesiące styczeń, luty oraz marzec. Kwiecień także może być dobrym wyborem. W tym miesiącu byłam na Malediwach dwa razy i przez cały pobyt towarzyszyła mi przepiękna słoneczna pogoda. W tym miesiącu jest podobno najlepsza widoczność w wodzie. O jednym trzeba jednak zawsze pamiętać bez względu na słońce czy chmury. Krem do opalania z odpowiednio wysokim filtrem to podstawa. Polecam albo przywieźć ze sobą, albo zakupić produkt dobrej jakości na lotnisku. Owszem, na miejscu także kupicie, niemniej te tutejsze często są nieskuteczne, nawet jeśli jest to wodoodporny krem z filtrem 60. Czy już wspominałam, że sporą część wyspy pokrywa niesamowity las tropikalny? Droga na plaże prowadzi przez przepiękną dżunglę. Takiej nie widziałam poprzednio nigdzie. W momencie, gdy wchodzisz w tę gęstwinę, wkraczasz do innego świata. Niestety zdjęcia tego nie oddadzą. Nie pokażę Wam, jak bardzo wysokie są tu palmy, jak egzotyczna roślinność zagarnia przestrzeń. Zdjęcia spłaszczają i nie oddają całej tej perspektywy. Na zdjęciu nie poczujecie wilgoci, powietrza, którym ciężko oddychać, bo bryza tutaj nie dociera. Spacer na plażę wśród takich okoliczności przyrody to zawsze piękne doznania. Na początku droga wiedzie przez gęsty las, potem pod koniec wśród palm, a dalej przez polankę. Czas przejścia na piaszczysty cypelek to 15-20 minut w zależności od tempa i ilości zdjęć robionych po drodze. Co kilka kroków można odbić w lewo lub prawo i znaleźć się na plaży. Tak, publiczna plaża również jest. Publiczna, czyli taka, z której przeważnie korzystają miejscowi. Znajduje się ona na wschodnim krańcu wyspy. Prowadzi do niej słynna alejka palmowa. To coś, z czego słynie właśnie Fulhadhoo. Cała droga została obsadzona właśnie tymi drzewami, które niezwykle wysoko wspięły się w górę. Plaża sama w sobie jest niezwykle urokliwa. Na końcu alejki już z daleko widać turkusowy ocean. Piasek jest biały i miękki, a jeśli odbijemy w lewo i przedrzemy się przez krzaki, naszym oczom ukaże się chyląca ku wodzie palma, na której zawieszona jest huśtawka. Taki oto obrazek, wycięty prosto ze strony katalogu ekskluzywnego biura podróży. To jest właśnie to, z czym kojarzą się Malediwy, małe rajskie wysepki na Oceanie Indyjskim. Za tą palmą jest jeszcze jedna, wygięta w inną stronę, jakoby wskazująca drogę na wyłaniający się z wody sandbank. W czasie odpływu można bez problemu dostać się na niego pieszo. Woda sięga mniej tu więcej po kolana. A po drodze i tuż przy brzegu? Baby sharks! Mnóstwo małych rekinów, śmigających po płytkiej lagunie. Jednak jest tu małe &#8220;ale&#8221;. Przy drodze na publiczną plażę, właśnie przy alejce palmowej, znajduje się wysypisko śmieci. Jest to punkt, do którego wszyscy mieszkańcy zwożą bądź znoszą wszelkiego rodzaju odpady. Takie składowisko. No gdzieś trzeba i na to miejsce znaleźć. I o ile sam punkt nie jest problemem, bowiem plac jest ogrodzony i dobrze zabezpieczony, tak miejsce spalania śmieci już takie nie jest. Utylizacja odbywa się bardzo blisko plaży, więc dym dociera i tu. Jeśli traficie akurat na moment spalania, zapachy nie są za specjalne. Do tego na publicznej plaży mogą zdarzyć się śmieci. Wygląda na to, że ta część wyspy jest niestety rzadziej sprzątana. Niemniej nie ulega wątpliwości, że plaża we wschodniej części jest również piękna i rajska. A na koniec zupełnie inna perspektywa, czyli trochę raju z lotu ptaka. Wszyscy wiemy, że Malediwy z góry wyglądają niesamowicie. Wtedy dopiero widać, jakim niesamowitym tworem natury są te maleńkie wysepki. I tu przychodzi mi na  myśl legenda, według której powstało to wyspiarskie państwo. Otóż, mówi ona, że pewnej nocy do wód Oceanu Indyjskiego spadł deszcze&#8230; deszcz gwiazd. Część z nich wypłynęła na powierzchnię, tworząc w ten sposób ten niesamowity archipelag. Sami przyznacie, że patrząc na te wysepki z góry można uwierzyć w tę legendę. Myślę, że teraz po tak dużej dawce tak rajskich widoków, wiecie już, dlaczego twierdzę, że Fulhadhoo to najpiękniejsza wyspa lokalna na Malediwach. Mogę jedynie dodać, że zdjęcia i tak w pełni nie oddają wyjątkowości tego miejsca. To trzeba zobaczyć, poczuć, tego trzeba doświadczyć. To idealne miejsce na błogi odpoczynek, odcięcie się od wszelkich bieżący spraw, na prawdziwy reset. A jeśli jeszcze nie macie dość, to zajrzyjcie koniecznie do galerii. Tam czeka na Was ogromna dawka lazurków, turkusów i zieleni. &#160; A jeśli potrzebujecie więcej informacji o Malediwach, zajrzyjcie do wpisu: &#160; Jeśli zaś potrzebujecie noclegu przy lotnisku, przeczytajcie także: &#160;</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/fulhadhoo-najpiekniejsza-wyspa-lokalna-na-malediwach.html">Fulhadhoo &#8211; najpiękniejsza wyspa lokalna na Malediwach</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/fulhadhoo-najpiekniejsza-wyspa-lokalna-na-malediwach.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>4</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Incentive Travel, czyli wywiad z Mariuszem Siekierskim, właścicielem firmy Axe Travel</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/incentive-travel-czyli-wywiad-z-mariuszem-siekierskim-wlascicielem-firmy-axe-travel.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/incentive-travel-czyli-wywiad-z-mariuszem-siekierskim-wlascicielem-firmy-axe-travel.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 22 Mar 2020 18:57:07 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Wywiady]]></category>
		<category><![CDATA[incentive manager zawód]]></category>
		<category><![CDATA[incentive travel co to jest]]></category>
		<category><![CDATA[incentive travel praca]]></category>
		<category><![CDATA[na czym polega praca incentive]]></category>
		<category><![CDATA[praca w turystyce]]></category>
		<category><![CDATA[turystyka motywacyjna]]></category>
		<category><![CDATA[wywiad z incentive managerem]]></category>
		<category><![CDATA[wywiady z podróżnikami]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11975</guid>

					<description><![CDATA[<p>Incentive Travel, incentive manager &#8211; znacie te pojęcia? Jeśli nie, to z pewnością po przeczytaniu poniższego wywiadu będziecie wiedzieć konkretnie, z czym to się je. To rodzaj wyjazdów integracyjnych czy motywacyjnych, na jakie swoich pracowników może zabrać firma bądź zaprosić branża. Jaka będzie to podróż, co ma na celu? Kim jest incentive manager i na czym polega jego praca? Jakie cechy charakteru oraz predyspozycje trzeba mieć, by z sukcesem wykonywać ten zawód? O tym opowie Wam Mariusz, która ma już ponad 20 lat doświadczenia w branży i obecnie prowadzi swoją własną firmę incentive Axe Travel. Będzie niezła jazda, trzymajcie się! Jego opowieści słuchałam z wypiekami na twarzy, niemalże za każdym razem scenariusz żywcem wyjęty z dobrego filmu przygodowego. Wywiad podzieliłam na dwie części. Oto pierwsza z nich. [Cel] Cześć Mariuszu, to zacznę może od początku;) Skąd wziął się incentive i co to takiego? Cześć Celino. Osobą, która jako pierwsza w Polsce zaczęła zajmować się wyjazdami incentive jest pan Grzybowski, który wydawał m.in. czasopismo Voyage. Była taka słynna akcja, którą zrobił właśnie on. Wiesz, były już osoby, które organizowały w tym czasie incentivy, w sensie uważały, że to robią. Wtedy wyglądało to w ten sposób, że był to integracyjny wyjazd dla grupy ludzi z firmy i uważano, że to jest właśnie incentive. Natomiast Grzybowski jako pierwszy zabrał ludzi do San Francisco, przebrał ich w pasiaki, wsadził do tramwaju i pokazał Alcatras. W zasadzie całe zwiedzanie  odbyło się w tych pasiakach, zarówno zwiedzanie więzienia, jak i miasta. I to jest dla mnie ten element „wow”, który powinien zawierać taki wyjazd. Samo słowo incentive oznacza zachętę, bodziec lub pobudkę. Wiesz, w ten sposób zwiedzić to więzienie to jest czad. Chodzi o inwencję, kreatywność jest tu bardzo potrzebna.  Został tu faktycznie włączony taki element, że ci ludzie zaczęli się bawić. [Cel] Czyli na czym polega incentive tak dokładnie? Na stworzeniu programu z elementami niedostępnymi dla przeciętnego turysty, programu, który odpowiada też celowi, jaki stawia klient. Na przykład chcemy ludzi zintegrować, albo chcemy zbudować na miejscu relacje albo nawet chcemy czasami uwypuklić jakieś cechy firmy, np. precyzję. Organizowałem kiedyś wyjazd dla pewnej firmy, zajmującej się robieniem implantów zębów. Oni szczycą się tym, że ich implanty są bardzo dobrze szlifowane, do mikrona po prostu. To, co chcieli przekazać stomatologom, których zabiorą w podróż, to to, że mają najbardziej precyzyjne implanty. Dla dentysty jest to niezmiernie ważne, bowiem taki implant bardzo łatwo można wkręcić, a potem dobrze się przyjmuje, organizm nie odrzuca. Jednym z elementów była wizyta w ręcznej szlifierni złota, gdzie ci ludzie szlifują złoto przez kilka miesięcy, uzyskując podobny poziom. Pojawia się więc zrozumienie tego, że oto facet kilka miesięcy szlifuje różnymi technikami złoto, by uzyskać taką płaszczyznę, jaką oni uzyskują na swoim implantach. Ta wizyta spowodowała, że ci wszyscy lekarze wrócili z tego wyjazdu, mając w głowie jedną rzecz: najbardziej precyzyjne implanty. I to jest wszystko, co oni chcieli osiągnąć. To była ich główna informacja sprzedażowa… może jesteśmy drożsi niż konkurencja, może jesteśmy mniejsi, ale na pewno jesteśmy najbardziej precyzyjni. To są wyjazdy dopasowane pod to, co klient chce podczas nich przemycić, pod konkretny cel. Trzeba ustalić, po co klient chce wydać pieniądze na taki wyjazd. Jak wydajesz pieniądze na wakacje, to wydajesz je, żeby zaspokoić jakieś swoje potrzeby, jak np. dowartościować się lub po prostu się zrelaksować. Natomiast firma inwestuje te pieniądze, one muszą do niej wrócić. Jeśli inwestuje np. 100 000 zł w taki wyjazd dla 10 klientów, to chce, by ta inwestycja się opłaciła w konkretnej formie. Czasami klienci nie do końca to rozumieją i trzeba im to wytłumaczyć. Odpowiednie przygotowanie takiego programu oraz ich zaangażowanie w to spowoduje, że to się uda. Oto następny przykład. Organizowałem wyjazd dla jednego z producentów samochodów. Na rynek wchodził właśnie nowy model. Wysłali dziennikarzy w pewne miejsce, by tam zobaczyli po raz pierwszy ów produkt. Celem mojego klienta było to, by ci dziennikarze napisali pochlebne recenzje, żeby w świat poszły opinie o fantastycznym nowym produkcie. Te informacje PR-owe są dużo ważniejsze niż standardowa reklama. W reklamie po prostu opiszesz ten model, ale to tak naprawdę nie ma aż takiego wydźwięku, jak dziennikarz, który mówi, że 20 lat pracuje w motoryzacji, ten samochód jest naprawdę super dla rodziny, świetna pakowność, jazda próbna wypadła idealnie. I ty w to wierzysz, bo to jest opinia specjalisty. I taki oto samochód z Europy jest nagle prezentowany w Indiach. Kraj nie jest przypadkowy, bo nazwa modelu Yeti ma związek właśnie ze stworem, który podobno żyje w tutejszych górach. I tak oto dziennikarze podążają śladami Yeti, by go wytropić, przeżywając po drodze niesamowite przygody… aż znajdą go w starym monastyrze z mnichami. On będzie stał na środku, mnisi będą grać na trąbach, tym samochodem wyjedziemy i zrobimy test drive na Pustyni Gobi. Fot. Krystian Bielatowicz [Cel] Można by rzec, że tu włącza się już zajawka reżyserska… Tak to trochę jest. Trasa do testowania też nie była przypadkowa. Przejechaliśmy najwyższą dostępną dla ruchu drogowego przełęcz na wysokości ponad 5000 metrów, więc oni mogli potem się pochwalić takim przejazdem. Dla dziennikarza jest to nobilitujące. Z samochodem też była ciekawa akacja. Przyleciał oczywiście samolotem. Wcześniej musiałem także dogadać się z klasztorem, a klasztor kompletnie nie rozumiał, o co w tym chodzi… to są mnisi, medytują, odbywają tam swój staż, każdy mężczyzna musi go odbyć w takim odosobnieniu. A tu nagle przychodzi facet i mówi, że on tutaj chce wsadzić auto do środka ich monastyru… no kosmita jakiś. Niemniej się udało. To była transakcja wiązana. Do klasztoru wchodziło się przez bardzo stare drzwi, XV-wieczne, one wymagały renowacji. I  jak się domyślasz, w zamian za tę usługę pozwolono nam na akcję z samochodem. Rozmawiałem z nimi także o pieniądzach, o konkretnej zapłacie, ale powiedzieli, że ich nie potrzebują. Żyją z datków, wychodzą rano, co zbiorą, to zjedzą. Wszystkie naprawy robią sami itd. Na szczęście drzwi były czymś, co ich przekonało. Jednak nie wszystko poszło tak gładko. Drzwi zostały zdjęte do renowacji, wówczas chcieliśmy wprowadzić auto do środka. I co się okazało? Że samochód jest za szeroki, albo wejście za wąskie, no po prostu nie da rady. I wiesz, co tu robić, dziennikarze mają przyjechać za trzy dni… tragedia, a już jest wszystko ustalone i zaplanowane. Pojawił się pewien pomysł. Potrzebujemy helikoptera! Na tych terenach jest sporo wojska, o ten obszar toczy się spór między Indiami, Chinami i Pakistanem. Mój znajomy z tych terenów, z którym to organizowałem, jest byłym wojskowym, więc na pewno musiał tu kogoś znać. Gość wykonał parę telefonów i uwierz mi, helikopter się znalazł. I tak oto, jedziemy sobie do jakiegoś generała i pytamy, czy ma helikopter. Oczywiście ma&#8230; ma bardzo dużo helikopterów… no to super, potrzebujemy tylko jednego. On pyta po co, no to ja mu tłumaczę całą sytuację. Miałem zakumulowane jakie 3000 EUR i miałem nadzieję, że tyle wystarczy. On oczywiście od razu daje do zrozumienia, że to będzie bardzo dużo kosztowało. No dobrze, ile, pytam. A on na to: 500 EUR. Ile, dopytuję się… a on, no dobra 300. I za tę kwotę przylecieli helikopterem transportowym, podczepili ten samochód, wstawili go, a ci mnisi pokładali się wręcz ze śmiechu. Natomiast dziennikarze faktycznie znaleźli tam ten samochód po kilku dniach, zrobiliśmy te wszystkie jazdy próbne itd. Nasz klient miał wtedy najlepszy PR tamtego roku, super wzrost sprzedaży, a dziennikarze byli absolutnie na kolanach. Fot. Krystian Bielatowicz Poznaliśmy tam też człowieka, który jest himalaistą i spotkał Yeti naprawdę. To był jeden z trzech ludzi, którzy go widzieli, jedyny, który jeszcze żył. Oczywiście nie do końca wiedzieli, co widzą w zamieci śnieżnej, w trudnych warunkach, ale to od nich wyszła właśnie ta legenda o Yeti. Oto, siedzimy z tymi dziennikarzami w małej hinduskiej knajpie, a ten człowiek opowiada tę historię, stary człowiek, piękny, mądry… zdaje tym dziennikarzom relację, jak to naprawdę było, jak on pamięta. Jak się zgubili w tych górach, jak jego przyjaciel spadł w przepaść. On przekonany, że zginął. Zszedł w to miejsce, gdzie on spadł, była tam duża plama krwi, a okazało się, że on tylko się skaleczył. Przy pewnej temperaturze, krew, która wejdzie pod lód rozchodzi się po takiej powierzchni, że wydaje się, że wylały się litry, tak to wygląda. Oni wszyscy wtedy się uratowali, ale tylko on jedyny dożył tak sędziwego wieku i nadal prowadzi wycieczki w Himalajach, nadal się wspina, a ma już 95 lat. Niesamowity człowiek! [Cel] Brzmi to obłędnie, scenariusz jak z prawdziwego filmu przygodowego. Może jeszcze jakiś przykład? To może wspomnę o Indianach na północy Tajlandii. Tak, właśnie tam mieszkają, nie wiadomo skąd się wzięli, kompletnie inne rysy twarzy. To jest szlak heroinowy, więc docierali do nich tylko przemytnicy. Mają zupełnie inne wierzenia, zupełnie inne praktyki niż Tajowie. Są po prostu Indianami, zaszyli się w górach na północy Tajlandii, jakieś 100 km do Chang Mai. Jest to wioska bez elektryczności, mają swoich szamanów, swoich lekarzy, swoją kuchnię, wszystko jest zupełnie inne niż w Azji. [Cel] Czy turyści mogą tam przyjeżdżać? Nie. My dowiedzieliśmy się o tym przez to, że badałem wspomniany już szlak heroinowy, dzięki temu zdobyłem te informacje. Rozmawiałem z człowiekiem, który znał te tereny, był przewodnikiem, takim GOPRowcem, facetem, który w górach pomagał zagubionym. To on powiedział mi o tym miejscu. Porozmawiał również ze starszyzną, a oni powiedzieli „dobrze, możemy ich zaprosić na naszą uroczystość. Niech oni u nas śpią, będą gośćmi, zapraszamy ich do wioski&#8221;. Gdy przyjechaliśmy, na miejscu był szaman, było wydarzenie związane z zakończeniem roku, a to był akurat bardzo obfity dla nich rok, więc było co świętować. Pili wódkę pędzoną na ryżu, była muzyka, zabawa, a potem szaman wszystkich okadzał. Dostaliśmy spanie w domach rodzin. Warunki, jak się domyślasz, spartańskie. Spaliśmy na klepisku przykrytym skórami. Ja akurat położyłem się pierwszy i gdy w nocy się przebudziłem, byłem przekonany, że mój kolega musiał się tak upić, że śpi w moich nogach&#8230; bo wiesz czułem tam po prostu ciepłe ciało, ale jak się rano obudziłem, okazało się że on śpi obok, a w nogach mamy świnie, które po prostu sobie przyszły i stwierdziły, że tu będzie im wygodnie. Ułożyły się w nogach i przez całą noc grzały nam stopy. I to jest tam normalne, to są niejako zwierzęta domowe. One są przez tych Indian przyzwyczajane do tego, żeby spać w domostwach, bo w nocy temperatura spada, więc to jest najzwyczajniej w świecie przydatne. Leżanki w niektórych domach były ulokowane wyżej. Wówczas takie zwierzęta, kozy czy kury, nachuchały i to ciepłe powietrze szło do góry i podnosiło ogólną temperaturę o kilka stopni. [Cel] To jest naprawdę fajne w Twojej pracy, że Ty docierasz do takich miejsc, do których normalnie turystycznie dotrzeć się nie da. Nie wykupisz sobie takiej wycieczki do takiej wioski&#8230; No nie, nie da się… ale właśnie tego oczekują nasi klienci. To jest tak, że jak bym robił dla twojej firmy wyjazd do Pragi czeskiej, to nie pokazywałbym wam Złotej Uliczki, tylko raczej dziesięć lokalnych browarów, o których kompletnie się nie wie. Wiedzą o nich może Czesi, którzy są piwoszami… są tam wydrążone tunele, to piwo jest warzone w odpowiedniej temperaturze. To są takie małe manufaktury rozrzucone wokół Pragi, w przepięknych w zamkach, w pięknych willach. Chodzi o to, żeby zaproponować rzecz, której się nie da kupić. Wiesz, każdy pracownik może jechać do Pragi czeskiej i sobie ją po prostu zwiedzić… jednak takiej wiedzy, którą ja mam nie posiada. Pracowałem np. z Kompanią Piwowarską, czyli w tej branży, a więc miałem dostęp do informacji bardzo branżowych, kontakty, możliwości, żeby takie browary odwiedzić. W każdym browarze pije się piwo, jest do tego jedzenie, cały ten styl czeski takiego biesiadowania, ale też rozmawianie. Można tego po prostu doświadczyć, nie tylko o tym przeczytać. Można dowiedzieć się o wiele więcej. To są też takie atrakcję, w których jak jedziesz z rodziną, nie do końca chciałabyś uczestniczyć, ale jak jedziesz z kimś z pracy, to jest już fajne. To też powoduje, że w takich miejscach ludzie się otwierają, zmieniają się relacje, komunikacja jest dużo łatwiejsza, biznes się dużo łatwiej robi. Nie mówiąc już o tym, że to jest fajna nagroda za współpracę. [Cel] A ludzie dobrze się zachowują na takich imprezach? Bo wiesz, musisz sobie radzić z grupą de facto. Jest różnie....</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/incentive-travel-czyli-wywiad-z-mariuszem-siekierskim-wlascicielem-firmy-axe-travel.html">Incentive Travel, czyli wywiad z Mariuszem Siekierskim, właścicielem firmy Axe Travel</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/incentive-travel-czyli-wywiad-z-mariuszem-siekierskim-wlascicielem-firmy-axe-travel.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Kotlina Danakilska oraz wulkan Dallol, czyli gorące kolory Etiopii</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/kotlina-danakilska-oraz-wulkan-dallol-czyli-gorace-kolory-etiopii.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/kotlina-danakilska-oraz-wulkan-dallol-czyli-gorace-kolory-etiopii.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 15 Mar 2020 18:12:16 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[Kotlina Danakilska]]></category>
		<category><![CDATA[Slajder]]></category>
		<category><![CDATA[3 tygodnie w Etiopii plan]]></category>
		<category><![CDATA[Afarowie bezpieczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[Danakil ile dni]]></category>
		<category><![CDATA[Danakil jakie biuro]]></category>
		<category><![CDATA[dlaczego warto jechać do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia co zabrać]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia jak się przygotować]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę czy z biurem]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia porady]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia przewodnik]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia w trzy tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia z plecakiem]]></category>
		<category><![CDATA[jak dojechać do wulkanu Dallol]]></category>
		<category><![CDATA[kolorowe miejsca na świecie]]></category>
		<category><![CDATA[kolorowy wulkan Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[które warto zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[najniższy wulkan na świecie]]></category>
		<category><![CDATA[niezwykłe cuda natury]]></category>
		<category><![CDATA[niezwykłe wulkany]]></category>
		<category><![CDATA[plan na Etiopię]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[plan wyjazdu do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[przewodnik po Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[trzy tygodnie w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[wulkan Dallol bezpieczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[wulkan Dallol informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[wulkan Dallol jak dojechać]]></category>
		<category><![CDATA[wulkan Dallol jak zorganizować]]></category>
		<category><![CDATA[wulkany w Afryce]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do Etiopii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11722</guid>

					<description><![CDATA[<p>Oto powód, dlaczego tak bardzo chciałam przyjechać do Etiopii&#8230; marzyłam o tym miejscu od dawna. Kotlina Danakilska, w sercu której znajduje się wielobarwny wulkan Dallol. Ten niezwykły zakątek położony zaledwie 6 km od granicy z Erytreą, uważany jest za najgorętsze zamieszkane przez człowieka miejsce na Ziemi. Szczyt wulkanu sięga zaledwie 45 metrów poniżej poziomu morza. Co ciekawe, kolorowe formacje &#8220;wędrują&#8221;. Ich układ oraz barwy zmieniają się co jakiś czas. Można tu znaleźć fumarole, stalagmity, połacia siarkowe oraz naturalne jacuzzi. To także ogromna pustynia solna, gdzie Afarowie wydobywają sól. Jeszcze jakiś czas temu przyjazd w to miejsce nie do końca był bezpieczny. Po pierwsze, poprzez napięte stosunki z sąsiadującą Erytreą. Po drugie, zamieszkujący te tereny Afarowie nie byli przyjaźnie nastawieni do turystów. Zdarzały się nawet porwania czy napady, które kończyły się tragicznie. Wówczas trzeba było uzyskać specjalne pozwolenie od lokalnych władz na podróż w ten rejon. Na szczęście dziś sytuacja wygląda inaczej. 20-letnia wojna z Erytreą została zakończona, granica jest otwarta od 2018 roku (to dzięki obecnemu premierowi Etiopii, który za ten akt zdobył nagrodę Nobla). Afarowie zaś pozwalają turystom na wjazd, będąc jednocześnie ochroną, która de facto nie jest już potrzebna. Oczywiście jest to dla nich zarobek. &#160; Z jakim biurem na wycieczkę do Kotliny Danakilskiej W to miejsce nie dostaniecie na własną rękę. Nie dociera tu komunikacja publiczna, a poruszanie się po pustyni wymaga sporej orientacji i znajomości tego terenu. Dlatego też na 3-dniową wycieczkę do Kotliny Danakilskiej oraz na wulkan Erta Ale wybieramy się z lokalnym biurem Teddy Zion Tours, tym samym, z którym zwiedzałyśmy kościoły Tigray. I w tym miejscu naprawdę bardzo polecam Wam tę agencję, a wierzcie mi, możecie trafić różnie. Po pierwsze &#8211; wycieczki odbywają się w bardzo kameralnym gronie. Nasza grupa składała się z 3 osób, nas dwóch oraz dziewczyny z Francji. Po drugie &#8211; biuro zatrudnia świetnych przewodników. My trafiamy na jednego z nich, gość z fantastycznym poczuciem humoru, który wie, jak uniknąć tłumów podczas odwiedzania poszczególnych punktów (inne grupy liczyły nawet ponad 30 osób). Cena za taką przyjemność wyniosła nas 325 USD za osobą po negocjacjach. Tak, wiem, to dużo. Niestety ceny za usługi turystyczne w Etiopii są horrendalne. Na wycieczkę wyruszamy z Mekele. Bardzo wcześnie rano zostajemy odebrane z sympatycznej kwaterki Parrot Guest House, gdzie na te 3 dni zostawiamy większe bagaże beż żadnych opłat. Plan na pierwszy dzień zakłada dotarcie do Kotliny Danakilskiej, a konkretnie na pola solne oraz do wspomnianego już wulkanu Dallol. Do pokonania jest około 200 km. Piszę &#8220;około&#8221;, bo mapa Google odległości nie pokazuje. W pewnym momencie kończy się zaznaczona droga. Berhale &#8211; przystanek na lunch Pierwszy przystanek to oczywiście lunch, który serwowany jest w miejscowości Berhale, oddalonej od Mekele o 114 km. To przyjemna wioska na skraju Rowu Abisyńskiego przy depresji Danakil. Wioska jest także przystanią dla karawan wielbłądów, które dostarczają sól z jeziora Asale na targi Mekele. Na posiłek zatrzymujemy się w restauracji Letish. Na stół wjeżdżają kanapki z pastą warzywną, częścią której na pewno jest szpinak. Do tego kawa lub herbata plus cola lub inny gazowany napój. Tutaj też dołącza do nas nasz przewodnik. O samej miejscowości niewiele da się znaleźć informacji. Jest jednym z dystryktów, zwanym tu woreda, w regionie Afar. Co ciekawe, większość tutejszych mieszkańców jest muzułmanami, a tylko 1% stanowią chrześcijanie. Stanowi ona główny punkt przystankowy w drodze do Kotliny Danakilskiej. Można tu się także zatrzymać na noc w ramach kempingu. Kim są Afarowie Po obiedzie kierujemy się już prosto na pustynię solną, gdzie Afarowie wydobywają sól. I tu, mała prośba. Jeśli się tam wybieracie, weźcie proszę dla nich okulary przeciwsłoneczne, proszą o nie turystów. Niestety nam nikt tego wcześniej nie zasugerował. Praca w tak ostrym slońcu bardzo nadwyręża ich wzrok, a pracują całe dnie. Afarowie znani również jako lud Adal, Teltal czy Danakil są plemieniem koczowniczym. Oprócz Etiopii, mieszkają także w Dżibuti, Somalii oraz Erytrei, mają swój własny język. Wolą, by nazywać ich Afarami, ponieważ arabskie słowo „danakil” jest dla nich obraźliwe. Są bardzo dumnym ludem, podkreślającym swoją siłę oraz odwagę. W ich kulturze respektem cieszą się ci, którzy zabijają wrogów. To plemię wojowników, bardzo dobrze posługują się nożami oraz sztyletami podczas wojny. Mają też bogaty repertuar pieśni bojowych. Kochają swoją tradycję i szanują swoje prawa. Afarowie to także pasterze, hodujący kozy, owce, wielbłądy oraz bydło na pustyni. Im większe stado, tym rodzina bogatsza. Mieszkają w charakterystycznych chatkach szałasach z mat palmowych, które w razie potrzeby szybko można przenieść. Obozy otoczone są cierniowymi barykadami, które chronią ich przed atakami dzikich zwierząt lub wrogich plemion. Społecznie są zorganizowani w rodziny klanowe. Wyróżniają dwie główne klasy: asaimara („czerwoni”) &#8211;  są klasą dominującą politycznie, oraz adoimara („biali”) &#8211; są klasą robotniczą i mieszkają w górach Mabla. Co ciekawe, dominującą religią wśród Afarów jest islam, są oni sunnickimi muzułmanami. Praktykowanie islamu jest tu raczej niekonwencjonalne. Uważa się, iż ów lud przejął islam od migrujących Arabów już w IX wieku lub wcześniej. Kobiety ubierają się dość konserwatywnie. Noszą hidżab lub chustę na głowie. Niezamężne dziewczyny gustują w kolorowych strojach. Splatają włosy w bardzo charakterystyczny sposób i ozdabiają się koralikami. Chociaż niektórzy muzułmanie mogą mieć cztery żony, małżeństwa wśród tego ludu są zwykle monogamiczne. Dziewczyny mogą wyjść za mąż już w wieku 10 lat. Preferowane są małżeństwa między pierwszymi kuzynami. Afarowie w Kotlinie Danakilskiej Nie wszyscy jednak zajmują się hodowlą zwierząt. Ci w Kotlinie Danakilskiej pracują na solnej pustyni, wydobywając całe bloki solne. Za wykrawanie jednego bloku płaci się tu 3 birry, a więc jakieś 36 groszy! A praca ta nie jest lekka i przyjemna. Taki blok sprzedawany jest dalej za 50 birrów, czyli 6 zł. Inna grupa zajmuje się ciosaniem takich bloków i to jest już o wiele lepiej płatna praca. Za obrobienie jednego kawałka dostają 10-12 birrów, czyli jakieś 1,50 zł. Dziennie są w stanie obrobić 200-300 takich brył solnych, czyli w jeden dzień zarobią tyle, co nauczyciel w miesiąc! Sól transportowana jest przez karawany wielbłądów w postaci tabliczek znanych jako amole. Mają one rozmiar 30&#215;40 cm, każdy waży około 6 kg. Jest to zwykła nieoczyszczona sól, przeznaczona dla zwierząt. Jeden wielbłąd jest w stanie unieść plus minus 160 kg soli. Te zwierzęta są więc tam w cenie.  Jeden kosztuje ok. 40 tys. birrów (prawie 5000 zł), żyje do 50 lat. Ludzie utrzymują się tu także z wynajmu wielbłądów. Praca przy transporcie soli jest fizycznie niezwykle wymagająca. Jedno zwierzę może zrobić jedynie 3 kursy w sezonie, a sezon trwa od końca listopada do początku marca. Pozostałe miesiące ze względu na zabójcze temperatury uniemożliwiają pracę. Być może zastanawiacie się, dokąd sól jest transportowana i jak długą trasę taki wielbłąd musi pokonać. Różnie. Jedne udają się do Mekele, inne do granicy rejonu Afar, a jeszcze inne docierają aż do regionu Tigray. To, co jest na horyzoncie, to wielkie bezrobocie, bowiem Chińczycy budują drogi i całą infrastrukturę. Po ukończeniu właściciele wielbłądów nie będą mieli z czego żyć. Kolorowy wulkan Dallol Jednak Kotlina Danakilska to nie tylko bezkresne białe połacia. To także kolorowe szaleństwo Matki Natury. Mowa tu wielobarwnym wulkanie Dallol, który marzył mi się od dawna. Dallol słynie z gorącej solanki i wielokolorowych białych, różowych, czerwonych, żółtych, zielonych, szarych i czarnych złóż soli, gorących źródeł i miniaturowych gejzerów. To spory obszar grubych złóż soli z intensywnymi fumarolami. Fumarole to gorące wyziewy wulkaniczne, które składają się z pary wodnej oraz przeróżnych gazów, w dużej mierze z siarki, dwutlenku węgla, fluoru, chloru czy siarkowodoru. Jedyną znaną aktywnością wulkaniczną była tu eksplozja freatyczna w 1926 roku, która utworzyła krater o szerokości 30 metrów u podnóża Czarnej Góry. Erupacja freatyczna to taka spowodowana ciśnieniem pary wodnej, kiedy dochodzi do kontaktu wody z gorąca magmą. W skrócie można to opisać w następujący sposób. Zacząć trzeba od gorącego jądra Ziemi, bowiem to ono odgrywa tu zasadniczą rolę. Tuż nad nim znajduje się wodonośna warstwa, bogata w związki chemiczne oraz pierwiastki, takie jak na przykład siarka, fosfor, potas czy sód. Gorące jądro sprawia, iż woda zaczyna się nagrzewać i parować. Tworzy się więc ogromne ciśnienie, które musi gdzieś znaleźć ujście. Służą do tego szczeliny w ziemi i w ten oto sposób drobinki pary wydostają się na zewnątrz. To dzieje się właśnie tutaj na obszarze zwanym wulkanem Dallol. Widoczne kolory pokazują skład skroplonej pary wodnej, która pod wpływem niższej temperatury zamieniła się w tak piękne zjawisko. Patrząc na to, co tu bulgocze i się gotuje, można się także spodziewać, że nasz nos zostanie podrażniony. Zapach siarki jest tu bardzo mocny i rzeczywiście zaleca się użycie chusty bądź szalika. Natomiast jeśli mam być szczera, wydobywające się tu gazy to mały pikuś w porównaniu z tymi na Erta Ale. A i upał nie jest zabójczy. Tzn. nie był w momencie, kiedy się tam znalazłam. Byłam już w gorszych opałach (czy może upałach) pod tym względem. Natomiast bez wody ani rusz, bowiem na zewnątrz przebywa się około 45 minut. Samochód zostawiamy na solnym polu i ruszamy za naszym przewodnikiem oraz uzbrojonym panem Afarem. Taka ochrona to po prostu na wszelki wypadek, gdyby cokolwiek nagle miało się zadziać. Podczas, kiedy my chodzimy po kolorowych poletkach, pan Afar czujnie obserwuje okolicę z małego  wzgórza. A teraz instrukcja, jak się poruszać po terenie samego wulkanu. Stąpać można po wszystkim, co nie jest zbytnio kolorowe i nie bulgocze. Inaczej grozi to porządnym poparzeniem. Układ kolorków oraz formacji inny jest co roku. To wszystko żyję, wędruję i zmienia swą formę. Jednak także się kurczy. Soczyście kolorowy obszar jest obecnie mniejszy niż jeszcze kilka lat temu. Po drodze bardzo dobrze widać, w którym miejscu były niegdyś barwne poletka. Oleiste jezioro ponaftowe Jeśli myślicie, że to już wszystko, co można zobaczyć w kotlinie, to grubo się mylicie. To miejsce skrywa o wiele więcej. Znajdziecie tu także oleiste jezioro ponaftowe. To naprawdę bulgoczący olej, który ma właściwości lecznicze. Zalecany tylko do użytku zewnętrznego. Świetnie działa na wszelkie choroby skórne, oczywiście po rozcieńczeniu. Wypicie takiej wody grozi śmiercią. Wrażenie jest niesamowite, w dotyku ciecz jest bardzo oleista i ciepła, a wygląda jak zwykła woda. W niektórych miejscach na powierzchnię wydobywają się bąbelki, co może przypominać jeden wielki kocioł, gotującej się mikstury. I ten niesamowity pomarańczowy kolor! Naturalne jacuzzi na solnych polach Kotliny Danakilskiej To ciągle jeszcze nie wszystko. Tym razem mamy szansę na prawdziwe SPA, a mowa tu o naturalnym jacuzzi. Tak oto ni stąd, ni zowąd zatrzymujemy się przy sporej dziurze w solnych połaciach. Woda zdaje się w niej mieć pięknie zielony kolor, niesamowicie kontrastujący z okoliczną bielą. Naprawdę można się tu wykąpać. Jest głęboko, jednak słona woda sprawi, że będziemy unosić się na powierzchni. Wiadomo, wyporność. Słona woda ma większą gęstość niż słodka. Ów naturalny basen leży 127 metrów poniżej poziomu morza. Ten podobno nie jest jedyny, można znaleźć ich tu kilka. Na sam koniec wycieczki udajemy się w miejsce, które można już faktycznie nazwać solnym jeziorem. Woda istotnie jest. Co prawda niewiele, wystarcza jedynie na zamoczenie nóg (klapki bądź buty do wody wskazane), jednak taki obrazek ciągnie się aż po horyzont. Nasz przewodnik twierdzi, iż jest to efekt połączenia z Morzem Czerwonym i to właśnie stamtąd woda dostaje się na solne połacia Kotliny Danakilskiej. Czy to prawda? Może ktoś z Was będzie mógł potwierdzić. W każdym bądź razie solankowe moczenie nóg o zachodzie słońca jest naprawdę przyjemne. &#8220;Kolebka ludzkości&#8221; &#8211; odkrycie Lucy I na koniec jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, która także rozsławiła ten region. Chodzi o słynne antropologiczne odkrycie. W 1974 roku pewien antropolog odkrył tu nowy gatunek człowieka. Szczątki znaleziono w dolinie rzeki Auasz w okolicach wsi Hadar. Ten nowy gatunek nazwano Australopithecus afarensis, co można sobie przetłumaczyć jako „daleki człowiek-małpa”, czyli australopitek. Uważa się, iż wędrował on po Afryce Wschodniej między 2,9 a 3,8 miliona lat temu. Znaleziono tu żeński szkielet przedstawiciela tego gatunku (w zasadzie 40% szkieletu)  i nadano mu imię Lucy. Lucy mogła chodzić wyprostowana na dwóch nogach, ale zachowała małą małpią głowę i prymitywne zęby. &#8220;Najsłynniejszą kobietę świata&#8221; można zobaczyć w Narodowym Muzeum w Addid Abeba. Swoje imię Lucy zawdzięcza piosence zespołu The Beatles pod tytułem &#8220;Lucy in the Sky with Diamonds&#8221;. Utwór ten puszczany był wielokrotnie na cały regulator w obozie ekspedycji. Region ten po tym wielkim odkryciu został nazwany „kolebką ludzkości”. Nocleg w wiosce Abala Po...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/kotlina-danakilska-oraz-wulkan-dallol-czyli-gorace-kolory-etiopii.html">Kotlina Danakilska oraz wulkan Dallol, czyli gorące kolory Etiopii</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/kotlina-danakilska-oraz-wulkan-dallol-czyli-gorace-kolory-etiopii.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>18</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Forty w Omanie &#8211; 3 twierdze, które koniecznie trzeba zobaczyć</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/forty-w-omanie-3-twierdze-ktore-koniecznie-trzeba-zobaczyc.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/forty-w-omanie-3-twierdze-ktore-koniecznie-trzeba-zobaczyc.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 01 Mar 2020 20:23:39 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Oman]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[forty w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[które forty w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze forty w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[Oman dwa tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Oman na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Oman plan dwa tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Oman trasa na dwa tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Oman w dwa tygdnie]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży Oman]]></category>
		<category><![CDATA[pomysł na Oman]]></category>
		<category><![CDATA[twierdze w Omanie]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do Omanu]]></category>
		<category><![CDATA[zamki w Omanie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11630</guid>

					<description><![CDATA[<p>Oman kojarzy się nie tylko z kadzidłem, ale i z fortami. Podróżując po tym kraju koniecznie trzeba zobaczyć przynajmniej jeden czy dwa, a najlepiej kilka. Forty w Omanie z pewnością przeniosą Was w czasie, pozwolą poczuć dawną potęgę tego regionu. Jedne odnowione, sprawiają wrażenie dopiero co wybudowanych, drugie noszące już znak czasu, gdzieniegdzie w rozsypce. Które twierdze warto dodać do swojego planu? Ile kosztuje zwiedzanie? Tego dowiecie się z tego wpisu. Poniżej przedstawiam Wam subiektywną listę trzech najciekawszych fortów w Omanie oraz podpowiadam, które można jeszcze uwzględnić podczas podróży. Koniecznie sprawdźcie także plan na Oman, który pomoże Wam zorganizować Waszą podróż: &#160; Fort Nizwa to chyba najsłynniejsza, ale i najdroższa twierdza w Omanie. Z powodu dość wysokiej ceny za wstęp niektórzy ją omijają i twierdzą, że jednak nie warto. I tu się nie zgodzę. Fort Nizwa jakiś czas temu przeszedł w prywatne ręce. To poskutkowało odnowieniem całego kompleksu oraz co za tym idzie podniesieniem ceny biletu, która skoczyła z 0,5 OMR (ok. 5 zł) aż do 5 OMR (ok. 50 zł). Fakt, różnica jest znaczna. Inwestycja musi się jednak zwrócić. Widać, że nowy właściciel włożył w ten obiekt spore fundusze. Fort został należycie odrestaurowany. Wygląda obecnie jak nowo wybudowany obiekt, a tak nie jest. Nizwa leży 150 km od stolicy kraju, Maskatu. Fort Nizwa znajduje się w centrum starego miasta, tuż obok słynnego targu. Twierdza jest bardzo dobrze zachowanym przykładem starej architektury omańskiej. Daje ona wyobrażenie, w jaki sposób ludzie żyli w Omanie w czasach starożytnych. Najstarsza część fortu została pierwotnie zbudowana przez Imama Al Sult bin Malika Al Kharusi w IX wieku. Później zaś została odnowiona przez kolejnego Imama Sultana bin Saifa Al Yarubiego w wieku XVII. Ten człowiek wsławił się usunięciem Portugalczyków z Omanu. To, co wyróżnia ten fort, to wieża, a raczej jej cylindryczny kształt. Jest ona także największą wieżą fortyfikacyjną w Omanie. Na terenie obiektu znajdują się dawne pokoje mieszkalne, siedem studni, pomieszczenia więzienne oraz plac egzekucyjny. W głównej wieży zobaczyć można wiele rozwiązań obronnych, jakich używali Omańczycy w przeszłości. Są to między innymi pułapki na miód czy okienka przeznaczone do strzelania z broni. Z pewnością nie wszystkie forty w Omanie są tak dobrze zachowane, jak ten. Dlatego zdecydowanie warto go zobaczyć. Forty w Omanie to nie tylko budynki, które pozostały po dawnych władcach tych regionów. Oprócz obwarowań, dawnych komnat oraz innych pomieszczeń, można tu obejrzeć tradycyjne omańskie tańce w męskim wykonaniu oraz zakupić kilka pamiątek, niekoniecznie z oficjalnego sklepiku. W niektórych pomieszczeniach spotkacie starsze kobiety w tradycyjnych strojach, które mają do zaoferowania swoje wyroby. Ceny naprawdę dobre, podobnie jak i jakość. Na terenie fortu można także spróbować tradycyjnego omańskiego “chlebka”, który tak naprawdę bardziej przypomina wielkie naleśniki. Przed zwiedzaniem koniecznie sprawdźcie godziny otwarcia. W piątek w ciągu dnia twierdza zamykana jest na dwie godziny. W pozostałe dni powinna być czynna od 8:00 do 20:00. O samej Nizwie i o tym, co można tam jeszcze robić, przeczytacie na blogu Idziemy Dalej. Jeśli na Waszej trasie znajduje się wspomniana już Nizwa, to również zajrzyjcie koniecznie do fortu Bahla. Leży on zaledwie 50 km od Nizwy. Fort jak fort powiecie&#8230; skoro widzieliśmy jeden, to po co oglądać drugi, tym bardziej, że to 100 km dodatkowo. Otóż, fort Bahla ma zupełnie inny klimat i de facto inny wygląd. Malowniczo położona twierdza nie została odnowiona tak, jak ta w Nizwie, więc czuć tu prawdziwego ducha dawnych czasów. Wstęp kosztuje tylko 0,5 OMR, a więc tylko 5 zł. Fort Bahla jest jednym z najstarszych i największych fortów w Omanie i, uwaga, jedynym fortem w kraju, który został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1987 roku. Najstarsze części fortu zostały zbudowane prawdopodobnie już w 500 roku p.n.e., choć ten zachowany do dziś powstał w XVII wieku na rozkaz władców z dynastii Nabrani. Obiekt jest ogromny, więc na zobaczenie fortu potrzeba około dwóch, trzech godzin. Całość stanowi niejako labirynt ze schodkami oraz krętymi przejściami i aby zwiedzić wszystkie zakamarki, trzeba się trochę pokręcić. I dosłownie pokręcić, bowiem wąskie przejścia, często ukryte gdzieś w zaułkach prowadzą do coraz nowych pomieszczeń czy komnat. Fort otoczony jest ogromnym murem o wysokości aż 5 metrów i długości 13 km. Nie wszystkie forty w Omanie są w tak dobrze zachowane, jak ten w Nizwie. Fort Bahla był w bardzo złym stanie w drugiej połowie ubiegłego wieku. Sułtan Omanu postanowił rozpocząć poważną jego renowację w 1988 roku, która zakończyła się dopiero w maju 2012 roku. W tymże roku został także udostępniony zwiedzającym. Szczerze przyznam, obiekt nie wygląda na odrestaurowany. Część budowli jest w ruinie. Być może to przez materiał, z jakiego został wzniesiony. Chodzi o glinę, a konkretnie o cegły, wytworzone z błota oraz słomy. Jak się domyślacie, taki surowiec trwały nie jest, szczególnie jeśli chodzi o erozję czy działanie warunków atmosferycznych. Fort Bahla jest ogromny i obejmuje wiele pomieszczeń, wież, meczetów oraz studni, można w nim wyróżnić trzy części. Najstarsza część fortu znajduje się po lewej stronie twierdzy i nazywa się Al Qabasah, co oznacza pięciopiętrowy zbiór pokoi. Nowsza część to Bait al-Hadith (Nowy Dom). Została ona zbudowany przez dynastię Yaruba, panującą w latach 1624-1743. Trzecia, najnowsza część fortu, to Bait Al-Jabal. Została wzniesiona w XVIII wieku. Przed zwiedzaniem również sprawdźcie godziny otwarcia. W piątek fort czynny jest tylko do 11:00. W pozostałe dni zaś od 9:00 do 16:00. Ten fort znajduje się już w innej części Omanu i w zasadzie zwiedzanie tego miejsca nie było do końca w planach. Snurkowanie w okolicach Maskatu nie doszło do skutku, trzeba było zatem wdrożyć plan B. Twierdza Nakhal znajduje się 90 km od Maskatu, zatem bez problemu można wyskoczyć na jeden dzień w te okolice. Malowniczo położona u stóp gór, niemalże w gajach palmowych, robi niesamowite wrażenie. Zdecydowanie warto. Sam fort jest nieduży, ale bardzo dobrze zachowany. Tutaj wstęp także kosztuje 0,5 OMR, czyli około 5 zł. To, co charakterystyczne dla omańskiego krajobrazu, zobaczycie bardzo dobrze w tej okolicy. Mowa o gajach daktylowych. Ten rejon najbardziej z nich słynie. Jak okiem sięgnąć, widać soczystą zieleń na tle zachodnich gór Hajar. Fort znajduje się na szczycie skalistego wzgórza i oferuje spektakularne widoki na miejscowość Nakhal oraz okoliczne palmy daktylowe. Wszystkie forty w Omanie, które odwiedziłam, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Jeśli jednak mam przypisać jakieś &#8220;naj&#8221;, to śmiało mogę napisać, że fort Nakhal jest jednym z najwspanialszych fortów w Omanie i jednym z najbardziej popularnych zaraz po Nizwie. Dokładna data budowy tego starożytnego obiektu nie jest znana, ale uważa się, że ​​został on wzniesiony w w czasach przedislamskich, tj. ponad 1500 lat temu. Fort został rozbudowany i odnowiony przez wielu władców Omanu w całej swojej historii. Najstarszy zapis ulepszenia fortu pochodzi z czasów Imama Salt bin Malika Al Kharusi z IX wieku. Później został rozbudowany za panowania innych dynastii omańskich, takich jak Yahmadi, Nabhani i Yarubi. Zewnętrzne mury i główna brama zostały dodane w XIX wieku przez Sułtana Saida bin Sultana Al Busaidiego. Fort został przywrócony do obecnej formy w 1990 roku przez sułtana Qaboosa. O dziwo, w przeciwieństwie do wielu innych miast ze znaczącymi fortami, takich jak Bahla, Nizwa, Rustaq czy Sohar, Nakhal nigdy nie był używany jako stolica, z której Imam lub Sułtan rządzili krajem. Jedną z najbardziej unikalnych cech fortu Nakhal jest to, że nie ma on jednolitej formy. Zamiast tego kształt fortu odpowiada nieregularnemu zarysowi masywnego głazu, na którym fort został zbudowany. Ten głaz unosi fort niejako nad ziemią, przez co nadaje mu pewnej lekkości oraz wspaniałości. Na niższym poziomie fortu znajduje się meczet, studnia oraz pomieszczenie do przechowywania daktyli. Na wyższym poziomie znajdują się kwatery mieszkalne, sezonowe sale, komnaty dla mężczyzn oraz kobiet, wyznaczone pokoje dla dzieci. W pokojach w forcie Nakhal można zobaczyć różnorodne tradycyjne eksponaty, pokazujące życie w dawnych czasach. Jeden z pokoi gościnnych posiada również wspaniały sufit z geometrycznymi wzorami, ozdobiony pismem arabskim. Fort Nakhal jest bez wątpienia najważniejszym fortem w całym regionie Al Batinah. Fort czynny jest od soboty do czwartku od 9:00 do 16:00 oraz w piątek od 8:00 do 11:00. Oczywiście to nie wszystkie forty w Omanie, jakie można zobaczyć, podróżując po tym kraju. Jeśli tak, jak ja, kochacie fortyfikacje oraz wszelakie twierdze, zajrzyjcie także to zamku Jabrin (Jabreen, Jibreen), zamku Al Hazm oraz fortu Al Rustaq. Wszystkie znajdują się niedaleko trzech wymienionych wyżej. Jabreen znajduje się tylko 8 km od fortu Bahla, zaś Al Hazm oraz Al Rustaq niedaleko fortu Nakhal. Poniżej zamieszczam dla Was mapkę z wszystkimi obiektami. Nie tylko forty warto zobaczyć w Omanie. Co jeszcze? Dowiecie się tego z kolejnego wpisu: &#160;</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/forty-w-omanie-3-twierdze-ktore-koniecznie-trzeba-zobaczyc.html">Forty w Omanie &#8211; 3 twierdze, które koniecznie trzeba zobaczyć</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/03/forty-w-omanie-3-twierdze-ktore-koniecznie-trzeba-zobaczyc.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Malediwy Hulhumale &#8211; świetna wyspa na nocleg przy lotnisku</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/malediwy-hulhumale-swietna-wyspa-na-nocleg-przy-lotnisku.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/malediwy-hulhumale-swietna-wyspa-na-nocleg-przy-lotnisku.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 20 Feb 2020 16:47:07 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Hulhumale]]></category>
		<category><![CDATA[Malediwy]]></category>
		<category><![CDATA[ceny na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie spać na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[Hulhumale autobus z lotniska]]></category>
		<category><![CDATA[Hulhumale jak dojechać z lotniska]]></category>
		<category><![CDATA[Hulhumale nocleg przy lotnisku]]></category>
		<category><![CDATA[Hulhumale plaże]]></category>
		<category><![CDATA[lokalne wyspy na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[Malediwy na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[przewodnik po Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[tani guesthouse na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[tani nocleg na Malediwach]]></category>
		<category><![CDATA[życie na Malediwach]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11567</guid>

					<description><![CDATA[<p>Jeśli jesteście zmuszeni spędzić noc w Male, stolicy Malediwów, nie róbcie tego. Zamiast tego wybierzcie inną lokalną wyspę, położoną z drugiej strony portu lotniczego. Hulhumale, bo o niej mowa, to świetna wyspa na nocleg przy lotnisku. To miejsce to moje odkrycie z podróży w listopadzie 2019. Na Malediwach wylądowaliśmy po południu i nie było szans na transport na Fulhadhoo tego samego dnia. Trzeba było jedną noc spędzić przy lotnisku. Tym razem wybór padł właśnie na Hulhumale i to była bardzo dobra decyzja. Od razu piszę, Hulhumale to nie jest idealne miejsce na cały pobyt, ale świetne na tranzyt. Dlaczego? Wyspa ta jest o wiele spokojniejsza od głośnej i zatłoczonej stolicy Male. Jest czysta, kolorowa, z fantastyczną infrastrukturą oraz miłymi plażami. Od razu czuć tu wakacyjny klimat. Można się tu dostać zarówno autobusem z lotniska, jak i taksówką. To wszystko umożliwia most, wybudowany przez Chińczyków. Wspomniane już plaże naprawdę zachwycają i spokojnie można tu spędzić dzień na błogim lenistwie na piasku, urozmaiconym kąpielami w turkusowym oceanie.  Koniecznie zajrzyjcie także na wpisy o wyspie Fulhadhoo: &#160; I to jest pierwszy wielki plus. Jak już wspomniałam, jest kilka opcji dostania się na wyspę i jest to niezwykle proste. Z lotniska kursuje bezpośredni autobus, który odjeżdża co 30 minut. Bilet kosztuje 20 rufii (ok. 5 zł), kupuje się go u kierowcy. Rozkład oraz przystanki sprawdzicie na stronie MTCC. Przystanki na lotnisku to Airport Security Building oraz Airport Domestic Stop (blisko przystani promowej Hulhule Ferry), na którym to właśnie wsiedliśmy w autobus. Przystanek znajduje się po drugiej stronie ulicy, przy której jest przystań. Przy przystani wisi tabliczka Bus Stop, ale to nie tam. Trzeba przejść na druga stronę i podejść kilka kroków do czerwonych krzesełek. Mapkę z zaznaczonymi przystankami znajdziecie na podlinkowanej przeze mnie stronie. Przystanek jest tam, gdzie czerwone krzesełka Shuttle Bus z lotniska na Malediwach Shuttle Bus między lotniskiem Velana (VIA) a Hulhumale kursuje całą dobę. W cenę biletu wliczony jest lekki bagaż, choć tu do końca nie wiem, co kwalifikuje się do tej kategorii. Nasze bagaże (większe plecaki podręczne) zostały zapakowane do luku bez żadnej dopłaty. Pamiętajcie, że w autobusie nie ma miejsc stojących. Jeśli jest komplet, trzeba czekać na następny. W naszym przypadku wolnych miejsc było pod dostatkiem. W godzinach 07:30 &#8211; 16:30 po południu autobus z lotniska zatrzymuje się w pobliżu terminalu Maldivian Sea Plane przy międzynarodowym lotnisku. Dodatkowy przystanek w tym  miejscu jest także w rozkładzie o 23:30. Jeśli chodzi o przystanki na Hulhumale, autobus zatrzymuje się w dwóch lokalizacjach Red Wave oraz Hulhumale Main Bus Stop 1. Jeśli nie macie pewności, gdzie wysiąść, po prostu zapytajcie kierowcę, a on podpowie. Transfer taksówką z lotniska na Malediwach Taksówką oczywiście także dojedziecie, jednak musicie odbiór zaaranżować wcześniej poprzez Wasz hotel. Ogólnie taksówki nie mają wjazdu na lotnisko, więc postoju tam nie ma. Na tej trasie przejazd powinien kosztować około 60 rufii. Niestety niektóre hotele oferuję tę usługę w cenie 10-15 USD. Trzecia opcja to prom, jednak dokładnie nie sprawdzałam tego połączenia. Przystań na Hulhumale jest zlokalizowana dosyć daleko od centrum i plaż (po drugiej stronie wyspy), więc i tak najlepszym rozwiązaniem jest w tym przypadku autobus. Natomiast dojazd taksówką z Hulhumale do Male (na przystań promową) powinien kosztować 70-75 rufii. Jeśli natomiast jedziecie w przeciwną stronę, czyli z Male do Hulhumale, musicie się przygotować na negocjacje z taksówkarzem. Czasami podają kwoty z kosmosu. Nam udało się pojechać za 80 rufii, co było najlepszą ofertę i w miarę uczciwą. Taniej z pewnością wyniesie Was prom. Oglądając zdjęcia z Hulhumale nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Myślałam, że to wyspa podobna do stolicy z dostępem do kilku plaż. Już na samym początku, gdy tylko wysiadłam z autobusu, moje oczy zrobiły się okrągłe ze&#8230; zdziwienia. Nowoczesne osiedla, kolorowe bloki i inne budynki, chodniki i względny spokój. To nie ten sam klimat, co w sąsiednim Male. Od razu widać, że to nowa inwestycja, która ciągle się rozwija. Powstają nadal nowe budynki, stare się remontuje. Idąc główną ulicą od strony plaż od razu w oczy rzucają się kolorowe i ładnie urządzone osiedla, często z ogródkami po środku i placami zabaw. Jeden budynek szczególnie zwraca uwagę, po pierwsze &#8211; przez swoją wielkość, po drugie &#8211; przez dający po oczach turkus. To szkoła Rehendhi School, wejście do której, przypomina zamkową bramę. Na każdym piętrze widać szereg małych balkonów. W zasadzie tu wszystko jest kolorowe, nawet malowanie taksówek od razu wywołuje uśmiech. Turkusy, zielenie, róż, czerwień, paski, paseczki, bajkowo po prostu. Jak się okazuje, rząd Malediwów ma dla Hulhumale kilka ambitnych planów. Jednym z celów jest to, aby wyspa mogła pomieścić dwie trzecie całkowitej populacji Malediwów, a docelowa liczba to 240 000 osób. To akurat nie są dobre wieści, bowiem to miejsce zmieni się wówczas nie do poznania. W 2016 roku liczba ludności wynosiła już 40 000. Mając tak ambitne plany, przewiduję, że za 5 lat Hulhumale będzie przypominać dzisiejszą stolicę. I to akurat nie jest zbyt optymistyczna perspektywa. Tak, są. Choć to mnie właśnie zastanawiało. I znowu, oglądając zdjęcia mogłam dojść do różnych wniosków. Teraz jednak śmiało stwierdzam, że plaże na Hulhumale również są rajskie i śmiało można tu spędzić dzień na plażowaniu. Przy brzegu to praktycznie długa płytka i piaszczysta laguna z turkusową wodą, w której pływają małe rybki. W niektórych miejscach znajdują się ławeczki, na których można przysiąść. Można także poszukać cienia pod palmami. Jedynym minusem jest brak plaży bikini, choć czytałam, że jest pewne ustronne miejsce, gdzie panie występują w strojach kąpielowych. Stojąc twarzą do oceanu, trzeba iść do końca w prawo. Jednak ja do tej plaży nie dotarłam. Opinie nie były zachęcające, a generalnie nie mam potrzeby rozbierania się prawie do naga, gdyż popluskać mogę się i w krótkich spodenkach i bluzce z krótkim rękawkiem. Nie każda pani jednak przestrzega lokalnych zasad, ignorując postawione tablice informacyjne. Robią to nie tylko młode dziewczyny, ale i starsze turystki, paradując w strojach jednoczęściowych. Do tego absolutnie nie namawiam, wręcz przeciwnie. Kulturę odwiedzanego kraju  oraz panujące w nim zasady zawsze należy respektować. Plaża na Hulhumale ciągnie się praktycznie wzdłuż całego wschodniego wybrzeża. Zachód słońca zatem można podziwiać po drugiej stronie wyspy. Idąc plażą w kierunku północnym dojdziecie do czegoś w rodzaju basenów. I tam można porządnie popływać, nie ma płycizny. W paru miejscach znajdziecie też prysznice. Na plaży przesiadują oczywiście także i mieszkańcy, więc dodatkowo można poobserwować lokalne życie. A przy drodze wzdłuż plaży ulokowało się mnóstwo lokali, czy to barów, czy restauracji, więc wszystko jest praktycznie pod ręką. Pamiętajcie jednak, że na wyspach lokalnych napojów wyskokowych nie zakupicie. Picie alkoholu jest zabronione, podobnie jak jego wwiezienie. Jeśli spróbujecie coś przemycić i wpadniecie, nastąpi konfiskata takiego towaru. Cóż więc pozostaje? Jeśli ktoś tęskni za smakiem piwa, bezalkoholowe może zakupić w markecie na Hulhumale. Procentów co prawda nie ma, ale podniebienie można spróbować oszukać. Co do czystości, to czasami widać jakieś śmieci gdzieś między drzewami, ale nie jest to na pewno na miarę wysypiska. Myślę, że czystość w dużej mierze zależy również od pogody, bowiem przy silnym wietrze i prądach, na brzegu siłą rzeczy ląduje to, co pływa w oceanie. A pływa tego dosyć spro i coraz głośnej i częściej mówi się o poważnym problemie, z jakim mierzą się te rajskie wyspy, czyli śmieci. Jednak to temat na oddzielny artykuł, który zapewne również powstanie. Kilka hoteli posiada plaże prywatne, są one sprzątane na bieżąco. Na plaży przesiaduje również tzw. ochroniarz, który zapewne pilnuje jej prywatności. Czy można się tu rozłożyć? Pewnie nie bardzo, ale pospacerować i owszem, natomiast ręcznik czy kocyk można położyć w pobliżu. Niedaleko hotelu Rivethi Beach, który właśnie posiada swoją prywatną plażę, znajduje się punkt sportów wodnych Raalhu Watersports. Można tu skorzystać z motorówek, kajaków czy też z tzw. bananów. W ofercie są także wycieczki na snurkowanie, obserwację delfinów, łowienie ryb o zachodzie słońca, pobyt na bezludnej wyspie czy też w resorcie. Cen nie znam, ale opinie w Internecie mają bardzo dobre. W zasadzie większość hoteli na Hulhumale powinna także oferować podobne wycieczki. Ten, który polecam poniżej, jak najbardziej ma takie usługi. Jeśli chodzi o lokalizację, to zdecydowanie polecam w pobliżu plaży. Nie musi być przy samej, może to być druga czy trzecia linia brzegowa. Wiadomo, wówczas piasek i wodę mamy tuż za rogiem. Do tego, główna ulica również będzie w pobliżu, a przy niej także znajdziecie mnóstwo knajpek oraz sklepów. Stąd spokojnie można także dotrzeć na piechotę do dużego centrum handlowego, a w zasadzie dwóch. Jeśli zaś chodzi o niedrogi hotel, jestem w stanie polecić Wam dwa, z których miałam okazję skorzystać. Oczywiście baza noclegowa jest spora, więc warto sprawdzić samemu. Beach Arena Inn Hotel na Hulhumale W tym hotelu zatrzymaliśmy się na jedną noc przed wyruszeniem na lokalną wyspę Fulhadhoo. Dlaczego akurat w tym? W głównej mierze ze względu na cenę oraz lokalizację, a i opinie na bookingu nie były takie złe. Za jednodniowy pobyt nie ma co przepłacać. Ostatecznie za pokój 2-osobowy z łazienką oraz ze śniadaniem zapłaciłam 42,18 USD, czyli jakieś 160 zł. Choć tak naprawdę kilka tygodni wcześniej widziałam go w cenie 120 zł, ale niestety rezerwacji wówczas nie zrobiłam. Co do ceny, zawsze sprawdźcie, czy wszystkie podatki sa wliczone, bo na Malediwach jest ich kilka. Pisałam o tym we wpisie Malediwy na własną rękę, czyli mini przewodnik po rajskich wysepkach. Mały problem pojawił się na samym początku, a mianowicie problem z namierzeniem obiektu. Pod podanym na bookingu adresem taki hotel nie widniał. Trzeba było zasięgnąć rady w okolicy. Pan na recepcji w hotelu 3-gwiazdkowym stwierdził, że Beach Arena to słaby obiekt i że w razie czego, on ma wolne pokoje. Aha, pewnie. Był tak miły, że zadzwonił w naszej sprawie i ktoś miał nas odebrać. Jednak nikt się nie zjawił, więc nie wróżyło to zbyt dobrze. Do hotelu dotarliśmy sami i na tym problemy się skończyły. Szczerze polecam Beach Arena Inn tym, którzy mają ograniczony budżet, a szukają normalnych warunków w dobrej lokalizacji. Hotel do najnowszych nie należy (więc pewnie i coś od czasu do czasu zepsuć się może), ale też nikt tego nie oczekiwał. Po pierwsze, jest łazienka z gorącą wodą. Wiem, wiem, przecież to Malediwy, temperatury tropikalne, upał, więc kto by się mył we wrzątku? Ano ja. Gorąca woda to dla mnie duży plus. Po drugie, plaża jest tuż za rogiem, kilka kroków od hotelu, naprawdę ładna plaża. Hotel leży w drugiej linii brzegowej przy ulicy Unigas Magu. Po trzecie, śniadanie wliczone w cenę. To nie jest szwedzki stół, ale jak na malediwskie warunki, to całkiem dobrze to wygląda. Jajko, parówki, toasty, owoce, dżemy, sok, herbatka i kawka. Po czwarte, bliskość sklepów oraz knajpek z różnym jedzeniem. Po piąte, przemiła obsługa hotelowa, panowie na recepcji naprawdę bardzo uprzejmi, pomocni z poczuciem humoru. Bez problemu zamówili nam taksówkę do Male po uczciwej cenie. Pomogli także wnieść i znieść bagaże. Aktualnie na bookingu widnieje adnotacja, iż tego hotelu zarezerwować nie można. Trzeba zatem sprawdzić inne portale takie, jak Agoda, Hotels czy Airbnb. Koamas Lodge na Hulhumale To drugi hotel budżetowy, który również bardzo polecam, a może nawet i bardziej. W zasadzie tutaj nocy nie spędziliśmy, a dzień. Po pobycie na dwóch lokalnych wyspach Fulhadhoo oraz Fehendhoo, do Male przypłynęliśmy wcześnie rano. Odlot do kraju natomiast mieliśmy późnym wieczorem. Nie za bardzo mieliśmy ochotę włóczyć się po Male z naszymi plecakami, więc po szybkich zakupach na targu, śmignęliśmy ponownie na Hulhumale. Mąż tym razem miał gest i zaprosił mnie na kilka godzin do hotelu;) Zrobił szybką rezerwację jeszcze poprzedniego dnia i ustalił wcześniejsze zameldowanie. Na pokój trochę czekaliśmy, więc w ramach rekompensaty otrzymaliśmy apartament. Pokój 2-osobowy z łazienką oraz ze śniadaniem w Koamas Lodge kosztował wówczas 43,80 USD. Istnieje także możliwość dokonania rezerwacji bez śniadania, jak i HB, czyli ze śniadaniem oraz kolacją. Lokalizacyjnie również świetny wybór, ponownie druga linia brzegowa, gdzieś mniej więcej w połowie długiej plaży na Hulhumale. Na pierwszy rzut oka hotel sprawia wrażenie nowszego niż Beach Arena Inn, jednak w środku także widać już ślady użytkowania. Niemniej, standard zdaje się być ciut wyższy od tego pierwszego, choć w sumie ocenić mogę jedynie apartament. Obłsuga oraz pan na recepcji przemili. Podczas oczekiwania otrzymaliśmy bezpłatnie dwie butelki wody, a pan ciągle zapewniał, że lada moment pokój otrzymamy....</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/malediwy-hulhumale-swietna-wyspa-na-nocleg-przy-lotnisku.html">Malediwy Hulhumale &#8211; świetna wyspa na nocleg przy lotnisku</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/malediwy-hulhumale-swietna-wyspa-na-nocleg-przy-lotnisku.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>3</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Eilat informacje praktyczne &#8211; transport, noclegi, ceny</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/eilat-informacje-praktyczne-transport-noclegi-ceny.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/eilat-informacje-praktyczne-transport-noclegi-ceny.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 16 Feb 2020 13:52:11 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat]]></category>
		<category><![CDATA[Izrael]]></category>
		<category><![CDATA[4 dni w Eilat co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[ceny w Ejlacie]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Eilat]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat ceny i koszt wyjazdu]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat gdzie zjeść]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat plan podróży]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat Ramon dojazd z lotniska]]></category>
		<category><![CDATA[Ejlat na przedłużony weekend]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie spać w Eilacie]]></category>
		<category><![CDATA[krótki wypad do Ejlatu]]></category>
		<category><![CDATA[które plaże w Eilacie]]></category>
		<category><![CDATA[tani nocleg w Eilacie]]></category>
		<category><![CDATA[weekend w Ejlacie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11511</guid>

					<description><![CDATA[<p>Eilat jaki jest, każdy widzi, to znaczy mogliście zobaczyć w moim poprzenim wpisie. Plan podróży do Eilau na 4 dni może Wam pomóc w zorganizowaniu takiego wyjazdu na własną rękę. A Ejlat to nie tylko plaże i kąpiel w Morzu Czerwonym. Okolice miasta kryją prawdziwe perełki w postaci Parku Timna oraz Czerwonego Kanionu. Jednak plan to jedno, a budżet to drugie. Dlatego teraz podzielę się z Wami kosztami, jakie poniosłam w związku z wyjazdem. Przybliżę też ceny, jakie zastałam na miejscu. Wiadomo, Izrael nie należy do tanich kierunków, więc warto przygotować się na podróżne wydatki. Poniżej znajdziecie także garść informacji praktycznych o Ejlacie. &#160; Na przelot wcale nie musicie wydać zawrotnej kwoty. W zasadzie Ejlat to jeden z tańszych zimowych kierunków w siatce niskobudżetowych przewoźników. Na tej trasie lata zarówno Wizzair, jak i Ryanair. Za swój bilet na przełom stycznia oraz lutego ostatecznie zapłaciłam 209 zł. Ostatecznie, gdyż podróż planowałam już wcześniej na początku grudnia i wówczas bilet kosztował mnie 150 zł, niestety wtedy musiałam zrezygnować. Natomiast w międzyczasie widziałam także oferty za 78 zł z Warszawy oraz Krakowa, cena za bilet oczywiście w dwie strony. Warto przyjrzeć się cenom kilka miesięcy przed planowanym wyjazdem. W tym przypadku sprawdzamy po prostu na stronie przewoźnika. A takie widoki czekają na Was podczas lądowania! O tym pisałam już trochę w poprzednim wpise Eilat &#8211; plan podróży na przedłużony weekend. Przejazdy z lotniska obsługiwane są przez izraelskiego przewoźnika Egged. Przejazd autobusem do centrum Ejlatu trwa około 10-15 minut. Z lotniska kursują dwie linie: nr 30 (jedzie do Taby do Egiptu) oraz nr 50, kursują co 20 minut. Czas odjazdu wyświetlany jest na tablicy przy okienku Informacji. Rozkład można także sprawdzić na podanej wyżej stronie. Zakupu biletu dokonacie w okienku informacji, u kierowcy lub w biletomacie. W biletomacie można to zrobić na dwa sposoby, albo wybieracie konkretną linię, albo kupujecie bilet do konretnego miejsca, który ważny jest zarówno w autobusie nr 30, jak i nr 50. Najlepiej wybrać wariant drugi. Wpisujecie zatem dokąd jedziecie (np. Eilat central bus station) i wówczas z wydrukowanym biletem idziecie na stanowisko odjazdu autobusów, które mieście się po prawej stronie od wyjścia z hali przylotów, odległość to może jakieś 100 metrów. Jeśli na przystanku stoją dwie linie, wybierzcie nr 30, do centrum Ejlatu dojedziecie szybciej. Bilet w jedną stronę kosztuje 4,20 ILS, co w przeliczeniu na złotówki przez Revoluta daje 4,73 PLN. Linie 30 oraz 50 kursują w dzień. Jeśli wylądujecie wcześnie rano, do miasta zawiozą Was autobusy nr 31 i 32. Do przemieszczania się po Ejlacie oraz po jego okolicach również możecie korzystać z komunikacji publicznej. Za jednorazowy przejazd autobusem miejskim zapłacicie 4,20 ILS, płatność u kierowcy. Jeśli chcielibyście nabyć bilet dzienny za 6,70 ILS, wówczas trzeba wyrobić kartę Rav-Kav. Jest ona darmowa oraz ważna w całym Izraelu. Kartę można wyrobić w punkcie obsługi firmy Egged na głównym dworcu autobusowym. Jednak nie znajdziecie go w budynku głównym, a w korytarzu, przylegającym do dworca. W razie kłopotów ze znalezieniem, można zapytać miejscowych. Więcej o samej karcie oraz o godzinach otwarcia punktu obsługi przeczytacie na stronie przewoźnika. Do wyrobienia karty potrzebny jest paszport. Na miejscu możecie też zapytać o kartę anonimową, która kosztuje 5 ILS. Jeśli macie ochotę, możecie wybrać się na zwiedzanie wybrzeża w kierunku granicy z Egiptem. Na tej trasie w stronę granicy kursuje autobus nr 15, zaś w drodze powrotnej trzeba wsiąść w nr 16. Wypożyczenie samochodu w Izraelu kosztuje średnio 100 zł za dzień. Piszę &#8220;średnio&#8221;, gdyż cena może się wahać od 80 do 130 zł. Oczywiście na miejscu zapewne będzie drożej, a i problem z dostępnością aut też może wystąpić, choć oczywiście nie musi. To są ceny za wynajęcie samochodu w mieście, bowiem na lotnisku jest drożej. My samochód rezerwowaliśmy niestety dzień przed wylotem przez stronę Rynaira. Za dwa dni zapłaciliśmy 238 zł z podstawowym ubezpieczeniem. Natomiast jeśli chcielibyście dodać do tego pełną polisę, cena zwiększy się o niecałe 100%, bowiem ubezpieczenie za dzień kosztuje około 80 zł. Można je wykupić od razu przez stronę Ryanaira lub na miejscu w wypożyczalni (cena była podobna). Wypożyczalnia, z której korzystaliśmy to Avis i byliśmy naprawdę zadowoleni. Po pierwsze, odbiór bezproblemowy i sprawny. Co prawda auto małe, Hyundai i10, ale samochód nowy, sprawdzony pod kątem uszkodzeń. Jednak rzecz najważniejsza&#8230; można było korzystać z bezpłatnego wifi podczas jazdy. Zwrot także bez najmniejszych problemów, auto zweryfikowane, a blokada karty zwolniona w przeciągu 24 godzin. Wypożyczalnie w Eilacie znajdują się przy Rotary Square, naprzeciwko stacji benzynowej Paz-Leshem. Jeśli chcecie złapać autko w lepszej cenie, sprawdźcie ceny kilka tygodni czy przed wyjazdem. Cały czas na celowniku miałam wypożyczalnię Dolar oraz autko za 80 zł za dzień, jednak taka cena zniknęła kilka dni przed naszym wylotem, a i wypożyczalnia już się nie pokazywała w wynikach. Podobno najtańszą wypożyczalnią jest tam Budget, ale nie porównywaliśmy cen na miejscu. Koniecznie trzeba zwrócić uwagę na to, czy w ofercie widnieje nieograniczony kilometraż. Bardzo często istnieje ograniczenie do 250 km dziennie, co czyni niemożliwym pojechanie nad Morze Martwe na jeden dzień. Avis takiego ograniczenia nie miał, natomiast Budget już tak. Skoro wynajęcie samochodu, to od razu nasuwa się pytanie o cenę beznyny. W Izraelu nie jest niestety tania. Jest czasami droższa niż u nas. Cena zależy również od miejsca, w jakim tankujecie. Najtańsza, o dziwo, była na stacji benzynowej naprzeciwko wypożyczalni, a więc w samym centrum Ejlatu. Za 1 litr należało zapłacić 5,12 ILS. Dobrą cenę widzieliśmy również na stacjach przy drodze, prowadzącej do granicy z Egiptem. Natomiast najdroższa benzyna była na trasie nad Morze Martwe. Tam litr kosztował aż 6,14 ILS, taka cena obowiązywała na każdej stacji przy tej drodze. A jak wygląda sprawa z płatnością za tankowanie? Nie tak, jak u nas. Jest podobnie jak w Stanach, z jedną małą różnicą. Płacąc kartą, zostaje na niej zablokowana większa kwota niż faktyczna należność. I to naprawdę sporo większa, czasem o 100%, czasem nawet więcej. Dopiero za kilka dni (może trwać nawet do tygodnia) jest to rozliczane. Dlaczego tak jest? Pan w wypożyczalni tłumaczył, że jest to zabezpieczenie na wypadek kradzieży karty, ale nie bardzo zrozumiałam, jaki miałby być w tym sens. Jeśli chcecie tego uniknąć, najlepiej płacić gotówką, nie ma z tym problemu. Podjeżdżacie pod dystrybutor, idziecie do kasy i określacie kwotę, za jaką chcecie zatankować. Jeśli jest mniej, po zatankowaniu, otrzymacie resztę. Czyli dokładnie tak, jak w USA. No właśnie, cena poniekąd zależy od lokalizacji, choć i w samym centrum można znaleźć hostele w rozsądnej cenie. Polecam zajrzeć na booking oraz na aribnb i porównać ceny. Spanie w bliskiej odległości od głównego deptaku wiąże się z hałasem z plażowych imprezowni. Eilat wcale nie jest taki mały, mimo że na mapie może wyglądać inaczej. Dobrze sprawdźcie odległości. Nasza kwatera wydawała się być rzut beretem od centrum, a jednak dojście na piechotę zajmowało około 20 minut, z górki i pod górkę. Oczywiście nie był to dla nas problem, trochę ruchu zawsze dobrze robi (pierwszego dnia byliśmy jeszcze bez samochodu). Poniżej polecam kilka miejscówek, które warto wziąć pod uwagę, szukając noclegu w Ejlacie. STONE LION VILLA W tej willi spędziliśmy dwie noce i to był świetny wybór. Co prawda nie znajduje się ona w samym centrum, bo dojście zajmuje 20 minut, ale leży w ładnej cichej i spokojnej dzielnicy na wzgórzu z pięknym widokiem. Takiego lokum szukaliśmy, wiedząc, że na drugi dzień wynajmiemy samochód. Pokój 2-osobowy z balkonem oraz z łazienką, w której znajduje się jacuzzi, ulokowany jest na pierwszym piętrze. Do dyspozycji gości jest bardzo dobrze wysposażona kuchnia. Na terenie willi goście mogą także korzystać z odkrytego basenu, jednak woda w styczniu była zimna. Wifi dostęne jest tylko na dole w salonie z kuchnią, gdzie również mieści się recepcja. Za dwie noce w takich warunkach zapłaciliśmy 336,04 zł. Obiekt rezerwowany był przez Airbnb, na którym mogłam obniżyć cenę o 100 zł dzięki zgromadzonym na koncie pieniążkom. Jeśli chcecie uzyskać od 75 do 100 zł na swoją pierwszą podróż z Aribnb, kliknijcie w link polecający ode mnie i załóżcie sobie konto. Stone Lion Villa dostępna jest także na bookingu, jednak w momencie mojej rezerwacji, cena była zdecydowanie wyższa i opiewała na kwotę około 500 zł. Villę polecam także ze względu na właścicieli. Aktualnie jest to rodzinka z Rosji, przesympatyczni ludzie. Właścicielka to dziennikarka, jej mąż to reżyser. Zostaliśmy poczęstowani gorącą zupą i nie tylko. Mogliśmy korzystać ze wszystkich udogodnień w willi. Właściciele mieszkają w tym samym budynku, jednak z oddzielnym wejściem. Pokoje w willi są wynajmowane. Nie było także problemu z wcześniejszym zameldowaniem oraz z parkowaniem. CLUB IN EILAT &#8211; CORAL BEACH VILLA RESORT Jedną noc spędziliśmy w hotelu z prawdziwego zdarzenia, a mianowicia w Coral Beach Villa Resort. To wszystko za sprawą ceny, jaką udało mi się ustrzelić. Nawet pani w recepcji stwierdziła, że to musiała być pomyłka. Bowiem za willę z 3 sypialniami i balkonem 60 m² zapłaciliśmy 168 zł, kiedy cena poza sezonem wynosi 300 &#8211; 350 zł, a w sezonie nawet 800 zł. W cenę pokoju nie był wliczony żaden posiłek, jednak na powitanie otrzymaliśmy prezent w postaci wieczornego poczęstunku. Była to pizza, która smakowała wybornie, oraz wybrany napój. Zatem kolacja była z głowy. Dodatkowo w pokoju czekała na nas butelka czerwonego wina oraz małe pudełeczko czekoladek. No takie powiatanie to ja rozumiem. Hotel nie jest położony w samym Ejlacie, a przy drodze, prowadzącej do granicy z Egiptem, zatem dojazd albo samochodem albo autobusem nr 15. Niedaleko hotelu, jakieś 300 metrów, znajduje się plaża Almog. Oczywiście na terenie jest spory odkryty basen. Nie sprawdziłam temperatury wody, ale niektórzy korzystali. Znajdziecie tu także korty tenisowe, boisko do koszykówki, stół do ping ponga i tenisa stołowego, a także sprzęt fitness. Goście mogą korzystać ze wspólnego sprzętu do grillowania. Oczywiście restauracja także jest. Na miejscu działa supermarket, w holu recepcji stoi bankomat. Wifi  jest wszędzie i jest bardzo dobre. Wieczorem można posłuchać muzyki na żywo, a nawet potańczyć, dancingi się odbywają. Słowem full wypas, choć hotel lata świetności dawno ma już za sobą. AHLA DIVING CENTER W tym miejscu co prawda nie nocowałam, ale planowałam podczas mojej podróży w grudniu, którą odwołałam. Udało mi się wówczas ustrzelić dobrą cenę na bookingu (aktualnie widnieje adnotacja, że przez ten portal nie można dokonać rezerwacji, jednak willa jest dostęna na Airbnb). Za trzy noce za pokój 4-osobowy z prysznicem miałam zapłcić 465 zł, a więc 155 zł za noc. Obiekt położony jest w podobnej lokalizacji, co Stone Lion Villa. Droga do morze zajmie Wam 15-20 minut, zaś do dworca autobusowego 30 min. Na miejscu można korzystać z odkrytego basenu. Każdy pokój oferuje taras. W każdym pokoju znajduje się czajnik oraz klimatyzacja. Można korzystać ze wspólnej kuchni. Jest to jednocześnie baza nurkowa. Poczytajcie opinie, są pozytywne. VILLA KIBEL APARTMENTS Może sama nazwa zachęcająca nie jest, ale wierzcie mi, nie należy się nią sugerować. W tym miejscu również się nie zatrzymałam, jednak rozważałam nocleg. Willa ma fantastyczne opinie, a i cena była przystępna. W momencie, kiedy przeszukiwałam Internet za apartament typu studio z patio dla dwóch osób trzeba było zapłacić 423 zł za dwie noce, więc 211 zł za noc. Taka cena była na bookingu. Willa położona jest w odległości około 1,5 km od plaży i nadmorskiej promenady. To, co wynajmujemy to studio z prostym aneksem kuchennym i innymi udogodnieniami, w tym wifi.  Niektóre apartamenty dysponują także patio. W odległości 250 m znajduje się sklep spożywczy, blisko do restauracji oraz kawiarni. HOSTEL IN EILAT A jeśli szukacie czegoś w samym centrum blisko promenady, zainteresujcie się się obiektem Hostel in Eilat. Z nazwy niby hostel, jednak możecie tam zarezerwować studio dla dwóch osób z prywatną łazienką za niewielkie pieniądze. Lokalizacja niemalże na samyn początku deptaku. W okolicy markety spożywcze i jadłodajnie. Jedyny minus to hałas do rana z pobliskich klubów i dyskotek. Ceny pokoi zaczynają się już od 130 zł za noc, są uzależnione od sezonu. &#160; Dwa inne obiekty bliżej centrum to palma diving sea view (ceny od 158 zł za noc poza sezonem) oraz Corinne Hostel (ceny od 160 zł za noc poza sezonem). Oba dostępne na bookingu, więc z pewnością je znajdziecie. &#160; Stołowanie się w Izraelu do tajtańszych nie należy, szczególnie w Eilacie. Jeśli więc macie ograniczony budżet, najlepiej ...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/eilat-informacje-praktyczne-transport-noclegi-ceny.html">Eilat informacje praktyczne &#8211; transport, noclegi, ceny</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/eilat-informacje-praktyczne-transport-noclegi-ceny.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Eilat &#8211; plan podróży na przedłużony weekend</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/eilat-plan-podrozy-na-przedluzony-weekend.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/eilat-plan-podrozy-na-przedluzony-weekend.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 07 Feb 2020 17:41:27 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat]]></category>
		<category><![CDATA[Izrael]]></category>
		<category><![CDATA[4 dni w Eilat co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[4 dni w Ejalcie]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Eilat]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat plan podróży]]></category>
		<category><![CDATA[Eilat Ramon dojazd z lotniska]]></category>
		<category><![CDATA[Ejlat na przedłużony weekend]]></category>
		<category><![CDATA[Izrael na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[krótki wypad do Ejlatu]]></category>
		<category><![CDATA[które plaże w Eilacie]]></category>
		<category><![CDATA[Morze Martwe gdzie plażować]]></category>
		<category><![CDATA[Red Canyon szlak ile czasu]]></category>
		<category><![CDATA[Timna Park ile czasu]]></category>
		<category><![CDATA[twierdza Masada ile czasu]]></category>
		<category><![CDATA[twierdza Masada wstęp cena]]></category>
		<category><![CDATA[weekend w Ejlacie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11485</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wypad na kilka dni do Eilatu naszą jesienią czy zimą to świetny pomysł. Po pierwsze, można sobie zaaplikować sporą dawkę witamy D, słońce świeci tam niemalże non-stop, a dni deszczowych jest jak na lekarstwo. Po drugie, okolice oferują oszałamiające widoki oraz mnóstwo szlaków trekkingowych. Po trzecie, Eilat leży nad Morzem Czerwonym, a więc jest bardzo dobrym miejscem na snurkowanie. Tak, czy inaczej, wyjazd na południe Izraela to idealny sposób na podładowanie baterii. W tym wpisie podrzucam Wam plan podróży do Ejlatu na przedłużony weekend. Dowiecie się, co można robić w Eilacie przez cztery dni. &#160; Jeśli interesują Was koszty takiego wyjazdu, koniecznie zajrzyjcie do wpisu: &#160; Przylot o 11:00. Przejście kontroli na lotnisku. Jeśli ląduje jeden samolot w tym czasie, kolejka nie jest długa. Kontrola idzie sprawnie, otwartych jest kila stanowisk. Padnie zapewne kilka pytań. Jeśli podróżujecie w grupie lub rodziną, będzie pytanie o łączące Was relacje, o to &#8211; czy pierwszy raz w Izraelu i co zamierzacie tu robić. Przejazd autobusem do centrum Ejlatu. Z lotniska kursują dwie linie: nr 30 (jedzie do Taby do Egiptu) oraz nr 50 (przewoźnik Egged), kursują co 20 minut. Bilet można zakupić w kasie/informacji w okienku lub biletomacie. I tutaj macie do wybory linię 30 lub 50, jednak najlepiej wpisać dokąd jedziecie (np. Eilat central bus station) i wówczas bilet ważny jest na obie linie i nie ma znaczenia, którą pojedziecie. Te linie kursują w dzień. Jeśli wylądujecie wcześnie rano, do miasta zawiozą Was autobusy nr 31 i 32. Przejazd trwa 10-15 minut. Bilet w jedną stronę kosztuje 4,20 ILS, co w przeliczeniu na złotówki przez Revoluta daje 4,73 PLN. Dokładny rozkład oraz przystanki sprawdzicie na stronie przewoźnika Egged. Zameldowanie w hotelu/na kwaterze. Zwiedzanie Eilatu, relaks na plażach. Spacer po głównym deptaku aż do strefy hotelowej. Uwaga, na plażach z reguły leżaki nie są darmowe, trzeba zapłacić 12-15 ILS za dzień. Plaże w samym centrum Eilatu: &#8211;&#62; te znajduja się w jednym ciągu przy centrum handlowym Mall Hayam: Red Rock Beach (HaSela HaAdom Beach) Maman Beach (Tarshish Beach) Zion Beach (H̱of Penina) Moria Beach &#8211;&#62; przy pierwszej strefie hotelowej: Nevi&#8217;ot Beach Royal Beach Shehafim Beach (HaShchafim Beach) &#8211;&#62; przy drugiej strefie hotelowej bliżej granicy z Jordanią: HaDatiyim Beach Mifraz HaShemesh Beach Plaża przy granicy z Jordanią. Plaże w poza centrum Eilatu: Dekel beach &#8211; przy plaży znajduje się klimatyczna restauracja z całkiem dobrym jedzeniem (ceny izraelskie), stoliki przy samym morzu, Mosh Beach &#8211; plaża obok Dekel beach, również z klimatyczną restauracją w stylu tajskim, siedziska na materacach i pufach. Jeśli macie czas i ochotę, możecie wybrać się na zwiedzanie wybrzeża w kierunku granicy z Egiptem. Na tej trasie w stronę granicy kursuje autobus nr 15, zaś w drodze powrotnej trzeba wsiąść w nr 16. Koszt bilety w jedną stronę to 4 ILS. Do zobaczenia kilka plaż oraz Underwater Observatory Park oraz Dolphin Reef, miejsce gdzie można zobaczyć oraz popływać z delfinami. Wstęp 69 ILS. Uwaga, delfiny nie żyją tu  w niewoli, a na wolności, mają dostęp do pełnego morza. Są po prostu oswojone i często podpływają pod plażę. Nie są one w żaden sposób zmuszane do interakcji z ludźmi, nie są tresowane. Są natomiast regularnie karmione i to sprawia, że tak chętnie zjawiają się w tym miejscu. Podobno jest to jedyny taki park morski z delfinami na świecie. Na miejscu oprócz barów trzy baseny relaksacyjne, wstęp do których w sobotę oraz niedzielę po 21:00 jest o wiele tańszy (70 ILS zamiast 300 ILS). Jeśli zaś chcecie dowiedzieć się więcej o historii Eilatu, możecie zajrzeć do  Eilat City Museum, mieszczącego się w samym centrum. Wynajęcie rano samochodu z wypożyczalni. Polecam Avis, bezproblemowe wydanie oraz zwrot (potwierdzenie zdania samochodu bez uszkodzeń), nielimitowany kilometraż oraz wifi. Koszt ok. 100-120 zł za dzień z podstawowym ubezpieczeniem. Wypożyczalnie w Eilacie znajdują się przy Rotary Square, naprzeciwko stacji benzynowej Paz-Leshem. Przejazd do Red Canyon, trasa ok. 22 km (20 minut jazdy). Warto pojawić się tu wcześnie rano, by uniknąć tłumów. Około 10:00 zjeżdża się tu więcej ludzi. Natomiast najlepsze światło do zdjęć jest w południe, kiedy wiązki promieni słonecznych wpadają pionowo do kanionu. Sam odcinek Czerwonego Kanionu nie jest długi. Cała trasa z dojściem z parkingu wraz z drogą powrotną górą nad kanionem może zająć od 30 do 40 minut średnim tempem. Szlaków jest tu oczywiście więcej, więc można tu spędzić nawet i trzy godziny. Wstęp bezpłatny. Nie ma godzin otwarcia. W innym wpisie przeczytacie, jak dojechać do Czerwonego Kanionu oraz jak wygląda szlak. Szczegółowe informacje o Czerwonym Kanionie również znajdziecie na blogu Warsztat Podróży. Z Czerwonego Kanionu przejazd do Timna Park, trasa 50 km (przejazd 40 minut). Zakup biletów w Visitor Center, pobranie mapek, zwiedzanie, trekking. Park jest naprawdę spory. Można go zwiedzać samochodem lub rowerem elektrycznym (do wynajęcia na miejscu). Najważniejsze punkty to: Spiral Hill (skała w kształcie spirali), View Point with Mushroom and a Half (punkt widokowy z formacją w kształcie grzyba oraz kamienień obok, imitującym kapelusz grzyba), the Mushroom (wizytówka parku, ponownie skała w kształcie grzyba), the Chariots, czyli Rydwany (dwa ryty naskalne z XIV &#8211; XII wieku p.n.e., przedstawiające ludzką działalność oraz dziką przyrodę w starożytnych czasach, na ścianie wewnątrz wąwozu znajdują się rysunki egipskich rydwanów), Łuki oraz starożytne kopalnie (dwie formacje skalne w kształcie łuków: większy oraz mniejszy, a także pozostałości po dawnych kopalniach miedzi), Filary Salomona oraz Świątynia Hathor (monumentalne filary z piaskowca oraz świątynia, poświęcona egipskiej bogini Hathor), Oaza Timna nad małym jeziorem (restauracja oraz punkt, gdzie buteleczkę napełniamy kolorowym piaskiem i zabieramy jako pamiątkę, jest to w cenie biletu). Prawie przy każdym punkcie znajdują się krótsze bądź dłuższe szlaki, na które możecie się wybrać. Na mapie z Visitor Center oznaczony jest czas przejście. W parku można spędzić cały dzień. Zobaczenie wszystkich najważniejszych punktów bez dłuższych wędrówek zajmuje około 3 godziny. Wstęp 49 ILS. Godziny otwarcia: Nd.-Cz. oraz Sob. 08:30-16:30, Pt. 08:00-15:00. święta oraz lipiec/sierpień 08:00-15:00. Wypożyczenie zwykłego roweru na pół dnia: 60 ILS Wypożyczenie roweru elektrycznego na 4 godziny: 85 ILS Szczegółowe informacje o tym, jak zwiedzać Timna Park, znajdziecie we wpisie: &#160; Te dwa miejsca możecie zrobić także w odwrotnej kolejności, jednak sprawdźcie najpierw godziny otwarcia Timna Park i upewnijcie się, że będziecie mieć wystarczająco dużo czasu na jego zwiedzanie. Powrót do Eilatu. Relaks na plażach, jeśli czas pozwoli. Wyjazd z Eilatu o 8:00 rano lub wcześniej. Trasa do przejechania to 200 km, czas przejazdu 2 godziny 10 minut. Po drodze kilka stacji benzynowych, marketów oraz jedna miejscówka z jadłodajniami. Pierwszy przystanek w Neve Zohar lub zaraz za. Polecam plażę zaraz za tą miejscowością. Jednak koniecznie trzeba pamiętać, iż plażowanie na dziko może być niebezpieczne. Przez obniżanie się poziomu wody wzdłuż brzegu powstają zapadliska. Z tego powodu zakazana jest kąpiel poza wyznaczonymi miejscami. Po krótkiej przerwie przejazd do twierdzy Masada (23 km od Neve Zohar). Na górę można się dostać na dwa sposoby: kolejką lub na piechotę (Snake Path). To samo tyczy się drogi powrotnej. Cena biletu zależy od opcji, jaką wybierzemy. Sam wstęp do parku kosztuje 20 ILS. Snake Path otwierana jest około godziny przed wschodem słońca, zamykana zaś o różnych porach. Zależy to od pogody. W czasie ekstremalnie gorących dni ścieżka może być zamknięta już o 8:00 lub 9:00. Natomiast w okresie zimowym zamykana jest godzinę przed oficjalną godziną zamknięcia twierdzy, czyli zejście trzeba rozpocząć odpowiednio wcześnie. Godziny otwarcia: lato, czyli kwiecień &#8211; wrzesień 8:00 – 17:00 zima, czyli październik &#8211; marzec 8:00 – 16:00 w piątki oraz podczas świąt zamknięcie godzinę wcześniej niż podane godziny wyżej. Godziny kursowania kolejki linowej: sob.-czw. 8:00 am – 16:00 pt. oraz święta 8:00 am – 14:00 Yom Kippur Eve 8:00 am – 12:00. Cena biletu na twierdzę Masada: kolejka w dwie strony &#8211; 77 ILS dorosły, 45 ILS dzieci, wschodnia strona od Morza martwego (wstęp oraz wejście Wężową Ścieżką) &#8211; 31 ILS dorośli, 17 ILS dzieci, Masada National Park bilet łączony (wstęp oraz kolejka w jedną stronę) &#8211; 59 ILS dorośli, 31 ILS dzieci. Teren dawnej twierdzy, pamiętającej czasy Heroda, jest spory. Można tutaj spędzić 2-3 godziny, można także bardzo szybkim tempem zobaczyć większość pozostałości w godzinę. Ile czasu przeznaczycie na pobyt na górze, zależy od Was. Zejście Wężową Ścieżką zajmuje 40 minut. W drodze z twierdzy Masada kolejny przystanek nad Morzem Martwym. Tym razem może to być przystanek w miejscowości Ein Bokek. Jeśli macie ochotę się wykąpać, zróbcie to w miejscu dozwolonym. W Ein Bokek można również zakupić błoto z Morza Martwego (cena ok. 10 ILS), wysmarować się nim przed kąpielą, chwilę potrzymać na ciele, zmyć, a potem dopiero udać się do solanki. Skóra dostanie wówczas bombę minerałową. Do kąpieli w Morzy Martwym trzeba odpowiednio podejść. Pluskanie czy nurkowanie nie wchodzi w grę. Wiadomo, sól (a zasolenie jest tu ogromne) da o sobie znać, ból będzie okropny. Z pewnością natkniecie się na sporo zakazów: nie wolno pływać na brzuchu, nie pocierać oczu, nie kąpać się, jeśli mamy na ciele rany. Oczywiście po kąpieli trzeba wziąć prysznic, by spłukać z siebie całą sól. Jeśli chodzi o plażowanie w Ein Bokek to trzeba się przygotować na turystyczny kurort&#8230; wielkie hotele, płatne parkingi, sklepiki, restauracje, plaże hotelowe, ale jest i darmowa publiczna. Ceny oczywiście bardzo izraelskie, jest drogo. Tuż przy plaży można znaleźć parking za 10 NIS za godzinę. Po plażowaniu i kąpieli powrót do Eilatu. Nad Morzem Martwym można zostać do zachodu słońca, który tutaj przybiera różowawe kolory. &#160; Relaks na plażach w Eilacie. Zwiedzanie miasta. Powrót do Polski.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/eilat-plan-podrozy-na-przedluzony-weekend.html">Eilat &#8211; plan podróży na przedłużony weekend</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/02/eilat-plan-podrozy-na-przedluzony-weekend.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Roadtrip USA na własną rękę &#8211; kosztorys</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2020/01/roadtrip-usa-na-wlasna-reke-kosztorys.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2020/01/roadtrip-usa-na-wlasna-reke-kosztorys.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 26 Jan 2020 16:11:01 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ameryka]]></category>
		<category><![CDATA[Ameryka Północna]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone]]></category>
		<category><![CDATA[2 tygodnie w USA koszt]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w USA]]></category>
		<category><![CDATA[dwa tygodnie w USA]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży na dwa tygodnie USA]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży USA]]></category>
		<category><![CDATA[planowanie podróży po USA]]></category>
		<category><![CDATA[podróż do USA ile kosztuje]]></category>
		<category><![CDATA[roadtrip Ameryka]]></category>
		<category><![CDATA[roadtrip po Stanach]]></category>
		<category><![CDATA[roadtrip po USA]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone plan podróży]]></category>
		<category><![CDATA[tanie noclegi w USA]]></category>
		<category><![CDATA[USA na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[USA roadtrip kosztorys]]></category>
		<category><![CDATA[USA roadtrip koszty]]></category>
		<category><![CDATA[USA w dwa tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do usa koszt]]></category>
		<category><![CDATA[wyjazd do usa koszt]]></category>
		<category><![CDATA[wynajem samochodu USA]]></category>
		<category><![CDATA[zachodnie Stany plan podróży]]></category>
		<category><![CDATA[zachodnie wybrzeże USA]]></category>
		<category><![CDATA[zachodnie wybrzeże usa koszty]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11432</guid>

					<description><![CDATA[<p>Po opublikowaniu dwutygodniowego planu mojej podróży po zachodnich stanach USA pojawiły się pytania o koszty. W tym wpisie postaram się Wam przybliżyć, ile pieniążków poszło na ten wyjazd, by dać Wam wyobrażenie, z jakimi wydatkami trzeba się liczyć. Od razu zaznaczam, że nie podróżowałam sama, była nas czwórka, więc koszty się rozłożyły. Stany Zjednoczone to nie jest tani kraj, więc ogólnie trzeba się przygotować na tamtejsze ceny. Oczywiście odpowiednie zgłębienie tematu może sprawić, że budżet jednak da się zredukować. Podczas dwóch tygodni przejechaliśmy około 3000 mil, co daje jakieś 6000 km. Myślę, że dużo i to był prawdziwy roadtrip. Plan był bardzo napięty i mimo, że czasami z małymi poślizgami, udało się nam go zrealizować w całości. Oczywiście nie zobaczyliśmy wszystkiego, bowiem ten rejon obfituje w niezliczoną ilość atrakcji, niesamowitych parków czy miejsc, które warte są odwiedzenia. Wpadliśmy do 4 stanów Kalifornii, Nevady, Utah oraz Arizony. Z większych miast odwiedziliśmy San Francisco, Las Vegas oraz Los Angeles, zajrzeliśmy do 11 parków oraz zatrzymaliśmy się w licznych mniejszych miasteczkach czy wioskach. Kosztorys podzieliłam na kila kategorii: bilety lotnicze, noclegi, wypożyczenie samochodu oraz paliwo, atrakcje, wyżywienie oraz ubezpieczenie. Nie uwzględniam pamiątek, bowiem to kwestia bardzo indywidualna i oczywiście ich zakup nie jest niezbędny do odbycia takiej podróży. Bilety lotnicze stanowią przeważnie znaczącą część kosztów, związanych z daną podróżą. W przypadku wyjazdu do USA w zasadzie też tak jest, choć może nie aż w takim stopniu, jak np. do Azji Południowo-Wschodniej. Oczywiście lot w dobrej cenie może znacząco obniżyć wydatki. W moim przypadku, tradycji stało się zadość, i wybrałam połączenie, składające się z kilku odcinków, za to w niższej cenie. Oczywiście przed zakupem trzeba wszystko dobrze skalkulować, doliczyć doloty, ewentualnie dodatkowy nocleg, by sprawdzić opłacalność takiej opcji. Mój bilet z Oslo do San Francisco kosztował 1176 zł, linie Finnair. W jedną stronę przesiadek było dwie, w Helsinkach oraz w Nowym Jorku, a cała podróż trwała 22 godziny. W drugą stronę przesiadka była jedna w Londynie, skąd liniami Wizzair polecieliśmy już do Warszawy, rezygnując z lotu do Oslo. Do tego doszły wspomniane już doloty. Z Warszawy do Oslo dostałam się liniami Norwegian za 107 zł. Z Londynu zaś przyleciałam Wizzairem, a za bilet zapłaciłam pieniążkami z konta (uzbieranymi z płatności kartą), więc de facto tego kosztu nie wliczam. Do tego dochodzi jednak przejazd z lotniska Heathrow na Luton, co kosztowało 75 zł (15 GBP). To jeszcze nie koniec dodatkowych wydatków, bowiem doliczyć muszę jeszcze nocleg przy lotnisku w Oslo w Thon Hotel Gardermoen. Za pokój 4-osobowy zapłaciliśmy 426 zł, co daje 142 zł na osobę. Łącznie za wszystko wychodzi kwota 1500 zł. Ktoś pewnie powie, że to wcale nie tak mało, że ogólnie za dużo kombinacji, że czas się liczy i pewnie też będzie miał rację. Natomiast ja jeśli mogę zaoszczędzić 700-100 zł na bilecie, jestem w stanie wydłużyć sam dolot, by oszczędności przeznaczyć na wydatki na miejscu. Ostatnimi czasy można znaleźć bardzo tanie loty z Europy właśnie do Stanów Zjednoczonych, czy to ze Skandynawii czy z Hiszpanii, a ceny zaczynają się już nawet od 500-600 zł. Warto śledzić portale loter bądź fly4free. W zasadzie wszystkie noclegi, oprócz ostatniego, zarezerwowane były jeszcze przed wyjazdem przez portal booking.com. W głównej mierze były to motele i w większości jeden pokój dla 4 osób, w którym były dwa łóżka 2-osobowe. Noclegi w Stanach nie są niestety tanie, przy 4 osobach średnio wychodziło 130 zł od osoby za noc. Oczywiście w przypadku podróży we dwójkę, kwota odpowiednio wyższa. Ważna uwaga odnośnie rezerwowania noclegów przez booking. Trzeba przeczytać to, co jest napisane drobnym druczkiem, chodzi o dopłaty, bowiem podatki i opłaty klimatyczne przeważnie nie są uwzględnione. Mogą to być: podatek 10,25 %, opłata klimatyczna za noc 10 USD, koszt obsługi 3,95 %, podatek miejski za osobę, za noc jest niewliczony 2,50 USD. Oto szczegóły odnośnie mojego zakwaterowania. ​ Miejsce / Hotel Cena w USD Cena w PLN Cena w PLN za osobę San Francisco &#8211; Hotel V &#8211; South San Francisco/SFO (1 noc, pokój 4-osobowy) 136,55 520 130 Fresno &#8211; Days Inn by Wyndham Yosemite Area (1 noc, pokój 4-osobowy ze śniadaniem) 91 345 86,45 Olancha &#8211; Olancha RV Park and Motel (1 noc, namiot tipi 4-osobowy) 133,28 506,46 126,61 Las Vegas &#8211; Excalibur Hotel (2 noce, 2 pokoje 2-osobowe) 1088,60 (w tym 600 podatek) 272,15  La Verkin &#8211; Hotel Zion (2 noce, pokój 4-osobowy) 204,40 777 194 Torrey &#8211; Capitol Reef Resort (1 noc, pokój 4-osobowy) 220,21 836 209 Page &#8211; Motel 6 Page 162,89 618 155 Williams &#8211; Red Roof Inn PLUS+ Williams (2 noce, pokój 4-osobowy) 186,01 706 235 Yucca Valley &#8211; Super 8 by Wyndham Yucca Val (1 noc, pokój 4-osobowy) 90,95 345 86 Los Angeles &#8211; Hollywood Downtowner Inn (1 noc, pokój 4-osobowy) 132,35 502,93 126 San Simeon &#8211; Motel 6 San Simeon – Hearst Castle Area (1 noc, pokój 4-osobowy) 81 308 77 CAŁOŚĆ 1697,21 Samochód zarezerwowaliśmy przez stronę Ryanara, wypożyczalnia Europcar. Oczywiście wzięliśmy opcję z pełnym ubezpieczeniem, co wyniosło nas 1677,64 zł całość za 15 dni. Niemniej historia z ubezpieczeniem jest dość ciekawa. Na miejscu przy odbiorze pan w wypożyczalni zaoferował nam dodatkową opcję w razie kradzieży czy zniszczenia, twierdząc, że nasze ubezpieczenie tego nie pokrywa. Dziwne, bo przecież full to full. Generalnie minus takiego ubezpieczenia od Ryanaira jest taki, iż najpierw trzeba pokryć wszelkie koszta z własnej kieszeni, a potem przedstawić rachunki ubezpieczycielowi i ubiegać się o zwrot. Jako że, proponowana kwota nie była zbyt wysoka przy 4 osobach, zdecydowaliśmy się dokupić ową rzekomo dodatkową opcję. Jak się okazało zaraz następnego dnia, to była bardzo słuszna decyzja. Otóż, przy słynnym moście Golden Gate zaliczyliśmy włamanie do auta. Dwie szyby zbite, boczna oraz tylna, dwa małe plecaki zwinięte. Na szczęście tylko tyle, bo w środku mieliśmy wszystkie bagaże oraz sprzęt komputerowy (tak, tak, zostawiliśmy go w samochodzie, ech). Przy parkingu stoją tabliczki sugerujące, by wszystkie wartościowe rzeczy zabrać ze sobą i w zasadzie większość zabraliśmy. Jednak tymi ostrzeżeniami zbytnio się nie przejęliśmy. A po powrocie czekała na nas niespodzianka. Wezwaliśmy oczywiście policję i jak się okazało, kradzieże są tu na porządku dziennym, zdarzają się kilkukrotnie w przeciągu dnia… i co dziwne, policja o tym wie i nic  z tym nie robi. Raport został spisany i z tym kwitkiem udaliśmy się do wypożyczalni. Wymiana samochodu poszła całkiem sprawnie i dzięki wykupionemu ubezpieczeniu na miejscu, nie musieliśmy pieniędzy wyciągać z własnej kieszeni, to znaczy z karty&#8230; czyli się opłaciło. Paliwo w USA nie jest drogie w porównaniu z Polską. Można rzecz, że Amerykanie płacą średnio o połowę mniej niż my. Ceny w poszczególnych stanach mogą się znacznie różnić. Czasami trzeba było zapłacić 3,55/galon, a czasami 4,69/galon. Najwyższe ceny były w Kalifornii plus na stacjach w parkach narodowych. Koniecznie sprawdźcie aktualne ceny, gdyż wygląda na to, że aktualnie spadły. Podsumowując, łącznie przejechaliśmy około 3000 mil (6000 km), a na paliwo wydaliśmy 401,08 USD. Suma: 401,08 UDS/4 osoby = 100,27 USD/osoba Co do parkingów, staraliśmy się wybierać miejsca bez opłat, więc albo parkowanie przy hotelach albo w parkach, gdzie wiadomo, parkowanie było w cenie. Kilka razy jednak skorzystaliśmy i z tych płatnych. I tak np. w centrum San Francisco stawki były następujące: północ &#8211; 9:00 2 USD, 9:00 &#8211; południe 3 USD, południe &#8211; 15:00 5 USD, 15:00 &#8211; 18:00 4 USD, 18:00 &#8211; północ 2 USD. To, ile wydamy na wyżywienie, to oczywiście kwestia względna i subiektywna. Jednak od razu napiszę, że jedzenie w USA do najtańszych nie należy, nawet w restauracjach typu fast food, które tu de facto rządzą. Jeśli chodzi o śniadania, to te wliczone w cenę noclegu niestety są małe i przede wszystkim marnej jakości. Królują słodkie bułeczki typu pączki i wszelakie słodkie sztuczne wyroby, sztuczne soki itp. Dlatego też często śniadania jadaliśmy w restauracjach typu Denny&#8217;s lub robiliśmy zakupy w markecie. Obiady również bywały w biegu, albo jakiś burger po drodze, albo prowiant z marketu. Wieczorem przeważnie wpadaliśmy na większy solidny posiłek do jakiejś restauracji, które kusiły super żeberkami czy też daniami kuchni nie-amerykańskiej. I tak np. amerykańskie śniadanie w jadłodajni Denny&#8217;s kosztowało 11,97 USD, wersja fit 10,59 USD, do tego sok pomarańczowy 3,79 UDS a kawa 2,99 USD. Pamiętajcie również, że te wszystkie ceny nie zawierają podatku, który pojawi się na rachunku, więc de facto końcowa należność będzie wyższa. I co  ciekawe, ów podatek nie jest jednakowy w całej Ameryce. Jego wysokość zależy od stanu. Średnio może to być 7-10%. Nie zapominajcie także o napiwkach&#8230; w Stanach oczekiwana kwota to minimum 15%. Jeśli serwis był już wliczony w cenę, nie zostawialiśmy dodatkowej kwoty. Plusem zdecydowanie jest wielkość dań, przeważnie są ogromne. Bywa, że jednym mogą się najeść dwie osoby i nikogo nie dziwi prośba o dodatkowy talerz. Oto kolejne przykładowe ceny. W San Francisco na słynnej przystani Fisherman’s Wharf danie typu fish&#38;chips kosztuje ok. 10 USD, tyleż samo burger, natomiast kanapka z krabem to wydatek rzędu 15 USD. Z kolei żeberka z frytkami w świetnej restauracji Stage Coach Grille w La Verkin w pobliżu praku Zion kosztują 18 USD, burger 14 USD, a piwo 8 USD. Tak, to również są ceny bez podatku. Więcej o cenach dowiecie się z foleru, w którym umieściłam zdjęcia menu oraz rachunków. Myślę, że pozwoli Wam to na ogląd sytuacji. Zdjęcia znajdziecie w folderze ceny jedzeniach w USA. Generalnie trzeba się przygotować na wydatek średnio 40 USD dziennie na wyżywienie. Większość parków, które odwiedziliśmy były parkami narodowymi, co oznacza, że wstęp odbywał się na podstawie karnetu “America the Beautiful”. Umożliwia on nieograniczony wjazd na teren wszystkich Parków Narodowych USA, a jest ich 462. Koszt dokumentu to 80 USD, ważny jest przez okres jednego roku, począwszy od daty nabycia. Właścicielem jest jedna lub dwie osoby, które złożą swój podpis na odwrocie karty. Właściciel może zabrać bez dodatkowych opłat trzy osoby towarzyszące. Co ważne, dzieci do 16. roku życia wjeżdżają za darmo. Na teren parku w ramach “America the Beautiful” można wjechać samochodem prywatnym bądź wypożyczonym. Firmowe auta z widocznie oklejoną karoserią się tu nie kwalifikują.  Jeśli nie macie karty, a chcecie wjechać tylko do jednego parku, trzeba uiścić opłatę za jednorazowy wjazd. Przebywając w Polsce karty nie można kupić przez Internet, ale bez problemu otrzymacie ją przed każdym wjazdem do parku (Visitor’s Center albo budka strażnika przy wjeździe). Parki, do których wjechaliśmy na podstawie tego karnetu: Park Narodowy Sekwoi, Dolina Śmierci, Park Narodowy Zion (dodatkowo płatne wypożyczenie sprzętu, czyli specjalnych butów, skarpet oraz kija &#8211; 25 USD), Park Narodowy Bryce Canyon, Park Narodowy Arches, Park Narodowy Wielkiego Kanionu, Park Narodowy Joshua Tree. Pozostałe parki, które odwiedziliśmy to albo te stanowe, albo będące w rękach prywatnych: Red Rock Canyon National Conservation Area &#8211; bilet 15 USD za samochód, płaci się za pojazd a nie za ilość osób), Valley of Fire &#8211; bilet 10 USD za samochód, Dolina Monumentów &#8211; ten park nie jest zwykłym parkiem, to rezerwat Indian Navajo, my dojeżdżamy tu o godzinie 17:30, czyli dwie godziny przed zamknięciem (scenic drive w sezonie do 20:30, na stronie parku znajdziecie dokładne godziny otwarcia w sezonie i po),o tej porze nie ma żadnej kontroli, nie ma nikogo, kto sprzedaje bilety, wjeżdżamy więc za darmo, cena za samochód to 20 USD do 4 osób, każda dodatkowa &#8211; 6 USD, Kanion Rattlesnake oraz Kanion Antylopy &#8211; cena za dwa kaniony to 129 USD za osobę. Pozostałe atrakcje: Warner Bros. Studio (wycieczka z przewodnikiem) &#8211; 65 USD za osobę (wcześniejsza rezerwacja). Na osobę = 245,25 USD Na wyjazd do Stanów Zjednoczonych przyda się naprawdę dobre ubezpieczenie. Koszty leczenia są tam bardzo wysokie, nawet błaha rzecz może uderzyć po kieszeni. Dlatego też zdecydowałam się wziąć najlepszy pakiet w towarzystwie ubezpieczeniowym Europa, z którego korzystam od jakiegoś czasu (porzuciłam stare dobre Axa Travel). Najlepszy pakiet, którego nazwa to Travel World THE BEST, można zakupić tylko przez agenta. Za ów pakiet zapłaciłam 323 zł. Zawierał on: BP (bagaż) &#8211; 1000 EUR KK (ubezpieczenie komfortowa kieszeń) &#8211; 250 EUR KL (koszty leczenia) &#8211; 300 000 EUR KR (koszty ratownictwa) &#8211; 10 000 EUR MD (ubezpieczenie mieszkania lub domu na czas podróży zagranicznej) &#8211; 15 000 EUR NNW (następstwa nieszczęśliwych wypadków (trwały uszczerbek na zdrowiu) &#8211; 10 000 EUR OC (odpowiedzialność cywilna) &#8211; 100 000 EUR Jeśli chcielibyście skorzystać z pakietu THE BEST, napiszcie do mnie, pomogę. &#160; W zasadzie nie liczę tego jako koszt...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2020/01/roadtrip-usa-na-wlasna-reke-kosztorys.html">Roadtrip USA na własną rękę &#8211; kosztorys</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2020/01/roadtrip-usa-na-wlasna-reke-kosztorys.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>23</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Etiopia &#8211; skalne kościoły Tigray</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2019/12/etiopia-skalne-koscioly-tigray.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2019/12/etiopia-skalne-koscioly-tigray.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 04 Dec 2019 14:57:20 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[Tigray]]></category>
		<category><![CDATA[3 tygodnie w Etiopii plan]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[dlaczego warto jechać do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia co zabrać]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia jak się przygotować]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę czy z biurem]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia porady]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia przewodnik]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia w trzy tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia z plecakiem]]></category>
		<category><![CDATA[jak dojechać do kościołów Tigray]]></category>
		<category><![CDATA[jeden dzień w Tigray]]></category>
		<category><![CDATA[kościoły Tigray]]></category>
		<category><![CDATA[które kościoły Tigray zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[które warto zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[plan na Etiopię]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[plan wyjazdu do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[przewodnik po Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[skalne kościoły Tigray]]></category>
		<category><![CDATA[Tigray informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[trekking w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[trzy tygodnie w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do Etiopii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11378</guid>

					<description><![CDATA[<p>Słynne kościoły w Lalibeli to nie jedyne świątynie wykute w skałach. Podobne, choć innego typu, można zobaczyć także w rejonie Tigray. Jest ich tu podobno ponad sto i nie wszystkie jeszcze zostały odkryte. Wydrążone w górskich ścianach nie są tak łatwo dostępne, jak te w Lalibeli. By się do nich dostać, trzeba pokonać górskie strome szlaki, nierzadko wspinając się po pionowych ścianach. Jeszcze nieco ponad sto lat temu świat zewnętrzny nie miał o nich pojęcia, tak dobrze były poukrywane! Nikt nie wie, ile lat dokładnie liczą. Według lokalnej tradycji większość została zbudowana przez legendarnych królów Abrehę i Atsbę, w VI wieku naszej ery, jednak prawdopodobnie stało się to kilkaset lat później. Tak czy siak – są bardzo stare i kryją w sobie wiele tajemnic. Skalne kościoły Tigray w jeden dzień to opcja dla tych, którzy mają ograniczony czas. Z pewnością zadziwiający jest fakt, iż w połowie lat 60. XX wieku wiedziano o zaledwie ośmiu czy dziewięciu takich świątyniach. Dopiero publikacja etiopskiego badacza z 1966 roku ujawniła istnienie ponad stu starych kościołów, z których większość wciąż była czynna. Są one skupione w kilku grupach, skoncentrowanych wokół niewielkich wiosek, oddalonych od siebie o kilkadziesiąt kilometrów. Które skalne kościoły Tigray można zobaczyć w jeden dzień? O tym już za chwilę. W ten rejon najlepiej udać się z Aksum lub z Mekele. Miejscowością, która leży u wrót górskich kościołów jest Hawzen i to tu można się ewentualnie zatrzymać na noc przed wyprawą. Wybór hoteli czy miejsc noclegowych jest niewielki. Najsłynniejsze to Gheralta Lodge oraz Korkor Lodge (100-150 USD za noc, ta znajduje się blisko wioski Megab), przy czym o wiele bardziej polecana jest ta pierwsza. Obydwa hotele należą do włoskich rodzin, ta pierwsze jest ciut tańsza, podobno ma lepsze jedzenie i szczyci się tym, że zatrzymali się tu Brad oraz Angelina we własnej osobie. Średnio cena za pokój ze śniadaniem waha się tu pomiędzy 50 a 100  USD, co może nie jest fortuną, ale i opcją budżetową też nie. W  Hawzen znajdziecie kilka innych hotelików za mniejsze pieniądze, jak np. Vision Hotel i ten mogę polecić jako alternatywę. Pokoje spore, wyposażenie podstawowe, ceny wahają się między 330 (43 zł) a 700 (90 zł) birrów za pokój. Do śniadania kawa oraz herbata, jedzenie bardzo dobre. Właściciel mówi bardzo dobrze po angielsku, może zorganizować zwiedzanie kościołów. Numery kontaktowe: 0924293324 lub 0914728813. Inną opcją jest Tourist Hotel, tańszy, pokój 2-osobowy kosztuje 300 birr (40 zł), jest ciepła woda. W barze dostępne jest wifi, a personel również pośredniczy w organizacji wycieczek. Poza tym, możecie sprawdzić Tsego Gebre Gergis Pension (ceny 250-350  birrów, naprzeciwko restauracji Geralta), Green Hotel (ceny 250 birrów, opcja bardzo budżetowa) oraz Habesha Hotel (ceny 250-430 birrów, względnie nowy obiekt, budżetowy). Namiary na te ostatnie znajdziecie w przewodniku Lonely Planet. W czeluściach Internetu z pewnością dokopiecie się także do Adulis Hotel. Jednak ten zbiera niezbyt pozytywne opinie, a i cena nie zachęca, aż 175 birrów za pokój 1-osobowy. Jednak tak naprawdę wcale nie trzeba tu spać, by kilka z tych kościołów zobaczyć. Można wykupić jednodniową wycieczką z Mekele lub z Aksum i my właśnie tak zrobiłyśmy. Jeśli chcecie zyskać na czasie, takie rozwiązanie na pewno się sprawdzi. Na podstawie pozytywnych opinii zdecydowałyśmy się na firmę Teddy Zion Tours i był to bardzo dobry wybór. Wycieczka obejmowała transport z Aksum, zwiedzanie z przewodnikiem, lunch oraz transport do Mekele. Jak się okazało, tego dnia byłyśmy jedynymi chętnymi, więc w zasadzie był to tzw. private tour. Teddiego, czyli właściciela biura, poznałyśmy już w Aksum, gdzie zaprosił nas na przyjęcie weselne (z wielkim żalem musiałyśmy odmówić) oraz na kolację, z zaproszenia na którą skorzystałyśmy. Teddy pochodzi z Erytrei, jednak już od wielu lat mieszka w Etiopii. W czasie wycieczki niestety nie mógł nam towarzyszyć, jednak kilkukrotnie dzwonił w czasie jej trwania, by upewnić się, czy wszystko w porządku. Dodatkowo zorganizował nam bezpłatny transfer na lotnisko w Mekele, co naprawdę było miłym gestem. Jedynym minusem w tych wszystkich zasłużonych &#8220;achach&#8221; i &#8220;ochach&#8221; może być oczywiście cena, ale jak to w Etiopii, takie usługi są niestety drogie. Za wycieczkę trzeba było zapłacić 125 USD za osobę. Dodatkowo u tej firmy wykupiłyśmy również 3-dniową wycieczką na wulkan Erta Ale oraz Pustynię Danakilską, co kosztowało 325 USD na osobę i było akurat całkiem rozsądną ceną w naszym przypadku. Jeśli jednak nie zależy Wam na czasie i chcecie zbić koszty, możecie rozważyć opcję samodzielnego przybycia do Hawzen. Jak to zrobić? Oczywiście skorzystać z transportu publicznego. To, co musicie najpierw zrobić, to dostać się do miejscowości Wukro. Z Mekele kursuje sporo minibusów, bilet kosztuje około 26 birrów, czas przejazdu 1 godzina. W Mekele znajdziecie również bezpośrednie busy do Hawzen, koszt biletu to 48 birrów, czas przejazdu 2 i pół godziny. Uwaga, bezpośrednie busy odjeżdżają z Dworca Północnego, a nie z centrum. Dojazd z Aksum jest już bardziej skomplikowany. Podróż z Aksum do Wukro trwa 4 godziny i wymaga przesiadki w miejscowości Adigrat. Nie ma bezpośredniego autobusu. Z Aksum najpierw trzeba dojechać do Adwy, przejazd trwa 30 minut, koszt 10 birrów. Z Adwy do Adigrat dostaniecie się w 3 godziny za 50 birrów, natomiast z Adigrat do Hawzen podróż trwa 2 godziny i kosztuje 40 birrów. Inną opcją jest podróż również do miejscowości Adwa, a stamtąd przez Workamba oraz Tembien do Hawzen. Na tej trasie nie tak dawno położono asfalt, więc przejazd trwa 3 godziny. Minibusy na trasie Adwa &#8211; Adigrat oraz Adigrat &#8211; Hawzen kursują często, przynajmniej raz na godzinę. Jeśli bus się zapełni, odjeżdża. Unikajcie tzw. normalnych autobusów (tych wyższych), bowiem zatrzymują się niemalże co kilometr, a rozładunek czy załadunek towarów trwa długo. Ciekawą opcją, szczególnie dla większej grupy, jest tzw. zakontraktowanie minibusa. W zasadzie można to zrobić na każdym dworcu, średnia cena to 2500 birr za dzień, co daje około 315 zł. Podróż z Aksum do Hawzen w tym wypadku zajmie pół dnia, powrót tyleż samo. Kierowca oraz paliwo są wliczone w cenę. Można także spróbować zakontraktować pojazd na podstawie ceny za pojedyncze miejsce i tak np. bilet z Adigrat do Hawzen kosztuje 40 birrów, w busie mamy 12 miejsce, więc finalna cena powinna wynieść 480 birrów, co daje jakieś 60 zł. Świetny deal! Z takiej opcji, w zasadzie nieświadomie, skorzystałyśmy w Harer. Pamiętajcie, że bez przewodnika nie da rady dostać się do skalnych kościołów Tigray. Po pierwsze &#8211; bardzo trudno owe przybytki namierzyć, po drugie &#8211; mnich, opiekujący się świątynią i tak Was nie wpuści, więc szkoda zachodu. Jeśli nie chcecie wykupić wycieczki w hotelu, w którym się zatrzymaliście, możecie udać się do Megab, gdzie mieści się Gheralta Guides Asssociation. To taki nieformalny kolektyw, niektórzy mogliby rzec, że kartel, który działa w owej wiosce, na południe od Hawzen. Stowarzyszenie mianuje przewodników dla wszystkich kościołów w Gheralcie. Opłata wynosi 14 USD za grupę złożoną z maksymalnie trzech osób i od tego momentu rośnie. Choć wydaje się to świetnym sposobem na generowanie dochodu dla społeczności, niefortunna prawda jest taka, że ​​nie do końca tak to wygląda. Zamiast promowania regionu i zachęcania turystów do jego odwiedzenia, koszty mogą odstraszać, bowiem nierzadko odwiedzający traktowany jest jako chodzący bankomat. A to trzeba zapłacić za przewiezienie torby, a to za pomoc we wspinaniu. Dlatego na początku dobrze jest określić i ustalić, czego się oczekuje i za co trzeba będzie zapłacić. Do Megab w poszukiwaniu przewodnika najlepiej udać się bajajem (10 km), przejazd trwa tylko 20 minut i kosztuje 10 birrów od osoby. Wynajęcie przewodnika na dzień to koszt około 600 birrów (75 zł), dodatkowo dochodzi do tego jakiś pojazd. Wynajęcie samochodu (busik 8 miejsc) z kierowcą po negocjacjach może wynieść 1200 birrów (150 zł). Jeśli przyjdzie Wam do głowy wynajęcie tuktuka do trzech najsłynniejszych kościołów Abuna Yemata, Maryam Korkor oraz Daniel Korkor, to zapewne się to nie uda. Wyglada na to, że na tych drogach obowiązuje zakaz dla tego typu pojazdów, nałożony przez policję. To są przykładowe opcje i ceny, warto dowiedzieć się u źródła i ponegocjować. By zobaczyć dwa mniej popularne kościoły Debre Tsion oraz Abune Gebre Mikael (warto!), można w Megab wynająć taksi-motocykl za około 500 birrów, czyli 63 zł. Inną opcją dotarcia do tego drugiego jest minibus do miejscowości Koraro za 10 birrów, gdzie można rozejrzeć się za przewodnikiem i skąd czeka nas już podejście pod górę do samego kościoła. Najpopularniejsze kościoły, czyli wspomniane już Abuna Yemata, Maryam Korkor oraz Daniel Korkor spokojnie można zobaczyć w jeden dzień. Pamiętajcie, że do opłaty za przewodnika trzeba jeszcze doliczyć opłaty dla mnichów za otwarcie kościoła, nierzadko napiwki dla skauta (który podobno jest wymagany), czasem dla przewodnika (mimo, że opłacony) oraz za pomoc przy wspinaniu, jeśli z takowej skorzystacie. Musicie też wiedzieć, że do niektórych kościołów kobiety nie mają wstępu i tak jest w przypadku słynnego Debre Damo. To w zasadzie stary klasztor, położony na niesamowitej i trochę dziwnej górze o płaskim szczycie, ale pionowych ścianach. Dostępny jest tylko i wyłącznie za pomocą liny zrzucanej z góry. I to właśnie po jednej z nich trzeba się wspiąć, by dostać się do środka świątyni. Ów klasztor można zobaczyć po drodze z Aksum do Hawzen. Zatem które skalne kościoły Tigray da się zobaczyć w jeden dzień? Abuna Yemata to chyba najsłynniejszy i jeden z piękniejszych kościołów Tigray, a i samo wejście, a raczej wdrapanie się, dostarcza nie lada emocji. Tutaj musimy zmierzyć się z 7-metrową ścianą. Świątynia znajduje się na wysokości 2580 m n.p.m., znana jest z kopuły i przepięknych malowideł ściennych. Według miejscowej legendy została wykuta w V lub VI wieku i poświęcona Abunie Jemacie, jednemu z Dziewięciu Świętych. Stanowili oni grupę misjonarzy, którzy byli ważni w początkowym rozwoju chrześcijaństwa w dzisiejszej Etiopii pod koniec piątego stulecia. Tradycyjnie uważa się, że pochodzili z Rzymu, Konstantynopola oraz Syrii. Na miejsce docieramy o 9:00 rano (tak, tak, pobudka jest bardzo wcześnie, bo z Aksum jest kawałek) i od razu po zaparkowaniu ruszamy na szlak. Przewodnik dołącza do nas po drodze. Pierwszy odcinek to dość ostre męczące podejście, podczas którego szybko możemy podziwiać niesamowite widoki z góry. Ten odcinek to jeszcze mały pikuś. Po drodze mijamy grupkę kobiet, która właśnie wraca ze świątyni. Po około 30 minutach marszu i podejścia, stajemy przed wspomnianą już 7-metrową pionową skałą. I oto w mych oczach pojawia się przerażenie, zwątpienie i panika zarazem&#8230; bo przecież w życiu wspinaczki nie uprawiałam. Na szczęście dla tych mniej wprawionych do dyspozycji jest uprząż oraz lina, choć i to niewielkie dla mnie pocieszenie. Wspinanie odbywa się na bosaka, po pierwsze łatwiej, po drugie i tak do kościoła w obuwiu wstęp wzbroniony. U mnie opcja na twardziela zdecydowanie odpada, więc na ścianę wchodzę w dostępnym ekwipunku w asyście kilku panów. Nieraz trzeba pokombinować, bo ułożenie stóp wcale nie jest oczywiste. Czasami trzeba się odpowiednio skręcić czy przełożyć nogę, by móc dać kroka w przód lub tył. Asysta jest fantastyczna, bowiem panowie doskonale wiedzą, jak ułożyć ciało, by się w tym wszystkim nie zaplątać. I tak oto, na ogromnej adrenalinie, pionowa ściana zostaje zdobyta&#8230;. a to jeszcze nie koniec atrakcji. Jeśli myślicie, że tam na górze, na widocznej skałce to już koniec trzęsawki, to się bardzo mylicie. Do pokonania są jeszcze dość wąskie półki skalne ze sporą ekspozycją, a w pewnym miejscu trzeba nawet zrobić krok, czy nawet mały skok nad szczeliną w skałach, czyli niewielką przepaścią, co prawda niedużą, ale zawsze to jednak dziura w stabilnym podłożu. Jednak w końcu, kiedy już docieramy na szczyt, widok dosłownie zapiera dech w piersiach, jesteśmy tam (!), pośrodku 300-metrowej wolnostojącej skały! Teraz wystarczy przejść po półce skalnej, która w porównaniu do poprzedniej wspinaczki nie jest aż tak przerażająca i możemy wejść do środka! W tym momencie jesteśmy jedynymi turystami w tym miejscu (inne grupy były tu przed nami). Uwaga, należy pamiętać o odpowiednim ubiorze, zasłonić nogi oraz ramiona, przywdziać na głowę jakieś okrycie, choć bez tego ostatniego też można wejść. Drzwi do kościoła pilnuje mnich bądź ksiądz, który za odpowiednią opłatą, nam je otworzy. Odpowiednia opłata w naszym przypadku to 50 birrów za osobę, czyli jakoś niewiele ponad 6 zł. Podobno standardowo płaci się 150 birrów, jednak od nas nikt tego nie wymaga. A w środku niewielka przestrzeń, w zasadzie mała jama czy też jaskinia w górskiej skale, służąca jako święty przybytek. Obrazy na ścianach oraz na kopule...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2019/12/etiopia-skalne-koscioly-tigray.html">Etiopia &#8211; skalne kościoły Tigray</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2019/12/etiopia-skalne-koscioly-tigray.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Zachodnie wybrzeże i parki narodowe USA &#8211; plan podróży na dwa tygodnie</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2019/11/zachodnie-wybrzeze-i-parki-narodowe-usa-plan-podrozy-na-dwa-tygodnie.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2019/11/zachodnie-wybrzeze-i-parki-narodowe-usa-plan-podrozy-na-dwa-tygodnie.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 24 Nov 2019 21:43:22 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ameryka]]></category>
		<category><![CDATA[Ameryka Północna]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w USA]]></category>
		<category><![CDATA[dwa tygodnie w USA]]></category>
		<category><![CDATA[Kalifornia plan podrózy]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży na dwa tygodnie USA]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży USA]]></category>
		<category><![CDATA[planowanie podróży po USA]]></category>
		<category><![CDATA[roadtrip Ameryka]]></category>
		<category><![CDATA[roadtrip po Stanach]]></category>
		<category><![CDATA[roadtrip po USA]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone plan podróży]]></category>
		<category><![CDATA[tanie noclegi w USA]]></category>
		<category><![CDATA[USA na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[USA w dwa tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[wynajem samochodu USA]]></category>
		<category><![CDATA[zachodnie Stany plan podróży]]></category>
		<category><![CDATA[zachodnie wybrzeże USA]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11303</guid>

					<description><![CDATA[<p>Dwa tygodnie na zachodnie stany USA to zdecydowanie za mało. Jednak co zrobić, gdy więcej nie da się wygospodarować? Oczywiście JECHAĆ! I tu przychodzę Wam z pomocą, jak taki wyjazd zorganizować i jak zaplanować pobyt, by wycisnąć z tych 15 dni jak najwięcej. Po pierwsze &#8211; wynajęcie samochodu to w tym przypadku oczywista oczywistość. Sama podróż autem, czyli tzw. roadtrip po USA to atrakcja sama w sobie&#8230; wiatr we włosach, powalające widoki, przydrożne motele i klimatyczne amerykańskie knajpki z wygodnymi kanapami to USA w czystym wydaniu. Plan podróży po USA przyda się szczególnie tym, którzy mają ograniczony czas, a chcieliby zobaczyć jak najwięcej. Jeśli jest plan, to trzeba by także oszacować koszty. Jeśli chcecie wiedzieć, ile taki wyjazd może kosztować, zajrzycie do wpisu: &#160; Zanim przejdę do planu, podrzucam małe podsumowanie. Podczas dwóch tygodni przejechaliśmy około 3000 mil, co daje jakieś 6000 km. Wpadliśmy do 4 stanów Kalifornię, Nevadę, Utah oraz Arizonę. Z większych miast odwiedziliśmy San Francisco, Las Vegas oraz Los Angeles, zajrzeliśmy do 11 parków narodowych oraz zatrzymaliśmy się w licznych mniejszych miasteczkach czy wioskach. Było bardzo intensywnie, a grafik pękał w szwach, jednak takie założenie było od samego początku. Po drodze przytrafiła się jedna kradzież, a w zasadzie włamanie do samochodu, z którego zniknęły dwa małe plecaki z dosyć ceną zawartością. Auto trzeba było wymienić, poszły bowiem dwie szyby, tylna oraz boczna. Na szczęście stało się to w San Francisco, a więc na dosłownie dzień po przylocie. Do wypożyczalni nie było więc daleko i nie przeszkodziło to w realizacji całego planu. W tym wpisie znajdziecie szczegółowy plan podróży, rozpisany na poszczególne dni oraz informacje praktyczne odnośnie noclegów oraz całej trasy, pokonanych odległości oraz odwiedzonych miejsc. Z reguły pobudka była zawsze wcześnie rano, a zjazd na nocleg późnym wieczorem bądź nawet w nocy. To był prawdziwy roadtrip po Ameryce. Przylot do San Francisco o 21:00. Odbiór samochodu z wypożyczalni oraz przejazd na nocleg. Wypożyczalnie usytuowane są w innym budynku, do którego trzeba podjechać kolejką typu shuttle. Samochód zarezerwowany został przez stronę Ryanaira z pełnym ubezpieczeniem, wypożyczalnia Europcar. Nocleg w motelu Hotel V &#8211; South San Francisco/SFO, oddalonym o 7 km od lotniska. Plan podróży po USA zaczynamy realizować od tradycyjnego śniadania o 10:00 w pobliskiej amerykańskiej restauracji Denny’s. Wyjazd z motelu o 11:30. Przejazd do centrum San Francisco. Zwiedzanie: Union Square, cable car, China Town, okolice Washington Square (osiedle z uroczymi willami), Coit Tower (wieża widokowa), Fisherman’s Wharf (tutaj późny obiad w postaci przekąsek &#8211; pyszne owoce morza), Pier 39 z widokiem na Alcatraz, zakręcony odcinek Lombard Street, kamienice Painted Ladies, Golden Gate. To właśnie na parkingu przy Golden Gate dochodzi do włamania do samochodu. Przy parkingu stoją tabliczki sugerujące, by wszystkie wartościowe rzeczy zabrać ze sobą i tak też robimy. Jednak tymi ostrzeżeniami zbytnio się nie przejmujemy. A po powrocie czeka na nas niespodzianka. Wybita szyba tylna oraz boczna, wielkie walizki są w środku, jednak małe plecaki zniknęły. Wzywamy oczywiście policję i jak się okazuje, kradzieże są tu na porządku dziennym, zdarzają się kilkukrotnie w przeciągu dnia&#8230; i co dziwne, policja o tym wie i nic  z tym nie robi. Raport zostaje spisany i z tym kwitkiem udajemy się do wypożyczalni. Wymiana samochodu idzie całkiem sprawnie, jednak opóźnienie mamy już spore. Na nocleg dojeżdżamy dopiero po 1:00 w nocy. Nocleg w Days Inn by Wyndham Yosemite Area w miejscowości Fresno, 360 km od San Francisco. Śniadanie o 8:00 w motelu. Na śniadanie chleb toastowy, chleb przypominający razowy, masa przypominająca jajecznicę, masło orzechowe, dżemy oraz słodkości &#8211; pączki, babeczki, ciasteczka, czyli wszystko, co niezdrowe. Wyjazd około 9:00. Przejazd do Narodowego Parku Sekwoi. Odległość z Fresno do parku to 164 km (2h jazdy).  Przy wjeździe do parku zakup karnetu &#8220;America the Beautiful&#8221;, który umożliwia nieograniczony wstęp na teren wszystkich Parków Narodowych USA (jest ich 462). Koszt dokumentu to 80 USD, ważny jest przez okres jednego roku, począwszy od daty nabycia. Właścicielem jest jedna lub dwie osoby, które złożą swój podpis na odwrocie karty. Właściciel może zabrać bez dodatkowych opłat trzy osoby towarzyszące. Na teren parku w ramach &#8220;America the Beautiful&#8221; można wjechać samochodem prywatnym bądź wypożyczonym. Firmowe auta z widocznie oklejoną karoserią się tu nie kwalifikują.  Jeśli nie mamy karty, a chcemy wjechać tylko do tego parku, bilet na 7 dni kosztuje 25 UsD za samochód. Przy wjeździe otrzymujemy także mapkę ze wszystkimi szlakami. Zwiedzanie parku rozpoczynamy od północy &#8211; droga stanowa 180 przechodząca w 198. Wszystkie najważniejsze atrakcje są bardzo dobrze oznakowane, więc nie mamy problemu z trafieniem. Na początek postój w Lodgepole Visitor Center oraz szybki lunch w stylu fast food (budka przy Visitor Center). Zwiedzanie: Grant Tree Trail (General Grant &#8211; drugie największe drzewo na świecie, mierzy sobie 81,5 metrów wysokości, liczy 1650 lat), North Grove Loop, Sherman Tree Trailhead (General Sherman &#8211; największe drzewo świata, mierzy 84 metry, a średnica jej pnia przy ziemi wynosi aż 11 metrów), Tunnel Log (to 84-metrowa przewrócona sekwoja, w której wycięto tunel, by umożliwić przejazd drogą, na którą upadła), Moro Rock (granitowa skała, na szczyt której prowadzi 350 schodków). Zejście z Moro Rock o 18:15 i wyjazd z parku (trasa południa bardzo kręta, powolna jazda, mały korek). Zjazd na nocleg o północy. Nocleg w Olancha RV Park and Motel w miejscowości Olancha (po drugiej stronie Parku Narodowego Sekwoi), namioty typu tipi. Namioty w pełni wyposażone, łóżka, pościel, ciepłe kołdry, grzejnik, łazienka wspólna w budynku obok. Wcześniej powiadamiamy właściciela o późnym przyjeździe, z czym nie ma problemu. Klucz czeka na nas w umówionym miejscu. Klimatyczna miejscówka na nocleg, trafiamy na namiot z wilkiem jako motywem przewodnim. Więcej na temat Narodowego Parku Sekwoi przeczytacie we wpisie: &#160; Śniadanie o w motelu w Olancha Cafe (w pobliżu brak jadłodajni). Na śniadanie jajecznica, pieczone czy smażone ziemniaczki oraz kiełbaski, a więc doładowanie kaloryczne level hard. Wymeldowane o 9:00. Kierunek Dolina Śmierci, odległość z motelu do parku to  180 km. Zwiedzanie: Owens Lake (kiedyś różowo-czerwone jezioro, dziś białawe wyschnięte), punkt widokowy Father Crowley Overlook, Stovepipe Wells Village (niewielka stacja w północnej części Doliny Śmierci z hotelem, restauracją i sklepem, istnieje w tym miejscu od 1926 roku), Mesquite Flat Sand Dunes (nie ma tutaj żadnego szlaku, można maszerować przed siebie w dowolnym kierunku, w Gwiezdnych Wojnach Nowej Nadziei Mesquite Dunes odgrywała planetę Tatooine), White Gold &#8211; Borex Mining (dawna kopalnia), Zabirskie Point (widok na wspaniałe złote badlands, a za nimi na solną równinę), Golden Canyon Trail (kanion ze złotymi ścianami, na jego końcu znajduje się Red Cathedral &#8211; olbrzymią czerwoną skała, przypominającą gotycką katedrę, szlak do Red Cathedral to prawie 5 km w obie strony, latem mordercze przejście przy okrutnie wysokich temperaturach, nam udało się zrobić jedynie kawałek), Devils Golf Course (solnisko w Dolinie Śmierci, na pustyni Mojave, obszar leży na wysokości 83 metrów poniżej poziomu morza, pokryty jest kilkunastocentymetrowymi bryłami mieszaniny ziemi i soli), Badwater Basin (to najniższy punkt poniżej poziomu morza w całej Ameryce Północnej, to kolejne olbrzymie solnisko znajdujące się 86 metrów poniżej poziomu morza, to jedno z najgorętszych miejsc na ziemi, termometr pokazywał tu aż 50 stopni C, 15-minutowy spacer był totalną mordęgą), Natural Bridge (urokliwy łuk skalny wiszący nad kanionem), Artist&#8217;s Palette &#8211; Paleta artystów (cała pętelka jest niezwykle malownicza&#8230; leży niedaleko Badwater Basin). Ilość przejechanych kilometrów w Dolinie Śmierci to 285 km. Zjazd na nocleg w Las Vegas o 19:00. Nocleg w hotelu Excalibur Hotel and Casino. Spacer wieczorno-nocny po &#8220;mieście grzechu&#8221;. Wyjazd z hotelu o 9:00. Śniadanie po drodze w restauracji Egg &#38; I, kuchnia amerykańska. Wjazd do Red Rock Canyon National Conservation Area o 11:00. Wstęp jest płatny, gdyż nie jest to park narodowy. Bilet kosztuje 15 USD za samochód (płaci się za pojazd a nie za ilość osób) oraz  5 USD od rowerzysty lub pieszego. Całość można objechać w godzinę lub dwie lub można także wybrać się na trekking wyznaczonymi szlakami. Cała droga, którą możemy przemierzyć ma około 21 kilometrów. Zwiedzanie (przejazd przez park z krótkimi przystankami): czerwone skały Sand Dunes w pobliżu Visitor Center (kiedyś w tym miejscu były wydmy, które z czasem zamieniły się w skały), petroglify (krótki łatwy szlak o długości 400 metrów, klif z historyczną sztuką naskalną, szacowaną na co najmniej 800 lat, początek tego szlaku na parkingu w Willow Springs Picnic Area). Wyjazd z Red Rock Canyon o 12:30 oraz przejazd do parku Valley of Fire. Wjazd o 14:10. Cena wstępu to 10 USD od samochodu. Zwiedzanie: Firecave (nie jest oznaczona na parkowej mapie, znajduje się zaraz za skrętem), Atlatl Rock (starożytne petroglify wyryte w skale przez ludność Indian Anasazi, którzy żyli tu już ponad 2000 lat temu, skała znajduje się 5 minut jazdy samochodem od Visitors Center), Natural Arch (formacja skalna w postaci małego łuku), Visitor Center (małe muzeum w środku), Mouse&#8217;s Tank &#8211; kanion z petroglifami (szlak o długości 1,2 km w jedną stronę &#8211; nie jest to pętla, trasa z petroglifami, która wiedzie do zbiornika zwanego Mouse&#8217;s Tank, okresowo gromadzi się tu woda opadowa), Fire Wave (wg mnie najpiękniejszy szlak, prowadzący do formacji w kształcie kopca w paski pomarańczowo-beżowe, długość 2,5 km), Rainbow Vista (krótka pętla wokół płaskiego piaszczystego pola, usiana drobnymi krzewami, prowadząca do widoku na Fire Canyon), White Domes (ciekawy szlak pod względem formacji i barw, na trasie wąski kanion szczelinowy, długość niecałe 2 km). Wyjazd z Las Vegas o 8:30, kierunek Narodowy Park Zion, dystans do pokonania 267 km (2h 35 min.). Po drodze przystanek w La Verkin w Hotelu Zion, gdzie zatrzymujemy się na noc. Meldujemy się, zrzucamy bagaż i pędzimy do parku, stąd to tylko 30 km. Do parku dojeżdżamy o 13:30. Parkujemy samochód i przesiadamy się w autobus parkowy, którym dojeżdżamy do Zion Lodge na szybki obiad. Stąd autobusem ruszamy dalej na szlak Weeping Rock (niestety Angels Landing jest zamknięty). Szlak jest króciutki. Z tego punktu można wyruszyć na Observation Point, szlak długi i wymagający. Następnie wracamy do Zion Lodge i ruszamy na szlak Emerald Pools. Stąd wracamy na piechotę do punktu nr 3 Canyon Junction. Podjeżdżamy autobusem do zaparkowanego samochodu i ruszamy na zachód słońca na szlak Canyon Overlook. Na szlak ruszamy o godzinie 17:00. Uwaga, droga o tej porze wgląda przepięknie, światło jest niesamowite, jednak główny pubkt programu, czyli widok na kanion jest akurat o tej porze tonie jakoby ciemnościach, bowiem słońce pada w drugą stronę. Powrót do La Verkin. O 20:00 kolacja w restauracji Stage Coach Grille, gdzie podają najlepsze żeberka na świecie!!! Oto po środku niczego stoi sobie jakiś budynek, przed którym wieczorem ustawia się spora kolejka&#8230; jak tylko  otrzymujemy nasze dania, rozumiemy dlaczego. Restauracja znajduje się bardzo blisko naszej noclegowni Zion Hotel. Szlak the Narrows, główny gwóźdź programu, to plan na cały dzień. Z hotelu w La Verkin wyruszamy przed 9:00. Już o tej porze ciężko o miejsce parkingowe przy Visitor Center, musimy krążyć kilkanaście minut, by wreszcie zaparkować auto. W Visitor Center dowiadujemy się, że sprzęt na szlak można co prawda wypożyczyć, jednak w innym miejscu, w budynku przy głównej drodze, gdzie mieści się Zion Outfitter. Trzeba się więc wrócić, z Visitor Center można pójść na skróty. Tutaj bez problemy wypożyczamy sprzęt, czyli specjalne buty, skarpety oraz kij. Całość kosztuje 25 USD. Można także wypożyczyć specjalne spodnie czy plecak. Jeśli nie potrzebujemy kija (miałam swój naturalny znaleziony po drodze), opłata zostanie pomniejszona. Przy wypożyczeniu, trzeba się zarejestrować w systemie. To na wypadek, gdybyśmy sprzętu jednak nie zwrócili. I od razu napiszę, sprzętu nie trzeba wypożyczać. Na szlaku spotkacie osoby, które maszeruje we własnych butach trekkingowych (jak dla mnie szkoda butów, jak i stóp), jak i w klapkach, choć ci za daleko zapewne nie zajdą. Na szlak ruszamy dopiero o 11:30, tyle zajmuje nam załatwienie formalności przed trekkingiem. Nazwa szlaku pochodzi od najwęższej części Kanionu Zion, wzdłuż koryta rzeki Virgin, więc często brodzi się w wodzie po kolana, w niektorych momentach pod koniec wręcz po pas lub pachy. The Narrows liczy sobie aż 25 kilometrów długości. Miejscami jest głęboki nawet na 600 metrów. Nie trzeba pokonać całego szlaku, jednak wypadałoby dojść przynajmniej do „Wall Street”, czyli przejść około 5 km głąb kanionu w jedną stronę. Tutaj ściany kanionu górują zdają się nie mieć końca, strzelają prosto w niebo (mają około 457 metrów wysokości), a koryto rzeki jest bardzo wąskie. Przy...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2019/11/zachodnie-wybrzeze-i-parki-narodowe-usa-plan-podrozy-na-dwa-tygodnie.html">Zachodnie wybrzeże i parki narodowe USA &#8211; plan podróży na dwa tygodnie</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2019/11/zachodnie-wybrzeze-i-parki-narodowe-usa-plan-podrozy-na-dwa-tygodnie.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>21</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Etiopia &#8211; Aksum, najświętsze miasto chrześcijańskiej Afryki</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2019/10/etiopia-aksum-najswietsze-miasto-chrzescijanskiej-afryki.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2019/10/etiopia-aksum-najswietsze-miasto-chrzescijanskiej-afryki.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 22 Oct 2019 18:46:01 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Aksum]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[3 tygodnie w Etiopii plan]]></category>
		<category><![CDATA[Aksum informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje Aksum]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Aksum]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Aksum]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[czy warto jechać do Aksum]]></category>
		<category><![CDATA[dlaczego warto jechać do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia co zabrać]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia jak się przygotować]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę czy z biurem]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia porady]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia przewodnik]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia w trzy tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia z plecakiem]]></category>
		<category><![CDATA[które warto zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[plan na Etiopię]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[plan wyjazdu do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[przewodnik po Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[trzy tygodnie w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do Etiopii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11235</guid>

					<description><![CDATA[<p>Aksum to pierwsza stolica Etiopii, a w zasadzie stolica starożytnego królestwa o tej samej nazwie. To również kolebka dzisiejszej Etiopii oraz Erytrei. Aksum to podobno także miejsce przechowywania największego chrześcijańskiego skarbu, czyli Arki Przymierza. Niewiele brakowało, a nasz plan nie uwzględniłby tak ważnego punktu na mapie Etiopii. Grafik był napięty, a odległości i kiepski transport nie dawały szans na skrócenie przejazdów. Wiele osób odradzało również pobyt w tym mieście z uwagi na mało ciekawe zabytki i nudę. Z tym, że być w Etiopii i nie zobaczyć miejsca, gdzie rzekomo ukryta jest Arka? No właśnie&#8230; dlatego też ostatecznie wszystko udało się tak ułożyć, że do Aksum zawitałyśmy zaraz po trekkingu w Górach Simien. Szczerze przyznam, że samo miasteczko zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie, panuje w nim pewien swoisty klimat spokoju, a mieszkańcy są mniej nachalni&#8230; zapewne przyzwyczajeni już do turystów, zwracają na nich mniejszą uwagę. Zabytki, może nie tak spektakularne, jak w Lalibeli, przenoszą jednak w czasy jeszcze bardziej odległe. Przenoszą do starożytnego królestwa, jednego z najpotężniejszych państw klasycznego świata, utrzymującego kontakty handlowe i polityczne z Egiptem, Grecją, Indiami, ba nawet podobno z Chinami. Jego granice sięgały wówczas dzisiejszego Egiptu, Sudanu oraz Jemenu. W zasadzie cały teren Aksum oraz jego okolice naszpikowane są starożytnymi skarbami. Z pewnością wiele z nich ciągle pozostaje nieodkryte dla naszego świata. &#160; Aksum to nazwa miasta oraz królestwa, które było zaczątkiem współczesnej północnej Etiopii (prowincja Tigray) oraz Erytrei. Badania pokazują, że Aksum było główną potęgą morską i handlową od I do VII wieku n.e. Jako cywilizacja wywarła głęboki wpływ na mieszkańców Egiptu, południowej Arabii, Europy i Azji. Mieszkańcy tych krajów byli gośćmi jej wybrzeży, często zatrzymywali się tu na dłużej. Rozwinęła się tu cywilizacja oraz imperium, którego wpływy u szczytu IV i V wieku n.e. rozciągały się na regiony leżące na południe od Cesarstwa Rzymskiego, od obrzeży Sahary na zachodzie, przez Morze Czerwone po wewnętrzną pustynię arabską na wschodzie. Handlowano z Egiptem, wschodnim regionem Morza Śródziemnego oraz Arabią. Aksumici opracowali jedyne autorskie pismo afrykańskie, zwane gyyz. Królestwo zostało opisane przez pewnego perskiego pisarza jako jedna z czterech największych potęg na świecie w tamtym czasie. Pomimo swojej siły i reputacji, ciągle niewiele wiadomo o Aksum. Aksum stanowi kontrapunkt dla światów greckiego oraz rzymskiego. Jest interesującym przykładem cywilizacji subsaharyjskiej, kwitnącej pod koniec okresu wielkich imperiów śródziemnomorskich. Królestwo zapewniało połączenia handlowe w regionie Morza Śródziemnego i Azji, pokazywało skalę handlu międzynarodowego w tym czasie. Dysponowało wówczas monetą o międzynarodowej renomie. Prawdopodobnie było tak zaawansowane, jak ówczesne społeczeństwa Europy Zachodniej. Tak naprawdę niewiele wiadomo o dokładnej dacie założenia miasta. Przyjmuje się, że powstało ono około I wieku n.e. Pewne odkrycia, szczególnie brytyjskiego archeologa Neville&#8217;a Chitticka, mogą wskazywać na to, że początków Aksum szukać należy jeszcze wcześniej, być może jeszcze przed naszą erą. Nie tak dawno w pobliżu miasta odkryto wykute w skale katakumby z V wieku p.n.e. Rozbieżności w datowaniu wynikają z tego, że dotychczasowe prace archeologiczne wydobyły na światło dzienne niewielki ułamek murów, budowli, pomników, czy obelisków tego starożytnego państwa. Ówczesne królestwo było zhierarchizowane z królem jako władcą, szlachtą oraz ludem. Rozwarstwione społeczeństwo miało wyższą elitę królów i szlachty, niższą elitę mniejszych szlachciców, a także bogatych kupców i rolników, a na koniec grupę zwykłych ludzi, takich jak rolnicy, rzemieślnicy czy kupcy. Dowody na to znaleziono w inskrypcjach. Zakłada się także, że istotną rolę odgrywali kapłani, a prawdopodobnie także handlarze ze względu na pieniądze, którymi dysponowali. Większość biednych w tamtych czasach to prawdopodobnie rzemieślnicy lub rolnicy. W niektórych inskrypcjach władca opisany był jako „król królów”, co może sugerować panowanie innych młodszych królów w odległych częściach imperium, które stopniowo przejęli Aksumici. Archeolodzy odkryli dokumenty administracyjne oraz grobowce, które sugerują, że elita lubiła ekstrawaganckie praktyki pogrzebowe, w tym pomniki grobowe zwane stelami. Wieże lub obeliski były bogato rzeźbione napisami od góry do dołu. Znajdowały się tu także kamienne drzwi oraz imitacje okien. Najwyższa z tych stel miała wysokość 30,48 m. Istnieją dowody na istnienie co najmniej 10-12 małych miast w królestwie. Niewiele lub nic nie wiadomo na temat roli kobiet oraz życia rodzinnego. Królestwo Aksum zapoczątkowało chrześcijaństwo w Etiopii, przejęło prawosławną tradycję w IV wieku n.e. pod rządami króla Ezany. Król został nawrócony przez Frumentiusa, byłego jeńca syryjskiego, który został biskupem Aksum. Po powrocie Frumentius natychmiast ochrzcił króla Ezana, a ten następnie ogłosił, że Aksum staje się państwem chrześcijańskim. W VI wieku król Kaleb został uznany za chrześcijanina przez cesarza Justyna I z Bizancjum, kiedy to ten szukał wsparcia u Kaleba w obliczu mściwych okrucieństw, jakich doznali chrześcijanie w Południowej Arabii. W wyniku tej inwazji region został włączony do królestwa Aksum na następne siedem dekad. Na czasy panowania króla Ezany przypadł złoty wiek królestwa. Monety wybite pod rządami króla Ezany były pierwszymi na świecie z wizerunkiem krzyża. Ezana przywiązywał również dużą wagę do dokumentów pisemnych. Chociaż chrześcijaństwo wywarło głęboki wpływ na Aksum, judaizm miał także znaczący wpływ na królestwo. Pojawiła się tu grupa ludzi zwana Beta Israel, inaczej Felaszowie, która została opisana jako „Czarni Żydzi”. Mimo, iż ich pismo święte oraz modlitwy były w języku gyyz, a nie w języku hebrajskim, stosowali się oni do wierzeń religijnych i praktyk określonych w Pięcioksięgu (Tora), czyli tekstach religii żydowskiej. W latach 1985-1991 prawie cała populacja Beta Israel w Etiopii została przeniesiona do Izraela. Więcej o Felaszach przeczytacie we wpisie Etiopia &#8211; co warto zobaczyć w Gondar i okolicach. Królowa Saby oraz król Salomon są także ważnymi postaciami w etiopskim dziedzictwie. Historia Etiopii pełna jest legend oraz mitów, i jedna z nich dotyczy właśnie tej pary. Opowiadania etiopskie mówią, że Aksum, stolica imperium, było domem królowej Saby. Władczyni, gdy tylko usłyszała o mądrości Salomona, udała się do Jerozolimy, by poznać go osobiście. Kiedy przybyła na miejsce, swoją urodą oczarowała króla, a owocem ich miłości stał się ich syn Menelik I. Był on założycielem dynastii Salomonów. Królowie etiopscy, w tym ci z Królestwa Aksum, twierdzili, że pochodzą od Menelika. Kiedy Menelik dorastał, zaczął zadawać pytania, dotyczące ojca, nie wiedział bowiem, kim on jest, wychowywany był tylko przez matkę. Kiedy odkrył, że to król Salomon, niezwłocznie chciał go poznać. Menelik pozostał u Salomona przez trzy lata, w końcu został poproszony o odejście, gdy Izraelici skarżyli się na jego podobieństwo do króla. Kiedy Menelik został odesłany, towarzyszył mu najstarszy syn arcykapłana, Azariasz i 1000 osób z każdego z 12 plemion Izraela. Zanim wyruszyli, Azariasz miał sen, w którym tajemniczy głos powiedział mu, aby zabrał ze sobą Arkę Przymierza. I tak też uczynił. Azariasz wziął Arkę ze świątyni i zastąpił ją kopią, a następnie przywiózł relikt do swojego nowego domu. Dlatego też Etiopczycy do dziś twierdzą, że biblijna Arka Przymierza znajduje się właśnie w Aksum. Ma ona znajdować się w starym kościele Matki Bożej z Syjonu, choć nikt nie może zobaczyć jej na własne oczy. Wejście do świątyni pilnowane jest bowiem przez mnicha i tylko on  jeden ma prawo wejść do środka. Historycy nie są pewni, co dokładnie doprowadziło do upadku Królestwa Aksum, ale uważa się, że wpływ na to miało kilka czynników. Jeden z pierwszych aktów upadku imperium nastąpił w 520 roku, kiedy to król Kaleb poprowadził kampanię przeciwko żydowskiemu królowi Dhu Nuwasowi, prześladującemu chrześcijan w Jemenie. Chociaż siły Aksumitów wygrały konflikt, lata bitwy roztrwoniły bogactwo Askum oraz zdziesiątkowały siłę roboczą Aksum. Co więcej, w tym czasie pojawiła się w Etiopii pandemia dżumy, która spustoszyła większość Cesarstwa Bizancjum w VI wieku. Oprócz nieszczęść wojny i zarazy, w VII wieku n.e. imperium islamskie zaczęło szybko rozprzestrzeniać się po Arabii i Afryce Północnej. Pomiędzy VII a VIII wiekiem Aksum straciło kontrolę nad Morzem Czerwonym i większością Nilu. To nie tylko pozostawiło królestwo w izolacji ekonomicznej, ale także zmusiło większość chrześcijańskich mieszkańców miasta do dalszego przemieszczania się w głąb lądu w celu ochrony. Wreszcie szereg zmian klimatu spustoszył kraj oraz przyczynił się do zmniejszenia liczby ludność Etiopii. Pomimo upadku miasto Aksum jest nadal zamieszkane przez około 50 000 osób, co czyni go najstarszym stale zamieszkałym miastem na kontynencie. &#160; STARY KOŚCIÓŁ KLASZTORNY MATKI BOŻEJ Z SYJONU Do tego przybytku wstęp mają wyłącznie mężczyźni. Świątynia została wzniesiona w XVII wieku w miejscu zniszczonego wcześniej kościoła, pochodzącego najprawdopodobniej z IV wieku. Wcześniej stał tu przypuszczalnie pierwszy kościół chrześcijański w Afryce, zbudowany przez władcę starożytnego Aksum Ezanę. Od czasu założenia Kościół Matki Bożej z Syjonu został co najmniej dwukrotnie zniszczony i odbudowany. Był on tradycyjnym miejscem koronacji cesarzy Etiopii. I rzeczywiście, jeśli cesarz nie został koronowany w Askum lub przynajmniej nie został ratyfikowany przez koronację przez specjalne nabożeństwo w owej świątyni, nie mógł tytułować się „Atse”, czyli cesarzem. Przed kościołem można zobaczyć kamienne trony, gdzie byli koronowani władcy Etiopii. Kościół został zbudowany na planie kwadratu, otoczony jest kolumnadą. Wewnątrz można podziwiać kolorowe freski, przedstawiające dziewięciu apostołów, czego ja akurat nie mogłam zobaczyć na własne oczy. W środku, za westybulem, czyli reprezentacyjnym przedsionkiem, ulokowana jest część uznawana za świętą. Do niej wejść mogą tylko i wyłącznie duchowni. Mężczyźni mają wstęp do westybulu, zaś kobiety mogą przebywać jedynie na dziedzińcu. KAPLICA TABLIC &#8211; ARKA PRZYMIERZA Pomiędzy kościołami Matki Bożej z Syjonu znajduje się również mniejsza kaplica, zwana Kaplicą Tablic. Została wzniesiona przez cesarza Hajlego Syllasje I w 1965 roku. Etiopczycy twierdzą, że to właśnie w niej przechowywana jest biblijna Arka Przymierza, największa relikwia Żydów oraz Etiopczyków. Opiekę nad Arką sprawuje dożywotnio wyłącznie jeden mnich, nikt inny nie ma do niej dostępu, więc tak naprawdę nie ma możliwości sprawdzenia i pokazania dowodu na jej rzeczywiste istnienie. Nikt, żaden cesarz, minister, generał czy przywódca religijny nie miał prawa zajrzeć do środka i zobaczyć na własne oczy Świętej Skrzyni. Strażnik Arki to zaufany mnich, który wyznacza swojego następcę na łożu śmierci, by ten ponownie pełnił tę rolę do końca swojego życia. Jak to możliwe, że nikt dotąd nie próbował tam wtargnąć, co przecież nie byłoby zbyt trudne? Być może odpowiedź kryje się w legendzie Arki, w jej niezwykłej cudownej mocy, która polega na ukaraniu każdego, kto śmie swoje oczy lub rękę na nią podnieść. Próba wtargnięcia do kaplicy w Aksum byłaby swoistym rzuceniem wyzwania Bogu i Jego Słowu. Tak przynajmniej uważają etiopscy chrześcijanie, a wraz z nimi zapewne duża część chrześcijan innych wyznań oraz Żydzi. Czy kiedyś dowiemy się prawdy? Z jednej strony nie wypada naruszać świętości, z drugiej chodzi przecież o potwierdzenie istnienia Arki. Póki co pozostaje nam wiara oraz nasza wyobraźnia. NOWY KOŚCIÓŁ MATKI BOŻEJ Z SYJONU To ogromny nowy kościół, wybudowany w latach 60. XX wieku z inicjatywy cesarza Hajlego Syllasje I. Powstał on po to, by również kobiety mogły uczęszczać do świątyni i w niej się modlić. Stary kościół klasztorny był i jest dla nich niedostępny. Charakterystyczny budynek jest niezwykle okazały, obok niego wznosi się nieproporcjonalnie wysoka dzwonnica, zainspirowana stelami, wyrastająca wprost ku niebu. W kościele znajduje się sporo pięknych obrazów, a także kilka starszych rękopisów oraz piękne książki i dzieła sztuki. W pobliżu mieści się także Muzeum Kościelne, prezentujące skarby kościoła, tradycyjne stroje i inne lokalne wyroby. W środku niestety nie można robić zdjęć i faktycznie jest to kontrolowane, aparaty oraz telefony trzeba zostawić w zamykanym schowku. Za wstęp do kościoła oraz za wejście do muzeum trzeba zapłacić 200 birrów (26 zł). Niektórzy twierdzą, że owa budowla tylko szpeci ten kompleks i zaburza harmonię tego miejsca. Ja osobiście uważam inaczej, zresztą zobaczcie sami. OBELISK Z AKSUM W zasadzie to zbiór obelisków, znajdujący się przy głównym placu. Aksumici wznieśli wiele wysokich steli, które służyły celom religijnym w czasach przedchrześcijańskich. Jedna z tych granitowych kolumn jest największą tego typu konstrukcją na świecie i mierzy sobie aż 30 metrów wysokości, waży zaś ponad 500 ton. Niestety uległa ona uszkodzeniu, prawdopodobnie już w czasie jej stawiania i obecnie leży roztrzaskana obok pozostałych stojących. Była to najprawdopodobniej najwyższa monolityczna stela, jaką zbudowali starożytni. Uwaga, najwyższe stele w Aksum przewyższały obeliski egipskie. Główna stela, zwana Obeliskiem z Aksum liczy sobie podobno 1700 lat i pnie się aż na 24 metry w górę. Wykonana jest z granitu i waży 160 ton. Jest ozdobiona dwoma parami tzw. fałszywych drzwi u podstawy i posiada dekoracje przypominające okna ze wszystkich stron. Można powiedzieć, że jej zdobienia imitują dziesięciopiętrowy budynek. Jak ówcześni mieszkańcy mogli ukształtować twardy granit tak dawno temu i na taką skalę? Oto jest pytanie&#8230; Co ciekawe, słynny Obelisk z Aksum nie...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2019/10/etiopia-aksum-najswietsze-miasto-chrzescijanskiej-afryki.html">Etiopia &#8211; Aksum, najświętsze miasto chrześcijańskiej Afryki</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2019/10/etiopia-aksum-najswietsze-miasto-chrzescijanskiej-afryki.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Z wizytą u Saamów w Tromsø, czyli zapomniany lud północnej Europy</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2019/09/z-wizyta-u-saamow-w-tromso-czyli-zapomniany-lud-polnocnej-europy.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2019/09/z-wizyta-u-saamow-w-tromso-czyli-zapomniany-lud-polnocnej-europy.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 29 Sep 2019 18:40:27 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Norwegia]]></category>
		<category><![CDATA[Tromso]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Tromso]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Tromso]]></category>
		<category><![CDATA[farma reniferów Tromso]]></category>
		<category><![CDATA[gdzie żyją renifery]]></category>
		<category><![CDATA[kultura Saamów]]></category>
		<category><![CDATA[kultura samska]]></category>
		<category><![CDATA[lapońska tradycja]]></category>
		<category><![CDATA[renifer norweski]]></category>
		<category><![CDATA[renifery w Tromso]]></category>
		<category><![CDATA[Saamowie w Laponii]]></category>
		<category><![CDATA[Saamowie w Norwegii]]></category>
		<category><![CDATA[Tromso i okolice]]></category>
		<category><![CDATA[Tromso informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Tromso na weekend]]></category>
		<category><![CDATA[Tromso zimą co robić]]></category>
		<category><![CDATA[wioska reniferów Tromso]]></category>
		<category><![CDATA[wyprawa do Laponii]]></category>
		<category><![CDATA[zorza polarna w Tromso]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://www.celwpodrozy.pl/?p=11186</guid>

					<description><![CDATA[<p>Marzy się Wam daleka północ oraz upolowanie zorzy polarnej? Teraz to marzenie można spełnić frunąc na skrzydłach Wizzair, bezpośrednio z Gdańska do Tromsø. To miasto oraz jego okolice warto odwiedzić nie tylko ze względu na zorzę. Można tu zajrzeć do obozowiska Saamów, by wraz z nimi nakarmić liczne stado reniferów, rozgrzać się przy gorącym bidosie oraz w tradycyjnym lavvu posłuchać fascynujących opowieści oraz joikowania. Wizyta u Saamów w Tromso to bardzo ciekawe doświadczenie, które polecam każdemu. Kim są Saamowie, jakie mają tradycje, czy ciągle je kultywują, czym się zajmują na co dzień, tego wszystkiego możecie dowiedzieć się w ich obozie, którego zadaniem jest przybliżenie tej społeczności turystom, odwiedzającym te okolice. Póki co, ziemie, na których postało obozowisko należą do Saamów, choć rząd ma w planach zagarnięcie ich na poczet rozbudowy portu. Trzeba się więc śpieszyć, gdyż być może w niedalekiej przyszłości to miejsce zniknie z mapy Tromso. Ostatnio pojawiła się jednak nadzieja na zmianę rządowych planów ze względu na odkrycie archeologiczne z czasów Wikingów w tym rejonie. Saamowie (lub Saami), nazywani są także Lapończykami, a to z tego względu, że po prostu mieszkają w Laponii. Tego określenia jednak bardzo nie lubią. Ta nazwa ludom skandynawskim nie kojarzy się pozytywnie. Nawiązuje ona bowiem do szwedzkiego słowa &#8220;lapp&#8221;, co oznacza nic innego jak łatę. Natomiast dla większości z nas Laponia kojarzy się całkiem dobrze, a to za sprawą Świętego Mikołaja, który to również ma tu swój dom. Laponia sięga dużo dalej poza granice Norwegii, obejmuje północne części Półwyspy Kolskiego oraz Półwyspu Skandynawskiego. Zajmuje obszar 380 000 km², który zamieszkiwany jest przez około 80 000 Lapończyków, połowa z nich mieszka w Norwegii. Saamowie zamieszkują nie tylko Norwegię, ale także Szwecję (główny ośrodek Kiruna), Finlandię (główne ośrodki Inari i Rovaniemi) oraz półwysep Kolski w Rosji (główny ośrodek Murmańsk). Często mówi się, że to zapomniany lud północnej Europy i coś w tym jest. Saamowie posiadają własny język oraz niezwykle ciekawą i bogatą tradycję, która uważana jest za prawdziwy relikt pradawnych czasów. Był to lud koczowniczych pasterzy, zajmujących się także polowanie oraz rybołówstwem. Tradycyjnie byli oni pasterzami reniferów, nazywając siebie boazovázzi, czyli „reniferowymi piechurami”. I ta nazwa dokładnie oddaje to, czym się parali, pędząc renifery pieszo, od pastwisk tundry po pastwiska letnie przy morzu. Zwierzęta, a w szczególności renifery były ich głównym źródłem utrzymania, zapewniały egzystencję. Stanowiły oczywiście główny środek transportu, główne źródło pożywienia, ze skór wyrabiano odzież, obuwie oraz inne części garderoby i wyposażenie lavvu, z kości zaś przedmioty codziennego użytku, takie jak narzędzia. W zasadzie nic się nie marnowało i nie marnuje. Saami praktykują tzw. dietę od nosa do ogona, w której serce, krew, mózg, tłuszcz, kości, a nawet kopyta, są wykorzystywane jako pokarm. Oczywiście ich życie w czasach obecnych już tak nie wygląda, tylko nieliczni utrzymują się z hodowli, większość zatrudniona jest w miastach. Dziś zaledwie 3000 z nich to pasterze reniferów. Niemniej jest to lud bardzo przywiązany do swojej tradycji, są niezwykle z niej dumni i próbują ją w miarę możliwości ciągle podtrzymywać i kultywować. Co ciekawe, aktualnie Saamowie posiadają prawa polityczne i kulturowe, mają także swój parlament, który wprawdzie nie ma realnego wpływu na krajową politykę, niemniej podejmowane są tu decyzje odnośnie edukacji, kultury i gospodarki ich ziem. W Laponii działa także stacja radiowa oraz telewizja, nadające komunikaty w języku saamskim. Budynek parlamentu, znajdujący się w Karasjok w Finnmarku (zwany stolicą Samów) ma kształt lavvu (lavvo), tradycyjnego namiotu Saamów, który zawsze był symbolem ich koczowniczej kultury. Odwiedzający mogą wziąć udział w wycieczkach z przewodnikiem po budynku (od poniedziałku do piątku), prowadzonych w języku Sami, norweskim oraz angielskim. Wielu uważa, że ​​tradycje Saamów obejmują tylko kolorowe kostiumy, tradycyjne wyroby rękodzielnicze oraz łapanie renifera na lasso. Jednak dziedzictwo Saamów widoczne jest we wszystkim, od muzyki, nowoczesnej architektury po sztukę współczesną i najnowocześniejsze wzornictwo. Współcześni Saamowie mogą być zarówno nagradzanymi twórcami filmowymi, jak i pasterzami reniferów na skuterze śnieżnym. To, co ich łączy, to ten sam głęboki związek z naturą. Całe przedsięwzięcie, związane z pielęgnowaniem oraz pokazywaniem tradycji Saamów w okolicach Tromso nosi nazwę Tromsø Arctic Reindeer Experience. Zostało założone w 2016 roku przez pasterza reniferów Johana Isaka Turi Oskala, którego rodzina na tych ziemiach mieszka od setek, jak nie od tysiąca lat. Ma ono dwa główne cele. Pierwszym z nich jest ochrona reniferów przed skutkami zmian klimatu poprzez zamknięcie ich w jednym miejscu w okresie zimowym oraz regularne dokarmianie. Drugim jest zapoznanie odwiedzających z kulturą i stylem życia ludu Saami, z których około 40 000 mieszka w Norwegii. Tromsø Arctic Reindeer Experience to także firma, w której wycieczkę do obozowiska Saamów można wykupić. Dostępne są różne warianty w zależności od ceny. Oczywiście wizytę u Saamów można połączyć z obserwacją zorzy. Warunek konieczny to czyste bezchmurne niebo. Wieczorno-nocna wycieczka to z pewnością niesamowite przeżycie, gdy na niebie dodatkowo rozgrywa się tak magiczny spektakl. Cena zaczyna się od 1090 NOK. Czego można spodziewać się na miejscu? Z pewnością spotkania oko w oko z reniferem, a w zasadzie z całym stadem. Karmienie reniferów to główna atrakcja, stado liczy tutaj około 300 sztuk. Jedne są płochliwe, inne wręcz przeciwnie, nachalnie wpychają swe pyski do wiadra z jedzeniem, nie zostawiając nic dla pozostałych. Po nakarmieniu zwierzaków przychodzi czas na napełnienie własnych brzuchów tradycyjnym daniem, zwanym bidos, przyrządzanym na ogniu. Bidos to mięsna potrawa, jak się spodziewacie właśnie z renifera. Na sam koniec zaś gospodarze z pewnością uraczą Was opowieściami o saamskiej kulturze oraz zaprezentują tradycyjne śpiewy, zwane joikowaniem. Jeśli macie ochotę na przejażdżkę saniami, wówczas trzeba wybrać ciut droższą opcję. Miejscem zbiórki jest Radisson Blue Hotel. Tutaj o umówionej godzinie zjawia się pan pilot i zabiera wszystkich do autobusu, którym jedziecie na obrzeża miasta. Autobus śmiga obok współczesnych zabudowań, nadmorskich chat rybackich i gęstych lasów sosnowych. Po około 30-40 minutach w oddali pojawia się duża, przypominająca namiot struktura. Nazywa się to lavvu (lavvo), to tradycyjna saamska chatka, epicentrum zimowej aktywności, która przyciąga coraz więcej podróżnych chcących zejść z utartych szlaków. Obozowisko składa się z wielu budynków na skraju rozległej przestrzeni tundry. Najpiękniej obóz wygląda w bieli, śnieżnej bieli, jednak nie zawsze jest szansa na biały puch. Tromso leży w małej dolinie, w której wytwarza się swoisty mikroklimat, zimy są zdecydowanie łagodniejsze i cieplejsze niż w pozostałym regionie. Goście przybywający autobusami, witani są ciepło przez gospodarzy, członków miejscowego plemienia Saamów oraz zapraszani do wnętrza lavvu, gdzie siedząc na skórach renifera wokół wielkiego ognia, dowiadują się o czynnościach dnia: karmieniu reniferów, przejażdżce saniami, lasso itp. Dla społeczności pasterskich Saamów renifery były i jeszcze częściowo są głównym źródłem utrzymania i są obecne od wielu pokoleń. Przed wynalezieniem skutera śnieżnego zwierzęta zaczepiano o sanki i wykorzystano do transportu. Ich skóry są nadal używane do produkcji butów i chodników, a ich mięso jest eksportowane na cały świat. Renifery to nie tylko integralna część życia Saamów, zwierzęta te stanowią także nieodzowną część ekosystemu arktycznego. Ostatnio ten cenny ekosystem został zakłócony przez zmiany klimatyczne. Zgodnie z kartą raportu arktycznego z grudnia 2018 roku, populacja dzikich reniferów w kręgu polarnym zmniejszyła się o połowę w ciągu ostatnich dwóch dekad. Nieprzewidywalne zimy utrudniają reniferom zdobywanie pożywienia zimą oraz uaktywniają drapieżniki, których ofiarami padają te urocze zwierzęta. Odgrodzenie reniferów jest więc jednym ze sposobów, by zapobiec ich śmierci. Osiem lat temu założyciel obozowiska poszedł w ślady innych pasterzy, którzy uznali tę taktykę za skuteczną. Dzięki temu całe stada są chronione i dokarmiane, mają szanse przetrwać zimę. Po spędzeniu kilku godzin z reniferami, odwiedzający zbierają się w lavvu na tradycyjny posiłek, jakim jest bidos, czyli gulasz z mięsa renifera. Następnie przy ognisku gospodarze snują opowieści o swojej społeczności oraz zachęcają do wspólnego śpiewania, czyli joikowania. Muzyka stanowi bardzo ważny element tradycji Saamów, a w tym właśnie joikowanie. Co to jest joik (również pisane yoik)? Jest to tradycyjna forma piosenki Samów, uważana za jedną z najdłużej żyjących tradycji muzycznych w Europie. Czasownik prezentujący joik jest przechodni, co często interpretuje się jako wskazanie, że joik nie dotyczy czegoś, ale że joiker przywołuje coś (osobę, zwierzę, rzecz) poprzez piosenkę. Yoik nie musi mieć słów, jego narracja jest w mocy, może opowiadać historię życia w piosence. Piosenkarz może opowiadać tę historię za pomocą słów, melodii, rytmu, wyrażeń lub gestów. Joik to tak naprawdę rytmiczna forma śpiewu a capella. Nie są to piosenki w powszechnym rozumieniu tego słowa, nie ma w nich wyraźnego początku i końca, zwrotek i refrenów. Długość frazy, która jest powtarzana wielokrotnie z niewielkimi zmianami waha się od jednosylabowej onomatopei do epickiego poematu. Jeśli chcielibyśmy zastosować porównanie z naszą kulturą, możny by rzec, że joikowanie to taka forma modlitwy u Saamów. Pieśni często obrazują historię oraz pochodzenie ludu, opowiadają o miłości czy przyjaźni. Począwszy od XVII wieku chrześcijańscy misjonarze próbowali zmusić rdzenną ludność do zrzeknięcia się tradycyjnej pogańskiej wiary Samów, potępiając joika jako grzech. W XIX wieku próbowano jeszcze bardziej wymazać tę dziwną piosenkę z kultury i tracycji. W latach 50. XX wieku joik był zabroniony w szkołach Sámi oraz w wielu domach. W latach 70. nastąpił powrót, a dziś ta forma muzyczna obejmuje wiele gatunków, w tym rock, metal, blues i hiphop. Joik nadal odgrywa potężną rolę w renesansie Samów i samookreśleniu kulturowym. Ponieważ kultura Samów w przeszłości nie miała języka pisanego, nie ma żadnych odniesień do tego, jak i skąd pochodzi joik. Zgodnie z ustnymi tradycjami, wróżki i elfy z arktycznych krain podarowały joiki ludowi Saami. Badacze muzyki uważają, że joik jest jedną z najdłużej żyjących tradycji muzycznych w Europie. Dźwięk joik jest porównywalny z tradycyjnym śpiewem niektórych kultur rdzennych Amerykanów. Istnieją również cechy wspólne szamańskim kulturom Syberii, które naśladują dźwięki natury. Joik może być także porównywalny z grenlandzkim sposobem używania głosu. Dźwięk jest tu pomiędzy piosenką a gardłowym zaśpiewem. Pierwotnie joiki były używane w życiu codziennym. Dopiero w późniejszych latach joik został dostosowany, aby można go było wykonywać na scenie. Jedzenie to nieodłączna część każdej kultury, tak jest i w przypadku Samów. Dieta tego ludu składała się głównie z mięsa, ryb oraz jagód i w głównej mierze dalej tak jest. Najsłynniejsze przysmaki czy dania Laponii to m.in. twardy, biały chleb láibbi, solone i suszone mięso renifera w dwóch wersjach: guoike bierggu – odkrajane nożem i zjadane na zimno oraz suovas – szybko obsmażane przed podaniem, a także gulasze: renkok – przyrządzany z mięsa renifera z krwią i szpikiem oraz bidos &#8211; gotowany tego samego mięsa wraz z sercami oraz warzywami, a do tego uwaga&#8230; slabba, czyli naleśniki z krwią z renifera. Głównym składnikiem tradycyjnych dań Saamów jest oczywiście wspomniany już renifer. Mięso z renifera jest zdrowsze niż czerwone i ma wysoką zawartość kwasów omega 3 oraz witaminy B12. Dieta tych zwierząt jest daleka od koncentratów na bazie soi, na których opiera się uprzemysłowiona produkcja żywności dla bydła czy łososia. Stada wędrują na duże odległości, żywiąc się wrzosem, ziołami i jagodami latem, a zimą porostami ukrytymi pod śniegiem. Saamowie wykorzystywali każdą część renifera i ta tradycja trwa do dziś. Używają nawet czaszki, kopyt, szpiku kostnego oraz krwi. I tak z krwi renifera Saamowie wyrabiają kiełbaski, wykorzystując przy tym jelita zwierząt, z krwi powstają także naleśniki oraz blodkamy, czyli rodzaj pierogów. Kiełbasa z krwi podawana jest jako przystawka, zaś naleśniki z krwi serwowane są na deser, polane cukrem lub dżemem z moroszki, nordyckiej maliny. Jelita i żołądek renifera można oczyścić i wykorzystać do wytworzenia czarnego budyniu oraz tzw. buoidecalmmas, rodzaju wędzonej, mielonej mieszanki mięsa reniferów. W przeszłości renifery były dojone, a ser produkowano w niskich misach. Dojenie reniferów nie jest już praktykowane. W latach trzydziestych wielu Saamów posiadało własne bydło górskie oraz kozy, wytwarzano własne kwaśne mleko, ser i masło, ale ta praktyka również się skończyła. Mięso się tu także suszy. Jest prawdopodobnie najstarsza metoda konserwacji żywności i właśnie tę metodą wykorzystują Saamowie. Odpowiednie jest tylko jedzenie o niskiej zawartości tłuszczu, a mięso renifera jest pod tym względu idealne, zawartość tłuszczu wynosi tylko 2%. Suszone mięso renifera, podobne do suszonego mięsa wołowego, było przede wszystkim przydatne w kulturze koczowniczej. Dzisiaj suszone renifery są rzadko spożywane poza kulturą Saamów. Co ciekawe, mogą być dodatkiem do owsianki z kwaśną śmietaną. Suszone mięso renifera to prawdziwy przysmak. Późną zimą i wczesną wiosną mięso jest solone, wędzone i rozwieszane na zewnątrz, aby wyschło na świeżym powietrzu. W niektórych obszarach mięso nie jest wędzone. Wędzone mięso renifera,...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2019/09/z-wizyta-u-saamow-w-tromso-czyli-zapomniany-lud-polnocnej-europy.html">Z wizytą u Saamów w Tromsø, czyli zapomniany lud północnej Europy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2019/09/z-wizyta-u-saamow-w-tromso-czyli-zapomniany-lud-polnocnej-europy.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Etiopia &#8211; trzydniowy trekking w Górach Simien</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2019/09/etiopia-trzydniowy-trekking-w-gorach-simien.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2019/09/etiopia-trzydniowy-trekking-w-gorach-simien.html#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 11 Sep 2019 18:20:47 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[Góry Simien]]></category>
		<category><![CDATA[3 tygodnie w Etiopii plan]]></category>
		<category><![CDATA[3-dniowy trekking w simien]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[dlaczego warto jechać do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia jak się przygotować]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę czy z biurem]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia porady]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia w trzy tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia z plecakiem]]></category>
		<category><![CDATA[Góry Semien Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[Góry Simien Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[jak zorganizować trekking w Górach Simien]]></category>
		<category><![CDATA[które warto zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[plan na Etiopię]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[plan wyjazdu do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[trekking w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[trekking w Górach Simien]]></category>
		<category><![CDATA[trzy tygodnie w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[trzydniowy trekking w górach simien]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do Etiopii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.celwpodrozy.pl/?p=11110</guid>

					<description><![CDATA[<p>Trekking w Górach Simien to przeważnie punkt obowiązkowy w każdym planie podróży do Etiopii. I słusznie. To, że pojedziemy w Góry Simien, wiedziałyśmy od początku. Jedyna rozkminka dotyczyła tego, na jak długo. Jeden dzień to trochę bez sensu, dwa za krótko, więc trzeba było tak ułożyć plan, by dłuższy trekking się zmieścił. Najwyższy szczyt w tych górach to Ras Daszen i by go zdobyć potrzeba cztery dni marszu. Ostatniego dnia trasa nie jest już podobno aż tak malownicza, więc ostatecznie wybrałyśmy wariant trzydniowy i zdobycie Imet Gogo. I to była bardzo dobra decyzja. Dlaczego? O tym za chwilę. We wpisie dowiecie się, dlaczego warto odwiedzić Góry Semien, jak wygląda szlak, jakie są warunki na kempingach, czyli znajdziecie wszystkie potrzebne informacje praktyczne, dotyczące organizacji trekkingu. Góry Simien w Etiopii, nazywane także Semien, tworzą Park Narodowy i są podobno najpiękniejszymi górami Afryki, serwując jedne z najbardziej spektakularnych krajobrazów na świecie. Ogromna erozja na przestrzeni milionów lat stworzyła poszarpane szczyty górskie, głębokie doliny na dnie ostrych urwisk i dramatyczną skarpę, która ciągnie się kilometrami z zapierającymi dech w piersiach widokami na surowe niziny poniżej. Te unikalne cechy doprowadziły do ​​tego, że owo pasmo górskie od dawna przyrównywane jest do Wielkiego Kanionu. W parku znajduje się kilka szczytów powyżej 4000 m n.p.m., w tym Ras Daszen, najwyższa góra Etiopii, która liczy sobie 4543 m n.p.m. Park został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1978 roku jako drugie w historii miejsce o wyjątkowym pięknie. Dodatkowo żyje tu wiele endemicznych gatunków zwierząt, w tym słynne dżelady, których populacja jest tu największa, a także koziorożec abisyński, wilk etiopski , hieny oraz lamparty. &#160; Na trekking wyrusza się z miejscowości Debark. Niestety nie ma możliwości wjazdu do parku na własną rękę. Są dwie opcję, albo wykupujemy trekking w lokalnej agencji, która wszelkie formalności już załatwia sama, albo w Debark szukamy przewodnika, z którym ruszymy w góry i który zorganizuje całe przejście. Jeśli wybieramy się bowiem na kilka dni, potrzebny będzie kucharz oraz namioty do spania. Generalnie na teren parku wjeżdża się za skautami, czyli z uzbrojoną ochroną. Jednak nie jest to regułą, o czym naocznie się przekonałam, bowiem dwie osoby szlak przemierzały jedynie z przewodnikiem. Opcja druga, czyli zorganizowanie trekkingu w Debark poprzez przewodnika jest podobno tańsza, więc jeśli komuś zależy na zbiciu ceny, która nie jest mała, warto spróbować. My jednak, jako że plan, jest bardzo napięty, wybieramy opcję pierwszą, czyli lokalną agencję. Wybór pada na ETT, czyli Ethio Travel and Tour, która stała się jednym z największych lokalnych biur w Etiopii. Ma mnóstwo bardzo dobrych opinii, choć i negatywne też się znajdą. Niemniej przy takiej ilości, pewnie ciężko zawsze wszystko idealnie dopiąć. To, co ostatecznie decyduje o naszym wyborze, to darmowy transport prosto z gór do Aksum, co oznacza, że nie musimy się przesiadać w autobus i tracić jednego dnia na dojazd. Trzydniowy trekking kosztuje 300 USD za osobę i jest to standardowa cena. Można zapłacić ciut mniej, ale o tym za chwilę. W cenę wliczone są następujące rzeczy: transport samochodem 4&#215;4 z Gondar oraz do Aksum, przewodnik, skauci, kucharz i jego pomocnicy z całym sprzętem, muły niosące namioty i ekwipunek do spania (materace i śpiwory również są dostępne), koszt noclegu na kempingach, opłata za wstęp do parku, jedzenie, butelkowana woda mineralna. Cena nie obejmuje napojów alkoholowych, co jednak okazuje się nieprawdą, bowiem podczas kolacji przewodnik serwuje nam etiopskie wino oraz etiopski dżin, zapewne po to, by wszystko dobrze się strawiło. Za wycieczkę płacimy w Addis na lotnisku. Agencja wysyła swojego przedstawiciela, który przyjmuje od nas pieniądze i wystawia coś w rodzaju pokwitowania. Oczywiście aż do dnia odbioru zastanawiamy się, czy ktoś z ETT się pojawi i kiedy kierowca się spóźnia, pojawia się stres. Oczywiście wszystko przebiega zgodnie z ustaleniami. Jak wspomniałam, ETT to bardzo duża firma, więc jeśli nie zatrzymujecie się na dłużej w Addis lub macie mało czasu na przesiadkę na kolejny lot, z pewnością będziecie mogli uiścić opłatę w innym mieście, jak np. w Lalibeli. Czy polecam ETT? Polecam. Cała obsługa na plus, przewodnik, skauci (bardzo sympatyczni i pomocni), kucharz i jego ekipa. Jedzenie przepyszne, kolacja zawsze jest trzydaniowa: zupa, drugie oraz syty deser. Jedyny zarzut to właściwie namioty, które mogłyby zostać już wymienione. Czasami jest problem z zamknięciem. Grupa nie jest duża,  razem z nami liczy 8 osób, w tym rodzinka ze Słowenii oraz rodzinka z Kanady. Humory dopisują, a i wsparcie w trudniejszych momentach też jest. Jeśli zaś bardzo zależy Wam na cenie, możecie skontaktować się z niejakim Peterem Adal. To on dał nam najlepszą cenę. Transport do Aksum również chciał zorganizować, jednak dopiero dzień po trekkingu i za dodatkową opłatą. Jeśli więc chcecie wrócić do Gondar lub Debark, jego oferta może być korzystna. Namiar z polecenia od kogoś, kto z jego usług korzystał i był zadowolony, choć w Internecie znajdzie kilka bardzo negatywnych komentarzy pod jego adresem. Za trzydniowy trekking liczył sobie 230 USD od osoby, więc 70 zielonych zostaje w kieszeni. Jego adres mailowy to: peteradal@yahoo.com, a numer whatsapp +251918721923. A jak wygląda sprawa, jeśli chcemy wszystko zorganizować sami? Całą procedurę, jak już wspomniałam, trzeba zacząć w Debark, do którego dostaniemy się rano autobusem z Gondar. Teoretycznie autobus odjeżdża o 6:00, jednak może zdarzyć się opóźnienie. Warto być wcześniej, by mieć pewność, że znajdzie się dla nas miejsce. Dworzec powinien być już otwarty od 5:00. Jeśli nie uda się nam dostać do autobusu, pozostają busy, ciut droższe, ale nieznacznie. Autobus z Gondar do Debark jedzie około dwóch godzin. W Debark musimy udać się do biura Parku Narodowego, by załatwić wszelkie formalności. Za co trzeba będzie zapłacić? Za wejście do parku (90 birr za osobę za jeden dzień), za kemping &#8211; jeśli chcemy spać w namiotach (10 birr za osobę za dzień), za lodgę &#8211; jeśli chcemy spać pod dachem (120 birr za osobę, jest to tak naprawdę budynek z łóżkami o niskim standardzie), wynajęcie sprzętu, zatrudnienie przewodników, skautów i tragarzy (cennik na zdjęciu) oraz oczywiście za wynajęcie transportu do bram parku i potem z powrotem z parku do Debark. Cena za samochód zależy od miejsca i tak Buyt ras -1100 birr, Sankaber &#8211; 1600 birr, Ayenameda (Geech) &#8211; 2000 birr oraz Chenneke &#8211; 2400 birr. I uwaga, to jest koszt za transport tylko w jedną stronę. Jeśli natomiast wybierzemy się na jednodniową wycieczkę, za powrót zapłacimy połowę ceny. Nie ma zwrotów, jeśli uiścimy już opłaty, a zrezygnujemy, nikt nam pieniążków nie zwróci. Trasa: z Gondar do Sankobar (kemping) Pokonany dystans: 8,5 km Pierwszy nocleg na kempingu na wysokości 3200 metrów n.p.m. Dla osób chodzących po górach trasa teoretycznie niezbyt trudna, jednak wysokość robi swoje, szczególnie z ciężkim plecakiem. Około godziny 9:00 rano zostajemy odebrane z hotelu w Gondar  przez kierowcę z ETT, by następnie pojechać po kolejnych uczestników. I jak to w Afryce.. kto by się spieszył. Czas oczekiwania na załadowanie prowiantu oraz sprzętu plus zebranie wszystkich wycieczkowiczów trochę się dłuży, ale wychodzi na to, że wszystko jest wkalkulowane w grafik. Z Gondar udajemy się do Debark, gdzie każdy udający się w Góry Simien musi się zatrzymać. Czas przejazdu to niecałe dwie godziny. Tutaj uzyskujemy pozwolenie na wjazd do parku, a do tego każdy musi wpisać się do specjalnego zeszytu, dokumentujące osoby, wjeżdżające na teren gór. W Debark dołącza do nas także dwóch uzbrojonych skautów, którzy okazują się być bardzo sympatycznymi i pomocnymi kompanami. Trekking teoretycznie zaczyna się przy Simien Lodge, jednak tylko teoretycznie, gdyż tutaj nastąpuje jedynie przystanek na obserwację pierwszych dżelad. Akurat tak się składa, że całe stado schodzi nieco niżej i pojawia się tuż za wjazdem do parku. Trasa z Debark do tego miejsca to już konkretna szutrówka i wcale nie jest to krótki odcinek. Dżelady (Theropitecus gelada) to endemiczny gatunek małp, występujący tylko na Wyżynie Abisyńskiej. Największa ich populacja żyje w Górach Simien. Owe małpy bardziej przypominają owce, bowiem nie chodzą po drzewach, a żywią się korzeniami traw. Nie są w ogóle agresywne. Żyją na wysokości 1800-4400 m n.p.m. Z krótkimi palcami dżelady są wytrawnymi wspinaczami. Wieczorem zwierzęta dosłownie &#8220;opadają w przepaść&#8221;, gdzie szukają miejsca na nocleg. Śpią skulone na półkach skalnych lub w jaskiniach. Te zwierzęta, przypominające pawiany, są najbardziej naziemnymi naczelnymi na świecie, z wyjątkiem ludzi. Jako zjadacze traw są ostatnim żyjącym gatunkiem starożytnych naczelnych, które ciągle się pasą i które kiedyś były bardzo liczne. Dżelady spędzają większość dnia, siedząc i skubiąc trawę oraz zioła. Mają tłuste poduszki w tylnej części siedzeniowej, a wiec są  dobrze przystosowane do takiej aktywności. Znane są z nadmiernie wegetariańskiego stylu życia. Są to trawożercy, co oznacza, że ich dieta składa się w 90% z trawy. Są jedynymi żywymi naczelnymi, których pożywienie stanowią niemal całkowicie rośliny. To cecha bardziej powszechna u zwierząt kopytnych, takich jak jelenie i bydło, niż u małp. Trawa nie jest najbogatszym źródłem pożywienia w przyrodzie, więc dżelady muszą jeść nieustannie, aby uzyskać składniki odżywcze, których potrzebują, by przetrwać. W celu uzupełnienia swojej diety, konsumują kwiaty oraz zawzięcie kopią w ziemi, by dostać się do bogatych w składniki odżywcze korzeni pod powierzchnią. Mogą spędzać do 10 godzin dziennie, jedząc trawę, co oznacza, że jedzą przez większość swojego życia. Dżelady żyją w społeczeństwach wielopoziomowych. Najmniejsza to rodzina, stabilna jednostka jednego samca lub kilku samców, od dwóch do dziesięciu samic i ich zależnego potomstwa. Jednostki rodzinne tworzą zespoły, które podróżują razem w ciągu dnia. Czasami parady dżeladowe tworzą duże stada liczące do 1200 osobników. Są to jedne z największych grup zaobserwowanych wśród naczelnych. Dżelady mogą tworzyć tak duże grupy, ponieważ żywią się głównie trawą, która jest szeroko dostępna. Samce są większe i bardziej owłosione niż samice. Męski przywódca dominuje nad wszystkimi innymi członkami swojej rodziny, ale ostatecznie zostaje zastąpiony przez młodszego rywala. Walki podczas tych wymian mogą być brutalne i hałaśliwe. Istnieje ścisła hierarchia dominacji wśród samic w jednostce rodzinnej. Dżelady nazywane są czasami pawianami „krwawiącego serca” z powodu niezwykłego zabarwienia na ich klatkach piersiowych. Podczas, gdy ta część ciała u innych małp w większości pokryta jest futrem, u dżelad jest łysa. Widoczna jest tu charakterystyczna czerwona plamka skóry pośrodku piersi. Ta dziwna cecha jest bardzo ważna dla dżelad, szczególnie jeśli chodzi o krycie. Kiedy samica gotowa jest do kopulacji, jej klatka piersiowa rumieni się na czerwono, aby zasygnalizować pobliskim samcom, że jest w rui. Klatka piersiowa samców również staje się czerwona, gdy nagromadzi się testosteron. Największe samce alfa mają zwykle najjaśniejsze plamki. Podobnie, jak wiele innych gatunków, rodziny są zdominowane przez samca alfa, który ma specjalne przywileje w plemieniu. Jednak często nie rości sobie on wyłącznych praw do krycia samic tej grupy. Badania wykazały, że wiele alf pozwala na wpuszczanie młodszych osobników do swojej grupy, kawalerów, którzy będą próbowali kopulować z członkami haremu alfa. Chociaż może się to wydawać złym rozwiązaniem dla alfa, w rzeczywistości przynosi korzyść grupie. Mimo, że alfa ma pewną konkurencję ze strony młodszych samców, średnio nadal będzie ojcem około 83% dzieci. Dodatkowa korzyść, wynikająca z posiadania kilku dodatkowych samców, to większe możliwości obrony stada. Z badań lotniczych wynika, że ​​w latach 70. w Etiopii istniało 500 000 przedstawicieli tego gatunku. Od tego czasu dżelady są coraz bardziej narażone na wpływ ingerencji człowieka poprzez rolnictwo, jego rozwój, co powoduje zmniejszanie się obszaru łąkowego. Obecnie trwają badania mające na celu ustalenie, ile dżelad przetrwało do dziś. Jak wszystkie naczelne, dżelady są wysoce inteligentnymi stworzeniami, które wykazują zdolność wyższego rozumowania. Mają także możliwość komunikowania się ze sobą, a nawet mogą organizować naloty, by kraść żywność od rolników. Konflikt z ludźmi stopniowo nasilał się, sytuacja nabrała rozpędu, gdy ludzie zaczęli uprawiać ziemię na ojczystej ziemi dżelad. Po zniknięciu żerowisk dżelady są bardziej narażone na głód i mogą przeprowadzać naloty o wysokim ryzyku w akcie desperacji. Dżelady są w stanie wykonać niezwykłe zadania umysłowe. Po pierwsze, jak już wspomniałam wyżej, mogą bardzo skutecznie komunikować się ze sobą poprzez szereg specjalistycznych połączeń i wskazówek wizualnych. Zidentyfikowano około 30 połączeń, z których każde ma swoje unikalne znaczenie. W przeciwieństwie do większości naczelnych, które chrząkają, dżelady używają także innych znaków. Wykorzystują kombinację przygryzania warg i wokalizację, aby stworzyć dialekt, który jest niezwykle podobny do mowy. Po obserwacji tych jakże niezwykłych zwierząt, udajemy się dalej w miejsce wyznaczone na lunch. Tego dnia obsługa serwuje standardowo kanapkę z kapustą, gotowane ziemniaki...</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2019/09/etiopia-trzydniowy-trekking-w-gorach-simien.html">Etiopia &#8211; trzydniowy trekking w Górach Simien</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2019/09/etiopia-trzydniowy-trekking-w-gorach-simien.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>6</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Gondar &#8211; informacje praktyczne</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/gondar-informacje-praktyczne.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/gondar-informacje-praktyczne.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 28 Aug 2019 15:46:03 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[Gondar]]></category>
		<category><![CDATA[3 tygodnie w Etiopii plan]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[dlaczego warto jechać do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia jak się przygotować]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę czy z biurem]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia porady]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia w trzy tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia z plecakiem]]></category>
		<category><![CDATA[Gondar co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[Gondar informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[które warto zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[okolice Gondar co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[plan na Etiopię]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[trzy tygodnie w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do Etiopii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.celwpodrozy.pl/?p=11077</guid>

					<description><![CDATA[<p>Kilka informacji praktycznych o Gondar w znajdziecie właśnie w tym wpisie. Dowiecie się, jak dojechać czy też dolecieć do tego miasta, gdzie spać, gdzie i co zjeść oraz przeczytacie kilka słów na temat bezpieczeństwa. Jeśli natomiast jesteście ciekawie, co warto w Gondar zwiedzić i zobaczyć, koniecznie zajrzyjcie do wpisu Etiopia &#8211; co warto zobaczyć w Gondar i okolicach. W nim także znajdziecie wskazówki oraz porady na temat odwiedzonych miejsc. &#160; Do Gondar dostałam się drogą powietrzną za sprawą linii Ethiopian Airlines. Jak już wielokrotnie podkreślałam, przylatując narodowym przewoźnikiem do Etiopii, z automatu otrzymujemy zniżkę 60% na loty lokalne. Sprawa bardzo opłacalna. Loty z Lalibeli do Gonder odbywają się raz dziennie o 13:20, zaś czas przelotu to 30 minut. Bilet normalny kosztuje 162 zł. Dojazd do miasta nie jest tak dobrze zorganizowany, jak w Lalibeli. &#8220;Taksówkę&#8221; znalazłyśmy przed halą przylotów, a w zasadzie to ona nas znalazła. Oczywiście był to jakiś prywaciarz, z którym można było negocjować cenę i w sumie większych z tym problemów nie było. Za cały kurs zapłaciłyśmy 150 birrów (kierowca chciał 200), co daje jakieś 20 zł za dystans 15 km. Do Gondar dojedziecie także autobusem, opcja tańsza, ale i bardzo czasochłonna. Z Addis można dotrzeć tu w 15 godzin autobusami Sky Bus (422 birrów, odjeżdża z bramy wejściowej do Royal Enclosure) oraz Selam (420 birrów, odjazd o 5:00 rano spod bramy wyjazdowej z Royal Enclosure). Podobno na tej trasie kursują także minibusy, które ten odcinek pokonują szybciej, jednak są nieco droższe, zamawia się je przez hotel. Niestety nie ma bezpośrednich autobusów z Lalibeli. Najpierw musicie dostać się do Gasheny i tam przesiąść w autobus, jadący do Bahir Dar. Możecie wysiąść albo w Nefas Mewcha i wsiąść wówczas w poranny autobus do Gondar następnego dnia, albo możecie dojechać aż do Bahir Dar i potem rano uderzyć w kierunku Gondar. Tak czy inaczej, zajmie Wam to dwa dni. Z Aksum zaś autobus jedzie 10-11 godzin z przesiadką w Shire. Baza noclegowa nie jest jakoś szczególnie duża, przynajmniej nie na bookingu. Na miejscu natomiast znajdziecie o wiele więcej hoteli i to w dobrej cenie za przysłowiowe grosze. Czy w dobrym stanie? To już inna kwestia, bo to zależy, jaki standard komu odpowiada. Te najtańsze to skromne pokoje w większości tylko z łóżkiem, noszące już konkretne ślady użytkowania, ze wspólną łazienką z zimną wodą. My tym razem postawiłyśmy na opcję na wypasie i zatrzymałyśmy się w hotelu Lodge du Chateau zaraz obok zamku. Lokalizacja idealna. Jednak cena już nie taka niska, był to nasz najdroższy nocleg. Za pokój 2-osobowy ze śniadaniem zapłaciłyśmy 74 USD za noc, więc około 282 zł. Dlaczego tak zaszalałyśmy? Hotel na zdjęciach wyglądał naprawdę ładnie, do tego super położenie, a przed 3-dniowym trekkingiem w Górach Simien chciałyśmy pobyć w normalnych warunkach. Czy obiekt wart swojej ceny? Naszym zdaniem, cena ciut zawyżona. Owszem, obiekt przyzwoity, choć czasy świetności ma już za sobą. Hotel położony w ładnym ogrodzie z jadalnią na podwyższeniu, skąd rozciąga się przyjemny widok. Śniadania całkiem smaczne, jak na Afrykę, a obsługą bardzo miła i pomocna. Hotel oferuje także szereg ciekawych atrakcji, w tym poranne biegi z trenem (6:00 rano), lekcję gotowania tradycyjnych potraw w etiopskim domu, przejażdżkę konną czy też wizytę u fryzjerki w etiopskim domu, czyli zafundowanie sobie tradycyjnej fryzury. W hotelu można wymienić pieniądze i to po dobrym kursie. Czy ponownie wybrałabym ten hotel. Tak! Hotel rezerwowałam przez booking, jednak obecnie nie jest on dostępny na tym portalu. Możecie natomiast zajrzeć na jego oficjalną stronę podlinkowaną powyżej. W hotelu można zostawić bagaże w przypadku, gdy wybieracie się w Góry Simien. Oczywiście musicie potem wrócić do Gondaru. My jednak prosto z Simien jechałyśmy do Aksum (podwózka w cenie z firmą ETT), więc nie skorzystałyśmy. W hotelu wisi taka oto adnotacja odnośnie pcheł. Podobno zdarza się wrócić z nieproszonym towarzystwem, my na szczęście niczego takiego nie przywiozłyśmy. Jako, że kuchnia etiopska to także element poznawania tego kraju, nie sposób nie wspomnieć o jedzeniu. Przewodnik LP polecam kilka miejsc i z jednej rekomendacji skorzystałyśmy. Drugą restaurację znalazłyśmy same. W sumie zachęciła nas nazwa oraz fakt, iż w środku przy stolikach siedzieli mieszkańcy. Słynna restauracja z przewodnika LP to Four Sisters, która stanowi już niejako atrakcję samą w sobie. Dania tu serwowane, jak i sama atmosfera tego miejsca, cieszy się bardzo dobrą opinią wśród odwiedzających. Wieczorem można trafić na pokaz tradycyjnych tańców czy też koncert etiopskiej muzyki. Uwaga, pan Google może nie do końca znać dobrą drogę do tego przybytku, co bardzo dziwi. Restauracja leży przy głównej ulicy, a tymczasem mapa prowadziła nas przez jakieś slumsy bocznymi drogami. W efekcie musiałyśmy skakać po stertach śmieci i omijać co nie co po drodze. Wnętrze, jak i sam teren restauracji urządzony jest w bardzo tradycyjnym stylu. Kilka stołów znajduje się w środku i kilka na zewnątrz na tarasie oraz w ogródku. Przy wejściu parzona jest kawa tradycyjnym etiopskim sposobem. Trafiamy tu po południu, gdy jest pusto, bowiem rezerwacje zrobione są dopiero na wieczór. Obsługa nieco leniwie podchodzi do tematu, ale kto by się śpieszył w Afryce? A co zamówić? Zdecydowanie coś etiopskiego i tu bardzo polecam danie, które nazywa się National Food (całe menu z cenami na zdjęciach poniżej) i składa się z kilku tradycyjnych potraw, a więc można spróbować kilku opcji. Oczywiście całość podana jest na placku zwanym indżera, przy pomocy którego konsumuje się dodatki. Porcja jest spora, spokojnie wystarczy na dwie osoby. W zasadzie przy okazji tego dania, zaczęłyśmy się zastanawiać, co konkretnie konsumujemy i wyszło na to, że jedna kupka to kitfo, słynna potrawa z surowego mięsa. Etiopczycy w ogóle lubują się w surowym mięsie. Na Wielkanoc po długim poście na stół wjeżdżają talerze z kawałkami surowej wołowiny i tak oto, z dodatkiem ostrej przyprawy są one wręcz pochłanianie. Kitfo przypomina niejako naszego tatara. Głównym składnikiem jest drobno siekana, surowa wołowina. Mięso musi być jak najbardziej krwiste, dlatego często dodatkowo podlewa się je jeszcze krwią. Czy można bez obaw tego spróbować? Raczej tak, choć wiadomo, gwarancji nie ma, dlatego dobrze na koniec zapić to dobrymi procentami. Drugim miejscem, do którego zajrzałyśmy w sumie przypadkiem i które również bardzo polecam, jest Master Chef Restaurant &#38; Bar. Nazwa chwytliwa i co ciekawe, lokal specjalizuje się w rybach i owocach morza, jednak zjecie tu także pizzę czy włoskie makarony oraz etiopskie dania. Miejsce nie świeci pustkami nawet w dzień, mieszkańcy Gondar wpadają tu na obiad lub romantyczną kolację. Restauracja nie jest duża, jak poprzednia Four Sisters, urządzona jest skromniej, a jednak i tu widać lokalne akcenty. Menu z cenami znajdziecie na zdjęciach poniżej. Tym razem mój wybór padł na shiro, które podane zostało w gorącym rondelku, a zawartość jeszcze bulgotała. Shiro to danie w postaci czerwonego sosu, podawane oczywiście z indżerą. Sos powstaje z czerwonego proszku, przeważnie z ciecierzycy, czasem grochu, fasoli czy bobu. Ma dosyć charakterystyczny smak, bywa bardzo pikantne. To chyba najpopularniejsze danie w Etiopii, które zawsze jest na stanie. W Gondar jest kilka miejsc, które warto zobaczyć. Z pewnością numer jeden to kompleks zamkowy Fasil Ghebbi, który do złudzenia przypomina europejskie twierdze średniowieczne. Nie bez powodu nazywany jest Camelotem Afryki. Z czasami cesarskimi związane są także Łaźnie Fasiledesa, położone kilka kilometrów od kompleksu. Jeśli zamki, to i z pewnością budowle sakralne. I tak w Gondar znajduje się jeden z najpiękniejszych kościołów w Etiopii. To Debre Berhan Selassie, istna perełka, kryjąca w sobie prawdziwe dzieła sztuki. Szczególne uwagę zwraca tu sufit z freskami, przedstawiającymi twarze cherubinów. Warto także zajrzeć do kościołów, użytkowanych obecnie. To równie ciekawe budowle, przeważnie okrągłe i zawsze soczyście kolorowe. Etiopczycy to bardzo religijni ludzie, z pewnością zobaczycie rozmodlonych wiernych, czy też osoby, całujące bramy, ściany czy schody, prowadzące do kościoła. Jeśli macie czas, możecie również wybrać się poza miasto do niewielkiej wioski Wolleka. Mieszkała tu niegdyś spora społeczność Fellaszy, etiopskich Żydów i dziś można tu zobaczyć pozostałości po dawnych czasach. Niemniej to może nie być łatwa wycieczka. Nachalne, a czasem wręcz agresywne dzieciaki nie dadzą Wam spokoju. Informacje praktyczne: FASIL GHEBBI Kompleks czynny jest w godzinach 8:30-12:30 oraz 13:30-18:00. Bilet normalny kombo łączony z łaźniami Fasiledesa kosztuje 200 birrów, czyli 27 zł. Bilet na kompleks zamkowy ważny jest tylko jeden dzień, zaś łaźnie można zwiedzać na tym samym bilecie także dnia następnego. Przy kasie wisi informacja, iż przewodnik jest bardzo wskazany, jednak kompleks można zwiedzać także samodzielnie. Niemniej przewodnik LP nie opisuje szczegółowo tych zabytków. Opłata za przewodnika w grupie do 5 osób to 300 birrów, czyli 40 zł. DEBRE BERHAN SELASSIE Kościół można zwiedzać w godzinach 7:30-12:30 oraz 13:30-17:30. Bilet normalny kosztuje 100 birrów, czyli 14 zł. Fotografowanie z użyciem lampy błyskowej w kościele jest zabronione. Kapłani oferują oprowadzanie, ale potem należy zostawić niewielki wkład na rzecz kościoła. Dojazd do kościoła bajajem/tuktukiem z Łaźni Fasiledesa – 50 birrów, czyli 7 zł. WIOSKA FELLASZY Wstęp do synagogi kosztuje 20 birrów od osoby (niecałe 3 zł). Do wioski z kościoła Debra Berhan Selassie można przyjechać tuktukiem za 70 birrów (niecałe 10 zł), na początku żądano 150. Można także wsiąść w busa, który kosztuje grosze, bo jedynie 36 birrów (niecałe 5 zł). Więcej informacji i szczegółów na temat zwiedzania znajdziecie we wpisie: &#160; &#160; W dzień spokojnie po mieście można poruszać się na własną rękę. Gondar jest sporo większym miastem niż Lalibela i nie tak bardzo turystycznie obleganym z powodu swoich atrakcji. Nadrabia jednak położeniem, bowiem stanowi często przystanek przed wyprawą w Góry Simien. Większe miasto i od razu człowiek, czyt. faranji (turysta), zwraca mniejszą uwagę. Nie oznacza to jednak, że nikt Was nie będzie zaczepiał. Z pewnością spotkacie dzieciaki, te zawsze wyrastają spod ziemi nie wiadomo skąd. Jeśli zaś jesteście kobietami bez męskiego towarzystwa, musicie się liczyć z zaczepkami przez tamtejszych  mężczyzn… &#8216;strong sex&#8221; może co jakiś czas zabrzmieć w Waszych uszach. Nie jest to częste, jednak się zdarza. Chłopcy nie są nachalni, a raczej z uśmiechem rzucają propozycje. Natomiast wieczorem po zmroku sprawa wygląda już nieco inaczej. Może być naprawdę niebezpiecznie. Same oczywiście niczego takiego nie doświadczyłyśmy, ale to też i dlatego, że wieczorem siedziałyśmy już grzecznie w hotelu. Przed wychodzeniem na miasto o tej porze przestrzegła nas poznana w Lalibeli Białorusinka, podróżująca w pojedynkę. Ona zaś informacje uzyskała w hostelu, w którym zatrzymała się w Gondar. Zdarzają się napady na tle rabunkowym i nie tylko. Nawet z lokalnym przewodnikiem nie do końca jest bezpiecznie. Chodzą słuchy o zatrzymywaniu tuktuków i wyciąganiu z nich ludzi. Kierowca nie pomoże, bo sam jest zastraszony. Znana jest też historia turysty, którego ktoś uderzył w kark tak niefortunnie, że tego niestety nie przeżył. Podobno takie zachowania są efektem pojawienia się tureckiej telewizji, skąd ludzie uczą się przemocy. Wcześnie nie byli nawet świadomi, że można komuś zrobić krzywdę. W dzień natomiast sytuacja wygląda inaczej, gdyż jednak ludzie się tam znają i nikt nie chce narażać swojej reputacji takimi czynami. Koniecznie zajrzyjcie także do wpisu o Lalibeli, a w nim znajdziecie wszystkie praktyczne informacje o tym niezwykłym miejscu:</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/gondar-informacje-praktyczne.html">Gondar &#8211; informacje praktyczne</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/gondar-informacje-praktyczne.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Etiopia &#8211; co warto zobaczyć w Gondar i okolicach</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/etiopia-co-warto-zobaczyc-w-gondar-i-okolicach.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/etiopia-co-warto-zobaczyc-w-gondar-i-okolicach.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 20 Aug 2019 18:14:20 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[Gondar]]></category>
		<category><![CDATA[3 tygodnie w Etiopii plan]]></category>
		<category><![CDATA[co robić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[co zwiedzić w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[dlaczego warto jechać do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia jak się przygotować]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia na własną rękę czy z biurem]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia porady]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia w trzy tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Etiopia z plecakiem]]></category>
		<category><![CDATA[Gondar co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[które warto zobaczyć w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[okolice Gondar co zobaczyć]]></category>
		<category><![CDATA[plan na Etiopię]]></category>
		<category><![CDATA[plan podróży Etiopia]]></category>
		<category><![CDATA[plan wyjazdu do Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[trzy tygodnie w Etiopii]]></category>
		<category><![CDATA[wycieczka do Etiopii]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.celwpodrozy.pl/?p=11035</guid>

					<description><![CDATA[<p>Gondar często stanowi przystanek przed wyprawą w pobliskie góry Simien. To spore miasto w regionie Amhara, położone na północ od jeziora Tana, pełniło niegdyś znaczącą rolę silnego chrześcijańskiego królestwa przez wiele lat. Tu znajdowała się ówczesna stolica Imperium Etiopskiego. Pozostałości po czasach świetności miasta widać do dziś. To ruiny zamku królewskiego Fasil Ghebbi, dzięki którym Gondar zasłynął jako Camelot Afryki. Obecnie stanowią one najsłynniejsza atrakcję miasta. Czy warto tu przyjechać? Oczywiście, choć jest to zupełnie inne miejsce od górskiej Lalibeli. Co koniecznie trzeba zobaczyć w Gondar? Odpowiedź znajdziecie poniżej. &#160; Rządziło tutaj kilka dynastii, jednak najsłynniejszy cesarz, który miał tu swą siedzibę to niewątpliwe Fasiledes i to od jego imienia wziął swą obecną nazwę cały kompleks zamkowy. Miasto Gonder zostało założone właśnie przez niego w 1636 roku i to za jego sprawą stało się stolicą cesarstwa. W swoim czasie miasto było ważnym centrum administracyjnym, handlowym, religijnym i kulturalnym. Słynęło z wyrafinowanego życia arystokratycznego, stypendium kościelnego oraz rozległego handlu, który zaprowadził kupców do Sudanu i portu Massawa, a także do bogatych ziem na południe od Błękitnego Nilu. Gondar słynął również ze zdolnych rzemieślników. Miasto zachowało swoją dominację aż do połowy XIX wieku, kiedy cesarz Tewodros II przeniósł siedzibę rządu do Debre Tabor, a później do Mekdela. W rezultacie Gondar straciło na znaczeniu, a następnie zostało zrabowane w latach 80-tych XIX wieku przez sudańskich derwiszów. Na początku XIX wieku miasto było zaledwie cieniem dawnej świetności. Kilka budynków historycznych zostało także uszkodzonych przez brytyjskie bomby podczas kampanii wyzwoleńczej Etiopii w 1941 r. Większość budowli cesarskich na szczęście przetrwała. Koniecznie muszę zacząć od wspomnianych już ruin zamku królewskiego. To główna atrakcja miasta i to nią szczycą się jego mieszkańcy. Teren jest spory, a budowle zachowały się w całkiem dobrym stanie. Istnieje kilka legend dotyczących powstania twierdzy. Według jednej z nich to archanioł przepowiedział, że stolica Etiopii osiągnie niebywały rozkwit w mieście o nazwie na literę G. Poprzednicy próbowali założyć stolicę w miastach Guzara czy Gorgora, ale tylko w Gonder proroctwo doczekało się ostatecznego spełnienia. Z kolei inna legenda mówi, że miejsce na założenie nowej stolicy wskazał cesarzowi bawół, który podczas polowania zaprowadził go na malownicze wzgórze. I to właśnie w tym miejscu, na wysokości ponad 2000 m n.p.m., w otoczeniu dwóch górskich strumieni, niedaleko od przepięknego jeziora Tana, usytuowana była niewielka osada Gonder, która to stała się historycznym i kulturowym centrum kraju. Fasil Ghebbi to tak naprawdę kompleks, w skład którego wchodzą zamki, pałace, kościoły oraz inne budynki, służące niegdyś władcom tego kraju. Patrząc na budowle ma się wrażenie, że oto zostaliśmy przeniesieni do średniowiecznych zamków Europy. Całość zabezpieczona jest murem o długości 900 metrów. Jak podają źródła, pierwszy zamek to projekt budowniczego z Indii, pozostałe zostały podobno wzniesione przez samych Etiopczyków. Kompleks służył jako siedziba etiopskiego ośrodka władzy do 1864 roku. Najstarszą i najbardziej imponującą ze struktur cesarskich Gondaru jest dwupiętrowy pałac cesarza Fasiledasa, zbudowany z grubo ociosanych brązowych kamieni bazaltowych, połączonych zaprawą. Budynek, o którym mówiono, że jest dziełem indyjskiego architekta, ma płaski dach, prostokątną wieżę w południowo-zachodnim rogu, z której roztacza się widok na jezioro Tana oraz cztery mniejsze kopuły. Do wnętrza tego pałacu można wejść po solidnych schodach, w środku kryją się dobrze zachowane komnaty. Inne budynki w „dzielnicy cesarskiej” obejmują: bibliotekę syna Fasiledasa, cesarza Yohannesa 1 &#8211; przypominającą sześcian dwupiętrową budowlę z zewnętrznymi schodami i parapetowym dachem, pobliską kancelarię ze smukłą kwadratową wieżą oraz kolejnymi schodami na zewnątrz, zamek w kształcie siodła, należący do syna Yohannesa, cesarza Iyasu 1 &#8211; z małą stożkową wieżą i spiralnymi schodami zewnętrznymi, dużą salę, czyli „dom pieśni”, w którym odbyło się wiele uroczystości, długą salę przyjęć i bankietów cesarza Bakaffy w kształcie litery V oraz wielki dwukondygnacyjny pałac, uroczo ozdobiony etiopskimi krzyżami w kolorze fioletowym, od wątpliwej małżonki cesarzowej Mentewab. Zespół pałacowy jest także miejscem spoczynku jednego z najwybitniejszych dziewiętnastowiecznych zagranicznych podróżników, bliskiego przyjaciela cesarza Tewodrosa, Waltera Plowdena. Co ciekawe, przed XVII wiekiem rodzina królewska Etiopii zawsze żyła nomadycznie, wszyscy spali w namiotach, nie polegali na żadnych stałych strukturach, żywili się produktami od chłopów. W 1636 r. cesarz Fasiledas uznał, że dość już starych tych przyzwyczajeń oraz ciągłego przemieszczania się i tak oto powstał pierwszy pałac całego kompleksu. Każdy kolejny monarcha wprowadzał własne pomysły i budował swoje pomieszczenia. Dodano baseny, łaźnię turecką, wspomnianą już salę bankietową, bibliotekę, kancelarię oraz klatki lwów, w których przebywały lwy abisyńskie (ostatni z nich zmarł w 1992 roku). Iyasu I, wnuk Fasiledesa, znany jako Iyasu Wielki, zbudował swój własny wspaniały pałac. Wypełnił go wieloma bogactwami, w tym złoconymi meblami, lustrami weneckimi oraz rzeźbami z kości słoniowej. Wewnętrzne ściany oraz sufity pokryte były złotem i klejnotami. Niestety dziś owego przepychu już nie widać, pałac został zdewastowany przez wielkie trzęsienie ziemi w 1704 roku. W następnych dziesięcioleciach Gondar, a tym samym Fasil Ghebbi, został zaatakowany, splądrowany i podpalony co najmniej cztery razy przez sudańskich najeźdźców. Podczas II Wojny Światowej królewski kompleks był okupowany przez włoskie siły Mussolliniego. Gondar był miejscem ich ostatniego stacjonowania. Kompleks stał się przez to celem brytyjskich nalotów. Fasil Ghebbi &#8211; informacje praktyczne Kompleks czynny jest w godzinach 8:30-12:30 oraz 13:30-18:00. Bilet normalny kombo łączony z łaźniami Fasiledesa kosztuje 200 birrów, czyli 27 zł. Bilet na kompleks zamkowy ważny jest tylko jeden dzień, zaś łaźnie można zwiedzać na tym samym bilecie także dnia następnego. Przy kasie wisi informacja, iż przewodnik jest bardzo wskazany, jednak kompleks można zwiedzać także samodzielnie. Niemniej przewodnik LP nie opisuje szczegółowo tych zabytków. Opłata za przewodnika w grupie do 5 osób to 300 birrów, czyli 40 zł. W 1979 roku Fasil Ghebbi został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. &#160; Skoro mamy już bilet do łaźni, to warto do nich zajrzeć. Uwaga, są one oddalone o 3 kilometrów od kompleksu zamkowego. Oczywiście spokojnie można dotrzeć do nich na piechotę, co zajmie około 30-40 minut. Po drodze przy okazji zwiedzimy kawałek miasta. Można także skorzystać z bajaja. I znowu swoje panowanie zaznacza tu cesarz Fasiledes, chociaż owe łaźnie przypisywane są także jego wnukowi Iyasu I. Zapewne z racji swojego położenia, miejsce to nie jest oblegane przez turystów. Kiedy się tu zjawiamy, pewna rodzinka właśnie kończy zwiedzanie i zostajemy zupełnie same. To, co od razu rzuca się w oczy, to uroczy budynek, przypominający niewielki pałac z kompleksu zamkowego oraz duży prostokątny basen, w którym stoi dosłownie zielona woda. Przez niektórych owa budowla uważana jest za dom letniskowy cesarskiej rodziny. Jest to piękne i spokojne miejsce, w którym korzenie drzew wężowatych oplatają fragmenty kamiennych ścian. Wygląda to niezwykle tajemniczo. Łaźnie zasadniczo były używane do pływania, członkowie rodziny królewskiej nosili napompowane kamizelki z koziej skóry podczas zażywania kąpieli. Prawdopodobnie głównym przeznaczeniem obiektu było jednak odprawianie uroczystości religijnych, które odbywają się tu do dziś. Raz w roku zbiornik wypełniany jest wodą na święto Timkat. Po poświęceniu wody przez biskupa, basen tryska wodą na wszystkie strony, gdy wskakuje do niego setka ludzi. Ceremonia jest powtórzeniem chrztu Chrystusa w rzece Jordan i jest postrzegana jako ważny element odnowy wiary. Na wschód od głównego kompleksu znajduje się Mauzoleum Zobela. Miejscowa legenda głosi, iż nosi ono imię konia Yohannesa I, który biegł tak szybko, że udało mu się uciec przed bandytami, spotkanymi podczas polowania na bawoły. Inna opowieść mówi, iż ów koń heroicznie przywiózł cesarza Iyasu, syna Yohannesa, z Sudanu do kraju po śmierci jego ojca. Koń był nie tylko dobrym piechurem, ale mógł, jak mówi legenda, skoczyć 25 metrów jednym susem. &#160; To punkt obowiązkowy! To po prostu cudeńko, perełka, coś, co jest czystym arcydziełem sztuki. Ten niepozorny z zewnątrz kościół kryje w sobie niezwykłe cuda. Wszystkie ściany pokryte są pięknymi obrazami malowanymi na płótnie, zaś sufit tonie we freskach, przedstawiających buźki cherubinów. Łącznie jest ich ponad sto. To niewątpliwie jeden z najpiękniejszych kościołów w Etiopii. Kościół, o mały włos, zostałby zniszczony, podobnie jak większość innych budynków w Gonder, kiedy to w latach 80-tych XIX wieku przed bramami świątyni pojawili się grasujący sudańscy derwisze. Jak głosi legenda, kościół ocalał, bowiem z jego wnętrza wyskoczył gigantyczny rój pszczół, odpędzając najeźdźców. Największą uwagę przyciąga sufit z rzędami skrzydlatych cherubinów, reprezentujących wszechobecność Boga. Dokładna ich liczba to 135, choć 13 zostało wymazanych przez działania deszczówki. Oprócz aniołków najważniejsze jest tu przedstawienie piekła. Chociaż miejscowa tradycja przypisuje większość obrazów XVII-wiecznemu artyście Haile Meskel, jest to mało prawdopodobne, ponieważ budynek pochodzi dopiero z końca XVIII wieku. Pierwotny okrągły kościół, utworzony w 1690 roku przez Iyasu I, został zniszczony przez piorun. Kościół otacza duży kamienny mur z 12 zaokrąglonymi wieżami, reprezentującymi 12 apostołów. Największa 13. wieża (brama wjazdowa) symbolizuje Chrystusa i ma kształt przypominający Lwa Judy. Jeśli macie dobry wzrok, będziecie w stanie dostrzec lwi ogon nad drzwiami w ścianie na zachód od kościoła. Debre Berhan Selassie &#8211; informacje praktyczne Kościół Debre Berhan Selassie można zwiedzać w godzinach 7:30-12:30 oraz 13:30-17:30. Bilet normalny kosztuje 100 birrów, czyli 14 zł. Fotografowanie z użyciem lampy błyskowej w kościele jest zabronione. Kapłani oferują oprowadzanie, ale potem należy zostawić niewielki wkład na rzecz kościoła. Dojazd do kościoła bajajem/tuktukiem z Łaźni Fasiledesa &#8211; 50 birrów, czyli 7 zł. Niedaleko Łaźni Fasiledesa znajduje się plac do nauki jazdy bajajem. &#160; Jaki jest Gondar? Jest tłoczny, głośny, przytłaczający i na pierwszy rzut oka niezbyt przyjemny. To spore miasto z dużym ruchem, samochody, motocykle, tuktuki, ciężko przejść przez ulice. Nie będziecie zdziwieni, gdy napiszę, że wszędzie jest tu mega biednie&#8230; ludzie wyciągają rękę po pieniądze, jedzenie, wodę&#8230; nie tylko dzieciaki. Jednak nie jesteśmy tu zaczepiane na każdym kroku, można odnieść wrażenie, że jesteśmy tu mniejszą atrakcją niż w Lalibeli. Naprawdę da radę przejść spory kawał bez nagabywania. Jeśli macie trochę czasu, polecam przespacerować się uliczkami miasta, głównie tymi w centrum w obrębie kompleksu Fassil Ghebbi. Dlaczego? Można poobserwować, jak toczy się tu miejskie życie. Może traficie na targ, czy to spożywczy, czy też taki ze zwierzętami. Może zobaczycie, jak działa mięsny w Etiopii. Może wpadniecie do jakiegoś marketu, by zobaczyć, co też się tutaj sprzedaje. Może Wasza uwagę zwrócą pstro przyozdobione autobusy miejskie, całe oblepione symbolami religijnymi i fotografiami miejsc z Etiopii. Zdecydowanie warto zajrzeć do kościołów i nie mam tu na myśli tych zabytkowych, a tych współczesnych, które służą wiernym obecnie. Po pierwsze od razu przyciągną Was kolory&#8230; soczysta żółć, zieleń oraz czerwień, takie barwy mają tu bramy oraz sakralne obiekty. Po drugie, same budynki wyglądają tak bardzo odmiennie od naszych rodzimych katolickich. Przeważnie to okrągła budowla z kilkoma wejściami. Zaraz za bramą spotkacie biednych, osoby żebrzące, wyciągające rękę w Waszą stronę. Większość będzie spoglądała nieufnie, choć może to tylko  moje wrażenie. Jeśli kościół jest otwarty, spróbujcie zajrzeć do wnętrza. Etiopia, zaraz po Gruzji i Armenii, jest najstarszym chrześcijańskim państwem na świecie. Etiopski Kościół Ortodoksyjny, począwszy od IV wieku, zdominował życie religijne w kraju. Podlega on papieżowi i jest mu najbliższej do kościoła rzymsko-katolickiego. Różni się głównie liturgią. Bardzo silny jest tu kult Matki Bożej. Natomiast można się tu także doszukać związków z Izraelem oraz religią żydowską. Około 6 km od Gonderu przy drodze do Debarku leży Wolleka, wioska Fellaszy. Jadąc autobusem wiele osób nie dostrzega tego, że na niektórych chatach widnieją gwiazdy Dawida i inna symbolika żydowska. Owa wioska to ostatnia pozostałość po zamieszkujących te tereny etiopskich żydach &#8211; Fellaszach. Przed przyjazdem naczytałam się o natrętnych mieszkańcach, o tym, jak ciężko się tu poruszać na własną rękę. I rzeczywiście&#8230; to chyba moje najgorsze doświadczenie pod tym względem. Dzieciaki przeszły same siebie, pojawił się nawet kamień w ręku. Ostatecznie udało się zobaczyć dawną synagogę, która de facto ukryta jest za wielkim ogrodzeniem i pilnie strzeżona przez miejscowego, oraz stary cmentarz, jednak z daleka. Zrezygnowałyśmy, gdy nagle nie wiadomo skąd wokół nas pojawiło się kilkunastu rosłych młodych chłopców, żądając opłaty. Do wioski przyjechałyśmy prosto z kościoła Debra Berhan Selassie, przyjechałyśmy tuktukiem za 70 birrów (niecałe 10 zł), na początku zażądano 150. Chłopak chciał na nas zaczekać, jednak na powrót zaplanowałyśmy bus, który kosztuje grosze, bo jedynie 36 birrów (niecałe 5 zł). Od razu po opuszczeniu bajaja, nie wiadomo skąd, pojawiła się grupka dzieciaków. Generalnie nie miałyśmy pojęcia, dokąd iść, bo i oznaczenia słabe. Na początku podążyłyśmy za parą białych turystów, którzy przyjechali tu z przewodnikiem. Dzięki temu miałyśmy okazję zobaczyć, jak w tradycyjny sposób powstaje indżera. Szukanie synagogi oraz cmentarza na własną rękę to było wyzwanie, właśnie przez natrętne dzieciaki....</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/etiopia-co-warto-zobaczyc-w-gondar-i-okolicach.html">Etiopia &#8211; co warto zobaczyć w Gondar i okolicach</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/etiopia-co-warto-zobaczyc-w-gondar-i-okolicach.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Na wyspie szczęśliwej Felicite &#8211; Seszele</title>
		<link>https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/na-wyspie-szczesliwej-felicite-seszele.html</link>
					<comments>https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/na-wyspie-szczesliwej-felicite-seszele.html#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[celwpodrozy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 11 Aug 2019 18:13:50 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Felicite]]></category>
		<category><![CDATA[Praslin]]></category>
		<category><![CDATA[atrakcje na Seszelach]]></category>
		<category><![CDATA[bezpieczeństwo na Seszelach]]></category>
		<category><![CDATA[ceny na Seszelach]]></category>
		<category><![CDATA[co robić na Seszelach]]></category>
		<category><![CDATA[Felicite wycieczka Seszele]]></category>
		<category><![CDATA[które plaże Seszele]]></category>
		<category><![CDATA[które wyspy na Seszelach]]></category>
		<category><![CDATA[najpiękniejsze plaże na Seszelach]]></category>
		<category><![CDATA[rajskie plaże Seszeli]]></category>
		<category><![CDATA[Seszele dwa tygodnie]]></category>
		<category><![CDATA[Seszele informacje praktyczne]]></category>
		<category><![CDATA[Seszele na własną rękę]]></category>
		<category><![CDATA[Seszele przewodnik]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.celwpodrozy.pl/?p=11007</guid>

					<description><![CDATA[<p>Seszelska wyspa Félicité znajduje się 2,5 km od większej sąsiedniej wyspy La Digue, a także w niewielkiej odległości od malutkich malowniczych wysp „The Sisters”, &#8220;Marianne&#8221; oraz „Coco Islands”. Obecnie na Félicité mieści się nowy luksusowy resort Six Senses Zil Pasyon, jedyny hotel na wyspie. To niezwykle malownicza granitowa wyspa z kilkoma wspaniałymi plażami. Do lat 70-tych ubiegłego stulecia znajdowała się tu spora plantacja palm kokosowych, ale w większości wyspa była niezamieszkała. Dzięki oszałamiającej przyrodzie występuje tu również wiele rzadkich gatunków fauny i flory, które czekają na odkrycie. Ów luksusowy hotel budowano przez wiele lat z wielką starannością, aby spowodować minimalne zakłócenia w środowisku naturalnym. Na wsypie oraz jej plażach mogą przybywacie jedynie goście z resortu, jednak jakimś trafem, swoją stopę postawiłam tu i ja. Jak to się stało? Jakim cudem wylądowałam na jednej z prywatnych wysp przy hotelu, za nocleg w którym trzeba zapłacić zawrotną kwotę? Historia jest w sumie prosta. Jak już wspomniałam, &#8220;wyspa szczęśliwa&#8221; leży w pobliżu innych małych wysepek, na które udają się turyści celem snurkowania. W zatoczkach Felicite również można popływać i podglądać podwodny świat. Bez problemu można tu przypłynąć łódką i zacumować w pobliżu, nie wolno jedynie schodzić na ląd. &#160; W czasie pobytu na plaży Cote d&#8217;Or w Volbert zostaliśmy zaczepienie przez jednego z naganiaczy. Ja nie snurkuję, więc od razu zaznaczyłam, że jeśli mam się skusić, to muszę mieć opcję plażowania, bo za samo siedzenie w łódce płacić nie będę. Oczywiście, według gościa naganiacza, taka opcja była. Po dłuższym zastanowieniu wycieczkę wykupiliśmy. Podobno wysepki w tamtych rejonie słyną z pięknej rafy, więc zdecydowanie warto.  Cena wyjściowa za półdniową wycieczkę opiewała na 55 EUR, jednak ostatecznie udało się wynegocjować 40 EUR za osobę plus 200 rupii za wstęp do parku. Nazajutrz rano ruszamy w kierunku Felicite, po drodze mijając Wyspę Kokosową oraz Dwie Siostry. Prądy są tu bardzo silne, przez co nie zawsze da się snurkować. W łódce potrafi nieźle bujać. Maleńka Cocos Island to przeurocza mała wysepka, ozdobiona charakterystycznymi granitowymi głazami wraz z piaszczystą plażą, która ginie w momencie przypływu. Jako że prądy i fale są zbyt duże, płyniemy prosto na Felicite, na której mam zejść na ląd. Jednak jak się okazuje nie jest to możliwe&#8230; bo wyspa jest prywatna, bo to jest wycieczka na snurkowanie, czyli zostałam po prostu oszukana. Z pewnością nie wydałabym takiej kwoty za samo siedzenie w łódce, a wyraźnie podkreślałam, że bez opcji plażowania ta wycieczka nie ma dla mnie sensu. Po ostrej wymianie zdań z panem sternikiem, w końcu mam zostać odstawiona na wyspę. Choć odstawiona to za dużo napisane&#8230; mam po prostu wyskoczyć i sobie dopłynąć,  manatkami. Na początku nie bardzo rozumiem, ale tak, właśnie o to chodzi. Ciśnienie skoczyło, ponowna dyskusja. Naprawdę rozumiem, że pewne rzeczy nie zawsze muszą być pod linijkę, że czasami coś może się nie udać lub nie pójść zgodnie z planem, ale tym razem poczułam się po prostu zrobiona w balona. Ostatecznie łódka podpływa bliżej wyspy, a ja w wodzie po pas udaję się w kierunku plaży. Tak oto staję na jednej z najpiękniejszych wysp Seszeli. Jest ona piątą co do wielkości wyspą na archipelagu o wymiarach 2,68 km2 (1,03 ²). Wyspa jest własnością luksusowego kurortu La Digue Island Lodge. Felicite słynie z ogromnych gładkich granitowych głazów. Czarne granitowe kamienie usytuowane są wzdłuż brzegu, w wodzie oraz za hotelem, są domem dla wielu gatunków życia morskiego. Niektóre wydają się mieć kształt ogromnych zwierząt. Na wyspie rośnie wiele lokalnych owoców oraz warzyw, a odwiedzający mogą się poczuć jak rozbitkowie, żyjący z plonów tej ziemi. Na wyspie występują dzikie storczyki waniliowe, dzikie mango, palmy kokosowe, banany oraz drzewka pomarańczowe. Górzysty teren wyspy jest idealny do uprawiania turystyki pieszej, a także rowerowej. Najwyższy punkt na wyspie ma 213 metrów. Ze szczytu rozciągają się spektakularne widoki na Ocean Indyjski oraz okoliczne wyspy. Gęsta roślinność naturalna ciągnie się aż do brzegu. Istnieje również kilka miejsc na wyspie, które są wspaniałymi miejscami do nurkowania. Najlepszą plażą na wyspie jest La Penice, która znajduje się zaledwie kilkaset metrów od małego domku z klimatyzowanymi bungalowami. Luksusowy hotel Six Senses Zil Pasyon wkomponowany w krajobraz wyspy jest niewielki. W ośrodku mieszkają trzy osoby, w tym kucharz, ogrodnik i kapitan łodzi. Na wyspie dostępne są domki w kształcie litery A, kryte strzechą, które mają strych oraz patio. Są odpowiednie zarówno dla rodzin, jak i dla par na romantyczny pobyt. Znajdują się tu także wille z kilkoma sypialniami. Dodatkowo stoi tu dom kolonialny, który został zbudowany w stylu kreolskim. Istnieje możliwość zarezerwowania całej wyspy na spotkanie rodzinne lub specjalne wydarzenie, takie jak ślub. Ośrodek oferuje centrum sportów wodnych, kilka basenów bez krawędzi, restauracje dla smakoszy, bary, spa, korty tenisowe i pierwszą na świecie jaskinię Rock Wine. Jest to piwnica z winami wbudowana w naturalną skałę do degustacji wina i prywatnych kolacji. Pewnie zastanawiacie się, ile kosztuje nocleg w takim przybytku? Cena za willę dla 2 osób za noc wraz z kolacją w tym momencie na bookingu oscyluje w okolicach 8000 zł. Na wyspie znajduje się w sumie ponad 30 willi, umiejętnie wtopionych w granitowe klify i tropikalną roślinność, z których każda posiada spektakularny widok na Ocean Indyjski. Architektura domków jest wyjątkowa ze śmiałymi, współczesnymi motywami, a każdy z nich został zaprojektowany tak, aby współgrać z jego szczególną lokalizacją. Architekt wziął pod uwagę konsekwencje ekologiczne, a wille zostały zaprojektowane z myślą o pełnej prywatności. Ośrodek posiada osobistych kamerdynerów oraz kucharzy dla każdej willi. Z 35 domków tylko 16 może trafić w ręce prywatne. Pozostałe wille są częścią luksusowego kurortu. Właściciele willi mogą korzystać z udogodnień ośrodka, w tym prywatnego lądowiska dla helikopterów. Mają także  dostęp do mistrzowskiego pola golfowego na pobliskiej wyspie. Oczywiście jest to ulubione miejsce gwiazd i dygnitarzy z całego świata ze względu na piękną plażę, sporty wodne i pełną prywatność, jaką oferuje. Przy plaży La Penice warto wybrać się na snurkowanie, zobaczyć tu można m.in. kosterę gruzałkowatą (ciekawa nazwa, to takie żółte cudeńko w czarne kropki), żaglowca (rybka w pasiakach), idolka mauretańskiego (drapieżnik również w paski), papugorybę, rybę nietoperza, rybę chirurgiczną oraz żółwie, żyjące blisko brzegu. Domki oferują sprzęt do nurkowania, żeglowania oraz wędkowania. Są tu również korty tenisowe, a także sprzęt do wielu innych gier oraz sportów. No można się rozmarzyć&#8230; Oczywiście większość czasu na Felicite spędzam na frontowej plaży, będąc jedyną osobą w tym miejscu. Plaża jest typowo seszelska z pięknymi granitowymi głazami po lewej stronie. Woda oczywiście krystalicznie czysta, niemniej samo wejście do wody nie jest piaszczyste a usłane ostrym koralowcem. Nie do końca wiem, czy mogę wybrać się na spacer po tym niesamowitym ośrodku, więc jedynie badam teren przy brzegu. Po ponad godzinie pojawia się wycieczkowa łódka, a to znak, że czas się zbierać. W tym momencie na plaży pojawia się pewna para z innej łódki, a więc schodzenie na ląd wcale nie jest zabronione. Przez chwilę pływamy jeszcze wokół Felicite, jedni snurkują, a ja podziwiam piękno tej wyspy z innej perspektywy. Zbliża się przypływ, więc pan sternik sygnalizuje powrót. Po drodze cumujemy jeszcze raz przy Wyspie Kokosowej oraz niespodziewanie przy maleńkiej wysepce Ave Maria. Fale są potworne, buja w każdą stronę, nie wszyscy decydują się na skok do wody. Ja sama boję się o łódkę. Nie wszyscy są zadowoleni, bowiem, jak się okazuje, snurkowania nie było za wiele. W zasadzie w żadnym miejscu nie było dłuższego przystanku. Oliwy do ognia dolewa jeszcze sam powrót, kiedy to łódź zatrzymuje się z&#8230; uwaga, z braku paliwa. A więc utknęliśmy na Oceanie Indyjskim i teraz pozostaje nam czekać na wybawianie, które, o dziwo, nadchodzi w miarę szybko. Mamy ogromne szczęście, bo w naszym pobliżu przepływa inna łódź, a ludzie na jej pokładzie dostrzegają nasze machające ręce. Odstępują nam trochę paliwa, co umożliwia nam powrót na Praslin. Po zacumowaniu niektórzy udali się wprost do biura w celu reklamacji, jednak oczywiście bezskutecznie. Właściciel był bardzo niemiły, wręcz chamski i kompletnie zignorował wszystkich klientów. A nazwa tej firmy to KING CREOLE&#8230; NIE POLECAM. Inne seszelskie wpisy, które mogą Was zainteresować, znajdziecie tu: &#160;</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/na-wyspie-szczesliwej-felicite-seszele.html">Na wyspie szczęśliwej Felicite &#8211; Seszele</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://www.celwpodrozy.pl">Cel w podróży</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://www.celwpodrozy.pl/2019/08/na-wyspie-szczesliwej-felicite-seszele.html/feed</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
