<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><rss xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/" xmlns:blogger="http://schemas.google.com/blogger/2008" xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0" version="2.0"><channel><atom:id>tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265</atom:id><lastBuildDate>Fri, 25 Oct 2024 09:16:18 +0000</lastBuildDate><category>Zara</category><category>Info</category><category>Stella</category><category>Koryn</category><category>Kosarius</category><category>Miiko</category><category>Arkadia</category><category>Shaytan</category><category>Pestero</category><category>Salvador</category><category>Amber</category><category>Kennedy</category><category>Corr</category><category>Nakir</category><category>Nambikeya</category><category>Peeta</category><category>Saga</category><title> Disasters Horses</title><description>Konie, przygoda i wielka odwaga</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/</link><managingEditor>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</managingEditor><generator>Blogger</generator><openSearch:totalResults>172</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-5461335905360381742</guid><pubDate>Sun, 28 Oct 2018 08:51:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-10-28T01:51:42.744-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Info</category><title>REMONT!</title><description>TAK, WIEM, wygląda to tragicznie, ale to tylko remont:D</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/10/remont.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-5410105677450792654</guid><pubDate>Fri, 12 Oct 2018 17:54:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-10-12T10:54:47.005-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Zara</category><title>Od Zary do Koryna...</title><description>Zamknęłam oczy. Uśmiechnęłam się. Miałam wrażenie, że była to ta najlepsza chwila, na wyrażenie swoich uczuć do Koryna. A co, jeżeli byłam zbyt ,,szybka&quot; i to go odstraszyło?&lt;br /&gt;
Postanowiłam, że dam jemu więcej czasu. I sobie. Nadal nie wiedziałam, czy jestem gotowa. Moja mama podobno zaczęła współżycie w wieku trzech lat. Tak podejrzewam. Nigdy mnie nie pouczała o damsko męskich sprawach. Była zajęta zatruwaniem mi życia.&lt;br /&gt;
Czułam bliskość Koryna podczas snu. Leżał tak blisko mnie... Czułam na swoim nosie jego oddech. Słyszałam jego bicie serca.&lt;br /&gt;
Zapadłam się w objęcia Morfeusza.&lt;br /&gt;
Tej nocy nie miałam żadnych snów. Czułam tylko, jakbym unosiła się na jakiejś chmurce. Gdy otworzyłam oczy, było jeszcze ciemno. Koryn nadal spał. Przez trzy godziny wpatrywałam się niego, nie mogąc nasycić się wzrokiem jego posturą. Wodziłam wzrokiem po jego umięśnionych nogach i masywnych skrzydłach. W głębi duszy czułam, że to najpiękniejszy etap w moim życiu.&lt;br /&gt;
Zbliżyłam się do niego, a on jeszcze na jawie, położył mi swój łeb na moim boku. Poczułam jego ciepło. Znowu zapadłam w sen.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Koryn?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/10/od-zary-do-koryna.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-6162684946654069190</guid><pubDate>Sat, 01 Sep 2018 17:34:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-09-01T10:34:50.433-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Info</category><title>Info!</title><description>Kochani, nadchodzi szkoła!&lt;br /&gt;
Ja rozumiem, że podczas roku szkolnego większość z was nie będzie miała czasu na pisanie opowiadań. Rozumiem, jednak nie chcę, żeby blog upadł. Na rok szkolny czas na napisanie opowiadań będzie dwa razy dłuższy (miesiąc). Uczcie się pilnie!</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/09/info.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-8573320336506711754</guid><pubDate>Sun, 12 Aug 2018 16:44:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-08-12T09:44:23.517-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Koryn</category><title>Od Koryna do Zary...</title><description>Oderwałem się od niej pchnięty naglą myślą i odwróciłem głowę. Klacz wyglądała na nieco zawiedzioną, oraz zaniepokojoną, kiedy najwyraźniej próbowała wytłumaczyć sobie powód mojego zachowania.&lt;br /&gt;
-Morderstwo to nie kradzież.- mruknąłem cicho i skierowałem na nią zmęczony wzrok, po czym wstałem zamierzając odejść, lecz Zara chwyciła mnie za kopyto i lekko je przydepnęła.&lt;br /&gt;
-Nie idź.- Przez parę chwil mierzyliśmy się wzrokiem; ja- zrezygnowanym, ona- proszącym. Westchnąłem i uległem, zginając nogi aby położyć się na chłodnej ziemi. Położyłem głowę na piasku i wydmuchałem nozdrzami powietrze powodując jego wzniesienie się na parę sekund. Zamknąłem oczy jakbym chciał oderwać się od tego świata, odejść do spokojnej krainy Morfeusza, jednak dręczące mnie poczucie winy tylko powodowało pobudzenie aktywności. Nie chciałem patrzeć na Zarę, ponieważ wiedziałem, że dostrzegę zawód w jej oczach, a na to nie byłem gotowy. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie się mnie bać. Przysiągłem sobie, że już nigdy nie dam się ponieść zemście.&lt;br /&gt;
-Hej, spójrz na mnie.- moje lewe ucho drgnęło. Delikatnie uniosłem powieki i zmusiłem mięśnie do uniesienia szyi, po czym z ogromną niechęcią skierowałem wzrok na moją towarzyszkę. Uśmiechnęła się do mnie, lekko unosząc konciki pyska i przekrzywiła delikatnie głowę.&lt;br /&gt;
-Wybaczyłam ci już.&lt;br /&gt;
-Ale ja sobie nie.- spuściłem wzrok i odwróciłem głowę wzdychając. Zapadła ciężka cisza, której nie zamierzałem przerwać, ponieważ byłem zmęczony tą rozmową. Ku mojej uldze Zara nie ciągnęła rozmowy, jedynie siedziała obok i mi się przyglądała. Minęło parę minut, dla mnie długich i ciągnących się wieki dopóki znowu nie przemówiła:&lt;br /&gt;
-Daj sobie szansę.- uniosłem brwi patrząc na nią spod oka, po czym wydmuchałem głośno powietrze.&lt;br /&gt;
-Skoro tego chcesz...-mruknąłem nisko kopiąc w spory kamyk leżący tuż obok mnie. Potoczył się powoli, aż w końcu zatrzymał przez większy stojący na jego drodze. Mój wzrok odwrócił się od niego dopiero pół minuty po tym jak przestał się ruszać.&lt;br /&gt;
-Chcę.- oświadczyła Zara uśmiechając się delikatnie.&lt;br /&gt;
-Niech więc tak będzie.- odparłem przenosząc na nią spojrzenie i unosząc delikatnie konciki pyska.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Zara? W końcu ....&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/08/od-koryna-do-zary.html</link><author>noreply@blogger.com (Babilon)</author><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-5232730966992651795</guid><pubDate>Sat, 21 Jul 2018 17:36:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-07-21T10:36:53.004-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Kennedy</category><title>Od Kennedy do Nambikei...</title><description>Wspięliśmy się na klif w momencie, kiedy zaczął padać deszcz. Weszliśmy razem do mojej jaskini. Przez kilka minut siedzieliśmy w zupełnej ciszy. Poszłam do mojej skalnej półki i zdjęłam woreczek z ziołami. Wiedziałam, że klacz mnie obserwuje. Wzięłam odpowiednie zioła oraz liście i wrzuciłam je do dwóch drewnianych misek i zalałam je ciepłą wodą.&lt;br /&gt;
- Co robisz? - spytała mnie Nambikeya ilustrując mnie wzrokiem.&lt;br /&gt;
Zioła i liście zaczęły wydzielać w wodzie brązowawy kolor oraz aromatyczny zapach. Lubię patrzeć na ten cykl.&lt;br /&gt;
- Herbatę. - odpowiedziałam i przez liściaste sitko przefiltrowałam napoje tak, żeby liście i małe zioła nie spowodowały zakrztuszenia. Podałam miskę Nambikeyi.&lt;br /&gt;
- Nigdy nie piłaś? - spytałam, chodź znałam odpowiedź. - To dobre na deszcz i nudę. Rozgrzewa.&lt;br /&gt;
Klacz spojrzała w brązowawy płyn i upiła łyk.&lt;br /&gt;
- Bardzo dobre. Dziękuję.&lt;br /&gt;
Przez kilka minut zapanowała cisza, aż wreszcie Nambikeya postanowiła ją zakończyć.&lt;br /&gt;
- No więc... Długo tu mieszkasz? - spytała.&lt;br /&gt;
- Koło trzech lat. - powiedziałam zgodnie z prawdą. - Wcześniej bywałam tu i tam...&lt;br /&gt;
Rozpaliłam ogień krzesiwem. Spoglądam na zewnątrz.&lt;br /&gt;
- Chciałabyś zostać na noc? Cały czas leje. Nie radzę ci teraz wychodzić. Mam tu trochę miejsca i siana.&lt;br /&gt;
Nambikeya odwróciła się napięcie i wpatrzyła się w deszcz. Przez przypadek kopnęła kopytem miskę z herbatą i cały płyn się rozlał. Po usłyszeniu hałasu spowodowanego miską, klacz odwróciła się i zobaczywszy rozlany napój schyliła się.&lt;br /&gt;
- Przepraszam. Niezdara ze mnie. - wzięła drewnianą miskę w kopyta i podała ją mi.&lt;br /&gt;
- Nic się nie stało. - powiedziałam, kiedy próbowała wytrzeć herbatę z podłogi. - zaraz wyschnie. Zostaw.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Nambikeya?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/07/od-kennedy-do-nambikei.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-3726253775687577976</guid><pubDate>Thu, 19 Jul 2018 16:31:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-07-19T09:31:32.694-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Corr</category><title>Od Corr&#39;a do Kennedy...</title><description>Byłem już z dwieście metrów dalej, gdy doszedł do mnie głos. Tak zły i pozbawiony barwy, jak jego właściciel, o czym przekonałem się moment później. Szara jak skała, ogromna małpa darła się dalej:&lt;br /&gt;
-Oddawaj ją! Oddaj mi swoją barwę! Chcę być piękny!&lt;br /&gt;
Olbrzym pochwycił pegaza za skrzydła uniemożliwiając ucieczkę. Barwna klacz kopała i wierzgała jak oszalała. Spowodowało to jedynie irytację potwora, który ogłuszył ją uderzeniem w gło wę. Straciła przytomność. Musiałem jej pomóc. Nie wiedziałem jak. Ruszyłem boczną ściężką za potworem.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; ***&lt;br /&gt;
-Wywar z konika! Wywar z konika! - nucił pod nosem szary. Usłyszałem dalsze słowa tej... piosenki.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Tak pyszny i słodki,&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Że wygląd mój wiotki,&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Lepszy się stanie,&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Głos konika szybko ustanie!&lt;br /&gt;
Po czym moje uszy dobiegł okropny rechot, jaki ta szara małpa z siebie wydała.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;-Heheeeheee! Kolorowych koników stado mam całe! Szkoda że straciły swą barwe! Heheheee!!!!&lt;br /&gt;
Ta olbrzymia szara kupa była naprawdę irytująco muzykalna. Rozejrzałem się po polanie otoczonej głazami. Przynajmniej z początku myślałem, że to głazy... Niestety, były to wyszarzałe ciała koni, jakie ten olbrzym przerobił ma wywar.&lt;br /&gt;
-Woda się zagotowała! - powiedział Szara Kupa. -Teraz trzeba trochę ziółek. Gdzie ja je....? Oh tak! Chyba zostały w jaskini. Poczekaj Barwny koniku! Nie martw się! Zaraz pozwiedzasz kociołek! Heeehehe!&lt;br /&gt;
Teraz miałem okazję. Gdy poczwara zniknęła w jaskini podbiegłem i kopnąłem kociołek ile sił w kopytach! Tak jak myślałem, w środku klaczy nie było, ale za to opóźniłem trochę ten kuchenny proces. Obejrzałem się dookoła. Klacz leżała w pobliżu kociołka, w gęstwinie drzew. Randolf był po drugiej stronie polany. Zapewne już rozciął sznury, które jak zakładałem pętały klaczy kopyta. Widziałem ją. Nie ruszała się. Ale oddychała. Posłałem kulę ognia na olbrzyma wychodząceg o z jaskini. Nie pomoże zawiele, ale ograniczy jego widoczność. Skupiłem całą moc na wytworzeniu ognistej, ruchomej bariery i wysłałem ją prosto na klacz. Uniesie ją i zawiezie w bezpieczne miejsce. Po czym skupiłem się na zrobieniu tego samego ze sobą i Randim. Ran uniósł się w powietrze, ale ja zostałem. Nie dam rady wytworzyć trzeciej. Muszę zabić olbrzyma.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; ***&lt;br /&gt;
Walka mogłaby trwać w nieskończoność. Koleś miał twardą skórę. Może to przez jej kolor? Odbiłem się od ziemi i wylądowałem na jego kolanie po czym znowu się odbiłem i tym razem siedziałem mu na barkach i zamierzyłem się do skoku na głowę. Jednak coś w moim systemie nie wytrzymało i eksplodowałem jednym kopytem uderzając wprost w czubek głowy, powodując w niej krater. Gdyby to nie była sytuacją kryzysowa, zapewne parskn ąłbym śmiechem, ale nie teraz. Ogłuszyłem go. Ale nie dam rady go zabić. Spojrzałem się w słońce. Pozwoliłem by jego emergia wypełnił każdą komórke mojego ciała. I udało mi się. Bariera ruchoma uniosła mnie i wytransportowała w to samo miejsce co klacz.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;***&lt;br /&gt;
Na miejscu podniosłem się, zrobiłem trzy kroki i upadłem. Mój bok był przbity przez ostry kamień tego potwora. &quot;Musze pomóc klaczy&quot; - mówiły moje myśli. Ale ciało się mnie nie słuchało. Mimo woli, moje oczy zamknęły się. A moje myśli pozostały wypełnione słowami: &quot;pomóc klaczy&quot;, &quot;czarno&quot;, &quot;słońce&quot;, &quot;randolf&quot;, &quot;morze&quot;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Kennedy? Fajne?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/07/od-corra-do-kennedy_19.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-531099132026580138</guid><pubDate>Fri, 06 Jul 2018 13:08:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-07-06T06:08:54.767-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Kennedy</category><title>Od Kennedy do Corr`a...</title><description>Wróciłam do ogiera i obudziłam go.&lt;br /&gt;
- Twoja kolej. - powiedziałam sennie.&lt;br /&gt;
Bez słowa odchodzi.&lt;br /&gt;
- Kim jesteś? - spytał, zatrzymując się.&lt;br /&gt;
Spojrzałam wprost na niego.&lt;br /&gt;
- Nikim. Zwykłą klaczą&lt;br /&gt;
mieszkającą w tych terenach.&lt;br /&gt;
- Ale jak się nazywasz? - spytał.&lt;br /&gt;
- Nie mówię tego nieznajomym. - powiedziałam to, co było prawdą.&lt;br /&gt;
- Okej, rozumiem. - odszedł, a ja położyłam się na ziemi i zasnęłam, pozwalając, by władzę nad moimi myślami przejęły barwy.&lt;br /&gt;
&lt;blockquote class=&quot;tr_bq&quot; style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;
.&lt;/blockquote&gt;
Jestem w innym świecie. Nad moją głową po błękitnym niebie płynie tęcza. Białe chmurki tańczą po niebie. Stoję na łące. Wokoło widzę piękne, barwne kwiaty. Czuję barwy. Zaczynam bawić się kolorami; zmieniam kolor trawy, kamieni, płatków kwiatów. Moje dzieło jest niesamowite.&lt;br /&gt;
&lt;blockquote class=&quot;tr_bq&quot; style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;
.&lt;/blockquote&gt;
Otwieram oczy. Ogier mnie obudził. Bez słowa wstaję.&lt;br /&gt;
- Cały czas jesteśmy na klifie. Jest on ogromny i ma dużą powierzchnię. Żeby dojść do plaży trzeba zejść specjalnym zejściem...Mógłbyś nas uwolnić?&lt;br /&gt;
Ogier wystrzelił kulę światła prosto w skały. Zrobił się w nich otwór. Ja znowu czułam tajemniczą energię. Ruszyliśmy do wyjścia. Przy wyjściu przez przypadek dotknęłam jednej skały, myśląc o pięknej łące ze snu. Duży kamień zmienił kolor na jasno zielony. Wzięłam kopyto.&lt;br /&gt;
- Wow. - westchnął z zachwytem ogier i patrzył na moje dzieło.&lt;br /&gt;
Nie odpowiedziałam. Ruszyli za mną, kiedy ja poszłam w odpowiednim kierunku.&lt;br /&gt;
- Mieszkasz tu gdzieś? - spytał ogier.&lt;br /&gt;
- Jeżeli cię to trochę interesuje to tak, w jaskini na półce skalnej, w wyższej partii tego klifu. Mam widok na morze i plażę.&lt;br /&gt;
- Dotarliśmy do specjalnego przejścia. - mówię po godzinie ciszy, wskazując na ścieżkę, która zjeżdżała w dół.&lt;br /&gt;
- Mam dalej z wami iść, czy poradzicie sobie?&lt;br /&gt;
- Poradzimy sobie. - powiedział ogier. - Dziękujemy za pomoc.&lt;br /&gt;
Zaczęli schodzić w dół, a ja ruszyłam w górę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Corr?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/07/od-kennedy-do-corra_6.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-7847520867098490579</guid><pubDate>Fri, 06 Jul 2018 12:28:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-07-06T05:28:33.467-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Corr</category><title>Od Corr`a do Kennedy...</title><description>Mój daimon rzucał się w sieci na wszystkie strony, warcząc i mówiąc jakieś przekleństwa, znane chyba tylko rysiom. Nigdy nie lubił ciasnych przestrzeni. Chwyciłem zębami za fragment sieci. Pękła poluzowując się. Randi wyczuł, że ma teraz większe pole do manewru i przejechał pazurami po reszcie i wyszedł. Zaczął skakać i biega, rozradowany przestrzenią&amp;nbsp; jak szczenię. Po chwili wrócił do normalności.&lt;br /&gt;
-Co teraz? Wracamy na plażę? - zapytał.&lt;br /&gt;
-Tak. Ale...&amp;nbsp; ...nie wiem jak wrócić... . - odparłem. -Ale! Może ta klacz tęczy będzie wiedziała?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;****&lt;br /&gt;
-Chcecie żebym wam pomogła? - powiedziała klacz.&lt;br /&gt;
-Tak. Wiesz jak wrócić&amp;nbsp; stąd nad morze?&lt;br /&gt;
-Pomogę wam.&lt;br /&gt;
Klacz szybko spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyliśmy. Po godzinie wędrówki spotkała nas silna ulewa. No, ale co się dziwić po takim suchym tygodniu. Przemoczeni z chroniliśmy się w pobliskiej jaskince. Jednak coś poszło nie tak i w nią uderzył piorun co spowodowało osunięcie się kamieni i wyjście zablokowało się. Zostaliśmy więźniami naszego schronienia.&lt;br /&gt;
-Chyba nie pozostaje nam nic innego jak iść w głąb jaskini. -&amp;nbsp; odezwał się Randi z lekkim przerażeniem.&lt;br /&gt;
-Nie martwcie się. Zaraz rozświetlę trochę to miejsce. - starałem się uspokoić klacz i rysia.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;
Wezwałem całe ciepło i światło słoneczne jakie wchłonąłem i tak oto stałem się lampą. W jaskini zrobiło się ciepło i jasno. Wiedziałem jednak że długo nie dam rady utrzymywać światła, a przynajmniej nie w takiej formie.&lt;br /&gt;
-Skoro jesteśmy tu zamknięci, zróbmy sobie przerwę. Wezmę pierwszą warte. - zaproponowała klacz.&amp;nbsp; - Obudzę Cię za trzy godziny, mniej więcej.&lt;br /&gt;
Ja i ryś ułożyliśmy się na kamieniach i zamknęliśmy oczy. Jednak spałem z jednym okiem otwartym. Połowa mojego ciała skupiała się na utrzymywaniu światła a druga połowa odpoczywała.&quot; Za godzinę i pół zmienię stronę&quot; - pomyślałem. I połowicznie zasnąłem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Wiem, takie trochę z dupy, ale złe nie jest. Nie jest też super-hiper długie... Przepraszam. Nie miałam weny za bardzo. ?Kennedy?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/07/od-corra-do-kennedy.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-5804473330011724530</guid><pubDate>Sun, 01 Jul 2018 16:24:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-07-01T09:24:30.381-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Kennedy</category><title>Od Kennedy do Corra...</title><description>Bum! Czuję na swojej maści gorąc i rżę ze zdenerwowania. Ale mnie nie pali. Po chwili czuję przypływ energii, a moje kolorowe symbole na ciele jaśnieją. Światło mnie oślepia. Czuję, że się przewracam. Odzyskuję wzrok dopiero po chwili. Widzę, że leżę na ziemi i to nie sama. Obok mnie leży inny koń. Niewiele większy ode mnie. Jego maść miała barwę krwistej czerwieni połyskującej w słońcu. Wpatrywałam się w niego i wpatrywałam, próbując sobie przypomnieć, co się stało. Nagle nieznajomy drgnął, podniósł łeb i spojrzał na mnie. Rozszerzył oczy ze zdumienia. Mój Boże, aż tak źle wyglądam? Spojrzałam jeszcze raz na siebie. Połyskiwałam wszystkimi kolorami tęczy.&lt;br /&gt;
&lt;div&gt;
- Przepraszam za stratowanie. - jęknął nieznajomy. - Nic ci się nie stało?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div&gt;
- Nie. Wręcz przeciwnie. Myślę, że chyba powinnam ci podziękować. Czuję w sobie buzujące kolory.&lt;br /&gt;
Nie odrywał ze mnie wzroku.&lt;br /&gt;
- Jesteś koniem tęczy? - spytał się, wstając.&lt;br /&gt;
Pomogłam mu.&lt;br /&gt;
- Barwy. - poprawiłam. - Operuję nie tylko kolorami, ale też uczuciami.&lt;br /&gt;
- Fajnie. - mruknął.&lt;br /&gt;
- Nie wierzysz? - podeszłam i dotknęłam go złotym kopytem. Czułam w nim negatywną energię, czerwień, która symbolizowała ból. Tą energię ubarwiłam na jaśniejsze kolory. Chyba trochę mu ulżyłam. Wzięłam kopyto.&lt;br /&gt;
- Jesteś ranny? - spytałam, przypominając sobie czerwień.&lt;br /&gt;
- Jesteś niesamowita. - wydukał. - Czułem się słaby, nerwowy i...&lt;br /&gt;
- Cierpiałeś? - weszłam mu w słowo. - Widziałam groźną czerwień.&lt;br /&gt;
Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem.&lt;br /&gt;
- Muszę już iść... Daimon na mnie czeka... - szepnął i odbiegł.&lt;br /&gt;
Wróciłam do swojego domu na klifie, po drodze wodząc wzrokiem po Pesterze, który wybrał się na plażowy spacer. Wolałabym mieć inny żywioł. Dla siebie. Dla niego.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Corr?&amp;gt;&lt;/div&gt;
</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/07/od-kennedy-do-corra.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-8552537576314898879</guid><pubDate>Fri, 29 Jun 2018 19:24:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-06-29T12:24:48.686-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Nambikeya</category><title>Od Nambikeyi do Kennedy...</title><description>Przez chwilę moja duma kazała mi strzelić focha i odejść z podniesioną głową, wyglądając na niezwykle obrażoną, ale mentalnie kopnęłam się w cztery litery i przegoniłam ją precz. Rozumiałam, że klacz miała powód, dla którego wygoniła mnie sprzed swojego mieszkania i postanowiłam, że dam jej czas aby ochłonęła. Po paru dniach do niej zagadam jak gdyby nic się stało. Najwyraźniej miała zbyt niską samoocenę i nie potrafiła dostrzec w sobie piękna. Zapewne jakieś wydarzenie z przeszłości doprowadziło ją do takiej wrażliwości aczkolwiek nie mogłam być pewna. Na razie nie zamierzałam pytać.&lt;br /&gt;
Na początku schodziłam z klifu powoli, jednak po paru minutach przyspieszyłam i pokonałam całą drogę w skokach. Potem ruszyłam spokojnym krokiem wzdłuż plaży nie napotykając po drodze nikogo, z czego byłam szczerze rada.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Parę dni później spacerowałam ponownie plażą wsłuchując się w odgłos wyrzucanych na brzeg fal i szum bryzy. W polu mojego widzenia ukazała się Kennedy, wpatrzona w morze, stojąca nieruchomo jak skała. Postanowiłam do niej podejść tak aby to zauważyła, żeby jej nie wystraszyć. Zauważyła mnie i postąpiła krok do tyłu, lecz zatrzymała się i czekała na mnie w milczeniu.&lt;br /&gt;
-Czujesz się lepiej?- spytałam z odrobiną troski, kiedy już znalazłam się obok niej. Spojrzała na mnie z lekkim smutkiem w oczach i pokiwała głową.&lt;br /&gt;
-Przepraszam.- mruknęła pod nosem grzebiąc kopytem w piasku. Przekręciłam głowę i uśmiechnęłam się.&lt;br /&gt;
-Spokojnie, nie przejmuj się.- westchnęła cicho, po czym z powrotem przeniosła wzrok na fale gubiąc go w nich na parę długich chwil. Ja spojrzałam w drugą stronę, na brzeg, po czym rzuciłam okiem na niebo, które przybrało postać szaro-burego koca przykrywającego słońce. Nie ulegało wątpliwości, że za najpóźniej godzinę lunie duży deszcz. Wyczuwałam to.&lt;br /&gt;
-Lepiej schrońmy się gdzieś aby nie przemoknąć.- powiedziałam nadal wpatrując się w chmury. Klacz ocknęła się z własnych myśli i skinęła głową na potwierdzenie. Ruszyłyśmy bok w bok rozglądając się za jakąś nadającą się do przeczekania deszczu kryjówką.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Kennedy?&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/06/od-nambikeyi-do-kennedy.html</link><author>noreply@blogger.com (Babilon)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-470989586899136780</guid><pubDate>Tue, 26 Jun 2018 10:12:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-06-26T08:26:02.382-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Stella</category><title>Od Stelli do Kosariusa...</title><description>Ten głos. Znałam go z kądś. Przypominał mi o przyjacielu, który poświęcił się dla nas... Oczy mam mokre. Czuję ciepłe łzy spływające po ciele. Zginął przez nas. Przeze mnie. Bo sam musiał się zmierzyć z potworami. Po dałam się dziabnąć. Czuję łapkę Hope`a na moim karku.&lt;br /&gt;
- Stella, proszę, nie płacz.&lt;br /&gt;
Delikatnie strząsam jego łapkę i mknę w stronę domu Arkadii. Zamykam się w łazience. Oparłam się bokiem o drzwi i zjechałam na dół, ukrywając łeb w kopytach. Łzy same płynęły. Nie mogłam nic na to poradzić. Pozostali wołali coś do mnie, ale po pięciu minutach dali sobie spokój. Zrozumieli, że muszę się wypłakać. Tylko Hope został prze drzwiami.&lt;br /&gt;
- Idź, proszę. - wołam do niego. - Nie potnę się, obiecuję.&lt;br /&gt;
Słyszałam, jak odchodzi.&lt;br /&gt;
Salvador. - mój przyjaciel. I likaona Daimond... Gdyby żył, wszystko byłoby w porządku. Prawie dotarliśmy do serca stada Clarisse... Mieliśmy dotrzeć tam w trójkę, z dajmonami.&lt;br /&gt;
Po kilku godzinach łzy przestały mi cieknąć, zabrakło mi na to wody w organiźmie. Moje oczy były suche i widać było pod nimi czarne, lekkie wory.&lt;br /&gt;
Włożyłam łeb pod kran.&lt;br /&gt;
I jeszcze ten głos... Czy to był on? W Arkadii? Jak dobrze pamiętam, Salvador nie miał siostry w Stadzie Clarisse...&lt;br /&gt;
Czuję płynącą wodę po łbie, spływającą mi do nozdrzy. Obmywam suche i swędzące oczy. Potem idę się zmierzyć ze spojrzeniami członków naszej sekty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;smutne? xd&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/06/od-stelli-do-arkadii.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-1755397608936006067</guid><pubDate>Wed, 20 Jun 2018 17:55:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-06-20T11:00:16.775-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Corr</category><title>Od Corra do kogoś...</title><description>Morze. Jak co wieczoru Corr czuł pod kopytami mokry piasek, nogi i grzbiet otoczone słoną wodą okrywały go niczym wielki koc, a przez nozdrza wlatywał zapach słonej wody. Podmuchy wiatru delikatnie wprawiały jego grzywę w zmiany położenia na jego szyi. Wycofał się na płytszą wodę. Jak co wieczór rozpalił ognisko i jak co wieczór zasnął nie do końca najedzony, a wręcz głodny, bo Ran jeszcze nie wrócił z polowania. To jego daimon zapewniał mu jedzenie i dotrzymywał towarzystwa. Corr potrzebował go. Był jego najlepszym przyjacielem. To on odwiódł go od samobójczych myśli, które teraz już rzadko nawiedzały młodego czerwonego ogiera. Ich przyczyna sięgała do źrebięcych lat Corr&#39;a. Nagle coś głośno huknęło. Corr szybko otworzył oczy. Zdał sobie sprawę, że to nic innego jak jego własny żołądek, domagający się czegoś do jedzenia. Wstał i się przeciągnął. Było około trzeciej nad ranem. Wiedział, że już nie zaśnie. Zmusił się do użycia mocy, której nienawidził. Zaświecił się własnym blaskiem. Ostatnimi resztkami sił zmusił się do nie podpalenia okolicy. Ruszył przed siebie. Musi znaleźć Randolfa i jedzenie.&lt;br /&gt;
~*****~&lt;br /&gt;
To drugie miał już za sobą. Skubnął jakiejś trawy, ale ta była nie dobra. Smakowała solą i raczej piaskiem niż zieleniną. Randi wracając z polowań zawsze zbierał dla Corr&#39;a świeżej trawy. No, ale solna trawa musiała wystarczyć. Wiedział, że Ran nigdy nie odchodzi bardzo daleko. Tak do trzydziestu kilometrów od plaży. Wtedy Corr go dostrzegł. Ryś był spętany w sieć myśliwską w taki sposób, że nie mógł się poruszyć by przeciąć jej pazurami. Oczywiście cały plan ratowania Randolfa z pełzł na niczym, gdy Corr postawił nogę w nie właściwym miejscu. Zaraz obok &quot;gniazda&quot; węży. Żmija, zapewne matka, ugryzła biedaka w nogę. Zarżał z bólu, po czym wyemitował bombę atomową w postaci płomieni buchających z grzbietu i wyleciał na polanę, pędząc na oślep. Panicznie bał się węży. Nagle zderzył się z jakimś koniem. Upadli na ziemię. Corr zmusił płomienie ostatnim wysiłkiem woli by zgasły, po czym zrobiło się czarno.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Heh, ktoś chętny? Z kim zderzył się Corr? Co działo się dalej? Wiem super długie to ono nie jest, ale będę się starać pisać dłuższe&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/06/od-corra-do-kogos.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-2893861679529016004</guid><pubDate>Tue, 19 Jun 2018 13:09:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-06-19T06:09:18.702-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Corr</category><title>Corr</title><description>&lt;b&gt;Zdjęcie:&amp;nbsp;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;a href=&quot;https://pre00.deviantart.net/71e8/th/pre/f/2013/020/4/f/your_home_by_avechomik-d5s43tj.jpg&quot; imageanchor=&quot;1&quot; style=&quot;margin-left: 1em; margin-right: 1em;&quot;&gt;&lt;img border=&quot;0&quot; data-original-height=&quot;400&quot; data-original-width=&quot;800&quot; height=&quot;160&quot; src=&quot;https://pre00.deviantart.net/71e8/th/pre/f/2013/020/4/f/your_home_by_avechomik-d5s43tj.jpg&quot; width=&quot;320&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;
&lt;b&gt;Płeć: &lt;/b&gt;ogier&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Tożsamość:&lt;/b&gt; Corr&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Data urodzenia:&lt;/b&gt; 25 listopada&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Wiek:&lt;/b&gt; 2 lata&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Aparycja:&lt;/b&gt; Corr to czerwony rumak od lat zakochany w morzu i słońcu. Każdego wieczoru, o zachodzie słońca idzie i przebiera nogami morskie fale. Wpatruje się w słońce. Już dawno powinien oślepnąć, ale widzi doskonale.&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Charakter:&lt;/b&gt; Z ogółu miły i cierpliwy. Jednak jego cierpliwość ma granice. Nie radziłabym go wkurzać. Lubi uczyć się nowych rzeczy. Fascynuje się słońcem i morzem.&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Umiejętności:&lt;/b&gt; Pływanie, przeskakiwanie dużych przeszkód do 2.80 metra, malowanie, szybkie bieganie, długotrwałe wpatrywanie się w słońce bez szkody dla wzroku, pojemny żołądek (XD).&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Cecha wyróżnienia konia:&lt;/b&gt; Wściekle czerwona maść mająca związek z umiejętnością prawie bezustannego wpatrywania się w słońce.&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Historia:&lt;/b&gt; To jedno wydarzenie z przeszłości od lat nie dawało mu spokoju. Pamiętał je jakby zdarzyło się nie dawno, a tak naprawdę minął już ponad rok....&lt;br /&gt;
&lt;i&gt;Wpatrywał się w słońce. Jak co wieczór. Ostatnie promienie dnia ogrzewały mu twarz, a oczy pragnęły wpuścić do środka jak najwięcej światła. Już dawno powinny go rozboleć. Jednak nic się nie działo. W końcu słońce znikło za horyzontem. Dopiero wtedy spostrzegł, że się pali. Niby wiedział, że to może się stać, ale nie brał tego na serio. Zazwyczaj dymiło mu lekko z nozdrzy i uszu. Teraz energia słońca - ogień wydobywał się z niego jak z pochodni. Płomienie zbliżały się do jego domu. W środku byli już dawno pogrążeni we śnie rodzice i ich daimony. Wiedział jednak że jeśli ruszy się z miejsca nie pomoże im. Ogień zaczął by wtedy coraz szybciej się zbliżać do granic miejsca, które Corr uwielbiał. Po za tym stawiał rodzinę na piętrze wyższym niż wpatrywanie się w słońce. Nakazywał energii słonecznej ustać, wchłonąć się w ziemie. Nie słuchała go. Lekcje panowania nad mocą poszły na marne. Cały świat się walił. Zaczął krzyczeć ile sił miał w płucach. Ale nikt mu nie odpowiedział. Reks nie przybiegł merdając ogonem, Brylant nie wydał żadnego miauknięcia. Spali zbyt mocno. Zaczął płakać. Nie uda mu się uratować rodziny... Nie umie ugasić tej energii. Przypomniał sobie, że jak się denerwuje jest jeszcze gorzej. Płomienie pochłonęły i jego...&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;
Łza spłynęła po policzku młodego ogiera. Niedługo po eksplozji znalazł drogę nad morze. To miejsce napawa go spokojem. Jest jego azylem na problemy. W morzu, nawet po zeszłorocznej tragedii... ...czuje, że żyje.&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Żywioł:&lt;/b&gt; Słońce/ogień (Corr nie jest pewny z czym ma do czynienia)&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Moce:&lt;/b&gt; Gromadzenie słonecznej energii i wybuchanie nią w momentach krytycznych, możliwość świecenia się własnym blaskiem (w sensie, kiedy jest nadmiar energii słońca Corr się świeci i może kogoś oparzyć XD), tworzenie &quot;ognisk&quot;.&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Daimon: &lt;/b&gt;ryś Randolf, znajomi mówią na niego Randi lub Ran&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Głos:&lt;/b&gt; taki głos.&amp;nbsp; ;)&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Rodzina:&lt;/b&gt; ojciec - niebieski ogier, Su (nie żyje) , matka - gniada klacz, Beza (nie żyje)&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;*Bóg:&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;*Zauroczony/a:&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Partner:&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Punkty statystyk:&lt;/b&gt; masz do rozdania 500&lt;br /&gt;
- Siła : 70&lt;br /&gt;
- Szybkość : 100&lt;br /&gt;
- Zwinność : 90&lt;br /&gt;
- Zręczność : 20&lt;br /&gt;
- Wiedza : 100&lt;br /&gt;
- Spryt : 70&lt;br /&gt;
- Mana : 50&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;*Inne: &lt;/b&gt;Unika ciasnych przestrzeni. Ma &quot;alergie&quot; na chłód i zimno oraz niezbyt piękną pogodę.&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;Autor:&lt;/b&gt; sasha54 / horsek@op.pl&lt;br /&gt;
&lt;b&gt;*Inne zdjęcia:&amp;nbsp;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;a href=&quot;https://wf4.xcdn.pl/files/13/07/31/253945_ZOO110111_HP20_83.jpg&quot; imageanchor=&quot;1&quot; style=&quot;margin-left: 1em; margin-right: 1em;&quot;&gt;&lt;img border=&quot;0&quot; data-original-height=&quot;480&quot; data-original-width=&quot;700&quot; height=&quot;219&quot; src=&quot;https://wf4.xcdn.pl/files/13/07/31/253945_ZOO110111_HP20_83.jpg&quot; width=&quot;320&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;
&amp;lt;------- to jest Randi ;)</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/06/corr.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-4115812605570535432</guid><pubDate>Fri, 08 Jun 2018 21:23:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-06-08T14:23:58.919-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Zara</category><title>Od Zary do Koryna...</title><description>&lt;i&gt;Mglista, ciemna postać się do niej zbliżała. Miała duży czarny płaszcz.W blasku księżyca widać było czerwone oczy, długie zębiska i złoto - brązową maść postaci. Ogier jednym kopycie miał ogromną kosę. Zbliżał się do niej z szalonym uśmiechem - z uśmiechem wariata. Zara stała tam, bezbronna i samotna pozostawiona na pastwę ukochanego. Ogier zaczął do niej podchodzić, ona oddalała się. Zara czuła, że nie ma siły walczyć z ukochanym koniem. Potknęła się i upadła. Ogier wyglądał na bardziej zadowolonego z tego faktu. Podszedł do niej, ona tylko patrzyła mu w oczy. Patrzyła mu w oczy, kiedy ją zabijał.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;
Zara obudziła się z krzykiem, a jej krzyk wkrótce przeobraził się w szloch. Nie było przy niej Koryna - ogier zawsze przybiegał, kiedy wyczuł krzywdę ukochanej. Zara nie do końca wiedziała, czy pragnie teraz jego obecności. Nie, żeby sen coś znaczył, Zara dobrze wiedziała, że koszmary i sny to ostatnie myśli przed snem, ale wolała po prostu pobyć sama przez jakiś czas. Wstała i poszła do jeziora. Ochlapała łeb wodą, aby się ożywić. Niewiele to dało. Wkrótce nie pamiętała połowy ze snu - i dobrze - pomyślała Zara. Nie zjadła śniadania. Nie miała na to ochoty. Poszła na jej ulubione wzgórze pustynne na terenie Koryna. Widziała z tam tond wszystko. Jezioro, zgliszcza, najbardziej zamieszkane przez nią miejsca.&lt;br /&gt;
- Cześć. - powiedział ktoś za nią. Ona odwróciła się. Za nią stał Koryn. Nie poruszyła się. Patrzyła mu w oczy. Teraz już wiedziała. W śnie to nie był on. Najprawdopodobniej była to ta drobna, niewidoczna skaza w Korynie - wada, która zawsze będzie mu dokuczać. Zemsta.&lt;br /&gt;
Nie uśmiechała się. On też nie. Usiadł przy niej, zachowując dystans.&lt;br /&gt;
- Nic nie powiesz? - zapytał cicho.&lt;br /&gt;
- Co mam powiedzieć?&lt;br /&gt;
Ogier utkwił wzrok w jeziorze.&lt;br /&gt;
- Że mnie nienawidzisz.&lt;br /&gt;
Milczała. Odpowiedziała dopiero po długiej chwili.&lt;br /&gt;
- Nie da się kogoś kochać i nienawidzić jednocześnie. A może się się da. Nie wiem. Wiem, że nie czuję nic w stosunku do ciebie, nic prócz... Miłości, tęsknoty, zaufania i oddania.&lt;br /&gt;
Teraz on zamilkł. Zara delikatnie położyła kopyto na jego ramieniu. On spojrzał na nią. Przypomniał sobie te oczy w których się zakochał, ten charakter, tą maść, która była dla niego jak senne marzenie.&lt;br /&gt;
- Myślisz, że ty jesteś złym koniem? Spójrz na mnie. Kradłam. Zdarzało mi się bić. Rabować. Szantażować.&lt;br /&gt;
Zbliżyła się do niego. Koryn położył swoje kopyto na grzywie klaczy, bawiąc się czarnymi kosmykami włosów ze srebrnymi wstążkami. Ona ułożyła swój łeb na szyi ukochanego. Podeszli do siebie jeszcze bliżej. Ogier złapał delikatnie kopyto klaczy i zaczął składać pocałunki na nadpręciu klaczy. Zara czuła każdy jego dotyk. I pragnęła więcej. - po raz pierwszy w życiu chciała doznać tego uczucia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Koryn? Onieśmieliłam cię? NIE zrobili tego&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/06/od-zary-do-koryna.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-8252126546332603809</guid><pubDate>Sun, 03 Jun 2018 18:25:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-06-03T11:25:37.851-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Koryn</category><title>Od Koryna do Zary...</title><description>Co mnie napadło, do licha? Coś mnie opętało, jeszcze nigdy nie czułem w swym sercu takiej ciemności jaką czułem zaledwie parę godzin później. Teraz stałem nad jeziorem wpatrując się w jego przejrzystą taflę. Zawiodłem ją, zawiodłem Zarę. Gdyby mnie nie powstrzymała, stałbym się nie lepszy od tych, co wrzucili ją do tego lasu. Zdałem sobie sprawę, że utraciłem wtedy zdolność logicznego myślenia, jakby nie było to moje ciało...Nie wierzę, że mógłbym kiedykolwiek zrobić coś tak okropnego. Wyrzuty sumienia przygniotłyby moją duszę do ziemi i pociągnęły w dół, na samo dno. Zaplątałbym się w mrok i stałbym się samotnikiem, już nigdy nie spojrzałbym żadnemu z przyjaciół w oczy bojąc się ich strachu. Miałem w głowie jedną myśl: czy baliby się mnie, że ich też zabiję? Zamknąłem oczy i potrząsnąłem szaleńczo głową. Nie! To nie byłem ja. A może...Och, czy to musi być takie trudne? A może to byłem ja, opętany szaleńczą myślą morderstwa tych, co chcieli skrzywdzić Zarę? Przed godziną odprowadziłem ją do jej kwatery i kiedy upewniłem się, że zasnęła, odszedłem. Teraz skoczyłem w wodę rozpryskując wokół miliony kropelek i pognałem w jej głąb, chcąc na chwilę zapomnieć o moim ogromnym błędzie. Chciałem poczuć na sobie jej orzeźwiający chłód, który pomógłby mi pozbierać myśli. Przepłynąłem całe jezioro, nie zawracając sobie głowy biegiem po falach. Potrzebowałem odrobiny wysiłku fizycznego. Czy muszę być takim durnym baranem? Wiedziałem, że niektórych nie obchodziłoby to zupełnie, ale na mojej duszy ciążył strach. Mogłem kogoś zabić! Przed dotarciem do jeziora wróciłem aby przekonać się czy strażnik nie żyje. Całe szczęście stracił tylko przytomność. Zaniosłem go do zielarki, która opatrzyła go, po czym stwierdziła, że gdy się ocknie, nie będzie nic pamiętał.&lt;br /&gt;
Kiedy wybiegłem z wody ruszyłem z pełną prędkością wzdłuż niego raz po raz wystrzeliwując kopytami w powietrze i rżąc z gniewu. Idiota, okrutnik, morderca...&lt;br /&gt;
-Nie!- wrzasnąłem na całą plażę nie obawiając się, że ktoś mnie usłyszy. Wszyscy spali, a w pobliżu nie było nikogo, mogłem więc robić i krzyczeć co chcę. Grzywa zakryła mi oczy, ale nie chciałem patrzeć przed siebie. Co przyniesie jutro? W cwale jak najmocniej uderzałem kopytami o podłoże, wierzgając co parę chwil. Chciałem się zmęczyć, bardzo, abym mógł zasnąć i na razie o tym nie myśleć. Żeby nie mieć przed oczami prawie popełnionej ogromnej winy...Ach! Stanąłem dęba i wryłem się głęboko w piasek rozrzucając go naokoło. Przylepił się do mojego brzucha i nóg, ponieważ nie zdążyłem jeszcze wyschnąć. Sam nie wiedziałem ile trwał ten mój bieg, lecz z pewnością ponad godzinę. Teraz czułem się tak jakbym nie miał sił na nic oprócz snu. Zwaliłem się ciężko na ziemię nie dbając o to czy mnie to zaboli i odpłynąłem w niespokojny sen, tam, gdzie akurat się zatrzymałem.</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/06/od-koryna-do-zary.html</link><author>noreply@blogger.com (Babilon)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-2631321641931290967</guid><pubDate>Wed, 23 May 2018 15:25:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-23T08:25:38.134-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Arkadia</category><title>Od Arkadii do Stelli....</title><description>-Och - odpowiedziałam. Wszystko zaczęło mi się powoli składać z całość. Moje trybiki latały na najwyższych obrotach. Analizowałam wszystko. I... Wiedziałam już co się stało...&lt;br /&gt;
-Salvador nie zginął, to znaczy niedokońca, jego ciało i część duszy tak, ale jeden fragment musiał się przeciwstawiać śmierci i wylądował tu... We mnie. - kontynuowałam moje &quot;Oh&quot;. - Niektóre dusze tak potrafią. Z tego co czytałam ma się przy tym majaki oraz trzeba mieć dużą siłę woli... Ciekawe jak to jest w praktyce...&lt;br /&gt;
-O nie! Arkadii włączył się tryb naukowca! - prawie wywrzeszczał Kiki z przerażeniem, który dotąd siedział cicho.&lt;br /&gt;
-To twój szczurek mówi? - zapytała Stella.&lt;br /&gt;
-Czasami. Jeśli ma ochotę. - uśmiechnęłam się.&lt;br /&gt;
&lt;i&gt;~Wiesz mi Ar, w praktyce to nie jest takie fajne. Ale z tymi majakami miałaś rację.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;
-Co to było??!! - teraz to ja wrzeszczałam.&lt;br /&gt;
-Co? - zapytał Koryn.&lt;br /&gt;
-No ten głos.... - zdążyłam odpowiedzieć zanim ogarnęła mnie ciemność. Na szczęście chwilowa. Zaraz otwarłam oczy. -Kiki podaj mi coś na ból głowy. - I wtedy oczy zamknęły mi się na prawdopodobnie dłużej niż 2 minuty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Stella? Takie dialogowe opko.&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/od-arkadii-do-stelli.html</link><author>noreply@blogger.com (Babilon)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-8483917875236090753</guid><pubDate>Sun, 20 May 2018 14:28:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-20T07:28:28.801-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Info</category><title>INFO</title><description>Jadę na Zieloną Szkołę i nie będzie mnie do soboty. Opka na ten okres wysyłajcie do moderatorki, która przejmie moje przywileje xd. Tak więc, wybaczcie, ale... Założę się, że w hotelu będzie beznadziejny internet i nie będę mieć czasu na odpisywanie czy dodawanie opek. Życzę powodzenia, Babilon, w kierowaniu blogiem na ten czas.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
nigarkarfa</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/info.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-3308704785877114719</guid><pubDate>Sun, 20 May 2018 14:20:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-20T07:20:50.929-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Miiko</category><title>Od Miiko do Shaytana...</title><description>Uśmiecham się do Shaytana. Prowadzę go do Zielonego Lasu. Są tam bujne roślinności i piękne zamszone wąwozy. Przechodzimy przez Łąkę Zakochanych. Nagle, przede mną&amp;nbsp; ktoś krzyczy BU! Ja potykam się i upadam do tyłu.&lt;br /&gt;
- Bardzo śmieszne, Shanti. - mówię do diabła tasmańskiego.&lt;br /&gt;
Shanti zaczęła brykać wokół nas.&lt;br /&gt;
- Ha! Ale dałaś się podejść! - zachichotała i podeszła do przedstawicieli innej płci. - Cześć! Jestem Shanti, daimona Miiko!&lt;br /&gt;
- Fajnie cię wreszcie poznać. - Crux podszedł do niej. - Gdzie byłaś przez cały ten czas? Bo wiesz, dużo się działo.&lt;br /&gt;
- Ach. - Shanti przybrała rozmarzony ton głosu. - Obiecajcie, że nikomu nie powiecie... - Obiecujemy, a ona mówi znowu. - Byłam za granicą. Okryłam coś nowego. Nowe stado.&lt;br /&gt;
- Ognia? - wypalam, a ona przecząco porusza głową.&lt;br /&gt;
- Nie... - Shanti się skrzywiła. - Nie byli płomienni, tylko przyjaźnie nastawieni. Te stado nazywało się Stado Stella Divina.&amp;nbsp; Spotkałam po raz pierwszy konie ze stada miesiąc temu. Teraz... Stado Ognia zrobiło tam niezły ro*pier*ol. I nie wiadomo, czy nadal istnieje. - westchnęła. - Boję się tylko, że jak Stado Ognia opanuje tereny Stella Divina, to zaatakują Disasters Horses.&lt;br /&gt;
Zapanowała markotna cisza.&lt;br /&gt;
- Ale mamy wojsko. Możemy się przygotować. Stella Divina zostało pewnie zaatakowane z zaskoczenia. - mówię, aby dodać wszystkim otuchy.&lt;br /&gt;
- Masz rację, naprawdę tak było. Widziałam, jak ich atakowali. Uciekłam, gdy zrozumiałam, że to koniec Stada Stella Divina.&lt;br /&gt;
- Oby nie było tak z nami. - westchnął Shaytan, który przyjął słowa mojej przyjaciółki ze stoickim spokojem. - A cobyście zrobili, gdyby... Nie mówię, że to się stanie... Ale gdyby Disasters Horses upadło, a wszyscy mieszkańcy musieliby się włączyć do Stada Ognia?&lt;br /&gt;
- Walczyłybyśmy. - powiedzieliśmy razem z Shanti.&lt;br /&gt;
- O, doszliśmy do Zielonego Lasu. - pokazuję wszystkim las. - To chodźcie się zabawić w chowanego!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;XD Shaytan?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/od-miiko-do-shaytana_20.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-2010772706107626685</guid><pubDate>Thu, 17 May 2018 18:24:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-17T11:34:52.856-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Zara</category><title>Od Zary do Koryna...</title><description>Ciemne pasmo nocy okryło horyzont. W granatowej tafli jeziora na terenie Koryna odpijały się błyszczące gwiazdy, a srebrny talar księżyca oświetlił idące postacie. W jasnym świetle księżyca widać było szczupłą karuskę i gniadego umięśnionego ogiera. Obie postacie miały długie, czarne płaszcze. Gniady szedł pewnie na północ, karuska ruszyła pospiesznie za nim. Krzyczała coś do niego, ale on jej nie słuchał, tylko parł przed siebie. Doszli o samych granic. W świetle księżyca nieopodal ujrzeli strażników. Dwa konie skuliły się za wielką skałą. Gniady wyjął coś zza wielkiego płaszcza, na co karuska jęknęła bezgłośnie. Gniady zaczął się zwinnie skradać chowając się w zgliszczach. Karuska po chwili otępienia ruszyła za nim. Ogier doszedł cicho do strażnika i z zaskoczenia powalił go wielkim kijem zakończonym naostrzonym kamieniem. Klacz wydała zduszony okrzyk i krzyknęła coś do ogiera. Ten to zignorował i rozejrzał się wokoło, czy inni nie byli blisko, ale widział ich z oddali. Ponaglił klacz i razem popędzili cwałem główną drogą. Dotarli do Wielkiego Drzewa w Sercu Stada.&lt;br /&gt;
- To tutaj mnie sądzili. - powiedziała Zara, kara klacz, wskazując na drewniane podwyższenie koło drzewa.&lt;br /&gt;
- Jak wyglądali? - spytał zimno Koryn. - Kto chciał cię zabić?&lt;br /&gt;
Klacz spojrzała na niego spode łba rozmyślając, czy to dobry pomysł powiedzieć o tym ogierowi, który domaga się za nią zemsty. Koryn ponaglił ją,&lt;br /&gt;
- Biały ogier z rogiem i zielona skrzydlata klacz. Ogier miał szarą bliznę na oku, a zielona miała takie warkoczyki z żółtymi pasemkami w grzywie i ogonie. - Zara mogłaby przysiąc, że ujrzała w oczach ogiera błysk.&lt;br /&gt;
- Znam go. To chory sadysta. Ta zielona to pewnie Hyacintha, jego żona. Wiem gdzie mieszkają. Chodź! - pociągnął karuskę lekko za grzywę i pobiegł w stronę części mieszkalnej. Zara starała się nadążyć za ogierem, już raz prawie go zgubiła, a poza tym chciała wiedzieć, co jej ukochany gotów był im zrobić.&lt;br /&gt;
Koryn zatrzymał się przed wielkim, szarym budynkiem. Okrążyli go, szukając otwartych okien, które po chwili znaleźli. Weszli do środka jak cienie. Przemknęli do ,,sypialni``, w której leżeli razem zielona i albinos. Ogier rzeczywiście miał bliznę na oku. Koryn zrobił krok w jego stronę. W jego oczach klacz widziała samą nienawiść. Klacz złapała go za grzywę.&lt;br /&gt;
- Koryn, proszę! - jęknęła, ale on jej nie słuchał. Wyrwał się i podszedł o białasa. Uniósł dzidę koniec kierując w śpiącego.&amp;nbsp; Karuska zaczęła szlochać. Jej ukochany stanie się zaraz mordercą. Już miał wbić dzidę w ogiera, gdy Zara wbiegła przed niego. Ledwo wyhamował kończynę, jednak nie zranił ukochanej.&lt;br /&gt;
- Koryn, staniesz się mordercą! On chciał mnie posłać na śmierć, bo na to zasłużyłam. też bym tak zrobiła na jego miejscu. Ty mnie przemieniłeś; nie pozwól, żeby ta nienawiść do niego przemieniła ciebie. Daj mi to... Proszę, kochanie... - Zara spojrzała w oczy Korynowi. Spokojnie uniosła kopyto i najwolniej jak mogła wzięła od niego broń, którą cisnęła w kominek. Odwróciła się od niego, wzięła krzemień leżący na kominku i pomimo, że było prawie lato zapaliła kominek w którym spłonęła dzida. Koryn podszedł do niej. Wpatrzył się w kominek. Nie widziała już w jego oczach nienawiści, tylko skruchę. Ich kopyta się razem splotły.&lt;br /&gt;
- Zmywajmy się stąd. - zaproponowała karuska.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Koryn?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/od-zary-do-koryna.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-6555490698501440123</guid><pubDate>Wed, 16 May 2018 16:11:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-16T09:11:34.940-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Shaytan</category><title>Od Shaytana do Miiko...</title><description>Wpierw odczułem ulgę, iż nie zna pełnej, prawdziwej wersji historii, po czym wzruszyłem tylko ,,ramionami&quot;.&lt;br /&gt;
— Zawsze bywa gorzej. Świat potrafi zafundować coraz to nowe tortury. - uśmiechnąłem się pod nosem, wpatrując się w gęste, intensywnie zielone zarośla będące mieszkaniem dla rzeszy ptaków, kryjówką wszelkich ssaków i, stety niestety, całych chmar owadów, które reagowały na najmniejsze muśnięcie. W zimie zapewne nie wyglądało to tak pięknie. Może będę miał okazję się przekonać? Wędrowaliśmy dalej, a ciszę przerywały tylko objaśnienia Miiko na temat całej struktury stada, co było jednocześnie ciekawe i typowe. Wtem z leśnej gęstwiny wyskoczył prosto w moją stronę szaro-brązowy kształt, a raczej smuga. Odskoczyłem, jednak o wiele mniej zaskoczony niż moja towarzyszka która próbowała już samoobrony. Crux natomiast przysiadł zadowolony z siebie na moim grzbiecie z uśmieszkiem na pysku.&lt;br /&gt;
— Ty! - krzyknęła gniewnie klacz.&lt;br /&gt;
— Niespodzianka! - wyrecytował śpiewnie. W zamian za ten wybryk trzasnąłem go ogonem. Kot prychnął, ale nie ruszył się z miejsca, czyszcząc łapę.&lt;br /&gt;
— Możemy iść. Jeżeli chcesz, możesz spuścić z niego trochę energii. - zaproponowałem spokojnie.&lt;br /&gt;
— Ha! Znam świetne miejsce. - karuska ruszyła przed siebie raźnym krokiem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Miiko? Wena nie idzie&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/od-shaytana-do-miiko_16.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-3224173857153956761</guid><pubDate>Mon, 14 May 2018 15:33:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-14T08:33:39.707-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Kennedy</category><title>Od Kennedy do Nambikei...</title><description>Kennedy prowadziła ją zakręconą ścieżką na klif. Klacz była zaskoczona, że tak wysoko da się mieszkać. Dotarły na klif. Na szczycie klifu zamiast piachu i ziemi pod kopytami widać było ogromną skałę.&lt;br /&gt;
- Już ? - pyta z nadzieją Namy. Kennedy odpowiada, że nie. Zakręcają i pną dalej w górę. Kennedy miała nadzieję, że jej znajoma nie żałuje. Wreszcie, na samym czubku pojawiła się wygodna jaskinia, w której mieszkała. Podeszły do krawędzi i gapiły się na morze. Nagle Kennedy zauważyła na plaży ogiera o maści podobnej do spokojnych fal morza. Zatrzymała się na nim wzrokiem. Nigdy z nim nie rozmawiała, ale bywał tu często. Namy podążyła za nią wzrokiem i zauważyła ogiera.&lt;br /&gt;
- Podoba ci się? - spytała swoją towarzyszkę. Kennedy nie odpowiedziała. Tak bardzo chciałaby do niego zagadać... Namy rozpromieniła się.&lt;br /&gt;
- Rany, oczywiście, że tak! Jesteś w nim zakochana po uszy!&lt;br /&gt;
Zapadła cisza. Kennedy nie spuszczała wzroku z ogiera.&lt;br /&gt;
- Coś jest nie tak, co? - spytała z nutką smutku w głosie Namy.&lt;br /&gt;
Kennedy rozpłakała się na dobre. Łzy płynęły po jej policzkach.&lt;br /&gt;
- Jak ja mam do niego zagadać?! Z tą...! - ostatnie słowo Namy nie usłyszała, bo Kennedy dostała czkawki. Klacz wskazała na swój kłąb i skrzydła. Namy zrozumiała, że chodzi o maść.&lt;br /&gt;
- Jest fajna. - powiedziała cicho.&lt;br /&gt;
- Kłamiesz. - chlipnęła Kennedy i usiadła na podłodze.&lt;br /&gt;
- Serio. - Namy ciągnęła dalej temat nie poruszając się. Kennedy zaczęła wycierać łzy, które skapywały na jej ciało.&lt;br /&gt;
- Idź już. - powiedziała klacz zimnym i szorstkim głosem nie spogląda wszy na nią.&lt;br /&gt;
Namy się skrzywiła. Kennedy ją wyganiała? Próbowała do niej zagadać, że ma fajną maść i w ogóle, ale klacz wyraźnie myślała, że Namy sobie z niej żartuje.&lt;br /&gt;
- Wynocha! - krzyknęła Kennedy wyprowadzona z równowagi.&lt;br /&gt;
Namy odskoczyła zdumiona od klaczy. Po chwili odeszła zostawiając ją samą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Nambikeya?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/od-kennedy-do-nambikei.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-5050099851328360658</guid><pubDate>Mon, 14 May 2018 15:02:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-14T08:07:18.366-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Miiko</category><title>Od Miiko do Shaytana...</title><description>Był piękny dzień,&amp;nbsp; my przechadzaliśmy się leniwie po sercu stada. W pewnym momencie zatrzymałam się i kopytem wskazałam jeden duży dom, który stał w centrum.&lt;br /&gt;
- Tu jest lecznica. - mówię. - Pracuje tu moja przyjaciółka, Stella. Już ją poznałeś. Możesz tu przyjść gdy będziesz miał jakąś ranę, ból głowy, skręconą kończynę, czy też inne... Sprzedają też wyroby zielnicze - w tym eliksiry - ale są płatne.&lt;br /&gt;
Ogier kiwnął głową.&lt;br /&gt;
- Eliksirów nie potrzebuję, a kuruję się sam.&lt;br /&gt;
Uśmiecham się do niego. Mam tak samo. Idę po pomoc, gdy sama nie daję rady. Idziemy dalej główną drogą do wielkiego drzewa.&lt;br /&gt;
- Tu odbywają się zgromadzenia. - mówię nie zatrzymując się. Wchodzimy w część mieszkalną. Widzimy małe domki wybudowane w równych szeregach.&lt;br /&gt;
- Tu są domy. - mówię. - Ale niektórzy, jak ty i parę innych wolą żyć samodzielnie. Ja praktycznie też, mam domek przy samej południowej granicy serca stada. Kupiłam go od władz, po jakimś strażniku, który no... E... Wykorkował pół roku temu. Był po zaniżonej cenie, bo popadał w ruinę. E... Nie za dużo gadam? - spytałam się rozglądającego ogiera, który po moim pytaniu odwrócił się w moją stronę.&lt;br /&gt;
- Nie. Mów dalej.&lt;br /&gt;
Zaczęłam opowiadać mu o tym, jak się tu wprowadziłam. Wkrótce jednak, rozmowa przeszła na moją przeszłość. Fajnie było z kimś o niej porozmawiać. Myśląc o rodzicach, dotarło do mnie, że Shanti dziś wraca.&lt;br /&gt;
- No... A twoja przeszłość? Co robiłeś, zanim tu trafiłeś? - już myślałam, że przebiłam jego czuły punkt. Że swoją ciekawością przekroczyłam tą cienką granicę. Ale ogier się nie zdenerwował, ba, uśmiechnął się i zaczął opowiadać o pożarze w lesie, siostrze, mamie i walce. Kiwam łbem.&lt;br /&gt;
- Stary, współczuję... Miałeś zasraną przeszłość, nie to, co ja...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Shaytan?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/od-miiko-do-shaytana_14.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-6473598132237948203</guid><pubDate>Sun, 13 May 2018 15:03:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-13T08:03:22.548-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Koryn</category><title>Od Koryna do Zary...</title><description>Zara chrząknęła niepewnie, kiedy szybko się rozłączyliśmy. Terenis puściła do mnie oczko z chytrym uśmiechem, po czym rozpostarła skrzydła i wzniosła się wysoko ponad nasze głowy. Spląt przerzucał na nas spojrzenia, z Zary na mnie i z powrotem.&lt;br /&gt;
-Więc...czy chce mi ktoś wyjaśnić co tu się właśnie wydarzyło?- zapytał z lekko zmarszczonymi brwiami. Spojrzeliśmy z klaczą na siebie, a Zara odparła:&lt;br /&gt;
-Jak widać, pocałowaliśmy się.- pies uniósł brwi, ale odpuścił i zostawił ten temat.&lt;br /&gt;
-Przyniosę ci trochę ziela na nadal leczące się twoje rany.- mruknął tylko i odszedł. Obrzuciłem się uważnym spojrzeniem. No tak, miałem pewne urazy przez ten przeklęty pożar. Wszystko mnie bolało, ale myśl, że odzyskałem Zarę jakby ulżyła mi. Była bezpieczna i to było ważne. A ja powoli będę się leczył, a wtedy wrócimy i skopiemy tyłki tej grandzie bandzie, która wysłała tu klacz. Póki co jednak mogłem sobie pomarzyć. Czułem jak powieki mi ciążą, jakby coś siłą ciągnęło je ku dołowi, a moja świadomość stopniowo ustępowała przynoszącemu leczenie snu.&lt;br /&gt;
-Chyba się prześpię.- mruknąłem cicho i oparłem swobodnie głowę na ziemi. Mimo wiadomych niedogodności, było mi całkiem miło. Pośród lasu, pod błękitnym sklepieniem, z którego lało się przyjemne ciepło i z klaczą, która skradła mi serce. &lt;i&gt;Chyba jakoś przeżyję. &lt;/i&gt;Pomyślałem nieco rozbawiony, po czym puściłem ostatnie hamulce i odpłynąłem w świat pięknych marzeń sennych, ale i przerażających koszmarów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przez większość czasu śnił mi się ogień. Krwisto-czerwony, z odrobiną wściekłego pomarańczu rozprzestrzeniający się aż po horyzont, strzelający śmiercionośnymi jęzorami wysoko w okryte czarnym dymem powietrze. Pływałem w ogniu, ale nie czułem bólu. Miałem wrażenie jakbym znajdował się wśród mojego żywiołu, w wodzie, tylko, że nie przyjemnej, chłodnej, ale ciepłej jak zupa. Pływałem i pływałem, nie mogąc wydostać się. Potem przeniosłem się w ciemność, lecz tak czarną i wyrazistą, że czułem się przytłoczony. Stałem tak, nie mogąc się ruszyć. Nagle znikąd dobiegł mnie głos, który rozpoznałbym wszędzie- to Zara. Wystrzeliłem do góry rozpościerając skrzydła i nagle się obudziłem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Zara?&amp;gt;</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/od-koryna-do-zary.html</link><author>noreply@blogger.com (Babilon)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-4838390790503801928</guid><pubDate>Sun, 13 May 2018 14:39:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-13T07:39:45.955-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Nambikeya</category><title>Od Nambkeyi do Kennedy...</title><description>Kiedy słońce zniknęło za horyzontem, a na niebie jeszcze widać było jego złotawo-pomarańczowe promienie wstałam i rzekłam do nowo poznanej klaczy, z którą spędziłam w ciszy trochę czasu:&lt;br /&gt;
&lt;div&gt;
-Chodźmy, słońce już zaszło.- podniosła na mnie niepewny wzrok i lekko skinęła głową, po czym uniosła się na nogi. Dołączyłam do stada niedawno, zaledwie parę dni temu i nie znałam tu jeszcze nikogo, choć widziałam inne konie. Obca klacz, z którą pożegnałyśmy nieszczęsną, wydawała się niespokojna, a jej wzrok wędrował ku ziemi. Widziałam również jak zerka na mnie kątem oka i zaraz spuszcza wzrok. Zastanowiło mnie to, ale póki co dałam temu spokój.&lt;br /&gt;
-Mieszkasz blisko?- spytałam się jej.&lt;br /&gt;
-Po drugiej stronie plaży.&lt;br /&gt;
-Chcesz aby cię odprowadzić?- rzuciła mi niespokojne spojrzenie i spojrzała w stronę, gdzie przed chwilą było słońce. Ściemniało się bardzo szybko, światło na niebie zanikało z każdą sekundą.&lt;br /&gt;
-Tak.- mruknęła cicho.&lt;br /&gt;
-W takim razie prowadź.- klacz ruszyła szybkim krokiem przed siebie, a ja za nią. Przez większość czasu szłyśmy w ciszy, a kiedy ciemność całkowicie zaległa nad światem nieznajoma spytała się mnie:&lt;br /&gt;
-Jak masz na imię?&lt;br /&gt;
-Nambikeya.- odparłam, a zaraz potem dorzuciłam.- Także Krastacjata. A ty?- moja towarzyszka obejrzała się na mnie i odparła.&lt;br /&gt;
-Kennedy.&lt;br /&gt;
-Miło mi.- skinęłam głową i przekrzywiłam głowę.&lt;br /&gt;
-Co myślisz o biegu? Galop po plaży w nocy zawsze daje mi radość.- zaproponowałam przyspieszając kroku aby zrównać się z nowo poznaną. Po paru sekundach skinęła lekko głową i&amp;nbsp; mogłam wyczuć, że nieco się rozluźniła.&lt;br /&gt;
-W takim razie ruszajmy.- rzuciła i puściła się galopem, a ja skoczyłam za nią. Biegłam tuż obok niej nie chcąc jej wyprzedzać, w międzyczasie rzucając jej uważne, lecz ukryte spojrzenia. Wydawała się trochę niepewna i nieco przygnębiona. Sprawiała wrażenie jakby chciała ukryć się pod ziemią. Czy jest nieśmiała czy też czegoś się boi? Mimo ciemności widziałam ją całkiem dobrze. Ubarwienie klaczy było bardzo ciekawe i szczerze mówiąc, podobało mi się. Kolory na jej sierści mieszały się ze sobą tworząc miłe oku wzory, a skrzydła zwinięte ciasno na grzbiecie trzepotały pod wpływem silnej nadmorskiej bryzy. Bieg wyraźnie podziałał na nią dobrze, a ja ucieszyłam się z tego, sama nie wiem czemu. Księżyc oświetlał nam drogę, kopyta zapadając się w piasku wydawały cichy mlask, a woda rozpryskiwana przez nasze nogi ochlapywała nam brzuch. I gnałyśmy tak po plaży, w zupełnym milczeniu słysząc tylko szum w uszach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;lt;Kennedy?&amp;gt;&lt;/div&gt;
</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/od-nambkeyi-do-kennedy.html</link><author>noreply@blogger.com (Babilon)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-5762032813695105265.post-3569823861936628036</guid><pubDate>Fri, 11 May 2018 16:45:00 +0000</pubDate><atom:updated>2018-05-11T09:45:11.024-07:00</atom:updated><title>XDXDXDXDXDXDXD</title><description>&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;a href=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjmAT_d31Vx_JqREAOwiFjhrYw93SO6DNIyu4XH_3qxqYucypNLUYmAoF4A9plxkcr8xSk73fneXrTwZctPelEyFA0ImtfAXy4a3PyQKT0QLJmCWlEJyJ78wiEz_F1MbBREtsi-9_r4ZD3G/s1600/image+%25282%2529.jpg&quot; imageanchor=&quot;1&quot; style=&quot;margin-left: 1em; margin-right: 1em;&quot;&gt;&lt;img border=&quot;0&quot; data-original-height=&quot;1600&quot; data-original-width=&quot;1200&quot; height=&quot;640&quot; src=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjmAT_d31Vx_JqREAOwiFjhrYw93SO6DNIyu4XH_3qxqYucypNLUYmAoF4A9plxkcr8xSk73fneXrTwZctPelEyFA0ImtfAXy4a3PyQKT0QLJmCWlEJyJ78wiEz_F1MbBREtsi-9_r4ZD3G/s640/image+%25282%2529.jpg&quot; width=&quot;480&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie skomentuję...</description><link>http://disasters-horses.blogspot.com/2018/05/xdxdxdxdxdxdxd.html</link><author>noreply@blogger.com (nigarkarfa)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjmAT_d31Vx_JqREAOwiFjhrYw93SO6DNIyu4XH_3qxqYucypNLUYmAoF4A9plxkcr8xSk73fneXrTwZctPelEyFA0ImtfAXy4a3PyQKT0QLJmCWlEJyJ78wiEz_F1MbBREtsi-9_r4ZD3G/s72-c/image+%25282%2529.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></item></channel></rss>