<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<?xml-stylesheet type="text/xsl" media="screen" href="/~d/styles/atom10full.xsl"?><?xml-stylesheet type="text/css" media="screen" href="http://feeds.feedburner.com/~d/styles/itemcontent.css"?><feed xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearch/1.1/" xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0" xmlns:feedburner="http://rssnamespace.org/feedburner/ext/1.0" gd:etag="W/&quot;AkMDR307eSp7ImA9WhRUF0U.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763</id><updated>2012-01-28T23:07:56.301+01:00</updated><category term="Kino Francuskie" /><category term="Pop" /><category term="Free Improvisation" /><category term="Post-Punk" /><category term="Avant-prog" /><category term="Kino Afrykańskie" /><category term="Kino Japońskie" /><category term="Thrash Metal" /><category term="Krótki metraż" /><category term="Kino Portugalskie" /><category term="Kino Greckie" /><category term="Jazz-Pop" /><category term="Dream Pop" /><category term="Kino Amerykańskie" /><category term="ambient pop" /><category term="Film" /><category term="Kino Niemieckie" /><category term="Darkwave" /><category term="Dark Ambient" /><category term="Blues" /><category term="Synth pop" /><category term="Minimal Techno" /><category term="Slowcore" /><category term="Hip Hop" /><category term="Indie Rock" /><category term="Wysypisko" /><category term="Jazz" /><category term="Death Metal" /><category term="Noise Rock" /><category term="Kino Włoskie" /><category term="Folk Rock" /><category term="Awangarda" /><category term="Sophisti-pop" /><category term="Ambient Techno" /><category term="Barokowy pop" /><category term="Kino Duńskie" /><category term="Indie Pop" /><category term="Kino Chińskie" /><category term="Soul" /><category term="Britpop" /><category term="Kino Koreańskie" /><category term="Ambient" /><category term="Chamber Pop" /><category term="Punk Blues" /><category term="Psychodeliczny folk" /><category term="Kino Australijskie" /><category term="Art Pop" /><category term="Doom Metal" /><category term="Industrial Rock" /><category term="Kino Hiszpańskie" /><category term="Folk" /><category term="RIO" /><category term="Experimental Rock" /><category term="Kino Brytyjskie" /><category term="Kino Czeskie" /><category term="Rock progresywny" /><category term="Kino Belgijskie" /><category term="Trip Hop" /><category term="Chillwave" /><category term="Soft Rock" /><category term="Muzyka" /><category term="R'n'B" /><category term="Kino Kanadyjskie" /><category term="Lista" /><category term="Neofolk" /><category term="alternatywny pop" /><category term="Serial" /><category term="Progresywny Metal" /><category term="IDM" /><category term="Gotycki metal" /><category term="Experimental" /><category term="Sludge Metal" /><category term="Kino Austriackie" /><title>DYLETANCI</title><subtitle type="html">Blog muzyczno-filmowy</subtitle><link rel="http://schemas.google.com/g/2005#feed" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/posts/default" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/" /><link rel="next" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default?start-index=26&amp;max-results=25&amp;redirect=false&amp;v=2" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><generator version="7.00" uri="http://www.blogger.com">Blogger</generator><openSearch:totalResults>143</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="self" type="application/atom+xml" href="http://feeds.feedburner.com/Dyletanci" /><feedburner:info uri="dyletanci" /><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="hub" href="http://pubsubhubbub.appspot.com/" /><entry gd:etag="W/&quot;AkYNSHg-fyp7ImA9WhRUEkk.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-1110667182369102154</id><published>2012-01-22T16:30:00.007+01:00</published><updated>2012-01-22T17:03:19.657+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2012-01-22T17:03:19.657+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><title>Double bill</title><content type="html">&lt;p align="justify"&gt;Kilka zdań o dwóch horrorach:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-DySQzGs0RnM/Txwxl5hDMpI/AAAAAAAABFc/twB5Z3DsR-Y/s1600/cropsey.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 216px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-DySQzGs0RnM/Txwxl5hDMpI/AAAAAAAABFc/twB5Z3DsR-Y/s320/cropsey.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5700485755508568722" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Cropsey, reż. Barbara Brancaccio / Joshua Zeman, rok 2009&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokument "Cropsey" przedstawia ciekawą miejską legendę o tajemniczym porywaczu i mordercy dzieci z Staten Island (jeden z okręgów Nowego Jorku). Para twórców nie tylko poświęca swoją energię na próbę wyjaśnienia kto naprawdę był winny zaginięć, ale też odnosi się do własnych doświadczeń z dzieciństwa. Rodzice wówczas w trosce o bezpieczeństwo swoich dzieci ostrzegali je przed tytułowym "Cropseyem", nieuchwytnym ludzkim monstrum mieszkającym gdzieś w lesie. Szkoda, że ten obiecujący temat obciążono niepotrzebną tezą, którą od samego początku można sprowadzić do tego, że to już od nas zależy czy wierzymy w istnienie boogeymana. Doprawdy głębokie. Za plus muszę uznać wątek o postrzeganiu Staten Island jako wielkiego wysypiska śmieci, w którym gangsterzy bez problemu mogą się pozbyć ciała oraz smaczki w rodzaju nieprawdopodobnych teorii gliniarzy i ukazaniu jak w mniejszej społeczności funkcjonuje mechanizm kozła ofiarnego. Formalnie film przypomina trochę programy śledcze o seryjnych mordercach z Discovery. To raczej niekorzystne porównanie (przynajmniej dla pełnometrażówki) od czasu do czasu zmywają triki rodem z "Blair Witch Project", ożywiające znacznie samą historię, zbliżając jej ujęcie do praktyk mockumentary. Na nudny wieczór w sam raz. &lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;★★½&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-sAeexOBKmIo/TxwxDRZd-yI/AAAAAAAABFQ/aqK8EjwXJHc/s1600/night-school-movie-poster-1981-1020204433.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 210px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-sAeexOBKmIo/TxwxDRZd-yI/AAAAAAAABFQ/aqK8EjwXJHc/s320/night-school-movie-poster-1981-1020204433.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5700485160623799074" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Night School, reż. Ken Hughes, rok 1981&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najlepsze co się przydarzyło temu filmowi to opis fabuły na stronie imdb: Who's been decapitating the innocent girls at a local night school? The police are baffled. Who really cares? Podczas seansu zastanawiałem się jakim cudem "Night School" (znany też pt. "Terror Eyes") trafiło na niesławną brytyjską listę video nasties. Może oglądałem pociętą wersję, bo niewiele zauważyłem w filmie szczególnie brutalnych scen - nawet nie pokazano bezpośrednio dekapitacji głowy. Co do reszty - fabuła jest bezsensu, montaż chaotyczny, aktorstwo gorzej niż mizerne (akcent Rachel Ward!), efekty specjalne komiczne. A wcale się nie zanosiło, że będzie aż tak źle. Wiadomo, że trzeba podchodzić do takich filmów z dystansem. Nie przeczę, że motyw z dziwacznymi, rytualnymi morderstwami (na pewno o wiele ciekawszy od dwusetnej zrzynki z "Piątku 13tego") obiecywał niezłą zabawę, ale twórcom zabrakło umiejętności by uczynić coś więcej niż realizacyjny bajzel. Skończyło się na tym, że "Night School" powinno się rozpatrywać w ramach niezamierzonej komedii z infantylnym horrorem w tle. Zamiast tego obejrzyjcie sobie "My Bloody Valentine" i "The Prowler" z tego samego roku. &lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;★½&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-1110667182369102154?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/nsBn8YwL23WIZ3mEvOL8b6AGdn0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/nsBn8YwL23WIZ3mEvOL8b6AGdn0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/nsBn8YwL23WIZ3mEvOL8b6AGdn0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/nsBn8YwL23WIZ3mEvOL8b6AGdn0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/M-_Sf1Q3jcw" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/1110667182369102154/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2012/01/double-bill.html#comment-form" title="Komentarze (2)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/1110667182369102154?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/1110667182369102154?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/M-_Sf1Q3jcw/double-bill.html" title="Double bill" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-DySQzGs0RnM/Txwxl5hDMpI/AAAAAAAABFc/twB5Z3DsR-Y/s72-c/cropsey.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>2</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2012/01/double-bill.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DUAEQ3k_eyp7ImA9WhRVE0U.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-5725710869962787481</id><published>2012-01-12T17:35:00.008+01:00</published><updated>2012-01-12T18:01:42.743+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2012-01-12T18:01:42.743+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Kino Amerykańskie" /><title>Problemy z Holmesem</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-ChoswpkL740/Tw8RvEaLH0I/AAAAAAAABFE/2qn_PUslb40/s1600/Sherlock-Holmes-A-Game-of-Shadows-Wallpaper-04.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-ChoswpkL740/Tw8RvEaLH0I/AAAAAAAABFE/2qn_PUslb40/s400/Sherlock-Holmes-A-Game-of-Shadows-Wallpaper-04.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5696791553982013250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Akcja w drugiej odsłonie przygód Sherlocka Holmesa pędzi szybciej od Orient Ekspresu. Reżyser Guy Ritchie w „Grze cieni” postawił na efektowne widowisko, w którym łatwiej doszukać się wpływu Iana Fleminga niż Arthura Conan Doyle’a. Czy to źle? Na szczęście, nie do końca.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oglądając poprzednią odsłonę przygód Sherlocka Holmesa, można było odnieść wrażenie, że Guy Ritchie ma szansę wrócić do Hollywood w wielkim stylu. Jego dwa pierwsze filmy, znakomite czarne komedie „Porachunki” i „Przekręt”, w interesujący sposób czerpały z amerykańskiego kina gangsterskiego, pokazując, że postmodernistyczne czytanie konwencji nie jest zarezerwowane jedynie dla Quentina Tarantino. Po dwóch porażkach artystycznych w postaci „Rejsu w nieznane” i „Revolvera” reżyserowi udało się ponownie obrać właściwy kurs  filmem gangsterskim pt. „Rock’N’Rolla”. Dobrą passę kontynuował w 2009 roku „Sherlockiem Holmesem”, ocenianym ciepło nie tylko przez krytykę, ale i przez widzów, którzy chętnie zostawiali pieniądze w kinowych kasach, chcąc przekonać się w jaki sposób Ritchie i Robert Downey Jr. przetworzyli mit o jednym z najsłynniejszych detektywów wszech czasów. Czy jednak ta sama sztuczka może udać się dwa razy?&lt;br /&gt;                                                      &lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Ta wiadomość ulegnie zniszczeniu za 4...3...2...1&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kontynuacja przygód Sherlocka Holmesa ma mocno rozbuchaną fabułę, rozciągając akcję na sporą część Europy. Genialny złoczyńca profesor James Moriarty (Jared Harris) knuje intrygę, mającą doprowadzić do wojny między Francją i Niemcami (A wszystko to, dzięki anarchistycznym zamachom bombowym, morderstwom oraz przejęciu fabryk zbrojeniowych – skojarzenia z „Ligą Niezwykłych Gentlemanów” są jak najbardziej na miejscu). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Akcja rozgrywa się w 1891 roku, luźno nawiązując do wydarzeń znanych nam z lekcji historii. Scenarzystów Michele i Kieran Mulroney bardziej od międzynarodowego konfliktu interesowało bowiem pokazanie pojedynku pomiędzy Holmesem i Moriartym. W przeciwieństwie do dosyć blado wypadającego, złego Lorda Blackwooda z części pierwszej, Moriarty to archetyp czarnego charakteru – genialny matematyk, który pod postacią wybitnego naukowca skrywa swe prawdziwe, groźne oblicze. Przekonywająco odegrany przez Harrisa, Moriarty jest bezwzględnym, zimnokrwistym, godnym Holmesa przeciwnikiem i z prawdziwą przyjemnością ogląda się legendarne starcie obu panów przy słynnym wodospadzie Reichenbach (Warto zaznaczyć, że pomysł na pojedynek został przepisany na nowo i teraz zamiast na pięści, bohaterowie pojedynkują się... grając w szachy). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;My name is Holmes, Sherlock Holmes...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowy Holmes ma już doprawdy niewiele wspólnego z postacią wykreowaną przez Arthura Conana Doyle’a. Bardziej przypomina Jamesa Bonda skrzyżowanego z Indianą Jonesem i z całą pewnością jest bardziej cyniczny i arogancki niż agent 007 i słynny archeolog razem wzięci. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fabularnie nowy obraz Guya Ritchie niczym nie zaskakuje, starając się jedynie powtórzyć sukces komercyjny części pierwszej. W warstwie produkcyjnej wszystko jest tutaj większe, bardziej rozbuchane, zapierające dech w piersiach i momentami efektowne aż do przesady. Mamy więcej pojedynków, eksplozji, strzelanin, popisów kaskaderskich oraz efektów specjalnych. Sytuację ratuje jedynie ponownie udane zestawienie ze sobą postaci ekscentrycznego Holmesa i pragmatycznego doktora Watsona (Jude Law), który szczęśliwie ożeniony, nie ma początkowo zamiaru uczestniczyć w kolejnych śledztwach słynnego detektywa. Robert Downey Jr. jako Holmes  niebezpiecznie zbliża się jednak do kreacji Johnny'ego Deppa znanej z „Piratów z Karaibów”, tworząc karykaturę samego siebie. Jest ironiczny do przesady, a od jego bogatej gestykulacji i zwariowanych min, aż kręci się w głowie. Często ucieka się do przebieranek i aż do przesady emanuje swoją ekscentrycznością. Także rozwiązywanie zagadek za pomocą pieści, a nie intelektu i dedukcji nie każdemu musi przypaść do gustu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Plastyczne przedstawienie strzelanin i pościgów oczywiście robi wrażenie, ale chwilami wszystko dzieje się tak szybko, że niejednokrotnie nie sposób nadążyć za migającymi na ekranie obrazami. W filmie jedna nieprawdopodobna przygoda goni kolejną. Akcja przenosi się w szybkim tempie z Londynu do Paryża, później do Niemiec i Szwajcarii – istne „Mission Impossible”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Filmik, popcorn, cola i do domu...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybierając się do kina warto zatem pamiętać o jednym. „Gra cieni” to dobrze skrojone kino akcji, pozbawione niestety aury tajemniczości. Ci, których irytował pierwszy „Sherlock Holmes” tym bardziej nie znajdą tu nic dla siebie. Pomijając elementy fabuły zaczerpnięcie z opowiadania „Ostatnia zagadka”, ciężko odnaleźć w filmie konkretne nawiązania do innych dzieł Doyle’a. Wielbiciele jego prozy powinni więc skierować swą uwagę raczej w stronę ostatniego serialu wyprodukowanego przez BBC. Wszystko to nie oznacza jednak, że „Gra cieni” to kinowy bubel. Druga odsłona przygód Sherlocka Holmesa nie zawodzi jako czysta, nieskomplikowana rozrywka. Jeżeli więc nie jesteście uczuleni na Roberta Downey Jr. i lubicie wybuchającą akcję, która zmienia się wraz z ubywającym w kubełku popcornem, możecie śmiało wybrać się na „Grę cieni”. Po powrocie do domu polecam jednak i tak sięgnąć po dzieła zebrane Artura Conan Doyla, bo już po kilku przeczytanych akapitach przekonacie się, że nowe wcale nie znaczy lepsze.&lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;★★½&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Recenzja pierw pojawiła się na blogu magazynu &lt;a href="http://cosnaprogu.blogspot.com/2012/01/recenzja-filmu-scherlock-holmes-gra.html"&gt;"Coś na progu"&lt;/a&gt;. I taka będzie zasada - dzień po ukazaniu się tam będę wklejać tutaj (albo linkować).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-5725710869962787481?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/4EiUY8C6QG_A9f8aidIegQju1tU/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/4EiUY8C6QG_A9f8aidIegQju1tU/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/4EiUY8C6QG_A9f8aidIegQju1tU/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/4EiUY8C6QG_A9f8aidIegQju1tU/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/UITe1gituh0" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/5725710869962787481/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2012/01/problemy-z-holmesem.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5725710869962787481?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5725710869962787481?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/UITe1gituh0/problemy-z-holmesem.html" title="Problemy z Holmesem" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-ChoswpkL740/Tw8RvEaLH0I/AAAAAAAABFE/2qn_PUslb40/s72-c/Sherlock-Holmes-A-Game-of-Shadows-Wallpaper-04.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2012/01/problemy-z-holmesem.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;A0UESX8yeyp7ImA9WhRWGEs.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-3784024487158732438</id><published>2012-01-02T13:17:00.010+01:00</published><updated>2012-01-06T18:00:08.193+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2012-01-06T18:00:08.193+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Kino Brytyjskie" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><title>Afrika corpse</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-L4yB4SAtLEs/TwGqSIFBKRI/AAAAAAAABEs/rivYySjzVlE/s1600/the%2Bdead.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 217px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-L4yB4SAtLEs/TwGqSIFBKRI/AAAAAAAABEs/rivYySjzVlE/s320/the%2Bdead.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5693018632355916050" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Dead, reż. Howard J. Ford/Jonathan Ford, 2010&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mało ciekawy tytuł tego bardzo dobrego filmu można by zmienić na "Afryka żywych trupów", bo nie dość, że dużo tu wszelkich zapożyczeń od George A. Romero, to jeszcze potencjalnie dałoby się go podpiąć pod nieoficjalny dodatek do wciąż trwającego pochodu umarłych mistrza gatunku. Mi staroświeckie myślenie twórców bardzo odpowiada - wejście w akcję mamy w trakcie trwania epidemii zombie, której przyczyny wybuchu nie są rzecz jasna wyjaśnione, a same zombie są w starym dobrym stylu bardzo powolne. Za ten ostatni element należą się szczególne brawa, bo za wysoce nielogiczne uważam dzisiejszą tendencję przyśpieszanie czegoś co nie żyje (remake Dawn of the Dead najlepszym przykładem). Oczywiście jest to wymóg szybszych czasów, i co raz bardziej widowiskowo kręconych filmów, ale każdy miłośnik zombie wie, że nawet jeśli trupy zmierzają ślimaczym tempem to i tak prędzej czy później dopadną swoją ofiarę. "The Dead" odróżnia się jeszcze od innych filmów w ostatnich latach swoimi zdumiewającymi zdjęciami - piękne afrykańskie plenery okazują się idealną lokacją dla rozgrywania zombie holokaustu. Zresztą zawsze uważałem, że tego typu filmy najlepiej rozgrywają się na wielkiej przestrzeni - w tym wypadku nieistotne jest czy bohaterzy przemierzają pustynię, czy są w wiosce - trupy wciąż napływają, a bezkresne lądy kontynentu okazują się złowieszczą pułapką bez wyjścia. W filmie dosyć oszczędnie potraktowano dialogi, dzięki czemu zamiast niepotrzebnego potoku słów można w pełni wchłaniać nastrój osaczenia, osamotnienia i beznadziei, jaki towarzyszy dwojgu bohaterom - białemu i czarnemu. Piekielna marszruta protagonistów ma tutaj jeszcze jeden dodatkowy wymiar, ładnie wpisujący się w konwencję filmu drogi - nie liczy się tylko samo przetrwanie, ale również to, gdzie zmierzają, jaki mają obrany kierunek. Schemat "mamy miejsce schronienia, to brońmy go za wszelką cenę" w filmach zombie został już jakiś czas temu zajechany na śmierć, więc pomysł Fordów z mieszaniem konwencji okazał się udaną próbą podejścia do tematu w nieco odmienny sposób. Nie da się też oprzeć wrażeniu podczas seansu, że sytuacja w której biały rozwala hordę czarnych przypomina w jakimś stopniu czasy panującego wśród amerykanów i anglików rasizmu oraz imperializmu. Kraj produkcji mówi sam za siebie. Nie mam za to wątpliwości, że "The Dead" wraz z serialem "The Walking Dead" to najlepsze co może nam zaoferować teraz film zombie. Jak napisano w Village Voice - "The Dead ze swoimi ogromnymi, bezlitosnymi krajobrazami i moralną powagą, jest "Nocą żywych trupów" wyobrażoną jako western Sergio Leone." &lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;★★★&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;object style="height: 300px; width: 540px"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/ANpgVWVvpjs?version=3&amp;feature=player_detailpage"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowScriptAccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/ANpgVWVvpjs?version=3&amp;feature=player_detailpage" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowScriptAccess="always" width="540" height="300"&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-3784024487158732438?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/mYDAG996aJ5Bwg4JfvZu-SKq-oA/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/mYDAG996aJ5Bwg4JfvZu-SKq-oA/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/mYDAG996aJ5Bwg4JfvZu-SKq-oA/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/mYDAG996aJ5Bwg4JfvZu-SKq-oA/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/hpRxMTZrn4w" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/3784024487158732438/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2012/01/afrika-corpse.html#comment-form" title="Komentarze (4)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3784024487158732438?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3784024487158732438?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/hpRxMTZrn4w/afrika-corpse.html" title="Afrika corpse" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-L4yB4SAtLEs/TwGqSIFBKRI/AAAAAAAABEs/rivYySjzVlE/s72-c/the%2Bdead.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>4</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2012/01/afrika-corpse.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;CUAARH46eSp7ImA9WhRXGUk.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-4552955294302291366</id><published>2011-12-26T15:31:00.020+01:00</published><updated>2011-12-27T00:55:45.011+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-12-27T00:55:45.011+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Lista" /><title>Filmy roku 2011</title><content type="html">&lt;p align="justify"&gt;Teraz czas na najlepsze filmy. Jak to często bywa, także i u mnie jest to trochę wymieszanie, jeśli chodzi o same premiery. Zasady są proste - film nie może być dwa lata starszy od roku, w którym robię listę, i mogłem usłyszeć o nim nie więcej niż rok wcześniej od dnia obejrzenia. To zawsze jest problem, bo premiery są tak różne - u nas często są ogromne poślizgi w dystrybucji, a to film potrafi się raz pojawić na jakimś festiwalu i już powiedzmy datuje się go na dany rok, choć mało kto go widział. Rok filmowo bardzo bogaty, zdecydowanie najlepszy z ostatnich lat. Wybór dziesiątki jak zawsze wsparty luźnymi przemyśleniami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Godne odnotowania:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Musimy porozmawiać o Kevinie &lt;br /&gt;Tomboy&lt;br /&gt;Włóczęga ze strzelbą&lt;br /&gt;Koń turyński&lt;br /&gt;Czarna Wenus &lt;br /&gt;Snowtown&lt;br /&gt;Meek's cutoff&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-l4Wol1u4Hrg/TviHHXmUOpI/AAAAAAAABCo/cWvwfcPUt38/s1600/kid%2Bwith%2Ba%2Bbike.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-l4Wol1u4Hrg/TviHHXmUOpI/AAAAAAAABCo/cWvwfcPUt38/s400/kid%2Bwith%2Ba%2Bbike.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690446689846180498" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;10. Chłopiec na rowerze, reż. Jean-Pierre i Luc Dardenne&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mówi się, że to najdynamiczniejszy film w dorobku wybitnych braci - nie widziałem ich całego dorobku, więc nie mogę tego potwierdzić, ale tak jak w przypadku "Dziecka", historia krnąbrnego chłopca jest niemal dramatycznym kinem akcji. Żywość tutaj nie wynika z niesamowitych pościgów, wielkich krętactw, krwawych bijatyk, lecz z prozy życia, zbiegów okoliczności, złych decyzji. 11-letni Cyril w bardzo młodym wieku musi zmierzyć się z nową rzeczywistością, utratą niewinności, bolesnym kłamstwem, próbą adaptacji do nowej sytuacji. Film nakręcony jest w luźniejszej manierze niż w przypadku "Syna", co automatycznie czyni go przystępniejszym dla większego grona widzów. Mogę się jedynie przyczepić, że postać Samanthy ze swoją  boską cierpliwością i wyrozumiałością wydawała mi się momentami aż zanadto idealna, naciągana. Pomijając ten lekki szkopuł, panowie Dardenne w formie.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-sx9yqa8wXog/TviHSVdAVII/AAAAAAAABC0/HEBM-KXemCA/s1600/a_dangerous_method_movie_image_keira_knightley_01.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 262px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-sx9yqa8wXog/TviHSVdAVII/AAAAAAAABC0/HEBM-KXemCA/s400/a_dangerous_method_movie_image_keira_knightley_01.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690446878248817794" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;09. Niebezpieczna metoda, reż. David Cronenberg&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cronenberg to jeden z najodważniejszych i najbieglejszych reżyserów świata, bo nie widzę żadnego innego twórcy, który byłby w stanie przełożyć tak udanie "Nagi Lunch" na taśmę filmową. "Niebezpieczna metoda" to już któryś z kolei dowód, że przydomek "krwawy baron" już dawno temu mocno się zdezaktualizował. Mistrzowsko zagrany przez główne trio aktorskie (Fassbender, Knightley, Mortensen), film jest rodzajem dramatu, w którym niby wrze od emocji, ale okazuje się, że kończy się jedynie na grze wstępnej. W scenariuszu i realizacji czuć obsesyjną kontrolę, i właśnie w powściągliwości reżysera, jego umiejętnym dozowaniu emocjami tkwi największa zaleta filmu. To nie jest ckliwa i sentymentalna produkcja w wydaniu Mechant Ivory, tylko dzieło, które odnajduje swój klucz w dystansie, represji, obsesji, pragmatyzmie, akademickich sporach, zderzeniu chłodnej analizy z nie do końca hamowanymi pobudkami seksualnymi. Kto oczekiwał szokujących scen w stylu wcześniejszego Cronenberga, ten widocznie nie widział nic od czasu "Crash", ostatniej tak wyraźnej erupcji transgresji w jego twórczości. "Niebezpieczna metoda" skręca w stronę klasycznej, literackiej narracji, pokazując twarz reżysera, który od czasu "Muchy" z lubością dekonstruuje różne konwencje filmowe. Trochę niedoceniany, mniejszy triumf wielkiego Davida. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-Nbh0T_v-PlU/TviHhaUq88I/AAAAAAAABDA/IoYDl3tdz-M/s1600/misterios_de_lisboa.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 224px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-Nbh0T_v-PlU/TviHhaUq88I/AAAAAAAABDA/IoYDl3tdz-M/s400/misterios_de_lisboa.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690447137254077378" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;08. Misterios de Lisboa, reż. Raul Ruiz&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;XIX wieczny dramat kostiumowy brawurowo ożywił nam zmarły w tym roku wybitny chilijski reżyser Raul Ruiz. Jego adaptacja powieści "Os Mistérios de Lisboa" Camilo Castelo Branco jest podobnie do niej monumentalna w formie - trwa ponad cztery godziny - ale proszę się nie bać, bo czas trwania filmu nie stanowi żadnego problemu. Rozmach i niezwykle absorbujące intrygi interkontynentalnej historii młodej sieroty Pedra i osób z nim związanych ani na chwilę nie pozwalają się nudzić, wymagając ciągłego skupienia ze strony widza. Choć jest to wyświechtane hasło, to określenie literatura na ekranie doskonale pasuje do opisu "Misterios de Lisboa". Z pedantyczną dokładnością odwzorowano realia Europy okresu romantyzmu, nakreślono ówczesne kodeksy moralne i społeczne, dzięki czemu film jest nie tylko świetną rozrywką, ale też ciekawą lekcją historii. Ogląda się go jak kanoniczną książkę czyta - z każdą kolejną minutą, kolejnym nieprawdopodobnym zwrotem akcji, widz co raz bardziej zatapia się w majestatycznie ukazanym świecie ukrytych tożsamości, cierpień, nadziei, zgubnej miłości. Widocznie coś monumentalnego i filmowego musi być w prozie Branco skoro kolejny z jego utworów staje się kanwą dla ponad czterogodzinnego widowiska (Manoel De Oliveira w 1979 roku nakręcił równie długie Amor de Perdicao). W przeciwieństwie do tamtego filmu, wielki obraz Ruiza na szczęście nie jest aż tak trudny do zdobycia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-B9A1HPZprDo/TviHxmD4pJI/AAAAAAAABDM/4EZphDBoqT8/s1600/bellflower-poster-4eb2644fc34a4.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 225px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-B9A1HPZprDo/TviHxmD4pJI/AAAAAAAABDM/4EZphDBoqT8/s400/bellflower-poster-4eb2644fc34a4.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690447415282803858" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;07. Bellflower, reż. Evan Glodell&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeden z trzech tegorocznych filmów, który swoim wyglądem i fabułą jawnie nawiązywał do kultowego kina sprzed lat, w międzyczasie samemu aspirując by stać się nim w przyszłości. Nie tak brutalny jak "Włóczęga ze strzelbą" i "Drive", "Bellflower" pasjonująco łączy ze sobą miotacz ognia, Mad Maxa, super oldskulowe auto, pragnienie zagłady świata z intensywnie rozkwitającą i rozpadającą się miłością pomiędzy dwojgiem młodych partnerów. Jeszcze bardziej wystylizowany niż dwa powyższe tytuły (dzięki specjalnie spreparowanej kamerze), "Bellflower" to sztandarowy niezależny dramat nakręcony w wizualnej estetyce około MTV'owskich teledysków, świetnie wykorzystujący piękne kalifornijskie lokacje, by przedstawić pozornie prostą, ale ostatecznie sprytnie rozpisaną historię związku. Kto szuka intensywności w kinie, bez tępych ucieczek w tanie efekciarstwo i sensację, to niezwłocznie powinien sięgnąć po ten tytuł.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-h1pTqwsc4Tc/TviIFb0AiLI/AAAAAAAABDY/RitJPd8QDF4/s1600/szpieg.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-h1pTqwsc4Tc/TviIFb0AiLI/AAAAAAAABDY/RitJPd8QDF4/s400/szpieg.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690447756129241266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;06. Szpieg, reż. Tomas Alfredson&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;John le Carre powinien być dumny z tej adaptacji - Alfredson w pięknie stonowanym stylu przekłada jego intrygującą w wymowie powieść na duży ekran. Zimna kolorystyka, paranoiczny nastrój, perfekcyjna realizacja, i przede wszystkim popis gry aktorskiej na każdym froncie (Gary Oldman na Oskara) "Szpiega" wynosi go na sam panteon filmów szpiegowskich XXI wieku. Były narzekania na problemy z nadążaniem za akcją, że była zbyt skomplikowana, ale gdy bierze się pod uwagę kontekst historyczny i złożone powiązania między bohaterami, to trudno się nie dziwić, że wydarzenia nie są prezentowane w prostej, przystępnej formie. Zresztą nie przesadzajmy, znajdą się trudniejsze do śledzenia historie - tutaj nawet często używane retrospekcje aż tak nie gmatwają - po prostu trzeba oglądać z baczną uwagą. Rośnie nam nowy wielki specjalista od adaptacji.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-5ahC-yRHl6I/TviITXQrERI/AAAAAAAABDk/52IArvuh3qc/s1600/tree%2Bof%2Blife.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-5ahC-yRHl6I/TviITXQrERI/AAAAAAAABDk/52IArvuh3qc/s400/tree%2Bof%2Blife.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690447995425460498" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;05. Drzewo życia, reż. Terrence Malick&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny z tych filmów, w który ignoranci z niekłamaną radością rzucają hasłami w rodzaju "pseudointelektualny bełkot". Odbiór "Drzewa życia" od początku był mocno spolaryzowany - ci co chwalili wizualną stronę filmu narzekali na bezsensowność samej historii, a inni - w tym ja - uznali migotliwą narrację, jej pogardę dla chronologii, jako wyjątkowe i odświeżające odstępstwo od nudnej linearności. Zresztą od dobrych trzech filmów Terrence Malick prezentuje jedyną w swoim rodzaju kategorię poematu filmowego, więc nie warto się nastawiać, że siła filmu będzie oparta o znakomity scenariusz. Pomińmy sam wygląd "Drzewa życia" i słynną już sekwencję narodzenia wszechświata i życia na ziemi, bo tutaj dokonują się transcendentalne rzeczy (zresztą wielka uwaga krytyków w tym przedziale wynika z faktu wykształcenia reżysera, jego filozoficznych zapędów). Concerto grosso Malicka - jak pięknie ujął Jerzy Płażewski - nie byłoby tak majestatyczną symfonią, gdyby nie treść - wspaniałe zatopienie się Malicka w pruderyjnej Ameryce lat 50-tych, czasach paternalistycznego społeczeństwa, w którym ojciec był autorytetem nie do podważenia. Wszystko co powoli się wyłania po wspomnianej sekwencji życia, czyli operowanie prostą dychotomią ojciec-tyran - matka-anioł, owiniętą chrześcijańską symboliką, ostatecznie kształtuje film gatunkowo jako dramat kameralny o dorastaniu dzieci w otoczeniu rodzica, który jest skłonny skrzywdzić tych co kocha w imię swoich twardych zasad. Nie warto szukać tutaj łatwych odpowiedzi, bo u Malicka nigdy ich nie ma. Nazywajcie mnie fanbojem (którym zresztą jestem), ale Malick, nazywany czasem Thomasem Pynchonem kinematografii, poza niepotrzebnym, pretensjonalnym zakończeniem, znowu sięgnął wyżyn sztuki. Po raz piąty w ciągu 38 lat. Nieźle. Wygrana filmu w Cannes i największych podsumowaniach rocznych udowadnia, że nie tylko ja tak uważam. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-MmEKpiCBxBc/TviIgJAaw7I/AAAAAAAABDw/83MRk_WjnZQ/s1600/CertifiedCopy1.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 225px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-MmEKpiCBxBc/TviIgJAaw7I/AAAAAAAABDw/83MRk_WjnZQ/s400/CertifiedCopy1.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690448214937486258" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;04. Copie conforme. Zapiski z Toskanii, reż. Abbas Kiarostami&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jim Hoberman w jednym zdaniu najlepiej wyjaśnił czym jest arcydzieło Kiarostamiego: "Romantyczna, pocętkowana słońcem "Podróż do Włoch" ze strukturą "Przed zachodem słońca" i podporą rytmiczną "Zeszłego roku w Marienbadzie", nie wspominając o łagodnym aktorskim wykonaniu, które mogłoby być czystym piekłem w rękach Davida Mameta, Copie conforme jest rozmyślaniem o autentyczności, używającym Williama Shimella jako kontrastu dla festiwalowej divy Juliette Binoche." Jeżeli ktoś jeszcze myśli, że Abbas jest tylko wybitnym reżyserem regionalnym, to jego pierwszy zachodni film stanowi dobitne zaprzeczenie. Gra pozorów, tak sugestywnie roztaczana tutaj przez reżysera przemienia przyjemnie z początku zmierzający film w niesamowitą wariację na temat relacji między prawdą a fikcją w kinie, wciąż zacierającą granice, które wskazywałyby na jednoznaczną odpowiedź. Abbas od dawna ma obsesję na punkcie tej granicy - już w doskonałym "Zbliżeniu" synteza narracji dokumentalnej z fabularną iskrzyła wieloznacznością, ale "Copie conforme" sięga głębiej. Tutaj zwykłe spotkanie pary obcych ludzi w pewnym momencie rzuca wskazówkę, że mogli się znać/spotkać wcześniej, i nagle w jednej chwili film przeobraża się w porażającą historię miłosną, która może być prawdziwa, albo nie. Tego nie wiemy, ale w tej całej mistyfikacyjnej grze Kiarostami wyciąga jeszcze jeden obraz - aktualną i głęboką obserwację komunikacji między partnerami, przedstawiającą niuanse i subtelności w tak samo poruszający sposób, jak niedawne opus magnum Maren Ade "Wszyscy inni". Aha, dodam tylko na koniec, że Juliette Binoche potwierdza, że jest najlepszą aktorką na świecie.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-9kSg2VF7rtc/TviIr8Q-T9I/AAAAAAAABD8/HwoREr1Fz4k/s1600/drive.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 266px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-9kSg2VF7rtc/TviIr8Q-T9I/AAAAAAAABD8/HwoREr1Fz4k/s400/drive.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690448417675694034" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;03. Drive, reż. Nicolas Winding Refn&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewien znakomity Duńczyk po cichu i ze smakiem wyraził miłość dla kultowego amerykańskiego kina w małym klasyku, który zazwyczaj mylny Peter Travers nazwał celnie "pure cinema". Wcześniejsze wyznanie miłości Kamila Dachnija w tym &lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/09/los-angeles-i-film-sensacyjny-znowu.html"&gt;miejscu&lt;/a&gt;. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-bfNobUEp1FY/TviI-MIioPI/AAAAAAAABEI/7v21-xiAGX0/s1600/separation_02_large.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 268px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-bfNobUEp1FY/TviI-MIioPI/AAAAAAAABEI/7v21-xiAGX0/s400/separation_02_large.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690448731172937970" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;02. Rozstanie, reż. Asghar Farhadi&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Perfekcyjny film. Wciągający po całości. Bogaty w treści. Więcej niż przekonywająco zagrany. Genialnie uwypuklający różnice klasowe i moralną problematykę indywidualnych czynów. Nie kwitujący wydarzeń z ciężarem szarżującego moralisty. Opowiadający się zawsze za człowieczeństwem, nawet jeśli dla własnego bezpieczeństwa brodzi się ono w kłamstwie. Farhadi nie wybiera stron, woli przyglądać się z boku, pozostawić ocenę widzowi. Wciąż nie pozwala na jednoznaczną ocenę protagonistów, zmieniając co chwilę nasz punkt widzenia kolejnymi rewelacjami. Styl narracji czerpie po części od kina gatunkowego, w tym wypadku podając rękę thrillerowi. Na papierze ciężki temat czyni w praktyce lekkim jak piórko, prowadząc swój film w znakomitym tempie. Hipotetycznie, gdyby Alfred Hitchcock był młodszy i urodził się w Iranie, nakręciłby właśnie "Rozstanie". Czekam na więcej panie Farhadi.     &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-I5l6V5_a6Zs/TviKfBpBAUI/AAAAAAAABEg/m4s-pEFynlg/s1600/Dreilebendd.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 270px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-I5l6V5_a6Zs/TviKfBpBAUI/AAAAAAAABEg/m4s-pEFynlg/s400/Dreilebendd.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5690450394803667266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;01. Dreileben&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najwybitniejszym filmem jaki widziałem w 2011 roku jest bez wątpienia trzyczęściowy niemiecki projekt "Dreileben". Wpisuje się on w co raz powszechniejszy ostatnio trend kilkuczęściowych filmów telewizyjnych, które odnajdują się doskonale zarówno na małym jak i dużym ekranie. W ostatnich dwóch latach mieliśmy przyjemność oglądać między innymi "Carlosa", "Red Riding Trilogy" i "Mildred Pierce". Podobnie do tego środkowego, niemieckie opus magnum składa się z trzech powiązanych ze sobą filmów, nakręconych przez trzech różnych reżyserów (Christian Petzold, Dominik Graf, Christoph Hochhäusler), w których mamy do czynienia z tymi samymi wydarzeniami w tej samej lokacji, ale za każdym razem ukazanymi z innej perspektywy. Gdzie trylogia "Red Riding" miała fabularnie rozmach dekady, "Dreileben" rozgrywa swoją historię w przeciągu kilku dni. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsza część "Etwas Besseres als den Tod" (Petzold) jest dla mnie zdecydowanie najlepsza z całej trójki, i sama w sobie mogłaby zostać moim filmem roku. Poznajemy w niej młodego Johannesa, pracującego w szpitalu, chcącego się dostać na medycynę, i Ane (hipnotyzująca Luna Mijovic), bośniacką emigrantkę, która jest pokojówką w pobliskim hotelu. Gdy przypadkiem ich drogi się krzyżują, wybucha pomiędzy nimi burzliwe uczucie. W międzyczasie w miasteczku trwają poszukiwania zbiegłego w tym samym czasie skazanego mordercy Molescha. Już w tej części poznajemy zasady projektu - im mniej wiemy, tym lepiej. Petzold umyślnie rozbija schematy thrillera, bo w jego filmie morderca jest prawie nieobecny - woli za to skupiać się na portretowaniu intymnych relacji Johannesa i Any, wyciągając na wierzch nie tylko różnice w ich charakterach, ale też w statusie społecznoekonomicznym. Od czasu do czasu historia romansu jest genialnie kontrapunktowana przez złowieszcze znaki, które sugerują, że bohaterzy nie są do końca bezpieczni - ich ciągłe kłótnie, kończące się zazwyczaj odchodzeniem któregoś partnera w las, gdzie czaić się może zbiegły morderca, wraz ze świetną ilustracją dźwiękową wprowadzają masę niepokoju, bo widz nigdy nie wie co się zaraz może stać. W jednej z wielu genialnych scen w filmie, Ana przekonana, że Johannes skrył się gdzieś za kamieniami wchodzi w głąb lasu, ale okazuje się, że jej chłopak idzie poniżej drogą. W sposób jaki podbija tutaj reżyser napięcie i oczekiwania widza co do dalszego rozwiązania akcji powinien być drogowskazem dla każdego, kto chce dziś nakręcić dobry thriller. Zresztą, w tym znakomicie zaplanowanym spychaniu zagrożenia na dalszy plan film przypomina trochę klasyczne "Nie oglądaj się teraz" Roega. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W "Komm mir nicht nach" Dominika Grafa, jedynym filmie nakręconym na taśmie filmowej (reszta na kamerze cyfrowej), do miasta przybywa Jo - psycholog kryminalny - by pomóc miejscowej policji w schwytaniu Molescha. Jej przybycie nie jest witane szczególnie ciepło, bo jak się okazuje, ma jeszcze inne, dosyć istotne podłoże. Jo zatrzymuje się w domu swojej długoletniej przyjaciółki Very, która mieszka z mężem pisarzem. Część Grafa jest zdecydowanie najbardziej gadatliwa i odsłaniająca ze wszystkich, wręcz Rohmerowska w swoich długich dialogach. Tutaj Graf szczególny akcent położył na wspomnienia dwóch przyjaciółek o mężczyźnie sprzed lat, z którym obie jednocześnie, ku swojej niewiedzy, były uczuciowo zaangażowane. W porównaniu ze swoim poprzednikiem, stawiający na lżejszą, cieplejszą tonację Graf nie potrafi tak efektywnie zahipnotyzować widza swoją perspektywą, ale jako środek trylogii jego dzieło wypełnia z dobrym rezultatem swoje obowiązki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W "Eine Minute Dunkel" Christoph Hochhäusler przedstawia nam to co się działo przez ten cały czas z Moleschem, który do tej pory w oczach widza był jedynie ukrywającym się w lesie złem, rzucając też podejrzenie, że Molesch mógł być niesłusznie skazany za morderstwo sprzed pięciu lat. I właśnie w dualistycznym kierunku zmierza ostatnia część "Dreileben" - chwile wolności antagonisty są przeciwstawianie ze śledztwem doświadczonego policjanta Marcusa w sprawie dawnego czynu Molescha. Mroczna i powolna w narracji, ostatnia partia doskonale wywraca schemat poznawczy widza, kończąc całość nieprawdopodobnie ironiczną nutą. Gdyby Andriej Tarkowski nakręcić miał dziś atmosferyczny thriller, to jestem pewien, że bardzo przypominałby to co osiągnął w swoim utworze Hochhäusler.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdy z partów trwa po mniej więcej 90 min, co daje razem 270 min kina, które fascynuje i wciąga jak mało co widziałem w ostatnich latach. Kina, które nigdy nie jest pretensjonalne. Ba, wręcz pozbywa się jakichkolwiek zapędów maksymalistycznych, bo jest projektem zdecydowanie skromnym w egzekucji. Po seansie "trzech żyć" sądzę, że lepiej filmowych puzzli ułożyć się już chyba nie da.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-4552955294302291366?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/MHYd-36WoJ_6R07zhzrv9xC1cJY/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/MHYd-36WoJ_6R07zhzrv9xC1cJY/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/MHYd-36WoJ_6R07zhzrv9xC1cJY/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/MHYd-36WoJ_6R07zhzrv9xC1cJY/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/02ISKdfv_5g" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/4552955294302291366/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/filmy-roku-2011.html#comment-form" title="Komentarze (6)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/4552955294302291366?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/4552955294302291366?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/02ISKdfv_5g/filmy-roku-2011.html" title="Filmy roku 2011" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/-l4Wol1u4Hrg/TviHHXmUOpI/AAAAAAAABCo/cWvwfcPUt38/s72-c/kid%2Bwith%2Ba%2Bbike.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>6</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/filmy-roku-2011.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;A0QGQ3w9eip7ImA9WhRXFkU.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-5123716042429883818</id><published>2011-12-22T18:59:00.024+01:00</published><updated>2011-12-24T02:15:22.262+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-12-24T02:15:22.262+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Lista" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Albumy 2011 roku -- Top 10</title><content type="html">&lt;p align="justify"&gt;Tak jak w tamtym roku, 2011 nie przyniósł mi mocnego kandydata na album roku. Znowu lawirowałem pomiędzy 5-6 pozycjami. Fakt, że w ogólnym rozrachunku rok 2011 muzycznie jest zdecydowanie silniejszy niż 2010, to jego top 5 wydaje mi się trochę słabsze niż tamte (swoją drogą w tej chwili wyglądające znacznie inaczej niż lista, którą wówczas &lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/03/zalege-top-10-2010.html"&gt;zamieściłem&lt;/a&gt;). Na pewno nie przyniósł płyty na miarę „The ArchAndroid” Janelle Monae, którą póki co uważam za album dekady. Oczywiście kształt tego top 10 jest podyktowany taką a nie inną dyspozycją dnia, bo zapewne jutro lista wyglądałaby inaczej. Największy problem miałem dziś z ustawieniem pierwszej trójki - zmieniała mi się co chwilę. Zostało jak zostało – każdy album darzę prawie taką samą miłością, więc kolejność można uznać za umowną. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-88BFiaZzTbM/TvNw1XfMDaI/AAAAAAAABAA/6a0CFjpth3Y/s1600/wildcookie.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-88BFiaZzTbM/TvNw1XfMDaI/AAAAAAAABAA/6a0CFjpth3Y/s320/wildcookie.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689014816439274914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;10. Wildcookie - Cookie Dough &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Teksty roku. Narkotykowych referencji pada tutaj tyle, że się aż zastanawiam czy panowie sami czegoś nie biorą. Geniusz tkwi w ich popkulturowej wiedzy – „Serious Drug” z zabójczo chwytliwym zaśpiewem „Cocainnnne” wini właśnie ten narkotyk za to, że Smokey Robinson nie napisał więcej piosenek, a Richard Pryor się podpalił, zaś w „Heroine” Anthony Mills leniwie śpiewa, że heroina jest jego ulubionym jazzem, wymieniając Milesa Davisa i Raya Charlesa jako jednych z najsłynniejszych heroinistów. Sama muzyka to genialnie nieskomplikowana, oszczędna wariacja neo-soulu, z okazjonalnymi mrugnięciami w stronę jazzu, hip hopu i muzyki tanecznej. Wokalista Mills brzmi jak Cee-Lo na kwasie, zaś mastermind duetu, DJ Freddie Cruger z dużą zmyślnością tworzy dla niego odpowiednie tła, poruszając się zręcznie po różnych gatunkach. Słychać, że muzycy dobrze się bawili podczas nagrywania  – atmosfera jest bardzo luźna,  co w sumie nie powinno dziwić, gdy ktoś na leitmotiv wybiera narkotyki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-411qTHUEGAc/TvNw_hi80gI/AAAAAAAABAM/iJ1UPdBEP94/s1600/terius-nash.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 212px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-411qTHUEGAc/TvNw_hi80gI/AAAAAAAABAM/iJ1UPdBEP94/s320/terius-nash.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689014990938100226" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;09. Terius Nash – 1977&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Król czarnego popu niestety zawiódł, i nie wydał pod szyldem The-Dream swojego czwartego albumu. Na szczęście pozostawił po sobie w 2011 roku jakiś ślad, mianowicie ten znakomity mixtape, coś w rodzaju breakup albumu. Aż trochę dziwnie tak pisać, ale człowiek, który ukonstytuował w ostatnich latach jak R&amp;B ma brzmieć, tutaj wypuścił się w rejony, które przypominają wyczyny Kanye Westa z dziś niezwykle wpływowej „808s &amp; Heartbreak”, i co ciekawsze Abela Tesfaye z The Weeknd. Nie oznacza to, że ta zmiana mu nie służy – wręcz przeciwnie, genialny zmysł melodyczny Nasha sprawdzić mógłby się chyba w każdej konwencji. Piosenki są mroczne, formalnie dosyć ascetyczne, czasem bardzo osobiste w wyznaniach i nie pozbawione oskarżycielskich tonów typu „Stop fucking with me woman”.  Nash nie tkwi w swojej mizerii przez cały czas, bo od czasu do czasu udaje mu się wyjść poza monochromatyczne barwy ciepłymi, stylistycznie bliskimi z trzema arcydziełami The-Dream balladami jak cudne „Wedding Crasher”. Choć Terius wymijał się od jednoznacznej odpowiedzi, to zorientowani szybko dostrzegli, że artysta sporo tekstów adresuje do Christiny Millian, z którą wówczas się rozstał. Warto dodać, że kto wie czy przy okazji Terius nie wylansował kolejnej w przyszłości wielkiej gwiazdy R&amp;B – ślicznie śpiewająca Casha błyszczy jak najjaśniejsza gwiazda w „Silly”, występie solowym godnym burzy oklasków. Nie do końca jego „Here, My Dear”, ale jako muzyczna autoterapia „1977” jest bez wątpienia pełnym sukcesem.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-UHL1Xj_52dY/TvNxHGwr4KI/AAAAAAAABAY/VfMc1NrmzrA/s1600/Bon-Iver.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 213px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-UHL1Xj_52dY/TvNxHGwr4KI/AAAAAAAABAY/VfMc1NrmzrA/s320/Bon-Iver.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689015121186906274" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;08. Bon Iver – Bon Iver, Bon Iver&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Najsamotniejszy i najsmutniejszy człowiek świata na swoim drugim albumie wciąż nim pozostaje, ale poczynione zmiany - wyjście z kabiny leśnej, zebranie kilku muzyków, otworzenie się na bardziej ekspansywne brzmienie – dało efekt totalnie piorunujący w swoim cichym pięknie. Kruchy, płaczliwy głos Justina Vernona i generalnie smutny jak diabli nastrój płyty może dla wielu być smętny do nieskończonej potęgi, ale żeby tak przynudzać, w stylistyce country-rockowo-soft-rockowej to też sztuka. Chciałbym z 5 innych wykonawców tak biegłych w tej sztuce (dla przykładu Wilco się stara od kilku płyt, ale wychodzi z tego straszne przeciętniactwo, tatusiowaty rock). Myślałem, że Bon Iver nie da rady przeskoczyć kapitalnego debiutu, ale tutaj jest jeszcze bardziej wzruszająco, szczególnie w melodiach, które niby na początku nie odkrywają w pełni swojego uroku, ale po czasie narastają i zadamawiają się w słuchaczu na dobre. Często są to krótkie wycinki, jakieś subtelne frazy, ale potrafią w mgnieniu oka odmienić cały utwór. Bogate, znakomite aranżacje mienią się szeroką kolorystyką, co jest sporą zmianą wobec, co by nie mówić, raczej hermetycznej muzyki z debiutu. Jak słusznie zauważono w Village Voice – Vernon od początku zdradzał aspiracje do pójścia w panoramiczne klimaty, i chwała mu za to. Przyszły bywalec kanonów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-nZUwyYi6qYs/TvNxOMW0B4I/AAAAAAAABAk/wjd43S8w9aM/s1600/mayer.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-nZUwyYi6qYs/TvNxOMW0B4I/AAAAAAAABAk/wjd43S8w9aM/s320/mayer.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689015242948085634" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;07. Mayer Hawthorne – How Do You Do&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Tradycyjny, uwodzicielski soul-pop w ostatnich latach przypomnieli nam wybornie panowie Raphael Saadiq i Cee-lo. Oczywiście są  czarni. Gdyby osobie nie wiedzącej jak wygląda Mayer puścić jego drugi album, to dosyć prawdopodobną sytuacją byłoby uznanie przez nią, że artysta jest czarny. Następnie jedno spojrzenie na okładkę albumu i zdziwienie mogłoby być spore – Mayer jest jednak biały! Nie dość, że facet jest pieśniarzem wysokiej klasy, to jeszcze z taktem i klasą porusza się po diabelnie śliskiej powierzchni dobrego, czarnego popu. Umiejętność pisania utworów w duchu rhythm &amp; bluesowym z czasów hegemonii Motown musiał wyssać z mlekiem matki, bo napisanie utworu w rodzaju „Get to Know You” nie może być przypadkowym darem od niebios. Mayer słodzi, łka, uwodzi, śpiewa falsetem a międzyczasie muzyka jest radosna, lekka, optymistyczna, pełna życia . „How Do You Do” nie byłoby też tak dobre, gdyby nie akompaniujący Mayerowi muzycy – ich wyczucie, precyzja i profesjonalizm są niepodważalne. Super aranże, super melodie, super groove’y - piękny hołd dla klasycznego R&amp;B, i zarazem muzyka na każdą porę dnia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-J8NmqE2En6M/TvN1QskfH6I/AAAAAAAABB4/-R_z05KFdKA/s1600/the-diogenes-club.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-J8NmqE2En6M/TvN1QskfH6I/AAAAAAAABB4/-R_z05KFdKA/s200/the-diogenes-club.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689019684001619874" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;06. The Diogenes Club - The Diogenes Club&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/synth-pop-w-szczytowej-formie.html"&gt;Retromania&lt;/a&gt; ciągle żywa – popularny w Internecie duet nagrywa znakomity debiutancki długograj i wydaje się, że zgłasza pretensje do zastąpienia Junior Boys na szczycie syntetycznego popu. Kolejny taki album i Boysy będą musieli zgłosić kapitulację. &lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-OzMTp-fBMBw/TvNxpCS38WI/AAAAAAAABAw/DP4mgfJ4jXg/s1600/escortpic1_1.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-OzMTp-fBMBw/TvNxpCS38WI/AAAAAAAABAw/DP4mgfJ4jXg/s320/escortpic1_1.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689015704103678306" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;05. Escort – Escort&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Kolejni rewizjoniści – tym razem kilkunasto osobowy zespół disco z Brooklynu, wręcz wyjęty żywcem z końcówki lat 70-tych i początku lat 80-tych. Dowodzony przez klawiszowca Eugene’a Cho i gitarzystę Dana Balisa, ze śliczną divą Adeline Michele na czele, Escort ma wielką szansę stać się głównym towarem eksportowym Nowojorskiej sceny tanecznej, zastępując niedawno rozwiązane LCD Soundsystem na tronie. Brzmienie zakorzenione w klasycznym disco, z echami Jacksona z „Off The Wall” i „Thriller”, Chic, Prince’a i Donny Summer, skąpane w produkcyjnym blasku, syntezatorze, trąbkach, smyczkach, polirytmiach, żeńskich chórkach, funkowo basowo-gitarowej orgii, jest uroczo retro-kiczowate i ponad wszelką miarę epickie – nawet jeśli utwory mają długość singlową. Około pięć lat zajęło zespołowi nagranie debiutanckiego albumu -  w tym wypadku czas zrobił swoje. Jedynie mam nadzieję, że drugi album nie zajmie im następne pięć lat. Wraz z F. Oceanem i The Weekndem, największe dla mnie tegoroczne objawienie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-NQ6pE-k3k0U/TvNxxhVB06I/AAAAAAAABA8/-novNkjsZbo/s1600/frank%2Bocean.png"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 207px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-NQ6pE-k3k0U/TvNxxhVB06I/AAAAAAAABA8/-novNkjsZbo/s320/frank%2Bocean.png" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689015849873167266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;04. Frank Ocean – Nostalgia, Ultra&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Rozpięty pomiędzy nowoczesnością a tradycyjnością – Ocean naturalnie wyrasta dla mnie na nowego Marvina Gaye’a, stylowego amanta-pieśniarza, kogoś z o wiele ciekawszą osobowością i wizją artystyczną niż chociażby Trey Songz. Debiutancki longplay ma się ukazać w 2012, i już teraz czekam na niego z wielką niecierpliwością. Wcześniejsza recenzja &lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/08/nowa-fala-r.html"&gt;tutaj&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-0Su_m2WxWr0/TvNx9ugmWXI/AAAAAAAABBI/RzpdQaixmtI/s1600/drake_normal.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 177px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-0Su_m2WxWr0/TvNx9ugmWXI/AAAAAAAABBI/RzpdQaixmtI/s320/drake_normal.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689016059569789298" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;03. Drake – Take Care&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;W Rolling Stonie Jon Dolan zabawnie opisał okładkę „Take Care” – „Drake siedzi samotnie w głębiach posiadłości, którą mógł kupić od Jimmy Page’a z lat 70-tych […] pewnie uprawiał seks dwie minuty temu, ale wygląda jakby jego pies przed chwilą został rozjechany przez śmieciarkę.”  Trafnie oddaje to zawartość płyty, która na wierzchu jest epicka w rozmachu, ale w środku smutna w duchu. To też ten oczekiwany przeze mnie wielki popowy moment roku - nie tylko dla samego Drake’a, ale dla całego mainstreamu. To już nie jest nawet hip hop czy r&amp;b, nie da się tej muzyki zaszufladkować w jedną konkretną kategorię. Wyznania przemienia w hymny milioner playboy z ukrytym sercem – tym jest Drake i mnie osobiście taka persona fascynuje. I proszę mi znaleźć dziś w muzyce popowej kogoś kto w pierwszym tygodniu sprzedaje prawie 700 tys. egzemplarzy albumu z tak radykalną rekonstrukcją elementarnych gatunków czarnej muzyki. W prawie każdym utworze fortepian jest głównym instrumentem, nastrojowość całości sięga wyżyn najlepszych płyt R&amp;B, Drake śpiewa i rapuje - wszystko oczywiście pod patronem studyjnej korekty - robiąc imponujące wrażenie dzięki swojej niezwykłej muzykalności i otwartości. Tutaj nie tylko refreny są chwytliwe, ale i same wersy zawierają sporo świetnych momentów, fraz do zapamiętania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Take Care” od czasu swojej premiery niewiarygodnie urosło w moich oczach. Zaczynało od skromnej oceny 6/10, i recenzja, którą miałem w zarysach miała dosyć krytyczny wydźwięk, ale podczas jej pisania i międzyczasie słuchania albumu szybko zrozumiałem, że moje pierwsze odczucia były błędne. Przy każdym kolejnym przesłuchaniu moja miłość tylko wzrastała. &lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/kanye-westowski-moment.html"&gt;Recenzja&lt;/a&gt; jaka ostatecznie wylądowała na blogu teraz wydaje mi się powściągliwa, pohamowana w entuzjazmie. Czemu Drake przegrywa w takim razie z The Weekndem i PJ Harvey? Niestety trafił mu się bubel w postaci utworu „HYFR”, a cała płyta ma sporadyczne mikro wahania w poziomie, bo takie „Look What You've Done” jest tylko dobre. W przypadku „House Of Balloons” i „Let England Shake” o słabościach nie ma mowy.  Tak czy siak pierwsza trójka jest tak blisko siebie, że równie dobrze mógłbym ją dać ex aequo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-ahm31hmhcP0/TvNyKDklzDI/AAAAAAAABBU/R5uMXvkwufk/s1600/pj-harvey.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 212px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-ahm31hmhcP0/TvNyKDklzDI/AAAAAAAABBU/R5uMXvkwufk/s320/pj-harvey.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689016271382105138" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;02. PJ Harvey – Let England Shake&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jakoś tak się stało, że akcje najwybitniejszej singer-songwriterki lat 90-tych po wspaniałym „Stories from the City, Stories from the Sea” zaczęły dramatycznie spadać. „Uh huh Her” było tak przeciętne i mdłe, że do tej pory nic z niej nie pamiętam, i nawet nie chce mi się  do niej wracać. „White Chalk” z kolei  ze swoim wiktoriańskim pięknem i nowym stylem śpiewania Polly wydawał się krokiem w ciekawą stronę. Niestety efekt tamtego albumu osłabiła kolaboracja z Johnem Parishem na „A Woman a Man Walked By”, która okazała się niezbyt udaną próbą ukazania dwóch natur Harvey – tej gwałtownej, i tej wrażliwej. Nic dziwnego, że po tamtej płycie jakoś nie czekałem zaciekle na jej nowe nagrania, uważając, że wpadła w muzyczną depresje, z której nieprędko wyjdzie. Z tego powodu szok jaki przeżyłem po wysłuchaniu „Let England Shake” był ogromny – tak pasjonującej, pięknej, poruszającej, równej płyty Polly nie nagrała od czasu swojego metafizycznego arcydzieła „To Bring You My Love”. Umyślnie archaiczna lirycznie, gdzie dominują mocne, krwawe opisy starć wojennych, w szczególności bitwy o Gallipoli, płyta została wymodelowana  na kontestacyjny folk-rock z końcówki z lat 60-tych, bogato zaaranżowany na szerokie instrumentarium, z ciepłym, przestrzennym brzmieniem (rzecz nagrana została w starym kościele), zaśpiewana przez Harvey na wyższych niż zazwyczaj rejestracjach, co już zaczęła zresztą stosować na wysokości „White Chalk”. Dosyć prominentnym na płycie instrumentem jest autoharfa, co szybko rzuciło porównania do Joni Mitchell i Joanną Newsom. Ale dla mnie show i tak kradną dęciaki (piękna ballada "All and Everyone" ), dodające wcześniej nie słyszanej u tej pani, nowej jakości. To też niezwykle rytmiczna płyta, ze znakomitymi w swojej prostocie i chwytliwości riffami w hymnie „The Glorious Land”. Dużo by mówić o tej płycie, ale i tak już wszystko napisano, więc pozostaje tylko słuchać kolejny raz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Let England Shake” już w tej chwili brzmi jak klasyk i przez dobre pół roku był moim albumem roku. Uznałem jednak, że wybranie go na 1 miejsce będzie trochę za oczywiste, bo po pierwsze został nagrany przez artystkę od dawna uznaną za wielką, więc tak czy siak można było się spodziewać , że z którymś kolejnym albumem PJ odzyska wigor i przywali potężnie, bo jej możliwości są po prostu ogromne. Po drugie - i co ważniejsze - chciałem wypromować nowego artystę, który jest stricte współczesny, młody, oryginalny, wcześniej nieznany. Kimś takim właśnie jest The Weeknd. Oczywiście poza wszelkimi wątpliwościami, „Let England Shake” zasłużenie wygrywa w większości zestawień magazynów muzycznych i dziennikarzy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-6gR-3MItgJI/TvNyWQ9XNuI/AAAAAAAABBg/e-J1GltxWF8/s1600/z_2e443b22.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 186px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-6gR-3MItgJI/TvNyWQ9XNuI/AAAAAAAABBg/e-J1GltxWF8/s320/z_2e443b22.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5689016481134098146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;01. The Weeknd – House Of Balloons&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ze wszystkich wymienionych tutaj artystów Abel Tesfaye był najpłodniejszy – wydał trzy mixtape’y, z czego HOB to arcydzieło dekadenckiego R&amp;B, drugi „Thursday” to trochę wymęczona, mniej melodyjna wariacja pierwszego, a wypuszczone dziś, znakomite „Echoes Of Silence” to mniej więcej podobna stylistyka, ale kierująca go w nowe, momentami jeszcze dziwniejsze kierunki (kawałek Initiation). Śpiewający głównie falsetem, czasem go nadużywając, The Weeknd na debiutanckim mixtapie najpełniej wyćwiczył jedyną w swoim rodzaju  sztukę futurystycznego Noir R&amp;B, gdzie pozbawiony radości hedonizm przemienia się w dekadencko-depresyjną degrengoladę konsumującego duże ilości narkotyków muzyka.  Rob Harvilla chyba najkompletniej wyraził się w opisaniu zalet muzyki młodego Kanadyjczyka – „Smukłe, złośliwe, zamroczone narkotykami, soft pornograficzne, i absolutnie cudowne, HOB i Thursday są artystycznymi albumami z piekła do pieszczenia się, narcystyczną orgią zniszczonych dusz skazanych na ciągłe blaknięcie, dopóki nie znikną całkowicie.” Rezygnacja i zmęczenie, bijąca zarówno z tekstów jak i muzyki, w świecie hip hopu i R&amp;B zdominowanego przez megalomańskie lamenty Drake’a i Kanye Westa, jest w wydaniu The Weeknd nawet bardziej przekonywająca, bo Abel niczego nie zmyśla, nie musi przyjmować żadnej pozy – bierze tylko przykłady z własnego życia. W dobie co raz mocniej zaznaczającej się w czarnej muzyce introspektywności i wątpliwości co do własnej osoby, The Weeknd wydaje się logicznym krańcem ,miejscem w które mało kto się może zapuścić.  Dzięki temu mrocznemu i dramatycznemu napięciu, życiu na krawędzi, oddawaniu się pustej rozpuście, „House Of Balloons” jest moim albumem roku. A pamiętam jeszcze, że bałem się, że po HOB artysta szybko się wyeksploatuje na następnych mixtape’ach, ale myliłem się, bo Abel nie kipnie z powodu braku kreatywności – prędzej stanie się to za sprawą narkotyków.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-5123716042429883818?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/cg8norEEBrhuv-2XYKMyishsn78/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/cg8norEEBrhuv-2XYKMyishsn78/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/cg8norEEBrhuv-2XYKMyishsn78/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/cg8norEEBrhuv-2XYKMyishsn78/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/fFM3tNrJT24" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/5123716042429883818/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/albumy-2011-roku-top-10.html#comment-form" title="Komentarze (2)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5123716042429883818?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5123716042429883818?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/fFM3tNrJT24/albumy-2011-roku-top-10.html" title="Albumy 2011 roku -- Top 10" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/-88BFiaZzTbM/TvNw1XfMDaI/AAAAAAAABAA/6a0CFjpth3Y/s72-c/wildcookie.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>2</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/albumy-2011-roku-top-10.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;CUUFQXw4eyp7ImA9WhRXFEo.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-2033178290244418956</id><published>2011-12-21T13:46:00.006+01:00</published><updated>2011-12-21T14:13:30.233+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-12-21T14:13:30.233+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Wysypisko" /><title>Coś Na Progu - nowy magazyn</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-lwWmcjhiVTw/TvHVfcWN5zI/AAAAAAAAA_o/t-pVrm8Y9Qk/s1600/co%25C5%259B.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 285px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-lwWmcjhiVTw/TvHVfcWN5zI/AAAAAAAAA_o/t-pVrm8Y9Qk/s400/co%25C5%259B.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688562540507686706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p align="justify"&gt;W styczniu/lutym 2012 wychodzi nowy magazyn "Coś Na Progu", w którym będę zamieszczał swoje teksty. Tematyka będzie taka jak widać na okładce - motywem przewodnim pierwszego numeru jest H.P. Lovecraft, znajdzie się w nim też sporo ciekawej publicystyki (nie związanej wyłącznie z Lovecraftem). Nie pozostaje mi nic innego pisać, jak tylko gorąco zachęcać do sięgnięcia po "Cosia", gdy się już ukaże.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-2033178290244418956?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/aHVDJUECWlQHvgqRE70XPDQq-js/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/aHVDJUECWlQHvgqRE70XPDQq-js/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/aHVDJUECWlQHvgqRE70XPDQq-js/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/aHVDJUECWlQHvgqRE70XPDQq-js/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/eX1kgd_T8Es" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/2033178290244418956/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/cos-na-progu-nowy-magazyn.html#comment-form" title="Komentarze (12)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/2033178290244418956?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/2033178290244418956?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/eX1kgd_T8Es/cos-na-progu-nowy-magazyn.html" title="Coś Na Progu - nowy magazyn" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://2.bp.blogspot.com/-lwWmcjhiVTw/TvHVfcWN5zI/AAAAAAAAA_o/t-pVrm8Y9Qk/s72-c/co%25C5%259B.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>12</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/cos-na-progu-nowy-magazyn.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DkEMQn49cSp7ImA9WhRXFE0.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-8033064897131485508</id><published>2011-12-20T16:33:00.021+01:00</published><updated>2011-12-20T19:11:23.069+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-12-20T19:11:23.069+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Lista" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Najlepsze albumy 2011 roku -- 20-11</title><content type="html">&lt;p align="justify"&gt;Różne problemy przyczyniły się do dłuższego zastoju na blogu, ale najwyższy czas powrócić. Jesteśmy teraz zasypywani masą podsumowań muzycznych i filmowych, więc nie będę gorszy i zacznę własne. Pierw rozwiążę problem z tą pierwszą. Nienawidzę zimy, ale  końcówkę roku uwielbiam, bo nie dość, że można nadrobić sporo zaległości, to jeszcze ciekawie jest śledzić co wygrywa, a co się nie pojawia (a powinno) na listach krytyków. Dziś  druga dwudziestka, bo pierwsza dziesiątka ciągle się nie może ustalić. I od razu dodam, że z ciężkim sercem ustawiam tą kolejność (która i tak pewnie za tydzień się zmieni, ale niech będzie). Wybieranie lepszej płyty z samych najlepszych to wyjątkowo trudne zadanie, ale właśnie cała w tym frajda. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-HfY5jh5Ezgk/TvCyvhcl0dI/AAAAAAAAA9M/N82D1DzjhY4/s1600/Lushlife-Rajesh-Haldar.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 224px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-HfY5jh5Ezgk/TvCyvhcl0dI/AAAAAAAAA9M/N82D1DzjhY4/s320/Lushlife-Rajesh-Haldar.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688242858870821330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;20. Lushlife – No More Golden Days&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jeden z tuzina wydanych w tym roku mixtape’ów, które często okazywały się lepsze od oficjalnych albumów. Hip Hop w tym roku przechodził samego siebie – dawno nie można było posłuchać takiej ILOŚCI świetnej muzyki. Niejeden raper w dzisiejszych czasach nauczył się czerpaćz koryta alternatywnego rocka/popu, i nie inaczej jest z Lushlife (Rajesh Haldar)– pojawiają się nawijki przy kawałkach Gang Gang Dance i Slowdive. Ci ostatni powoli wyrastają na faworytów młodego pokolenia, bo ten sam utwór użył jako podkład Lil B na swoim znakomitym „I’m Gay (I'm Happy)”. Lushlife to hip hop w nadspodziewanie luksusowo brzmiącej, refleksyjnej formie – wrażliwość indie rocka przefiltrowana jest przez east coasty i boom rapy, a pewna, hiperemocjonalna artykulacja (na featach dodatkowo m.in. Heems z Das Racist i Dice Raw) głównej gwiazdy tylko podbija moc nagrań.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-ztduXEocECk/TvCzcANuwgI/AAAAAAAAA9Y/bzResOV2L9E/s1600/kate%2Bbush.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 213px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-ztduXEocECk/TvCzcANuwgI/AAAAAAAAA9Y/bzResOV2L9E/s320/kate%2Bbush.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688243623044235778" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;19. Kate Bush – 50 Words For Snow&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Powrót weteranki z &lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/jedyna-taka.html"&gt;najlepszym&lt;/a&gt; materiałem od 26 lat. Czego chcieć więcej?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-pEShUNU4pyM/TvCzsevS7MI/AAAAAAAAA9k/6BJ7Y9urttk/s1600/big%2Bkrit.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 212px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-pEShUNU4pyM/TvCzsevS7MI/AAAAAAAAA9k/6BJ7Y9urttk/s320/big%2Bkrit.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688243906115988674" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;18. Big K.R.I.T. – ReturnOf4Eva&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Justin Scott nie dość, że świetnie rapuje, to jeszcze sam produkuje swoje kawałki. Nie robi nic nowego w sensie stylistycznym, bo obowiązkowe tango południowego hh z R&amp;B i soulem odstawiają prawie wszyscy, ale wyróżnia go niespotykane za często w tej grze ucho do wybierania odpowiednich sampli i beatów. Jego mixtape ma świetny flow, niemal idealne wyważenie między bangerami a spokojniejszymi momentami, które stanowią szczególną siłę pod koniec płyty (powalający duet „Free My Soul”-„The Vent”). Rzadko udaje się komuś utrzymać atencję przez aż 21 utworów, a doskonale wiemy, że w hip hopie ekscesywna długość prawie zawsze musi się jakoś obrócić przeciwko artyście. Tutaj tego problemu nie ma, bo highlightsów jest w bród. Takie „Aquemini” 2011 roku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-pnttz3H51eg/TvCz1PpgkmI/AAAAAAAAA9w/wx3KKzNGwIM/s1600/fleet%2Bfoxes.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 208px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-pnttz3H51eg/TvCz1PpgkmI/AAAAAAAAA9w/wx3KKzNGwIM/s320/fleet%2Bfoxes.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688244056684008034" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;17. Fleet Foxes - Helplessness Blues&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Niewdzięczne zadanie nagrywania kontynuatora po zjawiskowo pięknym debiucie musiało wywrzeć niemałą presję na muzykach, w szczególności na Pecknoldzie. Jak sam opowiadał w wywiadach, jego obsesja na punkcie muzyki przekraczała zdrowe granice – rozpadł się długoletni związek, nerwy reszty zespołu zostały nadwyrężone. Stąd ton drugiego albumu zespołu jest o wiele bardziej minorowy, nie ma już tej ekscytacji, młodzieńczego zapału. Otrzymujemy za to znowu masę cudownej muzyki, z pięknymi partiami wielogłosowymi, pięknymi melodiami, lepszymi, bardziej dopracowanymi aranżacjami, głębszymi przemyśleniami nad życiem. Nie jest to materiał tak przystępny jak debiut, nie każdy utwór brzmi jakby miał trafić na najlepsze greatest hits świata, i nie ma tego uczucia obcowania z instant classic przy pierwszych odsłuchach, ale kolejne potwierdzają, że to może być jednak ich drugi folk rockowy klasyk pod rząd. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-yiErg5nPElM/TvCz-Pq8cXI/AAAAAAAAA98/Ywo-MDTYeF8/s1600/junior-boys.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-yiErg5nPElM/TvCz-Pq8cXI/AAAAAAAAA98/Ywo-MDTYeF8/s320/junior-boys.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688244211308851570" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;16. Junior Boys – It’s All True&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Już przy „Begone Dull Care” odczuwało się, że grupa nie chce być szufladkowana tylko jako synth popowe, późno letnie melancholie na opuszczonej plaży. Jakkolwiek wspaniałe nie są dwie pierwsze płyty, to zmiana na trzeciej była bardzo mądrym rozwiązaniem. „It’s All True” odnajduje ulubiony duet fanów syntetycznego popu w jeszcze bardziej tanecznym i ożywionym pędzie, znowu przepełniony utworami, do których chce się po prostu wracać. Wydaje się, że Junior Boys nie są w stanie zepsuć płyty – czwarty złoty strzał pod rząd to dziś sztuka godna popisów Houdiniego.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-pyYhP-egwoY/TvC0FEmHtRI/AAAAAAAAA-I/lZ5ShsQTqkY/s1600/Radiohead.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 231px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-pyYhP-egwoY/TvC0FEmHtRI/AAAAAAAAA-I/lZ5ShsQTqkY/s320/Radiohead.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688244328594912530" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;15. Radiohead – The King Of Limbs&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Chore oczekiwania słuchaczy, że Radiohead po raz trzeci zbawi świat muzyki rozbiły się o beton, gdy najkrótsza płyta w historii zespołu objawiła swoje oblicze. Oblicze, które jest najbardziej powściągliwym w ich historii – nie za wiele tu żywego grania, sporo syntetyki, w głównej mierze muzyki stworzonej na pętlach, trochę odwołującej się to do dubstepu, to do minimalu, to do afrobeatu. Płyta nagrana pozornie na odwal jest tak naprawdę pokazem swobody artystycznej i czystej radości z grania muzyki. Nie czuć tutaj żadnego naprężania muskułów, bo Yorke i spółka niczego udowadniać nie muszą. I choć zarzut, że mogłaby to być solowa płyta Yorke’a jest trafny, to i tak nie ma to znaczenia – muzyka broni się sama, czy to będzie znakomity brat „Pyramid Song” w postaci „Codex”, czy ikoniczne dzięki teledyskowi, futurystyczne R&amp;B w wydaniu Radiohead „Lotus Flower”. I jak tu nie kochać ich strategii wydawania płyty w najmniej spodziewanym momencie – wtedy przynajmniej przez chwilę pół Internetu żyje jedną sprawą – muzyką. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-bjc0CLlBuaU/TvC04ZBt29I/AAAAAAAAA-4/27I3mOSCFwg/s1600/destroyer_kaputt_tedbois.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 229px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-bjc0CLlBuaU/TvC04ZBt29I/AAAAAAAAA-4/27I3mOSCFwg/s320/destroyer_kaputt_tedbois.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688245210252696530" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;14. Destroyer – Kaputt&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie ma to jak wybrać za inspirację jeden z bardziej nielubianych gatunków muzycznych – soft rock (przechodzącego w ostatnich czasach zasłużoną rewaluację)- i pokazać, że jego wady są atutami. Lotna, relaksacyjna atmosfera, pojedynki i dialogi zreverbowanych trąbek i saksofonów, ejtisowe synthy, bezprogowy bas, wokalista śpiewający w pozycji leżącej, Sade, Steely Dan, Roxy Music – jeżeli pociąga cię takie coś, to znalazłeś płytę dla siebie. Dan Bejar nie posiada głosu, który byłby w stanie wynieść jego muzykę na jeszcze wyższy poziom niż teraz, ale wydaje się, że nie musi – tekstury i aura „Kaputt”, opowieści o kokainowych nocach i uganianiu się za dziewczynami są wystarczająco dobre, by wprawić w błogi stan. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-Z8y-yMouyJU/TvC0OgSgmAI/AAAAAAAAA-U/jdzvs4RyK2A/s1600/matana.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-Z8y-yMouyJU/TvC0OgSgmAI/AAAAAAAAA-U/jdzvs4RyK2A/s320/matana.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688244490647672834" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;13. Matana Roberts - Coin Coin Chapter One: Gens de couleur libres&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;Wynalazek Bartka Chacińskiego, który idealnie trafił z opisem płyty – „To, co uprawia Roberts, to rodzaj jazzowej hauntologii. Nowoczesną, niezwykle mocną i wyrazistą formę splata z wątków jakby żywcem wyjętych ze starych płyt.” Lepiej się nie da tego ująć. Odwoływanie się do mistrzów awangardowo-free jazzowych szaleństw z lat 60-tych ma moc małej bomby nuklearnej nie tylko dzięki znakomitemu rozumieniu tej muzyki i wizjonerstwu samej autorki, ale dzięki upiększeniom jakie stosuje – jej szalone, piękne partie głosowe w same sobie są instrumentem równym saksofonowi. Transcendencja bliska „Karmy” Pharoaha Sandersa z 1969 roku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-lWKUvlZjy-A/TvC0cpDYSQI/AAAAAAAAA-g/VRoZlm5ui-g/s1600/jamie%2Bwoon.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 239px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-lWKUvlZjy-A/TvC0cpDYSQI/AAAAAAAAA-g/VRoZlm5ui-g/s320/jamie%2Bwoon.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688244733518301442" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;12. Jamie Woon - Mirrorwriting&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;Jamie Woon to zjawiskowy wokalista – jego subtelny, ultra smukły głos to prawdziwy słuchowy feromon, który nie zadziała chyba tylko na najbardziej gruboskórnych ludzi świata. I jest to też idealny komponent dla soul-popowego tła z leciutko dubstepowo-garażowym odcieniem, który słyszy się na jego debiucie. W utworze roku, „Night Air” Burial ma odpowiedź kto powinien być jego standardowym wokalistą na kolejnych albumach. W jednej z ballad roku - „Street” - Woon dowodzi, że przy prostej, minimalistycznej konstrukcji dźwiękowej i wokalu na pogłosie można stworzyć kompozycję wielkiego formatu. Cała płyta jest bardzo równa, bo Woon to w głębi serca staroświecki balladzista, któremu dobrze służy utrzymywanie się w konkretnej konwencji.  Tak jak James Blake, SBTRKT i Katy B, jest soulowym pieśniarzem w post-dubstepowym świecie – dlatego nie dziwi mnie, że przy opisywaniu muzyki tych artystów, padają nowe nazwy gatunków. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-1fYvUAvVe58/TvC0lgEzzcI/AAAAAAAAA-s/qybhj_hUr4Q/s1600/kendrick-lamar.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 213px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-1fYvUAvVe58/TvC0lgEzzcI/AAAAAAAAA-s/qybhj_hUr4Q/s320/kendrick-lamar.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5688244885727202754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;11. Kendrick Lamar – Section.80&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Znowu mixtape – rzekłoby się – ale to co ten chłopak z Los Angeles tutaj wyprawia wyrasta poza resztę bardzo zacnych przecież pozycji. Bardziej zaangażowany społecznie i politycznie niż większość rówieśników, odrzuca rapowanie o niczym i oddawanie się hedonistycznym praktykom dla cofania się do Reaganowskiej ameryki lat 80-tych, by wskazać początki niedoli swojej generacji. Z pasją snuje opowieści o eksplozji cracku, rasizmie, biedzie, dyskryminacji kobiet, spaja nawet kilka utworów w powiązaną narracyjnie całość, ale i tak wygrywa nas swoją muzyką - conscious hip hop w najlepszej tradycji Commona, z rewelacyjnymi wypadami w rejony R&amp;B (prawie każdy utwór ma jakąś melodyjną, śpiewną wstawkę). W 6-minutowym orgazmie „Ab-Soul's Outro”, Lamar wraz z Ab-Soulem przy free jazowym akompaniamencie inspirująco wskrzesza jazz-rapowy odłam z lat 90-tych, bijąc prawdziwą afro-amerykańską dumą i gniewem. Z niecierpliwością będę oczekiwał jego kolejnych ruchów.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-8033064897131485508?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/s13Ta_JyvgC6e3M_93R_iWgs2hA/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/s13Ta_JyvgC6e3M_93R_iWgs2hA/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/s13Ta_JyvgC6e3M_93R_iWgs2hA/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/s13Ta_JyvgC6e3M_93R_iWgs2hA/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/lvy80u3Tj-M" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/8033064897131485508/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/albumy-roku-20-11.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/8033064897131485508?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/8033064897131485508?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/lvy80u3Tj-M/albumy-roku-20-11.html" title="Najlepsze albumy 2011 roku -- 20-11" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://2.bp.blogspot.com/-HfY5jh5Ezgk/TvCyvhcl0dI/AAAAAAAAA9M/N82D1DzjhY4/s72-c/Lushlife-Rajesh-Haldar.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/albumy-roku-20-11.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DkMNQHw8eip7ImA9WhRRGUs.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-3730904546918261370</id><published>2011-12-03T20:58:00.019+01:00</published><updated>2011-12-04T03:08:11.272+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-12-04T03:08:11.272+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Soul" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Nabytek do linii</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-waTBDppeW0U/TtqH3ePvgkI/AAAAAAAAA5E/0HKsZR5rr08/s1600/van-hunt-new.gif"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 187px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-waTBDppeW0U/TtqH3ePvgkI/AAAAAAAAA5E/0HKsZR5rr08/s320/van-hunt-new.gif" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5682003266962948674" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Van Hunt, What Were You Hoping For?, 2011&lt;/span&gt;&lt;p align="justify"&gt;Hendrixowskie pirotechniki i garażowo-punkowy jazgot dwóch pierwszych utworów "What Were You Hoping For?" może zaskoczyć niejednego zwolennika soulu lub R&amp;B, przyzwyczajonego do spokojnych i nastrojowych, skąpanych w olejkach ballad. Ci co oczekiwali po Van Huncie przystępnej i przyjemnej płyty nie mają czego tutaj szukać, bo to co się dzieje na samym początku albumu jest symptomatyczne dla całości. Przesterowane, zniekształcone, rozsierdzające riffy stanowią wraz z głosem artysty główny kościec kompozycji z jego najnowszej płyty. A te są brudne, bezkompromisowe, zmodyfikowane przez różne efekty studyjne. Głos Van Hunta świetnie je podbarwia, uderzając swobodą oraz pewnością siebie, z jaką wyśpiewuje teksty pełne desperacji i beznadziei. Artysta nigdy nie trzyma się jednego kierunku, zaskakując oryginalnymi przetworzeniami tak odmiennych gatunków jak country, funk, soul i rock. Jedyna ładna, od razu wpadająca w ucho melodia pojawia się dopiero na wysokości szóstego numeru, w kapitalnej balladzie "Moving Targets". Na niej się też kończą słodkości, bo wśród reszty kolekcji próżno szukać podobnych, potencjalnie singlowych momentów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po wielkich problemach z wytwórnią Blue Note, uwolniony z wszelkich pętel Van Hunt przywala po uszach nieskrepowaną, chaotyczną, antykomercyjną muzyką, która jest bardzo podobna w ambicji - chwilami także muzycznie - do zeszłorocznego arcydzieła Bilala. Doświadczając właściwie tego samego, co tamten artysta kilka lat wcześniej, Van Hunt umyślnie i z rozmachem zapuścił się w ponury, psychodeliczny neo-soulowy gąszcz a'la Sly &amp; The Family Stone, wpadając w linię najbardziej wizjonerskich i ekscentrycznych czarnych płyt ostatnich kilkunastu lat - "Voodoo", "Worldwide Underground", "New Amerykah Part One", "Electric Circus", "Phrenology", "Airtight's Revenge", "The Hollywood Recordings", "Nuclear Evolution: The Age of Love".&lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●●○○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlight:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=SPG4l0FB-Y8"&gt;Moving Targets&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-3730904546918261370?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/gfYr7hg1J4aSXvm103UEsDD8HqE/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/gfYr7hg1J4aSXvm103UEsDD8HqE/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/gfYr7hg1J4aSXvm103UEsDD8HqE/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/gfYr7hg1J4aSXvm103UEsDD8HqE/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/V7p1ybz5jpw" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/3730904546918261370/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/nabytek-do-linii.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3730904546918261370?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3730904546918261370?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/V7p1ybz5jpw/nabytek-do-linii.html" title="Nabytek do linii" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-waTBDppeW0U/TtqH3ePvgkI/AAAAAAAAA5E/0HKsZR5rr08/s72-c/van-hunt-new.gif" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/nabytek-do-linii.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DEYDQXk6eip7ImA9WhRRGU4.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-5605748393522449550</id><published>2011-12-03T18:10:00.006+01:00</published><updated>2011-12-03T19:16:10.712+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-12-03T19:16:10.712+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Kino Kanadyjskie" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><title>Prawdziwie zabawny horror</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-CyikvhWwWBI/TtpgxkKtqwI/AAAAAAAAA44/49ilF6GSnW4/s1600/tucker.jpeg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 239px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-CyikvhWwWBI/TtpgxkKtqwI/AAAAAAAAA44/49ilF6GSnW4/s320/tucker.jpeg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5681960284519770882" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Porąbani, reż. Eli Craig, rok 2010&lt;/span&gt;&lt;p align="justify"&gt;Monstrualne pokłady śmiechu odnaleźć można w znakomitym, iskrzącym od inwencji kanadyjskim komediohorrorze "Porąbani". Sam w sobie stanowi też dobry przyczynek do ciekawej obserwacji, z której wynika, że od dłuższego czasu panuje reguła, gdzie najlepszą prasę zbiera głównie horror, który nie bierze siebie na poważnie. Wystarczy prześledzić reakcje, jakie towarzyszyły "Wrotom do piekieł", "I Sell The Dead" czy "Wysypowi żywych trupów" i zderzyć je z poważniejszymi dziełami gatunku, a wnioski nasuną się same. A co do "Porąbanych", to nie mam wątpliwości, że to najlepszy tego rodzaju film od czasu "Wysypu..." Nie mówię tego tylko z powodu nagromadzenia zabawnych scen, wynikających chociażby z pecha i głupoty głównych bohaterów, tudzież kreatywnego wykorzystania konwencji slashera, ale dlatego, że film wywraca do góry nogami jedną z najbardziej wyświechtanych reguł gatunku, zamieniając niby oprawcę w ofiarę, niby złego w dobrego. Niby nic wielkiego, ale nie wyszłoby to tak świetnie, gdyby reżyser-scenarzysta nie wybrał na główny motyw fabuły do bólu oklepany schemat "wieśniaki kontra miastowi", w którym aż kipi od kuriozalnych stereotypów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba mieć na uwadze, że budowanie filmu na horrorowych kliszach jest niełatwą i ryzykowną sztuką, bo często się dzieje tak, że to co ma wypaść śmiesznie, okazuje się żenujące (patrz serię Straszny Film). Tutaj wszystko się zgadza, bo dominuje rzadko widziany w horrorach humor sytuacyjny, a sceny próby "odbicia" koleżanki przez jej przyjaciół są miniarcydziełem slapstickowej komedii, najśmieszniejszą sekwencją filmową jaką widziałem w tym roku. Ponad to wszystko, nieszczęśliwe przygody Tuckera i Fale'a po prostu wciągają, bo pod tą całą makabrą kryją się ludzkie postaci i charaktery. Pod koniec wyciągnąć można nawet pewne przesłanie, oczywiście niezbyt oryginalne, ale jakkolwiek by nie było proste i jednoznaczne, to komicznie wykorzystuje niebezpieczeństwo kryjące się za postrzeganiem/ocenianiem ludzi przez to jak wyglądają i skąd pochodzą. &lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;★★★½&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;object style="height: 280px; width: 500px"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Ikmr_gWnaBI?version=3&amp;feature=player_detailpage"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowScriptAccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Ikmr_gWnaBI?version=3&amp;feature=player_detailpage" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowScriptAccess="always" width="500" height="280"&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-5605748393522449550?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/tIWSETAC3tWlsDPBz69-WGhQGy0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/tIWSETAC3tWlsDPBz69-WGhQGy0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/tIWSETAC3tWlsDPBz69-WGhQGy0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/tIWSETAC3tWlsDPBz69-WGhQGy0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/b0ugXTeBNfk" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/5605748393522449550/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/prawdziwie-zabawny-horror.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5605748393522449550?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5605748393522449550?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/b0ugXTeBNfk/prawdziwie-zabawny-horror.html" title="Prawdziwie zabawny horror" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/-CyikvhWwWBI/TtpgxkKtqwI/AAAAAAAAA44/49ilF6GSnW4/s72-c/tucker.jpeg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/12/prawdziwie-zabawny-horror.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;AkcGRngyfSp7ImA9WhRRE08.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-7784649050698344762</id><published>2011-11-26T16:22:00.009+01:00</published><updated>2011-11-26T18:20:27.695+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-11-26T18:20:27.695+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Chamber Pop" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Art Pop" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Jedyna taka</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-ZYl0kpwk2ec/TtEQSXlcvNI/AAAAAAAAA4s/b9LwhbTHD7I/s1600/kate%2Bbush.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 214px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-ZYl0kpwk2ec/TtEQSXlcvNI/AAAAAAAAA4s/b9LwhbTHD7I/s320/kate%2Bbush.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5679338512845683922" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Kate Bush, 50 Words For Snow, 2011&lt;/span&gt;&lt;p align="justify"&gt;50 synonimów dla słowa śnieg jest ideą o tyle niedorzeczną, co idealnie stworzoną dla artystki pokroju Kate Bush, od dawna mającej opinię mistrzyni przekształcania kiczu i ekscesów w poważne artystycznie, olśniewające fantazją wypowiedzi. Na swojej najnowszej płycie "50 Words For Snow" po raz kolejny udaje się jej pogodzić oryginalną formę muzyczną z szalenie idiosynkratycznymi wizjami. Wizjami, które bardziej osobliwe być już chyba nie mogą, bo raczej nigdzie indziej nie znajdziemy tak niepohamowanej erupcji słowotwórstwa, jak w utworze tytułowym. Zaproszony aktor Stephen Fry z afektacją recytuje w większości wymyślone, zabawne słowa jak "boomerangablanga" lub "spangladasha", a w międzyczasie Kate pieszczotliwie dopinguje go wyśpiewując "Come on, man, you've got 44 to go". W przepięknym "Misty" artystka śpiewa o miłości do bałwana, który po upojnej nocy roztapia się, a w "Wild Man" trafia na trop samego Yeti. W otwierającym całość "Snowflake", syn artystki Albert swoim chłopięcym głosem wciela się w rolę spadającego płatka śniegu. Nic z tego nie miałoby sensu, gdyby nie muzyka, jaką Bush oprawiła swoje teksty.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze trzy kompozycje albumu właściwie zlewają się w jedną, piękną, około 35 minutową suitę. Ich wyraźnym archetypem i inspiracją jest cudowny utwór "A Coral Room" z "Aerial", gdzie Kate przy akompaniamencie fortepianiu przejmująco śpiewała o zmarłej matce i upływie czasu. Na "50 Words For Snow" mollowy dialog wokalistki z fortepianem i dyskretnym udziałem perkusji oraz smyczków urzeka paradoksalną jak na nią powściągliwością i kontrolowaną bombastycznością, syntezą najlepiej uzyskaną w trzeciej z kolei kompozycji, "Misty". Przy tak dużych proporcjach, gdzie najkrótszy utwór trwa prawie siedem minut, a najdłuższy trzynaście, łatwo popaść w przesadę i dłużyzny. Tym większe wrażenie robi umiar Kate, nie doprowadzanie do rozbuchania estetyki. Najbardziej jest to widoczne w drugim utworze, "Lake Tahoe", gdzie niespodziewanie wyskakuje operowe bel canto, ale utwór nigdy nie wpada w pułapkę patetycznych aranży i niekończących się crescend, wciąż trzymając się swojej melancholijnej, cierpliwej natury. Nawet gdy kompozycje sprawiają wrażenie narastających, to raczej nigdy nie dochodzi do gwałtownego rozwiązania. Kate całkowicie zrezygnowała w nich z popowej struktury, racząc słuchacza hipnotycznymi, leniwie powtarzanymi frazami fortepianu, i spokojnym, niższym niż zazwyczaj, ale wciąż emocjonalnym śpiewem. Jej skala głosu naturalnie się obniżyła przez lata, dlatego nigdy nie usłyszymy już banshee z "Babooshki", ale to co mamy teraz jest równie piękne, a może nawet bardziej.     &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jazzowo-kameralny duch pierwszej części albumu może trochę przypominać medytacyjne arcydzieła z ostatniej płyty Talk Talk, ale nie oszukujmy się - Bush od dawna porusza się we własnym krajobrazie muzycznym, którego nie da się pomylić z niczym innym, ani też ciężko do czegokolwiek porównać. Choć w spisie utworów nie ma żadnego rozdzielenia na części, to dla mnie oczywiste jest, że następne trio kompozycji mogłoby stanowić drugą partię koncept albumu. Fortepianową elegancję i lodowatą atmosferę pierwszego tria arcydzieł na dłuższy czas żegna singlowe "Wild Man", w którym uroczo pobrzękują echa orientu, rytm jest bliższy muzyce popowej, a quasi refren odnalazłby się nawet gdzieś na "The Dreaming". Żywsze, bardziej różnorodne i elektroniczne brzmienia wyłaniają się w dwóch kolejnych indeksach. "Snowed In at Wheeler Street", dramatyczny duet z Eltonem Johnem, z potężnie wygrywanymi akordami przy słowach "I Don't Want To Lose You" jest najlepszą kompozycją z tej drugiej części płyty, znakomicie operującą dynamiką, przełamującą na chwilę mezzo piano większości albumu. Tytułowy to najsłabsze ogniwo całości, ale śliczna klamra "Among Angels" to znowu intensywnie nastrojowa Bush z pierwszej części, akompaniująca sobie przy fortepianie, ze smyczkami w tle. Skromne, klasowe zakończenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli teksturowe subtelności "50 Words For Snow" są z jednej strony nad wyraz ilustracyjne i seraficzne, to z drugiej porażają swoim monochromatyzmem i chłodem, który finalnie staje się dziwnie kojący. Kate Bush tak dobrej płyty nie nagrała od czasu "Hounds Of Love", a przecież kilka jej ostatnich wiele pań wzięłoby z pocałowaniem ręki. I jak tu nie mówić o niej, że jest jedyna w swoim rodzaju. &lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●●○○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlight:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://www.npr.org/player/v2/mediaPlayer.html?action=1&amp;t=1&amp;islist=false&amp;id=142133269&amp;m=142188566"&gt;Misty&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-7784649050698344762?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/yz1V4yzDp-oHq-E7f4onpERGsG0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/yz1V4yzDp-oHq-E7f4onpERGsG0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/yz1V4yzDp-oHq-E7f4onpERGsG0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/yz1V4yzDp-oHq-E7f4onpERGsG0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/4_8II1hbqYc" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/7784649050698344762/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/jedyna-taka.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/7784649050698344762?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/7784649050698344762?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/4_8II1hbqYc/jedyna-taka.html" title="Jedyna taka" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-ZYl0kpwk2ec/TtEQSXlcvNI/AAAAAAAAA4s/b9LwhbTHD7I/s72-c/kate%2Bbush.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/jedyna-taka.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;CkcAQng4eip7ImA9WhRXFk0.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-6679888566875567036</id><published>2011-11-17T15:18:00.021+01:00</published><updated>2011-12-23T01:27:23.632+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-12-23T01:27:23.632+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Hip Hop" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="R'n'B" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Kanye Westowski moment</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-pxOHt4UBFyY/Ts1r8XH3c_I/AAAAAAAAA4g/9PHaaR0CIPs/s1600/drake-take-care-album-cover.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 316px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-pxOHt4UBFyY/Ts1r8XH3c_I/AAAAAAAAA4g/9PHaaR0CIPs/s320/drake-take-care-album-cover.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5678313389927396338" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Drake, Take Care, 2011&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Introspektywne, auto-tune'owe R&amp;B ze smutnym hip hopem zainicjował w 2008 roku wielebny Kanye West na "808s &amp; Heartbreak", i od tamtej pory można mówić o mini ruchu w czarnej muzyce popowej. Za wydawało się ślepą ścieżką Westa nagle w mainstreamie podążyli inni raperzy, Drake i Kid Cudi, udowadniając że w wolnych tempach i narcystycznym użalaniu się nad sobą tkwi spory potencjał. "Thank Me Later" i obie części "Man on the Moon" były stroną emo hip hopu, miejscem w którym raperzy wyzbywali się postawy macho i braggadocio na rzecz głębokich westchnień, wrażliwych deklaracji i otwartego wyznawania własnych słabości. Przynajmniej tak to wyglądało na papierze. W tym roku kontynuację zadumanego, introspektywnego tonu powyższych płyt da się usłyszeć na dwóch rewelacyjnych albumach R&amp;B, The Weeknd i &lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/08/nowa-fala-r.html"&gt;Franka Oceana&lt;/a&gt;, jak i drugim dziecku Bon Ivera czy debiucie Jamesa Blake'a. Nie wiem czy te albumy miały jakiś większy wpływ na Drake'a podczas nagrywania "Take Care", ale trudno mi nie odbierać jego melancholijnego popu jako wielkiej pigułki wszystkiego co słyszeliśmy w hip hopie i R&amp;B w tym roku.  
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;Drake na ciekawym debiucie zaskakiwał niepretensjonalnym przełożeniem swoich egzaltacji na podrasowany elektronicznie rap-śpiew, może pachnący zbytnio Westo-podobną pobłażliwością, ale szczęśliwie umorzoną w oszczędnych podkładach. Na sophomorze strzałka z pomiarem ambicji podnosi się o kilka stopni do góry, w dobrze wyważonych proporcjach. Drake skapitalizował debiutancki sukces poprzez rozwinięcie parametrów w zmysłowy, zamyślony melanż hip hopu, R&amp;B, popu i downtempo, oprawiony to nienachalnymi beatami, to ciepłym, ambientowym anturażem. Chyba więcej tu śpiewania niż rapu, co jest prawdziwym błogosławieństwem, bo w tej konfiguracji muzyka Drake'a sprawdza się po prostu lepiej. Czasem w aranżach i refrenach przedziera się wszechobecny w muzyce cień "My Beautiful Dark Twisted Fantasy", jak w absurdalnie podniosłym "Lord Knows", jednak Drake nigdy nie przestaje być sobą, stara się trzymać na niskim kluczu. Nie gubi za to maksymalistycznych ciągotek Westa, najlepiej widocznych w liście gości - swoistym przekroju kto jest kim w biznesie, poczynając od zawsze znakomitej na featach Rihannie, rozchwytywanych ostatnio Nicki Minaj i The Weeknd, a kończąc na samym Stevie Wonderze. Duch Abela Tesfaye aka The Weeknd jest tutaj szczególnie namacalny, bo "Shot For Me" brzmi jak niewydany utwór tego artysty, a w "Crew Love" jego wokal jest jednym z najlepszych momentów na płycie (podobnie w kończącym "The Ride"). Nie wyszło mu za to zaproszenie co raz gorszego Lili Wayne'a, wątpliwie popisującego się w dwóch utworach pod koniec płyty (z czego jeden jest zbędny). "Take Care" jest potwornie długie (80 min), jakieś 10 minut za długie. Sprawa trochę jak z pysznym, ale zbyt słodkim tortem, w końcu mdlącym nas od smaku.   
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;Zbierając to wszystko do kupy, wyciągnąć można jedną tezę - dzisiejszy pop to boisko wypalonych chłopców, którzy za melodramatycznymi, epickimi produkcjami skrywają  wielkie, złamane serca, lub egoizm, hipokryzję lub narcyzm. Prawda pewnie leży po środku. Drake doczekał się właśnie Kanye Westowego momentu, nagrywając swoje "Late Registration". Dokąd stąd pójdzie czas pokaże. 
&lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●●●○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;
&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlights:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=DmAOzxaIwyY"&gt;Crew Love&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=XO6b8Ealv-g"&gt;Marvins Room&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-6679888566875567036?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UHIC0X2ij8pxYTmQBC9NI6fR-w8/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UHIC0X2ij8pxYTmQBC9NI6fR-w8/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UHIC0X2ij8pxYTmQBC9NI6fR-w8/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UHIC0X2ij8pxYTmQBC9NI6fR-w8/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/2rLD8CJfToM" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/6679888566875567036/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/kanye-westowski-moment.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/6679888566875567036?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/6679888566875567036?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/2rLD8CJfToM/kanye-westowski-moment.html" title="Kanye Westowski moment" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/-pxOHt4UBFyY/Ts1r8XH3c_I/AAAAAAAAA4g/9PHaaR0CIPs/s72-c/drake-take-care-album-cover.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/kanye-westowski-moment.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DkEEQnYyfip7ImA9WhRSE0Q.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-6950444278385278289</id><published>2011-11-15T15:59:00.007+01:00</published><updated>2011-11-15T23:03:23.896+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-11-15T23:03:23.896+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="ambient pop" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="alternatywny pop" /><title>Anemiczny crooner</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-_x6ikmEVYhw/TsJ_DDmhp9I/AAAAAAAAA3M/E4zDj9N8jGk/s1600/Parallax-Atlas_Sound_480.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-_x6ikmEVYhw/TsJ_DDmhp9I/AAAAAAAAA3M/E4zDj9N8jGk/s200/Parallax-Atlas_Sound_480.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5675238170923476946" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Atlas Sound, Parallax, 2011&lt;/span&gt;&lt;p align="justify"&gt;Patrząc tylko na okładkę najnowszej oferty solowego projektu Bradforda Coxa, można by wywnioskować, że zamiast niego widzimy Nicka Cave'a. Do tego ten staroświecki mikrofon, jakby stwarzający iluzję, że nie jest to płyta z muzyką alternatywną, lecz nowa propozycja jakiegoś pieśniarza. Pomysł przedni, muszę przyznać. Każda z poprzednich płyt, czy to pod tym szyldem, czy z bardziej znanym Deerhunterem, zawierała wyjątkowo specyficzną, psychodeliczno-anemiczną aurę, odzwierciedlającą aparycję i fizjonomię Coxa. Jego letargiczny śpiew, balansujący na pograniczu katatonii i somnambulizmu był dobrym partnerem dla narkotycznych eksploracji dźwiękowych, ale tylko huraoptymiści i fanatycy mogliby uznać Bradforda za wokalistę i melodyka wielkiego formatu. Jako melodyk jest skąpy - co najwyżej rozwija szczątkowe odcinki melodyczne na kilku akordowych konstrukcjach. Z Atlas Sound, bardziej niż w Deerhunterze, tka relaksacyjny, ambientowy kokon, z którego nie rezygnuje do końca i na "Parallax", ale teraz jednak bliżej mu do czegoś w rodzaju ambient popowego croonerstwa. Jakkolwiek to dziwnie brzmi, to w pewnej mierze się sprawdza obraz okładki. Cox jest jak na siebie bardzo "aktywny" wokalnie, wysunięty na pierwszy plan, a nie jak zazwyczaj zagubiony gdzieś w gąszczu pogłosów czy ech. Najlepsze na płycie, rozmarzone "Te Amo" czy zabójczo chwytliwe "Mona Lisa" stanowią najdokładniejszą wizytówkę tego kierunku. Cox oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie umieścił na płycie jakiś instrumentalnych odlotów w transowo-psychodeliczne krainy, co czynią dwie ostatnie pozycje w indeksie, "Quark Park Part I &amp; II". Wypada to średnio, ale może następnym razem muzyk wykaże więcej konsekwencji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawiło mnie kiedy facet wyrwie się w końcu trochę ze swojego constansu, przestanie ładnie przynudzać, i zagra coś, co utrwali się w pamięci na dłużej, sięgnie poziomu jego najwybitniejszego dzieła - "Microcastle" z 2008 roku. Bo szczerze mówiąc, choć lubię "Logos" i "Let the Blind Lead Those Who Can See but Cannot Feel", to nic kompletnie z nich nie pamiętam. Z ostatniej płyty Deerhunter "Halcyon Digest, też przecież udanej, kojarzę jedynie rewelacyjne "Desire Lines". A po pierwszym odsłuchu "Parallaxa", już dwa utwory szybko zagnieździły się w mojej głowie. Jest progres.&lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●○○○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlight:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=6cXJWa8Axz4"&gt;Te Amo&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-6950444278385278289?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/c7J_bFcc-qAli9Nd55-4JnRB9P8/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/c7J_bFcc-qAli9Nd55-4JnRB9P8/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/c7J_bFcc-qAli9Nd55-4JnRB9P8/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/c7J_bFcc-qAli9Nd55-4JnRB9P8/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/csylutVmmXA" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/6950444278385278289/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/anemiczny-crooner.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/6950444278385278289?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/6950444278385278289?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/csylutVmmXA/anemiczny-crooner.html" title="Anemiczny crooner" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://2.bp.blogspot.com/-_x6ikmEVYhw/TsJ_DDmhp9I/AAAAAAAAA3M/E4zDj9N8jGk/s72-c/Parallax-Atlas_Sound_480.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/anemiczny-crooner.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;D0cDSHo6cSp7ImA9WhRSFk4.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-5881765771605268972</id><published>2011-11-13T19:31:00.007+01:00</published><updated>2011-11-18T17:51:19.419+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-11-18T17:51:19.419+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Doom Metal" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Okultyści</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-VCM3D6BJzzI/TsAOJ67alyI/AAAAAAAAA3A/6EdmOkSZ-kk/s1600/blood.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-VCM3D6BJzzI/TsAOJ67alyI/AAAAAAAAA3A/6EdmOkSZ-kk/s200/blood.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5674551094086899490" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Blood Ceremony, Living With The Ancients, 2011&lt;/span&gt;&lt;p align="justify"&gt;Okultystyczny doom metal i rustykalny folk rock? Czemu nie. Kanadyjskie Blood Ceremony to bękart Jethro Tull (flet) i Coven (ekspresyjna wokalistka), z riffami pod Black Sabbath. Ich muzyka ma w sobie tradycyjny, lekko kiczowaty rodzaj magnetyzmu dźwiękowego, który odnaleźć można nie tylko u powyższych zespołów, ale także na obskurnych proto-metalowych i hard rockowych albumach z początku lat 70-tych, nagrywanych przez zespoły jak Black Widow czy Lucifer's Friend (to by była odpowiednia nazwa dla zespołu). Kto lubi takie klimaty, to znajdzie na "Living With The Ancients" podobny bagaż stylistyczny - wolne, soczyste riffy, staromodne brzmienie organów, mocny, pewny wokal, solówki na flecie i gitarze. Tematykę tekstów z pewnością pochwaliłby Anton LaVey, bo pełno tu opowieści o sabatach czarownic, uprawianiu czarnej magii i czczeniu władcy much. Brzmi to zabawnie, ale dla mnie sprawdza się to o wiele lepiej w tego typu muzyce, aniżeli np. Black Metalu. Mistrzem podobnych czarnoksięskich praktyk jest od dawna genialny Electric Wizard, rozmiłowany w odniesieniach do Hammerowskich horrorów, ale Blood Ceremony za sprawą wokalistki Alii O'Brien wnosi trochę drapieżnego seksapilu do zdominowanej przez mężczyzn estetyki. Kanadyjczycy nie poczynili żadnego kroku naprzód w stosunku do swojego intrygującego debiutu z 2008 roku, nagrywając jego dosyć wierną kopię (z minimalnymi różnicami), rzecz jasna mniej zaskakującą, ale na tyle dobrą, że warto poświęcić jej uwagę i czas. &lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●○○○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlight:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=cJIEWj2qUlg"&gt;Night Of Augury&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-5881765771605268972?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/YL3i1UdA5EaeJISaqW6PvUZMA_I/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/YL3i1UdA5EaeJISaqW6PvUZMA_I/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/YL3i1UdA5EaeJISaqW6PvUZMA_I/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/YL3i1UdA5EaeJISaqW6PvUZMA_I/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/DJz6xF4mw8E" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/5881765771605268972/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/okultysci.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5881765771605268972?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5881765771605268972?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/DJz6xF4mw8E/okultysci.html" title="Okultyści" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/-VCM3D6BJzzI/TsAOJ67alyI/AAAAAAAAA3A/6EdmOkSZ-kk/s72-c/blood.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/okultysci.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;AkUDSHo9fSp7ImA9WhRRGE8.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-5561476256789986489</id><published>2011-11-12T12:23:00.010+01:00</published><updated>2011-12-02T13:17:59.465+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-12-02T13:17:59.465+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Chillwave" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Blues" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Stary i młody</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-2AbxSVJFvLU/Tr5iIgF8arI/AAAAAAAAA2o/VyJl8vChFEg/s1600/bad.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-2AbxSVJFvLU/Tr5iIgF8arI/AAAAAAAAA2o/VyJl8vChFEg/s200/bad.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5674080478726744754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Tom Waits, Bad As Me, 2011&lt;/span&gt;&lt;p align="justify"&gt;Warto zastanowić się która twarz Waitsa jest prawdziwsza -  przepitego beatnika z płyty "Small Change", jarmarcznego eksperymentatora godnego Captaina Beefhearta z "Swordfishtrombones", czy bluesmana wagabundy z "Bad As Me". Za wskazówkę może posłużyć mamutowe, trzy płytowe wydawnictwo "Orphans: Brawlers, Bawlers &amp; Bastards" z 2006 roku, które z dzisiejszej perspektywy stanowić może papierek lakmusowy twórczości muzyka, ładne, rzetelne ukazanie jego trzech różnych natur. Choć "Bad As Me" to kompilacja premierowych utworów, to jednak spokojnie rozsadzające, rockowo-bluesowe "Raised Right Men" i wypłakane "Talking At The Same Time" mogłyby trafić na odpowiednio Brawlers i Bawlers. I taka właśnie jest muzyka z najnowszej płyty - piekielnie witalna, podlana whiskey, nawiedzona, natchniona. Staroświecka do bólu, co tylko działa na jej korzyść. Żwawość i energia Waitsa po prostu mnie zabija - brzmi jak człowiek opętany, kąpany w gorącej wodzie, wciąż się gdzieś śpieszący, niecierpliwy. Nawet ballady za pierwszym razem przemykają szybko i niepostrzeżenie, niemalże nie odsłaniając swojego refleksyjnego piękna. 
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;Siedemnasty wojaż Waitsa przez Amerykę, przez muzyczną spuściznę Chicago, Nowego Orleanu i Missisipi, wyryczany i wypłakany w stylu, który jedynie on potrafi wyartykułować, udowadnia że nie tylko Robert Johnson musiał spotkać diabła na rozdrożu dróg i sprzedać swoją duszę za wielki talent. W przeciwieństwie do Johnsona, i na nasze szczęście, Waits jest lepszym negocjatorem.   
&lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●○○○&lt;/font&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;&lt;/font&gt;
&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlight: &lt;/span&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=xHn_Kb4Dz40&amp;ob=av2e"&gt;Satisfied&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;/font&gt;
&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-PDmYPQL_y7M/Tr5iuzoaDgI/AAAAAAAAA20/EK9fs6DPe7E/s1600/freak.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-PDmYPQL_y7M/Tr5iuzoaDgI/AAAAAAAAA20/EK9fs6DPe7E/s200/freak.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5674081136806596098" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Toro Y Moi, Freaking Out, 2011&lt;/span&gt;&lt;p align="justify"&gt;Chazwick Bundick to dla wielu Bóg chillwave'u, ale mnie jakoś wcześniej nie potrafił wygrać swoimi retro polucjami. Teraz jednak jego silna ewokacja czasów, gdy Michael Jackson czy Prince wyciągali z szuflady jedno uniwersalne arcydzieło za drugim, trafia w sam raz. R&amp;B i funk zawsze ze sobą dobrze współżyły, to wiadome, ale Chaz pozwolił sobie trochę pofantazjować, więc dodał kapki disco i house'u, co nawet bardziej zintensyfikowało smakowity, czekoladowy smak tego muzycznego musu. Wszystko tutaj jest jak trzeba - krótko (5 utworów, raptem jakieś 20 minut), na temat, niezmiernie przyjemne, natychmiast odsyłające myślami do gorącego lata, palemek w drinku i odkrytych basenów. W takiej grze Chaz pokonuje inną udaną, tegoroczną epkę Jensena Sportaga. Jeżeli tylko będzie umiał nagrać długograj na takim poziomie, to i ja się dołączę do wyznawców. 
&lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●○○○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;
&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlight:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=qYxtd9naca4"&gt;I Can Get Love&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-5561476256789986489?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/_fdzjvm0g-uPMMv4rrPztnIJxug/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/_fdzjvm0g-uPMMv4rrPztnIJxug/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/_fdzjvm0g-uPMMv4rrPztnIJxug/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/_fdzjvm0g-uPMMv4rrPztnIJxug/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/X4u0X-aJ81w" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/5561476256789986489/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/stary-i-mody.html#comment-form" title="Komentarze (2)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5561476256789986489?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5561476256789986489?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/X4u0X-aJ81w/stary-i-mody.html" title="Stary i młody" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/-2AbxSVJFvLU/Tr5iIgF8arI/AAAAAAAAA2o/VyJl8vChFEg/s72-c/bad.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>2</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/stary-i-mody.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;C0MGRHg_eip7ImA9WhRTFEw.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-5423180284708865789</id><published>2011-11-02T13:50:00.022+01:00</published><updated>2011-11-04T13:57:05.642+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-11-04T13:57:05.642+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Folk Rock" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Barokowy pop" /><title>Z cyklu odkryć</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-_MFFEZt16l8/TrPW4EoFhFI/AAAAAAAAA0g/CV6HcIf6Cmg/s1600/bill%2Bfay.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 196px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-_MFFEZt16l8/TrPW4EoFhFI/AAAAAAAAA0g/CV6HcIf6Cmg/s200/bill%2Bfay.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5671112614592480338" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-o6gFFnR-PKc/TrPW8npeieI/AAAAAAAAA0s/RQXc3syUv7I/s1600/bill%2Bfay%2B2.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 199px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-o6gFFnR-PKc/TrPW8npeieI/AAAAAAAAA0s/RQXc3syUv7I/s200/bill%2Bfay%2B2.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5671112692713032162" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Bill Fay, Bill Fay (1970) i Time Of The Last Persecution (1971)&lt;/span&gt; &lt;p align="justify"&gt;To bez dwóch zdań moje największe odkrycie muzyczne od dłuższego czasu (po raz kolejny chartsy na RYMie są nieocenione). Dwie pierwsze płyty angielskiego artysty Billa Faya, przez długi czas bardzo nieznanego i okrutnie zapomnianego, po czterdziestu latach od swojego wydania mogą się dziś pochwalić statusem "lost classic", który zresztą pasuje do nich jak ulał. Słowo zagubione jest tutaj szczególnie trafne, bo niestety długo "Bill Fay" i "Time Of The Last Persecution" były pozycjami trudno dostępnymi, chodzącymi za horrendalne sumy. Na szczęście zremasterowane reedycje z 2005 roku nie tylko zmieniły tą postać rzeczy, ale przede wszystkim wygrały sobie znakomite recenzje w prasie brytyjskiej, uwagę na którą od dawna zasługiwały. Jakoś tak się składa, że gdy zaczynam je słuchać, to od razu pojawia się mi pewien obraz przed oczami, więc pozwolę sobie na małą dawkę fantazji (w kilku miejscach podparta faktami):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Początkujący, mający na koncie zaledwie jeden singiel Bill Fay jest kolejnym angielskim muzykiem, który pragnie się przebić w Stanach Zjednoczonych. Mający kontrakt z wytwórnią Deram, wyrusza do Los Angeles, gdzie w dwa dni nagrywa bujnie zaaranżowany, przepełniony specyficzną angielską melancholią debiut, brzmiący niczym krzyżówka Boba Dylana czy Leonarda Cohena z filmowymi, hollywoodzkimi orkiestracjami. Dla porównania, jest mniej introspektywny, bardziej rozbuchany i zdecydowanie ciekawszy niż Nick Drake, ale nic to nie pomaga, bo album okazuje się komercyjną porażką. Niepowodzenie mocno odbija się na stanie psychicznym Faya, który popada w depresję, rozbija się po spelunach miasta aniołów, przepijając pieniądze, które zarabia na czyszczeniu basenów. Jakoś udaje mu się zebrać i nagrać drugi album, "Time Of The Last Persecution", tym razem w jeden dzień. Znika hollywoodzka ornamentyka debiutu, a na jej miejsce pojawia się surowa, nawiedzona i apokaliptyczna hybryda folk rocka z pastoralnym popem. Głos Faya jest zrezygnowany, sprawiając wrażenie jakby zaraz miał się załamać, co przekłada się na całość uderzającą defetystycznymi, depresyjnymi tonami. Niestety album podziela los poprzednika i przechodzi bez echa. Fay na kilka lat znika z radaru, pod koniec dekady nagrywa jeszcze trzeci album, ale jego premiera zostanie odsunięta aż do roku 2005. W tym właśnie roku wytwórnia Eclectic wydaje wszystkie trzy albumy artysty, z których dwa pierwsze z rozpędu określa się singer-songwriterskimi perełkami, a Jeff Tweedy z Wilco ogłasza się wielkim fanem artysty. Fortuna Faya, przynajmniej na kilka chwil, odwraca się. &lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Oba albumy -&lt;/span&gt; &lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●●●○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt; (w tej chwili chyba trochę wyżej stawiam drugi album, ale jest to różnica na zasadzie, powiedzmy w skali pitchforka, 9.1 i 9.2)&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlights:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://grooveshark.com/#/s/Methane+River/2BT8Rx?src=5"&gt;Methane River&lt;/a&gt; / &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=CzZkhh4M4sQ"&gt;Pictures of Adolf Again&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-5423180284708865789?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/uxTu26c9tmVKvxecDcsMksDhp7A/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/uxTu26c9tmVKvxecDcsMksDhp7A/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/uxTu26c9tmVKvxecDcsMksDhp7A/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/uxTu26c9tmVKvxecDcsMksDhp7A/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/uyfuUZ3gRpQ" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/5423180284708865789/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/z-cyklu-odkryc.html#comment-form" title="Komentarze (14)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5423180284708865789?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5423180284708865789?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/uyfuUZ3gRpQ/z-cyklu-odkryc.html" title="Z cyklu odkryć" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/-_MFFEZt16l8/TrPW4EoFhFI/AAAAAAAAA0g/CV6HcIf6Cmg/s72-c/bill%2Bfay.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>14</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/11/z-cyklu-odkryc.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DEIHQ3Yyeip7ImA9WhdaGUU.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-3609155884690598953</id><published>2011-10-30T14:16:00.012+01:00</published><updated>2011-10-30T15:55:32.892+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-30T15:55:32.892+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Barokowy pop" /><title>Riposta po 44 latach</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-wAwaET5CtZ0/Tq1We9yyt_I/AAAAAAAAAzk/i1DCr_rtPFA/s1600/the%2Bsmile%2Bsessions.png"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 262px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-wAwaET5CtZ0/Tq1We9yyt_I/AAAAAAAAAzk/i1DCr_rtPFA/s320/the%2Bsmile%2Bsessions.png" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5669282595912988658" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Beach Boys, The Smile Sessions, rok 2011&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;Najlepszy album 2011 roku właśnie się ukazał. Z tą małą uwagą, że oryginalnie miał wyjść w 1967 roku. Mityczne, zagubione arcydzieło The Beach Boysów, "Smile", porozrzucane, poprzerabiane, rekonstruowane na innych płytach zespołu, a także przez samego Briana Wilsona w 2004 roku, w końcu wybrzmiewa oficjalnie w wersji (z ogromem kolekcjonerskich dodatków*), która prawdopodobnie byłaby bliska tej z 1967 roku. Aż trudno uwierzyć, jakim cudem album takiego formatu, który miał być amerykańską ripostą na "Sierżanta Pieprza" Bitelsów czekał tyle lat na wydanie. W niedorzecznie przepakowanym w przełomowe albumy roku 1967, bazując na tym co teraz słyszymy (a od dawna wiedzieliśmy), można stwierdzić, że to właśnie jedynie dwa albumy Bitelsów i debiut Velvet Underground równa się z poziomem muzyki na "Smile". Jest też druga strona medalu. Choć ciężko mi to teraz ocenić, ale wydaje się, że szalenie idiosynkratyczna wizja amerykańskiej muzyki autorstwa Briana Wilsona, w której Gershwin, doo wop i cudowny, przed rock'n'rollowy śpiew poddany barokowej, bajkowej obróbce aranżacyjnej, potęgowanej przez głupiutkie, narkotyczne wizje tekściarza i drugiego współtwórcy większości materiału Van Dyke Parksa, byłaby chyba zbyt wymagającym zadaniem dla ówczesnych, zagubionych w lecie miłości słuchaczach. Bo trzeba sobie zadać pytanie, czy polifoniczne gierki wokalne Beach Boysów, które osiągnęły zenit swoich możliwości na "Smile", znalazłyby tak wielu zwolenników jak dzieła Bitelsów? Gdyby zestawić płytę z tamtymi eksperymentami i wytryskami psychodelicznej wyobraźni, to wydaje się tak inna, że pewnie spotkałaby się z podobnym niezrozumieniem w amerykańskiej prasie, co genialne "Pet Sounds". Kalumnie wygłaszane przez samego Hendrixa, określające muzykę zespołu jako "psychodelię z zakładu fryzjerskiego" na pewno nie pomagały wizerunkowi grupy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wytłumaczenia nieskończenia "Smile" są tak samo fascynujące jak sama muzyka. Świetne są historyjki w rodzaju "serce Wilsona złamało usłyszenie A Day In The Life i Strawberry Fields Forever" Bitelsów, ale prawda jest taka, że to jego zmagania z gwałtownie rosnącym narkotykowym uzależnieniem i buntem na własnym pokładzie przyczyniły się w końcu do upadku projektu. Ponoć największym adwersarzem Wilsona i Parksa był Mike Lowe, który już od wydania genialnego "Pet Sounds" zarzucał Wilsonowi podkopywanie statusu zespołu jako jednego z największych na świecie. Argument o tyle niedorzeczny, bo podyktowany po prostu sprzedażą płyt, a nie artystycznymi pobudkami. Historie paranoi oraz depresji Wilsona z tamtego okresu są źródłem wielu mitów i legend, zwiększających jedynie niesamowitą otoczkę wokół dzieła, ale to w nich trzeba szukać powodów, dlaczego nie ujrzało światła dziennego. Teraz powiedzenie "lepiej późno niż wcale" nabiera zupełnie nowego znaczenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-b2b_BRY7u9E/Tq1ZD4ri9YI/AAAAAAAAAzw/Y0QXW5DYo-M/s1600/beach_boys-brian_wilson-1020.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 229px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-b2b_BRY7u9E/Tq1ZD4ri9YI/AAAAAAAAAzw/Y0QXW5DYo-M/s320/beach_boys-brian_wilson-1020.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5669285429218833794" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zasadniczą różnicą między "Smile" z 2004 roku, a tym z 67', jest oczywiście głos Wilsona. Posiadający wtedy piękno-smutną barwę, śpiewający często w wysokich tonacjach wraz z resztą anielskiego chóru zespołu, stanowi niezaprzeczalny atut w argumentacji między wersją 62-latka a 24-25-latka. Aranżacyjnie, obie wersje są do siebie dosyć podobne, ale każdy dobrze zaznajomiony z materiałem bez problemu wychwyci większość różnic. Najwięcej zmian można zauważyć oczywiście w harmoniach wokalnych, jak np. we wstępie "Child Is Father Of The Man", czy w doskonale tutaj brzmiącym "Vega-Tables" (najbardziej różniącym się utworem od swojej późniejszej wersji), albo w połowicznym lub całkowitym ich braku, jak w "Love to Say Dada" (na wersji z 2004 zatytułowanej "In Blue Hawaii") i instrumentalnym "Holidays" ("On a Holiday" u Wilsona). W najpiękniejszej kompozycji zespołu, "Surf's Up", w pierwszej części da się usłyszeć nawet rozrywające ogólną zadumę partie trąbki. Kończąc wątek porównania obu wersji, sekwencja uległa lekkiej zmianie oraz pozmieniano w kilku przypadkach tytuły utworów. Wszystkie powyższe różnice są raczej kosmetyczne, ale tak czy siak przemawiają moim zdaniem za wyższością pierwotnego materiału. Jego siłą i unikalnością zawsze była cykliczna budowa - centralne, dłuższe kompozycje obstawione zabawnymi i uroczymi winietami, stwarzającymi obraz wielkiego, epizodycznego szaleństwa. Śmiała, ogromnie ambitna metoda konstruowania tych centralnych kompozycji na zasadzie kilku różnych sekcji mieszczonych w popowym formacie, w postaci "Heroes and Villains" i megahitu "Good Vibrations" jest tego najdobitniejszym potwierdzeniem. Pod samym względem jakości produkcji, są oczywiście utwory odstające od siebie, dla przykładu "I'm In Great Shape", ale to sporadyczne wyjątki od generalnie dobrze brzmiącej całości. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawie napisał w swojej recenzji dziennikarz Guardiana, uznając "Smile" za pierwszą oznakę psychologicznego spustoszenia używania LSD, przejawu mrocznej strony narkotykowego doświadczenia, które słyszy się na późniejszych płytach Barretta czy Skipa Spence'a. I trudno mu nie przyznać racji, bo przykłady jakie podaje mówią same za siebie - żeby wymienić przerażające, złowieszcze "Fire" czy chłodne, samotne "Wind Chimes". Doprawdy, nie da się znaleźć czegoś podobnego w historii muzyki popularnej, więc powinniśmy się czuć szczęśliwą generacją, że to właśnie teraz legendarny album doczekał swojej oficjalnej premiery w domniemanie prawdziwym kształcie. &lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●●●●&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*Do nabycia jest wersja 2 CD (oryginalny materiał z bonusami, fragmentami sesji) albo limitowany, przebogato wydany boks, w którym znajduje się aż 5 płyt z mnóstwem sesji nagraniowych, utworów demo itd., 2 płytami winylowymi, 2 singlami 7 calowymi, 60 stronicową książeczką.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-3609155884690598953?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/abaH_5YDuSSeBbCvyGUsCl91PfM/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/abaH_5YDuSSeBbCvyGUsCl91PfM/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/abaH_5YDuSSeBbCvyGUsCl91PfM/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/abaH_5YDuSSeBbCvyGUsCl91PfM/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/jH-wj5_1BcI" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/3609155884690598953/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/riposta-po-44-latach.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3609155884690598953?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3609155884690598953?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/jH-wj5_1BcI/riposta-po-44-latach.html" title="Riposta po 44 latach" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-wAwaET5CtZ0/Tq1We9yyt_I/AAAAAAAAAzk/i1DCr_rtPFA/s72-c/the%2Bsmile%2Bsessions.png" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/riposta-po-44-latach.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;C0AEQnc7fyp7ImA9WhdaGE0.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-5819331925516630260</id><published>2011-10-28T13:22:00.006+02:00</published><updated>2011-10-28T13:35:03.907+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-28T13:35:03.907+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Kino Amerykańskie" /><title>Mistrzowie tatuażu</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-_ofWrPqAFj8/TqqSNEc30jI/AAAAAAAAAzY/YeFJa1UCVU0/s1600/mario_barth_uts.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 255px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-_ofWrPqAFj8/TqqSNEc30jI/AAAAAAAAAzY/YeFJa1UCVU0/s320/mario_barth_uts.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5668503834229985842" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Mario Barth: Under The Skin, reż. Billy Burke, rok 2008&lt;/span&gt;&lt;p align="justify"&gt;Mario Barth, pomysłodawca tego całkiem ciekawego dokumentu, to w pewnym względzie ucieleśnienie amerykańskiego snu. Najsłynniejszy i najbardziej rozchwytywany dziś tatuator w Ameryce, Barth miał dosyć ciężkie początki w swoim zawodzie, bo dorastając w Austrii, musiał liczyć się z tym, że tatuowanie jest zabronione w kraju. Pomimo wszystkich przeszkód, finalnie udało mu się doprowadzić do założenia pierwszego legalnego studia tatuażu w Austrii. Po przenosinach do USA, i mozolnej wspinaczce na szczyt, Barth może dziś czuć się spełniony. Gdyby tylko trochę udramatyzować jego życie, dodać tu i ówdzie kropelkę krwi i szczyptę suspensu, to śmiało można byłoby nakręcić ciekawy hollywoodzki film biograficzny. Jednak to nie Barth jest głównym bohaterem godzinnego dokumentu, lecz zaprzyjaźniona z nim japońska rodzina Horitoshi, która zajmuje się wykonywaniem tradycyjnego tatuażu Tebori. Z racji tego, że tatuowanie w Japonii wciąż jest tematem tabu, działalnością zakazaną, za którą grozi więzienie, Barth powziął za główny cel przedstawienie światu niezwykłości i piękna bardzo starej japońskiej sztuki tatuowania. Dzięki jego "koneksjom", mamy okazję jako pierwsi wejść do podziemia, i ujrzeć pracę mistrzów sztuki Tebori, którzy z niezwykłym pietyzmem nanoszą imponujące malunki na ciała klientów. Choć Barth sięga do historii, wyjaśnia skąd bierze się brak akceptacji japońskiego społeczeństwa wobec tatuażu, to jednak bardziej rzuca się w oczy jego pełna szacunku relacja z mistrzem Horitoshi i z ludźmi z tego kręgu. Analogie pomiędzy Barthem a Japończykami są chyba najlepszym wytłumaczeniem, dlaczego powstał ten dokument. Tak jak Barth swego czasu w Austrii, Horitoshi wraz ze swoimi uczniami musi działać w podziemiu, licząc na to, że kiedyś jego walka o uznanie i legalizację tatuowania w swoim kraju stanie się faktem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozycja obowiązkowa dla osób zainteresowanych sztuką tatuażu. &lt;br /&gt;Dystrybutorem filmu jest firma 9th Plan.&lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;★★½&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-5819331925516630260?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/HJraGes8M5JZ5KNkfKSIzEW75sc/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/HJraGes8M5JZ5KNkfKSIzEW75sc/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/HJraGes8M5JZ5KNkfKSIzEW75sc/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/HJraGes8M5JZ5KNkfKSIzEW75sc/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/YQLJhoLuspw" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/5819331925516630260/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/mistrzowie-tatuazu.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5819331925516630260?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/5819331925516630260?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/YQLJhoLuspw/mistrzowie-tatuazu.html" title="Mistrzowie tatuażu" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/-_ofWrPqAFj8/TqqSNEc30jI/AAAAAAAAAzY/YeFJa1UCVU0/s72-c/mario_barth_uts.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/mistrzowie-tatuazu.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DUMGSH4zeCp7ImA9WhdaFEQ.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-40858059239952832</id><published>2011-10-22T13:07:00.033+02:00</published><updated>2011-10-25T01:03:49.080+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-25T01:03:49.080+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Kino Amerykańskie" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Kino Japońskie" /><title>Samurajska wędrówka przez piekło</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-kpoqN0bGKK8/TqMbeSJcPuI/AAAAAAAAAy0/-aTeGpE-wic/s1600/KAT-SHOGUNA_lightbox_full.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 230px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-kpoqN0bGKK8/TqMbeSJcPuI/AAAAAAAAAy0/-aTeGpE-wic/s320/KAT-SHOGUNA_lightbox_full.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5666402963243679458" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Kat Shoguna, reż. Robert Houston/Kenji Misumi, rok 1980&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Znaczenie popkulturowe tego dziwnego, kultowego filmu samurajskiego robi wrażenie - wystarczy sięgnąć po klasyk hip hopowy "Liquid Swords" GZA/Geniusa, muzyków z wielkiego kolektywu Wu-Tang Clan, a przywita nas na samym początku sampel prosto z mrocznej ekspozycji "Kata Shoguna". Z poletka bardziej filmowego, sam Quentin Tarantino, mistrz postmodernizmu w kinie amerykańskim bardzo widocznie nawiązywał do filmu w swojej epickiej, mieczowatej historii zemsty w dwuczęściowym "Kill Billu". Zemsta jest także motywem przewodnim tego japońsko-amerykańskiego dzieła. Opowiada ono dzieje niegdysiejszego kata w XVII wiecznej Japonii, Samotnego wilka, któremu szalony szogun zamordował żonę. Samuraj, pragnący odwetu, przemierza przez kraj wraz z kilkuletnim synem Daigoro, zarabiając na życie jako zabójca. Międzyczasie musi odparowywać raz zarazem ataki niekończącej się armii wojowników szoguna. W pewnej wiosce lokalna starszyzna zleca samotnemu wilkowi zabicie brata szoguna uciskającego lokalną społeczność. Zadanie to nie będzie proste, bo jego życia strzegą bardzo groźni ochroniarze zwani Mistrzami Śmierci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto spodziewa się po tej historii głębokich psychologicznych obserwacji, rozstrzygania poważnych moralnych kwestii, zajmowania się relatywnością prawdy albo wyrafinowanych struktur narracyjnych godnych twórczości Akiry Kurosawy i Masakiego Kobayashiego, to puka nie do tych drzwi co trzeba. W "Kacie Szoguna" nieskrępowaną frajdę czerpie się z brutalnych, mocno przerysowanych pojedynków, zabójczych cięć mieczy, posoki krwi i dekapitacji. Pod właściwie każdym względem, to archetypowe męskie kino. Jego kultowy status wypływa nie z treści, lecz z ultra obrazowej przemocy i tandety. Niby nic w tej chaotycznej zbitce nie ma prawa funkcjonować, ale trudno nie oprzeć się maniakalnej cykliczności fabuły, w której mamy mitrężą wędrówkę głównego bohatera przez samurajskie piekło, wypełnione nieudolnymi próbami zgładzenia niezwyciężonego samuraja, ciągłym natrafianiem na asasynów, którzy pojawiają się w takich ilościach, że spokojnie można byłoby stworzyć armię,  nielogicznością i niedorzecznością wydarzeń, a nawet skokami o tyczce! Wizualnie w obrazie na pierwszy plan wybija się przesadna czerwień, co nie powinno dziwić, bo obficie przelewana krew bez problemu napełniłaby niemałe jezioro. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Geneza powstania filmu jest niemniej fascynująca niż on sam. W 1980 roku, po wykupieniu praw od studia Toho, Robert Houston i David Weisman w postmodernistycznej manierze zmontowali w jedną, tylko trochę chaotyczną narracyjnie całość "Miecz zemsty" i "Drogę do piekła" (oba reżyserii Kenji Misumiego), dwie pierwsze części japońskiej serii filmowej "Samotny wilk i szczenię", które z kolei były ekranizacjami szalenie popularnej mangi pod tym samym tytułem autorstwa Kazuo Koike i Gosekiego Kojimy. Oryginalny język filmów został zdubbingowany na angielski, co wówczas było częstym procederem wobec kina eksploatacyjnego z zagranicy. Efekt dubbingu jest komiczny, a szczególnie kuriozalnie wypada głos szoguna, brzmiący podobnie do Lorda Vadera z "Gwiezdnych wojen". Posmak kiczu wzmacnia jeszcze nowoczesna wówczas ścieżka dźwiękowa, uboga syntezatorowa wersja Giorgio Morodera. Aż dziw bierze, że to wszystko trzyma się kupy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dystrybutorem filmu w Stanach było New World Pictures, należące do legendarnego producenta i reżysera Rogera Cormana, i tam "Kat Shoguna" spotkał się z całkiem dobrym przyjęciem. Odmiennie sprawa wyglądała w Wielkiej Brytanii - z powodu swojej brutalności, obraz został dołączony do listy filmów zakazanych, osławionej Video Nasties w 1983 roku. Dopiero po 16 latach wydano go w pełnej, niepociętej wersji.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Polsce za możliwość obejrzenia "Kata shoguna" można podziękować firmie 9th Plan, która na Facebooku zachęcająco &lt;a href="http://www.facebook.com/pages/9th-Plan/227208760653731?sk=info"&gt;wyjaśnia&lt;/a&gt; jaki segment filmowy ich interesuje. Kino tego rodzaju to obszar szczególnie nęcący, bo kultura niska po czasie zaczyna nabierać nowego znaczenia i siły, dokonuje się zasłużona rewaluacja. Tym większa moja radość, że ktoś ma chęć wydawania takich pozycji, niedostępnych wcześniej na naszym rynku. Choć pewnym mankamentem wydania filmu jest brak książeczki, to jednak jeden z najważniejszych czynników został spełniony - czyli atrakcyjna wizualnie, przykuwająca uwagę okładka. Za dużo na rynku filmów DVD okładek nijakich, bezstylowych - ideałem pozostaje od lat to co robi Criterion. Miło, że 9th Plan zwraca na to uwagę. Czekam na dalsze, równie udane propozycje.&lt;/p&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;★★★½&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-40858059239952832?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/v430uzT9uODHO0tpZXQc3jgk-w0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/v430uzT9uODHO0tpZXQc3jgk-w0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/v430uzT9uODHO0tpZXQc3jgk-w0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/v430uzT9uODHO0tpZXQc3jgk-w0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/dHYoYnL6YrY" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/40858059239952832/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/samurajska-wedrowka-przez-pieko.html#comment-form" title="Komentarze (1)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/40858059239952832?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/40858059239952832?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/dHYoYnL6YrY/samurajska-wedrowka-przez-pieko.html" title="Samurajska wędrówka przez piekło" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/-kpoqN0bGKK8/TqMbeSJcPuI/AAAAAAAAAy0/-aTeGpE-wic/s72-c/KAT-SHOGUNA_lightbox_full.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>1</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/samurajska-wedrowka-przez-pieko.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;AkAGSXw9eyp7ImA9WhdaEk8.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-1343502649118496155</id><published>2011-10-21T21:41:00.006+02:00</published><updated>2011-10-21T22:25:28.263+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-21T22:25:28.263+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Wysypisko" /><title>Pole bitwy</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-rNKp4t9eYrw/TqHSYKjpTzI/AAAAAAAAAyo/xwtu6bt5jLA/s1600/David_O_Russell_Britney_4368.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 258px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-rNKp4t9eYrw/TqHSYKjpTzI/AAAAAAAAAyo/xwtu6bt5jLA/s320/David_O_Russell_Britney_4368.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5666041118801350450" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p align="justify"&gt;Brytyjski magazyn Total Film na swojej stronie umieszcza wiele fajnych i bardzo przydatnych list związanych oczywiście z filmami, ale jedna z nich po prostu rozwala na łopatki. Chodzi mi o &lt;a href="http://www.totalfilm.com/features/20-most-awkward-movie-sets/werner-herzog-vs-klaus-kinski-1#content"&gt;TĄ&lt;/a&gt;. Jak wiadomo, kręcenie filmu to zdecydowanie nie plac zabaw, a raczej pole bitwy, ale w tych przypadkach mamy szczególnie piękną kolizję ego aktorów i reżyserów. Pale lizać. Lepsze niż boks. Dwa genialne przykłady z listy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Improwizacja przybiera nieoczekiwany, dosyć brutalny &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=6AzmhorISf4&amp;feature=player_embedded"&gt;OBRÓT&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;Epicka &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=E4Qls1rAfYs"&gt;RIPOSTA&lt;/a&gt; reżysera na krytykę aktorki.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-1343502649118496155?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/5oIwc8umT_XYV6-aMFKtsoRJQLI/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/5oIwc8umT_XYV6-aMFKtsoRJQLI/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/5oIwc8umT_XYV6-aMFKtsoRJQLI/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/5oIwc8umT_XYV6-aMFKtsoRJQLI/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/6dpDqzN6UgY" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/1343502649118496155/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/pole-bitwy.html#comment-form" title="Komentarze (4)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/1343502649118496155?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/1343502649118496155?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/6dpDqzN6UgY/pole-bitwy.html" title="Pole bitwy" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-rNKp4t9eYrw/TqHSYKjpTzI/AAAAAAAAAyo/xwtu6bt5jLA/s72-c/David_O_Russell_Britney_4368.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>4</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/pole-bitwy.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DkAERXo9cCp7ImA9WhdaEEg.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-3422776235524106686</id><published>2011-10-18T14:43:00.021+02:00</published><updated>2011-10-19T22:05:04.468+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-19T22:05:04.468+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Lista" /><title>Ulubione horrory z lat 2000-2009</title><content type="html">Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.     &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-WCoBFU7WGcw/Tp2CODoVyGI/AAAAAAAAAxU/UdglibXolQ0/s1600/host.gif"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 178px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-WCoBFU7WGcw/Tp2CODoVyGI/AAAAAAAAAxU/UdglibXolQ0/s320/host.gif" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664827084306237538" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, właściwie jedyny film na  liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące widowisko to dziś prawdziwy rarytas.&lt;/p&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-967ez9PMuco/Tp2CI5AFu6I/AAAAAAAAAxI/yFVz2pqurvM/s1600/ils.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-967ez9PMuco/Tp2CI5AFu6I/AAAAAAAAAxI/yFVz2pqurvM/s320/ils.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664826995553713058" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Oni, reż. David Moreau, Xavier Palud, rok 2006&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ekonomia w najlepszym wydaniu. Skromny scenariusz i obsada, praktyczny brak scen gore wcale nie przeszkadza, bo rekompensatą są potężne napięcia generowane przez desperackie próby przetrwania młodego małżeństwa w posiadłości położonej gdzieś na odludziu. Jak zazwyczaj nie obchodzi mnie los ofiar, to w tym filmie moja sympatia zdecydowanie była po ich stronie.&lt;/p&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-ZVegPapkMLE/Tp2Bx6reRWI/AAAAAAAAAw8/YHiMOQni1sQ/s1600/inside.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-ZVegPapkMLE/Tp2Bx6reRWI/AAAAAAAAAw8/YHiMOQni1sQ/s320/inside.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664826600867120482" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Najście, reż. Alexandre Bustillo/Julien Maury, rok 2007&lt;p align="justify"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;"Klaustrofobia, zemsta, aborcja - te trzy słowa wybornie się jednoczą ze sobą w tym niesamowitym francuskim horrorze, wbijającym ostateczny gwoźdź do trumny dla wiodącego niegdyś prym kina amerykańskiego"&lt;/span&gt; - tak pisałem o "Najściu", gdy sporządzałem listę najlepszych &lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2009/12/pierwsza-z-moich-list-dekadowych-bedzie.html"&gt;filmów poprzedniej dekady&lt;/a&gt;. Teraz film wyleciałby z pierwszej 20tki, która zresztą wyglądałaby inaczej, ale wciąż pozostaje najlepszym horrorem francuskim jaki do tej pory widziałem.&lt;/p&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-dOreyTI_NBs/Tp2BjQc2MwI/AAAAAAAAAww/Kl2WiZtqX_0/s1600/let%2Bthe%2Bright.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-dOreyTI_NBs/Tp2BjQc2MwI/AAAAAAAAAww/Kl2WiZtqX_0/s320/let%2Bthe%2Bright.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664826349013316354" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Pozwól mi wejść, reż. Tomas Alfredson, rok 2008&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;Kolejny film z listy dekady, który teraz zajmowałby zdecydowanie dalsze miejsce. &lt;span style="font-style:italic;"&gt;"Horror o ludzkiej twarzy. Pięknie sfilmowana, rodząca się przyjaźń dwustuletniej wampirzycy z kilkunastoletnim chłopcem na tle mroźnych krajobrazów inspiruje do bycia czymś więcej - empatycznym kinem grozy"&lt;/span&gt; - tak brzmiała dwa lata temu moja opinia. Żeby nie było, ciągle ją podtrzymuję.&lt;/p&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-3l_P6lAklvQ/Tp2BZvaLBDI/AAAAAAAAAwk/qvzU6yH-0F0/s1600/shaunofthedead_2_1.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 211px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-3l_P6lAklvQ/Tp2BZvaLBDI/AAAAAAAAAwk/qvzU6yH-0F0/s320/shaunofthedead_2_1.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664826185524905010" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Wysyp żywych trupów, reż. Edgar Wright, rok 2004&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;Apogeum komediowej odsłony horroru. Fani serii zombie George'a A. Romero powinni być w niebie, a Edgar Wright wraz z genialnym Simonem Peggiem zasłużyli na specjalną nagrodę - palmę żywych trupów. Można też zaobserwować kuriozalną sytuację - to Brytyjczycy dziś potrafią lepiej sportretować apokalipsę umarlaków niż przodujący kiedyś w tej konwencji Amerykanie. Potwierdzeniem tego jest bardzo dobry, "poważniejszy" w treści mini-serial "Dead Set".&lt;/p&gt;   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-BgtMWxQ8KJk/Tp1-9k0Y7bI/AAAAAAAAAwY/og55brgsEHA/s1600/descent2.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 206px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-BgtMWxQ8KJk/Tp1-9k0Y7bI/AAAAAAAAAwY/og55brgsEHA/s320/descent2.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664823502622485938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Zejście, reż. Neil Marshall, rok 2005&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;W przeciwieństwie do innego Monster Movie z mojej listy, czyli Hosta, dzieło Marshalla to mocny, krwawy survival horror, z wyłącznie kobiecą obsadą. Gdzie w "Dog Soldiers" reżyser odświeżał i przywracał czarny humor w horrorach o wilkołakach, tutaj w sposób ironiczny ukazał zagrożenie, jakie człowiek stanowi sam dla siebie w ekstremalnych sytuacjach. Nawet można uznać, że jest niebezpieczniejszy niż potwory, z którymi przychodzi mu walczyć.&lt;/p&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-A_udxJ-WdXk/Tp1-1cBNYtI/AAAAAAAAAwA/OaClQehN16M/s1600/pontypool.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 160px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-A_udxJ-WdXk/Tp1-1cBNYtI/AAAAAAAAAwA/OaClQehN16M/s320/pontypool.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664823362821382866" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Pontypool, reż. Bruce McDonald, rok 2009&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;Najoryginalniejszy zombie horror od czasów pierwszego Romero? Kto wie. Na pewno nigdzie nie znajdzie się filmu dywersyfikującego zasady nurtu w tak przewrotnie zabawnej manierze, tak kameralnego i klimatycznego (idealne miejsce akcji!), tak wciągającego swoją niedorzecznością oraz prostotą wykonania. Pyszna gratka dla językoznawców i poliglotów.&lt;/p&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-Qe4W0Duvd2g/Tp1-vdYNrxI/AAAAAAAAAv0/BgP1PHykhWI/s1600/The-House-of-the-Devil.png"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 177px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-Qe4W0Duvd2g/Tp1-vdYNrxI/AAAAAAAAAv0/BgP1PHykhWI/s320/The-House-of-the-Devil.png" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664823260107091730" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The House of the Devil, reż. Ti West, rok 2009&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;Chciałbym widzieć więcej tego typu produkcji. Retro horrory, przybywajcie. Recenzja &lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2010/04/diabelska-noc.html"&gt;tu&lt;/a&gt;.&lt;/p&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-RKm1mtjBOZ4/Tp1-qoPIFEI/AAAAAAAAAvo/LS8Gf07P8dU/s1600/twentyeight.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 231px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-RKm1mtjBOZ4/Tp1-qoPIFEI/AAAAAAAAAvo/LS8Gf07P8dU/s320/twentyeight.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664823177122419778" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-GRzzc5bFsgw/Tp1-6C3dYgI/AAAAAAAAAwM/OLRumNI30CM/s1600/28weeks-carlyle.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 213px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-GRzzc5bFsgw/Tp1-6C3dYgI/AAAAAAAAAwM/OLRumNI30CM/s320/28weeks-carlyle.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664823441968947714" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;28 dni później/28 tygodni później, reż. Danny Boyle (2002)/Juan Carlos Fresnadillo (2007)&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;Obie części to taki efektywny mikst "Szaleńców" Romero z jego żywymi trupami, w szczególności drugiej i trzeciej pozycji z trwającej ponad 40 lat serii. Technicznie, zarażeni nie są tutaj zombie, ale sposób obrazowania zagłady Londynu mocno przypomina tego typu holokausty. Kino mroczne, brutalne, dynamiczne, ale też bez jakichś przesadnych okropieństw. Powiedziałbym, że to sequel robi dziś większe wrażenie, co w horrorach jest rzadkością jeszcze większą niż w innych gatunkach.&lt;/p&gt;   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-rCmMdeOGcf0/Tp2wd-lLRNI/AAAAAAAAAxg/fDQUwwkiIYE/s1600/the%2Bloved%2Bones.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-rCmMdeOGcf0/Tp2wd-lLRNI/AAAAAAAAAxg/fDQUwwkiIYE/s320/the%2Bloved%2Bones.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664877935363572946" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;h4 align="center"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Loved Ones, reż. Sean Byrne, rok 2009&lt;/span&gt;&lt;/h4&gt;&lt;p align="justify"&gt;Niesamowita, luźna wariacja "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" i "Balu maturalnego" prosto z Australii. Film zmiata 99 % obecnie ukazujących się horrorów w głównej mierze przekonywającym aktorstwem, pozwalającym uczynić postacie na ekranie bardziej wiarygodnymi. Sporo tu sadystycznych scen, brutalnych zwrotów akcji i pokręconego humoru, więc spragnieni mocnych wrażeń na pewno nie będą zawiedzeni. Gwarantuję, że po seansie długo nie będziecie mogli zapomnieć o wyczynach psychotycznej Loli i jej "troskliwego" ojca.&lt;/p&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Na koniec krótka lista filmów, którym niewiele zabrakło do czołówki:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://dyletanci.blogspot.com/2009/10/najstraszniejsza-noc-w-roku.html"&gt;Upiorna noc Halloween (2008)&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;[Rec] (2007)&lt;br /&gt;Zdjęcia Ginger (2000)&lt;br /&gt;Ziemia żywych trupów (2005)&lt;br /&gt;Mgła (2007)&lt;br /&gt;Blady strach (2003)&lt;br /&gt;Dog Soldiers (2002)&lt;br /&gt;Wolf Creek (2005)&lt;br /&gt;Kalwaria (2004) (do odświeżenia, mocny oryginał)&lt;br /&gt;Redukcja (2006)&lt;br /&gt;Cień Wampira (2000) (do odświeżenia, bo jego potencjał wydaje się go plasować wyżej)&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-3422776235524106686?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/ooKmWeMZe2BN8z-gbS2zJVeS8O0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/ooKmWeMZe2BN8z-gbS2zJVeS8O0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/ooKmWeMZe2BN8z-gbS2zJVeS8O0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/ooKmWeMZe2BN8z-gbS2zJVeS8O0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/fxvaKyquYHo" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/3422776235524106686/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/ulubione-horrory-z-lat-2000-2009.html#comment-form" title="Komentarze (13)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3422776235524106686?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3422776235524106686?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/fxvaKyquYHo/ulubione-horrory-z-lat-2000-2009.html" title="Ulubione horrory z lat 2000-2009" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-WCoBFU7WGcw/Tp2CODoVyGI/AAAAAAAAAxU/UdglibXolQ0/s72-c/host.gif" height="72" width="72" /><thr:total>13</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/ulubione-horrory-z-lat-2000-2009.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DkADRXYzeSp7ImA9WhdaEEg.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-1060222463216904259</id><published>2011-10-09T00:28:00.021+02:00</published><updated>2011-10-19T22:06:14.881+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-19T22:06:14.881+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Kino Japońskie" /><title>Dla wielbicieli filmów o seryjnych mordercach</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-MPMD3qHk6FA/TpWvgwBBKbI/AAAAAAAAAvc/s2jvrpFgfq4/s1600/cold%2Bfish.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 226px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-MPMD3qHk6FA/TpWvgwBBKbI/AAAAAAAAAvc/s2jvrpFgfq4/s320/cold%2Bfish.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5662625083668113842" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Cold Fish, reż. Shion Sono, rok 2010&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gdy córka Shamoty, właściciela małego sklepu z egzotycznymi rybami zostaje przyłapana na kradzieży, nieoczekiwanie z pomocą przybywa miły, działający w tym samym biznesie Yukio Murata. Na dodatek wspaniałomyślnie oferuje córce pracę w swoim sklepie. Z czasem jednak okaże się, że Murata wraz ze swoją młodą żoną to obłąkani manią zabijania seryjni mordercy, mający szczególne plany wobec Shamoty... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzadko ogląda się tak dziwaczne i intrygujące obrazy jak "Cold Fish". Wpisujący się w nurt filmów o seryjnych mordercach, na początku nie zwraca niczym szczególnym uwagi. Mamy długie wprowadzenie fabularne w lekko ślimaczym tempie, ale po około czterdziestu minutach okazuje się to niezłą zmyłką przed tym co następuje w następnych osiemdziesięciu - przerażająco prawdziwym spektaklem psychicznych i fizycznych upokorzeń, metodycznych morderstw, scen gore godnych najbardziej brutalnych horrorów, nihilizmu oraz seksualnych perwersji. Przemoc, nasilająca się stopniowo w trakcie trwania filmu przybiera naprawdę alarmującą formę, bo raczej spokojny akt wprowadzający skutecznie wykonał swoje zadanie, usypiając naszą czujność. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kategorii brutalności filmowi Shiona niedaleko do dokonań Takashiego Miike, ale z tą różnicą, że w przeciwieństwie do większości dzieł tamtego twórcy, nie jest pusty w treści i ma niegłupio przemyślaną narrację. Wystarczy przyjrzeć się jak Sono przedstawia swojego protagonistę. Uległy, niezdecydowany w postawie, nie umiejący zażegnać konfliktu między córką a żoną, nieustannie poddawany jest nieprawdopodobnie okrutnej szkole życia psychopatycznego Muraty i jego współpracowników, co ostatecznie przyczynia się do gwałtownej metamorfozy osobowości. Żeby było ciekawiej, Shion dorzuca do tego ciekawą genderowską inwersję, bo przez prawie cały film Shamota wydaje się bardziej kobiecy i słaby w charakterze niż trzy główne bohaterki. Reżyser, w swoim niemiłosiernie cierpliwym i maniakalnym portretowaniu wydarzeń odbija w jakimś stopniu efektywność morderców w pozbywaniu się zwłok, czynieniu ich "niewidzialnymi". Trudno mi nie myśleć o nim jako narracyjnym psychopacie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szaleństwo jakie sieje Murata czasem blednie wobec perwersji, jakie z lubością wplata autor do akcji. Widzimy sporo nagości, pojawia się akcent voyeurystyczny, gwałt łączy się z sadomasochizmem, zabijanie staje się seksualnym stymulatorem. Umiejętne zacieranie granic między podlanym absurdalnie czarnym humorem thrillerem a mizoginistyczną erotyką stanowi prawdopodobnie największą siłę filmu. Właśnie w tej płaszczyźnie, "Cold Fish" przypomina mi mocno czarną perłę Shoheia Imamury, &lt;a href="http://www.filmweb.pl/film/Wyrok+nale%C5%BCy+do+nas-1979-138417"&gt;"Wyrok należy do nas"&lt;/a&gt;. Być może jest nawet jego współczesnym odpowiednikiem. Kto ma tolerancję dla transgresji w kinie i takiej tematyki, powinien bez problemu docenić ostatni film uznanego japońskiego reżysera.&lt;/p&gt;  &lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;★★★½&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object style="height: 250px; width: 500px"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/tm-rrXaK0Qg?version=3"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowScriptAccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/tm-rrXaK0Qg?version=3" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowScriptAccess="always" width="500" height="250"&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-1060222463216904259?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/8HUc1M2u9TCEqJ-sziOKLN-PBw4/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/8HUc1M2u9TCEqJ-sziOKLN-PBw4/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/8HUc1M2u9TCEqJ-sziOKLN-PBw4/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/8HUc1M2u9TCEqJ-sziOKLN-PBw4/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/3lUULXPrats" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/1060222463216904259/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/dla-wielbicieli-filmow-o-seryjnych.html#comment-form" title="Komentarze (2)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/1060222463216904259?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/1060222463216904259?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/3lUULXPrats/dla-wielbicieli-filmow-o-seryjnych.html" title="Dla wielbicieli filmów o seryjnych mordercach" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/-MPMD3qHk6FA/TpWvgwBBKbI/AAAAAAAAAvc/s2jvrpFgfq4/s72-c/cold%2Bfish.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>2</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/dla-wielbicieli-filmow-o-seryjnych.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;Dk8AQnw6cSp7ImA9WhdaEEg.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-3114437972099322355</id><published>2011-10-08T15:59:00.019+02:00</published><updated>2011-10-19T22:07:23.219+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-19T22:07:23.219+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Synth pop" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Sophisti-pop" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Synth pop w szczytowej formie</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-dt2vBeDVYmI/TpQqK5vFDmI/AAAAAAAAAvE/7kGyGRuTi6w/s1600/diogenes.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-dt2vBeDVYmI/TpQqK5vFDmI/AAAAAAAAAvE/7kGyGRuTi6w/s200/diogenes.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5662196998296899170" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Diogenes Club - The Diogenes Club, 2011&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Zwiewne, falujące, otulające dźwięki syntezatora ożenione z romantycznym wokalistą, zrodzonym z Paddy'ego McAloona i Neila Tennanta, będą szlachetnym afrodyzjakiem dla każdego słuchacza rozkochanego w dominującej ostatnio, masowej eksploatacji synth popu z lat 80-tych. Debiutancki długograj Matta Williamsa (producent i kompozytor) oraz Paula Gilesa (wokalista i tekściarz), tak jak trzy wcześniejsze EPki, uwodzi panoramicznym rozmachem swojego brzmienia, rozmarzonymi melodiami i cieplutką, nostalgiczno-melancholijną otoczką. Niby nic zaskakującego wobec tego co robi od lat najwybitniejszy zespół w estetyce syntetycznego popu, Junior Boys, ale jest jedna zasadnicza różnica - inspiracje. Pierwszy utwór na płycie, "Green Eyes" zaskoczył mnie na tyle, że musiałem się upewnić, czy nie jest to jakiś zaginiony utwór zespołu Prefab Sprout, albo ich nowe, bardziej syntezatorowe wcielenie. Wokalista momentami wręcz łudząco przypomina lidera tamtej formacji, McAlonna. Najlepszy track na płycie, "The Longest Day", to najlepszy przykład podobieństwa między oba grupami, i przy okazji niepodważalna kwintesencja estetyki wyrafinowanego popu. Diogenesi czerpią także wyraźnie z Pet Shop Boys (Awake for the Week, sporadyczne echa głosu Tennanta u Gilesa), ocierają się o francuski Phoenix (Speechless), ale w dużo lepszym wydaniu, i wdzięcznie nawiązują do Junior Boys (Scenes of a Crime).   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero na początku tego roku posłuchałem jednej z dwóch entuzjastycznie przyjętych epek duetu, "979", i trudno mówić o zachwycie, prędzej bym powiedział, że nic mi po niej nie zostało. Drugą EPkę "Versailles" przesłuchałem parę dni temu po debiutanckim długograju i wypadła lepiej niż wcześniejsza, ale potwierdziła też o ile lepiej zespół wypadł dla mnie w dłuższej formie. Ba, jestem totalnie zauroczony ich najnowszym wydawnictwem, bo primo - nie byłem na liście gorączkowo wyczekujących jego premiery, więc nie miałem żadnych oczekiwań, secundo - wcześniejszy kontakt nie zapowiadał takich wrażeń, terio - mocniej wyeksponowali zamiłowanie do sophisti-popu spod znaku Prefab Sprout, którego jestem wielbicielem od lat. Bez wątpienia "The Diogenes Club" to najlepszy album jaki słuchałem od dłuższego czasu w tym roku.&lt;/p&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●●●○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlights:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://thediogenesclub.bandcamp.com/track/the-longest-day"&gt;The Longest Day&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://thediogenesclub.bandcamp.com/track/they-will-stop-at-the-news"&gt;They Will Stop at The News&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-3114437972099322355?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/kXumCtO0ash6PzhKCTKME9hL5A4/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/kXumCtO0ash6PzhKCTKME9hL5A4/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/kXumCtO0ash6PzhKCTKME9hL5A4/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/kXumCtO0ash6PzhKCTKME9hL5A4/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/Oc0vxdvLW_M" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/3114437972099322355/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/synth-pop-w-szczytowej-formie.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3114437972099322355?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/3114437972099322355?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/Oc0vxdvLW_M/synth-pop-w-szczytowej-formie.html" title="Synth pop w szczytowej formie" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/-dt2vBeDVYmI/TpQqK5vFDmI/AAAAAAAAAvE/7kGyGRuTi6w/s72-c/diogenes.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/synth-pop-w-szczytowej-formie.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;Dk4CQnY-fip7ImA9WhdaEEg.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-8612551607886909632</id><published>2011-10-07T15:47:00.037+02:00</published><updated>2011-10-19T22:09:23.856+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-19T22:09:23.856+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Experimental Rock" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Narkotyczne ścieżki i rebelianckie manifesty Primal Scream na dwóch arcydziełach sprzed lat</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-4m4o12PZ-rE/TpBpNDlMp2I/AAAAAAAAAuw/dlC_YqGD2rY/s1600/Primal%252BScream.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 289px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-4m4o12PZ-rE/TpBpNDlMp2I/AAAAAAAAAuw/dlC_YqGD2rY/s400/Primal%252BScream.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5661140404625254242" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Primal Scream - Vanishing Point (1997) i XTRMNTR (2000)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Lata 90-te dla muzyki brytyjskiej były niezwykle owocnym okresem, przynoszącym pokaźną listę wybitnych płyt, w szczególności w drugiej połowie dekady, dociągając jeszcze do roku 2000 (dwie bardzo ważne pozycje). NME trafnie ujął, że w tych latach ukazało się kilka albumów, które ukazały nowego ducha, awanturniczego i eksperymentalnego, będącego ogromnym kontrastem wobec muzycznego prymitywizmu britpopu (nie wiem czy mieli na uwadze Oasis, które zawsze było pupilkiem prasy brytyjskiej, ale tutaj bym szczególnie przytaknął, nawet jeśli dwie pierwszy płyty są przyjemne). Albumy, jakie powinno się tutaj wymienić są oczywiście doskonale znane od lat, ale gwoli ścisłości wymienię swoich faworytów:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- dekadenckie, art-rockowe neurozy "Ok Computer" i post-rockowe alienacje "Kid A" (w ujęciu dekonstrukcji własnej stylistyki, inspiracji, marginalnej obecności gitar); &lt;br /&gt;- narkotykowe remedium dla złamanego serca w gospelowo-psychodelicznej modlitwie Spritualized "Ladies And Gentlemen We Are Floating In Space";&lt;br /&gt;- klaustrofobiczne dźwiękowe narkozy opusu Massive Attack "Mezzanine";&lt;br /&gt;- popisowy, przepełniony oryginalnym humorem eklektyzm Super Furry Animals na "Radiatorze" i "Guerrilli";&lt;br /&gt;- upojenie amerykańską alternatywą i post-punkową wrażliwością Blura na s/t und synteza elektronicznych tekstur z liryczną introspekcją "13";&lt;br /&gt;- noir, horror, posępność i smutna jak nigdy Beth Gibbons na drugim Portishead;&lt;br /&gt;- ultra melodyjne, prog-rockowe mozaiki "Six" Mansuna;&lt;br /&gt;- mroczne, dławiące obsesje trzech pierwszych płyt Tricky'ego, &lt;br /&gt;i oczywiście bohaterzy tego wpisu, Primal Scream z płytami "Vanishing Point" oraz "XTRMNTR". &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-IYif1oUWSGE/TpBlYb6BU_I/AAAAAAAAAug/cWvG4anhiDY/s1600/vanishing.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 198px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-IYif1oUWSGE/TpBlYb6BU_I/AAAAAAAAAug/cWvG4anhiDY/s200/vanishing.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5661136202087093234" /&gt;&lt;/a&gt;Jakoś tak się złożyło, że naszła mnie ochota do posłuchania ich po dłuższej przerwie, i efekt był jak zawsze powalający. Grupa przewodzona przez szalonego Bobby Gillespiego nie tylko potrafiła zmazać tatusiowate zapędy "Give Out But Don't Give Up", ale pójść jeszcze dalej w stosunku do epokowej "Screamadeliki". Tam jedyny w swoim rodzaju mariaż madchesteru-rave'u-exile on main street-psychodelii-house'u musiał być niezwykłym szokiem dla osób, które znały ich dwa pierwsze albumy (o których nikt dziś nie pamięta, nawet sami muzycy). Była to jednak płyta idealnie trafiająca w swój czas, nie do powtórzenia, stąd jedynym wyjściem dla zespołu było pójście dalej, poszukanie gdzie indziej. Po chwilowej regresji, wrócili na odpowiedni kurs, jeszcze bardziej pomysłowi, dostarczając drugie z trzech arcydzieł w swojej karierze, &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;"Vanishing Point"&lt;/span&gt;. Jest to dzieło (następne również) bliskie mojej definicji muzyki rockowej - czyli eklektyczne, sięgające bezkompromisowo do nowoczesnych wpływów, jak i z wyobraźnią przetwarzające na nowo od dawna istniejące gatunki. Mówiąc krótko - muzyka przyszłości, ciągle posuwająca się do przodu. "Znikający punkt" został pomyślany jako klimatyczna, podróżnicza ścieżka dźwiękowa do kultowego amerykańskiego filmu o tym samym tytule z 1971 roku, i w pełni spełnia swoje zadanie, kapitalnie scalając klasyczny, Stonesowski rock z muzyką taneczną, egzotyczną psychodelią, jazzem, dubem i muzyką filmową. Dodatkowym smaczkiem jest unosząca się nad nagraniami przymglona, narkotyczna aura, sugerująca, że przy nagrywaniu płyty muzycy musieli sobie pomagać substancjami mocniejszymi niż kofeina. Nie jest to idealna płyta, bo takowej Primal Scream nigdy nie nagrało, ale jest przemyślaną całością i tak ma funkcjonować, wady są jakby wliczone w ryzyko, jakie grupa podjęła skacząc ze stylu na styl. Obowiązkowo słuchać w nocy przez słuchawki. Wtedy autostradowe electro "Kowalski" i dub z piekła "Stuki" faktycznie jest w stanie zabrać nas w podróż, której nie da się zapomnieć.&lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●●●○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlights:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=2l-V6KygkFU"&gt;Kowalski&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=9AVJmyl15hc"&gt;Stuka&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=ZBKmaZxq98k"&gt;Trainspotting&lt;/a&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-HA9sal0JVH0/TpBlg5X0L1I/AAAAAAAAAuo/nF9Q2RdeiF0/s1600/xtmrnttr.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-HA9sal0JVH0/TpBlg5X0L1I/AAAAAAAAAuo/nF9Q2RdeiF0/s200/xtmrnttr.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5661136347435642706" /&gt;&lt;/a&gt;Na &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;"XTRMNTR"&lt;/span&gt; zespół poszedł nawet dalej niż na poprzedniku, prezentując rebeliancki rock'n'roll ubrany w ciężki, elektroniczny płaszcz. "Swastika Eyes" ( w obu wersjach) to łamiące kark techno, "Pills" to najbardziej pokręcony hip hop, jaki kiedykolwiek nagrali muzycy rockowi, z genialną wykrzyczaną mantrą słów "Fuck" i "Sick", "Accelerator" to ogłuszający uszy noise rock pod The Stooges, a "Keep Your Dreams" to urzekająca kołysanka, będąca zaskakującą chwilą spokoju i odpoczynku od dźwiękowego pandemonium większości kompozycji. Można by właściwie wymienić całą płytę, bo co chwilę dzieje się na niej coś ciekawego. Pod tym względem, radykalne kroki Primal Scream przypominają działania Radiohead z "Kid A" (dodam śmiało, że z pierwszymi siedmioma utworami tępiciela właśnie tylko arcydzieło radiogłowych może się równać w XXI wieku), dowodząc, że muzycy rockowi potrafią z wielkim powodzeniem przełamywać utarte schematy, podążając rzadko wybieraną ścieżką. "XTRMNTR" to też w pewnym sensie manifest grupy (wypowiedziany jak najgłośniej), bo słowa "Kill All Hippies" (tytuł przewrotny sam w sobie) "You got the money, I got the soul" czytelnie wyjaśnia podejście muzyków do showbiznesu. Świat jaki rządzi w tej muzyce to świat ówczesnej generacji, i Primal Scream zabiera nas na frenetyczną wycieczkę po nocnych klubach, gdzie rządzą pigułki, przypadkowy seks, hektolitry alkoholu i odhumanizowana muzyczna młócka.&lt;/p&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●●●○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlights:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=rwOQP4ouot4"&gt;Exterminator&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=xlFA3uc-JLI"&gt;Swastika Eyes&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=btqrBhg2g6c"&gt;Pills&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Trzeba przyznać, że całkiem nieźle się potoczyło dla kolesi, którzy rzekomo mieli nigdy nie wyjść poza tribute albumy dla Stonesów z lat 70-tych.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-8612551607886909632?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/Ab4X1qKVYetVnGOrntfXMcKhHrU/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/Ab4X1qKVYetVnGOrntfXMcKhHrU/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/Ab4X1qKVYetVnGOrntfXMcKhHrU/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/Ab4X1qKVYetVnGOrntfXMcKhHrU/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/1zMuRczco5w" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/8612551607886909632/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/narkotyczne-sciezki-i-rebelianckie.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/8612551607886909632?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/8612551607886909632?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/1zMuRczco5w/narkotyczne-sciezki-i-rebelianckie.html" title="Narkotyczne ścieżki i rebelianckie manifesty Primal Scream na dwóch arcydziełach sprzed lat" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/-4m4o12PZ-rE/TpBpNDlMp2I/AAAAAAAAAuw/dlC_YqGD2rY/s72-c/Primal%252BScream.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/10/narkotyczne-sciezki-i-rebelianckie.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;D0cGQH84fSp7ImA9WhdaEEg.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-4392642951450824222</id><published>2011-09-30T16:13:00.021+02:00</published><updated>2011-10-19T22:10:21.135+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-19T22:10:21.135+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Film" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Kino Amerykańskie" /><title>Los Angeles i film sensacyjny znowu kultowe</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-YP_mJJF4jV0/ToepbIFP6fI/AAAAAAAAAuQ/31Vtmaa9m7s/s1600/drive.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-YP_mJJF4jV0/ToepbIFP6fI/AAAAAAAAAuQ/31Vtmaa9m7s/s400/drive.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5658677740305377778" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Drive, reż. Nicolas Winding Refn, rok 2011&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Niewiele mogę dodać o filmie, o którym tyle napisano i powiedziano, który z rozpędu stał się czymś więcej niż tylko zręcznym recyklingiem specyficznych kinowych wzorców. "Drive" to przepyszna konfitura sporządzona z nostalgii i inspiracji kultowym amerykańskim kinem sensacyjnym / samochodowym lat 70-tych i 80-tych, przy okazji czyniąca Los Angeles po raz kolejny najbardziej spektakularnym filmowo miastem na świecie. To nie tylko najlepszy film w karierze Nicolasa Windinga Refna, ale też obraz w pełni cementujący jego rolę jako czołowego dziś przedstawiciela ekscytującego kina gatunkowego. Odkurzenie stylu Michaela Manna, Wiliama Friedkina, Waltera Hilla i Petera Yatesa okazało się dla Refna znakomitym punktem wyjściowym do stworzenia własnej mitologii filmowej, która może skończyć jako nowy wyznacznik dla kina akcji na następne lata. Mam tu na myśli to, że wykorzystanie wskazówek z filmów rodzaju "Bullitt" czy "Żyć i umrzeć w Los Angeles" było dla Refna jedynie pretekstem, bo słusznie postanowił przetłumaczyć stylistykę kina samochodowego, neo noiru i heist movie po swojemu. Dzięki czemu Los Angeles po raz pierwszy od czasów "Mulholland Drive" wygląda tak porażająco pięknie (to, że reżyser jest nieprzeciętnym estetą potwierdzało już "Valhalla Rising"), pościgi i przemoc są dobrze wplecione w fabułę, nigdy jej nie przysłaniając tępą akcją, wątek miłosny (w końcu!) jest stonowany i wiarygodnie odegrany, elementy kiczu są trzymane na wodzy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To co mnie szczególnie nęci w "Drive", to oczywiście jego strona formalna, perfekcyjnie wystylizowana, ślicznie wymuskana. Od różowej czołówki, panoramicznych ujęć, klimatycznej kolorystyki, często używanego efektu slow-motion (dodającego kinetycznej poezji filmu wymiaru medytacyjnego), po muzykę nawiązującą do synth-popu z lat 80-tych, która w kilku momentach zderzona z akcją sprawia wrażenie teledysków w filmie, i ikoniczne wdzianko głównego bohatera (a jakże, satynowa kurtka z logiem skorpiona, którą wszyscy chcą mieć) - każdy element w obrazie mieni się cudowną retro aurą, sprawiającą, że chce się jego kadry oprawiać w ramkę i wieszać na ścianie, tak ładnie to wszystko się prezentuje. Sama fabuła, choć nieskomplikowana i raczej przewidywalna na tyle wciąga i umiejętnie trzyma w napięciu, że bez powyższych retro stylizacji dałaby sobie spokojnie radę. Patrząc na to z innej strony, bez tego połysku i aury trudno byłoby walczyć "Drive" o kultowy status, który już w tej chwili można mu przypisać.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ryan Gosling, od lat jeden z ciekawszych aktorów młodego pokolenia (szczególnie znakomity w filmie "Szkolny chwyt"), gra postać, która pewnie szybko wejdzie do panteonu twardych bohaterów kina sensacyjnego - oparty jest trochę o kreacje jakie stworzyli Clint Eastwood i Ryan O'Neal, ale różni się od nich wrażliwością, skrywając pod milczącą i wydawałoby się niewzruszoną powłoką łagodność i uczuciowość. W sposób jaki pokazano jego relacje z Irene (Carey Mulligan) powinien być drogowskazem dla wszystkich reżyserów, którzy wplatają historie miłosne w tego rodzaju kino - niepotrzebny jest potok słów, bo wystarczą pojedyncze zdania, gesty, mimika, spojrzenia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie ma co się dalej rozpisywać. Kto jeszcze nie widział tego popkulturowego objet d'art, to lepiej niech pędzi do kina, bo przegapi jeden z najlepszych filmów roku. &lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;★★★★&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-4392642951450824222?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/I5okoT88l6vythJxOVih_YNxa2Q/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/I5okoT88l6vythJxOVih_YNxa2Q/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/I5okoT88l6vythJxOVih_YNxa2Q/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/I5okoT88l6vythJxOVih_YNxa2Q/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/3S6qDq4PSiU" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/4392642951450824222/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/09/los-angeles-i-film-sensacyjny-znowu.html#comment-form" title="Komentarze (4)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/4392642951450824222?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/4392642951450824222?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/3S6qDq4PSiU/los-angeles-i-film-sensacyjny-znowu.html" title="Los Angeles i film sensacyjny znowu kultowe" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-YP_mJJF4jV0/ToepbIFP6fI/AAAAAAAAAuQ/31Vtmaa9m7s/s72-c/drive.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>4</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/09/los-angeles-i-film-sensacyjny-znowu.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;D0cDR3cyeSp7ImA9WhdaEEg.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-7253225897753050763.post-8523695580291294673</id><published>2011-09-23T15:38:00.008+02:00</published><updated>2011-10-19T22:11:16.991+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2011-10-19T22:11:16.991+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Progresywny Metal" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Muzyka" /><title>Przystępny jak nigdy Mastodon wciąż rządzi</title><content type="html">&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-dp67lWv1AFM/TnyGe50fE9I/AAAAAAAAAto/fqlr1Kuog9Q/s1600/Mastodon.png"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 237px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-dp67lWv1AFM/TnyGe50fE9I/AAAAAAAAAto/fqlr1Kuog9Q/s400/Mastodon.png" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5655543097545659346" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Mastodon, The Hunter, 2011&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;"Super ciężkie Led Zeppelin" - tak opisywał w jednym z wywiadów perkusista Brann Dailor najnowsze dokonanie najlepszej grupy metalowej na świecie. Z własnych założeń, spodziewałem się po Mastodonie syntezy "Crack the Skye" z "Leviathanem", z przewagą stylu tej drugiej, ale grupa poszła do przodu w kierunku trochę innym, gładszym i bardziej przyjaznym, czyniąc momentami nie aż tak ciężką "Crack the Skye" nieustępliwą bestią. Ciężkie Led Zeppelin jak najbardziej, ale bez super. Przy pierwszym przesłuchaniu moje zdziwienie było tak ogromne, że aż byłem skłonny uznać "The Hunter" za największą porażkę w ich karierze, i także największe tegoroczne rozczarowanie muzyczne. To nie jest nowa sytuacja dla mnie - wcześniej podobnych odczuć doznawałem przy premierach ostatnich dokonań Arcade Fire i Fleet Foxes, które początkowo wydawały mi się niezbyt udane, by następnie urosnąć do dzieł wysokiej rangi. W dzisiejszych czasach co raz ciężej powstrzymać rozgorączkowanie, zachować spokój w oczekiwaniu na płyty zespołów ważnych dla słuchacza. Wygórowane wymagania wobec zespołu, domagania, aby najnowsze wydawnictwo było tak samo dobre, a nawet i lepsze niż poprzednik jest bardzo niezdrowym podejściem, pochopnie nastawiającym na negatywny odbiór. "The Hunter" padł ofiarą właśnie tej tendencji, ale na szczęście przy kolejnych przesłuchaniach muzyka sama się obroniła, zmieniając moją początkową niechęć. Okazało się, że ciągłe poszukiwanie, zmiana muzyki z płyty na płytę jest zwycięską taktyką dla zespołu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mastodon jest przez niektórych porównywany w kwestiach kariery i albumowego rozwoju do Metalliki, więc gdyby przyjąć ten punkt widzenia, to teraz jesteśmy chyba na etapie czarnego albumu. Dezynfekcja agresywnych, sludge metalowych korzeni, tak efektywnie rozpoczęta na dwóch poprzednich płytach tutaj jest już w pełni zakończoną akcją. Naprawdę, charakterystyczny ciężar i agresja muzyki zaczyna ulatniać się jak freon - niby jest konkretne riffowanie, ale karku to oni nie łamią, zapodziały się też nawet kilkuczęściowe struktury najwybitniejszego moim zdaniem LP w ich karierze, progresywnego "Crack the Skye". &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Można zakładać, że sporą rolę w tych zmianach mógł mieć producent Mike Elizondo, facet z kompletnie innej bajki (tak czy siak nie byle kto, bo produkował rewelacyjną płytę Fiony Apple, "Extraordinary Machine"). Jeśli on skusił grupę do śmielszego zmiękczania brzmienia i uproszczenia kompozycji, to wcale nie uczynił źle. Teraz Mastodonowi co raz bliżej pod względem ciężkości do kanadyjskiego Rush, choć "The Hunter" porzuca koncept albumowe tropy, w których obie drużyny się tak lubują (po raz pierwszy od czasu debiutu "Remission"). Brak myśli przewodniej spajającej całość w monolit jest akurat dobrym odświeżeniem dla zespołu, bo powtarzanie ciągle tych samych patentów niekoniecznie wychodzi na zdrowie. Mimo iż Mastodon nigdy nie był chwalony za partie głosowe, to na ostatnich dwóch płytach uległo to relatywnej poprawie. Na najnowszej wokale są czyste jak nigdy, często dwuścieżkowe, i co raz mniej wśród nich miejsca na ryk, który wcześniej dodawał ich muzyce hardcore'owej wściekłości, pięknie rozjuszając potężne kompozycje z majestatycznego "Leviathana". Dzisiejsze podejście zespołu mi się bardziej podoba, bo zdecydowanie przekładam melodyjny, czysty śpiew nad growl. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektóre pasaże, jak refren w "Stargasm" są łagodne, nawet powiedziałbym popowe, brzmiąc niczym Def Leppard na metalowych steroidach. Taki "Curl of the Burl" przypomina mi Queens of the Stone Age, wydając się kawałkiem idealnie skrojonym na potrzeby radia, ale najbardziej zaskakująco wypadają ballady (tak, ballady). Mowa głównie o przejmującym utworze tytułowym, przykrytym mistyczną mgiełką, zadedykowanym zmarłemu niedawno bratu, przypominającym trochę spokojniejsze momenty z "Crack the Skye". Do obrazu lekko nie pasuje jedynie epicka solówka rozpoczynająca swoje przebiegi gdzieś po drugim chorusie. Czasy hair metalu minęły, wiec trochę osobliwie brzmią takie wstawki. Bardzo podobnie wypada ostatni na płycie "The Sparrow", skromniejszy, nawet bardziej udany utwór. Czyżby Mastodon pokusił się o nagranie nowej wersji pop metalu w XXI wieku? Próbę stworzenia nowej definicji mainstreamowego metalu? Wystarczy posłuchać skądinąd znakomitego "Dry Bone Valley" i wnioski nasuwają się ciekawe. Niby dalej grają progresywny metal, ale pojawiają się wyraźne wyłomy. Najważniejsze jest to, że wychodzą z tego obronną ręką. Po trzecim przesłuchaniu obraz płyty nabiera klarowności i oferuje co raz więcej satysfakcji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są sporadyczne momenty, gdy starają się łączyć stare z nowym, jak w "Blasteoid", ale nie robi to wielkiego wrażenia. Za to prawdziwie zastanawiająca jest jedna kompozycja, "Creature Lives". Bez wątpienia najbardziej niedorzeczna rzecz jaką popełnili, ze wstępem rodem z sci-fi, z podniosłymi, na wpół rycerskimi zaśpiewami i mięsistą solówką w tle, za którą powinni wsadzić gitarzystę do karceru. To w końcu płyta Mastodon, a nie Manowar. Może to być pierwszy przykład guilty pleasure wśród ich twórczości. Następujący po nim "Spectrelight", sprinter w stylu "Blood Mountain" zmywa jednak pewne uczucie dyskomfortu, jaki przyniósł dziwoląg autorstwa Dailora. Rzekomo "The Hunter" był dosyć kolaboracyjną płytą, każdy z muzyków dorzucał własne cegiełki do całości. Widocznie ktoś w grupie ciągnie resztę muzyków do dokonywania małych wywrotów stylistycznych, ale powinni z mniejszym pobłażaniem tolerować zapędy Dailora. Jedna taka kompozycja na płytę jest wystarczająca.    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pytanie względem tego wydawnictwa nasuwa się jedno - czy jest to naturalna ewolucja, czy jednak co raz mocniejsze oznaki pojawiania się kompromisu. Trudno stwierdzić, ale kto wie czy zespól nie zaczyna myśleć o większej sprzedaży płyt, o powiększeniu bazy fanów. Uznanie krytyki, które mieli od początku kariery w jakimś stopniu przenosiło się na uznanie publiczności i nie najgorszą sprzedaż, ale grupa nie doczekała się jeszcze zasłużonej złotej płyty. Może to być album, który poróżni mniej otwartych fanów, zrażając część, która akceptowała wybryki "Crack the Skye", ale uznawała to za przejściowe i liczyła na powrót do stylu z debiutanckich walców śmierci. Z drugiej strony faktycznie przystępny "The Hunter" powinien spodobać się osobom, które nieszczególnie przepadają za metalem. Pomimo swoich pewnych zastrzeżeń i wstępnego niepokoju jestem ostrożny w stosunku do tej płyty, bo nie wiem jak będzie dla mnie brzmiała pod koniec grudnia. Już w tej chwili jest growerem i pewny mogę być jednego - o żadnej abdykacji nie ma mowy. Mastodon wciąż rządzi. &lt;br /&gt;&lt;font size="5"&gt;&lt;font color="red"&gt;●●●●●●●●○○&lt;/font&gt;&lt;/font&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Highlight:&lt;/span&gt; &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=f3LLX9ThXjI&amp;ob=av2n"&gt;Curl of the Burl&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/7253225897753050763-8523695580291294673?l=dyletanci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/Em7BYQQkMTBnU-D_sbAFm5q407w/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/Em7BYQQkMTBnU-D_sbAFm5q407w/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/Em7BYQQkMTBnU-D_sbAFm5q407w/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/Em7BYQQkMTBnU-D_sbAFm5q407w/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Dyletanci/~4/xzFV9DR1Bo4" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://dyletanci.blogspot.com/feeds/8523695580291294673/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://dyletanci.blogspot.com/2011/09/przystepny-jak-nigdy-mastodon-wciaz.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/8523695580291294673?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/7253225897753050763/posts/default/8523695580291294673?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/Dyletanci/~3/xzFV9DR1Bo4/przystepny-jak-nigdy-mastodon-wciaz.html" title="Przystępny jak nigdy Mastodon wciąż rządzi" /><author><name>Kamil Dachnij</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10110469765923952993</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel="http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail" width="27" height="32" src="http://4.bp.blogspot.com/-iSvBE8bOzVw/TsvoisoIlTI/AAAAAAAAA3w/_BHZoShHkdY/s220/richard%2Bpryor%2Bposter.jpg" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/-dp67lWv1AFM/TnyGe50fE9I/AAAAAAAAAto/fqlr1Kuog9Q/s72-c/Mastodon.png" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://dyletanci.blogspot.com/2011/09/przystepny-jak-nigdy-mastodon-wciaz.html</feedburner:origLink></entry></feed>

