<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><rss xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/" xmlns:blogger="http://schemas.google.com/blogger/2008" xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0" version="2.0"><channel><atom:id>tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986</atom:id><lastBuildDate>Mon, 07 Oct 2024 03:48:40 +0000</lastBuildDate><category>Społeczeństwo i polityka</category><category>Prywatnie</category><category>Kanada</category><category>Kryminał</category><title>Enklawa</title><description></description><link>http://enklawa24.blogspot.com/</link><managingEditor>noreply@blogger.com (ith)</managingEditor><generator>Blogger</generator><openSearch:totalResults>131</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-7646774834554828792</guid><pubDate>Sat, 10 Nov 2012 21:12:00 +0000</pubDate><atom:updated>2012-11-10T22:27:06.175+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Smoleńsk powraca, czyli o tym czy miejsce Jarosława Kaczyńskiego jest w więzieniu...</title><description>


&lt;br /&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wsadzanie do więzień polityków z „wrogiego” obozu ma długą
tradycję. Ten humanitarny sposób eliminacji z życia publicznego zdaje się
zyskiwać ostatnio coraz większe poparcie w Polsce. Oczywiście u źródeł takich
działań zawsze leży troska o wspólne dobro. Po prawej stronie sceny politycznej
takie myślenie powraca jak wirus grypy co jakiś czas, skutkując przewrotem
wojskowym czy inną formą skutecznej obrony demokracji przed nią samą.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Sytuacje takie nie budzą mojego zdziwienia, kiedy jednak
zaczynają takiej retoryki używać ludzie kojarzeni z lewicą jest inaczej. Nie
mam tu na myśli ostatniego wystąpienia Janusza Palikota, który z sejmowej
trybuny oznajmił, że miejsce posłów PiS jest w więzieniu. Nie potępiam go nawet
za te słowa, polityczna walka ma swoje prawa. Zresztą od kogoś, kto jeszcze
chwilę temu związany był z tygodnikiem Ozon nie można wymagać za dużo. Jego
lewicowość jeszcze jest na tyle powierzchowna, że nawoływanie do aresztowania
przeciwników politycznych nie musi mu się nawet wydawać niezręcznością. Inaczej
rzecz ma się z prof. Kazimierzem Kikiem…&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
W &lt;a href=&quot;http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,12827642,Prof__Kik__Kaczynski_i_Macierewicz_dawno_powinni_siedziec_.html&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color: #38761d;&quot;&gt;wywiadzie na TOK FM&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style=&quot;mso-spacerun: yes;&quot;&gt;&amp;nbsp;
&lt;/span&gt;z całą mocą stwierdził, że Jarosław Kaczyński powinien zostać
aresztowany na sali sejmowej, zaraz po zejściu z mównicy. Jego zdaniem,
wystarczającym uzasadnieniem dla tak drastycznych działań jest niszczenie przez
prezesa Kaczyńskiego autorytetu najwyższych instytucji państwa polskiego.
Naprawdę nie rozumiem jak człowiek związany z lewicą może przedkładać dobro
„abstrakcyjnego” państwa nad zasady leżące u podstaw demokracji. Zdaję sobie
sprawę, że ktoś owładnięty świętym gniewem może zapomnieć o wolności słowa.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
W wywiadzie jest więcej takich niepokojących fragmentów. Pod
tym, że „demokracja to nie chaos” i o upadku demokracji na miarę tego w I RP
mógłby się spokojnie podpisać dowolny publicysta z Frondy. W takiej sytuacji
trudno nie zauważyć kryzysu lewicy. Jeśli człowiek będący autorytetem dla dużej
jej części mówi językiem prawicy to trudno być optymistą. Za tym musi iść
przecież definiowanie rzeczywistości na prawicową modłę. I tak się właśnie
dzieje… Problem leży jego zdaniem we wszechwładzy partii politycznych i to jest
kluczowe. Nie ma dla niego znaczenia, że za partiami stoją ich wyborcy. Prof.
Kik nie stara się zrozumieć dlaczego tak wielu głosuje na PiS. Ludzie są
przecież z natury głupi i należy ich chronić przed szaleńcami&lt;span style=&quot;mso-spacerun: yes;&quot;&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;takimi jak Jarosław Kaczyński. Nieważne czy
będzie to więzienie czy dom wariatów… Sami przecież nigdy nie zrozumieją, że
brednie Jarosława Kaczyńskiego są tylko bredniami i niczym więcej. Nawet jeśli
prof. Kik powie im o tym z „ambony”, wsparty na autorytecie Jana Pawła II&lt;span style=&quot;mso-spacerun: yes;&quot;&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;to i tak to do nich nie dotrze. Dlatego
należy izolować myślących w nieprawomyślny sposób, w imię dobra wspólnego
oczywiście. Ciekawy to ideał demokracji..&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ważniejsze dla profesora są słowa niż realne problemy
dotykające ludzi w Polsce. To smutna konstatacja, bo nie pozwala żywić nadziei
na jakiekolwiek zmiany na scenie politycznej. Lewica jeszcze musi się dużo
dowiedzieć o sobie by mogła się stać dla ludzi wiarygodna…&lt;/div&gt;
</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2012/11/smolensk-powraca-czyli-o-tym-czy.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>5</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-1503278819813179483</guid><pubDate>Sat, 17 Mar 2012 22:33:00 +0000</pubDate><atom:updated>2012-03-17T23:37:37.264+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Żywie Biełaruś!</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;Czasem dopadają mnie wątpliwości czy Polska ma jakąkolwiek strategię w polityce wobec Białorusi. Obserwując ostatnie napięcia we wzajemnych relacjach nabieram niemal pewności, że jest to tylko suma reakcji na działania władz białoruskich. Niestety mocno przewidywalnych reakcji... Inspiracją dla polskich polityków zdaje się być testowana do granic możliwości przez wszystkie amerykańskie administracje metoda kija i marchewki. O ile w przypadku Stanów Zjednoczonych miewa to czasem sens – chociaż jak sądzę Fidel Castro ma odmienne zdanie – to w przypadku Polski musi kończyć się porażką.&lt;br /&gt;Na nic zda się nawet poparcie Unii Europejskiej. Polska jest w stanie je pozyskać dla niektórych inicjatyw, szczególnie związanych z ochroną praw człowieka ale zasadniczo nie jest ona Białorusią zainteresowana. Dlatego zresztą ostatnie sankcje polegające min. na wprowadzeniu zakazu wjazdu na teren UE dla 21 przedstawicieli reżimu odpowiedzialnych za łamanie praw człowieka i prześladowania opozycji mają wymiar symboliczny.&lt;br /&gt;Donald Tusk przekonuje o ich dokuczliwości ale jest to tylko robienie dobrej miny do złej gry. Nie wyobrażam sobie by zakaz wjazdu mógłby być czymś aż tak strasznym, w kraju, gdzie średnia pensja wynosi niewiele powyżej 1000 złotych. Co symptomatyczne sankcjami objęto tylko sędziów i policjantów, czyli pracowników budżetówki. Białoruski oligarcha Jury Czyż będzie mógł nadal opalać się na Costa del Sol.&lt;br /&gt;W Polsce zewsząd słychać głosy o nieracjonalności działań Łukaszenki. Trudno mi się z tym zgodzić, jego decyzje wydają się szalone tylko z naszej perspektywy. Ich skutki mogą być dla reżimu Łukaszenki bardzo korzystne. Dzięki polityce konfrontacji z zachodem umacnia swoją pozycję w kraju. Łatwiej będzie mu wygrać we wrześniu wybory, łatwiej je sfałszować. Już teraz szefowa białoruskiej CKW Lidzija Jarmoszyna mówi głośno o nie wpuszczeniu obserwatorów OBWE. Dzięki takiej postawie Łukaszenka zyska również przychylność Rosji, która wesprze Białoruś gospodarczo i na arenie międzynarodowej.&lt;br /&gt;Schematyczność i przewidywalność polityki Polski i UE wobec Białorusi daje gwarancje, że bardzo łatwo i szybko będzie można wrócić do polityki współpracy. Wystarczy uwolnić któregoś z więźniów politycznych. Zapewne w najbliższym czasie ich liczba się zwiększy będzie więc większy wybór. Z większej ilości decyzji będzie się można wycofać, w większej ilości spraw pójść na ustępstwa. W dłuższym okresie zostanie więc zachowane status quo, które jest prawdziwym celem Aleksandra Łukaszenki.&lt;br /&gt;Zdecydowanie trudniej uchwytne są polskie cele. Ja zasadniczo widzę dwa. Z jednej strony jest to budowa niezależnej Białorusi a z drugiej walka z łamaniem praw człowieka i w konsekwencji wprowadzenie demokracji na Białorusi. Dla większości naszej klasy politycznej i niestety wielu ekspertów zajmujących się polityką wschodnią są one tożsame. W moim odczuciu, co prawda nie muszą się one wykluczać ale w praktyce są ze sobą sprzeczne.&lt;br /&gt;Polska chce budować niezależność Białorusi poprzez tworzenie odrębnej od rosyjskiej białoruskiej tożsamości. Wspiera więc białoruski nacjonalizm widząc w nim przeciwwagę dla sympatii prorosyjskich. Sytuacja w której Radosław Sikorski ze swojego dworku w Chobielinie naucza co znaczy być Białorusinem - nie tylko z uwagi na historię - jest nie do zaakceptowania również dla sporej część opozycji. Polska wizja nie może znaleźć zrozumienia w kraju, w którym tylko 2,2 z ogólnej liczby 10 mln obywateli Białorusi mówi w domu po białorusku. Miejscowy kościół prawosławny mimo 20 lat niepodległości państwa nie usamodzielnił się wschodnim zwyczajem i nadal podlega bezpośrednio Patriarchatowi Moskiewskiemu.&lt;br /&gt;W takich warunkach, kiedy większość białoruskiego społeczeństwa patrzy przychylnie na zbliżenie z Rosją wspieranie białoruskiego nacjonalizmu nie sprzyja walce o prawa człowieka. Paradoksalnie pozostanie Łukaszenki u władzy jest korzystne dla Polski. Pozostaje on gwarantem białoruskiej niezależności. Nie ze względów ideologicznych tylko czysto koniunkturalnych. Każdy mijający rok sprawia, że społeczeństwa białoruskie i rosyjskie zaczynają się od siebie coraz bardziej różnić. Jest również czas na wykształcenie się poczucia odrębności, nawet jeśli u podstaw tego nie leży etniczność.&lt;br /&gt;Polska chętnie mówi o wolnościach obywatelskich na Białorusi. Bywa to nawet szczere, szczególnie wtedy kiedy represje dotykają polską mniejszość. Zazwyczaj jednak jest to zasłona dymna, która ma uskutecznić walkę o niezależną od Rosji Białoruś. Wprowadzenie demokracji nie gwarantuje realizacji tego celu, dlatego nigdy nie stanie się priorytetem. Być może wkrótce lista osób, które nie będą mogły wjechać na teren UE się nieco wydłuży. Na nic więcej jednak nie ma co liczyć. Sankcje ekonomiczne przecież pchnęłyby Białoruś w objęcia Rosji a tego przede wszystkim polscy politycy chcą uniknąć. Prawa człowieka będą łamane z takim samym entuzjazmem co dotąd a prześladowania opozycji nie ustaną. Będzie zachowane status quo, czyli dokładnie to czego chce Aleksander Łukaszenka.&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2012/03/zywie-biearus.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>9</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-8732848486899298357</guid><pubDate>Sat, 25 Feb 2012 17:42:00 +0000</pubDate><atom:updated>2012-02-25T19:17:05.722+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Baltasar Garzon, czyli o upokarzaniu lewactwa...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;Czas kiedy prawa człowieka coś znaczyły w globalnej polityce powoli zbliża się do końca. Przegrywają one zdecydowanie z rynkiem, który jak podkreślają jego dogmatyczni wyznawcy ma być wolny, również od ograniczeń płynących z ich przestrzegania. Źródłem szczęścia dla człowieka ma być dobrobyt płynący z efektywnej gospodarki a nie abstrakcyjne prawa, które w sposób nieuprawniony roszczą sobie pretensje do bycia uniwersalnymi.&lt;br /&gt;Przykładów potwierdzających to zjawisko jest niestety coraz więcej. Jednym z nich jest upadek sędziego Baltasara Garzona. Sąd Najwyższy Hiszpanii zakazał mu na 11 lat wykonywania zawodu. Powodem było stosowanie nielegalnego podsłuchu przeciwko adwokatom osób oskarżonych o opłacanie polityków rządzącej Partii Ludowej. Decyzja ta jest co najmniej kontrowersyjna. Jak się okazuje sędzia, który przejął sprawę skandalu korupcyjnego również zlecił podsłuchy podejrzewając, że adwokaci odgrywają czynną rolę w transferowaniu łapówek.&lt;br /&gt;Baltasar Garzon jest jedną z ikon ruchu praw człowieka. Doprowadził do aresztowania Augusto Pinocheta i tym samym wytyczył nowy kierunek w ściganiu zbrodni popełnianych przez dyktatorów. Początkiem jego końca była próba wyjaśnienia losu 100 tysięcy przeciwników generała Franco, którzy zginęli w pierwszych latach jego dyktatury. Zarzucono mu świadome naruszenie ustawy o amnestii z 1977 roku i zawieszono. Ściganie zbrodni w Ameryce Łacińskiej jest czymś dobrym, natomiast w samej Hiszpanii już niekoniecznie. Priorytetem okazało się &quot;narodowe pojednanie&quot;, które dla ofiar ma być jedyną formą zadośćuczynienia.&lt;br /&gt;Jeszcze kilka lat temu sędzia Baltasar Garzon nie mógłby zostać potraktowany w ten sposób. Wtedy ludzie walczący o prawa człowieka byli bohaterami zbiorowej wyobraźni. Teraz jest inaczej, szukano tylko pretekstu by się z nim rozprawić. Prawa człowieka, tak jak rozumie je Baltasar Garzon zdążyły się już stać w powszechnym odczuciu formą &quot;awanturnictwa&quot;. Niedługo wiele osób ze zdumieniem odkryje, że rozumie je tak jak Augusto Pinochet. I nie ma w tym nic dziwnego, Chicago Boys nie rządzą już tylko w Chile, do nich należy cały świat.&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2012/02/baltasar-garzon-czyli-o-upokarzaniu.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>6</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-4004101873254701878</guid><pubDate>Sun, 22 Jan 2012 19:50:00 +0000</pubDate><atom:updated>2012-01-22T22:45:20.239+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>O mesjaszu, który chce być królem...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;Gwiazda Janusza Palikota rozświetla coraz jaśniej polityczny firmament. Każda inicjatywa kończy się sukcesem, coraz to nowe lewicowe środowiska skłonne są go poprzeć. Przychylny jest mu establishment, swoje nadzieje zdają się z nim wiązać lewicowi radykałowie. Jeszcze do niedawna w określeniu mesjasz lewicy czaiła się drwina, teraz słysząc je większość ludzi nie uśmiecha się już tylko z zadumą kiwa głową. Nic dziwnego, Janusz Palikot jednego dnia dogaduje się ze środowiskami LGBT a drugiego z górnikami, z równą swobodą... Odżywają nadzieje na zjednoczenie lewicy światopoglądowej, która dotąd wspierała w dużej mierze PO i lewicy społecznej, która w sporej części dała się uwieść PiS. Gdyby do tego doszło można by już realnie zacząć myśleć o dojściu do władzy...&lt;br /&gt;Niewykluczone, że te plany uda się Januszowi Palikotowi zrealizować. Jest mocno zdeterminowany i do tego w sposób właściwy zdiagnozował sytuację. Dlaczego więc nie daję się ponieść fali entuzjazmu i z takim dystansem podchodzę do inicjatywy, która może doprowadzić do powstania pierwszej po 1989 roku prawdziwie centrolewicowej formacji. Gdybym miał podać jeden powód to wskazałbym na to, że nie ma ona szans na stworzenie na lewicy nowej jakości. Będzie to twór sztuczny, służący nie lewicy jako takiej ale Januszowi Palikotowi. Wbrew temu co sądzi wielu ważne jest nie tylko „co” ale również „jak”. To co dzisiaj proponuje Janusz Palikot to wykorzystanie neoliberalnej recepty na sukces w tworzeniu czegoś, co przynajmniej w teorii powinno neoliberalizm krytykować. Sprzeczność leżąca u podstaw tej inicjatywy w moim odczuciu musi zaważyć na jej powodzeniu...&lt;br /&gt;Janusz Palikot wykonał bardzo dobrą robotę. Postąpił jak doświadczony przedsiębiorca, który dysponując pewnymi zasobami pragnie odnieść sukces. Wsłuchał się w głos „konsumentów” i stworzył produkt, który zapewnił mu wejście do Sejmu. Teraz buduje firmę, która będzie świadczyć usługi polityczne. Celem nadrzędnym jest tak hołubiona przez neoliberałów efektywność. Nie za dobrze wróży to demokracji, Ruch Palikota będzie być może coraz sprawniej realizował inicjatywy istotne dla centrolewicy ale nigdy nie będzie centrolewicowy. Będzie po prostu świadczył usługi zewnętrzne jak swego czasu prywatne armie w Iraku.&lt;br /&gt;W logice rynku nie jest istotne czy koncern sprzedaje żyletki, napoje odchudzające czy samochody. Ważny jest zysk, to on świadczy o sukcesie. Najlepiej oczywiście jest wtedy gdy sprzedaje to wszystko plus masę innych rzeczy. W ten sposób minimalizowane jest ryzyko. To co robi teraz Palikot to nic innego jak sprzedawanie jak największej liczbie podmiotów życia społecznego różnych, nierzadko wzajemnie wykluczających się rzeczy. Bazuje na nadziejach, co więcej sam je skutecznie rozbudza. Co chce w ten sposób osiągnąć? Sukcesem dla Palikota będzie dojście do władzy, nie w jakimś konkretnym celu jak w klasycznej demokracji. Zgodnie z neoliberalną logiką chodzi w gruncie rzeczy tylko o wygraną, pokonanie przeciwników, być może ostatecznie monopol...&lt;br /&gt;Przedsmak tego mamy już teraz. Podobne neoliberalne założenia leżały u podstaw powstania Platformy Obywatelskiej. Ideologiczna nieokreśloność, polityka rozumiana jako gra wymagająca stosownych umiejętności (technik marketingowych) i program pisany na kolanie jako odpowiedź na zaistniałe społecznie zdarzenia. To wszystko już znamy, w centroprawicowym sosie. Janusz Palikot proponuje nam teraz dokładnie to samo danie tylko przyprawione inaczej. Dlatego nie skaczę z radości. W moim odczuciu należy tworzyć centrolewicę, która skutecznie byłaby w stanie przełamać neoliberalne myślenie o sferze publicznej. Angażowanie się w coś co jest kwintesencją takiego sposobu myślenia nie ma dla mnie sensu. Lewica jako fantazja znudzonego dotychczasowym życiem bogatego Piotrusia Pana, który postanawia wykorzystać swoje biznesowe talenty w polityce, tylko po to, by zdobyć jeszcze większy poklask wydaje mi się czymś kuriozalnym. Mam nadzieję, że nie tylko mnie.&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2012/01/o-mesjaszu-ktory-chce-byc-krolem.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-2234783461816539836</guid><pubDate>Tue, 29 Nov 2011 22:19:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-11-29T23:29:10.528+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Kościół a kara śmierci, czyli temat pozostaje otwarty...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;Kara śmierci ponownie stała się przedmiotem żarliwego sporu. Niewiele nowych wątków się pojawia, ciągle powielane są te same argumenty. Pewną odmianę stanowi „awantura” wokół tego co o karze śmierci mówi Kościół Katolicki. W moim odczuciu już same ten fakt świadczy nieodparcie o zwycięstwie prawicowej optyki w społecznej debacie. Można odnieść wrażenie, że to co ma w tej sprawie do powiedzenia kościół ma moc przesądzającą. Wystarczy więc udowodnić, że to nasze stanowisko jest zbieżne z nauką kościoła by uciąć wszelkie spory...&lt;br /&gt;Być może spór jest tak gorący ponieważ obie strony zdają sobie sprawę, że kościół nie udziela w tej sprawie jednoznacznej odpowiedzi. W zależności więc od tego, w jaki sposób sformułuje się pytanie ten będzie miał rację. Widać to wyraźnie patrząc, jak obie strony powołują się na tą samą encyklikę evangelium vitae... Z jednej strony jest sprzeciw wobec jakiejkolwiek formy zabijania, z drugiej dopuszcza jej wykonywanie w bardzo ograniczonych okolicznościach.&lt;br /&gt;Ten dylemat ma bardzo długie korzenie. Pierwsi chrześcijanie nie zastanawiali się nad karą śmierci, nie interesowali się za bardzo państwem i jego prawami. Można powiedzieć, że byli antysystemowi, Neron miał swoje powody by rzucać ich lwom na pożarcie. Z tego powodu spór ten byłby dla nich niezrozumiały. Sytuacja zmieniła się, kiedy chrześcijaństwo stało się religią państwową i trzeba było „przystosować” je tak, by mogło stać się wsparciem dla władzy. Zinstytucjonalizowana religia nie mogła negować prawa do zabijania przez państwo. Trzeba było wymyślić taki konstrukt, który godziłby świętość życia z jednej strony i długą tradycję władzy państwa nad życiem obywateli.&lt;br /&gt;Tego karkołomnego zadania podjął się św. Tomasz z Akwinu. To on wpadł na genialny pomysł by wykorzystać do tego prawo do samoobrony. To było do przełknięcia zarówno dla umiarkowanych chrześcijan jak i władzy świeckiej. W ten sposób chronione jest społeczeństwo jako całość przed przestępcą, który mu zagraża. Dokonuje tym samym podziału na życie „porządnych obywateli”, które dzięki karze śmierci jest chronione i przestępców, których życie nie ma wartości. Dla dobra społeczności eliminuje się zło... Taki sposób myślenia przetrwał aż do dziś, nadal jest widoczny w katechizmie, na który powoływał się Mariusz Kamiński&lt;br /&gt;Zmiana myślenia o karze śmierci (co do pewnego stopnia jest pochodną do zmiany myślenia o roli kościoła w państwie) przyszła wraz z soborami. Wyrazem tego była encyklika &lt;em&gt;evangelium vitae&lt;/em&gt;, napisana w 1995 roku przez Jana Pawła II. Stara się ona dokonać niemożliwego, pogodzić długą tradycję akceptacji dla kary śmierci z jej gruntowną krytyką. Wychodzi z założenia, że życie ludzkie jest nienaruszalne: &lt;em&gt;&quot;życie człowieka pochodzi od Boga, jest Jego darem, Jego obrazem i odbiciem, udziałem w Jego ożywczym tchnieniu. Dlatego Bóg jest jedynym Panem tego życia, człowiek nie może nim rozporządzać (EV 39)&quot;.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Mnie osobiście również podoba się ten cytat: &lt;em&gt;&quot;tylko wówczas, gdy otwiera się na pełnię prawdy o Bogu, o człowieku i o historii, przykazanie &quot;nie zabijaj&quot; odzyskuje swój pełen blask jako dobro dla człowieka we wszystkich jego wymiarach i relacjach (EV 48).&lt;/em&gt; Zdaniem Jana Pawła II nawet zabójca nie traci godności ludzkiej, jest mu ona przyrodzona. Z drugiej strony, akceptując niejako tradycję napisał w swojej encyklice, że może być ona stosowana tylko w &lt;em&gt;„przypadkach absolutnej konieczności, to znaczy, gdy nie ma innych sposobów obrony społeczeństwa”.&lt;/em&gt; Na tą część powołują się dziś członkowie PiS i zwolennicy kary śmierci. Jest to z ich strony bardzo wygodne, bo dalej padają słowa, które właściwie czynią niemożliwym akceptację dla kary śmierci przez katolika. Jan Paweł II wyraża przekonanie, że &lt;em&gt;„w obecnej sytuacji dzięki coraz lepszej organizacji instytucji penitencjarnych, takie przypadki są bardzo rzadkie, a być może, już nie zdarzają się wcale (EV 56)”.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Patrząc na to co przedstawiciele kościoła mówili dziś w mediach odnoszę wrażenie, że w Polsce wśród hierarchów nie ma zgody co do tej kwestii. Potwierdza to tylko głębokie pęknięcie w kościele, idee posoborowe wciąż przyswajane są tu bardzo opornie. Winny jest temu również Jan Paweł II, który niestety wyhamował przemiany dokonujące się w Kościele Katolickim. Stanął w połowie drogi, nie dał jednoznacznej odpowiedzi w kwestii kary śmierci, chociaż nie miał najmniejszych wątpliwości potępiając w tej samej encyklice zresztą eutanazję i aborcję...&lt;br /&gt;Problem kary śmierci w Kościele Katolickim jest dużo bardziej skomplikowany niżby się z pozoru wydawało. Jan Paweł II czy Benedykt XVI apelowali często o jej niestosowanie. Ten pierwszy wielokrotnie krytykował z tego powodu USA, ten drugi poruszał jej temat podczas wizyty w Białym Domu w rozmowie z prezydentem Bushem. Oczywiście dla członków PiS, którym Stany Zjednoczone jawią się jako niedościgły wzór nie podnoszą tej kwestii. Z drugiej strony należy pamiętać, że obowiązywała ona również w Watykanie i to aż do roku 1969, zniósł ją dopiero papież Paweł VI. Nie ma więc podstaw by twierdzić, że Kościół Katolicki już ostatecznie określił swoje stanowisko w tej sprawie. Patrząc na tendencje w Polsce nie jest wykluczone, że wkrótce powieje wiatr zmian z zupełnie innej strony i kara śmierci znów będzie akceptowalna przez Watykan...&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2011/11/koscio-kara-smierci-czyli-temat.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-8948637608706749136</guid><pubDate>Thu, 17 Nov 2011 17:43:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-11-17T19:01:02.835+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Przypadek Wang Liushi, czyli znów słów parę o prawach człowieka...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;a href=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjEUEP1PYJf8GJ-abH8dFZd3xOQ3lfn9lu0CZ6HlYsHnZc9ssymi6jCP8NjTt4cXokAmBsBNzIGvRW12Ref4u8J5hK-Wqf2BfhpaRnuXkRLoqAnvQ1GYfonluCg4m9RWKmoui7NK2tesCo0/s1600/fuego2.jpg&quot;&gt;&lt;img style=&quot;MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 228px; FLOAT: left; HEIGHT: 168px; CURSOR: hand&quot; id=&quot;BLOGGER_PHOTO_ID_5676023616140445218&quot; border=&quot;0&quot; alt=&quot;&quot; src=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjEUEP1PYJf8GJ-abH8dFZd3xOQ3lfn9lu0CZ6HlYsHnZc9ssymi6jCP8NjTt4cXokAmBsBNzIGvRW12Ref4u8J5hK-Wqf2BfhpaRnuXkRLoqAnvQ1GYfonluCg4m9RWKmoui7NK2tesCo0/s320/fuego2.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;W czasach szalejącego kryzysu problem praw człowieka nie wydaje się szczególnie interesujący. Wszystkie sprawy, które nie sprzyjają podwyższeniu efektywności powinny przecież zejść na dalszy plan. Tym bardziej mogą irytować bandy egoistycznych indywidualistów, klasyczne wytwory indywidualistycznej myśli politycznej zachodu jak choćby te grasujące po ulicach Aten. Domagają się jakiś wyimaginowanych praw za nic mając społeczeństwo jako całość. Gdyby chcieli zmienić świat na lepsze to powinni zakasać rękawy i wziąć się do ciężkiej roboty...&lt;br /&gt;Dość często spotykam się z podobnymi argumentami. Myślenie o tym, że zachód jest egoistyczny i że stara się narzucić reszcie świata swoje wartości, którego prawa człowieka są częścią jest bardzo rozpowszechnione. Idea praw naturalnych nie jest już tak powszechnie akceptowalna jak jeszcze kilkanaście lat temu. Coraz częściej docenia się lokalne kultury i będące ich wytworem systemy aksjologiczne. Przykładem mogą być tzw. wartości azjatyckie, podkopują one uniwersalistyczny wymiar praw człowieka i czynią równoprawnymi inne tradycje polityczne. Nie wdając się w szczegóły liczy się w nich społeczeństwo a nie jednostka, egoizm jest złem a tym co naprawdę się liczy to służba całości. Oczywiście wartości azjatyckie mają w Azji uniwersalistyczny wymiar, kultury są jednorodne i wszyscy tam myślą tak samo...&lt;br /&gt;Niełatwo jest walczyć z tą iluzją, zawsze można zostać w końcu posądzonym o kulturowy imperializm. Czasem dzieją się jednak takie rzeczy, które zupełnie ośmieszają obrońców tzw. wartości azjatyckich i jednocześnie zwolenników genetycznego kolektywizmu azjatyckich społeczeństw. W Henan w środkowej części Chin &lt;a href=&quot;http://tvp.info/informacje/swiat/samopodpalenie-staruszki-w-chinach/5676987&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;doszło do zdarzenia&lt;/span&gt; &lt;/a&gt;z pozoru nie związanego z polityką. Władze postanowiły zburzyć dom zamieszkały przez 81 letnią Wang Liushi i jej rodzinę. Uzasadniały to tym, że był on samowolą budowlaną. Wang Liushi jednak nie postąpiła jak na „prawdziwą Azjatkę” przystało, nie pochyliła pokornie głowy i nie opuściła domu. Pragnąc zamanifestować swój sprzeciw polała się benzyną i podpaliła...&lt;br /&gt;Zastanawiam się dlaczego tak łatwo dajemy się wmanewrować w upolitycznianie praw człowieka, tak łatwo akceptujemy trwanie autorytarnych reżimów i to w imię poszanowania odrębności kulturowej. Każdy, kto choćby czytał książkę &lt;em&gt;Góra duszy&lt;/em&gt; napisaną przez chińskiego noblistę Gao Xingjian&#39;a, zdaje sobie sprawę, że tradycja indywidualistyczna w państwie środka ma długą tradycję. Podobnie zresztą jak kolektywizm w Europie, nie trzeba sięgać do średniowiecza, wystarczy prześledzić rozwój komunistycznej czy nazistowskiej utopii. Zgadzając się na ograniczone stosowanie praw człowieka w Azji w imię odrębności tamtejszych tradycji przyczyniamy się niestety do banalizacji azjatyckich kultur. Akceptujemy stereotypy w imię sam nie wiem czego. Czyn Wang Liushi powinien nam o tym boleśnie przypominać...&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2011/11/przypadek-wang-liushi-czyli-znow-sow.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjEUEP1PYJf8GJ-abH8dFZd3xOQ3lfn9lu0CZ6HlYsHnZc9ssymi6jCP8NjTt4cXokAmBsBNzIGvRW12Ref4u8J5hK-Wqf2BfhpaRnuXkRLoqAnvQ1GYfonluCg4m9RWKmoui7NK2tesCo0/s72-c/fuego2.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-4364777437060129253</guid><pubDate>Tue, 11 Oct 2011 22:00:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-10-27T20:14:54.758+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Wybory 2011, czyli status quo z nadziejami na coś nowego w przyszłości...</title><description>&lt;p style=&quot;MARGIN-BOTTOM: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Wszystko zdaje się wracać do normy, w większości przypadków poziom dopaminy w mózgu współrodaków zdążył już spaść do poziomu sprzed kampanii wyborczej. Tak wiem, niebezpiecznie jest porównywać oddziaływanie polityki i kokainy. Efekty niestety mogą być podobne... Nie ma więc lepszego czasu na podsumowania, wczoraj było na to za wcześnie, jutro może być już za późno. Na „głodzie” znacznie trudniej o rzetelną analizę.&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style=&quot;MARGIN-BOTTOM: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Obserwując wyniki wyborów można stwierdzić, że niewiele się zmieniło. Niektórzy się z tego cieszą, ponowna wygrana PO ma ich zdaniem świadczyć o dojrzałości naszej demokracji. Niekoniecznie musi mieć to potwierdzenie w faktach. Nie sposób stwierdzić na ile decydujący dla wyborców PO był strach przed PiS. Nie ulega wątpliwości, że był ważny... I niestety tak będzie dalej, trochę tak jak we Włoszech przed 1993 rokiem, kiedy zaciskano zęby i głosowano na chadeków z obawy przed zwycięstwem komunistów.&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style=&quot;MARGIN-BOTTOM: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;W tym kontekście Jarosław Kaczyński ma rację, twierdząc, że jego przeciwnicy przegrali. PiS stracił bardzo niewiele w porównaniu z poprzednimi wyborami i jego powrót do władzy jest nie mniej realny niż 4 lata temu. Partię scala mit smoleński i nic nie wskazuje by mógł on ulec erozji. Największy sukces odniosła oczywiście Platforma Obywatelska, utrzymała władzę mimo stygmatu partii rządzącej. Co więcej znalazła się w jeszcze bardziej komfortowej sytuacji niż cztery lata temu. Ma teraz do wyboru trzech kandydatów do koalicji, wszyscy aż przebierają nóżkami by ich wybrała. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style=&quot;MARGIN-BOTTOM: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Patrzę na te wyniki wyborów i nie jestem w stanie dostrzec za bardzo dojrzałości naszej demokracji. Szczególnie w kontekście sukcesu Ruchu Poparcia Palikota. Ugrupowanie, które w kilka miesięcy stało się trzecią siłą w Sejmie jest budowane w oparciu o charyzmę lidera, który przy okazji tak się składa, że dysponuje sporymi zasobami finansowymi... Nie posiada zaplecza intelektualnego, nie ma przemyślanego programu, który pozwoliłby je wpasować w istniejące nurty ideologiczne. Okazało się, że wystarczy bazować na społecznym niezadowoleniu, umiejętnie wykorzystać kilka nośnych haseł i można posiadając pieniądze zdobyć 10 % głosów w wyborach do Sejmu. Wyborcom nie przeszkadza nawet, że często owe hasła wzajemnie się wykluczają... Wyborcy RPP mówią dziś o „święcie demokracji” dla mnie to niestety powielanie schematów z niedojrzałych demokracji. W moim odczuciu taki sukces byłby czymś bardziej zrozumiałym na Ukrainie niż w Polsce...&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style=&quot;MARGIN-BOTTOM: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Cieszę się jak wszyscy, że RPP trochę zburzy monotonię sejmowych posiedzeń. Co więcej mam nadzieję, że wymusi wreszcie zmiany na lewicy. Bez nich trudno mi jest sobie wyobrazić spadek poparcia dla PiS. Wykluczeni nie mają dziś nikogo, kto dbałby o ich interesy. Wybierają więc PiS i z ponurą satysfakcją patrzą jak syta część społeczeństwa drży przed Jarosławem Kaczyńskim. RPP oczywiście nie odnowi lewicy, może jednak uświadomić jak bardzo jest ona potrzebna w Polsce. O ile cztery lata temu wydawało się, że nowa lewica nie może powstać inaczej niż w oparciu o SLD to dziś bardziej sensowne wydaje się budowanie czegoś od nowa. To niewątpliwie pozytywny skutek tych wyborów...&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style=&quot;MARGIN-BOTTOM: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Umiarkowany sukces odnotowało PSL, zdobyło mniej głosów niż cztery lata temu ale dotyczy to przecież całej „wielkiej” czwórki. Wygląda na to, że czeka nas cztery lata polityki kontynuacji. Oprócz zjawisk pozytywnych niestety pogłębieniu ulegną te negatywne. Trochę się tego boję, arogancja władzy już w tej kadencji była spora. O ile cztery lata temu byłem umiarkowanie zadowolony to teraz jest we mnie rozczarowanie. Wtedy poukładanie spraw po awanturniczym rządzie PiS i jego przystawek wydawało mi się priorytetem. Mniejsze znaczenie miało to w jakim kierunku pójdzie polska polityka. Teraz jest już inaczej, &lt;span lang=&quot;en-US&quot;&gt;dlatego &lt;/span&gt;pojawiło się rozczarowanie. Przez następne cztery lata czeka nas przecież marsz nie zawsze w dobrym kierunku. Wiele wyborów może mieć wymiar wręcz cywilizacyjny, podjęcie złych decyzji co obserwując dotychczasowe działania PO wydaje się wielce prawdopodobne może mieć dla nas fatalne skutki. Niełatwo wiec być dziś optymistą...&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2011/10/wybory-2011-czyli-status-quo-z.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>4</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-7290765172164872008</guid><pubDate>Thu, 15 Sep 2011 21:46:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-09-15T23:52:21.263+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Przypadek Ryszarda Bugaja, czyli rzecz o bezsilności...</title><description>&lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Niewiele jest rzeczy gorszych od bezsilności. Kto jej doświadczył, ten wie jak łatwo wtedy o głupie decyzje. Skoro nic nie można zrobić to dlaczego by nie zrobić czegokolwiek. Efekt będzie przecież taki sam... No cóż, niekoniecznie. Osoba doświadczająca uczucia bezsilności jednak tego nie wie, kieruje się „alternatywną” logiką. Do prawdziwego dramatu może dojść, kiedy jest do doświadczenie permanentne. Nie, nie chcę tu odgrywać roli domorosłego psychologa, nie taki cel mi przyświeca. Staram się tylko &lt;a href=&quot;http://wpolityce.pl/wydarzenia/14716-zaskakujaca-deklaracja-profesora-bugaja-w-gosciu-niedzielnym-nie-ide-na-wybory-czas-aby-ludzie-wstrzasneli-politykami&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;zrozumieć ostatnie zachowania&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; Ryszarda Bugaja i niestety nic nie tłumaczy ich tak dobrze jak bezsilność...&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Nie sposób odmówić Bugajowi konsekwencji. Jego życiorys doskonale obrazuje bolączki polskiej lewicy. Jako jeden z pierwszych starał się stworzyć ugrupowanie w oparciu o lewicowe wartości, projekt Unii Pracy okazał się jednak nieudany. Dysponujący znacznie większymi środkami postkomuniści zajęli tą część sceny politycznej, mimo, że reprezentowali w większym stopniu beneficjentów byłego ustroju niż tradycyjny lewicowy elektorat. I trwają do dziś skutecznie ukręcając w zarodu wszelkie inicjatywy zmierzające do powstania na lewicy czegoś nowego. Niełatwo to przełknąć komuś o tak mało koniunkturalnym podejściu do polityki jak Bugaj... Jego odejście z UP, potem powrót i ponowne odejście doskonale to obrazuje.&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Te doświadczenia chyba przekonały go, że nie można stworzyć silnego ugrupowania lewicowego tak długo jak istnieje SLD. Rozumiał również, że każde podjęcie współpracy z tą partią prowadzi do anihilacji. Cóż więc w takiej sytuacji można robić? Ryszard Bugaj postanowić chyba wspierać każdego, kto mógłby realizować lewicowe postulaty. Stąd jego start z list PSL, stąd również uwikłanie we wspieranie PiS... Już wtedy u źródeł tych działań leżała bezsilność.&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Teraz na naszych oczach iluzje pielęgnowane przez Bugaja rozsypują się w proch. Zdaje sobie sprawę z porażki i co więcej nie widzi już możliwości zrobienia czegokolwiek sensownego. Odrzuca więc wszytko, zamyka się i wyrzuca klucz. Chyba tylko w ten sposób można interpretować jego decyzję o nie braniu udziału w wyborach. Szkoda, że nie poprzestaje na samej decyzji, jej racjonalizacja jest bowiem kuriozalna. Czy Bugaj naprawdę wierzy, że duża absencja w wyborach może wstrząsnąć klasą polityczną? Dla głównych partii jest ona nawet na rękę. PO ucieszy się pewnie, że najbardziej niezadowoleni nie zagłosują. PiS również chciałby niskiej frekwencji licząc na swój zdyscyplinowany elektorat. Zastanawiam się, czy taki protest może być w ogóle zauważony... Zrozumiałbym, gdyby namawiał do oddania pustego głosu. Wtedy taka manifestacja miałaby może sens.&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Ryszard Bugaj jest dziś strasznie zagubiony, jak cała lewica zresztą. Rozdarta między „pragmatyzmem” pójścia z SLD (również PO lub PiS) a bezsilnością daje się nawet porwać populizmowi Janusza Palikota. Niektórzy rozpaczliwie starają się przekonać samych siebie, że tym razem może się udać i powstanie na lewicy nowa jakość. Znamienne wydaje się również miejsce, w którym Ryszard Bugaj przedstawia swoje racje. Człowiek lewicy, który wybiera Gościa Niedzielnego do wyłożenia w sposób systematyczny swoich racji musi być zagubiony...&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2011/09/przypadek-ryszarda-bugaja-czyli-rzecz-o.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-4045098446530327889</guid><pubDate>Tue, 13 Sep 2011 22:39:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-09-14T01:12:35.052+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Prywatnie</category><title>O spadaniu, śmierci i zespołowym oszustwie...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Byłem dziś na siłowni! Odkrywałem to miejsce krok po kroku, ostrożnie nie chcąc stracić niczego z jego egzotyki. I czułbym się wspaniale, gdybym wcześniej nie zajrzał do książki Svena Lindqvista „Wytępić całe to bydło”. Natknąłem się na fragment o nieprzygotowaniu do śmierci i zawładnął on moimi myślami. Siłownia chyba jest dziś ostatnim miejscem, gdzie wypada sobie pozwolić na taką chwilę słabości. Gdyby przy wejściach ustawione były skanery myśli pewnie nie zostałbym nawet wpuszczony... W świątyni nieśmiertelnych ciał nawet najmniejsze napomknięcie o śmierci jest równie nie na miejscu, jak pochwalenie Lucyfera przed ołtarzem Bazyliki Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu. Tak mi się przynajmniej wydaje...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;br /&gt;Lindqvist wspominając swoje młode lata napisał o śmierci jako czymś zmuszającym nas do robienia rzeczy istotnych. Tak wtedy myślał, co więcej, uważał, że krótkie życie „chroni przed chaosem i powierzchownością naszej egzystencji”. Tego typu herezje niestety zapanowały nad światem i czynią spustoszenie w inteligenckich głowach. Pozostała zdrowa część społeczeństwa wykupuje karnet na siłownię i tematem śmierci się nie zajmuje. No chyba, że trzeba iść na pogrzeb jakiegoś zapomnianego krewnego... Cała ta konsumpcja pogrzebowych wspaniałości niestety kosztuje niemało.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;br /&gt;Lindqvist zmienił zdanie. Chyba? Nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Ubolewa tylko nad brakami w swojej edukacji, mimo jej staranności nigdy nie nauczył się umierać... Wyobrażam sobie, że w chwili gdy człowiek czuje zbliżający się koniec taka wiedza mogłaby pomóc w zachowaniu spokoju i uczynić umieranie czymś znacznie bardziej profesjonalnym. Zapewne dlatego w chwili słabości wraca do wykładu profesora Tonnessena, w którym uczestniczył w czasach swojej młodości. Przywołuje jego słowa:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p align=&quot;center&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;em&gt;Urodzić się, to jak skok ze szczytu wieżowca&lt;br /&gt;Życie jest nieprzerwanym biegiem ku śmierci...&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Wszystko co tworzy człowiek, jest jego zdaniem wielkim oszustwem, próbą ucieczki od myśli o nieuchronności śmierci. Blogowanie nie jest wyjątkiem. Cały czas spadamy i nie jest nawet ważne ile czasu nam pozostało... Lindqvist jak na obdarzonego zdrowym rozsądkiem Skandynawa przystało, pyta profesora Tonnessena o płynący z jego metafory wniosek. Oczywiście jest on dla niego w tamtym momencie absolutnie nie do przyjęcia. Śmierć zdaniem profesora czyni każde nasze działanie bezsensownym, nie warto robić niczego... Dopiero gdzieś na Saharze, w środku burzy piaskowej, kiedy śmierć staje się czymś realnym Lindqvist czuje owo spadanie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;br /&gt;Hmmm, jakie wnioski płyną z tego co napisałem? Nie wiem. Czy to ważne? Cóż innego może powiedzieć wyznawca - choć mocno nieortodoksyjny - filozofii bierności. Lindqvist nawet nie podaje imienia profesora Tonnessena, zapewne go nie pamięta. Nie zaskakuje mnie to, świat w swoim zapomnieniu poszedł zapewne jeszcze dalej. Niech każdy zajmie się własnym spadaniem. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2011/09/o-spadaniu-smierci-i-zespoowym.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-4987422346631174613</guid><pubDate>Sat, 12 Mar 2011 15:45:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-03-12T16:52:24.204+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Atomowe manewry, czyli o tym jak awaria w Fukushimie aprecjonuje polską atomistykę...</title><description>&lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Przyszło nam żyć w trudnych czasach... Wszyscy szukamy inspiracji, nie jesteśmy już skazani na życie swojego ojca/swojej matki. W tym celu zapoznajemy się z innymi kulturami, nie tylko po to by przejąć z nich to co nam odpowiada, można powiedzieć nawet, że to sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest to, że dzięki temu możemy również zastanowić się nad naszą własną kulturą, zobaczyć jak się ona zmienia... Ułatwia to pewien dystans, bez którego bardzo łatwo wpaść w pułapkę nacjonalizmu. A od tego już tylko krok do płaczu za mitycznym narodem, który najczęściej nie ma nic wspólnego z tym rzeczywistym...&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Ale nie o tym ma być ten wpis... Dla mnie jednym z takich miejsc, w którym od zawsze szukałem inspiracji była Japonia. Ostatnie wydarzenia więc tym bardziej są dla mnie bolesne. Czuję się w nieco irracjonalny sposób związany z tym krajem. Nie bardzo mam ochotę mówić o tym ogromie zniszczeń jaki ma tam teraz miejsce. Wiem, że Japończycy sobie poradzą. Metodycznie i wielką dozą samozaparcia odbudują to co zostało zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi. Zresztą takie „publiczne babranie się w emocjach” byłoby nie po japońsku. Zresztą ktoś, o kim kiedyś powiedziano, że „ekspresyjnością przewyższa Yoshinori&#39;ego Watanabe” musiałby to zrobić w nieudolny sposób...&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Skupię się więc na bardzo małym wycinku rzeczywistości, który szczególnie mnie uwiera. Rzecz dotyczy komentowania sytuacji w elektrowni Fukushima I przez polskich ekspertów. Sygnały napływające z Japonii budzą niepokój, istnieje realne zagrożenie stopienia się reaktora. Rząd wysyła specjalną grupę by do tego nie dopuścić, powiększa też strefę z której wysiedla się ludzi z 10 do 20 kilometrów. Władze nieoficjalnie mówią o wycieku, chociaż w oficjalnym komunikacie są dużo bardziej powściągliwe. Widać napięcie, na razie sytuacja zdaje się stabilizować ale nikt nie mówi głośno o tym co może się wydarzyć po kolejnych wstrząsach wtórnych. Zagraniczni eksperci przedstawiają możliwe scenariusze nie unikając mówienia o zagrożeniach. W skrajnym przypadku może przecież dojść do stopnienie rdzenia reaktora i powtórki z Czarnobyla. Wydaje się to mało prawdopodobne ale nikt, kto ma chociaż odrobinę rozumu nie może tego scenariusza wykluczyć. Takie podejście  powinno być szczególnie widoczne wśród naukowców, którzy przecież zabierają głos jako eksperci.&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Oglądając zagraniczne serwisy można stwierdzić, że tak jest. Sytuacja jest płynna i tak do końca nie można przewidzieć jak się ona rozwinie. W Polsce jest jednak inaczej, tu eksperci wiedzą... W sposób niewzruszony i pewny. Nawet fakty nie są im przesadnie potrzebne, jeśli już to tylko po to by ową wiedzę udowodnić. I tak na przykład Krzysztof Dąbrowski z Centrum ds. Zdarzeń Radiacyjnych z pełną &lt;a href=&quot;http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,9240640,Tsunami_w_Japonii__Sytuacja_w_elektrowni_atomowej.html&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;powagą twierdzi&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, że „elektrownie jądrowe w Japonii są zupełnie bezpieczne” a wprowadzenie alarmu atomowego w Japonii „nie ma żadnego związku z obiektami jądrowymi”. Ta wypowiedź jak domyślam się, miała miejsce wczoraj... Niewiele to w sumie zmienia, od człowieka pracującego w agencji zajmującej się nadzorem i reagowaniem na „zdarzenia radiacyjne” można chyba śmiało wymagać nieco większej wyobraźni...&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Miałem również przyjemność mocno wątpliwą wysłuchać opinii pana dr Piotra Jamroza z Państwowej Agencji Atomistyki. Przypomniały mi się czasy stanu wojennego i funkcjonujący wówczas język propagandy. Wtedy to demonstranci dokonywali dewastacji pałek unikających przemocy ZOMOwców. Teraz zdaniem pana doktora para wypuszczona do atmosfery była (tu cytuję) „NIEJAKO PROMIENIOTWÓRCZA” i dalej „NIE BYŁA PROMIENIOTWÓRCZA TYLKO POŚREDNIO” (...promieniotwórcza jak się domyślam). W jego opinii nie ma „żadnego zagrożenia”. Panu doktorowi gratuluję, brnął dzielnie do końca...&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Skąd więc tak diametralnie inna ocena sytuacji w Fukushimie I przez polskich ekspertów. Niestety jest to jeszcze jeden widomy przykład słabości polskiej nauki. Nie mam tu na myśli nawet braku wiedzy, istotniejsze jest niedoinwestowanie. Kiedy słuchałem anonimowego polskiego eksperta, który łamiącym się głosem mówił o tym, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa i wedle stanu jego wiedzy nie może dojść do wybuchu to odniosłem wrażenie, że „środowisko atomowe” jest przerażone. Udało się już niemal zastąpić „strach przed Czarnobylem” „niechęcią do Rosjan”. „Światła część społeczeństwa”, którego aspiracje uosabia Platforma Obywatelska dała się przekonać do wizji rozwoju cywilizacyjnego, niemożliwego bez atomu. Rusza więc już powoli proces budowy elektrowni atomowej w Polsce, tyle grantów, przeraźliwie drogich zabawek czeka już na „naszych ekspertów” a tu takie &lt;em&gt;faux pas&lt;/em&gt; ze strony japońskiej braci atomowej... Nic dziwnego, że nie można usłyszeć w kraju nad Wisłą ani jednej rzetelnej analizy...&lt;/p&gt; &lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;Debata na temat zagrożeń wynikających z posiadania elektrowni atomowych w Polsce nie przeprowadzono. W teorii jest to w 100% bezpieczny sposób pozyskiwania energii. Po co mówić o praktyce, zaraz „oszołomy” zaczną wyciągać przykład Temelina, który doprowadził poprzez swoje „prawidłowe działanie” niemal do wojny między Czechami a Austrią. Kwestia wycieków, składowania odpadów i „takie tam” przecież tylko zaciemniają debatę... Reakcja polskich naukowców zajmujących się energią atomową nie powinna więc razić... Otwiera się szansa rozwoju naukowego i możliwość zarabiania naprawdę poważnych pieniędzy. Przecież w Polsce nikt właściwie dotąd atomem się nie zajmował... A społeczeństwo wydaje niewyobrażalnie duże sumy na technologię przeszłości i uniemożliwia tym rozwój innych alternatywnych sposobów pozyskiwania energii. I prawie wszyscy są zadowoleni...&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2011/03/atomowe-manewry-czyli-o-tym-jak-awaria.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>4</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-447002331897213590</guid><pubDate>Fri, 10 Dec 2010 19:09:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-12-10T20:20:10.068+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Nagrody Nobla wręczone</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;Jak tak się zastanowić, to w życiu chodzi o to, by podejmować słuszne decyzje. Od momentu ogłoszenia wyników Komitetu Noblowskiego nie miałem wątpliwości, że tym razem się to tej szacownej instytucji udało. I chyba na tym powinienem zakończyć, w przeciwnym razie wyjdę na totalnego malkontenta... Do czego się mogę przyczepić? Moim zdaniem dużo wątpliwości budzi czas, w którym je podjęto. Wiem co mówię, jestem mistrzem podejmowania właściwych decyzji w jak najbardziej niewłaściwym czasie. Skutki tego zazwyczaj są marne, w takich chwilach zastanawiam się czy nie lepiej byłoby nie podejmować decyzji wcale...&lt;br /&gt;Komitet Noblowski nie może sobie pozwolić na tego typu wątpliwości, tak czy inaczej musi podjąć decyzję... Tak się złożyło, że w tym roku &lt;a href=&quot;http://nobelprize.org/nobel_prizes/literature/laureates/2010/vargas_llosa-lecture_sp.pdf&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;postanowił uhonorować&lt;/span&gt; &lt;/a&gt;Mario Vargasa Llosę. To jeden z moich ulubionych pisarzy, od początku lat 90-tych życzyłem mu tej nagrody. Przeczytałem wszystkie jego powieści (przełożone na polski), na podstawie Prawdy kłamstw wyrabiałem sobie literacki gust... Pierwszą jego książką jaka wpadła mi w ręce była &lt;em&gt;Historia Alejandra Mayty&lt;/em&gt;, zanim oddałem ją do biblioteki musiałem przeczytać ją raz jeszcze. Potem była &lt;em&gt;Rozmowa w „Katedrze”&lt;/em&gt;, nie będę oryginalny jeśli napiszę, że najlepsza pozycja w jego dorobku. Nie jest to tylko opis rzeczywistości, powieść oddaje „ducha” tamtego okresu, nie tylko w Peru ale i w większości krajów latynoamerykańskich... Potem już bywało różnie, były książki bardzo dobre i dobre. Warsztat Llosa ma doskonały, niestety coraz częściej brak w tym wszystkim autentyczności. Czytając np. &lt;em&gt;Święto kozła&lt;/em&gt; nie można niestety odnieść wrażenia, że oto pisarz postanowił opowiedzieć nam pewną historię. Zebrał materiały, dorzucił parę uwag od siebie, kilka refleksji i stworzył powieść... wydumaną.&lt;br /&gt;Mam wrażenie, że Komitet po prostu nie mógł się zdecydować jakie nowe ciekawe „zjawisko literackie” mógłby wesprzeć i tylko dlatego sięgnął po listę pisarzy, którzy nobla powinni dostać już dawno... Milan Kundera znów miał pecha. Llosa powinien odebrać nagrodę w latach siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych. Wtedy miałoby to jeszcze jakiś sens, obecnie niczemu nie służy oprócz docenienia świetnego pisarza. Dla mnie niestety to nie jest wystarczający powód, Nagroda Nobla powinna w moim odczuciu „tworzyć” wielkich pisarzy, odkrywać ich dla ogółu. Llosa tego już nie potrzebuje... Tak, to dobra decyzja podjęta zdecydowanie zbyt późno.&lt;br /&gt;Nie inaczej jest z przyznaniem pokojowej Nagrody Nobla Liu Xiaobo. W tym przypadku możemy mówić o tym, że odkrywa ona nagrodzonego dla świata. Co więcej, zwraca uwagę na bardzo konkretny problem ważny dla całej społeczności międzynarodowej jakim jest łamanie praw człowieka w Chinach. Tyle tylko, że decyzja o jej przyznaniu powinna zapaść w 2008 roku. Wtedy mogłaby mieć ona bardzo realny wpływ na zmianę podejścia władz chińskich do problemu praw człowieka. Teraz mam wrażenie, że to już jest tylko teatr. Chiny obrażają się, nic innego przecież oficjalnie nie mogą zrobić ale jednocześnie wiedzą, że to tylko pusty gest „zachodu”. Nie ma więc w ich reakcji histerii, nie ma również nawet cienia dobrej woli czym mogłoby być pozwolenie komuś z rodziny na odebranie Nagrody Nobla. „Zachód” honorując Liu Xiaobo uspokaja swoje sumienie, rząd chiński może więc spać spokojnie, nic się nie zmieni. Tak jak napisałem, czysty teatr...&lt;br /&gt;Czekam już na Nagrody Nobla w przyszłym roku. Jest w nich jakaś magia, czasem pozwalają wierzyć w ich moc zmieniania świata. Niezależnie czy odnoszą się do polityki, literatury czy nauk ścisłych... W tym roku niestety mieliśmy do czynienia z „odrabianiem zaległości”. Oczywiście poza naukami ścisłymi i ekonomią, która tylko chce za taką uchodzić...Są to jednak dziedziny dla mnie tak odległe, że nie chciałbym się wypowiadać na ich temat. Chcę mieć jednak nadzieję, że Nagrody Nobla w przyszłym roku będą miały więcej mocy sprawczej. Timing to podstawa...&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/12/nagrody-nobla-wreczone.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>6</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-4063874582270935331</guid><pubDate>Thu, 28 Oct 2010 21:30:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-10-28T23:36:10.324+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Agresja w polityce, czyli o potrzebie demokratyzacji...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Bez wątpienia jest źle z polską demokracją, śmierć Marka Rosiaka jest tego widomym przykładem. No może trochę się zagalopowałem, źle jest z naszą debatą polityczną. Nasilenie agresji werbalnej w niespotykanej dotąd skali zaczyna zagrażać systemowi jako całości. Niedługo żaden z polityków nie będzie mógł się czuć bezpiecznie. Na szczęście jest na to prosta rada, należy zrezygnować z ostrej retoryki, uczynić ją bardziej merytoryczną. Takie działania nieuchronnie obniżą poziom społecznych emocji i w nieco dłuższej perspektywie zakopią głębokie podziały jakie wywołał konflikt PO-PiS. Wszystko wydaje się takie proste...&lt;br /&gt;Niestety problem jest głębszy i nie sprowadza się tylko do przesadnie agresywnego języka jakim posługują się politycy. Można zaryzykować tezę, że ma podłoże instytucjonalne... Początek lat 90-tych to w Polsce festiwal wolności, odreagowanie monopartyjnego systemu z okresu PRL. W wyborach do Sejmu w 1991 roku mandaty uzyskało 29 komitetów wyborczych. Takie rozbicie nie ułatwiało stworzenia stabilnego rządu. Dlatego zaczęto tak zmieniać ordynację wyborczą, że ilość ugrupowań do sejmu zaczęła systematycznie spadać. Apogeum tych pomysłów był plan PO na wprowadzenie wyborów większościowych. Wtedy wyłoniłby się system dwupartyjny i o stabilność nie trzeba by się troszczyć...&lt;br /&gt;Nieustający pęd do stabilizacji systemu partyjnego dziś ma swoje konsekwencje. Co prawda nie wprowadzono systemu większościowego w wyborach do sejmu, niemniej funkcjonuje on realnie. Są dwie partie, które mogą pokusić się o zdobycie władzy i reszta, skazana na wymarcie... Gdyby PiS właściwe tony nie byłoby już PSL i pewnie SLD. Zresztą i co z tego, że jest więcej partii, polityka uprawiana jest już od dawna tak jakby w Polsce obowiązywał system większościowy. Jesteśmy „my” i są „oni”, wrogowie, z którymi należy walczyć wszelkimi sposobami. Czas demokracji konsensualnej, w której „oni” nie byli postrzegani jako potencjalni partnerzy w realizacji naszych celów już minął. Nie na darmo Jarosław Kaczyński cytuje Carla Schmitta, demokracja to przecież wojna. Wiedzą to zakochani w okręgach jednomandatowych politycy PO, wiedzą marzący o systemie prezydenckim politycy PiS.&lt;br /&gt;Ostry, pełen agresji język jest więc nie powodem całego zła jakie przepełnia polską politykę, to skutek przyjęcia pewnego modelu demokracji. Włosi czy Węgrzy w ostatnich latach mają podobne problemy: tabloidyzacja, miałkość społecznej debaty, wszechwładza marketingu. Oni podobnie jak my dążą do systemu większościowego, a w nim nie chodzi przecież o konstruktywną rozmowę ale o przekonanie do siebie jak największej grupy ludzi, wszelkimi metodami... W Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych był czas na wykrystalizowanie się takich tradycji, które łagodzą wady tego systemu. Społeczeństwa są dużo bardziej świadome demokratycznych reguł, partie nie mogą działać w tak toporny i nierzadko pozbawiony elementarnej przyzwoitości sposób jak w Polsce. Są tam tamy dla populizmu, również w postaci tak obśmiewanej u nas „poprawności politycznej”, która przecież jest niczym innym niż swoistym powszechnie akceptowalnym zbiorem norm...&lt;br /&gt;Ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że obywatele postrzegają partie polityczne jako „firmy”, które mają za cel zaspokajanie określonych potrzeb. Te, które nie zdołają przekonać „pracodawcy”, że robią to dobrze są zwalniane. System większościowy niestety sprzyja takiemu myśleniu... W jakimś stopniu takie podejście do demokracji jest pokłosiem zwycięstwa neoliberalnego myślenia o państwie. Partie jako organizacje dostarczające usług... I skutek ma być podobny, konkurencja jest najważniejsza ale i tak wszystko zmierza do monopolu. Jest Pepsi i jest Coca-Cola a reszta to folklor...&lt;br /&gt;W młodych demokracjach takie podejście jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ rola obywateli zaczyna być już na wstępie ograniczana tylko do popierania jednej lub drugiej partii. Demokracja zostaje sprowadzona tylko do samego aktu wyborczego, który dokonuje się raz na jakiś czas. Nie powinno więc dziwić w Polsce szczególnie niska frekwencja. Taka karykatura demokracji jaka wyłania się z obserwacji otaczającej rzeczywistości nie jest atrakcyjna. Brak poczucia wpływu na cokolwiek odstręcza nawet do oddawania swojego głosu w wyborach. Coraz większa liczba ludzi po prostu ignoruje sferę polityki, łudząc się, że to „nic nie szkodzi”.&lt;br /&gt;Dla partii politycznych jest to sytuacja w pewien sposób wygodna, znacznie łatwiej jest posiadać wyznawców niż świadomych własnych oczekiwań wyborców. Stąd w demokracji większościowej aż tak silne odwoływanie się do emocji... Ludzie mają „nas” popierać i siedzieć cicho. Im większy poziom emocji tym większa szansa, że ludzie na nas zagłosują. Partie w Polsce w ten populistyczny sposób niestety mobilizują swój elektorat. W ten sposób spirala się nakręca co nie pozostaje bez wpływu na język debaty. Inaczej być nie może, to naturalna konsekwencja przyjęcia pewnych podstawowych założeń co do wizji demokracji w Polsce.&lt;br /&gt;Oczywiście można skonstatować, że taki jest porządek rzeczy, dwupartyjność czy też dwubiegunowość jest czymś zwyczajnym na tym etapie rozwoju cywilizacyjnego. W takim jednak przypadku nie możemy się łudzić, że obniżenie temperatury debaty może być trwałe i rozwiąże wszelkie bolączki. W pędzie za stabilnością polityczną zagubiły się gdzieś po drodze ideały demokratyczne. Na jej ołtarzu została złożona reprezentatywność... Powszechna była radość z powodu nie dostania się do Sejmu Samoobrony i LPR. Być może gdyby te ugrupowania nadal funkcjonowały lub gdyby system dopuścił poważne zaistnienie nowych partii frustracja Ryszarda C. i jemu podobnych znalazła by ujście gdzie indziej. Przy tak wysokim poziomie emocji łatwo o rozczarowanie i w konsekwencji o radykalizm.&lt;br /&gt;By coś realnie zmienić należy odblokować system. Nie należy bać się populizmu, nawet takie ugrupowania jak Samoobrona były swoistymi wentylami, które obniżały społeczne napięcia. Teraz mamy do czynienia z systemem sztucznym, w którym ludzie głosują na partię polityczną z nienawiści do tej drugiej partii. To chora sytuacja tak jak chora była na to reakcja Ryszarda C. Stabilność i efektywność systemu dwupartyjnego nie powinna być idealizowana. O tym jak ona w praktyce wygląda widzimy po trzech latach rządów PO. Wcześniej mieliśmy próbkę w wykonaniu PiS. Demokracja, to taki ustrój w którym podstawą jest debata i zawieranie kompromisów. Nie bardzo rozumiem dlaczego my obywatele możemy akceptować jej reguły a partie polityczne już niekoniecznie. Dlaczego istnieje w nich tak duża niechęć do koalicji...&lt;br /&gt;Co więc należy zrobić? Postarać się zmienić ordynację wyborczą, tak by mniejsze ugrupowania również miały realną szansę na dostanie się do Sejmu. Być może warto zastosować ordynację bardziej przychylną mniejszym ugrupowaniom. Czas już chyba zrobić coś z progami wyborczymi. Myślę, że 2% dla partii i powiedzmy 5% dla koalicji byłoby optymalne. Należy również pilnie zastanowić się nad zmianą finansowania partii politycznych. Niech pieniądze nadal idą z budżetu ale niech będą rozdzielane nieco bardziej sprawiedliwie i niech warunkuje się bardziej precyzyjnie cele na jakie mogą być wydawane... Podobno konkurencja jest dobra, dlaczego ją więc ograniczać tam, gdzie jest ona faktycznie potrzebna. Nie łudźmy się, bez zmian instytucjonalnych poziom agresji będzie się nadal podnosił i wszelkiego rodzaju moralne apele tego nie zmienią.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/10/agresja-w-polityce-czyli-o-potrzebie.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-5451518160660953922</guid><pubDate>Thu, 09 Sep 2010 16:10:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-09-09T18:14:48.651+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Zawieszenie Elżbiety Jakubiak, czyli walki o pamięć ciąg dalszy...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Źle się dzieje w PiS, bez dwóch zdań... Wszyscy wydają się zmartwieni, na naszych oczach oddala się szansa na skierowanie partii ku centrum. Pani poseł Elżbieta Jakubiak staje się w mediach Elą Jakubiak a PiS synonimem zamordyzmu i autorytaryzmu. A mnie śmiech ogarnia, nie może być inaczej gdy widzę zdumionych ludzi, którzy nagle zobaczyli to co istnieje od zarania czasu. Nie ulega jednak wątpliwości, że medialna wrzawa wokół zawieszenia Elżbiety Jakubiak nie miałaby miejsca, gdyby nie możliwość rozłamu w partii w tle... Do tego również zdążyłem się już przyzwyczaić, „odejście” każdej mniej lub bardziej znaczącej w PiS postaci skutkowało podobnymi dywagacjami. Skutki będą zresztą podobne, konsolidacja i powrót do formuły PiS to Jarosław Kaczyński.&lt;br /&gt;Obserwatorzy polskiej sceny politycznej już zdążyli wpisać zawieszenie Elżbiety Jakubiak w pewien ciąg zdarzeń: przegrane wybory prezydenckie, wzmocnienie skrzydła radykalnego, próba reakcji skrzydła liberalnego, które zakończyło się wyrzuceniem Marka Migalskiego... Byłaby w tym jakaś logika. Mnie jednak taki sposób myślenia nie przekonuje. Wybór na „ofiarę” Elżbiety Jakubiak” jest trudny do logicznego uzasadnienia. Jeśli celem Jarosława Kaczyńskiego było zastraszenie członków swojej partii to mógł zdecydowanie dokonać lepszego wyboru. Najbardziej logicznym krokiem wydawało się wyrzucenie Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która już od dłuższego czasu nie odnajduje się w powyborczej partyjnej rzeczywistości. Dlaczego więc padło na byłą szefową gabinetu Lecha Kaczyńskiego?&lt;br /&gt;Z pozoru wydawać by się mogło, że ulubienica tragicznie zmarłego prezydenta będzie miała w partii z uwagi na jego pamięć silniejszą pozycję. Lech Kaczyński, który wedle słów prezesa PiS wkrótce zastąpi w zbiorowej świadomości Lecha Wałęsę jako ten, który poprowadził Solidarność do zwycięstwa a być może nawet zostanie kanonizowany (na początek przez Radio Maryja a potem i Watykan) bez wątpienia jest aktualnie centrum pisowskiego wszechświata. Wokół niego, a precyzyjniej tworzącego się właśnie na potrzeby bieżącej polityki mitu budowana jest (świadomie lub w oparciu o emocje) strategia polityczna partii na następne lata. Z tej perspektywy doskonale znająca byłego prezydenta Elżbieta Jakubiak jest osobą niewygodną. Może sobie ona bowiem rościć jakieś prawa do własnej oceny choćby poglądów Lecha Kaczyńskiego na niektóre sprawy... Może nawet w przypływie szczerości dać upust tym ocenom w jakiejś choćby tylko prywatnej rozmowie. A prezes przecież wszystko wie, jego czujne ucho wychwytuje nie tylko to co się dzieje w sejmowej restauracji. Dociera nawet do zaciszy pokojów sejmowych, kawiarni czy zaułków radiowych korytarzy&lt;br /&gt;O tym, że zawieszenie Elżbiety Jakubiak nie ma związku z przegraną kampanią wyborczą przekonują bardzo gorliwie członkowie PiS. Być może mają rację... Za tezą, że cała sprawa może mieć jednak podtekst „osobisty” przemawia brak uzasadnienia dla odwołania pani poseł. Krótko mówiąc uzasadnienie jest, ale nie nadaje się dla mediów. Wydaje się również, że taka perspektywa lepiej pozwala zrozumieć zachowanie Elżbiety Jakubiak po rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim. Wydawała się być zaskoczona jej treścią, nie była już w tak bojowym nastroju jak przed spotkaniem. Można było odnieść wrażenie, że wyjaśnione zostało coś co nie powinno przedostać się do mediów. Trochę jak kłótnia w rodzinie... W takiej sytuacji mówienie o postawie pani poseł, która legła u podstaw decyzji o zawieszeniu byłoby jak najbardziej zasadne.&lt;br /&gt;Nawet jeśli teza o tym, że Jarosław Kaczyński poprzez to zawieszenie dyscyplinuje partię jest prawdziwa to tłumaczy wszystkiego. Trudno jest bowiem jednoznacznie kojarzyć Elżbietę Jakubiak z jakimkolwiek skrzydłem. Nie była ona dotąd utożsamiana ani z „talibanem” ani z „liberałami”. Była gdzieś po środku... To co ją wyróżniało to właśnie bliska współpraca z Lechem Kaczyńskim. Być może prezes Jarosław Kaczyński uznał, że zagraża ona jednolitości kreowanego przez niego mitu swojego brata i przywołał ją do porządku. A może tylko uznał, że ona z racji owej bliskości powinna być mu wiernopoddańczo lojalna bardziej niż inni i że jej nawet „niewinne” wypowiedzi, które innym uszłyby na sucho jej nie przystoją. Trudno to na razie jednoznacznie stwierdzić. Prezes PiS być może jak na dobrego aczkolwiek srogiego ojca jeszcze kiedyś o tym opowie. Być może w formie łagodnej połajanki a być może w ostrych słowach zarzucając Elżbiecie Jakubiak zdradę pamięci Lecha Kaczyńskiego. Zachowanie pani poseł po spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim zdaje się raczej faworyzować pierwszą ewentualność.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/09/zawieszenie-elzbiety-jakubiak-czyli.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>6</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-3277793830269408565</guid><pubDate>Mon, 30 Aug 2010 19:28:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-08-30T21:34:53.255+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Solidarność już nie istnieje.</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;Kto z nas nie utożsamia się z ideami Solidarności? Przesłanie tego ruchu jest piękne i ponadczasowe... I niemal dla każdego z nas inne. Doskonale to widać przy okazji obchodów 30-lecia zawarcia porozumień sierpniowych. Nie ma zgody w narodzie... Większość Polaków chciałaby niemal zmusić Wałęsę by świętował ze wszystkimi, niechby chociaż na chwilę owo poczucie jedności wróciło. I tak paradoksalnie oczekujemy tego co nam tak bardzo nie na rękę było do roku 1989 i z czym Solidarność walczyła...&lt;br /&gt;Przy okazji obchodów pada wiele gorzkich słów. Nawet Andrzej Celiński, którego cenię utyskuje jak to bardzo odchodzimy od idei Solidarności. &lt;a href=&quot;http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/?id=185874&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;Jego zdaniem&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; wracamy do starych PRL-owskich schematów. Stare grzechy jak alienacja władzy, „wypłukiwanie” demokracji czy wzajemna nieufność Polaków ponownie dają znać o sobie. Tak zwyczajnie po ludzku rozumiem Andrzeja Celińskiego, podobnie Mariana Jurczyka, Lecha Wałęsę czy nawet Jarosława Kaczyńskiego. Solidarność dawała nadzieję, potem bitewny kurz opadł i trzeba było posprzątać. Nic dziwnego, że pojawiło się rozżalenie, bo przecież miało być inaczej, lepiej... Jak żadna utopia również ta Solidarnościowa nie mogła ulec realizacji.&lt;br /&gt;Niektórzy pewnie powiedzą, że „pluję na to co święte”. Nic bardziej mylnego. Pragnę tylko zwrócić wszystkim uwagę, że nadmierne mitologizowanie przeszłości nie pozwala w pełni zobaczyć jak wiele dzięki Solidarności i poprzez Solidarność udało się zmienić na lepsze. Nie był to ruch jak teraz chcą niektórzy spójny z wyraźnie sformułowanym programem. Ludzi, nierzadko o wzajemnie wykluczających się poglądach łączyła niechęć do narzucanego z zewnątrz ustroju i pragnienie zmian. Wtedy było prościej, byliśmy MY i byli ONI. Wtedy nie było wyboru, tylko zwycięstwo dawało gwarancje na zmianę sytuacji. Krótko mówiąc albo my albo oni...&lt;br /&gt;Dziś mówi się często o niespełnionych postulatach, bardzo mnie to irytuje. Andrzej Celiński i inni, którzy z takim zapałem rozpaczają o zaprzepaszczeniu idei Solidarności nie rozumieją chyba tak do końca o co w tym wszystkim zasadniczo chodziło. Nie świętujemy dziś dlatego, że udało się trzydzieści lat temu uzyskać zgodę na rejestrację wolnego związku. Wtedy stało się coś znacznie ważniejszego, Polacy zrobili pierwszy krok by być wolnymi. Brzmi to może trochę górnolotnie, ale to właśnie łączyło ludzi w 1980 roku. Nie walczyli o konkretną wizję Polski, ani o tą w wydaniu Kaczyńskiego ani o tą w wydaniu Tuska. Celem było przeprowadzenie takich zmian, by Polacy sami mogli decydować o jej wyborze. To się udało doskonale!!!&lt;br /&gt;Słuchając dziś Jarosława Kaczyńskiego można odnieść wrażenie, że Solidarność walczyła o zastąpienie jednej jedynie słusznej władzy drugą. W jego świadomości rewolucja solidarnościowa chyba nadal jeszcze trwa. Mam wrażenie, że niewiele pozostało w nim z tamtych dni. Dobitnie o tym dziś przypomniała Henryka Krzywonos. Tej optyce ulegają niestety również inni, w jakimś stopniu również Andrzej Celiński. Czas już chyba sobie powiedzieć głośno i wyraźnie: Solidarności już nie ma. Skończyła się wraz z pierwszymi wyborami. Wtedy ostatecznie zwyciężyła jednocześnie pozbawiając się jednak powodów do dalszego trwania w dotychczasowym kształcie... Jej idee, o ile można w ogóle jakikolwiek ich katalog przedstawić stały się fundamentem demokracji.&lt;br /&gt;Solidarność powstała w określonych warunkach, nie da się już wrócić do tamtego okresu. Świat przez ten czas zmienił się radykalnie. Przyszło jej działać w ekstremalnych warunkach i dlatego podejmowane przez nią działania też miały niezwykły charakter. Nasza demokracja nie jest doskonała, owszem problemem jest alienacja władzy i jak to określa Andrzej Celiński „wypłukiwanie” demokracji. Niewiele ma to jednak wspólnego z odejściem od idei Solidarności. Powodów tego stanu rzeczy należy szukać wokół siebie a nie w odległej przeszłości, w przeciwnym razie znów utkniemy w sporze „wokół wartości”, który niczego nowego wnieść nie może a już na pewno nie przybliży nas do rozwiązania bolączek naszej demokracji. Solidarności już nie istnieje, została tylko marna imitacja w postaci związku zawodowego, która sobie rości prawa do sukcesji po wielkim ruchu... Czas przyjąć to do wiadomości. W przeciwnym razie co roku koniec sierpnia będzie czasem sporów o to co sobie kto wyobraża a nie okazją do świętowania.&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/08/solidarnosc-juz-nie-istnieje.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>6</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-8131435776830689780</guid><pubDate>Thu, 19 Aug 2010 20:41:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-08-19T22:48:08.889+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Polityczny matrix, czyli o potędze narodowych mitów...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Słońce odbijające się od wypolerowanej gładkiej stali, wielkie tarcze z krzyżem lub bez niego, zbroje i mundury wszelkich epok przewijające się jak w kalejdoskopie... I to wszystko nie na przeglądzie filmów wojennych ale realnie, tuż obok nas. Ten rok obfituje we wszelkiego rodzaju rekonstrukcje bitew wielkich i małych. Najpierw dzielni wojowie potykali się na polach Grunwaldu, potem harcerze znów dawali pokaz swojej odwagi atakując hitlerowskie wojska okupujące Warszawę. Wstrętni Niemcy już chyba mają dość i dlatego czas najwyższy było pokazać co i jak Ruskim, niech przypadkiem nie zapomną roku 1920. My przecież możemy tak jak wtedy bez końca...&lt;br /&gt;Gdybym był cyniczny powiedziałbym, że tolkienowska saga przeniesiona na ekran przez Jacksona zrobiła swoje i mali chłopcy już się nie wstydzą spacerować z powsadzanymi za pasek drewnianymi mieczykami. Tak wiem, wszystko niestety jest dużo bardziej skomplikowane... Coś jednak w kulturze takiego ostatnio jest obecne, że herosi mnożą się jak mrówki. Być może pamięć realnej wojny jest już w narodzie tak słaba, że wyblakła cała jej ohyda z cierpieniem, śmiercią i innymi okropnościami. Pozostałą tylko cała ta romantyczna otoczka, która w czasach pokoju daje wszystkim poczucie wyjątkowości a w czasach wojny sprawia, że młodzi ludzie biorą z ochotą broń i idą ginąć za sprawy, o których nie mają pojęcia...&lt;br /&gt;Muszę przyznać, że w Polsce szczególnie są ku takiej zabawie historią sprzyjające warunki. Z wielką determinacją przecież staramy się przekonać samych siebie jacy to jesteśmy wspaniali. Niełatwo jest wyleczyć się z kompleksów... Niestety przekładają się one nierzadko na politykę, czego skutkiem jest nieufność do świata i okopywanie się we własnym grajdołku. Doskonale było to widać w polityce prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wspierał on aktywnie wszelkie inicjatywy, które miały przydać Polakom chwały. Niby nic złego, ale czasem bywało to męczące. Okrętem flagowym tej polityki jest oczywiście Muzeum Powstania Warszawskiego. Trudno odmawiać tej inicjatywie wartości... Wręcz przeciwnie, to miejsce ciekawe nie tylko z racji zgromadzonych tam eksponatów. Muzeum wyrasta powoli na promotora wielu inicjatyw kulturalnych. Tak, jest to miejsce, które żyje i które w sposób niemal perfekcyjny podtrzymuje, umacnia a czasem wręcz kreuje na nowo mity narodowe... Ci, którzy uważają wywołanie powstania za zbrodnię nie mają tam czego szukać.&lt;br /&gt;Po roku 1989 w Polsce historia zeszła na dalszy plan. Tyle się wokół działo, tyle istotnych spraw było do załatwienia. Sprawa rozliczeń, która stała się trampoliną PiS do władzy podniecała tylko wąską grupę radykałów. Trzeba było przeprowadzać reformy, nie było innego sposobu... Cele były wyraźnie wytyczone – integracja w ramach UE i NATO. Sprawa Katynia, Bitwy Warszawskiej czy Powstania Warszawskiego były podnoszone ale nie rozgrzewały społecznej wyobraźni. Nasza akcesja do UE diametralnie zmieniła społeczne oczekiwania co do tego co ma być przedmiotem społecznej debaty. Ci, którzy tego nie dostrzegli zniknęli ze sceny politycznej. Wizja Polski reformującej się, szybko dostosowującej się do otaczającego świata przestała być pociągająca. Trzeba było wymyślić coś nowego... Sukces PiS i PO ma moim zdaniem właśnie swoje źródło w tej przemianie w myśleniu Polaków po przystąpieniu do UE. Dla wielu był to punkt graniczny po przekroczeniu którego staliśmy się „pełnoprawnym członkiem europejskiej wspólnoty”. Od tej pory to nie my mamy już dostosowywać się do innych ale inni do nas. Polska przecież jest wyjątkowa, jest „zieloną wyspą an morzu czerwieni”, „nieskażona cywilizacją śmierci”, drugą Irlandią czy Bawarią w zależności od tego co dla kogo jest ideałem... Od tej pory coraz częściej zapóźnienia cywilizacyjne zaczęły stawać się powodem do dumy, historia zaś wlała się ponownie do świata polityki i zaczęła decydować o tym co stanie się przedmiotem społecznego dyskursu...&lt;br /&gt;W tym kontekście nie należy się dziwić, że partie prawicowe zmonopolizowały właściwie scenę polityczną w Polsce. Postęp przestał być modny, zmiany i owszem są możliwe ale powolne jak to u „konserwatystów” przystało. Teraz nastał czas szczęśliwej konsumpcji, ten kto stara się w imię jakiś bliżej nieokreślonych celów ją nam ograniczyć ten jest wrogiem. Jak choćby „ekolodzy” uniemożliwiający nam jazdę naszymi nowymi samochodami obwodnicą Augustowa... Zwolennicy PO są zasadniczo zadowoleni, póki stać ich na wakacje za granicą i spłacanie hipoteki będą ją popierać. Z PiS i jego zwolennikami jest sprawa trudniejsza, chcieli by zarabiać więcej ale i tak poziom ich życia się poprawił. Biedronki wyrastają jak grzyby po deszczu, nie jest więc źle. Lepiej niż w ostatnich 30 latach.&lt;br /&gt;W takich warunkach coś takiego jak realna wspólnota schodzi na dalszy plan, znacznie atrakcyjniejsze jest opisywanie rzeczywistości w kategoriach narodowego matrixu. Przywołując andersonowską wspólnotę wyobrażoną jaką jest naród można zepchnąć na dalszy plan realne problemy. Uczestniczymy więc z spektaklu, w którym historia jest szalenie ważna bo dostarcza paliwa społecznej debacie, wypełnia społeczną wyobraźnię. Zamiast rozmawiać o pogłębiającym się bezrobociu wśród młodych ludzi z powagą kłócimy się o „pomnik” żołnierzy poległych 90 lat temu... Słychać w narodzie groźne pomruki, chociaż wydarzenia z 1920 roku to już prahistoria. Staram się zrozumieć jak można być oburzonym uczczeniem w tak skromny sposób młodych ludzi, którzy zapewne nie bardzo nawet rozumieli o co walczą... Z perspektywy tego o czym piszę jest to jednak jak najbardziej zrozumiałe, liczą się pojęcia abstrakcyjne takie jak komunizm, naród czy duma. Wymiar ludzki nie jest istotny... Po co bawić się w subtelności, narodowe mity muszą być jednoznaczne.&lt;br /&gt;Polityka ostatnich lat ma swoje źródło w tak rozumianej „historyzacji” polityki. Mam wrażenie, że dwie główne partie walczą między sobą o to co stanie się historią. Nawet wydarzenie sprzed pałacu prezydenckiego to przecież nic innego jak próba narzucenia reszcie pewnej optyki co do wydarzeń z 10 kwietnia. Mam wrażenie, że większość sporów jakie się toczą w polskiej polityce w ostatnich latach ma właśnie swoje źródło w odmiennej interpretacji „historii”. Lustracja, dekomunizacja, III RP a nawet „walka z korupcją” wszystko to wynika z właśnie z tego. Dlatego zresztą nic nie udało się tak naprawdę załatwić, nie można przecież rozwiązać problemu, który nie został zdefiniowany w oparciu o realne przesłanki a jest tylko „słowem kluczem”, który ma uprawomocniać „naszą wizję wydarzeń”.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Nie wywołuje więc zaskoczenia fakt, że lewica jest w Polsce w głębokiej defensywie. Nie jest on w stanie stworzyć atrakcyjnej narracji, która porwałaby Polaków. Próba mówienia o realnych zagrożeniach wydaje się najlepszą drogą do politycznego samobójstwa. Chyba dlatego od czasu do czasu tylko zdarza się „lewicy” przebąknąć o sprawach dla jej elektoratu ważkich. Przez większość czasu w przestrzeni publicznej dominują sprawy ważne dla prawicy. Nie wiem co się musi wydarzyć by ten stan rzeczy się zmienił. Polacy chcą żyć w tym politycznym matrixie, małej stabilizacji na miarę tej gierkowskiej. Dlatego w sumie akceptują dzisiejszą klasę polityczną. Nawet jeśli głośno wyrażają dezaprobatę to w sumie są zadowoleni, ponieważ dostarcza im ona rozrywki. To co dzieje się pod pałacem prezydenckim doskonale to obrazuje...&lt;br /&gt;Widowiska historyczne są takim sympatycznym objawem zwycięstwa w Polsce tej moim zdaniem destrukcyjnej tendencji. Służą one przecież rozrywce, przy piwie można miło spędzić czas i dodatkowo jest to chwalebne bo takie „patriotyczne”. Rekonstrukcje bitew mnożą się i „wychowują” młodych patriotów, rozbudzając w nich skutecznie narodową dumę... To znacznie łatwiejsze i na pewno zdecydowanie tańsze niż naprawa naszego systemu edukacji. A skutki? Kto by się tam nimi przejmował, jest dobrze. Jakby co przecież zawsze można rozwalić granatem jakiegoś hitlerowca... Będzie ubaw.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/08/polityczny-matrix-czyli-o-potedze.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>4</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-3938634068212034659</guid><pubDate>Thu, 12 Aug 2010 18:21:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-08-12T20:30:38.397+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, czyli letni epizod roku 2010...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;a onblur=&quot;try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}&quot; href=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi_5RflCgD2ofVYO0T-ElJKWOiS_pj0_siqjfJHP-qpwatNox4dHZdZs4WZyoDA5a1nPlAiPOk7mghBxW-yyEpKpHP31MeElmBd0cOArxUvAXBDvfX0F0tpQKO9EEYgm8do189aOTDpVJsm/s1600/krzy%C5%BC.gif&quot;&gt;&lt;img style=&quot;float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;&quot; src=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi_5RflCgD2ofVYO0T-ElJKWOiS_pj0_siqjfJHP-qpwatNox4dHZdZs4WZyoDA5a1nPlAiPOk7mghBxW-yyEpKpHP31MeElmBd0cOArxUvAXBDvfX0F0tpQKO9EEYgm8do189aOTDpVJsm/s320/krzy%C5%BC.gif&quot; border=&quot;0&quot; alt=&quot;&quot; id=&quot;BLOGGER_PHOTO_ID_5504592212722344642&quot; /&gt;&lt;/a&gt;Lato nieuchronnie zmierza ku końcowi, nie mogę od siebie odgonić tej myśli w ostatnim czasie. Dni są coraz krótsze a noce wydłużają się niepostrzeżenie... Jesień jest jeszcze niewidoczna ale już można ją poczuć w chłodne poranki. Staram się wiec korzystać z lata póki jeszcze ono trwa i unikam zatłoczonych autobusów by na spacerach cieszyć się z świecącego wciąż jeszcze mocno słońca. Dziś nogi poniosły mnie do nowej kolebki rewolucji na Krakowskim Przedmieściu... Dotąd unikałem tematu „obrońców krzyża” wychodząc z założenia, że o pewnych rzeczach mówić nie wypada. Właściwie nadal tak uważam, najlepszym sposobem na załatwienie sprawy byłoby ignorowanie tego co się tam dzieje... Dlaczego więc piszę te słowa? No cóż, chyba uwielbiam niekonsekwencję.&lt;br /&gt;Odniosłem dziś wrażenie, że cała ta medialna wrzawa utwierdza tylko obecnych tam ludzi w tym co robią. Ma zastosowanie prosty mechanizm: „skoro tak dużo kamer wokół to znaczy, że to co robimy jest ważne”. Nie chodzi więc w całej sprawie jak chcą niektórzy ani o krzyż, ani o uczczenie pamięci „tych co polegli” ale o dopieszczenie ego przebywających tam ludzi. Wszyscy protestujący są święcie przekonani o niesamowitym znaczeniu swoich działań, w „świętym gniewie” nie dostrzegają całej swojej śmieszności. Można to było obserwować dziś po odsłonięciu tablicy upamiętniającej ofiary katastrofy smoleńskiej. Protestujący mieli pretensje o to, że na uroczystości był tylko jakiś „księżyna” a nie co najmniej biskup. Nie spodobało się im to, że to zwykła tablica. Powinna być większa, ładniejsza, a najlepiej to powinno być tyle tablic ile osób zginęło w katastrofie... Po chwili już całkiem poważnie słychać było głosy, że tablica to za mało i tu przed pałacem potrzebny jest pomnik, nawet gdyby trzeba by przenieść pomnik Księcia Józefa Poniatowskiego...&lt;br /&gt;Nie łudzę się, nie da się rozwiązać tego konfliktu poprzez dialog. Każde ustępstwo prowadzi bowiem do eskalacji żądań... Dla ludzi zgromadzonych pod krzyżem to co się tam dzieje to najlepszy okres w ich życiu. Dotąd funkcjonujący gdzieś na marginesie, żyjący od pierwszego do pierwszego ze skromnych emerytur mają wreszcie okazję być widoczni, ważni. Mają wsparcie przywódcy największej partii opozycyjnej, wielu biskupów przychylnie wypowiada się o ich dziele, do tego media, które spijają im z ust ich słowa... Któż by nie chciał by ten stan trwał jak najdłużej. W tej sytuacji dialog z nimi tylko wzmacnia ich determinację. Zresztą „oni wiedzą”, słuchanie argumentów oponentów jest tylko stratą czasu...&lt;br /&gt;Moim zdaniem bardzo trafnie całą sytuację zdiagnozował episkopat. Z całą pewnością sprawa krzyża ma niewiele wspólnego z religią, to w najczystszej i najbrudniejszej zarazem postaci walka polityczna. Wszelkiego rodzaju symbole religijne czy modlitwy nie mają nic wspólnego z katolicyzmem, bardziej spełniają rolę wielkich kotłów, w które się wali by wzbudzić w przeciwnikach grozę. Gott mit uns, drżyjcie wszyscy inni, „My jesteśmy narodem, wy jesteście gejami i lesbijkami” jak głosi jeden z transparentów... Co więc można zrobić? I tu znów episkopat ma rację. Decyzję można rozwiązać tylko politycznie. Wszystkie sznurki w garści zdaje się trzymać w swoich rękach Jarosław Kaczyński. Ludzie zgromadzeni pod krzyżem tylko jego mogą usłuchać. Nic jednak nie wskazuje by zależało mu na podjęciu jakichkolwiek działań...&lt;br /&gt;Tak jak napisałem na wstępie całe to zamieszanie budzi we mnie niesmak. Nie chodzi mi tylko o to co wyprawiają pod krzyżem przeciwnicy jego przeniesienia. Drażni mnie również atmosfera happeningu w jakiej odbywają się spotkania zwolenników przeniesienia krzyża (ale również przeciwników krzyża, przeciwników PiS itd.). Nie widzę nic zabawnego w naigrawaniu się z ludzi żyjących w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości, dla których czas zatrzymał się ze dwadzieścia lat temu.&lt;br /&gt;Cóż więc należy zrobić? Zdecydowanie wkroczyć i oczyścić teren wokół pałacu prezydenckiego. Tak po prostu i bez wielkiego zwlekania. Nie przekonuje mnie w tym przypadku argument o dialogu. Demokracja to nie jest ustrój, w którym rację mają ci którzy krzyczą najgłośniej. Mamy demokratycznie wybrane władze, które nie powinny bać się ze swojej władzy skorzystać. Czy to zrobią? Wątpię, całą ta szopka wokół krzyża umacnia partię rządzącą w sondażach. W czasach radykalizmu umiar ma większe powodzenie... Trochę męczą mnie również media, które nie potrafią zdobyć się na umiar. Chciałbym zaapelować do WSZYSTKICH, przestańcie mówić o „obrońcach krzyża”. To wielkie nadużycie. Mówcie o „przeciwnikach przeniesienia krzyża”, niby niewielka różnica ale z punktu widzenia prawdy zasadnicza.&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/08/krzyz-na-krakowskim-przedmiesciu-czyli.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi_5RflCgD2ofVYO0T-ElJKWOiS_pj0_siqjfJHP-qpwatNox4dHZdZs4WZyoDA5a1nPlAiPOk7mghBxW-yyEpKpHP31MeElmBd0cOArxUvAXBDvfX0F0tpQKO9EEYgm8do189aOTDpVJsm/s72-c/krzy%C5%BC.gif" height="72" width="72"/><thr:total>6</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-3629321439958195291</guid><pubDate>Mon, 26 Jul 2010 18:17:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-07-26T20:21:08.248+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>PiS wraca, czyli o partii, która może być wreszcie sobą...</title><description>&lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Ciekaw jestem czy kiedykolwiek pragnęliście moi drodzy czytelnicy czegoś tak bardzo, że w swojej ocenie dokonywaliście selekcji faktów i takiej ich interpretacji by spełnienie owego pragnienia wydawało się jak najbardziej realne. Myślę, że tak... Wszystkich nas to czasem spotyka, nawet największych realistów. Człowiek to taka istota, która potrzebuje wierzyć, przynajmniej od czasu do czasu... W sumie to nic złego, jednak z takim podejściem niestety bardzo łatwo wyjść na głupka. Nie jestem zbyt odkrywczy, tam gdzie jest wiara tam nieuchronnie musi się gdzieś czaić rozczarowanie.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;O swoich prywatnych rozczarowaniach przemilczę, ciekawiej jest przecież mówić/pisać o rozczarowaniach innych. W każdym razie dużo przyjemniej... Największym rozczarowaniem w ostatnich tygodniach zdaje się być powrót PiS do ostrej retoryki. Przyznam, że z mojej perspektywy jest to „odrobinę” niezrozumiałe. Ja osobiście powrót do dawnego stylu uprawiania polityki przez prezesa Kaczyńskiego i jego partię przyjmuję z ulgą. Nie potępiam, nie określam tego kroku jako głupoty czy też wreszcie nie oburzam się na niemoralność stosowanych przez PiS metod. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że to coś warte pochwały. Partia rezygnuje z zasłony dymnej, marketing polityczny nie daje rady i naturalne w PiS instynkty zwyciężają. To dobra wiadomość dla nas wszystkich, rzeczywistość jest mniej zakłamywana. No, może zakłamywana w większym stopniu ale w sposób nam wszystkim już doskonale znany...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Nadzieje na koniec „wojny polsko-polskiej” mogli mieć tylko osoby, których wiara w zgodę narodową była pokłosiem tragedii smoleńskiej. Nie chcę mówić o naiwności, myślę jednak, że potrzeba wiary w to, że jedno wydarzenie, szczególnie tak tragiczne może diametralnie odmienić sposób uprawiania polityki w Polsce zakrzywiła naszą polityczną czasoprzestrzeń. Tylko ktoś, kto postanowił ignorować fakty mógł uwierzyć w przemianę prezesa Kaczyńskiego i jego partii. Nie wiem skąd w ludziach aż tak silna potrzeba wiary w to, że PiS może być odpowiedzialnym ugrupowaniem politycznym. Współczucie dla ofiar katastrofy przecież wszystkiego nie tłumaczy...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Bardzo mnie śmieszy kiedy piętnowane jest niemoralne „granie” tragedią smoleńską przez PiS a jednocześnie krytykowane jest odejście od nieszczerej przecież polityki umiaru. To co działo się w kampanii prezydenckiej było swoistą anomalią, decyzją podjętą trochę z braku pomysłu na to co dalej. Na chwilę oddano podejmowanie decyzji w ręce ludzi dotąd funkcjonujących na marginesie partii. Prawo i Sprawiedliwość nie miało wtedy nic do stracenia, kiepskie sondaże i widmo całkowitej klęski... Wynik osiągnięty w wyborach prezydenckich wzmocnił partię i to paradoksalnie było powodem do powrotu na stare pozycje. Może sobie narzekać pan europoseł Marek Migalski na swoim blogu, nie ma racji. Tu nie chodzi o sprawiedliwość ale o równowagę. Z całym szacunkiem ale znaczeni bardziej pisowski od pani Joanny Kluzik-Rostkowskiej jest Marek Kuchciński. Od Pawła Poncyliusza Antoni Macierewicz, mimo, że formalnie do partii przecież nie należy... Znacznie lepiej oddają oni sposób myślenia tradycyjnych wyborców PiS. Tak krytykowane dziś przez wszystkich teorie spiskowe dotyczące katastrofy smoleńskiej, które uprawomocniają politycy PiS już od dawna żyją swoim życiem wśród elektoratu tej partii.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Większość komentatorów nie docenia tego faktu. Większość sympatyków PiS naprawdę wierzy, że prezydent Lech Kaczyński poległ i że została popełniona zbrodnia. Niezależnie od tego czy nam się to podoba czy nie. Politycy PiS tylko wyrażają te nastroje i chyba z pewnego punktu widzenia jest to dobre. Trudno bowiem obalić coś co powtarzane jest pokątnie a co nie ma szans stać się przedmiotem powszechnej debaty. Zresztą PiS nie potrafiłby inaczej. Każdy chyba pamięta, że sukces tej partii budowany był na kontestacji instytucji III RP. Jak na klasyczną partię protestu potrzebny był mit... Takim wydarzeniem dla PiS był upadek rządu Olszewskiego. To wtedy „ciemne siły” dogadały się i uniemożliwiły budowanie nowej wspaniałej Polski. W ten mit wierzą wszyscy w PiS, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Dzięki tej wierze tacy ludzie jak Jarosław Kaczyński czy Antoni Macierewicz znajdowali siłę by walczyć z „układem”, III RP, postkomuną, rosyjskimi agentami itp. Teraz dostają na tacy mit jeszcze bardziej nośny i spektakularny. Nic dziwnego, że chcą wierzyć w jego prawdziwość. Mit o „zbrodni smoleńskiej” będzie paliwem napędowym dla PiS i środowisk z nim powiązanych na następną dekadę.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot; align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Oburzają się niektórzy, że PiS delegitymizuje system polityczny. Oczywiście, że mają rację. Tyle tylko, że ta partia robi to od początku swojego istnienia. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Cóż więc robić? Przede wszystkim zerwać wreszcie z naiwnym przeświadczeniem, że PiS da się „ucywilizować”. Tak bardzo chcemy wierzyć, że Jarosław Kaczyński jest zdolnym i cynicznym graczem, że zapominamy o jego ideologicznym zaślepieniu. Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego... Możliwe są różne taktyczne zagrania „genialnego stratega”  niemniej na końcu i tak zawsze zwycięża chora ideologia. Wydarzenia ostatnich tygodni są tego doskonałym przykładem...  &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/07/pis-wraca-czyli-o-partii-ktora-moze-byc.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-8216452726216114362</guid><pubDate>Mon, 17 May 2010 19:48:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-05-17T21:54:42.648+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Debata telewizyjna, czyli nie tylko o wierze w moc sprawczą ruchomych obrazków...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Obserwując właśnie toczącą się kampanię przed wyborami prezydenckimi utwierdzam się w przekonaniu, że niełatwo w dzisiejszych czasach dokonywać wyborów. Nawet jeśli się już przeszło na wyższy poziom społecznej partycypacji (czego nieodzownym atrybutem jest jak się wydaje wykształcenie umiejętności popadania w selektywną amnezję w razie potrzeby) i nie trzeba już się przejmować skutkami podejmowanych decyzji to i tak jest to trudne. Może dobrym rozwiązaniem byłby rzut monetą? Ja sam zaczynam się nad taką formą podejmowania decyzji coraz mocniej zastanawiać. Niemniej chyba nie przyjmie się ona powszechnie, trzeba przecież dbać o pozory... Dobrze by było, gdyby jednak istniały jakieś kryteria, coś co pozwoliłoby nam łatwo i przyjemnie podjąć „mądrą” decyzję.&lt;br /&gt;Nie tak dawno miałem identyczny problem, nie chodziło jednak o wybory prezydenckie ale o płyn do mycia naczyń. Jak każdy racjonalny konsument chciałem za jak najmniejsze pieniądze kupić jak najlepszy produkt i nie napracować się przy tym zanadto. Oczywiście nie udało mi się, nie miałem pieniędzy na przeprowadzenie szeroko zakrojonych badań więc decyzję podjąłem w oparciu o swoje przyzwyczajenia. Chciałoby się powiedzieć jak te głupki w ugruntowanych zachodnich demokracjach, które głosują na te same partie od pokoleń. Już po dokonaniu zakupu jak zwykle czułem pewien niedosyt i miałem o to pretensje do przedstawicieli czwartej władzy. Gdyby zrobili to co do nich należy i przedstawili mi stosowny ranking płynów do mycia naczyń mój wybór byłby lepszy...&lt;br /&gt;W kampanii prezydenckiej niestety czwarta władza również się nie sprawdza. Niektóre media zdają się faworyzować jednego kandydata, inne drugiego. Niektórych kandydatów nikt nie faworyzuje... I jak tu podjąć w takim chaosie informacyjnym trafną decyzję. Z tego zagubienia chyba bierze się chęć ostatecznego rozstrzygnięcia faktu jacy ci kandydaci naprawdę są. A może by tak ich „poukładać” obok siebie jak warzywa na straganie; po wstępnej selekcji i odrzucenie tych najmniej atrakcyjnych każdy mógłby zobaczyć na własne oczy ich zalety i wady. Oszczędziło by nam to wszystkim wysiłku i czasu. Dlaczego więc nie zorganizować debaty telewizyjnej?&lt;br /&gt;To jeden z wciąż przewijających się motywów tej kampanii. W zależności od tego, kto zgłasza jej konieczność padają bardzo różne argumenty. Wszystkie jednak strony zdają się żywić przekonanie w rozstrzygającą moc debaty. Obywatele przecież mają prawo wiedzieć co myślą kandydaci, ci drudzy mają prawo do przedstawienia swego programu politycznego. O co więc się czepiam? Co sprawia, że na debatę telewizyjną między kandydatami na prezydenta reaguję niechęcią?&lt;br /&gt;Moje zasadnicze wątpliwości budzi wiara w moc informacyjną tego typu widowisk. Śmiem wątpić, że dzięki debatom poznajemy kandydatów. Nie o to w nich chodzi, są one widowiskiem medialnym i fakty mają w nich drugorzędne znaczenie. O wygranej decyduje w stopniu przesądzającym praca sztabów wyborczych. To one podejmują decyzję o tym jakie sprawy mają być poruszane a jakich należy unikać i w jaki sposób. Kandydaci mają być dokładnie tacy jakich chcieliby ich widzieć sztabowcy. Nie ma to nic wspólnego z prawdą, wygrywa ten, który bardziej przekonywająco wypada w swojej roli, ten kto proponuje ciekawszą opowieść. Można wręcz powiedzieć, że debaty zakłamują rzeczywistość, czy też może ostrożniej, że sprzyjają temu. Zwalniają również od myślenia, o wyborze mają decydować świeże wrażenia...&lt;br /&gt;Paradoksalnie dzieje się to w imię prawdy. Zastanawiam się jakiej prawdy ludzie oczekują? Przecież wystarczy zdobyć się na odrobinę wysiłku by dowiedzieć się jacy kandydaci są naprawdę. Większość kandydujących to ludzie w polityce obecni już od dziesięcioleci. Na ich temat przelano tony atramentu, nie jest tajemnicą jakimi są ludźmi, jakimi politykami. Na podstawie ich czynów i wypowiedzi z lat minionych każdy z nas może sobie wyrobić stosowną opinię. Kampania wyborcza dla nas wszystkich powinna być co najwyżej szansą na wypełnienie białych plam, okazją do wyjaśnienia niektórych spraw. Irytuje mnie naiwność w podejściu do sprawy debat. Oczywiście nie jestem ich zadeklarowanym przeciwnikiem, ale wszystko w stosownych proporcjach... Trzeba pamiętać jednak, że debaty mają służyć nie pokazaniu całej prawdy o kandydacie ale raczej są okazją do jej „retuszowania”.&lt;br /&gt;Dla mnie osobiście nawoływanie do debaty telewizyjnej (nie debaty jako takiej, która jest fundamentem demokracji) świadczy o postępującej nieuchronnie tabloidyzacji polityki. Znikają ogniwa pośrednie, jest tylko widz, dość słaby bo pozbawiony nierzadko elementarnej wiedzy i z drugiej strony są „silni” politycy, za którymi stoją sztaby, badania i pieniądze... Dlatego niesłychanie ciężko jest mi myśleć o debatach telewizyjnych jako o święcie demokracji. Ja raczej widzę zagrożenie: manipulacji, infantylizacji zachowań politycznych czy pogłębienie się różnic między „światem realnym” i tym wyłaniającym się z przekazu polityków (tym samym zanik mechanizmu skutecznej kontroli). Debata może więc być tylko widowiskiem, które uspokoi nasze obywatelskie sumienia. Przecież po jej obejrzeniu wiemy już „wszystko” i możemy podjąć „racjonalną” decyzję wyborczą... W tym kontekście proponowany przeze mnie na wstępie mechanizm podejmowania decyzji na podstawie rzutu monetą może nie wydaje się wcale aż taki głupi...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/05/debata-telewizyjna-czyli-nie-tylko-o.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>3</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-4864962815411655848</guid><pubDate>Sun, 28 Feb 2010 20:12:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-02-28T23:53:56.207+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Olimpiada, czyli o przemijaniu, innuickiej sztuce i sam nie wiem o czym jeszcze...</title><description>&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Czy tylko ja mam ostatnio aż tak wielki problem z przemijaniem? Coś się zaczyna i nim się człowiek obejrzy nastaje koniec... Smutny koniec, bo czy może być coś optymistycznego w końcu czegokolwiek. Tak, powie ktoś, że koniec jednego oznacza początek czegoś innego. Może nawet, że na tym polega życie... Takie podejście może i ma sens jak ma się z 18 lat, potem wszystko się komplikuje. Za dużo końców na koncie, za dużo wspomnień. I czas przyspiesza, na początku wydaje się, że ma się przed sobą wieczność. Potem już zaczyna się liczyć lata do końca. No dobra, koniec oznacza początek czegoś nowego, może czegoś lepszego. Tego się trzymajmy, nawet jeśli pachnie to „urzędowym optymizmem”.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Niemniej moja niechęć do kończenia czegokolwiek ma niebagatelne znaczenie dla tego bloga. Nie wiem tylko czy akurat jest to powód do radości. No dobra, miało być jednak o innym końcu. Takim, który jest mi w sumie obojętny. Na szczęście są i takie końce... Do rzeczy, wkrótce zostanie zgaśnie znicz olimpijski. Pewnie przegapię ten moment, tak jak wiele innych wydarzeń na tej olimpiadzie. Oczywiście pewnych rzeczy nie można nie dostrzegać, choćby prymitywnych i podszytych narodowymi kompleksami nagabywań Adama Małysza by nie kończył kariery. No dobra stary, jak nie pojedziesz do Soczi to kto będzie zdobywał medale. A bez nich my Polaki nie będziemy już tacy zajefajni...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Chyba dlatego nie lubię olimpiad, nagle mamy w kraju 40 mln ekspertów. Ciągle słyszane te same nudne, zasłyszane i powtarzane bez końca komentarze. Nuda...Może to oznaka starości, ale coraz częściej myślę, że oglądanie sportu nie ma sensu. Może za wyjątkiem przypadków, w których ktoś uprawiający jakąś dyscyplinę może się w ten sposób uczyć. Chociaż czy ja wiem, czy oglądanie Tour de France jest mi niezbędne do jazdy na rowerze, czy obserwacja polskiej ligi da mi coś co sprawi mi większą przyjemność z kopania piłki...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Pewnie nie poruszałbym tego tematu gdyby olimpiada nie odbywała się w Kanadzie. A tak chyba wypada... Dostało się Kanadyjczykom za wiele rzeczy. No tak, nie zachowują się jak zawodowcy. Jest w tym jakaś ironia, olimpiada i całe to naiwne i odstające od współczesnych realiów przesłanie. Tak, wszystko ma być profesjonalne, począwszy od zawodników, poprzez organizację a w ostatecznym rozrachunku na pieniądzach skończywszy. Niedociągnięcia tak, ale tylko drobne dodające kolorytu. Nie można przecież pozwolić by piloty poszły w ruch, tyle nieobejrzanych reklam, takie marnotrawstwo...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Mimo narzekań Kanadyjczycy się przyłożyli, było trochę egzotycznie ale w zrozumiały dla wszystkich sposób. Zastosowano to co zwykle, dodano parę innuicko/indiańskich gadżetów i było pięknie. Oczywiście rdzenni mieszkańcy kanadyjskich ziem powinni być wdzięczni bo niby w ten sposób oddano im cześć i nie miało to nic wspólnego z uczynieniem medialnej papki bardziej zjadliwą. Na logo igrzysk wybrano innuicki symbol, znany choćby z flagi Nunavut. &lt;/span&gt;&lt;a href=&quot;http://en.wikipedia.org/wiki/Inukshuk&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Inukszuk&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt; wygląda tak „ślicznie”, marketingowy strzał w dziesiątkę. Co prawda &lt;/span&gt;&lt;a href=&quot;http://en.wikipedia.org/wiki/Stewart_Phillip&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Stewart Phillip&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;, przywódca rdzennych mieszkańców zamieszkujących Kolumbię Brytyjską ironizuje, że bardziej przypomina mu on Pac-Mana. Kto by się tam jednak czepiał, na pewno nie ja bo za bardzo Pac-Mana nie kojarzę...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;A rdzenni mieszkańcy Kanady? No cóż, powinni być przyzwyczajeni. Historia wiele powinna ich nauczyć. Dawniej na siłę prowadzona akcję asymilacyjną, nierzadko odbierając dzieci ich rodzicom a ich samych zamykano w rezerwatach czekając aż stracą całą siłę witalną i wyruszą na spotkanie z Manitu. Teraz już się tego nie praktykuje, dawniej kultury tak zawzięcie zwalczane stały się cenne. Można je przecież wykorzystać i nieźle na tym zarobić. Tak jak choćby na olimpiadzie... Dla tych co nie za bardzo czują atmosferę polecam film &lt;/span&gt;&lt;a href=&quot;http://www.nfb.ca/film/vistas_inukshop_en&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;Inuk Shop&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;. Krótki ale interesujący. To co dla Innuitów jest częścią ich codzienności dla nas staje się ozdobą, gadżetem który ma nas uczynić bardziej interesującymi i ciekawszymi w oczach innych... Tak, to koniec olimpiady. Następna za cztery lata. Szkoda, że nie na Nowej Zelandii to Maoryskie motywy są zajefajne...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/02/olimpiada-czyli-o-przemijaniu.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>5</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-3141228060895108254</guid><pubDate>Mon, 04 Jan 2010 17:35:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-01-04T18:42:09.955+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Odzyskanie radiowej Trójki, czyli ballada o ludziach stamtąd...</title><description>&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;Poruszam się w pewnej przestrzeni, każdy z nas się porusza. By ją ogarnąć narzucamy sobie pewne regulacje, czasem są to normy prawne czasem tylko zasady dobrego wychowania. Dla funkcjonowania całości równie ważne... Nie ma nawet znaczenia czy owe normy i zasady tworzymy w oparciu o nasze zbiorowe doświadczenie, zgodnie z zasadami rozumu czy wyprowadzamy je z natury wszechrzeczy, Biblii czy Koranu. Wbrew takim odrobinę pokręconym nihilistom jak ja, można nawet uznać, że istnieje swego rodzaju „uniwersalny katalog” zasad przypisany ludzkiemu rodzajowi... I znów jedni nazwą to prawami naturalnymi, inni zadowolą się kolokwialnym stwierdzeniem, że chodzi tylko o to by się „przyzwoicie traktować”.&lt;/p&gt; &lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;Tak to mniej więcej wygląda w przestrzeni, w której poruszam się ja i większość ludzi. Co i raz jednak z nie słabnącym zaskoczeniem (symptom postępującego skretynienia?) dowiaduję się o istnieniu grup, dla których te wszystkie „moje” prawa i zasady są stekiem bzdur. Nieuzasadnionym balastem w drodze wiodącej na szczyty... No dobra, kopce co najwyżej, każdemu jednak podług jego wyobraźni. A ludzie stamtąd nie mają jej w nadmiarze niestety... Ich wzrok nie sięga dalej niż do dna ich portfela. Zrobią wszystko by ujrzeć w nim chociaż jeden banknot więcej, mając za nic koszty społeczne swoich działań. Rozpieprzą wszystko co stanie im na drodze.&lt;/p&gt; &lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;Tym razem trafiło na radiową Trójkę. Jest to rozgłośnia z długa i piękna tradycją. Sam mam dla niej duży sentyment. Nie chcę nawet sięgać do zamierzchłej przeszłości, kiedy to dzięki niej smutna rzeczywistość stanu wojennego była bardziej znośna. Była to wtedy swoista oaza przynajmniej muzycznej normalności. Dziennikarze bezpośrednio nie angażowali się w politykę, niemniej poprzez prezentowane na antenie treści pokazywali, że istnieje inna rzeczywistość odległa od tej siermiężnej socjalistycznej...  &lt;/p&gt; &lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;Odkąd pamiętam Trójka miała zawsze autorski charakter. Udało się jej oprzeć próbom sformatowania. To jedna z nielicznych tego typu stacji na rynku... Trójka to w dużej mierze nazwiska tworzących ją ludzi i zarazem swoista szkoła dziennikarskiego fachu. W pewien sposób myśląc o Trójce wyobrażam sobie jak powinny funkcjonować całe media publiczne. Nie jestem chyba w tym osamotniony... Taki styl jaki proponuje Trójka sprawia, że ma ona liczne grono sympatyków, którzy nie zawahają się nawet w razie potrzeby wspomóc stacji finansowo. Zawirowania z abonamentem sprawiły, że jej przyszłość nie rysowała się różowo, parę miesięcy później powołany ad hoc Komitet Miłośników Trójki zebrał prawie 700 tys. złotych na programy misyjne.&lt;/p&gt; &lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;Ludzie stamtąd mają to gdzieś, stacja jest łupem do podziału a nie jakimś tam dobrem społecznym. Wszyscy, którzy nie żałowali grosza na Trójkę teraz dobitnie mają okazję przekonać się, jak bardzo ona do nich należy. Nikt nie liczy się z ich głosem, ludzie stamtąd mają przecież układ między sobą. Dystyngowane słuchaczki Trójki mogą tylko z zażenowaniem zakryć oczy, słuchacze bezsilnie toczyć pianę w ust. Wielki środkowy palec pokazany im przez koalicję SLD-PiS nie stanie się przez to mniejszy ani bardziej przyjazny. To bardzo czytelny sygnał, nie może być już chyba czytelniejszy... Wszelkie dawanie pieniędzy na media publiczne w obecnym kształcie to wyraz masochizmu. Jestem zwolennikiem abonamentu, niestety system ten sprawdza się tylko w systemach cywilizowanych. Dopóki będą nami rządzić „barbarzyńskie hordy” i co więcej, dopóki my wszyscy będziemy to mieli gdzieś media publiczne będą tylko fikcją...&lt;/p&gt; &lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;SLD i PiS paradoksalnie głoszą przywiązanie do abonamentu, swoimi działaniami jednak podważają sens jego płacenia. Analizując (przynajmniej publicznie głoszone) ważne dla obu partii  wartości bardzo łatwo dostrzec tam coś takiego jak „wspólnota”. Owszem pozornie trochę inaczej rozumiana. Brutalna prawda jest taka, że dla obu partii dobra wspólnota to taka popierająca linię partii. Obywatel ma siedzieć za zamkniętymi drzwiami i czekać na wytyczne... W tym kontekście nie dziwi już fakt, że obie partie tak łatwo się dogadały... Przeraża mnie jak bardzo mają one gdzieś reakcję opinii publicznej i potencjalnych wyborców przecież.&lt;/p&gt; &lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;Tak, dobro partii dobrem narodu. Na swój sposób podziwiam redaktora Sobalę, wiernie podejmuje się misji nawet kiedy ma przeciw sobie &lt;a href=&quot;http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7411516,Protest_dziennikarzy_Trojki_przeciw_zmianie_dyrektora.html&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;niemal całą redakcję&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; Trójki. Któż inny jednak zdoła wziąć za mordę całą tą inteligencką zgraję i zaszczepić poprzez fale eteru miłość do PiS wśród im podobnych. Partia mu to poświęcenie wynagrodzi, nawet jeśli stację najzwyczajniej w świecie zarżnie. To w sumie też jakiś sukces... Najprawdopodobniej skończy się na modelu znanym ze stanu wojennego, wy będziecie nam posłuszni a my damy wam niewielką autonomię. Historia lubi się powtarzać...&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2010/01/odzyskanie-radiowej-trojki-czyli.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-2829842192871046024</guid><pubDate>Wed, 09 Dec 2009 17:38:00 +0000</pubDate><atom:updated>2009-12-09T18:44:25.366+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Watch Docs, czyli nie tylko o tym co uwiera Rzeczpospolitą...</title><description>&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;W filmie Rok Diabła między nomen omen członkami zespołu Czechomor toczy się niezwykle ożywcza intelektualnie dyskusja na temat tego, czy Jaromir Nohavica nosi slipy, czy też może jednak bokserki. Tak postawiony problem wydał mi się na tyle intrygujący, że postanowiłem sam się z nim zmierzyć. Oczywiście mam gdzieś, jakie nawyki bieliźniane ma Nohavica... Jak przystało na świadomego siebie i własnej niezwykłości współczesnego człowieka siebie stawiam w centrum wszechświata. Odpowiedź na to pytanie może bowiem przybliżyć mnie do zrozumienie siebie a tym samym dosłownie wszystkiego. Problem w tym, że nie potrafię. Slipy są super, ale bokserki... No nie wiem... co jest tylko przyzwyczajeniem a co leży w zgodzie z moją naturą. Jak bardzo proces wychowania wypaczył moje naturalne preferencje i czy kiedykolwiek odkryję do końca to kim jestem? Postanowiłem zastosować metodę ilościową, tj. zajrzeć do szafy i policzyć swoją bieliznę. Dokonałem przy tym wielu niezwykłych obserwacji, których jednak wszystkim oszczędzę. Naprawdę nie warto... Tak czy inaczej przełomu brak.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Poznanie siebie to fascynująca sprawa, postanowiłem również powyciągać szufladki ze swojego bloga. Co jak co ale sporo tu różnych myśli, czasem bardziej sensownych a czasem mniej. Co jednak zawsze pewne moich własnych. Nie sądziłem, że lektura mnie tak przerazi. Nie chodzi nawet o to co jest ale o to czego tu nie ma. Napisałem o AIDS, o ptasiej i świńskiej grypie ale ani słowa o raku, schizofrenii czy zapaleniu pęcherza moczowego. Dlaczego? Czy jestem na usługach koncernów farmaceutycznych, sprzeciwiam się boskiej karze za rozwiązłość czy ulegam zwykłej modzie? A może to coś więcej. Lekceważę raka, ba jestem jego zwolennikiem, w równym stopniu co schizofrenii i zapalenia pęcherza moczowego...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;A co z Mongołami i ich krwawymi metodami podboju, nigdzie ich nie potępiłem... Czy jestem wyznawcą Czyngis Chana? Może świadomie je ignoruję by móc rozgrzeszyć Chińczyków za ich politykę wobec Ujgurów. To możliwe, chociaż pewnie wtedy nie pisałbym tak krytycznie o państwie środka. A może winna jest moja nienawiść do chrześcijaństwa i skryte wyznawanie buddyzmu. Tak, to by wiele tłumaczyło... Generalnie nienawiść do chrześcijaństwa bardzo wiele rzeczy tłumaczy, szczególnie w Polsce.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Tęgim głowom z &lt;a href=&quot;http://www.rp.pl/artykul/403414.html&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;Rzeczpospolitej na przykład tłumaczy&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; taki a nie inny dobór filmów na festiwalu &lt;a href=&quot;http://www.watchdocs.pl/index.php?lang=pl&amp;amp;off=&quot;&gt;&lt;span style=&quot;color:#009900;&quot;&gt;Watch Docs&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Fakty są nieubłagane, na około 80 filmów nie ma ani jednego o prześladowaniu chrześcijan. Tak, tak i to w kraju w 90 % składającym się z katolików. Nawet prof. Zoll z żalem wielkim mówi jak bardzo niepopularnym na świecie tematem jest prześladowanie chrześcijan. Media omijają ten temat bo jak twierdzi prof. Zoll wyciszanie jest zgodne z polityką politycznej poprawności. Musimy jego zdaniem „wzmacniać naszą tożsamość chrześcijańską”. Tak, dlatego właśnie o tym piszę, to rodzaj świadectwa. Chrześcijanie są mordowani a media zajmują się jakimś tam Tybetem. Czyż nie jest to oburzające!!!&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;No dobra, dość ironii, choć na chwilę. Zdaję sobie sprawę z trudnej sytuacji chrześcijan w wielu krajach świata, szczególnie w krajach muzułmańskich. Sam na blogu wielokrotnie poruszałem ten temat pisząc chociażby o Libanie czy Iraku. Mierzi mnie jednak podejście Rzeczpospolitej, która zdaje się bez wahania wskazywać, które życie jest ważniejsze. Kryterium jest wyznawana religia... Rozumiem ten mechanizm, liczy się masa a nie człowiek. Są nasi i ci inni, którymi możemy się zajmować w drugiej kolejności... Takie podejście jednak tylko rodzi dalsze konflikty, nie rozwiązuje istniejących. Co z tymi, którzy nie mają nikogo, kto by się za nimi wstawił?&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Dlatego dużo bardziej odpowiada mi stanowisko Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, organizatora festiwalu. Przedmiotem jej działalności nie są „nasi” ale wszyscy potrzebujący pomocy. No tak, dla Rzeczpospolitej następna organizacja pozarządowa, liberalna klika, która za nic ma wszystko to co święte dla prawdziwego Polaka katolika. Tym tylko mogę tłumaczyć ten bezsensowny atak na festiwal, który podejmuje szereg niezwykle istotnych problemów związanych z szeroko pojmowaną ochroną praw człowieka.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Nie wiem czy winą fundacji jest to, że tak silnie lansowana przez Rzeczpospolitą Agnieszka Dzieduszycka woli uczestniczyć w organizowanych z publicznych pieniędzy Europejskim Festiwalu Telewizyjnych Programów Religijnych niż zgłosić swój film na Watch Docs. O którym jak zresztą bez żenady przyznaje nie słyszała. O co więc ten krzyk? O to, że media są odporne na tragedię chrześcijan i nie powstają dokumenty na ten temat? Co ma to wspólnego z Watch Docs? Festiwal nie jest robiony z publicznych pieniędzy. To święto ludzi, dla których prawa człowieka są ważne. Pokazywane na nim filmy przechodzą długą drogę, w tym roku zgłoszono około 1500 dokumentów. Musiało dojść do selekcji, co roku filmy porządkuje się według jakiś kryteriów. Czego oczekuje Rzeczpospolita, że Helsińska Fundacja Praw Człowieka sama zasponsoruje film o prześladowaniu chrześcijan i pokarze go na festiwalu. Co może zrobić, skoro spośród zgłoszonych żaden nie podejmował tej tematyki. Moja babcia w takich przypadkach mawiała, że ktoś ma pretensje do ślepego, że ma głuche dzieci. Rzeczpospolita jest i ślepa i głucha. Nie religią a ideologią...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Sam festiwal gorąco polecam, na razie jeszcze w Warszawie ale potem rusza w kraj... Widziałem w jego ramach dotąd dwa filmy, oba przejmujące. Sale kinowe pękają w szwach, najwięcej jest ludzi młodych. Nie wiem czy wynika to z tego, że w pewnym wieku stajemy się coraz mniej wrażliwi na innych  czy z innych względów. A może po prostu darmowe wejściówki nie pozwalają lepiej sytuowanym i przy okazji starszym z przyjemnością konsumować prezentowanych treści. Nie wiem... Wiem, że atmosfera jest świetna. Po wczorajszym pokazie dyskusja była tak gorąca, że pracownicy kina musieli nalegać na jej zakończenie. Ja do głosu się nie „dorwałem” co zrekompensowałem sobie ciekawą rozmową z moimi sąsiadami... Szczerze polecam.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;A co do moich wewnętrznych poszukiwań. No cóż, nie dowiedziałem się o sobie zbyt wiele. Ale nie była to strata czasu, dzięki Rzeczpospolitej wiem jaki nie jestem. Zawsze to już coś...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2009/12/watch-docs-czyli-nie-tylko-o-tym-co.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-1784117432286593605</guid><pubDate>Sat, 21 Nov 2009 15:14:00 +0000</pubDate><atom:updated>2009-11-21T16:21:57.413+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Odnaleziony sens, czyli być obywatelem...</title><description>&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Ugrzęzłem, nie sposób tego inaczej określić. Zamknąłem się w domu i wyrzuciłem klucz, dobrowolnie skazałem się na wykluczenie. Nie słucham radia, nie oglądam telewizji a nawet nie zaglądam do netu. I było mi z tym dobrze, tak długo aż nieopatrznie nie nacisnąłem pilota, trochę przypadkiem i w szklanym okienku zobaczyłem polityków wystawiających oceny rządowi Donalda Tuska, który ponoć zastał Polskę analogową a zostawi cyfrową. W tej jednej chwili poczucie wykluczenia stało się tak dojmująco przykre, że z mojej piersi wydobył się szloch...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Mam gdzieś kulturę, zarówno tą wysoką jak i niską. Sport? Nie, proszę... Mam znacznie lepsze sposoby na trwonienie czasu. Może piękno, dobroć, miłość? Niestety dziś to już tylko słowa, utraciły one jakiekolwiek znaczenie; w takiej sytuacji pozostaje tylko seks, smutny i odarty z kulturowej otoczki odrobinę odrażający... Zostawmy to. Mam gdzieś również naukę, z jej milionami pytań bez odpowiedzi... I religię; ta za to ma miliony odpowiedzi na pytania, które są mi zupełnie obojętne. Czy istnieje życie wieczne? Co to cholera znaczy, ja muszę odpowiedzieć sobie na pytanie czy istnieje życie tu i teraz.  Co mnie obchodzi wieczność...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Skąd więc ten szloch w mojej piersi? Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy była taka, że przypomniała mi się szkoła. Wtedy wszystko było proste, było się ostatnią oceną w dzienniczku. Zawsze z nadzieją na poprawę. Odrzuciłem ją jednak szybko, nie lubiłem szkoły, wzruszenie nie mogło być więc wywołane jej wspomnieniem. A więc co? Powoli przez chmury myśli niepotrzebnych i błahych zaczęły się przedzierać promienie prawdy. Być może Arystoteles miał rację, człowiek jest istotą społeczną i nie żyje tylko dla siebie. W wiekach wcześniejszych w poczuciu obowiązku płodził on z entuzjazmem następne pokolenia ku chwale swojej wspólnoty, ginął dla niej jeśli ta uznała to za pożądane... Cóż z tego zostało? Dopadła mnie smutna refleksja, że być może na początku XXI wieku do zaspokojenia swoich społecznych instynktów wystarcza wysłanie sms&#39;a do popularnej stacji radiowej, w której w skali od 1-6 ocenia się jak choćby w tym przypadku pracę rządu.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Jedną z najstraszniejszych kar w greckich polis było wygnanie. Sam udając się na wewnętrzną emigrację dopuściłem się prawdziwego gwałtu na swojej naturze. Już widzę jak Arystoteles w niebie dobrotliwie kiwa głową nade mną, gładząc przy tym swoją długą, siwą brodę... Tak, nadrabiam zaległości, w telewizji nieco inny zestaw polityków wystawia oceny. Włączyłem również radio, dzwonią słuchacze i robią to samo. Sam bym zadzwonił ale wysyłam sms&#39;y do innych stacji radiowych i klikam na portalach internetowych. Mam nadzieję, że nikogo tym nie wkurzę, gorliwość neofity potrafi być irytująca. Oczywiście wklepuję również ten tekst na bloga i czuję się wreszcie spełniony. Mam przyjemność brać udział w finalnej fazie rozwoju demokracji. Ależ to podniecające. Kończę już ten wpis, przede mną jeszcze wysyłanie sms&#39;ów z ocenami dla poszczególnych ministrów. Jak będzie mi mało to ocenię najlepszych reżyserów XX wieku. Hmmm... Cameron 4+, Bergman 3, Żamojda 5...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2009/11/odnaleziony-sens-czyli-byc-obywatelem.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-7811819943017951894</guid><pubDate>Sun, 15 Nov 2009 19:17:00 +0000</pubDate><atom:updated>2009-11-15T20:22:23.726+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>A/H1N1, czyli o tym czy mamy się czego obawiać...</title><description>&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Z dnia na dzień zaostrza się konflikt wokół zakupu szczepionek na grypę typu A/H1N1. Obie strony sporu niestety zdają się nie rozumieć istoty problemu. Łatwiej mi niestety zrozumieć postępowanie opozycji, jej rola polega na krytyce również tej niemerytorycznej. Rząd jest zaś zobowiązany do dbania o interes społeczny i nie powinien podejmować działań, które mu nie służą. Owszem, każdy rozumie go trochę inaczej, niemniej politycy PO i sama minister Ewa Kopacz zdają się ulegać jakiemuś dziwnemu ideologicznemu zaślepieniu, które nie pozwala im brać pod uwagę nawet najbardziej racjonalnych argumentów. Dla nich po prostu nie ma zagrożenia bo nie ma i już...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Najczęściej przywoływanym przez nich argumentem jest niska śmiertelność wśród osób zakażonych wirusem A/H1N1. To wszystko prawda, wirus grypy w dotychczasowej postaci nie doprowadzi do tak śmiertelnego żniwa ja chociażby grypa hiszpanka w latach 1918-19. Jest on jednak na tyle niestabilny, że jego mutacje mogą mieć dla nas znacznie gorsze skutki... Dlatego tak ważne jest ograniczenie jego rozprzestrzeniania się, również poprzez szczepienia. Strach przed wirusem wynika również z jego „nowości”. Wbrew wyobrażeniom polityków sytuacja nie jest stabilna ale ciągle się zmienia, wraz z pojawianiem się jego nowych mutacji... Mówiąc lapidarnie nie ma „śmiertelnej epidemii” ale należy brać na poważnie jej wystąpienie.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Niestety rząd lekceważy ryzyko, narażając zdrowie obywateli. Zastanawiam się w imię czego? Wypada mi się zgodzić z opinią Rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego, działania Ewy Kopacz i jej resortu a właściwie ich brak niestety niosą zagrożenie dla zdrowia Polaków... Co więcej podważanie skuteczności szczepionek jeszcze przed ich zakupem to coś co mnie osobiście nie mieści się w głowie. Publiczne głoszenie, że cztery osoby jakoby zmarły z powodu szczepionki i to na podstawie tekstu w jakiejś bulwarówce powinno skutkować natychmiastowymi dymisjami, również minister Kopacz. Pozwalając sobie na tani populizm, bo mówienie o braku 100% skuteczności szczepionki to przecież nic innego jak populizm właśnie, kompromituje się ona już nie tylko jako polityk ale i jako lekarz. Nie po raz pierwszy zresztą, pamiętam jej wypowiedzi, w których wprowadzanie zakazu palenia w miejscach publicznych nazywała zamachem na swobody obywatelskie...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Nie trzeba być lekarzem, by wiedzieć, że żadna szczepionka nie daje 100% gwarancji. W przypadku gruźlicy jest przecież podobnie, chodzi przecież głównie o wytworzenie przeciwciał, które jeśli nie uchronią przed chorobą to chociaż pozwolą organizmowi skuteczniej z nią walczyć. Ideologiczne zaślepienie PO niestety nie pozwala na rzeczową dyskusję. Wskazywanie, że koncerny farmaceutyczne zarabiają krocie na szczepionce to tani populizm. Tak samo byłoby przecież, gdyby wybuchła epidemia cholery... Tak samo jest w przypadku AIDS, tu pani minister milczy bo przecież jako wiernej wyznawczyni wolnego rynku nie wypada jej krytykować wolności gospodarczej, nawet jeśli ta niesie zagrożenie dla życia ludzi... Nie wiem skąd teraz u niej to oburzenie na koncerny farmaceutyczne...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=&quot;JUSTIFY&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-family:georgia;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-size:100%;&quot;&gt;Ja patrząc na rozwój sytuacji widzę jak Polska zostaje w tyle. Być może wirus grypy A/H1N1 okaże się nieszkodliwy ale siedzenie z założonymi rękami i nic nie robienie uważam za skrajną nieodpowiedzialność i wręcz głupotę. Liczba zaszczepionych idzie na świecie już w setki milionów, kraje wokół nas podejmują stosowne działania. Rząd PO ponownie dumnie twierdzi, że to my mamy rację a nie reszta świata. Być może będzie miał szczęście, chcę by tak było... Czarny scenariusz nie musi się spełnić, niemniej ryzyko podejmowane przez rząd PO i to z bliżej niesprecyzowanych powodów (oszczędności?) uważam za karygodne. Trwają negocjacje w sprawie zakupu szczepionki, z pewnością ją wcześniej czy później nabędziemy. Ciekawe jak tłumaczyć będzie minister Ewa Kopacz niechęć Polaków do szczepienia się. Pragnę zauważyć, że szczepienia mają sens tylko wtedy, gdy poddaje się im dużą część populacji. Kiedy minister zdrowia sugeruje, że zaszczepienie się może prowadzić do śmierci to któż o „zdrowych zmysłach” zdecyduje się na taki krok... Oburzałem się na ministra Ziobrę, kiedy doprowadził do zapaści polską transplantologię. Ewa Kopacz niestety idzie w jego ślady, nie boje się porównywać obu spraw choć to może niektórych szokować. Mam nadzieję, że pani minister „skończy” o wiele gorzej i szybciej niż „piękny młodzieniec z Krakowa”. Niestety nie zanosi się na to...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2009/11/ah1n1-czyli-o-tym-czy-mamy-sie-czego.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>4</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-267463985815588452</guid><pubDate>Fri, 09 Oct 2009 12:19:00 +0000</pubDate><atom:updated>2009-10-09T14:24:39.708+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Pokojowy Nobel dla Baracka Obamy, czyli niestety o straconej szansie...</title><description>&lt;p align=&quot;justify&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;Przyznanie pokojowej nagrody Nobla Barackowi Obamie budzi powszechne zdziwienie. Dla mnie osobiście to kompromitacja komitetu noblowskiego. Przyznanie jej prezydentowi USA niczemu kompletnie nie służy i dewaluuje jej znaczenie do nic nie znaczącego gestu politycznego. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nie wpłynie ona na zmianę polityki zagranicznej USA. Nie jest też nagrodą za dotychczasowe działania. Jak jest więc jej cel? Utwierdzić Baracka Obamę, że idzie w dobrym kierunku? Pogłaskać go po główce i poklepać po plecach...&lt;/p&gt;&lt;p align=&quot;justify&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;Moim zdaniem komitet nie wykazał się przy wyborze odwagą jak chcą niektórzy. Wręcz przeciwnie, jego decyzja to wyraz tchórzostwa. Komitet nie chciał nikogo urazić... Przyznanie nagrody Obamie to nic innego jak próba uniknięcia zabrania głosu w istotnych dla świata sprawach. Przecież nie wypada dać nagrody chińskim dysydentom, nie w 60 rocznicę proklamowania ChRL. Ważne to przecież święto, znacznie ważniejsze od 20 rocznicy masakry na Placu Tienanmen. Rosji też nie należy denerwować, działacze praw człowieka w tym kraju mogą przecież poczekać... Po co ich aż tak ostentacyjnie wspierać... Nobel dla Lidii Jussupowej to byłby wręcz policzek dla Kremla. Nie wypada przecież. Nie zajmujmy się Iranem, nie drażnijmy ajatollahów przed grudniowymi rozmowami. Co nas interesują jacyś lokalni działacze w Wietnamie, Kolumbii, Darfurze czy Kongu. Komitet noblowski jest przecież zbyt ważny by zajmować się lokalnymi problemami. Barack Obama daje nadzieję na załatwienie wszystkich problemów i to globalnie!!!!!&lt;/p&gt;&lt;p align=&quot;justify&quot; style=&quot;margin-bottom: 0cm&quot;&gt;Przyznanie nagrody Obamie nie jest również kontrowersyjne jak chce większość. Chodziło właśnie o to by kontrowersji było jak najmniej. Wybrano tego najbardziej lubianego, nawet talibowie pewnie nie są tak wzburzeni jak byliby, gdyby nagrodę otrzymał Ghazi bin Muhammad lub co gorsza Sima Samar. Głosy oburzenia wkrótce ucichną a ci, którzy z Barackiem wiążą nadzieję będą nadal świętować... Najgorsze w tegorocznym werdykcie jest to, że laureat tej nagrody zupełnie nie potrzebuje. Dzięki niej nic się na świecie nie zmieni. Żaden istotny problem nie zostanie nagłośniony. W odczuciu światowej opinii publicznej nie zaistnieje żadne nowe wyzwanie. Zmarnowana została jej magia, nadszarpnięciu uległ jej autorytet. Nie twierdzę, że Barack Obama nie robi niczego dobrego. Myślę, że jest wprost przeciwnie, ale jako prezydent potężnego mocarstwa ma wystarczające środki do tego by realizować założenia swojej polityki, również te, które to tak bardzo się spodobały komitetowi. Mam poczucie straconej szansy, w tym roku właściwie nie przyznano pokojowej nagrody Nobla. Wydano pieniądze na autopromocję (zresztą dość wątpliwą) i po to by „wesprzeć nadzieję”. Komitet nie kierował się w swoich działaniach ani pragmatyzmem ani idealizmem. Wybrał najgorzej jak mógł...&lt;/p&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2009/10/pokojowy-nobel-dla-baracka-obamy-czyli.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3280621768582970986.post-5384418601381006938</guid><pubDate>Sun, 13 Sep 2009 18:16:00 +0000</pubDate><atom:updated>2009-09-13T21:04:09.876+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">Społeczeństwo i polityka</category><title>Nielojalność narodowa, czyli o tym czy jeszcze jest nam potrzebna prawda...</title><description>&lt;div align=&quot;justify&quot;&gt;Właściwie powinienem złożyć samokrytykę już za sam tytuł wpisu. Prawda z założenia jest przecież jedna i nie można jej podważać ani rozmywać poprzez dyskusję, to przecież nic innego jak postmodernizm albo inny grzech śmiertelny. Wiadomo tez u kogo leżą klucze do prawdy i kto ma wszelkie predyspozycje by orzekać co nią jest a co nie. Mnóstwo jest jednak fałszywych proroków, którzy swoje racje opierają na fałszywych przesłankach. Mącą oni ludziom w głowach a czasem wręcz popychają do działania szkodzącemu naszemu świętemu narodowi...&lt;br /&gt;Nie powinno więc nikogo dziwić, że wobec zupełnie haniebnych słów niejakiego Niesiołowskiego Stefana głos zabrał człowiek, którego bez wahania można określić jako sumienie narodu polskiego i strażnika narodowych wartości. Tylko bowiem on jeden Jarosław Kaczyński (wstydźcie się Ci wszyscy, którzy pomyśleliście o kimś innym) w sposób zupełny i totalny może określić to co dla narodu jest dobre. Od dziś każdy, kto choć w myśli nie określi zbrodni katyńskiej jako ludobójstwa, podobnie jak Niesiołowski Stefan przekroczy „wszelkie miary nielojalności narodowej”. Co więcej przyczyniał się będzie tym samym do tego, że Polska pozostawać będzie krajem „sfinlandyzowanym, zależnym, zarówno na zachód, jak i na wschód&quot;. Przyjemnie jest cytować proroka więc dodam jeszcze, że bez cienia żenady taki ktoś może uważać się za „moskiewską cenzurę w Polsce”.&lt;br /&gt;I to jest prawda!!! Wszystko co dobre dla narodu i co leży w jego interesie musi być prawdziwe. Fakty służą tylko potwierdzaniu prawdy a nie jej negacji. W imię narodowego interesu o tych niewygodnych należy zapomnieć, nie mogą być one bowiem prawdziwe skoro rzucają cień na coś tak świętego jak naród. Prawda, której nie można wykorzystać do utylitarnych celów jest zbędna. Po co na ten przykład tracić czas na dywagacje o Jedwabnem. Wspomnieliśmy o tym i robią z nas pomocników Hitlera... Historia to potężny oręż w walce politycznej, chrzanić ofiary w Katyniu. Ich śmierć nie może pójść na darmo, dlaczego więc &quot;nasza&quot; partia nie miałaby dzięki nim uzyskać paru punktów u elektoratu? A jak nie to chociaż zemścić się na Niesiołowskim Stefanie, może zostanie wysłany na wcześniejszą polityczną emeryturę. Nikt nie będzie bezkarnie obrażał wodza...&lt;br /&gt;Taki sposób pojmowania prawdy, jaki zaprezentował Jarosław Kaczyński nie jest niestety jego wynalazkiem. To plagiat ordynarny i nieco tandetny jak chińskie podróbki zabawek, które do niedawna można było dostać na warszawskim Stadionie X-lecia. Wierzyć w jego oryginalność mogą tylko ci nieliczni szczęśliwcy, którzy mogą sobie pozwolić na  całkowite zignorowanie współczesnego świata i jego problemów. Zastanawiam się skąd Jarosław Kaczyński czerpie inspirację, wiem za to jaka szkoła w takim podejściu do prawd historycznych zrobiła największe postępy. Nie ma dla mnie wątpliwości, że moskiewska... Rosja Putina bez cienia wstydu, za to ze sporym wdziękiem i lekkością wykorzystuje historię do budowania imperialnej tożsamości. Zdaje się, że Jarosław Kaczyński chciałby te wzorce uskuteczniać w Polsce. Nie będzie to łatwe bo przy Putinie artyście jest on co najwyżej rzemieślnikiem. A i Polska trochę wydaje się być za mała dla rozbuchanego ego Jarosława Kaczyńskiego. Pewnie dlatego na działania Rosji w sferze polityki historycznej reaguję nieufnością a na te podejmowane przez Jarosława Kaczyńskiego i jego partię śmiechem...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://enklawa24.blogspot.com/2009/09/o-nielojalnosci-narodowej-czyli-o-tym.html</link><author>noreply@blogger.com (ith)</author><thr:total>2</thr:total></item></channel></rss>