<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:blogger='http://schemas.google.com/blogger/2008' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974</id><updated>2024-08-29T11:57:20.676+02:00</updated><category term="muzyka"/><category term="relacja"/><category term="Poznań"/><category term="koncert"/><category term="Pod Minogą"/><category term="Meskalina"/><category term="Blue Note"/><category term="recenzja"/><category term="film"/><category term="Ja"/><category term="kanalia"/><category term="Bad Religion"/><category term="Eskulap"/><category term="Frank Turner"/><category term="Julia Marcell"/><category term="Pod Pretekstem"/><category term="Wrocław"/><category term="literatura"/><category term="A Separation"/><category term="Adre&#39;N&#39;Alin"/><category term="Ania Brachaczek"/><category term="Anna Calvi"/><category term="Anthony Quinn"/><category term="Arms and Sleepers"/><category term="Asghar Farhadi"/><category term="Baaba"/><category term="Baaba Kulka"/><category term="Basketball"/><category term="Beatsteaks"/><category term="Berlin"/><category term="BiFF"/><category term="Blindead"/><category term="Bloodgroup"/><category term="Caspian"/><category term="Castet"/><category term="Charyzma"/><category term="Child Abuse"/><category term="DVA"/><category term="Dans la Ville de Sylvia"/><category term="Death Angel"/><category term="Dezerter"/><category term="Dorena"/><category term="En la Ciudad de Sylvia"/><category term="Francja"/><category term="Gaba Kulka"/><category term="Ghost of the Mystic Garden"/><category term="Greg Graffin"/><category term="Grek Zorba"/><category term="Grinderman"/><category term="Grinderman 2"/><category term="HRV"/><category term="Halla Norðfjörð"/><category term="Henry Rollins"/><category term="Hrabia Fochmann"/><category term="In Twilight&#39;s Embrace"/><category term="Jaga Jazzist"/><category term="Jazzpospolita"/><category term="José Luisa Guerína"/><category term="Jucifer"/><category term="Juliana Hatfield"/><category term="Kev Fox"/><category term="Klub"/><category term="Lektura"/><category term="Living on Venus"/><category term="Mademoiselle Karen"/><category term="Madness"/><category term="Nader and Simin"/><category term="Nick Cave"/><category term="Niemcy"/><category term="Noizone"/><category term="Obscure Sphinx"/><category term="Park Sowińskiego"/><category term="Paula i Karol"/><category term="Pils"/><category term="Plum"/><category term="Poznasz Przystojnego Bruneta"/><category term="Resistance"/><category term="Rollins Band"/><category term="Rozstanie"/><category term="Screws Get Loose"/><category term="Smolik"/><category term="Sorry Boys"/><category term="Strasburg"/><category term="Suicidal Angels"/><category term="Talons"/><category term="The Black Heart Procession"/><category term="The Dissent of Man"/><category term="The Orange Man Theory"/><category term="The Real  Mckenzies"/><category term="The Shaking Sensations"/><category term="Those Darlins"/><category term="Toro y Moi"/><category term="Très.B"/><category term="Turnip Farm"/><category term="Twilite"/><category term="Vidian"/><category term="Vivarto"/><category term="W Mieście Sylvii"/><category term="Warszawa"/><category term="Woody Alien"/><category term="break-up album"/><category term="firlej"/><category term="marek hłasko"/><category term="mouse on the keys"/><category term="młodarp"/><category term="słupsk"/><category term="teraz hłasko"/><category term="woody allen"/><category term="wywiad"/><category term="you Will Meet a Tall Dark Stranger"/><category term="zestawienia"/><category term="Łąki Łan"/><category term="Śmierć Bunny&#39;ego Munroe"/><category term="Żywiołak"/><title type='text'>Kultura Kanalii</title><subtitle type='html'>O, z braku lepszego słowa, kulturze.</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default?start-index=26&amp;max-results=25'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>46</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-2714556474816494215</id><published>2012-08-28T21:04:00.000+02:00</published><updated>2012-08-29T13:41:16.819+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Dans la Ville de Sylvia"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="En la Ciudad de Sylvia"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="film"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Francja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="José Luisa Guerína"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Strasburg"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="W Mieście Sylvii"/><title type='text'>En la Ciudad de Canalla</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;a href=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgGyOmYZKo0GM5G9ZpnOvqfEWB0dOlEZbSqZ7YHUIgh0jqnV78V0Gw_T1SiihZB36-iTpktowuExSolscbRF4Po2b5SR3QH4TwRL77gHzESIo_NZu077TwRqW161Bdgt1HkVENU3Gn62z4/s1600/35492113.jpg&quot; imageanchor=&quot;1&quot; style=&quot;margin-left: 1em; margin-right: 1em;&quot;&gt;&lt;img border=&quot;0&quot; height=&quot;212&quot; src=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgGyOmYZKo0GM5G9ZpnOvqfEWB0dOlEZbSqZ7YHUIgh0jqnV78V0Gw_T1SiihZB36-iTpktowuExSolscbRF4Po2b5SR3QH4TwRL77gHzESIo_NZu077TwRqW161Bdgt1HkVENU3Gn62z4/s320/35492113.jpg&quot; width=&quot;320&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
W życiu nie czytałem
Małgorzaty Musierowicz (każdy znany mi poznaniak odsądzał mnie od
czci i wiary za tą deklarację). Nie porwał mnie prowincjonalny
&lt;i&gt;hype&lt;/i&gt; wywołany swego czasu premierą fantastycznego dziwadełka
&lt;i&gt;Baszta Czarownic&lt;/i&gt; niejakiego Krzysztofa Kochańskiego, którego
akcja toczyła się &lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;w moim
tak-jakby-rodzinnym Słupsku. &lt;/span&gt;Wprawdzie gubiłem się, i to
nie raz, na ulicach Warszawy, nigdy jednak nie rozpoznałem w jej zgubnych
kamienicach konstrukcji, które kiedyś mogły być dekoracją
opowiadań Hłaski. Reasumując, nigdy nie odnalazłem w dowolnego
rodzaju dziele portretu miejsca, z którym byłem kiedyś związany,
którego szkic trąciłby struny mojego skostniałego
sentymentalizmu. Innymi słowy, nigdy w życiu nie zakłóciłem
seansu kinowego, wskazując palcem w obłędnej ekstazie znajomą
kawiarenkę, czy też uliczkę migającą przez sekundę na ekranie*.
Zasmakowanie tej taniej podniety przez długi czas było moim uroczo
infantylnym marzeniem. 
&lt;/div&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Owa niewinna fantazja była
jedną z wielu niespełnionych ambicji, których listą przyszło mi zamęczać
(ze wzajemnością) Katalończyka, który na czas kilkunastu dni
czerwca wylądował w stolicy Wielkopolski. Oboje mieliśmy na ten
czas oddać się nieodpłatnym (monetarnie) usługom, które miały
oszczędzić dodatkowych kosztów związkowi-molochowi, kryjącemu
się pod czteroliterowym akronimem, organizującemu w tejże
miejscowości (i kilku innych) dość imponujących rozmiarów
imprezę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z owym Katalończykiem, jak
się okazało, mieliśmy wiele wspólnego. Spełniwszy nasze
(domniemanie niezobowiązujące) obowiązki, niemalże każdego
wieczoru wybieraliśmy się w naszą własną &lt;i&gt;Via Dolorosa,
&lt;/i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;pielgrzymując między
dobieranymi przeze mnie, quasi-gospodarza, knajpami i klubami. Na
kolejnych stacjach dyskutowaliśmy o literaturze, filmach, kobietach,
wyśnionej niepodległości Katalonii, nawiedzającej mnie w
koszmarach podległości Rzeczypospolitej i innych przyczynach naszej
dzielonej, nieadekwatnej do wieku markotności.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Podczas
któregoś z naszych festiwali lamentów towarzysz mój ujawnił się
jako biegły użytkownik języka francuskiego i gorliwy konsument
tamtejszej kultury. Natychmiast podzieliłem się z nim moimi
wrażeniami z majowej wizyty w Strasburgu. Wróciłem z owego wojażu
skrajnie przygnębiony. Nie należę do legionu narodowych gderaczy,
uważających nasz kraj za moralne pogorzelisko, doszczętnie
spustoszone przez żydokomunę, czy też za ksenofobiczną twierdzę
ogrodzoną fosą i szańcami, chroniącymi nas przed napierającymi
ze wszystkich stron świata nieprzyjaciółmi. Paradoksalnie, wizyty
poza granicami Lechistanu nie nakłaniają mnie do wystąpienia po
wizę – uświadamiają mi raczej, być może naiwnemu idealiście,
że jest bardzo dużo do zrobienia na miejscu. Co jest ścieżką
mozolną, ale z pewnością szlachetniejszą, niż podążenie
szlakiem exodusu. Nie zmienia to faktu, że wizyta w Alzacji
rozbudziła we mnie degradującą zawiść.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;font-style: normal; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Wizyta
ma zbiegła się z wyborami prezydenckimi. Z telewizyjnej debaty
Sarkozy&#39;ego i Hollande&#39;a rozumiem piąte przez dziesiąte, o zawrót
głowy przyprawia mnie jednak sama kultura dyskusji. Panowie wyliczają
swoje ambicje i zamiary w sposób elegancki, unikając prania brudów, bez wchodzenia sobie w
słowo i plucia powszechnym w polskim dyskursie politycznym jadem, którym wszyscy już chyba przesiąknęliśmy do
punktu kompletnego zobojętnienia. Debatę i wybory ostatecznie wygrywa misiowaty
lewak pozbawiony charyzmy. Nikt pośród ludu nie próbuje wietrzyć spisku, nowy
rząd, niespodzianka, nie otwiera gułagów na Korsyce, panią minister ds. kobiet
mianowana zostaje urocza posłanka urodzona w Maroko. 
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;font-style: normal; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Nie,
nie uświadczyłem podpalanych przez muzułmanów samochodów
(przynajmniej w Strasburgu rozruchy tego typu zdają się być
przeszłością). Nie doszły moich uszu skomlenia przeklinające upadek obyczajów, ateizację, islamizację, czy plany przejęcia
Pałacu Luksemburskiego przez lobby homoseksualistów. Podziwiałem
za to piękną Katedrę i kościoły, regularnie restaurowane w tym,
domniemanie ultra-laickim, kraju. 
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;Romantycy
przegapionych okazji wciąż próbują wepchnąć na rodzimą scenę
polityczną tzw. &#39;ideologie&#39;. We Francji zabawy powiązane z tym smutnym anachronizmem przybierają formę
dożynek. Spacerując pierwszego maja po ulicach Strasburga doszły
mnie chóralne okrzyki dochodzące z pobliskiego parku, ponad którym unosił się szary dym. Zaspakajając swoją ciekawość/dając upust
swojej głupocie, prędko skierowałem się ku źródłu harmidru. Okazał
się to być piknik miejscowej lewicy, obchodzącej swoje &lt;/span&gt;&lt;i&gt;Fête
du Travail&lt;/i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;. Socjaliści niby
tacy sami, jak w Polsce – równie pocieszni i nieszkodliwi w swojej
ideologii, pełni pasji i ognia, który dawno już we mnie zgasł.
Chuderlawe gołowąsy rozdają partyjne periodyki, w których z
trudem rozszyfrowywane przeze mnie żarliwe manifesty sąsiadują z
pokrywającymi całą stronę reklamami korporacji
telekomunikacyjnych (!). Piękne kobiety przeplatające rękawy
koszul od ZARY czerwonymi opaskami przygotowują falafele, chór
mężczyzn ściskających czerwone flagi śpiewa unisono pięknymi
tenorami. W pewnym momencie gwar placu cichnie, pojawia się siwy pan
ze skrzypcami, który odgrywa Czajkowskiego, nagradzają go oklaski i
kolejne arie tłumu w beretach. Z ręki do ręki wędrują skręty,
pomiędzy nogami ścigają się dzieci w wieku przedszkolnym, w całej
tej arkadii garbię się i rozglądam nerwowo tylko ja, czekając na
grad kamieni zafundowany przez (obowiązkowe na krajowym podwórku)
towarzystwo osób o mniej lub bardziej odmiennych poglądach. Ku niemałemu zdziwieniu, nie doczekałem się nadlatujących przedmiotów. Z jeszcze większą konsternacją przyjąłem fakt, że w zasięgu wzroku nie dostrzegam żadnego
policjanta (tak, tak, wiem, wiem, połowę wiary stanowili tajniacy).&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;Dociera do mnie, że jestem świadkiem karnawału, w którym ideologiczne credo pozostało niczym
więcej, jak sentymentalną piosenką, oderwaną od sformalizowanej
polityki niczym mleczak. To kawiorowy socjalizm, rekreacja osób,
które mają na to chęć, czas i pieniądze, którym przy okazji
dobrze w czerwieni (fason bardziej uniwersalny, niż brunatne
koszule). Ci ludzie nie przybyli tu w imieniu walki o kolektywizację, czy też w celu głoszenia konieczności holokaustu burżuazji. Przyszli tu śpiewać, ukoić gastrofazę
falafelem i dobrze wyglądać. Na polskie demonstracje, w
najlepszym przypadku, przychodzisz dowiedzieć się, że masz więcej wrogów,
niż byś podejrzewał, oraz że hasła wykrzykiwane przez twój własny
pochód mają tak naprawdę niewiele wspólnego z twoim własnym sumieniem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;Gdy
tak relacjonuję moją gorzko-słodką wizytę w Alzacji, mój
towarzysz prosi mnie nagle o mój notes, w którym zapisuje tytuł&lt;i&gt; &lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;i&gt;&lt;span style=&quot;font-weight: normal;&quot;&gt;En la Ciudad
de Sylvia&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-weight: normal;&quot;&gt;,
wraz z nazwiskiem José Luisa Guerína,&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-weight: normal;&quot;&gt; hiszpańskiego reżysera, &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-weight: normal;&quot;&gt;
którego Katalończyk bardzo sobie ceni. Reżyser ów za miejsce akcji rzeczonego
filmu obrał sobie Strasburg, co przyjąłem jako okazję do
zaspokojenia dręczącego mnie latami pragnienia, z którego zwierzyłem się w pierwszym
akapicie. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;font-style: normal; font-weight: normal; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Oczywiście, wedle zaleceń, oddałem się wkrótce lekturze. Wbrew
zapowiedziom, Strasburg nie tyle okazał się tłem filmu, co jego
głównym bohaterem. 
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;Obrazami
Francji można uratować nawet nieprzekonujący samą treścią film
(przykład z brzegu – ostatni Allen). Gwarancją sukcesu może być
nawet samo skuteczne ujęcie jej hipnotyzującego piękna. Doskonale
zdaje sobie z tego sprawę Guerín. W&lt;/span&gt;&lt;i&gt; &lt;/i&gt;&lt;i&gt;&lt;span style=&quot;font-weight: normal;&quot;&gt;En la Ciudad
de Sylvia&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt; konwencjonalnego kina
jest wręcz nieprzyzwoicie mało. Sprawia wrażenie pocztówki,
przypominającej te sprzedawane na strasburskiej starówce, przedstawiające pastelowe panoramy miasta. Obraz ten
jest jakby hołdem reżysera, tudzież manifestem jego fascynacji Strasburgiem, jego muzyką i twarzami. Zbudowany jest z nieruchomych ujęć,
wszechobecnej muzyki w nielicznych inkarnacjach, raptem jednego
pełnego, dość lapidarnego dialogu, który przez resztę filmu zastępują gesty i
spojrzenia. Kadry te wywołują uczucie zachwytu, ale też pewnego niepokoju,
jak gdyby zwątpienia w wiarygodność oczarowujących obrazów. &lt;/span&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;font-style: normal; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
W końcu też przyszła
wyczekiwana przeze mnie dziecinna ekscytacja, wywołana rozpoznawanymi co chwila
wąskimi uliczkami, hałasem donośnego sygnału zamykających się
drzwi Eurotramu, znajomą harmonią ulicznej muzyki, śpiewu
ptaków i gwaru kawiarni. W tej pozbawionej puenty historii
odnalazłem dokument swojej własnej wizyty w Strasburgu, zagubienia
i omamienia, jakby kojącego paraliżu. Jestem nawet w stanie odnieść się w empatyczny
sposób do obłędu bezimiennego bohatera, którego wzrok wędruje między twarzami pochłoniętych swoim własnym życiem kobiet. Choć może nie są to o tyle poszukiwania,
co raczej uzależniające próby przeniknięcia przez zimne, niedostępne
piękno dam Strasburga, które i mnie podczas spacerów jego ulicami kierowało na wyrastające z chodnika drzewa i słupy.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;font-style: normal; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Przez cały swój pobyt w Poznaniu Katalończyk
co chwila zasypuje mnie kolejnymi sugestiami z zakresu imponującej spuścizny iberyjskiej literatury i filmu. Sam czuję się z początku
skonfundowany i niezdecydowany, ilekroć głowię się nad sugestiami
rodzimych utworów. Staram się być ostrożny, szukając
uniwersalnego, reprezentatywnego twórcy wyrzucam z siebie w końcu
oczywistości – Kieślowskiego, wczesnego Polańskiego,
Gombrowicza. Jak się okazuje, muszę szukać dalej - Katalończyk
zna ich twórczość doskonale. 
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;font-style: normal; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Wtedy
nadszedł moment epifanii. Nagle zrozumiałem, jak głupi jestem
pozwalając gnębiącym ten kraj drobnoustrojom samodzielnie kreować
jego obraz w mojej głowie. Jakimś cudem, na czas przytoczonego w
tekście turnieju, stałem się zupełnie głuchy na ich głosy (a
może rzeczywiście na jakiś czas sami zamilkli?) Ich wszędobylski
obskurantyzm zniknął zupełnie z mojego życia i myśli. Przez te
trzy-cztery tygodnie żyłem w miejscu, które napawało mnie
spokojem i nadzieją. 
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;font-style: normal; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Zapominam
czasem, że twarzą tego kraju nie musi być maszerująca ulicą
setka łysych pał w wiatrówkach, banda blagierów w źle skrojonych
garniturach i niewidzialne imperium narzekających przed plazmami
wąsatych humanoidów w białych podkoszulkach. To kraj
Kawalerowicza, Lema, Schulza, Andrzejewskiego, Niemczyka, Komedy, Grechuty, Kuronia, Julii
Marcell, Ewy Braun (zespół mam na myśli!) i tych ohydnych
zapiekanek, którymi zachwyca się każdy goszczący w tym kraju
cudzoziemiec. A także, ponad wszystko, kraj otwartych, dobroczynnych i
mądrych ludzi, których tu poznałem (i wciąż poznaję). Za
którymi tęskniłem w Strasburgu i których brakowałoby mi w każdym
zakątku świata. 
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm; text-align: justify;&quot;&gt;
* nie liczę filmów, dla
których plenerem był Londyn, w którym spędziłem dwa miesiące -
retrospekcje z tego okresu wywołują u mnie niespecjalnie pożądane
reakcje.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;270&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/dv2VKhY5w9M?fs=1&quot; width=&quot;480&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/2714556474816494215/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2012/08/en-la-ciudad-de-canalla.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/2714556474816494215'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/2714556474816494215'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2012/08/en-la-ciudad-de-canalla.html' title='En la Ciudad de Canalla'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgGyOmYZKo0GM5G9ZpnOvqfEWB0dOlEZbSqZ7YHUIgh0jqnV78V0Gw_T1SiihZB36-iTpktowuExSolscbRF4Po2b5SR3QH4TwRL77gHzESIo_NZu077TwRqW161Bdgt1HkVENU3Gn62z4/s72-c/35492113.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-5559170791676653942</id><published>2012-03-23T02:31:00.003+01:00</published><updated>2012-08-28T20:55:50.557+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Ja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="kanalia"/><title type='text'>If this isn&#39;t nice...</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm;&quot;&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm;&quot;&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wróciłem właśnie z całkiem przyjemnego występu Jazzpospolitej w Meskalinie. Po koncercie przespacerowałem się Świętym Marcinem, cyfrowe termometry wyświetlały 12 stopni Celsjusza – jeszcze 10 dni temu zabiłbym za taką temperaturę w godzinach dziennych. Planowałem odwiedzić kino Muza, wyprzedane bilety na &lt;i&gt;¡Átame! &lt;/i&gt;Almodovara &lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;pokrzyżowały plany ukoronowania wieczoru w tym sympatycznym przybytku, przygnębiająco jednak zaśmieconym zielonymi puszkami po każdym &#39;Nieprzyzwoicie Tanim Czwartku&#39;. Zamiast goryczy, czuję jakieś zadowolenie, może nawet wdzięczność wobec tego miasta, jakby za samą możliwość przebierania w tylu sympatycznych opcjach, jakby nie patrzeć, w samym środku tygodnia. Nie wiem, co działoby się ze mną, gdybym wciąż mieszkał w mieście, w którym zaraz po zamknięciu jednego z dwóch tamtejszych kin (po blisko 50 latach działalności) otwiera się placówkę dyskontu. Część mojego jestestwa, która odnajduje przyjemność w takich banałach, jak godzinny koncert, albo półtorej godziny sadystycznie hermetycznego kina, prawdopodobnie wąchałaby kwiatki od spodu. A ja naprawdę szczerze życzę każdemu choćby jednego tak łatwo zaspakajanego wariantu &lt;/span&gt;&lt;i&gt;ego&lt;/i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;. Przypomina mi się postać wuja Kurta Vonneguta, przedstawiona w quasi-autobiograficznym &lt;/span&gt;&lt;i&gt;Timequake &lt;/i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;tegoż&lt;/span&gt;&lt;i&gt; &lt;/i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;autora&lt;/span&gt;&lt;i&gt;. &lt;/i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt; Owy wuj n&lt;/span&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;ajbanalniejsze chwile rozkoszy kwitował sakramentalną formułką &#39;&lt;/span&gt;&lt;span style=&quot;color: black;&quot;&gt;&lt;i&gt;If this isn&#39;t nice, what is?&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=&quot;color: black;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;&#39;. Chyba coś podobnego wybełkotałem do siebie podczas rzeczonego spaceru. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Dobrze jest znowu obcować z tym wcieleniem miasta. Moje relacje z Poznaniem to doskonały przykład miłościonienawiści – jesteśmy jak para, która rzuca w siebie talerzami i przeklina dzień, w którym zeszły się ich drogi. Tylko po to, by wieczorem wszelkie animozje wyparowywały ponad małżeńskim łożem. Lata mijają, a ja za żadne skarby nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie siebie u boku innej wybranki. Jednocześnie, tak samo nie potrafię dostrzec sensu zagnieżdżenia się tu na dobre. Jak wielu mężczyzn, dryfuję między monogamicznymi przekonaniami, a mentalnością sowizdrzała-wagabundy.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Powiedziałbym, że mam za sobą najgorszą zimę w życiu. Do tego samego wniosku dochodzę jednak każdej kolejnej wiosny, od kilku dobrych lat. Być może, jeżeli przemilczę makabrę ostatnich pięciu miesięcy, rok następny przyniesie, jeśli nie poprawę, to choćby uspakajającą stabilizację. To niezręczne i niepokojące, kiedy z utęsknieniem wspominasz czasy, które, zdawało mi się wtedy, były kompletną gehenną.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; A więc, z&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;nowu wychodzę na miasto. Znowu szlajam się po kawiarnianych koncertach, znowu pod byle pretekstem walę na mętne filmy/absurdalne spektakle/wernisaże zastawione bohomazami, z których nie jestem w stanie nic odczytać. &lt;/span&gt;Wciąż nie jestem w stanie stwierdzić, czy robię to w celu sprawienia sobie faktycznej przyjemności, czy w celu zakneblowania skrytego we mnie paranoika bojącego się apatii. Mam nadzieje, że wciąż są to po prostu wyciszające eskapady, nie zaś ciągłe ucieczki, czy naiwne poszukiwania czegoś, co to wszystko zmieni, a czego istnienia nie jestem w stanie pojąć. Tylko będąc w ruchu i tylko poza ścianami mieszkania czuję się bezpieczny. Po raz kolejny obiecuję sobie pisać o tym.  &lt;/div&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/5559170791676653942/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2012/03/if-this-isnt-nice.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/5559170791676653942'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/5559170791676653942'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2012/03/if-this-isnt-nice.html' title='If this isn&#39;t nice...'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-8052451199386747692</id><published>2011-10-17T20:09:00.000+02:00</published><updated>2012-08-28T19:13:56.747+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="A Separation"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Asghar Farhadi"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="film"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Nader and Simin"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="recenzja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozstanie"/><title type='text'>Najważniejszy, najpotężniejszy, Irański.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;a href=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEg9NrAhFYbsqhczXae1MGon-Tz3isEsDwgFWzdZ1Ys4yCV0jDK5OeDexLej4AMEXrCy7J_iA18SSkVyOxVLAQ2KpVK9kiPMXSR1jtW3HGgsjddy6AWKBafnLNHy8yUkLMUS-8mMiXLl6do/s1600/rozstanie.jpg&quot; imageanchor=&quot;1&quot; style=&quot;margin-left: 1em; margin-right: 1em;&quot;&gt;&lt;img border=&quot;0&quot; height=&quot;218&quot; src=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEg9NrAhFYbsqhczXae1MGon-Tz3isEsDwgFWzdZ1Ys4yCV0jDK5OeDexLej4AMEXrCy7J_iA18SSkVyOxVLAQ2KpVK9kiPMXSR1jtW3HGgsjddy6AWKBafnLNHy8yUkLMUS-8mMiXLl6do/s320/rozstanie.jpg&quot; width=&quot;320&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Sztuka, artyzm, kultura, popkultura, kontrkultura, zwał jak zwał, wpływ, jaki te zjawiska mają na nasze życie jest zatrważająco olbrzymi. W moim przypadku jest on stanowczo zbyt duży, żeby nie powiedzieć, największy spośród wszystkich czynników w jakikolwiek sposób mnie kształtujących na przestrzeni lat. W wieku 20-paru lat ciężko jest uważać siebie za człowieka rozumiejącego świat. Jeśli jest inaczej, cóż, można mówić w tym przypadku o sporym pechu. Ci co szczęśliwsi mogą do tego czasu z dumą przyznawać się do oświecających, otwierających oczy epifanii, odkrywaniu dzieł rozpoczynających nowe rozdziały w ich krótkich żywotach, nadawać wszystkiemu jakąś ceremonialną rangę. Wszyscy wyciągamy dużo z lektury Dostojewskiego, moralizatorstwa Kieślowskiego, z wypiekami na twarzach wysłuchujemy i rozumiemy rozliczającego się ze swoim życiem Boba Dylana. O balaście, jakim jest poczucie winy dowiadujemy się z literatury Andrzejewskiego, nasze frustracje rozumiemy i akceptujemy dzięki Allenowi, a to, że miłość rozrywa nas na strzępki dociera do nas dopiero za pośrednictwem konfesji Iana Curtisa. Czytamy, oglądamy czy słuchamy jednak hiperbolizacji, rzeczy, które w pierwszej kolejności potrzebują sztuki jako ogniwa, które te idee czy emocje przekonwertuje. Nic to więcej, jak mniej lub bardziej ambitna zabawa w mimetyzm. Sztuka nas krzepi, otacza troskliwym zrozumieniem, które rzadko kiedy przynosi szczerząca zębiska rzeczywistość. Ale to właśnie ten parszywy świat doczesny z czasem uczy nas prozy życia, w najprostszy, ale i najboleśniejszy sposób. Asghar Farhadi, twórca &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Rozstania&lt;/i&gt; zapomina o limitach narzucanych przez dwuwymiarowość sztuki. Zabiera się za swoje rzemiosło gołymi dłońmi, nie posiada żadnych instrumentów, przerysowuje rzeczywistość w sposób najbardziej werystyczny. I osiąga efekt, z którym w kinie jeszcze się nie spotkałem. &lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Rozstanie&lt;/i&gt; nie jest obrazem, który potrafiłbym przeanalizować pod kątem aktorstwa, reżyserii, czy ogólnie formy, jakkolwiek znakomita by nie była. Porażająca jest sama uniwersalność tego dzieła, co jest szczególnie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z filmem irańskim, kręconym pod okiem cenzora w postaci teokratycznego rządu, w kraju reprezentującym obyczajowość i uduchowienie odległe człowiekowi zachodu. Już we wcześniejszym swoim dziele, znakomitym &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Co Wiesz o Elly&lt;/i&gt;, Farhadi zręcznie unikał jednoznacznego obrazowania życia młodych Irańczyków. Dramat bohaterów &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Co Wiesz o Elly&lt;/i&gt; nie odnosił się do problematyki jednego, enigmatycznego dla europejczyka społeczeństwa. Wraz z &lt;i&gt;Rozstaniem&lt;/i&gt;, oba filmy obrazują tragedie każdej istoty ludzkiej rozerwanej pomiędzy własną godnością a dobrem drugiego człowieka.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wspomniane &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Co wiesz o Elly&lt;/i&gt; traktowałem jeszcze jako nieplanowane, ale cudowne dziecko cenzury. Było antidotum na przesadnie wyemancypowane kina amerykańskie i (przede wszystkim!) Europejskie. Nie&amp;nbsp; istnieją w zachodniej kinematografii słowa niewypowiedzianych, nie ma obrazów, których nie mogliby pokazać twórcy działający w środowisku nienaznaczonym piętnem ekstremistycznej obyczajowości. Zdawało mi się, że niezbędne niedopowiedzenia czynią to kino mocniejszym, bardziej wymownym. Po &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Rozstaniu&lt;/i&gt; wiem, że przekaz Farhadiego jest tak naprawdę kompletnie nieskrępowany jakimikolwiek zewnętrznymi limitami. Wizja autora jest niesamowicie jasna i wymaga środków bardzo skromnych. &lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Mając na uwadze, że dzieło Farhadiego zręcznie wymyka się zagrożeniu podzielenia losu polskich &quot;półkowników&quot;, wręcz wypada traktować to dzieło na równi z każdym zachodnim produktem. W świetle takiej klasyfikacji, &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Rozstanie&lt;/i&gt; pozostawia w tyle całe dekady kina zachodniego. Osiąga bowiem coś, do czego aspirowało wielu okcydentalnych twórców, z których żaden jednak nie osiągnął tak porażającego efektu w sposób tak bezkompromisowy. Dotychczas za porażający film uważałem &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Czas Apokalipsy&lt;/i&gt;. Być może jedynie zbrutalizowaną wariację na temat &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Jądra Ciemności&lt;/i&gt;, jednak w sztuce kinematografii dzieło niemalże kompletne. Nie zmienia to faktu, że film nie odniósłby tak monstrualnego sukcesu, gdyby porażające słowa Kurtza nie były wybełkotywane przez zmanierowaną megagwiazdę Marlona Brando. Conradowski przekaz ukryty był między helikopterami, efektownie burzonymi atrapami wiosek i sztachającym się zapachem napalmu Robertem Duvallem.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Konkluzja &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Rozstania&lt;/i&gt; nie potrzebuje wojennego kamuflażu. Owszem, tak, jak &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Co Wiesz o Elly&lt;/i&gt; jest doskonale skonstruowaną tragedią, trzymającą w napięciu i kompletną w formie, nie jest to jednak zasługa warsztatu i zastosowanych środków – jest to efekt zdeterminowanej wizji i bezkompromisowości w uchwycenia kilku dni z życia dwóch irańskich rodzin. To film, którego nie można interpretować, nawet, jeśli urwane zakończenie pozostawia film bez epilogu. Bohaterami nie są neurotyczne kreacje Allena, ani średniowieczni rycerze Bergmana, w którego dziełach skądinąd poruszające wnioski szmuglowane są pod postacią ezoterycznej baśni. Farhadi odnajduje w sobie odwagę by kompletnie zaniechać korzystania z jakichkolwiek instrumentów mogących uczynić ten obraz bardziej przystępnym (ani też żadnych mogących uczynić go jeszcze cięższym, dla spotęgowania wrażenia!). &lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pozbawione metaforyki i ornamentyki przesłanie &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Rozstania&lt;/i&gt; jest boleśnie jasne - jest to film o cierpieniu. Cierpią w nim wszyscy - dwa młode małżeństwa, zniedołężniały człowiek oderwany już od codziennego świata, największa jest jednak gehenna pojawiających się w filmie dzieci. 11-letnia dziewczynka musi dokonać najcięższego wyboru spośród wszystkich, pomiędzy rozstającymi się rodzicami - szukająca ucieczki matką a bezradnie uginającym się pod ciężarem walącego się świata ojcem. Wszystko to w milczeniu obserwuje kilkuletnie dziecko, przedwcześnie doświadczające brutalności świata, z biegiem filmu coraz lepiej rozumiejąca rozgrywające się wokół niej piekło. To cierpienie nie uszlachetnia, pozostawia po sobie zniszczenia, nieodnawialne szkody, rany, które się nie zagoją. &lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Biorąc pod uwagę fakt, że sceny te rozgrywają się w Iranie, zastanawiać się można, jaki wpływ na życie bohaterów ma wiara mahometańska i ściśle związane z nią obyczaje. O dziwo, odniesienia do samej religii i jej wpływu na życie są nieliczne. Nie ulega jednak wątpliwości, że bóg jest tu ponad ludźmi i w życiu każdego jest najważniejszy. Nie jest ten fakt&lt;span style=&quot;color: red;&quot;&gt; &lt;/span&gt;pokazywany usilnie, widać to w drobnych gestach, chwilach, gdy ktoś musi przysiąść na Koran, kiedy wierząca kobieta konsultuje każdy swój krok z doradcą duchowym. Jest to bariera nie do przebicia, siła, wobec której każdy człowiek jest mały, pokorny, jego interes traci jakiekolwiek znaczenie.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nawet w świetle ciążących nad bohaterami dogmatów, źródło ich tragedii leży w najprostszych ludzkich słabościach. Emocje przeżywane przez mieszkańców Teheranu nie są obce żadnemu człowiekowi. Tak, jak w &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Co wiesz o Elly&lt;/i&gt;, kluczowe znaczenie mają tu najdrobniejsze kłamstwa, niewinne, popełniane w przeświadczeniu, że nie mogą doprowadzić do jakichkolwiek konsekwencji, często czynione w dobrym zamiarze. Każdy jest z nich rozliczany i płaci olbrzymią cenę. Wiąże się okrutna reakcja łańcuchowa, każdy rozpaczliwie chce obronić to, co jest dla niego cenne. Rodzi się konflikt pomiędzy instynktem przetrwania, koniecznością uratowania siebie przed hańbą, a potrzebą chronienia przed zgubą najbliższych. Nie ma osób złych, nie ma osób winnych, są tylko ich słabości, drobna &lt;i&gt;hamartia&lt;/i&gt;, doprowadzająca jednak do najstraszniejszego dramatu. Życie nie potrzebuje czarnego charakteru, by zamienić się w piekło. &lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Rozstanie&lt;/i&gt; to film będący mile świetlne przed teraźniejszym kinem europejskim i amerykańskim. Asghar Farhadi odnajduje w sobie odwagę i sposób na przekazanie czegoś, co już wielu próbowało w kinie, każdy zmuszony był jednak posługiwać się kompromisami. W tym przypadku mamy do czynienia z arcydziełem kompletnym. Filmem, który tak naprawdę ciężko jest sklasyfikować jako kino. Ani sekunda dwugodzinnego seansu nie dostarcza rozrywki, choćby klatka tego filmu nie pretenduje nawet do miana sztuki. To życie utrwalone na taśmie celuloidowej, odwzorowane jak nigdy dotąd, przerażająco brutalne, zatrważająco prawdziwe.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/div&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/8052451199386747692/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/10/najwazniejszy-najpotezniejszy-iranski.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/8052451199386747692'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/8052451199386747692'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/10/najwazniejszy-najpotezniejszy-iranski.html' title='Najważniejszy, najpotężniejszy, Irański.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEg9NrAhFYbsqhczXae1MGon-Tz3isEsDwgFWzdZ1Ys4yCV0jDK5OeDexLej4AMEXrCy7J_iA18SSkVyOxVLAQ2KpVK9kiPMXSR1jtW3HGgsjddy6AWKBafnLNHy8yUkLMUS-8mMiXLl6do/s72-c/rozstanie.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-4970927624869578572</id><published>2011-10-11T22:11:00.000+02:00</published><updated>2011-10-11T22:11:54.664+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Blue Note"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Julia Marcell"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><title type='text'>Julia Marcell 8.10.2011, Poznań, Blue Note.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;mso-margin-bottom-alt: auto; mso-margin-top-alt: auto;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W przypływie szczerości przyznam się, że urokowi Julii Marcell uległem jeszcze przed usłyszeniem jakiegokolwiek jej utworu. Pamiętam wrażenie, jakie zrobił na mnie promujący jedną z jej pierwszych tras plakat. Było coś wyjątkowo magnetyzującego w obrazku zarumienionej szatynki w cętkowanej sukience, składającej dłonie, jakby wydającej z siebie wysoki okrzyk. Jak się później okazało, płyta&lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt; It Might Like You&lt;/i&gt; i promujący ją koncert w Minodze dostarczyły mi dokładnie to, co rzeczony plakat sugestywnie zapowiadał – arię delikatności i lapidarności, zaserwowaną jednak z dozą jakiejś dziecięcej bezczelności. I choć &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;June&lt;/i&gt;, świeża płyta Pani Julii pozornie zdaje się przynosić dość radykalne zmiany wizerunkowo-muzyczne, artystka wciąż z właściwą berbeciowi zuchwałością łamie konwenanse grając muzykę będącą absolutnym zaprzeczeniem wszystkiego co trawi rodzimą scenę. Muzykę odważną, niewymuszoną, nie tyle wyprodukowaną, co jakby wymarzoną przez wyjątkowo nadpobudliwą wyobraźnię. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;mso-margin-bottom-alt: auto; mso-margin-top-alt: auto;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W nieco inny rodzaj osłupienia wpadłem natrafiwszy na sesję zdjęciową promującą wspomniany już nowy krążek. Dość krzykliwa, żeby nie powiedzieć prowokującą. Przedpremierowe zapowiedzi zwiastowały płytę zrytmizowaną i bardzo dopieszczoną, a więc antytezę debiutu będącego zbiorem ujmująco prostych, jakby improwizowanych opowieści. Swoje atelier Julia znalazła w Niemczech, miała więc prawo zapomnieć, że naszym narodowym, często mocno ortodoksyjnym gustom dogodzić jest wyjątkowo ciężko. Materiał bliźniaczo podobny do &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;It Might Like You&lt;/i&gt; zrodziłby pewnie dyskusje na temat długotrwałości formuły, nazbyt radykalna zmiana mogłaby wzniecić różne podejrzenia i oskarżenia. A że słuszność swojego kierunku zawsze najłatwiej jest obronić na scenie…&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;mso-margin-bottom-alt: auto; mso-margin-top-alt: auto;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W wypełnionym po brzegi Blue Nocie wszelkie wątpliwości i obawy zostają rozwiane. Julia, z początku nieco onieśmielona, jakby zaskoczona imponującą frekwencją, zaczyna od upiornego &#39;Outer Space&#39;, na żywo jeszcze bardziej demonicznego niż na fenomenalnym debiucie. W przepełnionym różnorodnymi emocjami i barwami repertuarze Pani Marcell wszystkie ulegać będą takiemu natężeniu. Ciepły i rozmarzony &#39;Carousel&#39; spotyka się z adekwatnie entuzjastycznym przyjęciem – jakby speszona Julia zatrzymuje się na chwilę podczas jego stonowanego wstępu. Choć śpiewając pochyla się nad mikrofonem jak dziecko zdmuchujące świeczki z urodzinowego tortu, uwolniona od klawiszy i staje się rozczulająco nadpobudliwa, ni to tańcząc, ni to podskakując w miejscu, bawiąc się wszystkim, co jej wpadnie w ręce. Jest jak mała dziewczynka, biegająca między nogami dorosłych, ciągnąca za nogawki, ściągająca obrusy ze stołów, za wszelką cenę chcąca pozostać w centrum uwagi.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;mso-margin-bottom-alt: auto; mso-margin-top-alt: auto;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Znakomite wrażenie robi orbitujący wokół Julii ansambl. Nie jest to zbieranina przypadkowych gastarbeiterów, cały zespół tworzy idealne przedłużenie osobliwej wizji artystki. Nadają nowe znaczenie haśle ‘classical punk’, nieszczęsnej etykiecie, która przyległa do artystki w okresie debiutu. Pozbawiona gitar muzyka Julii uderza z obezwładniającą siłą, co więcej, ma ona w sobie wszystko, co powinien mieć (a wydaje mi się czasem, że na dobre już utracił) punk – zawadiackość, werwę i krnąbrną potrzebę zwrócenia na siebie uwagi.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;mso-margin-bottom-alt: auto; mso-margin-top-alt: auto; text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Nowy materiał prezentowany jest wyjątkowo sowicie. Nie tyle szokuje i wprawia w zakłopotanie, co imponuje odwagą. Ponad wszystko zaś, poraża różnorodnością. Singlowa &#39;Matrioszka&#39; to utwór czysto taneczny, oparty na miażdżącym jak rozpędzona lawina rytmie. W numerze przewrotnie zatytułowanym &#39;I Wanna Get on Fire&#39; dużo jest chłodu, skrzypki doskonale zlewają się z elektroniką, a z reguły subtelny i kojący głos Julii brzmi naprawdę niepokojąco. Pojawiają się loopy, co zawsze jest przedsięwzięciem ryzykownym, mogącym zagotować krew w purystach. Na szczęście, nawet najbardziej konsternujące z początku nowinki są mocno naznaczone piętnem Julii. Choć słyszę materiał po raz pierwszy, nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś może jeszcze uparcie porównywać artystkę z innymi nazwiskami (bądź pseudonimami zawierającymi &quot;o&quot; z umlautem). W przypadku artystki tak wyrazistej jest to absolutnie bezcelowe. Paradoksalnie, czuję, że przyszłe generacje rodzimych wokalistek może czekać klątwa Julii – to one będą z nią zestawiane. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;mso-margin-bottom-alt: auto; mso-margin-top-alt: auto; text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Julia bisuje kilkukrotnie, po wyczerpaniu przygotowanego materiału spontanicznie dubluje &#39;Matrioszkę&#39;, scenę i tak opuszcza jakby wbrew sobie, jak gdyby uparcie chciała pozostać na niej jak najdłużej. Nieokiełznana energia tego utworu utwierdza mnie w przekonaniu, że wśród osób poruszonych przez &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;It Might Like You&lt;/i&gt; nowa płyta wzbudzać będzie skrajne opinie. Zanim wyrażę swoją, minąć będzie musiało trochę czasu. Gdy po koncercie ruszyłem ku stoisku z płytami, po kopiach &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;June&lt;/i&gt; nie było już śladu.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;mso-margin-bottom-alt: auto; mso-margin-top-alt: auto;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Opuszczam Blue Note oczarowany po raz kolejny, ponownie patrząc na fenomen Julii Marcell z pewnym niedowierzaniem. Nazywając tą muzykę &quot;poezją&quot; w oczach wielu popełnię zapewne marny frazes. Na obronę zaznaczę jednak, że nie bierze się to skojarzenie z natury warstwy lirycznej, która w gruncie rzeczy aspiruje do miana miniaturowej prozy. Jakkolwiek pretensjonalnie zabrzmi ta aluzja, pokoncertowe odczucia przywodzą mi na myśli, tfu, Platona, pomstującego na sztukę poezji w &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Republice&lt;/i&gt;. Nazywa ją tam pożywieniem dla naiwniaków, sprowadza jej rolę do bezczelnych prób deformowania rzeczywistości i stawiania wrażliwości ponad rozumem. I takiego właśnie występku dopuszcza się muzyka Julii Marcell – tworzy świat niedorzecznie wręcz radosny, kolorowy, jakby zrodzony w wyobraźni zarumienionego dziecka. Taki, któremu za diabli nie da się nie ulec.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;mso-margin-bottom-alt: auto; mso-margin-top-alt: auto; text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;A na koniec małą ciekawostka. Przy barze, w odległości jednego łokcia od autora ulokowała się jeszcze jedna znakomita krajowa wokalistka. Występ rówieśniczki zdaje jej się podobać. W odpowiednim momencie zaczyna nawet podśpiewywać refren „Night of the Living Dead”. Uświadczający tego utworu z takim to dodatkowym chórkiem autor jest wówczas na skraju zawału.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.juliamarcell.com/&quot;&gt;www.juliamarcell.com/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;270&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/o3V3SIoBw94?fs=1&quot; width=&quot;480&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/4970927624869578572/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/10/julia-marcell-8102011-poznan-blue-note.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/4970927624869578572'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/4970927624869578572'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/10/julia-marcell-8102011-poznan-blue-note.html' title='Julia Marcell 8.10.2011, Poznań, Blue Note.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/o3V3SIoBw94/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-4543557682510384625</id><published>2011-10-08T18:58:00.001+02:00</published><updated>2011-10-08T19:04:15.062+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Ja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="kanalia"/><title type='text'>Hej ho #2.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;W oczekiwaniu na wieczorny koncert Julii Marcell, a więc artystki, której zeszłoroczny występ odpalił działalność tego bloga, dochodzę do wniosku, że dobrze będzie, jeśli powtórzę poprzedzający tamtą relację rytuał. Tym bardziej, że nie zamiaru usprawiedliwiać czterech miesięcy śpiączki. Po prostu, sądzę, że po takiej przerwie przyzwoicie byłoby przedstawić się po raz drugi. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Odświeżając sobie moje zeszłoroczne przywitanie dochodzę do wniosku, że choć mam za sobą okres licznych zakrętów, zmian i różnorakich eksperymentów, ostatecznie zatoczyłem koło, znajduję się dziś w identycznym punkcie. Wciąż uważam czas wolny za swojego największego wroga. Personifikuję go sobie w postaci jakiegoś ponurego nemezis, złowrogiego antagonisty. Puste pola w terminarzu są jak pułapki żywochwytne, w które wpadam jak półślepy gryzoń. Im więcej go miałem w ciągu ostatnich kilku miesięcy, tym bardziej popadałem w wyniszczające nieróbstwo, które usprawiedliwiałem potrzebą odpoczynku, odzyskania równowagi. &amp;nbsp;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Owe miesiące utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie będzie to możliwe. Dziś, tak się zabawnie składa, że w dniu 23-ich urodzin, dochodzę do wniosku, że czeka mnie kolejny rok wściekłości i wrzasku, rok szarpaniny, od której uwolnić mnie mogą tylko jeszcze więksi szaleńcy i frustraci – a takimi ludźmi muszą być chyba wszyscy, którzy próbują uprawiać sztukę w tym kraju. Jako osoba ciągle poszukująca zrozumienia i usprawiedliwienia dla swojej paranoidalności, będę ich podziwiał jak najczęściej. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Tym samym, wchodzę w 24 rok swojego życia w typowym dla mnie duchu - wściekły i rozgoryczony. Ale właśnie dzięki tym parszywym emocjom pełen zapału, potrzeby wrażeń, jeszcze większej potrzeby uzewnętrzniania ich. Nawet, jeśli nigdy nie wiązało się to z pragnieniem jakiejkolwiek afirmacji czy atencji. Jeśli komuś zdarzało się tego bloga czytywać regularnie, rzucić mogło się w oczy, że raczej stronię od agresywnej krytyki. Robię to jakby na przekór ogólnym panującym w sieci tendencjom, internetowa publicystyka to festiwal chłosty i szkaradnej retoryki. Sam doszedłem do wniosku, że nie mam czasu i energii na pisanie o rzeczach, które mi się nie podobają. Pisania o miernocie, z powodów czysto zdrowotnych, staram się unikać. W sieci więcej przelewa się żółci, niż wznosi peanów, proszę więc się nie dziwić, że moje recenzje, miast być krytyczną analizą, przemieniają się w modlitwę dziękczynną. Zresztą, jest to przy okazji kompletnym przeciwieństwem moich doznań powszednich. Blog ten był zawsze formą autoterapii. Być może dlatego też zaniechałem pisywania tutaj – sądziłem, że potrzebne jest mi nowe remedium. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Jestem człowiekiem bardzo młodym, choć wielu moich rówieśników już teraz spogląda na siebie z karykaturalną wręcz powagą. Padam jednak ofiarą jednej z najbardziej irytujących dolegliwości osób, które nie potrafią nabrać odpowiedniego dystansu do pewnych spraw. Głównym&amp;nbsp;źródłem&amp;nbsp;moich bolączek, mojego wyniosłego weltzschmerzu jest użeranie się z przeszłością, niemożność cofnięcia czasu, naprawienia, czy też odbudowania tego, co się zepsuło, zaniechało, odzyskania czegoś, na czym człowiekowi zależało, a co bezpowrotnie przepadło. Tutaj, wyjątkowo, mogę w bardzo prosty sposób zatoczyć koło, wrócić do punktu &quot;A&quot; i wystartować ponownie, chorobliwie nadgorliwy, jeszcze wścieklejszy, jeszcze chętniej folgujący sobie w ciągnących się wywodach. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;A więc, zaczynamy od nowa.&amp;nbsp;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/4543557682510384625/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/10/hej-ho-2.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/4543557682510384625'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/4543557682510384625'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/10/hej-ho-2.html' title='Hej ho #2.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-3437495252112479007</id><published>2011-06-09T16:58:00.000+02:00</published><updated>2011-06-09T16:58:54.905+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Frank Turner"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Meskalina"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="wywiad"/><title type='text'>Wywiad: Frank Tuner.</title><content type='html'>&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Od jakiegoś czasu nosiłem się z planem poszerzenie zakresu Kultury Kanalii o wywiady z muzykami tryumfalnie podbijającymi (nieprzerwanie topniejące w liczebności) audytoria poznańskich koncertów. Sądziłem, że warto by było kiedyś umówić się rozmowę z którymś z tych sympatycznych skandynawskich zespołów z licealistami w składach, systematycznie odwiedzających nasze miasto. Jako osoba nie przepadająca za gdybaniem i fantazjowaniem, będąc (podobnie jak niedoszły prezydent kraju) &quot;człowiekiem czynu&quot;, pod wpływem jednorazowego impulsu postanowiłem z miejsca porwać się z motyką na słońce, próbując zaaranżować wywiad z odwiedzającym Meskalinę Frankiem Turnerem. Drogą mailową udało mi się przekonać zainteresowanego do rozmowy, paradoksalnie, dopiero wtedy rozpoczęło się pasmo komplikacji i kolejnych odpadających możliwości rejestracji rozmowy. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Prócz marnej jakości, pozory fachowości wywiadu pogrążają wybuchy mojego paskudnego śmiechu i ciągłe interrupcje, których prowodyrem był sam internowany. Przygotowane pytania poszły w diabli, Frank zamienił wywiad w luźną konwersację, pełną zabawnych anegdot i, co tu ukrywać, licznych nawiązań do fascynacji dzielonych z jąkającym się autorem wywiadu. Mimo wielu osobistych zastrzeżeń do ostatecznego efektu, jestem olbrzymie zadowolony z przebiegu rozmowy i ujmującej serdeczności, którą wykazał się Frank. Były to chwile nie mniej ekscytujące, niż późniejszy, &lt;a href=&quot;http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/06/frank-turner-03062011-poznan-meskalina.html&quot; style=&quot;color: #3778cd;&quot;&gt;absolutnie fenomenalny koncert Brytyjczyka&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Koleżance Ewie, dzięki której udało się ten wywiad zarejestrować z całego serca dziękuję. Chylę czoła przed Kamilem, którego pomoc przy obróbce tego diabelstwa wybawiła mnie od widma załamania nerwowego. &lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.blogger.com/%20http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/06/frank-turner-03062011-poznan-meskalina.html&quot; msonormal&quot;=&quot;&quot; style=&quot;color: #3778cd;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;344&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/Ylr4nIcnh7A?fs=1&quot; width=&quot;425&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/3437495252112479007/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/06/wywiad-frank-tuner.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3437495252112479007'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3437495252112479007'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/06/wywiad-frank-tuner.html' title='Wywiad: Frank Tuner.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/Ylr4nIcnh7A/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-739148673236341593</id><published>2011-06-07T20:12:00.001+02:00</published><updated>2011-06-09T16:51:53.088+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Frank Turner"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Meskalina"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><title type='text'>Frank Turner 03.06.2011, Poznań, Meskalina.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;„I knew Frank Turner before he got famous”, chwalą się na forach i pod youtube&#39;owymi klipami uprzedzający muzyczne trendy elitaryści. W tym kraju frazes ten nabiera szczególnego, autentycznie wyróżniającego nas na tle reszty świata wydźwięku. Naprawdę wydawać się może, że Frank dorobił się statusu muzycznej rewelacji wszędzie, poza haniebnym wyjątkiem w postaci naszego rodzimego podwórka. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Dlaczego tak się dzieje? Nie jestem w stanie wytłumaczyć. Czasem wydaje mi się, że istnieje jakaś nienazwana, omnipotencyjna siła kształtująca gusta muzyczne naszego narodu. Być może przyjmująca formę celnika, uparcie tarasującego drogę próbującym przedrzeć się tu fenomenom mogącym zagrozić statusowi i tak umierającej krajowej sceny. Gdybania na bok, choć dotychczasowa nieznajomość osoby Franka Turnera nie czyni kogokolwiek muzycznym dyletantem, szczerzę radzę tą zaległość natychmiast nadrobić. W tym miejscu czuję się zobowiązany, by artystę naprędce przedstawić.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Frank zaczynał w zespołach Kneejerk i Million Dead, drugiej z nich udało się nawet narobić odrobinę szumu w hardcorowym półświatku. W roku 2005 Million Dead dokonuje żywota, Frank chwyci za gitarę akustyczną i począwszy 2006 rokrocznie wypuszcza nowy materiał. Dorabia się statusu gwiazdy, jeździ w trasy z Social Distortion, The Offspring i Green Day, grywa na największych festiwalach na kontynencie. Zgarnia nagrody w plebiscytach prestiżowych magazynów muzycznych, jest pupilkiem krytyków, jego płyty sprzedają się wyśmienicie. W miniony piątek Frank gości w naszym kraju po raz drugi, drugi raz jest to Poznań, znowuż też klub Meskalina, miejscówka, delikatnie mówiąc, dość kameralna. Frekwencja? Szczerze wątpię, by wyprzedała się pula 150 biletów. Szukanie w tym wszystkim logiki i wyciąganie jakichkolwiek wniosków pozostawiam czytelnikom. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zanim zacznę dzielić się pokoncertowymi wrażeniami, jeszcze raz podkreślę fakt, że mamy tu do czynienia z jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów, jacy zawitają w tym roku do Poznania. W czwartek ukazuje się jego nowa płyta, &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;England Keep My Bones&lt;/i&gt; - Frank krzyżując palce chwali się, że ma szanse na zadebiutowanie w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się płyt w UK*. Otwierającym krążek &quot;Eulogy&quot; rozpoczyna swój występ w Meskalinie.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Choć do premiery płyty zostało parę dni, pośród publiki znajduje się sporo osób śpiewających pierwsze wersy tekstu. Znam je i ja, choć utwór zdążyłem odsłuchać raptem raz, &lt;a href=&quot;http://www.nme.com/news/frank-turner/56962?recache&quot; style=&quot;color: #3778cd;&quot;&gt;na stronie NME&lt;/a&gt;. Za komendą kapelmistrza unoszę w górę butelkę napoju, do oczu cisną mi się łzy. Płaczliwie emocjonalny stawał się będę tego wieczoru niejednokrotnie. Tak dobry i nieskazitelnie autentyczny jest w tym co robi Frank.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Samozwańczy produkt angielskiej średniej klasy i specjalista od tanich rymowanek zawitał do Poznania z dokooptowanym ansamblem i niech mnie diabli, jeśli nie miał nosa dobrawszy sobie rodaków z Dive Dive, nieodstępujących mu na krok żywiołowością i radością grania. A że na najnowszej płycie Frank korzysta z ich usług nad wyraz szczodrze, świeże kawałki takie jak &quot;Peggy Sang the Blues&quot; i &quot;One Foot Before the Other&quot; wypadają naprawdę krzepko. Równie często jak do nowej płyty zespół sięga do fenomenalnego krążka &lt;i&gt;Love Ire &amp;amp; Song&lt;/i&gt;. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz bawiłem się tak dobrze, jak przy bezpretensjonalnych, rozczulająco sentymentalnych &quot;Reasons Not to Be An Idiot&quot;, &quot;I Knew Prufrock Before He Got Famous&quot; i &quot;Substitue&quot;. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Przy pełnym podziwie i szacunku dla wtórujących Frankowi grajków, highlightem koncertu są utwory wykonywane przez lidera solo. Wśród nich znajduje się miejsce dla &quot;Thunder Road&quot;, coveru Bruce’a Springsteena i &quot;Dan&#39;s Song&quot;, podczas którego publiczność przejmuje partię harmonijki naśladując jej dźwięk. Ktoś powiedziałby, że to tylko błazeńska, infantylna zabawa, frajda jednak niesamowita. FT sięga też do swoich najwcześniejszych dokonań – wykonuje pełne werwy &quot;Nashville Tennessee&quot;. Po koncercie chwali mi się, że dodał ten utwór mając w pamięci zadane mu przeze mnie pytanie, w którym odniosłem się do tekstu utworu*. Może to tylko kokieteria, co nie zmienia faktu, że gest przemiły. W rzeczonym fragmencie liryk poeta dla jasności definiuje swoją muzykę - &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;A simple scale on an old guitar, and a punk rock sense of honesty&lt;/i&gt;. Doprawdy, nie przychodzi mi do głowy żaden zespół punkowy tak szczery, tak prostoduszny, jak Frank we własnej osobie. Jest ucieleśnieniem wszystkiego, co stanowi esencję punka – odwagi, niezłomności i naiwnego idealizmu. Pozostawanie osobą kompletnie niezniszczoną przez sukces i sławę to najbardziej punkowa rzecz, z jaką się spotkałem. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Widziałem w życiu garstkę koncertów. Parę z nich naprawdę przyzwoitych. Przeróżni wykonawcy nieraz imponowali mi zaangażowaniem, jawną radością czerpaną z grania, entuzjazmem niezrażonym fatalną frekwencją, marną organizacją czy problemami natury technicznej, a przynajmniej jeden, średnio dwa z tych czynników to nieodłączna część każdego koncertu w tym kraju. Nie spotkałem się jednak jeszcze z kimś równie zakochanym w swoim rzemiośle jak Frank. Muzyka nie jest dla niego zajęciem, jest dla niego życiem. Kariera tego faceta to nieprzezwane pasmo sukcesów, konsekwentnego zdobywania coraz to większego podziwu i uznania, koncertów na największych festiwalach. W skromnym poznańskim klubiku daje występ w którym jest ogień, którym byłby w stanie roznieść w pył Koloseum. Widać, że jest to człowiek, który chce dotrzeć ze swoją muzyką do każdego. A że spotyka się w naszym kraju z dość nieznacznym odzewem? Na dłuższą metę, nikomu z obecnych w Meskalinie to chyba nie przeszkadza. W moich oczach, fakt ten z miejsca staje się istnym błogosławieństwem. Choć to muzyka o stadionowych aspiracjach, nie wyobrażam sobie Franka w innych warunkach, niż między przytulnymi ścianami zacisznego klubu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
*Przed koncertem udało mi się przeprowadzić wywiad z Frankiem. Zapis rozmowy i wideo już wkrótce na Kulturze Kanalii!&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://frank-turner.com/&quot;&gt;http://frank-turner.com/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;295&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/mKkIysX2Bow?fs=1&quot; width=&quot;480&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/739148673236341593/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/06/frank-turner-03062011-poznan-meskalina.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/739148673236341593'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/739148673236341593'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/06/frank-turner-03062011-poznan-meskalina.html' title='Frank Turner 03.06.2011, Poznań, Meskalina.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/mKkIysX2Bow/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-8988722706674225921</id><published>2011-06-01T17:49:00.000+02:00</published><updated>2011-06-01T17:49:17.985+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Blue Note"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Kev Fox"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Smolik"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="The Black Heart Procession"/><title type='text'>The Black Heart Procession, Kev Fox 29.05.2011, Poznań, Blue Note.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wybierając miejsce studiów nie kierowałem się profilem uczelni, kierunkiem exodusu rówieśników, tym bardziej jakimikolwiek sugestiami osób trzecich. Chciałem uciec jak najdalej od bagna monotonii, w którym przyszło mi dorastać. Pod jednym względem jestem zadowolony z ostatecznie wybranej mieściny - życie mam tu ciekawe, rozrywek jest od groma, miałem też szczęście natrafić na garść naprawdę interesujących osób. Wyłączywszy jednak kwitnące życie kulturalne, od samego momentu przeprowadzki wszystkie inne aspekty mojej codzienności zaczęły się sypać z szybkością burzonego dynamitem budynku. Lata szarpaniny przemieniły mnie z pogodnego młodzieńca w wiecznie przejętego ponuraka. Na szczęście (?), z biegiem lat oswajam się z tym stanem, a wspomnienia z czasów apatycznej młodości utwierdzają mnie w przekonaniu, że podjąłem prawidłową decyzję. Stojąc przed patowym wyborem między nudą a depresją, zawsze wybierać będę to drugie.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Skoro przy złych nastrojach jesteśmy, niewiele słyszałem zespołów równie dołujących, co The Black Heart Procession. W zestawieniu z dokonaniami rzeczonej kapeli liryki z &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Closer&lt;/i&gt; Joy Division brzmią jak Simon &amp;amp; Garfunkel. Kalifornijczycy (tam można być smutnym?) liczebnością utworów ze słowami &quot;love&quot; i &quot;heart&quot; w tytule śmiało mogą konkurować z Whitesnake, przy czym w każdym przypadku jest to miłość niespełniona, skrajnie toksyczna, serca zaś krwawią przekłuwane zatrutymi sztyletami. Same teksty ocierają się o, zdawałoby się intencjonalną, grafomanię (&lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Look what you&#39;ve done to me&lt;/i&gt;/&lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Look at my tears&lt;/i&gt;/&lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Forget my heart &lt;/i&gt;– Chryste!). Radykalność tej otoczki sprawia wrażenie swoistego &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;tongue in cheek&lt;/i&gt;, pastiszu straceńczego romantyzmu. Warto dodać, że okraszonego nie mniej dekadencką, nasiąkniętą kinematograficzną aurą muzyką. Utwory na takim &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Amores de Tropico&lt;/i&gt; zachwycają zarówno przebojowością, brawurowym przeskakiwaniem między różnymi stylami, jak i duszną, intrygującą atmosferą. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Na orkiestralny wręcz rozmach cechujący wyżej wymienioną płytę nie było co tego wieczoru liczyć. Zespół przyjechał z repertuarem proklamowanym jako &quot;stripped down show&quot;. Ku rozczarowaniu wszetecznych umysłów, oznaczało to wizytę The Black Heart Procession w uszczuplonym składzie, a więc z okrojonymi interpretacjami utworów.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Rola supportu przypadła Kevowi Foxowi, tęgiej budowy Brytyjczykowi o aparycji fabrycznego robotnika, zamiast poliestrowego kombinezonu przywdziewającego ciemną marynarkę. Na scenie zjawia się bezszelestnie, nie przywitały go najmniejsze choćby brawa. Niezniechęcony tym bard z utworu na utwór zasłużenie wznieca jednak coraz większy aplauz. Obdarzony donośnym głosem i wyrazistym brytyjskim akcentem, loopując kolejne ścieżki gitar tworzy interesujący kolaże, czasem subtelne, chwilami wręcz krzykliwe, zawsze wykonane z werwą i uczuciem. Gdzieś w połowie występu dołącza do niego nikt inny, jak Andrzej Smolik. Mając za sobą (przerwane na chwilę przed postradaniem wszystkich zmysłów) szkolenie na doradcę finansowego, zwykłem podejrzliwie spoglądać na każdą osobę reklamująca bank. Czego by nie mówić o świeżo upieczonym członku Rady Akademii Fonograficznej, jest to człowiek z papierami na granie muzyki. Ulokowany w głębi sceny, subtelnymi partiami gitary hawajskiej i akordeonu należycie urozmaicił balansującą między szeptem a wrzaskiem ekspresję Foxa.&amp;nbsp;&amp;nbsp;  &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W trakcie występu supportu brodaty Thobias Nathaniel pochłania przy barze przezroczysty napój, przy czym zaznaczyć muszę, że wodę mineralną podaje się w Blue Nocie w innych szklankach. Wkrótce po zakończeniu setu Foxa muzyk zasiada przy zajmującym połowę sceny fortepianie. Po chwili dołącza do niego wokalista Pall Jenkins, który zaczyna odgrywać płaczliwe dźwięki na... pile. Z początku rzeczywiście sprawia to wrażenie knajpianego kabaretu, z lekka zaprawionego mocnymi trunkami. Desperackie zawodzenie Palla ociera się o fałsz, można odnieść wrażenie, że panowie pozy schyłkowców przybierają w celach czysto pamfletowych. Jenkins podnosi się z krzesła przy trzecim w kolejności &quot;Cry for Love&quot; i, przyznam szczerze, widok jest to zatrważający. Mocno napęczniały, kompletnie nieruchomy, &lt;span style=&quot;font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;&quot;&gt;ukryty pod ciemnymi okularami bez przerwy spogląda w dół, milcząc &lt;/span&gt;między utworami. Następny w kolejności &quot;Drugs&quot; wypada naprawdę przejmująco, wyraźnie zaczyna mi się udzielać melancholijność utworów zespołu, spotęgowana minimalistyczną oprawą i cierpiętniczym drżeniem w głosie wokalisty.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Doprawdy, miałem problemy z braniem na poważnie otoczki zespołu. Od przesadnie desperackiej nazwy począwszy, na płaczliwych i monotematycznych lirykach skończywszy. Czemu więc spoglądając na scenę zaczynam brać żałobną sztukę tworzoną przez zespół jak najbardziej serio? Otóż, sprawdza się stara zasada - w prostocie tkwi autentyczność. Pełne patosu i enigmatycznych metafor lovesongi zwykły mnie raczej brzydzić. Nie wierzę fircykowi Jaggerowi kokieteryjnie jęczącemu &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Oh Angie, when will those dark clouds disappear&lt;/i&gt;. Wierzę rozwścieczonemu Henry’emu Rollinsowi skowyczącemu &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Some people are better left alone&lt;/i&gt;. Podobnie sprawy mają się w przypadku liryk Jenkinsa. Nie jest to kabalistyczna quasi-poezja. To prawdziwy głos utrapienia, goryczy i desperacji. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Utwory prezentowane są w formie mocno ascetycznej, do momentu wejścia śpiewu często niepoznawalne. &quot;Blue Tears&quot;, szantowy wręcz kawałek zamienia się w marsz żałobny. Najbardziej uderzającym momentem koncertu jest wykonanie &quot;All my steps&quot;. Żywy, atmosferą przywodzący na myśl aurę muzyki filmowej numer staje się desperacką balladą, zagraną po wyciszeniu na scenie wszystkich mikrofonów (!). Oparty o fortepian Jenkins rzeczywiście stwarza pozory osoby, której życie mija na spacerach między barem a cmentarzem. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pod koniec występu mrukliwy lider w końcu wypowiada kilka ciepłych słów na temat publiczności i miasta. Panowie bisują dwa razy, po czym znikają na dobre. Sam czuję się jak po udziale w stypie, solidnie zakrapianej, podczas której wódka przechodzi przez gardło wyjątkowo ciężko. Nawet, jeśli faktycznie jest to tylko zręczne aktorstwo i szyderczy pastisz, na zasadzie reakcji paradoksalnej sztuka ta wywołuje autentyczne przygnębienie. Podłe to uczucie, ale cholernie prawdziwe, krzepiące.&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/theblackheartprocession&quot;&gt;http://www.myspace.com/theblackheartprocession&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/kevfox&quot;&gt;http://www.myspace.com/kevfox&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;295&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/iE7EW3iZ4IU?fs=1&quot; width=&quot;480&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/8988722706674225921/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/06/black-heart-procession-kev-fox-29052011.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/8988722706674225921'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/8988722706674225921'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/06/black-heart-procession-kev-fox-29052011.html' title='The Black Heart Procession, Kev Fox 29.05.2011, Poznań, Blue Note.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/iE7EW3iZ4IU/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-3697622615540935458</id><published>2011-05-29T11:16:00.000+02:00</published><updated>2011-05-29T11:16:06.578+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Pod Minogą"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Turnip Farm"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Woody Alien"/><title type='text'>Woody Alien, Turnip Farm 22.05.2011, Poznań, Pod Minogą.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Uwalniam te słowa spod palców stanowczo za późno. Zakładałem tego bloga z myślą o zredukowaniu do minimum niszczycielskiej dla mnie przypadłości posiadania &quot;wolnego czasu&quot;. Nie dolega mi ostatnio to utrapienie, co oczywiście wiąże się z zamierającą aktywnością Kultury Kanalii. Wysysający ze mnie resztki żywotności i kreatywności natłok zobowiązań nie jest jednak w stanie zagłuszyć krzyczącej we mnie euforii i nieprzepartego podziwu dla zjawiska, jakim jest Woody Alien. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Przedstawianie zespołów o kilkunastoletnim stażu można by odebrać jako czynność mocno nietaktowną. Mając jednak w pamięci umiarkowanie zachwycającą frekwencję w Minodze obawiam się, że podjąć muszę się w tym miejscy gorzkiej działalności misyjnej, dokonania choćby powierzchownego objaśnienia rzeczonego fenomenu. Woody Alien to dwie osoby, osamotniona sekcja rytmiczna, robiąca dużo hałasu, nad którym unosi się powściągliwy, odrobinę gnuśny śpiew Pana Marcina Piekoszowskiego (również Plum). Tylko tyle i aż tyle, przy użyciu minimalnych środków robią panowie harmider niemały. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Noszę koszule w kratkę, bo, skromnie mówiąc, do twarzy mi w nich. Niezdolny do zauważenia tej prawidłowości kumpel zwykł nabijać się ze mnie, twierdząc, że wyglądam jakbym urwał się z koncertu Dinosaur Jr. Prawda jest taka, że nigdy nie byłem fanem wspomnianego zespołu. Co nie zmienia faktu, że zespół Turnip Farm, który zarówno nazwę i dźwiękowe ukierunkowanie zdaje się czerpać z mitologii owej kapeli, wrażenie robi całkiem pozytywne. Gra proste, gitarowe piosenki, jak gdyby wygrzebane z kapsuły czasu zakopanej w 1992 roku. Przeżarte sentymentalizmem, ale całkiem przyjemne i wykonane z właściwym żywiołem. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Instalowanie się na scenie nie zajmuje Woody’emu dużo czasu, i bardzo dobrze, w przypadku tej muzyki przedkoncertowe rytuały powinny ograniczyć się do podkręcenia gałek do poziomu &quot;jedenastki&quot;. Mimo mocnego natężenia zespół brzmi niesamowicie soczyście, co w Minodze jest rzadkością. Konwencjonalnie stosowana sekcja rytmiczna w założeniu tworzyć ma silnik, siłę napędową muzyki. W tym przypadku dudniący bas i gromowładna perkusja stanowią całą gablotę - wypasionego, błyszczącego Hummera, który rozjeżdża wszystko na drodze. Z owym wozem łączy zespół jeszcze jeden gorzki fakt - dziś już takich nie robią. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Owszem, jest to muzyka w pierwszej kolejności uderzająca monstrualną siłą, jednakże pod powłoką hałaśliwości wciąż skrywająca wiele smaczków. Z jednej strony mamy instrumentalną maestrię. Druga część dubla, perkusista Daniel Szwed poza Woodym zmaga się z matematyką w zespole Mothra. Tutaj jego gra jest bardziej siłowa, ale wciąż niesamowicie witalna. Mając w pamięci nie tak dawny występ Plum, utwierdzam się w przekonaniu, że żaden bas nie brzmi w tym kraju tak krzepko, tak mięsiście, jak Fender Pana Piekoszowskiego. Na szczęście, zespół odpuszcza sobie, jak to się nieładnie mówi, muzyczną ipsację. Panowie pozostają konkretni w swoim przekazie, wszystko sprawia wrażenie zabawy bogatym warsztatem, miast kuglarskiego szpanu. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Czytając dzisiejszą prasę muzyczną odnoszę wrażenie, że w wyobrażeniu wielu publicystów muzyka wymyślono w 1999 roku.&amp;nbsp; By nie szukać daleko, publikacje, które porównują ostatnie Plum do Queens of the Stone Age zachęcają mnie do chwycenia za zapalniczkę i zwęglenia tych kacerstw. Autorzy zapominają, że muzykę o brudnym, garażowym brzmieniu grano wiele wcześniej. Zespoły takie jak NoMeansNo, Big Black czy Hüsker Dü brzmiały jak popsuty mikser do owoców, wciąż jednak grały utwory zaraźliwie przebojowe. Będąc szczerym, podobne dźwięki odkrywam w muzyce Woody Alien dopiero w Minodze. Niech mnie diabli, jeśli wesołe przyśpiewki w &quot;Oak&quot; (utworze bezlitośnie łojącym na żywo) nie przywodzą na myśl &quot;Big Dick&quot; Kanadyjczyków z NoMeansNo. Wrażenie to potęguje odrobina Wrightowskiej maniery rozbrzmiewająca w wokalu. &quot;New Day Rise&quot; samym tytułem budzi skojarzenia z Hüsker Dü, również ukrywające popową wręcz przebojowość pod warstwą niechlujnego przesteru. Dzięki podobnemu wyczuciu twory WA pozostają zbiorem świetnych piosenek, a nie efemerycznym eksperymentem. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Woody Alien to zespół nietuzinkowy, boleśnie precyzyjny, grający muzykę wyjątkowo ciężką, technicznie wyrafinowaną, przede wszystkim jednak cholernie głośnią. Także dzięki doprowadzaniu tych czynników do skraju przyswajalności, niesamowicie intrygującą. Zestawiając to z aktualnymi trendami muzycznymi można zadać sobie pytanie, z czym do ludzi? Nie jestem w stanie wróżyć zespołowi większych sukcesów, nie sądzę jednakże, by ambicje duetu wyrastały poza chlubny telos roznoszenia w pył każdego miejsca, w jakim się pojawiają. Mogę tylko potwierdzić, że wychodzi im to nad wyraz zręcznie. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/likewoodyalien&quot;&gt;http://www.myspace.com/likewoodyalien&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.turnipfarm.pl/&quot;&gt;www.turnipfarm.pl&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;344&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/yMz19eMVkSE?fs=1&quot; width=&quot;425&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/3697622615540935458/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/woody-alien-turnip-farm-22052011-poznan.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3697622615540935458'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3697622615540935458'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/woody-alien-turnip-farm-22052011-poznan.html' title='Woody Alien, Turnip Farm 22.05.2011, Poznań, Pod Minogą.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/yMz19eMVkSE/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-6282892861016312982</id><published>2011-05-21T14:09:00.003+02:00</published><updated>2011-05-21T14:36:06.166+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Beatsteaks"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Berlin"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Niemcy"/><title type='text'>Don&#39;t mention the war!</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhPGp8qMnFHLMaWRpS-Fr-SAT4d9Kc4IeK7evIgwrRWkpu0DLzzdlKSRi7SAZ0QGac8Fu75rO17xsa1d66vCyE3mTw5ubnBG4ZCF_AfwdPRdit7hsrBbmqY0TEbV5Si3g2ABCH0aZIbEDY/s1600/Zdj_cie004.jpg&quot; imageanchor=&quot;1&quot; style=&quot;margin-left: 1em; margin-right: 1em;&quot;&gt;&lt;img border=&quot;0&quot; height=&quot;320&quot; src=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhPGp8qMnFHLMaWRpS-Fr-SAT4d9Kc4IeK7evIgwrRWkpu0DLzzdlKSRi7SAZ0QGac8Fu75rO17xsa1d66vCyE3mTw5ubnBG4ZCF_AfwdPRdit7hsrBbmqY0TEbV5Si3g2ABCH0aZIbEDY/s320/Zdj_cie004.jpg&quot; width=&quot;240&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Mówi się, że podróże kształcą. &lt;span lang=&quot;EN-US&quot;&gt;Dobitniej esencję peregrynacji kwituje Henry Rollins, cytując, &quot;&lt;i&gt;Knowledge without milage equalls bullshit&lt;/i&gt;&quot;. &lt;/span&gt;W świetle tych słów, mimo lat edukacji, półki przeczytanych książek i godzin pseudointeligenckich interlokucji, pozostaję skończonym głąbem. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Od czasu przelotnej &quot;emigracji zarobkowej&quot;, która wywiała mnie na jakiś czas do Londynu latem 2007 roku, ani razu nie ruszyłem się poza granice kraju. Okres krajoznawczej stagnacji mogę tłumaczyć różnie. Że nie mam z kim, że jest to kosztowne, że każde wakacje spędzam w kieracie. Nic to więcej, jak typowe dla mnie szukanie wymówek. Zresztą, opis &quot;samotny, spłukany, zapracowany&quot; podchodzi chyba pod każdego w tym kraju, a niektórzy jakoś sobie radzą. &lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Najbardziej karygodne w tym wszystkim jest to, że przez blisko cztery lata spędzone w Poznaniu umykał mojej uwadze fakt, że stolicę Niemiec mam na wyciągnięcie ręki. Bliżej, niż rodzinne wygwizdowie! Miasto, o którym pisał Günter Grass, które wydało na świat Bertolta Brechta, o którym śpiewał Lou Reed, w którym zaszywali się poszukujący natchnienia (i uciekający przed herą) David Bowie i Iggy Pop. Jakim cudem bliskość podświadomego obiektu fascynacji tak długo umykała mojej uwadze?&lt;/div&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Iluminacja przyszła nagle. W jednej z tych chwil, gdy zostawiony sam na sam ze swoim umysłem dochodzisz do gorzkich, ale jakże wyniosłych konkluzji. Mimo dachu nad głową i pełnego żołądka zaczynasz lamentować, przeklinając życie - przepełnione iluzjami, beznadziejnym ściganiem nieosiągalnego i niedołężnymi próbami dorośnięcia do wymagań narzucanych przez otoczenie i własne &lt;i&gt;ego&lt;/i&gt;. Można płakać nad tragikomicznością życia, ale można też stawić czoło morzu nędzy i na przekór wygodzie defetyzmu korzystać z niego na miarę skromnych możliwości. Bez popadania w dekadencję, robiąc rzeczy interesujące i nietuzinkowe. &lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Odpuściwszy sobie fantazjowanie i mrzonki z rodzaju &quot;fajnie by było kiedyś...&quot;, postanowiłem działać natychmiast. Zamiast pozwolić pomysłowi kiełkować, ograniczyłem koncepcję podróży do jednego zamysłu – będę oglądał ludzi, rozmawiał z nimi, pytał, drążył, a nuż też opowiadał o sobie. Lata płyną, a wciąż odnoszę wrażenie, że bardzo mało wiemy o naszych najbliższych sąsiadach. I &lt;i&gt;vice versa&lt;/i&gt;. Faktem jest, że absurdalnie często spotykam się w tym kraju z zuchwałym manifestowaniem abstrakcyjnej ignorancji, nie popartej najmniejszym choćby kilometrażem. Podróże często rozumie się jako kiszenie się w hotelach, leniwe smażenie naskórka w ciepłych krajach, gromadzenie tłuszczu i fotografowanie swojej osoby na tle nudnych budynków.&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Bezzwłocznie przetrzepałem księgarnie w poszukiwaniu mapek Berlina. Nabyłem rozkładanego giganta, kompletnie niepraktycznego, którym później okładał mnie po twarzy w chwilach nieporadnego identyfikowania swojej lokalizacji zdradliwy teutoński wiatr. Zanim emocje ostygły i mogłem pozwolić sobie choćby na przemyślenie wyjazdu, skrzętne zaplanowanie podróży i zaznaczenie na mapie ciekawych punktów, byłem w drodze. &lt;/div&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W celu zredukowania kosztów do minimum i poszerzenia swojej empirii, pierwszy raz w życiu postanowiłem podróżować stopem. W Kostrzynie szybko dołączam do sympatycznej Niemki w średnim wieku. Umiarkowanie rozmownej, ale rozumiejącej angielski i na tyle komunikatywnej, by skrzętnie odpowiadać na natłok moich pytań. Z początku, w przerwach między natrętnym sondowaniem, oddaję się lichym, przesadnie kosmopolitycznym tyradom. Misyjność usprawiedliwia każe kłamstwo. Z czasem dyskurs staje się bardziej wyważony, a rozmówczyni okazuje się osobą doskonale poinformowaną, przytomną i nie mniej otwartą na nowe zasoby wiedzy niż trajkotający pasażer. Poczciwa Niemka nie jest w stanie uwierzyć, że nie mamy w kraju ani jednej elektrowni jądrowej! &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Z jakiegoś powodu, wyładowany zostaję na skraju dzielnicy imigrantów. Pani kierowca musiała czytać w moich myślach. Bez spoglądania na mapę i odnajdywania swojego położenia, daję susa ku slumsom. &lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Traktując kuchnię jako jeden z nielicznych azylów przed wszechobecnymi bolączkami, dawno temu całkowicie zrezygnowałem z jedzenia na mieście. W trakcie spacerowania daję się jednak skusić zapachom dochodzącym z wegetariańskiego baru. Zamawiam frykasy lubieżnie nazwane &quot;Party Balls&quot;, które popijam pyszną kawą, na co dzień unikaną w obawie o wypłukiwany przez kofeinę magnez. W obcym kraju i ferworze ekscytacji na chwilę udaje mi się zapomnieć o swoich paranojach. &lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Długo krążę między dwoma stronami miasta rozdzielony przez Sprewę, przekraczając kilka mostów. Cały czas znajduję się w strefie obszaru, przez który przechodził kiedyś mur. W głowie przywołuję adekwatny do miejsca utwór &quot;Heroes&quot; Davida Bowiego, jeden z najpiękniejszych love songów kiedykolwiek napisanych, doszczętnie sprofanowany przez użycie w niezliczonych spotach reklamowych. Dzisiejsza architektura miasta zachwyca, doskonale zlewa się z wszechobecną zielenią. W trosce o koloryt miasta, pozwala się rosnąć wysokiej trawie nawet między szynami tramwajowych torów. &lt;/div&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Mieszkańcy Berlina okazują się osobami nad wyraz sympatycznymi. Pozorowane zagubienie traktuję jako pretekst dla ucięcia sobie doświadczalnych &lt;i&gt;small talks&lt;/i&gt;. Co zabawne, każda osoba zapytana o umiejętność posługiwania się angielskim odpowiada &quot;a little bit&quot;. A wladają angielszczyzną nienagannie. Uśmiecham się do ludzi, nie wychodzi mi to na co dzień w ojczystych stronach. Z drugiej strony, rzadko też kiedy jest to w rozmowie ze mną inicjowane przez drugą stronę.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Świat jawi mi się często jako przerażająco mały. Okazuje się, że w Berlinie stacjonuje również grupa dobrych znajomych, do których wieczorem dołączam. Wraz z nimi trafiam na organizowany w samym sercu podmiejskiego lasu festiwal punkowy. Ostatecznie ląduję na skłocie, gdzie dzięki wstawiennictwu towarzyszów spędzam noc. &lt;/div&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Następnego dnia przemierzam Alexanderplatz, mijam Bramę Brandenburską i Reichstag/Bundestag. Ponownie dając się ponieść wodzy fantazji, kieruję eskapadę ku Dworcowi ZOO. Rozczarowanie, zamiast nędzy i straceńców z igłami w ramionach, zastaję restauracje McDonalds, Starbucksy i kawiarnie Dunkin&#39; Donuts. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Berlin opuszczam po nieco ponad 24 godzinach. Przygoda kosztowała mnie grosze. Wróciłem odświeżony, z własnoręcznie zebraną wiedzą, po stokroć cenniejszą, niż umiejętność cytowania Szekspira i wpajane przez wszechwiedzących życzliwców mądrości.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Parę dni później ląduję na koncercie Beatsteaks w Eskulapie. Zespół z Berlina, jakby ucieleśniający wszystko to, co nie tak dawno uświadczyłem w krautstolicy. Prosta, bezpretensjonalna muzyka, mająca jakieś korzenie w punk rocku, skrajnie jednak mainstreamowa, w najnowszych dokonaniach skłaniająca się ku czystemu rockandrollowi. Z pewnością jednak bardziej dziarska i autentyczna, niż np. nasze rodzime okołopunkowe zespoły aspirujące do wyrośnięcia ponad obskurny underground. Beatsteaks w swojej ojczyźnie cieszy się popularnością, wynikami sprzedaży płyt i koncertową frekwencją, o której największe polskie gwiazdki śnić nawet nie mogą. &lt;i&gt;Fanbasis&lt;/i&gt; w rodzimych&lt;i&gt; &lt;/i&gt;stronach mają tak wierny, że w każdym zakątku Eskulapa rozbrzmiewa język Schillera. Na scenie wypadają znakomicie, pompatycznie, ale nad wyraz zabawowo. W finale lider każe przykucnąć całej sali i nakazuje, cytuję, &quot;&lt;i&gt;to salute the greatest fucking band in the world&lt;/i&gt;&quot;. Przez chwilę mu wierzę i posłusznie zastosowuję się do polecenia.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wraz z towarzyszącym mi współlokatorem wychodzimy tak rozpromienieni, że nie wadzą nam specjalnie kolejne uciekające autobusy nocne. Znużeni krążeniem od przystanku do przystanku i odrobinę dziabnięci, począwszy od Ronda Kaponiery urządzamy sobie nocny jogging, całkiem wartki, wprost ku stancji na Górczynie. &lt;i&gt;Good times&lt;/i&gt;. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nie chcę zamieniać bloga z relacjami z lokalnych koncertów dla 20 osób w ambonę, z której zuchwale będę sobie moralizował. Chcę jedynie podkreślić, że te kilka przyjemnych chwil tej wiosny uświadomiło mi coś bardzo ważnego. To, że apatia nie jest chorobą, a bierze się z wyboru pomiędzy wykorzystywaniem każdej wolnej okazji do zrobienia czegoś wyjątkowego, a letargiem, w trakcie którego stajemy się przynętami przyciągającymi splin i przygnębiające myśli. Z wyboru pomiędzy szukaniem uciech w błahych drobnostkach, a braniem wszystkiego śmiertelnie poważnie i pogrążaniu się w wyniszczającym strachu o jutro. Te parę chwil pośród zachodnich sąsiadów było lekcją korzystania z życia. To coś, co niektórzy błędnie interpretują jako przejaw hedonizmu, uważanego poniekąd za jedyną alternatywę dla podporządkowanego górnolotnym planom i przytłaczającym obowiązkom życia. Z drugiej strony, być może jest to jedyna rzecz, która trzyma mnie przy zdrowych zmysłach.</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/6282892861016312982/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/dont-mention-war.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/6282892861016312982'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/6282892861016312982'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/dont-mention-war.html' title='Don&#39;t mention the war!'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhPGp8qMnFHLMaWRpS-Fr-SAT4d9Kc4IeK7evIgwrRWkpu0DLzzdlKSRi7SAZ0QGac8Fu75rO17xsa1d66vCyE3mTw5ubnBG4ZCF_AfwdPRdit7hsrBbmqY0TEbV5Si3g2ABCH0aZIbEDY/s72-c/Zdj_cie004.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-8647769506659851816</id><published>2011-05-17T15:32:00.006+02:00</published><updated>2011-05-17T15:47:05.324+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Anthony Quinn"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="film"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Grek Zorba"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Vivarto"/><title type='text'>Romantycy przegapionych okazji.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jakiś czas temu skore do podróży sentymentalnych Vivarto reanimowało &lt;i&gt;Greka Zorbę&lt;/i&gt;. Być może ktoś skorzystał z możliwości zobaczenia tego zacnego filmu w jedynych adekwatnych dla jego klasy warunkach – zatapiając się między podłokietnikami naprzeciw okazałego ekranu, pośród ciemności kompletnych. Odpuściłem sobie tą sposobność. Wiosnę mamy przepiękną, najgłupsze, co człowiek może zrobić, to dołować się nostalgią. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pamiętam, jak jakieś cztery lata temu wznowiono w naszym kraju filmy Ingmara Bergmana. Kina studyjne zalane zostały jego twórczością, akcja nabrała takiego rozmachu, że trafiła nawet do jego najciemniejszych zakamarków – w tym też kulturalnej pustyni, jaką jest Słupsk. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zabierałem na te filmy główną (przepraszam, jedyną) rolę kobiecą w tandetnej historii mojej młodości w tym mieście. &lt;i&gt;Siódma Pieczęć&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;Źródło&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;Jak w Zwierciadle&lt;/i&gt; – zaślepionymi ptaszkami byliśmy, mimo to plugawiliśmy sobie obraz sielanki i rozkwitającego uczucia tym przytłaczająco ciężkim kinem. Sam z początku oglądałem te filmy nieprzerwanie mrużąc w skupieniu oczy, jak gdybym przyglądał się zagadnieniom z arytmetyki. Bałem się, że przeoczę gdzieś ich sedno, nie dostrzegę esencji, o której tyle się trąbiło (i trąbi, choć teraz rozumiem już, że to tylko powieści idiotów). Choć z początku w myślach przeklinałem swoją tępotę, bezskutecznie doszukując się ukrytego meritum, z czasem udało mi się dotrzeć do kwintesencji bergmanowskiego rzemiosła. Dotarło do mnie, że nic rozumieć nie muszę. Przestałem rozszyfrowywać symbolikę, nauczyłem się podziwiać to kino jako zbiór scen obyczajowych, obrazujących emocje, w zamierzeniu mających oddziaływać na moje własne (naprawdę wówczas takowe posiadałem!). Stwierdzenie, że te seanse kształtowały mój gust byłoby mocnym niedopowiedzeniem. One uczyły mnie oglądania filmów.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wciąż uważam, że wszelkiej maści evergreeny warto ludziom przypominać. W szczególności te, które odcisnęły swoje piękno na kulturze, a których ślad odrobinę jednak się zaciera. Przykładem niech będzie &lt;i&gt;Casablanca&lt;/i&gt;. Film doskonały, którego każda scena to majstersztyk, każda zaś linijka tekstu wypowiadana w tym filmie przez Humphreya Bogarta więcej jest mi warta, niż każda z następujących później dekad kinematografii w całości. Dzieło Michaela Curtiza w zbiorowej świadomości zapisało się łzawą sceną na lotnisku. Idąc tym tropem czasem można odnieść wrażenie, że spuścizną &lt;i&gt;Greka Zorby &lt;/i&gt;pozostaje motyw przewodni Mikisa Theodorakisa. Puszczany w restauracjach, w których nie zamówisz choćby sałatki greckiej. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nie w tym rzecz, że nostalgia wyżarła mi mózg, że zapatrzony w złote lata kina płaczę po przeszłym, wygrażając zaciśniętą pięścią każdemu mijanemu multipleksowi. Nie twierdzę, że kino umarło, tudzież wydaje ostatnie łaknienia na łożu śmierci. Mój bojkot &lt;i&gt;Greka Zorby&lt;/i&gt; wynika z&amp;nbsp;pubudek ściśle indywidualnych. Bierze się z uczucia przygnębienia wywoływanego seansami filmów tak unikalnej urody, niepodważalnej klasy, ponadczasowych. Przywołujących emocje, z których wyprute jest kino dzisiejsze. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego kontrastu dopóki nie odświeży sobie tych klasyków. Boleśnie potęguje to wrażenie anturaż kinowej sali, którym co rusz wabią dystrybutorzy pokroju Vivarto czy Gutek Film. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nigdy nie byłem wrogiem mainstreamu, nie należę do desperatów ograniczających się do kina niezależnego. Owszem, z pewnością bardziej witalnego, co nie zmienia faktu, że trawionego przez swoje własne choróbska – elitaryzm, przeintelektualizowanie, ukrywaną pod skorupą wysublimowanej formy próżność. &lt;i&gt;Grek Zorba &lt;/i&gt;tymczasem jest filmem funkcjonującym poza podziałem na film ambitny i rozrywkowy. Powstałym przed nadejściem schizmy, która ciągle rozszerza przepaść między kinem dla mas a sztuką niezależną. Nie da się chyba kwestionować artystyczności dzieła Mihalisa Kakogiannisa. Mimo to rozmachach, niewymuszony humor i&amp;nbsp;klarowna puenta czyni ten film przystępnym dla każdego. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Co gorsza, w zestawieniu z dzisiejszym kinem filmy pokroju &lt;i&gt;Zorby &lt;/i&gt;dokumentują najdobitniejszy symptom regresywności X muzy. Nawet nie tolerowana, a wręcz gloryfikowana staje się przyzwoitość (cóż za paskudne słowo!). W zalewie miernoty, sprawnie wykonane rzemiosło nie ma dziś na rynku konkurencji. Króluje w box office’ach, krytycy układają dla nań peany, twórcy kolekcjonują statuetki. Po seansie &lt;i&gt;The King&#39;s Speech, &lt;/i&gt;najlepszego według Akademii Filmowej zeszłorocznego filmu, pospolitego kostiumowca, w ocenie jego poziomu nie przychodzi mi do głowy określenie inne, niż &quot;znośny&quot;. Nie dziwią mnie zbierane przez niego laury – utorował sobie drogę do statuetek raczej brakiem konkurencji, niż wybitnością. Sam w sobie, pozostaje filmem sprawnie skręconym. Nic więcej.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Niestety, najlepiej wyszlifowane umiejętności nie zastąpią pasji, którą buzuje Anthony Quinn. Który nie tyle gra tytułowego Zorbę, co przywdziewa fikcyjne nazwisko i fałszywy akcent, na ekranie będąc istotą z krwi i kości. Nie odgrywa roli człowieka o swoistym podejściu do życia, jest nim. Słodko-gorzka oda do życia Mihalisa Kakogiannisa byłaby dla dzisiejszych twórców przedsięwzięciem zbyt ryzykownym. Podobnie jak ukazanie malowniczej Krety w czerni i bieli. W czasach, gdy niektóre filmy można ratować tylko i wyłącznie wabiącą plastycznością, byłaby to rzecz nie do pomyślenia.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &quot;Tak mówią romantycy przegapionych okazji&quot;, kwituje lamentujących nostalgików Oskar w &lt;i&gt;Blaszanym Bębenku&lt;/i&gt;. Vivarto konsekwentnie trwa w swojej misji, regularnie wypuszczając kolejne klasyczne produkcje, ambitnie promowane zmodernizowanymi, aczkolwiek często trącącymi myszką plakatami. Następne w kolejce &lt;i&gt;Ostatnie Tango w Paryżu&lt;/i&gt; wychodzi w lipcu. Jak &lt;i&gt;Casablanca&lt;/i&gt;&amp;nbsp;do lotniska i &lt;i&gt;Grek Zorba&lt;/i&gt;&amp;nbsp;do dygającego&amp;nbsp;(z kulawą nogą) Quinna, film ten często spłycany jest do motywu pomysłowego zastosowania masła. To miło, że będzie można w przytulnych warunkach poszerzyć swoje pojęcie o nim ponad jedną gastro-erotyczną scenę. Doskonale oznajmiony ze swoimi obsesjami, profilaktycznie omijać będę kina studyjne szerokim łukiem. &lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/8647769506659851816/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/romantycy-przegapionych-okazji.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/8647769506659851816'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/8647769506659851816'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/romantycy-przegapionych-okazji.html' title='Romantycy przegapionych okazji.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-7443217177567564601</id><published>2011-05-11T17:43:00.001+02:00</published><updated>2011-05-11T20:19:57.589+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Basketball"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Pod Minogą"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Toro y Moi"/><title type='text'>Toro y Moi, Basketball 08.05.2011, Poznań, Pod Minogą.</title><content type='html'>&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Może i zakrawa to na przejaw ignorancji, ale po dziś dzień nie mam zielonego pojęcia, co oznacza termin chillwave. Ani też kiedy i skąd to diabelstwo przybyło, tym bardziej nie przychodzi mi do głowy, jakie kolejne fale zalewać będą rynek muzyczny. Zjawisko to długo umykało mojej uwadze, pierwszy raz zetknąłem się z nim próbując wytłumaczyć sobie powód olbrzymiego hajpu wokół planowanej wizyty Toro y Moi w Poznaniu. Miast myszkować pośród encyklopedii, postanowiłem zajść do samego źródła i zapoznać się z płytą &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Underneath the Pine&lt;/i&gt;. Dość powiedzieć, że po upływie dwóch utworów, w samo południe, byłem w drodze do Minogi po bilet, w tym całym przejęciu zapomniawszy, że klub otwierany jest o godzinie 14. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Podciąga się tą niesamowitą muzykę pod tysiące definicji, kompletnie dla mnie niezrozumiałych. Spotkałem się gdzieś ze stwierdzeniem, jakoby twórczość Chazwika Bundicka brzmiała niczym Michael Jackson na kwasie. Chętnie to spostrzeżenie skoryguję - Toro y Moi brzmi jak Michael Jackson na propofolu. To muzyka świeża, tworzona jakby na przekór dzisiejszym tworom aspirującym do miana popu, zarówno tym skrajnie komercyjnym, jak i kleconym przez paradnych szalbierzy w podziemiu. Miażdżąca przeżarte skostniałością trendy, na ich zgliszczach wznosząca coś świeżego, unikalnego, śmiem powiedzieć, że wręcz uduchowionego. Toro y Moi zamienia muzykę prostą i przebojową w artyzm. Staranie desperacko podejmowane przez licznych, skutecznie realizowane przez niewielu.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Doniesienia, jakoby wyprzedała się pula 350 wejściówek brzmiały horrendalnie, paradoksalnie, tylko wzmogły moją przedkoncertową ekscytację. Wciśnięcie takiego tłumu w kameralnym klubie mogło skończyć się kaźnią. Jakby tego było mało, nie był to jedyny koncert odbywający się tego dnia w tymże przybytku. Gdy zjawiam się w klubie, na parterze jakiś zapalony coverband łoi &quot;Blackened&quot; Metalliki, dźwięki kolejnego gitarowego tworu dochodzą z klubowej piwnicy. Choć wszystko odbywało się na krawędzi organizacyjnego bajzlu, o dziwo, skończyło się bez większych perturbacji. Wbrew obawom, miejsca w klubie starczało dla wszystkich, i choć chwilami czułem się niczym wciśnięty w windę z Ryszardem Kaliszem, obyło się bez większego uczucia dyskomfortu.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Występujący w roli supportu Kanadyjczycy z Basketball (tak, rzeczywiście jest to nazwa zespołu) podnoszą niejedną brew pośród publiki. Niejednokrotnie w trakcie występu głowię się, efekty jakich specyfików mogłoby stać za osobliwą kreatywnością i zachowaniem tego przesympatycznego kwartetu? Cokolwiek by to nie było, obawiam się, że ewentualna kontrola celna może gwałtownie zakończyć ich koncertowe wojaże. Czego chłopakom nie życzę, okazują się bowiem miłym zaskoczeniem. Ich występ to serie długich, transowych dubów, napędzanych topornym beatem, nabijanym przez dwójkę mocno &quot;nieobecnych&quot; muzyków, spacerujących między perkusją i zestawem bębnów. Ponad wszystkim wije się i zawodzi kapelmistrz z wiankiem na głowie, przygrywający na miniaturowej piszczałce i talerzykach. Momentami utwory niebezpiecznie zmierzająca ku sferom hermetycznej psychodelii, nieprzerwanie jednak ujmują orientalną ornamentyką i odurzającą aurą. Panowie są tak posunięci w swojej euforii (jak mniemam, spowodowanej entuzjastyczną reakcją publiki), że opuszczając scenę wypuszczają z rąk instrumenty. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Odkrywszy Toro y Moi ledwie kilka tygodni temu, nie miałem najmniejszego pojęcia, w jakiej postaci serwować będzie swoją muzykę maestro Chazwik. Spodziewając się raczej solowego, okrojonego w formie występu, na widok rozstawiającego się na scenie triumwiratu młodzieńców w wykrochmalonych koszulach z podekscytowania zacząłem szczękać zębami. Aranżacje i brzmienie instrumentów na &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Underneath the Pine&lt;/i&gt; to masaż tajski dla uszu. Wszelkie próby trawestacji mocno spłyciłyby wigor i głębię tych utworów. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Gdy posępne intro eksploduje rwącym &quot;New Beat&quot;, niestety, mina momentalnie mi rzednieje. O ile gabaryty klubu pomieściły jakoś liczną publikę, jego akustyka nie okazała się zbyt łaskawa dla zaskakująco donośnego tego dnia występu Toro y Moi. Na szczęście, począwszy od finezyjnego &quot;You Hid&quot;, brzmienie staje się stosunkowo znośne, co ratuje występ przed klęską i nareszcie pozwala mi delektować się kunsztem Amerykanina. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jak wypada na żywo sztuka Chazwika i spółki? O losie słodki, jest lepiej, niż dobrze. Dzięki organicznemu brzmieniu instrumentów, rumieńców nabiera surowsza elektronika z debiutanckiego &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Causers of This&lt;/i&gt;. Utwory z płyty tegorocznej to istna rewelacja. Funkujący &quot;Still Sound&quot; to cudo. Melodyka &quot;How I Know&quot; to coś nie z tej ziemi, a zagrany w końcówce &quot;Elise&quot; naszprycowany jest uczuciem rzadko spotykanym w wyprutej z emocji muzyce aspirującej do miana popu (do kata z chillwave i innymi dyrdymałami, Toro y Moi to nic więcej, jak doskonały pop).&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Płyty Amerykanina sprawiają wrażenie dźwiękowych megaprodukcji. To muzyka ekspresywna, wielowarstwowa, na szczęście, zręcznie unikająca przy tym popadania w dźwiękowy przepych. Nie mogę wyjść z podziwu widząc, jak skromnych środków używa do jej tworzenia. Zręcznie dokooptowani muzycy w gruncie rzeczy tworzą proste, zgrabnie pulsujące podłoże. Sercem i duszą wszystkiego jest Chazwik. Pochylony nad klawiszami, sprawia wrażenie wyjątkowo zaabsorbowanego, małomównego, ponownie użyję tego nieco pretensjonalnego słowa, uduchowionego. Nie trzeba włamywać się do płytoteki zainteresowanego by domyślić się, że nie brakuje tam wydawnictw przyozdobionych etykietą Motown. Echa klasycznego, pełnokrwistego funku rozbrzmiewają w tej muzyce najdonośniej, w szczególności przywodząc na myśli Steviego Wondera z okresu &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Innervisions&lt;/i&gt;. Wcale się nie zagalopowuję w porównaniach, rzeczywiście jest TAK dobrze. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Przymknąwszy oko na drażniące niedociągnięcia techniczne, Toro y Moi bujają publiką należycie, niestety, po ledwo trzech kwadransach znikają ze sceny. &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Encore&lt;/i&gt; w postaci &quot;Low Shoulders&quot; pozostaje drobnym pocieszeniem, pozostawiającym lekki niedosyt, pozbawionym na szczęście uczucia niesmaku. Zetknięcie z muzyką Chaza było dla mnie epifanią, potrzebowałem chyba namacalnego dowodu na to, że nie zostałem omamiony cwanym szarlataństwem. Z czystym sercem potwierdzam, mamy tu do czynienia z dziełem wizjonera. Odświeżającym, natchnionym, całkowicie wolnym od jadowitych wpływów dzisiejszego mainstreamu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/toroymoi&quot;&gt;http://www.myspace.com/toroymoi&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://basketballhyaenas.com/&quot;&gt;http://basketballhyaenas.com/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;344&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/W4J6bFDvvwY?fs=1&quot; width=&quot;425&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/7443217177567564601/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/toro-y-moi-basketball-08052011-poznan.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/7443217177567564601'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/7443217177567564601'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/toro-y-moi-basketball-08052011-poznan.html' title='Toro y Moi, Basketball 08.05.2011, Poznań, Pod Minogą.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/W4J6bFDvvwY/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-7598187702288520696</id><published>2011-05-05T21:13:00.002+02:00</published><updated>2011-05-05T21:48:30.324+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Arms and Sleepers"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Meskalina"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><title type='text'>Arms and Sleepers 04.05.2011, Poznań, Meskalina.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Chociaż swego czasu byłem zapalonym kolekcjonerem płyt (w oczach mojej byłej trwoniącym pieniądze tumanem), uważam poliwęglan za więzienie muzyki. Ożywa ona dopiero na scenie, wypuszczane na rynek&amp;nbsp;wydawnictwa powinny być&amp;nbsp;traktowane co najwyżej jako&amp;nbsp;pretekst do wyruszania w trasy, pejoratywnie określane mianem promocji. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Cieszę się, że wiele zespołów doskonale ten fakt rozumie i tłucze się niemiłosiernie po globie, zachodząc pod każdy gotowy do ugoszczenia ich sztuki dach. Zdarzyć się może, że owa twórczość przypadnie do gustu gospodarzom, którzy od tego czasu zechcą&amp;nbsp;częściej gościć żarliwych muzykantów. Przytoczę przypadek wesołych Czechów z DVA, którzy raz zagrawszy dla garstki zapaleńców w Minodze, na następnym koncercie w Meskalinie wypełnili klub po brzegi, po&amp;nbsp;występie opychając ilość płyt, która spokojnie powinna zawarantować im miejsce na liście OLiSu (co&amp;nbsp;znowuż nie jest jakimś wielkim osiągnięciem). Arms and Sleepers również koncertowali wcześniej w Poznaniu, a wczorajsza frekwencja w Meskalinie jest dostatecznym świadectwem, że nie ma to jak marketing szeptany.&amp;nbsp;I ja o&amp;nbsp;zespole dowiedziałem się drogą rekomendacji, co nie zdarza się zbyt często, z reguły jestem zdany na siebie w swoich maniakalnych poszukiwaniach muzyki. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jakkolwiek przyjemne by nie były studyjne dokonania zespołu, trip-hopowa elektronika w warunkach scenicznych zawsze staje przed ciężkim zadaniem oddtworzenia swojej drobiazgowej struktury. Że nie wspomnę o potencjalnym zagrożeniu zamieniania występu w kliniczne odgrywanie loopów i sampli. W oczekiwaniu na koncert nie przeczuwam, by drobiazgowa muzyka jankesów rzeczywiście mogła chwycić za gardło w wersji &lt;i&gt;live&lt;/i&gt;. Z prostego powodu – zawsze odbierałem ją jako utylitarny zapełniacz ciszy. Doskonały soundtrack przy krojeniu cukinii do &lt;i&gt;ratatouille&lt;/i&gt; i remedium dla strzępionych w trakcie tras miejskimi tramwajami nerwów. Ale czy jest to muzyka na tyle absorbująca, by porwać na żywo?&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Identycznie skrojone bluzy i kaptury na głowach to przedziwny sceniczny ancug, w ciemnym klubie wyglądający dość zabawnie. Na szczęście, od pierwszego utworu show amerykanów rozwiewa moje niepotrzebne wątpliwości.&amp;nbsp;Ambientowe loopy w parze z eterycznymi wokalizami i&amp;nbsp;wyrafinowaną gitarową ornamentyką brzmią wyjątkowo naturalnie i przekonująco. Plus dla zespołu, nagana dla mnie, parszywego defetysty. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Arms and Sleepers sprawiają wrażenie dość zapracowanego tandemu. Zespół częstotliwością wypuszczania nowych wydawnictw przebija nasze żałoby narodowe. Zważywszy, że albumy tworzą raczej zgrany koncept, w którym wszystkie utwory zdają się dążyć do stworzenia jednej plastycznej całości, koncertowe serwowanie przekroju twórczości mogłoby burzyć ich jednolitość. Paradoksalnie, oddzielenie od kompleksu nadało wielu utworom nowego charakteru. Zamiast sprawiać wrażenie wyrwanych z kontekstu urywków, brzmią świeżo, zwłaszcza serwowane w odrobinę przekształconych wersjach. Doskonale spisuje się materiał z mojej ulubionej płyty zespołu, LP &lt;i&gt;Matador&lt;/i&gt;. Subtelne &quot;Simone&quot; i &quot;Kino&quot; wypadają zjawiskowo, a podany w surowszej wersji utwór tytułowy o mały włos&amp;nbsp;byłby highlightem występu. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; No właśnie, wisienką na torcie okazuje się &lt;i&gt;encore&lt;/i&gt; w postaci utworów premierowych. Drugi w kolejności numer mrocznymi loopami przywodzi na myśl dokonania Portishead, a promieniującą muzykę Amerykanów odbierałem dotychczas jako antonim dla posępnej twórczości Beth Gibbons i spółki. W trakcie występu Arms and Sleepers zdarzają się chwile, gdy oparty o bar jestem o krok od uśnięcia. Wbrew pozorom, nie jest to zarzut. Nie tyle senność wynikająca ze znużenia, co wyciszająca i kojąca, przywołująca na myśl działanie kołysanek. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Arms and Sleepers potwierdzają swoją wartość na żywo, nie powinna więc dziwić ich rosnąca popularność,&amp;nbsp;nawet&amp;nbsp;fakt, że wyprzedają każdy koncert w tym kraju. Ze sceny posyłają ryzykowne stwierdzenie, jakoby Poznań miał być ich ulubionym miejscem w Polsce. Bram do innych mieścin raczej im to nie zamknie, sam zaś przeczuwam, że kolejna wizyta w tych stronach może wymagać przeprowadzki do jeszcze większego lokalu. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div align=&quot;center&quot; class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.armsandsleepers.com/&quot;&gt;http://www.armsandsleepers.com/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align=&quot;center&quot; class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://wearearmsandsleepers.bandcamp.com/&quot;&gt;http://wearearmsandsleepers.bandcamp.com/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;﻿</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/7598187702288520696/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/arms-and-sleepers-04052011-poznan.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/7598187702288520696'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/7598187702288520696'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/arms-and-sleepers-04052011-poznan.html' title='Arms and Sleepers 04.05.2011, Poznań, Meskalina.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-3263488551522681634</id><published>2011-05-05T10:13:00.003+02:00</published><updated>2011-05-05T11:05:50.703+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Jucifer"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Noizone"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Pod Minogą"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="The Orange Man Theory"/><title type='text'>Jucifer, The Orange Man Theory, Noizone 03.05.2011, Poznań, Pod Minogą.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ciężko o równie niefortunną datę koncertu. Równie dobrze mogłoby przyjść grać Amerykanom z Jucifer w wieczór wigilijny. Patriotyczna zaduma, mecz, wyczerpanie i puste kieszenie po majówce – każda wymówka byłaby zrozumiałym usprawiedliwieniem, mimo to dwa tuziny głów na zespole o renomie koncertowego fenomenu i imponującym stażu to absolutny blamaż. Przy natłoku niedogodności ciężko szukać winnych. Żal może być jedynie tych, którym umknęło przed nosem to porywające zjawisko. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Krępujące pustki wprawdzie nie zniechęcają przyjemnie groovującego Noizone. Pociesznych, choć niespecjalnie odkrywczych i fatalnie nagłośnionych Włochów z The Orange Man Theory skłaniają do przeniesienia się ze sceny na opustoszały parkiet. Dla gwiazdy wieczoru, jak się z czasem okazuje, klub równie dobrze mógłby być zupełnie pusty.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Stwierdzenie, że jestem wielkim fanem LP &lt;i&gt;L’ Autrichienne&lt;/i&gt; byłoby mocnym niedomówieniem. Uważam ją za jedno z najciekawszych wydawnictw ostatnich lat. Płyta to chimeryczna, ale niesamowicie świadoma w każdej ze swoich gatunkowych eskapad, hipnotyzująca, ale i przytłaczająca miażdżącym brzmieniem. Dzięki delikatności i zmysłowości Gazelle Amber Valentine, czarująca melodyką niespotykaną w gatunku. Gdybym miał się wysilić i zwięźle scharakteryzować tą muzykę, nazwałbym ją popem utaplanym w smole i siarce. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W Minodze zabrakło choćby nuty przywodzącej na myśl ten niesamowity album. Uruchomienie wzmacniacza przez lepszą połówkę duetu rozpoczęło godzinny, nieprzerwany choćby chwilą wyciszenia festiwal sprzężeń i jazgotu. Zupełnie zacierając granice między utworami, wszystko zlewa się w jeden huk, sprawiający, że klub drży w posadach. Choć zespół pozbawiony jest absurdalnie gigantycznej ściany głośników, którą podobno zwykł wciskać w kluby jeszcze mniejsze od Minogi, natężenie dźwięku niebezpiecznie balansuje na granicy bólu. Obdarzona anielskim głosem Valentine ogranicza się do growlingu i krzyku, jej konkubent Edgar Livengood niemiłosiernie nabija powolny rytm, okładając bębny pięściami. Kiedy indziej kilkoma pałkami na raz, które łamane w ferworze tej kanonady fruwają w powietrzu niczym trociny w tartaku. Powolny, ociężały doom przerywają jedynie sporadyczne chwile grindowego blastu.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pozornie ten performance mógłby sprawiać wrażenie zagrania na nosie, czy też złośliwego maltretowania publiczności. Duet rezygnuje z jakiejkolwiek interakcji z publiką, wyłączywszy końcowe pokazywanie rogów w wykonaniu Valentine. Oddziela się od niej niewidzialnym murem, zamieniając występ w coś intymnego, jak gdyby dialog wyjątkowo kapryśnej pary. Tylko chwilami subtelny i czułostkowy, głównie pełen furii i zgiełku. Przez większość koncertu brzmiało to jak rozmowy moich sąsiadów dochodzące zza ściany mojej dawnej stancji na Łazarzu, którym wtórowały dźwięki tłuczonego szkła. Podejrzewam, że przy ciągłym graniu pośród tak intensywnego hałasu, wkrótce pozostanie to jedyną formą komunikacji w związku. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Od lat przemierzając świat vanem, Jucifer zdają się być skorzy zagrać w każdym miejscu, które posiada elektryczność. Podejrzewam, że zostawiając uchylone drzwi od mieszkania, nim się obejrzysz zastaniesz Gazelle i Edgara instalujących swoje kolosalne wzmacniacze w twojej sypialni. Granie muzyki zdaje się być dla tej pary rytuałem, dzienną rutyną, bez której nie mogą żyć. Publika jest raczej grupką panoszących się gapiów, podziwiających tą przedziwną, ale fascynującą konfrontację, po której jednak muzycy czule wtulają się w siebie. Można przeklinać wniebogłosy trwonienie sporego potencjału (nawet komercyjnego!), mimo którego zespół uparcie tkwi na obrzeżach muzycznego przemysłu. Nie zmienia to faktu, że ten nietuzinkowy i nieprzewidywalny duet wciąż fascynuje, a jego kabalistyczne występy to istna magia. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/jucifer&quot;&gt;http://www.myspace.com/jucifer&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/theorangemantheory&quot;&gt;http://www.myspace.com/theorangemantheory&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/noizoneband&quot;&gt;http://www.myspace.com/noizoneband&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;344&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/m2NhRFYd6mg?fs=1&quot; width=&quot;425&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/3263488551522681634/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/jucifer-orange-man-theory-noizone.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3263488551522681634'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3263488551522681634'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/05/jucifer-orange-man-theory-noizone.html' title='Jucifer, The Orange Man Theory, Noizone 03.05.2011, Poznań, Pod Minogą.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/m2NhRFYd6mg/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-759270087452950759</id><published>2011-04-28T23:38:00.002+02:00</published><updated>2011-04-28T23:47:32.692+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Charyzma"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Dorena"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><title type='text'>Dorena 26.04.2011, Poznań, Charyzma.</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState=&quot;false&quot; LatentStyleCount=&quot;156&quot;&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if !mso]&gt;&lt;img src=&quot;http://img2.blogblog.com/img/video_object.png&quot; style=&quot;background-color: #b2b2b2; &quot; class=&quot;BLOGGER-object-element tr_noresize tr_placeholder&quot; id=&quot;ieooui&quot; data-original-id=&quot;ieooui&quot; /&gt; &lt;style&gt;
st1\:*{behavior:url(#ieooui) }
&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt;
 /* Style Definitions */
 table.MsoNormalTable
 {mso-style-name:Standardowy;
 mso-tstyle-rowband-size:0;
 mso-tstyle-colband-size:0;
 mso-style-noshow:yes;
 mso-style-parent:&quot;&quot;;
 mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
 mso-para-margin:0cm;
 mso-para-margin-bottom:.0001pt;
 mso-pagination:widow-orphan;
 font-size:10.0pt;
 font-family:&quot;Times New Roman&quot;;
 mso-ansi-language:#0400;
 mso-fareast-language:#0400;
 mso-bidi-language:#0400;}
&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;span lang=&quot;EN-US&quot;&gt;(…) &lt;i&gt;“There is nothing like an Easter morning to make a man feel clean and reborn and at one with God&#39;s intentions.&#39;&quot;&lt;/i&gt; (…)&lt;i&gt; &quot;So we went on to the monkey house together, and what do you think we saw?&quot;&lt;/i&gt; (…)&lt;i&gt; &quot;We saw a monkey playing with his private parts!&quot;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div align=&quot;right&quot; style=&quot;text-align: right;&quot;&gt;&lt;span lang=&quot;EN-US&quot;&gt;Kurt Vonnegut Jr., &lt;i&gt;Welcome to the Monkey House&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align=&quot;right&quot; style=&quot;text-align: right;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Muszę przyznać, udzieliła mi się wielkanocna atmosfera. W wiosennej aurze moje ponuractwo wypadałoby wręcz niedorzecznie, dla dobra otoczenia i na miarę swoich skromnych możliwości sensorycznych staram się więc dostosować do wszechobecnej bukoliczność. Chłonę rozkoszną pogodę, niemalże całkowicie rezygnuję z wygód komunikacji miejskiej. Dziennie pokonuję pieszo kilometry, mijając rodziny na wczasach, zadurzone w sobie pary i wesoło pijanych licealistów. Zmiany dotykają nawet doboru pozycji Milesa Davisa, konstanta w moim odtwarzaczu. &lt;span lang=&quot;EN-US&quot;&gt;Smętne nuty &lt;i&gt;&#39;Round About Midnight&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;Sketches of Spain&lt;/i&gt; zastępuję zamaszystym &lt;i&gt;Birth of the Cool&lt;/i&gt;. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span lang=&quot;EN-US&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Dostrajanie się do zmiennych warunków zdają się mieć we krwi również muzycy szwedzkiego Dorena. Podobno zaczynali swój muzyczny wojaż grając screamo. Odebrałem to jako przestrogę, by ostrożnie zagłębiać się w ich dokonania. Ostatecznie zapoznałem się z płytką &lt;i&gt;Holofon&lt;/i&gt;, jak się okazało, zaskakująco udaną. Panowie nagle zapragnęli bawić się post-rock (według koncertowej ulotki, wciąż doprawiony elementami screamo, baju baju). Wychodzi im to nad wyraz dobrze. Co najważniejsze, zręcznie przeskakują nad sidłami zastawionymi przez traperów ograniczających rewiry gatunku. Nieskrępowane podejście do dźwięku i kompozycji jest w założeniu esencją muzyki post-rockowej, zapędza jednak wiele zespołów w kozi róg. Serwują zlepki motywów, ograniczając je do dłużących się pasaży i skakania między przeciwległymi motywami (ciężko/delikatnie/ciężko/delikatnie razy ∞), zamieniając eksperymentalizm w żonglerkę kliszami. Takiego problemu nie ma Dorena - panowie tworzą długie, ale zwięzłe kompozycje budowane na chwytliwych, nieprzekombinowanych motywach. Materiał na &lt;i&gt;Holofon&lt;/i&gt; jest przy tym wyjątkowo melancholijny. Nie mam pojęcia, co może być motywacją dla pisania takiej muzyki w Szwecji. Rozczarowanie systemem państwa opiekuńczego? &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jakież jest moje zdziwienie, kiedy obserwując zespół w Charyzmie odnoszę wrażenie, że Szwedzi jakby na poczekaniu dopisali soundtrack do tego słonecznego, choć odrobinę dusznego dnia! Zamiast chmurnych dźwięków znanych z &lt;i&gt;Homofon&lt;/i&gt; serwują utwory trzymające się podobnej formuły, o wiele bardziej jednak pogodne, chwilami smakujące niczym Sigur Rós serwowane w surowszej i cięższej formie. Poszczególne numery wciąż są długie, sięgają dziesięciu minut, ale dzięki wachlarzowi motywów nie nudzą, po ich zakończeniu nie czuję się jak po seansie &lt;i&gt;Siedmiu Samurajów&lt;/i&gt; Kurosawy. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jak się później okazuje, jest to efekt kolejnej transformacji zespołu, który na ostatniej płycie prezentuje bardziej jowialne dźwięki. Panowie mają czelność zapowiedzieć utwór z wydanego dwa lata temu &lt;i&gt;Holofon&lt;/i&gt; jako &quot;old song&quot;! Wspomniany kawałek, &quot;The Sun Has Blinded Me&quot;, jest swoją drogą fenomenalny. Mogwai zabiliby dla takiego numeru. &lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Na nieszczęście, występowi Szwedów szkodzi (poniekąd sympatyczna) miejscówka. Na karłowatej scenie nie udało się zmieścić całego zespołu, dźwięk pozbawiony był stosownego dla stylu Doreny natężenia. Przygnębiająco wypadła frekwencja. Więcej osób ściśnięto w przedziale pociągu, którym wlokłem się tego dnia do Poznania.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Ciężko mi przewidzieć, jakie będą dalsze muzyczne losy Doreny przy takiej zmienności nastrojów. Póki nie przeholują, pozostają zespołem wartym uwagi. Mimo pozytywnych wrażeń, przystopuję chyba z mającym tendencje do dźwiękowego splinu post-rockiem. Był to był dla mnie trzeci tego typu koncert w ciągu kilkunastu dni. Pozostaje mi zacierać dłonie przed odświeżającym kabaretem Jucifer!&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;span class=&quot;&quot; id=&quot;wikiSecondPart&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://dorenamusic.com/&quot; rel=&quot;nofollow&quot;&gt;http://dorenamusic.com/&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;span class=&quot;&quot; id=&quot;wikiSecondPart&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://myspace.com/dorenamusic&quot; rel=&quot;nofollow&quot;&gt;http://myspace.com/dorenamusic&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;iframe allowtransparency=&quot;true&quot; frameborder=&quot;0&quot; src=&quot;http://bandcamp.com/EmbeddedPlayer/v=2/track=276528867/size=venti/bgcol=FFFFFF/linkcol=4285BB/&quot; style=&quot;display: block; height: 100px; position: relative; width: 400px;&quot;&gt;&amp;amp;amp;lt;p&amp;amp;amp;gt;&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;lt;p&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;gt;&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;lt;p&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;gt;&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;lt;p&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;gt;&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;lt;a href=&quot;http://deepelmdigital.com/track/the-sun-has-blinded-me&quot;&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;gt;The Sun Has Blinded Me by Deep Elm Records&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;lt;/a&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;gt;&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;lt;/p&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;gt;&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;lt;/p&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;gt;&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;lt;/p&amp;amp;amp;amp;amp;amp;amp;gt;&amp;amp;amp;lt;/p&amp;amp;amp;gt;&lt;/iframe&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/759270087452950759/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/dorena-26042011-poznan-charyzma.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/759270087452950759'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/759270087452950759'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/dorena-26042011-poznan-charyzma.html' title='Dorena 26.04.2011, Poznań, Charyzma.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-3801990806573390274</id><published>2011-04-23T20:33:00.004+02:00</published><updated>2011-04-23T20:48:25.877+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Meskalina"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Plum"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><title type='text'>Plum 21.04.2011, Poznań, Meskalina.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Enigmatycznym gatunkiem jest noise. Zawsze ciężko mi było wskazać, gdzie w  dzisiejszej muzyce kończy się dźwięk, a zaczyna hałas. Rzeczy  zdawałoby się konwencjonalne zdarza mi odbierać jako kompletny bełkot,  przy którym jazdy Merzbowa brzmią jak muzyka windowa. W kontekście  samego gatunku, Alfą i Omegą zawsze była dla mnie rodzima Ewa Braun. Nic  raczej nie zapełni powstałej po zgonie zespołu luki na rodzimej scenie  (czy raczej luki w mojej głowie - pamięta ktoś ich jeszcze?). Do roli szpachlówki z pewnością  nie próbuje aspirować podciągany pod ten nurt Plum, którego aktualne dokonania odległe są od eksperymentalnej wrzawy nieodżałowanej Ewki. W miejsce obiecanego przez  etykietę chaosu i zgiełku funduje muzykę konkretną, poukładaną i  zaraźliwie chwytliwą. Co nie znaczy, że pozbawioną animuszu. Proszę mi  wybaczyć niespecjalnie finezyjną referencję, ale utwory z świeżuteńkiego  LP &lt;i&gt;Hoax&lt;/i&gt; faktycznie nabijają śliwy pod oczami. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Twórczość zespołu znałem dotychczas pobieżnie, rzeczywiście kojarzyłem  ją raczej z bardziej wyrafinowanymi poszukiwaniami Sonic Youth.  Zdziwiony więc byłem słysząc na &lt;i&gt;Hoax&lt;/i&gt; materiał wyjątkowo prosty, surowy, wolny od dalekobieżnych wycieczek w dysonanse i muzyczny tumult. Za pomocą skromnych środków panowie uformowali wyrazisty styl, który  jest stanowczo zbyt absorbujący, by głowić się nad jakimikolwiek  porównaniami.  &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wieczór w Meskalinie zaczynają utworem tytułowym z nowej płyty,  który z początku zapowiada się na zwięzłą, przebojową piosenkę, z czasem rozciąga  się jednak do niebotycznych rozmiarów. Wychodzi z tego istne monstrum.  Przez sześć i pól minuty ciągnie się jak buldożer na pierwszym biegu i  niech mnie diabli, jeśli nie jest przyjemnie pod tymi gąsienicami! Podobną, wesoło miażdżącą wszystko po drodze  przejażdżkę serwują w następującym po nim &quot;It&#39;s a Must&quot;. Po stonowanym  początku &quot;You Know Buddy&quot; panowie zaciągają wsteczny i jeszcze raz  zrównują wszystko z ziemią. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &quot;Śliwki&quot; przyznają się do fascynacji The Jesus Lizard i rzeczywiście,  jest w tej muzyce coś z odmóżdżającej, przytłaczająco dusznej atmosfery  tej haniebnie niedocenionej kapeli. Wyjątkowe wrażenie robi szczególna umiejętność płynnego przechodzenia między mnogimi  wątkami utworów. Stonowany we wstępie, monotonny w zwrotce i znakomitym  refrenie &quot;Touch&quot; w drugiej części eksploduje niczym szrapnel. Wprost  proporcjonalnie sprawy mają się w bujającym &quot;Patch&quot; - ciężkim,  topornym, pod koniec którego zespół urządza sobie wycieczkę na melodyjniejsze grunty.  Niezawodne (choć,w związku z kameralnością miejsca, w kwestii natężenia  dźwięku odrobinę wstrzemięźliwe) nagłośnienie Meskaliny doskonale służy  iskrzącej sekcji rytmicznej. Jest ona więcej, niż bijącym sercem muzyki, tworzy jej cały szkielet. Partie mięsistego, ciężkiego jak ołów basu na &lt;i&gt;Hoax&lt;/i&gt; to majstersztyk.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Lwią część godzinnego setu stanowią nowe utwory, co mnie specjalnie nie  dziwi - panowie wypuścili spójny, przebojowy materiał, który  doskonale sprawdza się na żywo. Żywiołem na scenie przypominają, co  powinno znaczyć pojęcie &lt;i&gt;Power Trio&lt;/i&gt;, kastrowane w dzisiejszej muzyce z pierwszego członu. Mimo niefortunnej, przedświątecznej daty obyło się bez frekwencyjnego obciachu, liczę jednakże, że do czasu zapowiadanego za pół roku powrotu do Poznania większa liczba miejscowego kwiatu młodzieży zapozna się z elektryzującym dorobkiem Śliwy. &lt;a href=&quot;http://wsm.serpent.pl/sklep/wyniki.php?typ=2&amp;amp;wyk_id=715&quot; style=&quot;color: #3778cd;&quot;&gt;Mały research i okazuje się, że nie musi to być wyjątkowo kosztowne.&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/likeplum&quot;&gt;http://www.myspace.com/likeplum&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://plumhoax.blogspot.com/&quot;&gt;http://plumhoax.blogspot.com/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/3801990806573390274/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/plum-21042011-poznan-meskalina.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3801990806573390274'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3801990806573390274'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/plum-21042011-poznan-meskalina.html' title='Plum 21.04.2011, Poznań, Meskalina.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-2472699931594098780</id><published>2011-04-19T14:42:00.002+02:00</published><updated>2011-04-19T14:59:13.825+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Caspian"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Pod Minogą"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Talons"/><title type='text'>Caspian, Talons 18.04.2011, Poznań, Pod Minogą.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Na zamieszczonej pośród zespołowego mechandise karteczce muzycy Caspian uprzejmie proszą uczestników koncertu o częstowanie ich zasobami &quot;Weed &amp;amp; Hash&quot;. Boję się, że pośród zaskakująco&amp;nbsp;skromnej liczebnie publiki mogło być ciężko o filantropa skorego do pomocy w kojeniu napięć odległych wojaży koncertowych. Biorąc pod uwagę częstotliwość&amp;nbsp;występów grup post-rockowych w Poznaniu (czym innym wszak napędzaną, jak rosnącą tu&amp;nbsp;popularnością nurtu), brak zainteresowania&amp;nbsp;wizytą&amp;nbsp;Caspian mocno mnie dziwi. Tym bardziej, że w swoim rzemiośle&amp;nbsp;Amerykanie&amp;nbsp;to światowa czołówka. Co bez zbędnych słów (wyłączywszy minimalną konferansjerkę i parę cytatów z jankeskiej alko-poezji) udowadniają na scenie.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Występujący w roli supportu Angole z Talons wydają się być mocno podekscytowani możliwością dzielenia sceny z Caspian. Do tego stopnia, że jeden z dwóch skrzypków zespołu próbuje się wkupić w łaski pochodzących z Massachustets gwiazd wieczoru kurtką Boston Celtics. Po ich trzykwadransowym występie nie widzę powodu, dla którego musieliby się przed kimkolwiek płaszczyć – &lt;span style=&quot;mso-spacerun: yes;&quot;&gt;&amp;nbsp;mizerni na pie&lt;/span&gt;rwszy rzut oka młodzianie na scenie zamieniają się w rozszalały żywioł. Rzucają się niczym w atakach konwulsji, wspomniany młodzieniec od kurtki kroczy na scenie jak kogut zbierający ziarno. Każdy utwór to istna petarda – karkołomne partie perkusji (patrz Brann Dailor, zmieniani co kilka miesięcy bębniarze The Dillinger Escape Plan), ciężkie, rozbudowane kompozycje i wspomniany duet skrzypków, brzmiący jak całą orkiestra mannheimska. Co najważniejsze, mimo matematycznych niemalże zabaw z tempem i strukturami utworów, Talons pozostają wyjątkowo koherentni, dzięki czemu jest to coś więcej, niż oślepiający pokaz fajerwerków. Nie mogę wyjść z podziwu dla naprawdę zręcznego zastosowania smyczków. Miast być kolejną desperacką próbą wychylenia się ponad post-rockowy kanon, rzeczywiście nadają tej muzyce unikalnego uroku. Szkoda, że akustyka Minogi nie jest do końca łaskawa dla zespołu – pośród nawałnicy dźwięków gubią się trochę gitary. Mimo to jestem zachwycony i prognozuję nieunikniony hajp wokół kapeli. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego za intro do utworu zatytułowanego &quot;The Raven&quot; robi wiersz &lt;i style=&quot;mso-bidi-font-style: normal;&quot;&gt;Drozd&lt;/i&gt; Charlesa Bukowskiego.&amp;nbsp;Przy umiarkowanym z mojej strony zamiłowaniu do poety-ochlejmordy przyznam, że wypada on&amp;nbsp;sugestywnie jako wprowadzenie do tego monumentalnego kawałka. Mam wrażenie, że olbrzym Phil Jamieson rozniesie deski sceny Minogi rzucając się po skromnej scenie klubu. Niestety, tak, jak zdaje się ona&amp;nbsp;być stanowczo za mała dla spazmatycznie wyginających się muzyków, tak i skromne warunki brzmieniowe niespecjalnie służą domagającym się selektywnego nagłośnienia gitarom. Zlany dźwięk zamienia się w falę uderzeniową, i choć utwory uderzają z poprawną siłą, zanikają&amp;nbsp;liczne smaczki czyniące produkcje amerykanów tak frapującymi. Na szczęście, dźwięk staje się klarowniejszy przy sennym &quot;Concrescence&quot;. Podczas następującego po nim &quot;Moksha&quot; niemalże cały rząd pod sceną bierze na amory. Co nie dziwi mnie specjalnie, jeden z subtelniejszych utworów w dorobku zespołu wypada fenomenalnie. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Klimaksem koncertu jest rozbudowane &quot;Sycamore&quot;. Zwolnione w porównaniu z oryginałem, wypada jak hipnotyzująca mantra. W pewnym momencie trio gitarzystów jeden za drugim zdejmuje instrumenty, by wnieść na scenę kotły i dołączyć do rozpędzającej się w finale sekcji rytmicznej. Gdy plemienne rytmy milkną, panowie grzecznie dziękują i pryskają ze sceny. Najwyraźniej zachęceni entuzjazmem publiki, mimo deklaracji, iż nie zwykli grywać bisów, fundują jeszcze jeden utwór. Co może i burzy dramaturgię występu, ale koniec końców jest sympatycznym gestem. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Nawet mimo odrobinę rozczarowującej frekwencji i chwilami szwankującego dźwięku, jestem więcej niż zadowolony. Dzięki miłemu zaskoczeniu w postaci energicznego występu Talons, mogę chlubić się upieczeniem dwóch pieczeni na jednym ogniu. Takie koncerty powinny ewangelizować reakcjonistów, którzy nie potrafią przekonać się do pozbawionej słów muzyki. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div align=&quot;center&quot; class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;﻿&lt;a href=&quot;http://www.caspianmusic.net/&quot;&gt;http://www.caspianmusic.net/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align=&quot;center&quot; class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://gotalons.com/&quot;&gt;http://gotalons.com/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align=&quot;center&quot; class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/gotalons&quot;&gt;http://www.myspace.com/gotalons&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align=&quot;center&quot; class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/2472699931594098780/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/caspian-talons-18042011-poznan-pod.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/2472699931594098780'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/2472699931594098780'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/caspian-talons-18042011-poznan-pod.html' title='Caspian, Talons 18.04.2011, Poznań, Pod Minogą.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-6535703626754666349</id><published>2011-04-18T18:30:00.003+02:00</published><updated>2011-04-18T19:02:40.069+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Adre&#39;N&#39;Alin"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Baaba"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Baaba Kulka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Blue Note"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Gaba Kulka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><title type='text'>Baaba Kulka, Adre&#39;N&#39;Alin 17.04.2011, Poznań, Blue Note.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Tak się złożyło, że tego samego wieczoru przyszło mi zobaczyć pierwszy w swoim życiu seans filmowy, jak i otrzymać w prezencie pierwszą taśmę z muzyką. Był to rok 1993, ojciec zabrał mnie na &lt;i&gt;Park Jurajski&lt;/i&gt; do słupskiego kina Millenium, swoją drogą zamkniętego niedawno po 47-latach działalności (tym samym w 100-tysięcznym &quot;Paryżu Północy&quot;&amp;nbsp;pozostał jeszcze tylko jeden&amp;nbsp;studyjny karzełek). Po drodze wstąpiliśmy do znajdującego się na miejskim rynku sklepu muzycznego, gdzie zakupiliśmy tandetne, przedhologramowe wydanie &lt;i&gt;Piece of Mind&lt;/i&gt; Iron Maiden. Siłą rzeczy muszę ten zespół darzyć pewnym sentymentem, mimo iż słuchając dziś niektórych z tych nagrań mogę tylko zakłopotany marszczyć czoło.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nic ze swojego wieloletniego zamiłowania do Ironów nie stracił z kolei mój współlokator, którego udało mi się wyciągnąć do Blue Note&#39;a. Ciekawiła mnie bardzo jego reakcja na działalność Baaby Kulki, zważywszy, że domniemany hołd składany przez zespół przed czarnym ołtarzem Żelaznej Dziewicy zdaje się być różnorako odbierany przez dysputujących pod youtube&#39;owymi nagraniami z koncertów fanów. Za frywolne podejście&amp;nbsp;do klasyków NWOBHM wielu z nich najchętniej posłałoby Panią Gabrielę Kulkę i towarzyszący jej ansambl do wszystkich diabłów.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zanim gwiazda wieczoru rozpocznie bezczeszczenie nawy metalowej świątyni,&amp;nbsp;drobną zakąskę serwuje projekt Adre&#39;N&#39;Alin. Całkiem smakowitą, zręcznie łączącą partie pianina i smyczków z chłodną elektroniką. W pierwszym numerze trącą myszką partie&amp;nbsp;sztucznej perkusji, na szczęście okazują się jednorazowym wybrykiem – subtelne dźwięki klasycznych instrumentów mieszane są później z zmechanizowanymi beatami, co brzmi o niebo lepiej. W parze z budzącym skojarzenia z manchesterskimi straceńcami wokalem wychodzi muzyka&amp;nbsp;dość interesująca,&amp;nbsp;z tym, że pasująca jak kwiatek do kożucha (czy raczej kożuch do kwiatka) w zestawieniu z następującym po niej kabaretem. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Donosy instalujących się na scenie muzyków, jakoby Pani Gabriela nie mogła tego dnia śpiewać z powodu choróbska okazują się żartem, na który jednak łatwo można było się nabrać. Drobniutkiej postury, dziewczęcej urody wokalistka&amp;nbsp;posiada spojrzenie, które samo zdaje się mówić &quot;wyśpię się po śmierci&quot;. Sprawia wrażenie zmęczonej wszystkim dookoła, zamkniętej w sobie dziewczynki, po przymusowych lekcjach pianina w zaciszu domowym katującej do przezroczystości taśmę z &lt;i&gt;Powerslave&lt;/i&gt;. Wbrew zapowiedzi, jakoby miała ograniczyć się do pukania w klawisze, od początku brzmi rozkosznie. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Choć projekt ten z założenia ma być hołdem, a nie pastiszem twórczości Iron Maiden, z towarzyszem pokładamy się ze śmiechu od pierwszych dźwięków przerobionego hymnu Wydziału Energetyki i Lotnictwa warszawskiej Polibudy. Gdy przechodzi on w &quot;The Clairvoyant&quot;, krztuszę się piwem. Cały show może sprawiać wrażenie kompletnej błazenady. Mam łzy w oczach podczas przerobionego wstępu do &quot;The Number of the Beast&quot;, jeśli jest jednak na sali ktoś, kto ma większy ubaw z tej groteski, to chyba sami muzycy. Można odnieść wrażenie, że przekomarzają się między sobą, jeszcze bardziej przekształcając dostatecznie już zbezczeszczone pierwowzory. &amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Przypomina mi się scena z dokumentu &lt;i&gt;Behind the Iron Curtain&lt;/i&gt;, w której Bruce Dickinson rozmawia w jakiejś polskiej dyskotece z gołowąsem, który zwierza się, że chce grać heavy metal na keyboardzie. Wokalista uważa to za absolutnie niemożliwe (oddzielna sprawa, że zespół zacznie używać syntezatorów na następnych płytach). Tymczasem w interpretacjach Baaby Kulki Pani Gabriela chwyta za kiczowaty keytar, pojawiają się dęciaki, tamburyny, perkusyjne pady – rzeczywiście, brzmi to jak zły sen młodego metalowca. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wbrew pomstującym wniebogłosy adwersarzom, wyobraźnia, jaką muzycy popisują się przy transformowaniu tych utworów czyni ten projekt czymś więcej, niż ciekawostką dla bardziej otwartych zapaleńców Żelaznej Dziewicy. Pani&amp;nbsp;Kulka i spółka roztrzaskują te kawałki w dobry mak, składając z cząsteczek coś zupełnie innego, tętniącego nowym życiem, po oryginałach dziedziczące często jedynie liryki. Przerobiony na disco (!) &quot;Prodigal Son&quot; jest wyśmienity, przywodzi mi na myśl obrazoburcze wykonanie &quot;Sabbath Bloody Sabbath&quot; The Cardigans. W najwierniejszym oryginałowi &quot;To Tame a Land&quot; akcentowane są&amp;nbsp;quasi-orientalne motywy utworu, jakby stworzone dla partii klarnetu i bhangrowych rytmów. Fenomenalnie wypada&amp;nbsp;przekształcone w&amp;nbsp;bossa-novę &quot;Still Life&quot;, wieńczy zaś wszystko wykonane a cappella (z udziałem licznej,&amp;nbsp;choć nieco niemrawej publiki) &quot;Ides of March&quot;. &amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; To nie jest kolejny &lt;i&gt;tribute&lt;/i&gt;, nie jest to też parodia, jak sugerowaliby oburzeni radykałowie. To grupa świetnych muzyków o olbrzymiej wyobraźni, bawiących się dźwiękami, które przecież w pierwszej kolejności zachęcały ich do chwytania za instrumenty. Mój kamrat, wyłączywszy swoją bezkrytyczną miłości do Ironów niespecjalnie lubujący się w metalowych dźwiękach, nie może wyjść z zachwytu. Twierdzi, że zakochałby się w tych utworach nawet, gdyby nie znał ich pierwowzorów. Zgadzam się z nim całkowicie i sądzę, że ten wniosek dobitnie pokazuje rozbrajający urok Iron Maiden. Nie jest to muzyka najambitniejsza, najbardziej skomplikowana technicznie, ani też w jakiś wybitny sposób inteligentna, mimo cytowania Coleridge&#39;a i greckiej mitologii.&amp;nbsp;Za to od&amp;nbsp;lat&amp;nbsp;nie tracąca nic ze swojej popularności&amp;nbsp;dzięki&amp;nbsp;niewyczerpanej werwie i tworzonej z przymrużeniem oka otoczce. Przede wszystkim jednak, od samego początku tworzona z naciskiem na&amp;nbsp;przebojowość. Stąd być może niechęć niektórych osób do zespołu obnażającego i eksploatującego ten, co by nie mówić, popowy potencjał?&amp;nbsp;Czyżby&amp;nbsp;bali się prawdy?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;
Pełen debiut Baaba Kulka do przesłuchaniu tutaj: &lt;a href=&quot;http://baabakulka.bandcamp.com/album/baaba-kulka&quot;&gt;http://baabakulka.bandcamp.com/album/baaba-kulka&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/adreandalin&quot; rel=&quot;nofollow&quot;&gt;www.myspace.com/adreandalin&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;344&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/wWqbOLQr5aE?fs=1&quot; width=&quot;425&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/6535703626754666349/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/baaba-kulka-adrenalin-18042011-poznan.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/6535703626754666349'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/6535703626754666349'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/baaba-kulka-adrenalin-18042011-poznan.html' title='Baaba Kulka, Adre&#39;N&#39;Alin 17.04.2011, Poznań, Blue Note.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/wWqbOLQr5aE/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-2651246396122835207</id><published>2011-04-12T22:07:00.001+02:00</published><updated>2011-04-12T22:39:18.261+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Ghost of the Mystic Garden"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Pod Minogą"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="The Shaking Sensations"/><title type='text'>The Shaking Sensations, Ghost of the Mystic Garden 11.04.2011, Poznań, Pod Minogą.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Termin post-rock powinien być dla co ambitniejszych zespołów niczym szkarłatna litera. Choć jego agenda zdaje się opierać na stopniowym burzeniu komunałów pierwotnej muzyki rockowej, i w ten nurt podstępnie wkrada się rutyna i schematyczność. W świetle gatunku, pod który podpina się niewiele mające ze sobą wspólnego zespoły, coraz ciężej jest wyjść przed szereg z czymś innowacyjnym i dystynktywnym. Nic dziwnego, że zdesperowani artyści zmuszeni są sięgać po desperackie, w efekcie często nieporadne metody. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Takie właśnie zapędy zdaje się mieć pierwszy tego wieczoru Ghost of the Mystic Garden. &quot;Poszukujące tożsamości i stylu&quot;, eufemistycznie mówi się o takich zespołach. Ciężko się tych młodych ludzi na chwilę obecną słucha, biada jednak tym, którzy śmieliby chłostać zespół za chęć pokazania się. Charakteru nabierasz usilnie pchając się usilnie na każdy wolny skrawek sceny, nie zaś tkwiąc w obskurnych piwnicach i domach kultury. To szkoła życia, jak lektura Spinozy, czy też dzielenie stancji z kobietami.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Na etapie rozpaczliwego poszukiwania osobowości zdają się być też panowie z The Shaking Sensations. Do końca nie wierzyłem, że instalowane w tym samym czasie na scenie dwa zestawy perkusyjne miałyby służyć jednej kapeli. W klubie, w którym ciężko jest o prawidłowe nagłośnienie jednej perkusji zdawałby się to być pomysł podobny popijaniu ogórków kiszonych maślanką. Nie jest to jedyne świadectwo fantazji Duńczyków z The Shaking Sensations. Nazwa z semantycznego punktu widzenia dwuznaczna, na pierwszy rzut oka kojarząca się raczej z etatowymi grajkami w kasynie. Tytuł debiutanckiej EP (&lt;i&gt;This is Your Hellfire Religion!&lt;/i&gt;) - jeszcze durniejszy. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, okazało się, że wydawnictwo to zawiera muzykę może i niespecjalnie innowacyjną, ale i nie pozbawioną uroku. &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Powab ten zatracił się gdzieś pod sklepieniem Minogi. Wiąże się to z pewnością z faktem, że zespół w większości postawił na świeży, niepublikowany materiał, wypadający odrobinę blado na tle sympatycznej EP. Rozciągnięte do granic możliwości jednostajne pasaże osamotnionych gitar zdają się mieć na celu emanowanie transowym klimatem, tymczasem po pewnym czasie stają się nieznośnie nużące. Duet perkusistów na długie minuty pozostaje kompletnie bezrobotny, co trochę wypacza racjonalność tego zabiegu. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wydłużające się w nieskończoność łgania gitar o mały włos nie kierują mnie w stronę baru w celu wypłukania z organizmu magnezu filiżanką kawy. Na szczęście, zespołowi miejscami udaje się uratować twarz gwałtowniejszymi segmentami utworów. Po przyciśnięciu przesterów Duńczykom udaje się przygrzmocić z niemalże isisową mocą. Ktokolwiek majstruje wtedy za konsoletą, jest geniuszem – wspomniane dwie perkusje brzmią selektywnie i wraz z gitarowym hukiem zlewają się w toporną, ale wprawnie uderzającą falę dźwiękową. Szkoda, że kolejne ambientowe pasaże znów pozbawione są polotu, nawet odgrywane przez muzyków na kolanach czy też w innych poskręcanych pozach. The Shaking Sensations są jak Jean Claude Van Damme – efektowni w scenach eksplozji i mordobicia, nieporadni gdy trzeba okazać emocje.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; To muzyka środka – siermiężna w formie, wyraźnie kokietująca twardogłowych zwolenników nurtu, ale pozbawiona ognia i temperamentu, którym uwieść mogłaby kogokolwiek innego. Przy wszystkich wyżej wymienionych próbach nadania zespołowi unikalnej otoczki, muzyka wypada przygnębiająco pospolicie. Przez co jest stanowczo zbyt wcześnie, bym mógł z czystym sercem polecić The Shaking Sensations nawet fanom post-rocka. Zbyt wcześnie też, by mający przebłyski potencjału zespół całkowicie przekreślać. A że tożsamość zdobywa się na scenie, jak najbardziej warto się pchać na każdą możliwą, nawet, jeśli co wieczór ląduje się przed marną, 40-osobową publiką. &lt;i&gt;Per aspera ad astra&lt;/i&gt;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/shakingsensations&quot;&gt;http://www.myspace.com/shakingsensations&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/2651246396122835207/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/shaking-sensations-ghost-of-mystic.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/2651246396122835207'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/2651246396122835207'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/shaking-sensations-ghost-of-mystic.html' title='The Shaking Sensations, Ghost of the Mystic Garden 11.04.2011, Poznań, Pod Minogą.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-1223261631328515445</id><published>2011-04-09T14:08:00.000+02:00</published><updated>2011-04-09T14:08:16.573+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="recenzja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Screws Get Loose"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Those Darlins"/><title type='text'>Samcze umysły. Those Darlins - Screws Get Loose.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhdNf46LzSjsjz_csef6U-QAeL40VMFowM3YZ0dQO16-ayqb1AKIwfvijQKW06Myw4kOBv6CH2GbqkqRLaQzDpUmdTUc8Mqrb6YmRU25IvBEQD_6-vGqZclJdlH8hfDBs5Oazyl7guDz4E/s1600/Those_Darlins_Screws_Get_Loose.jpg&quot; imageanchor=&quot;1&quot; style=&quot;margin-left: 1em; margin-right: 1em;&quot;&gt;&lt;img border=&quot;0&quot; r6=&quot;true&quot; src=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhdNf46LzSjsjz_csef6U-QAeL40VMFowM3YZ0dQO16-ayqb1AKIwfvijQKW06Myw4kOBv6CH2GbqkqRLaQzDpUmdTUc8Mqrb6YmRU25IvBEQD_6-vGqZclJdlH8hfDBs5Oazyl7guDz4E/s1600/Those_Darlins_Screws_Get_Loose.jpg&quot; /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Lubię artystów wywołujących sporne odczucia. Nie tyle próbujących ściągnąć na siebie uwagę zręcznie przemyślaną i sfabrykowaną prowokacją, co skazujących się na lincz konserwatystów swoją odważną i nietuzinkową naturą. Pół biedy, że w przypadku Those Darlins mamy do czynienia z triumwiratem dziarskich kobiet, flirtujących z bogobojnym country. Rzadko kiedy słyszy się dziś w jakiejkolwiek muzyce tyle... testosteronu. &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Choć dziewczyny (i wtórujący im bębniarz) zdają się być jednoznacznie asocjowane z nurtem alternatywnego country, dźwięki &lt;i&gt;Screws Get Loose &lt;/i&gt;prędzej szło by usłyszeć dochodzące zza bramy wjazdowej, aniżeli wahadłowych drzwi baru honky-tonk. Rzecz w tym, że Those Darlins w drobny mak rozdeptują swoimi skórzanymi kowbojkami większość wysterylizowanych produkcji garażowo-rockowych. Nie chodzi mi tu jedynie o dość zmaskulinizowany image zespołu. Pochwalić się mogą jednym czynnikiem,&amp;nbsp;który czyni je czymś więcej, niż fikuśną osobliwością. Drobną rzeczą, o której tyle zespołów skoncentrowanych na wytwarzaniu wokół siebie odpowiedniej otoczki zapomina - dobrymi piosenkami. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jakże przy tym różnorodnymi! Nośny refren otwierającego płytę numeru tytułowego to raczej sentymentalna nuta, której kompletnym przeciwieństwem jest utwór następny, promujący LP &quot;Be Your Bro&quot;. Sporo mówi sama okładka singla, budząca skojarzenia z obwolutami &lt;i&gt;Sticky Fingers&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;Too Fast for Love&lt;/i&gt;. Aluzja jak najbardziej na miejscu, &lt;i&gt;Screws Get Loose&lt;/i&gt; ma w sobie ikrę i zuchwałość, której próżno dziś oczekiwać po co raz bardziej zniewieściałej męskiej muzyce. Tekst to majstersztyk frywolnego humoru, pełen seksualnych &lt;i&gt;innuendos&lt;/i&gt;, a wyznająca &quot;&lt;em&gt;I just wanna be your bro&lt;/em&gt;&quot; Jessi Darlin brzmi nie mniej kokieteryjnie, niż oferujący się swego czasu jako pies Iggy Pop. Numer został dodatkowo okraszony teledyskiem, w którym panie, że tak to ujmę, dość mocno eksponują samcze strony swych usposobień.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Na szczęście, nie samym łamaniem obyczajowych tabu żyją te oblubienice. Z impetem burzą też gatunkowe bariery, co rusz urządzając sobie wycieczki na różnorodne grunty szeroko pojętego rock n&#39; rolla (według Paula Stanleya z KISS, muzyki wymyślonej przez mężczyzn myślących kroczami). Chwilami brzmią niemalże jak The Clash odziane w gorsety i oddychające torem piersiowym, miast przeponowym (&quot;Hives&quot;, &quot;Boy&quot;). Synestezyjne doznania przynosi odrobinę stonerowy &quot;Mystic Mind&quot;. Dużo garażowego glamu pojawia się w świetnym &quot;Tina Said&quot;. Nawet przy takiej różnorodności inspiracji, nad tą muzyką nieprzerwanie unosi się aura południa Stanów. A że zespół wywodzi się z samego serca Tennessee, jej buńczuczność dziewczyny mają we krwi. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Tyle tu garażowego brudu, co i westernowego uduchowienia - fakt, że serwowanego w mocno zwulgaryzowanej formie. Świetna płyta zarówno dla osób lubujących się w klimacie rodem z barów z mechanicznym rodeo, jak i podróżach do miasta sufrażystek&amp;nbsp; I dla każdego ceniącego sobie diabelnie chwytliwe piosenki. &lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;295&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/QiyXjv1aaf8?fs=1&quot; width=&quot;480&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/darlins&quot;&gt;http://www.myspace.com/darlins&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.thosedarlins.com/&quot;&gt;http://www.thosedarlins.com/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/1223261631328515445/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/samcze-umysy-those-darlins-screws-get.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/1223261631328515445'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/1223261631328515445'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/samcze-umysy-those-darlins-screws-get.html' title='Samcze umysły. Those Darlins - Screws Get Loose.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhdNf46LzSjsjz_csef6U-QAeL40VMFowM3YZ0dQO16-ayqb1AKIwfvijQKW06Myw4kOBv6CH2GbqkqRLaQzDpUmdTUc8Mqrb6YmRU25IvBEQD_6-vGqZclJdlH8hfDBs5Oazyl7guDz4E/s72-c/Those_Darlins_Screws_Get_Loose.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-1139484914073897689</id><published>2011-04-04T19:42:00.001+02:00</published><updated>2011-04-04T20:49:44.265+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Death Angel"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="firlej"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Resistance"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Suicidal Angels"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Wrocław"/><title type='text'>Death Angel, Suicidal Angels, Resistance 31.03.2011, Wrocław, Firlej.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Mimo uporczywego tłumienia w sobie skłonności do nostalgii, z lekkim uśmiechem zdarza mi się wspominać obraz siebie, 10-letniego pacholęcia, nieco zamkniętego w sobie, aczkolwiek pełnego życia i niesamowicie wnikliwego. Z koszmarną fryzurą, krzywym zgryzem i dużą szparą między przednimi zębami. Na ogół bardzo pogodnego - krajobraz za oknem był wtedy jednym wielkim podwórkiem, nie zaś padołem łez, jak go dziś człowiek nazywa. Poznawana muzyka była radosnym soundtrackiem do beztrosko mijających dni, a jej odkrywanie idealnym ujściem dla młodzieńczej ciekawości, miast rozpaczliwym poszukiwaniem terapeutycznego remedium na codzienne frustracje, jakim z biegiem lat się stała. Poznawałem ją przekopując się przez zbiory mojego ojca, sterty pirackich kaset magnetofonowych, bezkarnie rozprowadzanych kiedyś przez firmy takie jak Takt, MG czy Elbo. Podwaliny dla moich pierwszych muzycznych preferencji stanowił więc testament (nomen omen!) ojcowskiego gustu w postaci zbioru kaset z thrash metalem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Choć byłem stosunkowo spokojnym i pogodnym, z natury przy tym chorobliwie nieśmiałym podrostkiem, z miejsca zapałałem miłością do tego gatunku. Potrzebowałem rzeczy ciężkich, szybkich, folgujących mojej wybujałej wyobraźni pseudo-demoniczną, komiksową otoczką. W doborze kaset, które trafiały do sędziwego odtwarzacza spore znaczenie odgrywały okładki. Szansę dostawała każda taśma okraszona różnego rodzaju plugastwami i ciężką do odczytania czcionką nazwy zespołu. Dlatego też nie wahałem się przez chwilę natrafiwszy na pudełko ozdobione obrazem zdewastowanej okolicy, zabawnie przypominającej będące mi wówczas miejscem zabaw stare budynki, burzone pod nowocześniejszą dzielnicę. Był to debiut Death Angel, rozczulająco z perspektywy czasu zatytułowany &lt;i&gt;The Ultra-Violence&lt;/i&gt;. &amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jeszcze przez wiele lat wszystkie negatywne emocje uchodziły ze mnie dzięki niemiłosiernemu katowaniu tych starych taśm na rozlatującym się boomboksie. Wydaje mi się, że wyłącznie dzięki impulsywności i awanturniczości słuchanej muzyki okres adolescencji minął mi wolny od przejawów gniewu i agresji. Czasem trafia do mnie, że o ile burzę hormonów zagłuszyły w moim przypadku wielogodzinne sesje z &lt;i&gt;Reign in Blood&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;Darkness Descends&lt;/i&gt;, czy &lt;i&gt;Bonded by Blood&lt;/i&gt;, o tyle gdyby tylko ten cherlawy chłopczyk miał szansę ujrzeć swoje starsze o dziesięć lat ja - krótkowłose, noszące golfy i zasłuchujące się w Charlotte Gainsbourg - zlałby on je po pysku. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Czas płynie, młodzieńczy szwung zaskakująco przedwcześnie uchodzi z ciebie i każdego twojego rówieśnika, dziecięce marzenia odchodzą w niepamięć, młodzieńcze ambicje zaś rychło weryfikuje bezwzględna rzeczywistość. Nie ma mowy jednak bym pozostał w domu, gdy w niedalekim przecież Wrocławiu nadarza się okazja spełnienia nieśmiałego marzenia szczenięcych lat - usłyszenia na żywo nieczytelnych niemalże trzasków odtwarzanych swego czasu z tych prehistorycznych kaset. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Powiew nostalgii poczułem już przekraczając próg Firlejowskiej sali, rozmiarem przywołującej wspomnienie z usteckiego Domu Kultury, frekwencją zaś odbywające się tam przeglądy lokalnych zespołów. Belgowie z Resistance, choć śrubują swój siermiężny deathcore z niemałym zapałem, zbiera pod sceną ledwie tuzin zapaleńców.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Odrobinkę większa grupka zbiera się pod barierkami gdy na scenę wchodzą Grecy z Suicidal Angels. Zespół sprawia wrażenie poddanego krioprezerwacji&amp;nbsp; – Ed Repka na obwolucie, pozbawione jakiegokolwiek sensu, ale pieszczące zmysły każdego fana gatunku tytuły (&quot;Reborn in Violence&quot;, &quot;Bleeding Holocaust&quot;) i sama muzyka - gdzieś pomiędzy Sepulturą z okresu &lt;i&gt;Beneath the Remains&lt;/i&gt;, a teutońską sieką w stylu Kreator. Podobnych, bez wątpienia sympatycznych zespołów próbujących przywołać aurę okresu największej prosperity thrashu jest co raz więcej. Gama Bomb, Bonded by Blood, czy też Merciless Death to przesympatyczne zespoły, jednakże mocno konserwatywne, zamknięte w sztywnych ramach stylu i jakby eskapistyczne w swoim zapatrzeniu w przeszłość. Nawiązujące do tuzów z szacunkiem i ostrożnością, niestety, na zawsze tym samym skazane na podziemie, ponad które wydostawali się tylko nieliczni przedstawiciele gatunku, właśnie dzięki łamaniu utartych konwenansów. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jednym z najodważniejszych zespołów w nurcie był bez wątpienia Death Angel. Skupiający muzyków oszałamiająco młodych, mimo to śmiało wykraczających poza thrashmetalowe rewiry, niewstydzących się rozległych inspiracji. Tym samym zaskoczyła mnie odrobinę przesłuchana naprędce najświeższa płytka zespołu, &lt;i&gt;Relentless Retribution&lt;/i&gt;. Powstała w odświeżonym składzie, do bólu oldskulowa, pozbawiona jednak niegdysiejszej zuchwałości, z którą zespół wychylał się się ponad podręcznikowe regułki thrashu. Jej brak był mi zaskoczeniem zwłaszcza mając w pamięci skądinąd wyjątkowo zróżnicowane &quot;Killing Season&quot;.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Gdy w głośnikach rozbrzmiewa akustyczne intro w wykonaniu wyśmienitego duetu Rodrigo y Gabriela, rozglądam się po klubie z zażenowaniem. Od czasu supportów nie przybyło wiele osób, pod sceną ścisnęło się raptem kilkadziesiąt zapaleńców, drugie tyle luźno rozstawiło się na tyłach klubu. Smutny widok, zważywszy, że drzwi do większej kariery zostały zatrzaśnięte przed zespołem po niefortunnym wypadku autokaru na początku lat dziewięćdziesiątych. Próżno jednak szukać grymasów na twarzach niezmordowanych Marka Oseguedy i Roba Cavestany’ego gdy uderzają świeżym &quot;I Choose the Sky&quot;. Tym bardziej pośród publiki, która mimo drobnych gabarytów okazuje się nad wyraz żywiołowa, co z wyraźnym wzruszeniem chwali sobie później lider. Widok zamiatającego dreadami podłogę Marka i przebiegającego na scenie kilometry Roba przywołuje w mojej głowie wspomnienia tego, czym faktycznie była dla mnie swego czasu ta muzyka – źródłem beztroskiej i, mimo niezręcznych prób otaczania wszystkiego diaboliczną aurą, bezpretensjonalnej zabawy. Przecieram oczy spoglądając na wtórujący rozszalałym weteranom nowy nabytek w postaci basisty Damiena Sissona. Czytałem o nim jako o domniemanej kopii Cliffa Burtona, facet tymczasem okazuje się jego pełną inkarnacją.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Mimo kilkuletniej rozłąki z działalnością zespołu i, prawdę mówiąc, całym gatunkiem, autor szybko dochodzi do wniosku, że nie jest w stanie stać w bezruchu słysząc kanonadę &quot;Evil Priest&quot;, thrashujące boogie &quot;Bored&quot;, czy nieludzkie krzyki Marka w &quot;Mistress of Pain&quot;. Nagle też dociera do niego, że lata temu na dobre wwierciły mu się w głowę refreny &quot;Seemingly Endless Time&quot; i &quot;Veil of Deception&quot; – jedynej chwili oddechu w trakcie występu. Panowie wystawiają tego wieczoru najcięższą artylerię – lwią część repertuaru stanowią utwory z debiutu i zeszłorocznego krążka, a więc czysto thrashowy materiał. Skruszony, odsyłam w diabli wszelkie zarzuty odgrzewania kotleta – nowe utwory na żywo nabierają niesamowitej mocy. Znakomicie wypadają &quot;Truce&quot; i &quot;Claws in so Deep&quot;. &quot;Opponents at Sides&quot;, przy pierwszym zetknięciu dłużący się i monotonny, zasłużenie zostaje ciepło przyjęty przez publikę. &quot;River of Rapture&quot; godne jest miejsca pośród bisów, zaraz obok innych szlagierów nowoczesnego thrashu w postaci wgniatającego w podłogę &quot;Lord of Hate&quot; i finałowego &quot;Thrown to the Wolves&quot;, poprzedzonego oldfieldowskim cytatem z &lt;i&gt;The Exorcist&lt;/i&gt;, wokół którego zbudowany został utwór tytułowy z debiutanckiej płyty. Patrząc jak Cavestany odgrywa ostatnią solówkę w fosie, a wyraźnie zadowolony wokalista z szelmowskim uśmiechem odbiera &quot;żółwiki&quot; nie można nie odnieść wrażenia, że czerpią oni z tego frajdę nie mniejszą, niż rozszalała publika.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;Choć czasy emisji klipów na MTV nie wrócą nigdy, a twórczość zespołu na dobre chyba pozostanie przyjemnością garstki pasjonatów, przez cały show po zespole nie widać krzty zrezygnowania. Można nazywać tą muzykę przebrzmiałą, tak długo jednak, jak zespoły pokroju Death Angel będą wkładać w swoje rzemiosło tyle serca, tak długo i ja będę gościł na ich koncertach. To ten entuzjazm, ta ikra i ta dusza wkładana w sztukę narodziła we mnie uczucie do muzyki.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/deathangel&quot;&gt;http://www.myspace.com/deathangel&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/1139484914073897689/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/death-angel-suicidal-angels-resistance.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/1139484914073897689'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/1139484914073897689'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/04/death-angel-suicidal-angels-resistance.html' title='Death Angel, Suicidal Angels, Resistance 31.03.2011, Wrocław, Firlej.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-8705376641931336423</id><published>2011-03-27T17:03:00.007+02:00</published><updated>2011-04-04T19:50:59.195+02:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Blindead"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Blue Note"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="HRV"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="In Twilight&#39;s Embrace"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Obscure Sphinx"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Vidian"/><title type='text'>Blindead, Obscure Sphinx, HRV,  In Twilight&#39;s Embrace, Vidian 26.03.2011, Poznań, Blue Note.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Cztery razy w ciągu dwóch lat miałem niemałą przyjemność podziwiać Blindead na deskach poznańskich klubów. Sukcesywnie lądowali w co raz to większych lokalach, kolejno Bazylu, nieodżałowanej Piwnicy 21, ostatnio dając fenomenalny koncert w Eskulapie. Miało to miejsce blisko półtora roku temu, separacja trwała więc długo, wydłużyło ją w dodatku niefortunne odwołanie koncertu zaplanowanego na zeszły grudzień. Szczęście w nieszczęściu, pomyślałem, gdy okazało się, że rekompensata będzie miała miejsce nie w planowanej pierwotnie Minodze, a w Blue Note. Pojemniejszy klub, lepsze nagłośnienie, z pewnością większa swoboda dla zespołu. Niestety, na każdej z tych płaszczyzn pojawiły się zgrzyty.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zaskoczyła mnie gorsza niż swego czasu w Eskulapie frekwencja. Co dziwne, szczytową liczebność osiągnęła gdzieś w połowie imprezy, pod sam koniec zdawała się być nieco przerzedzona. W różnych momentach występów szwankowało brzmienie – najlepiej brzmiącą kapelą okazało się młodziutkie Obscure Sphinx. &lt;i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt;Nadmierne natężenie dźwięku zaszkodziło, ponownie, nieszczęsnemu daniu głównemu.&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;   &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;&lt;i&gt;À propos&lt;/i&gt;&lt;i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt; kapel rozgrzewających – atrakcja wieczoru zawsze miała smykałkę do otaczania się interesującym towarzystwem. Proghma-C, Blues Beatdown, Tides of Nebula – wszystkie te kapele zdobywały moją sympatię występując pod kuratelą Blindead. I w tym mnogim zestawie (są w tym kraju organizatorzy, którzy pięciozespołowe koncerty reklamują jako „festiwale”) znalazło się miejsce dla frapującego odkrycia.&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Ale po kolei. Nieco spóźniony załapuję się na trzy ostatnie kawałki Vidian, którzy łoją przyzwoicie – brutalnie, aczkolwiek wyraźnie lubują się w średnich tempach, nie gardząc przy tym spokojniejszymi wstawkami. Nie porywa mnie In Twighlit’s Embrace. Jest wszystko – świece na wzmacniaczach, pompatyczne intro, tyrady między kawałkami, słowem, śmiertelnie poważna otoczka. Niestety, nic co mogłoby mnie zainteresować. Średnim pomysłem było ustalenie jako trzeciego w kolejności projektu HRV. Na tym etapie sample blindeadowych gitar i wokalu to pomyłka - nie podjada się obiadu w porze &lt;i&gt;aperitif&lt;/i&gt;! Tym bardziej, że poniekąd ciekawe elektroniczne poszukiwania Hervy’ego w towarzystwie bębnów doskonale sprawdziłyby się w postaci epilogu koncertu Blindead. Czy też, stosując bardziej akuratna terminologię, w roli afterparty. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Wokalistka Obscure Sphinx, z nieznanego mi powodu, ramiona ma obwiązane bandażami. I imponujące płuca – zarówno śpiew jak i krzyk ma iście piorunujące. Podobnie mają się kompozycje – długie, wielowątkowe utwory, doskonale balansujące między ciężarem a transowymi pasażami, które doskonale podkreśla wyważone, selektywne brzmienie.&lt;i&gt;&lt;span style=&quot;font-style: normal;&quot;&gt; &lt;/span&gt;&lt;/i&gt;Podejrzewam, że z włamania do mieszkań muzyków wyszłoby się wyposażonym w dyskografię śp. Isis. Faktem jest, że numerami takimi, jak zagrany na koniec porażający wałek naprawdę mogą ostudzić łzy wszystkich opłakujących przedwczesny &lt;i&gt;fin&lt;/i&gt; autorów &lt;i&gt;Panopticon&lt;/i&gt;. Nie jestem osamotniony w swoim zachwycie – OS pozostają, jak się później okazuje, jedyną kapelą wzywaną na bis.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Nie lada wyzwanie w postaci próby przebicia fantastycznej &lt;i&gt;Autoscopii&lt;/i&gt;, ambitny koncept i historia, stonowanie brzmienia, ale też nadanie mu jeszcze bardziej rozbudowanej, wielowarstwowej formy – &lt;i&gt;Affliction XXIX II MXMVI &lt;/i&gt;spełniło wszystkie moje oczekiwania. Zespół nie próbuje wywarzyć otwartych drzwi – eksperymentuje w zakresie własnego potencjału, z płyty na płytę rewitalizuje własne brzmienie, stopniowo je udoskonalając. To dzięki tej świadomej ewolucji całkowicie odcina się od porównań z innymi post-metalowymi kapelami. Zespół z wizją, za którą konsekwentnie podąża, doskonała maszyna koncertowa, najlepsze gardło na rodzimej scenie okołometalowej (utrzymuję tą opinię od czasu usłyszenia Nicka w Neolithic osiem lat temu). Naturalną koleją rzeczy, wzrastają też chyba moje wymagania. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Może też dlatego jestem koncertowym odegraniem &lt;i&gt;Affliction&lt;/i&gt; nieco rozczarowany?. Odegranie takiej płyty wymaga żelaznej dyscypliny, na czym ucierpieć nieco może żywioł. Otwierający &quot;Self-Consciousness is Desire and&quot; wypada jeszcze bardzo dobrze, a czytane fragmenty opowiadania Kofty mrożą krew w żyłach. Zastanawiało mnie wykonanie absolutnej perły, jaką jest &quot;After 38 Weeks&quot;, ozdobionej zniewalającą partią trąbki. W tym momencie zaczynam jednak kręcić nosem - przywołana w postaci sampla nieco trąci myszką. O ile w jakiś sposób jestem w stanie zrozumieć mus jej odtworzenia, tak już sample dodatkowych wokali w &quot;My New Playground Became&quot; uważam za całkowicie zbyteczne. Podziwiam drobiazgowość zespołu, ale ten powalający utwór nic by nie stracił w surowszej, pozbawionej dodatkowej ornamentyki wersji. Choć to integralna część płyty, najbardziej eksperymentalny &quot;Dark and Gray&quot; i zawarte w nim cytaty z McCarthy’ego również nie wypadają zbyt przekonująco na żywo. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Gdy zaczynam nabierać obawy, że przy utrzymaniu tej tendencji wykonanie płyty zakończy się fiaskiem, druga jej połowa wypada o wiele lepiej. Świetne dźwiękowe tła autorstwa Hervy’ego, wspomniane fragmenty prozy, posępne wizualizacje - każdy bawi się dziś takimi smaczkami, mało kto potrafi dobrać tak adekwatnie klimatyczne środki wyrazu. Nareszcie udaje się odtworzyć niepokojąco gęstą atmosferę LP. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;&amp;nbsp;Zespół serwuje jeszcze parę numerów, przewijają się fragmenty EP &lt;i&gt;Impulse&lt;/i&gt;, nie ukrywam, że zacieram ręce w oczekiwaniu na fragmenty &lt;i&gt;Murder in Phazes&lt;/i&gt;. Tymczasem, zdawałoby się raptem na półmetku występu, zespół znika ze sceny. Brak monumentalnego &quot;Phaze I&quot;, czy też &quot;Symmetry&quot; (którego przedpremierowym wtedy wykonaniem zespół po raz pierwszy rozłożył mnie na łopatki podczas trasy z Nyia i Antigamą) najwyraźniej dziwi tylko mnie – bez chwili wahania zmywa się również cała publika. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nie chcę, by przez te wywody ktoś mógł odnieść wrażenie, że był to słaby gig. Blindead to kapela stawiająca sobie poprzeczkę bardzo wysoko, sprawność działania tej maszyny zależy od tak wielu czynników, że najmniejsza nawet usterka w niej odbija się na wydajności. W ostatecznym rozrachunku &lt;i&gt;Affliction XXIX II MXMVI &lt;/i&gt;pozostaje świetną płytą, niestety, na żywo nie nabiera tyle wigoru, ile zyskiwała długogrająca poprzedniczka. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/blindead&quot;&gt;http://www.myspace.com/blindead&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/obscuresphinx&quot;&gt;&amp;nbsp;http://www.myspace.com/obscuresphinx&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/hervy&quot;&gt;http://www.myspace.com/hervy&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/twilightkills&quot;&gt;http://www.myspace.com/twilightkills&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/vidianband&quot;&gt;http://www.myspace.com/vidianband&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/8705376641931336423/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/03/blindead-obscure-sphinx-hrv-in.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/8705376641931336423'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/8705376641931336423'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/03/blindead-obscure-sphinx-hrv-in.html' title='Blindead, Obscure Sphinx, HRV,  In Twilight&#39;s Embrace, Vidian 26.03.2011, Poznań, Blue Note.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-7224483514792580804</id><published>2011-03-25T20:24:00.002+01:00</published><updated>2011-03-26T10:15:14.274+01:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Paula i Karol"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Pod Minogą"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><title type='text'>Paula i Karol 24.03.2011, Poznań, Pod Minogą.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Doskonale znam swoją gderliwość i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że może być ona główną przyczyną faktu, że na wybitnej większości relacjonowanych tu koncertów ląduję sam. Całe szczęście, że niedoszli towarzysze eskapad to z reguły znakomici dyplomaci, dzięki których wymyślnym usprawiedliwieniom trwać mogę w błogiej ignorancji. W zdumienie wprawił mnie jednak kumpel, który brak chęci zobaczenia w Minodze przynajmniej-z-nazwy-duetu Paula i Karol podparł argumentem, jakoby &quot;nie był jeszcze gotowy na słuchanie folku&quot;. Na przekór obawom sceptycznego kamrata, muzyka ich przypadła mi do gustu jako rzecz prosta i bezpretensjonalna – idealna odskocznia po wyrafinowanych poszukiwaniach Jaga Jazzist. Decyzję podjąłem doskonałą, właśnie na scenie muzykom udaje się odtworzyć pełnię wigoru drzemiącą w ich dziarskim materiale.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Z miejsca odniosłem wrażenie, że muzycy faktycznie stanowią doskonałe antidotum, z tym, że raczej na szablonową mrukliwość krajowej sceny (odzwierciedlającą, rzecz jasna, ogólnonarodową przypadłość) - krocie zespołów pozujących do zdjęć pośród torów kolejowych z rzewnymi minami i spuszczonymi głowami. Zamiast grymasów, kołnierzy i krawatów - rozskakana banda chłopa w wełnianych czapkach i promieniująca, bez przerwy chichocząca wokalistka. Pani Paula z jakiegoś powodu wybucha śmiechem nawet w trakcie śpiewania, nie przerywając uderzania w cymbałki i grzechotania shakerem, co robi na mnie wrażenie szczególne – uśmiechanie się kosztuje mnie tyle wysiłku, że nie potrafię jednocześnie wykonywać jakiejkolwiek innej czynności (ani manualnej, ani mentalnej).&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;W dokonaniach Pauli i Karola słyszę bardzo dużo Ameryki Północnej. Chwilami brzmi ona niczym jankeski folk rodem prosto z Appalachów, resztki wątpliwości co do inspiracji powinien rozwiać tytuł utworu &quot;This is Country!&quot;. Komuś mogliby skojarzyć się z duetami Johnny&#39;ego Casha i June Carter, choć, jak daję słowo, sam Pan Karol śpiewem i werwą przywodzi mi na myśl Cat’a Stevensa. Krótkie, proste utwory o błahych, ale jakże ujmująco lapidarnych refrenach - nucenie &quot;pararara&quot;, odliczanie cyferek, czy też jedna, uroczo zawodząca samogłoska. Rozwiązania proste, a jednak niezawodne, z jakiegoś powodu rzadko bądź nieśmiele praktykowane. Na złość konwenansom, Paula i Karol bawią się z muzyką, jak gdyby istnieli na scenie tylko i wyłączenie dla własnej przyjemności – nie ma w ich występie nic wymuszonego, nienaturalnego. Kojący to widok, naoglądałem się już w życiu muzyków w trakcie koncertu nie bardziej entuzjastycznych, niż podczas badań proktologicznych. &amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nie można spodziewać się zbyt długich setów po artystach raczkujących dopiero na naszej parszywej scenie muzycznej, muzykom zręcznie udaje się jednak rozciągnąć koncert do granic możliwości. I to z jaką klasą! Cover A Tribe Called Quest (że też nie zdecydowali się na &quot;Bonita Applebum&quot;!) raz, że wymaga tupetu, dwa – sporo wyobraźni. Wykonanie ostatniego utworu na środku parkietu pośród siedzącej publiki – naprawdę przesympatyczny gest.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Niewielu widziałem ostatnimi czasy artystów tak bardzo żyjących tym, co robią. W Pauli i Karolu drzemie kolosalny ładunek pozytywnej energii, na żywo rozsiewają aurę spontanicznej zabawy. Jednocześnie oferują muzykę w tym kraju egzotyczną i wyjątkowo daleką od aktualnych trendów, tym samym bardzo odważną. Wbrew wspomnianym uprzedzeniom mojego niedoszłego towarzysza, nie jest to też muzyka, która wymagałaby dorastania. Sądzę, że pośród takich właśnie dźwięków należy wychowywać dziatki, być może kiedyś, w wieku nastoletnim nie będą się zaczytywać w Nietzschem i słuchać The Smiths.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/paulaikarol&quot;&gt;http://www.myspace.com/paulaikarol&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/7224483514792580804/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/03/paula-i-karol-24032011-poznan-pod.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/7224483514792580804'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/7224483514792580804'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/03/paula-i-karol-24032011-poznan-pod.html' title='Paula i Karol 24.03.2011, Poznań, Pod Minogą.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-3233719416210849522</id><published>2011-03-24T19:16:00.000+01:00</published><updated>2011-03-24T19:16:22.570+01:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Eskulap"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Jaga Jazzist"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><title type='text'>Jaga Jazzist 23.03.2011, Poznań, Eskulap.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Na pierwszy rzut oka każdy potrafiący rozróżniać litery nie powinien mieć problemu z definicją muzyki Jaga Jazzist – cała filozofia wydaje się być zawarta w nazwie. Tymczasem zeszłoroczne wydawnictwo &quot;One Armed-Bandit&quot; pełne jest poszukiwań, które mądralińscy krytycy zwykli nazwać post-rockowymi. Choć pamfleciści rozklejają tą etykietę gdzie popadnie, w tym przypadku nie próbowałbym nawet&amp;nbsp;kąśliwie polemizować. Z drugiej strony, oglądając ściśnięty na eskulapowej scenie tłum (sprawiający tamże wrażenie jeszcze większego, niż dziewięcioosobowego) Norwegów&amp;nbsp;zastanawiam się, kto by był w stanie głowić się nad formułowaniem nazw obcując z muzyką niemalże przytłaczającą swoim rozmachem? &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Choć członkowie tego nonetu to muzycy bez wątpienia kompetentni, uśmiercają oni ideę wypełniania utworów popisami solowymi. W muzyce&amp;nbsp;Jaga Jazzist&amp;nbsp;ich ilość jest nikła, zespół jest bezwarunkowo skupiony na kompozycji. Wirtuozeria tego kolektywu (rzadko kiedy do zespołu pasuje to określenie tak adekwatnie!) tkwi w umiejętności tworzenia utworów różnorodnych, wielowarstwowych w nastrojach i w formie, które jako całość tworzą obraz doskonale uformowanego, rozpoznawalnego stylu. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Mocny rytm napędzany przez krępego (pozbawionego już jednak krasnoludziej brody) perkusistę, sekcja dęta, gitary, elektronika, przewijające się tu i ówdzie, instrumentalnie stosowane głosy – ogrom dźwięków zlewa się w jedną całość i, co najważniejsze, brzmi w Eskulapie selektywnie i czytelnie. Z technicznego punktu widzenia, cały koncert jest doskonały. Wspomniane nagłośnienie, efektowne oświetlenie,&amp;nbsp;sympatyczna scenografia w postaci&amp;nbsp;automatowych owoców, na widok których struchleć mogliby posłowie Drzewiecki i Chlebowski. Wszystko to składa się na doskonałe show, pozbawione krzykliwości,&amp;nbsp;jakkolwiek bym nie przepadał&amp;nbsp;za tym sformułowaniem - wręcz pieszczące zmysły. &amp;nbsp;&lt;span style=&quot;mso-spacerun: yes;&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-bidi-font-style: italic;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Ku mojej&amp;nbsp;uciesze,&lt;/span&gt;&lt;span style=&quot;mso-bidi-font-style: italic;&quot;&gt;&amp;nbsp;zespół często sięga do nowego materiału. Tętniący życiem &quot;Book of Glass&quot; nadaje nowe znaczenie pojęciu &lt;i&gt;Allemannsretten&lt;/i&gt; – niemalże progresywno-rockowe gitary i syntezatory doskonale współbrzmią z ciepłymi dźwiękami ksylofonu i dęciaków. Zagrany zaraz po nim tytułowy numer z ostatniej płyty zaczyna się jakby przerobionym na swing cytatem z finału utworu &quot;Sabbath Bloody Sabbath&quot; wiadomego zespołu, dryfuje między różnymi nastrojami, po czym nagłe wejście syntezatorów rozbudza wspomnienie&lt;/span&gt; ścieżek z gier na 8-bitowe konsole. &lt;span style=&quot;mso-bidi-font-style: italic;&quot;&gt;Zagrane jako jedne z ostatnich &quot;Music! Dance! Drama!&quot; i &quot;Touch of Evil&quot; okazują się godne swoich tytułów. Pierwszy jest głośny, rozszalały i napęczniały wręcz od emocji, drugiemu zaś szczypty złowieszczości dodaje surowa elektronika, choć w finale&amp;nbsp;Norwegowie zaskakują dźwiękami ciepłym i nastrojowymi.&lt;/span&gt; Ale taka też jest cała&amp;nbsp;twórczość tej orkiestry - pełna paradoksów. Teoretyczne antagonizmy w muzyce Jaga Jazzist&amp;nbsp;zderzają się ze sobą i tworzą intrygującą mieszankę. Idealnie wyważoną, skupioną&amp;nbsp;na budowaniu niemalże filmowego napięcia.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;margin: 0cm 0cm 0pt;&quot;&gt;&lt;span style=&quot;mso-tab-count: 1;&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Nie tylko ze względu na gabaryty można śmiało nazwać Jaga Jazzist orkiestrą. Koniec końców, rozumiem poniekąd kwękających krytyków, których może irytować odchodzenie zespołu od ściśle jazzowej konwencji. Jakkolwiek by nie nazywać jego aktualnego kierunku, według mnie spisuje się on w tej formule doskonale. &lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;344&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/Ws25EyTGdTg?fs=1&quot; width=&quot;425&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/3233719416210849522/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/03/jaga-jazzist-23032011-poznan-eskulap.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3233719416210849522'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/3233719416210849522'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/03/jaga-jazzist-23032011-poznan-eskulap.html' title='Jaga Jazzist 23.03.2011, Poznań, Eskulap.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/Ws25EyTGdTg/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2944488117075799974.post-7265654668535149997</id><published>2011-03-22T01:16:00.004+01:00</published><updated>2011-03-22T10:29:10.548+01:00</updated><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="koncert"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="muzyka"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Pod Minogą"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Poznań"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="relacja"/><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Żywiołak"/><title type='text'>Żywiołak 20.03.2011, Poznań, Pod Minogą.</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nie nazwałbym tego jeszcze boomem, ale w ostatnich latach wyraźnie rośnie nam zarówno ilość, jak i popularność zespołów, które do zdobiących ich szufladki etykietek dopisują przedrostki pokroju &quot;Etno-&quot;, &quot;Folk-&quot; etc. Pytanie, czy częściej są to górnolotne próby nawiązania dialogu z tradycją i, jak to się ładnie mówi, dziedzictwem kulturowym, czy też znużeni utartymi schematami muzyki nowoczesnej artyści w akcie desperacji urządzają sobie wykopaliska archeologiczne? &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-indent: 35.4pt;&quot;&gt;Zespoły, w przypadku których rdzenne wpływy muzyczne stanowiłą nie tyle dodający charakteru aromat, co jej fundament i główne tworzywo, zwykłem traktować raczej w kategoriach ciekawostek. Że nie wspomnę o przeróżnych hordach próbujących mieszać metal z narodowym folklorem, śmiertelnie poważnych w swoich pieśniach ku Świętowitowi, których przesądni członkowie, jak mniemam, szerokim łukiem mijają pola w okolicach godziny dwunastej. Zgrywy na bok, w przypływie szczerości (czy też w akcie samokrytyki) przyznam, że jako co najwyżej sympatyczne kuriozum klasyfikowałem dotychczas Żywiołaka.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ktokolwiek wpadł na pomysł otwarcia piętra Minogi dopiero o planowanej godzinie koncertu, napsuł z pewnością sporo krwi paru osobom, mi zaś zagwarantował sposobność przyjrzenia się profilowi publiki, jaką ci weseli neofolkowcy zdołali ściągnąć. Szeroki przekrój zebranej gawiedzi z miejsca odebrałem jako wyjątkowo dobitne świadectwo sukcesu kapeli. Jak się z czasem przekonałem, jej fenomen nie bez powodu wykracza ponad elitaryzm sceny metalowej, czy też prowincjonalność zespołów pałających się graniem folku w nieco bardziej konserwatywnym wydaniu. To też odróżnia zespół od, dajmy sobie na to, Kapeli ze Wsi Warszawa - uroczego zespół, który widziałem swego czasu w teatrze, a którego występu, prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie (niestety) w klubowym środowisku. Żywiołakowi tymczasem nie tylko udało się ściągnąć pokaźny i różnorodny tłum, ale też rozkręcić hulankę, jakiej w Minodze jeszcze nie widziałem.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Natrafiłem swego czasu na news sugerujący, jakoby zespół miał przymierzać się do zmiany składu. Niedoinformowany sądziłem, że zapowiadane roszady ma już za sobą, na scenie rozpoznaję jednak wokalistki, które kojarzę ze starych materiałów prasowych. Szybko trafiła do mnie, że lwia część siły tej muzyki tkwi w ich doskonale zharmonizowanych głosach, magnetyzującej energii i ekspresji. Z jednej strony niezmiernie się cieszę, że udało mi się załapać na przedostatni podobno ich występ, z drugiej strony, komunikat ten nabrał wyjątkowo gorzkiego smaku. Nawet, jeśli był to łabędzi śpiew owych Pań, wypadły fantastycznie. Następczynie, które będą musiały wejść w ciżmy poprzedniczek czeka ciężkie zadanie. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Niestety, zanim jestem w stanie w pełni zachwycać się ludowym zawodzeniem wokalistek, musi minąć kilka minut walki zespołu ze szwankującym nieco dźwiękiem. Ekspresyjna gestykulacja blond śpiewaczki z początku wydawał mi się dziwną choreografią, szybko szło się zorientować, że jest to raczej błaganie konsolety o nagłośnienie wokalu. Dwa pierwsze, bardziej stonowane, ambientowe niemalże numery nieco na tym tracą, wraz z następnym zaś zespół przyśpiesza i... wszelkie dźwiękowe niedociągnięcia przygłusza entuzjazm publiki. Niestety, chwilami zagłusza niemalże wszystko, co utwierdza mnie w przekonaniu, że Minoga niespecjalnie nadaje się do co bardziej żywiołowych (no pun intended!) koncertów.&lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pogo, obnażone męskie torsy, crowd surfing, bez wątpienia osobliwy to widok w środowisku tego klubu i jego parkietu o powierzchni salonu mieszkaniowego. Choć rozskakana publika co chwilę okazuje się siłą, w starciu z którą klęskę ponosi słabe nagłośnienie, muzycy jednak, miast krzywić się i ględzić, pokazują, że Żywiołak na scenie to nieokiełznany… żywioł (znowuż nie jest to zamierzona gra słów, raczej obnażenie słabego warsztatu autora tekstu). Przede wszystkim, unosi się nad tym spektaklem atmosfera beztroskiej frajdy i wyczuć można duży dystans w nawiązaniach do mitologii słowiańskiej. Być może kogoś mogłyby skonsternować wznoszone co chwila okrzyki &quot;Slava!&quot;, ale i z tego muzycy potrafią się ponabijać. &lt;/div&gt;&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pod sam koniec zespół funduje nieco bardziej konwencjonalny, najmocniej unowocześniony na tle reszty numer &quot;Mój Miły Rolniku&quot;. Z miejsca przyznam, że szybko stał się moim ulubionym w repertuarze kapeli, choć nie do końca może przypaść do gustu zwolennikom bardziej swojskich z jego dokonań. Jak się okazuje, jest też ostatnim utworem nagranym w aktualnym jeszcze składzie. Wróciwszy na łono mojej przytulnej stancji, postanawiam nadrobić żałosny poziom wiedzy o zespole. Natrafiam na wzmiankę o planowanych zmianach nie tylko w składzie, ale i w stylu zespołu. Jeśli kawałek ten miałby stanowić ich wyznacznik, może to być kierunek dość ryzykowny. A więc, jak to zwykł uważać niżej podpisany, jedyny słuszny! &lt;/div&gt;&lt;div style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.myspace.com/zywiolak&quot;&gt;http://www.myspace.com/zywiolak&lt;/a&gt;&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;344&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/A1neYaEz6UE?fs=1&quot; width=&quot;425&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/feeds/7265654668535149997/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/03/zywioak-20032011-poznan-pod-minoga.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/7265654668535149997'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2944488117075799974/posts/default/7265654668535149997'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kulturakanalii.blogspot.com/2011/03/zywioak-20032011-poznan-pod-minoga.html' title='Żywiołak 20.03.2011, Poznań, Pod Minogą.'/><author><name>Max</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00489214959169138504</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgAh7dpwaptVT4QNVQB1oP5aE5qgWgC7yxFRm7nJHCLo-l8I8CGFATMHPtLiGENedgl3oEegqW8XlLfAjNKsY9xZ_K8u3p28f4Qh5tDC_grq0hy5ko5xyvroTC_KGJHDn4/s220/IMG_9257.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/A1neYaEz6UE/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry></feed>