<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<?xml-stylesheet type="text/xsl" media="screen" href="/~d/styles/rss2full.xsl"?><?xml-stylesheet type="text/css" media="screen" href="http://feeds.feedburner.com/~d/styles/itemcontent.css"?><rss xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/" xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/" version="2.0">

<channel>
	<title>Liberté!</title>
	
	<link>http://liberte.pl</link>
	<description>Głos wolny wolność ubezpieczający</description>
	<lastBuildDate>Thu, 17 May 2012 12:49:53 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.2</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="self" type="application/rss+xml" href="http://feeds.feedburner.com/LiberteMagazine" /><feedburner:info xmlns:feedburner="http://rssnamespace.org/feedburner/ext/1.0" uri="libertemagazine" /><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="hub" href="http://pubsubhubbub.appspot.com/" /><item>
		<title>Perspektywa studentów – w cieniu debaty o zmianach w nauczaniu historii</title>
		<link>http://liberte.pl/perspektywa-studentow-w-cieniu-debaty-o-zmianach-w-nauczaniu-historii/</link>
		<comments>http://liberte.pl/perspektywa-studentow-w-cieniu-debaty-o-zmianach-w-nauczaniu-historii/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 17 May 2012 10:14:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Daria Hejwosz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Edukacja czyli narzędzie społecznej zmiany]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[edukacja]]></category>
		<category><![CDATA[nauka historii]]></category>
		<category><![CDATA[studenci]]></category>
		<category><![CDATA[uniwersytet]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3509</guid>
		<description><![CDATA[Cyceron powiedział: „historia jest nauczycielką życia”. A jaka nauczycielka, taka historia. Jeśli przyjmiemy, że nauczycielka ma określoną wizję życia, wówczas sprawa wiedzy historycznej zaczyna się komplikować.  Zawsze przecież poznajemy czyjąś wersję historii.  Nurt feministyczny „ujawnił”, że w angielskim słowie „history” ukryty jest zaimek osobowy „his”, a zatem historia opowiadana jest z perspektywy mężczyzny. Zaczęto zatem namawiać do budowania narracji w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Cyceron powiedział: „historia jest nauczycielką życia”. A jaka nauczycielka, taka historia. Jeśli przyjmiemy, że nauczycielka ma określoną wizję życia, wówczas sprawa wiedzy historycznej zaczyna się komplikować.  Zawsze przecież poznajemy czyjąś wersję historii.  Nurt feministyczny „ujawnił”, że w angielskim słowie „<em>history”</em> ukryty jest zaimek osobowy „his”, a zatem historia opowiadana jest z perspektywy mężczyzny. Zaczęto zatem namawiać do budowania narracji w oparciu o „jej” opowieść (<em>herstory</em>). Jednak skoro mamy do czynienia z „jego” lub z „jej” opowieścią, musi również pojawić się „moja”, „twoja”, „nasza”, „wasza” i „ich” opowieść. Problem nauczania historii polega głównie na tym, iż toczy się dyskursywna walka o uznanie prawdy historycznej. Z tym stwierdzeniem zgodzą się szczególnie przedstawiciele postmodernizmu. Krytykują oni modernistyczne podejście za to, że tworzy wizję dziejów z punktu widzenia systemu władzy i grup dominujących. Wspomniana walka bardzo często ma podłoże polityczno-ideologiczne. Dotyczy to szczególnie tych faktów historycznych, które nadal podlegają politycznej ocenie. W odniesieniu do tej kwestii Piotr T. Kwiatkowski zauważa „można podać wiele przykładów świadczących o tym, że we współczesnym świecie źródłem poważnych napięć politycznych i społecznych konfliktów bywają na przykład pytania, o to, kto odniósł zwycięstwo w dawno zakończonej wojnie, do którego narodu należy uczony sprzed stuleci, kto był ofiarą a kto katem podczas ludobójstwa sprzed wieku”.</p>
<div id="attachment_3510" class="wp-caption aligncenter" style="width: 510px"><a href="http://liberte.pl/perspektywa-studentow-w-cieniu-debaty-o-zmianach-w-nauczaniu-historii/5563697938_5ffe0b3bd1/" rel="attachment wp-att-3510"><img class="size-full wp-image-3510" title="5563697938_5ffe0b3bd1" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/5563697938_5ffe0b3bd1.jpg" alt="http://www.flickr.com/photos/feargal/5563697938/sizes/m/in/photostream/" width="500" height="332" /></a><p class="wp-caption-text">by Fergal of Claddagh</p></div>
<p style="text-align: justify;">Wydaje się, że współczesne podejście do nauczania historii, ciągle korzysta z modernistycznej narracji, a także uparcie wierzy się, że zadaniem historii jest budowanie tożsamości narodowej. Z tej perspektywy głównym zadaniem tego przedmiotu, jest nie tylko przekazanie wiedzy o podstawowych faktach i wydarzeniach, lecz również (a może przede wszystkim) budowanie poczucia identyfikacji z własnym narodem. Na lekcjach historii kładzie się głównie nacisk na eksponowanie wydarzeń, które uznawane są jako sukces dla danego narodu.  Omawia się sylwetki ważnych postaci historycznych, które często zasiadają w panteonie bohaterów narodowych np. Jan III Sobieski, Tadeusz Kościuszko, Józef Piłsudski etc. Warto zwrócić również uwagę, że ważną rolę w nauczaniu historii, odgrywa tzw. ukryty program. W podręcznikach szkolnych, tekstach źródłowych zawarte są przekonania oraz poglądy ich twórców. Nauczyciele też nie są wolni od własnych opinii oraz sądów na temat wydarzeń historycznych, zatem w sposób świadomy lub nieświadomy, przekazują wraz z wiedzą  swój punkt widzenia. Z tej perspektywy omawianie bitwy pod Grunwaldem wydaje się łatwiejsze niż omawianie obrad Okrągłego Stołu, bowiem w tym drugim przypadku pojawiają się konotacje polityczne. W tym kontekście, wydaje się, że program nauczania  historii nie jest wolny od „izmów”. Czy możliwe jest zatem obiektywne przedstawienie faktów historycznych bez uwikłań ideologiczno-politycznych? Wydaje się, że nie. W literaturze przedmiotu, szczególnie z nauk socjologiczno-pedagogicznych, można znaleźć różne stanowiska odnośnie nauczania historii. Warto jednak zauważyć, że tocząca się debata nie stawia pytań o to, czego uczyć, ale jak.</p>
<p style="text-align: justify;">Wywołana niedawno dyskusja na temat zmian programowych w nauczaniu historii wzbudziła wiele kontrowersji wśród polityków, naukowców, nauczycieli oraz studentów. O ile stanowiska odnośnie tego, jak i czego uczyć, są podzielone, tak niemal wszyscy są zgodni, że o historii współczesnej młodzi ludzie wiedzą niewiele. Wydaje się, że istnieją trzy przyczyny tej sytuacji. Po pierwsze, nie wystarcza czasu na omawianie współczesnej historii  (także i literatury), po drugie, nie wszyscy nauczyciele czują się kompetentni, aby rozmawiać z uczniami o niedawnych wydarzeniach, których często byli uczestnikami. Po trzecie, w nauczaniu historii dominuje dydaktyzm i encyklopedyzm.</p>
<p style="text-align: justify;">Ketith C. Barton oraz Linda S. Levstik uważają, że źródłem nierozumienia wydarzeń historycznych jest sposób podejścia do nauczania historii w szkołach. Nauczyciel, który opiera się jedynie na chronologicznej narracji, nie jest w stanie wyjaśnić zjawisk świata współczesnego. Jeśli jednym z celów nauczania historii ma być zrozumienie obecnej sytuacji, ważnym jest, aby w programach nauczania wiązać przeszłość z teraźniejszością. W ich opinii należy korzystać z różnych źródeł historycznych, dzięki czemu oddala się ryzyko manipulacji i narzucania jednej, arbitralnej wizji rzeczywistości. Podobnie uważa profesor Jan Hartmann, który biorąc udział w debacie na temat zmian w podejściu do nauczania historii powiedział: &#8222;<em>ta reforma idzie w stronę wyzbycia się propagandowo-politycznego rozumienia sensu nauczania historii w szkole. To w XIX wieku zaczęto ogromnym nakładem kosztów nauczać powszechnie historii nie w celach poznawczych, ale w celu umacniania więzi społeczeństwa z państwem. Historia tradycyjnie była właśnie taką historią dynastyczno-wojenno-traktatową, w której podkreślano chwałę narodu i chwałę wielkich mężów, a wszelkie hańby i winy wybielano bądź przemilczano. I tak było w każdym kraju dużym i małym</em>&#8221; (podaję za: Debata o historii w szkołach: największą rolę i tak odegrają nauczyciele,  Gazeta Wyborcza).</p>
<p style="text-align: justify;">Zrozumienie wydarzeń historycznych zależy głównie od tego, kto i w jaki sposób będzie o nich nauczać. Podejście, w którym eksponuje się biografie wybitnych osób, w opinii Barton i Levstik, jest dydaktyczne, gdyż uczniowie dowiadują się o określonych cechach, które uosabiają postacie, natomiast niewiele jest miejsca na interpretację czy wieloznaczność. Inną orientacją jest „analiza wartości”, w ramach której uczniowie posługują się danymi empirycznymi, studiują materiały źródłowe oraz prowadzą dyskusje na temat dylematów etycznych. W ten sposób angażuje się ich w proces analizy konkretnych sytuacji historycznych i dokonywania oceny wartości, które były ich źródłem lub też im towarzyszyły. Wprawdzie nie istnieją badania potwierdzające skuteczność tego podejścia w zakresie przyswajania lub odrzucania przez uczniów przywołanych wartości, jednak daje ono możliwość angażowanie się w dyskusję. Ostatnie podejście ma charakter problemowy,  polega ono na skupianiu się na wybranym temacie i łączeniu sekwencji zdarzeń w jeden wątek, np. przedstawienie historycznego wydarzenia albo jako triumfu albo jako tragedii.</p>
<p style="text-align: justify;">Jeśli tematem lekcji historii są niedawne wydarzenia, wówczas istnieje niebezpieczeństwo ideologicznego uwikłania. Być może dlatego, niektórzy nauczyciele ograniczają się jedynie do podania dat i faktów. Przyjmują w ten sposób bezpieczną postawę, dzięki której nie będą musieli omawiać kontrowersyjnych sporów. Wydaje się również, że nauczyciele obawiają się konfrontacji z wiedzą uczniów, którą zdobyli w domu lub z innych źródeł. Z drugiej strony, nauczyciele mogą w sposób arbitralny narzucać określony pogląd na rzeczywistość. Nie ulega jednak wątpliwości, iż od podejścia nauczyciela, jego zaangażowania a często i pasji, zależy poziom zaangażowania uczniów.</p>
<p style="text-align: justify;">W ramach toczącej się debaty odnośnie zmian w nauczaniu historii, przeprowadziłam na ten temat dyskusję z moimi studentami. Zdecydowana większość z nich  ma problemy z wymienieniem nazwiska pierwszego premiera po 1989 roku, nie wszyscy potrafią podać datę wprowadzenia stanu wojennego, nie wiedzą też kiedy odbyły się pierwsze wolne wybory. Nie potrafią też podać daty agresji ZSRR na Polskę ani daty (roku) wybuchu powstania warszawskiego. Część z nich nie wie, ilu Polska miała prezydentów. Nie mają za to problemu z podaniem daty chrztu Polski, bitwy pod Grunwaldem oraz odzyskania przez Polskę niepodległości. Nie można obwiniać studentów za luki w ich wykształceniu historycznym. Po pierwsze, wielu z nich kończy swoją edukację historyczną na I lub II wojnie światowej. Po drugie, większość z nich nie jest zadowolona ze sposobu, jaki przeprowadza się zajęcia w szkole. Utrzymują oni, że lekcje historii to  „trening pamięci”, bowiem oczekuje się od nich jedynie zapamiętywania dat, które po zaliczonym sprawdzianie, stają się jedynie cyferkami, o których można zapomnieć. Studenci zauważają, że takie podejście „aż prosi się”, aby na sprawdziany szykować ściągi, bowiem nie czują potrzeby uczenia się na pamięć liczb. Karolina, studentka pedagogiki, opisała trening pamięci prowadzony w jej szkole w następujący sposób: „<em>nauczyciel daje do opanowania około 300 dat – zaliczamy najpierw 150, za parę dni kolejne 150, a następnie siadamy do zaliczenia sprawdzianu z wszystkiego. Była to jedna z najważniejszych ocen na koniec semestru. Dziś pamiętam niewiele, a może nawet mniej niż niewiele. Jaki był sens nauki historii w tej formie? Myślę, że był to kurs pt. trening pamięci lub bezpieczne nauczanie historii. Same fakty, bez niebezpiecznych dyskusji historycznych</em>”.  Wtóruje jej Jagoda, która twierdzi, że „<em>nauczyciele każą się nauczyć, ale nie zrozumieć</em>”. Większość studentów zauważa, że wszystko zależy od nauczyciela, co będzie mówił i jak będzie mówił. Dominika, studentka doradztwa zawodowego, przywołując lekcje historii z liceum powiedziała „<em>na rozszerzonym profilu, skończyliśmy edukację na stanie wojennym (…) nauczyciel przeprowadzał lekcje w sposób nudny i monotonny. Po pięciu minutach wszyscy uczniowie spali, bo nauczyciel podawał &lt;&lt;suche&gt;&gt; fakty i nie potrafił zainteresować tematem</em>”.  Podobne zdanie ma Elżbieta, która uważa, że „<em>wszystko zależy od nauczyciela, od tego w jaki sposób wykłada przedmiot oraz czy potrafi zaciekawić ucznia. Zazwyczaj uczymy się tylko na sprawdziany lub kartkówki, a później zapominamy. Uczniowie nie są zainteresowani danym wydarzeniem i nie próbują go zgłębić</em>”. Jeden z moich studentów powiedział „<em>mój nauczyciel poświęcił dwie lekcje na II wojnę światową, natomiast o komunizmie  uczyliśmy się pół roku</em>” (Michał, 21 lat, student pedagogiki).  Jednak wielu z nich zauważyło, że mówienie o kwestiach współczesnych często pozbawione jest obiektywizmu. Twierdzą, że nauczyciele mówią bardziej o własnych ocenach (szczególnie jeśli uczestniczyli w jakiś wydarzeniach), aniżeli o faktach.  Na uwagę zasługuje wypowiedź Adama, studenta pedagogiki, który powiedział, że „historia <em>kończy się po I wojnie światowej, potem zaczyna się polityka</em>”.  Z kolei Agata, studentka chemii zauważyła, że mówienie o historii współczesnej może spowodować, że uczniowie „<em>będą musieli wstrzelić się w poglądy nauczyciela. Jeśli mój pogląd, na przykład o stanie wojennym, nie jest zgodny z jego opinią, mogę dostać gorszą ocenę. Wydaje mi się, że wtedy nie jestem oceniana za wiedzę, lecz za moje poglądy lub poglądy moich rodziców</em>” .  Podobne stanowisko zajmuje Klaudia, która twierdzi, że „<em>uczniowie w liceum boją się konfrontacji z nauczycielem od historii, wolą się nie wychylać na lekcjach, ponieważ z nauczycielem się nie wygra. Bierność bardziej się opłaca</em>”. Z kolei Ada utrzymuje, że nauczyciele muszą być  lepiej przygotowani do prowadzenia dyskusji  na tematy kontrowersyjne. Jej zdaniem nauczyciele skupiają się na metodzie podającej, aby uniknąć „niewygodnych” rozmów. Z kolei Iza zauważa, że „nauczyciele <em>mają różne wizje i oceny historii</em>”. Jej zdaniem należy zmienić podejście do nauczania historii w taki sposób, aby „<em>przedstawiać wydarzenia z różnych perspektyw i dać możliwość ich oceny</em>”. Większość studentów optymistycznie zareagowała na zmianę nauczania historii, aczkolwiek uważają, że wszystko zależy od podejścia nauczycieli i sposobu przekazywania wiedzy. Monika, studentka pedagogiki, uważa z kolei, że „<em>czasem może się też okazać, że byliśmy zbyt młodzi, żeby zrozumieć pewne sytuacje, które miały miejsce w historii, jednak trzeba mieć z nią jakiś kontakt i w razie potrzeby wracać  i ponownie omawiać materiał</em>”.  Hubert nie widzi sensu powtarzania na każdym etapie starożytności. Według niego „<em>bardziej istotna jest współczesna historia</em>”. Iwona zauważa, że na lekcjach historii „<em>kładziono nacisk na nauczanie pamięciowe dat, a nie na związki przyczynowo-skutkowe. W efekcie, być może ktoś zna jakąś datę, ale nie wie co się wówczas wydarzyło. Powtarzanie tego samego materiału w gimnazjum i szkole średniej nie ma sensu, gdyż omijane są istotne rzeczy z historii współczesnej, o której wiemy niewiele, a może nawet i nic</em>”. Angelika podnosi jeszcze jedną kwestię, a mianowicie zmianę w podejściu do nauczania języka polskiego. W jej opinii, ale też innych studentów, również na języku polskim, pomija się współczesność, gdyż przeważnie „nie ma na nią już czasu”. Ci studenci, którzy są przeciwni zmianie w podejściu do nauczania historii, obawiają się egzaminu maturalnego. W ich opinii, „okrojony materiał” może spowodować, że skupią się jedynie na czasach współczesnych, a zapomną o pozostałych epokach.</p>
<p style="text-align: justify;">W kontekście powyższych rozważań, warto zastanowić się nad dwiema kwestiami: jaki jest cel nauczania historii oraz w jaki sposób o niej mówić, aby zaciekawić nią uczniów. Sądzę, że powinniśmy odrzucić przekonanie, że znajomość dat i faktów historycznych buduje poczucie tożsamości narodowej. Powinniśmy również zrozumieć, że młodzież nie uczy się i zapewne nie chce uczyć się historii w oparciu o podejście dydaktyczne i encyklopedyczne. Wreszcie powinniśmy zrozumieć, że patriotyzmu nie nauczymy się na lekcjach historii. Tkwimy ciągle w błędnym przekonaniu, że młodzi ludzie znają historię. Kiedy próbuje się zmienić podejście do jej nauczania, pojawiają się głosy, że młodzi Polacy będąc pozbawieni wiedzy historycznej, staną się ofiarami manipulacji i wynarodowienia. Nauczanie historii, w obecnym kształcie, jest fikcją. To, że istnieją określone standardy, co każdy uczeń wiedzieć powinien, nie oznacza, że wie. Metoda podająca zawodzi. Odpytywanie z dat i faktów również. Przestańmy się wreszcie łudzić, że przeładowany program szkolny, sprawi, że przyszłe pokolenia będą lepszymi obywatelami. Może lepiej skupić się na pewnych aspektach historycznych, nauczyć młode pokolenie krytycznej analizy. Sądzę, że należy odczarować lekcje historii, które przepełnione są patosem. Historia Polski po 1989 roku pokazuje, że odnieśliśmy sukces. Rozmawiajmy o nim. Uczmy krytycznie myśleć, oceniać i analizować. Nieznajomość dat i faktów nie jest wstydem. Wstydem jest brak myślenia. A może jednak na odwrót?</p>
<p style="text-align: justify;">Bibliografia:</p>
<p style="text-align: justify;">Barton K. C.,. Levstik L. S, <em>History</em>, [w:] <em>Education for citizenship and democracy</em>, red. J. Arthur, I. Davies, C. Hahn, Sage, London 2008.</p>
<p style="text-align: justify;">Kwiatkowski P. T., <em>Pamięć zbiorowa społeczeństwa polskiego w okresie transformac</em>ji, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2008.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/perspektywa-studentow-w-cieniu-debaty-o-zmianach-w-nauczaniu-historii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Unia Europejska: podróż na wschód albo koniec</title>
		<link>http://liberte.pl/unia-europejska-podroz-na-wschod-albo-koniec/</link>
		<comments>http://liberte.pl/unia-europejska-podroz-na-wschod-albo-koniec/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 16 May 2012 21:11:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Michal Augustyn</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>
		<category><![CDATA[koniec euro]]></category>
		<category><![CDATA[rosja]]></category>
		<category><![CDATA[Ukraina]]></category>
		<category><![CDATA[Unia Europejska]]></category>
		<category><![CDATA[Wspólna Polityka Rolna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3504</guid>
		<description><![CDATA[Grecka tragifarsa; francuskie wybory i francuski dług; hiszpański, portugalski i włoski zjazd po równi pochyłej; węgierskie prężenie muskułów za pieniądze z MFW; schizofrenia komisarzy: ciąć, a może stymulować; niemieckie hipokryzja, czyli ordnung  tak, ale traktat z Maastricht na razie nie… jeżeli ktoś dzisiaj wierzy w przetrwanie Unii Europejskiej, to musi być albo jej wielkim fanem (wyznawcą) albo człowiekiem co najmniej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Grecka tragifarsa; francuskie wybory i francuski dług; hiszpański, portugalski i włoski zjazd po równi pochyłej; węgierskie prężenie muskułów za pieniądze z MFW; schizofrenia komisarzy: ciąć, a może stymulować; niemieckie hipokryzja, czyli <em>ordnung</em>  tak, ale traktat z Maastricht na razie nie… jeżeli ktoś dzisiaj wierzy w przetrwanie Unii Europejskiej, to musi być albo jej wielkim fanem (wyznawcą) albo człowiekiem co najmniej niemądrym.</p>
<div id="attachment_3505" class="wp-caption aligncenter" style="width: 377px"><a href="http://liberte.pl/unia-europejska-podroz-na-wschod-albo-koniec/5885053283_3b1ddd807b/" rel="attachment wp-att-3505"><img class="size-full wp-image-3505" title="5885053283_3b1ddd807b" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/5885053283_3b1ddd807b.jpg" alt="http://www.flickr.com/photos/freestylee/5885053283/sizes/m/in/photostream/" width="367" height="500" /></a><p class="wp-caption-text">by freestylee</p></div>
<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Europa się kończy!</span></p>
<p style="text-align: justify;">Co dzisiaj łączy Greków i Węgrów? Kłopoty rzecz jasna, ale i podobna wizja tego, jak z nich wyjść. Ani Grecy, ani Węgrzy nie wierzą, że upadające gospodarki uratuje samo członkostwo w Unii Europejskiej (Unia i jej instytucje). Albo inaczej: oni chcieliby w Unii pozostać i korzystać z jej funduszy, z możliwości jakie daje: swobodnego przepływu kapitału, towarów, usług, ludzi i idei, ale jednocześnie chcieliby „rządzić się sami”; i nawet jeśli zgadzają się z diagnozą choroby, na którą cierpią, to absolutnie nie godzą się zaproponowaną „przez Brukselę” terapię.</p>
<p style="text-align: justify;">Do czego tęsknią dzisiaj Niemcy i Francja? Do tego samego, to jest tzw. <em>welfare state: </em>państwa, które zapewniało społeczeństwom poczucie bezpieczeństwa (i napawało je dumą). Niemcy dodatkowo tęsknią za marką, bo pamiętają jak stabilnym i mocnym była pieniądzem; no i są przerażeni jak strasznie nieracjonalnym pomysłem było wprowadzenie euro, w państwach o tak różnych gospodarkach (co jest mniej istotne), przy tak nijakim nadzorze EBC i innych instytucji unijnych nad szaleństwem większości rządów (co jest znacznie ważniejsze).</p>
<p style="text-align: justify;">Czego chcą dzisiaj młodzi Hiszpanie i Polacy? Pracy, której nie ma i nie będzie, bo nie ma żadnych pomysłów na rozwój; na przyrost bogactwa. Są jedynie chaotyczne, co rusz (albo co wybory) zmieniające się pomysły na „zaciskanie pasa”; najczęściej czyjegoś, bo przecież ani Francja, ani Niemcy (tandem mający pretensje do wyciągnięcia Europy z kryzysu) same nie mają zamiaru ciąć deficytu do założonych kiedyś i powtórzonych teraz norm. Jest nawet gorzej, bo Francja nie tylko nie chce zmniejszać swojego gigantycznego zadłużenia, ale znowu sięga (bądź zaraz to zrobi) po sprawdzone keynesistowskiej wzorce. Czyli zamiast budżetowych rygorów, będziemy mieli zwiększone wydatki publiczne i jednoczesne kręcenie nosem na obniżenie raitingu (kogo obchodzą dzisiaj czyjeś pieniądze i ich bezpieczeństwo).</p>
<p style="text-align: justify;">Unijni komisarze blefują, że mają plany i środki na wypadek wyjścia Grecji ze strefy euro; tymczasem nie mają ani jednego (który unijny akt prawny opisuje jak to zrobić?), ani drugiego (chyba, że poważnie potraktujemy dobrodziejstwo płynące z niekończącego się dodruku euro). Blefując (nie przypominam sobie bym wstępował do organizacji hazardzistów, kiedy głosowałem za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej) miotają się jednocześnie od pokrzykiwania o dyscyplinę budżetową, po hasła (bo przecież nie pomysły) nawołujące do „stymulowania wzrostu”.</p>
<p style="text-align: justify;">Panie i Panowie: oto Europa, która się kończy!</p>
<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Powrót narodów.</span></p>
<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
<p style="text-align: justify;">Euroentuzjasta  może się na Węgrów, Greków, Francuzów… (lista jest coraz dłuższa) zżymać i psioczyć o powrocie narodowych egoizmów (w ogóle nacjonalizmu). Tylko co z tego oburzenia wynika? Bolszewickie: „jeżeli rzeczywistość przeczy ideałom, tym gorzej dla rzeczywistości”?</p>
<p style="text-align: justify;">A przecież, o ile dwa lata temu, mainstreamowi ekonomiści i publicyści pukali się w czoła, kiedy ktoś tylko napomknął o możliwości wyjścia Grecji ze strefy euro, o tyle dzisiaj, często ci sami „mędrcy”, jak jeden mąż zgadzają się, że powrót do drachmy da Grecji możliwość realnej wyceny swojej gospodarki i oddech, którego ten kraj potrzebuje, by ruszyć do przodu (niewielu chce mówić o moralnym aspekcie „strząśnięcia długów; kolejne tabu zostało poczęte i nikt nie przejmuje się tego długofalowymi konsekwencjami…).</p>
<p style="text-align: justify;">Niespecjalnie też wiadomo, co zrobić z orbanomiką i orbanpolityką, która wydaje się być coraz atrakcyjniejszą dla kolejnych europejskich narodów. Straszenie jest skuteczne do momentu, w którym straszący zdaje sobie sprawę, jak bardzo jest uzależniony od straszonego; ileż bowiem długów mogą sobie „odpuścić” wierzyciele, jeżeli sytuacja ich krajów daleka jest od marzeń?</p>
<p style="text-align: justify;">Ani Angela Merkel, ani Francois Hollande nie wiedzą też, na ile w tym kryzysowym rozgardiaszu ważny jest interes Unii, a ile narodów, którym przewodzą; bo przecież Niemcy i Francja będą trwać, a Unia kto wie…</p>
<p style="text-align: justify;">Stąd niekończące się ustalenia, negocjacje, strategie, z których prawie żadnej nie udaje się wcielić w życie.</p>
<p style="text-align: justify;">Gdybyśmy zapytali o europejski/unijny plan na najbliższe tygodnie (o miesiącach zapomnijmy), nie dostaniemy żadnej odpowiedzi. Jeżeli zapytamy o plany dla Francji, Niemiec, czy Włoch taka odpowiedź się pojawi (czy nas ona satysfakcjonuje, to już inna para kaloszy).</p>
<p style="text-align: justify;">Narody się obudziły z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kto tego nie widzi jest albo ślepy albo bezdennie głupi.</p>
<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Co robić?</span></p>
<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
<p style="text-align: justify;">Możemy liczyć na to, że dodruk euro („luzowanie polityki pieniężnej”; każde szaleństwo jest matką eufemizmów) przez EBC wpłynie na produktywność greckiej gospodarki (włoskiej, hiszpańskiej, francuskiej…). Możemy wierzyć, że autostrada Lizbona-Warszawa, to jest pomysł na bezrobocie wśród młodych. Możemy ufać, że lekarstwem na chorobę zadłużenia jest jeszcze większe zadłużenie albo przeciwnie: liczyć, że radykalne cięcia przeprowadzane wbrew woli narodów, uzdrowią poszczególne gospodarki. Możemy przeznaczyć więcej unijnych środków na Wspólną Politykę Rolną albo pomoc zacofanym regionom.</p>
<p style="text-align: justify;">Tak, możemy w ciągu roku, czy dwóch wykończyć ideę i praktykę Wspólnej Europy.</p>
<p style="text-align: justify;">Możemy się jednak zastanowić, co w kilkudziesięcioletniej historii integracji się udało, a co stało przyczyną wielkich kłopotów. I możemy poszukać innych niż keynesistowskie, pomysłów na wzrost gospodarczy.</p>
<p style="text-align: justify;">Dżentelmeni nie sprzeczają się podobno o fakty. Nikt chyba nie zaprzeczy, że udała nam się tutaj, na tym małym kontynencie zasiedlonym przez tak liczne narody, Europejska Wspólnota Gospodarcza.</p>
<p style="text-align: justify;">Swobodna wymiana handlowa, przy zachowaniu narodowych walut, różnych systemów podatkowych, polityki społecznej itd. święciła triumfy i była przyczyną (jedną z) bogacenia się europejskich narodów i ich pokojowej koegzystencji.</p>
<p style="text-align: justify;">Dlaczego mamy się więc upierać przy trwaniu euro? Ze strachu przed czym? Nową wielką wojną europejską?</p>
<p style="text-align: justify;">Widzimy też, czym kończy się przeznaczanie połowy unijnego budżetu na unijne rolnictwo. Czy polskie krowy dają lepsze mleko, bo polscy rolnicy dostają rokrocznie gigantyczne dofinansowanie z budżetu Unii? Czy ceny żywności są niższe niż przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej? Jeśli nie, to dlaczego mamy się zgadzać na trwanie WPR? Ze strachu przed niedoborem żywności kiedy UE płaci rolnikom za to, żeby nie produkowali?</p>
<p style="text-align: justify;">Tak samo rzecz się ma z unijną polityką regionalną. Dzięki niej mamy samorządową biurokrację na poziomie województwa (po co?), czyli tysiące stołków dla członków partii i ich rodzin. A same regiony? Czy Podlasie dzięki unijnej kasie dogoniło Mazowsze, a południe Włoch dogoniło północ? Oczywiście, że nie i nigdy nie dogonią. W każdym razie nie dzięki unijnemu wsparciu.</p>
<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Podróż na wschód.</span></p>
<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
<p style="text-align: justify;">Gdybyśmy mieli magiczną moc, by szybko skończyć z tym, co w Unii wydaje się być niemądre, co prowadzi do marnotrawstwa środków (w dużej części pożyczonych i obciążających następne pokolenia), a w konsekwencji do permanentnego kryzysu; gdybyśmy więc obudzili się w Unii, która bardziej przypomina EWG niż dzisiejszą samą siebie; Unii, w której nie ma WPR i euro, czy byłoby to przebudzenie w Europie niedotkniętej kryzysem?</p>
<p style="text-align: justify;">Otóż nie, bo likwidacja absurdów sama w sobie nie musi przekładać się na pomnożenie dóbr i przyrost miejsc pracy (a niczego dzisiaj tak Europie nie trzeba jak pracy, z której płynie bogactwo).</p>
<p style="text-align: justify;">Europie jest dzisiaj potrzebny nowy pomysł na wzrost. I tak, jak Jan Kulczyk nawołujący do „obudzenia potencjału Afryki” ma rację; tak i rację ma ten, kto pokaże Unii kierunek, dzięki któremu kryzys może się skończyć.</p>
<p style="text-align: justify;">Na zachód od Lizbony jest tylko słony Atlantyk, na wschód od Warszawy jest wielki kraj, który potrzebuje kapitału i może wyżywić tanio całą Europę. Ba, gdybyśmy popatrzyli śmielej, gdybyśmy popuścili wodze wyobraźni, to na wschód od Warszawy są dwa państwa, które potrzebują zachodniego kapitału, zachodniego <em>know how</em>, a mają do zaoferowania gigantyczne przestrzenie i gigantyczne, uśpione dzisiaj możliwości.</p>
<p style="text-align: justify;">Oczywiście różnica między Ukrainą i Rosją  (bo o nich mowa) jest taka, że Ukraina trochu do Unii chce, a Rosja chyba nie, ale przecież „wszystko płynie” (przyzwyczajenie się do raz na zawsze obowiązującego schematu, jest również przyczyną dzisiejszych kłopotów).</p>
<p style="text-align: justify;">Już sam akces Ukrainy do Unii Europejskiej dałby jest nie tylko nowy impuls do rozwoju, ale właściwie z dnia na dzień, ulgę związaną z wielkim europejskim długiem. Zamiast WPR, wolność gospodarcza w rolnictwie i ukraińskie czarnoziemy (ekologia!).  A że Ukraina „nie jest gotowa”, że prawo, że polityka itd.? No i co z tego: czasy wymagają środków szczególnych, idei nowych, śmiałości poczynań!</p>
<p style="text-align: justify;">Kto się zaś upiera, że Rosja nie chce być w Europie, ten tak naprawdę Rosjan nie zna (ich kompleksów, ambicji, rozczarowań…).</p>
<p style="text-align: justify;">Zresztą: albo Unia ruszy na wschód albo jej nie będzie. Tym, jak to zrobić, niech się martwią unijni biurokraci; może choć raz się do czegoś przydadzą…</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/unia-europejska-podroz-na-wschod-albo-koniec/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zbyt lewicowa lewica, zbyt prawicowa prawica</title>
		<link>http://liberte.pl/zbyt-lewicowa-lewica-zbyt-prawicowa-prawica/</link>
		<comments>http://liberte.pl/zbyt-lewicowa-lewica-zbyt-prawicowa-prawica/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 16 May 2012 20:47:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan Radomski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Świat]]></category>
		<category><![CDATA[Francois Hollande]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys]]></category>
		<category><![CDATA[lewica]]></category>
		<category><![CDATA[prawica]]></category>
		<category><![CDATA[radykalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Unia Europejska]]></category>
		<category><![CDATA[wybory we Francji]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3499</guid>
		<description><![CDATA[Wybory prezydenckie we Francji można rozpatrywać także w kontekście ideowym – poprzez pytanie, na kogo powinni głosować umiarkowani wyborcy. Niestety, odpowiedź na nie jest dla nas trudna. Francuzi mieli bowiem do czynienia z klasycznym, we współczesnej polityce, dylematem, którego Polacy jeszcze nie znają.             Ostatnie lata w polskiej polityce wiążą się najczęściej z wyborem pomiędzy politykami centroprawicowymi a prawicowymi. Co [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong>Wybory prezydenckie we Francji można rozpatrywać także w kontekście ideowym – poprzez pytanie, na kogo powinni głosować umiarkowani wyborcy. Niestety, odpowiedź na nie jest dla nas trudna. Francuzi mieli bowiem do czynienia z klasycznym, we współczesnej polityce, dylematem, którego Polacy jeszcze nie znają.</strong></p>
<div id="attachment_3500" class="wp-caption aligncenter" style="width: 510px"><a href="http://liberte.pl/zbyt-lewicowa-lewica-zbyt-prawicowa-prawica/6895720492_433f8bcd9e/" rel="attachment wp-att-3500"><img class="size-full wp-image-3500" title="6895720492_433f8bcd9e" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/6895720492_433f8bcd9e.jpg" alt="http://www.flickr.com/photos/65490374@N04/6895720492/sizes/m/in/photostream/" width="500" height="333" /></a><p class="wp-caption-text">by Francois Hollande</p></div>
<p style="text-align: justify;"><strong>            </strong>Ostatnie lata w polskiej polityce wiążą się najczęściej z wyborem pomiędzy politykami centroprawicowymi a prawicowymi. Co prawda, w przypadku wyborów do parlamentu, sprawę komplikuje jeszcze lewica, na której w 2007 roku tworzy się centrolewicowa koalicja Lewica i Demokraci, a cztery lata później – pojawia się Ruch Palikota. Obie te inicjatywy, chociaż atrakcyjne z perspektywy umiarkowanego wyborcy, zostały pożarte przez rywalizację dwóch największych obozów politycznych.</p>
<p style="text-align: justify;">            Właśnie dlatego polscy wyborcy praktycznie nie znają najczęstszego dylematu światowej polityki – tj. wyboru pomiędzy lewicą a prawicą. Dylematu szczególnie trudnego dla liberałów, którzy (chociaż, oczywiście, nie są jednością, przez co to uogólnienie wydać może się znacznie uproszczone) zazwyczaj kojarzeni są z centrolewicową wrażliwością światopoglądową oraz centroprawicowymi poglądami ekonomicznymi.</p>
<p style="text-align: justify;">Ostatniego takiego wyboru Polacy dokonać musieli w 1995 roku, gdy kandydat prawicy – Lech Wałęsa – przegrał z kandydatem lewicy:  Aleksandrem Kwaśniewskim. Jednak wówczas nie był to wybór podyktowany poglądami politycznymi, lecz emocjami niewystarczająco wystudzonymi sześć lat po upadku komunizmu. Dzięki temu zamiast podziału na lewicę i prawicę, Polacy podzielili się na antykomunistów i tych, dla których komunistyczna przeszłość dwukrotnego – dziś – prezydenta Polski nie była aż tak istotna.</p>
<p style="text-align: justify;">Późniejszy okres w polskiej polityce był najczęściej bardzo chaotyczny. Wystarczy przypomnieć, że okres lewicowych rządów Leszka Millera jest powszechnie uważany za liberalny ekonomicznie, natomiast konserwatywny pod względem światopoglądowym – co z encyklopedyczną lewicą niewiele ma wspólnego. Obecnie klasa polityczna wyklarowała podział na dwie najważniejsze partię – opiekuńczą gospodarczo prawicę oraz dość miałką (ekonomicznie także, ale przede wszystkim światopoglądowo) centroprawicę. Właśnie dlatego obie te siły przed wyborami największe bitwy toczą w centrum sceny politycznej, próbując przekonać do siebie jak najwięcej umiarkowanych wyborców.</p>
<p style="text-align: justify;">W przeciwieństwie do Tuska i Kaczyńskiego, Hollande i Sarkozy przed wyborami rywalizowali przede wszystkim o mobilizację skrajnego elektoratu. Mieli o co walczyć – w puli znajdowało się prawie 18 procent głosów oddanych na narodową Marine Le Pen oraz 11 procent głosów komunizującego Jean-Luc Mélenchona. Obaj politycy, którzy przeszli do drugiej tury, cenili te głosy bardziej niż 9 procent, które zdobył François Bayrou – reprezentant Ruchu Demokratycznego.</p>
<p style="text-align: justify;">Właśnie dlatego Sarkozy  1 maja obiecywał swoim zwolennikom przywrócenie granic i opanowanie imigracji – odwoływał się w ten sposób do klasycznych postulatów narodowych partii francuskich. Hollande zaspokoił pragnienie najbardziej lewicowych Francuzów, poprzez obietnice zwiększenia biurokracji oraz wprowadzenie 75-procentowego podatku dla najbogatszych. Wszystkie te obietnice mają w sobie jednak elementy politycznego science-fiction – Sarkozy doskonale wie, że zmiana przepisów dotyczących tak newralgicznych rzeczy, jak imigracja oraz granice, nie jest zależna wyłącznie od jego woli; natomiast Hollande znakomicie wykorzystał fakt, że inna jest perspektywa kandydata na prezydenta, a inna – przywódcy kraju, który każdą swoją decyzję powinien opierać na skrupulatnych obliczeniach ekonomicznych.</p>
<p style="text-align: justify;">Jednak, nawet jeśli umiarkowani wyborcy zdają sobie sprawę, że przedwyborcze obietnice zazwyczaj nie są potwierdzone realnymi działaniami, to taka retoryka musi ich zniechęcać. Antyimigracyjne i narodowe postulaty byłego prezydenta Francji nie mają bowiem nic wspólnego z liberalizmem. Także populistyczne i utopijne rozwiązania gospodarczego prezydenta elekta nie przypominają takich liderów lewicy jak Tony Blair – którzy zdobywali sympatię centrum sceny politycznej.</p>
<p style="text-align: justify;">W zabieganiu o skrajny elektorat skuteczniejszy okazał się Hollande – niemal natychmiast po pierwszej turze poparcia udzielił mu przywódca Frontu Lewicy – Jean-Luc Mélenchon (nie można także zapominać o poparciu Evy Joly, kandydatki Zielonych, która uzyskała ponad 2 procent głosów). Na analogiczny gest ze strony Marie Le Pen liczył Nicolas Sarkozy. Liderka Frontu Narodowego oświadczyła jednak, że odda pusty głos, przez co Sarkozy z pewnością stracił część jej sześciu milionów wyborców.</p>
<p style="text-align: justify;">Mimo że były prezydent przegrał tę walkę, postanowił nie uspokajać swojej retoryki, licząc że przekona elektorat Marie Le Pen. I właśnie dlatego przegrał po raz kolejny – tym razem tracąc centrum sceny politycznej. Kilka dni przed drugą turą, François Hollande otrzymał poparcie od kandydata liberałów, swojego imiennika – François Bayrou. Było to o tyle zaskakujące, że partia Bayrou’a ma historyczne związki (mające początek jeszcze w latach 80. poprzedniego wieku) z Unią na rzecz Ruchu Ludowego, której kandydatem był Nicolas Sarkozy. O poparciu lidera Ruchu Demokratycznego dla Hollanda przesądził najprawdopodobniej flirt Sarkozy’ego z wyborcami Marie Le Pen, k™óry Bayrou wyraźnie skrytykował.</p>
<p style="text-align: justify;">Być może Hollande wygrałby wybory prezydenckie nawet wtedy, gdyby przegrał obie te bitwy: o skrajny elektorat i centrum sceny politycznej. Tego w żaden sposób nie zweryfikujemy, możemy się wyłącznie cieszyć, że liberalny, umiarkowany kandydat okazał ważnym elementem francuskiej układanki politycznej. Kandydat, którego ostatecznie poparł, będzie kolejnym prezydentem jednego z najważniejszym europejskich państw.</p>
<p style="text-align: justify;">Póki co, polska scena polityczna nie zmusza nas przed wyborami do słuchania skrajnie lewicowych i prawicowych postulatów. Jednak najprawdopodobniej czeka nas to już za kilka lat. Dlatego już teraz każdy z nas powinien spróbować odpowiedzieć na pytania: Hollande czy Sarkozy? Zapatero czy Rajoy? A już niedługo czeka nasz kolejny bardzo ważny test: Obama czy Romney?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/zbyt-lewicowa-lewica-zbyt-prawicowa-prawica/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mój japoński Brat, Yoshiho</title>
		<link>http://liberte.pl/moj-japonski-brat-yoshiho/</link>
		<comments>http://liberte.pl/moj-japonski-brat-yoshiho/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 15 May 2012 19:36:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ewa Jażdżewska – Goldstein</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kraj]]></category>
		<category><![CDATA[yoshiho umeda]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3488</guid>
		<description><![CDATA[„De mortuis nil nisi bene”. Nigdy nie umiałam pogodzić się z tym zdaniem Dlaczego ma to mnie obowiązywać, skoro niesie ze sobą nieprawdę, a nie jest znakiem wybaczania, jest tylko milczeniem? Dlaczego ma zniknąć z pamięci żyjących coś, co często jest jedynym w swoim rodzaju śladem człowieka, odbiciem jego osobowości, jak linie papilarne, jak utrwalony na fotografiach i filmach obraz [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">„<em>De mortuis nil nisi bene”. </em><em>Nigdy nie umiałam pogodzić się z tym zdaniem Dlaczego ma to mnie obowiązywać, skoro niesie ze sobą nieprawdę, a nie jest znakiem wybaczania, jest tylko milczeniem? Dlaczego ma zniknąć z pamięci żyjących coś, co często jest jedynym w swoim rodzaju śladem człowieka, odbiciem jego osobowości, jak linie papilarne, jak utrwalony na fotografiach i filmach obraz twarzy, grymasu, gestu?</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            To pytanie wróciło do mnie wczoraj, w rozmowie z dziećmi Yoshiha, mojego japońskiego brata. Znałam Go na wiele lat przed ich narodzeniem.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Miałam 13 lat, kiedy do nas, do Łodzi, przyjechał. Był o pół roku ode mnie starszy. Przywiózł na warszawskie Powązki prochy zmarłego przed dwoma laty ojca, japońskiego profesora Ryochu Umedy.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>               Profesora znaliśmy  tylko z korespondencji. W międzywojennej Warszawie spędził swoje najlepsze lata, wśród poetów i artystów. Listy były wzruszające, pełne ciepła i sentymentu. Były i fotografie –  żony i dwóch synków. Młodszy leżał na brzuszku, pełen niemowlęcego wdzięku. Pod spodem widniał podpis: „Nomi głupio śmiejący”. Starszy miał butną minę, patrzył prosto w obiektyw.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Ryochu Umeda zmarł na raka w 1962 roku.</em></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            <em>Parę lat temu, grzebiąc w rodzinnych starych papierach, trafiłam  na list pani Hisayo, pisany po śmierci męża. Umierający profesor Ryochu życzył sobie, by któryś z jego synów pojechał do Polski. Wola japońskiego ojca jest święta. Borykając się z kłopotami finansowymi, młoda wdowa pytała, czy nie znamy przypadkiem jakiejś polskiej rodziny, która podjęłaby się wychowania dwunastoletniego chłopca.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Rodzice byli pod głębokim wrażeniem niedawnej śmierci  przyjaciela. Długo chorował na nowotwór. Do końca  pisał i tłumaczył, żona pełniła rolę sekretarki. Na tydzień przed śmiercią ochrzcił się i przyjął imię polskiego świętego, Stanisława.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>Co miał uczynić mój Tatko, kiedy w liście padło proste na pozór pytanie: „czy nie znamy jakiejś polskiej rodziny&#8230; „Jak zwykle, poszedł z listem do Matki. Niestety, przy najlepszych chęciach nie mogli wśród swoich licznych przyjaciół odnaleźć wariatów, skłonnych do sprawowania opieki nad dorastającym japońskim chłopcem, nie znającym ani jednego polskiego słowa. A że nie umieli odmówić, sami to wzięli na siebie.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Matka załamywała ręce. „Gdzie on w ogóle zamieszka? Przecież wszystkie pokoje zajęte. Pięcioro własnych dzieci, dwie babcie&#8230; „Będzie mieszkał u mnie!”- bohatersko oświadczył Tatko. I rzeczywiście, kiedy już mały przyjechał, rozstawiono pomiędzy biurkiem a półką z książkami polowe łóżko. Ale ponieważ zagradzało drogę do słowników, próbowano innych rozwiązań. Po kilku miesiącach wędrówek Yoshiho osiągnął swój nowy życiowy port w pokoju babci Ali, za parawanem.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Dobrze pamiętam te pierwsze chwile. Przyjechał w sierpniu i  natychmiast trafił na polską wieś, nad Pilicę, gdzie moja siostra Marysia prowadziła swoje pierwsze wykopaliska archeologiczne. Nie zdołał nawet ochłonąć po podróży, kiedy go porwałam – chwyciłam za rękę. Musiałam Mu natychmiast pokazać to, co najpiękniejsze. Z sosnowego pagórka pobiegliśmy w dół, do wąwozu zarośniętego kaliną, z wilgotnym chłodem strumienia, potem znowu biegiem na górę, z której rozpościerał się niebywały widok. Dzikie zakole Pilicy, biały, piaszczysty i wysoki kanion. Niebo, jaskółki, zieleń i błękit. To była pierwsza Polska, jaka zobaczył.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Przywiózł Go na wieś mój Tatko, zafrasowany nową  sytuacją. Wręczył mi rzecz bezcenną – rękopiśmienny słownik polsko- japoński, dzieło profesora Kotańskiego. Surowo  przykazał: mam codziennie uczyć Japończyka dziesięciu polskich słów. Dwa pierwsze znaleźliśmy z Yoshihem natychmiast – „Hageta atama”- Łysa Głowa. Było to prawdziwie trafne, nowe imię nowego opiekuna, Konrada Jażdżewskiego. A życie pod namiotami przyniosło niebawem następne wyrazy: sayonara, dozo, oyasuminasai i neru ka! Idziemy spać?</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>Nie było nazwy mrówek, a namioty nie miały podłogi. Któregoś wieczoru Yoshiho siedział przed namiotem, gestykulował i krzyczał, próbując bezskutecznie określić istotę swojego cierpienia.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Dzień jego przybycia został skrupulatnie zapisany w moim pamiętniku.    </em></p>
<p style="text-align: justify;">
<div id="attachment_3489" class="wp-caption aligncenter" style="width: 510px"><a href="http://liberte.pl/moj-japonski-brat-yoshiho/3375060895_59c74968e2/" rel="attachment wp-att-3489"><img class="size-full wp-image-3489" title="3375060895_59c74968e2" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/3375060895_59c74968e2.jpg" alt="http://www.flickr.com/photos/28919802@N04/3375060895/sizes/m/in/photostream/" width="500" height="333" /></a><p class="wp-caption-text">by Dr.Colossus</p></div>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">16 sierpnia 1963</p>
<p style="text-align: justify;">Moje tegoroczne wakacje to jedna wielka przygoda. Namioty rozbiliśmy w lesie, niedaleko Pilicy. Ustawiono kuchenkę z prehistorycznym bykiem na dykcie, jesteśmy bowiem „Ekspedycją wykopaliskową UŁ”  Jednak nasza zgrana paczka wcale nie ma miny tak poważnej jak ta nazwa.  Wszyscy są młodzi i są studentami. Tylko Marysia jest już magistrem. Komendantem obozu jest Janek, „gospodarczą” –  nasza Maryśka, a oboźnym – Przemko. „Szara masa” składa się z drugiej Marysi, Bożeny, Kingi, Ziemka i Marka. Resztę stanowimy my – dzieciaki.</p>
<p style="text-align: justify;">             O szóstej wyrywa nas z błogiego snu gwałtowna ”Pooobud – ka!!!” oboźnego. Przez dobre 5 minut z namiotów wydobywają się zaspane, nieartykułowane dźwięki. Potem sztuka po sztuce (dziewczęta) i element po elemencie (chłopcy) wygrzebują się na wykop. Dyżurne tymczasem przygotowują śniadanie.</p>
<p style="text-align: justify;">             Praca na wykopie trwa do pierwszej. Zupełnie wesoła jest ta praca. Potem wszyscy lecą myć się do strumyka i na obiad. (jadamy we wsi). Gdyby ktoś przechodził koło obozu gdzieś koło godziny trzeciej, usłyszałby tylko i wyłącznie chrapanie i sapanie.  To LMB czyli Leżenie Martwym Bykiem.  Potem idzie się na jeżyny lub  do Stobnicy, ale najczęściej – „się kąpać”</p>
<p style="text-align: justify;">Te dzieciaki to ja i Yoshiho. Pewnego pięknego dnia coś zahuczało, zatrąbiło – przyjechał warszawą Tatko i przywiózł cudo z importu – Japończyka. Cudo ma lat 13  i bardzo czarne, prawie granatowe włosy. Mówi trochę po angielsku, a ponieważ ja też, łatwo się dogadamy. Yoshiho będzie moim bratem  przez 10 lat, potem wróci do Japonii. Jest synem rok temu zmarłego profesora Ryochu Umedy, który był wielkim przyjacielem Polski. Tłumaczył na japoński „Quo vadis,” , „Faraona”, ”Odę do młodości”. W dniu śmierci się ochrzcił. Ale maly Yoshiho nie lubi katolików. „Ja jestem nic, nic, nic!&#8230; No, zobaczymy potem.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">21 sierpnia, środa.</p>
<p style="text-align: justify;">Pogoda się popsuła. Mocowaliśmy się dziś z Yoshihem, spadłam ze schodów i stłukłam nogę. Musze systematycznie uczyć Yoshiha polskiego, bo to leniuch jakich mało.  Sama przy tej okazji tez się czegoś nauczę po japońsku.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">26       sierpnia, poniedziałek.</p>
<p style="text-align: justify;"> .</p>
<p style="text-align: justify;">             Stał się wypadek. Bawiliśmy się piachem w Białym Kanionie i Yoshiho chciał się otrzepać. Nagle zdjął koszulę i wskoczył do wody. Krzyczeliśmy z Markiem, ale kąpał się dość długo. Gdy wylazł, Marek chciał dać mu w skórę.  Złapał go za rękę i wykręcił. Yoshiho szarpnął się i z wielkim krzykiem i płaczem rzucił się na ziemię.  Jak tylko się go dotknęło, to wrzask nie z tej ziemi.  Był w mokrych slipach i na mokrym piachu. W obozie była tylko Bożena, nie wiedzieliśmy, co robić. Leżał tak  półtorej godziny.  Potem wrócili Przemko z Kingą. Wzięliśmy Yoshiha na koc i do obozu.. Dziś pojechali do Sulejowa, do doktora. Zobaczymy, co to będzie.</p>
<p style="text-align: justify;">            <em>Maryśka świeżo po magisterium z archeologii i Przemko, student matematyki, przywożący do szpitala japońskie dziecko byli nie lada sensacją w szpitalu. W Piotrkowie, bo w Sulejowie nie było u kogo szukać pomocy. Okazało się, że chłopak tak się szarpnął, kiedy go Marek złapał za rękę, że miał pogruchotane kości barku.  Kiedy mu założono gips na połowę torsu, sensacja była jeszcze większa. W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych Yoshiho był jedynym w Polsce japońskim dzieckiem. Nieliczni przyjeżdżający wówczas do Polski jego rodacy zawsze odwiedzali nasz dom, by małemu przekazać list od matki, jakieś drobne prezenty, japońskie lektury i smakołyki.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>Był ode mnie trochę niższy, choć starszy. Fantastycznie wysportowany, w powietrzu robił salto. Kiedy poszedł do szkoły, natychmiast znalazł wielu przyjaciół. Pierwszą klasę liceum planowo powtarzał, bo musiał nauczyć się języka. Sporo mu pomagałam w rozgryzaniu tajników gramatyki. Był bardzo zdolny. Pięknie rysował i nieźle śpiewał. Polubił nasz rodzinny repertuar i wkrótce zawodził, wraz z nami, smętne pieśni Moniuszki.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>W moim życiu nastąpiła tez inna, radykalna zmiana: zaczęła się nauka w Liceum Muzycznym na Jaracza.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em> </em></p>
<p style="text-align: justify;">                                                                                              Wrzesień 1963</p>
<p style="text-align: justify;">I znowu nie mogę wytrzymać bez starego przyjaciela i zaczynam pisanie. Bardzo dużo się zmieniło. Chyba wszystko się rozpadło i rozleciało, a czasem i złączyło. Nie mam już tych przyjaciółek, Ani i Małgosi, mam zasadniczo tylko przyjaciół. Chłopcy są chyba lepsi od dziewczynek. Najbardziej zmieniłam się ja. No i mam w domu tego chłopaka&#8230; Yoshiho ma tyle samo lat, co ja, i świetnie się rozumiemy.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">Prawda jest taka, że bez przerwy się nawzajem walimy po łbie. Zabawy są dzikie, szalone. Nie mam pojęcia, jak rodzina to znosi. Intensywności tym zabawom dodaje też obecność mojego sześcioletniego braciszka, nazwanego przez nas Nomim, po tamtym, który został w Japonii .W okresie świąt odwiedza nas czasem jeszcze jeden miły chłopczyk – Michał Wroniszewski. Przychodzi na Kościuszki, żeby się z nami „pobawić” Mam jeszcze  go w oczach: wchodzi do pokoju i  pełen osłupienia patrzy, jak: przyciskam głowę Yoshiha do podłogi, potem  stawiam na nim moja zwycięską stopę.</p>
<p style="text-align: justify;"><em>Michałek jest młodym intelektualistą, ale ja jeszcze nic o tym nie wiem. W roku 1963  wyraźnie nie nadąża za tempem naszych zabaw.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Bywają też kłótnie. Pamiętnik zawiera też inne, mniej optymistyczne fragmenty, mówiące sporo nie tylko o głównym bohaterze wspomnień, ale i o młodocianej autorce. Ostre starcie odległych kultur, doświadczeń, podobnego wieku i różnej płci&#8230;Czy mogło być inaczej? </em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            </em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>             </em>                                                                                             18 lutego 1964</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">             Y. dostał  melodicę – to taka fujara na klawisze – i nie chce, świntuch , pokazać.  I tak mu wykradnę. W ogóle stosunki się popsuły. Głupi smarkacz! Z nim w ogóle nie można rozmawiać, bo na wszystko patrzy z punktu własnej wygody.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">              A ja skończyłam właśnie koklusz, jak jakieś dziecko. Już się jakoś trzymam na nogach. Jeszcze troszkę się krztuszę&#8230;</p>
<p style="text-align: justify;">             Była u nas taka jedna z radio i nagrywała (oczywiście przez Yoshiha). Mam już troszkę dość tego zamieszania.  I była dziś w radio ta jej audycja. Tak go wyzłocili, że nie wiem. Jakbym ja tam mówiła, to by się gorzko zawiedli. Bo np. dziś – jest ryba, pyszny dorsz czy coś takiego. A ten próbuje i mówi:” W Japonii to jedna z najgorszych”. Co on sobie myśli? Albo bawię się z Nomim, rysujemy, to staje nade mną i prycha pogardliwie, on, w radiu taki cichy i skromny. Początek audycji był poetyczny: na wieczorku szkolnym nieśmiało prosi pannę do tańca. A ja myślę, że ci jego koledzy to ofermy. On im jeszcze imponuje, bo Japończyk. Oni mówili w tym wywiadzie, że najlepiej tańczy. Przecież tanga zatańczyć nie umiał. Czy mu zazdroszczę? Nie, bo nie chciałabym być na jego miejscu, tylko mnie złości, ze on ma to wszystko tylko z tego tytułu, ze jest Japończykiem.  Też mi zasługa. Może by tego nie było, gdyby Tatko był inny. Złości mnie to, że Yoshiho uważa Amerykanów co najmniej za swoich przyjaciół, że drwiąco się uśmiecha, jak coś rysuję, że śmieje się ze mnie, jak czegoś nie wiem, że przychodzi do mojego pokoju i wybiera swoje rzeczy mówiąc znacząco „I to moje!”, jakbym ja mu zabrała, a nie on zostawił.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            <em> A więc zdarzały się żale. Na ogół nie trwały długo. W domu na Kościuszki żyliśmy bardzo intensywnie. Ciągle ktoś przychodził, szkolni koledzy i koleżanki, studenci Tatka, stale bębnił  fortepian. Często się tańczyło. Pamiętam taki kilkugodzinny seans, pod nieobecność dorosłych, przy lampie spuszczonej z góry aż do podłogi, owiniętej czerwoną szmatą. Trzeba się też było czasem pouczyć. Wtedy Yoshiho chował się przed Tatkiem i uciekał pod moje skrzydła. Od momentu, w którym Hageta Atama usłyszał od Matki wypowiedziane w afekcie  : „To będzie twoje dziecko!”, przejął się sprawą niewiarygodnie. Nie miało to dla Yoshiha dobrych skutków. Ojcowskie kazania, sprawdzanie zeszytów&#8230;Czasem to było trudne do przeżycia .”Yoshiho” – mówił Tatko – musisz się więcej uczyć! Twój ojciec w Japonii był spirytualistą, sprawy ducha były na pierwszym miejscu, a ty jesteś lazy boy, bakayaro! Rozumiesz mnie?” Młody tego rozumieć nie chciał. Niemniej – po dwóch latach już nie tylko swobodnie się porozumiewał, ale i nieźle orientował w sytuacji politycznej. W  czasie słynnej kampanii przeciw polskim biskupom („List do biskupów niemieckich”),na plakatach ze sterczącym z ruin Warszawy Chrystusem, z napisem „Nie przebaczymy i nie zapomnimy” – dopisał w szkole słowa: ”I odpuść nam nasze winy&#8230;”Widocznie za edukacją polityczną postępowała jakoś i religijna, nie bez oporów. Zdecydowanie nie lubił cotygodniowych wypraw do kościoła.  </em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Wraz z przyjazdem Yoshiha poczuliśmy powiew kapitalizmu i dalekiej, fascynującej kultury, w której spożywa się glony o zapachu wysuszonego kleju roślinnego, sprasowaną rybę przypominającą kawałek sosny, ryżowe słone ciasteczka i niezbędne odtąd w domu aji-no-moto, „ducha smaku”. Ale najbardziej zwracał uwagę ich papier toaletowy. Przypominał welur, był biały w złote żyłki.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>W szkolnej stołówce, przy obiedzie, mój nowy polonista zwany Królikiem, zagadnął:</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>- Wiesz, Ewa, słyszałem takie komentarze: „ Jażdżewscy nieźle się urządzili z tym Japończykiem, teraz mają dolary.”</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>- Cóż, każdy mierzy własną miarą. – powiedziałam.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>- Masz rację.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em> </em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Nie da się ukryć, zazdrościłam nowemu bratu paru rzeczy. Był długo ośrodkiem medialnego zainteresowania. Dawni, przedwojenni przyjaciele pana Ryochu także o nim nie zapominali. Dostawał mnóstwo prezentów i nie miał zbytniej ochoty się nimi dzielić. Ale chyba najbardziej zazdrościłam mu ojcowskiej uwagi i tego czasu, jaki mu Tatko poświęcał,. Mimo to porozumiewaliśmy się na ogół nieźle. Yoshiho aklimatyzował się szybko i coraz bardziej przywiązywał do nowej rodzinki.</em></p>
<p style="text-align: justify;">            <em>Ale miewał kryzysy. Jeszcze go widzę na tapczanie w pokoju „fortepianowym” zwiniętego w  kłębek, zalanego łzami, powtarzającego tylko dwa słowa: ”No hope, no hope! ..Trudno sobie wyobrazić, co przeżywało dziecko tak oddalone od rodzinnego  kraju, języka, najbliższych&#8230; Sam chciał przyjechać,, ale przecenił swoje siły. Nasza Matka go tuliła, pocieszała, ale to nie była jego matka. Staliśmy wokół, zupełnie bezradni.</em></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><em>            Z biegiem czasu było łatwiej. Pięć lat życia w kochającej się rodzinie zrobiło swoje. Rozśpiewane święta Bożego Narodzenia, wyjazdy w góry i nad Pilicę, japońskie wizyty, wielki krąg przyjaciół, to wszystko sprawiało, że Jego więź z Polską rosła. Ale ani ja, ani Yoshiho nie mieliśmy pojęcia, że w najbliższym naszym kręgu rodzi się pierwsza opozycyjna organizacja PRLu – „Ruch”. Że niebawem nastąpią aresztowania, a losy rodziny wplączą się w polityczny dramat.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>            Ostatnie lata przed maturą (1968)były trudne. Dla mnie oznaczało to nie tylko monstrualną ilość egzaminów, ogólnokształcących i muzycznych, ale też ciężkie przeżycia bliskich przyjaciół – Żydów. Dla Yoshiha – równie trudny egzamin z polskiego i coraz trudniejszą konieczność dzielenia pokoju ze starszą panią. Był ponury i rzadko się odzywał. Dzieciństwo się skończyło, zaczęły się problemy.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>Na studia wybrał sie do Warszawy, tym bardziej, że sprowadziła się tam – z drugim mężem – Jego Mama, Hisayo. No i tam  poznał  Agnieszkę. Córka pisarza, Juliusza Żuławskiego, studentka japonistyki, potem tłumaczka, mogła zrozumieć Go lepiej niż ktokolwiek.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>Od tej pory miał już, oprócz naszego, inne domy, oba bezcenne: własnej Matki i państwa Żuławskich. Jego nowa Ojczyzna poszerzała się i intelektualnie, i w sensie geograficznym:  przyjaźń z Żuławskimi oznaczała Tatry i Zakopane.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>Ślub Agnieszki i Yoshiha był pamiętny: oboje w pięknych kimonach, otoczeni przez tłum przyjaciół, pili<strong> wino</strong> z lakowych miseczek. Wkrótce narodził się Tomoho, potem Julia.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>Zaangażowanie polityczne Yoshiha było czymś naturalnym – po łódzkich doświadczeniach, w bliskości warszawskiego PEN – Clubu. Kiedy wybuchła „Solidarność”, zaczął działać w „Mazowszu” i zaprzyjaźnił się z Lechem Wałęsą. Wydalony z Polski w stanie wojennym, najpierw odwiedził Papieża. „Ojcze święty, bardzo tęsknię za Polską!” „Mój drogi, ja też, ja też&#8230;” Jeszcze później, w Japonii, sam zdecydował się na chrzest. Niewielu wie, że miał i drugie, polskie imię: Józef. To, że wrócił do Polski i do rodziny, było zasługą Agnieszki, Jej nieustannych starań i wielkiej miłości. Kiedy Jej pozwolono odwiedzić Męża w Japonii, powiedziała mi z całą mocą: „Jadę po trzecie”. Owocem wyprawy była mała <strong>Hana</strong>. A czasy były niespokojne i każdy finał był możliwy.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>W czerwcu 1989, w słynnej „Niespodziance” przy placu Konstytucji, mojego męża dobiegły czyjeś słowa: „Patrz, ten gruby Japończyk finansuje za granicą kampanię Wałęsy!”</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>I nagle w lokalu pojawił się nasz Yoshiho, w pełnej chwale i glorii.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><em>             Jaki był? Był dobry i wierny w przyjaźni. Ciekaw świata i otwarty na ludzi. I tak trudny, jak trudne miał życie. Ale było w tym życiu tyle miłości, pracy i pasji, że starczyłoby dla kilku biografii. Dziwny Mu los przypadł, wyznaczony spełnieniem woli ojca, który kiedyś Polskę pokochał &#8211; i modlitwami moich Rodziców&#8230; I tak właśnie kształtował  sam  swoje życie, naznaczone licznymi odmianami losu, chorobami i ciężką pracą. Umarł w wieku 62 lat, dokładnie tak jak Ryochu; sam to sobie przepowiedział, choć śmierci się nie spodziewał. Czy to znak, że spełnił wszystko?</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/moj-japonski-brat-yoshiho/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>U stóp Monsalwatu</title>
		<link>http://liberte.pl/u-stop-monsalwatu/</link>
		<comments>http://liberte.pl/u-stop-monsalwatu/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 13 May 2012 20:24:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Rapacki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Idee]]></category>
		<category><![CDATA[etos]]></category>
		<category><![CDATA[inteligencja]]></category>
		<category><![CDATA[misja inteligencji]]></category>
		<category><![CDATA[niepodległość]]></category>
		<category><![CDATA[romantyzm]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3480</guid>
		<description><![CDATA[„To inteligenci podnieśli hasło walki o Polskę… Inteligencja wykonała ogromną pracę, tłumacząc innym klasom społecznym, że są Polakami… Naprawdę mieli przekonanie, że jak Polska będzie i my w niej będziemy, to zrobimy z niej raj… W 1918 r. była euforia. Całowano proporce, modlono się pod orłem… W wojnie z bolszewikami w 1920 r. na ochotnika do wojska poszedł prawie milion [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">„To inteligenci podnieśli hasło walki o Polskę… Inteligencja wykonała ogromną pracę, tłumacząc innym klasom społecznym, że są Polakami… Naprawdę mieli przekonanie, że jak Polska będzie i my w niej będziemy, to zrobimy z niej raj… W 1918 r. była euforia. Całowano proporce, modlono się pod orłem… W wojnie z bolszewikami w 1920 r. na ochotnika do wojska poszedł prawie milion mężczyzn. Dla mnie to jasny przekaz, że niepodległości chcieli wszyscy… Mit pięknej, dobrej i sprawiedliwej Polski był potrzebny wszystkim…”</p>
<p style="text-align: justify;">W „Gazecie Wyborczej” z 11 listopada ukazał się wywiad, jakiego prof. Daria Nałęcz udzieliła  Adamowi  Leszczyńskiemu. Zawiera on w skrócie właściwie wszystko, co świadczy o tym, jak bardzo geneza, kształt i przemiany inteligencji polskiej związane są ze sprawą polskiej niepodległości.</p>
<p style="text-align: justify;">Niewiele w tym niby nowego, ale trzeba to powtarzać, jeżeli chce się rzetelnie rozumieć nie tylko fenomen polskiej inteligencji, lecz także różne perypetie najnowszej historii Polski. Pojęcie inteligencji, nazwanie w ten sposób pewnej grupy społecznej to, jak powszechnie wiadomo, wymysł wschodnio-środkowoeuropejski, zjawisko historycznie sięgające od Rodopów po Morze Białe i od Odry (czy raczej Warty) po Władywostok. Tutaj inny niż na Zachodzie był przebieg przemian cywilizacyjno-gospodarczych, inny rytm życia.</p>
<p style="text-align: justify;">Ale prawie nigdzie o narodzinach, o charakterze tej warstwy i jej miejscu w społeczeństwie nie decydowała w takim stopniu wizja, mit niepodległości państwowej, fatamorgana niepodległości. W mocarstwowej Rosji w ogóle nie mogło być o tym mowy, w grupach etnicznych usytuowanych na wschodzie pierwszej Rzeczypospolitej i w części Bałkanów dążenia narodowowyzwoleńcze – młode nacjonalizmy pojawiły się głównie w pierwszej połowie XIX w. Węgierskie długo tłumione aspiracje otrzymały prawie pełne zadośćuczynienie w latach 60. tamtego stulecia. U nas dopiero w roku 1918 i na tym ich rola się nie skończyła.</p>
<p style="text-align: justify;">Należy, rzecz jasna, dostrzegać różnice w obrębie tej formacji w Polsce, jej odłamy bardziej czy mniej realistyczne, wykształcone, otwarte na świat, wyczulone na kontrasty społeczne. Kwestia niepodległości była jednak priorytetowa prawie we wszystkich tych środowiskach. Zajmowała centralne miejsce w literaturze, a literatura była pierwszorzędnym narzędziem  kształtowania świadomości społecznej.</p>
<p style="text-align: justify;">
<div id="attachment_3481" class="wp-caption aligncenter" style="width: 510px"><a href="http://liberte.pl/u-stop-monsalwatu/7165327626_95a58010ff/" rel="attachment wp-att-3481"><img class="size-full wp-image-3481" title="7165327626_95a58010ff" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/7165327626_95a58010ff.jpg" alt="http://www.flickr.com/photos/drabikpany/7165327626/sizes/m/in/photostream/" width="500" height="375" /></a><p class="wp-caption-text">by DrabikPany</p></div>
<p style="text-align: justify;">PAN-owskie „Dzieje inteligencji polskiej do roku 1918” – dzieło ogromnej i rzetelnej pracy – niuansują problem pochodzenia tej warstwy  społecznej. Nawet jednak biorąc pod uwagę ustalenia „Dziejów”, wypada sięgnąć do formuły Wacława Berenta zawartej w tytule jego opowieści o ludziach kręgu Kuźnicy Kołłątajowskiej – „Diogenes w kontuszu”.  Z woli Berenta starożytny filozof przyodziewał kontusz. Był szlachcicem tak jak najwybitniejszy bodaj, poza Kołłątajem, publicysta Kuźnicy Franciszek Salezy Jezierski, zagrodowy szlachcic podlaski. On  i jemu podobni – od schyłku czasów saskich, gdy było już jasne, że państwo stacza się w przepaść – usilnie angażowali się w sprawę odnowy Rzeczypospolitej.</p>
<p style="text-align: justify;">Bo ona była ich państwem, bo w demokracji szlacheckiej ich głos się liczył, a poza tym niewiele więcej mieli do stracenia. Angażowali się więc z nie mniejszą, ba, z większą determinacją niż duża część arystokracji i szlachty majętnej. A w  dodatku, tak się angażując, zyskiwali poczucie moralnej wyższości nad tamtymi. Działalność umysłowa, pisarska, polityczna, społeczna stawała się ich sposobem istnienia, często źródłem utrzymania. Nieodzownym jej współczynnikiem była zaś lektura, wiedza, znajomość ówczesnych prądów umysłowych i projektów ustrojowych. Również rodzimej i powszechnej historii. Tak stali się pierwszymi pokoleniami polskiej inteligencji.</p>
<p style="text-align: justify;">Warto tutaj zaznaczyć, że samo wykształcenie, choć do pewnego stopnia nieodzowne, nie stanowi jedynego kryterium przynależności do tej warstwy. Często bywa tak traktowane, ale mimo że dawniej mieliśmy i akademie – krakowską, wileńską, lwowską – i pisarzy, artystów, publicystów, to o genealogii polskiej inteligencji w przyjętym dziś znaczeniu mówimy, sięgając nie wcześniej niż do drugiej połowy XVIII w.</p>
<p style="text-align: justify;">Takie rozumienie inteligenckości zakłada, że w znacznym stopniu kształtuje ją etos – czyli rodzaj wartości, jakimi się inteligent kierował (czy wciąż kieruje, to trochę inna sprawa). Przede wszystkim bezinteresowne, a w każdym razie niełatwo przekładalne na osobisty interes zaangażowanie patriotyczne (to słowo jakby wychodzi z użycia, ale się go nie bójmy, jeżeli nawet daje się je zastąpić, to z wielkim trudem), choć nie tylko patriotyczne.</p>
<p style="text-align: justify;">W związku z zaangażowaniem pozostawało zjednywanie przyjaciół i sojuszników dla spraw, którymi się żyje – stosunek do bliźniego, niezależny od formalnych wyznaczników jego pozycji, prestiżu, znaczenia, w tym jego klasy społecznej. Uniwersał połaniecki i Racławice to były pierwsze namacalne przejawy praktycznego zrozumienia roli warstw ludowych i ich samoidentyfikacji z państwem polskim, ze sprawą niepodległości. Ale jeszcze cały bez mała wiek XIX upłynął na usilnej pracy inteligencji nad świadomością tych warstw.</p>
<p style="text-align: justify;">Inną cechą etosową tradycyjnej inteligencji była (i poniekąd jest) otwartość na różne sposoby myślenia, propozycje, prądy, idee. Z tym że w dzisiejszej polskiej rzeczywistości ta właśnie postawa inteligencka przybiera różne kształty, zdaje się w części zatracać, staje się jednym ze źródeł dramatycznych podziałów w społeczeństwie.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">Czasy napoleońskie. Wielkie i w końcu zawiedzione nadzieje, ale nie znika Księstwo Warszawskie, na 15 lat pozostaje jeszcze kongresowe, na wpół niezależne Królestwo Polskie. Inteligencja ma w nim co robić, jest coraz liczniejsza, ma wielki udział w jego pomyślnym rozwoju gospodarczym, także kulturalnym, istnieje polskie, nowoczesne na tamte czasy szkolnictwo, powstaje Uniwersytet Warszawski. Odpadły ziemie wschodnie Rzeczypospolitej, nie ma już w naszym państwie Lwowa i Wilna (choć i tam funkcjonuje świetny polski uniwersytet). Jest ciasno, są różne przejawy oporu (Walerian Łukasiński), ale raczej nie ma jeszcze rozpaczy. Tylko że ówczesnych, limitowanych swobód było nam za mało i po upadku powstania wszystko, co dobre, się kończy. Jest Wielka Emigracja i jest Mickiewicz.</p>
<p style="text-align: justify;"><em>Matko Polsko! Ty tak świeżo w grobie,<br />
Złożona – nie ma sił mówić o tobie! </em></p>
<p style="text-align: justify;">Wizja niepodległości jawi się w mistycznych kategoriach Wielkiej Improwizacji i umyślonego na paryskim bruku mesjanizmu. W kraju, wraz ze wzrostem świadomości warstw ludowych, dążenia niepodległościowe stają się coraz bardziej powszechne. Inteligencja jest już nie tylko poszlachecka, bo dobijają do niej i wzbogacają jej potencjał ludzie o pochodzeniu mieszczańskim, często też żydowskim. Ich talenty będą miały w następnych okresach niemały udział w polskim życiu kulturalnym. Wszyscy, im dalej od minionych konkretów niepodległego państwa, tym bardziej idealizują własne państwo jako cel. Tu właśnie przychodzi na myśl określenie fatamorgana – bo to państwo, ta wyśniona Polska ma być bezgrzeszna, sprawiedliwa i szlachetna – taki Monsalwat, według określenia młodopolskiego eseisty Artura Górskiego, Monsalwat, czyli zamek, w którym przechował się święty Graal – kielich z krwią z przebitego boku Chrystusa.</p>
<p style="text-align: justify;">Był jeszcze, co prawda, pozytywizm, który chciał budować polską przyszłość na konkretach, na trzeźwo. Ale spoza konkretów przeświecało romantyczne podłoże. Zamożny kupiec Wokulski zaczynał  jako powstaniec styczniowy,  zesłaniec syberyjski, wierzył w cudowne możliwości magicznego metalu, lżejszego niż powietrze, kochał jak romantyk. Pochodził ze szlachty.</p>
<p style="text-align: justify;">Młoda Polska pogłębiła mistyczną wizję Niepodległej.  W „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego bohater dramatu Konrad rozsnuwa promienny obraz: <em>Chcę, żeby w letni dzień // w upalny letni dzień // przede mną zżęto żyta łan, // dzwoniących sierpów słyszeć szmer // i świerszczów szept</em>…</p>
<p style="text-align: justify;"><em>Ty przecie mówisz o Polsce! // Ty myślisz o Polsce! </em>– odgaduje jedna z Masek. Nawiasem mówiąc, dłuższy fragment tej wizji powtarza przez łzy bohater w końcowej sekwencji „Aktorów prowincjonalnych” Agnieszki Holland z roku 1978, czyli na dwa lata przed polskim Sierpniem – filmu o tym, że „Wyzwolenie” na polskiej scenie jest niemożliwe.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">Od drugiej połowy XIX w. inteligencja na polskiej scenie jest coraz bardziej zróżnicowana. Pojawiają się socjaliści, pojawia endecja. Bardzo wyraźnie odznacza się dobrze widoczny przez całe tamto stulecie nurt tradycyjnej inteligencji o powołaniu społecznym – z jego najbardziej reprezentatywnym obok Stanisława Brzozowskiego przedstawicielem w literaturze – Stefanem Żeromskim. Sam pochodzący z drobnej szlachty i niezapominający o tym w swoim pisarstwie, choćby w „Popiołach”, ubolewa w gorzkiej noweli „Rozdzióbią nas kruki, wrony” nad losem powstańców styczniowych niezrozumianych i zdradzonych przez chłopską wieś; ale był to rodzaj prowokacji wobec czytelnika: patrzcie, oto jak mści się na Wielkiej Sprawie brak zrozumienia z naszej strony i troski o tę część społeczeństwa.</p>
<p style="text-align: justify;">W egzaltowanym dramacie „Róża” Żeromski pokazuje  inteligencko-robotniczo-ludowe grono bojowników i męczenników walki o wolność (główny bohater Czarowic ma cechy Józefa Piłsudskiego). Natomiast tematem napisanego już w niepodległej Polsce  „Przedwiośnia” jest dramat niespełnionych nadziei i wzór działającego ze świadomością trudnych zadań inteligenta Szymona Gajowca (której pierwowzorem był zapewne Romuald Mielczarski).</p>
<p style="text-align: justify;">Najbardziej etosowy model inteligenckiego społecznika pojawił się w ostatniej sztuce Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka” (1925 r.). Jej bohater, profesor Przełęcki, bezinteresownie prowadzący wraz z przyjaciółmi ważną oświatową pracę na wsi, kocha z wzajemnością żonę miejscowego ludowego nauczyciela, ale odrzuca jej miłość, by tego przyzwoitego człowieka nie krzywdzić. Pytany, dlaczego tak postąpił, odpowiada: „Bo takie są moje obyczaje”. Te ostatnie słowa często pojawiały się potem w praktyce przedwojennej społecznikowskiej inteligencji.</p>
<p style="text-align: justify;">Inteligencja była także siłą sprawczą wyzwoleńczych procesów w Polsce ostatnich dziesięcioleci  XX w. KOR-owska strategia samoorganizacji doprowadziła do powstania i konsolidacji zwycięskiego ruchu społecznego porównywalnego z niegdysiejszymi Frontami Wyzwolenia Narodowego w krajach tzw. Trzeciego Świata. Główną siłą tego ruchu byli wielkoprzemysłowi robotnicy, którzy walczyli o swój byt i prawa pracownicze, o swoją godność, ale też o wolną Polskę. Reformy gospodarcze, nieodzowne, żeby oprzeć kraj na możliwie mocnych podstawach, doprowadziły do zaniku znacznej części przemysłu i przejścia związkowego trzonu Solidarności do opozycji wobec sił zmierzających (nie zawsze udolnie) do modernizacji państwa i jego gospodarki.</p>
<p align="left">Niemała część inteligencji w demokratycznej grze o władzę wykorzystuje ten sprzeciw dla swoich celów. Tak się składa, że to ta część, która nie chce albo nie potrafi wybudzić się z logiki Monsalwatu i której etosowe otwarcie na dzisiejszy świat przebiega z pewnym trudem.</p>
<div>
<hr align="left" size="1" width="33%" />
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/u-stop-monsalwatu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ekonomiczne dylematy polskiej inteligencji</title>
		<link>http://liberte.pl/ekonomiczne-dylematy-polskiej-inteligencji/</link>
		<comments>http://liberte.pl/ekonomiczne-dylematy-polskiej-inteligencji/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 13 May 2012 19:47:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Witold Gadomski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Idee]]></category>
		<category><![CDATA[inteligencja]]></category>
		<category><![CDATA[lewica]]></category>
		<category><![CDATA[neoliberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Opozycja]]></category>
		<category><![CDATA[polecane]]></category>
		<category><![CDATA[PRL]]></category>
		<category><![CDATA[realny socjalizm]]></category>
		<category><![CDATA[wolny rynek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3475</guid>
		<description><![CDATA[O ile wiem, nie przeprowadzono nigdy rzetelnych badań dotyczących poglądów ekonomicznych polskiej inteligencji. Najpierw trzeba byłoby zresztą precyzyjnie określić, kogo zaliczamy do tej grupy. Jeśli mimo to piszę o ewolucji ekonomicznych poglądów polskich inteligentów, mam na myśli nie całą zbiorowość, lecz ważne dla niej opiniotwórcze media i autorytety. Fala etatyzmu Początek rządów komunistów w Polsce zbiegł się z wzbierającą falą [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">O ile wiem, nie przeprowadzono nigdy rzetelnych badań dotyczących poglądów ekonomicznych polskiej inteligencji. Najpierw trzeba byłoby zresztą precyzyjnie określić, kogo zaliczamy do tej grupy. Jeśli mimo to piszę o ewolucji ekonomicznych poglądów polskich inteligentów, mam na myśli nie całą zbiorowość, lecz ważne dla niej opiniotwórcze media i autorytety.</p>
<div id="attachment_3476" class="wp-caption aligncenter" style="width: 510px"><a href="http://liberte.pl/ekonomiczne-dylematy-polskiej-inteligencji/13129780_1f42d4474d/" rel="attachment wp-att-3476"><img class="size-full wp-image-3476" title="13129780_1f42d4474d" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/13129780_1f42d4474d.jpg" alt="http://www.flickr.com/photos/abphoto/13129780/sizes/m/in/photostream/" width="500" height="333" /></a><p class="wp-caption-text">by ab.photo</p></div>
<p style="text-align: justify;"><strong>Fala etatyzmu</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Początek rządów komunistów w Polsce zbiegł się z wzbierającą falą etatyzmu na całym świecie. Ostrzegał przed nią Friedrich von Hayek w napisanej w roku 1944 „Drodze do zniewolenia”: „Jest rzeczą niezwykłą, że socjalizm, który nie tylko że wcześnie został rozpoznany jako najpoważniejsze zagrożenie wolności, ale wręcz otwarcie powstał jako reakcja przeciw liberalizmowi rewolucji francuskiej, zyskał zarazem powszechną akceptację, występując pod sztandarem wolności”.</p>
<p style="text-align: justify;">Odwrót od wiary w wolny rynek miał swoje korzenie w wielkiej depresji. Warto przy tym pamiętać, że w II Rzeczpospolitej etatyzm brał górę nad liberalizmem, zarówno w dyskusjach teoretycznych, jak i w praktyce. Według szacunku historyków gospodarczych należące do państwa przedsiębiorstwa wytwarzały około 30 proc. PKB. To bardzo dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę znaczną rolę rolnictwa (na szczęście prywatnego) oraz drobnego rzemiosła i handlu. W bankowości i dużym przemyśle rola państwa była decydująca.</p>
<p style="text-align: justify;">W ciągu 20 lat niepodległości państwowa własność rozszerzała się. Najbardziej znaczące sukcesy gospodarcze II RP – ujednolicenie dróg kolejowych, budowa Gdyni,  COP-u, Zakładów Azotowych – to zasługa państwa. W okresie PRL-u sentyment inteligencji do II RP łączył się z przekonaniem, że przedwojenne państwo sprawnie organizowało gospodarkę. Mało kto pamiętał, że państwowy sektor w Polsce przedwojennej  przynosił niewielkie zyski i pochłaniał szczupłe zasoby kapitałowe.</p>
<p style="text-align: justify;">Wszystkie legalne partie działające do 1948 r. miały programy lewicowe i etatystyczne. Popierały nacjonalizację dużego przemysłu (w polskiej praktyce oznaczało to głównie nacjonalizację średnich przedsiębiorstw) i banków. PSL mówił w swym programie o „trzeciej drodze”, pomiędzy gospodarką upaństwowioną a prywatną, PPS natomiast kładł nacisk na rozwój spółdzielczości. W 1945 roku powstał Centralny Urząd Planowania, w którym znaczne wpływy mieli ekonomiści związani z PPS-em (prezes CUP-u Czesław Bobrowski był przewodniczącym komisji ekonomicznej CKW PPS). W lutym 1948 r. ekonomiści PPR-u (przede wszystkim Hilary Minc) skrytykowali CUP, którego kierownictwo zmieniono. Powojenny PPS był partią inteligentów, którzy szukali kompromisu z nowymi władzami, a ostatecznie znaleźli się w jednej partii z komunistami. Krótka historia CUP-u była jednym z mitów, które przetrwały przez cały okres PRL-u – w 1989 r., pod sam koniec PRL-u, Komisję Planowania, która była organem centralnego sterowania gospodarką, ponownie nazwano Centralnym Urzędem Planowania. Nawet jeśli działalność CUP-u w latach 1945–1948 była bardziej racjonalna niż późniejszych instytucji komunistycznych, z pewnością nie miał on na celu tworzenia w Polsce gospodarki rynkowej.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Socjalizm tak, wypaczenia nie </strong></p>
<p style="text-align: justify;">Aż do początku lat 80. dla większości polskiej inteligencji słowo „socjalizm” miało konotację pozytywną. Ruchy dysydenckie starały się raczej socjalizm zmienić, naprawić, niż odrzucić. Dotyczyło to zwłaszcza lewicy. Z kolei prawica (ROPCiO, KPN) albo w ogóle nie miała programów gospodarczych, albo były one mgliste. Przeciętny inteligent uznawał pryncypia ustrojowe : państwową własność gospodarki, centralne planowanie, brak rynku (poza szczątkowym rynkiem płodów rolnych) i był przywiązany do socjalnych przywilejów pracowników. Denerwowały go absurdy gospodarki centralnie planowanej, ale nie widział związku między nimi a pryncypiami ustrojowymi. Miarodajny dla PRL-owskiej inteligencji tygodnik „Polityka” wspierał rozwiązania, które w ówczesnych warunkach wydawały się racjonalne: zatrudnianie fachowców bezpartyjnych, promowanie innowacji, otwarcie gospodarki na Zachód, lecz nigdy nie podważał zasad ustrojowych.</p>
<p style="text-align: justify;">W środowisku reformatorsko nastawionych ekonomistów panowało przekonanie, że kluczem do naprawy socjalistycznej gospodarki jest jej decentralizacja i większa samodzielność państwowych przedsiębiorstw.  „Reformatorzy” niekoniecznie byli dysydentami. Często pełnili funkcje wpływowych doradców władz PRL-u. Pierwsi „reformatorzy” pojawili się już w latach 50. Ich ruch był związany z politycznymi przemianami, jakie nastąpiły po śmierci Stalina, które w Polsce nazwano symbolicznie Październikiem. Politycy, a zwłaszcza ich ekonomiczni doradcy, zdawali sobie sprawę z tego, że gospodarka oparta na wydawaniu rozkazów działa źle, ale nie zamierzali wracać do sprawdzonego kapitalizmu. Wymyślili więc „socjalizm rynkowy”.</p>
<p style="text-align: justify;">Propozycje zmian  nie były zbyt radykalne. Nie przekraczały Rubikonu, jakim były pryncypia upaństwowionej gospodarki centralnie planowanej. W roku 1956 powołano doradczy organ Rady Ministrów – Radę Ekonomiczną – w której znalazło się wielu „ekonomistów reformatorów”. Z dzisiejszej perspektywy dyskusje na posiedzeniach Rady Ekonomicznej były żenująco prymitywne: „Chcę zwrócić uwagę na problemy, które, zdaje się, są bardzo istotne. Po pierwsze, znany powszechnie problem spekulacji” – zaczynał swoją wypowiedź Michał Kalecki, który uchodził za najpoważniejszego polskiego kandydata do nagrody Nobla.</p>
<p style="text-align: justify;">„Sprawę spekulacji i drenażu rynku poprzez import towarów konsumpcyjnych proponuję traktować łącznie” – dodawał Oskar Lange – obok Kaleckiego najbardziej znany polski ekonomista na świecie.</p>
<p style="text-align: justify;">W 1957 r. Rada Ekonomiczna opracowała tezy „W sprawie przeprowadzenia zmian w handlu wewnętrznym”,  które zalecały między innymi zniesienie obowiązujących dotychczas cenników i receptury oraz związanie wysokości uposażenia kelnerów z wysokością zrealizowanych rachunków po odliczeniu wódki”.</p>
<p style="text-align: justify;">W 1962 r. Gomułka rozwiązał Radę Ekonomiczną, uznając najwyraźniej, że sam potrafi mobilizować kelnerów do wydajniejszej pracy.</p>
<p style="text-align: justify;">W latach 80. niemal wszystkie postulaty dawnych reformatorów zostały w końcu wprowadzone w życie.  Państwowe przedsiębiorstwa stały się samodzielne, centralne nakazy zostały rozluźnione, a na dodatek coraz większy wpływ na zarządzanie miały samorządy pracownicze. A mimo to gospodarka kręciła się coraz wolniej, rosła inflacja, a półki były puste. Stało się jasne, że rynek, aby działał dobrze, musi mieć więcej swobody, a graczami na nim nie mogą być państwowe przedsiębiorstwa, lecz prywatne podmioty.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Solidarność, czyli więcej socjalizmu</strong></p>
<p style="text-align: justify;">W sierpniu 1980 r. fala socjalizmu w Polsce osiągnęła punkt kulminacyjny. Intelektualiści, którzy pielgrzymowali do gdańskiej stoczni, dziękowali robotnikom za to, że walczą o wolność słowa i prawa obywatelskie. Odkrywali robotniczą kulturę i wartości, kłaniali się „rewolucji robotniczej”, jak Broniewski, „czapką do ziemi”. Powiało socrealistycznym kiczem. Andrzej Wajda w filmie „Człowiek z żelaza” świadomie lub nie nawiązywał do „Matki” Gorkiego.</p>
<p style="text-align: justify;">Drewniane tablice, na których spisano 21 postulatów strajkujących, stały się relikwiami Solidarności (w 2003 r. trafiły na listę UNESCO „Pamięć świata”. Przypomnijmy kilka z nich:</p>
<ul style="text-align: justify;">
<li>podnieść zasadnicze uposażenie każdego pracownika o 2 tys. zł na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen,</li>
<li>zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza,</li>
<li>realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki,</li>
<li>znieść ceny komercyjne oraz sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym,</li>
<li>wprowadzić na mięso i jego przetwory bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku),</li>
<li>obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 55 lat, a dla mężczyzn do lat 60 lub przepracowanie w PRL-u 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek,</li>
<li>wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy.</li>
</ul>
<p style="text-align: justify;"> Jednocześnie strajkujący robotnicy i ich doradcy żądali, by władze przedstawiły „realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej”. Jak wyprowadzać kraj z kryzysu, rozdając jednocześnie pieniądze bez pokrycia, skracając czas pracy i eliminując jakiekolwiek bodźce rynkowe? Doradcy starali się hamować najbardziej radykalne roszczenia. Nie mieli jednak odwagi powiedzieć robotnikom, że braki w sklepach wynikają nie z eksportu mięsa do ZSSR, lecz ze sztywnych cen, których władzom nie udało się podnieść od dziesięciu lat mimo zbyt szybko rosnących płac.</p>
<p style="text-align: justify;">Społeczeństwo przeżywało ciężki dysonans poznawczy. Racjonalne argumenty ekonomiczne były po stronie władzy, której propaganda do znudzenia przypominała, że dzielić można to, co się wyprodukuje. Z drugiej strony PZPR był odpowiedzialny za kryzys, a w dodatku nie miał zamiaru podzielić się władzą z Solidarnością. Dysonans poznawczy rozwiązano w prosty sposób: dopóki PZPR zachowuje monopol władzy, musi spełniać obietnice stworzenia w Polsce społeczeństwa dobrobytu. Że są nierealne? No to nie trzeba było obiecywać.</p>
<p style="text-align: justify;">Atmosfera strajku w stoczni zrobiła ogromne wrażenie na Jadwidze Staniszkis, która pod jej wpływem sformułowała teorię „martwej struktury”, czyli błędnego koła socjalizmu. Według niej radykalne odrzucenie realnego socjalizmu przez buntujących się robotników jedynie umacnia socjalizm. Żądania płacowe i socjalne odwołują się do aktywności państwa w gospodarce. Robotnicy chcą jeszcze mniej rynku, a więcej równości. Zmiana polityczna wynosi więc do władzy kolejną ekipę, która obiecuje, że tym razem będzie realizowała ideały socjalistyczne.</p>
<p style="text-align: justify;">Ta elegancka teoria zupełnie pomijała fakt, że gospodarka socjalistyczna osiągnęła kres swojego rozwoju i bez radykalnego odejścia od niej nie sposób wyjść z kryzysu.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Qui pro quo przy „okrągłym stole”</strong></p>
<p style="text-align: justify;">6 lutego 1989 roku rozpoczęły się rozmowy okrągłego stołu, podczas których władze starały się wciągnąć opozycję do współodpowiedzialności za rządy w Polsce. W kilku podstolikach dyskutowano o sprawach gospodarczych. Najważniejszymi reprezentantami po stronie opozycji w rozmowach gospodarczych byli: Andrzej Wielowieyski, Ryszard Bugaj, Jerzy Osiatyński, Witold Trzeciakowski, Cezary Józefiak. Szefem strony solidarnościowej  przy stoliku zajmującym się reformą gospodarczą był profesor Witold Trzeciakowski, ale ton nadawał Ryszard Bugaj i kilku ekonomistów związanych z Instytutem Polityki Społecznej. Stronie rządowej przewodniczył Władysław Baka, a w delegacji byli też: Grzegorz Kołodko, Andrzej Olechowski, Marcin Święcicki, Mieczysław Wilczek. Po obu stronach było kilku liberałów (to znaczy ekonomistów reprezentujących liberalne poglądy: Beksiak, Józefiak, Olechowski, Wilczek, Paszyński), ale nie odegrali oni większej roli. Ton nadawała opcja związkowa (solidarnościowa i OPZZ-owska), samorządowa, socjalna.</p>
<p style="text-align: justify;">Solidarnościowi inteligenci przystąpili do rozmów z władzami komunistycznymi bez wizji programu reform gospodarczych. Opozycja stała na stanowisku, że to rząd powinien przedstawić sposób wyjścia z kryzysu, a zadaniem strony solidarnościowej jest kontrolowanie przebiegu reformy i dbanie o to, by jej koszty nie były dla społeczeństwa zbyt wysokie. Niektórzy przedstawiciele rządu reprezentowali znacznie bardziej prorynkowe stanowisko od ekspertów solidarnościowych. Kilka razy doszło do ostrego sporu Ryszarda Bugaja z Władysławem Baką (prezesem NBP) i Mieczysławem Wilczkiem. Szczególnie ten ostatni prezentował poglądy jednoznacznie prokapitalistyczne.</p>
<p style="text-align: justify;">Porozumienia Solidarności z władzami, zawarte 5 kwietnia 1989 r., umożliwiły ewolucyjną zmianę sytuacji politycznej w Polsce, ale nie dawały podstaw do ukształtowania się nowego ładu ekonomicznego. W dodatku istniało poważne zagrożenie, że indeksacja płac przyspieszy jeszcze inflację i doprowadzi do jej utrwalenia.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Inteligenci wolnorynkowi</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Na początku lat 80. punkt ciężkości w dyskusjach ekonomicznych w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej przesunął się w stronę wolnego rynku.  Jeszcze w 1971 r. prezydent Richard Nixon mówił: „Wszyscy jesteśmy keynesistami”, ale stagflacja sprawiała, że recepty keynesowskie stawały się bezużyteczne. W głównym nurcie ekonomii znalazły się: monetaryzm, szkoła racjonalnych oczekiwań, ekonomia podaży. Popularność odzyskała austriacka szkoła ekonomii. W Stanach Zjednoczonych wybory wygrał Ronald Reagan, w Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. Nie przepraszali, jak ich poprzednicy za kapitalizm, nie szukali „trzeciej drogi”, lecz wprowadzali zmiany w kierunku wolnego rynku.</p>
<p style="text-align: justify;">Tymczasem po drugiej stronie muru berlińskiego był rozległy obszar gospodarki pogrążonej w kryzysie. Nie tylko PRL, lecz także inne kraje, w tym ZSSR, przeżywały ogromne kłopoty gospodarcze.</p>
<p style="text-align: justify;">W latach 80. liberalizm zaczął być modny – może po raz pierwszy w naszej  historii. Jeszcze nie był głównym nurtem w szeroko rozumianym ruchu Solidarności, ale nie był już marginesem. Bestselerami drugiego obiegu stały się książki prorynkowych ekonomistów i ideologów: Guya Sormana: „Rewolucja konserwatywna w Ameryce” i „Rozwiązanie liberalne”, Michaela Novaka „Duch demokratycznego kapitalizmu”, Miltona Friedmana „Wolny wybór”, George’a Gildera „Bogactwo i ubóstwo”.</p>
<p style="text-align: justify;">W opozycji, rozbitej na dziesiątki grup skupionych zwykle wokół wydawanych nielegalnie pism, pojawiły się takie, które jawnie głosiły afirmację kapitalizmu: gdańscy liberałowie wydawali nieregularny periodyk „Przegląd Polityczny”, Grupa Polityczna „Niepodległość” –miesięcznik „Niepodległość”, liberałowie krakowscy – miesięcznik „13”, a poznańscy – miesięcznik „Nurt”.</p>
<p style="text-align: justify;">Liberałowie wnieśli do dyskusji  kilka tematów, które okazały się dla Polski ważne, a których nie dostrzegano przedtem – prywatyzację, tworzenie instytucji rynkowych (np. giełdy, banków). Co więcej, przedstawili rozwiązania, które w latach 80. wydawały się zupełnie utopijne, a które po kilku latach wszyscy uznali za oczywiste. Ta utopijność sprawiała, że liberałów można było uznać w końcu lat 80. za najbardziej radykalnych antykomunistów. Proponowali bowiem całkowitą destrukcję materialnych podstaw komunizmu i powrót do głównego nurtu rozwoju współczesnej cywilizacji, w oparciu o rynek. Teoretyczne rozważania liberałów okazały się przydatne nadspodziewanie szybko.</p>
<p style="text-align: justify;">W latach 80. liberalny, wolnorynkowy przechył inteligentów zaowocował też ruchem towarzystw gospodarczych. Powstało ich w Polsce kilkadziesiąt i ogromna większość z nich przestała działać na początku lat 90. Tworzyli je inteligenci – często byli pracownicy naukowi, dziennikarze, urzędnicy, nauczyciele, którzy mieli dość pracy „na państwowym”. Mieli własne, małe biznesy i potrzebę działalności dla dobra publicznego.Środowiska te – zwłaszcza Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe i Warszawskie Towarzystwo Gospodarcze – wpływały na liberalny kierunek elit politycznych, które kształtowały się po roku 1989.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Plan Balcerowicza</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Po wyborach w czerwcu 1989 r. gospodarka była w stanie chaosu, rząd Mieczysława Rakowskiego praktycznie już nie rządził, a opozycja nie miała pomysłu na wyjście z kryzysu. Działania przywódców OKP i Solidarności blokowała obawa przed wybuchem społecznym. Kolejne zakłady strajkowały, choć nie bardzo było wiadomo, kto miałby spełnić ich nierealne żądania.</p>
<p style="text-align: justify;">2 miesiące później sytuacja się zmieniła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 21 sierpnia przyjechał do Polski Jeffrey Sachs, młody ekonomista z Harvardu, znany jako doradca kilku krajów, które przezwyciężyły inflację. Był dobrym znajomym kilku ekonomistów z pokolenia 40-latków, których kontakty z Zachodem były już intensywne. Spotkał się z senatorami i przekonał ich do „skoku” w gospodarkę rynkową poprzez urealnienie cen, ujednolicenie i stabilizację kursu walutowego, likwidację dotacji i deficytu budżetowego, otwarcie dla przedsiębiorczości krajowej i inwestycji zagranicznych. Wielkim zwolennikiem radykalnych przemian rynkowych stał się, przynajmniej na pewien czas, Jacek Kuroń – dla opozycyjnej inteligencji jeden z największych wówczas autorytetów moralnych. Przygotowało to polityczne i mentalne przedpole dla planu Balcerowicza.</p>
<p style="text-align: justify;">Wprowadzane od początku 1990 r. reformy uderzały w interesy niemal wszystkich ważnych grup ukształtowanych w okresie PRL-u, w tym nawet w interesy drobnych przedsiębiorców. Były korzystne dla kraju, dla całej wspólnoty, ale koszty płaciły konkretne jednostki i grupy. Także inteligencja.</p>
<p style="text-align: justify;">Zła sytuacja budżetowa sprawiła, że realne dochody pracowników państwowych – nauczycieli, lekarzy, naukowców, artystów, nawet prawników – przez kilka lat po rozpoczęciu reform spadały. To zniechęcało inteligencję do wolnego rynku, który nie jest jej naturalnym środowiskiem. Wielką zasługą polskiej inteligencji jest to, że mimo wszystko przez pierwsze, najtrudniejsze lata wspierała, wbrew grupowym interesom, przemiany rynkowe. Leszek Balcerowicz, który był ich twórcą i symbolem, przez pewien czas pozostawał poza krytyką głównych mediów, które na początku lat 90. były głosem polskiej inteligencji i kształtowały jej poglądy.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Odwrót od idei wolnorynkowych</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Opisując nastroje społeczne, nie należy używać wielkich kwantyfikatorów. Inteligencja polska nigdy nie była jednolita. Duża jej część już w 1993 roku poparła w wyborach SLD lub PSL – partie głoszące wówczas dość otwarcie poglądy antyrynkowe. Jednak reformy okazały się na tyle trwałe, że nie udało się ich cofnąć. Polska gospodarka i Polska jako kraj weszły na początku lat 90. w obszar oddziaływania globalnych trendów, które wymuszały na kolejnych rządach utrzymywanie zasad rynkowych. Dla części społeczeństwa, także środowisk inteligenckich, było to niezrozumiałe. Na prawicy i na lewicy zaczynał dojrzewać mit o istnieniu tajemniczego układu, który nie pozwala dokonać ostrego (i pożądanego przez grupy o skrajnych poglądach) zwrotu w polityce gospodarczej.</p>
<p style="text-align: justify;">W 2002 r. powstała „Krytyka Polityczna” – dynamiczna grupa młodych, mocno lewicowych intelektualistów, którzy buntowali się przeciwko „polityce bezalternatywnej”. W praktyce oznaczało to sprzeciw wobec polityki gospodarczej głównego nurtu lub – mówiąc umownie – polityki Balcerowicza. Środowisko „Krytyki” wzywało do uprawiania „polityki”. Nie godziło się na jeden – technokratyczny – scenariusz modernizacji Polski. Wierzyło w istnienie innych scenariuszy, które z niewiadomych powodów odrzucają elity III RP.</p>
<p style="text-align: justify;">Niemal równocześnie z powstaniem „Krytyki Politycznej” prawicowi politycy i intelektualiści zaczęli mówić o konieczności „rewolucji moralnej”. Nie miała być skierowana przeciw wolnemu rynkowi jako zasadzie, ale przeciwko realnej polityce gospodarczej uprawianej przez kolejne rządy. Także przeciw otwarciu Polski na świat i jej integracji z Unią Europejską.</p>
<p style="text-align: justify;">Rewolucyjni konserwatyści nie stworzyli jednego centrum decyzyjnego. Jednym z ich przyczółków był istniejący od 1992 r. krakowski Ośrodek Myśli Politycznej, w którym publikowali m.in.: Marek Cichocki, Dariusz Gawin, Zdzisław Krasnodębski, Miłowit Kuniński, Ryszard Legutko, Rafał Matyja, Bogdan Szlachta. Inne ośrodki to Warszawski Klub Krytyki Politycznej (Cichocki, Gawin, Tomasz Merta) i Centrum Europejskie Natolin.</p>
<p style="text-align: justify;">Ich ideologię można by nazwać – za Ryszardem Legutką – „republikanizmem”. „Dzisiejszy republikanizm to coś więcej niż odrodzenie pojęcia cnoty – pisał Legutko w eseju «Demokracja i republika». – Stanowi on także próbę odbudowy klasycznego pojęcia polityki, które zostało zapoznane w wyniku dominacji myślenia liberalno-demokratycznego. […] Klasyczni republikanie nie bali się pisać o logice władzy, o obowiązkach z tym związanych, o nakazach, o zwierzchności i posłuszeństwie, o honorze i oddaniu, a więc o wszystkim, co w wyniku przyjęcia politycznego sentymentalizmu albo zniknęło, albo zostało potępione i wygnane poza obszar akceptowalności”.</p>
<p style="text-align: justify;">O potrzebie „polityki” rozumianej jako zmiana nieustannie pisała „Europa” – intelektualny dodatek do „Dziennika”,  gazety, która przez pewien czas była nieformalnym organem „moralnej rewolucji”.</p>
<p style="text-align: justify;">Za największą wadę państwa obóz „rewolucjonistów” uznał „imposybilizm”, czyli bierność. Słabe państwo w publicystyce rewolucjonistów było utożsamione z liberalnym państwem prawa. W praktyce więc polska „konserwatywna rewolucja” była skierowana przeciw liberalizmowi i wolnemu rynkowi.</p>
<p style="text-align: justify;">Odwrót od idei wolnorynkowych nasilił się wraz z rozpoczęciem globalnego kryzysu finansowego. Środowiska lewicowe i konserwatywne uznały, że winę za wybuch kryzysu ponoszą  „neoliberałowie”. „Neoliberalizm” stał się etykietką, którą przylepiają przeciwnicy rozwiązań wolnorynkowych tym, którzy uznają realia rynkowe.</p>
<p style="text-align: justify;">Przeciwnicy wolnego rynku czują wsparcie międzynarodowych autorytetów naukowych i intelektualnych. Przeciwko liberalizmowi opowiedział się brytyjski myśliciel John Gray, przed dwudziestu laty wybitny myśliciel liberalny. Zwolennikami ograniczenia rynku są nobliści: Joseph Stiglitz, Paul Krugman, George Akerlof.</p>
<p style="text-align: justify;">Globalny kryzys został niemal entuzjastycznie przyjęty przez polską inteligencję lewicową. Związany z „Krytyką Polityczną” Jacek Żakowski, powołując się na słoweńskiego filozofa Slavoja ŽiŽka, wzywa: „Znów wolno myśleć”, a rozumie przez to – w polityce gospodarczej i społecznej można wytyczać nowe drogi.</p>
<p style="text-align: justify;">Ale rozwiązania antykryzysowe przyjmowane w USA i w Europie oznaczają raczej powrót do zdrowej polityki rynkowej i ograniczenie roli państwa w gospodarce. Jest to nieuchronne choćby dlatego, że wiele państw niebezpiecznie zbliżyło się do granic wypłacalności. Jest zatem prawdopodobne, że moda na antyrynkowość szybko minie, a polska inteligencja, podążając za głównym nurtem myśli światowej, znów polubi wolny rynek.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/ekonomiczne-dylematy-polskiej-inteligencji/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Miasto Poezji – Lubelskie Spotkania Literackie</title>
		<link>http://liberte.pl/miasto-poezji-lubelskie-spotkania-literackie/</link>
		<comments>http://liberte.pl/miasto-poezji-lubelskie-spotkania-literackie/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 13 May 2012 19:28:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Liberte!</dc:creator>
				<category><![CDATA[Od redakcji]]></category>
		<category><![CDATA[Wydarzenia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3468</guid>
		<description><![CDATA[Serdecznie zapraszamy do udziału w lubelskim festiwalu Miasto Poezji, organizowanego przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, który trwać będzie od 28 maja do 1 czerwca. W tym roku jubileuszowa edycja, a w niej poezja dostępna dla każdego. Cykle dla dzieci, spotkania z poezją kosmiczną, francuską, indyjską, nawet cyfrową. Mnogość wydarzeń, rozsianych po całym mieście, dzięki innowacyjnej inicjatywie Mieszkań Poezji. Muzyczne [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: center;" align="center"><strong>Serdecznie zapraszamy do udziału w lubelskim festiwalu Miasto Poezji, organizowanego przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, który trwać będzie od 28 maja do 1 czerwca.</strong></p>
<div id="attachment_3469" class="wp-caption aligncenter" style="width: 858px"><a href="http://liberte.pl/miasto-poezji-lubelskie-spotkania-literackie/logo_main/" rel="attachment wp-att-3469"><img class="size-full wp-image-3469" title="logo_main" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/logo_main.jpg" alt="http://teatrnn.pl/miastopoezji/node/409" width="848" height="294" /></a><p class="wp-caption-text">by teatrnn.pl/miastopoezji</p></div>
<p style="text-align: center;" align="center"><strong>W tym roku jubileuszowa edycja, a w niej poezja dostępna dla każdego. Cykle dla dzieci, spotkania z poezją kosmiczną, francuską, indyjską, nawet cyfrową. Mnogość wydarzeń, rozsianych po całym mieście, dzięki innowacyjnej inicjatywie Mieszkań Poezji. Muzyczne imprezy z Elektryliry</strong><strong>ką i Kaiser Söze. Na festiwalu pojawią się między innymi: Ryszard Krynicki, Julia Hartwig, Marcin Sendecki, Andrzej Sosnowski, Jacek Dehnel, Adam Michnik, Piotr Matywiecki, Piotr Mitzner, Tomasz Różycki i wielu, wielu innych.</strong></p>
<p style="text-align: center;" align="center"><strong>Jeśli jeszcze nigdy nie odwiedziliście Lublina, jest to doskonała okazja do poznania tego miasta. W tych dniach potęguje się jego wschodnia, spokojna atmosfera. Rozkwitają działania artystyczne na każdym polu od literatury, poprzez muzykę, aż po projekty teatralne i parateatralne. Wspomina się wybitnych poetów związanych z Lublinem: Czechowicza, Stachurę, Hartwig czy Świetlickiego. </strong></p>
<p style="text-align: center;" align="center"><strong>Lublin buduje swoją nową tożsamość, jako miasto żywej obecności i oddziaływania sztuki. I to wydaje się być właściwą dla niego drogą.</strong></p>
<p style="text-align: center;" align="center"><strong>Szczegółowy program festiwalu można znaleźć na stronie Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN: </strong><a href="http://teatrnn.pl/miastopoezji/node/409">http://teatrnn.pl/miastopoezji/node/409</a><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/miasto-poezji-lubelskie-spotkania-literackie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Co nam z liderów i działaczy: o organizacjach pozarządowych po dwudziestu latach</title>
		<link>http://liberte.pl/co-nam-z-liderow-i-dzialaczy-o-organizacjach-pozarzadowych-po-dwudziestu-latach/</link>
		<comments>http://liberte.pl/co-nam-z-liderow-i-dzialaczy-o-organizacjach-pozarzadowych-po-dwudziestu-latach/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 13 May 2012 19:14:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ilona Iłowiecka-Tańska</dc:creator>
				<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[kariera]]></category>
		<category><![CDATA[modernizacja]]></category>
		<category><![CDATA[młodzi]]></category>
		<category><![CDATA[NGOsy]]></category>
		<category><![CDATA[postawy społeczne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3461</guid>
		<description><![CDATA[Wzrost kapitału społecznego to ostatnie z dziesięciu wyzwań strategicznych, przedstawionych przez Michała Boniego i jego zespół w dokumencie „Polska 2030”. Rozumiany jako normy zachowań i styl powiązań między ludźmi, które zwiększają sprawność działania społeczeństwa, ma być kapitał społeczny swoistym napędem modernizacji. Wyższy poziom zaufania między ludźmi i wobec instytucji, aktywność obywatelska i troska o dobro wspólne, ostatecznie, jak wierzą autorzy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Wzrost kapitału społecznego to ostatnie z dziesięciu wyzwań strategicznych, przedstawionych przez Michała Boniego i jego zespół w dokumencie „Polska 2030”. Rozumiany jako normy zachowań i styl powiązań między ludźmi, które zwiększają sprawność działania społeczeństwa, ma być kapitał społeczny swoistym napędem modernizacji. Wyższy poziom zaufania między ludźmi i wobec instytucji, aktywność obywatelska i troska o dobro wspólne, ostatecznie, jak wierzą autorzy wizji, zaowocuje skuteczną kooperacją ludzi i ich rosnącą innowacyjnością. „W krajach, które mają wyższy wskaźnik zaufania społecznego, będącego jednym z kluczowych komponentów kapitału społecznego, wyższe jest PKB <em>per capita</em> oraz wyższy poziom zadowolenia z życia”, czytamy. Kapitał społeczny jest więc kapitałem rozwojowym, bez którego niemożliwy jest sukces gospodarczy i sprostanie wymaganiom coraz bardziej globalnej i coraz bardziej innowacyjnej konkurencji. „Społeczeństwo o silnym kapitale rozwojowym charakteryzują otwartość na postawy, poglądy i pomysły innych, zdolność do współpracy oraz innowacyjność i kreatywność – ważna nie tylko jako podstawowy czynnik rozwojowy społeczeństw opartych na wiedzy, ale także zdolność pozwalająca funkcjonować w stale zmieniającym się świecie”<em>. </em>W zasadzie nic nowego. Cóż bowiem innego pisał przed blisko dwudziestu laty w „Demokracji w działaniu” Robert Putnam i jakież inne niż przedstawione powyżej tezy weryfikował w późniejszej „Samotnej grze w kręgle”. A jednak bardzo cieszy mnie dokument Boniego. Posiada bowiem cechę, która czyni go dla mnie osobiście istotniejszym niż wielki hit Putnama. Tekst Michała Boniego ma charakter programowy: jest wizją, która pokazuje, do jakiej Polski prowadzić ma nas obecna strategia polityczna w perspektywie dłuższej niż kadencja najszerzej nawet popieranego rządu. To rzadkość w polskiej kulturze. O tej wizji myślę zatem, zastanawiając się nad kapitałem modernizacyjnym polskich organizacji społecznych.</p>
<p style="text-align: justify;">Od co najmniej stu lat mamy do czynienia z ciągłością trojakiego rodzaju myślenia o roli społecznej fundacji, stowarzyszeń i wszelakiego rodzaju kół i towarzystw. Chodzi mi o tradycję myślenia o modernizacji społecznej, samoorganizacji i powszechnym współuczestnictwie. Historia polskiej samoorganizacji niemal zawsze ma w tle historię prowadzonej w jej ramach pracy oświatowej: zawsze ktoś kogoś uczy, wychowuje, rozwija. Ciąg uruchamianych skojarzeń i możliwych nawiązań sięgać może inicjatyw połowy XIX w. U podstaw polskich inicjatyw społecznikowskich leży niemal zawsze przekonanie o konieczności modernizacji i unowocześnienia państwa – istniejącego lub mającego dopiero powstać. Cecha ta decyduje zresztą o zasadniczej różnicy, jaka dzieli naszą historię ruchu społecznikowskiego od dziejów ruchów stowarzyszeniowych w Stanach Zjednoczonych Ameryki czy w krajach Europy Zachodniej, gdzie podstawą samoorganizacji była przede wszystkim obrona interesów danej grupy. Dążeniom do zmiany zwykle towarzyszy w Polsce przekonanie, że aby zbudować społeczeństwo, które okaże się zdolne do podjęcia wysiłku modernizacyjnego, trzeba w pierwszej kolejności zbudować „nowego człowieka”. „Nowego” – a więc tworzącego inny niż zastany rodzaj relacji. Ludzie mają myśleć przy użyciu nowych kategorii i działać wedle nowych norm. Przekształceniu ma zatem ulegać nie tyle jakiś wyodrębniony obszar ludzkiej obecności – gospodarka, sztuka czy opieka społeczna – ile całość kultury, w której funkcjonują zarówno społecznicy, jak i stanowiące przedmiot ich oddziaływania otoczenie.</p>
<div id="attachment_3462" class="wp-caption aligncenter" style="width: 510px"><a href="http://liberte.pl/co-nam-z-liderow-i-dzialaczy-o-organizacjach-pozarzadowych-po-dwudziestu-latach/4724389238_342d5ea974/" rel="attachment wp-att-3462"><img class="size-full wp-image-3462" title="4724389238_342d5ea974" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/4724389238_342d5ea974.jpg" alt="http://www.flickr.com/photos/europeanyouthforum/4724389238/sizes/m/in/photostream/" width="500" height="334" /></a><p class="wp-caption-text">by youthforum</p></div>
<p style="text-align: justify;">Głównym założeniem dokonywanym przez działaczy, którzy po 1989 r. tworzyli tzw. trzeci sektor, było uznanie, że rozwój społeczny Polski zależy od zdolności jej społeczeństwa do samoorganizacji. Miała ona przybrać jednak formę odmienną niż przed 1989 r. Nieformalne więzy budowane spontanicznie przez jednostki, których motywacje wynikały z wyznawanego przez nie inteligenckiego etosu służby, miały ulec przeobrażaniu w działalność prowadzoną w ramach sformalizowanych instytucji. A zatem – zarejestrowanych fundacji i stowarzyszeń. Zbudowany jeszcze w latach 80. w środowisku demokratycznej opozycji program „wychodzenia na jawność”, czyli dążenia do rejestracji nielegalnych grup kontestujących zastany porządek, w myśleniu działaczy pozarządowych stawał się zasadą. Wartość ruchów oddolnych mierzono ich zdolnością oddziaływania na kształt sfery publicznej. Ten zaś miał zależeć od wielości i aktywności tworzących tę sferę podmiotów. Sami działacze mieli stać się kompetentnymi realizatorami projektów, których treść wynikałaby nie tyle z ich osobistych dążeń, ile przede wszystkim ze zdiagnozowanych potrzeb społecznych. W tym znaczeniu myślenie o stylu działania trzeciego sektora znacznie wykraczało poza postulaty wewnętrznej reformy środowiska społecznikowskiego. Było próbą włączenia się do całościowej reformy państwa.</p>
<p style="text-align: justify;">Kluczowa kwestia dotyczyła zatem wybieranych metod działania. Wprowadzona w latach dziewięćdziesiątych idea pracy projektowej znosiła zakorzenioną w wyobraźni zbiorowej konieczną zależność między indywidualną postawą i wartościami wyznawanymi przez działacza, a treścią jego pracy. Projekt, czyli sekwencja celowych działań podporządkowanych priorytetowi efektywności ekonomicznej, w założeniu uniezależniał inicjatywy od osobowości ich pomysłodawców i realizatorów. Praca społecznikowska miała być pochodną racjonalnej analizy danych i oceny potencjału i potrzeb otoczenia, w jakim się odbywały. Taka właśnie wizja pracy wymagała stworzenia nowego systemu wychowywania społeczeństwa. Opierał się on na dwóch założeniach. Po pierwsze, że naturalne, jak uznawali działacze organizacji pozarządowych, dla człowieka dążenie do wolności, twórczości i samodzielnego zaspokajania interesów znajduje swój najpełniejszy wyraz w inicjowanych oddolnie związkach o charakterze stowarzyszeniowym. I po drugie, że budowy tych związków można społeczeństwo nauczyć, modelując pewne zachowania społeczne na poziomie lokalnym – przede wszystkim gmin.</p>
<p style="text-align: justify;">Trzecia zmiana była związana z przekształceniem wzorów osobowych działaczy. Skoro bowiem skuteczność osiągania celów miała być pochodną dobrze opracowanej strategii pracy zespołowej, nie zaś charyzmy samych społeczników, zmianie ulegała koncepcja przywództwa. Lider społeczny stawał się przede wszystkim sprawnym menedżerem, którego należy oceniać na podstawie osiąganych rezultatów. Zanikała charakterystyczna dla etosu społecznikowskiego kategoria osobistego oddania, poświęcenia, ale także wybitności. Ich miejsce zajęła w programie zdolność zaangażowania się, osobista skuteczność a przede wszystkim dążenie do sukcesu. Być może najważniejszą (a na pewno najbardziej widoczną) zmianą stawał się w związku z tym stosunek działaczy do własnej kariery i osobistego sukcesu ekonomicznego. Praca społeczna traci ów tragiczny wymiar, którego literacką ilustrację stanowiły dylematy bohaterów Stefana Żeromskiego i którego praktyczne konsekwencje znane są z osobistych dziejów wielkich polskich społeczników.</p>
<p style="text-align: justify;">Struktura społeczna, jaka wyłaniała się z wyobraźni działaczy pozarządowych, to układ, który jest budowany z wzajemnie warunkujących swą pozycję instytucji. Organizacje rozsadzają zastany hierarchiczny porządek władzy. Podział góra-dół przestaje być oczywisty, gdy instytucje bliższe centrom podejmowania decyzji, ulokowane wyżej – a zatem aparat państwowy – zostają otoczone nowymi, które bądź domagają się podobnego miejsca w hierarchii – a zatem ostatecznie jej spłaszczenia – bądź przejmują część władzy, podnosząc swą pozycję w strukturze w sposób dotychczas nieznany. Obywatel, który dotychczas pozostawał „na dole”, miał zajmować wyższą pozycję jako przedstawiciel ruchu stowarzyszeniowego, bo ten dawał mu dostęp do pozostającej dotychczas poza jego zasięgiem części władzy. Przyjęte pod wpływem organizacji pozarządowych rozwiązania prawne: kontraktowanie przez samorządy lokalne usług socjalnych u organizacji pozarządowych, włączenie obowiązkowego elementu konsultacji społecznych w procedury decyzyjne instytucji rządowych, prawo wstrzymywania pewnych decyzji administracyjnych przez zorganizowany „czynnik społeczny”, wprowadzenie ustawy o organizacjach pożytku publicznego, która dawała obywatelom i organizacjom prawo decyzji o części płaconych podatków, przesądzały o systemowym i praktycznym charakterze wprowadzanych zmian. Ich konsekwencje można obserwować, analizując wydarzenia najbardziej aktualne. Warto spojrzeć pod tym kątem choćby na konflikt dotyczący doliny Rospudy, który zakończył się wstrzymaniem pracy i ogłoszeniem referendum, czy włączenie organizacji pozarządowych do realizowanego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP programu polskiej pomocy rozwojowej.</p>
<p style="text-align: justify;">Formacja pozarządowa, której rodowód, wartości i strategia działania jest jednym z plemion obecnych w życiu społecznym Polski lat 90. W publicznym dyskursie to jednak najbardziej wyrazista z kreacji społecznikowskich. Otaczały ją inne, które często opisywane jako trzeci sektor ze względu na swe formalne podobieństwo (a zatem figurowanie w rejestrze jako stowarzyszenie lub fundacja) w istocie niewiele miały wspólnego z programem, który powstał w środowisku ideologów formacji pozarządowej. Nie każdy działacz lat 90. musiał być bowiem rzeczywistym lub mentalnym uczestnikiem Forum Inicjatyw Pozarządowych, nie każda działalność społecznikowska musiała wiązać się z programem modernizacji tkanki społecznej. Innymi słowy, jak samoorganizacja nie musiała oznaczać natychmiastowej gotowości tworzenia nowych instytucji, tak strukturalna przynależność do trzeciego sektora nie musiała wiązać się z jednorodnością ideową zgromadzonych w nim podmiotów. Pluralizm, który zapanował w Polsce po 1989 r., oznacza bowiem nie tylko zróżnicowanie polityczne. Wiąże się także z różnorodnością idei w tej sferze ludzkiej aktywności, która przez cały okres PRL-u była ograniczana równie silnie, jak i działalność gospodarcza czy polityczna – a zatem w przestrzeni dobrowolnej samoorganizacji obywatelskiej. Analizując także inne publikacje naukowe i popularyzatorskie dotyczące organizacji pozarządowych w Polsce, można często odnieść wrażenie, że monolit koncesjonowanych przez państwo organizacji masowych zastąpił jednolity ideowo trzeci sektor, w którym mieszczą się zgodnie i przykościelne stowarzyszenia charytatywne, i ruchy ekologiczne, i stowarzyszenia animatorów kultury, i przyszpitalne fundacje sprzedające cegiełki w zamian za szybsze wykonanie usług medycznych. Ów ruch dzielony jest na pewne podgrupy, określane bądź poprzez obszary ich deklarowanej aktywności w życiu społecznym – a zatem zdrowie, kulturę czy edukację, jak robi to Stowarzyszenie Klon/Jawor – bądź analizę ich udziału w rynku pracy czy w rynku usług socjalnych. Przyjmowane jest więc milczące założenie oczywistości trzech przynajmniej kwestii. Po pierwsze, że bezdyskusyjnie podstawową formą zaangażowania społecznikowskiego są w Polsce zarejestrowane, a zatem sformalizowane inicjatywy. Po drugie, że owa formalizacja wynika z podobnego rozumienia znaczenia udziału rejestrowanych organizacji w konstrukcji czy też w rekonstrukcji tkanki społecznej, a zatem, że naturalną przestrzenią ich obecności jest sfera publiczna. I po trzecie, że uczestników tej formacji łączy podobny system wartości wywodzący się, w największym skrócie, z demokratycznych ruchów opozycyjnych.</p>
<p style="text-align: justify;">Kiedy analizuję „ Polskę 2030” i towarzyszące jej dylematy dotyczące rozwoju kapitału społecznego, zastanawiam się, czy model, o którym piszę, istnieje. A jeśli tak, w jakiej skali, z jaką siłą oddziaływania funkcjonuje w społecznej wyobraźni i społecznej rzeczywistości. Czy stał się częścią polskiej kultury naturalną i wrośniętą w tkankę społeczną, czy zdominowały go paternalistyczne struktury łowców grantów? Zobaczę. W 2030 r.?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/co-nam-z-liderow-i-dzialaczy-o-organizacjach-pozarzadowych-po-dwudziestu-latach/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>O potrzebie lewicowej Thatcher</title>
		<link>http://liberte.pl/o-potrzebie-lewicowej-thatcher/</link>
		<comments>http://liberte.pl/o-potrzebie-lewicowej-thatcher/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 13 May 2012 18:58:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam Mill</dc:creator>
				<category><![CDATA[Idee]]></category>
		<category><![CDATA[Thatcher]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3455</guid>
		<description><![CDATA[Chcąc odpowiedzieć sobie na pytanie czy Liberałowie są jeszcze w stanie odnieść sukces, najpierw musimy znaleźć odpowiedź na pytanie czy są w stanie wyciągnąć wnioski ze swojej największej porażki. Wówczas dość łatwo się przekonamy, że zwykły thatcheryzm nie wystarczy i pilnie potrzeba lewicowej odmiany thatcheryzmu.             Jak to często bywa, największa porażka przychodzi po największym sukcesie. Największy sukces Liberałów nie wiąże [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong>Chcąc odpowiedzieć sobie na pytanie czy Liberałowie są jeszcze w stanie odnieść sukces, najpierw musimy znaleźć odpowiedź na pytanie czy są w stanie wyciągnąć wnioski ze swojej największej porażki. Wówczas dość łatwo się przekonamy, że zwykły thatcheryzm nie wystarczy i pilnie potrzeba lewicowej odmiany thatcheryzmu.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Jak to często bywa, największa porażka przychodzi po największym sukcesie. Największy sukces Liberałów nie wiąże się jednak, jak to się często uważa, z poczynaniami konserwatystów takich jak: Margaret Thatcher czy Ronald Reagan, lecz z nieco już zapomnianymi poczynaniami innego konserwatysty &#8211; Roberta Peel’a. Sukces ten wydarzył się w 1846 roku, kiedy to brytyjski premier Robert Peel wraz ze swoimi zwolennikami opuścił Partię Konserwatywną, aby wspólnie z Wigami oraz Radykałami głosować za uchyleniem ustaw zbożowych (<em>corn laws</em>), dając w ten sposób podwaliny pod powstanie Partii Liberalnej jednoczącej Wigów, Radykałów oraz tzw. Peelites. A jednocześnie otwierając ćwierćwiecze ery wolnego handlu i dominacji myśli liberalnej.</p>
<p style="text-align: justify;">
<div id="attachment_3456" class="wp-caption aligncenter" style="width: 439px"><a href="http://liberte.pl/o-potrzebie-lewicowej-thatcher/429px-benjamin_disraeli_by_cornelius_jabez_hughes_1878/" rel="attachment wp-att-3456"><img class="size-full wp-image-3456" title="429px-Benjamin_Disraeli_by_Cornelius_Jabez_Hughes,_1878" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/429px-Benjamin_Disraeli_by_Cornelius_Jabez_Hughes_1878.jpg" alt="http://en.wikipedia.org/wiki/File:Benjamin_Disraeli_by_Cornelius_Jabez_Hughes,_1878.jpg" width="429" height="600" /></a><p class="wp-caption-text">by wikipedia.org</p></div>
<p style="text-align: justify;">            Współcześnie często sądzi się, że cały dziewiętnasty wiek był wiekiem nieskrępowanego wolnego rynku, kiedy w rzeczywistości ta „złota era” trwała niecałe trzy dekady pomiędzy rokiem 1846 a latami siedemdziesiątymi XIX wieku. Ten krótki okres wystarczył jednak, żeby Wielka Brytania stała się „fabryką świata” i osiągnęła szczyty swojej potęgi. Jednocześnie społeczeństwo feudalne zostało ostatecznie zastąpione przez społeczeństwo przemysłowe.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Dominacja Liberałów opierała się w dużej mierze na prawie wyborczym z 1832 roku, które dopuszczało do głosowania wystarczającą ilość potencjalnych wyborców Partii Liberalnej, aby przeważyć nad wpływami arystokracji. Przez cały ten okres Liberałowie domagali się kolejnej reformy wyborczej, tak ażeby obniżyć ponownie cenzus majątkowy i objąć prawem wyborczym kolejnych potencjalnych wyborców Partii Liberalnej. Arystokracja się temu sprzeciwiała, w konsekwencji coraz bardziej tracąc wpływy jako klasa schyłkowa.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Wtedy to Benjamin Disraeli, były czartysta, przekonał Partię Konserwatywną,  tradycyjnie reprezentującą interesy arystokracji, wielkich właścicieli ziemskich, do zwrócenia się w stronę klas ubogich, odnawiając tym samym tradycyjny sojusz pomiędzy tymi klasami. Reformą wyborczą z 1867 roku Disraeli przelicytował Liberałów. Nie tylko obniżył lekko cenzus majątkowy, ale praktycznie go zniósł, tak żeby prawie wszyscy dorośli mężczyźni mogli głosować. Dzięki temu reforma nie dała praw wyborczych tylko potencjalnym wyborcom Partii Liberalnej, ale również klasom ubogim.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Genialność posunięcia Disraeli’ego polegała na przeniesieniu tradycyjnej paternalistycznej relacji pomiędzy arystokracją, a klasami ubogimi ze społeczeństwa feudalnego do społeczeństwa przemysłowego. Społeczeństwa zupełnie inne, zasada ta sama: uznawanie czy nawet popieranie hierarchii społecznej wraz z jej wszystkimi ograniczeniami w zamian za opiekę. Disraeli zapewnił arystokracji powrót do władzy w zamian za ochronę robotników przed przemysłowcami, głosującymi przeważnie na Partię Liberalną.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Powrót do władzy nie nastąpił od razu. Wybory w 1868 roku Konserwatyści jeszcze przegrali. Jednak w 1873 roku rozpoczął się tzw. Długi Kryzys, znany wówczas jako Wielki Kryzys, skutecznie zniechęcający wyborców do idei wolnorynkowych. W wyniku wyborów w 1874 roku Disraeli zostaje premierem niwecząc wszelkie mrzonki o świecie powszechnej wolnościowej szczęśliwości. Następuje nawrót do protekcjonizmu, rozkwit imperializmu, kolonializmu, petryfikacja struktury społecznej, stopniowa monopolizacja gospodarki, a w sferze obyczajowej &#8211; purytanizm. Partia Liberalna jeszcze kilka razy wróci do władzy, ale już nigdy nie uda się jej odwrócić trendów zapoczątkowanych w czasie rządów Disraelego. Na początku XX wieku ostatecznie straci swoją pozycję na rzecz Partii Pracy.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Wszystkie późniejsze projekty takie jak Roosevelt’owski New Deal, czy powojenne państwo opiekuńcze opierają się na tym samym schemacie wymyślonym przez Disraelego. Klasy wyższe społeczeństwa otrzymują ochronę swojej pozycji społecznej, natomiast klasy niższe otrzymują w zamian ochronę socjalną. Liberałom nie udało się, tak jak w latach siedemdziesiątych XIX wieku tak nigdy później, przekonać biedniejszych wyborców, że społeczeństwo wolnościowe leży również w ich interesie. Partie liberalne stały się partiami mniejszościowymi, reprezentującymi jedynie wyborców pracujących w wolnych zawodach lub jako specjaliści, mającymi wpływ na państwo tylko jako mniejsi partnerzy w rządach koalicyjnych.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Z powyżej przedstawionego punktu widzenia thatcheryzm, reaganomika czy w szerszym ujęciu neoliberalizm, nie są wcale zwycięstwami myśli liberalnej, a jedynie wypowiedzeniem sojuszu stworzonego w XIX wieku przez Disraelego. Z uwagi na niską efektywność państwa opiekuńczego lepiej sytuowani wyborcy odrzucili ten sojusz zmuszając gorzej opłacanych pracowników do bardziej produktywnej pracy, nie odrzucając jednocześnie swoich przywilejów. Dlatego poza jednym chlubnym wyjątkiem w postaci deregulacji rynku finansowego w roku 1986 przez premier Thatcher, neoliberalne reformy oznaczają głównie demonopolizację branż zasilanych przez biedniejszych wyborców, przy jednoczesnej dalszej ochronie ograniczonej konkurencji wśród profesji zajmowanych przez wyborców o wyższej pozycji społecznej.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Łatwo to dostrzec poprzez porównanie państw anglosaskich z Francją. Elity francuskie w odróżnieniu od elit anglosaskich nie wypowiedziały tego sojuszu i nadal popierają rozwiązania państwa opiekuńczego. W zamian otrzymują poparcie dla swoich przywilejów i pozycji społecznej. W żadnym innym państwie rozwiniętym różne protekcjonistyczne osłony dla korporacji czy lepiej sytuowanych wyborców nie cieszą się tak szerokim poparciem mas wyborców jak właśnie we Francji.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Trudno w takiej sytuacji uznać sukces idei wolnorynkowych. Jako konsumenci wszyscy jesteśmy zwolennikami wolnego rynku, chcemy mieć swobodę wyboru co i za jaką cenę konsumujemy. Jednak jako producenci większość z nas to etatyści. Chcemy ochrony naszego miejsca pracy i poziomu naszych dochodów. Zwolennikami swobodnej konkurencji nie jesteśmy wtedy kiedy domagamy się deregulacji produktów i usług, które sami konsumujemy, lecz wtedy kiedy domagamy się deregulacji produktów i usług, które sami wytwarzamy. Analogicznie jak z wolnością słowa. Nie jesteśmy jej zwolennikami, kiedy żądamy swobody głoszenia poglądów z którymi się zgadzamy, lecz wtedy kiedy żądamy swobody głoszenia poglądów z którymi się nie zgadzamy, a nawet takich których nienawidzimy.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Mogłoby się wydawać, że po rządach Thatcher i Reagana nastąpią rządy lewicowe, które w sytuacji wypowiedzenia sojuszu na jakim opierało się państwo opiekuńcze odbiorą również przywileje grupom lepiej sytuowanym, tak żeby z dobrodziejstw deregulacji i swobodnej konkurencji mogły korzystać wszystkie grupy społeczne. Lewica jednak tego nie uczyniła. Na jej obronę można stwierdzić, że dużo łatwiej zdemonopolizować przemysł, niż świat bankowości, finansów czy innych wysokospecjalistycznych usług wykonywanych przez lepiej sytuowanych wyborców.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            Jednakże głównym powodem porażki lewicy w tej materii było jej przywiązanie do idei państwa opiekuńczego wraz z wynikającymi z niej petryfikacją społeczeństwa oraz odgórnie narzucanym porządkiem. Lewica nie była w stanie dostosować się do wyborców, którzy oczekiwali już społeczeństwa bardziej elastycznego i woleli porządek kształtowany oddolnie. Podejmowane próby powrotu do państwa opiekuńczego były skazane na porażkę, ponieważ wyborcy nigdy by nie zaakceptowali równoznacznego z tym spadku poziomu konsumpcji. Jedyne zatem co pozostało lewicy, to bronienie elementów państwa opiekuńczego, które pozostały po reformach Thatcher i Reagan’a. Nie zważając, że w ten sposób reprezentuje ona interesy wyższych klas społecznych i zupełnie traci kontakt ze swoim potencjalnym elektoratem.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">            W wyniku tych samych procesów, które doprowadziły do upadku lewicy, z którego nie potrafi się ona podnieść, liberalizm został sprowadzony do ideologii wyrażającej interesy ludzi bogatych. Liberałowie nadal nie potrafią przekonać uboższych wyborców, że reprezentują również ich interesy. Nie są w stanie podnieść się po ciosie zadanym im przez Disraelego w XIX wieku. Jeśli ktoś postuluje przeprowadzenie deregulacji, która ma polepszyć lub utrzymać jego sytuację materialną, to nie jest on liberałem, tylko osobą dbającą o swoje interesy. Liberalizm jest wizją społeczeństwa opartego na wolności jednostki, niezależnie od tego czy ta jednostka pochodzi z niższej czy z wyższej klasy społecznej. Dlatego tak ważne jest zaistnienie lewicowej odmiany thatcheryzmu, tak żeby z deregulacji i demonopolizacji mogli korzystać wszyscy członkowie społeczeństwa. Dzięki temu wizja liberalnego, wolnościowego społeczeństwa będzie miała szanse zyskać poparcie szerokich mas wyborców i ponownie stać się wizją dominującą.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/o-potrzebie-lewicowej-thatcher/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>„Zniewolony umysł” – stop! – rozmowa Błażeja Lenkowskiego</title>
		<link>http://liberte.pl/%e2%80%9ezniewolony-umysl-stop-rozmowa-blazeja-lenkowskiego/</link>
		<comments>http://liberte.pl/%e2%80%9ezniewolony-umysl-stop-rozmowa-blazeja-lenkowskiego/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 10 May 2012 22:03:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Leszek Balcerowicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>
		<category><![CDATA[ograniczanie państwa]]></category>
		<category><![CDATA[polecane]]></category>
		<category><![CDATA[rozwój gospodarczy]]></category>
		<category><![CDATA[welfare state]]></category>
		<category><![CDATA[Zasiłki społeczne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://liberte.pl/?p=3451</guid>
		<description><![CDATA[Stan finansów publicznych oraz demografia krajów świata zachodniego wskazują, że nieuchronna będzie redukcja modelu państwa welfare state. Jedną z konsekwencji tego procesu będzie ograniczenie aktywności państw w dziedzinie szeroko rozumianej polityki społecznej. Czy właśnie nadszedł moment przełomowy, w którym te zmiany powinny nastąpić? Po pierwsze jeszcze przed kryzysem finansowym, który rozpoczął się w 2007 roku, było wiadomo, że rozbudowane państwa socjalne [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><strong>Stan finansów publicznych oraz demografia krajów świata zachodniego wskazują, że nieuchronna będzie redukcja modelu państwa <em>welfare</em> <em>state</em>. Jedną z konsekwencji tego procesu będzie ograniczenie aktywności państw w dziedzinie szeroko rozumianej polityki społecznej. Czy właśnie nadszedł moment przełomowy, w którym te zmiany powinny nastąpić? </strong></p>
<div id="attachment_3452" class="wp-caption aligncenter" style="width: 510px"><a href="http://liberte.pl/%e2%80%9ezniewolony-umysl-stop-rozmowa-blazeja-lenkowskiego/6025447261_ea86aa5e92/" rel="attachment wp-att-3452"><img class="size-full wp-image-3452" title="6025447261_ea86aa5e92" src="http://liberte.pl/wp-content/uploads/2012/05/6025447261_ea86aa5e92.jpg" alt="http://www.flickr.com/photos/ceuropeens/6025447261/sizes/m/in/photostream/" width="500" height="333" /></a><p class="wp-caption-text">by Cercle des Européens</p></div>
<p style="text-align: justify;">Po pierwsze jeszcze przed kryzysem finansowym, który rozpoczął się w 2007 roku, było wiadomo, że rozbudowane państwa socjalne będą musiały być ograniczane albo ich skala będzie hamować wzrost gospodarczy. Dlatego już przed kryzysem niektóre kraje rozwiniętego kapitalizmu zaczęły wprowadzać reformy. Jeżeli się przeanalizuje dane dotyczące relacji wydatków socjalnych do PKB w krajach rozwiniętych, to się okaże, że niemal wszędzie szczyt został osiągnięty w latach 80. lub 90. Potem następuje spadek. On nie jest wprawdzie gwałtowny, ale w niektórych krajach wyraźny. Widać tu duże różnice pomiędzy poszczególnymi krajami. W Holandii o wiele bardziej obniżono tę relację do PKB niż np. we Francji. Podobnie w Szwajcarii czy w Izraelu. Kryzys (który zresztą został wywołany głównie błędnymi interwencjami władz publicznych) i jego skutek, czyli spowolnienie gospodarcze, recesja, gwałtowny wzrost deficytu i przyrost długu publicznego są dodatkowymi czynnikami nakładającymi się na wcześniejsze. Dodam, że kolejny to perspektywa starzenia się społeczeństw. Grecja to przykład rozbudowanego państwa socjalnego, Portugalia również. Problemy nie dotyczą małego państwa socjalnego, tylko rozbudowanego państwa socjalnego. Duże państwa socjalne są zwykle dużym balastem, dlatego że zawierają składniki hamujące wzrost gospodarczy. Jak? Po pierwsze przez ograniczanie skłonności do pracy. Winne są temu zwłaszcza wcześniejsze emerytury. Po drugie przez ograniczanie skłonności do dobrowolnego oszczędzania. Ludzie wierzą, że nie muszą oszczędzać, bo państwo się nimi zajmie. Te dwa czynniki, nawet bez obecnego kryzysu, powodują, że rozbudowane państwo socjalne hamuje wzrost gospodarczy. Dochodzi<em> </em>jeszcze trzeci czynnik: podatki. Znaczne wydatki socjalne dużo kosztują. Nie ma większych wątpliwości, że wysokie podatki są gorsze dla wzrostu gospodarczego niż niższe podatki. Oczywiście podatek podatkowi nierówny. Są takie, które mniej szkodzą, czyli podatki pośrednie, takie jak VAT, i są takie, które bardziej szkodzą, np. opodatkowanie kapitału czy<em> </em>opodatkowanie pracy.</p>
<p style="text-align: justify;">Jest mnóstwo mitów, które trzeba demaskować. Jeden mit jest taki, że wydatki budżetowe zawsze pobudzają gospodarkę. To jest takie wyobrażenie o gospodarce, które ma tylko jedną stronę, czyli popyt. Czynniki rządzące produkcją w ogóle się nie liczą. W tej doktrynie zakłada się, że im więcej wydatków, tym lepiej. W taki sposób pobudzano gospodarkę w Grecji. Efekt widzimy. Drugi mit, chyba jeszcze groźniejszy, jest taki, iż bardzo wiele osób uważa, że gdyby nie rozbudowane państwo socjalne, to ludzie umieraliby na ulicach, w ogóle by się nie leczyli, nie posyłaliby dzieci do szkół i nie troszczyliby się o bliskich. To jest wyraz mentalności sowieckiego działacza. Polega ona na takim bezrefleksyjnym przekonaniu, że jeżeli państwo czegoś nie zrobi, to nikt tego nie zrobi. W Polsce ludzie już uświadamiają sobie, że państwo nie musi troszczyć się o to, jak się ubierają, jak się odżywiają, nie musi ich zaopatrywać bezpośrednio w samochody, jak to się działo przed 1989 rokiem. Natomiast jeżeli chodzi o tak zwane transfery socjalne, to mit „sowieckiego działacza” króluje w umysłach większości ludzi. Wyznawcy tego mitu nie dostrzegają faktu, że państwo socjalne nie jest jedynym mechanizmem radzenia sobie z pewnymi problemami. Czy to takimi, które są nieoczekiwane, np. chorobą, czy tymi, których się spodziewamy, np. procesem starzenia się. Z tymi problemami można radzić sobie różnymi sposobami: zarówno poprzez indywidualną zaradność w działaniach rynkowych, jak i poprzez organizacje samopomocy, które zostały zapomniane, choć stanowią piękną kartę liberalnego ustroju. Warto przypomnieć dokonania z XIX wieku, np. robotników, którzy zrzeszali się w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, również w Polsce, po to, aby ubezpieczać się, a jednocześnie kształcić. I wreszcie jest coś, co było wyśmiewane przez marksistów, a mianowicie dobroczynność. Gdy państwo socjalne się rozrasta, to wypiera niepaństwowe mechanizmy radzenia sobie z problemami i daje większe możliwości tym, którzy nadużywają pomocy.</p>
<p style="text-align: justify;">Jest jeszcze jedna kwestia, którą podnosił w 1835 roku Alexis de Tocqueville w znanym eseju o pauperyzmie. Zwrócił tam uwagę na to, że urzędnicy socjalni nigdy nie będą mieli odpowiednich motywacji, żeby odróżniać ludzi i badać ich rzeczywistą sytuację. Natomiast ci, którzy dobrowolnie angażują się w pomoc innym ludziom, zwykle lepiej odróżniają cwaniaków od osób naprawdę potrzebujących pomocy.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Sądzę, że redukcja państwa socjalnego powinna być połączona z ogromną akcją edukacyjną. Naszym największym wrogiem jest mentalność ludzi. W jaki sposób zatem efektywnie edukować? </strong></p>
<p style="text-align: justify;">Edukacja należy do tych słów, które zawsze miło się powtarza. Moje doświadczenie poparte wieloma obserwacjami i spotkaniami sugeruje, że trzeba się odwoływać do intuicji moralnej ludzi. Jeśli tylko możesz pracować, powinieneś się utrzymywać z własnej pracy, a nie z owoców cudzej pracy. Jeżeli w Polsce odsetek zatrudnionych wśród ludzi zdolnych do pracy nie przekracza 60%, to mamy sytuację niedobrą nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia, lecz także z moralnego, albowiem jeden człowiek, który pracuje, ma na utrzymaniu, statystycznie rzecz ujmując, prawie jedną osobę, która nie pracuje. Powinniśmy zatem wzmacniać etos pracy. Drugi przekaz, który nazwałbym już wyraźnie liberalnym, to taki, że ludzie zwykle, przynajmniej werbalnie, są za wolnością. Więc trzeba powiedzieć, że jeżeli chcemy wolność utrzymać w odpowiednio szerokim zakresie, to musimy być odpowiedzialni za korzystanie z tej wolności. To znaczy, że trzeba ponosić konsekwencje własnych decyzji, a nie wyciągać rękę do państwa, czyli do innych ludzi, żeby skompensowali skutki naszych błędów i zaniechań. Dlaczego inni mają finansować błędy tych, którzy korzystają z wolności? Po drugie to zachęca do nadużyć.</p>
<p style="text-align: justify;">Ludzi, którzy nie są w stanie utrzymywać się z własnej pracy, nie ma aż tak wielu. Do ich dyspozycji powinny być różne mechanizmy, nie tylko państwowe. Większość ludzi, włącznie z wieloma osobami, które określają się jako liberałowie, ma – w sprawach socjalnych –umysł zniewolony przez mentalność „sowieckiego działacza”,. Taki styl myślenia nie ma nic wspólnego z klasycznym liberalizmem, który stara się działać na rzecz wolności, odpowiedzialności, a w konsekwencji szerokiego zakresu wolnego rynku, nieroszczeniowego społeczeństwa obywatelskiego i ograniczonego państwa. Tzw. „liberałowie socjalni” to socjaldemokraci. Warto o tym pamiętać, by uniknąć mylenia pojęć.</p>
<p style="text-align: justify;">Wreszcie należy piętnować zjawisko wyłudzania socjalnego. W systemach etatystycznych zmieniają się normy społeczne, czyli normy, które jedni ludzie egzekwują względem innych. Wyłudzanie staje się normalne. Assar Lindberg, który ma dobre pole obserwacyjne, bo jest Szwedem, wykazał to empirycznie. W rozbudowanym państwie socjalnym kształtuje się szczególny rodzaj społeczeństwa. Jaki? Bardzo wiele osób staje się klientami państwa. To z kolei wpływa na ich decyzje. Taki wyborca nie patrzy na to, czy dany polityk będzie działał na rzecz rozwoju kraju, tylko liczy, ile pieniędzy dostanie od państwa, gdy ten polityk dojdzie do władzy. To jest upaństwowiony klientelizm. W czasach starożytnego Rzymu ludzie starali się mieć patrona. Teraz mamy jednego wielkiego politycznego patrona i mnóstwo klientów. Nie jest to dobry typ społeczeństwa. Jeżeli komuś zależy na godności i wolności człowieka, to –moim zdaniem – nie może jednocześnie popierać rozbudowanego państwa socjalnego.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Czy mógłby pan profesor pokusić się o sformułowanie zasad, które nie tyle z perspektywy ekonomicznej, ile filozoficzno-moralnej powinny rządzić aktywnością państwa w dziedzinie polityki społecznej?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Moim zdaniem większość najważniejszych filozoficznych i czysto praktycznych problemów sprowadza się do roli państwa w społeczeństwie. Ogromne doświadczenie pokazuje, że wbrew marksizmowi, a zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami takich wybitnych ludzi jak Adam Smith, państwo jest złym właścicielem: kryteria polityczne dominują w sprzeczności z rachunkiem ekonomicznym. Dlatego socjalizm upadł. Jako zasadę trzeba przyjąć, że państwo nie powinno być właścicielem.</p>
<p style="text-align: justify;">Drugim ważnym zagadnieniem są przepisy. Narastające ograniczenia wolności, szczególnie gospodarczej, to ciągły problem. Państwa podejmują akcje deregulacyjne, ale potem znów wprowadzają jakieś regulacje. Wielkim wyzwaniem jest pytanie o to, jak ograniczyć legislacyjną, regulacyjną działalność państwa. Tu trzeba podważać socjalistyczny ideał, że rząd jest tym lepszy, im więcej ustaw uchwali. W tej kwestii nie ma prostych rozwiązań, takich jak np. w przypadku wprowadzenia ograniczenia długu publicznego. Potrzebna jest o wiele większa aktywność nadzorcza ze strony społeczeństwa obywatelskiego.</p>
<p style="text-align: justify;">Wreszcie, po trzecie, państwo socjalne. Jeszcze gdzieś do lat 20., 30. XX wieku było ono bardzo ograniczone. Stosunek wydatków socjalnych do PKB zwykle nie przekraczał 10–20%. Ale po II wojnie światowej, gdy gospodarka szybko rosła, zaczęła się prawdziwa ekspansja. To pokazuje, że siłą napędową rozrostu państwa socjalnego nie była bieda, tylko łatwość finansowania w połączeniu z nasilaniem się pewnej politycznej ideologii oraz mentalności sowieckiego działacza w odniesieniu do tzw. sfery socjalnej. Jeżeli ten proces spowalniał, to zwykle przez kryzys albo przez bardzo wyraźne objawy nadchodzącego kryzysu. Wtedy wprowadzano reformy. Do tego dochodzą takie czynniki jak starzenie się społeczeństw. Są kraje, które przedwcześnie wprowadziły państwo socjalne. Na przykład kraje Ameryki Łacińskiej: Kostaryka i Urugwaj. One są znacznie biedniejsze niż kraje Zachodu. I nie doganiają ich właśnie dlatego, że przedwcześnie wprowadziły rozbudowane państwo socjalne i z jakichś powodów społeczno-politycznych nie potrafiły go zredukować.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>A co z największym problemem Polski i Europy, czyli wielkim wyzwaniem demograficznym? W jaki sposób należy zmieniać systemy emerytalne?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Od strony technicznej to nie jest trudne. Trzeba spowodować, że ludzie będą później przechodzić na emeryturę, gdyż wydłużyła się ich średnia długość życia. Jak to zrobić, to zależy od systemu emerytalnego. Jeżeli dominują systemy kapitałowe, czyli ludzie autentycznie oszczędzają, to w gruncie rzeczy decyzja, kiedy przechodzą na emeryturę, jest ich prywatną sprawą. Jeśli przechodzą wcześniej, to muszą swoje oszczędności rozłożyć na dłuższy czas, ale to nie obciąża innych ludzi. Zwykle w systemach kapitałowych ludzie dłużej oszczędzają, czyli dłużej pracują. Dlatego tak niedobrą sprawą było ograniczenie składki do OFE. W systemach repartycyjnych, czyli takich, w których mamy specjalny podatek emerytalny nazywany składką, tego naturalnego bodźca nie ma. Może być wprowadzony pewien substytut, jakim są nominalne rachunki emerytalne. To jednak nie są prawdziwe rachunki, bo tam niczego się nie gromadzi. W tym systemie istnieje większe pole do nacisków politycznych. Z natury rzeczy to bardziej upolityczniony system, dlatego politycy go lubią, mają większe pole do legislacyjnego rozdzielnictwa. Odkąd po raz pierwszy nastąpiło przejście od systemu kapitałowego do repartycyjnego – a zrobił to rząd Vichy – później nie wrócono do systemu kapitałowego. <a href="#_msocom_1">[WK1]</a> System repartycyjny jest bardzo kuszący politycznie. Staje się bardzo dobrym narzędziem w kampanii wyborczej. Ale jeżeli mamy z takich czy innych powodów system repartycyjny, to należy wydłużać wiek przejścia na emeryturę. To nie jest żadnym ograniczeniem, bo ludzie dłużej żyją. To zwiększa siłę rozwoju gospodarki, bo zwiększa podaż pracy, a jednocześnie nie osłabia popytu, bo ludzie mają dochód z pracy. Czyli jest to strategia <em>win–win</em>, podwójnego zwycięstwa. W Polsce najważniejszą reformą, którą zrobiła obecna koalicja, jest zawężenie przywilejów do wczesnego przechodzenia na emeryturę, ale te zmiany nie są jeszcze zakończone. Niemcy wydłużyli wiek przejścia na emeryturę, Grecy i Hiszpanie robią to już w pośpiechu. Włosi też będą musieli.</p>
<p style="text-align: justify;">Należy powiedzieć, że do najczęściej popełnianych błędów należy fałszywa terminologia. Pojęcia „dobro publiczne” i „dobro prywatne” mają swoje ścisłe znaczenia w ekonomii. Przez „dobro publiczne” rozumiemy takie dobro, którego nie sposób finansować indywidualne, np. obrona narodowa. W tym sensie np. edukacja nie jest dobrem publicznym, bo na niektórych uniwersytetach w niektórych krajach płaci się czesne. Nawiasem mówiąc, nie jest prawdą, że w Polsce mamy darmowe studia. Utrzymujemy zły system odpłatności za studia. Zły i niemoralny. Bo ci, którzy płacą z własnej kieszeni, dostają gorsze usługi, a wyższy poziom usług dostaje się w prezencie od innych obywateli, w tym biedniejszych od siebie. Dlatego jestem za upowszechnianiem płatności za edukację wyższą, przy jednoczesnej rozbudowie stypendiów i kredytów studenckich.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Czy nie powinniśmy wprowadzić jasnych zasad, które będą porządkowały ustawodawstwo w zakresie polityki społecznej? Po pierwsze, pomoc społeczna powinna obejmować tylko osoby najbiedniejsze. Druga zasada to „nic za darmo”, jeśli przyznajemy komuś pomoc, to w zamian za jakiś wysiłek, który będzie socjalizować i przywracać do funkcjonowania w społeczeństwie. Zasada pomocniczości państwa działa tylko wtedy, gdy inne niż państwo podmioty tego czynić nie mogą. Wreszcie zasada efektywności, czyli wprowadzenie elementów ewaluacji efektów określonego działania w ramach polityki społecznej. </strong></p>
<p style="text-align: justify;">Co do zasady nie trudno się zgodzić. Co natomiast z praktycznymi rozwiązaniami? Pojawia się tu problem, na ile mamy dobre statystyki dochodów i na ile administracja socjalna ma bodźce, żeby odróżniać ludzi prawdziwie potrzebujących od cwaniaków.</p>
<p style="text-align: justify;">W charakterze uzupełnienia powiedziałbym tak: dlaczego mamy uzasadniać pomoc w potrzebie od dochodu, a nie od majątku? Dlaczego tolerować to, że samotna osoba, która ma duże mieszkanie, ale niski dochód jest uprawniona do zasiłku mieszkaniowego? Dlaczego ona nie sprzeda mieszkania i nie kupi mniejszego, jeżeli jest samotna? W wielu bogatszych od nas krajach istnieje kryterium majątkowe. W Danii ludzie, którzy mają duże mieszkania i mały dochód, nie dostaliby zasiłku. Można łączyć zasiłki z pracą, ale należy pamiętać o praktycznych problemach organizowania tzw. robót publicznych. Nie żyjemy w świecie prostych technologii, gdzie da się zbudować autostradę przy pomocy łopat.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Kolejne pytanie dotyczy kryterium efektywności. Czy jest sens wprowadzać jakieś mechanizmy ewaluacyjne co do działań w ramach polityki społecznej? Czy koszt nie będzie przewyższał efektu?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Ma pan na myśli badanie skuteczności programu po jego wprowadzeniu? Tutaj nie trzeba odkrywać Ameryki. Mamy mnóstwo doświadczeń. Także tych negatywnych, które pokazują, że rozsądnie brzmiące programy wywołują patologie. Jest na ten temat obszerna literatura. Bodaj najpoważniejszym oskarżeniem rozbudowanego państwa socjalnego jest to, że ono wzmaga patologie. Mówiłem już o demoralizacji. Jeżeli się bardzo wyraźnie premiuje samotne matki, to rośnie liczba nieślubnych dzieci. Tak było choćby w Stanach Zjednoczonych do czasów reformy republikanów i Clintona. Te patologie są w Polsce słabo zbadane. Problem nie polega na tym, że różne programy socjalne nie są wystarczająco <em>cost-effective</em>. Problem jest daleko poważniejszy: ponosi się koszty, a dostaje negatywne efekty. Francuzi szczycą się tym, że przyrost naturalny we Francji jest wyższy niż w innych krajach Europy. Jednak gdy zapyta się ich, gdzie się ten przyrost koncentruje, odpowiadają, że nie ma oficjalnych badań, bo przepisy zakazują, aby dzielić ludzi wedle grup etnicznych. Byłem niedawno na konferencji we Francji, gdzie opowiadano, jak to hojne francuskie państwo socjalne premiuje wielożeństwo. W jaki sposób to się odbywa? Wielożeństwo jest zakazane, to jasne, ale trudno tego upilnować. Szczególnie tam, gdzie wielożeństwo jest elementem kultury, np. wśród niektórych przybyszów z Afryki. Oni żyją <em>de facto</em> w związkach z wieloma kobietami, ale nie zawarli formalnego małżeństwa z żadną z nich. Te kobiety występują o pomoc socjalną jako samotne matki, co premiuje wielożeństwo. Mówiąc o patologiach wywoływanych przez rozbudowane państwo socjalne, warto też wymienić bezrobocie. Wiąże się ono nie tylko z wydatkami socjalnymi, lecz także z zawyżoną płacą minimalną. Dlaczego we Francji wybuchają od czasu do czasu rozruchy na przedmieściach? Dlatego, że jest bardzo wysokie bezrobocie. A skąd ono się bierze? Z wysokiej płacy minimalnej. Gdyby taka płaca obowiązywała w Stanach Zjednoczonych, to bezrobocie zwiększyłoby się dwukrotnie. W Stanach, jak wiadomo, ludzie słabo wykształceni poszukują pracy i ją znajdują, bo nie ma takiej bariery. Ostatnie podwyższenie płacy minimalnej przez rząd w Polsce to takie właśnie „francuskie” rozwiązanie.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Jeśli dotarliśmy do tego problemu, to co pan profesor sądzi o stwierdzeniu Angeli Merkel, że model wielokulturowego państwa się wyczerpał? To w pewnym sensie też wiąże się z modelem państwa socjalnego.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Myślę, że zdecydowanie się wiąże. Ale uważam, że chodzi też o to, że do niedawna w Wielkiej Brytanii czy w Danii traktowano tę kulturę grupy imigrantów jako enklawy, które nie podlegały ogólnym prawom. Tolerowano to, że grupy te mogły się posługiwać własnym prawem np. prawem szariatu. W myśl takiego na pierwszy rzut oka dobrze brzmiącego hasła, że wszystkie kultury są równie dobre. Jak wtedy pogodzić wielożeństwo z zakazem bigamii? <strong>To pokazuje, że równość kultur jest bardzo dyskusyjna.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Należy chociaż powiedzieć, jakie wartości wyznajemy. Jeżeli nie chcemy dyskryminacji kobiet, to nie możemy jednocześnie tolerować niektórych form wielokulturowości. To znaczy, że nie możemy spokojnie patrzeć na kulturę, w której dyskryminuje się kobiety.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Chciałbym zmienić temat i zapytać o to, co się stało z polską klasą polityczną? Dlaczego jeszcze w latach 90. kierowała się zupełnie innymi wartościami? Dlaczego dziś brakuje polityków, którzy są w stanie oderwać się od bieżących problemów i patrzeć perspektywicznie w przyszłość. Czy jest to wina systemu partyjnego, który się ukształtował? To znaczy walki PO z PiS-em? Czy to jest problem całej klasy politycznej, sposobu myślenia tych ludzi? </strong></p>
<p style="text-align: justify;">Staram się unikać dużych kwantyfikatorów takich jak „klasa polityczna”. To, co jest odbierane w Polsce jako problem, nie jest wyłącznie naszym problemem. To nie jest, oczywiście, pocieszeniem, ale możemy umieścić je w szerszym kontekście. Gdy patrzy się na badania dotyczące popularności polityków czy parlamentów na Zachodzie, to widzi się, że ona wyraźnie spada. To jest jakiś trend, a nie jest zjawisko krótkookresowe. Niektórzy twierdzą, że współcześni politycy są moralnie gorsi od tych z XIX wieku. To mówią ci, którzy nie znają historii. Liczba skandali i skala brutalności w polityce była chyba dawniej większa niż teraz. Po pierwsze, to, jak ludzie odbierają polityków, zależy od tego, jak oni są pokazywani. Nowoczesne media elektroniczne, zwłaszcza telewizja, rządzą się innymi prawami niż słowo pisane. To nie jest oskarżenie. Taka jest natura tych mediów, że wydobywają emocje, posługują się skrótami itd., więc w pewnym sensie spłaszczają politykę. Jest wielkim wyzwaniem korzystać z tych mediów, a jednocześnie polityki kompletnie nie trywializować lub nie sprowadzać do „Kto kogo”. Oczywiście, że dużo zależy od dziennikarzy. Upowszechnienie środków masowego przekazu przyczyniło się zapewne do spadku popularności polityki. Nie wiem, jak to zjawisko wygląda w nowych mediach, to znaczy w Internecie. Po drugie, mamy rozdęte państwo, które obiecuje więcej, niż może dać. Czyli budzi rozczarowanie.</p>
<p style="text-align: justify;">To, co się dzieje w Polsce, jest odbiciem ogólniejszych tendencji, ale na to nakładają się pewne czynniki szczególne. Być może w Polsce za daleko poszły mechanizmy finansowania partii z budżetu. To w oczywisty sposób wzmagało władzę partyjnych liderów. Muszę powiedzieć samokrytycznie, że byłem w rządzie, który to uchwalił. Demokracja nie może polegać na pospolitym ruszeniu partyjnym. Ale być może przekroczono optimum. I dlatego posłowie i senatorowie są właściwie maszynami do głosowania, a nie politykami z podmiotowością. W przypadku OFE to było bardzo widoczne, gdy ludzie, o których wiedziałem, że są przeciwni, głosowali za. Czy jakieś reformy w polskim systemie partyjnym mogą to zmienić? Myślę, że powinny pojawić się zmiany w prawie, które by sprawiały, że zmniejszy się zależność od szefa partii, a wzrośnie zależność od lokalnego wyborcy. Drugim czynnikiem jest PiS. PiS wniósł coś, czego nie było dotąd w takiej skali na polskiej scenie politycznej: nieuczestniczenie w dyskusji o meritum (poza niektórymi sprawami, takimi jak usunięcie barier dostępu do zawodów prawniczych), i towarzyszącą temu ogromną dawkę agresji, werbalnej nienawiści. Zakładając, że większość ludzi tego nie lubi, można dojść do wniosku, że dla rządzących przez ostatnie lata to był dogodny partner. PO miała większe pole manewru, przy tak słabym konkurencie mogła zrobić więcej, nie ryzykując politycznie. Jestem zdania, że niektóre ruchy, choćby sprawa z OFE, nie tylko były szkodliwe dla rozwoju gospodarki, lecz także szkodliwe dla PO.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Czy miałby pan profesor pięć rekomendacji dla nowego rządu?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">To można wyczytać z każdego raportu organizacji międzynarodowej. Trzeba zawsze wyjść od celu. Uważam, że naszym celem zbiorowym, który przekłada się na wiele celów indywidualnych, to doganianie Zachodu pod względem poziomu życia. Nie przez sto lat, ale przez dwadzieścia. Wiemy, że od warunków materialnych nie wszystko zależy, ale zależy bardzo dużo. Moim zdaniem dobry liberalizm wyraża się w szacunku do naturalnych ludzkich pragnień. Ludzie przecież chcą lepszego życia. Gdy ktoś nie ma mieszkania, to chce je mieć, jak ktoś ma za małe, to chce mieć większe. Kto nie ma samochodu, chce mieć samochód. Jak ma mały, chce mieć większy. Chce lepszej edukacji dla dzieci. To są wielkie ludzkie pragnienia, które nie przekładają się automatycznie na ich spełnianie. Po drodze jest wielki pośrednik – ustrój. Niektóre ustroje blokują spełnianie pragnień i paraliżują ludzi, bo są etatystyczne. Socjalizm był skrajną formą etatyzmu. Inne natomiast wyzwalają kreatywność i przedsiębiorczość, co nie znaczy, że nie są także źródłem frustracji. Jeżeli ktoś naprawdę chce działać na rzecz spełniania tych ludzkich pragnień, to powinien działać na rzecz dobrze pojmowanego liberalizmu. Na rzecz rozszerzania pola dla ludzkiej pracy i przedsiębiorczości, co nie dotyczy wyłącznie gospodarki, ale także organizacji pozarządowych. Nie można tego osiągnąć bez ograniczenia wcześniej rozdętego państwa. Jeżeli uważamy, że trzeba szanować ludzkie pragnienia, to nie mówmy ludziom, żeby byli ascetami, ponieważ uważamy, że asceza jest lepsza niż konsumpcja.</p>
<p style="text-align: justify;">W warunkach Polski jako państwa doganiającego potrzebny jest ustrój, który jest lepszy dla rozwoju niż ustrój w rozwiniętych krajach Zachodu. To znaczy on powinien być prostszy, z silniejszymi bodźcami do inicjatywy, przedsiębiorczości i pracy. W finansach publicznych należy zredukować wszystkie te systemy socjalne, które zniechęcają ludzi do oszczędzania i pracy, a zachęcają do oszustw. Po drugie, wyrugować resztki bezpośredniej ingerencji polityki w gospodarkę, czyli sprywatyzować firmy państwowe. Po trzecie, stworzyć bariery tworzenia złego prawa. Po czwarte, dbać jak o źrenicę w oku o konkurencję. Zwykle konkurencja jest ograniczona przez polityków. Albo bezpośrednią i jawną, tak jak to było w przypadku rządowej decyzji o fuzji firm energetycznych, albo ukrytą, kiedy się tworzy grupy polityczno-biznesowe, tak jak np. w Rosji czy na Ukrainie. Rzadko jest tak, żeby wolny rynek sam z siebie monopolizował. Elementarną zasadą powinna być niezależność prezesa UOKiK-u, podobna do tej, którą ma zagwarantowaną prezesa NBP. Prezes NBP jest wybierany na kadencję, a prezes UOKiK-u może być usunięty z dnia na dzień. Tu również powinna być kadencyjność.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Panie profesorze, a jak tę wiedzę skutecznie upowszechniać? </strong></p>
<p style="text-align: justify;">Należy wzmacniać głos społeczeństwa obywatelskiego, między innymi przez rozmaite sojusze tematyczne. Zasadniczy jest też problem dostępu do informacji publicznej. Dostępność informacji publicznej jest fundamentem. Dzięki prezydentowi uświadomiłem sobie niedawno, że trzeba patrzeć władzy na ręce, również między wyborami, a nie tylko wtedy, gdy głosujemy. Musimy zdobywać informacje o faktycznej aktywności rządzących. Bez tego nie będziemy dobrze głosować. Należy tworzyć koalicje, bo tylko wtedy uzyska się wystarczające poparcie dla poszczególnych kwestii liberalnych. Organizacje obywatelskie powinny tworzyć zdecydowanie więcej koalicji.</p>
<p style="text-align: justify;">Z Leszkiem Balcerowiczem rozmawiał Błażej Lenkowski</p>
<p style="text-align: justify;" align="left">Opracowanie: Michał Czech, Dominika Stachlewska</p>
<div>
<hr align="left" size="1" width="33%" />
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://liberte.pl/%e2%80%9ezniewolony-umysl-stop-rozmowa-blazeja-lenkowskiego/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

