<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:blogger='http://schemas.google.com/blogger/2008' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001</id><updated>2024-09-09T19:47:12.249-07:00</updated><title type='text'>Marynarskie opowieści</title><subtitle type='html'>Prawdziwe marynarskie wspomnienia.</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default?redirect=false'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default?start-index=26&amp;max-results=25&amp;redirect=false'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>51</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-5811602310470620027</id><published>2022-01-12T10:16:00.001-08:00</published><updated>2022-01-12T10:16:12.646-08:00</updated><title type='text'>MOJE KSIĄŻKI</title><content type='html'>MOJE KSIĄŻKI
Jak to się stało, że zacząłem pisać książki?
Zawsze zazdrościłem pisarzom, że potrafią pięknie pisać. Zazdrościłem mojemu przyjacielowi kmdr Eugeniuszowi Koczorowskiemu, że ma na poddaszu w Sopocie piękne atelier, gdzie maluje cudowne obrazy i ma bogate morskie zbiory. Na dodatek napisał 30-ci morskich historycznych książek, które ilustrował swoimi rysunkami. 
Kiedy zapraszał mnie do swojego atelier na poddaszu swojego domu w Sopocie, malował i cudownie opowiadał historie o swoich podróżach po świecie.  A ja rewanżowałem się mu swoimi przygodami. Często wyjeżdżałem od Niego z podarowanym przepięknym obrazem żaglowca na morzu, a malował cudowne Clippery pod pełnymi żaglami.
No, ale żeby być malarzem, pisarzem – trzeba mieć talent!  
Ale przecież ja od lat pływając zbierałem pamiątki z całego świata, tylko nie miałem gdzie tego godnie prezentować. Aż wreszcie po trzyletnim pływaniu u niemieckich armatorów, kupiłem dom, w którym był duży wolny pokój. Tu będzie moja Tawerna, tak postanowiłem. Przyjechał Gieniu Koczorowski i posadziłem go na środku 30- metrowego pokoju i poprosiłem: „ Geniu, proszę namaluj jak ma wyglądać moja Tawerna”. Eugeniusz wziął arkusz brystolu i narysował moją „Kapitańską Tawernę”, a na drugim arkuszu węglem namalował „Dar Pomorza”. Tak to powstała moja Tawerna, dokładnie tak jak namalował ją Gieniu, a pierwszym zawieszonym na suficie eksponatem był namalowany na brystolu „Dar Pomorza”. Przez lata przybywało eksponatów i opowieści. Gieniu przyjeżdżał do Tawerny i przywoził w prezencie następny obraz.
W 2019 roku Gieniu odszedł na wieczną wachtę, a ja wygłosiłem na Jego grobie przyjacielskie ostatnie pożegnanie, a w moim domu ciągle przypominają o Nim Jego obrazy.  Nigdy nie dogonię mojego Mistrza (twórcy 3000 obrazów i 7000 rysunków), bo malować nie potrafię.
Ale, zaraziłem się od Niego i zacząłem pisać książki. Zacząłem opisywać moje marynarskie życie.
A jak to się zaczęło?
Zawsze coś tam bazgroliłem, pływając opisywałem moje życie na morzach i oceanach, ale nigdy nie miałem odwagi tego wydać. Był początek lat 90-tych. Wracaliśmy do kraju całą załogą z Marsylii. Jechaliśmy autokarem, a z nami jechała dziennikarka Krystyna Pohl. Z nudów opowiadałem Jej moje przeżycia na morzach, aż w końcu wykrzyczała:
- Panie kapitanie! To są tak ciekawe historie, że musi pan je napisać!
- Pani Krystyno, opowiedzieć to ja mogę, ale pisać, to trzeba umieć – odpowiedziałem.
- Niech Pan pisze, tak jak pan opowiada! To będzie autentyczne! A my to wydrukujemy w tygodniku: „Morze i Ziemia”- wypaliła.
- No dobrze, spróbuję – zgodziłem się.
- Tylko proszę nie więcej niż cztery strony – dodała.
No i tak, to się zaczęło! Po dwóch dniach przyniosłem pierwsze opowiadanie. Oczywiście pani redaktor je poprawiła!  W sumie w szczecińskim tygodniku „Morze i Ziemia” ukazało się dziewięć moich opowiadań, a moja córka odbierała moje honorarium – na cukierki.
Tak się rozkręciłem, że moje opowiadania drukowały także miesięczniki: „Morze” i „ Kurier Morski”. Z „ Kurierem Morskim”, to nawet podpisałem umowę! 
Kilkanaście opowiadań wydałem własnym sumptem - metodą chałupniczą. W czasie rejsu wydrukowałem je na statku i oprawiłem w okładki z map nawigacyjnych upiększałem malowidłami i zdjęciami, potem je lakierowałem, wiązałem sznurem i pieczętowałem pieczęcią lakową. Czasami schodziłem z taką książką do maszynowni i robiłem tam miedziane tabliczki z dziurkami, a następnie mocowałem je do grzbietu książki.
W kraju rozdzielałem te książki, każdą z numerem, a pierwszą otrzymała Krystyna Pohl, którą nazywam: „Mamą Chrzestną –mojego pisania”.
Kiedy miałem juz czterdzieści opowiadań, zebrałem je i wydałem swoją pierwszą książkę:      „ Życie marynarskie” w  1999r. (drugie wydanie w 2004 r.)
Pisząc na statkach, doszedłem do wniosku, że moje międzynarodowe załogi nie znają mnie, nie wiedzą, co przeżyłem i zacząłem tłumaczyć moje opowiadania na język angielski. Drukowałem je po angielsku i rozdawałem różnym załogom na różnych statkach. Moje załogi, okazało się, że były bardzo zainteresowane i proponowały mi przetłumaczenie tych opowiadań na swoje języki. 
Wreszcie zebrałem te tłumaczone opowiadania i oprawiłem je znowu w okładki z mapy.
Tak powstało kilkanaście moich książek, początkowo w sześciu językach: polskim, angielskim, chińskim, po filipińskim (tagalog), greckim i hiszpańskim.     
Pisałem dalej i tłumaczyłem, aż któregoś razu wpadłem na pomysł i w Nowym Orleanie na Missisipi podarowałem taką książkę pastorowi Christ Garet, który odwiedził nas na statku. 
- Christ! Mam pomysł, żeby tę książkę przetłumaczyć na wszystkie języki świata. Stworzyć międzynarodową bibliotekę marynarską – powiedziałem.
- Captain! No problem! Wspaniały pomysł! W moim kościele są wszystkie języki świata! Przecież to Ameryka! – wykrzyknął.
- Bardzo się cieszę! Chciałbym kiedyś przeczytać książkę chińskiego kapitana po polsku- dodałem.
- Oczywiście, to można będzie zrobić! Za miesiąc u nas w Nowym Orleanie będzie zjazd 600 delegatów z całego świata, z misji katolickich (Stella Maris) i Domów Marynarza, to ja im pokażę twoją książkę i przedstawię twoją ideę – stwierdził uradowany.
Po miesiącu, kiedy byłem ponownie w Nowym Orleanie, Christ oznajmił mi:
- Captain! Wszyscy delegaci zaaprobowali twoją ideę. Robimy Międzynarodową Bibliotekę Marynarską.
I okazało się to prawdą! Po latach na morzu, koło Kanady spotkałem polski statek, a kapitan na UKF-ce krzyczy do mnie:
- Włodek! Byłem u księdza w Kanadzie i dał mi twoją książkę tłumaczoną na wiele języków.
           Kiedyś w Szczecinie spotkałem marynarzy z moich załóg.
- Panie kapitanie! Byliśmy w Indonezji i w „Stella Maris”, zapytano nas: „ Skąd jesteście?”, a potem przyniesiono nam pańską książkę, były to opowiadania w wielu językach.
Może kiedyś rzeczywiście przeczytam książkę chińskiego kapitana po polsku?- pomyślałem.
Kiedy pływałem 24 lata po Odrze, jako komodor Flisów Odrzańskich, opisywałem ciekawe zdarzenia, inicjatywy i wyszła z tego książka: „Moja Liga-Moja Odra”.
Nagle zostałem pilotem morskim i przez pięć lat wprowadzania i wyprowadzania statków na trasie Świnoujście – Szczecin, zbierałem ciekawe opowieści. Nawet w nocy, kiedy wracałem ze statku, siadałem i krótko opisywałem jak było, żeby nie zapomnieć.
Wreszcie stwierdziłem, że ponieważ nie ma książki o szczecińskim pilotażu, więc moim  obowiązkiem jest napisanie jej. Tak powstała książka: „Pilot morski”. 
Kiedy wielokrotnie odwiedzałem moje Liceum Ogólnokształcące w Chełmży, pomyślałem że muszę przecież opisać moje dzieciństwo i tak powstała książka: „Nasza Chełmża”.
Na morzu opisywałem dalej moje rejsy i tak narodziła sie książka: „Morskie zawirowania”.
Wreszcie na emeryturze zebrałem zdjęcia z mojego życia i wydałem książkę: „Życie z pasją”.
Postanowiłem też przeczytać i nagrać moją książkę: „Życie marynarskie” i wydałem ją, jako audiobook. 
Czasy się zmieniają i młodzież czyta książki w telefonie, dlatego wydałem też:                       „Życie marynarskie”- jako e-book.
Wszystkie moje książki wydałem za własne pieniądze.
 Postanowiłem również nieodpłatnie przekazać moje książki do Morskiej Biblioteki Cyfrowej, którą tworzę razem z Zachodniopomorską Biblioteką Cyfrową w Książnicy Pomorskiej.
Teraz kilkoma kliknięciami w Google, można przeczytać i pobrać wszystkie moje książki na całym świecie. 





</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/5811602310470620027/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/moje-ksiazki_12.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/5811602310470620027'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/5811602310470620027'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/moje-ksiazki_12.html' title='MOJE KSIĄŻKI'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-4697330639860447186</id><published>2022-01-10T05:59:00.000-08:00</published><updated>2022-01-10T05:59:02.930-08:00</updated><title type='text'>MOJE ODZNACZENIA, NAGRODY, PODZIĘKOWANIA</title><content type='html'>MOJE ODZNACZENIA, NAGRODY, PODZIĘKOWANIA
Moje odznaczenia, nagrody, listy gratulacyjne, podziękowania wynikają z mojej pracy na morzu i społecznej działalności.
Najbardziej mi miłe sercu jest wyróżnienie mnie przez moje Liceum Ogólnokształcące w Chełmży. Otóż w 2014 roku w Gdańsku w Tawernie „Zejman” podczas wręczania mi: Międzynarodowej Nagrody Conrada „Indywidualności Morskie” nagle nieoczekiwanie zjawiła się Pani Dyrektor ZS Chełmża Janina Nowacka z delegacją. Wystąpiła na scenie z gratulacjami, wręczając mi kwiaty, co wywołało ogólną wesołość, (bo akurat był Dzień Kobiet) i podarowała mi obraz mojego Liceum Ogólnokształcącego w Chełmży, które ukończyłem w 1963 roku. Było to piękne, wzruszające, nieoczekiwane zdarzenie, które jednak miało swój dalszy ciąg.
Po paru miesiącach, nagle zadzwoniła do mnie Pani Dyrektor ZS Chełmża.
- Panie Kapitanie, czy jak zwykle może Pan do nas przyjechać na uroczystość Inauguracji Roku Szkolnego?
- Oczywiście, że mogę! Kocham moje LO i jak zwykle przyjadę - odpowiedziałem.
- To się bardzo cieszymy, bo mamy prośbę, żeby Pan wręczył nagrodę dla najlepszego ucznia.
- Ok.! Wręczę i podaruję moją nową książkę – odpowiedziałem.
-, Ale czy Pan się zgodzi, żeby ta nagroda była Pańskiego imienia?
- Oj! Pani Dyrektor, takie wyróżnienie, to się robi po śmierci – odpowiedziałem zaskoczony i zdziwiony.
- Nieprawda Pan jest dla młodzieży wzorem i przecież dostał Pan Międzynarodową Nagrodę Conrada, nazywaną „Oskarem morskim”. Ta nasza coroczna Nagroda dla jednego wybitnego ucznia będzie się nazywała się: „Indywidualności Szkolne”.
- No dobrze zgodziłem się. Co się nie robi dla mojego kochanego LO!
Tak to się zaczęło wieloletnie wręczanie nagrody mojego imienia i spotkania z młodzieżą mojego LO Chełmża. Wybitni uczniowie w różnych dziedzinach, byli nagradzani specjalną plakietką repliką witraża 100-letniej auli LO i moimi książkami.  
Drugim wzruszającym odznaczeniem jest Medal „Za Odwagę i ofiarność” w ratowaniu życia i mienia. Otrzymałem go od Rady Państwa w 1972 roku za uratowanie samobójczyni. Dziewczyna wskoczyła z nabrzeża w Gdyni do wody, między krę. Nie chciała być uratowana, nie chciała złapać się koła ratunkowego i pomału tonęła tracąc przytomność w lodowatej wodzie. Musiałem wleźć do wody i ją wyciągnąć, a potem nieprzytomną ratować do czasu, aż po pół godzinie przyjechało pogotowie. Przeżyła jak się potem dowiedziałem.
  Smaczku dodawało to, że o przyznanie medalu wnioskował Urząd Celny, bo samobójczyni była celniczką. Niesamowita historia, którą opisałem w mojej książce. A najciekawsze i niespotykane było zachowanie celników, odwiecznych wrogów marynarzy, nagle zostali naszymi przyjaciółmi.
Oczywiście najwyższą moją nagrodą jest Międzynarodowa Nagroda „ Conrady Indywidualności Morskie”. Dostałem ją za długoletnią działalność społeczną, a szczególnie za bycie przez 20-cia lat Komodorem, podczas ekspedycji LMiR po Odrze, zwanej Flisem Odrzańskim. Ta nagroda cieszyła mnie bardzo, szczególnie, że nie można jej było załatwić po znajomości. Na wysłaną w świat moją płytę, na której nagrałem 10 minut mojego społecznego działania, głosowało elektronicznie 50-ciu laureatów. Spośród wielu nominowanych wybrali i mnie i byłem teraz w doborowym towarzystwie laureata –króla Norwegii Haralda V i 100 laureatów na całym świecie.
Prezydent RP Bronisław Komorowski, kiedy dowiedział się, że otrzymałem tę Nagrodę Conrada, przesłał mi wieczne pióro podpisane Prezydent RP Bronisław Komorowski i list z gratulacjami i podziękowaniem.
Najwyższą nagrodą LMiR jest „Pierścień Hallera”, który 10 lutego 2010 roku na rynku w Pucku wręczył mi Prezydent RP Lech Kaczyński, Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski (wtedy też, jako Prezes ZG LMiR) i Arcybiskup Sławoj Głódź. Odznaczonym wtedy stojącym przy mnie był też admirał Andrzej Karweta, który razem z Prezydentem RP dwa miesiące potem zginął w katastrofie samolotu w Smoleńsku. Na „Pierścień Hallera” pracowałem społecznie przez 27-lat, podczas których dostałem wiele innych nagród i podziękowań. Jedną z nich to piękny Krzyż LMiR „Pro Mari Nostro”- drugi, co do znaczenia po „Pierścieniu Hallera”. 
W tym miejscu muszę wspomnieć, że w moim domu na ścianie wisi 84 odznaczenia, nagrody, listy gratulacyjne i podziękowania. O kilku bardzo ważnych wspomnę. 
Wielkim wyróżnieniem jest „Honorowy Obywatel Miasta i Gminy Ulanów” i „Honorowy Flisak”. To wynik mojego 24 letniego pływania, jako Komodor Flisów Odrzańskich, podczas których Flisacy z Ulanowa budowali 90-cio metrową tratwę. To wynik moich wizyt w Ulanowie i promowania miasta w kraju i na świecie. Przy okazji pływania po Odrze uzyskałem dyplom Kapitana Żeglugi Śródlądowej.
Jako jedynemu Kapitanowi Żeglugi Wielkiej wręczono mi w 2017 roku w Warszawie Nagrodę „Przyjaznego Brzegu”, a na dyplomie napisano: „ Dla Kpt.ż.w. Włodzimierz Grycnera niezmordowanego komodora Flisów Odrzańskich, za Promocję Odry w Polsce i na świecie, na dodatek było to w towarzystwie wiceprezydenta Szczecina, któremu też wręczono taką samą nagrodę, którą odbierał dla miasta Szczecina za regaty „The Tall Ships’ Races”. 
W 2019 roku z wielkim wzruszeniem przyjąłem nominację Koła Ligi Morskiej i Rzecznej przy Akademii Morskiej w Szczecinie, które nadało mi tytuł: „KAPITANA MŁODZIEŻY” za wsparcie, pomoc i ogromne serce dla studentów Akademii Morskiej w Szczecinie.
Udało mi się razem ze studentami AMS, po raz pierwszy w historii stworzyć Koło LMiR AMS i po roku działania mieliśmy już 250 członków aktywnie działających. To wspaniała młodzież.
Moje 24 lata pływania, jako Komodor Flisów Odrzańskich zaowocowało wieloma wyróżnieniami i podziękowaniami. Między nimi jest Odznaka Honorowa za Zasługi dla Województwa Lubuskiego, czy Srebrna Odznaka Honorowa Gryfa Zachodniopomorskiego, za Zasługi dla Rozwoju Regionu, czy Srebrny Medal „Za Zasługi Dla Obronności Kraju” – za integrację polsko-niemiecką na Odrze. 
Minister Edukacji Narodowej 17 lipca 2001r. nadał mi: „Odznakę Honorową „Za Zasługi Dla Oświaty” – W uznaniu szczególnych osiągnięć w działalności na rzecz rozwoju szkół i innych placówek oświatowo-wychowawczych oraz pomocy nauczycielom.
Uhonorowano mnie też: „Wielką Komandorią”- Ligi Morskiej i Rzecznej oraz „Honorową Eurolegią” - Ligi Morskiej i Rzecznej.
Na mojej ścianie wisi też wielkie wyróżnienie, jako jedynego kpt.ż.w. od Starszych Mechaników Morskich: „Medalem 35 lat Stowarzyszenia Starszych Mechaników Morskich”.  To wielce zaszczytne wyróżnienie, tym bardziej, że przecież ogólnie jest znana „rywalizacja” między kapitanami, a mechanikami.
Jest też wiele innych wyróżnień, takich jak: „Nagroda Złotego Kompasu”:
” ZA CAŁOKSZTAŁT DZIAŁALNOŚCI NA RZECZ LUDZI MORZA I ŚRODOWISKA GOSPODARKI MORSKIEJ”.
Czy Honorowa Odznaka: „SZLAK ODRY”- KTŻ ZG PTTK
 Oraz Promotor Miasta i Gminy Ścinawa.
Są też nominacje: z 2015 roku – Nominacja (Złota Luneta) – Kultura i Sztuka Roku 2014 i z 2020 roku - Nominacja do honorowego tytułu „Ambasador Szczecina”.
Moimi najwyższymi Państwowymi Odznaczeniami są: „Srebrny i Złoty” „Krzyż Zasługi”.
Natomiast za moją 38-letnią pracę w Polskiej Żegludze Morskiej otrzymałem:
- brązową, srebrną i złotą odznakę: „ Zasłużony Pracownik Morza”.
Oraz złotą odznakę: „Zasłużony Pracownik PŻM”.
Cieszą wiszące na ścianie korytarza do mojej Tawerny 84, odznaczenia, listy gratulacyjne, podziękowania od: Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, od Wojewodów, Marszałków, Prezydentów, Burmistrzów, Wójtów, Sołtysów i różnych organizacji – trudno je wszystkie wymienić i opisać.
Wszystkie te moje odznaczenia, nagrody, listy gratulacyjne i podziękowania, były wynikiem solidnej pracy i społecznego działania, co było moim celem w życiu - zrobienie czegoś pożytecznego dla ludzi i gospodarki morsko-rzecznej. Kontynuacją tego mojego działania są: „Tableau PSM”, „Kamień PSM”, Skwer Kapitanów”, „Plac Nadodrzański” i inne moje inicjatywy. 
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/4697330639860447186/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/moje-odznaczenia-nagrody-podziekowania_10.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4697330639860447186'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4697330639860447186'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/moje-odznaczenia-nagrody-podziekowania_10.html' title='MOJE ODZNACZENIA, NAGRODY, PODZIĘKOWANIA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-6097776182243196451</id><published>2022-01-08T08:23:00.004-08:00</published><updated>2022-01-08T08:23:58.409-08:00</updated><title type='text'>LIGA MORSKA I RZECZNA AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE</title><content type='html'>LIGA MORSKA I RZECZNA AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE
Jako członek Ligi Morskiej i Rzecznej i ponad 20- letni wiceprezes Zarządu Okręgowego LMiR, oraz przewodniczący Koła Ligi Morskiej w WSET i WSB spotykałem się od lat z młodzieżą. Bywałem też nawet w przedszkolach. Opowiadałem o morzu w gimnazjach i liceach. Co roku przez 24 lata, jako Komodor Flisów Odrzańskich codziennie przez dwa tygodnie opowiadałem o morzu i zachęcałem do LMiR.
Założyłem Koło Ligi Morskiej w gimnazjum w Nowym Warpnie, a dziewczyny z koła zdobywały nagrody w Ogólnopolskim Konkursie „Młodzież Na Morzu”. 
W Białym Mundurze na rynku małego miasteczka Nowe Warpno wręczałem laureatom konkursów dyplomy, nagrody i moje książki. Spotykałem się wielokrotnie z młodzieżą tego gimnazjum. Jednak koło przestało istnieć - kiedy zlikwidowano gimnazjum.
Znowu młodzież nie miała, żadnych perspektyw i włóczyła się po ulicy, uciekała z miasteczka.
 Wielokrotnie Burmistrzowi Nowego Warpna proponowałem, różne sposoby zainteresowania się i zaangażowania młodzieży, ale nie było zainteresowanych. Odnowili miasto, za odzyskane pieniądze z Urzędu Morskiego, ale nie zrobili nic dla zatrudnienia mieszkańców i dla młodzieży. Powstało miasteczko dla turystów.
 Ale zawsze marzyłem żeby powstały Koła Ligi Morskiej i Rzecznej w uczelniach wyższych.
A szczególnie oczywiście w Szkołach Morskich. 
Wielokrotnie na spotkaniach zachęcałem nauczycieli i uczniów Technikum Morskiego w Szczecinie, ale Pani Dyrektor zawsze stwierdzała, że nie ma chętnych nauczycieli, żeby społecznie prowadzili takie koło. 
- Przecież ma Pani nauczycieli kpt.ż.w. , nawet oni nie są zainteresowani?- dziwiłem się.
- Takie czasy Panie Kapitanie, nikt nie chce pracować za darmo – odpowiadała.
Ale był jeden uczeń w tym Technikum Morskim ( Dawid Stanek), który pilnie słuchał i kręcił się przy mnie nieustannie. Zjawił się na Ogólnopolskim Konkursie „Młodzież Na Morzu” i wręczałem mu nagrodę. Potem przyszedł do mnie na „Darze Młodzieży” i obiecałem mu pomóc, dając mu swoją wizytówkę. Aż wreszcie zaczął studiować w Akademii Morskiej w Szczecinie. Nagle z kolegami zjawił się znowu na uroczystości na „Skwerze Kapitanów”. 
Wtedy to zaproponowałem im spotkanie w mojej Tawernie. Poprosiłem, żeby przyprowadzili z 12-tu kolegów i koleżanek, bo tyle wygodnie siedzi w mojej Tawernie. Zaprosiłem na to spotkanie przyjaciela kpt.ż.w. Lecha Katkowskiego, który pięknie gra na gitarze i śpiewa wszystkie marynarskie piosenki. Oczywiście moim celem było zachęcenie ich do zapisania się do Ligii Morskiej i Rzecznej i stworzenie Koła LMiR w Akademii Morskiej. Nie było nigdy Ligi Morskiej i Rzecznej w PSM, WSM i AMS – a przecież to właśnie tam powinna być! 
Według regulaminu potrzebowałem siedmiu kandydatów, żeby założyć Koło LMiR.
Przyszło ich 12-tu dziewczyny i chłopaki, w mundurkach i spotkanie było fantastyczne, a młodzież kulturalna – wspaniała. Lechu grał i śpiewał, a ja opowiadałem o morzu i Lidze Morskiej. Jedli wiktuały przygotowane przez moją Grażynkę i pili tylko piwko. Śpiewali z nami, a teksty nieznanych piosenek czytali na telefonach.
Byli wśród nich Ukraińcy i nawet Egipcjanin (student inżynier mówiący po polsku- nauczyła go nasza dziewczyna). Jeden z Ukraińców z polskiej rodziny zadziwił nas, kiedy odśpiewał pięknie po polsku wszystkie nasz patriotyczne pieśni.
Tak ich przekonywałem, że natychmiast postanowili zapisać się do LMiR i stworzyć Koło Ligi Morskiej i Rzecznej w Akademii Morskiej w Szczecinie.
Na następne spotkanie w mojej Tawernie zaprosiłem moich przyjaciół sławnych Kapitanów: 
Rektora WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksandra Walczaka, Rektora WSM mgr kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego, kpt.ż.w. inż. Józefa Gawłowicza i kpt.ż.w. Pilota Morskiego Lecha Katkowskiego. 
Lechu grał i śpiewał, my opowiadaliśmy. Studenci słuchali zauroczeni morskimi opowieściami. Znowu mieliśmy następnych chętnych do LMiR. 
No i zaczęliśmy tworzyć Koło LMiR w AMS!
Najpierw, jako Wiceprezes ZO LMiR razem z Prezesem, zatwierdziliśmy deklarację założycielską, potem stworzyliśmy nowe legitymacje LMiR AM, potem dostosowaliśmy statut, a na końcu opracowałem ślubowanie.  
Koło LMiR AMS rozpoczęło działalność 7 stycznia 2019r. 
Dnia 24 maja 2019 roku członkowie Koła wzięli udział w obchodach Święta Szkoły w Akademii Morskiej w Szczecinie, gdzie ślubowali na sztandar uczelni. Przysięgę prowadziłem i razem z Rektorem prof. dr hab. inż. kpt.ż.w. Wojciechem Ślączką i prorektorem dr Agnieszką Deja i Prezesem ZO LMiR Zenonem Kozłowskim, wręczyłem pierwsze legitymacje LMiR AMS.
Razem z młodzieżą ruszyłem do społecznych akcji: zorganizowaliśmy wiele społecznych akcji, takich jak między innymi: „Dzień Dawcy Szpiku”(zebraliśmy ponad 110 chętnych-byłem wtedy z nimi), Zorganizowaliśmy akcję „Oddaj_Krew Challenge” (studenci oddawali krew). Zorganizowaliśmy akcję „Studencka Pomoc dla seniora”, gdzie członkowie Koła robili osobom starszym zakupy podczas pandemii. 
Z Caritas studenci wzięli udział w akcji „Tak pomagam”, w której zbierali żywność suchą oraz długoterminową dla ludzi szczególnie potrzebujących w okresie świątecznym. W tej akcji udało się zebrać 100 kg jedzenia.
Udali się też studenci do Kliniki Hematologii i Onkologii dziecięcej. Wzięli udział w 28 finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wzięli też udział w zbiórce pieniędzy na rzecz hospicjum dla dzieci i dorosłych.
Zbierali i przekazali 18 kilogramów mokrej karmy na rzecz Towarzystwa Ochrony Zwierząt w Szczecinie. Wzięli udział w sprzątaniu pomnika &quot;Tym, którzy nie powrócili z morza&quot; i w kweście na rzecz renowacji pomnika.

Równocześnie promowali Akademię Morską w Szczecinie i LMiR w szkołach średnich. Odwiedzili 7 miast, 14 szkół średnich i spotkali się łącznie z 1400 uczniami.
Wraz ze mną uczestniczyli w wywiadach dla radia i telewizji, dotyczących działań koła LMIR. Uczestniczyli w uroczystościach „Niepodległość na maszt”, na „Skwerze Kapitanów” i w innych uroczystościach.
Jednocześnie przeprowadzali renowacje dwóch nieużywanych i zaniedbanych Omeg Akademii Morskiej, a pomagał im mój przyjaciel Jachtowy Kapitan Tomek Włoch, z którym też pływali na Jego jachcie. Pływali też z Jachtową Kapitan Urszulą Teodorczyk i z innymi kapitanami i na innych jachtach.
Organizowali też szkolenia żeglarskie i reprezentowali uczelnię na Akademickich Mistrzostwach Polski w ergometrze wioślarskim. Wzięli udział w szkoleniu ratowników SAR.
Udzielali się naukowo, uczestniczyli w konferencjach takich jak np. „3. Ogólnopolski Kongres Kół Naukowych IKONA 2019 i w innych konferencjach.

Pomagałem mojej wspaniałej młodzieży, wielokrotnie organizując integracyjne spotkania w mojej tawernie, gdzie planowaliśmy działania, śpiewaliśmy szanty, snuły się opowieści o morzu i zacieśnialiśmy więzi przyjaźni.

W 2020 roku Koło LMiR AMS liczyło już 250 członków wspaniałej młodzieży.
Nagle sprawili mi wielką niespodziankę:
Na ogólnym zebraniu LMiR AMS wręczono mi plakietkę: 
A na niej pisało:
              
                                           KOŁO LIGI MORSKIEJ I RZECZNEJ 
                                      PRZY AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE
NADAJE TYTUŁ
                                                    KAPITANA MŁODZIEŻY
                                            inż. WŁODZIMIERZOWI GRYCNEROWI KPT.Ż.W
ZA
                                           WSPARCIE, POMOC I OGROMNE SERCE
 DLA STUDENTÓW AKADEMII MORSKIEJ
W SZCZECINIE
Przewodniczący Koła 
Dawid Stanek
Walne Zebranie Członków
Szczecin, dn. 02.12.2019 r. 


Brawo LMiR! Brawo młodzież!
Dziękuję! Dziękuję bardzo!

</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/6097776182243196451/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/liga-morska-i-rzeczna-akademii-morskiej_8.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/6097776182243196451'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/6097776182243196451'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/liga-morska-i-rzeczna-akademii-morskiej_8.html' title='LIGA MORSKA I RZECZNA AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-2881662997741835547</id><published>2022-01-07T04:53:00.000-08:00</published><updated>2022-01-07T04:53:02.014-08:00</updated><title type='text'>URATOWANY ŻEGLARZ</title><content type='html'>Uratowany żeglarz 
Na suficie w mojej tawernie wisi niemiecki plakat na którym jest Horst Scholz i Jego jacht, który utonął w  1998 roku na zatoce meksykańskiej, a Horsta wyciągnęliśmy na burtę. Wtedy płynęliśmy 38-mio tysiącznikiem „ Lake Mead” do Corpus Christi w Teksasie. 
Rano wyszedłem jak zwykle na mostek, a tu 3-ci oficer melduje:
- Panie Kapitanie, właśnie miałem do pana dzwonić. Po lewej burcie pływa coś dziwnego. Złapałem lornetkę, faktycznie na fali skakał jakiś biały punkcik, ni to jacht,  ni to motorówka. Całkowicie nie wiadomo było co to jest? Był za daleko, żeby stwierdzić co to jest, ale mówię sobie przyjrzę się mapie zobaczymy, gdzie to jesteśmy?. Okazało się, że jesteśmy około stu mil na zachód od Florydy. Analizowałem i pomyślałem, nie mogą to być Kubańscy uciekinierzy, dlatego bo prąd Golfstrom zniósłby ich na wschód – na Florydę, na motorówkę było za daleko od lądu. Przemknęło mi przez głowę, że to może przemytnicy narkotyków. Ale jednak może to być też ktoś potrzebujący pomocy?  	- Panie Trzeci, lewo 15, niech pan skręci w lewo na niego - zadecydowałem - zobaczymy z bliska, co też tam pływa... 	Po sztormie zawsze bywa dobra pogoda, tak też było i dzisiaj. Po wczorajszym frontowym wietrze pozostała tylko mała fala, słoneczko odbijało się w niebieściutkim morzu. Podpłynęliśmy bliżej. Radar pokazywał odległość pięciu mil do znikającego małego białego punkciku. Nadal jednak nie mogliśmy rozpoznać, co to właściwie pływa? 
Nagle usłyszeliśmy zanikające wołanie w ukaefce.   	- Yacht calling ship!  	- Replying ship „Lake Mead”. Please give your position! – odezwałem się natychmiast. Ale w ukaefce zapanowała cisza. Nie wiedziałem więc, czy to odezwał się nasz biały punkcik, czy też inny jacht. Mogło to być wołanie z daleka. Kiedy znaleźliśmy się na czterech milach, widać już było przez lornetkę, że biały punkcik to jacht ze złamanym masztem. Wtedy znowu zacharczała ukaefka i odezwał się słaby głos.  	- Yacht calling ship!  	- Replying ship. Please give your position – powiedziałem. 	Wreszcie  podał mi pozycję. 
- Trzeci, sprawdź pan tę pozycję na mapie!- poleciłem
- Panie Kapitanie, to on, pozycja przed naszym dziobem!  	- Oh, my dear friend, what happened to you?-krzyknąłem.  I see your yacht, we are approaching to you! - podchodzę do Ciebie. Are you alone? – zapytałem-czy jest sam.  	- I´m sinking. Can you help me? I’m sinking. Yes I´m alone! - odpowiedział. 
Więc tonie! Jest sam! Trzeba go ratować!
Teraz było wszystko jasne. Przed nami tonął jacht, a siedział na nim samotny żeglarz. Ogłosiłem natychmiast alarm człowiek za burtą i zacząłem zwalniać maszyną, żeby zatrzymać naszego rozpędzonego ponad dwustumetrowego grata.
	- Co się dzieje z twoim jachtem –krzyknąłem . Czy mam go ratować? 
A on na to.
- Jacht szybko nabiera wody. - Chyba nie da się go uratować... 	- Płynę do Corpus Christi, mogę cię tam zabrać. 	- Obojętnie w jakim kierunku! - krzyczał żeglarz. 	Mieliśmy na rufie dźwig gospodarczy, był za mały, żeby podnieść jacht z wody. Zatrzymałem  statek w odległości około 50 metrów od tonącego jachtu. W tym momencie żeglarz przesiadł się na mały pontonik i wiosłował do naszej burty.
 Rzutka rzucona z pokładu trafiła prosto w ponton i po chwili samotnik został przyciągnięty do lewej burty naszego statku. 
W dole kiwał się biało niebieski jacht. Nosił nazwę „Inspiration”. Na jego podkładzie, w gęstwinie wantów, sztagów i żagli, leżał złamany maszt. Marynarze wyciągnęli na burtę dwa skromne woreczki uratowanego przez żeglarza mienia, a on sam wdrapał się  po sztormtrapie.  	- Scheisse! - warknął nieoczekiwanie po niemiecku, tupiąc nogą i wskazując palcem na swój jacht. A chwilę potem, gdy zorientował się, że uratowała go polska załoga  dodał niby po polsku dzienkuja, dzienkuja. 
W chwilę później stał już na mostku i ze łzami w oczach obserwował powolną śmierć swojego jachtu.  	- Captain, to jest tak, jakby tonęła połowa mojego serca, jakbym tracił moją ukochaną dziewczynę, w samotnym rejsie często z nią rozmawiałem... 	- Panie Chiefie! – krzyknąłem na pokład. – Trzeba wysłać dwóch ludzi tym małym pontonem żeglarza, żeby zobaczyć, czy na jachcie jeszcze kogoś nie ma! – pomyślałem, a może zamordował zonę i chce utopić jacht?- trzeba to sprawdzić.
	Bosman Jasiu i starszy marynarz Bogdan powiosłowali pontonikiem, walcząc z falą, na szczęście przywiązaliśmy ich liną, żeby potem można było ich ściągnąć. Na jachcie nie było nikogo-meldowali, ale uratowali pływający akordeon. 
Jacht tonął w oczach. Niemiecki żeglarz – dowiedzieliśmy się, że nazywa się Horst Scholz – obserwował to ze skrzydła i płakał.  Żeby go uspokoić wlałem więc w niego nieco Jasia Wędrowniczka. Na mostek przynieśli akordeon i okazało się, że Chief Mechanik umie grać. Zagrał na skrzydle i była to niesamowita scena. 
Jacht tonął przy burcie, Horst płakał, a Chief Mechanik grał skoczne melodie.
 Wreszcie zrozpaczonego Horsta steward ulokował w armatorskiej kabinie.
	W sobotę wieczorem, przy szaszłyku, piwku i muzyce, żeglarz zaczął swoją długą opowieść o podróży, którą miał okrążyć świat. Opowieści towarzyszył Chief Mechanik, przygrywając na uratowanym akordeonie. Steward Rysiu szarpał struny swojej elektrycznej gitary. Wszyscy razem śpiewaliśmy uratowanemu żeglarzowi marynarskie piosenki i w ten sposób zawiązała się miedzy nami nić przyjaźni.  	- Wyruszyłem półtora roku temu z Peenemünde – opowiadał Horst. Jacht budowałem w Peenemünde – Miałem tylko dwa lata wolnego na opłynięcie świata... 	- A więc opłynąłeś prawie cały świat, żeby nas spotkać – przerwałem mu żartując. – Tymczasem, w linii prostej, mieszkamy od siebie niecałe dwieście kilometrów!  	- No właśnie. Przepłynąłem 26 tysięcy mil. Brakowało mi tylko jeszcze  5 tysięcy. Na Śródziemnym kółko by się zamknęło. 
Trzy lata samodzielnie budowałem ten mój jacht Slup. Miał osiem metrów. Był jednak chyba trochę za mały, jak na taką podróż. Zresztą, to materiały wysiadły, nie ja. 
Ale przecież wiesz, jak ciężko było o dobre materiały w komunistycznej NRD... 
Dotarłem do Emden i tam wpłynąłem na rzekę Ems. Kanałami i rzekami przeciąłem Europę, wypływając w końcu na Morze Śródziemne niedaleko Marsylii. Potem opłynąłem Śródziemne, zatrzymując się na Capri i na greckich wyspach. Przez Kanał Sueski dotarłem na Morze Czerwone. 
Potem był Egipt, Erytreja. Ta ostatnia cholernie gorąca... Miałem trudności z wydostaniem się na Ocean Indyjski, przeszkadzały wiatry i silny prąd przeciwny. Wreszcie dotarłem na piękne Maladivy, a stamtąd ruszyłem na Indonezję. Jednak na środku oceanu złapał mnie sztorm i połamał mi samoster. Przez następne dwanaście dni, czyli tysiąc mil, sam musiałem sterować na okrągło. Co chwila zasypiałem przy rumplu. Trwało to kilka minut, a budziłem się przestraszony, coś się stało? 
Próbowałem przespać się zrzucając żagle, ale wówczas fale chciały rozwalić jacht. Udało mi się jednak jakoś dopłynąć do Djakarty, gdzie naprawiłem samoster. A potem były przepiękne  wyspy Bali i Lombok, z zachwycającymi dziewczynami. Aż dotarłem do Nowej Gwinei, gdzie na szczęście nie zostałem zjedzony. W drodze do Japonii schowałem się przed tajfunem na wyspie Guam, tam, gdzie Amerykanie mają swoją bazę. 	- Skąd wiedziałeś o nadchodzącym tajfunie? – zapytał radiooficer. 	- Z chmur i barometru, innych instrumentów do odbioru pogody nie miałem – odrzekł Horst.
Na japońskich wyspach przyjmowano mnie niezwykle gościnnie. Tkwiłem tam prawie miesiąc. Aż żal było wypływać. Wreszcie zdecydowałem się na skok przez Pacyfik.                I ruszyłem prosto do Vancouver w Kanadzie. To był najdłuższy przelot bez przystanku, 48 dni żeglugi. Płynąłem wysoko na północ – było cholernie zimno! – a nie miałem ogrzewania na jachcie... Nawet jednej ryby nie złowiłem. Na dodatek strach było tak płynąć we mgle bez radaru. 
Niekiedy słyszałem tylko huk maszyn przechodzącego obok statku. Wtedy modliłem się i liczyłem na to, że on widzi mnie w swoim radarze i nie przejedzie po moim małym jachciku... Nie stać mnie było na lepsze wyposażenie jachtu, dlatego nie miałem też tratwy ratunkowej, ani boi satelitarnej...
-Ja Ci powiem Horst my takich małych jachtów przy dużej fali w radarze nie widzimy.
- Nie narzekaj! – zaśmiał się chief. - Wyposażenie miałeś prawie jak Kolumb! - Zawitałem w końcu do Kanady. Znowu przepiękne widoki czystej natury. 
Przerwał, a okulary zaszły mu mgłą rozczulenia. Przyjrzałem mu się uważniej. Był niski, niepozorny, z kolczykiem w uchu. I chudy jak szczapa. Zajadał  kurczaka, głośno mlaskając. A potem znowu zaczął mówić. Najwyraźniej samotność ostro mu dopiekła. 
A później szalone miasta u dołu amerykańskiego wybrzeża - San Francisco, San Diego, Acapulco... Nie potrafię opowiedzieć, co tam przeżyłem... No, ale trzeba było płynąć dalej. Wspaniała Kostaryka, Panama i już byłem na drugiej stronie! Teraz miałem już tylko mały skok przez Atlantyk i zakończyłbym kółko wokół świata! Po drodze zawinąłem jeszcze na meksykańską wyspę Mujeres, gdzie - jak sugeruje nazwa – znowu było pełno kobiet... Isla Mujeres. Resztę znacie. Uratowaliście mnie w drodze na Florydę. Żal jachtu, ale jestem optymistą, więc mam nadzieję, że wybuduję nowy i wybiorę się znowu na oceany. Tym razem jednak już nie sam...
W ostatni odcinek podróży wypłynąłem z Meksyku, z wyspy Isla Mujeres. Chciałem dotrzeć na Florydę, to tylko trzy dni przelotu... Ale już w pierwszym dniu złamał mi się maszt. To nie był wielki sztorm. Tylko nieprzyjemne fale. No i nie wytrzymał przeżarty rdzą maszt. Wskoczyłem do wody i wyciągnąłem ten cholerny maszt na pokład. Wszystko było poplątane, ale udało się postawić mały żagielek. Wiatr zmienił się i mogłem teraz płynąć tylko w kierunku Nowego  Orleanu. 
W nocy oświetlił mnie reflektorem duży statek m/s „Zeus”. Kapitan, jak się okazało mój rodak z byłej NRD, chciał mnie zabrać do Corpus Christi. Odmówiłem, bo myślałem, że na tym kawałku żagielka dotrę jednak samodzielnie do lądu i uratuję mój kochany jachcik. Ale się nie udało. Na trzeci dzień fala uderzyła w jacht i pękły śruby mocujące kil. Wtedy zaczął on przeciekać. Próbowałem uszczelnić przeciek, ale nie miałem szans. Potem przez następną dobę wybierałem wodę wiaderkiem i wołałem o pomoc małą przenośną  ukaefką, lecz nikt mnie nie słyszał. Wyższa antena złamała się wraz z masztem. Nie miałem radia. Widziałem blisko przechodzące statki, nikt jednak nie odpowiadał na moje wołanie. Pomału wysiadały baterie w ukaefce. Zapaliłem wtedy silniczek, umocowany za burtą i na resztkach paliwa próbowałem dotrzeć do bardziej uczęszczanej trasy. Przepłynąłem jednak tylko 20 mil, bo skończyło się paliwo. Następnej nocy zdecydowałem się wystrzelić dziesięć czerwonych rakiet, akurat tuż przed dziobem płynących dwóch statków. Ale popłynęli dalej, nie zauważyli mnie...Nie zauważyli rakiet. Zostały mi dwie rakiety i zdechła ukaefka. Wtedy zacząłem się modlić. Wkoło kręciły się rekiny, chyba czekały na mój koniec.
A rankiem ujrzałem was. Najwyraźniej ktoś tam na górze wysłuchał moich  modłów... 
-A widzisz-mówię do niego- to ty posłałeś sygnał satelitarny swoją modlitwą do Pana Boga, który wrócił do mojej głowy, a ja zastanowiłem się i dlatego Cię wyłowiliśmy- zażartowałem. Ale myślę sobie, a może coś w tym jest, może tak było?
	Po dwóch dniach żeglugi dowieźliśmy naszego żeglarza do Corpus Christi w USA. Wielki świat nagle zainteresował się samotnym żeglarzem. Zjawiły się prasa, radio, telewizja. Dziennikarze prześcigali się, żeby uzyskać wyłączność na jego wspomnienia. Przy okazji, pokazywano też nas. Ukazywaliśmy się nawet na dwóch kanałach telewizyjnych W ten sposób samotny Horst stał się sławny, a my wraz z nim.  Fetowali nas na przyjęciach miejscowi Niemcy.
Telewizje chciały kupić moją video kasetę na której uwieczniłem całe ratowanie, ale podarowałem ją Horstowi. Jak się potem okazało, Horst miał na kasecie całą dokumentację tonięcia, i mógł uzyskać ubezpieczenie i  kupił sobie za nie drugi jacht.
Na ulicy nagle łapie mnie za rękaw munduru jakiś nieznajomy.
	- You look like Polish Captain! I saw You in Newspaper and TV! - krzyczał starszy, nieznajomy pan na ulicy w Corpus Christi...- To ty uratowałeś tego żeglarza?  	- Tak, ja - stwierdziłem dumnie - właśnie jedziemy znowu do telewizji... 	- Szkoda, że nie mam przy sobie kamery! Mógłbym pokazać cię moim polskim przyjaciołom w Chicago... Aha, jestem Litwinem, mieszkam w Chicago. Opowiem im, że cię spotkałem! 
Telewizja zrobiła z tonięcia Horsta show! Najśmieszniejsze było jak złapałem Horsta za uszy i pocałowałem go w czoło, a telewizja zrobiła z tego wielokrotne cmoknięcia w czoło.
	Samotny żeglarz Horst już nie żegluje sam. Tak jak zresztą zapowiedział. 
Odwiedza mnie w Szczecinie, gdzie wspólnie pływamy na moim jachcie o dźwięcznej nazwie „Mamuśka”. A kiedy zaprasza mnie do Berlina, regatujemy z kolei na nowym jachcie Horsta.
Tak to  powstała przyjaźni polskiego kapitana i niemieckiego żeglarza.
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/2881662997741835547/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/uratowany-zeglarz.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2881662997741835547'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2881662997741835547'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/uratowany-zeglarz.html' title='URATOWANY ŻEGLARZ'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-263559827720967615</id><published>2022-01-07T04:31:00.002-08:00</published><updated>2022-01-07T04:31:32.927-08:00</updated><title type='text'>URATOWANY TRIMARAN XAVIERA</title><content type='html'>URATOWANY TRIMARAN XAVIERA

Na ścianie mojej tawerny wisi malutki barometr. To prezent z uratowanego trimarana.
W 1987 r. na &quot;Powstańcu Listopadowym” uratowaliśmy (w sztormowej pogodzie) jacht trimaran. Jak to się zdarzyło? 
Płynęliśmy przez Biskaj, gdy nagle usłyszeliśmy „May Day. May Day Last Time”. Posztormowa pogoda, ale trzeba było szukać. 
Zaczęliśmy szukać, kto tu tonie?  Raz krzyknęło i cisza w UKF-ce? Szukamy, płyniemy, płyniemy w kółko, wysoka fala i nagle patrzę jest malutki punkcik. Zbliżyliśmy się na 5 mil, a ja go raz widzę na fali, raz go nie ma. Przez lornetkę patrzę. Bliżej, bliżej.
-Jest, jest, to jakaś łódka, to chyba ten woła pomocy. Jeszcze bliżej podpływamy patrzymy, a to trimaran ze złamanym masztem na pokładzie. 
-No to trzeba go ratować!
Patrzę na pokładzie ludzie, są ludzie, macha jakiś człowiek, krzyczy. Podpłynęliśmy tak blisko, że jakiś człowiek zdążył wskoczyć na wyrzucony sztormtrap i wdrapał się na mostek. Okazało się, że to kapitan. Przedstawił się, jako właściciel trimarana Xavier Sergent i nagle powiedział:
- Kapitanie jak chcesz nas ratować, to tylko razem z jachtem. To mój jacht.
-My dear friend! –mówię. Nie mogę wyciągnąć Twojego jachtu, bo nie mam takiego dźwigu. Mogę natomiast uratować Ciebie razem z załogą. Ile tam masz tych załogantów?
-Ano mam dwóch studentów. Płyniemy z Afryki do Francji.
- Noo tak, widzę tam na pokładzie, już moja załoga wyciągnęła jednego ledwo żywego na burtę. 
- No- to jest Thomas, Thomas on słabo się czuje.
-To nic, zaraz go tu wyleczymy- mówię. Mamy matkę Chrzestną statku na burcie. 
Natychmiast się nim zaopiekowała, wlała w niego trochę wódeczki, no i jakoś tam stanął na nogach. 
- Ale ja schodzę na jacht-mówi Xavier, jak nie chcecie mnie uratować z jachtem, to ja czekam, może jakiś inny statek podpłynie i razem mnie uratuje z jachtem. Ja nie zostawię jachtu! 
- Jak to sztorm, mówisz że jacht nabiera wody, ledwo co nie utonie?! A Ty ręka jakby złamana, reszta załogi chora!  Jakiś desperat- myślę. 
-My dear friend! Nie mogę Cię tak zostawić! Nie mogę Cię puścić!
-Ja schodzę!- krzyknął zdesperowany.
-Jakiś szaleniec?- myślę sobie. Poczekaj!, poczekaj! –mówię. Może spróbujemy jakoś to na to zaradzić? Może spróbujemy… czekaj. Mamy trochę czasu, bo płyniemy do Lizbony, do Setubal na stocznię, many trochę czasu jeden dzień zapasu do chwili rozpoczęcia remontu. 
To może spróbujemy Cię podholować, zaholować Cię na redę blisko 60 mil do Portugalii, tu masz na mapie, Cabo Mondego, do takiego maleńkiego portu Figueira da Foz?
- No to byłbym Ci bardzo wdzięczny Captain!
- Ale, zaraz, zaraz, musisz podpisać taki list, że ratuję jacht, bo ja mogę ratować Ciebie i twoją załogę, ale jachtu nie wolno mi ratować bez tego listu…
-Dawaj! – mówi. Wszystko podpisuję! Jestem ubezpieczony, wszystko ubezpieczenie zapłaci!
No i tak to się stało, że nagle moja załoga weszła na jacht, obwiązała go cumami.
- Musicie tak obwiązać, zrobić szelki, połączyć dwie cumy-440 metrów będzie, musicie wielkimi szaklami, ciężkimi obciążyć hol, żeby tonął w wodzie i musicie cały jacht pod kilem, bo jak bym pociągnął tylko za dziób, to bym Ci urwał dziób i rozwalił jacht z Tobą razem - tłumaczyłem.
- Dobrze, dobrze Captain, tak zrobimy. Obwiążemy wszystko, będzie OK!
Załoga już pracowała.
-Jeszcze wyślę Ci mojego 2-go oficera na jacht, bo muszę mieć komunikację z UKF-ką, muszę wiedzieć, czy tam wszystko w porządku i czy się jacht nie rozpada?- informowałem Xaviera.
Posłałem 2-go oficera, wziął UKF-ę, ale po pewnym czasie przeżył ciężką chorobę morską, bo przecież zszedł z 30-to tysiącznika na 11 metrów trimarana. Trudno się dziwić, ale doszedł do siebie i zaczął współpracować, komunikaty przesyłać. I w ten sposób ruszyliśmy, oczywiście Thomas został na burcie, a Xavier zszedł na jacht, stwierdzając:
-Nieważna ręka, nieważne nic, muszę być na swoim jachcie.
No i ruszyliśmy pomalutku, najpierw „bardzo wolno naprzód”, a potem się rozpędziłem, widziałem jak jacht skacze na fali –jak ta mała łupinka, raz w górę, raz w dół, raz go nie ma, raz jest. No ale 2-gi oficer meldował, że wszystko jest OK, nic się nie dzieje, to w końcu już 8 węzłów płynęliśmy. Nic się nie stało, doholowaliśmy ten jacht na redę maleńkiego, rybackiego portu Figueira da Foz koło Cabo Mondego. 
I tam okazało się, że w Niedzielę nie ma nikogo, kto mówi po angielsku, na szczęście mój hiszpański, połączony z portugalskim okazał się OK, dogadaliśmy, że wyruszyła łódka prywatna łódka, żeby zaholować trimarana do portu, no bo ja nie mogłem bliżej jak 2 mile dopłynąć, bo już było za płytko i dlatego załatwiłem konsultując z Xavierem. 
-Xavier -mówię, tutaj jest prywatna łódka, tyle będzie kosztowało, a jak bym Ci ratowników wysłał, to Ciebie to musiałoby kosztować bardzo dużo, to byłoby ratownictwo i może by Ci zarekwirowali jacht. A tu zapłacisz tylko tyle, mało! Dasz radę? 
- Tak jest, dziękuję ci, bardzo dobrze! To dobrze!- odpowiedział Xavier.
No i łódka przypłynęła, Thomasa spuściliśmy na trimarana, a wciągnęli 2-go oficera. Podziękowania były wielkie, no łzy w oczach uratowanych, itd., okrzyki, entuzjazm i trzy długie syreną na pożegnanie i jeden krótki kapitański na koniec i tak to odholowano do Figueira da Foz trimarana. 
Dwa miesiące potem wyładowywaliśmy Powstańcem Listopadowym w Bordeaux. A tu przyjemna niespodzianka. Xavier Sergent, kapitan uratowanego trimarana, specjalnie przyjechał z Paryża, żeby podziękować za ocalenie.  Przyniósł prezenty, przyniósł wino Bordeaux, całą ciężarówkę i oczywiście gościliśmy się przez cały dzień całą załogą. Ja opowiadałem i on opowiadał, co przeżyliśmy podczas holowania. Podziękowań było wiele i zostaliśmy przyjaciółmi. Dowiedzieliśmy się, jak w sztormie złamał im się maszt i że skończyły im się baterie ukaefki, wyładowane od wielogodzinnego wołania. Wystrzelali też wszystkie rakiety, nikt nie pospieszył im na ratunek, a my odebraliśmy ich ostatnie wołanie o pomoc, bo skończyły się im baterie UKF-ki. A na koniec Xavier z uśmiechem powiedział, że nigdy tak szybko nie pływał, a szczególnie, na dodatek na holu.
    Okazało się, że Xavier Sergent jest dyrektorem atomowej elektrowni. I jest zapalonym żeglarzem. Mieliśmy więc wspólne zainteresowania. 
Otóż potem, przez dwa lata, pisywaliśmy do siebie listy.  
Xavier namawiał mnie, abyśmy wspólnie wyruszyli jachtem w świat. No, ale jakoś nie zdecydowałem się z nim płynąć.
Ale przydarzyło się, że moja córka wyszła za mąż i zafundowałem młodej parze podróż poślubną do Francji. 
Dodatkowo napisałem o tym Xavierowi. Odpisał długim listem. Narysował w nim swój domek pod Paryżem. A także kamień, pod którym chował klucz. To była jego ilustrowana informacja, na wypadek gdyby nie było go w domu. 
Napisał, to jest dom, z którego Ty i Twoi przyjaciele, zawsze mogą korzystać...
A potem odebrał moich bliskich w Paryżu i przez tydzień wspaniale ich gościł w swoim domu i obwoził po Paryżu. 
Naprawdę mówię Wam, nigdy nie wiadomo, co z czego może wyniknąć.  
Jak „Kuba” Bogu, tak Bóg „Kubie”!
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/263559827720967615/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/uratowany-trimaran-xaviera.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/263559827720967615'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/263559827720967615'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/uratowany-trimaran-xaviera.html' title='URATOWANY TRIMARAN XAVIERA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-2724321608060644205</id><published>2022-01-07T04:06:00.001-08:00</published><updated>2022-01-07T04:06:17.799-08:00</updated><title type='text'>URATOWANA JUDY</title><content type='html'>URATOWANA JUDY

Na ścianie mojej tawerny wiszą podziękowania od USCG za moje ratownictwa na wodach USA. Któregoś roku zostałem nawet nominowany do nagrody ustanowionej w Washington za trzy moje akcje ratownicze podczas jednego tylko roku. Przypominają mi te podziękowania między innymi uratowaną Judy. Kiedyś w mojej tawernie zasiadło 12-tu sławnych Kapitanów Jachtowych z Bractwa Wybrzeża, a ja im opowiadałem o moim ratowaniu żeglarzy. 
W 1980 roku wypłynąłem na m/s „Care” w Norfolku, gdy nagle zaczęły latać nad nami samoloty. Morze dymiło od rzucanych przez nie pławek.

Okazało się, że wytyczały one nam trasę do tonącego jachtu, którego jeszcze nie widzieliśmy. 
Nasz m/s „Care”, z filipińską załogą, płynął na ratunek pełną szybkością. Załoga już przygotowywała statek do podjęcia rozbitków. 
    Na wzburzonym morzu wreszcie zamajaczyła maleńka łupina. Miała złamany maszt i szybko nabierała wody. 
Powszechne było zdziwienie, gdy na jej pokładzie dojrzeliśmy samotną dziewczynę. Nasz czterdziestotysięcznik zasłonił tonący jacht, zaś Filipińczycy sprawnie wyciągnęli dziewczynę na pokład „Care”. Dziewczyna nazywała się Judy Lawson. Była nie tylko samotną żeglarką, ale w dodatku dziennikarką „Observera”. 
Słaniała się ze zmęczenia. Załamującym się głosem wyszeptała: 
- Ratujcie mój jacht...
- Postaramy się – odrzekłem. I poleciłem stewardom zaprowadzić ją do kabiny. 
Z dużym trudem podnieśliśmy potem tę jej łupinę z wody. Założyliśmy slingi pod jacht. Morze było silnie wzburzone. Na dźwigu siedział Filipińczyk, a ja kierowałem akcją tak, żeby poderwać jacht do góry i nie połamać naszego dźwigu. Udało się jacht był na pokładzie! Trochę czasu zajęło też zamocowanie jachtu na pokładzie. Ale w końcu wszystko było gotowe i mogliśmy wrócić do swoich zajęć. 
Nazajutrz Judy była już w lepszej formie. Dowiedzieliśmy się, że płynęła w regatach samotników „Ostar 80”, z Anglii do USA z Plymouth do New Portnews. Płynął w nich też nasz żeglarz Kazimierz „Kuba” Jaworski. Judy była w czołówce regat, gdy dopadł ją sztorm. Stało się to na dwa dni przed metą. Wichura złamała maszt, a jacht zaczął tonąć. 
    Tymczasem nasz wielki „Care” płynął do Gibraltaru z szybkością szesnastu węzłów. A umocowany na pokładzie jacht Judy cały czas nadawał sygnały przez satelitę. 
W ten sposób amerykańscy telewidzowie, śledzący przebieg regat w telewizji, dosłownie osłupieli. Bo oto jacht ich zawodniczki nagle zaczął płynąć do Gibraltaru. 
Tak jakby zawodniczka postradała zmysły, albo zdolność żeglowania. Naturalnie, nic nie wiedzieli o najnowszych przygodach samotnej żeglarki. 
    Rozpieszczana przez załogę Judy całkowicie o nadawanych sygnałach zapomniała. Nieustannie przeprowadzała ze wszystkimi wywiady, a nawet kręciła film. 
Do mnie mówiła Charlie, bo źle jej się wymawiało Włodek, Fłodek.
- Charlie! Dawno nie widziałam marynarzy- stwierdziła przytulając się do mnie.
- Judy, a ja dawno pięknej żeglarki- dodałem.
Po ośmiu dniach wpłynęliśmy na redę do Gibraltaru. 
   Natychmiast przybyła do nas prasa, telewizja, bo już się rozniosło, że mamy Judy na pokładzie. Miałem więc odpowiednie audytorium, aby nieustannie podkreślać, że to Polak uratował Amerykankę. Wyładowaliśmy też jacht, częściowo zreperowany przez załogę. Potem czule pożegnaliśmy Judy i wypłynęliśmy do rumuńskiej Konstancy. 
Podróż minęła bez większych przygód. A kiedy dobiliśmy wreszcie do portu, na kei dostrzegliśmy naszą Judy i moją żonę.
    - Stęskniłam się za wami, przyleciałam samolotem...- krzyczała Judy.

    Co było robić? Wydaliśmy powitalne party, które skończyło się w miejscowej knajpie. Nieszczęścia jednak lubią chodzić parami. Kiedy wracałem z Judy z tanecznego parkietu, nagle stwierdziła brak torebki z pieniędzmi i dokumentami. Narobiliśmy więc szumu w czterech językach. Elektryk Chilijczyk krzyczał po hiszpańsku, Judy po amerykańsku, Filipińczycy we swoich dialektach. Zaś ja darłem się po rosyjsku, który to język dobrze tu rozumiano. 
Okazało się jednak, że kierownictwo lokalu nie jest zainteresowane kradzieżą. 
Pojawił się nawet pośrednik złodzieja, bezczelnie żądając dwustu dolarów za paszport Judy. Powiadomiliśmy więc naszego agenta i dopiero on sprowadził policję. 
    Owszem, przyjechali. Związali nawet jakiegoś Rumuna. Ale przy okazji wcisnęli nas do kibitki i zawieźli do aresztu. Mimo, że w czterech językach tłumaczyliśmy, co się naprawdę stało. A nawet ich straszyliśmy! Judy zagroziła, że wszystko opisze w gazetach. Jednak zlekceważyli nas. Oczywiście, nic się nie znalazło. 
Natomiast Judy poszła następnego dnia do amerykańskiej ambasady, gdzie bez problemów dostała drugi paszport i pieniądze. 
Po czym odleciała do domu. 
     Później pisała do mnie listy, w których niezmiennie zamieszczała przepiękne cytaty z powieści Conrada-Korzeniowskiego. Uważała go, bowiem za największego pisarza – marynistę, jaki kiedykolwiek tworzył. W tych listach pisała, że teraz, po przygodzie z naszym statkiem, ma wśród amerykańskiej Polonii całą masę przyjaciół. Podróżując po Stanach opowiada i wyświetla film o swoim dramatycznym rejsie i cudownym uratowaniu. 
    W jakiś czas potem trafiłem do Houston, w Teksasie. 
- Hallo Charlie – witali mnie stewedorzy! Skąd znają mnie?- zdziwiłem się. 
Okazało się, że zna mnie tam i w całym USA i wita sporo osób. Była to zasługa telewizyjnego programu Judy, która mocno mnie zareklamowała. 
Niedługo potem nadszedł od Judy list, w którym donosiła:
– „Piszę książkę o naszym wspólnym rejsie i o Was. Latem znowu będę samotnie przepływała Atlantyk. Dobrze byłoby, żebyś kręcił się gdzieś w pobliżu”. 
Judy odeszła już na wieczną wachtę!
Cześć Jej Pamięci!
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/2724321608060644205/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/uratowana-judy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2724321608060644205'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2724321608060644205'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/uratowana-judy.html' title='URATOWANA JUDY'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-2111794870942392699</id><published>2022-01-07T03:51:00.001-08:00</published><updated>2022-01-07T03:51:14.422-08:00</updated><title type='text'>TURADE</title><content type='html'>TURADE
Stałem kiedyś „Powstańcem Listopadowym” na stoczni w Setubal w Lizbonie. Świetna okazja, żeby zobaczyć portugalską Turade, czyli corridę po portugalsku. Załatwiłem więc wycieczkę dla załogi na arenę Santarém w Lizbonie.
Jest to fenomen społeczno-kulturowy, zadziwiające połączenie widowiskowego sportu i wysokiej sztuki - to show i obrzęd religijny w jednym, w którym biorą udział tylko wyjątkowo odważni ludzie.
W portugalskich walkach byków nie wolno zabijać zwierzęcia.
Przeciwnikami w pierwszej rundzie walki są: byk z nałożonymi na rogi kapturkami i jeźdźcy Cavaleiros.
Portugalska corrida de touros składa się z czterech odsłon. Najbardziej emocjonującą z nich jest Forcados. Forcado, czyli członek zespołu, odgrywa tzw. &quot;zatrzymanie wzroku&quot;, finałową scenę typowej w Portugalii walki byków.
Grupy odgrywające ten spektakl charakteryzuje to, że w przeciwieństwie do Matadorów oraz Cavalieros nie są profesjonalistami - walczą z bykiem z zamiłowania i chęci kontynuowania wieloletniej tradycji. Ci wspaniali, doskonali jeźdźcy – wywodzili się w minionych wiekach wyłącznie z arystokracji. Odziani w paradne stroje harcują na koniach wbijając w kark byka specjalne, krótkie włócznie banderillas, doprowadzające zwierzę do wściekłości.
Na arenę na pięknym koniu wjechał odziany w tradycyjny XVIII-wieczny strój (cavaleiro). 
Po początkowej rundzie honorowej cavaleiro opuścił arenę witany wspaniałym aplauzem publiczności.
Teraz na arenę wpuszczono byka z osłonami na rogach – zwierzę wcale jeszcze nie wyglądało groźnie. Ale wybiła godzina dla cavaliero na swoim pięknym i doskonale ujeżdżonym koniu jeździec wykonywał śmiałe manewry, ciągle atakując byka – touro. 
 Wbijał po kolei w kark i szyję byka 12 banderillas. Kolorowe wstążki na włóczniach dodatkowo drażniły zwierzę. Był to przepiękny pokaz nadzwyczajnego kunsztu jeździeckiego. Cavaliero trzymając dwie banderillas w dłoniach, kierował koniem tylko nogami, a koń tańczył wokoło byka i unikał jego rogów.
Cavaleiros cieszą się w portugalskich walkach byków najwyższym szacunkiem. Ci wspaniali jeźdźcy w strojach z XVIII wieku wzbudzają zachwyt tysięcy ludzi zgromadzonych na arenie corridy. 
Kiedy cavaleiro osiągnął swój cel, opuścił arenę przy burzliwych oklaskach publiczności.
Wierzchowce biorące udział w walkach byków to osobny temat. Na zwykłym koniu nie ma co wjeżdżać na arenę – na widok szalejącego byka, zrzuciłby z siodła każdego jeźdźca. Dlatego już od XVIII wieku w corridzie biorą udział tylko konie luzytańskie. Równać się z luzytanami pod względem charakteru nie może żadna inna rasa – odznaczają się niezwykłą wytrzymałością i fenomenalną odwagą. Taki koń wart jest fortunę.
 Nastąpił drugi akt spektaklu pojawiał się pikador – jeździec z lancą, który miał za zadanie przewrócić na ziemię wściekłego i rannego byka. Nie udało mu się to jednak i musiał salwować się ucieczką, bo oto byk mało go nie przewrócił razem z koniem. Przyparł go do barrery, podniósł konia na rogach zahaczając o derki ochraniające, obłożone na bokach konia. Jeździec wbił lancę w kark byka i udało mu się uwolnić. Na szczęście jeźdźcowi i koniowi nic się nie stało. Nie było jednak aplauzów. Publika była niezadowolona.
Akt trzeci był szczególnie emocjonujący, gdyż była tu tzw. pega – walka bez broni. Młodzieńcy Forcados mieli na celu okiełznanie rozwścieczonego zwierzęcia, używając tylko siły własnych mięśni.
Forcados nie mają tak drogich strojów, jak cavaleiros – w przeciwieństwie do jeźdźców-arystokratów pochodzą zawsze z prostego ludu.
Zazwyczaj ośmiu forcados ustawia się jeden za drugim i prowokuje byka tak długo, aż ten pobiegnie za nimi z pochyloną głową.
Najważniejsze zadanie ma teraz forcado stojący na przedzie: musi rzucić się na rogi byka. Aby się uratować, musi wykonać śmiały skok, najlepiej przez rogi byka lub złapać go za rogi i trzymać. Potem wszyscy forcados próbują powalić byka na ziemię, bez użycia broni, popychając go z boku i wieszając się całym ciężarem na ogonie zwierzęcia.
Forcados podzieleni byli na grupy, na drużyny po ośmiu zawodników. Każda ósemka forcados miała wyraźną organizację. W grupie byli „obrońcy”, „pomocnicy” i „napastnicy”. Przed walką na rogi byka zakładają specjalne skórzane ochraniacze, mające łagodzić uderzenia. Niestety żadne osłony nie uratują forcado, jeśli zrobi choć jeden fałszywy ruch – najmniejsza pomyłka może skończyć się utratą zdrowia, a nawet życia.
Do walki z bestią stanęło wężykiem ustawionych jeden za drugim ośmiu forcados, a na czele stał mały, dziarski, chyba gardzący śmiercią.
 Wyszedł zwierzęciu naprzeciw, próbował przykuć uwagę byka, krzyczał i powoli krok za krokiem zbliżał się w jego stronę. Kiedy byk ruszył, mały szykował się do skoku na jego rogi. W ostatnim momencie odskoczył do tyłu, żeby zmniejszyć siłę uderzenia byka, objął go za rogi i wisiał na nich w powietrzu, ale po chwili wściekły byk potrząsnął tak głową, że mały już fruwał w powietrzu. Podniósł się z ziemi, a koledzy forcados odgonili byka i znowu ustawili się wężykiem do walki. 
Tym razem mały rzucił się na rogi i trzymał się mocno, a pozostali forcados rzucili się na bestię, złapali go za ogon i po ciężkiej walce powalili na ziemię.
Zmęczony byk leżał a forcados tryumfowali, oglądając swoje siniaki i pozując do wspólnego zdjęcia. Aplauz publiczności był wspaniały!
Scena ta powtarzana była kilkakrotnie, z udziałem innych drużyn forcados i z różnym efektem… Czasami wszyscy musieli uciekać, jednego poturbowanego wyniesiono, ale potem wracali i powalali byka.
Te mrożące krew w żyłach sceny szczególnie działały na Matkę Chrzestną naszego statku, bo piszcząc zamykała oczy, a potem pytała jak było? Publika jednak wyła z zachwytu nad odwagą młodzieńców i nagradzała ich bogato oklaskami.
Ci młodzi mężczyźni wielokrotnie ryzykowali swoje zdrowie dla tego spektaklu i sławy. Musieli mieć do siebie pełne zaufanie. Każdy z nich wierzył, że gdy stanie twarzą w twarz z rozjuszonym bykiem, współtowarzysze zrobią wszystko, aby nic mu się nie stało. Podczas trwania Tourady wśród forcados zawiązują się prawdziwe przyjaźnie. 
Miałem też i ja takiego przyjaciela w Lizbonie, Cavaliero, który podarował mi na pamiątkę banderillas, to te, które wiszą teraz na ścianie w mojej Tawernie.
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/2111794870942392699/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/turade.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2111794870942392699'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2111794870942392699'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/turade.html' title='TURADE'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-216243100532095453</id><published>2022-01-07T03:24:00.004-08:00</published><updated>2022-01-07T03:24:36.773-08:00</updated><title type='text'>SKWER KAPITANÓW CAŁOŚĆ</title><content type='html'>SKWER KAPITANÓW cz 1
Po długich naszych staraniach odsłoniliśmy na Łasztowni na murze przy „Starej Rzeźni” tablicę, na której widniało:
 Rada Miasta Szczecin 
Uchwałą nr VIII/152/15 z dnia 26 maja 2015 r.
 nadała temu miejscu nazwę
 „SKWER KAPITANÓW”.
Wreszcie mieliśmy swoje miejsce, gdzie mogliśmy działać i się spotykać.
Ruszyłem więc do współpracy z Panią Prezes CSL Laurą Hołowacz.
Najpierw zaczęliśmy wyposażać „Messę Kapitańską” w Starej Rzeźni. Wiele pamiątek zawieszałem osobiście.
Odsłoniliśmy portrety sławnych kapitanów prekursorów szkolnictwa morskiego w Szczecinie:
-Kpt.ż.w. Konstantego Matyjewicza-Maciejewicza- Kapitana Kapitanów, dyrektora pierwszej PSM w Szczecinie na Al. Piastów, odsłaniał Jego wnuk St.Mech.Okręt. Janusz Maciejewicz.
- Kpt.ż.w. Antoniego Ledóchowskiego – wykładowcę astronawigacji w pierwszej PSM, odsłaniał Jego syn kpt.ż.w. Wincenty Ledóchowski,
- Kpt.ż.w. Zbigniewa Szymańskiego- dyrektora drugiej PSM w Szczecinie na Wałach Chrobrego, odsłaniała Jego siostra. 
- Kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego – Rektora WSM w Szczecinie.
Pan Rektor AMS prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka gratulował nam pomysłu upamiętnienia Sławnych Kapitanów. 
Byłem inicjatorem i organizatorem odsłonięcia portretów i podczas odsłonięcia portretu kpt.ż.w. Dyrektora Zbigniewa Szymańskiego, nagle włączyli się Starsi Mechanicy Okrętowi i wręczyli mi „Honorową Złotą Odznakę 35-cio lecia Stowarzyszenia Starszych Oficerów Mechaników Morskich”.
Złotą Odznakę przypięli mi do klapy białego munduru, a dyplomie było napisane:
Kpt.ż.w. Włodzimierzowi Grycnerowi
Wiceprzewodniczącemu Klubu Kapitanów Żeglugi Wielkiej
Prezesowi Ligi Morskiej i Rzecznej
Komodorowi „Flisów Odrzańskich”
Wyrażając uznanie za serce i zaangażowanie w pracy na rzecz
                      środowiska ludzi morza
        kultywowanie tradycji morskich i polskiej bandery
dla dobra naszej Ojczyzny Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej

Odznakę tę noszę dumnie, bo jestem pierwszym odznaczonym przez mechaników kapitanem.

W „Starej Rzeźni” organizowaliśmy wiele uroczystości, występów, wystaw itp.
W 2016 roku byłem inicjatorem i organizatorem pierwszej wystawy fotograficznej kpt. ż.w.
„KAPITANOWIE” (autorstwa mistrza fotografii Andrzeja Łazowskiego). Eksponowanych było ponad 60 artystycznych portretów kapitanów i powstał z tej wystawy wspaniały film.

W 2017 roku zorganizowałem uroczyste odsłonięcie na murze „Skweru Kapitanów” zabytkowej kraty do drzwi z PŻM-mu.
A w maju 2017 roku z okazji 70-cio lecia Szkolnictwa Morskiego w Szczecinie zorganizowałem odsłonięcie na „Skwerze Kapitanów” 6 tablic Św. P.Sławnych Kapitanów”.
Tworzyłem te tablice w drukarni Kadruk u przyjaciela Mariusza Kotarskiego, a ufundowała je CSL, czyli Pani Laura Hołowacz. 
Ponieważ stwierdziłem, że „Skwer Kapitanów”, to także Skwer Kapitanów Jachtowych, więc zwróciłem się do Prezesa ZOZŻ Zbigniewa Zalewskiego o wytypowanie na tablice dwóch najsławniejszych naszych żeglarzy.
Wytypowali j.kpt.ż.w. Ludomira Mączkę „Ludka” i j.kpt.ż.w. Kazimierza Jaworskiego „Kubę”. 
Wymyśliłem i stworzyłem te tablice, na 70-cio lecie Szkolnictwa Morskiego w województwie zachodniopomorskim. To byli Św.P. kapitanowie, prekursorzy szkolnictwa morskiego w Szczecinie, a kto?
Tablicę:
-Kpt.ż.w. Konstantego Matyjewicza-Maciejewicza”Macaja”- Kapitana Kapitanów, dyrektora pierwszej PSM w Szczecinie na Al. Piastów, odsłaniał wnuk St.Mech.Okręt. Janusz Maciejewicz i wnuczka Julitta Surmacka z mężem.
- Kpt.ż.w. Antoniego Ledóchowskiego – wykładowcę astronawigacji w pierwszej PSM, odsłaniał syn kpt.ż.w. Wincenty Ledóchowski,
- Kpt.ż.w. Zbigniewa Szymańskiego- dyrektora drugiej PSM w Szczecinie na Wałach-odsłaniała Jego siostra.
-Kpt.ż.w. Andrzeja Huzę- komendanta Liceum Morskiego- odsłaniał kpt.ż.w. Włodzimierz Grycner,
-J.kpt.ż.w. Ludomira Mączkę „Ludka”, „Ludojada” - odsłaniał j.kpt.ż.w. Janusz Charkiewicz
-J.kpt.ż.w. Kazimierza Jaworskiego „Kubę”- odsłaniała Jego małżonka.
Uroczystość, którą prowadziłem była wspaniała, filmowała telewizja i opisywała prasa, uczestniczyło w niej wielu marynarzy i mieszkańców Szczecina.
 
Poszedłem za ciosem i wymyśliłem i stworzyłem 6 tablic żyjących Sławnych Kapitanów.
Wzbraniali się Kapitanowie, że to pośmiertnie robi się takie tablice, ale przekonałem Ich, że to właśnie teraz na 70-cio lecie szkolnictwa morskiego, trzeba pokazać tych, którzy nas uczyli i mogą jeszcze o tym opowiadać. Wybrałem Tych, bo po Dyrektorze PSM kpt.ż.w. Zbigniewie Szymańskim w przekształconej z PSM-ki na WSM-kę Rektorem został kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, a następnie kpt.ż.w. Aleksander Walczak, wykładowcą był kpt.ż.w. Lech Jasiński i kpt.ż.w. Józef Gawłowicz. Wybrałem też dwie najsławniejsze Panie Pierwszą w Polsce kpt.ż.w. Danutę Kobylińską - Walas i Pierwszą kpt.ż.w. rybołówstwa Elżbietę Trzeciak –Zawadzką.
Tablice Żyjących Kapitanów odsłoniliśmy na „Skwerze Kapitanów” 11 listopada 2017 r. na Święto Niepodległości.
Odsłaniali:
- kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego- Jego córka,
- kpt.ż.w. Aleksandera Walczaka- Jego małżonka,
- kpt.ż.w. Lecha Jasińskiego – Jego wnuk,
- kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza – Jego małżonka, 
- kpt.ż.w. Danutę Kobylińską – Walas – Jej wnuczka,
- kpt.ż.w. rybołówstwa Elżbietę Trzeciak –Zawadzką- Jej syn,
Uroczystość, którą prowadziłem była wzruszająca. Wnuczka kpt.ż.w. Danuty Kobylińskiej-Walas, (która przyjechała z Warszawy), odczytała list od chorej babci, w którym Pani Kapitan dziękowała, i przepraszała, że nie może przyjechać, bo: „sól zżarła jej stawy”.
Kpt.ż.w. Jerzy Niemiec wręczył kwiaty wnuczce kpt.ż.w. Danuty Kobylińskiej- Walas, a ja wręczyłem wnuczce małą kopię odsłoniętej tablicy kpt.ż.w. Danuty Kobylińskiej- Walas.
Była telewizja, prasa, przybyło wielu marynarzy i mieszkańców Szczecina. Pan Rektor Akademii Morskiej w Szczecinie prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka życzył mi dalszych pomysłów w zagospodarowaniu „Skweru Kapitanów”.
No i wziąłem się dalej do upiększania Skweru Kapitanów, ale tym opowiem w następnej części.

SKWER KAPITANÓW cz 2

Celem zwiększenia współpracy dnia 14 sierpnia 2017 roku zawarliśmy trójstronne porozumienie między „Fundacją Moja Łasztownia”, a Szczecińskim Klubem Kapitanów Żeglugi Wielkiej i Ligą Morską i Rzeczną. Byłem sygnatariuszem porozumienia, którego pierwszym projektem był „Niepodległość a Maszt”. 
Wziąłem się więc ostro do roboty celem przygotowania w 2018 roku uroczystości obchodów 100-cia odzyskania przez Polskę niepodległości.
Postanowiłem upiększyć, uatrakcyjnić, wzbogacić „Skwer Kapitanów”. Na początek stworzyłem mój autorski projekt mapę nr 1, na której na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znałem Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 20-to letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” i drugą „Śródlądowe drogi wodne w Polsce” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem na murze „Skweru Kapitanów”.
09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości osobiście odsłoniłem mapy. 
Wzdłuż mojej mapy umieściłem herby województw nadodrzańskich. 
Licznie zgromadzonym kapitanom, żeglarzom, wodniakom uroczystość umilał śpiewem i tańcem dziecięcy zespół „Żagielek”, a wiersze czytali szczecińscy poeci.
Na „Setną Rocznicę Odzyskania Niepodległości” w 2018 roku wymyśliłem ekspozycję „Statek”. Potrzebne były mi eksponaty, maszt, kotwice, winda kotwiczna, śruba okrętowa-, których zacząłem szukać.
Szukałem masztu i kolega Czesław Dziembaj podpowiedział mi, że taki jest z hangarze w jacht klubie „Pogoń”. Gdy tam się udałem, to przyjaciel bosman mówi:
- Mam dwa maszty, bierz.
Wybrałem jeden i dostałem go w prezencie na „Skwer Kapitanów”. Ma 12 metrów i był podniszczony, ale szybko z przyjacielem Kapitanem Jachtowym Tomkiem Włochem oczyściliśmy go, oskrobaliśmy i dwa razy pomalowaliśmy na niebiesko. Zresztą w następnym roku znowu go pomalowaliśmy. Przy pomocy specjalisty od takielunku, (który ufundowała CSL) razem z Mirosławem Marciniakiem postawiliśmy maszt na „Skwerze Kapitanów”.
Kotwicę i śrubę okrętową dostałem od „Uniwersytetu Szczecińskiego”. Uniwersytet właśnie sprzedawał „Dom Marynarza”, przed którym leżały nasze PŻM-mowskie kotwice i śruba okrętowa. Napisałem do pana Rektora list w imieniu LMiR i dostałem kotwice i śrubę w prezencie na „Skwer Kapitanów”.
Ze stoczni dawnej „Parnicy” dostałem windę kotwiczną ze stateczku „Balbina”, który 50 lat pływał po Szczecińskiej stoczni.
-Panie Kapitanie, bierz pan, właśnie obcięliśmy dziób „Balbinie” i ją przerabiamy na prom do Szwecji. Winda Panu się przyda na „Skwer Kapitanów”- dzwonił do mnie konstruktor.
Wszystkie te eksponaty czyściłem i malowałem razem z Rysiem Bieńkiem i pomocnikami.
Malowała też moja Grażynka i student LMiR AMS Egipcjanin Omar.
Wreszcie ekspozycja „Statek” była gotowa:
Na dziobie: zapasowa kotwica i kotwica po lewej i po prawej burcie, za kotwicą kluza kotwiczna i winda kotwiczna, za nimi śruba okrętowa i maszt (na rufie).
11 Listopada 2018 na uroczystość „Niepodległość Na Maszt” obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” na maszcie uroczyście podnieśliśmy Banderę Polski, na wantach „Galę Banderową”, a pod salingiem podnieśliśmy nowo zrobione proporce: SKKŻW. SKKJ, CSL i o godz. 11.11. przy akompaniamencie muzyki z głośników odśpiewaliśmy „Hymn Polski”. „Jeszcze Polska nie zginęła”! 
Przy maszcie stali w mundurach Kapitanowie Żeglugi Wielkiej, Kapitanowie Jachtowi, Studenci Akademii Morskiej w Szczecinie z Koła LMiR AMS i Pani Laura Hołowacz. Uczciliśmy też 100 lat LMiR odsłaniając tablicę „Memoriał”, który stworzyłem z dr Elżbietą 
Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na niej 14-cie pieczątek „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę zawiesiłem na murze „Skweru Kapitanów”, a odsłaniali ją ze mną Rektorzy WSM dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski w asyście studentów AMS z Koła LMiR oczywiście.
Wokoło uczestniczyli w tej podniosłej uroczystości: kapitanowie, żeglarze, wodniacy i wielu mieszkańców Szczecina. Była jak zwykle telewizja i prasa.

Chciałem zrobić tablicę na mur ze statkami PŻM i rozmawiając o tym w PŻM, dowiedziałem się, od kolegi kpt.ż.w. Mirosława Folty, że:
- Mamy takie tablice! My takie tablice mamy, leżą na magazynie i niszczeją!
- To dawaj mi je!- ucieszyłem się.
- Bierz! Nam są już niepotrzebne, były kiedyś na wystawie 60-cio lecia armatora. Tylko musisz je odrestaurować.
- Dam radę, będą piękne. Pokażemy znowu PŻM- stwierdziłem.
Wyciągnąłem z magazynu PŻM osiem tablic z czaro-białymi i kolorowymi statkami, odnowiłem, oprawiłem w aluminiowe ramy(ufundowane przez CSL) i zawiesiłem na murze „Skweru Kapitanów”.
Na święto „Dni Morza” Tablice odsłonili kapitanowie, mechanicy z PŻM razem
z Duszpasterzem marynarzy ks. Stanisławem Flis i studenci LMiR AMS.
Była prasa i telewizja i oczywiście moje relacje na facebooku, które kręciła moja Grażynka, oglądali marynarze na świecie. 
Tak napisał do mnie (Oriona) były marynarz.
Panie Włodku
Matrosy patrzeli na swoje statki łezka się nie jednemu zakręciła,
WSPOMIENIA. Naszego PŻM. 
Matrosy się spotkali powspominali, a czy ORIONOWI padło słowo DZIĘKUJĘ?
Ja Panu dziękuję, w imieniu POLSKICH MARYNARZY za wkład Pana pracy na SKWERZE KAPITANÓW.
Tak trzymać. Ahoj!
Stefan Potrawiak / USA

Wymyśliłem i stworzyłem tablicę 162 Kapitanów Żeglugi Wielkiej. Zdjęcia dostałem od Krystyny Pohl z Jej książek „Kapitanowie”. Dodatkowo rozesłałem wiadomość do kpt.ż.w. z propozycją umieszczenia ich zdjęć na tej tablicy i przesłanie mi zdjęcia. Planowałem Tablicę tej samej wielkości, co Tablice statków PŻM, wielkości 2 metry na 1.5 metra, na takiej tablicy dobrze widocznych było tylko 162 zdjęcia. Nie mogłem więc zrobić tablicy wszystkich szczecińskich kapitanów, a było ich podobno około 700. Zdawałem sobie sprawę, że będą niektórzy niezadowoleni, że ich na tablicy nie ma.
Jednak od czegoś trzeba zacząć- postanowiłem. 
Żeby nikogo nie wyróżniać ustawiłem zdjęcia w kolejności alfabetycznej. Skonsultowałem moją ideę w moim przyjacielem i nauczycielem Rektorem WSM  dr kpt.ż.w. Aleksandrem Walczakiem, projekt wymyśliłem i ułożyłem zdjęcia w drukarni „Kadruk” u przyjaciela Mariusza Kotarskiego.
29 września 2019 roku na uroczystości odsłonięcia Tablicy Kapitanów Żeglugi Wielkiej wpadłem na ciekawy pomysł odsłonięcia tablicy. Rozciągnąłem na trawie długą niebieską taśmę zawieszoną na tablicy, jakoby „cumę” i zaprosiłem kapitanów do wspólnego odsłonięcia tablicy.
-Rzucić cumę! – krzyknąłem i 15-tu kapitanów „odcumowało” naszą „Kapitańską Tablicę”.
„Skwer Kapitanów” stawał się coraz piękniejszy, przewodnicy oprowadzali po nim wycieczki, a my marynarze, żeglarze, wodniacy organizowaliśmy na nim kolejne uroczystości.
A ja ciągle myślę jak go jeszcze upiększyć i uatrakcyjnić?!
Tak pracuję społecznie, że Pani Laura Hołowacz nazwała mnie „Kapitanem Skweru Kapitanów”. Teraz o nasz „Skwer Kapitanów” trzeba dbać, poprawiać, czyścić, kosić trawę, dlatego regularnie tam jestem, a pomaga mi Kapitan Jachtowy Tomek Włoch i Ryszard Bieniek.

A Kurier napisał.
Data publikacji: 04 maj 2019
Szczeciński Klub Kapitanów Żeglugi Wielkiej i Centrum
Kultury Euroregionu „Stara Rzeźnia” przygotowały wiosenną
ekspozycję na znajdującym się na Łasztowni Skwerze Kapitanów.
O miejsce to dba kpt. ż.w. Włodzimierz Grycner, który niedawno m.in.
doprowadził do Odnowienia i przeniesienia tu niszczejącej kotwicy
sprzed dawnego Domu Marynarza. Wkrótce na skwerze pojawią się
też tablice upamiętniające statki Polskiej Żeglugi Morskiej.
Wiosnę na skwerze Kapitanów widać bardzo wyraźnie – równo
skoszona trawa, krzewy przygotowane do kwitnięcia i zupełnie nowe
element ekspozycji kapitańskiej, o które troszczą się pracownicy
CKE „Stara Rzeźnia”, studenci Akademii Morskiej w Szczecinie
oraz przede wszystkim kapitan Grycner, marynista, wiceprezes Ligi
Morskiej i Rzecznej w okręgu zachodniopomorskim.
– To jest nauka morza i nauka kultury morskiej, tak ważna dla
Szczecina i dla całego naszego regionu – podkreśla kapitan Włodzimierz
Grycner. – Ja tu jestem codziennie, bo zobowiązała mnie do tego
społecznie pani prezes CSL International Spedition Laura Hołowacz,
dzięki której powstała „Stara Rzeźnia”. Staram się więc wymyślać
różne rzeczy ozdabiające i wzbogacające to miejsce. Obecnie jestem
w trakcie przygotowywania ośmiu tablic przedstawiających historię
statków Polskiej Żeglugi Morskiej. Będą odsłonięte prawdopodobnie
w czasie Dni Morza lub chwilę przed tym wydarzeniem.
Skwer Kapitanów ma charakter informacyjny i edukacyjny. Obecne
na miejscu tablice przedstawiają historię żeglugi w regionie, Flisu
Odrzańskiego, a także sylwetki kapitanów żeglugi wielkiej, zarówno
żyjących, jak i tych, którzy odeszli już na wieczną wachtę.
– Kilka miesięcy temu stanął tu maszt, a obok niego znajduje się
ekspozycja „statek”, na którą składają się kotwice, winda kotwiczna,
śruba okrętowa i kluza kotwiczna – mówi kapitan Grycner. –
Wszystkie elementy zostały odnowione.
Niedawno doszła kotwica, która przez kilkanaście ostatnich lat
niszczała przed budynkiem opuszczonego Domu Marynarza przy
ul. Matejki.
– Napisałem list do rektora Uniwersytetu Szczecińskiego
i dostaliśmy pozwolenie na jej przeniesienie oraz zainstalowanie
na skwerze Kapitanów – wyjaśnia kapitan. – Jej administratorem
jest teraz Liga Morska i Rzeczna w Szczecinie. Obok leży druga
kotwica i winda kotwiczna z dawnej stoczni Parnica, również już
nieużyteczna, a szkoda ją było wyrzucać.
Wszystkie elementy obecne na skwerze Kapitanów dla morskiej
i żeglarskiej braci w Szczecinie mają dużą wartość sentymentalną.
W miejscu tym odbywają się uroczystości organizowane m.in. przez
Ligę Morską i Rzeczną czy Klub Kapitanów Żeglugi Wielkiej.
Tekst. Elżbieta KUBOWSKA

 Pani Prezes CSL Laura Hołowacz, która we wszystkim mi pomagała i fundowała, napisała do mnie:

Szanowny Panie Kapitanie
Panowie Kapitanowie
Dziękuję bardzo za tak wspaniałe działania i inicjatywy pokazujące
Panów ludzi morza i morską potęgę Szczecina.
Dziękuję Kapitanie Włodzimierzu Grycner za Pana zaangażowanie
i ogromne serce i realizację inicjatyw społecznych o ogromnym
znaczeniu dla naszego środowiska, miasta i dla nas!
pozdrawiam Laura Hołowacz


</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/216243100532095453/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/skwer-kapitanow-caosc.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/216243100532095453'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/216243100532095453'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/skwer-kapitanow-caosc.html' title='SKWER KAPITANÓW CAŁOŚĆ'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-1972571707432561917</id><published>2022-01-07T01:44:00.003-08:00</published><updated>2022-01-07T01:44:29.557-08:00</updated><title type='text'>RATOWNICTWO</title><content type='html'>RATOWNICTWO

Na ścianie mojej tawerny wiszą podziękowania za ratownictwa od US COAST GUARD.
Wielokrotnie uczestniczyłem w ratowaniu statków i jachtów, za co dostałem kilka osobistych podziękowania Szefa USCG, a byłem nawet nominowany, jako kapitan, do nagrody w Waszyngtonie za trzy ratownictwa tylko w jednym roku. 
Niestety nagrody nie dostałem, ale sama nominacja i podziękowania były już nagrodą.

W 1980 roku na m/s Care&quot; niedaleko Norfolku w USA, wyratowaliśmy samotną żeglarkę Judy Lawson, a jacht podnieśliśmy dźwigiem na burtę statku.
Judy brała udział w regatach samotników &quot;Ostar 1980&quot;, ale dwa dni tuż przed metą w sztormie załamał się maszt i jacht zaczął przeciekać i tonąć.

W 1987 roku na m/s &quot;Powstaniec Listopadowy&quot;, jako kapitan z polską załogą uratowaliśmy na Biskaju (w sztormowej pogodzie) jacht trimaran (cieknący i ze złamanym masztem), z trzema francuzami na pokładzie. Jacht zaholowaliśmy do Portugalii do małego portu, Figueira da Foz.

W 1998r na m/s &quot;Lake Mead&quot;, jako kapitan z polską załogą wyratowaliśmy na Zatoce Meksykańskiej samotnego żeglarza Horst Scholza, a Jego pełen wody jacht ze złamanym masztem utonął tuż przy naszej burcie.
 Te trzy ratownictwa opisałem w mojej książce &quot;Życie marynarskie&quot;. 
Jednak nie wszystkie moje akcje ratownicze opisałem, dlatego dopowiem kilka słów o ratownictwie.
 Czasami zdarzało się, że płynąłem na pomoc, ale nie zdążyłem, bo jacht utonął lub statek pływał do góry dnem i nikogo nie znalazłem. 
Kilkakrotnie na prośbę USCG zbaczałem z trasy (raz nawet, mimo że japoński czarter na to nie pozwalał i obciążał kosztami armatora za poszukiwanie tonących off hire tzw.). 

Czasami asystowałem w ratownictwie, gdy helikoptery w sztormie zabierały załogi na ląd. Niestety raz na Morzu Północnym dwa statki rybackie i jacht utonęły blisko nas. Wtedy ruszyłem na ratunek i czekaliśmy na przerzucenie tonących załóg na nasz pokład. Sztorm był tak silny, że nasz statek 60-cio tysięcznik m/s „Huta Katowice”, dryfował na wieże wiertnicze i mieliśmy po 50 stopni przechyły boczne, kiedy musiałem skręcić w kierunku tonących statków. Jednak byliśmy blisko, aż okazało się, że załogi uratowały helikoptery, a nam podziękowano za asystę.  

Czasami asystowałem przy płonących statkach, czekając aż ratownicy przerzucą do nas załogi.
Kiedyś na Morzu Północnym- nie dopuszczano nas blisko, do płonącego statku, bo mieliśmy ładunek węgla, ale dryfowaliśmy obok w asyście, dopóki dopóty nam nie podziękowano za asystę.
 
Na koniec sam, (jako kapitan) tonąłem w sztormie na m/s &quot;Niewiadów&quot;. Dwa helikoptery latały nad statkiem, dwa statki w asyście i 20 godzin wygranej walki, za którą otrzymaliśmy pochwały w Izbie Morskiej i -„Medale Za Ofiarność i Odwagę” w ratowaniu życia i mienia.

Wielokrotnie, ( jako kapitan) pomagałem jachtom na Morzach i Oceanach, zaopatrując je w paliwo, jedzenie, papierosy, a nawet w piwo.
Jednym z nich był spotkany w Brazylii żaglowiec &quot;Antica&quot; z kapitanem Jerzym Wąsowiczem, którego bogato zaopatrzyłem i zabrałem na Jego prośbę, Jego załoganta do Polski.

 Zdarzyło się też raz, że na środku Atlantyku usłyszałem wołanie o pomoc „Mayday” i znalazłem wołający jacht z trzema holenderskimi załogantami. 
Zatrzymałem naszego rozpędzonego 38-mio tysiącznika i w UKF-ce usłyszałem:
-Captain! Nie mamy co jeść! Już dwa tygodnie jemy tylko ryby, ale ostatnio nie możemy nic nawet złapać. Uratuj nas od głodowej śmierci!
- Ok.! Damy Wam coś krzyknąłem w UKF-ę. 
-Steward idź do kucharza, niech przygotuje coś dla tych wygłodniałych- zarządziłem.
Po chwili wór jedzenia transportowany był mostem linowym na jacht. 
Zrobiliśmy połączenie linowe tzw. „most linowy”, bo trzeba było trzymać jacht daleko od burty, żeby na fali nie roztrzaskał się o statek.
Trzech Holendrów wyrywało z worka jedzenie i łapczywie zajadając głośno dziękowali. Faktycznie wyglądali, jakby dawno nie jedli.
Kiedy zaspokoili pierwszy głód kapitan dziękując przez UKF-kę, poprosił:
-Captain! Nie poratowałbyś nas papieroskiem? Dawno nie paliliśmy!
-OK.! Coś Wam podrzucę!- odpowiedziałem- rozumiem głód palacza.
Steward dać im tam dwa kartony Marlboro!- zarządziłem.
Patrzyłem z mostka jak chciwie zaciągają się dymem i tańcują z radości.
Ale w UKF-ce znowu zatrzeszczało.
- Captain! Do pełnego szczęścia, brakuje nam tylko piwa!- czy mógłbyś nas uszczęśliwić?!
- OK! Jak tu nie uszczęśliwiać brata żeglarza!- stwierdziłem.
Steward posłać im tam karton piwa!- zarządziłem.
Po chwili Holendrzy jedli, pili i palili tańcząc na pokładzie. Cieszyli się jak dzieci.
Ale znowu zatrzeszczała UKF-ka.
-Captain skończyło nam się też paliwko – poratujesz?
-Ok.! Damy Wam baniaczek- potwierdziłem.
Chief mechanik podrzucił baniaczek. 
- Captain! Jesteśmy Wam bardzo wdzięczni! My jesteśmy dziennikarze i opiszemy w Holandii Waszą pomoc! Chcemy też zapłacić za te dary!- krzyczał kapitan jachtu.
-My dear Friends! – Proszę lepiej nie opisujcie! 
Nie wiem, co by na to powiedział mój armator? A za zapłatę dziękuję! Na morzu nie handluję z żeglarzami! To jest prezent od marynarskiej braci. Żegnamy Was! Pomyślnych wiatrów! Płyńcie szczęśliwie. – dodałem żegnając ich syreną.
Bywa i tak na morzach i oceanach! To jest marynarska pomoc i solidarność! 
 


</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/1972571707432561917/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/ratownictwo.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/1972571707432561917'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/1972571707432561917'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/ratownictwo.html' title='RATOWNICTWO'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-2246562463139562894</id><published>2022-01-07T01:30:00.000-08:00</published><updated>2022-01-07T01:30:01.702-08:00</updated><title type='text'>PAŃSTWOWA SZKOŁA MORSKA</title><content type='html'>PAŃSTWOWA SZKOŁA MORSKA
W mojej kapitańskiej tawernie jest wiele pamiątek - wspomnień o Państwowej Szkole Morskiej. Są plakaty PSM, Akt Erekcyjny Kamienia PSM, szkatułka z kawałkiem Kamieniem Peesemki i zdjęciem oraz inne pamiątki. Na zewnętrznej ścianie domu wisi dwu metrowe „Tablo Pierwszych Absolwentów PSM 1966 rok”.
Na Alei Piastów w Szczecinie była w latach 1947-1953 Państwowa Szkoła Morska, po której pozostała tylko pamiątkowa mosiężna tablica na murze budynku.
W 1963 roku powstała w Szczecinie na Wałach Chrobrego Państwowa Szkoła Morska, do której rekrutowano młodzieńców po maturze, a na konkursowe egzaminy zgłosiło się 10-ciu na jedno miejsce. Udało się zostałem przyjęty, a na dodatek zdałem egzamin na Politechnikę Poznańską i nawet przyznano mi miejsce w akademiku. Wybrałem jednak Peesemkę, bo ciągnęło mnie na morze, do zwiedzenia świata!
W 1966 roku zostałem pierwszym absolwentem Wydziału Nawigacyjnego i ruszyłem w świat i do 2012 roku pływałem po morzach i oceanach.
Mimo że potem skończyłem Wyższą Szkołę Morską zresztą z wynikiem bardzo dobrym, to jednak Peesemka nauczyła mnie najwięcej i pozostała w sercu na zawsze.
Dlatego bolało mnie, że jakoby o nas absolwentach Peesemki zapomniano, a przecież to my w największym rozkwicie polskiej floty, prowadziliśmy jej statki i uczyliśmy młodzież. 
Naukowcy z Wyższej Szkoły Morskiej i Akademii Morskiej zagubili się w naukowych wywodach, a zapomnieli, że na morzu najwięcej liczy się praktyka.
W 2013 roku na 50-cio lecie powstania Peesemki na Wałach Chrobrego zorganizowałem zjazd absolwentów. To było piękne spotkanie i manifestacja z naszym sztandarem. Wspomnienia dalej potoczyły się u mnie w tawernie.
W 2015 roku zostałem wybrany wiceprzewodniczącym Szczecińskiego Klubu Kapitanów Żeglugi Wielkiej i wtedy postanowiłem wałczyć o pamięć o Peesemce.
Najpierw dostałem gabloty na głównym korytarzu Akademii Morskiej i w nich zacząłem umieszczać materiały o Peesemce. Znalazły się więc tam Kurier Szczeciński i Głos Szczeciński z 1963 roku, które przyniósł kolega z roku Wojciech Klimaszewski. Zrobiłem i umieściłem tam plakaty z naszymi zdjęciami z „Daru Pomorza” i z Peesemki. Znalazłem i wkleiłem w gablotę oryginalny plakat inauguracyjny PSM z 1963 roku, na którym umieściłem wszystkich naszych wykładowców i studentów. Zrobiłem wiele kopi tego plakatu i rozdałem kolegom na balu mikołajkowym w Szczecińskim Zamku.
Następnie umieszczałem w gablotach inne materiały jak np. „Akt Erekcyjny” naszego Kamienia PSM-, ale o kamieniu to będzie potem.
W Akademii Morskiej były tabla absolwentów Wyższej szkoły Morskiej i Akademii Morskiej, ale nie było ani jednego tablo absolwentów Peesemki. Bolało mnie to, że zapomniano o nas i postanowiłem stworzyć nasze tablo pierwszych absolwentów wydziału nawigacyjnego Peesemki. Najpierw uzyskałem pozwolenie od rektora, a następnie stworzyłem moją koncepcję wpisania nas w wielki bulaj. Drewniany bulaj (pomalowany jak mosiężny) robił stolarz z Akademii Morskiej, a ja z przyjacielem Lechem Katkowskim chodziłem robotę dozorować. Środek projektowałem i drukowałem u przyjaciela Mariusza Kotarskiego w drukarni Kadruk.
Po tylu latach ciężko było znaleźć zdjęcia, ale wyszperałem je w archiwach. Dużo zdjęć zrobiłem z indeksów studentów znalezionych w archiwum Akademii Morskiej. Nie znalazłem zdjęć tylko dwóch absolwentów (Benedykta Pierzchlewicza i Zdzisława Woźniaka) - ale zostawiłem dla nich puste miejsca, może kiedyś znajdę.
W bulaju umieściłem oczywiście u góry zdjęcia naszych wykładowców ( te, których udało mi się znaleźć) -resztę wykładowców wymieniłem z boku na liście. U dołu bulaja umieściłem nas pierwszych absolwentów Peesemki wydział nawigacyjny rocznik 1963-1966. W środku bulaja umieściłem oryginalne 100-letnie koło sterowe podarowane przez absolwenta Andrzeja Surmackiego. Jako tło tego wydruku wymyśliłem symboliczne rysunki: żaglowiec, (bo byliśmy na Darze Pomorza), mapy, (jako nauka), kompas (płyniemy w morze) i kotwica, (jako emerytura). 
Uroczystość odsłonięcia naszego tablo w towarzystwie naszych wykładowców kpt.ż.w. Lecha Jasińskiego- astronawigacja, kpt.ż.w. Jana  Prüffera –nawigacja, Bernarda Wiśniewskiego-oceanografia, kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza –praktyki i innych kapitanów była wspaniała!
W 2016 roku postanowiłem zrobić tablicę upamiętniającą Peesemkę. Pojechaliśmy z Grażynką na Al. Piastów i zrobiłem zdjęcie tablicy upamiętniającej istnienie w tym budynku Państwowej Szkoły Morskiej w 1947-1953.
Następnie po przyjacielsku architekt Wojciech Pawłowski zrobił nam projekt naszej tablicy, wzorując się na tablicy z Al. Piastów.  Z tym projektem udałem się do nowo wybranego rektora Akademii Morskiej prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciecha Ślączki. Po przyjacielskiej dyskusji Pan rektor zaproponował, że może lepiej by było rzucić głaz z napisem przed Akademią? Oczywiście ucieszyłem się z takiej propozycji i przyrzekłem załatwiać sprawę dalej. A łatwo nie było, bo musiałem uzyskać zgodę konserwatora miejskiego. Wały Chrobrego to reprezentacyjne miejsce! Udało mi się!
Teraz trzeba znaleźć odpowiedni kamień!   
Szukaliśmy z Grażynką po kamieniarzach, aż trafiliśmy z przyjacielem Andrzejem Surmackim do sławnego kamieniarza Jana Ziętka z Polic. 
Wysłuchał nas i mówi:
-Mam taki kamień. Mogę go Wam pokazać.
Zobaczyliśmy kamień i natychmiast nam się spodobał.
- Bierzemy!- krzyknęliśmy z radością. 
Kamień został natychmiast przetransportowany na warsztat i zaczęło się jego szlifowanie i grawerowanie, 
Przyjeżdżaliśmy z Grażynką i Andrzejem Surmackim na inspekcję i coraz bardziej Kamień nam się podobał. 
Wyszlifowany błyszczał złotym napisem:
        W tym budynku
     W latach 1962-1972
          Mieściła się
Państwowa Szkoła Morska
Zebrałem pieniądze od absolwentów Peesemki na zapłatę za kamień i transport. Wytyczyłem miejsce położenia kamienia blisko wejścia kiedyś głównego do Peesemki. Napisałem „Akt Erekcyjny”, pod którym złożyli podpisy:
-JM Rektor Akademii Morskiej, prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka
-Kpt.ż.w. kpt.ż.ś. pilot morski inż. Włodzimierz Grycner
-Kpt.ż.w. inż. pilot pełnomorski Józef Gawłowicz
-dr inż.arch.Wojciech Pawłowski
-mgr.inż. Leszek Seredyński
-absolwent PSM Andrzej Surmacki
Aż nadszedł dzień transportu kamienia na Wały Chrobrego. Załatwiłem wielki dźwig i dozorowałem załadunek, a Andrzej Surmacki czekał na Wałach Chrobrego z pomocnikami i tytanową tubą, w którą mieliśmy włożyć „Akt Erekcyjny”, nasz PSM plakat i drobne pieniążki. Przybyli też koledzy z PSM Bogusław Fiuk i Andrzej Kasprzycki.
Sześciotonowy głaz zawisł nad miejscem, w którym miał leżeć i nagle z wysokości jednego metra runął prosto tam gdzie chcieliśmy. 
Włożyliśmy do tytanowej tuby wszystko przygotowane, a Andrzej ją zalutował. Następnie zakopaliśmy i zabetonowaliśmy tubę pod kamieniem.
Dnia 01 października.2016 roku podczas Inauguracji Nowego Roku Akademickiego Akademii Morskiej, odbyła się uroczystość, którą prowadziłem, odsłonięcia i poświęcenia Kamienia Peesemki.
Było bardzo wielu absolwentów PSM, telewizja, prasa i publika.
Przy kamieniu stali: Prezydent Szczecina Piotr Krzystek, minister GMŻiŚ Paweł Brzezicki, rektorzy: Rektor Akademii Morskiej prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka, Rektor WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, Rektor WSM doc. mgr kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, Prorektor AM dr inż. Agnieszka Deja, nasi wykładowcy:  kpt.ż.w. Lech Jasiński- astronawigacja, kpt.ż.w. Jan  Prüffer –nawigacja, kpt.ż.w. Józef Gawłowicz –praktyki, Duszpasterz marynarzy ks. Stanisław Flis, mgr Mieczysław Głuszko –kierownik internatu PSM.
Były piękne przemówienia ministra GMiŻŚ i Prezydenta Szczecina.
Kamień odsłonili:
Prezydent Szczecina Piotr Krzystek, minister GMŻiŚ Paweł Brzezicki, rektorzy: Rektor Akademii Morskiej prof. dr hab. kpt.ż.w. Wojciech Ślączka, Rektor WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, kpt.ż.w. kpt.ż.ś. pilot morski inż. Włodzimierz Grycner.
Zagaił nasz „Złotousty” kapitan Józef Gawłowicz, a poświęcił kamień Duszpasterz Marynarzy ks. Stanisław Flis. Prezydent Szczecina z przedstawicielem PŻM kpt.ż.w. Mirosławem Foltą złożyli kwiaty, a absolwenci oblali Nasz Kamień szampanem.
 Rozpisała się prasa szczecińska i akademicka.
A ja zrobiłem osobiście 20-cia szklanych szkatułek ze zdjęciem i odłamkiem naszego kamienia (przezornie zabranych podczas szlifowania) i wręczyłem Rektorowi AMS i kolegom absolwentom.
Złożyłem też szkatułkę z kamieniem i „Akt Erekcyjny do „Sali Tradycji AMS”.
Co roku na Inaugurację Roku Akademickiego Akademii Morskiej spotykamy się przy „Kamieniu PSM”.
Teraz już wszyscy pamiętają, że największy morski rozwój w Szczecinie zaczął się od Państwowej Szkoły Morskiej.   
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/2246562463139562894/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/panstwowa-szkoa-morska.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2246562463139562894'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2246562463139562894'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/panstwowa-szkoa-morska.html' title='PAŃSTWOWA SZKOŁA MORSKA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-4123566293042010323</id><published>2022-01-06T11:51:00.000-08:00</published><updated>2022-01-06T11:51:01.327-08:00</updated><title type='text'>PREZENTY</title><content type='html'>PREZENTY
W mojej Kapitańskiej Tawernie jest wiele prezentów. Bardzo ważny prezent stoi na kominku, to samowar i przybita na kominku metalowa tabliczka z napisem: 
S.O.S.
Na pamiątkę dnia 12.10.1987
Kapitanowi
wdzięczna załoga
M/S  Niewiadów
 Uratowaliśmy wtedy statek, dostaliśmy pochwałę od Izby Morskiej i medale  
„Za Ofiarność i Odwagę”.
Na kominku stoi też mosiężny Orzeł trzymający kulę ziemską w szponach, a pod nim napis na wygrawerowanej tabliczce: 
OD ZAŁOGI
DLA KAPITANA
M/V CLIPPER EAGLE
MOBILE 17.05.1995
A przy Orle stoi duża butla po winie, a w niej żaglowiec. 
Na denku tej butli napisano na moje 50-te urodziny: 
Życie zaczyna się po pięćdziesiątce;
M/V Clipper Eagle
Kapitanowi – załoga
17.05.1995
Wśród innych prezentów wyróżniają się afrykańskie „Papudraki”, murzyńskie głowy wplecione na macie z liny i wielka butla z żaglowcem w środku.  Wszystko to przyniósł w podziękowaniu od Szyprów Pilotówek, Szyper zwany „Tygrysem” „Jan Tygrys”- bo był też kapitanem holownika „Tygrys”. Podziękowali mi głównie za to, że napisałem jedyną książkę o pilotażu szczecińskim, „Pilot Morski” , w której Oni oczywiście też są.
Na kominku leżą też modele okrętu podwodnego, torpedy i motorówki, które wykonał i podarował mi przyjaciel Tomek Włoch.
A na ścianach wiszą maski afrykańskie i portret murzynki podarowany mi przez najlepszego mojego przyjaciela świętej pamięci Bogusia Bakułę, które jak pływał to przywiózł z Afryki.
Na ścianach wiszą podarowane mi obrazy wspaniałego mojego przyjaciela świętej pamięci Komandora, artysty, pisarza Eugeniusza Koczorowskiego.
Wisi też mój portret namalowany przez malarza, żeglarza Jana Borowika w rejsie z Brazylii do Polski, podarowany mi w podziękowaniu za zabranie go do domu.
Bardzo ważnym prezentem jest pióro wieczne podarowane mi przez Prezydenta Rzeczypospolitej  Bronisława Komorowskiego. 
A na piórze wygrawerowano:
Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
A pod nim:
oryginalny podpis Prezydenta RP:
Bronisław Komorowski
A obok pióra stoi złota tabliczka, a w niej na urzędowym druku z orłem RP własnoręcznie napisał Pan Prezydent RP:
Z gratulacjami i podziękowaniami
Bronisław Komorowski
Pan  Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski wysłał mi to pióro i gratulacje z podziękowaniami, kiedy to dowiedział się, że w 2014 roku, otrzymałem 
Międzynarodową Nagrodę „Conrady Indywidualności Morskie”.
Jest jeszcze w mojej Tawernie wiele prezentów od przyjaciół, takich jak Surmaccy, Jany, Katkowscy, Marszałkowie i inni, a każdy prezent to osobne sercu drogie opowiadanie.
 Są oczywiście prezenty od mojej rodziny, a najwięcej kartek z życzeniami od najmłodszej mojej wnusi Nadii. 
Opowiem jednak wzruszającą historię adoptowanej przez francuską nauczycielkę polskiej dziewczynce Monice i związanymi z tym prezentami.
Podczas wyładunku m/s &quot;Powstańca Listopadowego&quot; we francuskim porcie Lorient, zostałem zaproszony na wielkie party z okazji dnia wolności. Przy zastawionych suto stołach przewijało się około 400-tu gości, na scenie występowały międzynarodowe orkiestry. 
Nagle organizatorzy postanowili przedstawić mnie co ważniejszym notablom, a potem zaprowadzili  do grupy inwalidów. 
A byłem w kapitańskim mundurze!
Ściskałem ręce tym biedakom na wózkach, gdy przyprowadzili mi piękną, 11-to letnią dziewczynkę:
- Panie Kapitanie, to głuchoniema Polka.
- Jak to, skąd ona tutaj!?
- Adoptowała ją z Domu Dziecka w Wejherowie francuska nauczycielka. 
Od razu z Moniką przypadliśmy sobie do gustu, tłumacząca przybrana mama nie mogła nadążyć, tyle miała mi do powiedzenia Monika.
	Wzruszony zaprosiłem ją z mamą i organizatorami na statek. Następnego dnia Monika z całą świtą wdrapała się po trapie. 

Cała promieniowała szczęściem i uśmiechem, znowu była wśród swoich. 
Przybyła też drużyna pingpongowa z miejscowego Uniwersytetu, zaproszona do rozegrania meczu „Polska-Francja”.
	W mojej kabinie zrobiło się tłoczno i wesoło. Podczas wręczania Monice dużego misia strzelały flesze aparatów i wszyscy byli wzruszeni łzami Moniki, a przecież miała tutaj, we Francji, bardzo dobre warunki. 
Studenci przegrywali mecz ping ponga, a nasi nie dali im wygrać nawet jednego seta. 
Monika zaprzyjaźniła się z całą załogą. 
Pewien zaproszony dystyngowany pan pił &quot;naszego Żywca&quot; i nie mógł się go nachwalić, aż mu na koniec przyjęcia podarowałem mój ostatni karton.
	Na drugi dzień dostarczono mi trzy gazety i okazało się, że nasze zdjęcie z Moniką i misiem ukazało się w około 3 milionach egzemplarzy gazet, a piękny artykuł opisywał gościnność Polaków.
Nagle pod statek zajechała czarna limuzyna i kierowca przyniósł mi do kabiny pięć kartonów różnych gatunków piwa. Pytam:
- Co to jest?
- Prezent od Patrica.
- A kto to jest Patric?
- To ten, co wczoraj tak mu smakowało polskie piwo.
- Ahaa!!! No to fajnie, dziękuję, ale kto to jest tak w ogóle ten Patric?
- To jest właściciel największych magazynów piwa i przedstawiciel Tuborga na Francję i Afrykę.
- No widzisz!!! A jednak najlepiej smakował mu polski Żywiec!
	Wieczorem byliśmy gośćmi Patrica i jego przyjaciół. Najpierw w ich restauracji, a potem w domach. W restauracji goszczono nas wspaniale. A właścicielka jak się dowiedziała, że mam Tawernę, to zdjęła ze ściany piękny barometr i mi go podarowała. Oczywiście teraz wisi u mnie na ścianie w tawernie i przypomina tą piękną kobietę i ich gościnność.
Potem Patric zaprosił nas do swojej pięknej Tawerny . A w Tawernie Patric nagle wyrwał przybitą na belce kominka metalową tabliczkę i sprezentował mi ją. 
Było na niej napisane: 
„Captain&#39;s word is Low”  (kapitańskie słowo to prawo). 
	Po czterech latach, innym statkiem, przypłynąłem znowu do Lorient i historia się powtórzyła.  
Był rok 1992 i Monika miała już 15 lat czytała biegle z naszych ust, a co chciała lepiej przekazać, pisała na kartce. Nawet troszkę słyszała przez założony aparat. Okazało się, że po naszym artykule w 3 milionach gazet, polubiło Ją i pomagało Jej bardzo wielu ludzi.
Była znowu cała roześmiana, szczęśliwa i nie chciała iść do domu. 
	Rozegrałem z nią mecz pingpongowy, a mama była sędzią. 
Znowu było pełno gości, a Patric przyjechał z całą rodziną, nawet z 3-miesięczną córeczką. Nazajutrz znowu w trzech gazetach ukazało się zdjęcie Moniki otrzymującej w prezencie ode mnie uplecione z lin koło sterowe, a artykuł opisywał ponowne nasze spotkanie.
	Przybrana mama Moniki wręczyła mi piękny beret baskijski, ponieważ dowiedziała się, że zbieram narodowe kapelusze. 
A jak tam metalowa tabliczka z napisem: „Captain’s Word is Law”- pomogła coś w rządzeniu? -zapytał Patric.
 Przybita jest na moim kominku w Tawernie i przypomina wszystkim, kto tu rządzi, ale żona nie zwraca na nią uwagi i próbuje mną rządzić.
Mam nadzieję, że kiedyś znowu spotkam Monikę. A Jej przybranej Mamie będę musiał powiedzieć, że sprezentowany mi przez Nią piękny beret baskijski, sprezentowałem naszemu szczecińskiemu artyście, bo tak mu się spodobał, że nie chciał mi go oddać.
Tak to bywa z prezentami! Co z prezentów może wyniknąć? Sam Pan Bóg tylko wie.
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/4123566293042010323/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/prezenty.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4123566293042010323'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4123566293042010323'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/prezenty.html' title='PREZENTY'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-2130342728718511566</id><published>2022-01-06T11:28:00.003-08:00</published><updated>2022-01-06T11:28:54.450-08:00</updated><title type='text'>PLAC NADODRZAŃSKI</title><content type='html'>PLAC NADODRZAŃSKI


Na „Skwerze Kapitanów” wymyśliłem „Plac Nadodrzański”. Przecież Szczecin leży nad Odrą! Leży też nad morzem, chociaż do morza jest 100 km, ale przecież według administracji „Wody Morskie” zaczynają się w Szczecinie od „Trasy Zamkowej” na Północ, a na Południe są „Wody Śródlądowe”. Mamy też w Szczecinie „Port Morski”.
Dlatego „Skwer Kapitanów” będzie „Morsko - Nadodrzański - tak postanowiłem i wziąłem się do upiększania „Placu Nadodrzańskiego”.

Na początek stworzyłem mój autorski projekt mapę nr 1, na której na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znałem Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 20-to paro letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” i drugą „Śródlądowe drogi wodne w Polsce” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem na murze „Placu Nadodrzańskiego”. Wzdłuż mojej mapy nr 1 umieściłem herby województw nadodrzańskich. 
09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości osobiście odsłoniłem te mapy. 

11 Listopada 2018 roku podczas uroczystości „Niepodległość Na Maszt”, obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” uczciliśmy też 100 lat LMiR odsłaniając na murze „Placu Nadodrzańskiego” tablicę „Memoriał”, który stworzyłem z dr Elżbietą Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na niej 15-cie pieczątek poparcia „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę odsłaniali ze mną Rektorzy WSM dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski w asyście studentów AMS z Koła LMiR.
Wokoło uczestniczyli w tej podniosłej uroczystości: kapitanowie, żeglarze, wodniacy i wielu mieszkańców Szczecina. Była jak zwykle telewizja i prasa.
Przed przypłynięciem „Flisu Odrzańskiego”, przyjechał do Szczecina wieloletni Retman Flisów Mieczysław Łabęcki i zbudowaliśmy ekspozycję „Flisackiej tratwy”, w której były oryginalne części tratwy z poprzedniego Flisu. Była 12-to metrowa „Drygawka”, czyli takie jakby wiosło, ale służące do sterowania - nakierowania trawy w nurt rzeki, były dwa 8-mio metrowe „Śryki”, czyli pale, które wija się w dno rzeki-hamując tratwę. Na przedzie tratwy- czyli na „Głowie” stał „Stolec”- czyli po staropolsku Tron, na którym zamocowana na „Kurczu” była „Drygawka”.
Na tyle tratwy – czyli na „Colu” była „Skrzynia” z „walcami” służącymi do wbijania „Śryka” i hamowania tratwy.
18 grudzień 2018 roku na 100-lecie LMiR odsłoniliśmy „Plac Nadodrzański”, a na nim 12 tablic o Odrze i „Flisach Odrzańskich”.
Tablice zaprojektowała Krystyna Pohl. 
Wśród tych tablic były trzy tablice indywidualne:
- Elżbiety Marszałek- organizatorki „Flisów Odrzańskich”.
-Włodzimierza Grycnera- Komodora Flisów Odrzańskich”.
-Mieczysława Łabęckiego – Retmana tratew „Flisów Odrzańskich”.
Błękitną wstęgę przecinali: Elżbieta Marszałek, Włodzimierz Grycner, Mieczysław Łabęcki, Krystyna Pohl i Laura Hołowacz.
W uroczystości uczestniczyli kapitanowie żeglugi wielkiej, kapitanowie jachtowi, studenci AMS z Klubu LMiR w mundurach i umundurowana grupa uczniów z Technikum Morskiego w Szczecinie oraz mieszkańcy Szczecina.
Była jak zwykle telewizja i prasa.
Teraz żeglarze, flisacy, wodniacy i nadodrzańscy mieszkańcy mają swój plac, gdzie spotykają się na różnych uroczystościach i ze stojących tu tablic mogą poczytać o Odrze.
I tak to zresztą się dzieje, przypływają Flisy, żeglarze, przychodzą wycieczki, a ja ich witam na „Placu Nadodrzańskim” i opowiadam o Odrze.


</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/2130342728718511566/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/plac-nadodrzanski.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2130342728718511566'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/2130342728718511566'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/plac-nadodrzanski.html' title='PLAC NADODRZAŃSKI'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-3511292602229984817</id><published>2022-01-06T10:41:00.001-08:00</published><updated>2022-01-06T10:41:21.382-08:00</updated><title type='text'>OFIARA BARANKA</title><content type='html'>OFIARA BARANKA
Byłem wtedy kapitanem u amerykańskiego armatora Seaboard i pływałem między Ameryką a Afryką.
Wreszcie nasza African Camellia doczłapała się do Casablanki. To już było bardzo blisko do Europy, prawie jak w domu. I tak się tu zawsze czułem. Zwłaszcza wtedy, kiedy Berberyjki tańczyły w tutejszych knajpach taniec brzucha. Szkoda, że Polakom zabroniono akurat wyjścia do miasta…

No, ale w tych krajach bakszysz zawsze czynił cuda. Udało mi się więc załatwić przepustkę i ruszyłem w miasto, tak jak za dawnych dobrych lat. Dom Marynarza dobudował sobie piętro i - jak niegdyś - różnokolorowa marynarska zgraja ciągnęła tu piwo. A dziewczynki, tradycyjnie, wyłudzały drinki i papierosy. Z kolei w tutejszym kasynie grali nader grubo; mnie było stać tylko na Jednoręcznego Bandytę. Okazało się, dobre i to. Wygrałem dwadzieścia dolców i ruszyłem dalej.

Po pierwszym przetarciu chciałem teraz przypomnieć sobie młodość i obejrzeć– jak trzydzieści lat wcześniej – berberyjski tańczyły mi taniec brzucha. Niestety, inne to już było miasto, inne czasy i inne knajpy. Berberyjek z tańczącymi brzuchami nie było nigdzie. A może tylko nie potrafiłem ich znaleźć, bo byłem już o te kilkadziesiąt lat starszy? Nagle połapałem się, że na rozpalonych ulicach Casablanki szukam własnego cienia. Cóż, również go nie znalazłem.

Ale tęsknota za utraconą młodością wprowadziła mnie w melancholijny nastrój. Rozpoczęły się trzydniowe muzułmańskie święta, więc wyładunek statku przerwano.

Z umiarkowanym napięciem oglądałem tutejszą telewizję, ponieważ zapowiedziano bezpośrednią transmisję z egzekucji barana, jakiej osobiście miał dokonać król Maroka, Mohammed VI. W ślad za tym pierwszym, królewskim, miało tego dnia pójść jeszcze pod nóż około czterech milionów marokańskich baranów, bo rzeź baranów należy do religijnej tradycji tych świąt. W Koranie – podobnie jak w Biblii – napisano bowiem, że Bóg nakazał Ibrahimowi zaniechać mordu na swym synu, a Bogu w ofierze złożyć baranka. Od tego czasu Muzułmanie zaprzestali zabijania w ofierze ludzi, a przeszli na barany. Co – w świetle głośnych światowych wydarzeń – chyba nie do końca jest prawdą. Dzień przed świętami zjawiło się na statku kilku moich marokańskich przyjaciół, którzy mieli miły zwyczaj budzenia mnie o drugiej w nocy, prosząc o piwo. Tym razem przyprowadzili ze sobą dyrektora finansowego Portu, Hamida, który – ku mojemu zdziwieniu – zaprosił mnie na święta do domu.

Jak obiecał, następnego ranka przyjechał po mnie samochodem. Wewnątrz, oprócz Hamida, siedział także jego brat. Potem obwozili mnie po całej Casablance. Miałem więc doskonałą okazję sfilmowania całkiem sporego kawałka tego pięciomilionowego miasta, nad którym królował – drugi pod względem wielkości – meczet świata.
- Na budowę tego meczetu musieli się składać wszyscy mieszkańcy – opowiadał Hamid. -Nic więc dziwnego, że jest tak duży. Czy wiesz, Captain, że w jego wnętrzu może modlić się równocześnie dziesięć tysięcy ludzi?

- No, tak, to robi wrażenie – skwitowałem informację. - Świątynia jest przepiękna. A w nocy, gdy jest podświetlona – wygląda wręcz imponująco...

Potem rozmowa zeszła na Casablankę. Na jej wielkie rozmiary składa się w zasadzie aż pięć różnych miast, zwanych tu dystryktami. Zaś każdy z tych dystryktów ma własny zarząd.

W trakcie pogawędki dojechaliśmy wreszcie do czteropiętrowego bloku, w którym Hamid mieszkał z rodziną. Dom stał w nowej dzielnicy. Żona z trójką dzieci przywitali mnie serdecznie, niemal natychmiast prowadząc do łazienki, gdzie gościnnie zamieszkiwał baran. Smród był tam okropny. Ale gdy go stamtąd wyciągali i z mozołem taszczyli po schodach na dach, zapach wręcz ścinał z nóg. No, ale co się nie robi dla zachowania tradycji.

Dach był płaski. Roztaczał się z niego przepiękny widok na miasto. Ale nie miejskie widoki miały mnie zajmować tego przedpołudnia. Oto bowiem kilka sąsiedzkich rodzin oprawiało zarżnięte przed chwilą barany, co nie nastrajało mnie zbyt dobrze. Muszę jednak przyznać, że wszyscy przywitali mnie bardzo grzecznie, a nawet z wielką ciekawością.

Do naszego dachu przytulone były inne dachy. I na tamtych dachach szlachtowano właśnie barany. Każdy bowiem Arab tego dnia chciał ofiarować Allahowi swojego barana. Wszyscy na dachach najwyraźniej bardzo dobrze się znali, bo po pierwszych morderczych zabiegach większość tych ludzi pofatygowała się do nas, aby przyjrzeć się z bliska, kogo też Hamid przyprowadził do domu na święta. Przyszły też jakieś ciekawskie dziewczyny, które od razu zaczęły wypytywać mnie łamaną angielszczyzną. Czy jestem żonaty? Ile mam dzieci? Jaką lubię muzykę? A jak podoba mi się Casablanca? Lecz, gdy z kolei zapytałem, czy wiedzą, gdzie leży Polska – nie wiedziały.

A przechwalały się, że w szkole mają piątki.

Potem zaczął się obrzęd. Mój przyjaciel Hamid z bratem podostrzyli długi nóż, a następnie złapali barana za nogi i przewrócili na plecy. Hamid poderżnął mu gardło jednym pociągnięciem ostrza w tak umiejętny sposób, że biedaczysko nawet nie zdążył beknąć.

Nie męczył się też długo, a jego krew spłynęła na ulicę - rynną znajdującą się w rogu dachu. Po kilku minutach nieszczęsne zwierzę wierzgnęło jeszcze kopytkami, po czym oddało ducha Allahowi. Z ciałem było gorzej, bo przeznaczono je na szaszłyki. W tej okrutnej ceremonii uczestniczyła cała rodzina Hamida, łącznie z najmłodszą córeczką, dwuletnią Szejmą. Nagle Hamid oderżnął rogi barana i podarował mi je, wygłaszając przy tym dla mnie życzenia pomyślności. Wtedy zobaczyli to sąsiedzi i z okolicznych dachów przynieśli mi w darze rogi swoich baranów. Nazbierało się tego cały worek, ale tylko dwie pary zabrałem do domu- to te właśnie, które teraz wystają z maski w mojej Tawernie na ścianie.
- W Europie powiadacie – rzekł Hamid - że my, Arabowie, jesteśmy mordercami! Lecz składanie barana w ofierze to nasza bardzo stara tradycja. Tak czynić nakazuje nam religia!

- Hamid, przed ofiarą miałem mieszane uczucia – odrzekłem. - Ale to, co tu ujrzałem, radykalnie zmieniło moje poglądy. Nie spodziewałem się też, że twoi sąsiedzi przyjmą mnie tak przyjacielsko...
Wszyscy oni zachowywali się tak naturalnie, że nieoczekiwanie uznałem, że to my w Europie jesteśmy barbarzyńcami. A przecież pierwszy kąsek tego barana to Twoja żona podarowała mnie, jako gościowi.
Opowiem Ci jak to my zarzynamy świniaka w niebywale okrutny sposób. Niegdyś uczestniczyłem w wiejskim świniobiciu. Nie było w tej czynności nawet cienia człowieczeństwa. Była to wymyślna okrutna egzekucja. W Polsce zabroniony był wtedy prywatny ubój świń, więc kupiłem po cichu na wsi świniaka i gospodarz miał go zabić po cichu. Huknął go siekierą w łeb, ale źle trafił i świniak z piskiem uciekł na wieś. Goniła go cała wataha, pół wsi, a on piszczał przeraźliwie – a miało to być po cichu.. Wreszcie go dopadli i zarżnęli nożem w serce. Utoczyli z niego krwi, wypili i zrobili z niej kaszankę, którą jeszcze ciepłą jedli. Zrobiło mi się wtedy niedobrze, omal nie zwymiotowałem, chociaż kaszankę lubię.
Wszyscy, patrzyli na mnie z niedowierzaniem. 
– Żartujesz?- spytał Hamid.
- Nie tak było naprawdę- dodałem.
-To Wy jesteście barbarzyńcy!- wykrzyknął Hamid.

Atmosfera trochę się pogorszyła, ale dwuletnia Szejma pałaszowała szaszłyka, siedząc na moim kolanie, a małżonka Hamida sama podjadała dyskretnie w kuchni.

	Koran zezwala wam na cztery żony, prawda? – zapytałem znowu Hamida. - Dlaczego ty masz tylko jedną?
	Captain, żeby mieć cztery żony trzeba posiadać duże pieniądze! Jak je wszystkie utrzymasz? Prezent tylko dla jednej jest niemożliwy! Musisz utrzymać wszystkie! Jestem za biedny na takie życie!

	Ty, dyrektor finansowy wielkiego afrykańskiego portu – za biedny?

	Najwyraźniej nie znasz kobiet! Potrafią wydać każde, nawet największe pieniądze! – śmiał się Hamid.

Przebrałem się w mój muzułmański strój, jaki kupiłem jeszcze we Freetown, po czym ucztowałem i bawiłem się z moimi arabskimi przyjaciółmi przez całą resztę tego pouczającego dnia. 
Hamid lubił podyskutować.

	Wiesz, Captain, Żydzi nie wierzą w Jezusa, ale my, Muzułmanie, wierzymy, że Jezus narodził się z Maryi Panny Dziewicy, która jest jedyną niewiastą wymienioną w Koranie z imienia. Jednak uważamy, że Jezus był Prorokiem, nie zaś synem Boga. Narodził się pod palmą na skutek bezpośredniej woli Boga. Nie wierzymy w jego ukrzyżowanie, bo Bóg nie opuściłby swojego syna. Natomiast wierzymy w jego wniebowstąpienie. To wszystko możesz przeczytać w Koranie. Tam też opisane są cuda, jakie czynił. Chociaż wolno nam modlić się tylko do Allaha, to często prosimy o pomoc Jezusa i Marię, bo oni ukazali się w krajach muzułmańskich już siedemdziesiąt razy. Wierzymy, że Jezus powróci na ziemię, jako muzułmański Mesjasz i połączy wszystkie religie...

Pod koniec dnia doszliśmy do wniosku, że Bóg jest jeden i nie ma znaczenia, jakie nosi imię. Popijaliśmy resztkę baranka piwem, chociaż Hamidowi Allah zabronił pić alkoholu.

Czy jednak piwo jest alkoholem? Jak tę kwestię traktuje Allah? W trakcie takiego uroczego wieczoru nie udało się tego ustalić! Może zresztą Allah piwa nie zauważy? Bo Hamid w pewnej chwili powiedział, że gdy się dobrze zasłoni okna, to Allah nie widzi, co się dzieje w środku. Chociaż niewątpliwie Allah jest wielki.

Poza tym i tak wszystko jest w rękach Allaha – Insha Allah…
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/3511292602229984817/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/ofiara-baranka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/3511292602229984817'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/3511292602229984817'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/ofiara-baranka.html' title='OFIARA BARANKA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-4013422574969169162</id><published>2022-01-05T12:44:00.003-08:00</published><updated>2022-01-05T12:44:58.456-08:00</updated><title type='text'>OD RURY DO RURY</title><content type='html'>Od rury do rury

Cholera jeździmy tym statkiem dosłownie od rury do rury!
I to nie tylko ładunkowej.
Bo są, bowiem jeszcze inne rury, te rozweselające marynarzy po ciężkiej pracy. 
To rury, przy których tańczą nagie tancerki. 
Na Jamajce załodze kręci się już w głowie od ciągłego przeciągania statku pod rurę załadunkową. Sypie się z niej, biała jak śnieg, alumina. 
Zdarzają się jednak wolne chwile i właśnie w takiej wolnej chwili wyrywamy
się z Agentem na ląd. Jedziemy w trójkę. Agent prowadzi lewą stroną krętej drogi,
ciągnącej się wzdłuż zatoki. Pędzimy do najbliższego miasteczka, Port Esquivel. Agent
objaśnia, że drogą, po jakiej jedziemy, lepiej nie spacerować. W pobliskich gąszczach
czają się bowiem aligatory, które niekiedy lubią wygrzewać brzuchy na asfalcie. Potem
opowiada, do jakiego to świetnego baru nas wiezie i jakie tam super są dziewczyny. Po
pół godzinie stajemy wreszcie przed starą, drewnianą budą.
- To tuuu ?- dziwimy się.
- Tak. Ten bar jest najlepszy – odpowiada. - No i właśnie tutaj dziewczyny tańczą przy rurze!
Siadamy więc na wysokich stołkach przy barze, jak u Brudnego Wacka. 
Potem zamawiamy Cuba Libre. Rum ma smak bimbru i kawałka lodu, przed chwilą
przywiezionego pod pachą przez jakiegoś brudasa. Tak to z grubsza wygląda.
- Cholera! – myślę. - Żeby tylko nie złapać jakiegoś choróbska...
Sączymy ten nieszczęsny rum, mając nadzieję, że może odkazi latające w powietrzu wirusy. W małej salce obok, w telewizorze pod sufitem, akurat leci porno. Widać same białe baby. Zaś u nas, w barze, na stołach tańczą baby żywe, czarne jak smoła. To one wyginają się teraz na rurze, wypinając dupcie do ściennych luster. Pomalutku rozbierają się do goła, z zawodowym rozmysłem podniecając męską publikę, która reaguje nadzwyczaj głośno. Przy tym wszystkim, nie zapominają o tańcu. Tańczą rytmicznie, widać, że taniec mają we krwi.
Między tancerkami jest jedna nadzwyczaj ładna i zgrabna, nawet włosy ma wyprostowane. Inna pofarbowała swoje kręcone antenki ma na blond. Po pokazie obie schodzą ze stołów i podchodzą do nas, nadal kręcąc spiczastymi tyłkami. W chwilę potem wpychają je między nasze kolana i kręcą ósemki. Moja co chwila odsłania w uśmiechu srebrny ząb. Prosi o piwo, które oczywiście stawiamy. Kosztuje trzy dolary, ale w swej łaskawości dorzucamy jeszcze pięć, które wsuwamy za jej majteczki.
Jesteśmy bowiem jedynymi białymi na sali i to zobowiązuje!
Nasza hojność odnosi ten skutek, że tancerki energicznie zaczynają namawiać nas do grzechu. Ma on zostać popełniony natychmiast, a odbyć się na zapleczu.
Nawet pokazują, co za skromne pięćdziesiąt dolców skłonne są nam uczynić. 
Mocno się zastanawiamy jak stąd uciec. Przy barze bowiem krążą takie typy, że strach na nich patrzeć. Jeden z nich, obwieszony złotymi łańcuchami, ciągnie moją tancerkę na zaplecze. Widać, że dziewczyny mają tu wzięcie. Tymczasem AIDS ciągle lata w powietrzu, a zapach haszyszu miesza się z nieprzyjemnym zapachem spoconych ciał.
Jednym słowem - chciałoby się do raju, a tu piekło.
Teraz na stole tańczy gruba Mulatka, kurząc papierosa tkwiącego w dziurce jej nosa.
Jej sadło przelewa się rytmicznie, a pot widowiskowo spływa po fałdach tłuszczu.
Dyskretnie urywamy się do samochodu. Dopadają nas tam jednak dziewczyny, mocno zawiedzione, że nie poszliśmy na zaplecze. Obiecujemy, że zrobimy to jutro, jutro. A po chwili znowu pędzimy lewą stroną dziurawej drogi, nerwowo szukając w światłach auta
spacerujących aligatorów.
Na statku czeka nas rura załadunkowa. Musimy przeciągnąć statek w taki sposób, aby ta rura weszła do następnej ładowni.
Wreszcie wyjście w morze. Nasz m/v Lake Mead załadował ponad trzydzieści tysięcy ton aluminy, których wartość sięga prawie siedmiu milionów dolarów i już jesteśmy gotowi do drogi. Jeszcze tylko nurek sprawdza podwodną część statku, w poszukiwaniu ewentualnie przyspawanej tam skrzynki narkotyków. Ruszamy do Kanady, zamieniając czterdziestostopniowe ciepełko na mróz Północy.
W drodze Chief z Maszyny melduje mi codziennie o kolejnych awariach w maszynie. Nie mogę się nadziwić, że w ogóle to pudło jeszcze pływa. Załoga dzielnie walczy z grubą rdzą, która odrywa się na pokładach całymi płatami. Na mostku deszcze leją się nam na głowy.
To z kolei wina dziurawego mostku, pelengu. Niekiedy stajemy w dryfie, aby coś tam zreperować w maszynie. 
I oto, na wysokości Florydy, nagły telefon od amerykańskiego Coast Guard. Proszą, abyśmy przeszukali morze w pozycji 90 mil przed nami.
Podobno ktoś – czy coś – tonie. Zaobserwowano bowiem czarno-czerwony obiekt,
prawdopodobnie dno i burta statku. Ruszamy natychmiast.
Musimy jednak nieco zboczyć z naszej trasy. Wiem, że czarter japońskiego Sanko kosztami akcji ratunkowej obciąży armatora. Mocno nas to złości. Kto wymyślił takie czartery, w których nie liczy się solidarność ludzi morza, a jedynie dolary? 
Po ośmiu godzinach dopływamy wreszcie do miejsca przypuszczalnej tragedii. Przeczesujemy morze. Na błyszczącej od słońca tafli cała załoga wypatruje jakiegokolwiek śladu. Jednak bez rezultatu. Niczego nie zauważamy. Ani śladu tragedii. Czyżby okrutne morze pochłonęło wszystko?...
Melduję o tym US Coast Guard. Dziękują za akcję i równocześnie zwalniają nas z dalszych poszukiwań. Jak się potem okaże, przyślą jeszcze oficjalny pochwalny list, w którym podkreślą nasz profesjonalizm i gotowość udzielenia pomocy w niebezpieczeństwie. Mamy satysfakcję. A więc jednak liczy się coś więcej w życiu, niż tylko dolary!
W tym czasie pływając po amerykańskich wodach, uczestniczyliśmy w wielu akcjach ratunkowych i byliśmy nawet nominowani do specjalnej nagrody wyznaczonej przez US Coast Guard.
Pod Kanadą silnik Lake Mead ostatecznie odmawia posłuszeństwa. Po prostu, nie chce dalej pracować na zimnym, brudnym ciężkim paliwie. Musimy go jednak jakoś uruchomić, gdyż innego wyjścia tymczasem nie ma. Czyścimy więc filtry i zbiorniki paliwa, częściowo reperujemy też system podgrzewania paliwa. Póki co, jedziemy na paliwie lekkim. Wysiadają nam kolejno agregaty. Może będziemy musieli wyłączyć ogrzewanie kabin? A na zewnątrz mróz! Mechanicy zupełnie się nie oszczędzają. Praca idzie na okrągło. Niektórzy mdleją z wyczerpania.
Wreszcie kanadyjskie Baie Comeau. Wieje północny wiatr, a temperatura spada w ciągu godziny z minus pięć do minus dwadzieścia dwa. A miejscowi straszą, że może spaść do minus pięćdziesiąt! Jednak załoga nie upada na duchu. Ubiera się ciepło i zbiera przy trapie. Wszyscy chcą iść do tutejszego Jessy Baru, gdzie znowu gołe baby tańczą przy rurze. Wybieram się i ja. Nagle wpada Stewedor.
- Captain, big problem! - wykrzykuje.
- What’s problem again?- krzywię się zdenerwowany. - Czy na tym statku można popływać normalnie?
- Zepsuła się jedna rura wyładunkowa, możemy wyładowywać tylko jedną rurą, tą na dziobie!
Denerwuję się coraz bardziej.
- O cholera! Chief! Przelicz pan szybko! Jeśli napełnimy Fore Peak, to ile musimy wyładować z trzeciej ładowni, aby wyjść na 33 stopy zanurzenia?

Po kilku minutach wszystko jest już jasne.
- Trzeba wyładować z trójki 3 tysiące ton – melduje - a rata wynosi pięćset na godzinę...
- To jakieś sześć godzin wyładunku - myślę głośno. 
- Nie damy rady. Za pięć godzin chwyci nas niska woda, siądziemy na dnie i połamiemy statek... Agent! Wołaj pilota i holownik, uciekamy na redę!

No więc, wszystko się komplikuje. Jest zimny wieczór, tam dziewczyny właśnie rozkręciły się na rurze, a tu kuku zrobiła nam inna rura. Woda ucieka, pilota i holownika nie ma. Sami więc rzucamy cumy.
Decyduję się bowiem uciekać z portu samodzielnie, chociaż wiem, że to niebezpieczne. Za determinację spotyka mnie nagroda. Kiedy już zaczynamy działać, wpada zdyszany pilot. Dobija też ku nam holownik. Niebawem pojawiamy się na redzie i rzucamy kotwicę.
Stare przysłowie mówi, że „co się odwlecze, to nie uciecze”. 
Nazajutrz powracamy do portu, a wieczorem pół załogi szaleje w Jessy Bar. Tancerki są śliczne, długonogie i w różnych kolorach skóry. Siedzimy przy scenie, blisko, wpychamy im więc po dolarze między półdupki. Sala wyje i bije brawo. Wysoka blondyna robi szpagaty na stojąco i leżąco. Kuszę ją moim dolarem, a ona, czołgając się niczym pantera, wyrywa mi go zębami z rąk. Obok sceny widać, że w konfesjonałach trwają już w najlepsze prywatne występy, gdzie dziewczyny również tańczą i rozbierają się za dychę. Tyle, że to program indywidualny. 
Siedzący tam facet może pozwolić sobie na wiele, byle nie za wiele. Nagle podchodzi do mnie długonoga i mówi, że jakiś facet zapłacił dla mnie rozbierankę. Odwracam się. A rogu sali stoi nasz Kanadyjczyk, a z Unitora. Gęba mu się śmieje od ucha do ucha; zrobił mi kawał.
No cóż, trzeba iść. Nie mogę przecież dać plamy. Siadam więc między ażurowymi
przepierzeniami konfesjonału, a długonoga śliczna powoli robi striptiz. Ręce same zaczynają mi błądzić po jej aktywach, kiedy wybija mnie z transu ostry głos szefa knajpy.
- Don’t touch pussy!
Dosłownie baranieję. Miły nastrój pryska. Zrywam się na równe nogi. Nawet włosy stoją mi dęba. 
W Jessy Barze jest jednak inaczej, niż na Jamajce. Szef pilnuje dziewczyn, a więc nie wolno mi ich pogłaskać. Można, oczywiście, poczekać do czwartej rano, a potem pójść z dziewczyną do hotelu. Tyle tylko, że hotel sporo kosztuje, a pół godziny z tancerką to też wydatek w granicach dwustu dolców, a rano trzeba do roboty. 
A jeszcze można coś podłapać! 
Wołamy więc taksówkę i wracamy na nasze zardzewiałe pudło, po drodze marząc o ślicznych długonogich dziewczynach, ale tych naszych w kraju.
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/4013422574969169162/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/od-rury-do-rury.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4013422574969169162'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4013422574969169162'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/od-rury-do-rury.html' title='OD RURY DO RURY'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-748268122839226049</id><published>2022-01-05T12:19:00.002-08:00</published><updated>2022-01-05T12:19:43.754-08:00</updated><title type='text'>MOJE LO CHEŁMŻA</title><content type='html'>MOJE LO CHEŁMŻA
W mojej Kapitańskiej Tawernie wisi tablica z corocznie nagrodzonymi najlepszymi uczniami Zespołu Szkół w Chełmży. Sęk w tym, że ta nagroda „Indywidualności Szkolne” jest mojego imienia. 
Jak to się stało?
Moje kochane Liceum Ogólnokształcące w Chełmży ukończyłem w 1963 roku i wyjechałem na studia do Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Od tego czasu mieszkam w Szczecinie, ale wracam często do mojej ukochanej Chełmży, do mojego dzieciństwa. Wracałem też często do mojego Ogólniaka, żeby spotkać się z absolwentami i uczniami. Byłem współorganizatorem zjazdów absolwentów i uroczystości obchodów 100-lecia naszej szkoły. Przywoziliśmy do naszej szkoły prezenty, a ja rozdawałem moje książki.
Spotykaliśmy się z Burmistrzem i władzami Chełmży. Sugerowałem Burmistrzowi rozbudowę bazy turystycznej nad jeziorem (chyba mnie usłuchał, bo po latach powstały nowe zejścia do jeziora, promenada, most przez jezioro i wiele innych upiększeń). Spotykałem się z ludnością na promocjach moich książek. Podarowałem miejscowej bibliotece wszystkie moje książki i na spotkaniach opowiadałem o swoich morskich przygodach. 
Aż tu nagle, niespodziewanie 08 marca 2014 roku w Tawernie „Zejman” w Gdańsku podczas wręczania mi Międzynarodowej Nagrody „Conrad Indywidualności Morskie” w pierwszym rzędzie zobaczyłem Panią Dyrektor mojej szkoły z całą delegacją. 
Nagle wstąpili na scenę i Pani Janina Nowacka Dyrektor Zespołu Szkół Chełmża złożyła mi gratulacje, wręczyła obraz mojej szkoły w Chełmży i kwiaty, (co wywołało uśmiechy, bo był 8-my marca- Dzień Kobiet).

Minął chyba miesiąc jak jadąc samochodem zadzwonił telefon od Pani Dyrektor z mojej szkoły.
-Panie kapitanie, czy przyjedzie pan do nas na inaugurację nowego roku szkolnego?
-Oczywiście mogę przyjechać jak zwykle- odpowiedziałem.
-Chcielibyśmy, żeby Pan wręczył nagrodę „Indywidualności szkolne” dla naszego najlepszego ucznia.
-Oczywiście mogę ją wręczyć- odpowiedziałem.
-Ale czy Pan się zgodzi, żeby ta nagroda była Pana imieniem?
-Pani Dyrektor takie rzeczy robi się pośmiertnie!- Zażartowałem. 
-Nie Panie Kapitanie! Pan jest dla nas najważniejszy! Przecież Pan został doceniony tak bardzo wysokim wyróżnieniem, jakim jest nagroda Conrady.
-No dobrze, zgadzam się, bo kocham moją szkołę- odpowiedziałem.
I tak to się zaczęły kolejne lata wręczania nagrody mojego imienia.

A taki oto regulamin nagrody uchwaliło grono nauczycielskie:

Nagroda im. Kapitana Żeglugi Wielkiej
Kapitana Żeglugi Śródlądowej
Pilota Morskiego
Włodzimierza Grycnera
„INDYWIDUALNOŚCI SZKOLNE”

Włodzimierz Grycner, absolwent Liceum Ogólnokształcącego
w Chełmży rocznika 1963, jest kapitanem żeglugi wielkiej,
kapitanem żeglugi śródlądowej, pilotem morskim, inżynierem,
komodorem flisów odrzańskich działaczem Ligi Morskiej i Rzecznej,
prezesem Polskiej Izby Agroturystyki – Oddział Pomorsko-Odrzański.
28 stycznia 2014 r. Kapituła Międzynarodowej Nagrody „Conrady –
Indywidualności Morskie” uhonorowała kpt. Włodzimierza Grycnera
nagrodą „Conrady”, która jest wręczana ludziom morza z całego
świata za osiągnięcia w dziedzinie żeglarstwa, kultury morskiej,
nauki, gospodarki morskiej i popularyzacji problematyki morskiej.
Jest ona odpowiednikiem „Oskara” w dziedzinie filmowej. Uroczyste
wręczenie nagrody Włodzimierzowi Grycnerowi w XVIII edycji
„Conradów” odbyło się 8 marca 2014 r. w Gdańsku.
Dorobek zawodowy Włodzimierza Grycnera kwalifikuje go
do grona szkolnych indywidualności i ukazuje, że ukończenie
jedynej szkoły ponad gimnazjalnej w niewielkim miasteczku
nie przeszkadza realizacji pasji, rozwoju predyspozycji
osobowych i dążenia do wytyczonego, realnego celu. Włodzimierz
Grycner jest człowiekiem, który podczas spotkań z młodzieżą
przekazuje optymizm, wiarę we własne możliwości i zachęca do
konsekwentnego działania. Jego postawa życiowa i zawodowa
jest godna do naśladowania dla naszej młodzieży.
W związku z tym dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży
ustanawia Nagrodę im. Kapitana Żeglugi Wielkiej, Kapitana
Żeglugi Śródlądowej, Pilota Morskiego Włodzimierza Grycnera
„Indywidualności szkolne”, honorującą wybitne osiągnięcia
młodzieży uczniowskiej. Ta prestiżowa nagroda wręczana jest
uczniom za włożony wysiłek w pracę w różnych obszarach życia
szkolnego i pozaszkolnego, skutkująca wyróżniającym i godnym
naśladowaniu efektami. Składać się na nią będzie honorowe
zakwalifikowanie ucznia do grona „Indywidualności szkolnych”,
okolicznościowy dyplom oraz nagroda rzeczowa. Jest nią wykonany
na specjalne zamówienie witraż w tematyce nawiązującej do
wybranego witraża historycznej auli szkolnej, zgodnie z rodzajem
aktywności ucznia. Dyplom z podziękowaniem otrzymuje
również towarzysząca działaniom ucznia osoba wspierająca
(tutor edukacyjny, opiekun koła, trener itd.). Nagroda może być
przyznawana co roku jednemu uczniowi za szczególne osiągnięcia
z poprzedniego roku i wręczana podczas inauguracji kolejnego
roku szkolnego przez zasłużonego absolwenta szkoły. Kandydaci
do Nagrody wyróżniający się osiągnięciami w różnorodnych
dziedzinach (naukowej, kulturalnej, społecznej itp.) w szkole lub poza
nią, typowani są przez wszystkich członków społeczności szkolnej
spośród grona uczniów wszystkich typów szkół dziennych. Wybór
ucznia następuje podczas rady pedagogicznej podsumowującej
dany rok szkolny i zatwierdzany jest przez dyrektora szkoły. Uczeń tę
nagrodę z danej dziedziny może otrzymać tylko raz w czasie pobytu
w szkole. Po raz pierwszy Nagroda im. Kapitana Żeglugi Wielkiej,
Kapitana Żeglugi Śródlądowej, Pilota Morskiego Włodzimierza
Grycnera „Indywidualności szkolne” zostanie wręczona podczas
uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego 2014/2015.
Chełmża, 26.08.2014 r.
Janina Nowacka
Dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży 

Przyjechałem więc w 2014 roku, tym razem jednak, żeby wręczyć Nagrodę „Indywidualności Szkolne” mojego imienia. 

Jak zwykle na uroczystości złożyliśmy kwiaty pod szkolnym pomnikiem nauczycieli
pomordowanych podczas II wojny światowej.

Następnie w auli mojego LO, tam gdzie zdawałem maturę wręczono mi pamiątkową plakietkę:
A na niej było:
Dyrektor Zespołu Szkół w Chełmży
Ma zaszczyt uhonorować
Kpt. Włodzimierza Grycnera
Absolwenta LO w Chełmży rocznika 1963
Uhonorowaniem Nagrody im. Włodzimierza Grycnera
„Indywidualności szkolne”
Za kształcenie u młodzieży postawy otwartości na świat
Umiejętności podejmowania wyzwań życiowych
I wykorzystywania własnego potencjału.
Potem to ja wręczałem pamiątkową plakietkę dla Marty Preis wybitnej matematyczki i dodatkowo wręczyłem Jej kopię witrażu z cyrklem z Auli LO, oraz moje książki, które też wręczyłem nauczycielowi laureatki i Jej rodzicom. 
W następnych latach zawsze wręczałem też nauczycielowi i rodzicom moje książki.

W 2015 r. Wręczyłem Nagrodę „Indywidualności Szkolne” im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera Michałowi Demiańczukowi (najlepszemu na maturze z języka angielskiego).

W 2016 r. najwybitniejsza okazała się kajakarka Marta Pawełek

Tym razem na plakietce, którą wręczyłem widniało:

Dyrektor Zespołu Szkól Ponadgimnazjalnych w Chełmży ma zaszczyt uhonorować
Uczennicę Martę Pawełek
Za Szczególne osiągnięcia sportowe i godne reprezentowanie szkoły
W roku szkolnym 2015/2016
Nagrodą im. Kapitana Żeglugi Wielkiej
Kapitana Żeglugi Śródlądowej
Pilota Morskiego
Włodzimierza Grycnera
„Indywidualności szkolne”
01.09.2016 r.
W 2017 r. Nagrodę im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera
Otrzymał Michał Grążawski (najlepszy z Historii)

W 2018 r. Nagroda im. kpt. ż.w. Włodzimierza Grycnera przypadła dla
Jesicy Waleckej (nauka, sport). Dziewczyna piękna zdolna i grająca na dodatek w piłkę nożną.

Czy będą następni wybitni?
Jak długo dam radę odwiedzać moje LO?

Na korytarzu mojej szkoły zawisła Tablica nagród „Indywidualności Szkolne”, a Pani Dyrektor Janina Nowacka przywiozła mi do Szczecina kopię tej tablicy.
Teraz wisi u mnie u mnie w Tawernie!
 



</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/748268122839226049/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/moje-lo-chemza.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/748268122839226049'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/748268122839226049'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/moje-lo-chemza.html' title='MOJE LO CHEŁMŻA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-4290602566938924215</id><published>2022-01-05T11:19:00.001-08:00</published><updated>2022-01-05T11:19:20.916-08:00</updated><title type='text'>MASKA CZAROWNIKA</title><content type='html'>MASKA CZAROWNIKA
W 1965 jako 20-letni student Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie zamustrowałem na praktyki na m/s „Transportowiec”, wtedy  nazywany „Transport owiec”. Otworzył się przed nami raj! Po raz pierwszy zasmakowałem uroków marynarskiego życia. Dwukrotnie zawinęliśmy do Veracruz w Meksyku. I za każdym pobytem staliśmy tam miesiąc! Ładowano na statek kukurydzę, co było zajęciem prostym i monotonnym. W ryzach trzymali nas nasi Kierownicy Praktyk: kpt.ż.w. Jan Prüffer i niewiele od nas starszy por. ż.m. Józef Gawłowicz. Kapitanem był sławny kpt.ż.w. Józef Miłobęcki.
Miesiąc postoju, znaleźliśmy więc dostatecznie dużo czasu, aby spotkać się z meksykańskimi uczniami szkoły morskiej w Veracruz. Rozegraliśmy z nimi mecz piłki nożnej na wielkim olimpijskim stadionie! A nawet regaty szalup! Radości i zabawy było wiele.
Młodzi Meksykanie zapraszali nas do swoich domów na fiesta familia, podczas których przedstawiano nam dziewczyny, informując przy okazji, jakie role pełniły na karnawałach. 
Bo Veracruz żyło od karnawału do karnawału. 
Urządzano nam też szybkie przejażdżki samochodem po trzydziestokilometrowej plaży! Często kąpaliśmy się w morzu, włączając niekiedy w tańczący na plaży tłum. 
Niejeden z nas rozkochał się w gorących, przepięknych senioritach. 
Ja też spotykałem się z piękną Nancy. Miała 17 lat i gdy ją całowałem, tak była rozpalona, że natychmiast kładła się i była gotowa do kochania. Czasami było to w rozbitej na plaży szalupie, gdzie pod pupcię podłożyłem jej chusteczkę-kulturalnie lub na falochronie, gdzie kochaliśmy się na betonie. 
Nie zwracała zbytnio uwagi, na spacerowiczów nam się przyglądających. Raz nawet kolega musiał wyciągać mi igły kaktusa z pleców i tyłka, bo leżałem z nią w kaktusach. 
To były niezapomniane dni. Dwa miesiące szalonego kochania! 
Poznałem ją, gdy przyszła z wycieczką na statek. Udało mi się skusić ją zapraszając na ciastko do mojej kabiny. Przyszły z koleżanką, a ja mieszkałem ze kolegą z roku Swiatosławem. Dukałem już wtedy trochę po hiszpańsku i jakoś udało mi się „zaciągnąć” ją do koi i pokazać jak tu się śpi, zresztą mojemu koledze też się udało. Potem już było szaleństwo, chociaż na początku krzyczała „deja me”, ale nie rozumiałem o co chodzi... No i dobrze, że nie znałem za dobrze hiszpańskiego, bo potem dowiedziałem się, że to znaczy „zostaw mnie”. 
Jednak „deja me” nie przerwało moich pieszczot i Nancy poległa!
Potem powiedziała mi, że jak będziemy mieli dzieci, to dobrze, bo rodzina jej je wychowa, a najlepiej jak byśmy mieli chłopaka, bo w tej prowincji jest statystycznie cztery dziewczyny na jednego chłopaka. Jednak jakbym kiedyś jeszcze przypłynął, a ona będzie już mężatką, to nie będzie mogła ze mną się spotkać, bo mąż by mnie zabił.
Po 37 latach już jako kapitan na m/s „Tolten” zawinąłem znowu do Veracruz, szukałem mojej Nancy, pytałem, ale nie znalazłem. Wspomnienia jednak odżyły. Odwiedziłem wszystkie miejsca, gdzie się kochaliśmy! 
Najpierw jednak ruszyłem do pierwszego portu wyładunkowego w Meksyku – Tampico, a potem do Veracruz.
W Tampico trafiliśmy na pierwszy dzień wiosny, no i na fiestę. 
Na Placu Wolności stał chyba piętnastometrowy pień drzewa, na którym - wysoko pod niebem - zbudowano dziwną konstrukcję w kształcie koła, z której zwisały do ziemi cztery liny. 
Na scenie, w fantastycznie kolorowych azteckich strojach, tańczyły ludowe zespoły. Monotonna muzyka piszczałek i skrzypek wprowadzała je w trans. Tancerze nosili na głowach korony i pawie pióra, a w czasie tańca rytmicznie potrząsali grzechotkami. Nieoczekiwanie wprowadzono na scenę biało ubraną dziewczynkę. Kapłan uderzył ją rytualnym nożem w pierś, po czym wyrwał jej serce i wzniósł je wysoko, jakby ofiarując bogom. Tłum bił brawo. Oczywiście serce było sztuczne, ale scena i tak zrobiła na mnie porażające wrażenie.
	Widzisz, Wiesiu – powiedziałem do Chiefa Mechanika. - To nadal są barbarzyńcy...
	No, rzeczywiście – odparł lekko przygaszony Mechanik. - Spójrz, co oni tam robią przy ognisku! Jakaś dziewczyna okadza ludzi dymem. A jaka do niej kolejka! Może byśmy też tam stanęli?
	No, nie wiem... – bąknąłem niezdecydowany. - A jeśli nas zaczaruje?
	Skąd! – wołał wniebowzięty Mechanik. - Zobacz jaka z niej ładna laska. Może odgoni od nas złe duchy? Zresztą, już nas zauważyła i zaprasza...

Ominąłem więc kolejkę i stanąłem przed ubraną w aztecki strój dziewczyną, a ona od razu okadziła mnie pachnącym dymem, jaki wydobywał się z azteckiego kaganka.
Zapytałem dziewczynę, na co ten dym pomaga. A ona, że dym to stare czary Azteków, które uzdrowią moje ciało i duszę, przegonią złe moce. Słowem – będę teraz szczęśliwy. Mechanik też chciał sobie zafundować szczęście, więc wepchnął się też do okadzenia.
Nie zdążyliśmy jednak sprawdzić, czy obaj jesteśmy już szczęśliwi, bo akurat zaczęli występy czterej śmiałkowie, którzy jęli wspinać się na piętnastometrowy pień. W końcu usadowili się gdzieś pod niebem, owijając w pasie linami. Końcówki lin opletli wokół stóp, po czym zrobili tak zwany swobodny zwis. Kiedy tak wisieli głowami ku ziemi, koło nagle zawirowało. Najpierw wolno, potem coraz szybciej, szybciej. W finale popisu śmiałkowie szybowali w powietrzu jak wielkie białe ptaki. Potem powoli opadli ku ziemi, a tłum nagrodził ich burzliwymi oklaskami.
Zabawa na placu trwała do późnej nocy. Byłem pod jej takim urokiem, że wszystko nakręciłem moją starą wysłużoną kamerą, aby potem pokazać film rodzinie i przyjaciołom.
A następnego dnia pojawił się Agent, który wcześniej obiecał zademonstrować nam coś specjalnego. W ten sposób trafiliśmy do nocnego klubu o nazwie Jet Set. 
I rzeczywiście. Tańczące tam na rurze dziewczynki były fantastyczne! Zjeżdżały po rurach aż z sufitu, nie zapominając przy tym o kręceniu tyłeczkami. 
Zgromadzeni wokół faceci ogniście bili brawo, a potem za marne dziesięć dolców brali je na prywatne występy przy stolikach lub na zapleczu. Nie wiem, co się działo na zapleczu, ale prywatne występy panienek przy stolikach mogliśmy swobodnie obserwować. 
I naprawdę nie wiem, za co ci faceci płacili, bowiem wszystko ograniczało się do siadania panienek na ich kolanach i robieniu im cycuszkami masażu twarzy. 
Wiesia, jako mechanika, najbardziej interesowało, jakim smarem przygotowywane są tłoki, które wynoszą pod sufit podesty z tańczącymi artystkami. Długo nie umiał do tego dojść, a następnego dnia musieliśmy już, niestety, wyruszać do Veracruz.
Mówiło się, że Veracruz to miasto fiesty. Wiedziałem coś o tym, bo tu właśnie w tym mieście zostawiłem przepiękne wspomnienia. Nasza miłość z Nancy wtedy była gorąca i szalona.
I pomyśleć, że to było trzydzieści siedem lat temu! Jeszcze teraz, spacerując z Wiesiem nadmorską promenadą, oczami wyobraźni widziałem szczupłego młodzieńca w marynarskim mundurku i wtuloną w niego czarnowłosą dziewczynę. To były piękne dni...
No, ale minęły. Oczy już nie te, figura też jakby inna.
Tylko Veracruz pozostał taki sam, pełne turystów, z powietrzem wypełnionym gorącą rytmiczną muzyką. 
Akurat była Wielkanoc. 
Na skwerze przy promenadzie, i na Placu Zocalo w rytmie Sal-Sal, grała orkiestra, wzmocniona kolorowo ubranymi tancerkami.
Tłumek widzów ulegał urokowi tej sceny, tańcząc i śpiewając. 
Nas też porwało do tańca. Po kwadransie podrygiwania zorientowałem się, że wariujemy w takt piosenek religijnych. 
Szkoda, że u nas nie grają tak w kościołach. 
Wokoło Placu Zocalo w restauracjach grały orkiestry, a na balkonie pięknego budynku królowała w strojach meksykańskich wielka orkiestra. Po placu przechadzały się jak zwykle w grupkach po cztery piękne dziewczęta. Oczywiście pamiętałem, co mówiła mi Nancy, że w tej prowincji cztery dziewczęta przypadają na jednego faceta. 
Porządku pilnował „Szeryf”, spacerujący po placu w meksykańskim stroju. 
Miałem wrażenie déjà vu. Tak oto wyglądała fiesta, która identycznie prezentowała się 37 lat temu i z pewnością tak samo będzie wyglądała za następne trzydzieści siedem lat! 
Nastroiło mnie to melancholijnie. Dla poprawienia nastroju sprawiliśmy sobie meksykańskie kapelusze, zapaliliśmy cygara, po czym usiedliśmy pod parasolami sącząc Tequilę. 
Niemal natychmiast pojawił się czyścibut. Tak wypucował Wiesiowi buty, że można było się w nich przejrzeć!
Potem krążąca fotografka zrobiła nam zdjęcie, mimo że energicznie protestowaliśmy. Przeszła nam złość, gdy po dziesięciu minutach wręczyła nam breloczki do kluczy, razem z gotowymi już zdjęciami. Bez protestów, je kupiliśmy. 
Tymczasem na placu linoskoczek rozwiesił linę między palmami, demonstrując na niej wymyślne szpagaty. Dosiadła się do nas nasza załoga, rumuńsko-filipińska i aby tradycji stało się zadość, zamówiłem u gitarzysty melodię La Bamba, po czym wszyscy zaśpiewaliśmy ogólnie znane słowa:
-Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba! 
Nagle na plac wyskoczyli czarownicy! Jak dzicy w strojach prosto z buszu z maskami na twarzach wyglądali strasznie. Tańcząc szalenie wyli i odprawiali jakieś modły! Dzidami, maczetami wymachiwali tuż nad naszymi głowami. Na szczęście okazało się, że to jakiś pokaz, czy konkurs tańca czarowników!?
Wtedy wyskoczył na plac nasz marynarz Filipińczyk, zerwał z twarzy maskę czarownikowi i zatańczył jakiś dziki taniec… 
Nas zamurowało! Cholera zaraz nas tu zlinczują!- pomyślałem.
Jakież było nasze zdziwienie… kiedy na rozległy się oklaski i okazało się, że nasz pijany marynarz wygrał konkurs tańca czarowników!
Zataczając się wrócił ze zdobyczną maską czarownika i wykrztusił:
Captain zwyciężyliśmy! Ta maska jest dla Ciebie!
No i znowu nam zagrali, a my zaśpiewaliśmy.
-Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba! 
A maska ta wisi teraz w mojej Tawernie i przypomina mi karnawałowy Meksyk i gorącą Nancy.
Wspominając z kolegami te piękne dni, znowu śpiewamy:
-Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! Bamba La Bamba! 
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/4290602566938924215/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/maska-czarownika.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4290602566938924215'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4290602566938924215'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/maska-czarownika.html' title='MASKA CZAROWNIKA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-8807710206788621998</id><published>2022-01-05T06:52:00.004-08:00</published><updated>2022-01-13T03:30:57.483-08:00</updated><title type='text'>MÓJ MARYNARSKI DOM</title><content type='html'>Mój marynarski dom
Mój marynarski dom tworzyłem przez 45 lat pływania po morzach, oceanach i rzekach.
Wygląda teraz jak muzeum mojego życia. Już na wejściu widać, że mieszka tu marynarz, bo przed domem stoi duża kotwica, którą dostałem spod byłego „Domu Marynarza”. Jest piękna, bo osobiście ją oczyściłem i wymalowałem.
Boczną ścianę mojego domu nazwałem: „Rzeczno- Nadodrzańską”, bo na niej wiszą tablice odrzańskie:  
-Wisi moja mapa, którą stworzyłem, mój autorski projekt, na Odrze umieściłem 120 portów, marin, nabrzeży. Robiłem tę mapę dwa miesiące, na szczęście przecież znam Odrę, jako Kapitan Żeglugi Śródlądowej i 24-to letni Komodor Flisów Odrzańskich. Była to pierwsza taka całościowa mapa dla żeglarzy, którzy teraz dowiedzieli się gdzie mogą zacumować. Tę mapę „Odrzańskie porty, mariny i przystanie turystyczne” oprawiłem w aluminiowe ramy i powiesiłem  na „Skwerze Kapitanów”, na murze „Placu Nadodrzańskiego”. Wzdłuż tej mojej mapy nr 1 umieściłem herby województw nadodrzańskich. 09 czerwca 2018 roku podczas pięknej uroczystości , osobiście odsłoniłem tę mapę. 
Następnie replikę tej mapy z  herbami województw nadodrzańskich zawiesiłem na ścianie mojego domu.
 
Obok tej mapy powiesiłem replikę tablicy, którą 11 Listopada 2018 roku podczas uroczystości „Niepodległość Na Maszt”, obchodów „Setnej Rocznicy Odzyskania Przez Polskę Niepodległości” uczciliśmy  100 lat LMiR odsłaniając na murze „Placu Nadodrzańskiego” Tablicę „Memoriał”, ku czci LMiR, który stworzyłem z dr Elżbietą Marszałek wiceprezesem ZG LMiR i zebrałem na tym „Memoriale” 15-cie pieczątek poparcia „Stowarzyszeń Morskich” miasta Szczecina. Tablicę odsłaniali ze mną Rektorzy WSM prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak i kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski, pisarz marynista, mój przyjaciel, w asyście studentów z Koła LMiR AMS.

Trzecia tablica na ścianie „Nadodrzańskiej” mojego domu to replika tej tablicy ze „Skweru Kapitanów”- „Placu Nadodrzańskiego” , która została zaprojektowana przez Krystynę Pohl razem z innymi 12-toma tablicami o Odrze i „Flisie Odrzańskim”.

Tylną ścianę mojego domu nazwałem: „Morską”, bo wiszą na niej morskie tablice:

Pierwsza, to replika tablicy ze „Skweru Kapitanów” – Tablica 162 „Kapitanów Żeglugi wielkiej”. Wymyśliłem ją i stworzyłem ze zdjęć użyczonych mi przez Krystynę Pohl z Jej książek : „Kapitanowie” i „Kapitanowie 2”. Dodatkowo szukałem zdjęć kapitanów i ogłosiłem o moim projekcie , a szukałem zdjęć wśród kapitanów w kraju i zagranicą. W rezultacie zgromadziłem 162 zdjęcia, które mogłem umieścić na 2 metrowej tablicy, w takiej wielkości, żeby były dobrze widoczne. Skonsultowałem moja ideę z kolegami kapitanami, a mój przyjaciel, nauczyciel i promotor Rektor WSM  prof.dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak ją zaaprobował. Ustaliliśmy, że zdjęcia ułożę w kolejności alfabetycznej, żeby nikogo nie wyróżniać, bo wszyscy Kapitanowie Żeglugi Wielkiej na morzu są sobie równi. Oczywiście nie umieściłem wszystkich kapitanów, bo nie miał bym miejsca na takiej tablicy, ale może kiedyś zrobię następne tablice.
Tę tablicę na murze „Skweru Kapitanów” odsłaniało z 20-tu kapitanów, bo podłączyłem ich do długiej niebieskiej tasiemki zaczepionej na tablicy i wydałem oryginalne polecenie ; „Rzucić dziobową”.

Druga tablica, na tylnej ścianie domu to 2 metrowy bulaj, w którym umieściłem Tableau Pierwszych Absolwentów Państwowej Szkoły Morskiej na Wałach Chrobrego w Szczecinie rocznik 1963-1966.

Takie Tableau PSM w wielkim 2 metrowym bulaju z oryginalnym kołem sterowym , podarowanym przez absolwenta PSM Andrzeja Surmackiego zrobiłem i odsłoniliśmy je razem z naszymi nauczycielami z Peesemki , odsłoniliśmy jako pierwsze w AMS.

Ta moja Tablica absolwentów PSM jest jednak zrobiona ze zdjęcia oryginalnego bulaju, który wisi na ścianie mojej Tawerny. Bulaj ten podarowała mi załoga m/s „Cemmo”, gdy zmustrowywałem na urlop. 
- Skąd macie, taki piękny bulaj?- zapytałem.
-Wycięliśmy ze statku- odpowiedział Chief Mechanik
- Cholera, armator nas zabije!- wykrzyknąłem.
-Panie kapitanie, zaspawaliśmy, zamalowaliśmy, nic nie widać! Nawet się nie kapnie, że tam był bulaj- tłumaczył motorzysta.

Trzecia tablica na tylnej ścianie, to moja osobista tablica, zrobiłem ją razem z 12-toma tablicami, które wymyśliłem i zrobiłem na „Skwerze Kapitanów”.

 

Jednak całe moje marynarskie muzeum mieści się wewnątrz domu.

Już wchodząc do domu, trzeba spojrzeć prosto w twarz „Wiecznego Kapitana”, bo tak zatytułował mój portret mistrz fotografii Andrzej Łazowski.  To artystyczne zdjęcie , które z wystawy kupiła mi moja Grażynka, niektórzy nazywają jednak „Zły Kapitan”, bo faktycznie wyglądam na mim groźnie. Kiedy tak stałem z tym zdjęciem na wystawie, nagle wypaliłem:
Jak Mistrz nazwał mnie „Wieczny Kapitan”, od wieczności, a nie od wiatru, ta znaczy, że w niebie też będę kapitanem, a że kapitan jest „Pierwszy po Bogu”, więc będę siedział po jego prawicy. Na co wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Pod tym artystycznym portretem wisi 12 replik małych Tablic Kapitanów ze „Skweru Kapitanów”, oraz moja mała tablica.

 

Obok na łuku wiszą tablice flisackie z „Flisu Odrzańskiego”, memoriał, list do Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego, podziękowanie Zachodniopomorskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego i inne. Ale najważniejsza jest plakietka na której wygrawerowano. 

KOŁO LIGI MORSKIEJ I RZECZNEJ
PRZY AKADEMII MORSKIEJ W SZCZECINIE

NADAJE TYTUŁ

KAPITANA MŁODZIEŻY

INŻ. WŁODZIMIERZOWI GRYCNEROWI KPT.Ż.W.

ZA

WSPARCIE, POMOC I OGROMNE SERCE
DLA STUDENTÓW AKADEMII MORSKIEJ
W SZCZECINIE

Przewodniczący Koła
Dawid Stanek

Walne Zebranie Członków
Szczecin, dn.02.12.2019r.

A teraz schodzimy na dół do mojej „Kapitańskiej Tawerny”. Ale to już będzie w następnych opowiadaniach o moim marynarskim domu.

 
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/8807710206788621998/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/moj-marynarski-dom.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/8807710206788621998'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/8807710206788621998'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/moj-marynarski-dom.html' title='MÓJ MARYNARSKI DOM'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-5376417597038592138</id><published>2022-01-05T04:42:00.003-08:00</published><updated>2022-01-05T04:42:37.575-08:00</updated><title type='text'>MAKUMBA</title><content type='html'>MAKUMBA
Podczas ponad 40-to letniego mojego pływania po morzach i oceanach, poznałem wiele Religi, zwyczajów, wierzeń, obrzędów i czarów. W Brazylii Szaman na Amazonce nauczył mnie Makumby. 
Wpłynąłem wtedy na Amazonkę, jako kapitan na m/s „Kopalnia Ziemowit” bez mapy i bez GPS na „marynarskiego nosa”. Płynęliśmy 12 godzin w górę rzeki bez pilota, dopiero w Macapa weszli piloci i płynęliśmy jeszcze trzy dni zmieniając pilotów do portu załadunkowego w buszu Itaquatiara.
To tam spotkałem Szamana, który nauczył mnie Makumby. 
Makumba –Candoble, Umbanda lub spirytyzm – rodzaj opętania przez bóstwa. 
W busz do szamana zaprowadziła mnie jedna z „mrówek”, czyli dziewczynek, które rozlazły się po statku. Mój Makumbista sprzedał mi swoją oryginalną maskę, miecz do obcinania głów i sztylet do zabijania.
 Nauczył mnie też najważniejszego uścisku czarownika- „Um abraco do Macumbeiro”, który stawiał wszystkich Brazylijczyków na baczność ze strachu, gdy ich obejmowałem.
-Kapitan ty znasz Makumbę ?- pytali. Co sobie życzysz? I natychmiast spełniali moje życzenia.
Myślę, że ten uścisk znał Breżniew, kiedy czule witał Jaruzelskiego, bo u nas nazywaliśmy go uściskiem „Na misia”. Obejmowało się gościa ramionami raz i dwa i podporządkowywało całkowicie. 
To tutaj w amazońskim buszu kupiłem rurkę (dmuchawkę) ze strzałkami namoczonymi w Kurarze (truciźnie z kory kilku gatunków kulczyby, z cebuli trój żeńca lub korzeni – porażającej nerwy mięśni-, która kiedy dostaje się do krwi- powoduje natychmiastowe wiotczenie mięśni. Nazwa Kurara wywodzi się od Indian Makuszi z Brazylii na Amazonce. Dowiedziałem się też, że spożycie Kurary jest nieszkodliwe, gdyż nie dostaje się ona do krwi, bo nie jest wchłaniana przez przewód pokarmowy. Nawet spożycie zwierzęcia z Kurarą też jest nieszkodliwe. Niweluje się działanie Kurary niewielkimi dawkami neostygminy. Stosuje się ją też leczniczo.
 Indianie południowo amerykańscy do strzał łuków i dmuchawek używali rury bambusowej długości do ok 4.5m. Filipińczycy do 1m na Borneo 1.8m, Paragwajczycy 4, 5m /strzałka 7, 5cm do 45cm, nawet stosowano takie dmuchawki w Japonii (fukidade). Faktycznie była to straszna broń.
W Maceio byłem uczestnikiem modlących się. Podczas mojej inicjacji tańcząc na plaży z grupą wiernych wpadłem w trans, a może to było od jakiegoś proszku, który rozsiewał w powietrzu Szaman. Kapłan (Pai) rozpoznał u mnie, jakie bóstwo mnie opętało, rozpoznał mojego „ducha opiekuńczego” – był to Jaguar, z którym Pai się komunikował. Bębny i inne instrumenty wprawiały tancerzy w szaleńczy trans. Kobiety ubrane w długie białe suknie z turbanami na głowach tańczyły kręcąc się w kółko i śpiewając wokoło wieńca kwiatów z zamocowaną na nim figurą Matki Boskiej „Nossa Sehnora” (Nasza Pani). Wieniec kwiatów z bogato przystrojoną lalką (Naszej Pani), otoczony był palącymi się świecami i dziwnymi liturgicznymi przedmiotami.
Nagle dziewczyny zaczęły tarzać się po piasku, a po wyjściu z transu nie pamiętały, co się działo. 
Szaman komunikował się z duchami, a te przemawiały przez jego usta. Śpiewał swoją pieśń, obejmował tańczących, trzymał ich głowy w dłoniach, kropił jakimś pachnącym płynem. Potrafił przewidywać przyszłość, leczyć, i diagnozować choroby… Czułem się oszołomiony, ale szczęśliwy! Szaman przekazał mi łaskę ducha. Potem nieustannie tańcząc z wieńcami kwiatów i stateczkami udekorowanymi laleczkami Matki Boskiej ruszyliśmy w morze. Weszliśmy do morza i spławiliśmy wieńce śpiewając i tańcząc ku chwale Bóstwa Oceanu, prosząc o łaskę i dobre połowy ryb. 
To była Quimbanda –magia sympatyczna, naturalna i szamańska magia.
Wieczorne niebo rozświetliły fajerwerki i sztuczne ognie.
Na plażach tańczyły tłumy. Czarni tancerze w rytm Berimbau tańczyli Capoeirę – taniec walki. To od nich zakupiłem ten instrument i nauczyłem sie na nim grać. Po napiętej na łuku strunie uderzałem pałeczką, rytmicznie przyciskając do brzucha pustą skorupę kokosa, a małym kamieniem dotykałem struny i potrząsałem instrumentem dodając do muzyki szelest z zawieszonego koszyczka. To było Jahodo… Tak słyszało się tradycyjne rytmy muzyki afro-brazylijskiej.
Ale laleczkami można leczyć, czynić dobro i zło. Makumba afrykańska z kultury Bantu – imię afrykańskiego bóstwa afro - brazylijska z Rio de Janeiro to praktyki religijne- obrzędy czarnej magii.
Istnieje Makumba biała „ Magia branca”, która leczy, błogosławi, oraz makumba czarna „Magia nera”, która zabija, sprowadza śmierć, ale również leczy. Symbolem Makumby jest dłoń z palcem do góry -jak nasza figa. Wywar z konopi indyjskich daje silne doznania emocjonalne, silniejsze od marihuany, które trwają od 8-24 godzin w zależności ile się tego weźmie.
 Brazylijczycy boją się makumby (Szamani-Espiritas) Mówią wierzę w Nossa Senhora”, a o Makumbie lepiej nie wspominać. 
Jednak wielokrotnie rozmawiałem z Brazylijczykami o Makumbie, którzy twierdzili, ze 90% Brazylijczyków wierzy w Makumbę z różnych powodów.
Kiedyś starszy Pan Polak, profesor opowiedział mi, dlaczego?
-Otóż przyszedł do mnie do domu Makumbista i zaoferował mi hamak za 100 dolarów, a ja wiedziałem, że mogę kupić taki hamak za 5 dolarów. No i natychmiast kupiłem go za 100 dolarów.
-Dlaczego?- spytałem zdziwiony.
-Bo gdybym nie kupił, to on przed moim domem odprawiłby Makumbę i zostałbym wyrzutkiem społeczeństwa. A sąsiedzi omijaliby mnie jak zarazę- rozumie Pan teraz?
Odwiedziło mnie kiedyś w Rio Grande młode polskie małżeństwo.
-A Wy młodzi też wierzycie w Makumbę-zapytałem.
-Oczywiście, Panie kapitanie- odpowiedzieli chórem.
Przylecieliśmy do Brazylii z Polski i straszna bieda nas tu dopadła. Nie mieliśmy, za co żyć, ani pieniędzy na powrót do kraju. No i wtedy spotkaliśmy Makumbistkę, która nam powiedziała:
-Ja Wam pomogę! Zło usunę z waszej drogi na lewo i prawo i wytyczę Wam korytarz dobrego, którym pójdziecie. Ale musicie wykonywać wszystkie moje polecenia!
-Nie mając innego wyjścia, zgodziliśmy się.
Makumbistka nas obserwowała, aż pewnego razu powiedziała:
-Będziecie robić polskie pierogi!
-No i robiliśmy polskie pierogi i sprzedawaliśmy je po restauracjach. Okazało się, że tak zasmakowały tu nieznane pierogi, że z czasem produkowaliśmy ich tysiące. A teraz po dwóch latach takiej produkcji, mamy już własną fabryczkę pierogów i restaurację! 
I jak tu nie wierzyć w Makumbę Panie kapitanie!?
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/5376417597038592138/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/makumba.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/5376417597038592138'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/5376417597038592138'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/makumba.html' title='MAKUMBA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-3855220021984396283</id><published>2022-01-05T04:21:00.003-08:00</published><updated>2022-01-05T04:21:54.669-08:00</updated><title type='text'>KŁAJPEDA</title><content type='html'>KłAJPEDA

W Rumunii w porcie Konstanca, po ciężkim rejsie na m/s „Care”, nagle dostałem wiadomość od armatora, że przerzucają mnie na inny statek do Hamburga. 
Ucieszyłem się, bo m/s „Care”, to była kupa złomu. 
A na kei w porcie witała mnie moja żona. 

Jako chief oficer miałem jeszcze wyładować część ładunku w porcie Konstanca, a pozostałą w Galati na rzece Sulina. 
W Konstancji mieliśmy trochę czasu na balety, gdzie to przy okazji okradziono naszą uratowaną razem z jachtem „Judy”. 
Natomiast w na rzece Sulina piloci wprowadzili nas na mieliznę w samych główkach wejściowych. Na dodatek okazało się, że agent oszukał szkockiego kapitana, bo podał mu głębokość wejścia na rzece o stopę większą niż była w rzeczywistości. 

Wreszcie zażądano od armatora grubych pieniędzy za ratownictwo, na co armator kazał nam zamknąć ładownie i nie wyładowywać koksu.

Dlatego byłem szczęśliwy, że wreszcie lecę do domu, ponieważ tam miałem poczekać około tygodnia na moje nowe przeznaczenie. Lecieliśmy z żoną przez Bukareszt, gdzie w oczekiwaniu na samolot, przyjmowano nas z wielką serdecznością i fundowano nam wycieczki.

W Szczecinie czułem się jak szejk, bo armator mi płacił, a ja w barze piłem z kolegami za jego zdrowie. 
Wreszcie po tygodniu zawezwano mnie do Hamburga.
Ponieważ dowiedziałem się, że mój nowy statek  m/v „Leo Soling” płynie z Hamburga do
Kłajpedy, więc w Hamburgu najpierw odwiedziłem Frantexa i zakupiłem parę kartonów
biznesu, głównie dżinsów, peruk itp. 
Handlowanie w Rosji opanowałem ładując poprzednio na m/s „Eugenie Cotton” w Leningradzie elementy budowlane domów zwanych „Leningradami”, które woziłem do Szczecina. Zresztą potem w takim domu mieszkałem.

Tak zaopatrzony ruszyłem motorówką na rzekę, gdzie na kotwicy stał mój „Leo Soling”.
- Hej tam wachtowy! – krzyknąłem do stojącego na trapie Filipińczyka – przygotuj dźwig na moje paczki i walizki.
Filipińczycy szybko ruszyli do załadowania mojego biznesu, gdy nagle z burty wychylił się jakiś blondyn.
- Bosman! Kto to przyjechał!? – krzyknął blondyn.
- Panie kapitanie, to chief przyjechał! – odkrzyknął bosman.

Zaszedłem potem do kapitana, żeby się zameldować.
- Chief! Te paczki to twoje? – spytał kapitan.
- Captain, to moje rzeczy osobiste i prezenty dla Rosjan – odpowiedziałem spokojnie.
- Chief! Ja się w to nie mieszam! Co tam masz to twoja sprawa. Ja pierwszy raz płynę do Rosji i nie chcę trafić na Sybir – stwierdził srogo.
- Captain. Nic się nie martw. To moja sprawa. Ja znam Rosję bardzo dobrze i wiem co robię-stwierdziłem stanowczo.

Na drugi dzień przy śniadaniu siedziałem razem z niemieckim kapitanem i zmustrowującym
niemieckim chiefem.
- Chief! –zwrócił się do mnie kapitan - Czy wiesz, dlaczego zmustrowałem tego tu siedzącego z nami chiefa?
- Nie, nie wiem – odpowiedziałem zaciekawiony.
- Zmustrowałem go, bo był leniwy i za dużo jadł! – wyjaśnił kapitan, patrząc prosto w twarz chiefa.
- Ooo! To ja się zaczynam odchudzać! – wypaliłem.

Tak się zaczęła moja praca z kapitanem, wysokim blondynem, który zachowywał się jak „rasowo czysty” Niemiec i jak mówili walił nieposłusznych Filipińczyków po twarzy. 
Ładowaliśmy z barek worki mąki i czołgałem się po ładowniach, żeby były dobrze sztauowane i liczyłem skrupulatnie uszkodzone worki – tak jak kazał kapitan.
Na koniec załadunku policzyłem 731 worków uszkodzonych, a kapitan wpisał tę uwagę do konosamentu, tym sposobem go „brudząc”. 
Taki „brudny” konosament uniemożliwiał załadowcom pobranie pieniędzy, dlatego byli wściekli na kapitana. On jednak mimo próśb nie ugiął się, twierdząc że płynie pierwszy raz do Rosji i nie chce wylądować na Syberii. 
Próbowałem i ja go przekonać i uspokoić, że tak źle to tam nie jest, ale był „nieugięty”.          I z takim konosamentem popłynęliśmy do Kłajpedy. 
Płynęły z nami żona kapitana i żona austriackiego elektryka. Filipińczycy poinformowali mnie, że jak w Kłajpedzie znajdą wołka zbożowego, to statek czeka fumigacja, a załoga idzie na 5 dni do hotelu. 
W Kłajpedzie na odprawie zjawiły się dwie laborantki szukające wołka.
Zawołałem je do swojej kabiny i wręczając każdej dżinsy zaproponowałem:
- Mam dla Was dżinsy, ale musicie znaleźć wołka.
- Tak toczno! Towarisz starszina! Wołka najdiom! – odpowiedziały szczęśliwe.

Poszły do swojego laboratorium i w słoiku przyniosły wołka. Zjawiły się u kapitana i zakomunikowały mu, że statek będzie fumigowany, a załoga ma udać się do hotelu.

Do mnie przyszła brygada od fumigacji i po krótkim handlu kupiła cały mój biznes. Następnie chodząc w te i z powrotem z butlami gazu, wynieśli to na ląd, mimo że trapu pilnował nic nie podejrzewający żołnierz.
Szczęśliwa załoga ruszyła do hotelu, a kapitan wypłacił zaliczkę, po oficjalnym kursie za dolara dawał pół rubla. 
W hotelu na głównym holu ustawiła się do mnie załoga w kolejce, bo ja dawałem za dolara trzy i pół rubla - tyle ile dawali na czarnym rynku.
Następnie poprosiłem dwie piękne „dziewczynki” lekkiego prowadzenia, żeby zarezerwowały
stolik na sześć osób w restauracji „Regata”.

- Panowie! Teraz ja zapraszam Was do restauracji „Regata”. Zwróciłem się do kapitana, elektryka i ich żon oraz do polskiego chiefa mechanika. Płacę ja za wszystko.
Zdziwieni przyjęli zaproszenie i taksówkami, razem z dwoma „dziewczynkami przewodniczkami” udaliśmy się do restauracji, która mieściła się na pięknym żaglowcu.

Suto zastawiony stół czekał na nas! Kelnerzy kłaniali się w pas! Orkiestra grała nam na powitanie, a piękne dziewczęta z varietes tańczyły kankana. Ja w kilku językach śpiewałem z orkiestrą, a dziewczyny tańcowały nawet na stołach. 
Oczywiście odpowiednio wcześniej „posmarowałem” kogo potrzeba. 
Kapitanowi oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. Dziewczynki siedziały na mim cały czas, mimo że żona go strofowała. Wszyscy bawiliśmy się do białego rana. Oczywiście zapłaciłem za tę zabawę, ale to były tylko małe pieniądze w porównaniu z zarobkiem za biznes.
- Chief! A ja myślałem, że tu jest więzienie i Sybir – wykrzykiwał kapitan.
- Captain! Mówiłem Ci, że znam Rosję! Tu można wszystko, tylko trzeba mieć pieniądze.
Następnego dnia kapitan wysłał żonę innym statkiem do domu. Potem ruszył ze mną w miasto.
 A po pięciu dniach hotelowych wczasów wróciliśmy na statek wyładować worki mąki. Wyładunek trwał miesiąc, a załoga balowała po knajpach. Po tygodniu kapitan już miał dosyć balowania i stwierdził:
- Chief! Ja mam dosyć, jak chcesz, to idź do miasta, a ja za ciebie popracuję.
Oczywiście chętnie się zgodziłem i buszowałem z załogą ile można. W miejscowej knajpie „Żuwiedra” zbieraliśmy się często, balując z „dziewczynkami”. Któregoś razu nagle wybuchła awantura. Moi Filipińczycy bili się z Ruskimi. Mój bosman okazał się karateką i „biegał” po ścianach waląc Ruskich. Bójka przeniosła się przed knajpę.
Nagle zobaczyłem, jak motorzysta Filipińczyk dusi i topi w kałuży Ruska. Wtedy udało mi się rozdzielić dwie grupy walczących, stanąłem między nimi i krzyczałem raz po rosyjsku, a potem po angielsku:
- Uciekajcie, bo Filipińczycy mają noże! Uciekamy, bo jedzie milicja!
Wreszcie moja załoga posłuchała mnie i zaczęliśmy uciekać. Udało mi się złapać taksówkę, ale mój pijany motorzysta nagle wskoczył na dach taksówki i przestraszony taksówkarz uciekł. 
Złapałem więc autobus, zapłaciłem, a ten zawiózł nas do portu.
Nadszedł wreszcie koniec wyładunku. Nagle wpadł do mojej kabiny kapitan.
- Chief! Tragedia! Stewedorzy policzyli tylko 300 worków uszkodzonych! Co ja teraz powiem załadowcom, przecież napisałem na konosamencie 731 worków uszkodzonych
– lamentował.
- Captain! Nie martw się, zaraz to załatwię – uspokajałem go.
Zawołałem stewedorów, dałem im kilka butelek wódki i za chwilę miałem nowy dokument. Zaniosłem go kapitanowi. Czytał z niedowierzaniem. 
Nagle stwierdził:
- Chief! Napisali 731 worków uszkodzonych! Jak oni to policzyli? – dziwił się.
A jednak niczego się mój kapitan nie nauczył – pomyślałem – przecież mówiłem mu, że tu wszystko można załatwić.
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/3855220021984396283/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/kajpeda.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/3855220021984396283'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/3855220021984396283'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/kajpeda.html' title='KŁAJPEDA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-8939306306106882235</id><published>2022-01-04T12:59:00.002-08:00</published><updated>2022-01-04T12:59:36.402-08:00</updated><title type='text'>KAPELUSZE</title><content type='html'>Kapelusze
W mojej Kapitańskiej Tawernie znajduje się wiele pamiątek, które zbierałem podczas         45-letniego pływania po morzach i oceanach i rzekach.
Każda rzecz to osobna historia i opowieść. Zbieram ciekawe kapelusze, a mam ich 30. Opowiem o niektórych z nich. Wśród nich jest kapelusz podarowany mi przez piękną Kolumbijkę na plaży w Kartagenie, podczas uroczystości „Dni Morza”.  Kapelusz specjalny na tę uroczystość, zrobiony z liści palmowych, a na wpiętej w nim gałązce leci palmowy gołąbek.
W słomkowym kapeluszu chińskim chodziłem po najniebezpieczniejszych dzielnicach Tajwanu i Szanghaju. Zsuwałem go na oczy tak, że nie było widać mojej twarzy i nikt mnie nawet nie zaczepił.
Kapelusz Mandżurski materiał bogato strojony kolorowymi kamieniami, jako koronę założyła mi na głowę i posadziła na tron moja chińska załoga podczas moich 65 urodzin. Gdy tak siedziałem jak „Maharadża”, podchodziło do mnie 25 Chińczyków z laurkami (jedna wisi na suficie mojej tawerny) i składało mi życzenia po chińsku. Na szocie z obu stron mojego „Tronu” wielkimi czerwonymi „chińskimi znakami” były wypisane dla mnie życzenia (jeden taki „Krzak” wisi u mnie w tawernie na suficie). Mój pierwszy oficer, który jedyny mówił po angielsku wytłumaczył mi, że te życzenia to poemat, który ma 5 tysięcy lat i znają go prawdopodobnie wszyscy Chińczycy. A brzmi on tak: 
壽 比 南 山 不 老 松, 福 如 東 海 長 流 水

FU RU DONG HAI CHANG LIU SHUI
SHOU BI NANG SHANG BU LAO SONG

A znaczy:

Szczęścia tak wiele, jak wielkie żółte morze chińskie (Dong Hai),
i wszystkie do niego wpływające rzeki (nieustannie zasilające to szczęście).
Długiego życia, jak długie są chińskie góry (Nang Szang)
wiecznego odradzania się, jak wiecznie odradza się natura,
jak wiecznie rosnąca sosna.
Potem wielokrotnie sprawdzałem znajomość tego poematu w Singapurze, innych krajach, a nawet w Szczecinie i faktycznie na moje FU RU DONG HAI, z uśmiechem Chińczycy kończyli ten poemat.
Jest też u mnie egipski kapelusz w kształcie ściętego stożka z bordowego filcu. Zwany, jako „Fez” i kojarzony z dostojeństwem. Nosiłem go w krajach arabskich, a w Egipcie nawet celnicy mnie szanowali i nie przeszukiwali, tytułując „Pasza”, „Pasza”.
Są u mnie tradycyjne nakrycia głowy oraz ust używane przez Arabów na pustyni, w takim nakryciu chodziłem też w Turcji. Ale na pustynię mam kapelusz składany, materiał taki jak aluminiowy, odbijający promienie słoneczne, a tym samym chłodzący głowę, który z Egiptu przywiózł mi przyjaciel Andrzej Surmacki.
Nie mogłoby zabraknąć oczywiście u mnie kapelusza kowbojskiego, który szczególnie nosiłem w Texasie. A raz w Houston chodziłem w nim na „Rodeo” i byłem zaproszony na „Barbecue”, w którym uczestniczyło 30 tysięcy kowboi w kowbojskich kapeluszach i strojach.
Są też inne meksykańskie kapelusze, ale ten najpiękniejszy oddałem w prezencie przyjacielowi Krzysiowi Matysiakowi.
W nim to zasiadałem w Vera Cruz na placu Zocalo, popijałem Tequilę i paliłem cygara!
A przy moim stoliku stał jak zwykle mój znajomy meksykański gitarzysta i grał mi:
Yo no soy marinero, soy capitan, soy capitan! 
Bamba La Bamba!

Mam też cały zabytkowy zbiór dawnych żołnierskich i marynarskich rosyjskich czapek. Ale jest też hełm policjanta angielskiego „BOBBY” i wiele innych kapeluszy.
Ale najdroższy jest bardzo drogi kapelusz góralski, który drogo mnie kosztował, bo kupiłem go z głowy właściciela „Zbójnickiej Karczmy” w Zakopanym. 
A fundowałem wtedy całej Karczmie!
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/8939306306106882235/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/kapelusze.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/8939306306106882235'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/8939306306106882235'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/kapelusze.html' title='KAPELUSZE'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-4035829035099352240</id><published>2022-01-04T12:47:00.002-08:00</published><updated>2022-01-04T12:47:29.481-08:00</updated><title type='text'>JAMAJKA</title><content type='html'>JAMAJKA

Jamajka zwana „Wiosenną Wyspą”, to podobno Perła Karaibów. A my, z tego
naszego zardzewiałego statku, przez całe dnie oglądaliśmy tylko rurę, jaka ładowała
nam aluminę. Wszelkie piękne widoki zasłaniała gęsta chmura, która stale wisiała
w powietrzu i w dodatku gryzła w oczy.
W Rocky Point nikt z załogi na ląd nie zszedł. Do najbliższego miasteczka Eaquivel, mieliśmy około pięćdziesięciu kilometrów, a żadnej komunikacji nie było.
Spacerów Agent nie polecał, bo w przydrożnych gąszczach jakoby czaiły się krokodyle.
W Eaquivel też, jak twierdził, nie było bezpiecznie. Zresztą, na dalekie wycieczki nie
mieliśmy czasu, ponieważ co kilka godzin należało przeciągać wzdłuż kei naszego
grata, aby rura załadunkowa mogła trafić do kolejnej ładowni. Ciężkie było zatem życie
Felka Marynarza! A przecież w piosence „marynarz w noc się bawi, w hamaku we dnie
śpi”, czyż nie? Podczas kolejnego postoju wreszcie straciłem cierpliwość.
- Agent! – powiedziałem stanowczym tonem. - Zabieram się z tobą do Kingston.
Muszę przecież w końcu zobaczyć, jak wygląda osławiona Perła Karaibów! Odkryję ją
teraz ja!
- Okay, Captain! – odrzekł bez większego entuzjazmu. - Muszę cię jednak ostrzec,
że w Kingston jest bardzo niebezpiecznie.
Jamaica ma ze wschodu na zachód 152 km długości, a jej maksymalna szerokość
z północy na południe wynosi 82 km, możesz ją zwiedzić całą.
W kraju, gdzie mieszkają niecałe 3 miliony ludzi, w ostatnim roku doszło do ponad
tysiąca stu morderstw, tysiąca trzystu strzelanin, prawie ośmiuset gwałtów, ponad trzech
tysięcy kradzieży i trzech i pół tysiąca włamań.
Kingston, stolica Jamajki, to w dużej części slumsy zdominowane przez narkotykowe gangi. Morderstwa i wojny gangów są tam na porządku dziennym. Jamajka jest krajem o jednym z najwyższych wskaźników liczby zabójstw na mieszkańca.

- Nie ma sprawy jedziemy do Kingstone, wielokrotnie bywałem w niebezpiecznych
miejscach i dotychczas żyję...
Wsiedliśmy do jego Calibry i popędziliśmy lewą stroną krętej, wyboistej i wąskiej drogi.    Od czasu do czasu dziura w nawierzchni wyrzucała auto w powietrze, a wówczas Agent klął siarczyście. Wzdłuż drogi spacerowały krowy i kozy, ale zachowywały się tak, jakby wiedziały, że nie wolno nam przeszkadzać w jeździe. Agent powiedział, że tutejsze zwierzęta w ogóle mają zakaz spacerowania wzdłuż dróg. Widocznie jednak nie wiedziały o zakazie, albo go lekceważyły.
- Jak duża jest wasza stolica? – zapytałem, aby zabić monotonię podróży.
- Jamajka to mała wyspa, więc stolica też nie jest za wielka. Wyspę zamieszkuje około trzy miliony ludzi, połowa tego w Kingston.
- Wiesz, Agent – rzekłem. – Niekiedy mówisz takim angielskim, że niewiele rozumiem...
- Bo to nie jest czysty angielski, a jego nasza odmiana, czyli „ patio”- czyta się „ patła”!     To język, który powstał z pomieszania hiszpańskiego, angielskiego, afrykańskiego oraz indiańskiego.
- Jezus, Maryja! Ładna mieszanka!
- Ya Man - odpowiedział Agent typowym jamajskim zwrotem. - Czy zrozumiałbyś coś, kapitanie, gdybym na przykład powiedział:
Mi wa fi go dung di road n´buy likle food fi naym?
- Wow! Zrozumiałem kilka słów, ale nie pojmuję całości...
- No to przetłumaczę. I want to go down the road and buy little food to eat! 
Teraz rozumiesz?
Potem Agent opowiedział o prapoczątkach wyspy. Najpierw mieszkali na niej Indianie z plemienia Arawak. Nazywali wyspę Yayamaca, co znaczy Wyspa drzew i wody, bo Jamajka słynie z pięknych rzek i wodospadów, które wypływają z wysokich gór, gęsto porośniętych lasami. A te góry to Blue Mountains. Ich najwyższy szczyt sięga 7400 stóp, czyli około dwóch i pół kilometra. Nawiasem mówiąc, nie ma osobnej nazwy, a nazywa się po prostu – Szczyt.
Kiedy opowiadał, rozglądałem się wokoło. Widziałem odległy łańcuch niebieskawych gór, pokrytych tropikalnymi lasami, wśród których perliście błyszczały w słońcu białe domki osiedli. To tam, na zboczach, ulokowali swe piękne wille najbogatsi ludzie Jamajki.
A dlaczego? Bo na zboczach Blue Mountains temperatura nigdy nie przekracza dwudziestu pięciu stopni, podczas gdy u podnóża sięga czterdziestu. To tam, wysoko na zboczach gór, ciągną się rezerwaty przyrody, łagodnie szumią mineralne wodospady i śpiewa kolorowe ptactwo. W licznych jaskiniach można jeszcze znaleźć ślady koczujących tu kiedyś Indian, piratów i zbiegłych z plantacji niewolników.
Tymczasem wzdłuż naszej drogi rozlewał się całkowicie inny pejzaż. Usadowiły się tu bowiem wille biedoty. Zbite z desek i zardzewiałej blachy, porażały swą brzydotą. Może właśnie dlatego niekiedy wisiał na nich szyld Beauty Saloon? Agent zatrzymał Calibrę przy przydrożnym straganie. Właścicielem tego cuda był jakiś nieprawdopodobnie czarny typ, u którego Agent kupił torebkę orzeszków. Nie chciałem jednak ich jeść, gdyż obawiałem się jakiejś nieznanej tropikalnej zarazy.
Potem ruszyliśmy dalej i zauważyłem, że hojna natura rekompensowała wszechobecne tu brzydotę i brud, które wyprodukował człowiek. Wszędzie bowiem rosły przepiękne krzewy, na ogół obsypane wielobarwnymi kwiatami. W powietrzu tańczyły olbrzymie motyle o tęczowych skrzydłach. W przydrożnych kąpieliskach baraszkowały dzieciaki, rozkoszując się błękitną wodą, spływającą tu prosto z gór. Nad głowami przelatywały nam niebywale delikatne ptaki, białe, o długich szyjach, a ponad nimi szybował czarny jastrząb. Istny raj!
I nagle z sielanki wyrwały mnie dwa sępy na drodze, brutalnie szarpiące martwe ciało przejechanego kota! Zaś mój kierowca, Agent, niczym niezrażony nadal ciągnął swą opowieść.
- W 1494 roku wylądował na Jamajce Kolumb. Ogłosił wyspę terytorium hiszpańskim. Hiszpanie jednak jej nie zasiedlali, bo nie znaleźli tu złota. Stworzyli jedynie plantacje, które miały zaopatrywać ich statki, zdążające do Europy. Choroby, które przynieśli oraz niewolnicza praca, zdziesiątkowały tutejszych Indian już w połowie XVII wieku.
Z braku lokalnych rąk do pracy, zaczęto więc na plantacje sprowadzać niewolników z Afryki. Niebawem jednak na Jamajkę nabrali apetytu angielscy piraci. Dowiedzieli się o zgromadzonym tu bogactwie i kilka razy złupili ówczesną stolicę, St. Jago de la Vego, która obecnie nosi nazwę Spanish Town. W 1655 roku admirałowie Penn i Venables podbili Jamajkę i ogłosili ją brytyjską kolonią. W reakcji na te wydarzenia uciekło w wyższe rejony gór bardzo wielu niewolników. Przez lata górskiej izolacji wytworzyli własną kulturę, opartą na afrykańskich tradycjach. Anglicy nazywali tych ludzi Maroons. Chcieli ich wyłapać i zniszczyć, ale nie potrafili dać sobie z tym rady.
W 1739 roku musieli wreszcie przyznać im autonomię.
- Nie sądzisz, Agent, że mimo wszystkich okropieństw, były to jednak piękne czasy? – zapytałem.
- Bo ja wiem? – odparł powątpiewająco. – Byłbym wówczas niewolnikiem...

Z pewnością były to czasy ciekawe. Anglicy kontrolowali Jamajkę przez prawie trzysta lat. Tacy piraci, jak sir Henry Morgan, późniejszy gubernator wyspy, wykorzystywali ją jako bazę wypadową do kolejnych korsarskich wypraw.
Najważniejszym celem morskich rabusiów były hiszpańskie statki, przewożące złoto
do kraju. Na skutek tych wszystkich praktyk Jamajka została nazwana Perłą Karaibów,
a Port Royal – najbardziej niegodziwym miastem świata. W 1833 roku zniesiono
niewolnictwo. Ale prawdziwą niepodległość uzyskaliśmy dopiero w 1962 roku...
Przelecieliśmy przez rynek Spanish Town z szybkością sześćdziesięciu mil na godzinę. Policjantka, oparta o zegar z hiszpańskich czasów, najpierw oniemiała, a potem pogroziła nam palcem.
- Jaki tu macie limit szybkości? – zapytałem Agenta.
- W mieście trzydzieści mil na godzinę, ale w praktyce nikt tym się nie przejmuje!
- Widzę, że macie tu sporo kościołów – zmieniłem nagle temat.
- O tak! – odrzekł żywo. - Mamy największe zagęszczenie kościołów na świecie, ale powiadają, że barów jest dwa razy więcej...
- A jakie religie są tu obecne? – chciałem jeszcze wiedzieć.
- Znajdziesz kościoły katolickie, anglikańskie, metodystów, prezbiteriańskie, baptystów, adwentystów Siódmego Dnia, ale też żydowskie synagogi, muzułmańskie meczety oraz siedziby najróżniejszych sekt. Spotkasz tu, Captain, afrykańską Pokuminę i Czarną Magię. Wszystko, czego sobie tylko życzysz...
- A ty, Agent, wierzysz w tę Czarną Magię?
- Myślę, że jeśli ktoś w coś mocno wierzy, to mu się to w końcu sprawdzi...
Tymczasem wpadliśmy już do centrum Kingston, mijając po drodze kilka samochodów najpiękniejszej na świecie marki Lada. Śródmieście stolicy prezentowało się nieźle. Wszystko tu wyglądało bogato - banki, wieżowce, domy handlowe, no i oczywiście KFC, z Mac Donaldem. Poza centrum czaiły się jednak dzielnice biedoty, brudu i gwałtu.
- Captain, zawiozę cię do hotelu, a odbiorę jutro rano, gdy będę jechał na statek.
Może tak być? Tylko pamiętaj, nigdzie nie chodź piechotą, bo tutaj jest naprawdę niebezpiecznie... Ale niebezpieczeństwo zawsze mnie kusi i kusiło…
I odjechał. Za jedyne siedemdziesiąt dolarów wynająłem ładny, klimatyzowany pokój z dużym łóżkiem, wanną i telewizorem. Hotelowy boy oprowadził mnie po hotelu i poczułem się, jak na wczasach. Potem zasiadłem przy barze, ulokowanym nad basenem. Powoli sączyłem zimne piwko, przysłuchując się ożywionej dyskusji międzynarodowego bractwa na temat tutejszego sportu. Rzeczywiście, mała Jamajka wydała wielu wspaniałych sportowców, szczególnie lekkoatletów. Ale najbardziej zadziwiły mnie ich osiągnięcia w bobslejach. Przecież tu nie ma śniegu, ani torów bobslejowych! Okazało się, że trenują na stromych uliczkach, pchając w dół stare samochody. W telewizorze, jaki wisiał nad barem, kończył się właśnie mecz piłki nożnej z Brazylią. Jamajka przegrała tylko 1: 0, a wcale nie była gorsza! Na drugim ekranie leciały czterodniowe zmagania w krykiecie. Był to już setny mecz z Anglią i podobno Jamajczycy większość spotkań wygrali.
W końcu miałem dość dyskusji Anglików z Niemcami na temat jamajskiego sportu.
Powędrowałem więc kwietnymi alejkami na zwiady. W hotelowej restauracji było znacznie ciekawiej, bo odbywało się tam weselne przyjęcie! Wszakże klimatyzowane wnętrza, sztuczny hotelowy światek i kwietne kompozycje mniej mnie pociągały, aniżeli nieznane niebezpieczeństwa, jakie rzekomo miały na mnie czyhać na ulicach Kingston. Długo zwalczałem pokusę, ale w końcu jej uległem. Pamiętałem jednak, że Agent ostrzegał, abym nie pokazywał dolarów, bo natychmiast mnie okradną.
Wymieniłem więc nieco amerykańskiej waluty na jamajki i spacerkiem ruszyłem na
spotkanie przygody.
Szybko zauważyłem, że Agent miał rację. Tu było rzeczywiście niebezpiecznie.
Spacerując po centrum miasta, nieustannie byłem zaczepiany. A to oferowano mi narkotyki, a to dziewczynę. Oto jakiś czarnuch z czupryną jak kopka słomy domagał się pieniędzy. Odganiałem się od natrętów, jak tylko umiałem, nieustannie z dłonią w kieszeni, aby myśleli, że mam w niej pistolet. Jednak prawdziwy strach ogarnął mnie, gdy jakiś typ szedł mi tuż za plecami i coś tam wykrzykiwał groźnym tonem.
Wszakże udawałem, że jestem panem sytuacji i wcale go się nie lękam. Policji na ulicach nie było. Z rzadka tylko, przed jakimś bankiem lub hotelem, pokazywał się strażnik. W pewnej chwili nieoczekiwanie wpadłem na grupę czarnych obdartusów, tarasujących chodnik. Wyglądali groźnie. Zwisały im do pasa strąki brudnych włosów, długie noże ostrzyli na kamieniach chodnika, a w oczach mieli morderstwo. I znowu zastosowałem wypróbowaną uprzednio taktykę, ruszając prosto na nich. Zdziwieni, rozstąpili się i mnie przepuścili. Coś tam potem za mną pokrzykiwali, ale udawałem, że się tym wcale nie przejmuję. Pomyślałem jednak, że następnym razem moja sztuczka może już nie wypalić i w końcu oberwę długim nożem w plecy. Postanowiłem zatem znaleźć jakiś bezpieczny bar. Trafiłem na jakieś ciemne podwórko, skąd dolatywała muzyka. Tam, w rozlatującej się budzie stała lodówka i grało radio, a wokół kiwało się kilku silnie nabuzowanych czarnuchów. Na ułamek sekundy otwarli pijane oczy, które natychmiast zrobiły im się wielkie, kiedy zobaczyli białego. Ale zanim zdołali jakoś nieprzyjaźnie zareagować, obróciłem się na pięcie i odszedłem.
No, ale wszystko w końcu może człowiekowi się znudzić. Miałem już dość poszukiwań na ulicach miasta. Złapałem zatem taksówkę i zapytałem, gdzie mają w centrum Kingston jakiś porządny bar, w którym da się spokojnie wypić piwo.
- Idź do hotelu – odrzekł taksówkarz. - Tylko tam jest bezpiecznie..
- Właśnie stamtąd wyszedłem...
Ale skorzystałem z jego rady i ruszyłem na poszukiwanie jakiegoś bliskiego hotelu. Idąc tak ulicami, natknąłem się w pewnej chwili na oszklone drzwi, prowadzące do dużej sali, a tam właśnie modliła się spora grupa ludzi. Na ścianie sali wisiał krzyż, a nad nim umieszczono napis Jesus Christi Lord. Lubię wszelkie niezwykłości, więc natychmiast zapomniałem o piwie i wszedłem do środka. A tam dwóch młodych jakby księży, biegało w kółko, krzycząc do mikrofonu W imieniu Pana pozbądźcie się szatana!
Przez chwilę ulegałem błogiemu złudzeniu, że nie zostałem zauważony. Tyle się tam bowiem działo! Oto grupa wiernych trzymała się za czarne głowy, przy okazji trzęsąc się, jak w chorobliwym transie. Co pewien czas ów ksiądz dopadał którejś ze swoich owieczek i przewracał ją na ziemię. Łypnął okiem i już był przy mnie. I też chciał mnie przewrócić, wcześniej wciągając w tłum wiernych, który tymczasem wył nabożne pieśni! Naturalnie, nie pozwoliłem mu na to. Powiedziałem, że przyszedłem tylko popatrzeć. Przyjrzał mi się i skinął przyzwalająco głową. I teraz nie wiem, czy szatan wyszedł z podrygujących w sali wiernych. Ale wiem, że wyszedł ze mnie, bo natychmiast uciekłem do knajpy.
Hotel był pięciogwiazdkowy. W barze tkwiło kilku białych, a na dużej sali siedziało wiele mieszanych par. Doszedłem do wniosku, że tak właśnie musi wyglądać śmietanka towarzyska stolicy. Ciemne dziewczyny ubrane były wieczorowo i wszystkie, jakby je specjalnie wybrano - zgrabne i śliczne. Przypomniałem sobie nagle, że dziś mamy Walentynki, a więc dziewczyny przyszły tu ze swoimi nadzianymi forsą ukochanymi, aby uczcić ten dzień wytworną kolacją. Na pianinie przygrywał stary, łysy Jamajczyk, a na gitarze akompaniował chudy, czarny drągal z włosami, jak strąki; grali bluesa i reggae.

Wsłuchiwałem się potem samotnie w owe reggae, muzykę, która jest – jak mówią - płaczem serca ludu. Opowiadając o duchowych, fizycznych i życiowych problemach, przesyła jednak ludziom nadzieję. Ukazuje ból i smutek, lecz daje też otuchę, pod postacią naturalnej miłości do życia. Reggae to bijące serce Jamajki! 
Tak sobie dumałem, popijając jamajski rum appleton, który oparty o skałki lodu, smakował
mi wybornie. Romantyczna atmosfera Walentynek dokonała reszty i przypomniała, że przecież daleko w mroźnej Polsce gdzieś tam balują. Tylko ja tu sam jak kołek!
- Gdzie tu balują, gdzie tu tańcują? - zapytałem barmana.
- Tuż za rogiem działa dyskoteka Asylum, tam jest wesoło...
Nie dałem sobie dwa razy powtarzać. Rzeczywiście Asylum działała zaraz za rogiem. Przed wejściem stała długa kolejka chętnych, a bilet kosztował 200 dolarów jamajskich, czyli około sześciu amerykańskich. Podstemplowali mi rękę, a potężny bramkarz przepuścił bez obmacywania, mimo że wszystkich innych przeszukiwał dokładnie. Na schodach przywitały mnie dziewczęta, wciskając mi jakieś T-shirts.
Podziękowałem, myśląc, że chcą mi je sprzedać. A to był tylko strój organizacyjny obecnych, bowiem niektórzy na sali podrygiwali ubrani w takie koszulki.
- Cholera! Od progu strata! – zakląłem i usadowiłem się w jednym z barów wielkiej sali tanecznej. Zamówiłem, oczywiście appleton z lodem. Potem siedziałem dwie godziny, obserwując tłum, który podrygiwał w rytm muzyki, popijając to i owo.
W powietrzu unosił się upojny zapach marychy. Trudno ukryć - byłem zdenerwowany.
Co to za dyskoteka?
- Barman! – zawołałem, przekrzykując muzykę. – Czy tu w ogóle ktoś tańczy?
- Nie martw się – odpowiedział z przyjacielską życzliwością, bo już mnie polubił za wysokie napiwki. - Zaraz się zacznie!
Naszemu dialogowi przysłuchiwały się skąpo ubrane czarne błyskawice, które obsiadły bar wokoło i przyglądały mi się z ciekawością. Nic dziwnego - byłem tu jedynym białym. Kręciły się przy nich jakieś typy z kolczykami w uszach, złotymi łańcuchami na szyjach i pierścieniach na palcach.
- Postaw mi piwo, man! – nieoczekiwanie zaatakował mnie jeden z tych typów.
Zwykle nie reaguję na bezceremonialne zaczepki, ale teraz byłem sam, otoczony przez nabuzowanych czarnuchów. Doszedłem więc do wniosku, że lepiej będzie facetowi piwo postawić. Tak na wszelki wypadek. A kiedy już stało przed nim te piwo, zaczął ze mną pogawędkę.
- Co tu robisz? – zapytał.
- Siedzę i piję - odpowiedziałem grzecznie.
- Nie o to chodzi. Co robisz na Jamajce?
- Business - stwierdziłem krótko.
- Jaki business? – zapiszczała jedna z błyskawic za moimi plecami.
- Alumina...- wyjaśniłem, zresztą zgodnie z prawdą.
Potem już nie było mowy na mój temat, ale Czarna stojąca obok, wyraźnie zdradzała
zainteresowanie moją skromną osobą. Przedstawiła mnie swoim przyjaciołom i po chwili miałem już towarzystwo. Postawiłem Czarnej coca-colę, bo silniejszych trunków nie pijała, po czym ustąpiłem stołka przy barze. Jak prawdziwy biały dżentelmen!
- Dlaczego tu nikt nie tańczy? – zapytałem.
- Czekamy na naszą muzykę – odrzekła, ukazując w uśmiechu rząd perlistych zębów.
Nie zdążyłem jeszcze zapytać, o jaką muzykę chodzi, kiedy zagrali reggae i wszyscy runęli na parkiet. Czarna chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do tańca.
W kilka sekund później parkiet dosłownie oszalał. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego podobnego, a widziałem już w swym życiu wiele. Otóż na parkiecie odbywał się na moich oczach zbiorowy szał miłości. Po prostu - wszyscy „kopulowali” w tańcu.
To był sexy dance, czy też dirty dance. Dziewczyny kręciły tyłkami ósemki, a faceci atakowali je z różnych stron. Potem dziewczyny skakały facetom na biodra i zaczynał się szalony pokaz figurowego stosunku miłosnego. Niektóre pary schodziły do parteru i w tej pozycji imitowały figury miłosnego uniesienia. Niebawem wiele par poczęło się zbierać w grupy i wtedy zaczęła się prawdziwa zbiorowa orgia. Wszystko, naturalnie, w rytmie reggae!
Czarna też demonstrowała co nieco. Wypięła na mnie swoją dupcię i celowała nią w moje krocze. Trzymałem ją za biodra od tyłu, cokolwiek bezradnie, ponieważ nie bardzo wiedziałem, co z tym fantem zrobić. Po godzinie byłem nieomal cały spocony i właściwie wykończony. Wtedy Czarna postawiła mnie pod ścianą, zaś sama tańczyła nadal, napierając na moje przyrodzenie. Z boków atakowały mnie dwie inne błyskawice, mniejsze, w kolorze kawa z mlekiem. Zemocjonowany, zdołałem jednak dostrzec, że pod sufitem wisiały telewizory, właśnie pokazujące reportaż z ostatniego karnawału, kiedy to identyczny sex dance tańczono na ulicach. Po dwóch godzinach szaleństwa Czarna nagle stwierdziła, że już musi iść do domu, bo czeka tam na nią małe dziecko.
Powiedziała bye bye i znikła w tłumie. A mnie znowu poniosło do baru. Niemal natychmiast pojawił się mój body guard, któremu kilka godzin wcześniej postawiłem piwo. Teraz stwierdził, żebym się niczego nie obawiał, bo on mnie pilnuje. Na wszelki wypadek, postanowiłem pilnować się jego. I wówczas, jak w kiepskiej powieści, dostrzegłem w tłumie białego człowieka. Co za ulga! Poczułem się nagle tak, jakbym spotkał dawno niewidzianego przyjaciela. Rzuciłem się w tamtym kierunku, a on też zmierzał ku mnie. Bez słów padliśmy sobie w ramiona, po czym natychmiast poszliśmy do baru. Miał na imię Ivan. Okazał się Anglikiem, szefem jakiejś tam firmy, samotnie mieszkającym od pół roku w hotelu w Kingston. Przedstawiłem mu się jako Charlie, aby nie łamał sobie angielskiego języka Włodzimierzem. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Potem fundowaliśmy sobie na zmianę drinki, czując się, jak starzy przyjaciele. Ivan, między nami mówiąc, wcale nie wyglądał na szefa jakiejś tam firmy. Był młodym, szczupłym blondynem, mającym na usługach Jamajczyka, o którym powiadał, że pracuje w jego firmie.
- Wiesz, Charlie, przyszedłem tutaj, żeby coś wyrwać na noc. Około czwartej nad ranem robi się już pusto, a te, które pozostają, są do wyrwania...
- Mnie już jedna wyrwała – powiedziałem - ale poszła do domu...
Na sali zjawił się Pakistańczyk, jeszcze jeden przyjaciel mojego Anglika.
Uścisnęliśmy się wylewnie, jakbym ja także był jego przyjacielem. Piliśmy teraz we trójkę, obstawiani przez dwóch Jamajczyków. Nie było źle.
W pobliżu godziny czwartej istotnie sala cokolwiek opustoszała. Ale kilka dziewczyn można było jeszcze od biedy wybrać. Jednak zanim Anglik zdążył oderwać się od piwa i ruszyć we właściwym kierunku, wszystkie dziewczyny były już obstawione przez spragnionych miejscowych. Ivan spojrzał na ten pejzaż z rezygnacją, po czym machnął ręką.
- Chodź, Charlie – powiedział - Idziemy do German Eye, tam jest ich pełno.
Jednak ledwo wyszliśmy z dyskoteki, natychmiast kilku czarnuchów rzuciło się na
nas. Gdybym był sam, nie miałbym szans. Ale teraz miałem do pomocy Ivana, a także
mojego body guarda, który nagle wyrósł, jak spod ziemi i szybko wepchnął mnie
do taksówki. Napastnicy walili w szyby, domagając się pieniędzy, ale teraz do akcji
włączył się też taksiarz i drugi nasz Jamajczyk, ten od Anglika. Po krótkiej szarpaninie
wszystkim udało się znaleźć w środku i wówczas auto ruszyło z piskiem opon, sterując
prosto w tłum wrzeszczących czarnuchów. Było po wszystkim.
Dumni i bladzi wparowaliśmy do German Eye. Już w wejściu skoczyła mi na biodra jakaś dziewczyna, oplatając nogami i tańcząc znany mi już taniec, który omal nie wykończył mnie w dyskotece Asylum. Była w skąpym bikini, zgrabna, młoda i ładna, w kolorze bardziej mleka, niż kawy. No i nie było rady. Z powieszoną u szyi laską, ruszyłem w stronę baru. Moi koledzy też targali do baru zawieszone na szyjach gołe laski. Okrągły bar stał na środku sali, a wkoło ustawiono kilka niewielkich scen, na których właśnie tańczyły na rurach dziewczyny. Cała ta akcja odbijała się w licznych lustrach, co potęgowało wrażenie.
Ledwo usiadłem przy barze, już następna tancerka siedziała na mnie. Poprosiła o piwo, a po chwili jej koleżanka zrobiła to samo. Nagle rozchyliła czerwone koronkowe majteczki, chwyciła mojego Anglika za czuprynę i wcisnęła mu głowę miedzy swoje uda. Sądziłem, że Ivan zacznie się teraz gwałtownie wyrywać, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego dostaliśmy sporą porcję starego, dobrego porno, a faceci wokoło mocno dopingowali aktorów. Gdy było po wszystkim, Ivan wydał dziki okrzyk i popił go piwem.
Zrobiła się piąta rano. Show się kończył. Byłem mocno zmęczony, miałem tylko ochotę walnąć się na koję i spać.
- Jak na jedną noc, to starczy tych wrażeń – powiedziałem do Pakistańczyka, prosząc, aby zawiózł mnie do hotelu.
Moi przyjaciele też już mieli dość. Zgodnie stwierdzili, że AIDS lata tu w powietrzu.
W ten sposób wszyscy wsiedliśmy do auta. Podgrzany Pakistańczyk jechał wężykiem, ale miał jeszcze tyle przytomności i sił, aby wyrzucić na jezdnię mojego body guarda, twierdząc, że ten chciał mnie okraść. Po drodze mijaliśmy rozebrane dziewczynki, demonstrujące wszystko to, co miały nam do zaoferowania.
Ivana wysadziliśmy pod jego hotelem. Dopiero wtedy, jak szedł do hotelu, zauważyłem, że zgubił jeden but. Pożegnaliśmy się, jak starzy przyjaciele, czyli - padliśmy sobie w ramiona. Umówiliśmy się na jutro. Nie powiedziałem mu jednak, że jutro już będę w drodze do Kanady.
Bramę mojego hotelu Four Seasons otwarła ochrona. Podziękowałem Pakistańczykowi za wszystko, po czym poczłapałem do swojego pokoju. Miałem naprawdę dosyć, a za godzinę Agent miał mnie wieźć na statek. Zamówiłem więc budzenie i zapadłem w czeluść snu. Dobry był ten rum, ale trochę za mocno kopnął mnie w głowę. 
Cholernie męcząca jest ta Jamajka...
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/4035829035099352240/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/jamajka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4035829035099352240'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/4035829035099352240'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/jamajka.html' title='JAMAJKA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-1093127590549144238</id><published>2022-01-04T09:09:00.005-08:00</published><updated>2022-01-04T09:09:55.446-08:00</updated><title type='text'>GOŚCIE W MOJEJ TAWERNIE</title><content type='html'>GOŚCIE W MOJEJ KAPITAŃSKIEJ TAWERNIE
Uczestnicząc w kursie na dyplom kpt.ż.m. w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie poznaliśmy i polubiliśmy naszego wykładowcę kmdr Eugeniusza Koczorowskiego. 
W prywatnej rozmowie poinformował nas, że musi kupić lampę w NRD. Natychmiast zaproponowałem mu, że zawiozę go zagranice moim samochodem. Zawiozłem komandora z kolegą Lechem Katkowskim i kupiliśmy piękną Lampę, jakiej w Polsce nie było. 
I tak się zaczęła nasza długoletnia przyjaźń. Przez następne 45 lat był moim Guru i przyjacielem. Bywał często u mnie w domu, a ja u niego w Sopocie. Był Komandorem w Marynarce Wojennej, ale zachwycał swoimi obrazami i książkami. Kiedy zapraszał mnie do swojego Atelier na poddaszu swojego domu w Sopocie, malował i cudownie opowiadał historie o swoich podróżach po świecie.  A ja mu się rewanżowałem swoimi przygodami. Często wyjeżdżałem od Niego z podarowanym przepięknym obrazem żaglowca w morzu. Jako wiceprezes ZG LM spotykał się z młodzieżą, malował piórkiem i węglem i opowiadał. Jeździłem z nim na te spotkania, aż pewnego razu ogłosił młodzieży: „a teraz opowie kapitan Grycner” i tak mnie wciągnął do LMiR i na spotkania z młodzieżą. Zazdrościłem mu Jego Atelier, gdzie było tak wiele zbiorów i atmosfera dalekiego świata.
A przecież ja od lat pływając zbierałem pamiątki z całego świata, nie miałem jednak gdzie tego godnie prezentować. 
Aż wreszcie po trzyletnim pływaniu u niemieckich armatorów, kupiłem dom, w którym był duży wolny pokój. Przyjechał Gieniu i posadziłem go na środku 30m2 pokoju i poprosiłem: „ Geniu, proszę namaluj jak ma wyglądać moja Tawerna”. Gieniu wziął arkusz brystolu i narysował moją „Kapitańską Tawernę”, a na drugim arkuszu węglem namalował „Dar Pomorza”. Tak powstała moja tawerna, dokładnie jak namalował Gieniu, a pierwszym zawieszonym na suficie eksponatem był namalowany na brystolu „Dar Pomorza”. 
Przez lata przybywało eksponatów i opowieści. To Gieniu „za całokształt” nagrodzony Nagrodą Conrada nominował mnie do Międzynarodowej Nagrody Conrada „Indywidualności Morskie” i potem w 2014 roku w Gdańsku mi ją wręczał.
Potem przez wiele lat Gieniu z rodziną odwiedzał mnie, przywoził obraz w prezencie, zasiadaliśmy w Tawernie i długo ucztowaliśmy!
W 2019 roku Gieniu odszedł „na wieczną wachtę”, a ja wygłosiłem na Jego grobie przyjacielskie „ostatnie pożegnanie”, ale w moim domu przypominają o Nim obrazy, wspomnienia i Kapitańska Tawerna.
 Cześć Jego Pamięci! 
Nigdy nie dogonię mojego Mistrza( twórcy 3000 obrazów i 7000 rysunków), bo malować nie potrafię. Napisał ponad 30 książek o tematyce historycznej marynistycznej ilustrowanych Jego rysunkami, ale ja zaraziłem się od Niego i zacząłem pisać książki, zacząłem opisywać moje marynarskie życie.
W mojej Kapitańskiej Tawernie opowiadałem gościom o morzu i eksponatach (a każdy eksponat to opowieść), które zebrałem przez 45 lat mojego pływania po morzach i oceanach.
Wielu przyjaciół, kolegów, zaproszonych stowarzyszeń i innych chętnych odwiedzało mnie, żeby posłuchać morskich opowieści i pooglądać eksponaty. Przyjaciel Kpt.ż.w. Lech Katkowski grał na gitarze i śpiewał, bywali też sławni lekarze, grający na gitarach i śpiewający. Odbywały się, wywiady i uroczystości, które filmowała telewizja. Jak na przykład, gdy kapitanowie śpiewali mi „Sto Lat” z okazji otrzymania przeze mnie Międzynarodowej Nagrody „Conrady Indywidualności Morskie”.
Był u mnie w Tawernie mój Przyjaciel Prezydent RP Bronisław Komorowski, który przeczytał moje książki i kiedy w 2010 roku w Pucku na rynku, jako Marszałek RP i zarazem Prezes ZG LMiR wręczał mi „Pierścień Hallera”, to przedstawiając mnie Prezydentowi RP Lechowi  Kaczyńskiemu powiedział:
„ Kpt.ż.w. pisze piękne książki”.
W mojej Kapitańskiej Tawernie leży podarowane mi przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego pióro wieczne z napisem 
Prezydent Rzeczypospolitej Polski 
Bronisław Komorowski
 Jest też oprawiony w złotej ramce list: 
Bronisław Komorowski
Z gratulacjami i podziękowaniami 
 Bronisław Komorowski
To przysłany prezent po wręczeniu mi 
Międzynarodowej Nagrody „Conrady Indywidualności Morskie”.
Najweselej skwitował moją Tawernę mój przyjaciel słynny satyryk Tadeusz Drozda.
Stanął na środku Tawerny i stwierdził:
-Wiesz znałem jednego milicjanta, co zrobił sobie bar w kształcie aresztu!
Były też i poważne rozmowy, gdy zasiadali u mnie z kolegami z PSM moi przyjaciele Rektorzy WSM kpt.ż.w Eugeniusz Daszkowski, prof. dr kpt.ż.w. Aleksander Walczak, nasi wykładowcy  kpt.ż.w. Lech Jasiński, kpt.ż.w. Andrzej Fiderkiewicz, kpt.ż.w. Jan Pruffer, kpt.ż.w. Józef Gawłowicz, kpt.ż.w. Stefan Lewandowski, kpt.ż.w. Wiktor Czapp i inni.
Najczęstszymi gośćmi oczywiście byli przyjaciele z Peesemki: Lech Katkowski, Andrzej Surmacki, Bronisław Jany, Bogusław Fiuk z małżonkami. Często bywali sąsiedzi przyjaciele Elżbieta Marszałek i Bogdan Marszałek. Z Elą organizowaliśmy przecież Flisy Odrzańskie.
Kiedyś balowaliśmy w Tawernie często z Elżbietą i Ryszardem Stalińskimi i z wielu wielu innymi. 
Na pogrzebach naszych kolegów z Peesemki stypa była w mojej Tawernie i wtedy bywało nas więcej, bywali: Andrzej Surmacki, Lech Katkowski, Bronisąw Jany, Kazimierz Jawor, Andrzej Robaczyk, Józef Gabiński, Wojciech Klimaszewski, Michał Sadłowski, Krzysztof Poninski, Wojciech Wyganowski, Jacek Chudecki, Zbigniew Zdrowski, Światosław Kuźniecow i inni.
Ale najlepszym moim przyjacielem, z którym przeżyłem długie lata był Bogdan Bakuła z małżonka Elżbietą.
Często na pogawędkę i małego koniaczka wpadał do Tawerny sąsiad mój przyjaciel, nauczyciel, promotor Rektor WSM prof. dr Aleksander Walczak.
A najczęściej na winko przychodził mój przyjaciel sąsiad Rektor WSM pisarz marynista kpt.ż.w. Eugeniusz Daszkowski z którym dyskutowałem o literaturze Jego i moich książkach. Z Eugeniuszem byłem w bardzo przyjacielsko związany, aż do ostatnich chwil Jego życia.
Bardzo ważnymi moimi gośćmi w Tawernie byli Flisacy, którzy przyjmowani byli co roku na „Flisach Odrzańskich” w mojej Tawernie. Zawsze przynosili prezent, zwykle kawałek tratwy, a raz to nawet przytargali 40-to kilowy „Tron Retmana”.
Bywał u mnie wielokrotnie żeglarz Niemiec Horst Scholz z małżonką, ten którego w 1997 roku uratowałem z na Zatoce Meksykańskiej z tonącego jachtu. Horst przypływał jachtem, czasami go remontował w Szczecinie, spał u mnie w Tawernie a potem razem z Grażynką płynęliśmy z nim do Niemiec.
Były też w Tawernie opowieści żeglarskie „Braci Wybrzeża”, którym opowiedziałem jak uratowałem trzy jachty. Były liczne spotkania ze stoczniowcami- przyjaciółmi z dawnych lat i stowarzyszeniami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Bywał u nas przyjaciel żeglarz Tomek Włoch, który wiele pomagał mi na „Skwerze Kapitanów”, z którym kiedyś budowałem mój jacht „Mamuśka”. Był ze mną wiecznie teraz na „Skwerze Kapitanów”.
Bywali u nas przyjaciele Maria i Tadeusz Standowiczowie, a z Tadeuszem Chiefem Mechanikiem mogłem wreszcie pogadać jak z prawdziwym marynarzem. Tym bardziej, że byłem odznaczony przez Stowarzyszenie Starszych Mechaników Morskich. Znaczy, że mnie lubili.
Wszystkie uroczystości rodzinne odbywały się oczywiście w mojej „Kapitańskiej Tawernie”.
Bardzo ważne spotkania zorganizowałem u mnie w Tawernie ze studentami AMS.
Na pierwsze spotkanie ze studentami zaprosiłem Rektorów kpt.ż.w. Eugeniusza Daszkowskiego i prof. dr kpt.ż.w. Aleksandra Walczaka, oraz kpt.ż.w. Józefa Gawłowicza.
Poparty tymi autorytetami tłumaczyłem wtedy 10-ciu studentom i studentkom, jakie są korzyści i chwała z przynależności do LMiR. Wynikło z tego wstępne porozumienie i powstało pierwsze w historii Koło Ligi Morskiej i Rzecznej w AMS, do którego należy ponad 300 studentów, 
Wszystkim moim gościom wręczałem w prezencie moje książki, obligując ich do przeczytania.
Spotkania filmowałem i umieszczałem ku pamięci na YouTube i na Facebooku.
Czasy się zmieniły. Ludzie się zmienili.
Pandemia przestraszyła ludzi i pozamykali się w domach!
Moja Kapitańska Tawerna stoi pusta
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/1093127590549144238/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/goscie-w-mojej-tawernie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/1093127590549144238'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/1093127590549144238'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/goscie-w-mojej-tawernie.html' title='GOŚCIE W MOJEJ TAWERNIE'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-7529663157785485952</id><published>2022-01-04T08:34:00.002-08:00</published><updated>2022-01-04T08:34:25.819-08:00</updated><title type='text'>FLAMECO</title><content type='html'>Flamenco
Słyszysz flamenco i myślisz Hiszpania! Słusznie! Jednym z najbardziej znanych zjawisk kulturowych w południowej Hiszpanii, a właściwie w Andaluzji, jest fenomenalne flamenco. Każdy, kto był w Andaluzji i mógł zobaczyć na własne oczy i poczuć niepowtarzalny klimat flamenco, usłyszeć muzykę, śpiew, zobaczyć taniec, czy podziwiać wspaniałe stroje, na pewno tego nie zapomni. Flamenco to taniec ognisty, zmysłowy, pełen energii i temperamentu. Na flamenco składa się taniec, ale też charakterystyczna muzyka i śpiew. Flamenco jest tańcem żywiołowym, w którym dozwolona jest improwizacja. Jego stałym elementem jest rytm oraz palos (style flamenco, które wyróżnia się w zależności od muzyki). Reszta układu zależy od tancerza i jego siły wyrazu oraz chęci zaakcentowania poszczególnych fragmentów tańca.
Charakterystycznymi elementami są także dynamiczne zwroty nie tylko całego ciała, ale też samej głowy, typowy dla flamenco skręt ciała oraz szczególny ruch ramion, dłoni oraz palców, zwłaszcza u tańczących kobiet, dzięki którym tancerka może wyrażać najskrytsze emocje. Rytm wybiją zarówno tańczący jak i śpiewacy przez: Palmas - uderzenia dłonią o dłoń,  Pitos pstrykanie palcami, podkreślające wykonywane ruchy, Cajón uderzenia otwartymi dłońmi o pudła, na których siedzą śpiewacy. Często, zarówno tańczący, jak i muzycy używają kastanietów.
Rytm wybijają też stopami, a takie miarowe tupanie nazywa się Zapateado, natomiast zaakcentowanie wybranego elementu śpiewu lub muzyki nosi nazwę Punteado.
Zarówno kobieta, jak i mężczyzna tańczący flamenco są pełni ekspresji, zmysłowi, potrafią wyrazić całą gamę uczuć, od radości po wielki smutek. Profesjonalni tancerze flamenco potrafią połączyć perfekcyjną technikę z łatwością wyrażania emocji, dzięki czemu są w stanie opowiedzieć tańcem całą historię, która poruszy widownię.
Taniec jest tak ekspresyjny, że można dodatkowo wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje. Flamenco dodaje przy tym energii i pobudza do działania.
Jest to taniec wykonywany solo, w duecie, grupowo lub składa się z kolejnych „solówek”, wykonywanych przez poszczególnych tancerzy. 
Strój tancerek to przede wszystkim szeroka, kolorowa falbaniasta spódnica lub suknia (często w kolorze czerwonym, czarnym lub czerwono-czarnym) -wykorzystywana w tańcu, falbaniasty gorset i kolorowa chusta, uzupełnieniem czasem bywa wachlarz, grzebień lub kwiat.
Strój tancerzy – przeważnie czarny, granatowy lub ciemnobrązowy – to obcisłe spodnie, biała koszula, obcisła kamizelka, mała apaszka pod szyją, buty wzorowane na butach do jazdy konnej z wysokimi obcasami, by lepiej wybijać rytm i charakterystyczny płaskodenny kapelusz. Kamizelka i kapelusz bywają wykorzystywane, jako element choreografii. 
Charakterystycznym elementem flamenco jest muzyka, do której tańczą tancerze. Wykonuje się ją przede wszystkim na gitarze. Wyróżnia się liczne style flamenco, te najpopularniejsze to m.in. solea (dość wolne tempo), zambra (bardziej zmysłowa), alegria (szybkie tempo), petenera (melancholijna), buleria (żywiołowa). Muzyka wykonywana jest przede wszystkim na gitarze (choć zdarzają się przypadki użycia fletu, skrzypiec, wiolonczeli). 
Z punktu widzenia charakteru wykonywanego śpiewu (muzyki) rozróżnia się następujące rodzaje flamenco: 
•	cante jondo (cante grande): siguiriyas, soleá, tientos
•	cante intermedio: bulerías
•	cante chico: alegrías, fandango, farruca, sevillana
Taniec flamenco ma swoje korzenie w religijnych tańcach orientalnych, prawdopodobnie pochodzi od katak, – czyli hinduskiego tańca. Początki flamenco datuje się na I wiek naszej ery, był to okres panowania Cesarstwa Rzymskiego. Wpływ na rozwój flamenco miał na pewno fakt wymieszania się przez wieki wielu kultur, mauretańskiej, arabskiej, perskiej czy żydowskiej. Koniec XV wieku, to okres, w którym do Hiszpanii dotarli Cyganie.
Sam termin „flamenco” został wprowadzony dopiero pod koniec XIX wieku, ale jego pochodzenie nie jest do końca jasne. 
Wiele źródeł wspomina o „flaman” w starocygańskim zwrocie oznaczającym „dobroć”, ale również „sprośność”.
Tradycja flamenco wywodzi się właśnie z Andaluzji i można tu podziwiać jego fenomenalne wykonanie na pokazach, w klubach, restauracjach i na placach Sewilli. Flamenco to nie tylko taniec czy śpiew, to całe życie. Flamenco można podziwiać tu również na ulicy. Często na Plaza de Espana – Placu Hiszpańskim, czy w okolicach placu Puerta de Jerez tańczą tancerze.
Można też wybrać się na taki pokaz, do jednego z sewilskich tabalos. Klubów czy eleganckich restauracji gdzie odbywają się pokazy flamenco na przykład do Los Gallos na Plaza Santa Cruz.
Kiedyś sercem flamenco była dawna dzielnica cygańska Triana. Obecnie bije ono po drugiej stronie rzeki, przy calle Castellar , lub w uliczce Macareny Peña Flamenca Torres Macarena i inne. Można wybrać jeden z darmowych, często amatorskich występów, w jednej z knajpek Sewilli. Jednym z takich miejsc jest La Carboneria.
Wielokrotnie oglądałem występy Flamenco na całym świecie, ale zobaczyć występy w Sevilli w sercu jej powstania, to była wielka okazja, zwłaszcza, że nasz Powstaniec Listopadowy wyładowywał w Huelva- blisko Sevilli.
Załatwiłem więc samochód od agenta i pojechaliśmy z Matką Chrzestną statku. Od agenta, z prospektów i z Internetu dowiedzieliśmy się wiele. Najpierw zwiedziliśmy Sewillę, a wieczorem zjawiliśmy się pod jednym z sewilskich tabalos.
Chciałem kupić bilety, a tu pech-zarezerwowane. Staliśmy rozczarowani, gdy nagle zajechały dwa autobusy i wysypał się z nich tłum Niemców. To oni zarezerwowali nasze wymarzone tabalo.
Nagle zadecydowałem. Złapałem Elę za rękę i wciągnąłem w ten tłumek szwargocących. 
Wyrywała się, przestraszona, ale w końcu weszliśmy razem z Niemcami, przez nikogo niepytani, kto my i dlaczego się dołączyliśmy do nie naszej wycieczki. Bez jakiegokolwiek pytania zasiedlmy na widowni. Czerwone stoliki, zielone krzesła pomalowane w kwiaty, ustawione wokół sceny, na ścianach plakaty z torreadorami – po wejściu od razu zanurzyliśmy się w świat andaluzyjskiego folkloru. Po sali chodził jakiś mesero i zbierał zamówienia. Usłyszałem jak zamawia obok siedzący Niemiec i bez namysłu zamówiłem to samo: ”zwei gin und tonic –bitte. Byłem przygotowany, żeby zapłacić, ale okazało się, że to poczęstunek w ramach wycieczki. W ten sposób na koszt Niemców nie dość, że oglądnęliśmy wspaniałe występy, ale jeszcze się napiliśmy.
Występ był piękny i poruszający – trzy młode piękne bailaoras i trzech ognistych bailaoros mieli zaraźliwą energię, smutek przeplatał się w ich tańcu z radością, a śpiew był rozdzierający, a wyrażany w tańcu ból rozdzierał serca widzów.
- Jezu!- oni chyba przeżywają orgazm- szepnąłem do Eli.
Podświetlone od dołu tancerki rzucały dramatyczne cienie na białą ścianę, co skutkowało pięknym efektem wizualnym.
Niezwykłą atmosferę poczuliśmy szczególnie pod koniec występu, podczas tzw. fin de fiesta, kiedy na scenę wyszli wszyscy tancerze a energia tej sytuacji była niesamowita.
Rozgrzana do białości publika wyła ze szczęścia, a ja z Elą chyba najgłośniej.
Nagle jedna z pięknych bailaoras wręczyła mi w prezencie swój wachlarz, czyżby zwróciła na mnie uwagę, chyba bo biłem najgłośniej brawo? Na dodatek piękny tancerz podarował mi kastaniety. Czy i jemu się spodobałem?
To te pamiątki, teraz wiszą na ścianie w mojej tawernie i przypominają gorące rytmy flamenco i piękną tancerkę.
Niemcy szaleli, a my z nimi. Podczas wyjścia przyglądali nam się z zaciekawieniem, ale nikt nie zapytał, kto jesteśmy i skąd my się tu wzięliśmy?
A ja zażartowałem do przerażonej sytuacją Eli:
-To było za reparacje wojenne!
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/7529663157785485952/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/flameco.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/7529663157785485952'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/7529663157785485952'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/flameco.html' title='FLAMECO'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-3600982960234172168</id><published>2022-01-04T08:03:00.004-08:00</published><updated>2022-01-04T08:03:59.737-08:00</updated><title type='text'>CORRIDA</title><content type='html'>CORRIDA
Podczas mojego 40-to letniego pływania po morzach i oceanach wielokrotnie zawijałem do Hiszpanii. Pokochałem ten kraj, jego atmosferę, kulturę, przyjaznych ludzi i mariscos. Uczyłem się hiszpańskiego, co bliżej pozwalało mi poznać ludzi, a szczególnie Señoritas.    Na dodatek w Ameryce południowej, środkowej i Północnej też można było pogadać po hiszpańsku. Wszystkiego co piękne w Hiszpanii nie dam rady w jednym opowiadaniu opowiedzieć, ale chciałbym przybliżyć Corridę i Flamenco. Corrida hiszpańska to obok flamenco jeden z elementów podkreślających romantycznego ducha mieszkańców tego kraju.
Jedni doszukują się w Corridzie alegorii  mężczyzny pałającego do kobiety namiętnym lecz zgubnym uczuciem. Opowieści gdzie on, poddany okrutnej zabawie ponosi śmierć z rąk  obiektu swojego pożądania. Inni dopatrują się w corridzie spektaklu, w którym widzowie przeżywają wraz z matadorem momenty jego brawurowej odwagi, dumy, podniecenia, drwiny oraz niekiedy strachu i cierpienia. Niektórzy z kolei twierdzą, że jest to krwawe, bezsensowne widowisko gdzie człowiek najzwyczajniej w świecie udowadnia swoją przewagę nad niebezpiecznym, chociaż podstępnie osłabionym zwierzęciem. Jedno jest pewne, corrida de toros to tradycja nierozerwalnie złączona z kulturą Hiszpanii.
Toreador (torero) to zawód cieszący się od wieków wielkim szacunkiem w społeczeństwie Hiszpanii. Są to postaci niemalże wielbione przez społeczności wsi, miast i miasteczek z których się wywodzą. Najsłynniejsi stają się wielkimi celebrytami. Kariera wielu toreros zakończyła się przedwcześnie na skutek ran odniesionych w walkach na arenach corridy. Podczas widowisk noszą barwny, lśniący mieniącymi się w słońcu cekinami i złocistym materiałem strój nazywany traje de luces. Pierwszoplanową postacią wśród toreadorów  oczywiście jest matador. Jednak droga każdego torero na sam szczyt jest długa, pełna ciężkiej pracy, balansowania na granicy życia i śmierci.
Wielokrotnie oglądałem hiszpańską corridę na żywo, jest to teatralne widowisko podzielone na swoiste akty (tercios). Nie jest to do końca wyreżyserowane przedstawienie, gdyż nigdy nie można przewidzieć jak potoczy się każda z jego scen. Publiczność daje aplauz ale potrafi również wyrazić w żywiołowy sposób swoje rozczarowanie a nawet oburzenie.
Wiadome jest natomiast, że jest to jedno z najstarszych widowisk na świecie, które odbywa się po dzisiejsze czasy. Mówi się o tym, że ma swoje korzenie w starożytności, a nawet sięga jeszcze dalej, do epoki brązu.
Pewne jest, że byki były zwierzętami, które brały udział w charakterze bestii na arenach starożytnych Rzymian tocząc krwawe walki z lwami, niedźwiedziami oraz z ludźmi (wg. niektórych przekazów konno miał z nimi walczyć sam Juliusz Cezar).
W niektórych regionach Hiszpanii odchodzi się od tej tradycji. Przykładem jest Katalonia, gdzie zgodnie z uchwałą autonomicznego parlamentu zabrania się publicznych pokazów walk byków.
Obecnie corrida praktykowana jest w podobnej formie w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, Portugalii oraz na południu Francji.
Kiedy mój statek zawinął do Huelva w Andaluzji wybrałem się na  to widowisko na słynną Plaza de Toros Real Maestranza de Caballería w Sewilli i zasiałem w ławce (tendido)w cieniu (sombra).
Bilety na corridę kosztują od kilku do nawet kilkuset euro. Ich cena jest zależna od wielu rzeczy: miejscowości w której znajduje się dana arena, dnia w którym się odbywa czy typu miejsca przeznaczonego na widowni najdroższe miejsca dla VIP, potem kategoria 1, kategoria 2 / sol, sol y combra i sombra). 
Miejsca na owalnej arenie, zapełnione były po brzegi, podzielone na cztery kategorie. Widzowie zasiedli w ławkach (tendidos) i na balkonach (palcos). Można było wybrać miejsca w słońcu (sol) lub bardziej komfortowe z uwagi na hiszpańskie warunki pogodowe miejsca w cieniu (sombra), ewentualnie zmieniające zacienienie w trakcie widowiska (sol y sombra). W honorowym miejscu trybun znajdowała się loża gdzie siedział przewodniczącego corridy (presidencia), jakiś dygnitarz reprezentujący urząd miasta.
W samym centrum plaza de toros na ruedo (potocznie zwane także albero lub redondel), było ubite piaszczyste podłoże, na którym miały toczyć się walki. Na całym obwodzie otaczała je drewniana, wysoka na 1,5 m ścianka nosząca nazwę barrera. Od środka wkomponowane były w nią parkany burladeros, za którymi w razie nieprzewidzianych kłopotów może schronić się torero.  Za barrerą znajdował się otaczający ją korytarz callejón, w którym czekali na swoją kolej aktorzy spektaklu, pomocnicy oraz obsługa reagująca na dziejące się na arenie zdarzenia (poprzez jedne z drzwiczek  mogą błyskawicznie pomóc będącemu w opałach toreadorowi). Do piaszczystego placu prowadziły dwa wejścia. Jedno dla matadora wraz z jego zespołem (puerta de cuadrillas) oraz drugie dla byków (arrastre de toros lub puerta de toriles).
Byki biorące udział w walkach w trakcie pokazów corridy to autochtoniczna, hiszpańska odmiana  toro bravo. Cechuje je przede wszystkim ognisty temperament, agresywność, potężna siła, masywna budowa ciała oraz duże, skierowane do przodu rogi. To co odróżnia męskie osobniki toro bravo od innych podgatunków bos taurus primigenius to jego reakcje w obliczu niebezpieczeństwa ze strony innych stworzeń (w tym człowieka). Hiszpańskie byki atakują stanowiący zagrożenie obiekt, podczas gdy pozostałe odmiany uciekają. Gotowe do stoczenia walki byki osiągają masę ciała wynoszącą około pół tony.
Byki bitewne hodowane są na specjalnych fermach w całej Hiszpanii, chociaż za ojczyznę toro bravo uznaje się rozległe łąki (dehesy) w Andaluzji. Wkrótce po kończących ich żywot walkach, mięso zwierząt trafia na stoły hiszpańskich restauracji i domostw. Uważa się, że wyzwalająca się wtedy adrenalina nadaje mu niepowtarzalny, ostry smak (a za największy rarytas uznaje się ogon byka). Utarte w świadomości ludzi wyobrażenie iż byk reaguje agresją na kolor czerwony jest podobno mitem. W rzeczywistości zwierzęta te nie rozróżniają barw (daltonizm). Podczas corridy uśmiercanych jest sześć byków (przypadają po dwa na każdego matadora).
Corrida to swoisty rytuał, mieszanka doskonale zaaranżowanego spektaklu z wielką dawką grożącą śmiercią improwizacją. 
Widowisko rozpoczęło paseíllo  na arenę wkroczyło dumnym krokiem trzech toreadorów i dwóch rejoneadores  walczących z bykami konno wraz z ich zespołami złożonymi z banderilleros, jadących na koniach picadores oraz pozostałych pomocników tzw. mozos. Na samym czele pochodu jechali alguacilillos (dawni namiestnicy), którzy prosili przewodniczącego (presidente) o symboliczne klucze do wrót za którymi oczekują waleczne byki. Towarzyszyły temu donośne dźwięki muzyki pasodoble. Dumny pochód przemaszerował dookoła ruedo  przedstawiając się publiczności. 
Później rozpoczęła się pierwsza seria pokazów walk podzielona na trzy tzw. tercios, w których skład wchodzą także dwie tzw. suertes.
Pierwsza część widowiska o nazwie corrida de toros to tercio de varas. Podczas niej matador wykonał zgrabne manewry kolorową płachtą zwaną capote. Rozdrażnił byka i spowodował jego wyjątkowo niebezpieczną szarżę. Największy aplauz publiczności wywołał sytuacją, w której atakujący toreadora byk został wytrącony z równowagi i padł na kolana. 
Pierwszą &quot;tercio&quot; zakończyło suerte de capote, podczas której matador wykonał ten jeden z najtrudniejszych manewrów będących świadectwem jego odwagi. 
Później na arenę wjechali konno picadores zaopatrzeni we włócznie. Jeden z nich zadał bykowi z góry głębokie dźgnięcie lancą w okolice karku.  Publika wyła, gdy szarżujący byk prawie nie powalił konia (osłoniętego szczelnie zbroją przypominającą materace) z którego atakował pikador.
Rozpoczęła się tercio de banderillas, piesi banderilleros usiłowali wbić bykowi w garb parę krótkich włóczni zakończonych wstążkami oraz haczykowatym  grotem. Udawało im się odskoczyć  w odpowiednim momencie sprzed rogów szarżującego na nich byka. Tercio zakończyło się gdy wszystkie sześć banderillas znalazło się w karku byka.
Wreszcie na arenę dumnie wkroczył Matador to była ostatnia część pojedynku to tercio de muerte-śmierci.
Pomimo że byk był już znacznie osłabiony i mocno wykrwawiony jednak dalej był niebezpieczny dla życia matadora. 
Matador wyposażony był w znacznie mniejszą niż w pierwszej tercji płachtę nazywaną muleta. Matador wykonał wiele ryzykownych manewrów (suerte de muleta), sprawiających wrażenie tańca wyjątkowo zuchwałego, a nawet stojąc odwrócony do bestii plecami, przy ogólnym gorącym aplauzie szalejącej publiczności.
Kiedy już poczuł, że zwierzę nie stanowi wielkiego zagrożenia zadał mu śmiertelny cios trafiając precyzyjnie szpadą o nazwie estoque w miejsce wielkości monety znajdujące się w okolicach karku byka. Udało mu się to za pierwszym razem i znowu otrzymał donośny aplauz publiczności. Byk padł na kolana. Chwilę tak trwali, on zwycięzca i byk pokonany. Widownia zamilkła… A może jeszcze wstanie?- chyba myśleli. 
Nagle, jednak runął na bok i skonał, a tłum  zwycięsko zawył. 
W nagrodę Matador mógł wziąć określone trofeum w postaci uszu zabitego byka lub jego ogona. Obciął więc uszy byka i i dumnie wzniósł do góry pokazując zachwyconej publiczności.
Tłum znowu zawył i zaczął rzucać na arenę prezenty dla zwycięscy. A On szedł dumnie wokoło areny i zbierał dary, ale czasami niektóre z nich odrzucał na widownię. 
A  ja ! Ja rzuciłem mu  mój bukłak napełniony winem „Sangria”- bycza krew. Podniósł go wysoko nad głowę i strumykiem lał prosto do gardła. Wypił sporego łyka, a następnie odrzucił mi bukłak i pozdrowił dziękując.
To ten bukłak, który teraz wisi na ścianie mojej Tawerny i przypomina mi tego wspaniałego matadora i Jego mrożącą krew w żyłach walkę z bykiem. 
Z niego to pijemy z kolegami Sangrię i krzyczymy Olé! Brawo! 
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/3600982960234172168/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/corrida.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/3600982960234172168'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/3600982960234172168'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/corrida.html' title='CORRIDA'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3218472701611530001.post-7338845628512174360</id><published>2022-01-04T06:52:00.004-08:00</published><updated>2022-01-04T06:52:45.983-08:00</updated><title type='text'>MIĘDZYNARODOWA NAGRODA &quot;CONRADA&quot;</title><content type='html'>
MIĘDZYNARODOWA NAGRODA „CONRADA”
„INDYWIDUALNOŚCI MORSKIE”

W mojej tawernie stoi sześciokilowa statuetka z brązu Josepha Conrada Korzeniowskiego.
W świecie jest 107-miu  laureatów tej nagrody z całego świata, a wśród nich jest aktualny król Norwegii Harald V.
Nagroda ta była przyznawana za wybitne osiągnięcia w dziedzinie żeglarstwa, kultury morskiej, nauki, gospodarki morskiej i popularyzacji problematyki morskiej.

Dnia 08.marca 2014 r. wręczono mi ją w Gdańsku w XVII-to wiecznej Tawernie „Zejman”.
Tą Międzynarodową Nagrodę Conrada „Indywidualności morskie”, wręczył mi mój nauczyciel kmdr Eugeniusz Koczorowski laureat tej nagrody, który mnie do niej nominował.

W obecności laureatów i zaproszonych gości komandor Eugeniusz Koczorowski wygłosił laudację.

Zostać Kapitanem Żeglugi Wielkiej to wyzwanie dla młodego człowieka. Do osiągnięcia tego celu, czeka przed nim drabina, po której będzie się wspinał. Uczelnia, praktyka, kursy, pozyskiwanie patentów i dalsza kariera zawodowa, która będzie uzależniona od zdolności zawodowych i kolejnych kursów udoskonalających. Tak więc kapitanem staje się dzięki wykształceniu, doświadczeniu i rutynie.
Natomiast Indywidualnością Morską w tym zawodzie się bywa.
Decyduje o tym dodatkowo osobowość, charyzma, wrażliwość postrzegania innego od lądowego środowiska morskiego. Grycner oddał morzu 46 lat swojego życia. To inna kultura, obyczaje, ceremonia, historia, tworzą otoczkę kulturową tego zawodu.
Prowadząc wykłady na kursach kapitanów żeglugi małej i wielkiej zauważyłem niezwykłe zainteresowanie Włodzimierza Grycnera morską tematyką. 
Połknął bakcyla. Uczestniczył w moich spotkaniach autorskich w szkołach szczecińskich.     A następnie sam także występował na spotkaniach z młodzieżą.
Zaczął wykazywać niezwykłą aktywność społeczną w Lidze Morskiej, zwłaszcza w organizacji Flisów Odrzańskich, pełniąc przez 18 lat funkcję Komodora. 
Pisał również opowiadania zamieszczane w prasie, a następnie książki. 
Włodzimierz Grycner będąc bowiem szalenie barwną postacią, obdarzony poczuciem humoru, optymistycznie nastawiony do świata i ludzi, obdarzony cechą wspaniałego gawędziarza, przelewa na karty stron równie barwne opowiadania. 
To niewydumane opowieści powstałe z potrzeby pisania. To oryginalne autentyki!
Ambitny, zarówno pierwszy wśród równych, zaczął mnie fascynować swoją osobowością i stał się, nie ukrywam, moim serdecznym oddanym przyjacielem. 
Zatem z ogromną satysfakcją w imieniu kapituły, wręczam statuetkę CONRADA, którą równie dobrze można nazwać Morskim Oskarem.
Kmdr Eugeniusz Koczorowski

Nagle zauważyłem siedzącą w pierwszym rzędzie Panią Dyrektor mojego Liceum Ogólnokształcącego. 
-Skąd oni się tu wzięli?- pomyślałem zdziwiony.
Okazało się, że jest ich cała delegacja z Chełmży. Nagle wystąpili na scenę i Pani Janina Nowacka Dyrektor Zespołu Szkół Chełmża złożyła mi gratulacje, wręczyła obraz mojej szkoły w Chełmży i kwiaty (co wywołało uśmiechy, bo był 8-my marca- Dzień Kobiet) 
Piękny obraz mojej 100-letniej szkoły był podpisany:
„Kapitanowi Włodzimierzowi Grycnerowi absolwentowi Liceum
Ogólnokształcącego w Chełmży gratulacje z okazji otrzymania
Międzynarodowej Nagrody „CONRADY Indywidualności
Morskie” oraz Nagrody POZŻ im. Conrada składa Społeczność
Zespołu Szkół w Chełmży i napisanie dziewięciu książek
w tym jedna w siedmiu językach (o tematyce morskiej),
oraz e-booki i audiobooki książki:
„Życie marynarskie”.
Gdańsk, 8 marca 2014 roku.”

Zaprosiłem na tę uroczystość do Gdańska moich przyjaciół ze Szczecina kpt.ż.w. Lecha Katkowskiego i kpt.ż.w. Bogusława Fiuka, przyjechał też z Ulanowa Retman Mieczysław Łabęcki. Oczywiście asystowali mi podczas wręczania w kapitańskich mundurach, a Retman w bogatym stroju Flisaka. Potem już było bogate przyjęcie, piliśmy, jedliśmy i śpiewaliśmy  razem z Komandorem Eugeniuszem Koczorowskim i delegacją z Chełmży.
A grał na gitarze i śpiewał nam kpt.ż.w. mój przyjaciel Lech Katkowski.

Po powrocie do Szczecina dostałem list od Pani Dyrektor:
Serdecznie witam Pana Kapitana!
Bardzo dziękuję za to, że mogłam uczestniczyć w tak wspaniałej i ważnej dla Pana oraz dla nas – społeczności szkolnej uroczystości.
Jesteśmy dumni z Pana dokonań i cieszymy się, że zostały one docenione tak bardzo wysokim wyróżnieniem jakim jest nagroda Conrady. Było nam bardzo miło, że zostaliśmy w tak piękny sposób przez Pana powitani. Słowa, które wypowiedziałam i tak nie ukazały naszej wdzięczności i dumy, że jest Pan naszym absolwentem. 
Jeszcze raz serdecznie gratulujemy.
Część nieoficjalna zostanie nam również na długo w pamięci. Było nam z Panem i wszystkimi Pana gośćmi wspaniale. Prosimy pozdrowić od nas wszystkich, również rodzinę i życzyć „Tak trzymać” (to przecież Pana słowa).
Dziękuję za przesłane zdjęcia. Pragnę poinformować, że w naszym szkolnym Multimedialnym Centrum Informacji, na każdej przerwie uczniowie oglądają prezentację multimedialną z dostępnych nam materiałów i film z uroczystości emitowany na stronie
YouTube. 
W miesiącu kwietniu, na zakończenie roku szkolnego dla absolwentów, zostanie wszystkim wręczone czasopismo szkolne „Ogólniak”, a w nim artykuły związany z Pana osobą.
W kronice szkolnej chciałabym również umieścić artykuł tematycznie związany z Międzynarodową Nagrodą Conrady Indywidualności Morskie – 2014, który na pewno ukaże się w Waszych wydawnictwach. Proszę o niego.
W moim gabinecie została powieszona rzeźba żaglowca, za którą jeszcze raz dziękuję.
Bardzo serdecznie pozdrawiam, liczę na kolejne spotkania w naszej Chełmży.
Janina Nowacka – Dyrektor

A u mnie w tawernie zjawili się w mundurach Kapitanowie koledzy z PSMKI, moi nauczyciele i przyjaciele: Lech Katkowski, Andrzej Surmacki, Bronisław Jany, Bogusław Fiuk, Andrzej Robaczyk, Michał Sadłowski, Krzysztof Poniński, Wojciech Klimaszewski, Kazimierz Jawor, Bogdan Bakuła i moi wykładowcy Lech Jasiński i Andrzej Fiderkiewicz.

Przybyła też telewizja szczecińska i nagrywała, nagrywała, a najbardziej wzruszająco było jak moi koledzy i nauczyciele śpiewali mi „Sto lat! Sto lat!. Sto lat! Niech żyje, żyje nam!
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marynarski-los.blogspot.com/feeds/7338845628512174360/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/miedzynarodowa-nagroda-conrada.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/7338845628512174360'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3218472701611530001/posts/default/7338845628512174360'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marynarski-los.blogspot.com/2022/01/miedzynarodowa-nagroda-conrada.html' title='MIĘDZYNARODOWA NAGRODA &quot;CONRADA&quot;'/><author><name>Marynarz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15668438970353972810</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='//blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjryx1JUNwAIr9mtxZD6F_C96wLKUrAl9suD0MfVWv4f0staSLpmlXZ6bEC4vc1wZeBQONe480yhrbMy4wie_9Fvq72h24brW9uSvqx-0DuzFR0PF2ypdeCE7o89fIxdw/s150/PICT0020.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>