<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<?xml-stylesheet type="text/xsl" media="screen" href="/~d/styles/rss2full.xsl"?><?xml-stylesheet type="text/css" media="screen" href="http://feeds.feedburner.com/~d/styles/itemcontent.css"?><rss xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearch/1.1/" xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0" version="2.0"><channel><atom:id>tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488</atom:id><lastBuildDate>Thu, 16 Feb 2012 09:00:36 +0000</lastBuildDate><category>jak-23</category><title>statek pijany</title><description /><link>http://podrozny.blogspot.com/</link><managingEditor>noreply@blogger.com (Podróżny)</managingEditor><generator>Blogger</generator><openSearch:totalResults>13</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="self" type="application/rss+xml" href="http://feeds.feedburner.com/Podrozny" /><feedburner:info xmlns:feedburner="http://rssnamespace.org/feedburner/ext/1.0" uri="podrozny" /><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="hub" href="http://pubsubhubbub.appspot.com/" /><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-8432200272989258549</guid><pubDate>Sat, 23 Oct 2010 02:57:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-11-02T10:59:18.843-07:00</atom:updated><title>...</title><description>&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;div style="text-align: center; font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;koniec i figa!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-8432200272989258549?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2010/10/co.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-6156382703047527608</guid><pubDate>Sun, 02 Aug 2009 09:42:00 +0000</pubDate><atom:updated>2012-01-06T08:49:08.443-08:00</atom:updated><title>Małże w rosole</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: center;"&gt;*&lt;/div&gt;Pewnego mroźnego zmierzchu, gdy spodziewałem się księdza, ktoś zastukał do drzwi. „Kto tam?” zapytałem, bo wizjer był zamalowany. „To jeszcze raz ja – ministrant” ktoś odpowiedział przez drzwi. Ksiądz nie zjawił się tego, ani żadnego innego mroźnego zmierzchu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: center;"&gt;*&lt;/div&gt;Usłyszałem raz od hodowcy kukułek, że w jego głowie mieszkają zegarki.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: center;"&gt;*&lt;/div&gt;Sława to jedyne, na czym zależy herosom. W początkach wieku na schodach pałacowych leżał martwy Gordon, którego ciała nigdy nie znaleziono. Taki los herosów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: center;"&gt;*&lt;/div&gt;W sanatorium panowała wielka wrzawa, wywołana walką szpiegów o wiersze pewnego poety w nim się leczącego i o samego poetę, który gdzieś zniknął. Wywiązała się batalia. Szpiedzy walczyli ze sobą, w wielkim ścisku tak, iż nie można było się domyśleć, czy są to szpiedzy czy pensjonariusze. Poeta zniknął, ale wcześniej opisał tę walkę, która z powodu jego zniknięcia przeciągała się w nieskończoność.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: center;"&gt;*&lt;/div&gt;Zetknięci łopatkami skłóceni kochankowie posłali sobie na próbę:&lt;br /&gt;
„quick brown fox jumps over the lazy dog”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;*&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: center;"&gt;Z teatralnego budynku alkohole wynieśli&lt;br /&gt;
grubas i jego żona&lt;br /&gt;
A żona innego grubasa i jej kochanek&lt;br /&gt;
za grę aktorów wyśmieli  &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: center;"&gt;*&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Popełnił samobójstwo wieszając się w szafie i czekając na mole jak na piranie.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div&gt;*&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-6156382703047527608?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2009/08/maze-w-rosole.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-7170646209038531752</guid><pubDate>Sun, 26 Jul 2009 10:20:00 +0000</pubDate><atom:updated>2012-01-06T08:52:05.889-08:00</atom:updated><title>Script kiddie</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niedziela wysoko zadrażniona chrypą królestwa siódmego podniebienia. Ekhm, ekhm! W niedzielę zawsze jest tak samo, po cichu szczypanie w pośladek, w udo, w ogóle szczypanie jakieś.&lt;br /&gt;
Dla bezpieczeństwa, dzień wcześniej (już wtedy!) należało zejść z ceny uczucia, kiedy pisk szalonej windy rozwiewał ulotne piaski  i na schodach drobno rozsypywał je żółtą kaszą. Ale ja nie mogłem (a kto by?) się powstrzymać. Szedłem nimi zanurzony w modlitwie po kolana.&lt;br /&gt;
Nie mogłem nie układać tego, z tym się nie układać. Z łajdacką rozkoszą kradłem sprawy niepowtarzalne, żeby ktoś nie miał tego, co chciałem mieć i powtarzalne  - żebym mógł mieć przynajmniej tyle, co ktoś. To zdarzało się tak często. I dla samych pozorów mówiono: „tak”, bo nikt nie dążył do zdjęcia maski.&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SoUnRlFEKWI/AAAAAAAAAjM/c__ef-USHt4/s1600-h/mask_still_life_iii.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5369741313673800034" src="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SoUnRlFEKWI/AAAAAAAAAjM/c__ef-USHt4/s200/mask_still_life_iii.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: left; height: 188px; margin: 0 10px 10px 0; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt; Maski są pożyczone, albo zmyślone. Garderoba boskiego ubogiego.&lt;br /&gt;
Brałem więc te niedziele sobie do serca. Że niby lepsze. Lubiłem je za teoretyczny spokój dwóch dań (dzień wcześniejszy czciłem za deser). A gdyby tak odwrócić kolejność? Morze przed sztormem lubi się spokoić dla zwiększenia efektu burzy. Na tej gładkiej karcie zapisana byłaby cała historia, co burzę nowa.&lt;br /&gt;
Słyszałem jeszcze kiedyś, że szczęście idzie nisko, w środku tygodnia (że życie zakwita w pracy wołał przekornie Rimbaud). Kiedy gęba głodna tanich perfum. Ta odświętność nie wymaga dnia strojnego w tytuł per fum. Która nie wymaga niczego prócz, normalnie, najgorszego gustu. Niektórzy są skłonni w to uwierzyć i żyć zgodnie z tą marszrutą, pomiędzy starą meblościanką a zapachem sznycla. Nie będąc w lepszej sytuacji,  powodzenia krzyczę, jak się krzyczy: Obiad stygnie!&lt;br /&gt;
Niedziela i smak miętusa z czerwonym zadziorem szminki, potem odwiedziny, po których trzeba wietrzyć mieszkanie, cały blok najlepiej. Ale dzień wcześniej... Jednak dzień wcześniej. Cudzymi fortelami dostawałem się pod te twoje świątecznie wymyte okna. Jednym ruchem wyrywałem twój czerwony portfel sklecony z przyspieszonego pulsu i wypłacałem z niego pensję jak własną. Bez sprzeciwu, bez hasła, dłonią, która nie była moją, a lepszą. Nikt wtedy nie pamięta o niedzieli, jak o konsekwencjach. Cel, pal! Pierwsza salwa nakrywa cel. Abordaż! Darz bór, na zdrowie! Nasze zdrowie. Noc jest długa.&lt;br /&gt;
Każdy szuka czegoś dla siebie: w słowie niezmąconym, w cieple zbliżonych twarzy, w powtórzeniach zawsze nowych, w oczach zamkniętego sprzeciwu, we wspólnym do pięt wzrastaniu. I dopiero, kiedy zejdzie na to, że wszystko jedno, można wznieść się cicho, delikatnie na piórkach do tego, co na początku, kiedy żaden tydzień, żadne maski, miętusy czy sznycle. Dlatego właśnie wziąłem rozbieg do skoku...&lt;br /&gt;
Wolny jest ten bez więziennej kuli u nogi, ale żeby przeskoczyć ów parów, trzeba być szybkim i na powrót dopiąć całą cytadelę przyzwyczajeń i złych nawyków.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-7170646209038531752?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2009/07/script-kiddie.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SoUnRlFEKWI/AAAAAAAAAjM/c__ef-USHt4/s72-c/mask_still_life_iii.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-3384141427996723635</guid><pubDate>Tue, 30 Jun 2009 13:03:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-08-12T01:40:58.988-07:00</atom:updated><title>Od tygodnia</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Od tygodnia przez niebieski durszlak nieba sączy się żar na moją biedną głowę. Ogień gwiżdże z jeszcze świeżych ust i nie można poczuć zimna prócz słodkawego chłodu pocałunków, które są jednak nie po to by studzić, a żeby bardziej jeszcze zagrzewać. To widać.&lt;br /&gt;
Po chwili jednak pogoda klaruje się ukazując górskie rzeki pełne kamieni i ryb. A ty złodziejskim przemknięciem kładziesz stopy na stopniach – odbłyskach blaszek, które podpływają do ciebie jakbyś była panią tych wód. I idziesz (przez płotki) na drugą stronę, zbyt delikatnie, tak jak może się podobać (wszyscy zgodni). Znajdujesz dłońmi dotyk tuż na zewnątrz bioder, ocieranych o brzęk (niesionych z troską pełną drogocennych kamieni) wiader. Jak fetysz zatykany na pal, tkwią utkwione oczy w blaszanych kubłach, daleko od siebie. Pamięcią jednego widoku wspólne sobie. Wszystkie w jednym&amp;nbsp;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: #33ccff;"&gt;kolorze&lt;/span&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wewnątrz starego miasta, które rozwija podwójne skrzydła ważki, stoję i obracam głowę po kryjomu wyłupionych oczu. Pod brewką, światłem budzących się witryn, szybko jak drób zapędzanych w sen, ciemnieje po horyzont ślepy (głupi) sęk. Nie widzę już chorego drzewa, ulicy sprzed momentu, ani nikogo sprzed lat. Ani brzegu, przy którym najbiedniejszy grzał się rybak, biorąc ryby z prądem rzeki.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-3384141427996723635?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2009/06/od-tygodnia.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-5555281224014059055</guid><pubDate>Sat, 27 Jun 2009 18:04:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-08-12T10:04:35.161-07:00</atom:updated><title>Czapka kazańska</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W małym miasteczku był mały bazar. Na dole, i żeby do niego dojść trzeba było zejść z górki. A gdyby ta była wyższa targ wyglądałby jak małe miasteczko z małymi mieszkańcami stojącymi przed małymi domkami. Ale nie była. Zjeżdżało tam wielu kupców, najliczniej tych ze Związku Radzieckiego. Przywozili ze sobą całą masę niedorzecznych sprzętów, dla których klient zawsze znajdywał potencjalne zastosowanie - zawsze lepiej mieć coś niż nic. Byli jak wesołe miasteczko – nigdy nie wiedziałem jak i kiedy przyjeżdzali i co się z nimi stało kiedy ich kraj zmienił flagę. Po prostu znikli zabierając ze sobą magiczny kram, ale zanim to uczynili sprzedali mojemu dziadkowi pewną rzecz.&lt;br /&gt;
- Bardzo ładna taka czapka, taka... bo ja wiem... tradycyjna. Kupię ci ją – powiedział dziadek, po czym zwrócił się do sprzedawcy. – Skolko ta czapka?&lt;br /&gt;
Na rzuconą kwotę, dziadek skrzywił się i podjął dłuższą rozmowę z tatarskim sprzedawcą w języku, którego ani wtedy nie znałem, ani dziś. W końcu wręczył mężczyźnie kilka niebieskich banknotów. Tatar z kieszeni wyciągnął dwa rulony: ruble i złotówki i niebieskie banknoty wsunął pod recepturkę z polską walutą i szybko schował.&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SkZfrDINU2I/AAAAAAAAAic/ySZmQHHpbrE/s1600-h/Kazan_crown.PNG"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5352070400355160930" src="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SkZfrDINU2I/AAAAAAAAAic/ySZmQHHpbrE/s200/Kazan_crown.PNG" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 200px; margin: 0 0 10px 10px; width: 164px;" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Dziadek był zachwycony, a ja nie wiedziałem co mam zrobić z tą czapką, wolałem samochód na sterowanie, moskwicza takiego. Podziękowałem, nie było wyjścia. Ta jakiś czas przeleżała na szafie w zupełnym zapomnieniu, aż pewnego dnia ściągnąłem ją, przetarłem z kurzu, nasadziłem na głowę i wyszedłem do sklepu.&lt;br /&gt;
Po drodze spotkałem kolegę, który... mnie nie poznał. Kiedy podszedłem do niego, żeby się przywitać popatrzył na mnie złowrogo (dzieci to potrafią) i poszedł dalej. W sklepie wypiłem oranżadę na miejscu i zawróciłem do domu. Tam czekała mnie kolejna przykra niespodzianka, gdy odprawiono mnie spod samych drzwi dzikimi obelgami jak cygańskiego złodzieja, co do mieszkań wchodzi bez pukania. Zrozpaczony próbowałem zwrócić się do dziadka, ale i on mnie nie rozpoznał. Nikt. Nie wiedziałem co począć, miałem dziesięć lat i nie znałem się kompletnie na takich sprawach. Czy chowano urazę o coś, co zrobiłem i w ten sposób chciano ukarać dziecko? Nie wiedziałem, nie rozumiałem.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale, jak często w takich opowieściach, z pomocą przyszedł wiatr. Siły natury to ostatni bastion sprawiedliwości ludzkiej.&lt;br /&gt;
- Cześć – usłyszałem kiedy schylałem się po czapkę, którą strącił mi z głowy silny podmuch.&lt;br /&gt;
- Jak dobrze, że mnie poznajesz – wykrzyknąłem, ubrałem czapkę i rzuciłem się w ramiona przyjaciela, którego szczęśliwy przypadek pchnął w to spotkanie. Niestety, zaraz po tym przyszło rozczarowanie, gdy szybko wywinął się z mojego niedźwiedzia zarzuconego mu na szyję i zagroził, że stłucze mnie jeśli jeszcze raz tak zrobię. - Co to, znamy się? - powiedział i poszedł w swoją stronę.&lt;br /&gt;
Jak mogłem się nie domyśleć, że wszystko to działo się przez czapkę kazańską wytargowaną przez dziadka na bazarze. O nią poszło i z jej dziwnego powodu nie rozpoznawano mnie (casus okularów Klarka Kenta). Była tak różna od ludzkich tutaj wyobrażeń, tak różna od tego do czego przywykli i czego nie chcieli porzucić, tak zbędna w ich mniemaniu, iż nie dopuszczali do siebie możliwości jej istnienia. Orient jej zmienił mnie nie do poznania. To zmieniało wszystko.&lt;br /&gt;
Żeby odzyskać moje dawne życie musiałem ją oddać sprzedawcy. Poszliśmy do niego razem z dziadkiem. Czapkę przezornie trzymałem w rękach. Byłem uratowany! Znaleźliśmy Tatara, chociaż ulokował swój stragan w innym miejscu niż poprzednio. Dziadek zaczął z nim pertraktacje w sprawie zwrotu czapki, a ja cierpliwie czekałem. Ale rozmowa chyba szła w niedobrym kierunku, bo kupiec kręcił tylko głową, a dziadek mówił coraz głośniej. W końcu zezłoszczony zaklął po polsku:&lt;br /&gt;
- Do diabła, jak to nie poznajesz pan! A teraz?! -  wyrwał mi czapkę z rąk i założył na moją głowę.&lt;br /&gt;
Naraz obydwaj zdębieli na mój widok. Kupiec przegonił mnie jak jedno z tych dzieci wałęsających się po bazarze w nadziei na łatwy łup, a dziadek stwierdził, że wcale mnie nie zna, kupił coś zbędnego od Tatara i odszedł.&lt;br /&gt;
Od tamtej pory upłynęło dużo wody pod mostem i ludzie powoli przyzwyczaili się do czapki. Ja również. Nawet w małych miasteczkach, możemy doświadczyć cudu i to, co nieznane, spoza skromnego repertuaru dostępnych możliwości może z biegiem dziejów przestać szczerzyć kły i dać się pogłaskać. Czasem ktoś odkłoni mi się na ulicy. Z czasem nadadzą mi imię. I dopiszą dwie daty.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-5555281224014059055?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2009/06/czapka-kazanska.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SkZfrDINU2I/AAAAAAAAAic/ySZmQHHpbrE/s72-c/Kazan_crown.PNG" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-5987701352602126732</guid><pubDate>Thu, 30 Apr 2009 12:52:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-09-09T01:43:18.675-07:00</atom:updated><title>Delegacja</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Czym ty się właściwie zajmujesz? – zapytała i chyba naprawdę zależało jej, żeby poznać odpowiedź.&lt;br /&gt;
- Jestem w delegacji – usłyszała wyraźnie.&lt;br /&gt;
- To prawda? – zaciekawienie rozszerzyło jej nozdrza, nastawiła pięknych uszu.&lt;br /&gt;
- Tak – i po chwili dodałem – jestem w delegacji żebraczej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[Czasem, usiłując wydobyć się z letargu spraw (o)statecznych wychodziłem, jak wychodzi się po chleb, albo szukać pracy, w stronę miasta przekonany, że tam czegoś ważnego szukać powinienem. Szedłem długo, ale zawsze kończyło się tak samo niezręcznie i wracałem do siebie z pełnymi rękoma pustych konkretów. Potem, jak roczniaki cierpiałem czkawkę od naporu świata i padałem śmiertelnie wyczerpany dniem jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;jętka jednodniówka&lt;/span&gt; (okres larwalny może trwać do kilku lat) na parapet wieczorem.&lt;br /&gt;
Patrzyłem.&lt;br /&gt;
W oknie, pomiędzy płomieniami pelargonii była twarz z papierosem, która przewróciwszy oczy jak brzydki owad, zgasła przed niedopałkiem. Poniżej kobieta, co żuła gumę jak te barmanki z podrzędnych knajp, nie zamykając ust, bo tak jest zalotniej. I obok niej jej jego w brudnych lakierkach jak składał usta, kiedy niemo czytał wiadomość z telefonu. Potem faceta, co trzymał za pazuchą małego jamnika, bo pomylił lato z zimą. Albo tamtego zgarbionego człowieka, który znosił do domu puste drewniane skrzynie, bo uroił sobie zamorskie podróże. Podchodziłem do nich na odległość pojedynczego życia. Bliżej. Ale bliżej były już inne legendy.&lt;br /&gt;
Rzadko kiedy widuje się kobiety niewidome, zbyt często natomiast ślepe na następstwa furii wróbla. Każde skrzyżowane włókno w narzucie pod którą spałem było taką kobietą, a kawalerskie ułożenie człowieka i języka, do jego zapomnienia we wszystkich gębach włókien pozwalało na chwilę zgody, na zagadanie, na podrobienie waluty dnia - rozsypany bilon drgawek - w papier.&lt;br /&gt;
Na pordzewiałej balustradzie diabelskiego mostu wygrywałem pieśń na nudę. Wywabione muzyką pojawiały się, mieszkające między strunami harfy, pająki. Każdy z nich miał dla mnie radę i udzielał jej z przejęciem, bujnymi gestami komiwojażera. &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/Sfmf2EO0tOI/AAAAAAAAAiM/wohH_K3yWWo/s1600-h/Come_unto_me,_ye_opprest.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5330467385167361250" src="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/Sfmf2EO0tOI/AAAAAAAAAiM/wohH_K3yWWo/s200/Come_unto_me,_ye_opprest.jpg" style="cursor: pointer; float: left; height: 200px; margin: 0pt 10px 10px 0pt; width: 176px;" /&gt;&lt;/a&gt;Dla ich bezbrzeżnej mądrości wyniesionej ze szlachetnego umiłowania do obserwacji rzeki, byłem jak Długość Plancka - najmniejsza jednostka długości mająca sens fizyczny. I nogi miałem tylko dwie. Stąd pozwalały sobie na śmiech ze mnie, po kryjomu obawiając się jednak, że mogę podłożyć kiedyś komuś świnię jak podkłada się bombę. W pewnym sensie moja podróż była opowieścią o rzece, ale nie przekonałbym o tym ani jednego pająka, nawet gdybym był jak te pierwsze zwierzęta, które przeżyły lot na orbitę i wróciły na Ziemię – Biełka i Striełka. &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SfmgDigd0mI/AAAAAAAAAiU/Pgi69jMnNck/s1600-h/Strelka_russian_dog-astronaut.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5330467616632722018" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SfmgDigd0mI/AAAAAAAAAiU/Pgi69jMnNck/s200/Strelka_russian_dog-astronaut.jpg" style="cursor: pointer; float: right; height: 200px; margin: 0pt 0pt 10px 10px; width: 147px;" /&gt;&lt;/a&gt;Tylko za skarby świata mógłbym zaskarbić sobie ich uznanie, ale lepiej już chyba kupować na 1 maja przekwitłe w kwietniu tulipany.&lt;br /&gt;
Ułan? Nawet nie szabla, nie klinga nawet, a drobny &lt;span style="font-style: italic;"&gt;porte-épée&lt;/span&gt; - frędzelka na taśmie przyczepionej do rękojeści. Nigdy nie schowany, zawsze za ciosem, wystawny w czasie pokoju i dumny na wojnie. I dopóki nikt nie pytał zabawa szła naprawdę przednie, ze mną na przedzie. A w tym byłem niezawodny, jak nieczuły na grawitację szwajcarski mechanizm Tourbillon.&lt;br /&gt;
To była właśnie ta wyczerpująca delegacja, w której przed siebie pchałem wózek z rupieciem.]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- Ach! – żachnęła się i prysnęła tak szybko jak jej ciekawość.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-5987701352602126732?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2009/04/delegacja.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/Sfmf2EO0tOI/AAAAAAAAAiM/wohH_K3yWWo/s72-c/Come_unto_me,_ye_opprest.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-8764467428948651537</guid><pubDate>Fri, 13 Mar 2009 14:15:00 +0000</pubDate><atom:updated>2012-01-06T09:04:04.510-08:00</atom:updated><title>Serce</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nigdy już&amp;nbsp;się&amp;nbsp;nie dowiem jak miała na imię, ale na zawsze zapamiętam jej twarz, choć widziałem ją raz jeden. Była piękna jak córka maharadży w&amp;nbsp;noc&amp;nbsp;czerwcową, a urodzie dorównywał jedynie jej smutek, taki, który nosi się w sobie od szczenięcych dni. To, czym tak zamartwiała swoje lica, było tym co uważała za najważniejszą część życia, a może i życiem całym – miłość. Jej brakiem. Tym, że nigdy nie otworzy przed nią ramion, nigdy ich na niej nie zamknie, że ów spektakl odbędzie się za jej plecami, bez jej udziału i szybko zniknie bez powtórzenia, nie dając szansy rewanżu. Mocno wierzyła w tę bajkę późnego wieku. Przeciągająca się samotność i dręcząca ją uparcie niewiedza nawiedzały ją coraz częściej. A ona stawała się coraz smutniejsza i coraz piękniejsza.&lt;br /&gt;
Przez cały ten czas wypracowała swój własny sposób na odnalezienie po tysiąckroć wyobrażonego uczucia. Mdlała z nadzieją, że kiedy ocknie&amp;nbsp;się&amp;nbsp;zobaczy anioła. Na ziemi jeszcze. Właśnie tak, mdlała. W sklepie spożywczym, na małym lotnisku, w gorące przedpołudnia, coraz częściej i zawsze z tą samą beznadziejną bezskutecznością. Nikt się nie zjawiał, choć wielu próbowało. Anioł nie zlatywał, a ten, który cucił zawsze był odsyłany w jego ubogie niebo.&lt;br /&gt;
Ale od początku. W tamtym czasie chorążostwo wydawali bal. Znalazłem się tam zupełnie przypadkiem. Towarzyszyłem znajomej malarce, która wykonywała na obstalunek portret pewnego wpływowego rotmistrza pod wąsem. Nawiasem mówiąc, to ona właśnie przekazała mi całą tę historię, zanim umarła spędzając płód pana rotmistrza. Przemiła dziewczyna, jak to mówią, z tych wrażliwych. Tym bardziej szkoda.&amp;nbsp;Historia wydała mi się nieprawdopodobna, ale jeśli chodzi o piękne kobiety, wszystkie historie takie są. Tak więc wtedy, jak każdy zresztą ze zgromadzonych, uległem błyszczącemu urokowi smutku, który wypełniał salę jak śpiew złotego słowika pokój cesarza. Kaskada jej sukni wytryskując z talii sięgała ziemi, dłoń natomiast sięgała po kieliszek szampana z tacy kelnera. I to był właśnie ten moment. Moment myśliwego. Stłuczony kryształ pomieszał się z drobnymi bąbelkami na posadzce. Orkiestra ucichła. Ciało doskonale ułożone do snu otoczył tłum ciekawskich. Ja też podszedłem. Pomyślałem nawet, że sam mógłbym spróbować ją ocucić, kiedy to kordon gapiów przerwał głębokim i spokojnym głosem jakiś człowiek: „Jestem lekarzem, proszę się odsunąć.” powiedział i to wystarczyło. Przykucnął nad leżącą. Zza jego pleców wychylała się zielona palma z&amp;nbsp;dużej donicy.&amp;nbsp;Gdyby kto popatrzył na niego z dołu, płaskie liście sprawiać mogły wrażenie wyrastających mu z pleców skrzydeł. Zdjął marynarkę i podkasał rękawy koszuli. Ze znawstwem znamionującym fach uniósł jej głowę, a palcami dłoni delikatnie, magicznie, ledwie dotknąwszy jej policzek, przywrócił świadomość. Nic nie powiedziała, patrzyła jedynie na niego, a on stwierdził chłodno: „Pani potrzebuje powietrza”. Zaraz po tym nastąpiło wydarzenie, które możliwe, że nie nadaje się do literatury, ale w życiu zawsze robi wrażenie (podziwu u kobiet i zazdrości u mężczyzn) – lekarz wziął ją na ręce i zaniósł do jednego z pokoi gościnnych, żeby odpoczęła. Był to syn państwa domu, młody i przystojny (trochę w stylu Montgomerego Clifta z tymi &amp;nbsp;rozpłakanymi oczyma) kardiochirurg.&lt;br /&gt;
Od tego czasu byli razem. Musieli. Ona wreszcie znalazła swojego anioła, on kobietę, której uroda dorównywała wymogom związanym z zajmowaną przez niego pozycją. I była to najlepsza rzecz jaka może przytrafić się człowiekowi pod niebem. Niebawem jednak, z nieuchronnością następowania po sobie kolejnych pór roku nadszedł okres zmian. Z początku powolnych, potem coraz szybszych. Lekarz przestawał rozpoznawać w żonie piękność, którą pokochał niegdyś na balu u swoich rodziców. W milczeniu zastanawiał się, gdzie podział się jej królewski blask. Dlaczego czar prysł. Kobieta stanęła wtedy na wysokości zadania i widząc rozterkę męża wyjawiła mu w końcu swój sekret: „Piękno moje zależało od smutku, rosło wraz z nim. Teraz kocham, a im bardziej kocham tym moja uroda zdaje się odchodzić wypełniwszy swoją powinność. Z tobą jestem szczęśliwa, każdego dnia coraz bardziej.” Był zdruzgotany, z każdym dniem coraz bardziej. Nie potrafił dłużej tak żyć. Ani kochać. Zatracił sie w pracy, nocował na szpitalnej kozetce, wymawiając się dyżurami, pacjentami, złą pogodą. Aż pewnej nocy, jednej z tych, które rozjaśnia tarcza pełnego księżyca wpadł na diaboliczny pomysł. Następną noc spędzi w domu. Kiedy kobieta zasnęła w ich wspólnym łożu, on nie spał. Wstał, po cichu podszedł do swojej apteczki i wyciągnął ostry lancet. Jako kardiochirurg, wierzył nieomylnie, iż siedliskiem miłości jest ludzkie serce. Zbliżył się do śpiącej kobiety, odsłonił jej lewą, niegdyś piękną, pierś, na ostrzu błysnęło oko księżyca i szybko zniknęło pod strużką krwi. „Bez serca zachowasz urodę, a jeśli przestaniesz mnie kochać to i tak zatrzymam cię siłą” – wyszeptał i przykrył ją pościelą. Zanim się zbudziła, on był w drodze do szpitala. Po powrocie zastał kobietę kochającą go jeszcze mocniej. Spostrzegł, że jej serce odrosło, a kolejna część piękna przepadła. Złość wypełniała go od środka, coś wewnątrz niego krzyczało, coś zaciskało pięści, coś szło na wojnę. Nie tknął obiadu. Kolejnej nocy powtórzył zabieg. Serce jednak znowu odrosło nasycone nową falą uczucia. Od tamtej chwili uporczywie, co noc repetował tę czynność, w nadziei na zmianę. Zawsze z tym samym rezultatem - im bardziej go kochała tym brzydsza się stawała w jego oczach. Przeklinał miłość, przeklinał los i reguły świata. Nie zważał już na nic, wycinał serce za sercem, a delikatność chirurga ustąpiła obłąkaniu rzeźnika. Wycięte organy topił w wekach z formaliną i chował w piwnicy, między konfiturami a kwaszonymi ogórkami, daleko przed wzrokiem ukochanej. Zmęczony już tym wszystkim i zrezygnowany, w pewną noc, a było to w rocznicę ich spotkania, postanowił zamienić serca miejscami. Była to jego ostatnia deska ratunku. Rutyniarskim chwytem dokonał ekstrakcji obu i zgodnie z zamierzeniem umieścił swoje w ciele kobiety, a jej w weku z formaliną. „Z moim sercem w twojej piersi będę kontrolował twoją miłość i urodę, tymczasem moje serce przez noc odrośnie jak twoje odrastało tyle razy” – pomyślał. Spokojny i szczęśliwy położył się spać. Ale tylko prawdziwa miłość pozwala sercom odrosnąć. Nazajutrz już nie żył. Kobieta stała się na powrót smutna, coraz smutniejsza, ale z jego sercem już nie piękniała. Niebawem umarła. Pochowano ją w ich wspólnym grobie. Niektórzy mówią, że w odkrytej trumnie leżała najpiękniejsza kobieta jaką nosiła ziemia.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-8764467428948651537?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2009/03/serce.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-249785960250364592</guid><pubDate>Thu, 29 Jan 2009 23:53:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-07-06T11:17:29.896-07:00</atom:updated><title>Szmugiel king</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mam w zwyczaju zapamiętywać to, co mówią ludzie. Najczęściej te nieważne sprawy rzucone mimochodem w przedpokoju. Poźniej, w innym już miejscu przypominam je w ciemno, by podbić stawkę rozmowy. Przyklejam język do maski i wchodzę w nowe warunki. To kant, ale ledwo widać. Na stołach dopalają się świeczki, a ponad nimi rozpalają rumieńce. Po chwili i ja nie widzę. Jestem już tam, w środku i mówię rzeczy chętne uszom. Blefem milczka jest gawęda. &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SYJOWlv-iNI/AAAAAAAAAdo/WQ6dxmBNuxY/s1600-h/paul_klee_swiergoczaca_maszyna.jpg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 150px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SYJOWlv-iNI/AAAAAAAAAdo/WQ6dxmBNuxY/s200/paul_klee_swiergoczaca_maszyna.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296882261738555602" /&gt;&lt;/a&gt;I tym sposobem nakręcam ruszt maszyny do ciągłego ćwierkania. Zwinny hokus-pokus, który kusi (w tym jest lepszy od zwykłej abrakadabry). A magia trwa dopóki ciemno. A potem jest już tylko głośniej, byle zagłuszyć niebezpieczeństwo dziury w podłodze, w całym. Byle się szczelnie ukryć za gadaniną, okopać, ogłosić. Co za różnica czy tajemnica leży w ciszy czy w krzyku i jego dusznych monologach. Oszust, że go oszukają najbardziej się boi. I dlatego po krzywych szynach równoleżników, uzbrojonym po zęby w usta eszelonem, wysyłam na czarny rynek coraz większą kontrabandę słów. Wałkuję to wkoło. Niestety dochodzą mnie słuchy, że tory już przebyte rozebrali rewolucjoniści i zbieracze złomu. Chcąc więc uniknąć wykolejenia i zdemaskowania szybko przesiadam się na koślawe południki. Te mijają Wyspę Niedźwiedzią, stację arktyczną Zebra, by zwęzić się w okolicach Spitsbergenu i popędzić dalej za granicę lodu stałego, do najdłuższych nocy polarnych. Działanie zupełnie odwrotne niż z kanarkiem. Płachtę na klatkę zakłada się żeby był cicho, a tu im ciemniej tym głośniej. Dobrze, że on nie rozwydrzony nadto, bo trzeba by mu kark ukręcić, żółty kogel-mogel (za poetą: "szarlatanów nikt nie kocha").&lt;br /&gt;Wszystkim nowopoznanym przedstawiam się Atanazy, tak samo jak robili to w latach dwudziestych mali mistyfikatorzy.&lt;br /&gt;Ale cóż, ratuję własną skórę jak Jan Hanasz, astronom (ten od ekscesu hakerskiego o  nazwie "Telewizja Solidarność"). Kiedy podczas personalnej rewizji SB znalazła przy nim dyskietkę ze schematem aparatury nadawczej musiał się jakoś z tego wykpić. Musiał dać kanta. &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SYJLL6WvsjI/AAAAAAAAAdI/BAhbDKjsJxA/s1600-h/floppy-disk.jpg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 199px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SYJLL6WvsjI/AAAAAAAAAdI/BAhbDKjsJxA/s200/floppy-disk.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296878779756425778" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Lubię myśleć, że powiedział nierozganiętym w kwestiach technicznych funkcjonariuszom, iż trzymają w ręku nowy rodzaj kafla łazienkowego i sami powinni kupić trochę, bo już się kończą. Udało się. Mnie też się na ogół udaje. Na ogół, bo nie zawsze, zwłaszcza na dłuższą metę.&lt;br /&gt;Tak musi wyglądać "mój czas". Szczególnie, że wiadomo o mnie niewiele. Tyle, ile się wie na temat późniejszych losów serwetek, którymi wycierane są z resztek mszalnego wina kielichy w kościele.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SYJNa7SzJOI/AAAAAAAAAdg/yjWK6IaPzSw/s1600-h/kolia+marii+antoniny.jpeg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 158px; height: 183px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SYJNa7SzJOI/AAAAAAAAAdg/yjWK6IaPzSw/s200/kolia+marii+antoniny.jpeg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296881236729603298" /&gt;&lt;/a&gt;Ale zawsze kiedy o tym myślę przypomina mi się ta nieszczęsna afera naszyjnikowa. Koniec końców zeszło na to, iż mąż Joanny de Valois, hrabiny de La Motte zbiegł z kontynentu do Londynu z piękną kolią zwaną "klejnotem dla królów". Tam w rytm rybitwich ostrych „kik-kik-kik” rozchodzących się nad Tamizą wydłubywał brylanty z klejnotu i sprzedawał je pojedynczo, po zaniżonych cenach.&lt;br /&gt;Ech, cała ta rzecz do zmiany, nie do zmiany. Miał rację Jan Nowicki, kiedy w jednym z filmów mówił: „Szu? Szu to jest myślenie.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-249785960250364592?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2009/01/szmugiel-king.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SYJOWlv-iNI/AAAAAAAAAdo/WQ6dxmBNuxY/s72-c/paul_klee_swiergoczaca_maszyna.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-6358128502489544293</guid><pubDate>Sun, 18 Jan 2009 18:28:00 +0000</pubDate><atom:updated>2012-01-06T09:16:00.282-08:00</atom:updated><title>Rel(n)ikt</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dzisiaj na ulicy pokazywano mnie palcem. Jakiś malec wrzeszczał: „To on, to on poznaję, on przeniósł się w czasie.” No i wywrzeszczał to na dobre, bo z miejsca wszyscy uwierzyli na to jedno słowo. I rzuciły się tysięczne ręce. Złapały mnie palce za nic, za wszystko co miałem i wtrąciły do muzeum zupełnie jakby ktoś brał komedię Majakowskiego serio.&lt;br /&gt;
Uzbrojeni po zęby szyldwachowie otworzyli drzwi i wepchnęli mnie brutalnie do środka nie oglądając się na nic i na nikogo, nawet na tamte dwie turystki, co nie miały o całej sprawie żadnego pojęcia, ani opinii. Były to dwa magnesy przypominające Brigitte Bardot (w inicjale BB) i Claudię Cardinale (w inicjale CC). Mógł być tam trzeci, też całkiem zgrabny w inicjale, ale akurat go nie było. Kazali mi pod ścianę, szybko. „Idź, idź i stój tam jak ci dobrze” – krzyknęli i mogło wydawać się nawet, że po niemiecku, ale na szczęście tak nie było i trochę się uspokoiłem. Odpowiedziałem stanowczym tonem: „Wcale nie jest mi dobrze tam stać”. „Zamknij się, bo przerobimy cię na wiersz” – zagrozili. Nie wiem, co to mogło w praktyce oznaczać, ale to chyba nic miłego, kiedy z człowieka wiersz chcą zrobić. „Przynajmniej wolny” – odpowiedziałem, bo choć jestem w miarę uczuciowy to nie zniósłbym bycia takim sonetem. Zresztą zawsze źle się czuję, kiedy odbiera mi się wolność. Gdyby jeszcze zechcieli tak przerobić te dwa magnesy na wiersze razem ze mną, to może dałoby się to jakoś przeboleć. Ale gdzie tam.&lt;br /&gt;
Chcieli mnie złamać, ale byłem jak statua znienawidzonego dostojnika. Robotnicy wykonali ją z gipsu zamiast spiżu, licząc, iż rozpuści się przy pierwszych deszczach. Ale nic z tego – wiadomo, stare budownictwo. &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SXN1hnDjyYI/AAAAAAAAAbc/ecJRGwl2Gag/s1600-h/H96566k.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5292703207370508674" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SXN1hnDjyYI/AAAAAAAAAbc/ecJRGwl2Gag/s200/H96566k.jpg" style="cursor: pointer; float: left; height: 158px; margin: 0pt 10px 10px 0pt; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Stałem. Zgoda, powiedzmy, że przez krótką chwilę przeszło mi przez myśl, że mogłem się pomylić jak ta ćma (późniejszy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;bug&lt;/span&gt;, czyli błąd albo podsłuch) wklejona do dzienniczka, która z szafą pomyliła prymitywny komputer Harvard Mark II i spiekła jego i się pomiędzy gołymi przewodami przekaźnika. Trzymałem się jednak swojej wersji: należę do czasów, które mogę odczuć na własnej skórze (co dla ludzi o zawężonych horyzontach zawsze oznacza jedno - teraźniejszość).&lt;br /&gt;
No więc stoję z jednej nogi na drugą, a gdyby im się jednak udało mnie przerobić, to z jednego wersu na drugi wers. I stoję, bo nikt nie wydał dalszych instrukcji, nikt nie wydał się na tyle miły, by to zrobić, mimochodem i półgębkiem przynajmniej. „W przyszłości obserwować będziemy postępującą atrofię dobrych manier” prognozowano w przeszłości, ale zawsze jest tak samo. Ja tymczasem byłem pierwszym, który uprawiał stanie na czas. Było to jedną z najciekawszych jego strat (tzn. czasu), bo wiedziałem, że nigdy nie wprowadzą tego na żadne zawody. A stać trzeba było. Bez mazgajstwa.&lt;br /&gt;
Wreszcie rozkazano mi stać wyprostowanym pod ścianą (co też czyniłem już od jakiegoś czasu, ale nieoficjalnie) pod groźbą odesłania mnie w czasy, których nienawidziłem, albo odesłania do ciemnego magazynu, w którym stać miałbym przodem do ściany bez możliwości oglądania magnesów.&lt;br /&gt;
Otóż, jak mnie poinformowano, wzięto mnie za dawnego anioła-szpiega, co wywnioskowano z mojego przebrania, które nie było przebraniem, a moim ubraniem, i to nawet nie całkiem starym, ale nie od dziś wiadomo, że przebranie rządzi się innymi kategoriami. Miałem też stary naręczny zegarek – cyk, cyk, tik, tik, i choć nie mógł być dobrym kamuflażem, za taki go wzięto. Potem poszło z górki.&lt;br /&gt;
Spóźniony wyrok brzmiał: „Człowiek, który udaje inne czasy w naszych czasach skazany zostaje na dobór ubrań z szafy teraźniejszości." Struchlałem, bo wydawało mi się, że słyszę topór i szafot. A ja bardzo lubiłem moje ubranie. Co więcej, byłem przekonany o jego stosowności tutaj i teraz. Ale nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Pozory ubioru były przejrzystym dowodem.&lt;br /&gt;
Argumenty były po ich stronie, ale po mojej były tamte dwie turystki, których nie da się zapomnieć. Gdybym był związany one przecięłyby więzy, gdyby mnie zakneblowano wyciągnęłyby skarpetę z moich ust i przystawiły do nich swoje usta, albo podały im wody, a gdybym był na pustyni nieprzytomny to też one podałyby mi wody i mógłbym wymyślać tysiące sytuacji w których mnie ratują (nie tylko przy pomocy wody). A wszystko dlatego, że maniery (znów woda) wciśnięte w ubiór anioła-szpiega ceniły ponad czas. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, ale prawda była taka, że chciały mnie chronić jak zagrożone wyginięciem zwierzaki, na które zbiera się pieniądze wśród uczestników balów z wyższych sfer. Wzięty pod ochronę przez dwa magnesy udało mi się zbiec.&lt;br /&gt;
Liczyłem, że będąc tam, gdzie wydawało mi się jest moje miejsce wszystko jakoś się ułoży.&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SXN5uJLR82I/AAAAAAAAAbw/1hUl_Xw9sio/s1600-h/42-16734050.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5292707820734640994" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SXN5uJLR82I/AAAAAAAAAbw/1hUl_Xw9sio/s200/42-16734050.jpg" style="cursor: pointer; float: right; height: 200px; margin: 0pt 0pt 10px 10px; width: 146px;" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SXN5V1b4ppI/AAAAAAAAAbk/QdwTKhdeVQc/s1600-h/brigitte_bardot_244935g.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5292707403118716562" src="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SXN5V1b4ppI/AAAAAAAAAbk/QdwTKhdeVQc/s200/brigitte_bardot_244935g.jpg" style="cursor: pointer; float: left; height: 200px; margin: 0pt 10px 10px 0pt; width: 134px;" /&gt;&lt;/a&gt; Ale nawet, nie pasując do swoich czasów, bardziej nie pasowałem do czasów, które można było odczytać z mojej twarzy. Dwa magnesy zorganizowały mój przerzut do moich czasów. Płakały przy pożegnaniu, ja też trochę, bo nie mogłem im powiedzieć, że wrócę. Obiecałem od razu po powrocie napisać. Adres miałem: przeszłość. Ostatni raz podały mi wody.&lt;br /&gt;
I kiedy wszyscy wierzyli we własne czasy, nikt nie chciał uwierzyć, że to przejściowe.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-6358128502489544293?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2009/01/relnikt.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SXN1hnDjyYI/AAAAAAAAAbc/ecJRGwl2Gag/s72-c/H96566k.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-2769792094041293159</guid><pubDate>Sat, 22 Nov 2008 18:47:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-08-12T01:16:11.692-07:00</atom:updated><title>Szczur</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;
Ilekroć dawne niedopełnione obowiązki zamierzały obiecać mnie na dłuższy czas wątpliwym wygodom krzesła z oparciem i stołowi zawalonemu solidnie wszystkim tym, co odłożone na ostatnią chwilę czekało właśnie mojej uwagi, z całą mocą moich mięśni i chęci starałem się, używając najzręczniejszych, a i tych dotąd przeze mnie niewykorzystywanych wybiegów, odprawić je bez kwitka, na jakąś inną, przynajmniej późniejszą, porę. Wysiedlałem je zazwyczaj skutecznie na następny numer rocznego kalendarzyka ze złotym nadrukiem RUCH na celofanowej obwolucie. Tamtego dnia jednak szczelnie zawarowany gęstą palisadą wzniesioną z owych niedokończonych spraw, musiałem się im bez reszty oddać, poświęcić, w nich zapomnieć, zakończyć je jak najszybciej, raz na dłuższy czas. Niestety długie siedzenie i jego bezruch redukowało mnie do zmęczenia, a im bardziej czułem się zmęczony tym bardziej zawadzałem przedmiotom, które dawały mi odczuć swoje rosnące zniecierpliwienie. Coś się rozlało na blacie stołu i powoli wsiąkało w obrus, coś upadło i rozlało się na podłodze. Zapanował nastrój ogólnego rozlania, od ulicy po podłogę. Ja też chciałem zaraz za nimi, korzystając z ogólnej nieuwagi, tymczasowego karnawału, śmierci króla, prędko rozlać się, gdziekolwiek, tutaj choćby, a co!, a już!, ale miałem swoją robotę niedokończoną i nie mogłem, to znaczy mogłem, ale nie wypadało mi, przynajmniej teraz, tuż po nich, hej do zabawy, o nie. Usiłowałem się skupić. I udawało mi się to. Tak pilnie skupiałem się na dokończeniu spraw najbliższych ważkością, że zdziwiony budziłem się ze wzrokiem wlepionym w okno wciśnięte w ścianę po lewej stronie stołu. Na chwilę, prawdziwą minutkę od tematu odbijając bez dryfu, muszę z obawą stwierdzić, że w tej przeciągłej sytuacji musiałem nieco przypominać biednego Emeryka Sobla z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Człowieka w oknie&lt;/span&gt; – oby nie. W rogach tej książki czuwa diabeł. Proza Uniłowskiego jest depresyjna z powodu niedostatku talentu literackiego. To, w jaki sposób mu ona nie wyszła najbardziej przygnębia mnie i najbardziej pociąga. Mrok, a w zasadzie Czerń wypływa z brudu i niechlujności tych podłych i zatłuszczonych opowiadań. Ona też się rozlewa. 59 sekunda i... Miałem wtedy niesmaczne poczucie jakie towarzyszy przebudzeniu w autobusie (a może i wszelkim przebudzeniom), kiedy nie wiadomo czy się chrapało, czy mówiło przez sen, czy uroniło nieco śliny z kącika obluzowanych grawitacją ust. Tutaj, w pokoju przynajmniej działo się to bez świadków. W zasadzie to nie mogę zaręczyć, że wtedy obudziłem się sam z siebie, świadomie, jakby w myślach wyświetlał mi się komunikat podobny do tego z telefonów komórkowych – bateria naładowana, i już. To raczej wybudzał mnie pewien obraz, ruchomy, więc może bardziej film, a dokładniej jego aktor. Był to film niemy, ale kolorowy. A może to tylko chwilowa przeczulica w wersji wzrokowej po spożyciu mocnej kawy? Tak czy owak ze stanu biernego i nadmiernego wpatrzenia wyciągnęła mnie rozlewająca się postać, którą miałem okazję widzieć już kiedyś i która zawsze mnie intrygowała. Wstałem i podszedłem do okna. Odsunąłem nieznacznie firankę i zacząłem śledzić ją wzrokiem. Był to kretoszczur.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Szedł nieco pokracznie, ale szybkim tempem. Zrazu, kiedy go widziałem po raz pierwszy pomyślałem o nim jak o czymś w rodzaju Nessie czy Diabła z New Jersey - nieistniejącej (poza kilkoma wyobrażeniami) kryptydy, którą chce się widzieć tak mocno, że zjawia się sama z mocą kłopotliwego fantu. Stworzenie miejskie, którego nie płoszyły klaksony aut. Nieznany gatunek, anomalia genetyczna, okienne urojenie?&lt;br /&gt;
Brudny, w burym swetrze, który bardziej pasował do stresu niż do deszczu czekał na drugie zielone światło. Pierwsze zawsze omijał, dawał mu się wyświecić, brał drugą szansę, nie był łapczywy, nie był cierpliwy, był podejrzliwy. A może to strach, jego kreci strach, strach parobka przed panem, furmanki przed tramwajem, proroka przed przepowiednią? Nie szedł trotuarem, ale sunął nim, jakby nadal był pod ziemią. Nie zapominał o swojej burej kryjówce, o kolorze swojej skóry w kolorze swojej kryjówki.&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SShUfKZpreI/AAAAAAAAAYw/me3rRT_uZK0/s1600-h/szczur2.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5271556258181787106" src="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SShUfKZpreI/AAAAAAAAAYw/me3rRT_uZK0/s200/szczur2.jpg" style="cursor: pointer; float: left; height: 200px; margin: 0pt 10px 10px 0pt; width: 167px;" /&gt;&lt;/a&gt; Istniał po kryjomu, schodził z drogi, z oczu, schodził swoje stare buty. Należał całkowicie do tej swojej codziennej drogi. Przyzwyczajał wszystko i wszystkich do siebie, tak że po jakimś czasie przestawał być widoczny. Znikał jak słup z ogłoszeniami, słupki złączone łańcuchem, w łańcuchu ludzi, nie istniał jak znak drogowy dla pieszego. Pomijano go przez nawyk. Żebraka widać dopiero po jego wyciągniętej dłoni. On jej nie wyciągał. Nie wałęsał się jak jałmużnicy, nie kręcił się jak oni w kółko, nie stawiał kroków sumujących ból całego kreciego życia i wszystkich krewnych. Nie żebrał, by po odmownym geście głową iść jeszcze chwilę za oddalającą się szybko ofiarą w ogarniającej, niezapełnionej zrozumieniem znaczenia słowa „nie”, pustce. Pomimo wszelkich pozorów był inny niż oni - był rozlany. Był sam. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Res nullius.&lt;/span&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SShU1IiqQEI/AAAAAAAAAY4/ZfunsCBbh7o/s1600-h/szczur+4.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5271556635639824450" src="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SShU1IiqQEI/AAAAAAAAAY4/ZfunsCBbh7o/s200/szczur+4.jpg" style="cursor: pointer; float: right; height: 146px; margin: 0pt 0pt 10px 10px; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt; Sprawiał wrażenie  jakby szedł dokądś, pochylony w przód, węszył. Nie przyglądał się życiu, jak gdyby rzeczywistość dokoła niego nie miała miejsca, a on nadal był w swoim tunelu i nie było potrzeby rozglądania się na boki, nie było niczego czemu można było się dziwić.  Nie widziałem nigdy, żeby pił czy palił, jak zwierzę nie potrzebował używek. Cykliczność pojawiania się Szczura, wlewania się jego rozlanej postaci w mój wąski widok z okna nadawała specjalną rangę chwili (z mocą znaku analogiczną do zaćmienia słońca, czy spadającej gwiazdy dla pierwotnych). Szczur był tu z jakiegoś nieznanego mi powodu i nigdy nie zrozumiałem wiadomości, którą przynosił. Był przybyszem własnego szaleństwa, którym się, z zasady, z nikim nie dzieli. Zaplątany w sieć (urojonych?) poszukiwań wypełniał jakąś zagadkową powinność miejskiej melancholii, której nie udało mi się rozwiązać, gdyż sam z powodzeniem się jej z oddali oddawałem.&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SShWFsezASI/AAAAAAAAAZA/jeQXp8Sdxxs/s1600-h/szczur+1.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5271558019676832034" src="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SShWFsezASI/AAAAAAAAAZA/jeQXp8Sdxxs/s200/szczur+1.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 152px; margin: 0 0 10px 10px; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt; I swoim tempem, po pasach odchodził poza zasięg moich oczu. Ja zasuwałem firankę i powracałem do spraw niedokończonych.&lt;br /&gt;
Dziś spadł pierwszy śnieg. Czy dane mi będzie jeszcze spotkać zatrzymującego się właśnie przed zielonym światłem mojego Szczura? A może w nagrodę (za mityczną pracę, o której dowiemy się dopiero po śmierci naszej cywilizacji) dostał nowe szpony, by mógł wrócić do domu?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;O blaszana Higiejo z kamienicy „Feniksa” miej brudnego Szczura, gdziekolwiek jest, w opiece.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-2769792094041293159?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2008/11/dziedzictwo-szczura_2406.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SShUfKZpreI/AAAAAAAAAYw/me3rRT_uZK0/s72-c/szczur2.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-612639166665745189</guid><pubDate>Thu, 13 Nov 2008 11:50:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-08-16T01:50:19.602-07:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">jak-23</category><title>Ona Jak-23</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;
Chodzenie po mieście mnie nie męczy. Rzadko kiedy biorę tramwaj. Ale żeby dostać się pod pomnik-samolot Jak-23 na Bielanach trzeba go wziąć, potem autobus. I ze spaceru robi się wycieczka.&amp;nbsp;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBCnx5HyDI/AAAAAAAAAgg/Mq2qeZPIVyE/s1600-h/achinsk_avatu_1.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309817211845068850" src="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBCnx5HyDI/AAAAAAAAAgg/Mq2qeZPIVyE/s200/achinsk_avatu_1.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 160px; margin: 0 0 10px 10px; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Od dzieciństwa miałem słabość do tego rodzaju pomników. Pokolenie moich rodziców często fotografowało pokolenie swoich dzieci na ich tle, z nimi w roli głównej. A one czarowały. Ogromne zabawki. Zamiast placu zabaw. Zranione i obrabowane z lotu, z wyzywająco podniesionymi nosami,&amp;nbsp;trwały&amp;nbsp;cierpliwie, wymierzone w przedłużającą się starość. Wstrzymane na masywnym cokole - gwarancie nielotności mogły wyglądać przygnębiająco. Pewnie, że mogły. Czy wiedziały, że nigdy więcej już nie polecą?&lt;br /&gt;
&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBCvAtk7dI/AAAAAAAAAgo/RLT5_MwPlzw/s1600-h/anapa_mig17.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309817336082263506" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBCvAtk7dI/AAAAAAAAAgo/RLT5_MwPlzw/s200/anapa_mig17.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 134px; margin: 0 0 10px 10px; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;A może znalazły się tam właśnie dlatego, że nigdy nie latały? Niekiedy użyczają swego cienia zmęczonym podróżnym, to i tak wiele jak na cień samolotu. Smutnym dzieciom z pobliskich osiedli.&lt;br /&gt;
Ulicę określała linia prosta i dlatego droga wydawała się długa. Mijałem niskie pawilony hotelu pracowniczego obsypane tuż pod okienny parapet kolorowymi liśćmi. Ludzi z siatkami w liście brnących przez te zaspy i innych, którzy te zaspy rozgarniali. &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBC2p3Z63I/AAAAAAAAAgw/o0Gm8xmKTZc/s1600-h/az_besovec_01.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309817467388423026" src="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBC2p3Z63I/AAAAAAAAAgw/o0Gm8xmKTZc/s200/az_besovec_01.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: left; height: 134px; margin: 0 10px 10px 0; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Szybko przyglądałem się zaniedbanym ogrodom, zardzewiałym i wykrzywionym w reumatycznym paroksyzmie metalowym ogrodzeniom, furtkom bez klamek. Próbowałem wyobrazić sobie jakie psy najbardziej pasowałyby do takiego płotu, ale obraz zbyt szybko się zmieniał i nie mogłem się skupić - zmyślone psy nie pojawiły się. Były też inne widoki, którymi nie zdążyłem się zachwycić i te o których zapomniałem.&lt;br /&gt;
Był tam. Zasnął w zbroi, zapomniwszy ją uprzednio natłuścić. I już nie lśniła. Między wiatą ostatniego miejskiego przystanku, a urzędem pocztowym i delikatesami. Przyglądałem się mu przez chwilę, a potem usiadłem na barierce z zamiarem oddania się siedzeniu i niczemu innemu, siedzeniu w cieniu. I siedziałem. Dzień był słoneczny i ostre powietrze nie kłuło w policzki, a wystawiało mnie na widok nowych barw. W czasie siedzenia ludzkie zmysły wybierają się na urlop, jednak coś usłyszałem. Coś jak kwilenie rannego pisklęcia, które wypadło z gniazda, albo gra wiatru w sosnowych gałęziach, niby nic. Odruchowo obróciłem głowę, jeszcze bardziej. Stał tam i mrużąc oczy wołał: jeść! Chciałem podejść do niego, ale spłoszony odsunął się. Nie dałem za wygraną, on również. Ja podchodziłem, on się cofał. Tak samo jak głodny był zwierzęco nieufny. Ja dalej, on dalej. I tak dalej. I tak obszedłem pomnik wkoło dwa razy, potem jeszcze dwa, i jeszcze kilka razy aż całkowicie straciłem rachubę. Wraz z nią straciłem trzeźwą głowę, ponieważ w upartej pogoni zrobiłem chyba o parę rund za dużo. Za dużo i nim sie spostrzegłem kot znikł, słońce poczęło już zachodzić, a samolot właśnie zlatywał ku mnie!&lt;br /&gt;
&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBC9e4HTrI/AAAAAAAAAg4/WgVaStQIXNk/s1600-h/bereza-01.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309817584697691826" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBC9e4HTrI/AAAAAAAAAg4/WgVaStQIXNk/s200/bereza-01.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 134px; margin: 0 0 10px 10px; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Płynnym srebrem kończył się ten wczesnozimowy dzień. Oczy błyszczały czerwonymi żarówkami końcówek skrzydeł. Podnosiła się skrzydlata bogini, kiedy moje nogi łamały się do klęku. Zadarty nos do góry pociągał za sobą i odsłaniał błyszczącą jej szyję na której cień zostawiały jedynie nity pieprzyków. W tych drobnych punktach ukrywało się piękno początku. Z dysz jak z bawolich nozdrzy dyszała para i kapał olej. Robiło się coraz cieplej. W nagłej gorączce pierzchły usta i najczulsze, choć nie za długie pocałunki otwierały na nich malwy ran. Moje ciało bezlitośnie kawałkowano i składano na powrót w różnych konfiguracjach, tysiąc razy na każde mrugnięcie oka. Rozpinano je wzdłuż aksonu – mierzącej trzysta kilometrów krakowskiej sieci trakcyjnej, której długość przebywało jak światło w sekundę. Krzyczałem w jakimś obcym języku i nikt nie mógł mnie usłyszeć.&amp;nbsp;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBEYESGKhI/AAAAAAAAAhA/q6A0RN--sng/s1600-h/khabarovsk.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309819140927007250" src="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBEYESGKhI/AAAAAAAAAhA/q6A0RN--sng/s200/khabarovsk.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 140px; margin: 0 0 10px 10px; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Czy to ja krzyczałem? Nikt z mieszkańców okolicznych domów nie podszedł do okna. Roztrzęsiony opadłem na drzewo. Sosnowa kora&amp;nbsp;ryła mi&amp;nbsp;na plecach opowieść o moich narodzinach. Spomiędzy jej suchych odłamków wytryskiwała żywica w kolorze miodu, gęstniała i opadała drobnymi bursztynami w moje włosy, pod moje stopy, w skrwawione usta, na dłonie, które jak cyrkle geometry wyznaczały kształty rozwydrzonego piękna. Mgliło mi się przed oczyma. Kobieta, która przychodzi we śnie jest albo śmiercią albo matką. Wszystko tutaj wydawało się snem. Ale ja przecież nie śniłem!&lt;br /&gt;
&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBEjQnWjeI/AAAAAAAAAhI/r08hNYGrOmE/s1600-h/krasnojarsk_mig-21_2.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309819333215948258" src="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBEjQnWjeI/AAAAAAAAAhI/r08hNYGrOmE/s200/krasnojarsk_mig-21_2.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: left; height: 128px; margin: 0 10px 10px 0; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Dla pewności jednak, resztkami sił, na ślepo, rozgarniałem powietrze w nadziei, że gdybym spał moje ciało wykona podobne ruchy i natrafi na kant łóżka, na ścianę, na cokolwiek co mogłoby mnie stąd wyciągnąć. Biłem w próżnię i po jakimś czasie kompletnie wycieńczony runąłem na trawnik z wiórków opadłych igieł. Wtedy srebrna obręcz płynnego dnia z cichym szumem zacisnęła się mocniej. Nie było mowy, by opierać się. Powoli, jak balsam na lato, wtarto mnie w redanowy kadłub, do środka jak do żołądka biblijnego wieloryba. &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBEtEtlVaI/AAAAAAAAAhQ/wwHafh3EiE8/s1600-h/mig-17pf_kramatorsk_2.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309819501819549090" src="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBEtEtlVaI/AAAAAAAAAhQ/wwHafh3EiE8/s200/mig-17pf_kramatorsk_2.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: left; height: 150px; margin: 0 10px 10px 0; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Z moich żył wypruto ostatni krzyk i zawisłem na haku kulminacyjnej chwili bez sprzeciwu, bez oddechu, z nieciekawym grymasem na twarzy.&lt;br /&gt;
Najdziwniejsze było to, że zamiast zginąć, albo opaść bez sił na zawsze, utknąłem wewnątrz kadłuba, gdzie nie kokpit zastałem a dużą salę balową, ekskluzywną kajutę właściwą transatlantyckim liniowcom. Kryształowy żyrandol u sufitu, okna zasnute kotarami, płonące świece (wraz ze spalaniem nie kurczyły się!), ciepła(!) marmurowa posadzka. Na ścianach zawieszone były czarne kwadraty i czerwone koła.&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBE1gtjPdI/AAAAAAAAAhY/t1zYjnBq9uI/s1600-h/mig-21_bishkek_1.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309819646774558162" src="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBE1gtjPdI/AAAAAAAAAhY/t1zYjnBq9uI/s200/mig-21_bishkek_1.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 148px; margin: 0 0 10px 10px; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt; W centrum, pomiędzy rzeźbionymi „na indyjsko” panneau, znajdował się stół zastawiony ciepłymi daniami. Nie czułem głodu, ale z przyzwyczajenia zechciałem pokosztować potraw&amp;nbsp;(pożałowałem, że nie udało mi się zabrać tu ze sobą tego głodnego kota). Niestety nie dane mi było posilić się. Nagle, w szaleńczym pędzie do sali wbiegły dzikie zwierzęta jakby spłoszone pożarem lasu. Były to wspomnienia, marzenia, przeczucia i te chwilowe doznania, które jeszcze nie mają nazwy. Nie zerknąwszy nawet w stronę stołu, z wrzaskiem doskoczyły do moich tętnic, gotowe gryźć, szarpać, ale nie zabić (zabawa taka?).&lt;br /&gt;
&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBGG7jfCXI/AAAAAAAAAhg/35IEWLf1U7k/s1600-h/rzhev_mig-17_2.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309821045549500786" src="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBGG7jfCXI/AAAAAAAAAhg/35IEWLf1U7k/s200/rzhev_mig-17_2.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: left; height: 138px; margin: 0 10px 10px 0; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Tymczasem okazało się że moje na nowo złożone ciało stało się odporne na tego typu uderzanie w koperczaki i zęby ich nie wyrządziły mi najmniejszej szkody. Przez chwilę spokojnie przyglądałem się im jak bezskutecznie usiłują się do mnie dobrać, jak podskakują, próbując kąsać. Później zamknąłem je wszystkie w przenośnej klatce z plastiku jakie używane są do trzymania miluchów w podróży i zająłem się nieostygłymi jeszcze zrazami nelsońskimi na stole. A co.&lt;br /&gt;
&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBGSSPvbqI/AAAAAAAAAho/hvkHO8w4DW0/s1600-h/ts_memorial_sokol_mig172.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309821240619265698" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBGSSPvbqI/AAAAAAAAAho/hvkHO8w4DW0/s200/ts_memorial_sokol_mig172.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: left; height: 167px; margin: 0 10px 10px 0; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Cóż to mogło znaczyć, dowiedziałem sie z koperty opatrzonej moim nazwiskiem, która stała oparta o szklankę rumu (pyszne wyczucie!). Przede mną oto rysowała się jedyna i niepowtarzalna okazja – metafizyczne (z tym do mnie, mnie, który zakochał się w bufecie)&amp;nbsp;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;last minute&lt;/span&gt; na podróż przez sen i czas do miejsca gdzie one nie istnieją. Miałem poddać się jednemu z najpiękniejszych trwań w najczystszym&amp;nbsp;topazie spełnienia, o jakim mogą mówić tylko niezrozumiałe wiersze. W hotelu, którego standard wyznaczała liczba gwiazd widocznych na wiejskim niebie nocą. Miałem ruszyć to, co do tej pory stało uziemione, a przygotowane od &amp;nbsp;tak dawna do skoku. Na imię miała Flora, bogini kwiatów, tak przynajmniej nazywali ją ludzie Zachodu. Dzisiaj, będąc częścią jej wiecznej nadziei, miałem wreszcie uwolnić całą erotyczną nostalgię z wagi cokołu. Pomyśleć, że ja!&lt;br /&gt;
&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBGeqGStNI/AAAAAAAAAhw/Xi5gPUurfjE/s1600-h/voronezh_mig21_2.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309821453180515538" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBGeqGStNI/AAAAAAAAAhw/Xi5gPUurfjE/s200/voronezh_mig21_2.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 130px; margin: 0 0 10px 10px; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Był to czarter na jednorazowy lot do wszystkich odpowiedzi, ja byłem pierwszym oblatywaczem, a frachtem miało być zrzucenie z siebie człowieka, raz a dobrze i na zawsze. I to tłumaczyło moje cudowne odarcie. Od kiedy zwierzęta były w klatce, byłem czysty, przygotowany, mogłem naprawdę być tam, gdzie dotąd człowiek wstęp miał jedynie pod warunkiem zamkniętych oczu, jak do tych tajnych kryjówek do których prowadzi się podwójnych agentów. Miejsce nareszcie odzyskane, w nagrodę za to, że.. właściwie za co? Za to, że tak bezgranicznie uwielbiałem widoki? Ubrałem ciśnieniowy kombinezon i rękawiczki z Nomexu, zapiąłem pod szyją laryngofon i nałożyłem hełm. Usiadłem na krześle przypominającym zimną mistykę Bauhausu i jak ktoś kto już niczego nie potrzebuje, powoli regulując oddech, czekałem na odlot. Bez balastu, który bezskutecznie szamotał się w klatce przy stole.&lt;br /&gt;
&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBHMLTLK-I/AAAAAAAAAiA/Ein2GihCsxU/s1600-h/yak15-10.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309822235187031010" src="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBHMLTLK-I/AAAAAAAAAiA/Ein2GihCsxU/s200/yak15-10.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 144px; margin: 0 0 10px 10px; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Chcąc uczcić ten doniosły moment, sięgnąłem po plasterek argentyńskiej wołowiny z zimnego bufetu. Niestety, byłem tak bardzo przygotowany do bycia gdzie indziej (a może pomylono nazwiska i to nie była moja gra?), że ociężałym ruchem potrąciłem złoty, ośmioramienny kandelabr, który upadł na ziemię z hukiem. I nie byłoby to znowu jakąś szkodą, nawet jeśli był to złoty kandelabr, gdyby nie duża portiera, która podrażniona płomieniem świecy stanęła w ogniu. Przypadek ten wpisany w fatum dał iskrę zapłonu. Zanim się obejrzałem cała ta dziwna komnata gorzała na dobre. W panicznej obawie przed złośliwymi językami ognia dopiłem szklankę rumu, o którą oparta była zaadresowana do mnie koperta i puściłem się w kierunku czegoś, co od biedy możnaby uznać za wyjście (że wcześniej go nie spostrzegłem? cóż, w chwilach stresu człowiek zdolny jest do spraw, które wykraczają poza ramy zdrowego rozsądku). Przeszklone, obrotowe drzwi (wyglądały jak turbina silnika turboodrzutowego) niełatwo było ruszyć (nawet po szklance rumu), ale przy takiej dawce adrenaliny poradziłem sobie z nimi. Wyskoczyłem na zewnątrz.&lt;br /&gt;
Była noc, od czasu mojego zniknięcia nic się nie zmieniło. &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBGnx3NNxI/AAAAAAAAAh4/yYNajiONB04/s1600-h/Skulte0005.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309821609883547410" src="http://3.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBGnx3NNxI/AAAAAAAAAh4/yYNajiONB04/s200/Skulte0005.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: left; height: 150px; margin: 0 10px 10px 0; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Samolot stał na warcie (nadal była piękna, jak numer bloku w którym się wychowałem, zawiedziona), ja stałem tuż przy nim. Zaraz po tym jak skostniały podniosłem sie z ziemii i otrzepałem z wiórków opadłych igieł. W oknach nie paliło się żadne światło. W głowie palił mnie rozum. Zanim zdążyłem zadać sobie pytanie: co się stało, przerażone zwierzęta skoczyły mi do gardła, na powrót obciążyły niezbędnym tutaj balastem człowieka (i live, again!) i uciekły w stronę lasu. Po kocie nie było śladu.&lt;br /&gt;
Żar wycieńczony, odlot niemożliwy (przełożony na innego pilota? nie moja sprawa), topaz trwania pozostaje nadal w sferze czyichś marzeń etc. Po chwili podjechał autobus i historia skończyła się tak szybko jak się zaczęła. Biletu nie kupiłem, na tej trasie i tak nikt tego nie pilnuje. Odjechałem w stronę miasta, zagryzając plaster argentyńskiej wołowiny, który zwinąłem ze stołu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-612639166665745189?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2008/12/pomnik-samolot.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SbBCnx5HyDI/AAAAAAAAAgg/Mq2qeZPIVyE/s72-c/achinsk_avatu_1.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-1163569428933908091</guid><pubDate>Thu, 09 Oct 2008 22:33:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-08-12T01:49:57.342-07:00</atom:updated><title>Powitanie jesieni</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;
Zatrzymując się przed witryną jubilera wymarzyłem dla siebie naszyjnik z soli, który od razu zjawił się na mojej szyi. Byłem zachwycony. Chwyciłem go z admiracją z jaką admirał zabiera się za ster, kiedy dowodzi armadą. Nie był to szlagier sezonu, nie był też antyk ani straganowa pamiątka, raczej pewna kwestia, wyraz, jeszcze nie zdanie.&lt;br /&gt;
Wychodząc z ulicy (szedłem nią niezbyt długo, żeby tylko dojść do placu i być na czas, do dużego skośnego placu, którego delikatny spadek usypiał chód o tej wczesnej porze) zauważyłem jesień zerkającą zza budynku ratusza na mój nowy, najnowszy, piękny (będzie jeszcze czas żeby się o tym przekonać) naszyjnik z soli. Była pora śniadania, to i patrzyła łapczywie, choć wcale jej na nim ani na śniadaniu nie zależało, nie zależało jej na niczym i dlatego chciała go mieć do śniadania. Z opowieści (takich zresztą jak ta) wiedziałem, że to zły znak, ale cóż mogłem zrobić kiedy było po fakcie? Mogłem nawiać. Nie, nie mogłem uciec – nie ucieka się przed jesienią, zwłaszcza przed śniadaniem. Podszedłem więc bliżej, nie za blisko i stanąłem w odległości w jakiej zazwyczaj stoi się chcąc wywołać jak najlepsze wrażenie. Musiałem być cierpliwy, chodziło przecież o mój naszyjnik i być może o śniadanie. Żadne z nas ani drgnęło, ja stałem na placu, ona zerkała zza ratusza. Była piękna. Wschodziło słońce, otwierano restauracje. Ptaki okrążyły plac. Czytałem w jej myślach, ona miała zdolność czytania uczuć. Nagle, dla większej wygody i większego dramatu (tj. melodramatu) przysunięto znikąd dwa fotele i usiedliśmy, każde na swoim, choć wcale nie były nasze. Przynieśli je sekundanci-arbitrzy. Bum! Wkoło zebrali się gapie, bukmacherzy, magnetyzerzy, skrytobójcy, mali milionerzy, przemytnicy zdobionych szachownic i bierek z kości słoniowej, ci którzy mieli teraz oczekiwać na stacji przyjazdu krewnych, a zastali się tutaj, połykacze trucizn, właściciele siłomierzy w parkach rozrywki, powodowani gwiazdą trzej dygnitarze i ludzie prości, był też złożony z butelek, beczułki i lejka anioł z Edgara Poe, wszyscy amatorzy śniadań i soli. W tłumie zniknęło jedno dziecko i trzy pularesy.&lt;br /&gt;
No i proszę bardzo zabawa mogła zacząć się od nowa jak i tam gdzie się skończyła, a raczej tam gdzie ją przerwano. Na znak chorągiewki, której nie można było się doprosić, więc posłużono się starym beretem żebraka w zamian, zaczęliśmy. Miała przewagę, o tak, była sprytniejsza niż można było wnioskować jedynie po wyściubionym zza ratusza nosie, tak ustawiła fotel na którym siedziała żebym, chcąc mieć ją &lt;span style="font-style: italic;"&gt;en face&lt;/span&gt; musiał usiąść pod słońce. Tego było już za wiele, ale nie oponowałem wszak i ja dobrze znałem stare &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dicta Boelcke&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;. Wyprostowałem się, byłem ciut wyższy i to mnie na tę chwilę uratowało - różnica wysokości. &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/S5owhNtRw8I/AAAAAAAAAlA/L9sG91KBWkY/s1600-h/coco_chanel_black_white_image.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5447720046431421378" src="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/S5owhNtRw8I/AAAAAAAAAlA/L9sG91KBWkY/s200/coco_chanel_black_white_image.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: right; height: 200px; margin: 0 0 10px 10px; width: 194px;" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Fotele zsunięto bliżej siebie, ceny podskoczyły. Nie mogłem uwierzyć, że nadal szło o sól, o śniadanie. Jak w tej piosence Sinatry, nie potrafiłem oderwać od niej oczu. Wyglądała jak Gabriela Chanel melancholijnie wtulona w swoją białą berżerę w której zwykła palić papierosy (gdybym tylko miał na swoim koncie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Święto wiosny&lt;/span&gt;, miałbym ją, ją, nie berżerę).&lt;br /&gt;
Rzuciła na mnie wszystko co miała, z całej pary. Mgła skraplała się na naszyjniku. Wyglądało to na cios ostateczny, bo skoro nie mogła mieć kolii z soli nikt jej mieć nie będzie, tym bardziej ja, siedzący, struchlały, nieruchomy, wciśnięty w fotel przyniesiony przez nieznanych sekundantów o twarzach brudnych dzieci. Chciała rozpuścić to wszystko, zemocjonować, zmacerować, przepędzić, rozkochać. Zrobić z tego byle co, szmelc jakiś, zblagować, utopić, dać na postronek, na zawołanie. Byłem przerażony jej fachową determinacją. Po chwili znikła biała berżera, uroda pozostała. Kim była ta pewna siebie żałobnica? &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SQYYDT9CMBI/AAAAAAAAAWI/1LOliqIcv40/s1600-h/modigliani.redhead-dress.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5261919659803947026" src="http://4.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SQYYDT9CMBI/AAAAAAAAAWI/1LOliqIcv40/s200/modigliani.redhead-dress.jpg" style="cursor: pointer; float: left; height: 200px; margin: 0pt 10px 10px 0pt; width: 126px;" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Nieznacznie przechylając głowę, spolitowała mnie biedaka. Z zawadiacką miną złączonych warg wyczekiwała mojego ruchu. W pełni świadoma samej siebie, niewinnie (dokładnie tak żebym poznał) markowała swoje zdziwienie tym jakie wrażenie na mnie wywoływała. Energia z jaką siedziała dodawała jej urody, a we mnie stopniowała niepokój, mierzony wzratsającym pulsem. Była młoda, ja byłem młodszy (tą samą naiwną młodością jaką nieraz odczuwają starcy wobec swych niedojrzałych kochanek). Coraz mocniej czułem niewygodę zapadłego fotela, a widok ten - byłem pewien - sprawiał jej wymowną przyjemność. Dwoma palcami drapała obicie oparcia, tak jak się wabi kota. Patrzyła, nie robiła nic, była. Musiałem przygotować coś specjalnego i to szybko, jeszcze szybciej. Pogładziłem naszyjnik z soli, w którym najbardziej liczyły się przerwy, akapity, odległości między białymi ziarnami. Złapałem się za ucho i krzyknąłem wyrzucając w geście triumfu wolną rękę z wyciągniętym wskazującym palcem do góry: „Nie było jesieni”. Zapadła cisza jaka następuje po eksplozjach bomb wodorowych. Wygrałem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Puściłem ucho. Gapie i sekundanci zamilkli. Stali jak słupy, wryci. Ze skopiowanym z jej ust uśmiechem, leniwie smakując zwycięstwo podnosiłem się z fotela, kiedy rozległ się śmiech, jej. Śmiech oryginalnych ust, nawet nie śmiech gardłowy, ale chichot nosowy, odgłos podobny temu jaki wydają w locie trzymane u nas pod ochroną &lt;span style="font-style: italic;"&gt;mewy śmieszki&lt;/span&gt;. Pobladłem – miałem powody, do tego byłem przed śniadaniem. Czekałem z niepokojem skrzyżowanych nóg, bo wiedziałem, że odpowiedź wzięła sobie na ambit. „To lata” - powiedziała pysząc się gracją swej negacji - "nie było". Ale nie o lot tu szło, a o niewzlot, o siad.&lt;br /&gt;
Moja kolej... Jej kolej... etc.&lt;br /&gt;
Nieszczęście tej satysfakcji zasadzało się nie w niej samej, a na innych rabatach, o których nie wiedziałem. Podświadomie plan mój zgodnie z planem nie powiódł się. Oczywiście był to pojedynek na śmierć i życie, ale jak to bywa między przeciwnikami równymi sobie, częstokroć przeradza taki w grę gorejących namiętności. Żadne z nas nie wiedziało, że armaty celowo muskają jedynie cel, zamiast bić weń z bezwzględnością takich pojedynków. Nie trafiała żebym ja mógł chybiać i odwrotnie. A skoro tak, nie będzie ani zwycięzcy, ani remisu nawet, bo nie będzie zakończenia. Będzie nieskończoność siedzeń, nieskończoność nie wstawań, niezmywalność pokerowego makijażu, nieszczęście trwania ścierpniętych kończyn i spoconej bielizny. Namiętność przerodzi się w farsę, w lichy stołówkowy farsz, fuszerkę nowicjusza, w pospolitą nudę, gdzie rumieńce pożądania zastąpią rumieńce klauna. Odejdą gapie. Ściemni się, ptaki okrążą plac.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;
Z dołu, spomiędzy spękanej gliny podchodzi sól, wylewa się, wykrusza, pęcznieje i pęka. Słodka sól, gorzka sól, sól kuchenna, jodowana, w beczkach i solniczkach, w posągach kobiet, w posagu mężczyzn, w białych pismach, w pierwiastkach, niesiona na plecach, na palcach, wożona na wozach i w wagonach, ważona w rękach i na wagach, smakowana na wargach, zawsze rozpuszczana, nigdy nie rozpuszczana, emska i karlsbadzka, sól attycka, barwna kąpielowa i surowa biała, spieniona i spokojna, do wszystkiego i zamiast wszystkiego, zdmuchnięta i w bryłach, ciężka nie do zdmuchnięcia, strukturalna i przypadkowa, w oku i na polach uprawnych. &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SXTbVA7jVbI/AAAAAAAAAcg/SoNJhlmsSmU/s1600-h/Halite(Salt)USGOV.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293096616140690866" src="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/SXTbVA7jVbI/AAAAAAAAAcg/SoNJhlmsSmU/s200/Halite(Salt)USGOV.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; float: left; height: 172px; margin: 0 10px 10px 0; width: 200px;" /&gt;&lt;/a&gt;Jedno jej ziarenko (naukowo dowiedzione!) – tyle zostaje z człowieka po odjęciu od niego pustej przestrzeni między cząstkami elementarnymi, doczesność.&lt;br /&gt;
A ile jeszcze listów zostaje wysłanych w tej nigdy nie wypełnionej luce?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeśli się kto dobrze przyjrzy może zobaczy na stygnącym placu dwa fotele, dwa Baudelaire`owskie "wytarte fotele" w jednym jesień, w drugim mnie, wtedy dogłębnie, nie mniej więcej zrozumie dlaczego właśnie nie mogę być tutaj, ani nigdzie indziej, a tam tylko gdzie harcowników obowiązuje jeszcze stary zakaz wstawania.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-1163569428933908091?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2008/10/powitanie-jesieni.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://2.bp.blogspot.com/_A9ghZGcbiTc/S5owhNtRw8I/AAAAAAAAAlA/L9sG91KBWkY/s72-c/coco_chanel_black_white_image.jpg" height="72" width="72" /><thr:total>3</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-2572003733276718488.post-1745669329694919989</guid><pubDate>Tue, 08 Apr 2008 12:39:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-07-06T03:15:28.206-07:00</atom:updated><title>Dziennik okrętowy. Inicjacja</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p align="LEFT" style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; widows: 2; orphans: 2"&gt; &lt;span style="color:#000000;"&gt;&lt;span style="font-family:Tahoma, Arial, Helvetica, sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: 9pt;font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-family:Segoe UI;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="color:#FFFFFF;"&gt;o&lt;/span&gt;&lt;/b&gt; ....&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;tu jesteś, tutaj&lt;/p&gt;&lt;p align="LEFT" style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; widows: 2; orphans: 2"&gt;Nic nie pamiętasz.&lt;/p&gt;&lt;p align="LEFT" style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; widows: 2; orphans: 2"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Butelka, która wpadła ci w dłonie. List:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Są miasta. Z wyglądu amebiczne, rozsypane w stada dziecięcych wrażeń, rozpisane na głośny zachwyt i cichy zmierzch. W miastach się podróżuje. Aliaż odległych obserwacji, niezdecydowanych jak busole na magnesie, anemicznie powiązanych ze sobą niczym więcej jak tylko dratwą przypadkowego (nie jedynego) świadka. Podróżuje. Bez ambicji i bez emocji, jakby przenosiło się skrzynie z amunicją. Bardziej nuda i bardziej &lt;i&gt;acte gratuit&lt;/i&gt;, mniej więcej raz na nie wiadomo kiedy i nigdy nie wiedzieć dlaczego - uśmiech kogoś kto się śnił już po raz drugi. I podróżuje dalej. Gęsiego - za myślą:&lt;span style="font-style: italic;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span&gt;"&lt;/span&gt;&lt;span&gt;La vie est variable aussi bien que l`Euripe"&lt;/span&gt; powstaje to wysypisko kolorowych pejzaży, jak nieleczone uczulenie na najważniejsze strony życia.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tak więc witając Cię i żegnając zarazem, zapraszam do degustacji tych mirakli i obietnic, o których mowa na mapach z iksem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Podróżny&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2572003733276718488-1745669329694919989?l=podrozny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://podrozny.blogspot.com/2008/04/dziennik-okrtowy-czyli-podrnego_08.html</link><author>noreply@blogger.com (Podróżny)</author><thr:total>0</thr:total></item></channel></rss>

