<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"><channel><title>http://bernard.bond-os.com/</title><link>http://bernard.bond-os.com/</link><description>Wpisy z dziennika internetowego Jogger, wspomaganego przez Jabbera</description><lastBuildDate>Sat, 25 Sep 2010 03:48:24 +0200</lastBuildDate><generator>JoggerPL</generator><item><title>To whom it may concern</title><link>http://bernard.bond-os.com/2010/06/13/to-whom-it-may-concern/</link><description>Powiesz mi, że nie, nie zmieniło się nic
Od teraz będę żyć, każdym dniem
Że znaczenia brak dla tych pustych słów
I nie ważne co usłyszę znów
Bo przecież ja wiem, wiem jak to jest
W nowych warunkach żyć i skradać się
Od nowa śnić i nie zgadzać się
Z każdym goryczy dniem
Lecz czy przyznasz mi, że wciąż kłamiesz mnie
I nie mówisz mi, jak naprawdę jest
Że już nie ma tych wspólnych chwil
Że nie będzie nigdy Kocham Cię
Nigdy więcej proszę nie mów mi
Że idealistyczny ton gdzieś umknął mi
Nie pogrążaj więcej tamtych dni
Czas najwyższy byśmy dalej szli
</description><pubDate>Sun, 13 Jun 2010 20:55:22 +0200</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2010/06/13/to-whom-it-may-concern/</guid><category>life highway</category></item><item><title>Road to perception</title><link>http://bernard.bond-os.com/2010/04/21/road-to-perception/</link><description>Ostatnie zawirowania wulkaniczno-lotniczne zmieniły trochę mój plan podróży i zamiast ośmiogodzinnej łącznie trasy z Oslo do Lublina odbyłem autokarową przeprawę przez m.in. Goteborg, Ystad i Łódź. Miałem więc trochę wiecej okazji do przyjrzenia się krajobrazowi północy niż tylko wycieczki po Oslo i okolicach. A w towarzystwie trzeciego tomu Pana Lodowego Ogrodu było to całkiem interesujące przeżycie.
Zanim jednak przejdę do opisu, muszę pozbyć się resztek traumy społecznej, bez której chyba żadna podróż autokarowa się nie obędzie. Tym razem trafił się ciekawy osobnik płci skrycie dyskryminowanej, odurzony chyba emocjami towarzyszącymi &quot;zjazdowi do Ojczyzny&quot;. Traumę zapoczątkowało jego niezbyt znośne zachowanie po spożyciu, napięcie rosło wraz z jego coraz głośniejszą i uporczywszą żądzą disco polo - bo przecież do kraju przyjechał to ma być swojsko, chciaż &quot;tańczyć nie będzie&quot; - apogeum zaś nastało w momencie wyczerpania się baterii mojego telefonu. Nie do końca przytomny po nocnych zakupach biletów, ekspresowej wyprowadzce z hotelu oraz pandemonium panującym w terminalu promowym podczas odprawy, zapomniałem go wyłączyć i drogocenna energia wyparowała w poszukiwaniu dostępnej sieci na pełnym morzu. Całe szczęście, że wycieczka została podzielona na dwa autokary, a rzeczony osobnik koniec końców w dalszą podróż udał się tym drugim.
Gdy wracam myślami do krajobrazu &quot;niskiej&quot; północy, pierwszym słowem wypełniającym moją głowę jest wieloznaczne &quot;niesamowite&quot;. To jeden z tych momentów, w których zdaję sobie sprawę z ułomności wszystkich używanych przez ludzi języków. Rodzące się w mnie uczucia, gdy przyglądałęm się masywnym skałom polodowcowym, przez które wykuto korytarze dla dróg, niesamowitej roślinności: wysokim drzewom, wygiętym lekko od naporu wiatru, jednak skutecznie prącym w górę, zieleni trawy i kolorom skromnej, pozostałej roślinności, których nazw jeszcze długo nie będę mógł zapamiętać, są niczym burza. Dziwna, nienaturalna burza, której nie towarzyszy żaden dźwięk. Burza, w której ścierają się części mojego umysłu i duszy, tocząc między sobą zażartą walkę o pierwszeństwo i władzę. Niesamowite, nieokreślone jest to połączenie emanacji potęgi i dzikości natury z ludzką cywilizacją. Ta przekora i buta ludzi - bo co innego (no może poza oczywistą zaradnością) można pomyśleć widząć latarnie przykręcone do śrub wbitych w lite skały.
Spacerując po Oslo, obserwując port z jednej strony, a dziwne łańcuchy gór z drugiej doświadczałem wrażenia obcości, jakby ludzie zamieszkujące te regiony nie byli ich prawowitymi mieszkańcami, jakby wszystko to było pozostałościami innej cywilizacji. Rozrzucone miejscami wielkie głazy o nieregularnych kształtach i usypiska wyglądały jak rozrzucone zabawki, porzucone piaskownice czy place zabaw danych ludów w stukrotnym powiększeniu. Naprawdę, coś niesamowitego. I zdecydowanie wartego polecenia.
</description><pubDate>Wed, 21 Apr 2010 22:43:05 +0200</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2010/04/21/road-to-perception/</guid><category>life highway</category></item><item><title>Won't follow him</title><link>http://bernard.bond-os.com/2010/02/28/won/</link><description>I've felt myself really ashamed
Since the time
I lost one of my best friends
and my mind
Jak napisał i zaśpiewał Manuel Munoz, wokalista The Dead Old Tree, po samobójczej śmierci perkusisty tegoż zespołu. Nie mam do czynienia z tak ostatecznymi wydarzeniami, jednak tekst Won't follow him oddaje sedno moich aktualnych przemyśleń w pewnej materii. Miałem tutaj także napisać, że po raz kolejny doszedłem do wniosku, iż niektóre sytuacje nie powinny mieć miejsca, at all. Problem w tym, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz doszedłem do podobnego wniosku. Jestem przekonany, że takowe się pojawiały i to nie raz. Ale nie pamiętam.
Rozchodzi się o to, że chciałbym zadać pewne pytanie. Czyli prawidłowym byłoby założyć, że chciałbym także poznać odpowiedź. Prawdę mówiąc, nie. Przeraża mnie ona. Ale to przez moją dziwną wyobraźnię, prawdopodobnie. Pytanie w swej istocie bardzo zwięzłe - o co Ci tak naprawdę chodzi?
Wydawało mi się, że daję jasno do zrozumienia, że lubię, gdy nie owija się w bawełnę, ale chyba zmyliłem wszystkich moim zamiłowaniem do kombinowania w, nazwijmy to, procesie twórczym, w którym zazwyczaj od razu się gubię. Ale czy wy nie kochacie tego momentu, w którym znajduje się samego siebie?
Aby jednak wprowadzić jakąś zmianę, nawiążę do poprzedniej notki. Zresztą, jeszcze jednek akapit zakończony znakiem zapytania i cały tekst wyleciałby szybciej niż powstał. Tak więc: plugawstwo skostniało, węzły wytrzymały, zamki niekoniecznie. W każdym razie, nastąpił całkowity brak działań w poruszonej kwestii. Niestety. I wkurza to bardzo, zwłaszcza, że nie mam problemu z tego typu działaniami w kwestiach służbowych (i nawiasem mówiąc, się pewna osoba bardzo zdziwiła, hihi).
I obiecuję, że zmienię ten design, kiedyś.
</description><pubDate>Sun, 28 Feb 2010 21:19:56 +0100</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2010/02/28/won/</guid><category>life highway</category></item><item><title>The moon, the sun unite</title><link>http://bernard.bond-os.com/2010/01/13/the-moon-the-sun-unite/</link><description>Przemyślałem ostatnio te wydarzenia, które udało mi się zapamiętać z tego błyskawicznie minionego roku. Ale to chyba jeszcze za mało, by ruszyć dalej. Chociaż kiełkuje chęć realizacji pewnych marzeń. Chęć sprawdzenia się w pewnej wciąż fascynującej i niemiłosiernie pociągającej dyscyplinie, która jako jedna z niewielu, nadal wyzwala we mnie nieposkromioną energię. Zwłaszcza, że pojawiają się sygnały od innych, że powinienem, że podoba im się. Jednak pomiędzy starannie ułożonymi puzelkami coś się bezczelnie udomowiło i truło. Gdy zlękniony sprawdzałem co, wyskoczyło na mnie z wrzaskiem, ujawniając swą niepewną istotę - &quot;KIEDY?!&quot; - krzyczało i wrzeszczało, opluwając twarz jadem i przyklejając do niej resztki rozerwanych puzzli unoszących się w powietrzu. Ale tym razem nie usiłowałem miażdżyć gada obcasem. Zamiast tego, złapałem za obślizgły język i powiesiłem w pokoju zadumy, by szamocąc się bezsilnie (a węzły wiążę mocne, oj tak!) przypominało o sobie przy każdej wizycie. A gdy już zdechnie i skostnieje, przekuję je w monumentalną odpowiedź.
</description><pubDate>Wed, 13 Jan 2010 18:58:48 +0100</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2010/01/13/the-moon-the-sun-unite/</guid><category>life highway</category></item><item><title>Let it end today</title><link>http://bernard.bond-os.com/2009/03/17/let-it-end-today/</link><description>I znowu gdy zacznie dzwonic budzik, będę chciał rozpierdolić telefon, unicestwić autora dzwonka, zabić ludzi, którzy wymyślili poranne wstawanie do pracy, zapaść się w pościel i spać dalej, byle tylko, dla samego spania; móc tonąć w tym pięknym, jakże kuszącym niebycie niemal do zatracenia, czerpać z niego spokój i trwać w nim do końca świata. Albo przynajmniej tego tygodnia.
</description><pubDate>Tue, 17 Mar 2009 23:06:46 +0100</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2009/03/17/let-it-end-today/</guid><category>life highway</category></item><item><title>Delirium</title><link>http://bernard.bond-os.com/2009/02/13/delirium/</link><description>Punkt odniesienia stał się chyba punktem zatopienia, rozmowy zaczęły coraz częściej wymykać się spod kontroli, niebezpiecznie, naprzemiennie przekraczając granicę miedzy przyjemnością a bólem. Nie wiem co się dzieje. Co chwile okazuje się, że coś nad czym, jak mi się wydawało, miałem kontrolę, zmierza w całkowicie odmiennym kierunku od pożądanego. Nie podoba mi się to cholernie. Po kilka razy dziennie mam wrażenie, że obudziłem się z ręką w nocniku. Zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością, coś mi się o czymś wydaje, a tak naprawdę jest całkowicie inaczej. Braki snu poniekąd odrobione, ale z tymi aktualnymi myślami, boję się tego, co mi się może przyśnić.
WTF?
</description><pubDate>Fri, 13 Feb 2009 22:50:15 +0100</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2009/02/13/delirium/</guid><category>life highway</category></item><item><title>Spinning round and round</title><link>http://bernard.bond-os.com/2009/02/02/spinning-round-and-round/</link><description>Choćby się wydawało, że jest inaczej, lepiej i normalniej, wszystko kręci się dokładnie tak samo jak dawniej. Siostra w pokoju, przy przywłaszczonym już całkiem komputerze, zawieszając chwilowo walkę o mojego (podkreślam, mojego!) laptopa, włącza rzewne amerykańskie piosenki z lat pięćdziesiątych przed naszą erą, mając w głębokim poważaniu to, że ustawiona głośność może komuś przeszkadzać. Kot standardowo dostaje pierdolca, chodząc, siadając i kładąc się na każdym przedmiocie planowanym do aktywnego użytku, gazecie, notatkach, pilocie od telewizora albo laptopowej myszce. Sąsiadka z góry równie standardowo, nadaje do kogoś przez telefon, dokładnie od godziny, dokładnie na pograniczu rozróżnialności słów od denerwującego szmeru. Oczywiście w jakiś magiczny sposób, znany chyba tylko architektowi tego cudu polskiej myśli budowlanej, nie da się tej kobiety jakkolwiek zagłuszyć, jej świdrujący głos przebija się nawet przez siostrzane piosenki. Na sam koniec zostaje matka wypowiadająca na głos wszystkie swoje myśli, a jako, że każde z nas nauczyło się już w pewnym stopniu ignorować jej wypowiedzi, lub skutecznie dawać jej do zrozumienia, że nam przeszkadza, ostatecznym powiernikiem zostaje na wpół śpiący kot, któremu po prostu nie chce się ruszać z zagrzanego już miejsca.
Punktem odniesienia, przypominającym o istnieniu rzeczywistości i pomagającym nie zgubić się w tym błędnym kole, stają się rozmowy z pewną osobą, zupełnie nie wiem z jakiego powodu głośno i często określaną mianem Rudej. No ale co ja poradzę, że o tym co się dzieje w pobliżu dowiaduję się zazwyczaj ostatni (zresztą sam sobie winien). A tutaj miało być bardzo rozbudowane zdanie, ale, że pozwolę sobie wyrazić się w pewien sposób, ugryzłem się język.
A tak poza tym, to trzeba tu zmienić layout. Z perspektywy wygląda to bardziej emowato, niż się wydawało.
</description><pubDate>Mon, 02 Feb 2009 18:52:03 +0100</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2009/02/02/spinning-round-and-round/</guid><category>life highway</category></item><item><title>Blind faith</title><link>http://bernard.bond-os.com/2008/10/21/blind-faith/</link><description>Obiecałem sobie, że nie będę więcej umieszczał tu notek z wyrzutami, jednak zaskutkowało to brakiem jakichkolwiek przez dłuższy czas. A ja znowu mam podły humor, znowu mam dość, znowu mnie wszystko denerwuje i znowu nie rozumiem świata i chodzących po nim ludzi. Po raz kolejny nie potrafię (i nie chcę) rozwiązywać nie swoich problemów, nie mam siły na słuchanie żali innych. Ja się nikomu raczej nie żalę (co chyba jest błędem), staram się być pogdny i cieszyć się tym, że żyję i jak żyję. Wszystko super, dopóki jestem poza domem, poza kontaktem z rodziną. Gdy tylko wrócę do domu i nie wsadzę łba przed monitor by stracić kontakt z rzeczywistością, wszystko wraca i wali seriami, jak z cekaemu. Auć.
Udało się osiągnąć kilka z wyznaczonych celów. Udało się przeprowadzić z sukcesem część z postawionych przed sobą zadań, ale te najwyżej na liście, z największym priorytetem, nadal czekają. I najgorsze jest wrażenie, że zmarnowałem czas właściwy na ich przeprowadzenie i osiągnięcie. Boli, gdy stają się coraz odleglejsze, a ich miejsce zajmują nudne, rutynowe i wymuszone działania, które trzeba.
Życie straciło smak. I co dalej?
</description><pubDate>Tue, 21 Oct 2008 23:21:03 +0200</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2008/10/21/blind-faith/</guid><category>life highway</category></item><item><title>&quot;Your result is available&quot;</title><link>http://bernard.bond-os.com/2008/08/04/your-result-is-available/</link><description>Nie jestem za dobry w zabawach z photoshopem, więc skrinów nie będzie. Będzie cytat: &quot;Grade: C, Result: Pass&quot;. Tak więc CAE mam z głowy.
Zostaje tylko pełne przeprowadzenie się na nowy komputer - teraz i ja mam swojego quada ;) - oraz skończenie wnoszenia zawartości do pokoju po wymianie podłogi. A na więcej inwencji na razie brak.
</description><pubDate>Mon, 04 Aug 2008 23:27:06 +0200</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2008/08/04/your-result-is-available/</guid><category>life highway</category></item><item><title>Again, the simple truth, tfu!</title><link>http://bernard.bond-os.com/2008/05/05/again-the-simple-truth-tfu/</link><description>Siedzię i patrzę przed siebie, na rytmicznie migający kursor w edytorze tekstu, powoli zaczynający denerwować. Gdy z balkonu piętro niżej dochodzi mnie jazgot elektrycznej wiertarki włączam operę i zaczynam pisać tę notkę. Bo z angielskiego (tak tak, znowu robię angielski, as usual) to mi już nic nie wyjdzie, skoro przez 1,5h napisałem 70 słów. Czyli zostało mi 30 minut na 180 słów tego i 250 następnego wypracowania... Ale pisanie nie idzie, as usual. Oczywiście, jak to bywa gdy trzeba coś zrobić na jutro, zabieram się do roboty, ale na rozgrzewkę coś innego, bo to na jutro nudne i za chwilę odwalimy. Wiecie ile w między czasie tego pisania wypracowań rzeczy zaplanowałem? Ludzie. Roboty na dwa lata. Jeden projekt, na tydzień temu, plan gotowy. Drugi, na eeee... rok temu? Gotowy. Trzeci też coś koło tego. Jeszcze dwa nowe. Wszystko gotowe, zaplanowane, a w głowie wizje pięknej, developerskiej przyszłości. Do tego postanowienia poprawy i systematycznej pracy, och, aż serce rośnie. Ale przecież wiadomo, że nic z tego nie wyjdzie, skoro za żadną cholerę nie mogę się na niczym dobrze skupić, a zapał kończy się chwilę po tym, jak zabiorę się do pracy. I tylko ciągle chce się spać, boli baniak i swędzą oczy. W okół ciągły hałas, dzieci drące morde, psy szczekające dupami wysokiej częstotliwości, piłki w blache walące, wszystko nie w tym miejscu, nie o tej godzinie, nie tak jak trzeba... Dzień świra poprostu. Wyjechać mi trzeba, bo przesiąkam tym chaosem na wylot.
</description><pubDate>Mon, 05 May 2008 18:13:15 +0200</pubDate><guid>http://bernard.bond-os.com/2008/05/05/again-the-simple-truth-tfu/</guid><category>life highway</category></item></channel></rss>