<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:blogger='http://schemas.google.com/blogger/2008' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305</id><updated>2026-08-15T23:27:39.386+02:00</updated><title type='text'>bembergiem w berg</title><subtitle type='html'>Who&#39;s the fella owns this shithole?</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default?redirect=false'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default?start-index=26&amp;max-results=25&amp;redirect=false'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>56</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-3285852558120882694</id><published>2017-05-19T19:45:00.000+02:00</published><updated>2017-05-19T23:20:29.295+02:00</updated><title type='text'>Prawdziwy człowiek</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Jakiś czas temu musiałem wyjść z domu, wsiąść do samolotu i polecieć zobaczyć jakieś nowe miejsce. Podróż zajęła dwanaście godzin, ale było warto, bo w tym nowym miejscu znalazłem sporo rzeczy, których nigdy wcześniej nie widziałem. Stał tam na przykład długi słupek zakończony wypustką, z której rozlegały się śmieszne dźwięki za każdym razem, gdy obok przeszedł ktoś w zielonych spodniach. Moje spodnie były niebieskie, więc musiałem uwierzyć na słowo tabliczce informacyjnej. Droga powrotna również obfitowała w atrakcje. Tak się złożyło, że system automatycznego przydzielania miejsc w samolocie posadził mnie obok prawdziwego człowieka. Wiedziałem, że ów człowiek jest prawdziwy, ponieważ był autorem prawdziwej księgi. Wiedziałem, że księga jest prawdziwa, ponieważ zawierała mnóstwo prawdziwej treści. Było dla mnie oczywiste, że treść była prawdziwa, gdyż została tam umieszczona przez prawdziwego człowieka. Możecie się domyślać, że podróż była dla mnie niezwykle oświecającym przeżyciem.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jak pewnie widzisz po prawdziwej księdze, którą trzymam, jestem prawdziwym człowiekiem – zagaił mnie prawdziwy człowiek. Jego oczy skrywały się za grubymi okularami w plastikowych oprawkach a o tym, że posiadał usta, świadczyły drgania nastroszonych wąsów, kiedy coś mówił. Miał niezwykle zwichrzoną fryzurę, co nie było dziwne, ponieważ jego włosy wyjątkowo dobrze zbierały ładunki elektrostatyczne. Gdy opierał głowę o oparcie fotela słychać było głośne trzaski wyładowań. Zauważyłem, że miał na sobie zielone spodnie i trochę mnie zirytowało, że w nowym miejscu, z którego właśnie wracałem, znajdowało się urządzenie, które na ten widok wydałoby niepoważny dźwięk.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Tak, bycie prawdziwym to nie jest bycie nieprawdziwym – powiedziałem.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– To prawda – przyznał. Ucieszyło mnie, że tak szybko znaleźliśmy wspólny język. Przypomniało mi się, że jakiś czas temu mi także przyszło do głowy coś prawdziwego i postanowiłem się tym podzielić z nieśmiałą nadzieją, że moja prawda zostanie dopisana do tych wszystkich prawdziwych zdań składających się na treść prawdziwej księgi.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Niektórzy sądzą, że te drobne monety, które można czasem znaleźć w zakurzonych kątach mieszkania czy zagięciach kanapy zostawiają pająki i inne robaki, które chcą w ten sposób dołożyć się do czynszu – powiedziałem.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Tak?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Moim zdaniem to bujda na resorach. Te pieniądze wypadają nam z kieszeni.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jesteś pewny? – Trochę mnie zbił z pantałyku. Spodziewałem się, że zrobię na nim większe wrażenie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Raczej tak – przyznałem. – Pomyślałem, że może mógłby pan dopisać to do prawdziwej księgi. W ten sposób ta prawda dotrze do wszystkich i nikt normalny już nie będzie rozpowiadał bajek o płacących czynsz pająkach.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Chyba nie rozumiesz, jak działa ta księga – powiedział prawdziwy człowiek skrobiąc coś na marginesie prawdziwej księgi. Gdy skończył, pokazał mi, żebym mógł przeczytać. „Gość, który siedzi obok mnie, nie rozumie jak działa księga” – głosił napis. Nie tylko zostałem pokonany, ale moja ignorancja stała się obiektywna. Postawiony pod ścianą, zacząłem się bronić.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– A jeśli zamienię się z kimś miejscami, to czy ten ktoś, ten inny gość siedzący obok pana, też nie będzie nic rozumiał, niejako automatycznie?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Strasznie mnie korciło, by zrobić taki eksperyment. Korytarzem szła właśnie młoda dziewczyna. Miała śliczną buzię, co mogłem stwierdzić, ponieważ dodatkową ręką, która wyrastała jej ze środka pleców, przytrzymywała opadające czoło. Chciałem ją zawołać, żeby zamieniła się ze mną miejscami, ale bałem się, co sobie o mnie pomyśli. Poza tym wpis do księgi mówił o „gościu”, co można było zinterpretować w ten sposób, że chodziło wyłącznie o mężczyznę.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie gorączkuj się, przecież napisałem to ołówkiem – prawdziwy człowiek pokazał mi, że ołówek jest w komplecie z gumką do ścierania oraz nożyczkami.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Niektóre zdania są prawdziwe okazjonalnie, w zależności od czasu i miejsca, za kogo ty mnie masz – pochylił się w moją stronę i poczułem, że grzywka unosi mi się lekko w kierunku jego naelektryzowanej głowy.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
–  Zaraz ci wszystko wytłumaczę – powiedział.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Prawdziwy człowiek okazał się naprawdę łebski i im dłużej mówił, tym bardziej nie miałem ochoty mu podpaść. Prawdziwa księga zaczynała się od zdania, że tylko prawdziwy człowiek może do niej dopisywać kolejne prawdy.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– A prawdziwy człowiek to ja – powiedział prawdziwy człowiek i puścił do mnie oko. Pokazał mi stronę w księdze ze swoim zdjęciem, które było podpisane: „Mieczysław. Prawdziwy człowiek”. Fotografia została zrobiona niedawno i przedstawiała go od pasa w górę. Wyglądał na niej, jakby był zdyszany i umierał z pragnienia. W tle znajdowała się spieczona Słońcem pustynia. Fotograf musiał go uchwycić w momencie, gdy Mieczysław zorientował się, że oaza do której tak rozpaczliwie próbował dobiec okazała się fatamorganą.

Mieczysław pozwolił mi przekartkować swoje dzieło. Znalazłem tam mnóstwo prawd, niektórych tak oczywistych, jak „Sernik jest najlepszym ciastem”, ale też całkiem sporo kontrowersyjnych, typu „Aśka ma głupi ryj” oraz „Woda na Marsie śmierdzi sikami”.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Kiedy zorientowałeś się, że jesteś prawdziwym człowiekiem? – zapytałem, z szacunkiem oddając księgę.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– W momencie, gdy zdałem sobie sprawę, że mam bezpośredni kontakt z rzeczywistością, że widzę rzeczy takimi, jakimi one są… – Mieczysław szukał właściwych słów. – Jakimi one są, no cóż, naprawdę.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Potrzebowałem dłuższej chwili, żeby to sobie poukładać. Zawsze czułem się uwięziony w siatce utkanej z pojęć, które wytworzyła kultura i w perspektywie których nieustannie interpretujemy świat. Kultura to gigantyczny pająk, który nie płaci za czynsz, podczas gdy prawda wypada z kieszeni rzeczywistości. Czułem, że Mieczysław może mieć dostęp do tej kieszeni i zacząłem podejrzewać, że trzyma w niej rękę aż po sam łokieć.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Idę siku – powiedział Mieczysław. Gdy wstał i przecisnął się w stronę korytarza, zauważyłem staruszkę, która przez cały ten czas musiała przysłuchiwać się naszej rozmowie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Synu… – zaczęła, gdy prawdziwy człowiek zniknął w toalecie. – Bój się Boga, widać, że nie grzeszysz inteligencją, ale ten szemrany typ robi cię w konia. On na pewno będzie chciał cię naciągnąć na pieniądze.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Co pani mówi… – zrobiło mi się strasznie głupio. A co, jeśli staruszka miała rację? Przecież to wszystko było strasznie podejrzane.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Synu, prawda to tylko niezasłużony komplement, którym obdarzamy te zdania, które nam się najbardziej podobają! To poznawczy szantaż!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Szantaż?&lt;br /&gt;
– Tak, szantaż! Jak się ze mną nie zgadzasz, a ja mówię prawdę, to jedyne, co ty robisz, to rozsiewasz podłe kłamstwa! – Staruszka rzuciła okiem wzdłuż korytarza i zaczęła dawać znaki, żebym siedział cicho. Wyciągnęła z koszyczka przed sobą jakieś czasopismo i zaczęła je niedbale przeglądać.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;Mieczysław wrócił z toalety. Gdy siadał na miejsce uderzyła mnie bijąca od niego aura prawdy o zapachu mydła. Wciąż miałem w głowie słowa staruszki. Kobieta zdawała się nienawidzić prawdy. Zachodziłem w głowę, jak można nienawidzić prawdy. Przyjrzałem się tej kobiecie nieco dokładniej. Czasopismo, które czytała, było mokre i kapała z niego woda. Niektóre krople w kontakcie ze skórą staruszki zamieniały się w kolorowe kamyczki i z cichym pluskiem wpadały do kałuży między jej stopami. Od kobiety także biła aura, ale była to aura niepewności. Co ciekawe, aura niepewności również miała zapach mydła.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Mogę mieć pytanie? – zwróciłem się do prawdziwego człowieka.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;– Jasne.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co, jeśli nie zgadzam się z tym, co mówi księga?&lt;br /&gt;
Mieczysław wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;– Wtedy jesteś ułomny lub niegodziwy – wyjaśnił. Mówił to takim tonem, jakby tłumaczył najlepszy sposób na zaparzenie herbaty ze zrogowaciałego naskórka niemowlaka.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jeśli nie zgadzasz się, bo sądzisz inaczej, to jesteś upośledzony poznawczo. Jeśli zgadzasz się, ale nie chcesz tego zaakceptować, to jesteś moralnie zły.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– A księga nigdy się nie myli?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Nigdy – stwierdził prawdziwy człowiek. Otworzył księgę i dopisał kolejne zdanie: „W klasie ekonomicznej jest mało miejsca na nogi”.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– To prawda – przyznałem, wiercąc się w miejscu.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co nie? – spojrzeliśmy po sobie i coś we mnie pękło. Musiałem zatkać usta dłonią, bo zawsze, gdy się śmieję, wylatują mi z buzi pszczoły. Śmiałem się dosyć długo, podczas gdy prawdziwy człowiek tylko kiwał głową, dziwnie ukontentowany.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Dajcie spokój! – staruszka z mokrym trzaskiem złożyła czasopismo i zwróciła się w stronę prawdziwego człowieka.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Zapisz pan w tej swojej księdze, że zawiera same dyrdymały! Kogo obchodzi, że… – kobieta zaczęła wyrywać Mieczysławowi księgę. Prawdziwy człowiek stawiał opór, ale staruszka zdołała wydrzeć jedną stronę.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Parówki powinno się jeść tylko z musztardą – przeczytała. – No i co z tego, że to absolutna prawda, skoro to są totalne pierdoły!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Mieczysław przyjął ten wybuch z zadziwiającym spokojem. W typowy dla siebie sposób pochylił się nad księgą i z namaszczonym skupieniem dopisał do niej kolejne zdanie. Przez cały czas zaglądałem mu przez ramię i z każdym kolejnym słowem wzrastał mój sceptycyzm. Na jakimś poziomie zgadzałem się z tym, co pisał prawdziwy człowiek, na innym zaczynałem podejrzewać, że kieszeń z której Mieczysław wykradał prawdę, może wcale nie należeć do rzeczywistości.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No i co tam takiego nabazgrałeś? – prychnęła staruszka.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Niech się pani nie przejmuje – wypsnęło mi się. Czułem w ustach mdły posmak miodu. Wiedziałem, że odzywając się popełniłem błąd, bo kobieta znów rzuciła się w kierunku księgi Mieczysława. Może i była stara, ale miała sporo krzepy. Po chwili triumfalnie wymachiwała przed nosem prawdziwego człowieka kolejną wyrwaną stroną. Rozprostowała ją na kolanie i przeczytała głośno:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Stare i wredne baby wstydzą się prawdy.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Mieczysław nawet nie mrugnął.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No co, może nie? – spojrzał staruszce w oczy. Długo się tak w siebie wpatrywali. Nie wiem, ile jeszcze potrwałby ten pojedynek, gdyby nie turbulencje, które wstrząsnęły samolotem. Dobiegający z trzeszczących głośników głos pilota kazał wszystkim zapiąć pasy. Rozległy się nerwowe szepty i gdzieś z tyłu zaczęło płakać dziecko.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zaczęło się robić dziwnie. Wstrząsy gwałtownie narastały a hałas trzeszczącego kadłuba zagłuszył płacz dzieci i krzyki przestraszonych pasażerów. Zgasły światła. Poczułem gwałtowny skok lub spadek ciśnienia, gdy samolot zaczął obniżać się lub wznosić, nie byłem tego w stanie stwierdzić. Na zewnątrz panował jeszcze większy mrok niż w samolocie i patrząc w okno widziałem tylko swoje niewyraźne odbicie. Moja głowa robiła się raz lekka, jakby miała oderwać się i odlecieć, raz ciężka, jakby chciała się schować między barkami. Czułem, jak pszczoły w moim żołądku bzyczą nerwowo a płyny w moim ciele przelewają się w organicznym okablowaniu, ale to ostatnie mogło być tylko złudzeniem. Chciałem złapać się za głowę i przytrzymać ją, ale jednocześnie bałem się, że jak puszczę fotel, to wysadzi mnie z miejsca i uderzę w sufit. To wszystko było bardzo nieprzyjemne, ale jeśli ja się bałem, to Mieczysław po prostu oszalał. Z paranoiczną intensywnością wpatrywał się w księgę, ściskając ją oburącz przed swoją twarzą. Może sądził, że w ten sposób doda sobie odwagi, może odprawiał modły, ale cokolwiek to było, przyniosło efekt. Twarz Mieczysława nagle się rozluźniła, opuścił księgę na kolana i pomimo turbulencji udało mu się ją otworzyć i przytrzymać jedną ręką. Drugą sięgnął po długopis.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jeśli chce pan coś dopisać – próbowałem przekrzyczeć panujący harmider – to proszę koniecznie uwzględnić fakt, że katastrofy lotnicze są bardzo niebezpieczne!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Zgadzam się w zupełności! – odpowiedział Mieczysław.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– To może dopisz pan też do tej swojej durnej książki – do dyskusji włączyła się staruszka – że wbrew pozorom bezpiecznie zmierzamy do celu! Jeśli ma pan choć trochę oleju w głowie!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– To chyba tak nie działa… – westchnąłem i nagle wydało mi się strasznie zabawne, że kontynuujemy tę grę w udawanie przeczuwając jednocześnie, że to mogą być nasze ostatnie chwile. Spojrzałem na Mieczysława. Wyglądało na to, że zamierzał spełnić prośbę staruszki. Najwyraźniej postanowił pociągnąć ten gag do samego końca.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Samolot, w którym siedzę, bezpiecznie zmierza do celu – przeczytał najnowszy wpis z księgi i wierzcie lub nie, ale na zewnątrz się rozjaśniło, wstrząsy ustały a samolot wyrównał lot.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ale ma pani głupią minę! – wykrzyknąłem bez sensu w kierunku staruszki, ale dawno nie czułem takiej ulgi.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Trafiło się ślepej kurze ziarno – żachnęła się. – Zbieg okoliczności i tyle.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Było widać, że starsza pani marudzi dla zasady, ale przez resztę lotu nie zaczepiała już Mieczysława. Zajęła się segregowaniem rozsypanych wokół siebie kamyczków. Najwięcej było zielonych. Prawdziwy człowiek też się nie odzywał. Pilnując, żeby nikt go nie podejrzał, nerwowo dopisywał do księgi kolejne zdania. Zastanawiałem się, o czym mógł myśleć. Może śmiał się z nas w duchu, że jego kawał z prawdziwą księgą zyskał nagle dodatkowy wymiar. Może całe to wydarzenie nie zrobiło na nim wrażenia, ponieważ dla niego to nigdy nie były żarty. Gdy dotarliśmy do celu Mieczysław szybko wstał z miejsca i ruszył do wyjścia. Straciłem go z oczu, gdy wmieszał się w tłum wysiadających pasażerów.

Pomogłem starszej pani zdjąć bagaż. Podziękowała wręczając mi woreczek z niebieskimi kamyczkami, ale niechętnie go przyjąłem. Wciąż pachniała mydłem. Schodząc na płytę lotniska usłyszałem jakieś zamieszanie. To był Mieczysław – szarpał się z parą ochroniarzy. Zrozumiałem, o co poszło, gdy wraz ze swędem spalenizny, wiatr przywiał w moją stronę tlące się strzępy prawdziwej księgi. Kolejny podmuch rozproszył je w wirujących spiralach i porwał w kierunku jarzącego się na czerwono horyzontu, który w tamtym momencie uznałem za wschód Słońca. Kilka minut później wiedziałem już, że były to płomienie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Tak się kończy tchórzliwe chwytanie rzeczywistości za gardło – usłyszałem zza pleców głos staruszki i słowo daję, w jej tonie dało się wyczuć nutkę satysfakcji.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
W hali przylotów dowiedzieliśmy się, że kilkanaście minut temu doszło do globalnego kataklizmu. Łuna na horyzoncie świadczyła o pożarze miasta.

Przed nami, asekurowany przez dwóch ochroniarzy, przeszedł Mieczysław. Czubek głowy rozświetlał mu płomyk świętego Elma. Zauważyłem, że jego zielone spodnie umorusane były sadzą.&lt;br /&gt;
– Myśli pani, że Mieczysław spalił księgę, bo sądził, że to on wywołał tę katastrofę dopisując do niej coś, co tylko chciał, żeby stało się prawdziwe?&lt;br /&gt;
Staruszka wyciągnęła z torby mały słupek zakończony wypustką. Po chwili urządzenie zaczęło wydawać śmieszne dźwięki. Ucichło, gdy Mieczysław zniknął nam z oczu.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Ale to śmieszne – powiedziała. – Kupiłam dla wnuka.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– To jak pani sądzi?&lt;br /&gt;
– Wiesz, jestem już stara a przez artretyzm w moich palcach zamieniam wodę w kamienie…&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Przykro mi to słyszeć…&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– Powiem ci, co myślę… – Staruszka spojrzała na mnie spojrzeniem starej kobiety.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jeśli tamto zdanie z księgi Mieczysława zapewniło nam bezpieczną podróż, to tylko dlatego, że było prawdziwe.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Uznałem, że warto się z tym zgodzić.
&lt;/div&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/3285852558120882694/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2017/05/prawdziwy-czowiek.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/3285852558120882694'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/3285852558120882694'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2017/05/prawdziwy-czowiek.html' title='Prawdziwy człowiek'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-7519454823766719466</id><published>2015-11-27T01:47:00.001+01:00</published><updated>2015-12-07T02:42:18.741+01:00</updated><title type='text'>Perpetuum mobile</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ostatnio, gdy pochyliłem się, żeby sobie zawiązać sznurowadło, przypomniało mi się, jak kilka miesięcy temu spotkałem kolesia, który twierdził, że wynalazł perpetuum mobile. Zdaje się, że miał u mnie dług wdzięczności czy co tam, bo ocaliłem mu wtedy życie lub coś w tym stylu. Powiedział:&lt;br /&gt;
– Ocaliłeś mi życie lub coś w tym stylu, więc pozwól, że w ramach spłacenia długu wdzięczności czy co tam, zdradzę ci tajemnicę działania perpetuum mobile.&lt;br /&gt;
– Uuuu! – odrzekłem. Można w ogóle odrzec: „uuuu”? Tak czy siak, wydałem z siebie taki właśnie dźwięk.&lt;br /&gt;
– Posłuchaj – zaczął tamten, ale nie słuchałem zbyt uważnie, bo zapatrzyłem się na przejeżdżający tramwaj. Zastanawiałem się, czy gdybym stanął na torach i złapał kable, które wiszą nad drogą, to czy także pojechałbym jak tramwaj.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;br /&gt;
– I tak to jest z tym perpetuum mobile – zakończył po dłuższej chwili gadania o różnych rzeczach, które całkowicie zaprzeczają naszej aktualnej wiedzy o rzeczywistości. – Jesteś jedyną osobą, która zna mój sekret i mam nadzieję, że wykorzystasz to, by zmienić świat na lepsze.&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zrobiło mi się strasznie głupio, bo przecież w ogóle nie słuchałem. Sytuacja była tym bardziej niezręczna, ponieważ – o czym jeszcze nie wspomniałem – moja wcześniejsza pomoc odciągnęła nieuniknione zaledwie o kilka chwil – facet zdradzał mi swoją tajemnicę leżąc już na łożu śmierci. Być może ciężko uwierzyć, że chwilowo ocaliłem życie komuś, kto i tak już leżał na łożu śmierci, ale z drugiej strony – jak próbowałem się pocieszać – równie ciężko uwierzyć, by perpetuum mobile mogło cokolwiek zmienić na lepsze. Kto wie, może by tylko wszystko pogorszyło? Historia pewnie zna takie przypadki. Na pewno jakieś były. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ho-ho! – zawołałem, bo nic lepszego nie przychodziło mi do głowy.&lt;br /&gt;
Gość zamrugał do mnie porozumiewawczo, ale słowo daję, niewiele z tego mrugania rozumiałem.&lt;br /&gt;
– Przyznaj, że przy moim pomyśle EmDrive wygląda jak zderzak Łągiewki – naciskał na mnie, jakby chciał, żebym przyznał, że jest dokładnie tak, jak mówi.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie wiem – zgodziłem się, żeby zmienić temat, bo jednak przyszło mi do głowy coś lepszego. &lt;br /&gt;
– Perpetuum mobile czy co tam – zacząłem. – No, to bardzo ciekawe, ale zastanawiam się, czy gdybym stanął na torach i złapał te kable, które wiszą nad drogą, to jak pan myśli, czy pojechałbym jak tramwaj? Bo ja myślę, że mogłoby to znacznie usprawnić komunikację miejską i ludzie nie musieliby marznąć na przystankach, a chyba nikt na to wcześniej nie wpadł.&lt;br /&gt;
Facet zrobił wtedy takie dziwne oczy, zamrugał szybko i otworzył usta, jakby chciał – do dzisiaj nie jestem pewien – potwierdzić lub zaprzeczyć, ale nie zdążył zrobić niczego, bo przyszedł mi do głowy inny pomysł.&lt;br /&gt;
– Albo kwadratowe koła. Wszyscy mówią, że kwadratowe koła nie istnieją, ale gdyby samochód w miejsce normalnych opon miał kwadratowe, to przecież miałby kwadratowe koła, co nie? Zupełnie jak w perpetuum mobile.&lt;br /&gt;
Niestety, nie doczekałem odpowiedzi, ponieważ umarł. I właśnie ten obraz – nieme zwłoki niedoszłego noblisty, a nad nimi ja, popijający herbatę &lt;span class=&quot;st&quot;&gt;menghai &lt;i&gt;yunnan old tree&lt;/i&gt; puer ripe&lt;/span&gt; i przeglądający w zamyśleniu starą gazetkę promocyjną z Media Marktu – przypomniał mi się podczas zawiązywania sznurowadeł. Czasami myślę, że może zrobił to specjalnie – śmierć i te sprawy – żeby odejść z twarzą, gdyż głupio mu było przyznać, że nie ma pojęcia ani o kwadratowych kołach, ani o tym jak usprawnić komunikację miejską. No i koniec końców, takie mam wrażenie, przyczyna większości naszych problemów leży właśnie w tej niezdrowej ambicji, by wymyślać zaprzeczające fizyce wynalazki, podczas gdy zwykli ludzie marzną na przystankach. Bo jeśli jest jakaś analogia między komunikacją miejską a komunikacją międzyludzką, to perpetuum mobile w tym drugim przypadku już od dawna funkcjonuje w postaci nieustającej gadaniny ludzi czekających w przenikliwym chłodzie na przyjazd tramwaju. Niektórzy bowiem, zamiast zająć się ważnymi sprawami, na przykład takimi jak te, o których śpiewają ci, którzy śpiewają poezję śpiewaną, wolą mieć zdanie na każdy temat. Na przykład na temat feminizmu. Albo na temat uchodźców. Ale to nie dotyczy mnie, bo ja mam zdanie tylko na niektóre tematy. Na przykład mam zdanie na temat tego, że najlepszą zupą jest żurek. No i że dobry do smażenia jest olej ryżowy. To wszystko jest strasznie stresujące.&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;https://www.youtube.com/embed/WXV_QjenbDw&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/7519454823766719466/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/11/perpetuum-mobile.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/7519454823766719466'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/7519454823766719466'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/11/perpetuum-mobile.html' title='Perpetuum mobile'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/WXV_QjenbDw/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-3328307994489229834</id><published>2015-08-25T20:36:00.001+02:00</published><updated>2015-08-27T03:52:50.409+02:00</updated><title type='text'>Co ta pustynia</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Upał. Potrzebowałem coś załatwić. Niby nic pilnego, ot,
spotkać się z kimś, rozrzucić trochę papieru po urzędach, wymienić klika uśmiechów i zebrać dowody
uznania za sztucznie wygenerowane zasługi i cnoty. To był jeden z tych dni, gdy hałas
miasta kusi obietnicą oazy zza wścibskich wydm blokowisk, a ludzie, anonimowi w kawiarnianym tłumie, gotowi byli hojnie lać wodę ze swoich powierzchniowych zainteresowań. Nie wiem, skąd brała się we mnie ta zarozumiałość, ale czułem, że nie mogę już dłużej chować
pod kefiją spieczonych ust i starych pajęczyn. Gorączkowo ściskałem więc Koran, chorobliwie ściskałem też inne księgi, podczas gdy kurz na języku domagał się w urwanych sunnach starcia lub rozmowy. Byle uwolnić
się od tych krzywych ścian i popękanego sufitu, myślałem, zanosząc modły w
eschatologicznej próżni lub interpretując wróżby ze stochastycznych heksagramów. Byle wyplątać się ze starych tradycji, od popijania
zimnej herbaty nad pustą kartką i wysłuchiwania zawodzenia demonów:&lt;br /&gt;
– Kim jesteś?&lt;br /&gt;
– O żeż wy, odwieczne pytanie?&lt;br /&gt;
Dawałem więc odwieczną odpowiedź:&lt;br /&gt;
– Nie mam pojęcia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rytuał kończył się
zawsze tak samo; ustawiałem święte księgi na półce, jakbym szykował amunicję do walki z piaskową burzą&amp;nbsp;– Biblia, Księga Mormona, I-Ching&lt;span class=&quot;st&quot;&gt;, &lt;/span&gt;Dianetyka, Diuna, Mad Max, Gwiezdne Wojny… Wszystkie obiecywały to samo. Obiecywały zwycięstwo. Obiecywały dużo płynów i nowe życie. Tego ostatniego obawiałem się jednak najbardziej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyszedłem na pulsujący w gęstym powietrzu żar, stawiając kroki i mrużąc oczy. Wsłuchiwałem się w szeleszczącą pod stopami pustynię. Zapas wody chlupotał beztrosko w doczepionym garbie, który w innych okolicznościach dodawał mi posępnej powagi. Nie szukałem towarzystwa, tak jak i nie szukałem innych rzeczy – złotych płyt Moroniego, Arki Przymierza – gdyż jedynym przewodnikiem na pustyni jest przypadek. Na pustyni jedynym przewodnikiem jest przeznaczenie, a na Tatooine, wśród Beduinów i Fremenów, wśród War Boys przypadek i przeznaczenie oznaczają zawsze to samo. Dlatego nie byłem zdziwiony, gdy natknąłem się karawanę przyjaciół z czasów, gdy zsikałem się w piaskownicy.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Wpadnij do nas.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie mogę, poważnie.&lt;br /&gt;
– Czemu? Pogadamy.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Mam dziurę w skarpecie.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Więc pokój z tobą.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– I z wami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znalazłem się w miejscu, którego nie ma na mapie ani
nigdzie. Na horyzoncie ocean uśmiechał się do mnie fałszywie, a ja byłem w ciąży i podziwiałem swoje nabrzmiałe piersi ponad
nabrzmiałym brzuchem. Długo tak stałem. Robiłem zdjęcia. Całkiem sporo.
Odpychając myśli o brakującej macicy złożyłem przysięgę: znajdę dla ciebie czas. Jestem ojcem i matką. Ozdobiłem
czoło kirem. Jestem wdowcem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Gorąc wylewał się jak smoła z przepełnionego kotła, podczas gdy ja niestrudzenie wypełniałem przestrzeń wokół nas piaskiem. Wydaje się, że miraż pochłonął mnie do reszty, bo pamiętam, że spytałaś, czy szukam specjału. Byłaś ciekawa, jak długo jeszcze będziemy tu błądzić, czy buduję statek i dlaczego wypatruję burzy. Chciałaś wiedzieć, kiedy ostatni raz poddałem się audytowaniu. Kazałem ci się zamknąć i zabrałem się za wypełnianie druków. Wpisałem imię,&amp;nbsp;
adres, znasz mnie. Powiedziałaś:&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Znam cię.&lt;br /&gt;
Powiedziałem: &lt;br /&gt;
– Zamknij się, wypełnię to za ciebie. Masz mokre stopy.&lt;br /&gt;
Powiedziałem:&lt;br /&gt;
– Ten siniak, ty wiesz, lubię cię w ciszy. Tylko szum fal, dorosłość, a my klif, brzeg,
jak dzieci. Zamki z piasku. Jestem królem i rządzę. Tak więc chcę cię na kolanach, rozkazuję ci, brzuchu. Stworzysz potwora, a ja dam mu ziemię i święto. Święto potworów. To będzie mój dzień... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Popołudniowy głód obudził mnie, a ja obudziłem
Słońce. Częściowo rozebrany siedziałem w zielonym półcieniu, wśród ruchomych piasków, jaszczurek i skorpionów. Nie poznałaś mnie, dopiero,
gdy się ubrałem i poprawiłem włosy.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– To ty.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Było mi gorąco.&lt;/div&gt;
&lt;div class=&quot;MsoNormal&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie mów.&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;https://www.youtube.com/embed/s2dQ08F_-fY&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/3328307994489229834/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/08/co-ta-pustynia.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/3328307994489229834'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/3328307994489229834'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/08/co-ta-pustynia.html' title='Co ta pustynia'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/s2dQ08F_-fY/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-962562661662444026</id><published>2015-07-25T17:08:00.002+02:00</published><updated>2015-07-27T11:26:25.500+02:00</updated><title type='text'>I właśnie dlatego</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– I właśnie dlatego, rozumiesz, Piotrek? Rozumiesz?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Słucham?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jezu... Z tobą to jak z małym dzieckiem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Przepraszam, zamyśliłem się. Może pani powtórzyć?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Lepiej zamyślaj się nad tym, że jeśli nie będziesz...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
To będziesz w nie-będzie. Jak mnie nie będzie, to będę w urzędzie składał podanie o pranie i sranie. Boskie skaranie, zasługujesz na lanie za życia olanie, w nagrodę cię czeka przedmiotu oblanie, oj tak lalala, titiriti, u-ha!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co ci tak wesoło? Jeszcze będziesz się śmiał baranim głosem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie, to raczej taki nerwowy grymas.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie opieraj się o ławkę. Z tych ocen ma ci wypadać?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Chciałem jeszcze odpowiedzieć z historii...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Sama zadecyduje z czego cię będę pytać, chociaż nie wiem czy to coś da. Zobacz, jeden stopień, drugi stopień, trzeci stopień... Ze średniej to nie bardzo wynika.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
W klasie pociemniało. Nad szkołą zebrały się chmury burzowe. Deszcz jest tylko kwestią czasu. Dzieci biegają, dorośli chodzą, psy robią na trawnik. Narrator jest wszechwiedzący. Wie, jaki jest sens życia i co was czeka po śmierci. Jest mistrzem tej gry.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No, dobrze, powiedz mi... – Żeby to nie był angielski, tylko nie angielski... – Bo nie wiem czy wiecie, że generał Malinowski, który, &lt;i&gt;notabene, &lt;/i&gt;był nekrofilem i odprawił stosunek seksualny z większością królów Polski... – Nie angielski, nie angielski, 
nie angielski! – Znał doskonale język angielski? – Koszmar na jawie! – What is your name, Peter?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Słucham?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– English! Speak English, please!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– My name... Have... Nie... Did, was, were... Ja wiem, pani profesor!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Idź stąd! Normalnie chorzy ludzie! Nie mamy o czym więcej rozmawiać!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Kolory trochę zbladły. Jarzeniówki powodują łzawienie. Za plecami słychać jeszcze komentarze pierwszych ławek. Pocieszające kpiny. Czuję się skrzywdzony i jest mi żal. Wracam na swoje miejsce stawiając kroki i mrugając oczami. Jakiś wiersz cyniczny, albo maz demoniczny. Otwieram i kartkuję, szukam wolnych stron.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co tam? – Cz. – No, co tam? – Gdzie?! Gdzie?! – Wczoraj 
byłem, zrobiłem, zjebało się, obczajasz? – Tik-tak, tik-tak, tik-tak – Obczajasz?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No, lipa, nie?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Hyyyy... Co tam?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Mój pies...&lt;br /&gt;
– Co z nim?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Zdechł.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Hyyyy... Tak?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Normalnie, wstał, ziewnął i zdechł.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Gram przez neta w gry.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– W co teraz?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Teraz w to, bo w tamto już nie, ale może jeszcze będę.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Chwila wyczekującego milczenia. Jeszcze jedna chwila, oj tak, oj tak, ciężka sprawa, itd. Czy mam gdzieś napisane, że potrzebuje towarzystwa, że jestem śmietniczką na śmieciowe zwroty, co słychać, jak leci, co powiesz, co tam, jak tam, gdzie tam... Podrapał się w szyję, wstał i odleciał. W przejściu między ławkami miną się z O., który mrucząc chodził i mlaskał. Mmmm, Cz., 
Hyyyy, O.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Klasa jest jednolitą formą. Jednostki połączyły się w zbiory jak wymieszane kawałki plasteliny. Ciężko rozróżnić poszczególne kolory, gdy się obserwuje z odległości. Te same gatunki tworzą własne ekosystemy. Folwark zwierzęcy. Ogród zoologiczny. Sala podzielona na sektory. Z tyłu rośnie drzewo dla człowiekowatych. Stamtąd przylatują kokosy i banany odprowadzane salwami śmiechu. Środek to zagródki dla kóz i owiec. Zakolczykowane, z dzwoneczkami pod szyją skubią papier i gładzą sierść. Odgłosy wsi, zapachy laboratoriów. Pomiędzy przycupnęły rzadkie gatunki. Mamut o nienawistnym spojrzeniu, nietoperz wiszący obojętnie na opak, leniwiec, papuga, żaba i chomik. Z boku popiskują myszki i szczurki, a na grzędach gdaczą kury. Czuję się jak wysłannik programu przyrodniczego, chociaż wiem że i mnie można gdzieś zakwalifikować. Książę ciemności, demon zniszczenia, wysłannik piekieł, daj mi teraz marzyć daj...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Czekam na dzwonek jak na zbawienie. Czasem modlę się o dzwonek, Panie Boże, spraw żeby dzwonek, będę lepszym człowiekiem i zacznę chodzić do kościoła, tylko spraw żeby dzwonek. I dzwonek dzwoni a ja zapominam o obietnicach pakując zeszyty i książki. Pierwszy wyskakuje na korytarz a tam tłum. Mieszany i zróżnicowany. Wielopłciowy i wielobarwny. I wnikam z impetem, byle szybko od ścisku, od wrzawy, od smrodu, wymijam, szturcham, uważaj!, o Jezu!, przepraszam!, i ściana i schody i w lewo i prosto, i noga i łokieć i głowa i ręka i ucho i szyja i plecy i dupa i dupa i dupa i sala - ławka - krzesło i siedzę...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Siedzę i nie wiem czy siedzę tak jak należy, czy naturalnie, czy teatralnie. Przerwa trwa, ja się wiercę, garbię, opieram łokcie o blat, prostuję, noga na nogę, nogi wyprostowane, ręce skrzyżowane, a co ze wzrokiem? Jak mam witać wchodzących do klasy, przyjaźnie czy pogardliwie? Uśmiechać się czy wzgardzać? Miłość czy nienawiść? Zobojętnienie, złoty środek, po równo dla każdego. Więc czekam, a hałas przerwy ciągle dudni.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wchodzi Ł. Stoi przez chwilę wahając się, rozważając coś w sobie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Koniec alienacji! – wesoło, przyjaźnie, przełamując lody pakuje się w moje towarzystwo, z pełnią życia, z garściami szczęścia, z brakiem podręcznika.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Masz książkę?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Prezentuję bezgłośnie posiadany elementarz. Wypada powiedzieć jeszcze jakąś bzdurę, najlepiej śmieszną:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Wczoraj widziałem przedśmiertne drgawki potrąconej przez samochód staruszki.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ssss, ssss, ssss...&lt;br /&gt;
– Zebrał się tłum gapiów...&lt;br /&gt;
– Ssss... I ktoś wrzucił między nich granat?! Ssss, Ssss...&lt;br /&gt;
– Nie, tylko się patrzyli...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Siedzę przy oknie i obserwuję zachmurzone niebo. Zerwał się wiatr a oderwana gałąź przygniotła jakieś dziecko. Zagrzmiało i zaczął padać deszcz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sala się wypełnia uczniami. Najpierw wchodzą pojedynczo, w milczeniu, niektórzy skarżą, że burza, że zmokną, nie mają biletu, nie mają domu. Następnie grupa na obcasach, w landrynkach i pastelach, żując gumy w równym tempie, trochę nerwowo. Później nasi dzielni chłopcy zwycięscy w konfrontacji z matematykiem w toalecie, zjednoczeni, w 
oparach swojego ducha, z okrzykami i pieśnią na ustach zajmują bezpieczne pozycje na palmach i bananowcach. Na końcu wchodzą niewierząca, &lt;i&gt;Jezu, można powiedzieć, że jestem poganką, ale szanuję papieża, papież jest fajny&lt;/i&gt;, oraz nadwierząca, która od nadmiaru roślin sama zamieniła się w drzewo i teraz swoją koroną zdziera farbę ze ścian. Szuranie krzesłami, szeleszczenie, chodzenie, wstawanie, siadanie, smarkanie, rozmawianie i dzwonek na lekcje. Robi się cicho i strasznie, ale na krótko, bo znowu szuranie, smarkanie, siorbanie... Zgrzyt w klamce... Napięcie... To pawian się spóźnił, więc ulga i krzyki, i śmiechy.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Zaczęła się już lekcja – nauczyciel, profesorka, nagła śmierć, zaniemówienie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co mamy na dzisiaj? Gdzie jest twój zeszyt? Że co? Pies ci na niego nasikał? Masz mądrego psa, w sumie mu się nie dziwię.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Na razie nikt się nie uśmiecha, trwa wyczuwanie intencji.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– A, dzisiaj bierzemy wierszyki. Poezja pana Rysia spod budki z piwem spisana przez panią Zdzisię z czwartego piętra. Kto tu umie czytać? Masz, czytaj, ale głośno.&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ktoś z końca szuka odpowiedniej strony albo dopiero pożycza od kogoś podręcznik. Czyta, a głos jego zachrypnięty, w rytmie lojalnego fana hip-hopu wydobywa się ze zniszczonego gardła. Za oknem błyska. Huk grzmotu niesie się echem nad miastem. Czerwona łuna świadczy o pożarze jakiegoś budynku. Ktoś wzywa pomocy. Zamykam okno, bo zrobiło się zimno. Słyszę nieśmiałe podziękowanie od zmarzniętej koleżanki z przodu. Nie słuchałem wiersza, dzisiaj nie będę aktywny.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– O czym mówi podmiot liryczny? – pytanie rzucone w próżnię, 
deszcz stuka o parapet.&lt;br /&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Posłuchajcie, najebany idę przez ciemną ulicę, potykam się o krawężnik i wpierdalam się w śmietnik, co chce nam przekazać?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Że totalitarny system... Zniewolenie?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Tobie wszystko się kojarzy z komunizmem, Cz.?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– To może, że życie jest pełne pułapek, rzuca nam kłody pod nogi, nie wiem... – Teraz ja próbuję swoich sił.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Czy aby na pewno? A tak naprawdę?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Forma... - W. trzeci raz z rzędu popisuje się znajomością jednego wyrazu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Oj, chyba nie. Wpierdalam się w śmietnik, a później jest... Rzygam na swoje spodnie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– To jest infantylne? – teraz Ł., bardzo sprytnie, uniwersalnie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Miałeś bardzo nieciekawe dzieciństwo Ł., skoro masz takie skojarzenia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Atmosfera staje się coraz bardziej napięta. Deszcz nasilił bombardowanie na szyby i parapety, wiatr wyrywa drzewa z korzeniami. Na dworze rozległo się stłumione wycie syren. Nerwowe wyczekiwanie. Tylko deszcz i wiatr.

Nagle trzask i gasną światła. Drgnąłem. Właściwie wszyscy podskoczyli w miejscu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Uuu, ale ciemno... – szturcham Ł. On odpłaca się tym samym, może trochę za bardzo.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Kontynuujmy lekcję po ciemku. I tak niczego godnego zapisania jeszcze nie ustaliliśmy. E., a tobie jak się wydaje?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ja naprawdę nie wiem, pani profesor...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Boję się ciemności! – J. jak zwykle zwraca na siebie uwagę w idiotyczny sposób. Tym razem nie ma jednak salwy śmiechu, ponieważ wszyscy czują się nieciekawie. E. bezceremonialnie:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Mogą cię zgwałcić!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Na zewnątrz znów zagrzmiało. Nikt się nie odzywa, da się odczuć ogólne przygnębienie. Burza odcisnęła na nas swoje piętno.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Muszę wyjść. Wracam za pięć minut. Siedzieć cicho.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Profesorka zamknęła za sobą drzwi. W pogrążonej w mroku klasie odeszła wszystkim 
ochota na rozmowy. Zaczęły przychodzić mi do głowy dziwne myśli. Myśli o końcu. Myśli o śmierci. Wydawało mi się, że jakiś cień posępnie sunie między ławkami. Niektórzy, wsłuchani w odgłosy burzy zaczęli zapadać w sen a może to tylko złudzenie. Poczułem się strasznie samotny. Kwiaty paproci na parapecie. Coś mi szeptało do ucha, że to już ostatni dzień, ostatnia chwila straconego czasu, że już nie będę miał drugiej szansy. Wewnętrzny głos jęczał w spazmach żalu. Domagał się, błagał abym zebrał się na odwagę, 
abym przyznał się do samego siebie i wyznał wszystko zanim zachłysnę się łzami...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Tymczasem burza rozszalała się na dobre. Rozbłyski gromów rozświetlały kopułę gęsto zachmurzonego nieba. Gdyby ktoś teraz spojrzał w górę ujrzałby wszechogarniające oblicze Stwórcy, który przypomniał sobie o swoim Dziele i postanowił dokonać inspekcji. Pozostawieni samym sobie nie spodziewaliśmy się, że Sąd dokona się właśnie dzisiaj. Podczas gdy pogrążeni byliśmy w swoich smutnych refleksjach, przedzierając się przez rozmiękczoną ziemię umarli zaczęli powstawać z grobów...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ciężka masa, co? – orangutan zaszczycił mnie swoim współczuciem pełnym empatycznego patosu – Żyj trochę.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Burza... – zabulgotałem – zbiera krwawe żniwo.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Magiczny nastrój wytworzony w klasie zaczął rozpadać się na kawałki. Granatowa płachta ciszy i ciemności, jednocząca nas, wiążąca we wspólnej apatii, rozdarła się w atmosferze szeptów. Ze smutkiem obserwowałem jak niesamowitość wywołana przez deszcz i wiatr na zewnątrz okazuje się tylko złudzeniem. Zniekształceni, zdeformowani w mrocznej klasie poszczególni uczniowie, jeden po drugim, zaczęli wynurzać znad ławek swe głowy.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Film ci się zjebał, Piotrek, o czym ty mówisz?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Mówię, że, uaach... – przeciągłe ziewnięcie świadczące o 
zmęczeniu, usprawiedliwiające popełnioną gafę, uspokajające rozmówcę, normalizujące dziwność sytuacji.&lt;br /&gt;
– Ale pogoda...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No, bez kitu... – nadął policzki i profilaktycznie odskoczył 
saltem do tyłu wyczuwając instynktownie odmienność, z którą zbyt długi 
kontakt zagroziłby jego pozycji w stadzie. Odprowadzałem go wzrokiem dopóki nie wsiąknął w szarą masę swojego społeczeństwa.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Niewolnicy narzuconego sobie stylu. 
Walczą z systemem ograniczającym ich wolność tworząc jeszcze bardziej surowe zasady. Nowe religie. Nowy folklor. Każda grupa ma własna tradycję, mundury, pieśni i hymny czczące zmarłych idoli, oraz rygorystyczne kodeksy honorowe. Wyznawcy kroczący tą samą drogą, zbici w ciasną gromadę zaczynają powoli zlewać się w jedną całość. Zakapturzone postacie w obwisłych strojach łączą się w jeden organizm asymilując przy okazji otaczającą ich materię, chodnik, ławki i barierki wraz z żywopłotem. Po drugiej stronie ulicy równie bezpłodna masa, czarny glut złożony z naszywek i łańcuchów bezskutecznie gwałci śmietnik. Przemykam cicho, główny bohater, obserwując te ciekawe zjawiska, atomy tworzące pierwiastki, kultury bakterii tworzące pleśń. Zastanawiam się, czy gdy po skończonej kopulacji taki pulsujący twór zacznie odrzucać zrośnięte wcześniej ciała i dzielić pomiędzy nie zjednoczoną przedtem świadomość, każda powłoka odzyskuje własną 
osobowość, czy jest to całkowicie przypadkowe. Uśmiecham się mimowolnie na myśl, że poszczególne jednostki, nie rozróżniając siebie od innych, po zakończeniu bezowocnej orgii obdarzone nowym ciałem wracają do nowych domów i nowych rodzin.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
W szkole nie ma prądu. Gęste chmury całkowicie pozbawiły świat widziany przez okno dostępu do słonecznych promieni. W sali jest ciemno i zimno. Gwar rozmów tłumi odgłosy z 
zewnątrz. Tylko błyski gromów coraz częściej rozświetlają nasze twarze.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Gwar rozmów. Jak oddać dokładne brzmienie gwaru? Hałas. Wszyscy coś mówią, ale nikt nie hałasuje dla hałasu. Pojedyncze wypowiedzi składają się na bełkot, uporządkowane wiązki 
logicznych zdań puszczane ze wszystkich stron tworzą gwar. Pulsujący, wzbierający, zapadający się w sobie i rozrastający się pomiędzy ścianami klasy. Bijące serce. Szum płynącej krwi w tętnicach. Organizm żyjący na szkielecie sali lekcyjnej. Może jednak sala to nie szkielet, ale rodzaj pułapki. Akwarium. Szklany klosz z umiejscowionym wewnątrz żyjącym mózgiem. Pozwijana kora nie składa się jednak na całość, nie współpracuje ze sobą nawzajem, każda komórka zajęta swoimi sprawami przyczynia się do kruchości tego bytu. Niewielka ingerencja z zewnątrz, sygnał wysłany ze świata po 
drugiej stronie klamki powoduje panikę. Niema panika. Rozpaczliwa implozja. Zapaść zagłuszająca wszelkie dźwięki. Pogrzebany żywcem, któremu kończy się powietrze. Poganiana i podsycana śmierć gwaru, desperacko wpędzana w jej minutę rozkładu. Wystarczy tylko zgrzyt zardzewiałych zawiasów w drzwiach sali lekcyjnej.

Zgrzyt.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
W klasie zrobiło się cicho. Ktoś jeszcze kaszlnął. Jego kaszel zaraził kaszlem pozostałych. Kaszel, kaszlnięcie, odkaszlnięcie, koncert kaszlu, kaszlowy chór, orkiestra strojąca swoje struny głosowe. Kaszlowy teatr, dramaty, opery i operetki gruźliczych odchrząkiwań. Po chwili przedstawienie skończone. Tylko burza niszczy świat na zewnątrz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do klasy wpełzły dwa cienie. Słudzy szatana pragnący przedstawić nam swoją ofertę na najbliższe wakacje. Najbliższe wakacje będą wyjątkowe, nigdy się nie skończą.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Kaszelek dusi? – Profesorka. Trwoga zasiana w naszych sercach rozprysła się porażona promieniem nadziei. Chociaż, może nie całkiem rozprysła, zaczaiła się raczej, wyczekując na dogodniejszą okazję.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– W szkole nie ma ani jednej latarki, Cz., ty jesteś sprytny, znajdź w tej szafce świece, powinny tam być.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– A ma pani ogień? – bezczelny, ale zbyt sympatyczny żeby się na niego obrazić, Cz. wyskoczył z ławki, zakręcił się w powietrzu jak podniebna baletnica i płynnym ruchem wylądował przed nauczycielką.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Cz. to nałogowy palacz, niech się teraz nie wykręca, wypala szluga jednego za drugim! -
Drugim cieniem okazał się nasz ulubiony szkolny ksiądz.&lt;br /&gt;
– Niech Bóg ma w opiece twoje płuca!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Hyyy, hyyy, hyyy!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Cz. zapalił świece. Czerwony blask obudził cienie. Te cienie to duchy. Indiańscy wojownicy tańczący na ścianach klasy wokół świecowego ogniska. To taniec śmierci. Jestem tego pewny.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Posłuchajcie! – za oknem ryknął piorun rozświetlając twarz księdza elektrycznym blaskiem.&lt;br /&gt;
– Ale efekt z tym piorunem, he, he... – zaśmiał się pośrednik między Bogiem a ludźmi – zupełnie jak w filmie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Posłuchajcie księdza, ma wam coś do ogłoszenia.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Posłuchajcie, dzisiaj jest dzień, a ten dzień jest tym dniem, to ten dzień, tak, jesteśmy tego pewni, jesteśmy pewni co do tego dnia dzisiejszego.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Skąd ta pewność? – poczułem nagły przypływ pewności siebie, chyba dlatego że jest tak ciemno.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Proszę księdza, wyglądam przez okno i widzę, widzę burze... Ten deszcz i pioruny, i w ogóle, nie wiem, ale wydaje mi się, wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale mam takie dziwne przeczucie, że ta burza... Ta burza to...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Piotrusiu, nie denerwuj się. – Profesorka, jak to miło z jej strony, ze dodaje mi otuchy. Nie powiem, że ta burza to koniec świata, nie powiem, to zabrzmi głupio, zrobię z siebie durnia, nie teraz, nie przy niej, tylko nie koniec świata, coś innego...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– To coś... Złego – tajemniczo, tak, użyłem całej swojej inteligencji.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Oj, to nic złego, a przynajmniej większość z was nie ma się czego bać, ci którzy chodzili do kościoła mogą odetchnąć z ulgą. To koniec świata moi drodzy. Apokalipsa. Dzień Sądu Ostatecznego. Dzisiaj jesteśmy świadkami powtórnego przyjścia Jezusa!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Tak, to zdecydowanie coś większego niż rok dwutysięczny, to przebija wszystko co było do tej pory.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Proszę księdza? – Profesorka – Jak powinniśmy się na to przygotować?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Czy to będzie bolało? – J., sam nie wiem, śmiać się czy płakać – Ja rzadko chodziłam do kościoła.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Będziesz się smażyła w piekle! – Ktoś z końca sali, J. zalała się łzami.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Dzieci, dla mnie też to jest nowość, zachowujmy się naturalnie, tak będzie najlepiej, tak mi się wydaje... – Ksiądz ma pewnie i tak zbawienie wpisane w kontrakt, wątpię aby się przejmował, pewnie nie może się już doczekać.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Wiecie co? Przemyślcie sobie wasze życie, posiedźcie sobie w ławkach a później zejdźcie sobie na dół, przed szkołę. Tam będą wszyscy.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Popatrzcie na to z innej strony... – wtrąciła pani profesor, nasza pocieszycielka – przynajmniej nie musicie już stresować się maturą.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Teraz bądźmy poważni. Ten dzień jest zaiste wspaniały, bądźmy więc poważni.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ksiądz ma racje. Bądźmy poważni.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Poważnie wygląda się w trumnie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Nie mam pojęcia jak mógłbym przemyśleć swoje życie. Urodziłem się i już, teraz siedzę w szkole i czekam na koniec świata. Wypada posiedzieć w milczeniu i bezruchu, skoro wszyscy milczą i nikt się nie rusza. Wyglądam przez okno. Za oknem świat i burza z deszczem i piorunami. Przed szkołą osiedle mieszkaniowe czteropiętrowych bloków. Ulice i chodniki zalane. Ludzie. Na zewnątrz wyszła większość mieszkańców osiedla. Tłum moknie w strugach lejącej się z nieba wody, rodziny i znajomi stoją z głowami podniesionymi w górę, w milczeniu obserwując oblicze Stwórcy. Nikogo nie dziwią ożywieni zmarli przechadzający się pomiędzy nimi. Tak. Tylko zmarli się poruszają. Mam wrażenie, że moja świadomość opuszcza moje ciało. Przenikam przez szybą w oknie i przelatuje ponad głowami ludzi zgromadzonych w dole. Tysiące nieruchomych posągów ze wzrokiem utkwionym w 
przeznaczeniu. Tysiące gnijących ciał szukających swojej poczekalni. Nie mogę się zatrzymać, mknę przez deszcz nie moknąc, przenikam przez drzewa i budynki jak przez hologramy rzeczywistości. Widzę wszystko i wszystkich. Wciąż nabieram prędkości a wraz z nią przybywa mi informacji. Informacje rodzą się w mojej głowie jak pączkujące 
winogrona, rzeczy, o których nie miałem do tej pory pojęcia stają się oczywiste jak wiedza, którą nosiłem w sobie od zawsze, od urodzenia, od początku istnienia wszechświata. Nie jestem w stanie nasycić się nią i wiem, że nieskończone spełnienie odnajdę tylko w tym, co nie ma końca.

W moim sercu rodzą się wątpliwości.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Kim jestem? Co ja tutaj robię?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co robisz? – Ł. wyrwał mnie z zamyślenia, sprowadził na ziemię.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nic, zapatrzyłem się w burzę.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Schodzimy na dół, do wszystkich?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie wiem. A co o tym w ogóle myślisz, ten koniec świata i te sprawy?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Mam to gdzieś.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Idź, ja chciałem jeszcze coś załatwić.&lt;br /&gt;
– W porządku, rozumiem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Na razie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Cześć.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Jest mi smutno. Rozglądam się po klasie oświetlonej drgającym płomieniem świecy i widzę, że nie jestem osamotniony w tych refleksjach. Wszystkim jest smutno.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Albo teraz, albo nigdy.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– W. ? – drgnęła, chyba ją przestraszyłem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Tak?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie jesteś prawdziwa.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy. Byłem przy tobie niewolnikiem ciszy.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Masz naturę psychopaty.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Dlaczego tak myślisz?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nieważne.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Rozmawiałaś z innymi&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jezu, nie podsłuchuj.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Wymyśliłem sobie ciebie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jesteś tylko cieniem tej W. , którą mam w głowie, przepraszam, to nie twoja wina. Na razie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No hej.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Jest mi teraz wszystko jedno. Wychodzę przed szkołę gdzie wchłania mnie tłum. Stoję w deszczu i poszukuje wzrokiem znajomych twarzy. Ciężko wypatrzeć jakąkolwiek, ponieważ 
wszystkie twarze zwrócone są do nieba. Zabawne, ale bez używania wzroku i tak wiem kto jest kim. I widzę też więcej. Jednak nie wszyscy mieszkańcy osiedla wyszli na ulice. Chociaż nie ma prądu, wiele osób postanowiło pozostać w swoich mrocznych 
mieszkaniach. Najczęściej są to rodziny z małymi dziećmi. Wtuleni w siebie wpatrują się w telewizory. Telewizory działają mimo braku zasilania a obraz, jaki tam się wyświetla, całkowicie absorbuje uwagę oglądaczy. I ten głos płynący z głośników. Monotonny, ale urzekający, głęboki i hipnotyzujący słuchających. Ten głos należy do innego świata, 
świata odległego o miliony lat świetlnych a mimo to jakże znajomego i codziennego. Anielską barwą przekazuje tylko jedną ostateczną prawdę, jedyną ważną informacje dla żyjących przed końcem świata. A właściwie tylko przypomina to, o czym nigdy nie chcieliśmy pamiętać: &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Prochem jesteś i w proch się obrócisz, prochem jesteś i w proch się obrócisz...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie chcę umierać, mamusiu. Nie chcę, żebyśmy musieli umrzeć...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Takie jest życie, skarbie. Życie nie jest sprawiedliwe, ale śmierć tak...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Promieniowanie telewizora wysuszyło powietrze w mieszkaniach. Pożółkłe tapety odklejały się od ścian pokrywając poskręcanymi kaskadami zgniłe ze starości meble. Wtuleni w siebie, zgromadzeni przed odbiornikami, rodziny i przyjaciele, którzy postanowili spędzić ten wyjątkowy dzień przed ekranem telewizora, zamarli i znieruchomieli, 
bezbronni i posłuszni. Wyschnięte mumie zastygłe w kurczowym uścisku miłości i strachu 
uwolniły swe dusze w chwili, gdy ich cielesne grobowce rozsypały się pokrywając złotym puchem puste mieszkania.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Pioruny umilkły. Z nieba leci jednostajny strumień wody. Przemokłem do suchej nitki. Ocierający się o mnie zmarli, spacerujący bez celu pomiędzy żyjącymi, napawają mnie 
obrzydzeniem. Gdy któryś dotknie mnie swoim zgniłym ciałem chce mi się rzygać. Nic na to nie poradzę. To naturalny ludzki odruch.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
W tłumie nastąpiło poruszenie. Szept zachwytu i zrozumienie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Chmury rozstąpiły się odsłaniając Jasność.

Jasność była Jedna. Jasność była Dobra. Jasność była Prawdą. Jasność promieniowała czerpiąc siłę z samej siebie. Jasność była pierwsza i była nieskończona. Była zawsze. To Ona nadała początek. To z Niej wypływa czas.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ten widok zachwycił i mnie. Stałbym tak wiecznie, wpatrzony w to cudowne zjawisko, gdyby nie inny obraz, który zmroził moje serce. Spomiędzy rozstąpionych chmur, z tego niebiańskiego otworu lśniącego boskim światłem, z promieni twórczej jedni wyłoniły 
się istoty. Wyłonili się nadzorcy, mający na celu doprowadzenie tej imprezy do wielkiego finału.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
To, co doskonałe, wpatrzone jest tylko w to, co nie zakłóca jego doskonałości. Idealne Światło świeci dla własnej chwały. Myślące samo siebie Jedno, wpatrzone samo w siebie, zasilające się własną nieskończonością, zachłyśnięte swym pięknem nie kieruje spojrzenia na efekty samolubnej miłości. 

Przeznaczenia pilnują najbliższe mu dzieci, stworzone, tak jak wszystko później, z samego faktu istnienia Doskonałości, a których istnienie nie ma dlań znaczenia. Urodzeni z wiedzą, znają przyczynę i swe zadanie. I są bardzo sumienni.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
To Aniołowie Apokalipsy. Przynajmniej tak mi się wydaje.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ku ziemi zbliżali się giganci dzierżąc w swych olbrzymich dłoniach ogniste miecze. Ludzie, licznie zgromadzeni na osiedlowym placu, odwrócili wzrok od światła. Ogarnęło ich przerażenie. W tym samym momencie, milczący do tej pory zmarli przemówili jednocześnie głosem przyprawiającym o szaleństwo, powtarzając kolejną oczywistą prawdę, z której ponurym paradoksem ciężko się nie zgodzić:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Trzeba umrzeć, żeby móc żyć wiecznie... – skrzek, piskliwy i charczący, wzmocniony liczebnością martwego chóru, docierał do wszystkich.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zmarli rzucili się żywym do gardeł. Rozproszonym w panice ludziom odechciało się być zbawionym, takie można było odnieść wrażenie. Tymczasem niebiańskie istoty wylądowały na ziemi, bez skrupułów niszcząc i zabijając wszystko w swoim zasięgu. Krzyki umierających i ogłuszające huki walących się budynków wypełniły powietrze. Stałem osłupiały, w zdziwieniu obserwując te wydarzenia. Ziemia nasiąkła krwią. Mężczyźni i kobiety padali martwi na purpurowe ulice zaplątani we własne wnętrzności. Porozrywane ciała, niemożliwe do zidentyfikowania, spadały z nieba za każdym razem, gdy któryś z Aniołów przeorał ziemię swym magicznym ostrzem. Deszcz zmasakrowanych zwłok przyprawiający o utratę zmysłów, stosy ludzki szczątków wymieszane ze zwierzęcymi, konający i bezradni desperacko pragnący nacieszyć się ostatnimi minutami ziemskiego życia, pozbawieni nadziei na wieczną szczęśliwość. Kto by pomyślał, że to wszystko dla ich dobra?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wypatrzyłem księdza. Krzyczał do ludzi, żeby się uspokoili, próbował namówić do wspólnej modlitwy. Podszedłem do niego.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Proszę księdza, czy to tak miało być? Czy wszystko idzie zgodnie z planem?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Piotrek, zawsze byłeś bystrym uczniem... Ludzie, błagam was o wytrwałość, na miłość boską!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Proszę księdza, czy tego się ksiądz spodziewał?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Oj, trudno powiedzieć... Proszę, dajcie się uśmiercić! Czym jest życie ziemskie w porównaniu z nieskończoną szczęśliwością w niebie! Piotrek...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Słucham.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Wszystko można różnie interpretować, bądź odważny, wszystko będzie dobrze!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ale...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Wszystko będzie dobrze, to cud, cud! Cieszmy się zamiast smucić, to jest ten dzień, to jest ten dzień!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wybiegł przed siebie krzycząc w euforii, wiatr rozwiał mu sutannę, która uformowała się w kształt olbrzymich skrzydeł kruka. Krzyczał, dopóki i jego nie dopadło przeznaczenie, rozdeptując go jak robaka anielską stopą gigantycznego niszczyciela.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zostałem sam.

Jestem ignorowany.

Moi przyjaciele zostali rozszarpani na strzępy. Resztki mojej miłości zwisają z drzewa. Martwi nie zwracają na mnie uwagi. Wysłannicy Światła mnie nie dostrzegają. Stoję zanurzony po kostki we krwi i ludzkim mięsie.

Próbuję zrozumieć.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jesteś szatanem i właśnie dlatego to wszystko, i właśnie dlatego, rozumiesz, Piotrek? Rozumiesz?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Oślepiony jasnością klasowych jarzeniówek przed jednym.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Słucham?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jezu... Z tobą to jak z małym dzieckiem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Przepraszam, zamyśliłem się. Może pani powtórzyć?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;https://www.youtube.com/embed/Vbg7YoXiKn0&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;


&lt;/div&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/962562661662444026/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/07/i-wasnie-dlatego.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/962562661662444026'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/962562661662444026'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/07/i-wasnie-dlatego.html' title='I właśnie dlatego'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/Vbg7YoXiKn0/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-8275634043558965201</id><published>2015-05-17T23:50:00.000+02:00</published><updated>2015-06-02T15:21:04.353+02:00</updated><title type='text'>Co ci bogowie</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Próbowałem (jak my wszyscy). Naprawdę się starałem i słowo daję, niełatwo zaprowadzić pokój na świecie. Kiedyś wydawało mi się, że jeszcze trudniej włożyć dwa buty na jedną stopę, ale X dał radę. X zawsze sobie ze wszystkim świetnie radził i jestem przekonany, że gdyby tylko zechciał, zaprowadziłby też pokój na świecie. X miał silną wolę, dobre pomysły i nie bał się niekonsekwencji. Co go powstrzymało? Gdyby go zapytać, powiedziałby pewnie, że winny jest arsenał nuklearny Xenu, ale ja wiem lepiej. Wszystko przez filozofię religii. I, oczywiście, logikę.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Wiesz, że istnieje książka, która na pięciuset stronach opisuje, co się działo przez pierwsze trzy minuty od powstania wszechświata? – powiedział mi kiedyś, gdy stało się jasne, że nikt już o nim nie pamięta. Bogowie bez wyznawców interesują się nauką, ale robi się z nimi naprawdę źle, gdy sięgają po filozofię. To im szkodzi na głowę. Zaczynają do wszystkiego podchodzić zbyt esencjalnie. Z pewnych idei trudno się później wycofać, a inne są nieodwracalne. Ludziom ciężko to zrozumieć. Z naszej perspektywy mógłbyś jako muzułmanin wysyłać chrześcijan do piekła i mieć przy tym tyle samo racji, co katolik, który spogląda z politowaniem na wyznawców Kryszny, którzy w całej swojej obfitości słusznie zamykają się w kręgu karmana. Logika nie pomaga tego zrozumieć. Umysł staje się zbyt schematyczny.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Godna podziwu szczegółowość, ale co to ma do rzeczy? – zapytałem, chociaż wiedziałem, o co mu chodzi. Sam po cichu przyznawałem rację naturalistom, gdy wypinali się na filozofię religii wskazując kunszt modeli fizykalnych. Tu drobiazgowo wypracowane struktury, a tam garść luźno powiązanych metafor – z czym do ludzi? Zresztą, większość znanych mi bóstw przyznawała się do sympatyzowania z ateizmem – i co w tym dziwnego? Przynajmniej można się było dowiedzieć czegoś o świecie, podczas gdy teologia po omacku dotykała spraw, które dla nas były oczywiste.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Wiesz, ile zdań potrzeba, żeby opisać koncepcję &lt;i&gt;creatio ex nihilo&lt;/i&gt;? – nie ustępował X. – Spokojnie zmieściłbym ją w jednym.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Resentymenty… – próbowałem odwrócić jego uwagę od utożsamiania absolutu z kamienieniem w klepsydrze. – Był już taki, co chciał zawrzeć wszystko w jednym zdaniu, ale oszalał i umarł.&lt;br /&gt;
Ale X nie słuchał. Wyciągał wnioski, które zaczynały wisieć na nim jak kamienie młyńskie, zmuszając go do konsekwencji. To był przykry widok.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jeśli ten jeden i prawdziwy Bóg jest wszechmocny i dobry, to zło nie istnieje i wszystko jest dobre, komary są dobre, katar jest dobry, skleroza...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– X, jeden i prawdziwy? Co ty mówisz, skąd ty to bierzesz?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wiem, że nie zaprowadzę pokoju na świecie, ale są inni, lepsi. Nie ma jednak smutniejszego widoku niż bóg spętany sylogizmem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Skąd to biorę? Bo jest tak albo nie, tak albo nie! – krzyczał z bezpłodną pasją eunucha.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Nie zdradzę, jak naprawdę miał na imię X. Nie chcę go męczyć fałszywą nadzieją, a na niektóre rzeczy należy zasłużyć. Jednak gdy pamięć o tobie ginie gdzieś na obcym kontynencie w wiekach ciemnych, to masz czas przywyknąć do podróżowania autostopem. Czasem ubierzesz choinkę lub zatańczysz boogie-woogie wokół Stonehenge, ale hej, przecież wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną. Kiedyś w barze po kilku głębszych X opowiedział mi jak na chwilę przed wybrykami Lutra wydawało mu się, że ktoś się do niego zwraca z prośbą o spokojny sen. Tego typu przysługi wymagają sporo pracy, więc większość to zlewa, ale X od tak dawna nie miał zajęcia, że postanowił spróbować. Włożył dwa buty na jedną stopę i ruszył w kierunku modlitwy pełen dobrych intencji. W zabitej dechami wiosce rzuciły się na niego dzikie psy. Uciekł na drzewo, ale na gałęziach było jeszcze więcej dzikich psów. Od tamtego czasu zrobił się strasznie marudny.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Bogowie stoją na rozdrożu – powiedział mi pewnego dnia, parafrazując klasyka. – Jedna droga prowadzi w rozpacz i beznadzieję, a druga w całkowite unicestwienie. Niech ktoś natchnie ludzi mądrością właściwego wyboru, bo mnie już i tak nikt nie chce słuchać. I chyba mam to w dupie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Tak to właśnie z nim było. Spotykaliśmy się raz w tygodniu w grupie wsparcia dla sfrustrowanych obiektów wymarłych kultów, a raz do roku, podczas strasznie napuszonych imprez, z daleka podziwialiśmy aktualne gwiazdy – Jezusa, Allaha i sami wiecie kogo; znosiliśmy wtedy utyskiwania stetryczałych proroków – Buddy, Zaratustry, Rona Hubbarda i Elvisa – współczuliśmy zapomnianym i kpiliśmy życzliwie z nowych religijnych fanaberii, szczególnie tych krótkich, intensywnych i technologicznych. Trzymaliśmy się razem. Dla nas było jasne, że każdy trafia do nieba, które sam sobie wybrał i stworzył.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Na ostatnim spotkaniu dla zapomnianych i nieważnych X usiadł w ostatnim rzędzie i nawet mu warga nie drgnęła, gdy Loki zapytał zebranych:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Czekamy na Jezusa?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Od pewnego czasu ten żart śmieszył nas coraz bardziej. Rozejrzałem się po sali. Żółte tapety odchodziły ze ścian razem z tynkiem, a migające świetlówki rzucały trupioblade światło na zmęczone twarze Dagdy, Igwe i Thora. W pierwszym rzędzie rozsiadł się ten wzorzysty świr, Ometeotl, otoczony synami, tą bandą nienasyconych psychopatów, na których imionach można sobie połamać język. Szemrali coś do siebie melodyjnie, ale kto by się przejmował bóstwami, które tak spektakularnie wykończyły swoją cywilizację.&lt;br /&gt;
– Wiem, o czym myślisz – szepnął mi do ucha Wakan Tanka i parsknął jak bizon. – Ale przynajmniej zaprowadzili pokój.&lt;br /&gt;
Grecy jak zwykle nas olali. Przysłali mechaniczną sowę – fruwała pod sufitem zgrzytając głośno nakręcanym mechanizmem, przypominając wszystkim wokół jak wiele się zmieniło. Dzeus i reszta uparcie utrzymywali, że kino jest nową formą kultu i teraz, z każdą kolejną olimpijską ekranizacją, coraz bardziej zadzierali nosa. Zgraja nudnych snobów w starych prześcieradłach.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Hej, X, a może byśmy tak zaprowadzili pokój na świecie? – zagadałem, widząc jego skwaszoną minę. Przeciskałem się w jego stroną, hałaśliwie rozsuwając stare, drewniane krzesła. Musiałem przy tym wyminąć zwalistą sylwetkę Oguna, a słowo daję, przerażają mnie te krwawe afrykańskie typki, tym bardziej, że są tam u siebie wciąż zaskakująco popularni. Nie mam pojęcia, po co tu przyłażą – karmią się naszą depresją? Prowadzą rekrutację?&amp;nbsp; &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie upieram się, żeby wszędzie zaprowadzić pokój, ale chociaż w jednym miejscu? – kontynuowałem, gdy udało mi się usiąść obok niego. – Musimy mieć jakieś zajęcie. Może spróbujemy na Marsie? To powinna być łatwizna. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jasne, powodzenia, ale ja odpadam... – X też czuł się nieswojo w towarzystwie gości od haitańskiego Voodoo. – I tak jestem zbyt lokalny.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ojej, żartuję przecież, ale wiesz, co się dzieje z bogiem, który przestaje być potrzebny... Brak wyznawców to jego najmniejszy problem. Traci poczucie humoru i zaczyna brać się za filozofię. A potem strzela sobie w łeb.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Zastawiłem swoją spluwę w lombardzie, więc możesz spać spokojnie. Poza tym strzał w łeb raczej przysparza wyznawców i to dość fanatycznych... Podobnie jak przybicie się do krzyża. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ejże, daj spokój. A nie myślałeś, żeby się przekwalifikować? Zainwestować w technologie informatyczne na przykład? Izydor organizuje ciekawe kursy. To ponoć przyszłościowe.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;X zirytowany machnął ręką. Zawsze, gdy tak robił, z jego dłoni wyrastała tęcza. To było ładne. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie będę się objawiał w Internecie. To żałosne.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co jakoś nie przeszkadzało Moroniemu, żeby…&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– O tym mówię.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zostawiłem go w spokoju. Więcej już nie przyszedł. Jakiś czas później dowiedziałem się od Dionizosa, że podczas budowy metra w Meksyku natknięto się na figurki z jego podobizną. To była mała sensacja. Nagle ludzie sobie o nim przypomnieli. Wygrzebano z ziemi popękane tablice z fragmentami doktryny i całkiem nieźle zachowany ołtarz. Opublikowano kilka ciekawych artykułów. Pojawił się na koszulkach – wszystkie się sprzedały. Słyszałem, że przybił piątkę z Konfucjuszem, ale myślę, że to akurat ściema. Ponoć można go czasem spotkać na Olimpie, gdzie beznadziejnie zarywa do Afrodyty. Nie z każdym chce się witać. Ze mną nie chciał. Trochę mnie to ucieszyło. Jeszcze jest dla niego nadzieja. 
&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;https://www.youtube.com/embed/THNEolxBmso&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/8275634043558965201/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/05/co-ci-bogowie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/8275634043558965201'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/8275634043558965201'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/05/co-ci-bogowie.html' title='Co ci bogowie'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/THNEolxBmso/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-4284509259495872681</id><published>2015-05-03T16:12:00.003+02:00</published><updated>2015-05-07T13:19:54.876+02:00</updated><title type='text'>Brzydkie słowa dotykają życia</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zabawne. Lub nie, hej, przecież to nigdy nie jest obiektywne. Facet. Znacie ten typ (znacie lub nie znacie) – przeżył wojnę czy inne ludobójstwo, napatrzył się na zło tego świata i teraz snuje się bez celu w tę i z powrotem, a wiatr szarpie jego płaszczem utkanym z traumy, depresji, cokolwiek. I kiedy myślisz już, że nic bardziej cię nie wkurzy, jakaś wariatka jeszcze, prosto do ucha:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Weź podejdź do niego.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Co?&lt;br /&gt;
– Podejdź i zagadaj.&lt;br /&gt;
– Daj spokój. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No idź.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No i poszedłem. Może gdybym nie dawał sobą manipulować i nie był taki ciekawski, a skoro daję i jestem, to ech. No i powlokłem się bez sensu wgapiając w to posępne i bezcelowe snucie przede mną, w te rozwiane poły płaszcza (jak skrzydła kruka), w te rozwichrzone włosy (niczym pióra) i to obłąkane spojrzenie (też dosyć ptasie).&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Hej – zawołałem. – Jak leci?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zatrzymał się, gdy podszedłem ciągnąc za sobą czyste niebo jak latawiec, z ciepłym światłem nad zielenią Dongmakgol i ciszą przesiąkniętą bzem, jaśminem czy co tam kwitnie o tej porze roku. U niego zaś – z każdym krokiem coraz większy – skruszony beton hotelu Ryugyong i samotny wiatr z pustych pokoi, który szarpał go wściekle za płaszcz i włosy, podczas gdy jego oczy płoną, chmury krzyczą, zimno, strach, łzy giną w deszczu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ale dziwne – pomyślałem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ale dziwne – powiedziałem, a ten nic. Odwróciłem się do wariatki; uśmiechnięta pomachała do mnie wachlarzem i wystawiła kciuk w górę – jeden kciuk, drugi, trzeci (?) – pokazała też kolano i wydaje mi się, o Boże, że pokazała kawałek śledziony. No wariatka, ale przyjąłem ten gest ze zrozumieniem.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Dziwne – powtórzyłem. – Ale chyba się powtarzam – dodałem jeszcze. – Chyba się powtarzam? – powtórzyłem erotetycznie (ho-ho!). – Na bank się powtarzam.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie przejmuj się – tamten, wreszcie, przekrzykując huragan. I za chwilę: – Albo nie, przejmuj.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– To jak w końcu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Przejmuj się albo nie przejmuj, co mnie to...&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ejże!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Przejmuj się! – huknął nagle, ożywiony, wymachując rękami jak jakiś demoniczny kurczak. – Nie przejmuj się! Przejmuj, nie przejmuj, przejmuj, ko-ko-ko!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
To ostatnie mogło mi się przesłyszeć, ale i tak byłem wstrząśnięty, no naprawdę się przejąłem, i gdy zdałem sobie sprawę, że wieczorem z nerwów pewnie znów nie zasnę, ten na nowo zaczął kręcić.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ale tak serio, to może jednak się nie przejmuj – powiedział łagodnie i cicho, gdyż wiatr jakby zelżał. – Bo tak zupełnie, zupełnie już poważnie, to przecież to nieważne.&lt;br /&gt;
– A co jest ważne? – zapytałem nieśmiało, bo może w końcu się czegoś dowiem, wszak wojna i ludobójstwo, szkoła życia.&lt;br /&gt;
– Ważne... – uśmiechnął się pod nosem i coś tak czułem, że zaraz zacznie ściemniać. – Ważne, żeby nie być banalnym erudytą, o, to jest ważne, pod tym bym się podpisał.&lt;br /&gt;
– Ha, tylko jak tego uniknąć?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wzruszył ramionami, odwrócił się na pięcie i zaczął się rozpędzać w odejściu (powrocie) do swojej małej palingenezy (nieźle, co?). &lt;br /&gt;
– Quo vadis? – zawołałem, ale nic nie odpowiedział. Patrzyłem za nim, dopóki nie rozpłynął się we mgle jak, nie wiem, jak jakiś rozmgielniacz. Jest coś takiego jak rozmgielniacz w ogóle? Pewnie nie. Po chwili dopadła mnie tamta, nienormalna.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jak było? – zapytała wariacko. – Fajny, co?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ty chyba nie jesteś zbyt normalna.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ha! – zaśmiała się. – Spójrz – pokazała na coś palcem. – Nad tobą czyste niebo a u niego wiatr i deszcz psują mu fryzurę, u ciebie zieloność, a on powtarza historię. Co ty na to?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie znam się na tym, w ogóle na niczym prawie, ale wojna, ludobójstwo czy co tam, to chyba jednak zmienia ludzi, więc no. – I żeby było jasne, że nie jest mi obcy ciężar istnienia:&lt;br /&gt;
– Więc no. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– E tam – ona. – Znam go od dawna i on zawsze był taki-taki, ten deszcz i duchy... &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Duchy?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
To dało mi do myślenia. Dało do myślenia. Dało. Hej, dawanie do myślenia! A, no i jeszcze to. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Wiesz może, czy jest coś takiego jak rozmgielniacz? To takie coś, co się rozpływa we mgle zwłaszcza w tajemniczych okolicznościach.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Słowo daję, nic tak nie zbija z pantałyku, jak wariat, który patrzy na ciebie jak, no cóż, jak na wariata, a gdy ty sam do końca nie wiesz czy jesteś, no wiecie, i ta natrętna myśl, że może to nie ona, on, ale ja, może to ja jednak... Ale zabiłem jej ćwieka, bo rozkminiała to dosyć długo. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie, chyba nie – powiedziała w końcu, ale czego mogłem się spodziewać po mudang.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No właśnie – przytaknąłem i widząc u niej pierwsze tego dnia zmieszanie, skłoniłem się nisko i powiedziałem:&lt;br /&gt;
– Zatańcz.&lt;br /&gt;
Spełniła moją prośbę.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;https://www.youtube.com/embed/-7eloXr2iak&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/4284509259495872681/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/05/brzydkie-sowa-dotykaja-zycia.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/4284509259495872681'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/4284509259495872681'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/05/brzydkie-sowa-dotykaja-zycia.html' title='Brzydkie słowa dotykają życia'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/-7eloXr2iak/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-889260817751522617</id><published>2015-03-02T23:12:00.001+01:00</published><updated>2015-03-07T15:24:03.397+01:00</updated><title type='text'>Przychód okoliczności</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ludzie. Siedzimy przy stole, ja-my-oni, ale bardziej ja jednak lub bardziej oni tylko, a jak oni, to niechętni, podejrzliwi, że ich stwarzam na bieżąco w obserwacji, w załamaniu funkcji falowej. Ale był tam też profesor i każdy wie, że gdy profesor przy stole a ludzie wokół, to pewnie dyskusja i konkurs na najlepszy wynik. No i faktycznie, dyskusja i konkurs na najlepszy wynik, więc - &lt;i&gt;the game is on&lt;/i&gt; - chłopak przede mną rzuca wysłużonymi kośćmi, które toczą się po stole podskakując niezgrabnie i radośnie, a nikomu nie jest teraz do śmiechu.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Cztery, pięć i trzy... – czyta nadruk na martwych sześcianach, gdy prawdopodobieństwo krzepnie z superpozycji do zaktualizowanego konkretu. – W sumie dwanaście. Dwanaście na osiemnaście – mówi niepewnie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Znad wyniku pierwszej próby - bo co to znaczy i co z tym zrobić - spoglądamy na profesora, gdy z zatroskaną miną otwiera nabrzmiałą kopertę, a skąd brał te koperty, przecież nie powiem, że z ministerstwa; prędzej z wydziału fizyki lub teologii lub ech, wszystko jedno. A to zawsze był mój ulubiony moment, ta chwila, gdy zawartość koperty w kontekście przedustawnym namaszczała arbitralnych bohaterów lub gasiła, &lt;i&gt;ad hoc&lt;/i&gt;, nadzieję. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- W zeszłym tygodniu było czternaście – stwierdza profesor wytrząsając zawartość przesyłki, interpretacje w zalążkach reguł, które podrywają się ze stołu jak pracowite, włochate pająki, snując między nami sieć nowych relacji, oplatając nasze wielkie mózgi i nieprzeczytane książki.&lt;br /&gt;
Profesor upewnia się jeszcze:&lt;br /&gt;
– Czternaście, tak?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Kiwamy głowami w bijącym od profesora huraganie możliwości, wśród szurania pajęczych odnóży.&lt;br /&gt;
- A dzisiaj dwanaście...&lt;br /&gt;
Dziewczyna po lewej drga nagle i dość głośno, triumfalnie, zachłystując się powietrzem, ale też z nieokreśloną pretensją, panicznie, rozgarniając pajęczyny:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Owszem, czternaście, ma pan profesor całkowitą rację, że tydzień temu było czternaście, a miesiąc temu, i przepraszam, ale muszę to powiedzieć, miesiąc temu wypadło piętnaście!&lt;br /&gt;
- Piętnaście? - dziwi się profesor, mieszając palcem atmosferę, mieszając także dziewczynę, próbując zamieszać nas wszystkich.&lt;br /&gt;
- Czternaście, a wcześniej piętnaście i dzisiaj dwanaście? Bo to nie jest wszystko jedno!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wtedy ktoś inny, cicho, tak cicho, że niemal wcale w tym zamieszaniu profesorskim i w tych sieciach pajęczych, wyściubiając zaledwie koniuszek nosa:&lt;br /&gt;
- Jedenaście...&lt;br /&gt;
Nic z tego, pająki nie próżnują a powietrze drży.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Czekamy. Czekamy na krzesłach, podczas gdy w górze, nad nami, sufit. I mgła.&lt;br /&gt;
Profesor podnosi rękę. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Dwanaście - mówi wreszcie.&lt;br /&gt;
- Dwanaście - powtarza ręka. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Dwanaście na osiemnaście – uzupełnia tamten, pierwszy, z nadzieją w głosie, z nienawiścią do wszystkiego, co czternaste lub piętnaste, ale z miłością nieufną do dwunastu, z miłością już szczerą do tych niezmiennych osiemnastek. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Niech będzie – zgadza się profesor. – Ale co wy na to? &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No i się zaczyna. Zaczyna od tego, że dwanaście, ale mogłoby być trzynaście (wcale nie), dwanaście na osiemnaście (siedem z dziewięciu!), ale nie na osiemdziesiąt, bo to żart! Wszyscy się śmieją, niektórzy głośniej od innych. Oczywiście, że żart, a nie dyskryminacja, więc osiemnaście. Ale co to znaczy? Że coś, że nic, że trochę tak-jakby, ale koniec końców doświadczenie, życie zweryfikuje, a wybór, decyzja, może być tak albo tak. Albo nie. Dyskusja unosi się nad stołem, fizycznie unosi, w oparach reguł, w siatce pojęć i liczb, intuicji i stochastyki. I pająków, skąd pająki, nie wiem, nie cierpię pająków, o Boże, pająki są okropne a to jest realne, bo nie tylko dźwięki i drżenie powietrza, lecz także grawitacja, wzajemne przyciąganie i promieniowanie tła. Bez sensu, prawda? A jednak. Nie biorę w tym udziału sprawiając wrażenie znudzonego, że dajcie spokój, ile można, no ile, te wszystkie liczby lub lata, koncepcje i prawdopodobieństwa. Ot, cały ja. Tam dyskusja, a tu cyklon nudy pustoszy mnie w zwolnionym tempie i pająki na lepkich odnóżach, robaki w dziwnych, powykręcanych słowach, bo tak naprawdę, w końcu to przyznam, to nie wiem, nic nie wiem, nie mam zielonego pojęcia. O niczym. I to także ja. Ale nagle coś spada na mnie drgając niedojrzale w przedśmiertnych konwulsjach i już wiem, i ulga, i czekam na moment, gdy ogłoszę publicznie, że tylko szkoda było wcześniej mojego wysiłku. Bo cała sztuka polega na tym i każdy zna kogoś, kto tę nudę nieszczerą nieumiejętnie rozpyla cmokając pod nosem ustami w dzióbek, z oburzeniem bezpłodnym, zaciskając pięści i krzyżując ramiona. Bo to widać. Ten strach podszyty nudą i arogancją. Widać to bardzo wyraźnie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zgłaszam się.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Cisza.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Teraz ja. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Pewien mędrzec powiedział był kiedyś – erudycyjnie zamiatam- że jeśli czujesz się źle, to przestań czuć się źle i zacznij czuć się świetnie. Zacznij czuć się świetnie zamiast tego.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- To bardzo ciekawe – przyznaje profesor i pająki rozbiegają się na wszystkie strony chowając za książkami i za św. Tomaszem. – Nigdy o tym nie myślałem w ten sposób.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Nie?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Nie.&lt;br /&gt;
- Hm. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Później rozchodzimy się do domów, a następnego dnia świat jest nieco starszy.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Dzień później zresztą też.
&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;https://www.youtube.com/embed/BE1Mh8SxYvE&quot; width=&quot;560&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/889260817751522617/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/03/przychod-okolicznosci.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/889260817751522617'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/889260817751522617'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/03/przychod-okolicznosci.html' title='Przychód okoliczności'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/BE1Mh8SxYvE/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-6235599429817301524</id><published>2015-02-11T00:01:00.002+01:00</published><updated>2015-02-12T13:13:38.578+01:00</updated><title type='text'>Nazwij świat jeszcze raz</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;i&gt;Oto Pan zrzuci cię, człowiecze, z wielkim rozmachem i uchwyci cię jednym
 chwytem, i tocząc cię zwinie w kłębek jak piłkę, rzucając po ziemi 
przestronnej. Tam umrzesz i tam pójdą pojazdy, z których się chlubiłeś, o
 ty, zakało domu twego pana!
&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;
[Iz 22 17-18]&amp;nbsp;
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wydarzenia rozwijały się jak sznur, na którego końcu znaleźć mógł 
wybawienie albo pętlę. Lub cokolwiek. W miarę jak Wojtek biegł, marznący deszcz, niczym
 koniec przedstawienia, opadał szarą kurtyną na znikającą w oddali 
uczelnię, a adidasy z głuchym i śmiesznym plask-plask-plask w rozmokłym
 śniegu niosły go w kierunku przystanku autobusowego. Chłopak, pełen 
wdzięczności dla przestronnych kieszeni przemoczonej kurtki, w które 
wciskał ręce aż po łokcie, szukał zajęcia dla rozedrganych dłoni 
przebierając palcami w stosie skasowanych biletów, monet i kluczy. 
&lt;br /&gt;
– Ale pada, ale pada, ale pada! – mamrotał pod nosem, byle nie dać 
się zdominować wszechogarniającej wilgoci, kierującej myśli w rejony 
rozmokłe i gnijące. Domina nikczemna, męczy ciało i ducha – przeklinał 
zuchwałość przyrody. A przystanek jeszcze hasła wymagał, więc już 
wcześniej, trochę głośniej, jak do swoich wołał:
&lt;br /&gt;
– Zimno, zimno, zimno! – rozstąpienie ciał 
przemarzniętych i ciepłe przyjęcie do grona uchodźców deszczowych, 
symultanicznie współczujących. 
&lt;br /&gt;
Rozkład jazdy? Nie ma szans. Dziewczyna? Jest. Łachudra? Przyczaił 
się w kącie. Wojtek zajął upatrzoną pozycję i wypalił pytaniem w kierunku 
niewysokiej brunetki w ciemnozielonym płaszczu i kozakach brązowych z 
zamszu, skóry, zresztą nie znał się na butach:
&lt;br /&gt;
– Była już czternastka, już była?
&lt;br /&gt;
– Słucham? 
&lt;br /&gt;
– Czternastka. Była?
&lt;br /&gt;
– Nie, jeszcze nie, też czekam. 
&lt;br /&gt;
– To dobrze, fajnie – przytaknął i wyrzeźbił na swej 
twarzy wyraz beztroskiej poufałości. Wiedział, że są podsłuchiwani. – 
Ale pada, co?  – zapytał.
&lt;br /&gt;
– No – odparła niedbale.
&lt;br /&gt;
– I zimno-zimno-zimno...
&lt;br /&gt;
– Raczej nie – ucięła. Co za dziewczyna! Gdyby jej nie znał, jak ją zna. Tylko ona jego nie. Jeszcze. 
&lt;br /&gt;
Wściekłe samochody rozjeżdżały śnieg wymieszany z toksyczną solą, a 
chłopak uznał, że może wreszcie zaryzykować, że teraz albo kiedy indziej, ale jednak teraz.
&lt;br /&gt;
– Wojtek... Ze sklepu. Z cynamonem?
&lt;br /&gt;
– Co?
&lt;br /&gt;
– Nic, przedstawiam się tylko.
&lt;br /&gt;
– To fajnie.
&lt;br /&gt;
Fatalnie. Masakra! Nie zauważyła? Nie usłyszała? No przecież mogła 
odprzedstawić się chociaż! Zła, niedobra, kosz. Plan w łeb. Ale nie da 
mu, łachudrze, satysfakcji.
&lt;br /&gt;
– Z cynamonem – spróbował jeszcze raz, bezsilnie. 
&lt;br /&gt;
– Ty coś do mnie mówisz, coś mówisz jeszcze? – prychnęła.
&lt;br /&gt;
– Nic – mruknął. – Czternastka, czternastka, hej! – wykrzyknął 
bezcelowo i beznadziejnie i nagle kobiecina jakaś znad siatek, jak deus 
ex machina:
&lt;br /&gt;
– Czternastka już była. Pojechała. Dopiero co!
&lt;br /&gt;
– Och! – dziewczyna.
&lt;br /&gt;
– Ha! – wyrwało mu się. Co za ukojenie w porażce. I deszcz nawet przestał padać.
&lt;br /&gt;
– To idę z buta. 
&lt;br /&gt;
Tłum wypluł dziewczynę, a potem, zarażony entropią, rozpadł się na 
pojedyncze osoby, które niczym zaschnięte liście na tafli jeziora 
rozpłynęły się w różnych kierunkach. 
&lt;br /&gt;
Kierunek łachudry był jednak łatwy do przewidzenia.
&lt;br /&gt;
– Pójdę z tobą! – zawołał Wojtek.
&lt;br /&gt;
– Jak chcesz – odparła dziewczyna i wnet Słońce wyszło i blask 
zalał ulice, samochody, rozmokły śnieg i w ogóle wszystko. Szli, a 
nadchodząca wiosna niczym przewodnik po muzeum sztuki nowoczesnej 
odsłaniała przed nimi spękany chodnik, psie kupy na trawnikach oraz 
dziurawe ulice. Minęli kościół i sklep. Minęli psa. Czerwone światło. 
Stoją. 
&lt;br /&gt;
Stoją, czas leciał a Wojtek żywił przekonanie, że są obserwowani.
&lt;br /&gt;
– Zupełnie mi nie przeszkadza ta krępująca cisza – stwierdził po 
chwili z wyższością, obserwując płynący leniwie strumień samochodów, 
byle nie dać się porwać rwącemu strumieniowi świadomości, który 
niebezpiecznie podmywał jego zdrowy rozsądek. Spojrzał na 
dziewczynę. Stała wpatrzona w sygnalizację świetlną a jej delikatny 
profil rozrywał mu wnętrzności na strzępy. 
&lt;br /&gt;
– Wiesz, czemu mi to nie przeszkadza? Bo mi się nie przedstawiłaś.
&lt;br /&gt;
– Mnie tam nic nie krępuje. 
&lt;br /&gt;
– Akurat.
&lt;br /&gt;
Zielone. 
&lt;br /&gt;
– Zielone – powiedział do jej pleców.
&lt;br /&gt;
– Wiola – rzuciła przez ramię.
&lt;br /&gt;
A nie! – omal nie krzyknął. Kłamczucha! Ewa bezczelna, Wiolą się zasłania. Tylko dlaczego? 
&lt;br /&gt;
– Wiola? Fajnie – stwierdził obojętnie, chociaż serce mu drgało jak płomień świecy na wietrze. – Akademik? – spytał.
&lt;br /&gt;
– Tak.
&lt;br /&gt;
– Ja też.
&lt;br /&gt;
Idą. Wojtek cierpiał. Czemu kłamie? Wiedział wszystko. Tylko tego nie. 
&lt;br /&gt;
Wiola/Ewa:
&lt;br /&gt;
– A tak w ogóle to słyszałeś o zniknięciu portiera w akademiku?
&lt;br /&gt;
– Co? – o czym ona? – Nie, nie słyszałem.
&lt;br /&gt;
– No, bo nikt nie słyszał... Oprócz mnie.
&lt;br /&gt;
– Czemu zniknął od razu, a nie poszedł do dentysty, na przerwę, na siku? 
&lt;br /&gt;
– Zniknął. Mam to na komórce. Nagrałam jak znika.
&lt;br /&gt;
– No co ty, pokaż.
&lt;br /&gt;
– Zostawiłam w pokoju.
&lt;br /&gt;
– Zostawiłaś telefon? A jak ktoś zadzwoni? Zostawiła telefon!
&lt;br /&gt;
– Zostawiłam. No i co?
&lt;br /&gt;
– Nic, dziwne po prostu. 
&lt;br /&gt;
– Dziwne jest zniknięcie. Ale mogłam się domyślić!
&lt;br /&gt;
– Nikt nie zniknął. Czego mogłaś się domyślić?
&lt;br /&gt;
– Wszystkiego.
&lt;br /&gt;
– Skąd?
&lt;br /&gt;
– Ze znaków.
&lt;br /&gt;
– Jasne.
&lt;br /&gt;
– Nie wierzysz?
&lt;br /&gt;
Nie wierzył. Wierzył w znaki, ale nie w zniknięcie. Wierzył w znaki, bo sam je zostawił przecież, ale portier? 
&lt;br /&gt;
– Jakie znaki? – zapytał, chociaż znał już odpowiedź. 
&lt;br /&gt;
– Ślady. Różne.
&lt;br /&gt;
– Jakie?
&lt;br /&gt;
– Co studiujesz? – zmieniła temat. Podejrzliwa i kłamie. Wojtek 
zachodził w głowę, czy został już przejrzany, czy ta żałosna łachudra 
ciągle ich śledzi oraz jak długo jeszcze zdoła powstrzymywać parcie na 
pęcherz. 
&lt;br /&gt;
– Filozofię – odpowiedział zgodnie z prawdą.
&lt;br /&gt;
– Tak? Ja też. Na którym roku?
&lt;br /&gt;
– Na czwartym. 
&lt;br /&gt;
– Dziwne.
&lt;br /&gt;
– Co jest dziwne?
&lt;br /&gt;
– Że cię nigdy nie widziałam. Też jestem na czwartym.
&lt;br /&gt;
– To nie jest dziwne, bo nie chodzę na zajęcia. Studiuję drugi kierunek.
&lt;br /&gt;
– I tak musisz chodzić na zajęcia.
&lt;br /&gt;
– Nie muszę – Wojtek z zawadiackim uśmiechem zaczął tłumaczyć swoją taktykę: 
&lt;br /&gt;
– Po prostu na jednej grupie mówię, że chodzę na drugą grupę, a na 
drugiej, że na pierwszą, a wszystkim, że nie mam czasu, bo studiuję 
drugi kierunek. Na koniec zanoszę referat i podciągam się ustnie na 
zaliczeniu – Ewa/Wiola zrobiła wielkie oczy. – Na dwóch kierunkach jest
 dwa razy mniej nauki – wyjaśnił, po czym dodał: 
&lt;br /&gt;
– Dlatego planuję wziąć trzeci. 
&lt;br /&gt;
– Leń – skomentowała dziewczyna i parsknęła śmiechem. – A znasz profesora Profesora? 
&lt;br /&gt;
– Czy znam… – zaczął Wojtek i oczami wyobraźni ujrzał władcze 
oblicze profesora Profesora i jego równie władczą rękę, wpisującą mu 
dwóję do indeksu nie zważając na to, że studiuje drugi kierunek. 
Władczą dwóję jak trzy dwóje, na trzy kratki wielką, zamazując czwórkę 
ponad i cztery z plusem pod spodem. 
&lt;br /&gt;
Zadrżał pod naporem nieprzyjemnych wspomnień. 
&lt;br /&gt;
– Nie lubię go – podsumował krótko. – Oblał mnie. Ale to nie dlatego go nie lubię…
&lt;br /&gt;
– A ja go lubię. Jest przystojny.
&lt;br /&gt;
– Przystojny? – zdziwił się Wojtek. – Łysy. I stary.
&lt;br /&gt;
– Zazdrościsz.
&lt;br /&gt;
– Tak? Niby czego?
&lt;br /&gt;
– Wszystkiego.
&lt;br /&gt;
Westchnął zrezygnowany. Obejrzał się za siebie i zobaczył wystającą 
zza drzewa, błyszczącą w Słońcu szpiegowską łysinę. Niech cierpi, 
pomyślał Wojtek. Zasłużył sobie.
&lt;br /&gt;
– No, to co to były za ślady? Te, które miałyby świadczyć o 
zniknięciu portiera? – chłopak wrócił do tematu, byle jakoś podtrzymać 
rozmowę i podręczyć łachudrę. Wiedział, że jeśli dziewczyna tym razem mu
 powie, to usłyszy o sznurku, piórku, kartce, piłeczce do ping ponga i 
tym kwiatku, który zerwał z czyjegoś balkonu. Wiola/Ewa przyglądała mu 
się przez dłuższą chwilę i kiwnęła głową. 
&lt;br /&gt;
– No dobra, posłuchaj – zaczęła. – Wiem, że zabrzmi to dosyć wariacko, ale wszystko układa mi się w jedną, logiczną całość…
&lt;br /&gt;
– Tam gdzie kończy się logika, zaczyna się babeczka… – mruknął. 
&lt;br /&gt;
– Co?
&lt;br /&gt;
– Nic, nic. Mów dalej.
&lt;br /&gt;
– No więc najpierw był ten sznurek przewiązany przez pręty w 
balustradzie... Na klatce schodowej zaraz przy wyjściu z mojego pokoju.
&lt;br /&gt;
Zauważyła! Chłopak skąpał się w satysfakcji własnego sprytu. Łyknęła haczyk! 
&lt;br /&gt;
– Sznurek był żółty. 
&lt;br /&gt;
– No i co z tego, że był żółty? – zdziwił się. Akurat kolor nie miał dla niego znaczenia.
&lt;br /&gt;
– Żółty oznacza podstęp – wyjaśniła. 
&lt;br /&gt;
– Żartujesz chyba. Podstęp? 
&lt;br /&gt;
– Tak. I sznurek wskazywał na portiernię.
&lt;br /&gt;
– Co?
&lt;br /&gt;
– Sznurek wskazywał na portiernię. Z podstępną, żółtą intencją, rozumiesz? 
&lt;br /&gt;
– Średnio.
&lt;br /&gt;
– Ale jeden sznurek to mógł być jeszcze przypadek, prawda? 
&lt;br /&gt;
– No ba – skwitował Wojtek. Sherlock Holmes, pomyślał. Ale ubaw. 
&lt;br /&gt;
– Natomiast dwa żółte sznurki… – kontynuowała dziewczyna. – Dwa 
żółte sznurki wskazujące na portiernię, to chyba już o czymś świadczą, 
no nie?
&lt;br /&gt;
– Dwa sznurki?
&lt;br /&gt;
– Tak, dwa sznurki. I klucz. Klucz, uwierzysz? Klucz nanizany na drugi sznurek. 
&lt;br /&gt;
– Jaki klucz? Jaki drugi sznurek? – Wojtek miał wrażenie, że 
rzeczywistość zaczyna się przeciwko niemu buntować, że świat wokół niego dostaje semantycznej wścieklizny.&lt;br /&gt;
Co się dzieje? – zastanawiał się gorączkowo - Czy ona stroi sobie z niego żarty?
&lt;br /&gt;
– I czerwona pelargonia na mojej wycieraczce. 
&lt;br /&gt;
– Kwiatek zwykły przecież – bąknął.
&lt;br /&gt;
– Pelargonia – poprawiła go. – Czerwona. Czerwona pelargonia 
oznacza głupotę. Ktoś próbuje mnie sprowokować, rzucić mi wyzwanie. To 
gra.
&lt;br /&gt;
– No nie, przesadzasz – to, co słyszał Wojtek, nie mieściło mu się
 w głowie, wypadało na ziemię i blokowało wyjście z tej pełnej podstępnych cieni jaskini. Co za zwariowane wnioski wyciągnęła ta kobieta! I teraz 
one ciągną ją. Tylko dokąd?
&lt;br /&gt;
– Nie przesadzam – upierała się. – Myślę, że ktoś chciał,
 żebym powstrzymała go przed porwaniem portiera, ponieważ sam nie 
potrafił, bo był opętany albo zahipnotyzowany albo...&lt;br /&gt;
– Albo cokolwiek z jak najmniejszym prawdopodobieństwem - uciął Wojtek. &lt;br /&gt;
– To ma sens. &lt;br /&gt;
– Jasne, ale, i rzucam to tylko jako możliwość, możliwość zaledwie logiczną, bo może chodziło o coś zupełnie innego? I takie coś, co na przykład nie ma żadnego związku z portierem, nie byłoby przecież wewnętrznie sprzeczne, coś takiego wcale by się z tym wszystkim nie wykluczyło!
&lt;br /&gt;
– Wiesz, długo nad tym myślałam, ale z czasem śladów było coraz 
więcej i wszystkie wskazywały na portiernię. Na przykład ta piłeczka pingpongowa w progu. Gdy otworzyłam 
drzwi, to zgadnij gdzie się potoczyła? 
&lt;br /&gt;
– Po linii najmniejszego oporu, po najmniejszej linii oporu?
&lt;br /&gt;
– Zleciała ze schodów prosto do portierni. 
&lt;br /&gt;
– No i co niby miałoby z tego wynikać?
&lt;br /&gt;
Ewę/Wiolę ogarnęła pasja. Gestykulowała gwałtownie w rytm 
wyrzucanych z siebie słów. Była na tropie mrocznej historii, która z 
niewiadomych przyczyn wciągnęła ją w wir wydarzeń i Ewa/Wiola oddała się
 temu z lubością. 
&lt;br /&gt;
Ewa nazywa świat jeszcze raz, pomyślał Wojtek. A ja jestem oszukanym Adamem.
&lt;br /&gt;
– Nie rozumiesz? – dziewczyna starannie akcentowała każde słowo. – 
Wynika z tego, że ten, kto zostawiał te wszystkie ślady, stoi za 
zniknięciem portiera. No i to piórko, które…
&lt;br /&gt;
– Może nie mówmy już o tym – przerwał jej, nagle dziwnie wyzuty z sił, zmęczony. 
&lt;br /&gt;
– Jak chcesz – żachnęła się. – Nie musisz mi wierzyć.
&lt;br /&gt;
– Ewa, czasem z tych samych elementów można ułożyć zupełnie inny 
obrazek. Po prostu. Wiesz, widzisz to, w co wcześniej uwierzysz. 
&lt;br /&gt;
– Wiola, a nie Ewa. I ja wierzę w to, co widzę. 
&lt;br /&gt;
– Jak chcesz – Wojtek czuł, że traci grunt pod nogami, że traci też różne inne rzeczy. Był tak 
bardzo zaabsorbowany ustawianiem kostek domina, że nie zauważył jak 
ktoś podostawiał mu za plecami dodatkowe elementy, wyznaczając zupełnie 
nowe ścieżki dla możliwych konsekwencji. 
&lt;br /&gt;
Łachudra! – przemknęło mu przez myśl. – Tylko jak?
&lt;br /&gt;
– Wojtek? Wojtek, tak?
&lt;br /&gt;
– No?
&lt;br /&gt;
– Tutaj zaraz mieszka mój wujek. Jak chcesz, możesz się ze mną przejść do niego. Na chwilkę. Chociaż możesz go nie polubić. 
&lt;br /&gt;
– Czemu?
&lt;br /&gt;
– Zobaczysz – dziewczyna puściła do niego oko, promieniejąc na nowo
 blaskiem beztroski. Mógłbym teraz umrzeć, myślał Wojtek i śmiał się w 
duchu ze swojej pretensjonalności.
&lt;br /&gt;
Zza drzew wyłoniła się kamienica. Zanim dziewczyna zdążyła nacisnąć 
domofon z budynku wyszła siwowłosa starowinka w drodze do lekarza, na 
zakupy, czy gdzie tam łażą te wszystkie siwowłose starowinki. 
&lt;br /&gt;
– Chodź – ponagliła Wojtka. Weszli na pierwsze piętro. Wiola/Ewa 
zapukała, a po chwili złożonej z szurania i dźwięków przekręcanego w 
zamku klucza, w drzwiach ukazała się nobliwa sylwetka profesora 
Profesora. Pod chłopakiem ugięły się kolana, ale zdołał jeszcze 
zarejestrować, że z profesora Profesora w tajemniczy sposób ulotniła się
 gdzieś cała władczość, ustępując miejsca niewinnej dobrotliwości. 
Władczość poszła w ślady portiera – myślał Wojtek usiłując ukryć 
zdumienie. 
&lt;br /&gt;
– Cześć wujku.
&lt;br /&gt;
– Witaj Wioletko. 
&lt;br /&gt;
– To mój kolega z roku, Wojtek…
&lt;br /&gt;
– Tak, pamiętam, pan drugi kierunek. Wejdźcie, proszę. Kawy, herbaty?
&lt;br /&gt;
– Ja… – zaczął Wojtek, ale Ewa/Wiola (nazwał ją Wioletką!) weszła mu w słowo.
&lt;br /&gt;
– Wujku, my tylko na chwilkę, chciałam się tylko zapytać, czy wiesz,
 co to za numery… – dziewczyna wyciągnęła z kieszeni kartkę (tę albo tą
 kartkę!) i pokazała profesorowi Profesorowi. Wojtka oblał zimny pot. 
&lt;br /&gt;
– Przepraszam, że ci przerwę, Wioletko, ale czy słyszeliście już o 
Panu Cynamońskim? Był portierem w waszym akademiku...&lt;br /&gt;
Zszokowani 
spojrzeli po sobie a potem na profesora Profesora, ale zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, tamten rzekł zimno:
&lt;br /&gt;
– Został zamordowany. Uduszony. 
&lt;br /&gt;
– Nie… – jęknęła dziewczyna. – To straszne. Czy wiadomo, kto to zrobił?
&lt;br /&gt;
– Wiem tylko, że został dzisiaj po południu znaleziony martwy w 
piwnicy twojego akademika. Ktoś ukrył jego ciało za starym stołem do tenisa, no cóż, stołowego. Podobno wciąż miał zaciśnięty na szyi cienki, żółty sznurek - profesor westchnął ciężko z egzystencjalnym znawstwem. -
 Ludzie, ludziom…
&lt;br /&gt;
– Nie... – tym razem jęk wyrwał się Wojtkowi.
&lt;br /&gt;
Stary profesor w zamyśleniu przyglądał się kartce, którą wręczyła mu jego siostrzenica.
&lt;br /&gt;
– A ten numer… To najprawdopodobniej numer ISBN – powiedział. – Identyfikuje pewnie jakąś książkę.
&lt;br /&gt;
– Jaką? – zapytała zdrętwiałym głosem. 
&lt;br /&gt;
– Możesz to z łatwością sprawdzić w Internecie. Tam jest komputer.
&lt;br /&gt;
Wojtek podszedł do dziewczyny. Ręce mu drżały. 
&lt;br /&gt;
– Mogę zobaczyć tę albo tą kartkę?
&lt;br /&gt;
– Za chwilę, nie przeszkadzaj.
&lt;br /&gt;
Dziewczyna nachyliła się nad klawiaturą. Wystukała trzynaście 
cyferek i zatwierdziła zapytanie. Dopiero po chwili dotarł do niej sens 
informacji, które wyświetliła przeglądarka. Bruno Schulz – &quot;Sklepy 
cynamonowe&quot;. Spojrzała na Wojtka i chłopak wiedział, że ona wie, że on 
wie, że ona wie… Ale wie wszystko nie tak, jak powinna wiedzieć, wszystko wie na opak! 
&lt;br /&gt;
– Wojtek... Ze sklepu z cynamonem? – zapytała, lekko rozbawiona, lecz nagle twarz jej spochmurniała. – To ty!
&lt;br /&gt;
– Ta łachudra się w tobie zakochała, zakochał się, on, cokolwiek! – wykrzyknął pospiesznie, aby 
przywrócić światu pierwotny lub wtórny porządek. Przez moment miał wrażenie, że 
niepotrzebnie się tak unosi, że powinien to rozegrać na spokojnie, jednak wstyd wymieszany ze złością złączyły się w nim nagle
 w obezwładniającą mieszaninę emocji i rozgorączkowany, w pasji, 
potrafił już tylko wyrzucać z siebie kolejne słowa jak zaklęcia, byle 
oddalić to oskarżycielskie spojrzenie, ten zaszokowany wyraz 
twarzy, te rozchylone w niemym zdumieniu usta. Profesor Profesor 
czujnym okiem obserwując Wojtka, jednocześnie zdecydowanym, na powrót 
władczym ruchem wystukiwał na komórce jakiś trzycyfrowy numer.
&lt;br /&gt;
– Byłem po prostu ciekawy, kim jesteś, że się w tobie tak 
zakochał i ja też się wtedy zakochałem – bełkotał Wojtek. – Po prostu.
 Chciałem być oryginalny czy coś, żebyś przyszła do mnie sama. To miało 
być takie... Inne! I ta książka, &quot;Sklepy cynamonowe&quot;, to znak, hasło, zabawa. Słowo-klucz... 
&lt;br /&gt;
– Klucz... Pan Cymański, znaczy, Pan Cynamoński... Portier... – Ewa/Wiola mówiła niemal bezgłośnym szeptem. – Nie wierzę! 
&lt;br /&gt;
– Sznurek nie wskazywał na dół, do portierni, tylko w górę, do mnie!
 Piórko, bo ja jestem Piórkowski, Wojtek Piórkowski, a piłeczka 
pingpongowa, no, bo ja przecież gram w ping ponga, wiesz, nawet jestem w
 reprezentacji uczelnianej... No i kwiatek, zresztą, nieważne, wiem, że 
teraz, gdy to morderstwo, to jakiś absurd, teraz może to jest głupie i 
dziecinne, ale wtedy wydawało mi się, że te zagadki, że jak dasz się w 
to wciągnąć, że gdy to wszystko rozszyfrujesz, to wtedy docenisz... 
Docenisz... 
&lt;br /&gt;
Wojtek był bliski płaczu. Wlepił w dziewczynę pełne udręki i bólu 
spojrzenie, błagał kosmiczne siły, aby pomogły mu ją przekonać.
&lt;br /&gt;
– Ten, ta łachudra – teraz już łkał, przepełniony desperacją. – 
Kiedyś się przyjaźniliśmy. On był zazdrosny i śledził ciebie, mnie, nas, a
 ja chciałem mu utrzeć nosa, że jest taki cykor, że nie podejdzie, nie 
zagada, rozumiesz? Rozumiesz, prawda?
&lt;br /&gt;
– Ale dlaczego zabiłeś portiera? O Boże! 
&lt;br /&gt;
– To nie ja, to ta łachudra! Nie wiem, czemu zniknął portier, on w ogóle nie zniknął, ale nawet jeśli zniknął, to ja go nie zabiłem. No bo po co?
&lt;br /&gt;
– Wyjaśnisz to policji – wtrącił profesor Profesor. – Już jadą. 
Zaraz tutaj będą. A jak już przyjadą...  – staruszek zrobił krótką 
pauzę. – To nie zapomnij im powiedzieć, że studiujesz drugi kierunek.
&lt;br /&gt;
Wojtek ruszył do drzwi z jadowitą nadzieją na podzwonne ery Profesora. Stary profesor próbował stanąć mu na drodze,
 ale chłopak, naładowany adrenaliną i popędzany paniką, z łatwością 
odepchnął zasłużonego akademika na ścianę i wybiegł z mieszkania. Nie 
obejrzał się za siebie, nie chciał widzieć wyrazu twarzy Ewy/Wioli; był 
przekonany, że w jej oczach nie dostrzegłby już raczej gotowości do 
zostania jego dziewczyną. Kilkoma susami pokonał schody, uchylił drzwi 
prowadzące na ulicę i wpadł prosto na łachudrę.
&lt;br /&gt;
– Krzysiek! 
&lt;br /&gt;
Krzysiek bez ostrzeżenia naparł całym sobą na Wojtka, a ten, 
niesiony siłą pchnięcia, zatoczył się z powrotem do klatki, potknął o 
własne nogi i zleciał ze schodów prowadzących do piwnicy. Po chwili 
przejmującej ciszy, która nastąpiła po tym, jak wybrzmiało już echo 
akrobatycznych ewolucji Wojtka, dało się posłyszeć przeciągłe jęknięcie.
 
&lt;br /&gt;
Krzysiek niespiesznie schodził ze schodów, kierując się w stronę 
leżącego Wojtka wokół którego poniewierały się monety, skasowane bilety
 i klucze.
&lt;br /&gt;
– Twój boski plan, czy coś, cię przerósł, mój drogi. Czy słyszysz? - Krzysiek przyłożył rękę do ucha. - To dźwięk twojej klęski.
&lt;br /&gt;
– Łachudra... Chyba złamałem nogę... – w głosie Wojtka nie było 
słychać strachu, lecz niedowierzanie. Podparty na łokciu próbował 
zbierać porozrzucane drobiazgi. – I chyba się zsikałem.
&lt;br /&gt;
– Gdybyś nie był takim zazdrośnikiem... Gdybyś był prawdziwym przyjacielem... 
&lt;br /&gt;
– To ty... To wszystko ty... – bełkotał Wojtek usiłując podnieść się z brudnej podłogi.
&lt;br /&gt;
– Wojtek, Wojtek... – jego oprawca dramatycznie kręcił głową. – Ty zasikany demiurgu. Twój koniec jest już bliski.
&lt;br /&gt;
– Łachudra, zwykła łachudra... Tylko dlaczego zamordowałeś portiera?
&lt;br /&gt;
– Portiera? – Krzysiek zdumiony uniósł brwi, ale zaraz twarz mu 
pojaśniała w nagłym przypływie zrozumienia i chłopak uśmiechnął się 
krzywo, nieprzyjemnie. – Co? Masz tam gdzieś dyktafon, czy 
coś? Chcesz być sprytny i nagrać moje wyznanie, czy coś? Wojtek, 
Wojtek... Portier... Portier po prostu zniknął. A teraz czas na ciebie. 
&lt;br /&gt;
Chłopak stanął ponad Wojtkiem, a jego chuderlawa zazwyczaj sylwetka tym razem emanowała niezwykłą siłą.
&lt;br /&gt;
–  Spójrz! – rozkazał mu, przyjmując wyniosłą pozę. – No patrz, jak 
stoję ponad tobą, jak przejrzałem ciebie i ten cały twój żałosny plan. 
Przy tobie jestem alfą i omegą. Przegrałeś. Po prostu przyznaj to i usuń
 się w cień.
&lt;br /&gt;
Wojtek poprzez ból i upokorzenie zdał sobie sprawę, że Krzysiek ma 
rację. No cóż, istotnie został pokonany. Spojrzał w twarz byłemu 
przyjacielowi i cicho, gubiąc sylaby, uznał jego zwycięstwo.
&lt;br /&gt;
– A teraz chodź – Krzysiek podał mu rękę i pomógł podnieść się z podłogi. – Chodź ze mną.
&lt;br /&gt;
– A co z Ewą-Wiolą? 
&lt;br /&gt;
– Nie przejmuj się nią, nimi, czy co tam. 
&lt;br /&gt;
– A policja?
&lt;br /&gt;
– Policją też się nie przejmuj.
&lt;br /&gt;
– To gdzie idziemy?
&lt;br /&gt;
– Zobaczysz.
&lt;br /&gt;
Wojtek, wsparty na ramieniu Krzyśka, powoli pokonywał zdradzieckie 
stopnie schodów. Gdy dotarli już na parter chłopak bez zdziwienia 
przyjął fakt, że jest prowadzony jeszcze wyżej, na następne piętro. Po 
chwili stali już pod drzwiami mieszkania starego profesora Profesora, z 
którego zaledwie kilka minut wcześniej uciekł, gdy okazało się, że 
uwolnił siły, którym nie potrafił sprostać. 
&lt;br /&gt;
Krzysiek bez pukania nacisnął klamkę. W środku, w przedpokoju przed
 nimi, pomiędzy roześmianym profesorem Profesorem i równie rozweseloną 
Ewą/Wiolą stał portier Cynamoński ściskając w dłoniach pęk kluczy 
przewiązanych żółtym sznurkiem.
&lt;br /&gt;
– A więc to tak... – wybełkotał Wojtek.
&lt;br /&gt;
– Ano tak – przytaknął portier i wszyscy wybuchnęli serdecznym albo szyderczym śmiechem.
&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;https://www.youtube.com/embed/CZWBSVjCljs&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/6235599429817301524/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/02/nazwij-swiat-jeszcze-raz.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/6235599429817301524'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/6235599429817301524'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2015/02/nazwij-swiat-jeszcze-raz.html' title='Nazwij świat jeszcze raz'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/CZWBSVjCljs/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-841681077899050519</id><published>2014-12-30T03:48:00.001+01:00</published><updated>2014-12-31T01:29:25.305+01:00</updated><title type='text'>Arirang, Arirang</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Podróże. Czasem wchodzę do autobusu i jadę, ot tak, byle przed siebie, skasowawszy bilet ulgowy, doktorancki, nie ma takich, są, mogę pokazać legitymację i nawet zaświadczenie z uczelni, że prowadzę zajęcia, poproszę, no i co, no faktycznie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ruszamy.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Przystanki mijają mnie za oknem jak spragnione miłości zużyte serca, których nikt nigdy nie chciał sobie przeszczepić i wypełnić oksytocyną. Tak, jestem beznadziejny w porównaniach, jak ci ludzie, co to chodzą do kościoła tylko w dni nieparzyste. Ale ostatnio wchodzi staruszka, a ja co, ustępuję miejsca, wciąż to robię, nawet dzisiaj, gdy świat, wszystko, ech, to opowieść na inną okazję, a ona rozsiada się wygładzając zakurzone fałdy wokół ust, oczu i siatek z zakupami, którymi obstawiła się jakby dla utrzymania równowagi.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zagaiłem życzliwie, bez sensu.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Wojna - mówię. - Założę się, że pamięta pani wojnę.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Owszem - przyznała staruszka. Ze zmarszczek na jej czole, nad którym w aureoli siwych włosów skrzypiała ciasno zawiązana babcinowa chusta, dobrotliwie uśmiechał się do mnie papież (zgadnijcie, który). - Podwawelska.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Co?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Kiełbasa.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Starość, myślę. Starość, wojna i dewocjonalia. To mi coś przypomniało, więc: &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Założę się, że nie oglądała pani tego nowego filmu, w którym Seth Rogen i ten drugi robią wywiad z Kim Dzong Unem.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Owszem - znów przyznała staruszka, a spodziewając się kolejnej wypełnionej demencją deklaracji, zajęło mi trochę czasu, żeby przetrawić ciąg dalszy:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Oglądałam. Z Jamesem Franco.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Byłem w szoku. Wydawało się, że wszyscy są w szoku, nawet kierowca, bo zatrzymał nagle autobus, ale to tylko przystanek. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- I co, podobał się pani? - zapytałem niecierpliwie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Nie - pokręciła głową ze znawstwem. - To gówno.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Tym razem nie byłem zdziwiony. Staruszka wyraziła powszechną opinię, opinię tak powszechną, że zaczynałem powoli powątpiewać w swój uniwersalny gust filmowy, gust, który do niedawna bez większych zgrzytów podzielałem ze światową większością anonimowych krytyków.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Korea Północna - powiedziałem. - To przecież taki ciekawy kraj.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- O tu się jebnij - rzuciła, stukając wykrzywionym artretyzmem palcem, no cóż, o tu, w to miejsce. Trochę się zdenerwowałem, bo to jak w tych spełnionych koszmarach nieśmiałości, gdy albo boisz się odezwać, żeby nie palnąć czegoś głupiego, albo żeby nikt się nie dowiedział (zwłaszcza ty sam), że po prostu jesteś kretynem.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Co pani może wiedzieć... - broniłem się, lekko zbity z tropu. - Pani to pewnie uciekała z kina na widok jadącego pociągu.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Aż tak stara nie jestem.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Przepraszam.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Nie szkodzi.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;Rozmowa utknęła na przełęczy implikatur, porzucona i ranna w stopę. Arirang, zanuciłem w myślach, Arirang.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- A drugą część &quot;Głupiego i głupszego&quot; widziała pani? - zaczepiłem jeszcze, już bezpiecznie, bo odpowiedź mogła być tylko jedna.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Jeszcze większe gówno - odpowiedziała i papież na jej czole puścił do mnie oko.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Tak - zasmuciłem się, a staruszka jakby czytała w moich myślach:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Fekalne gagi wypluwane na wtórną fabułę i głupich ludzi zza gumowej maski naciągniętej na starą twarz Jima Carreya, w którego pustych oczach, do których nie sięgał przyklejony uśmiech, już dawno zgasły ostatnie iskierki humoru, i tylko czerstwe zmęczenie i niezaleczona depresja, demony... To mnie przerażało, to był horror! - staruszka zrobiła wielkie oczy i odsłoniła wielkie zęby (nawet nie pytałem). - Ale nikt mi nie zarzuci, że nie wiem o czym mówię, bo jestem wielką fanką, niech mnie ktoś powstrzyma, pierwszej części, więc należę do kręgu wtajemniczonych.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Ma pani rację, no faktycznie jest tak, jak pani mówi, ale to z Koreą Północną, to ten film nie był wcale taki zły i to nie tylko mój sentyment do...&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Nie będę się powtarzać.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Ech - wiedziałem, co mam zrobić. Okropne staruszki. &lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; 
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;//www.youtube.com/embed/VuplKIC3ATg&quot; width=&quot;560&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/841681077899050519/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/12/arirang-arirang.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/841681077899050519'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/841681077899050519'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/12/arirang-arirang.html' title='Arirang, Arirang'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-3945898610892536975</id><published>2014-11-25T20:32:00.000+01:00</published><updated>2014-12-20T00:11:24.239+01:00</updated><title type='text'>Imperator fabularny</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Kościół, czyj Kościół, niech będzie, że Imperatora, zrzeszał niezbyt liczne grono fanatyków informacji pozafabularnych. O co w tym chodzi i jak to możliwe, to dosyć, dosyć, dosyć skomplikowane. Chociaż nigdy mnie nie zapraszano na spotkania tych szaleńców, to starałem się żadnego nie przegapić. Miałem nawet ulubione miejsce, z którego, przyczajony, napinałem błony bębenkowe próbując uszczknąć coś z przypadkowych prób wyjścia poza narrację. Te rzadkie momenty wytrącały mnie jednak z uśpionej obserwacji w świadomy nagle nurt zdarzeń, w którym od początku wszystko się ze sobą wiązało, bo ulica skręcała łagodnym łukiem w kierunku rzeki, nad którą ciężko rozpłaszczył się most i dopiero dalej, wśród drzew i chodników, zza pękniętej ściany widziałem Johna, który przechadzał się między przyjaciółmi, jakby spacerował po linie zawieszonej nad zdrowym rozsądkiem.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; John pił herbatę, palił papierosa i strasznie cmokał, podczas gdy Steve, Sue i Mary dopiero szukali dla siebie zajęcia.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Cmok! - John zainaugurował pierwszą scenę, a reszta poszła siłą logicznych konsekwencji lub inercjalnych skojarzeń. – Czy widzicie jak składam usta w dzióbek? - zapytał. - Umówmy się, że od teraz dzióbek oznacza, że mówię różne ważne rzeczy, cmok, poważnie. Marks, cmok. Za mało się dzisiaj mówi o Marksie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Steve kręcił niezadowolony głową, ale to mu jakoś nie mogło wystarczyć, więc zaprzągł do kręcenia także rękę. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Daj spokój, John - przestał kręcić głową i już tylko ręka rysowała w powietrzu niewidzialną spiralę. - Przecież dzióbek zawsze oznaczał ważne rzeczy, a mlaskanie jest za każdym razem poważne - wziął głęboki wdech. - Spójrzcie lepiej na to... – Wymachując ręką skupiał na sobie uwagę zebranych. – Od dzisiaj wyrażam irytację wyłącznie w ten sposób! Machu, machu i kręcenie! Kręcę na Marksa i socjalizm!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; Mary była krótkowidzem, lecz nikt nie potrafił jej zmusić do noszenia okularów. Chcąc ocenić memetyczny wynalazek Steve’a podeszła zbyt blisko kręcącej się dłoni i - pac! - odleciała do tyłu trzymając się za twarz.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Mój nos! – skarżyła się, ale Steve, niezrażony ciosem, rozkręcał swój gest coraz szybciej, coraz 
bardziej zirytowany próżnością Mary oraz tendencją do wygłaszania 
oczywistości typu:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Twój nos - przyznała Sue, głaszcząc Mary po wystających łopatkach, między którymi ktoś (pewnie Steve) rozpiął nieprzyzwoity transparent. – Twój nos do końca życia na tej nieszczęsnej planecie, na której błąkamy się bez celu jak te ryby, co to wyszły z oceanu do dżungli miliardy lat temu...&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jak bez celu, skoro do dżungli? - irytował się Steve. - Od słuchania tych głupot boli mnie już ręka. John, czy wiesz coś nowego o Imperatorze? &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; John siedząc na kanapie z ironicznym uśmiechem gasił papierosa, poprawiał kołnierzyk i zawiązywał sznurowadło. Nigdy nie potrafił wykonać żadnej z tych czynności porządnie, więc zawsze chodził w źle ułożonej koszuli, wciąż potykał się o swoje sznurowadła i nieustannie wzniecał pożary. Słysząc pytanie Steve&#39;a uniósł nonszalancko brwi:&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Cmok?&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Cmok? - rozkręcona irytacja Steve&#39;a zaczynała grozić przeciągiem. - Z takim cmokaniem to...&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Bo nie możesz tak po prostu, John - wtrąciła się Sue. – Nie możesz tak cmokać bezkarnie, kiedy cała moralność, etyka... &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Etyka? – John aż zakaszlał, zdumiony. - Chcesz mi mówić o etyce cmokania?&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jego zdaniem sarkazm niszczył każdy argument, wiec:&lt;br /&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; - Mlask, a co z etyką mlaskania?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ja wyjaśnię – zgłosiła się Mary, mówiąc przez nos. – Bo widzisz, John, możesz rozpowiadać wokół, że Sue jest kretynką, ponieważ pisze wiersze...&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Żeby tylko... &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ale ty tak naprawdę kochasz poezję i nic z tym nie zrobisz. Nie możesz mieć etyki przekonań, jeśli nie jesteś za swoje myśli odpowiedzialny. Ale etyka cmoknięć... - Mary złożyła dłonie jak do modlitwy i przez moment czułem, że zwraca się tylko do mnie. - To etyka założeń. A założenia jak cmoknięcia można przyjmować zupełnie na chłodno i sprawdzać co z nich wynika, co z nich wyniknie w jednym miejscu, a co w innym... - Puściła oko. Do kogo? Pewnie do Steve&#39;a, bo zaraz: - Steve wie. Steve wie, że nie należy do założeń mieszać emocji ani życia, i chociaż kiedyś miałam z tym problem, to teraz lepiej to rozumiem. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak - przyznał Steve. - Mary ma rację i to nie tylko dlatego, że referuje moje poglądy.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Steve złożył wstrzymane w bezpłodnych cyklach dłonie wzdłuż ciała i zamknął oczy i nagle dla wszystkich stało się jasne, że nie opracował jeszcze nietrywialnego sposobu sygnalizowania głębokich przemyśleń.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Kończąc lub zaczynając cmokiem, dzióbkiem czy mlasknięciem... - zaczął ostrożnie, z wysiłkiem, ale po chwili jakby coś w niego wstąpiło, bo uniósł się o kilka centymetrów ponad podłogę i dryfując leniwie wzdłuż wzorzystych linii na dywanie, kontynuował natchnionym głosem: - Kończąc w ten sposób jesteś odpowiedzialny za konsekwencje wygłaszanych twierdzeń, podejmowanych kroków, akcji, a więc za wszelkie inicjatywy przypieczętowane aprobującym ciamkaniem... - zrobił krótką pauzę, by zmierzyć głębię wywołanej ciszy (była niemal doskonała). - Co jednak ważne - podźwignął urwaną myśl. - Co jest istotne, co jest nieuniknione, niezbędne, niemożliwe do zakwestionowania, to...&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; Steve otworzył oczy, wylądował miękko na ziemi i rozejrzał się po twarzach współwyznawców. Wiedział, że są w jego mocy, elastyczni, gotowi, w napięciu gotowi, wchłaniający, ale coraz mniej jakby, bo coś uciekło, wymknęło się i rozmyło, słowa rozbiegły się, sturlały z języka, zawisły na wargach, a on nie mógł ich zlizać, odgryźć, wypluć, koszmar, koszmar, co się dzieje, może chociaż puenta jakaś, ratunek: - Bądź bardziej ostrożny, John, i staraj się nam nie wmawiać, że, że pozwolę sobie wrócić do naszej ostatniej rozmowy, że co jeśli... - jakieś szmery w tle, zniecierpliwione szurania. - Co jeśli de facto, de facto - nawet łacina nie chciała mu pomóc! - Jeśli de facto Imperator istnieje (och!), że co jeśli Sue ci pozwoli...&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Istnienie Imperatora jest niemal pewne - żachnął się John, zupełnie już odczarowany. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Każde założenie obciąża cię moralnie - dokończył Steve, zasapany i zmęczony.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - To nie jest założenie.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; John wstał z kanapy, zrobił kilka kroków w moim kierunku, ale chyba mnie nie zauważył, bo za chwilę wrócił na miejsce. Zaczynałem dostrzegać coś automatycznego w jego zachowaniu, coś nieznośne sztucznego i może gdyby ta sztuczność była trochę bardziej naturalna, gdyby mi nie przypominała czegoś innego...&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No, chyba że tak czujesz po prostu - wtrąciła Mary, trochę zawiedziona, że temat Imperatora nie chwycił, trochę nawet bardziej zawiedziona wypompowaniem się Steve&#39;a. - Intuicyjnie czy coś. Wtedy spoko, twoja sprawa, nikogo to nie obchodzi. Niemniej wybieraj założenia raczej pod kątem efektu, a nie osobistych preferencji.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; John zbladł. Wiedziałem, że jako jedyny w całej grupie cenił logikę, stąd imputowanie mu ciągot do emocjonalnych intuicji uważał za obraźliwe. Do tej pory wydawało mu się także, że wystarczy dobrze uzasadnić swoje przekonanie, że wystarczy pilnować reguł gry, a teraz się okazuje, że to kwestia konsekwencji, że to arbitralny utylitaryzm.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ale nawet gdyby przyjąć - zastanawiał się - że Imperator jest wymyślony, albo nie, że to ja raczej, ja lub on... &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ależ tak! – Wykrzyknął. - Oczywiście!&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; I zaraz, dosyć histerycznie:&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ależ nie! To absurdalne!&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ojej, pomyślałem, a spojrzenia grupy świdrowały twarz Johna, z której żółtą kaskadą niczym stara tapeta odklejała się maska racjonalisty, odsłaniając splątane kable i koła zębate, przekaźniki i tranzystory. John próbował jeszcze zbierać z podłogi skurczone resztki swojej tożsamości, jednak było już za późno. Był robotem. (głupie, co?)&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wszyscy jesteśmy tacy sami! - Wybuchnął, ale nie dosłownie, że eksplodował, po prostu się rozpłakał sypiąc wokół fontanną iskier.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie... - podpowiadałem mu. -&amp;nbsp; To wy jesteście tacy sami, a ja jestem inny! Ja, ja, czyli John, jestem spójny z historią!&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - John... - Zaczęła Sue, lecz nie potrafiła powiedzieć nic więcej zaskoczona faktem, że okazał się taką wrażliwą maszyną.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Robot, nie robot, John się rozpłakał więc przegrywa dyskusję - zadecydował Steve. - Już dawno podejrzewałem, że to cyborg.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jak już, to android - prychnął robo-John. Jedną ręką klepał rozżarzoną iskrami kanapę. - Przez wasze manipulacje znowu coś podpaliłem.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Myślałam, że roboty kierują się zasadami - wzdychała Sue.&amp;nbsp; - Że chociaż są pełne idealizmu i algorytmów, to się nie będą wykręcać programem...&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Sue jako jedyna - oprócz Johna - mierzyła się z myślą, że elektroniczny John nie pasuje do tego miejsca, świata i całej reszty, i nawet obwiniała za te zmiany Imperatora. Nie miało to dla niej większego sensu - Sue nie była zbyt bystra - ale coś tak jednak czułem, że może mieć rację.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Kieruję się czym chcę - stwierdził John, uśmiechnął się mechanicznie i przełykając nadmiarowe bity powiedział:&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; -&amp;nbsp; Wiem coś nowego o Imperatorze. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wreszcie! - ucieszyłem się, ale zaraz inna myśl - szalony uparciuch! - jakby coś mi się przypomniało. John zdawał się wiedzieć coś nowego o Imperatorze, więc wszyscy przylgnęli do niego w łapczywym oczekiwaniu na oświecenie. Zaczął padać deszcz, nadciągała burza oraz zbliżał się koniec świata (nieco dziwne). Ulice opustoszały i tylko wiatr znad rzeki przyklejał do mnie wilgotne liście. Zastanawiałem się, czy to życzliwość ze strony natury, że mnie tak zabezpiecza przed wodą i chłodem, dodatkowy afront czy jednak nic nieznaczący przypadek, ale postanowiłem żywić przekonanie - postanowiłem, ponieważ potrafię z łatwością zmieniać przekonania oraz karmić je dowolną treścią - że to był miły gest.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; John cmoknął i powiedział coś, czego przez szum deszczu nie usłyszałem, a musiało to być absolutną prawdą, bo:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Imperator? – przestraszył się Steve. – Imperator nas podsłuchuje?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Byłem już nieźle przemoczony, ale nie mogłem przestać podsłuchiwać.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - I podgląda… - wyszeptała przez spuchnięty nos Mary, ale nie mogłem przestać podglądać.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; Sue wodziła po pokoju niewidzącym spojrzeniem, ale nie mogłem przestać kazać jej tego robić, nie mogłem lub tylko nie chciałem sprawić, by skupiła wzrok na czymś konkretnym.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Imperator, ale nie Darth Vader, nie Palpatine, zupełnie nie jak w &quot;Star Treku&quot;… - powtarzała bezmyślnie te wszystkie głupoty, które przychodziły mi do głowy.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Zupełnie nie jak w &quot;Gwiezdnych wojnach&quot; – poprawiła ją Mary, żeby było jasne, że robię to specjalnie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nieważne – Steve zakręcił ręką. Zaimponowało mi, że się tak pilnuje i przykłada do nowego gestu, ale tak naprawdę wiedziałem, że zawdzięczam to wyłącznie sobie.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nieważne - powtórzył. - Nieważne, nieważne!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Imperator! Widzę go przez dziurę w ścianie! - John wskazał na mnie palcem i coś w jego wnętrzu zaświeciło elektrycznie, ostrzegawczo. – A myślałem, cmok, że to jego portret, cmok, a to przez cały czas był on!&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie podoba mi się to zsynchronizowanie i im dłużej o tym gadamy, tym mniej ma to sensu - stwierdziła Mary, a jej dalsza obecność powoli przestawała być uzasadniona.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Może by tak zacząć jeszcze raz? - spytałem poprzez Sue i wiem, że będąc na ich miejscu zaakceptowałbym ten pomysł. &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tylko tym razem zostaw mniej wskazówek,&amp;nbsp; potworze.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp; Kto to powiedział? Nie ważne. Pewnie ja. Przecież od początku chodziło o mnie. Po chwili John przechadzał się między przyjaciółmi jakby spacerował po linie zawieszonej nad ludową psychologią.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; John pił herbatę, palił papierosa, ale, ale, ale nie wydawał żadnych dziwnych odgłosów, podczas gdy Steve, Sue i Mary obijali się bezmyślnie o ściany i o siebie nawzajem.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Hej! - John zainaugurował drugą (trzecią, czwartą?) wersję pierwszej sceny, w której bohaterowie próbują uświadomić sobie naturę narratora, ale może tym razem - dla ich własnego dobra - dojdą do wniosku, że to strata czasu i pójdziemy dalej.&lt;br /&gt;
– Czy widzicie jak nie robię nic dziwnego z ustami? - zapytał John. - Umówmy się, że od teraz moja niemrawość mimiczna oznacza, że mówię różne 
ważne rzeczy, poważnie. Marks. Za mało się dzisiaj mówi o 
Marksie.&lt;br /&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Steve zagulgotał jak indyk i przyznał mu rację.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;//www.youtube.com/embed/lbQCf8F1JsE&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
&lt;/div&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/3945898610892536975/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/11/imperator-fabularny.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/3945898610892536975'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/3945898610892536975'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/11/imperator-fabularny.html' title='Imperator fabularny'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-388411065434116901</id><published>2014-08-20T00:27:00.000+02:00</published><updated>2014-08-26T21:45:43.422+02:00</updated><title type='text'>Co ta tęcza</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Co za spotkanie. Autobus, zaraz wysiadam, a ten się przysiadł. Gdybym powiedział, jak się nazywał, to od razu byłoby jasne, że wszystko zmyślam. Ot, stary gość. Gdy mówił, pluł małymi, kolorowymi kamyczkami. Nieco to dziwne, ale hej, co za różnica. Przeczesał zakurzoną brodę i powiedział:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Dzielę ludzi.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Musiałem unieść brwi dość wysoko – wyobraźnia sadysty i matematyka podsunęły mi niepokojący obrazek – bo zaraz:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ale nie – zaśmiał się, zreflektowany – nie w sensie, że skłócam ich albo kroję. Tworzę klasyfikacje, rozumiesz. Mam dwie ulubione. Pierwsza jest taka: są ludzie, którzy widząc tęczę, zastanawiają się, co jest na jej końcu oraz tacy, którzy wiedzą, że tęcza w rzeczywistości jest okrągła.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Przyglądał mi się z tym głupim no-przyznaj-jaki-jestem-mądry wyrazem twarzy. Czegoś się musiał nie doczekać, bo znowu:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Okrągła, czyli że nie ma końca – wyjaśnił.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Mogłaby mieć koniec w miejscu, gdzie łączy się z horyzontem – zauważyłem ostrożnie i żeby było jasne, jaki jestem ostrożny, dodałem:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Chyba.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Głupiś – kamyczek stuknął mnie w okulary. – Tylko ci drudzy mają pojęcie o czymkolwiek i mówią prawdę.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Drażni mnie, gdy ludzie w autobusie śpiewają lub nawijają o prawdzie, no i zaraz mój przystanek, no i byłem trochę ciekawy, więc żeby przewinąć do puenty:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– A ten drugi podział?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Już zanim otworzył usta wiedziałem, co powie. Nie, żartuję, wcale nie wiedziałem. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No więc z ludzi wartych uwagi są też ci, którzy znają swoją wartość oraz tacy, którzy tylko znają coś wartościowego – wyrecytował.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– A… – zacząłem z uniesionym palcem, ale wciął mi się bezczelnie w uwagę:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jeśli dla tych drugich tym wartościowym czymś są oni sami, to tak naprawdę są tymi pierwszymi, którzy znają swoją wartość.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;Wzruszyłem ramionami. Okropne są takie ubiegnięcia. A ten się jeszcze zaczął znęcać:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Bo ludzie o to pytają właśnie, że co jeśli ci drudzy bla-bla, więc uprzedzam, żebyś nie zdążył pomyśleć sobie, że mnie, nie wiem, zagniesz. Nie lubię tego, jestem na to zbyt wrażliwy. Wiadomo, możesz sobie myśleć, co chcesz, ale to uczucie, gdy ktoś sądzi, że mnie zaraz zagnie, a okazuje się, że nie, no, to przykre jest. Przykro na to patrzeć.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Domyślam się.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Zwykle od razu czuję takie rzeczy, ale tym razem dość późno się kapnąłem, że jesteśmy podsłuchiwani przez parskające, chociaż dyskretne w oczekiwaniu na co dalej autobusowe twarze.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Zaraz wysiadam – mówię, a z tyłu jęk spragnionego rozrywki zawodu.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Znałem kiedyś gościa – tamten, niezrażony. – Straszny snob. A snob to ten drugi, to ktoś, kto wie, że coś ma wartość. Takiemu nie powiesz, żeby wyluzował, bo nic go nie śmieszy. Chodzi przejęty, że jest ta jakaś wartość, i że nie szanują jej, nie dbają o nią i tak dalej. Jak ja jemu, że dbają, to ten, że za mało. I wciska wszystkim i we wszystko tę wartość, nawet taką powszechną i popularną, tak-o, dla sprawy.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Tak-o? &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Tak-o – przytaknął, zrobił taki dziwny gest i strzepnął nagromadzone w zagięciach spodni kamyczki. – A tak naprawdę, to on się tym... Definiuje.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Jeśli to dla niego ważne... – zacząłem się podnosić i przeciskać. – Mój przystanek.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Nie powinno się bronić wartości, tylko ludzi – kontynuował. – Bo idee w ucieleśnieniu tylko, a nie w abstrakcji realizują…&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No i wysiadłem. Ech, wariaci. 
&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;//www.youtube.com/embed/XfR9iY5y94s&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/388411065434116901/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/08/co-ta-tecza.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/388411065434116901'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/388411065434116901'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/08/co-ta-tecza.html' title='Co ta tęcza'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-1516221740016879199</id><published>2014-07-27T15:17:00.001+02:00</published><updated>2014-08-20T00:53:49.072+02:00</updated><title type='text'>Erotystyka</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;/div&gt;
– No to może zacznę, że niby wprowadzę w temat czy coś. A więc dziewczyna. Rzuciła cię dziewczyna i teraz ty, jako prawdziwy, resentymentem podszyty facet, będziesz się jej czepiał.  Opowiesz mi z wybiórczymi szczegółami, jak się starałeś, a ona nie, że ty chciałeś, a ona nic, że ty tak, a ona że…&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Ejże! Przyznaję, pierwszy raz topię smutki w szczerej rozmowie, ale coś tak czuję, że ten typowo męski koncert żalu powinien się był zacząć bardziej współczująco, szczególnie z twojej strony. Już nic nie mów, niech będzie. Fakt, zacząłeś beznadziejnie, ale to dobrze – mam się do czego przyczepić. Po pierwsze – to nie jest tak, że ja tego potrzebuję, że muszę ciężar zrzucić, wygadać się... Mogę z tym żyć i nikt mi nie powie, że hej, popatrz na duszę tego biedaka, jak on tęskni czy coś. Nie tęsknię, nie cierpię, nic. To nie mój styl. I nigdy by mi do głowy nie przyszło, aby gadać o tych wszystkich byłych dziewczynach, tak typowo o tym nawijać. Więc jeśli jestem teraz typowy, to przynajmniej ironicznie. Może trochę żałośnie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Chodzi ci o to, że sam ze sobą teraz gadasz, że tylko do siebie mówisz?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– To zdaje się działa lepiej, jak się o tym za bardzo nie myśli. No ale skoro już to powiedziałeś, to pewnie w interesie czytelnika, żeby przypadkiem nie poczuł się później, nie wiem, zaskoczony. I teraz ja zachowuję się dziwnie. No dobrze. Nawet jeśli rozmawiam ze sobą, to przecież wcale nie znaczy, że muszę oszukiwać, faworyzować którąś ze stron, jak podczas samotnej gry w szachy, gdy podkładasz się niby niechcący czarnymi, testując nowy debiut białych, pułapkę albo widły. Tak, wiem, zaraz powiesz, że podstawiam argumenty, że sobie przesłanki podrzucam pod akceptację, byle wygodniej. Ale to już na słowo musisz, musicie uwierzyć, że nie. I tak, zdaję sobie sprawę, że ktoś to przeczyta, że ktoś to może czyta właśnie, ale wierzcie lub nie, ta historia jest prawdziwa. Tak prawdziwa, jak prawdziwe są historie opowiadane przez facetów gadających do siebie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Z tą różnicą, że ty w to nie wierzysz. Nie wierzysz, że jesteś schizem lub innym psycholem; uważasz, że jesteś całkiem normalny.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No jestem. A jeśli ktoś pomyśli, że to nie był żart, to, no. Dziewczyna! Dziewczyna, bo to o nią tutaj chodzi, nie żyje. Trudno. Skoro jej już – z oczywistych względów – do niczego nie przekonam, pozostaje mi się tylko komfortowo utwierdzić w swoich na jej temat poglądach. Żartuję przecież. Gdybym nie chciał być obiektywny, to bym nikogo nie prosił o komentarz. Posłuchaj – dwie historie. Najpierw to. Jedziemy nad morze, a tam standard – szum fal, mewy, słońce, mokry piach i ślady bosych stóp. Ona mówi – idź przodem, a ja ci zrobię ładne zdjęcie, jak te ślady za tobą, a ty na ich końcu, taki zamyślony. A ja na to – przecież każdy zobaczy, że kazałaś mi, żebym na końcu tych śladów taki sztucznie zamyślony w tym wykadrowaniu szedł, stał, cokolwiek. Zróbmy inaczej – mówię. I zacząłem bezcześcić gładką od morskiej wody plażę akrobatyką skacząco-turlającą. I ślady to wszystko zdradzały – zamiast lirycznego szwendania, był tam chaos, dłonie, kolana, rozsypania i rozrzucenia piaskowe, a na końcu ja, oczywiście zamyślony, ale z książką jeszcze, jakby nigdy nic, w lekturze. Ona na to, że się wygłupiam, że to pobojowisko plażowe nijak się ma do mojego zamyślenia książkowego, że ślady mówią co innego i że to nie pasuje. A ja, że o to chodzi właśnie, a ona, że nie rozumie i żeby się już nie kłócić, tylko lepiej pójść coś zjeść. No i to wszystko, masz mniej więcej wyobrażenie. A druga historia, podobna, działa się w kosmosie. Odwiedzamy planetę K2–coś–tam, ale co istotne, to nikt tam nigdy wcześniej, wiesz, nie oglądał żywego człowieka.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– A martwego?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No, teraz już tak. Ale wtedy, na początku, jeszcze nie. Więc wychodzimy ze statku razem, ona i ja, prawie jak Adam i Ewa wracający z wygnania… &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No daj spokój.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Takie porównanie tylko. Przed nami, że się tak wyrażę niepoprawnie politycznie, zgromadzenie ciekawskich kosmitów. Dziewiczych takich, nigdy wcześniej człowieka niedoświadczonych. No i nie wytrzymałem, złożyłem dłoń jak w Star Treku i mówię, że przybywamy w pokoju i żeby żyli długo i dostatnio. Oczywiście oni w panikę, rozpierzchli się na wszystkie strony, a dziewczyna ma do mnie pretensje, że złamałem ileś tam protokołów i dyrektyw, że straszę niewinne istoty i w ogóle jestem głupi. No ale przyznaj, że ten gest się sam prosił przecież... &lt;br /&gt;
– Napędziłeś im niezłego stracha.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Przyznaj chociaż, że to było zabawne, że jak na filmie, tylko tym razem naprawdę – wyjście z rakiety, kosmiczne pozdrowienie…&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Przestało być zabawne, jak jej urwali głowę.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No, wtedy już tak.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;– A ty uciekłeś.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Dzikusy. Bo to szalone, kosmiczne dzikusy były. Najważniejsze, że nie doszłoby do tego, gdyby mnie nie skrytykowała, gdyby nie wybiła z rytmu tym sceptycznym kręceniem i wzruszaniem ramion. Wszyscy wiedzą, jak to jest z kosmosem. Z tym metafizycznym kosmosem, który faworyzuje szczere intencje. Jak ktoś ma szczerą intencję i tworzy swoją historię w zgodzie ze swoją wewnętrzną narracją, to nie ma znaczenia, co jest dobre, a co złe. Robisz wtedy tylko to, co słuszne, a inne opcje nie istnieją. Dla mnie słuszne było to, co zabawne, a dla niej to, co prawdziwe. Umieranie nie jest zabawne, ale jest prawdziwe i przy niej – przy tej dziewczynie z jej realizmem i faktami – te wszystkie poważne opcje stały się nagle możliwe. A jeśli coś jest możliwe, to może się stać. No i stało się.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– Masz rację. No ona faktycznie nie była zbyt mądra.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
– No. 
&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;//www.youtube.com/embed/1lyu1KKwC74&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/1516221740016879199/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/07/erotystyka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/1516221740016879199'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/1516221740016879199'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/07/erotystyka.html' title='Erotystyka'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-5364239326840558769</id><published>2014-01-03T13:39:00.002+01:00</published><updated>2014-11-03T23:18:33.059+01:00</updated><title type='text'>Hobbit I: Recenzja fabularna</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;/div&gt;
Rolę narratora przyjmuję z pewnym skrępowaniem. To boskie zajęcie, a ja jestem na to zbyt skromny. Bywam przekorny, przyznaję. Czasem skrycie, po cichu megalomański, no ale bez przesady. Z demiurgicznym zażenowaniem opowiadam banalną historię, a rzeczywistość wyłania się – wyłania, jakie to zaskakująco nieprzyzwoite słowo.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
I wtedy Arek - Arek, Marek, Henryk, nieważne kto, przecież to i tak tylko fantazja – powiedział, że kamienne giganty istnieją. I że legendy okazały się prawdziwe. Wstyd się przyznać, ale zadrżałem. Powiedział to z taką epicką zuchwałością, że aż przeszły mnie ciarki. Uniesiony triumfalnie kufel piwa w jego dłoni podkreślał i ustanawiał trop literacki, któremu uległem, zahipnotyzowany. W tym była taka symbolika. Taka jakaś. Ale Ryszard – pozbawiony metafizycznej wrażliwości – zaprotestował. Strasznie gwałtownie to zrobił:&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- To cytat z filmu, a nie z książki, eee...&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Był ewidentnie wstawiony, ale miłość do Tolkiena przezwyciężyła alkohol.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Eee – jęczał. – Nie, nie. Nie, kurwa. O!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Kurwa była zaskoczeniem. W naszym towarzystwie – a obracam się w towarzystwie na pewnym niemożliwym do zmierzenia poziomie (chociaż przyparty do muru powiedziałbym, że przynajmniej piętnastym) – panuje niepisana (do niedawna) umowa, zgodnie z którą wulgaryzmy służą podkreślaniu wyłącznie tych tez, które dotyczą spraw ostatecznych. Z oczywistych względów prowadzi to do licznych kontrowersji, zwłaszcza na tle religijnym. Z nieukrywaną naganą odebraliśmy więc kurwianie Ryśka przy Hobbicie, wszak naruszał właśnie swój skromny limit niecenzuralności, pozostały po ostatniej jego deklaracji, że Bóg istnieje i chuj. Wspaniałomyślnie uznaliśmy jednak alkohol za okoliczność łagodzącą, a muszę przyznać, że wzruszają mnie takie akty spontanicznej wspaniałomyślności. Moment.&lt;br /&gt;
Tak więc Arek, Marek lub Henryk – i jest to naprawdę jedna osoba, bez żadnych konotacji teologicznych – odstawił kufel z głuchym stuknięciem. Jestem wrażliwy na dźwięki i w ogóle muzykę, więc chcę dokładnie oddać nastrój chwili – rozległo się wyraźne &quot;stuk&quot; - po czym przybrał minę wyrażającą zdumienie. Ale takie nietypowe zdumienie, którego w pierwszej chwili nie mogłem wyraźnie odczytać. Zrobił o tak: a nie, głupim, nie da się przecież pokazać miny w tekście, ho ho, literackim. No trudno, inni – ja czyli, ale byłem zajęty rejestrowaniem wydarzeń, a że nic prawie mnie nie dziwi, to jakby mnie nie było. No ale Marzena! OK, Marzeny też nie było, ale gdyby była, powiedziałaby coś w stylu:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Ryszard, jesteś pijany. Idź do domu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ale Ryszard nie poszedł do domu, bo nie było Marzeny – to nieskomplikowana sylogistyka, z której wynika, żeby lepiej nie zabierać Marzeny do kina. Bo gdyby wtedy przyszła, i gdyby kazała Ryszardowi zabrać dupę w troki, to nikt by nie usłyszał i nikt by się nie dowiedział, no nikt już nigdy, że – patrzcie, no po prostu patrzcie, jak to wtedy było:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Ja, Ryszard – zaczął Ryszard, który – i jest to jedna z wielu irytujących cech Ryszarda – miał on mianowicie niezdrową&amp;nbsp; (tak, niezdrową; to zostało stwierdzone u specjalisty) manię podkreślania, że nie jest kimś innym, tylko że jest właśnie sobą, Ryszardem.
No i on wtedy:&lt;br /&gt;
– Ja się nie zgadzam – stwierdził całkowicie przytomnie.&amp;nbsp; – Kamienne olbrzymy, giganci czy co tam, to były przewidzenia i to jest nieprawda. I potrafię to udowodnić, ponieważ wiem, że mam rację.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Dla Klaudii, która bez skrępowania podkochiwała się w Ryśku, cokolwiek wypadało z jego głowy, stawało się prawdą objawioną. Ale nie tylko to. Klaudia zrozumiała także, że nienawidzi Marzeny. Dla reszty było to zupełnie niezrozumiałe i tajemnicze – ta niespodziewana nienawiść do starej koleżanki. Chociaż Marzena została u siebie, wywodziła w swym mózgu Klaudia, to przecież w innym, zupełnie możliwym świecie, odprowadzała właśnie Ryszarda do domu. Dziwka, myślała Klaudia, marnując w ten sposób – tak, w naszym towarzystwie, najpierw dla jaj, ale teraz to już zupełnie na serio, potępiamy takie nieodpowiedzialne myślozbrodnie – wulgaryzm na sprawy całkowicie nieostateczne. Kobiety! Nie rozumiem ich fascynacji logiką modalną.
A Rysiek kontynuował:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Wyobraźcie sobie, a przecież nawet nie musicie sobie tego wyobrażać, bo to jest fakt historyczny... Tolkien napisał Hobbita przed Władcą Pierścieni!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Nie no, przepraszam, naprawdę, ale pomyślałem wtedy, że takie rzewne pierdolenie powinno być karalne. I wszyscy się zgodzili, że jest w tym coś ostatecznego, bo nikt nie miał do mnie pretensji, że tak sobie brzydko kontempluję. A każdy przecież wie, że Hobbit został napisany przed Władcą Pierścieni, powiem więcej, pojawił się przed wieloma innymi rzeczami, więc atakowanie nas takim ewidentnym faktem było ze strony Ryśka, no, co najmniej niegrzeczne. Postanowiłem interweniować:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Daj spokój, Rysiek. Powiedz lepiej coś oryginalnego.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No i przez chwilę poczułem się jak Truman Capote. Capote wymyślił bowiem nowy gatunek literacki – powieść faktu. A to jest opowiadanie faktu i podobnie jak Capote jestem narratorem, który wpływa na bieg zdarzeń – na fakty! – aby podnieść atrakcyjność historii. Przyznaję – zrobiłem to z zimną krwią. A efekty były zdumiewające! Rysiek zaczął mówić do rzeczy:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Tolkien przy Hobbicie nie wiedział, że odkrył wielką historię; tak, wierzę w to, wierzę, że artysta-pisarz, że on odkrywa historie jak paleontolog odkrywa dinozaura! (No to bardzo ładnie) Na przykład triceratopsa! (Jeszcze ładniej) I on może przeczuwał, chociaż w swojej świadomości pierwszo-poziomowej czy coś, jeszcze tego nie wiedział, tak, no, fenomenalnie. Ale to nic! To nic! Bo to była bajka dla dzieci, a dzieci myślą magicznie, więc wyjaśnienia nie muszą być naturalne, a więc kamienne giganty to takie magiczne wyjaśnienie naturalnego zjawiska; zwykłej, to znaczy niezwykłej, bo bardzo gwałtownej, ale zwykłej, czyli naturalnej górskiej burzy!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No taka teza nie mogła nie wstrząsnąć Arkiem-Markiem-Henrykiem (dajcie spokój, poznałem go akurat tamtego dnia i zapomniałem jak się nazywa, a później głupio było spytać):&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Gandalf  był przecież czarodziejem i był czarował nienaturalnie, a nie naturalnie, czyli używał magii – wykazywał zupełnie sensownie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Ale to była naturalna magia spójna z uniwersum, mitologią i historią! – replikował Rysiek, jak dla mnie nieprzekonująco, chociaż później nieco ciekawiej:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Jackson powinien o tym wiedzieć, zamiast pompować epickość z gadających trolli. Burza była tak silna, że im wydawało się po prostu, no wydawało im się tylko, że widzą kamienne giganty; a trolle nie kłóciły się o sposób przyrządzenia krasnoludów werbalnie, tylko brutalnie i niewerbalnie. To Bilbo wszystko zmyślił, żeby się hobbiciątka nie zestresowały podczas słuchania o tym przy śniadaniu, obiedzie lub kolacji. I gadający smok. Smok! No albo był smok i nie gadał, albo był ewentualnie Majarem! I wtedy mógł sobie mówić, ile chciał! Ale nie gadający smok! Bo smoki i inne antropomorficzne zwierzęta występują tylko w bajkach! Na przykład w gejowskiej Narnii. &lt;br /&gt;
- Odpierdol się od Narnii! - krzyknął ktoś z boku. &lt;br /&gt;
- No i Jackson powinien był to wszystko uwzględnić - podsumował Ryszard, mocno już spocony. - A Narnia ssie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Władca Pierścieni to, uwaga, bajka – wyzłośliwił się tamten, nieokreślony, a dyskusja rozgorzała na nowo.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;- To nie bajka! &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- A co?&lt;br /&gt;
- Gówno.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- W Wiedźminie też był gadający smok, i co teraz?&lt;br /&gt;
- A co ma być?&lt;br /&gt;
- Nic.&lt;br /&gt;
- No właśnie. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
I tak dalej. Słowo daję, znudziła mnie ta paplanina i sobie poszedłem. Miałem zamiar pójść z Klaudią, ale nie chciała się ruszyć wpatrzona w wizje Ryśka, ze strużką śliny zwisającą jej z kącika ust. Głupia. A Arek-Marek-Henryk?&lt;br /&gt;
- Sorki, ale ty masz w końcu na imię Arek, Marek czy Henryk? - zapytałem, bo ciekawość przezwyciężyła strach przed wywołaniem niezręcznej sytuacji.&lt;br /&gt;
- Jestem Radagast.&lt;br /&gt;
- Ta, jasne.&lt;br /&gt;
Nie wierzyłem nawet wtedy, gdy odjechał - jak powiedział: &quot;by śledzić poczynania Nekromanty&quot; - na swoich saniach zaprzężonych w gromadkę magicznych królików. Okropny ze mnie sceptyk. I nagle zupełnie nie wiem skąd, ale poczułem się jak transformer. Ech, qualia.&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;//www.youtube.com/embed/JaAWdljhD5o&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/5364239326840558769/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/01/hobbit-i-recenzja-fabularna.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/5364239326840558769'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/5364239326840558769'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2014/01/hobbit-i-recenzja-fabularna.html' title='Hobbit I: Recenzja fabularna'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-406145367082129229</id><published>2013-11-01T21:22:00.001+01:00</published><updated>2014-08-20T00:54:09.567+02:00</updated><title type='text'>Filozofowie, którzy nienawidzą filozofii</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Ech, filozofia. Fi-lo – język dotyka podniebienia – (li-ta) zo-fia – delikatne dmuchnięcie. Wydawać by się mogło, że w filozofię wbijają szpilki nie ludzie, lecz, no, barbarzyńcy pozbawieni humanistycznej wrażliwości. Podczas gdy wypada się czasem przyczepić do obiektu naszych westchnień, z miłości przecież, że coś tam przedmiot nie taki jak trzeba, metoda podejrzana, a i cel źle rozpoznany; lecz oddawać się bezwstydnej nienawiści, która dla tych wszystkich mięczaków przepełnionych religijnym resentymentem zdaje się uczuciem szkodliwym, destrukcyjnym i złym? Czepiać się z nienawiści? Nikt nie uwierzy, że kryją się tutaj jakieś dobre intencje. A aspektowo każdy pozwala sobie na słodko-kwaśne chwile nienawiści do filozofii i nie mówcie, że nie. Większość wkurza oderwanie filozofii od nauk przyrodniczych, resztę zbytnie z nimi flirtowanie. Jedni, nie ruszając się z fotela, zamknęliby świat we wszechogarniającym systemie (heglizujący holiści), inni woleliby babrać się w materialnym brudzie (przebrzydli empiryści). Część uwiera niepraktyczność filozofii, a pozostałych skupianie na kwestiach społecznych. A mnie ostatnio znowu zirytował Kieślowski, więc jestem wykurzony na filozofię religii. I na kino w 3D, ale o tym później. No jak można być filozofem religii?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Jak można być filozofem religii? – Pytałem siebie na widok płonących szczątków samolotu – uwaga spojler – w finałowej scenie &lt;i&gt;Przypadku&lt;/i&gt;. Nie, zmyślam. Moją pierwszą myślą było, że to strasznie słabe zakończenie jest. Później obejrzałem &lt;i&gt;Hannah i jej siostry&lt;/i&gt;, no i się zaczęło. &lt;i&gt;Przypadek&lt;/i&gt; (i naprawdę nie mogę ścierpieć tych snobistycznych kinomanów polecających filmy Kieślowskiego przy okazji różnych dyskusji o przypadku) pokazuje, że życiem, uwaga, rządzi przypadek. I coś tam o Bogu, komunizmie i mrugający Jezus. Istnieje teoria, według której Woody Allen, podczas kręcenia &lt;i&gt;Hannah i jej siostry, &lt;/i&gt;okiem mrugającego Jezusa puścił do kieślowskiego&lt;i&gt; Przypadku&lt;/i&gt;, no cóż, oko&lt;i&gt; &lt;/i&gt;(Kieślowski w &lt;i&gt;Przypadku &lt;/i&gt;nawiązuje do &lt;i&gt;Manhattanu&lt;/i&gt;).  W obu filmach bowiem bohaterowie szukają sensu życia w pozbawionym sensu  świecie – w filmie Kieślowskiego sens można odnaleźć (między innymi) w religii, a w filmie Allena, po odrzuceniu opcji żydowskiej, katolickiej i hare-krysznowej, sensem jest po prostu czerpanie radości z życia. I kino. Ale nie w 3D. Im więcej Sandry Bullock w 3D, co jest ok, tym jednak mniej fabuły. Takie tam niespodziewane refleksje po &lt;i&gt;Grawitacji&lt;/i&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Tak czy siak, w jednym i drugim obrazie (&lt;i&gt;Przypadek &lt;/i&gt;vs &lt;i&gt;Hannah i jej siostry&lt;/i&gt;) występuje mrugający Jezus. Ale poważnie mrugający, a nie jajcarsko, jak ten z &lt;i&gt;Dogmy&lt;/i&gt;. Mrugający Jezus otwiera lub zamyka oczy w zależności od miejsca, z którego na niego patrzymy. Kiczowate dewocjonalia w filmie Kieślowskiego stają się katalizatorem metafizycznych uniesień, którym ulega Bogusław Linda modlący się agnostycznie do Boga z prośbą, żeby Ten (skoro już się zebrał w sobie Boguś, i w Niego, bo w Kogo Innego, uwierzył) w ogóle istniał. W filmie Allena, Woody stoi przed straganem z religijnymi gadżetami, kiwając się z boku na bok, aby z tego jezusowego mrugania wykrzesać jakieś kosmiczne znaczenie. Po chwili wzrusza ramionami i idzie dalej. Bo to jak wciskanie bezsensownego guzika, przy którym wisi tabliczka z ostrzeżeniem, że wciśnięcie go nie ma żadnego sensu – klik – hm, rzeczywiście. I masz babo placek – tak samo jest z filozofią religii. No co, może nie? Tylko tabliczki ostrzegawczej brak.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Filozofia religii. Filozofia religii interesuje się sprawami, na które każdy, dosłownie każdy ma jakieś zdanie – czy to nie irytujące? Filozofia religii analizuje argumenty, z których jednocześnie wynika, że Bóg istnieje lub nie istnieje – no sami powiedzcie, czy jest to poważne? Filozofowie religii bronią teizmu ściemniając przy tym, że uprawiają niekonfesyjną filozofię – no naprawdę – czy oni atrybuty Boga i jego domniemaną cudowną aktywność w świecie wydedukowali, ot tak, z głowy? Koniec końców okazuje się, że filozofia religii to tylko zbiór ekstrawaganckich twierdzeń charakteryzujących się niedostatkiem przemawiających za nimi dowodów.  I słowo daję, tak właśnie jest, a ja czytam tych wszystkich Plantingów tylko po to, żeby robić na złość tępym ateistom. No bo ja przecież jestem taki przekorny. Być może przemawia przeze mnie teraz ogólne jesienne rozdrażnienie, chociaż nie sądzę by mój męski, czyli obiektywny mózg, mógł zostać rozproszony przez jakieś przyziemne, babskie namiętności. To pewnie tylko kwestia okolicznościowych hormonów. Za jakiś czas mi przejdzie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Filozofia religii przypomina mi pewną psychiatryczną ciekawostkę. Pół wieku temu - Milton Rokeach - kreatywny psycholog z Michigan, zamknął w jednym ośrodku trzech facetów, którzy myśleli, biedni schizofrenicy, że są Jezusami. To pomysł, na który sam mógłbym wpaść, wszak mam tendencje sadystyczne i nie obchodzą mnie etyczne konsekwencje (bo przecież, po wittgensteinowsku [a co tam], kwestia następstw czynu jest nieistotna).  Spotkanie trzech Jezusów nie sprawiło jednak, jak sądził psychiatra, że absurdalność sytuacji w cudowny sposób uleczy nieszczęśników z ich nadprzyrodzonych ambicji – jak można (można-nie-można) się było spodziewać, nastąpił proces racjonalizacji. Pierwszy Jezus uznał, że pozostała dwójka samozwańczych Jezusów jest, no, samozwańcza i nie oddaje mu czci, ponieważ to roboty (ewidentne szurnięcie transhumanistyczne). Drugi Jezus doszedł do wniosku, że właściwie a niech im - zapasowym Jezusom - będzie, mogą sobie być bogami, ale pomniejszymi (szurnięcie życzliwo-politeistyczne). Trzeci Jezus jednak, co zaskakujące, praktycznie w ogóle się nie przejął. Czemu? No bo przecież zamknęli go z pacjentami szpitala psychiatrycznego (najpodstępniejsza odmiana szurnięcia i ponoć niezwykle popularna - szurnięcie logiczne). Gdyby to była bajka, na końcu okazałoby się pewnie, że ten ostatni Jezus jest Jezusem prawdziwym. Ale niestety, oni wszyscy byli chorzy.
&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;//www.youtube.com/embed/tDl3bdE3YQA&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/406145367082129229/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2013/11/filozofowie-ktorzy-nienawidza-filozofii.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/406145367082129229'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/406145367082129229'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2013/11/filozofowie-ktorzy-nienawidza-filozofii.html' title='Filozofowie, którzy nienawidzą filozofii'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-172373381540903422</id><published>2013-07-17T21:02:00.002+02:00</published><updated>2014-08-20T00:54:20.866+02:00</updated><title type='text'>To przecież tylko dla naszego dobra (i w ogóle) </title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;/div&gt;
Gdy ostatnio wyszło na jaw, że politycy dotrzymują jednak czasem swoich wyborczych obietnic - np. słuchają głosu każdego obywatela - większość zareagowała zaskakująco nerwowo. Skąd ta panika? - pytam znajomych kodujących asymetrycznie w kryptograficznym szale wysyłane między sobą pliki - dopiero co narzekali, że rząd ich nie chce słuchać, a teraz nagle tacy strasznie tajemniczy. Ine rpezsazkzdja ubidel -&amp;nbsp; odpowiadają szyfrem z przesunięciem, a chociaż nic z tego nie kumam (jestem beznadziejny w literaki), to coś tak czuję, że to raczej nic przyjemnego. Na odczepnego mówią mi w końcu, że słuchanie obywatelskich postulatów wygłaszanych w przestrzeni publicznej jest czymś zupełnie innym, niż podglądanie ludzi podczas podziwiania przez nich internetowych fotek uroczych kociaków (nie wiem co miałoby być w tym takiego wstydliwego, ale może coś źle tłumaczę z angielskiego). Ale nawet jeśli ci panikarze mają rację, że rząd nie ma prawa mieszać się do naszej prywatności, to ja i tak im jej nie przyznam, ponieważ mam z tym straszny problem - z przyznawaniem ludziom racji; jestem po prostu strasznie przekorny.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Faktem jest, że najprawdziwsi i najautentyczniejsi jesteśmy wtedy, gdy myślimy że nikogo obok nie ma. Wiem o tym ja, wiedział o tym gombrowiczowski Józio desperacko próbujący się odkochać, podglądając pod prysznicem Pensjonarkę. A że najwyraźniej nie wszyscy potrafią tak jak Pensjonarka i oczywiście ja (bo ja to nie mam żadnych tajemnic, prawie żadnych) konsekwentnie trzymać się swojej formy zarówno wśród &quot;ludzi&quot;, jak i w domu, więc trafia ich szlak, gdy ktoś im próbuje dłubać przy intymności. Albo przy mailach. Gdy Edward Snowden nie zdziwił nikogo ujawniając coś, co wszyscy i tak od dawna przeczuwali, internauci zareagowali tak jak każdy paranoik, który okazuje się mieć rację - podkręcili tylko swoje paranoiczne fiksacje. I nagle skoro rząd czyta maile, to i pewnie zmienia środowisko smugami kondensacyjnymi, a w wolnym czasie spiskuje z kosmitami. Wiem, wiem, sprowadzam poważne rzeczy do absurdu, ale to tylko dlatego, że jestem taki strasznie przekorny. Mhm. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
To nie jest tak, że wszystko mi wisi i powiewa. To nie jest nawet kwestia cynizmu. Nie mam nic do protestujących, sam często protestuję, chociaż mniej spektakularnie - np. krzyczę do monitora - a skandujące na mrozie masy budzą mój szczery podziw i szacunek (sam bym tam pewnie poszedł pokrzyczeć, gdyby nie paniczny strach przed tłumem). Mój problem polega więc na tym (oprócz agorafobii oczywiście. I hipochondrii. I, o Boże, arachnofobii), że chociaż rozumiem zło inwigilacji (czytało się trochę Orwella, a co), to nie bardzo wiem do kogo mam mieć o nią pretensję. Do rządu? Do Masonów? Do Żydów? A może po prostu do sił ciemności? I nic nie stoi na przeszkodzie (bo niby co?), by uznać rząd za sił ciemności emanację, a wtedy całkiem (dla odmiany) jasne się staje, że złość ludu na rodzimych politykach musi się  z ulicznym zaangażowaniem skoncentrować. Ale czy z drugiej strony nie może być i tak, że ci nasi swojscy stołeczni okupanci, przepychając chyłkiem różne niewygodne dla społeczeństwa ustawy, robią to jakby niezbyt chętnie, wiedząc, czując może podskórnie, że wkrótce, gdy im mandat wygaśnie, sami trafią do szaro-obywatelskiego limba, stając się, tak jak reszta przypadkowych rodaków,&amp;nbsp; przedmiotem istniejącym ponieważ postrzeganym? No a skoro &quot;tak naprawdę&quot; nie chcą ludu swojego szpiegować, to czemu to w ogóle robią? &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Może czynią to ze strachu (bo kto by się nie bał sił ciemności)? Z głupoty (najpewniej) albo po prostu z chciwości i żądzy władzy? A może wkurzać nas powinna przede wszystkim Bruksela, a jak nie ona, to już na bank USA? Nie wiem, chociaż dla mnie takie nieokreślone wkurzenie to i tak chleb powszedni, bo ja ciągle strzelam na coś focha. Pomijając jednak źródło złej, inwigilacyjnej woli, to co z motywami za całym tym prismowym spiskiem stojącymi? Cui bono (cui malo)? - aż chciałoby się zapytać, puszczając oko do niewielkich piewców kultury wysokiej. Moim zdaniem, a zwykle się ze swoim zdaniem zgadzam, sprawa wpisuje się w szerszy kontekst, uwaga, filozofii, znowu uwaga, karania, co sprowadza się do pytania - czy większy nacisk powinniśmy kłaść na prewencję, czy jednak w obawie przed raportem mniejszości interesować nas powinny raczej tylko konsekwencje tych niezbyt dobrych postępków? Korwiniści wszelkiej maści wybierają drugą opcję, a ci wrażliwsi, i nie zawsze lewaccy zapobiegacze, załamują w odpowiedzi ręce nad rzeszą ofiar, których można by uniknąć, gdyby tylko skuteczniej ludzi od robienia potencjalnie złych rzeczy zniechęcać. A jak to się ma do czytania maili?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
W obecnych czasach - co w &lt;i&gt;Gronach gniewu&lt;/i&gt; uświadomił mi ostatnio Steinbeck, a co wam może uświadomić cokolwiek innego, bo ja się tutaj tylko subtelnie chwalę, że czytam czasem ambitne książki - coraz częściej to nie ludzie są odpowiedzialni za zło tego świata, lecz idee, którym służą. Idee te przerastając swoich twórców, uzależniają ich od siebie, wiążąc pomyślność jednostek z dobrem, caps-alert, SYSTEMU (jak bardzo banalnie by to nie brzmiało). System ten nie jest, wbrew opinii anty-konspiratorów spiskowych, centralnie sterowanym narzędziem opresji sił ciemności, jest raczej samodzielnym produktem myśli ludzkiej (niech będzie - siłą ciemności samą w sobie), który ocierając się o jakieś metafizyczne sprzężenie zwrotne, produkuje swoich własnych wyznawców, nawet tych krytycznie nastawionych. I okazuje się nagle, że atakując system, atakujemy samych siebie, zanurzonych w ideologicznym oceanie naszego miejsca w historii, bez większych szans na wyjście poza horyzont zdarzeń. I łatwo powiedzieć, że nie podobają nam się reguły rządzące informatycznym światem, ale trudno wskazać jakieś nowe i lepsze, tym bardziej, że nie ma jak wrócić do starych.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Współczesny system &quot;demokracji liberalnej&quot; promuje bezpieczeństwo i zniechęca do umierania za poglądy - i nikt nie powie, że jest mu z tym źle; strach przed utratą życia w zamachu o zasięgu nuklearnym - a zagrożenie atakiem z użyciem broni atomowej jest całkiem realne - popycha nosicieli &quot;memów prewencji&quot; - strażników systemu - do drastycznych, prewencyjnych kroków - do powszechnego, profilaktycznego skanowania w poszukiwaniu wszelkiego malware&#39;u - &quot;złych pomysłów&quot; możliwych do realizacji - np. szperając w naszej korespondencji. I chociaż słusznie protestujemy przeciwko takim praktykom, to z drugiej strony oczekujemy przecież skutecznej ochrony przed międzynarodowym terroryzmem (bo cokolwiek rząd robi - ironia - zawsze jest to wymierzone przeciwko terrorystom lub w trosce o nasze dzieci) - i bądź tutaj mądry i wskaż złoty środek. Koniec końców w zamian za poczucie otępiającego bezpieczeństwa system żąda od nas ofiary z prywatności, i wielu, być może zbyt wielu, jest w stanie się na to zgodzić.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czy uprawiam teraz usprawiedliwianie Wielkiego Brata wraz z całym jego wścibskim systemem Ministerstwa Prawdy i Miłości? Na pewno nie. To może wyrażam tylko bezsilność w obliczu kół mielących historię - jak można wszak walczyć z Zeitgeistem - wspinając się na barykady? Beznadziejny byłby ze mnie rewolucjonista, ale nie po drodze mi z Kubusiem Fatalistą. Faktem jest, że nie wiadomo do kogo mieć dzisiaj pretensje za zło tego świata, ale prawdą jest również, że nie musimy zgadzać się na wszystkie, wciskane nam na siłę szczepionki. I chociaż próbuję jakoś zrozumieć orwellowskie zapędy rządzących, którzy robią co mogą, by ich głowy nie turlały się po ulicach w razie powtórki z WTC, to wierzę jednocześnie w spryt i odwagę ludzi takich jak Snowden, że nie okażą się obojętni na wygodne pomysły polityków. Nawet jeśli rząd musi podejmować trudne decyzje, my nie musimy udawać, że nie mamy nic przeciwko (inspirational music). To tylko banalna zachęta do osobistej prewencji przeciwko prewencyjnej instytucjonalnej opresji. A tego, &lt;a href=&quot;http://www.cypherspace.org/rsa/legal.html&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;póki co&lt;/a&gt;, nie mogą nam jeszcze zabronić.&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;//www.youtube.com/embed/f5M_Ttstbgs&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; </content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/172373381540903422/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2013/07/to-przeciez-tylko-dla-naszego-dobra-i-w.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/172373381540903422'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/172373381540903422'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2013/07/to-przeciez-tylko-dla-naszego-dobra-i-w.html' title='To przecież tylko dla naszego dobra (i w ogóle) '/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-7366175039905352144</id><published>2013-06-11T22:39:00.002+02:00</published><updated>2014-08-20T00:56:50.968+02:00</updated><title type='text'>A na filozofii to uczą myśleć i w ogóle</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Raz na jakiś czas z woli własnej lub zupełnym przypadkiem kilku filozofów zbiera się w jednym miejscu by zagrać stary, sadomasochistyczny kawałek, który leci mniej więcej tak – czemu nikt nas nie chce słuchać? Czy nikt nas nie słucha, ponieważ nikogo nie obchodzi, co mamy do powiedzenia, czy też z powodu naszego wyrafinowanego języka? A może dlatego, że oprócz nas nikogo tutaj nie ma? I jak by nie było, nie dziwi zdumienie filozofów, że szkoła myślenia nie cieszy się popularnością na jaką powinno zasługiwać miejsce o tak dostojnych ambicjach – bycie szkołą myślenia. I słowo daję nawet jako absolwent tak elitarnej instytucji nie jestem pewien czy filozofia tego myślenia rzeczywiście uczy – czasem wydaje mi się, że myślę lepiej niż inni, czasem że jest zupełnie odwrotnie – ale jednego można być pewnym – cudzych myśli tam nie brakuje. No i ktoś mógłby słusznie powiedzieć, że dostęp do cudzych myśli myślenie nasze przynajmniej trenuje, i obcowanie z nimi w dobrym myśleniu może tylko pomóc. Że nawet jak człowiek do samodzielnych myśli nie dojdzie, to będzie miał już garść myśli wypróbowanych, którymi warto sobie głowę wypełnić – tymczasowo, a może i na stałe. I będzie to racja, z tym zastrzeżeniem, czy nie można tego robić w innym miejscu i z podobnym skutkiem?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Dobre myślenie, jak dobra robota, jest czymś pożądanym zawsze i wszędzie, to po prostu cnoty o zasięgu uniwersalnym. Nie dziwi wiec, że na pytanie o to kto potrzebuje filozofii, filozof z uzasadnioną przesadą odpowie, że każdy. A nawet jeśli filozofia nie jest dla wszystkich, to wydaje się, że w ten lub inny sposób filozofia jest światu po prostu potrzebna. Jakoś. Lecz chociaż różni ludzie rozmaitym hołdują mniemaniom, to wśród szerokich kół zajęcie to, uprawianie filozofii czyli, ma opinię aktywności nie tylko niezwykle zagmatwanej ale i niezbyt użytecznej. Do większości wszak rzeczy filozofii żadnej nie potrzeba. To ustrojstwo czy tamten wihajster robi się/działa zwykle tak i tak i jest to dość proste, a nie żadna tam filozofia. Jeśli w przyszłości ludzie lub komputery będą na tyle inteligentni, że wszystko wokół będzie łatwe i przyjemne, to potrzeba filozofii z pewnością zaniknie zupełnie. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że filozofią zajmują się ci, dla których codzienne sprawy to właśnie takie niemiłosiernie splątane egzystencjalne supły, i jeśli tak jest, to pierwszymi pacjentami klinik zajmujących się filozoficznym doradztwem, a raczej od-radztwem, będą pewnie sami filozofowie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Powstaje naturalne pytanie – po co w takim razie wybierać tak dziwny kierunek? – co prowadzi do naturalnej odpowiedzi – to nie jest dobry czas na studia z filozofii. Ale nie czarujmy się – to nie jest dobry czas, żeby studia jakiekolwiek, a zwłaszcza studia humanistyczne, podejmować w ogóle. Z filozofią jest ten problem, że otwiera ona – naprawdę w to wierzę – nieświadome umysły na świat pełen możliwości, i gdy człowiek zaczyna już niemal wierzyć, że potrafi latać wśród idei zawieszonych w pleromie, zderza się go brutalnie ze ścianą spraw praktycznych i nieprzyzwoicie codziennych. Jego rozbudzone nadzieje i marzenia gasną wtedy jak płomyk na wietrze, zwykle po cichu, w oparach depresji. Okazuje się, że nikt nie chce ludziom płacić za czytanie książek, a filozof, jak albatros, potyka się tylko o własną, wypełnioną możliwościami wielką głowę.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;Nie jestem pewien czy powinno się do filozofii ludzi zachęcać, czy może wręcz przeciwnie – to zniechęcenie byłoby bardziej właściwe. Czasem wydaje mi się, że nikt tak do filozofii nie potrafi ludzi uprzedzić jak sami filozofowie. Kilka lat temu jedna z moich nauczycielek próbowała zapoznać klasę z arystotelesowską koncepcją możności i aktu – w swoim naiwnym przekonaniu, że wielkie idee należy przekazywać w sposób nieskomplikowany, jęła przewracać butelkę z wodą mineralną – butelka jest w możności, by lec na tej ławce – mówiła z nabożną czcią wobec niezmierzonych głębi starożytnych mądrości – a teraz, bach, butelka leży, leży w swym osiągniętym, zaktualizowanym akcie. Podnosiła wtedy oczy znad swego biurka, gdzie przed chwilą dokonało się aktualizacyjno-potencjalne misterium, by ujrzeć w naszych leniwie rozchylonych ustach i niewinnie rozbieganych oczach niespodziewane, ale jakże okrutne zdziwienie – to wszystko? – Pytały promienne twarze, a gdzieś z boku pękał balon z gumy do żucia – Arystoteles odkrył przewracające się butelki? Kiedyś to naprawdę łatwo było zostać uczonym!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Nie ulega wątpliwości, że studiowanie filozofii jest szkodliwe ze względów materialnych. Studiowanie filozofii jest idealne jeśli oprócz tego potrafisz robić coś jeszcze, np. programować lub grać na banjo, ale sama filozofia jest dobra tylko dla ludzi, którym obca jest koncepcja posiadania „fachu w rękach” i którzy marzą po prostu o pracy na uczelni – a że uczelnie częściej dzisiaj zwalniają pracowników, niż zatrudniają nowych... No właśnie. Nie mówię, że filozofia nie jest fajna. Jest fajna. Rozwija. Uczy. Bawi. Człowiek po filozofii wie albo przynajmniej wydaje mu się że wie, co i jak. Na filozofii miło się spędza czas czytając fajne książki i dyskutując z ciekawymi ludźmi, podobnie jak miło się spędza czas grając w Star Crafta – i w jednym i drugim przypadku robimy to jednak tylko dla siebie. Można się spierać, co przynosi więcej pożytku, lektura Nietzschego czy zabicie zerga, ale to przecież kwestia umowna, co nie?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Mimo to filozofię warto studiować z wielu powodów, ale na pewno nie z tych, którymi reklamują się zwykle sami filozofowie. Najgorszy sposób promowania filozofii to wskazywanie na znanych i lubianych, którzy w którymś momencie życia liznęli byli trochę „umiłowania mądrości”. Jednym tchem wymienia się takie tuzy intelektu jak Richard Gere, Witali Kliczko lub nasz rodzimy Palikot, zupełnie jakby bycie aktorem, bokserem czy Palikotem zależało od lektury Sartre’a, Husserla lub Heideggera. Innym razem oblepia się strony pro-filozoficzne skeczami Monty Pythona – pamiętasz ten skecz o filozofach, jak oni, no, grali w piłkę? Zabawne! I nie wiem, czy to znaczy, że filozofowie są fajni, bo to zgraja niezłych dziwaków, czy jesteśmy cool, ponieważ śmieje się z nas kultowy kabaret. Jak ktoś chce mnie przekonać, że potrafi myśleć, no to niech po prostu powie coś ciekawego.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;Humaniści drżą ze strachu przed demokratyzacją ich dziedziny, a jeśli prawdą jest, że filozofia (obok matematyki) to królowa nauk, to nie dziwmy się, że wymaga się od niej tego samego, co od innych, współczesnych europejskich monarchiń – że w zamian za państwowe dotacje obiecają dostojnie snuć się po swoim muzealnym zamku, i że nie będą zbyt często niepokoić poddanych przemyśleniami na temat tego, jak powinni żyć. Programowa niechęć niektórych filozofów do spraw pragmatycznych sprowadza się czasem do przekonania, że teoria z definicji jest nie do pogodzenia z praktycznym zastosowaniem, a przecież to nieprawda. Zamiast mydlić ludziom oczy o nauce myślenia i ośmieszać publicznym sporem o przedmiot filozofii, należy przedstawić konkretne problemy jakie rozważa się pod etykietką filozoficzności. Jeśli filozofia służy tylko filozofom, równie dobrze można ją uprawiać w wolnym czasie – jako po prostu ciekawe zajęcie – jeśli jednak jest to nauka, która mówi nam coś nowego o świecie, to i jej miejsce, podobnie jak miejsce innych nauk, jest na uniwersytecie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/YgSPaXgAdzE&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/7366175039905352144/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2013/06/a-na-filozofii-to-ucza-myslec-i-w-ogole.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/7366175039905352144'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/7366175039905352144'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2013/06/a-na-filozofii-to-ucza-myslec-i-w-ogole.html' title='A na filozofii to uczą myśleć i w ogóle'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/YgSPaXgAdzE/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-1153438048184695914</id><published>2013-04-04T23:48:00.000+02:00</published><updated>2014-08-20T00:54:32.787+02:00</updated><title type='text'>Jakie to do pomyślenia</title><content type='html'>&lt;br /&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Czasem spotykam kogoś, kto mówi mi, że on to właściwie nie wie o co chodzi, ani tu, w tym zadaniu z matematyki dyskretnej (wszak to tajemnica powinna być), ani tam, w polityce, w Korei Północnej na przykład. Kiwam wtedy głową, nie żebym miał coś do powiedzenia na te tematy, a nawet jeśli, to z doświadczenia wiem, że i tak nie powinienem się odzywać (czemu? No po prostu lepiej nie. Lepiej nie) - kiwanie głową to jeden z tych niemych i łatwych komplementów, na które zawsze łasi są ci wszyscy naciągacze niezasłużonej sympatii i zrozumienia - kumam, kumam. I - ja też, ja też. I wiem, wiem - jestem okropny. A przecież wcale tak nie myślę. No bo przecież gdybym tak myślał, to bym się tym nie chwalił - nigdy nie mów co myślisz przy obcych - to taka praktyczna zasada. Don Corleone approved. Okropne?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;Myślenie. Jaki to niewdzięczny temat. Biorąc się za takie filozoficzne starocie, człowiek któremu miłość do filmów mafijnych nie pozwala mówić o sobie, musi zacząć od kosmitów, a skończyć gdzieś na Bogu. No po prostu musi. A skoro i przy obcych lepiej unikać prywatnych wynurzeń (co bywa i tak bezcelowe przy ich telepatycznych odmianach), a osobowe transcendencje z rzadka dają się zaskoczyć - w końcu większość czasu spędzają na umysłowym szpiegostwie - to może lepiej pójść w zupełnie inną stronę. W jakimś dziewiczym kierunku, myśleniem do tej pory nie skażonym. Na przykład w kierunku bezmyślnym. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;Nie-myślenie. Niemyślenie, podobnie zresztą jak nie-czytanie, ma wśród osób myślących i oczytanych jak najgorszą z możliwych opinii. Jeśli na co dzień czujesz się radosnym bezmózgim zombie, któremu obce są egzystencjalne zmartwienia, a los, przez konieczność lub przypadek, rzuci cię w tłum ludzi znających takie słowa jak, nie wiem, różne mądre słowa, i czytających takich autorów jak, no, różnych z Ameryki Łacińskiej najczęściej, albo z Afryki, to możesz być pewien, że bardzo szybko dadzą ci odczuć kim jesteś i gdzie jest twoje miejsce - że jesteś zombie, a twoje miejsce jest na wydziale prawa. Lub na marketingu i zarządzaniu. Dranie.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Zauważyłem, i ktoś powinien wreszcie docenić moją spostrzegawczość, że ludzie (ludzie!) chętnie zrzucą z siebie zbędną myśl lub dwie, za prosty plan działania - zaplątani w nieprzejrzystych relacjach i dyskretnych konwencjach odbijają się od swoich pomysłów na przełamanie krępującej ciszy. A potem płacz i zgrzytanie zębami, i rozpaczliwe myśli o braku matematyki w komunikacji międzyludzkiej, i tylko drgawki na bezsennym łóżku i rozkopana kołdra. A niemyślenie, ta gimnastyka, ten postapokaliptyczny aerobik, wytęża wszystkie mięśnie na głowie, żeby spowolnić działanie mózgu. A powolny mózg siłą rzeczy rozciąga usta w szczerym uśmiechu. No i rozwija mięśnie. Przynajmniej na głowie.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No i znając życie ktoś powie teraz, że o czym ja w ogóle, i że nawet jeśli próbuję coś twierdzić, to przecież tylko sam sobie zaprzeczam. A ja pamiętam, zupełnie jakby to było dzisiaj albo wczoraj, albo kiedy indziej, spotkanie grupy wsparcia dla osób z odsłoniętym nerwem towarzyskim - zmaltretowani i zastraszeni oglądali wspólnie filmy o żywych trupach, szukając w nich krwawego pocieszenia. I wierzcie lub nie, ale dostawali je, pocieszenie ukryte w śliskich wnętrznościach rozrzuconych po opustoszałych ulicach i niewidzącym spojrzeniu martwych szwędaczy. A to był zwykły dzień, z rodzaju tych szarych i lepkich, kiedy budzisz się w obcym domu jako ktoś zupełnie inny i  zgodnie z wyznaczonym ci na taką okazję protokołem, żyjesz przez kilka godzin cudzym życiem, by wieczorem wrócić znów do siebie, nie mając pojęcia co się dziś właściwie działo. Ale czujesz się szczęśliwy. Też tak macie? Wątpię.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/p8biyAXfO3g&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/1153438048184695914/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2013/04/jakie-to-do-pomyslenia.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/1153438048184695914'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/1153438048184695914'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2013/04/jakie-to-do-pomyslenia.html' title='Jakie to do pomyślenia'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/p8biyAXfO3g/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-9144175878146213797</id><published>2012-07-24T14:36:00.001+02:00</published><updated>2014-08-20T00:54:46.314+02:00</updated><title type='text'>Ale to, to był film</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Strach chodzić do kina. Ba, strach w ogóle wychodzić z domu, no ale to swoją drogą. Czasem zastanawiam się jak to jest zatracić różnicę między fikcją a rzeczywistością (tak sobie wmawiam, że nie mam z tym problemu, chociaż ta familiarność z &lt;i&gt;The Cable guy...&lt;/i&gt;), albo być szaleńcem, który faszeruje ołowiem przypadkowych ludzi w sali kinowej, wyobrażając sobie przy tym, że jest jakimś komiksowym złoczyńcą, Jokerem albo nie wiem, Jerzym Urbanem. Jakie to uczucie od miesięcy planować zbrodnię i ani przez chwilę w ciągu tych kilku tygodni nie zdawać sobie sprawy z makabrycznej absurdalności całej sytuacji, z banalnej głupoty krwiożerczych zamiarów, bez tej prostej refleksji - co ja do jasnej ciasnej w ogóle wyprawiam? Podczas gdy godzinami rozmyślałem nad stosownością wprowadzenia wątków humorystycznych do pracy magisterskiej, ten jak gdyby nigdy nic zbroił się by siać strach, śmierć i zniszczenie. Czy trzeba czymś zasłużyć na zostanie takim ufarbowanym wariatem, czy jest to zaledwie przypadek, traf, ot zrządzenie losu, każdemu mogło się zdarzyć? Bo może każdy ma to w sobie, taką iskierkę szaleństwa i tylko brak odpowiedniego katalizatora sprawia, że trzymamy w ryzach te wszystkie pokłady skumulowanego w nas chaosu. Zbyt tkliwe? Byłem się przełamałem. Poszedłem do kina. Na &lt;i&gt;Prometeusza&lt;/i&gt;. W 3D. Oklaski.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Nigdy nie byłem jakimś szczególnym fanem uniwersum Alienów. Jestem całkiem nieźle przekonany, że wiem o co chodziło w &lt;i&gt;Ósmym pasażerze Nostromo&lt;/i&gt;, kolejne części znam nawet nieco lepiej, czytałem też jakiś komiks, grałem w jakąś grę i obejrzałem te wszystkie głupkowate hollywoodzkie starcia z predatorem. Obcy. Krwawiący kwasem obcy. No ok. Obcy to nie zombie, ale no ok. Nie dla obcych wyszedłem jednak z bezpiecznego domu, nawet nie dla Ridleya Scotta. Zrobiłem to, bo jakżeby inaczej, dla wysokobudżetowego science fiction z przesłaniem (w skrócie WSFZP). Tylko wysokobudżetowe SF (z przesłaniem) potrafi mnie powstrzymać od ściągania torrentów z sieci, a że takie SF zdarza się ostatnio niebyt często (no zabijcie mnie, &lt;i&gt;Avatara &lt;/i&gt;też zaliczam do WSFZP) to no, arrr, do czorta. Wysokobudżetowość obiecuje imponującą specjalną efektowość, która wynagradza dźwiganie okularów 3D wciśniętych na tradycyjne ślepopatrzałki (marudzenie okularnika), a potencjalna przesłaniowość pozwala podtrzymać złudną nadzieję, że reżyser zechce nam coś powiedzieć i to nawet, być może, coś ciekawego, spektakularnie. No bo czyż SF nie powstało po to, by nam coś ciekawego spektakularnie mówić? WSFZP to idealna synteza intelektualnej treści i widowiskowej formy i to mnie właśnie zawsze ciągnęło do kina - dwie pieczenie na jednym ogniu - miód na mroczne serce skąpego pragmatyka.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;Podczas pełnego napięcia zabijania czasu przed seansem &lt;i&gt;Prometeusza w 3D&lt;/i&gt;, wygrzebałem Dicka (Philipa K. Dicka, luuudzie!), zanurzyłem się oczekująco w &lt;i&gt;Trzech stygmatach Palmera Eldritcha&lt;/i&gt; i próbowałem wprowadzić się w ten tajemniczy nastrój, który pozwala z większym entuzjazmem wkraczać w świat fantastycznej przyszłości. Nie doczytałem jeszcze historii do końca, ale dzięki książce przypomniałem sobie co mnie wkurza w SF. Wkurzają mnie więc wszelkiego rodzaju zbędne udziwnienia i brak wyczucia dla konsekwencji własnych pomysłów autora. Gdy dickowski bohater w pewnym momencie poprosił robokelnera, żeby podał mu wideotelefon ponieważ musi do kogoś zadzwonić, to zacisnąłem tylko zęby w niesprawiedliwej i nieżyczliwej złości. Nie dość, że Dick nie wpadł na pomysł, że ludzie przyszłości mogliby nosić telefony normalnie przy sobie (co z tego, że pisał to w latach 60-tych,&amp;nbsp; niektórzy nawet już wtedy o tym myśleli!) to wprowadza termin &quot;wideotelefon&quot; dla narzędzia do komunikacji - uwaga - audio-wizualanej. Wydaje się oczywiste, że gdy raz ktoś wypuści na rynek telefon z kamerką i ekranikiem, to modele bez tych bajerów wylądują na złomie, po co więc to rozbudowane przedrostkowanie? Zachodzę w głowę, co przyniósłby mu robokelner (kolejne udziwnienie - robokelnerze, co dzisiaj poleca roboszef kuchni?), gdyby bohater zamiast &quot;przynieś wideotelefon&quot; powiedział &quot;kopsnij (po prostu) telefon&quot;? Dostałby wtedy jogurt? Wiem, wiem, czepiam się. W innym fragmencie facet otrzymuje ofertę od przedstawiciela firmy, o której wcześniej nie słyszał. Pyta żony, czy może ona słyszała, ale też nie. No i zagadka, nie wiadomo o co chodzi. Dzisiaj by to pewnie od razu wygooglował... Ech, dickowska przyszłość bez internetu. Męczę biednego Dicka (mhm), ale tylko jako rozgrzewkę przed miażdżącą krytyką &lt;i&gt;Prometeusza &lt;/i&gt;(albo z rozpędu jeszcze szpilka w Lema. Lem to pisze o przyszłości i wszystkie jego statki kosmiczne i roboty to jakieś siermiężne kable i koła zębate i mam wrażenie, że ten irytujący steampunk technologiczny to zabieg totalnie niezamierzony. Ale mu teraz dosrałem).&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;&lt;i&gt;Prometeusz&lt;/i&gt;. Od razu ostrzegam, że będę spojlerował, ale jeśli spojlerem ma być info, że film niczym nie zaskakuje (ha, może tylko mnie nie zaskakuje, mnie! bo mnie to już przecież nic nie zaskoczy), to no, chyba mi to duchy kinematografii wybaczą. Gdybym miał go streścić nieżyczliwie, powiedziałbym, że to historia grupki wyspecjalizowanych kosmonautów (plus robot), przemierzających kosmos w efektownym statku kosmicznym, zadając między sobą wielkie pytania o to skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy, jeżdżących po burzliwej powierzchni jakiegoś obcego księżyca, zadając pytania o to skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy, błąkających się po starożytnej konstrukcji kosmitów, zadając pytania, no, już wiecie o co mi chodzi. Nie liczcie jednak na odpowiedzi. Jak powiem, że przy &lt;i&gt;Prometeuszu &lt;/i&gt;maczali palce twórcy &lt;i&gt;Lostów&lt;/i&gt; to już z grubsza wiadomo co dostaniemy - intrygujący początek i rozczarowującą puentę. No trochę przesadzam z tym brakiem odpowiedzi. Okazuje się, że ludzie to wynalazek humanoidalnych kosmitów (Erich von Däniken ftw!), którzy w pewnym momencie uznali, że jednak eksperyment się nie powiódł i postanowili nas, nie wiedzieć czemu, zniszczyć (nasi genialni konstruktorzy chcieli zbombardować Ziemię alienopodobnymi zarodnikami), ale ich własna broń obróciła się nagle przeciwko nim (co za zaskoczenie!) i tak właśnie powstali Obcy. Jednego żywego kosmitę udało się nawet ziemskiej załodze odnaleźć, ale gdy zaczęli go pytać, no zgadnijcie o co, no o to skąd są i dokąd zmierzają, to ten stracił cierpliwość i zaczął im ni z gruchy ni z pietruchy spuszczać straszliwy łomot. Po czym zginął, a z jego brzucha w ostatniej scenie filmu wyskoczył alien. W odwecie za te ludobójcze zamiary ostatnia żywa kosmonautka wysłała składowisko alienów na planetę naszych doszłych twórców i zarazem niedoszłych oprawców, niech mają za swoje, kosmiczne gnojki - może efekty tej mitycznej zemsty dzieci na swych rodzicach zobaczymy w sequelu. No i to wszystko, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No tak, przesłanie. Chcąc nie chcąc pytanie o to skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy zawisło nad salą kinową i na pewno nie jedna osoba wychodząc z Cinema City, ściskając w dłoniach iphona zachodziła w głowę, jaki to też może być ten słynny sens naszego życia. Sens życia. No nie mogę. Gdybym miał jakiś wpływ na fabułę filmu, kazałbym przerośniętemu kosmicie powiedzieć, na chwilę przed spuszczeniem łomotu tym dociekliwym kosmonautom, że sensem życia jest hodowla rzodkiewek. Niech teraz kombinują. Albo żeby mieli jeszcze większą zagwozdkę - sensem życia jest gra na banjo. Albo - stworzyliśmy was po to, żebyście produkowali plastik, bo plastik nie wyrośnie sam na drzewie, idźcie więc i wypełniajcie nim kosmos. To też by im dało do myślenia. Sens życia. Wkurza mnie to w SF. Wkurza mnie, że próbuje dawać tak banalne odpowiedzi na tak wielkie pytania, wkurza mnie, że w ogóle sugeruje możliwość udzielenia na nie odpowiedzi, a już najbardziej to mnie wkurza, że dałem sobie wmówić, że pytanie o to skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy jest w ogóle wielkie i ważne. Zupełnie jakby nie było większych i ważniejszych (jakich? no różnych, różnych innych!). A może to tylko ja jestem ostatnio jakiś drażliwy? Może za mało było w &lt;i&gt;Prometeuszu &lt;/i&gt;laserów, za mało wybuchów, za mało, no, cycków w 3D? Sam nie wiem.&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;//www.youtube.com/embed/DdtVnxNvzHs&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/9144175878146213797/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/07/ale-to-to-by-film.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/9144175878146213797'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/9144175878146213797'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/07/ale-to-to-by-film.html' title='Ale to, to był film'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-789765697851965295</id><published>2012-07-12T01:43:00.001+02:00</published><updated>2014-08-20T00:54:57.965+02:00</updated><title type='text'>Post wspaniałomyślny</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Świadomość. A o czym innym można napisać po lekturze &lt;i&gt;Ślepowidzenia&lt;/i&gt;? No, ewentualnie o wampirach, ale to temat na inną okazję - poczekam aż kino (już-już-już rezerwuję sobie bilet!) wypuści ostatnią część &lt;i&gt;Zmierzchu &lt;/i&gt;- będzie co porównywać. Świadomość. Ekhm, właściwie to mam wrażenie, że wyczerpałem to zagadnienie nim zabrałem się za nie na dobre (na dobre! hu hu! na dobre!). Ba, po co nawet zaczynać - jaki koń jest - każdy widzi. Spójrzmy na takiego mojego psa. Gdy na przykład mówię mu, że jest tylko bezmyślnym pchlarzem, któremu w całym naszym cywilizacyjnym kręgu nie można przypisać nawet tej hipotetycznej duszy, a co dopiero świadomości, to ten mi zwykle odpowiada, że miałbym problem z udowodnieniem istnienia autorefleksji u własnej siostry (wkraczam na grząski grunt), więc szkoda mu czasu żeby się ze mną gryźć o jego ewentualne życie psychiczne (niby najlepszy przyjaciel człowieka, a jaki pyskaty). No, on woli gryźć się ze mną o kocyk, a ile bym mu nie tłumaczył, że z kocykiem nic mnie nie łączy, to jak grochem o ścianę. Psy!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Każdy kto czytał &lt;i&gt;Ślepowidzenie &lt;/i&gt;Petera Wattsa wie, że głównym problemem tej książki jest pytanie o relację inteligencji do świadomości (czy jakoś tak). Akcja rozgrywa się w kosmicznej scenerii, w której transhumanistyczni przedstawiciele ludzkości spotykają Obcych. A Obcy są tak obcy, że hej - no nijak nie idzie się z nimi dogadać. Kosmonauci przyszłości dwoją się i troją (a niektórzy nawet czworzą), jednak pierwszy kontakt, jak pierwsza randka, wywołuje same frustracje - obcy niby coś odpowiadają na zaczepki, ale jakoś tak niemrawo. Bez ładu i składu. Byle jak. Niby inteligentni, ale no, no właśnie. O co chodzi? Książka nie zostawia nas jednak z niczym, co zarzuca się czasem Lemowi i jego &lt;i&gt;Solaris &lt;/i&gt;(chociaż w tym przypadku można mu to wybaczyć, wszak nawet to epistemologiczne, solaryjskie &quot;nic&quot; prowokuje mózgi do wysiłku). Ale o ile do samego końca lemowej historii o (myślącej?) planecie nie możemy liczyć na zrozumienie jej tajemniczej struktury, to Watts kusi się o jakąś konstruktywną odpowiedź - wszystkiemu winna jest nasza &quot;cenna&quot; świadomość. Po prostu tak głęboko i nierozerwalnie zanurzyliśmy się we własnym &quot;człowieczeństwie&quot;, że jesteśmy ślepi na wszystko, co z samej swojej istoty rozmija się z tym co ludzkie. Jeżeli kiedykolwiek spotkamy więc Obcość, obcość całkowicie od nas odmienną, wszelki dialog z definicji spełznie na niczym. No bo jak obcość to obcość i już.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;No ale (no ale! - okrzyk godowy każdego filozofa rozmiłowanego w wątpliwościach) czy musimy aż kosmitów poszukiwać, żeby metafizyczne dreszcze w kontekście niepoznawalnego w sobie rozbudzić? Pewnie nie. Jak kogoś z natury ciągnie do przynudzania, zacznie zaraz spekulować o Bogu, jak ktoś liczy na naprawdę soczyste odpowiedzi, to skieruje się ku naukom szczegółowym (no co, może nie?), ale najprościej chyba spojrzeć w siebie, przez siebie i na siebie (lub na swojego psa). No cóż, nie ma co się czarować, że naukowcy odkryli czym jest świadomość - wciąż są od tego dalecy. Być może nigdy się tego nie dowiedzą, a ja miałbym nawet na poczekaniu swoją własną &quot;kwantową teorię świadomości&quot;, która tłumaczyłaby skąd ten epistemologiczny pesymizm. Moja teoria (moja teoria!) głosi, że podobnie jak zasada nieoznaczoności w odniesieniu do elektronów mówi nam, że sama obserwacja potrafi zakłócić wszelkie pomiary, podobnie działoby się w przypadku skierowania mikroskopu w kierunku naszych neuronów. Możemy świadomości swej subiektywnie doświadczać, ale przy każdej próbie obiektywnego empirycznego jej zbadania zawsze nam się ona wymknie. Oczywiście tak naprawdę wcale w to nie wierzę. Co jak co, ale w kwestii postępu naukowego jestem niepoprawnym optymistą, wierzącym w nieograniczone możliwości ludzkiego intelektu i wszelkim defetystom technologicznym mówię stanowcze - jeszcze się zdziwicie!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;A co gdy poddamy analizie swój własny strumień świadomości, czy dowiemy się wtedy czegoś o jego naturze? Czy ludzie zaczną nagle żyć ze sobą w zgodzie? Czy nauczę się grać na banjo? A może po prostu skapitulujemy w obliczu tej słynnej teorii mówiącej o latarni pod którą jest zawsze najciemniej? Moda na gmeranie w duchowości (uważni czytelnicy powinni zauważyć, że zamiennie używam świadomości, autorefleksji, duszy, duchowości i przeżyć psychicznych - gratuluję spostrzegawczości) przywędrowała do nas z dalekiego wschodu - podczas gdy my, spadkobiercy cywilizacji zachodu, od Talesa z Miletu począwszy taplaliśmy się w problemach dotyczących tego co na zewnątrz, wielcy mędrcy z Indii czy Chin tracili w tym czasie energię na rozmyślaniu o samym sobie. Bilans? Dzięki metafizycznym rozważaniom o świecie mamy dwie wojny światowe, a joginom zawdzięczamy New Age, filmy Bollywood i otwarte furtki dla sił ciemności w umysłach medytującej młodzieży - any questions? Mhm, no to może lepiej siup do puenty: &amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Świadomość - &lt;i&gt;Cui bono&lt;/i&gt; - jaka z niej korzyść? Ewolucjonistyczne wyjaśnienie zjawisk zachodzących w przyrodzie polega na pokazaniu jak organizmy adaptowały się do zmiennego środowiska. Skoro miliony lat ewolucji wykształciły w nas zdolność do podziwiania zachodów Słońca i filmów braci Cohen, to pewnie umiejętność taka zwiększa w jakimś stopniu nasze szanse na przetrwanie. W &lt;i&gt;Ślepowidzeniu &lt;/i&gt;Watts sugeruje, że świadomość to być może zbędna ekstrawagancja, ot wypadek przy pracy ewolucji; można spróbować wyobrazić sobie istoty równie kreatywne jak ludzie, ale pozbawione tego talentu do komplikowania wszystkiego egocentryzmem. Każdemu z nas zdarzyło się w którymś momencie życia doświadczyć bezwarunkowych odruchów, dzięki którym zrobiliśmy coś lepiej i szybciej, niż gdybyśmy musieli poprzedzić taką czynność całym procesem świadomych decyzji. Skoro nasza maszyneria potrafi świetnie poradzić sobie sama, bez cenzora w postaci różnego rodzaju refleksji i wątpliwości, to po co jej taki marnotrawiący energię balast jakim jest to słynne &quot;ja&quot;? Spójrzmy na pszczoły, bzyczące owady na służbie matematyki, jak bez świadomości tego co robią konstruują te wszystkie zadziwiające plastry miodu (przykład z pszczołami jest kontrowersyjny - stopień waszego zadziwienia zależy od tego, czy wychowywaliście się na &lt;i&gt;Pszczółce Mai&lt;/i&gt; czy na &lt;i&gt;Roju&lt;/i&gt;). A potem rzut oka na humanistów, jak opornie im idzie matma. Może są głusi na kosmos? Na te wspaniałe myśli.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/TLV4_xaYynY&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/789765697851965295/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/07/post-wspaniaomyslny.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/789765697851965295'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/789765697851965295'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/07/post-wspaniaomyslny.html' title='Post wspaniałomyślny'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/TLV4_xaYynY/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-6091528040967992905</id><published>2012-07-09T21:24:00.001+02:00</published><updated>2014-08-20T16:24:17.038+02:00</updated><title type='text'>Pewnego razu w Westeros</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Upał. Lato jak co, no jak piekarnik rozgrzewa powietrze i torturuje grubasów (czyżby chudzielcze uprzedzenia?), a niskie lub wysokie prądy atmosferyczne (no idea what I&#39;m doing) elektryzują okolicę. No i co się dzieje, no błyska się i grzmi dudniącym echem burza, wyją samochody, drżą szyby w oknach, drżą biedne psy. Mój pies drży. Drży, sapie, ślini się, śmierdzi tchórzem i robi wielkie oczy. No po prostu boi się. Tchórz. A ja nic. Znaczy, nie boję się w środku, w mieszkaniu rozświetlanym promieniami atmosferycznej furii zachowuję zimną, chociaż stopniowo podgrzewaną krew. Ale jak mnie złapie burza na zewnątrz, wśród przestrzeni otwartych, obwieszonego metalem i elektroniką, to mam ochotę rzucić się przed siebie w panicznej ucieczce krzycząc jak mała dziewczynka. Że szanse na trafienie małe? No właśnie. Podczas burzy coś tak zwykle czuję, że mam fart. No i po prostu boję się, że mogę wygrać. To nie brak odwagi więc. To skromność.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Burza. Kiedyś zsynchronizowałem się z tym zjawiskiem podczas zwiedzania
 doliny pięciu stawów. Ponoć w górach prawdopodobieństwo trafienia 
wzrasta, a że wtedy się wywinąłem, to no, kto wie, oglądaliście chyba 
&lt;i&gt;Final destination&lt;/i&gt;...&amp;nbsp; Tak czy siak, być może mnie przegrzało, ale sami przyznacie, że zakrawa to niemal na ironię losu, że ostatnio mam pod dostatkiem piorunów, podczas gdy najbliższa okolica wciąż cierpi na totalny i chroniczny brak trąb powietrznych. Jakiś czas temu widziałem nawet spalający się w atmosferze meteor (mam nadzieję, że meteor, a nie trafioną piorunem przypadkową jaskółkę, tę siostrę burzy i podniebny sztylet, nurkującą bezwładnie z rozżarzonymi elektrycznie piórkami), natomiast przeżycie (no, nie będę taki pazerny z tym przeżywaniem) rozszalałego tornada pozostaje doświadczeniem wciąż dziewiczym i odległym. Niezaspokojonym. Ech, trąbo powietrzna... &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No więc upał, burza, pies śmierdzi tchórzem, a ja co, a ja w Westeros. 
Nadciąga zima? Bitch, please. W takie dni wierzę w globalne ocieplenie. Wierzę w UFO. W
 zombie. Nawet w angielską królową, ale nie w skutą lodami (mmm, lody...) północ. Fuck it. W lipcu wracam na Diunę. Wyobrażam sobie samego siebie jak wciągam specjał (mam nadzieję, że nie wcisnęli mi znowu LSD, chociaż efekt byłby podobny), zakrzywiam czasoprzestrzeń z cichym lub głośnym &lt;i&gt;iiiikkkk&lt;/i&gt;, zaczynam rozumieć naturę Absolutu, łączę się z czymś tam czy coś... no i co się wtedy dzieje? No właśnie, efekty uboczne zażywania specjału. Znów budzę się za Murem, a snarki i grumpkiny wychodzą z bajek opowiadanych przez stare nianie, coraz bardziej realne i nagle coraz mniej jest mi do śmiechu. Tylko pieśń lodu i ognia...&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Nie mam pojęcia, czemu mój pies boi się burzy. No ale kto by tam przypisywał stany mentalne zwierzętom? On się więc nie boi. On - biologiczny mechanizm - reaguje. Na bodźce czy coś. Tak, tak, wiem, wiem - kogo chcę oszukać. Sam na codzień zajmuję się przetwórstwem koncepcyjnym, doszukując się w zachowaniu psa (still no idea what I&#39;m doing) relacji semantycznych. Czy czegoś. Jeść. Siku. Poczochrać za uchem. Czy on myśli? Dokąd płynie, kiedy w snach odchodzi stąd (no i o czym szczeka, ale to usłyszy nawet Urszula)? Może gdybym się chwilę zastanowił, może wtedy, jakiś pomysł, jakiś... Upał. Żar. Nawet komp rzęzi pod obudową. Rozebrać go, rozebrać? Ciiii... Już niedługo. Wkrótce. Na południu powiadają, że wróciły smoki.&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/rcWDZPxpZ-w&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/6091528040967992905/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/07/pewnego-razu-w-westeros.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/6091528040967992905'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/6091528040967992905'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/07/pewnego-razu-w-westeros.html' title='Pewnego razu w Westeros'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/rcWDZPxpZ-w/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-7917047909452332745</id><published>2012-06-13T02:00:00.002+02:00</published><updated>2014-08-20T00:55:20.896+02:00</updated><title type='text'>A tak naprawdę jest inaczej</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;/div&gt;
W starym domu moich dziadków odnalazł się po latach dawno zagubiony pokój. Ktoś na ścianie powiesił kiedyś płaszcz, ktoś inny palto - z czasem kłębowisko niemodnych ubrań rosło jak gniazdo dla moli zakrywając ścianę, drzwi i w końcu pokój, który nagle i tak po prostu przepadł. Osunął się w niepamięć. Zniknął. A teraz się odnalazł. I było tam wszystko co minęło, i co wróciło nagle w stanie nienaruszonym i zakonserwowanym, chociaż odrobinę zakurzonym. Była tam szafa ze starymi zabawkami. Był zaginiony stryjek - wciąż czytał książkę. Był tam nawet Bóg opuszczony przez swoich wyznawców. Próg, jak trzydziesty ósmy równoleżnik dzielił świat na dwie strony - prawą i lewą. Której było więcej? A którą wolisz? - zapytała stuletnia starowinka, moja praprababka. Nigdy tego nie wiedziałem. Co wolę?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Czasem spotykam kogoś, kto robi coś czego nie rozumiem. A przynajmniej 
nie rozumiem do końca - czyli wcale. Szybko znajduję wyjaśnienie - pewnie to 
wariat. Przychodzi, notuje coś w swoim starym, obszarpanym zeszyciku, 
przeczyta to czasem lub nie. Wysłuchają i podziękują. Snuje ten człowiek swoje myśli w skomplikowany chociaż konsekwentnie zagmatwany wzór szaleństwa. Wariat. Co on tutaj 
robi? A kto go tam wie. Obserwuję go ukradkiem jak rusza ręką, kiwa głową i 
mruży oczy. Mruga. Być może zbyt długo tam siedział, zamknięty w tym zapomnianym przez świat pokoju pochylony nad stosami książek. Obłęd. I myślę sobie wtedy, że chciałbym go 
kiedyś spotkać w Korei Północnej. Na paradzie. W mauzoleum Kim Ir Sena. Wierzę, że on też.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wyobrażam sobie. Puste ulice zalane betonem wyczekują na tłum naładowany wymuszonym entuzjazmem dla zmarłego przywódcy. Wyobrażam sobie że tak jest, chociaż zawsze mógłbym zmienić reguły gry. Mogliby tam przyjść specjalnie dla mnie. Logika modalna, logika alternatywnych możliwości - wielkie mi
 coś. Są światy inne niż ten - a przynajmniej mogłyby być - wiem to od dziecka. Gdyby to było
 prawdą. Gdyby to. Jeśliby założyć. Sytuacje kontrfaktyczne. Czemu nie? 
Uwierzę w to, gdy spotkamy się w innym życiu, w innym świecie - w Korei. A teraz? 
Kim Dzong Il nigdy nie chciał mi wysłać zaproszenia do Phenianu. Czasem 
go rozumiem. Czasami nie. Wiem tylko tyle, że ten mój jeden dzień z 
życia Korei Północnej mógłby być tym właśnie dniem. Mógłby być 
wspaniały.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
To mógłby być wspaniały dzień, tak jak odnaleziony pokój, w którym od lat, w zakurzonej stagnacji, pielęgnowano szaleństwo. Wstyd się przyznać, ale dzielę z nim smutną tajemnicę. W jego zmaltretowanych zapiskach wszystkie dowody kończyły się zawsze tym samym wnioskiem - wspaniały dzień jest ostatnim dniem. To chwila, którą się konserwuje. A ja odkąd tylko pamiętam, zawsze
 miałem ten sam problem ze zmianą - może być ona tylko na lepsze lub na gorsze. A gdy lepiej być już nie może? Wtedy zdobywamy szczyt na którym można tylko umrzeć. Gdy jest wspaniale, wszystko jest dozwolone - tak musi być, więc 
tak trzeba. Wspaniałość zachowuje się tylko przeszłością.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wiele długich godzin spędziłem zanurzony w tych chorych rojeniach, desperackich próbach ucieczki przed przemijaniem. To dla twojego dobra - zdawał się myśleć tego dnia, gdy podnosił tamten kamień. Byłem skłonny w to uwierzyć, wszak kochał piękno. I fizykę. A stare pokoje pachną pleśnią. To taka zgrzybiała czasoprzestrzeń.&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/lDpnjE1LUvE&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/7917047909452332745/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/06/tak-naprawde-jest-inaczej.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/7917047909452332745'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/7917047909452332745'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/06/tak-naprawde-jest-inaczej.html' title='A tak naprawdę jest inaczej'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/lDpnjE1LUvE/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-4372234510325328928</id><published>2012-03-04T21:25:00.000+01:00</published><updated>2014-08-20T00:55:33.694+02:00</updated><title type='text'>To wciąż było</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: center;&quot;&gt;
&lt;/div&gt;
Oscary. Ponoć jeżeli nudziłeś się na &lt;i&gt;Artyście&lt;/i&gt;, masz mózg wyprany przez transformersy przy dźwiękach dub-stepu. Słowo daję, ale długo myślałem nad tym twierdzeniem, wciąż jednak nie znajduję w nim nic obraźliwego. Wręcz przeciwnie - wizja cybernetycznych ingerencji dokonywanych przez inteligentne maszyny, wywołuje we mnie ten tajemniczy dreszcz podniecenia, tak dobrze znany tym wszystkim fetyszystom technologicznych interwencji - fanatykom transhumanizmu. Ale może coś źle usłyszałem? Wszak ostatnio zdarza mi się to coraz częściej. Gdy ktoś na przykład próbuje popsuć mi humor tekstem, że nie mam racji w jakiejś sprawie, ja słyszę tylko - chcę być taki jak ty, jak dorosnę. I wtedy serce mi ściska trwoga, i ogarnia mnie troska o człowieka, który wybiera tak trudną, acz wspaniałą ścieżkę życia - bycia mną - zamiast, nie, nie bycia sobą, nudziarze, zamiast oczywiście Johna Malkovicha. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No właśnie. Dzieci. Jak one nic nie wiedzą! Nawet moja półroczna siostrzenica, nie dość, że ledwo sama usiedzi w miejscu bez przewracania się na boki, to zaledwie średnio raz na trzy partie wygrywa ze mną w szachy - co za głuptasek! A kino najnowsze zdaje się tęsknić za tą dziecięcą naiwnością, produkując pozycje ociekające nostalgią za tym, co było, minęło i nie wróci. W końcu oskarowy &lt;i&gt;Artysta&lt;/i&gt; to czarno-biały powrót do czasów, w którym aktorzy, jak dzieci, nie potrafią jeszcze mówić, za to świetnie komunikują się z widzem przy pomocy pełnych ekspresji gestów oraz min. Ten sentyment do przeszłości sprawia, że nie tylko o północy w Paryżu, wszystko to, co minione, pokrywa się nagle szlachetną patyną. Po latach, nawet Meryl Streep, jako&lt;i&gt; Żelazna dama&lt;/i&gt;, żyje wspomnieniami swoich niepodzielnych rządów, a steampunkowy &lt;i&gt;Hugo&lt;/i&gt; Martina Scorsese, w czasie wolnym od strojenia zegarów, na nowo odkrywa pomysłową twórczość Georgesa Meliesa. &lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&amp;nbsp;Te powroty do przeszłości to z jednej więc strony oda do beztroskiej dziecięcości, z drugiej, znacznie rzadziej spotykane - ukryte wezwanie do czerpania mądrości z doświadczeń naszych przodków. Takie właśnie skojarzenie nasunęło mi się przy filmie o Margaret Thatcher, która zasłynęła z podejmowania trudnych, czyli niepopularnych decyzji, wyciągając kraj znad skraju zapaści gospodarczej. I chociaż co poniektórzy pomyślą, że snuję kolejną spiskową teorię dziejów, to jednak ciepłe spojrzenie na taką postać może sugerować powolne oswajanie widowni ze zmianami, jakie dla światowej ekonomii powoli przygotowują rynkowi regulatorzy (z tą różnicą, że Thatcher była zwolenniczką wolnego rynku). A ja mam tylko żal do filmowych producentów, że zamiast namiętnie babrać się w przeszłości, nie skoncentrują się, najlepiej w sposób wysokobudżetowy, na możliwościach, jakie niesie przyszłość w wykonaniu science-fiction. A przeszłość?&amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znawcy na przykład kultury starożytnej, muszą się ze mną zgodzić, że 
większość tamtejszych spektakli odbywała się głównie ku prostej uciesze 
gawiedzi, a nie podniosłej refleksji. Jednak po wiekach spędzonych w 
klasycznej formalinie, dzieła straciły żywotność właściwą swoim czasom, i 
nagle, taka pozbawiona kontekstu Ducha Dziejów, komedia, przy której dawniej zrywano boki, dziś podziwiana jest wyłącznie na kolanach, jako zaledwie 
klasyka, ale gatunku. Stąd czasem aż strach pomyśleć, co za tych sto, dwieście lat odkopią i na nowo odkryją z naszej kultury ci wszyscy kinomani z przyszłości. Chyba że ktoś w ogóle nie czuje moralnej odpowiedzialności za przyszłe pokolenia - wtedy spoko. No ale jak komuś leży na sercu lub wątrobie kwestia tego, co będą ściągać na swoje wypasione implanty wszczepiane bezpośrednio w mózgi, wnuki naszych wnuków, to powinien żyć nadzieją, że nie będą to przynajmniej filmy Terrencea Malicka. Słowo daję, jak ktoś mi mówi, że &lt;i&gt;Drzewo życia&lt;/i&gt; było fajne, to mnie trafia &lt;i&gt;Melancholia&lt;/i&gt;. Po torturach podczas seansu tej pompatycznej produkcji, nawet &lt;i&gt;Cienka czerwona linia&lt;/i&gt; zbladła i zgubiła swój podniosły klimat gdzieś na drodze do nowej, alternatywnej Ziemi, pozbawionej tego prze-artystycznego patosu.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wszystko płynie. Wydaje się, że gusta filmowe podlegają tym samym prawom co moda, cokolwiek to znaczy, chociaż proces ten zachodzi nieco szybciej w dziedzinie audio-wizualnej, niż w przypadku sfery tekstylno-odzieżowej. O wiele łatwiej wyobrazić sobie przecież tamto nagłe znudzenie publiczności kinem niemym, na rzecz kina udźwiękowionego, nieco trudniej - przejście od wzorzystych, bogato zdobionych tkanin, do względnej prostoty współczesnego odzienia. A nie trudno uwierzyć mi na słowo, a babeczki szczególnie się ze mną zgodzą, że nasz strój wpływa na nasz sposób bycia, co dobitnie ilustruje historia spodni jeansowych. Być może z gustem filmowym jest podobnie? &amp;nbsp; &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W przeciwieństwie do żyjącego wiecznie &lt;i&gt;Człowieka z Ziemi&lt;/i&gt;, my, zwykli (że na chwilę błysnę skromnością) ludzie, jesteśmy zanurzeni w faktyczności o dość ograniczonej perspektywie czasowej, stąd większość zmian dokonujących się na kartach historii ma dla nas naturę raczej skokową niż ciągłą. I chociaż jakiś hipster (ech, to erystyczne zaszufladkowanie adwersarza, zanim zdąży coś powiedzieć) może mi zarzucić, że dwoję się i troję, byle uzasadnić mój brak wrażliwości na artyzm zawarty w &lt;i&gt;Artyście &lt;/i&gt;czy nieszczęsnym&lt;i&gt; Drzewie życia&lt;/i&gt;, ale czy dialektyka dziejów nie skłania nas raczej do wesołego taplania się w papce kultury, w którą zostaliśmy wrzuceni? Po co trwać w przekonaniu, że kiedyś było lepiej, skoro lepiej, ba, o wiele lepiej upatrywać korzyści wynikających z tego, co przyniesie przyszłość? To, że ten podstępny, kreacjonistyczny zdrowy rozsądek, każe nam myśleć, że świat wygląda właśnie tak, jak nam się to wydaje tylko tu i teraz...&amp;nbsp; Jak nie potrafisz sobie czegoś wyobrazić, to dlatego, że za słabo się starasz.&lt;/div&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;315&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/NOG3eus4ZSo&quot; width=&quot;420&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/4372234510325328928/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/03/to-wciaz-byo.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/4372234510325328928'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/4372234510325328928'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/03/to-wciaz-byo.html' title='To wciąż było'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/NOG3eus4ZSo/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-8853939639852947213</id><published>2012-02-29T23:16:00.000+01:00</published><updated>2014-08-20T00:55:45.247+02:00</updated><title type='text'>Świąteczna gorączka</title><content type='html'>&lt;div class=&quot;separator&quot; style=&quot;clear: both; text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Historia pełna przygód? Wsadźcie to do worka z napisem „Bzdury dla grzecznych dzieci”, zaraz obok Świętego Mikołaja i Gwiazdki. Zawsze tak uważałem, a przynajmniej od czasu kiedy sam przestałem być dzieckiem, chociaż bywają dni gdy wydaje mi się, że tak naprawdę nigdy nim nie byłem. I nigdy też nie sądziłem, że sam będę miał jedną z tych historii do opowiedzenia.
Teraz, gdy wreszcie ruszyłem dupę żeby spisać wydarzenia które, nie bójmy się tego określenia, wstrząsnęły światem, doszedłem do wniosku, że jestem wam winien pewne wyjaśnienie. Pozwólcie więc, że zanim przejdę do sedna poczynię krótką dygresję. Dominika miała zwyczaj zawsze powtarzać, że jestem zbyt lakoniczny, i że trzeba nieźle się napocić by coś ze mnie wyciągnąć. Cóż, jeśli chodzi o moje towarzyskie relacje - miała rację. Jednak tłamszone na co dzień myśli, gdy pochylam się nad kartką papieru pozwalając im wreszcie dojść do głosu, wypływają nagle szerokim nurtem, niosąc ze sobą cały ten zebrany po drodze syf.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Mówię o tym, bo zależy mi żebyście mnie dobrze zrozumieli - nie chciałem, żeby doszło do tego co się stało. I chociaż trudno wam będzie w to uwierzyć, a nie uwierzą mi na pewno ci, którzy w tym momencie nie są w stanie okazywać już żadnych uczuć, a ich jedynym zajęciem jest obłąkane maszerowanie po ulicach naszych miast, to ja naprawdę chciałem dobrze. I mimo że większość z was znajduje się w tej chwili, podobnie zresztą jak i ja, zabarykadowana w bezpiecznych schronach z dala od koszmaru na zewnątrz, nie proszę was o zrozumienie. Nie będę nawet przepraszał. Przepraszałem już milion razy i wiem, że słowo to znaczy dziś mniej, niż... no cóż, czy oprócz żywności, dachu nad głową i ciepłych ubrań, ma coś jeszcze dzisiaj jakiekolwiek znaczenie?
Historia pełna przygód?
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Wszystko zaczęło się w Wigilię. Martwe choinki nie zdążyły jeszcze upstrzyć dywanów zielonym igliwiem, a wraz z końcem dnia balkony promieniowały światłem kolorowych ozdób. Elektrownie pompowały prąd, by zasilić świątecznym nastrojem miejskie ulice, coraz jaśniej im bliżej centrum. Przypadek sprawił, że i ja znalazłem się tam, wśród tłumów obładowanych prezentami i ciastem, oraz ulicznych skrzypków, sprawiających że nawet najweselsze kolędy brzmiały jak marsz pogrzebowy.
I właśnie wtedy, nucąc pod nosem Last Christmas, zacząłem osuwać się na skraj szaleństwa ciągnąc za sobą całą resztę.
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Cześć!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- O, cześć, cześć! – Ktoś mnie minął kręcąc głową. Kto to był? Marek? Łukasz? Głos jakby Marka, ale postura bardziej Łukasza. Możne jednak Krzysiek? Tak, to na pewno był Krzysiek. To nawet lepiej, że to był on. Nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą, więc mogłem go nie zauważyć bez specjalnych wyrzutów sumienia. Świąteczna paranoja zaczynała osiągać swoje apogeum, a ja zazwyczaj byłem zbyt nerwowy, żeby tak po prostu olać tak bezpośrednie przywitanie. Szczególnie w Wigilię.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Już chciałem odejść, gdy zza pleców ten sam głos zarzucił przynętę i schwytał mnie, znienacka, w żelaznych kajdanach przypadkowego spotkania na ulicy.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Pająk!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Kylo! – Odkrzyknąłem, bo cóż miałem rzec. Wada wzroku zawsze była dla mnie czymś w rodzaju niewidzialnych okularów przeciwsłonecznych, ale nie czapką niewidką. Mogłem się za nią schować, ale nie potrafiłem zniknąć.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Pająk! A czy ty wiesz, kto się o ciebie ostatnio pytał? – Ktoś się mną zainteresował? Ktoś poświęcił mi jakąś myśl? To coś znaczy!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Kto?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Dominika!&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Kiedy?&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
- Nigdy, frajerze! Nie udawaj, że mnie nie widzisz! Cześć! No i wesołych świąt! Ha! Ha!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zniknął, wysoki, tak wysoki, że jeszcze w jakiś czas jak poszedł, ja stałem w jego cieniu, zdumiony i zdenerwowany. Bo to prawda, nazywam się Pająk. Na imię mam Tomek, a po nazwisku mówili mi od dzieciństwa, a dzisiaj to i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Na uczelni co prawda przestali, pan Tomasz, Tomaszu. Chociaż to dziwne. Jestem niski i chudy oraz noszę okulary. Nietzsche nazwał Kanta pająkiem, a to znaczy, że próbuję powiedzieć coś o sobie. Jeśli spotkacie mnie kiedyś, nie pytajcie mnie, proszę, która godzina. Nie jestem spider-man’em. Boję się ludzi.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Skręciłem w jakąś ulicę, nie widziałem nazwy, ale jest tam MacDonalds i księgarnia. W sumie centrum miasta, gdzieś tam jest park i fontanna. Kiedyś usiadłem na ławce z Dominiką i opowiadałem jej o masturbacji dziadka Marilyn’a Manson’a. Odruchowo wszystko pokazuję na sobie i potem już nie dała mi się odprowadzać do domu. A próbowałem. Chyba zbyt często. Chyba tak.
Przez Krzyśka przypomniało mi się, że ledwo widzę na oczy, i skupiłem się na kontemplowaniu tego zjawiska. Od niepamiętnych czasów nosiłem wadę wzroku jak przyciemniane okulary w stylu tych wszystkich lansujących się szpanerów, których mijamy na ulicy zazdroszcząc im wyglądu i śmiejąc się w duchu z ich niewątpliwego upośledzenia umysłowego. Ale z nią, na brzydkiej twarzy, mogłem iść z podniesioną głową i ze zmrużonymi oczami, mając za jedyne punkty orientacyjne, światła przejeżdżających samochodów, a jako zajęcie, rozmyślania nad tym, kim będę, kiedy wreszcie los podaruje mi na urodziny (lub na Gwiazdkę – Ha! Ha!) szansę na lepsze życie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dziś, o mój Boże, nie mam pojęcia, jak mogłem tak żyć, ale właśnie dlatego, że żyłem tak a nie inaczej, zakochałem się po raz pierwszy. A później zakochałem się po raz drugi, i o tym jest ta historia. Że co? Obiecywałem coś innego? To właśnie przez to, że się zakochałem, akurat w Wigilię, zniszczyłem świat. Nie wierzycie?
Nie chciałbym być odebrany jak ktoś, kto całymi dniami użala się nad sobą jednocześnie nie robiąc nic, aby zmienić jakoś swoje życie. To prawda, że sporo myślę o sobie i o tym, jak mogłoby być lepiej, niż beznadzieja właściwa mojej powszedniości. Czasem uciekam w fantazje, ale wydaje mi się, że potrafię je odróżnić od rzeczywistości. Gdy Dominika odeszła w zapomnienie, a ja, idąc przez rozmiękczony śnieg tego świątecznego dnia, zaszedłem do kawiarni napić się kawy, obsłużyła mnie ona, piękna nieznajoma. Gdy ją ujrzałem, stało się coś dziwnego, iskra przeskoczyła między nami, rozgrzewając powietrze wokół, niczym płomień palnika. Uśmiechnęła się do mnie, a świat zrobił się łatwopalny. Ogień ogarnął ludzkie umysły - gdybym był cyniczny, powiedziałbym, że ogarnęła ich świąteczna gorączka. Ludzie rzucili na ziemię paczki z prezentami i skoczyli sobie nawzajem do gardeł. I wcale nie składali sobie wtedy życzeń szczęścia, zdrowia i pomyślności. Słychać było tylko wściekły wrzask, a wokół walały się flaki, wszędzie wokół walały się flaki... No cóż, tak czy siak, wesołych świąt!
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;349&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/E8gmARGvPlI&quot; width=&quot;425&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/8853939639852947213/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/02/swiateczna-goraczka.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/8853939639852947213'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/8853939639852947213'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2012/02/swiateczna-goraczka.html' title='Świąteczna gorączka'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/E8gmARGvPlI/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-1157200598931942056</id><published>2011-10-22T01:52:00.029+02:00</published><updated>2014-08-20T00:57:32.677+02:00</updated><title type='text'>Sto procent niepewności</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
Może gdybym papierosy palił i kawę pił, to stan ów bym pokochał - samo jednak JA czasem już nie starcza i siano wszędzie, ino siano, słoma... Gdy nuda w tryby czasu wrzuca gumowe spowalniacze, a wszystko co konstruktywne i pożyteczne bezsilną pluje awersją, wtedy właśnie ciągnie mnie tam, gdzie schodzą się ludzie przekonani. Przekonani o tym, że idee którymi wypełniają po brzegi swoje wielkie mózgi, są ze wszech miar warte podtrzymywania i obrony. Ciągnie mnie tam, gdzie sądzi się że racja jest najichsza, a reszta się myli i to jak. Ciągnie mnie w miejsca przestronne, potakującą publicznością wypełnione i z ustawionym na środku auli mikrofonem. Ciągnie mnie na sympozja teologiczne.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Jakie to odświeżające - spotkać człowieka, który rzeczywiście wierzy w to co gada, a nie, tak jak ja, tylko zmienia zdanie na przeciwstawne w zależności od tego z kim akurat rozmawia. No bo gdy ktoś na przykład mi mówi, że lubi czytać Harrego Pottera, to ja jak z automatu odpowiadam, że książka ta szkodzi dzieciom, ponieważ sugeruje iż wszelkie problemy można rozwiązywać przy pomocy magicznych sztuczek. Gdy ktoś twierdzi natomiast, że proza J. K. Rowling to szatańskie wersety i równia pochyła do otchłani piekielnych, ja zarzucam mu, bo jakżeby inaczej, przesadę i fanatyzm w ocenie literatury przygodowej. To straszne, gdy poznając nową osobę nie wiem co myśli ona o życiu, wszechświecie i całej reszcie - nie mam wówczas pojęcia z jakimi przekonaniami się odsłonić! A na sympozjach teologicznych wszystko wydaje się takie proste...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zawsze miło spędzam czas, wysłuchując obrażających zdrowy rozsądek bredni wygłaszanych na teologicznych sympozjach. Tak - bredni. Cóż, nie chodziłbym przecież na takie spotkania, gdyby idee tam przetwarzane mogły wzbudzić we mnie to okropne uczucie - chęć akceptacji jakiejś przetworzonej idei! Z góry zakładam więc, że wszystko cokolwiek usłyszę uznam za przyjemny dla ucha absurd, i jak dotąd nigdy się nie zawiodłem. Nigdy też nie odmawiam sobie przyjemności zadania paru pytań na koniec. I nigdy też nie znudzi mnie reakcja publiczności na moje wystąpienie - zawsze znajdzie się kilka osób, u których wzbudzę ewangelizacyjne zapędy. Ile to ja już dostałem numerów telefonów z prośbą o szybki kontakt w celach duchowo-reanimacyjnych! Ale niestety - głównie od młodych księży. Okazuje się, że młode, urodziwe i niewyświęcone babeczki, nie tylko ewangelizacyjnych zapędów są pozbawione, ale i chęci przesiadywania na sympozjach, zarówno tych teo-jak-i-nie-teo-logicznych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I tak na przykład parę dni temu dostałem adres kościoła. Kościoła, w którym można spotkać kobietę. Kobietę, która krzyczy. Co krzyczy? Krzyczy to, co krzyczy, ważne, czemu krzyczy. No, krzyczy, bo jest, jakżeby inaczej, opętana. Facet poznany na teologicznym sympozjum zarzekał się, że kobieta na umyśle zdrowa, co stwierdził psychiatra (i to nie jeden). Skoro zdrowa na umyśle, to musi zdrowo opętana. Więc jak komuś wiary ubywa, niech pójdzie posłuchać i popatrzeć, a nuż się nawróci, jak się z takim zjawiskiem bezpośrednio zetknie. Zostawmy na marginesie moralną ocenę praktyki wykorzystywania &quot;krzyczącej kobiety, potencjalnie opętanej&quot; w celach kościelno-marketingowych, i odpowiedzmy na pytanie z gruntu ciekawsze - czy autor niniejszego sceptycyzm chwalącego wpisu z zaproszenia na szatańskie show skorzystał? Nie, nie skorzystał. Czemu?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nawet największy hardkor, skończywszy o 3 nad ranem oglądać &lt;span style=&quot;font-style: italic;&quot;&gt;Egzorcyzmy Emily Rose&lt;/span&gt;, ma wewnętrzny opór przed beztroskim udaniem się do łazienki, gdy nagle siły zła w ciemnościach się czają, w mrocznych zakamarkach przedpokoju i w cieniu kuchennych szafek. Czy więc ktoś, kto tak dziarsko (a co tam!) pozwala sobie na ateistyczno-teologiczne prowokacje przy dziennym świetle, nie osłabia tym samym swego hipotetycznego duchowego pancerza, narażając się na atak ze stron demonicznych po zachodzie Słońca? Odpowiedź wydaje się oczywista.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;iframe allowfullscreen=&quot;&quot; frameborder=&quot;0&quot; height=&quot;349&quot; src=&quot;http://www.youtube.com/embed/KvkKX035484&quot; width=&quot;425&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;
</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/1157200598931942056/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2011/10/sto-procent-niepewnosci.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/1157200598931942056'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/1157200598931942056'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2011/10/sto-procent-niepewnosci.html' title='Sto procent niepewności'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://img.youtube.com/vi/KvkKX035484/default.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2438412708065787305.post-8354903754401089481</id><published>2011-04-07T15:22:00.012+02:00</published><updated>2014-08-20T00:57:45.977+02:00</updated><title type='text'>Praktyki smoleńskie</title><content type='html'>&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
No nie mogę się powstrzymać. Smoleńsk. Wiem, wiem. Ale nie chodzi mi o odgrzewanie starych, mielonych kotletów, chociaż na pierwszy rzut oka tak może się wydawać. Dzisiaj trochę z innej beczki. Na pewno pamiętacie newsy o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania, pijanym generale w kokpicie (każdy lekarz powie, że organizm po śmierci wytwarza alkohol i nawet promil alkoholu we krwi o niczym nie świadczy), fałszywe cytaty o lądujących &quot;debeściakach&quot; itd. I to wszystko już od pierwszych informacji o katastrofie - czy nie jest ciekawe, że wypływało tylko to, co w jakiś sposób mogło skompromitować Kaczyńskiego i jego ekipę? Uprzedzam - to nie będzie post pro pisowski -&lt;a href=&quot;http://www.niedlapsakielbasa.pl/&quot;&gt; nie dla psa kiełbasa&lt;/a&gt;. Polecam.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Zgadzam się z opinią zdroworozsądkową odnośnie katastrofy w Smoleńsku, która brzmi mniej więcej tak: na drogach dziennie ginie więcej osób, a nikt nie robi wokół tego takiego szumu. To prawda. Fakt, że zginęły osoby publiczne tego nie usprawiedliwia - nawet po śmierci Michaela Jacksona ogólnoświatowy &quot;cyrk&quot; trwał krócej. W tym wypadku jednak o wiele bardziej niż żałoba, liczą się konsekwencje. W przypadku polityki jakość każdej konsekwencji mierzona jest słupkami poparcia, czyli władzy, co w dalszej perspektywie sprowadza się do pytania, kto straci, a kto zyska na katastrofie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Słuszne oburzenie dopada naród, gdy PiS jedzie po trupach do celu. Ale polityk musi być cynikiem - musi przed kamerami umieć się rozpłakać i oburzyć nawet z powodu najmniejszej pierdoły - widzowie, przyzwyczajeni do narracji telenowelowej, po prostu to lubią. Gdyby polityk mówił to, co myśli i robił to, co jest racjonalne (zwróćcie uwagę, że wierzę tutaj naiwnie w intelekt polityków stłamszony okrutnie przez ogłupiony motłoch), to by się pożegnał ze stołkiem - jak powiedział był kiedyś Tomasz Lis na żywo - widzowie wybaczą wszystko, oprócz poważnego traktowania. Małe przyjemnostki dla maluczkich, żeby mieli zajęcie i się nie stresowali. Trzeba się z tym pogodzić - dopóki wyborcza większość (a faktycznie - rządząca mniejszość) dyktuje reszcie normy i gusta, opór nie ma sensu. Uroki demokracji.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wszyscy widzieliśmy w mediach &quot;fanatyków pod krzyżem&quot;. A widzieliście masy ludzi, którzy przyszli się z tych &quot;fanatyków&quot; nabijać? Wielokrotnie można było usłyszeć, że młodzi ludzie zebrani na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, chcą pokazać jacy są nowocześni, ironiczni i sceptyczni wobec katolandu - ale co ciekawe, kamery jakoś niechętnie te otwarte masy filmowały - młodych ludzi popychających, szarpiących, naśmiewających się z rozmodlonych staruszków. Albo skandujących hasła przeciwko pochówkowi na Wawelu, wśród królów (zapewne byli to monarchiści - chociaż zważywszy na oskarżenia Kaczyńskiego o zapędy dyktatorskie, to wybór chyba był trafny) - nowoczesność i otwartość w praktyce? Raczej brak symetrii.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Było jasne, że PiS na katastrofie może zyskać, jeśli odpowiednio tym zagra, bo przecież życie to gra, jakby nie było to cyniczne i oburzające. Ale czy nie jest równie oburzające, że pewne &quot;polityczne siły&quot; od początku próbowały ośmieszyć i skompromitować Lecha Kaczyńskiego oraz ludzi, którzy gromadzili się pod pałacem by protestować przeciwko opieszałości śledztwa? Przecież wiadomo, że jak PiS by zyskał, to ktoś inny by stracił. Więc Tusk pędził na miejsce katastrofy, żeby jako pierwszy przed Jarkiem i przed kamerami przytulić się z Putinem. Cyniczne? Polityka. Pragmatyzm.&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;object height=&quot;327&quot; width=&quot;480&quot;&gt;&lt;param name=&quot;movie&quot; value=&quot;http://www.dailymotion.pl/swf/video/x39z0?theme=none&quot;&gt;&lt;/param&gt;
&lt;param name=&quot;allowFullScreen&quot; value=&quot;true&quot;&gt;&lt;/param&gt;
&lt;param name=&quot;allowScriptAccess&quot; value=&quot;always&quot;&gt;&lt;/param&gt;
&lt;param name=&quot;wmode&quot; value=&quot;transparent&quot;&gt;&lt;/param&gt;
&lt;embed type=&quot;application/x-shockwave-flash&quot; src=&quot;http://www.dailymotion.pl/swf/video/x39z0?theme=none&quot; width=&quot;480&quot; height=&quot;327&quot; wmode=&quot;transparent&quot; allowfullscreen=&quot;true&quot; allowscriptaccess=&quot;always&quot;&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;
&lt;a href=&quot;http://www.dailymotion.pl/video/x39z0_system-of-a-down-toxicity_music&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;System Of A Down - Toxicity&lt;/a&gt; &lt;i&gt; przez &lt;a href=&quot;http://www.dailymotion.pl/Jet9009&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Jet9009&lt;/a&gt;&lt;/i&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://worek-kosci.blogspot.com/feeds/8354903754401089481/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2011/04/praktyki-smolenskie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/8354903754401089481'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2438412708065787305/posts/default/8354903754401089481'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://worek-kosci.blogspot.com/2011/04/praktyki-smolenskie.html' title='Praktyki smoleńskie'/><author><name>PB</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04996051404395338477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='https://img1.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>