<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<?xml-stylesheet type="text/xsl" media="screen" href="/~d/styles/rss2full.xsl"?><?xml-stylesheet type="text/css" media="screen" href="http://feeds.feedburner.com/~d/styles/itemcontent.css"?><!-- generator="FeedCreator 1.7.2" --><rss version="2.0">
	<channel>
		<title>innestany.pl</title>
		<description>Gorące info o naszych wypadach, akcjach, pomysłach i poczynaniach.</description>
		<link>http://innestany.pl</link>
		<lastBuildDate>Fri, 24 Feb 2012 22:11:58 +0100</lastBuildDate>
		<generator>FeedCreator 1.7.2</generator>
		<atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="self" type="application/rss+xml" href="http://feeds.feedburner.com/innestanypl" /><feedburner:info xmlns:feedburner="http://rssnamespace.org/feedburner/ext/1.0" uri="innestanypl" /><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="hub" href="http://pubsubhubbub.appspot.com/" /><item>
			<title>Lubianka da się lubić</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=269&amp;Itemid=37</link>
			<description>RZECZNE OPOWIEŚCI - 
 


 


 



Co? 


Lubianka, lewobrzeżny dopływ Drwęcy


Gdzie? 


Kijaszkowo - Dulnik, ok. 8 kilometrów 


Kiedy? 


6 czerwca 2009 r.



Kto? 


Gizbern i Luksfer



 


- LUKSFER -



Po wielu przygodach na Wilczej Strudze oraz udanym skoku na zimową Trynkę, postanowiliśmy zbadać kolejny mało znany dopływ dolnej Drwęcy - Lubiankę. Ta niewielka rzeczka, kończąca swój bieg we wsi Dulnik (powyżej Ciechocina) potrafi zaskoczyć sielankowym urokiem i zmiennością charakteru.

Spływ rozpoczynamy w okolicach Kijaszkowa:


 


 


 


Po przedarciu się przez biebrzopodobny labirynt trzcinowisk...



 


  


 


...wypływamy na niewielkie rozlewisko, ukryte w malowniczej dolince:


 





 










 


 


Krótka medytacja na ekologicznym pomoście...


 


 


 


i obieramy kurs na masyw przedwiecznego grodziska:



 


Napotkany człowiek w pychówce oświadcza nam, że jeziorko, po którym właśnie płyniemy było do niedawna całkowicie zarośniętą kałużą. Być może dlatego nigdy przedtem nie spotkał tu kajakarza?


 


 


 


 


 


Jeszcze kawałek po dywanie z szuwarowej roslinności: 


 


 


 


  


 


I docieramy do jazu piętrzącego, za sprawą którego rzeczona kałuża zmieniła się w rzeczone jeziorko:






 










  



 





 


Dalej trafiamy na kilka lajtowych zwałek:


 


  


 




stadko ciekawskich krów:


 


 




mostek:


 


  


 


i kolejny jaz, za którym rzeczka zmienia się znacząco.


 


 


 


Nabiera rozpędu i bystrzy sobie wesoło wśród głazów i kamoli. Gdyby tak trafić tu na wyższą o 10 centymetrów wodę, byłoby całkiem miło.


 


 



Lubiankowe mikropiekiełko rozciąga się na odcinku jednego kilometra. Dalej znów robi się rozlewiskowato. Po kilku machnięciach wiosłem docieramy do starego drewnianego młyna w Dulniku, gdzie kończymy spływik.


 


  


 


Ostatnie 150 metrów dzielące nas od Drwęcy okazuje się niespływalne. Trudno, najważniejsze, że na koncie kolejny praktycznie nieznany, a interesujący i - wbrew naszym obawom - wolny od śmieci dopływ Drwęcy. I to raptem kilkanaście kilometrów od rodzinnego Torunia. Ciekawe, ile jeszcze tajemnic kryją okoliczne krzaczory?


 

</description>
			<pubDate>Mon, 08 Jun 2009 19:08:18 +0100</pubDate>
		</item>
		<item>
			<title>Marakesz Filipa</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=268&amp;Itemid=38</link>
			<description>BLOG RADECKIEGO - 
25 marca 2009


Nasz człowiek, choć bloger z niego leniwy, skutecznie wypiął się na biura podróży. Wsiadł w samolot w Londynie, wysiadł w Marakeszu. Nie pytał o nic w biurach podróży, nie sprawdzał wiarygodności przewożników. Poleciał, bo chciał. Filip ma pustynne odjazdy. Teraz, gdy to piszę, wsiada własnie do autobusu, który zawieźć go ma na południe od miasta. Wysiądzie i pójdzie w góry. Taki Filip ma plan. A Filip bez planu nie chodzi nawet do kibla.

</description>
			<pubDate>Wed, 25 Mar 2009 19:29:13 +0100</pubDate>
		</item>
		<item>
			<title>Tam, gdzie się woda piekli</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=266&amp;Itemid=37</link>
			<description>RZECZNE OPOWIEŚCI - 







 


  


 


 


tekst: Adam Luks, zdjęcia: Grzegorz Olkowski 


 Nowości , 6 lutego 2009 r.


 


Sobotni poranek, ostatni dzień stycznia. Przy nieczynnym młynie
we wsi Chełsty zbiera się kolorowy tłumek. Czapy, szale, rękawice.
Kamizelki asekuracyjne, wiosła, kajaki. Brrr, od samego patrzenia
przechodzą dreszcze. Nie jest wprawdzie zbyt zimno - dwa, góra
trzy stopnie poniżej zera. Za to od dobrej godziny trwa śnieżna
zadymka.


 



  


 


Gdzieś w dole szumi Wel, największy lewobrzeżny dopływ Drwęcy,
znany z wartkiego nurtu i przełomowego odcinka o górskim
wręcz temperamencie. To tak zwane Piekiełko. Można w ciemno
założyć, że co trzeci kajakarz spośród zebranej tu
gromadki zaliczy dziś orzeźwiającą kąpiel. Zimowy spływ
piekielnym odcinkiem Welu słynie z dużej liczby spektakularnych  kabin , jak w kajakowym żargonie określa się wywrotki.


Na otwarcie imprezy od razu mocny akcent. W pozostałościach
dawnego młyńskiego jazu utworzyło się długie bystrze. Biała
woda rozbija się o głazy i mniejsze kamole. Huczy głośno. Taka premia specjalna. Tylko dla odważnych. 


- No to chlup - rzuca komendę Tomek,
kajakarz-kawalarz z Lisewa, zjeżdżając w swojej górskiej  jedynce  (niczym na sankach) z zaśnieżonej skarpy. Prosto w
rzeczne odmęty.


 


 


 


W jego ślady idą kolejni fachowcy w polietylenowych
kajakach i nieprzemakalnych strojach.


 


 


 


  


  


 


Ale na skok z jazu
decyduje się również kilku bohaterów w długich dwuosobowych  czółnach , które
w takich okolicznościach radzą sobie słabiej. 


 


  


 


- Ten spływ uznawany jest za jedną z trudniejszych masowych
imprez tego typu, ale biorą w nim udział nie tylko profesjonaliści
- mówi Adam Kopiczyński, organizator spływu i zapalony
kajakarz. - Równie wielu jest amatorów, może nieco
gorzej wyposażonych, za to nadrabiających odwagą i entuzjazmem.


 


  


 


Kolejni kajakarze pokonują kamieniste bystrze. Kilku pechowców
ma już za sobą pierwszą kąpiel. Na brzegach wylewają wodę z
butów, kapturów i łódek. Nie widać jednak, aby
kogokolwiek to zniechęciło. Kolejni chętni do skoku z jazu
ustawiają się w kolejce. - To lepsze niż snowboard - zapewnia
chłopak w ociekającej wodą bluzie. Już trzeci raz przymierza się
do pokonania jazu.


 


  


 


Kto wie, być może to 
ostatnia taka okazja? W Chełstach powstać ma wkrótce elektrownia wodna, co z
punktu widzenia kajakarzy oznacza jedno - koniec zabawy. Na razie
jednak impreza trwa. Prawdziwe emocje tak naprawdę dopiero przed
wodniakami. Kulminacyjny punkt spływu - słynne Piekiełko - czeka
na pierwsze ofiary jakieś 2 kilometry w dół rzeki.


 


 


 


Wel na tym odcinku płynie wartko. W kilku trudniejszych miejscach
trafiają się pojedyncze wywrotki. Jednak prawdziwy festiwal  kabin 
zacznie się dopiero za najbliższym zakrętem. Strome zbocza, sporo
zwalonych drzew i szybki nurt. Zgodnie z przewodnikiem, uroczysko
rozciąga się na 2 kilometry. Naprawdę piekielny jest zaledwie
300-metrowy odcinek. Dokładnie 3 zakręty rzeki. Najlepsze punkty
widokowe obsadzają ekipy telewizyjne i fotoreporterzy.


 


  


 


Nadciągają pierwsi odważni. Krótkie jednoosobowe
kajaczki są stworzone do zabawy w takich miejscach. Zgrabnie
manewrują pomiędzy kamieniami, ślizgają się po zatopionych
kłodach i wskakują na pnie wystające z wody. Doświadczeni
wodniacy przechodzą Piekiełko bez strat. 


 


 


  


 


- Uuu, panie, słabiutko w tym roku. Na spływie ZBoWiDu lepiej
się ubawisz - marudzi Tomek. - W 84. to nawet pstrągi na tych
zakrętach nie wyrabiały.


Wyraźnie niedopieszczony czuje się również Gizbern,
ratownik, nurek i kajakarz z Torunia. Krótko mówiąc,
człowiek, który nie boi się wody. To raczej woda obawia się
jego. Jakby na potwierdzenie tej odważnej tezy Gizbern
wskakuje do rzeki, aby jeszcze raz pokonać Piekiełko - tym razem
wpław. A co, nogami do przodu!


 


 


 


Tymczasem nadciągają prawdziwi bohaterowie dnia - 
osady dwuosobowe.


 


 


 


Chwila nieuwagi i bystry nurt przypiera jeden z kajaków
bokiem do drzewa. Woda przelewa się przez kokpit. Ludzie za burtą!


 


 


 


Kolejna ekipa nie daje rady wyhamować, nadziewa się na kajak
poprzedników, przechyla i... piszczy z zimna. Na przeszkodzie
tworzy się klasyczny hydrokarambol. 


 


 


 


Z tyłu stawki drobna
konsternacja. Wodniakom puszczają nerwy, kilka osób
postanawia obnieść uroczysko, co nie jest wcale takim łatwym
przedsięwzięciem. Zbocza są tu naprawdę strome i oblodzone. Do
tego wkalkulować trzeba odrobinę złośliwości ze strony kajakowej
braci:  interesujący wariant kajakarstwa górskiego... 


 


  


 


Oto jednak kolejni śmiałkowie podejmują wyzwanie. Po wstępnej
reorganizacji w każdej dwójce zasiada tylko jeden sternik.
Inaczej rozłożony środek ciężkości - łatwiej w ten sposób
manewrować na przeszkodach. Niektórym kajakarzom sztuczka się
udaje, pozostali i tak lądują w lodowatej wodzie.


 


  


 


Krzysztof z Brodnicy kąpie się dziś trzeci raz. Jak się okaże
później, zostanie rekordzistą spływu. Na razie myśli
raczej o tym, jak wyjść cało z opresji. Prąd wciska go pod grubą
kłodę. Ostatkiem sił wyciąga głowę na powierzchnię, wolno
wychodzi z rzeki, odkasłuje wodę, której solidnie się opił.
Po zrzuceniu mokrych ciuchów odzyskuje rezon.


 


  


 


- Największa przygoda w życiu - podsumowuje. - Jestem żeglarzem,
kajakiem pływałem dotychczas tylko po jeziorku. I wyłącznie
latem. Czyli tak, jakbym nie pływał wcale. Spodobało mi się
strasznie. Można już zapisywać się na przyszły rok?


 

</description>
			<pubDate>Thu, 19 Mar 2009 20:15:36 +0100</pubDate>
		</item>
		<item>
			<title>Innestany beauty</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=265&amp;Itemid=38</link>
			<description>BLOG RADECKIEGO - 
8 lutego 2009


 


Skoro żaden z nas nie odważył się dotąd tego napisać...  Ktoś zawlec musi ten drąg na górę. A potem się martwcie.



 

</description>
			<pubDate>Sun, 08 Feb 2009 12:54:53 +0100</pubDate>
		</item>
		<item>
			<title>Nad toruńską Niagarą</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=262&amp;Itemid=37</link>
			<description>RZECZNE OPOWIEŚCI - 






  


 


Wodospad! 


 


 


 


No dobra, wodospadzik. 


 


  


 


Niewielki (może z pół metra), za to jedyny w okolicach
Torunia naturalny, skalny uskok rzeczny. 


 


 


 


Rzeczka zwie się Zielonka i przepływa przez środek Puszczy
Bydgoskiej. W maju - super miejsce na rodzinną majówkę. A w
listopadzie? Na kajakową listopadówkę!


 


 


 


Większości normalnych ludzi słowo  kajak  przywodzi na
myśl słońce, zieleń liści, zapach kwiatów, generalnie -
ciepłe klimaty. Naszym zdaniem to zwykły stereotyp. Członkowie
toruńskiej grupy kajakowej innestany.pl wychodzą z założenia, że
sezon kajakowy trwa cały rok. 


 


 


 


O tym, że nie istnieje coś takiego jak  nieodpowiednia pora
roku na kajak  przekonała się
wreszcie Minia, śledząca dotychczas nasze zwałkowe wyczyny z bezpiecznej
odległości.


 


  


  


 


Na własnej, zdecydowanie ciepłolubnej skórze
doświadczyła, że nie potrzeba ani
wysokiej temperatury, ani nawet za dużo wody, by zorganizować sobie wesoły spływik. 


 


 


 


  


 


A raczej stacjonarny trening - na niepozornej, ale uroczej rzeczce
Zielonce.


 


 


 


 


 


Po krótkiej rozgrzewce... 


 


 


  


 



 


...postanowiliśmy urozmaicić sobie jakoś zabawę. Nie pierwszy raz okazało się, że w
kajakarstwie zwałkowym, bardziej niż woda, liczy się oryginalne
spojrzenie na potencjał naturalnego ukształtowania terenu:



W akcji: Minia,


 


 


 


 


  


 


Dagmarka,


 


 


 


 


  


 


Łukasz,


 


 


 


 


  


 


Luksfer,


 


 


 


 


  


 


i jeszcze raz Dagmarka


 


 


 


 


  


 


Za puentę niech posłuży ponizsza mina:


 





 


 

</description>
			<pubDate>Sun, 11 Jan 2009 10:41:00 +0100</pubDate>
		</item>
		<item>
			<title>El Kazano</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=254&amp;Itemid=38</link>
			<description>BLOG RADECKIEGO - 
12 listopada 2008


 


Mam psa, kocham go, choć nie jestem zbyt dobrym psim panem. Wyrzuty sumienia niewiele pomagają. Zapewne dlatego Kazan wziął sprawy w swoje łapy i zaczął zwiewać. Czyha na mój najdrobniejszy błąd - uchyloną furtkę, zamykającą się bramę, dziurę w płocie pozostawioną przez robotników sąsiada. Opuszcza swoje podwórko majestatycznie. Powoli, cicho i spokojnie. W sumie go rozumiem... 

</description>
			<pubDate>Wed, 12 Nov 2008 11:22:51 +0100</pubDate>
		</item>
		<item>
			<title>Cofka do piekła</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=253&amp;Itemid=37</link>
			<description>BLOG LUKSFERA - 
31 października 2008 r.


 


Zaliczyłem małą
retrospekcję. Adam Kopiczyński, organizator głośnego
już zimowego spływu Welem i Drwęcą, przesłał mi link do
youtubowego filmiku z przeprawy przez Piekiełko (przełomowy odcinek
rzeki Wel i kulminacyjny moment całego spływu). Miła cofka
pamięcią do niezwykle wesołej, barwnej i obfitującej w efektowne
kabiny imprezki.


 

</description>
			<pubDate>Sat, 01 Nov 2008 10:27:34 +0100</pubDate>
		</item>
		<item>
			<title>Tratwa abordażowa Herman von Balk</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=251&amp;Itemid=37</link>
			<description>RZECZNE OPOWIEŚCI - 
 


 


 




CO? 


Powrót Krzyżaków do Torunia - inscenizacja historyczna


GDZIE? 


Drwęca i Wisła, Kaszczorek - Toruń 


KIEDY? 


26 października 2008 r. 


KTO? 


Piotr Giza (wydział kultury Urzędu Miasta Torunia), Przemek Kubiczek (Agencja Widowisk Historycznych ARKONA), Tomek Mikiciuk (stowarzyszenie  Dąb Pomorza ) i Luksfer 


PO CO? 


Flis eksperymentalny 


 



 


Drygawka
to długie flisackie wiosło, z pomocą którego wytrawny
szczur rzeczny potrafi sterować nawet z natury niesterowną tratwą.
Dla amatora to po prostu kawał ciężkiego, nieporęcznego drąga.


 


- LUKSFER -


 


Wprawdzie chodzi tu o historyczny autentyzm, ale lniane gacie wolałem
zastąpić neoprenowymi spodniami. Z daleka i tak będą wyglądać
jak średniowieczne rajtuzy. Zresztą cały czteroosobowy oddział
rycerzy pod płaszcze z czarnym krzyżem wciąga kamizelki
asekuracyjne. Daje to ciekawy efekt... napompowania.


 


  


 


- No trudno - Przemysław Kubiczek, organizator historycznych
widowisk kończy właśnie wiązać onuce. - Czterech dobrze
odżywionych Krzyżaków będzie się prezentować na środku
Wisły bardziej dostojnie.


 


Tratwa zowie się Herman von Balk. Konstrukcja, oczywiście, możliwie
najwierniejsza historycznym realiom. Kilkanaście powiązanych ze
sobą bali, ściętych pod kątem od strony dziobu. Kilka wiechci
słomy rzuconych na środkową, podtopioną nieco część pokładu.
Kilka drągów do odpychania od brzegu. Większa drygawka z
tyłu, mniejsza z przodu. Płyniemy!


 


  


 


- Ubezpieczenia wykupione? - pyta policjant, wystawiając głowę z
kabiny przepływającej motorówki. W ogóle się nie
uśmiecha.


 


  


 


O dziwo, drewniana platforma reaguje, choć z opóźnieniem, na
ruchy drygawkami. Gdyby tak jeszcze  rufę  skoordynować z  dziobem . Na rozgrzewkę bierzemy spokojny ujściowy odcinek
Drwęcy. Po chwili otwiera się jednak szeroka przestrzeń królowej
polskich rzek. Wiślany nurt łapie tratwę.


 


 


 


Z tego miejsca do mostu kolejowego w Toruniu jest około 5
kilometrów. Na tym odcinku trzeba  dobrze opanować system
sterowania, żeby nie rozbić się przypadkiem na przęśle. Idzie
jednak coraz sprawniej, pod mostem przechodzimy gładko. Od strony
bulwaru flesze i przyjazne  ahoj . 


 


- Kto mógł się spodziewać, że tak ciepło powrót
Krzyżaków do Torunia przyjmą - pozdrawia przechodniów
Piotr Giza z wydziału kultury UMT, jeden z inicjatorów tej
rzecznej inscenizacji.


 


Pod mostem drogowym też jakoś udaje się przepłynąć. W takich
okolicznościach przyrody nadchodzi refleksja, że ten
upragniony nowy most dla Torunia właściwie by tylko zawadzał.


 


  


 


Zostawiamy za sobą bulwar, można odłożyć miecze i tarcze.
Zwłaszcza, że przed nami kolejna przeszkoda nie z tej co trzeba
epoki - stalowa barka. Napieramy na drygawki, ale barka zbliża się
szybciej, niż początkowo wyglądało. Drygawki trzeszczą, tratwa
zbyt wolno zmienia kierunek, jeszcze dwa metry, metr, nie zdążymy...


 


Zaczepiamy lewą burtą o ścięty przód barki. Woda
natychmiast wciska drewnianą konstrukcję pod spód. W
ostatniej chwili wdrapujemy się na pokład naszej pogromczyni.
Wszyscy są? Tak, ale Tomek ze stowarzyszenia  Dąb Pomorza  wisi
trzymając się przedniej krawędzi.


 


- Długo tak nie wytrzymam - mówi z zimnym spokojem,
majtając przy tym nogami nad miejscem, gdzie przed chwilą wessało
tratwę pod wodę. 


 


We trzech dopadamy do  rozbitka  i ciągniemy
za ręce. Krzyżackie płaszcze powiewają na wietrze. Wędkarze aż
wstają z wrażenia. Abordażu krzyżackiego oddziału na
transportową barkę nie ogląda się w końcu co dzień. Pomóc
i tak nie mogą - scena rozgrywa się kilkadziesiąt metrów
od brzegu.


 


Tomek jest już na barce. Jest też policyjna motorówka. Udaje
się uratować nawet tarcze i wodoodporny worek z telefonami
komórkowymi. Po kilku minutach spod barki uwalnia się również
tratwa. Krzyżacki desant w Toruniu kończymy nieco inaczej niż
przewidziano w scenariuszu inscenizacji, ale bez strat i efektownie.


 


- Pierwsze koty za płoty - kwituje Piotr. - Z dnia na dzień nie
zrobisz z Krzyżaka flisaka.


 


 





Herman von Balk - pierwszy Mistrz Krajowy Zakonu Krzyżackiego w Prusach. Założyciel Torunia.
Urodził się prawdopodobnie ok. 1209 r. gdzieś w Dolnej Saksonii. Nie
wiadomo dokładnie kiedy wstąpił do Zakonu i jak przebiegała jego
rycerska kariera, ale najprawdopodobniej musiał odznaczać się
ponadprzeciętnymi zdolnościami, skoro sam wielki mistrz Herman von
Salza wyznaczył właśnie jego do pionierskiej misji pruskiej. 


WIKIPEDIA


 


 W 1230 r. Balk przybył do
Nieszawy, a wkrótce - dowodząc niewielką grupą zbrojnych -
przeprawił się przez Wisłę i tam założył pierwszą osadę -
Toruń. To stąd kierował później walką z plemionami
pruskimi, tędy przepuszczał pierwsze oddziały rycerzy i osadników,
którzy korzystając z krzyżackiej osłony, planów i
pieniędzy w błyskawicznym czasie wybudowali nowe miasta, potężne
zamki...  


Fragment Kroniki ziem pruskich Mikołaja
von Jeroschin


 



 

</description>
			<pubDate>Tue, 28 Oct 2008 11:43:22 +0100</pubDate>
		</item>
		<item>
			<title>Płyną Wisłą Meksykanie</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=249&amp;Itemid=38</link>
			<description>WYPRAWY - 








27 października 2008 


 


Nie trzeba jechać do Meksyku. Wystarczy wsiąść do
Polskiego Expressu i  wysiąść w
Wyszogrodzie - zatrzyma się na przystanku w pobliżu baru  Wisełka , który nie
ma neonu ani kaloryfera. Żyją tam prawdziwi Meksykanie. Twarze prawdziwe,
spojrzenia przenikliwe, zapach mężczyzny. Dwieście kroków stąd jest przystań.
Zapewne od dwustu pokoleń.


 


- RADECKI -


 


 


 


Figurski pod bar zajechał, kiedy
kończyłem pierwszą kolejkę piwa w barze  Wisełka . W zielonym ponczo,
czarnomorskiej koszulce w paski, za kierownicą białego suzuki samurai z
zapasowym kołem na dachu. Nie zatrąbił. Figurski nie trąbi. Robi co się
da, żeby się
nie spieszyć. Przecież następnego dnia mieliśmy wypłynąć łodzią
pychówką w
podróż do dalekiej Złotorii. Słynną meksykańską rzeką Wisłą.


Zdziarka. Osada pod
Czerwińskiem nad Wisłą niegdyś flisacza, obecnie letniskowa dla tych, którzy od
zgiełku Warszawy uciekać muszą głęboko w krzaki. Figurski wybrał do swojego
domu drogę dłuższą, przez wąski wąwóz, liście i październikową mgłę. W krótkim
samurai załadowanym torbami śpiewał Bob Marley. W drewnianym domu z początku
wieku było radio odbierające tylko Program I Polskiego Radia. Trzeba się napić.


Piliśmy i gadaliśmy. O żonach,
wprawkach do filozofii, windach telewizyjnych i innych pierdołach. Obaj
wyciągnęliśmy
nogi przed piecem-kozą, w pokoju wyposażonym jedynie w dwa łóżka,
pościel, okno
i dwie fotografie na ścianach. Po krupniku zaspaliśmy. Kac opóźnił nas
przynajmniej o trzy godziny. Na meksykańskich rzekach, jak
wiadomo, nikt jednak donikąd się nie spieszy. Czasu nie mają tylko
kierowcy pojazdów
kołowych. Samuraja zostawialiśmy samego na... Nie mieliśmy pojęcia.
Czas był open. Dla tych, którzy podróżują łodziami od zarośli
porastających brzegi
rzeki do wysp, rytm nadaje słońce i księżyc. Nasza przystań położona
jest kilka
kilometrów za Czerwińskiem w górę rzeki, cała zarośnięta jest krzakami.


 


 


 


 


 


Do Złotorii teleportować miała
nas  Henia  - takie imię nadał jej Figurski. Pięciometrowa  pychówka , której
kształt i konstrukcję wiślani flisacy doskonalili przynajmniej od pięciuset
lat. Długa, wąska i pakowna - zabraliśmy na pokład wszystko co potrzeba do
przeżycia przez dwa tygodnie. Od kanistrów z paliwem po kotwicę. W dobie
silników spalinowych skrócona o kilkadziesiąt centymetrów - tak, aby do pawęży
można było przymocować jednostkę napędową. Ośmiokonny silnik ma chyba same
zalety. Nie hałasuje - mruczy. Przyspiesza, pozwala manewrować, nie ma
zanurzonej śruby zbyt głęboko, przez co pływać można po wodzie o
kilkudziesięciocentymetrowej głębokości. 


W  Heni  Figurski zakochany
jest. Z wzajemnością, jak sądzę.


 


 


 


Odcinek pomiędzy Czerwińskiem a
Płockiem okazał się ornitologicznym Eldorado. Tysiące kormoranów, dzikich gęsi
i kaczek. Kilka razy pokazały nam się czaple szare, a potem białe, podobno
niezwykle rzadko w Polsce spotykane. Nie nasyciliśmy się widokiem ptaków
rzecznych, gdy nad łodzią przeleciał orzeł. Ptaszysko olbrzymie - w naturze
oglądałem go po raz pierwszy. Potem pojawił się jeszcze jeden. A potem cztery.
Cała rodzina. Kilka kilometrów dalej dostrzegliśmy nad lasem drugą orlą
familię. 


Nie zdążyliśmy się rozpędzić,
kiedy trzeba było zacząć rozglądać się za noclegiem. Warunkiem dobrego noclegu
na Wiśle jest, zdaniem Meksykanów, wyłącznie dobry widok. Suche drewno, piaszczysta wyspa i miejsce
na namiot znajdzie się przy okazji.


 


 


 


 


 


Rozbiliśmy się około pięć
kilometrów przed Płockiem. Na horyzoncie, przy 
zakolu Wisły na poranną szychtę czekała pogłębiarka. Nie zakłócała nam
widoku. Meksykanie z Płocka mają przecież do rzeki takie samo prawo, jak my.
Prawdopodobnie pracujący na pogłębiarce Jose i Diego to jedyni ludzie, którzy
od czasu do czasu widzą rzekę... Większość Meksykanów mieszkających nad Wisłą,
nie dostrzega jej w ogóle.


Figurski na naszej pierwszej
nocnej wyspie przypomniał mi stary, harcerski zwyczaj: obóz masz tam, gdzie
wbijesz w ziemię kij i obok rozpalisz ogień. Kiedyś ukradkiem kpiłem z harcerzy
i ich obyczajów. Na tamtej wyspie wypiłem za pamięć tego, który ten zwyczaj
przeniósł z neolitu do ZHP. Na zagrychę miałem boczek z grilla, czosnek i
bochen prawdziwego chleba.


 


 


 


Kapitan  Heni  nie pił. Gryzł
się z myślami. Wciąż jeszcze był przy bracie i żonie. Z ich problemami i swoimi
też. Spał źle. Przewracał się z boku na bok. Wygrzebywał się ze śpiwora,
nasłuchiwał czy podchodzą do nas łosie. O szóstej rano czekał na świt.


 


  


 


Słońce wyszło zza chmur tylko
na parę chwil. Temperatura spadła. Około dziesiątej zerwał się wiatr. Wiał z
północnego zachodu, prosto nam w twarz. Gdy minęliśmy pierwszy most w Płocku,
pojawiły się fale. Takie, które bojaźliwego kajakarza natychmiast kierują na
brzeg.  Henia  takich fal jeszcze nie poznała. Nie wiedzieliśmy jak będzie się
sprawować.


Po minięciu drugiego mostu w
Płocku zatrzymaliśmy się na kawę. Na płockiej plaży rozpaliliśmy ognisko. Samym
widokiem przestraszyliśmy jakiegoś kolesia skrytego pod kapturkiem. Ciężkie
buty, moro i ognisko w październiku nie pasowały do jego świata. Wolał nas
ominąć.


Zalew Włocławski trochę nas
przestraszył. Falami długimi i wysokimi. Łódź uderzała w nie z hukiem. Lecz ani
jedna kropla nie wpadła na pokład. Flisacy przemyśleli dobrze jej konstrukcję.
Gdy dziób wbijał się na szczyt fali, rufa unosiła się na poprzedniej. Wiało -
więc bujało. Bardzo bujało. Trzeba było trzymać się ławeczki.


 


 


 


 


  


 


Most w Płocku zostawiliśmy za
plecami. Kiedy zniknął z horyzontu, mieliśmy przed sobą tylko dystans Zalewu.
Robi wrażenie. Siedzący we mnie brzuchaty szczur rzeczny nie był zadowolony z
tego co widział. Horyzont kołysał się - góra, dół, góra, dół... Całe szczęście
na wodach śródlądowych nie można zapaść na chorobę morską. 


Na Zalewie skończył się
krupnik. Przeszedłem na żołądkową gorzką z miętą, która okazała się wielkim
meksykańskim wynalazkiem. Niestety, jego stwórcy nie opanowali sztuki
bezsklepowego napełniania flaszki. Do wieczora opróżniliśmy więc i żołądkową z
miętą.


Gdzieś pomiędzy Włocławkiem a
Dobrzyniem nad Wisłą zatrzymaliśmy się przy prawdziwej meksykańskiej osadzie
opuszczonej wiele dni temu. Pozostawiliśmy tam nasz piracki totem - małą czarną
flagę z białą czaszką. Zabraliśmy za to ich starą banderę zatkniętą na patyk.


 


 


 


Płynęliśmy przy prawym brzegu.
Jest wyższy. Porośnięty zdziczałymi sadami, kolorowymi jak pstrokate papugi.
Zanim słońce zaczęło skrywać się za horyzontem, znaleźliśmy miejsce na nocleg.
Miejsce idealne. Dwumetrowy klif dochodzący do samej wody. W dzikim sadzie
jabłoni. Ognisko mogliśmy rozpalić nad samym brzegiem - tak, żeby przez płomienie
patrzeć na zachód i minarety włocławskich kominów.


 


  


 


Nie trzeba było gadać.
Leżeliśmy i gapiliśmy się w dal.


-        
Nie zasłaniam ci? - spytałem Figurskiego.


-        
Nie. Mam bardzo duży telewizor - odpowiedział.


To był dobry wieczór. Udało się
wreszcie zapomnieć o tym, co zostawiliśmy w miastach. Baterie w komórkach
rozładowały się. Gdyby nie zegarki, zapewne zupełnie stracilibyśmy poczucie
czasu. Jak wtedy, gdy zatrzymaliśmy się na piwo w Dobrzyniu nad Wisłą. Od
miejscowych pijaczków kupiliśmy garść orzechów. Rozpoznali nas. Przemówili po
hiszpańsku. W Dobrzyniu wyglądaliśmy na prawdziwych Meksykanów, choć takich,
którzy zapewne wyemigrowali do New York, jednak twarze i zapach mieli meksykański.


 


 


 


Następnego dnia dotknęliśmy
urzędniczych obowiązków. Śluza we Włocławku otwierana jest o
określonych
godzinach - 8, 12 i 15. Pokonanie Wisły inną drogą było dla nas
niemożliwe. Pychówki nie da się przenieść. Poza tym jak nie skorzystać
z okazji wejścia do
śluzy, z której specjalnie dla  Heni  spuszczonych zostało 20 tysięcy
metrów
sześciennych wody?


W dyżurce wiślanych urzędników
wodnych na ścianach uśmiechały się rozebrane panienki z kalendarzy. Numery
łodzi wpisano do grubej księgi. Kiedy kilka dni później Figurski wracał
samotnie do Zdziarki, numery  Heni  wpisano do księgi raz jeszcze. Dwa wpisy z
tymi samymi numerami obok siebie. Mimo bardzo wysokiego stanu wody, śluzy we
Włocławku nikt nie pokonywał.


Czekaliśmy na Bógpomóż - ponoć
to piękne miejsce. Pełno wysp, łachy... Wody było o trzy metry za dużo.
Wszystko co piękne w tym miejscu schowało się pod wodą. Przy brzegach na barki
robotnicy rzeczni ładowali faszynę. Szerokim łukiem ominęliśmy białe liny
cumownicze. Po jednej niechcący musnęliśmy śrubą. Kilkanaście minut później
okazało się, że otarliśmy się o katastrofę. 


Ruszył za nami Pan Wisły. Stary
wodniak w szybkiej, dużej motorówce. Gnał przeciwległym brzegiem. Z
daleka wyglądał na policyjną motorówkę. Barwy białe i niebieskie, mocny
silnik, duża fala spod dziobu. Za sterem siedział jednak stary, łysy
Pan
Wisły.


- Znaków wodnych, panowie,
kurwa, nie znacie? - zawołał, kiedy postawił swoją motorówkę tak, że  Henia 
uderzyła dziobem w jego stalową burtę. 


- No właśnie nie znamy...


- A nie wiecie, że nie
przechodzi się nad liną, tylko pod liną? -  Henia  bujała się niebezpiecznie na
falach wzburzonych przez Pana Wisły i jego stalową łódź.


- No tego też nie wiemy...


- Ona napięta jest jak
jaja
barana! Przetneicie ją, to przejdzie przez was jak przez papier. Idźcie
lewym brzegiem. Fala ma trzy metry, na nic nie wpadniecie. Tylko mi,
kurwa, płynąć lewym nie prawym. Rozumiecie? 


Nie
mieliśmy nic więcej do powiedzenia. Pan Wisły pokręcił głową jak
zatroskany ojciec.
Odpłynął. Więcej go już nie spotkaliśmy. Nie było też barek z faszyną.
Ani wędkarzy, rybaków, rolników przy krowach. Nikogo. Zatrzymaliśmy
się przy ruinach zamku w Bobrownikach. Pozostało z niego o wiele
więcej, niż z
zamku w Złotorii. Dość głęboka fosa, kamienne fundamenty muru
zewnętrznego,
ruiny zamku głównego, nawet fragment piwnicy.W miejscu, gdzie kiedyś
była brama wjazdowa, współcześni Meksykanie ustawili wielki kamień.
Zapewne coś miał symbolizować. 


 


 


 


Za Nieszawą
była już tylko woda, drzewa i krzaczory. Marzyła nam się łacha. Odnaleźliśmy
szczyt największej. Podeszliśmy do niej pod nurt. Zmieszaliśmy nasze ślady z
tropami kormoranów i mew.


 


 


 


Płynęliśmy
do zmroku. Na ostatni zachód słońca patrzyliśmy siedząc na łodzi. Do
brzegu
dobiliśmy przy ruinach w Złotorii. Gdyby nie klimat zamku, miejsce na
nocleg byłoby beznadziejne - według meksykańskich norm. Blisko wody,
bez widoku na cokolwiek pięknego. Pojawili się za to Iw, moje dzieci,
Adah i Agatka, Anette von Fatale, i paru wędkarzy. Świeciła nam lampa
ciśnieniowa. Polacy grali mecz z Czechami, podobno wspaniały. Nie wiem.
Spędziliśmy tamtą noc na zamku, gdzie sześćset lat wcześniej armia
Urlyka von Jungingena przygotowywała atak... 


Rankiem
Marcin zaczął wracać do Zdziarki. Wrócił.


 

</description>
			<pubDate>Mon, 27 Oct 2008 12:56:10 +0100</pubDate>
		</item>
		<item>
			<title>Ten wielki, wredny dąb</title>
			<link>http://innestany.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=245&amp;Itemid=37</link>
			<description>RZECZNE OPOWIEŚCI - 
 


 


 



Co?


relaksacyjne spławianie się


Gdzie?


rzeka Wda, odcinek: Łuby - Tleń


Kiedy?


30-31 sierpnia 2008 r.


Kto?


Joasia, Mamcia, Goła, Elyzabeth, Agatka, Piotr, Mateusz, Luksfer 



 


- LUKSFER - 





W przeciwieństwie do
części moich innostanowych kolegów nie potrzebuję 
monstrualnych wirów, żarłocznych odwojów,
niebotycznych slapów ani nawet wielowarstwowych stosów
drewna, aby spływ kajakowy zaliczyć do udanych. Kto wie, być może
nawet takie leniwe spławianie się, bez konieczności ciągłej
walki o życie, za to z nieograniczoną ilością czasu na
kontemplowanie przyrody, spokojną piwotonizację organizmu, a czasem
nawet jakąś głębszą refleksję, uznaję za najbardziej
wartościowy rodzaj kajakarstwa?





Do moich ulubionych
szlaków kontemplacyjnych zalicza się rzeka Wda. 


 


 


 


Przejrzysta woda,
żółciutki piaseczek na dnie, do tego skarpy, bory i
malownicze wioseczki... Chociaż latem bardziej zatłoczona, niż
kiedyś, przy swojej koleżance Brdzie wciąż pozostaje oazą
spokoju. Zaś mój wrodzony
optymizm nawet w zwiększonej popularności szlaku potrafi odnaleźć
niebagatelne pozytywy. Ot, choćby sezonowy bar w Błędnie, którego
właściciel, strzelający kawałami niczym Manuela z Big Brothera,
nakarmił utrudzonych kajakarzy darmowym smalcem i słonecznikiem.


 


 


 


 


Co najwazniejsze, w spływie
wzięło udział wyjątkowo rozrywkowe towarzystwo:


 


  


 


 


Poniżej krótka 
prezentacja ekipy z podziałem na osady:





Osada nr 1 - Mateusz i
Goła


  


 


Osada nr 2 - Joasia i Mamcia


 


 


Osada nr 3 - Piotr i
Elyzabeth


   


 


Osadę nr 4 obsadziła Agatka i ja


(materiałów zdjęciowych brak)


 


 


 


Niech nie zmyli jednak
nikogo przydługa pochwała lenistwa, zamieszczona na wstępie.
Spływ, tylko z pozoru leniwy, obfitował w  niespodziewane emocje i
dramatyczne zwroty akcji. Za bobrzą sprawką, trafiło się nawet
kilka zwałek.


 


 


 





Praktycznie od pierwszych
machnięć wiosłem COŚ wisiało w powietrzu. Na szczególnie
spragnioną mocnych wrażeń wyglądała osada nr 1, z definicji
odrzucająca rozwiązania konwencjonalne i bezustannie poszukująca
dróg możliwie najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych. A wszystko to w ramach przygotowań do olimpiady w Londynie. 


 


  


 


Powszechnie wiadomo, że
jest na Wdzie jedna szczególna przeszkoda - słynny dąb we wsi Stara Rzeka.


 


 


 


Punktem kulminacyjnym
całej imprezy było brawurowe natarcie osady nr 1 na ową
przeszkodę.


 


 


 


Zabrakło naprawdę
niewiele, aby ten bezprecedensowy burtowy atak zakończył się powodzeniem.


 


  





Jak możemy przekonac się na zbliżeniu, efektowna kabina nie zrobiła na zawodniku najmniejszego wrażenia.


 


 


 


Zresztą do końca etapu zostało nam z tego miejsca zaledwie kilkaset metrów. Zatem jedna z wersji zdarzeń, napomykająca coś o wywrotce zaplanowanej w celach poglądowych, jest najzupełniej wiarygodna.


 


 


 


Po zmierzchu postanowiliśmy jeszcze raz nawiedzić słynną przeszkodę. 


 


 


 


A potem wszystko potoczyło się już klasycznie.


 


 


 


 

</description>
			<pubDate>Fri, 19 Sep 2008 04:59:13 +0100</pubDate>
		</item>
	</channel>
</rss>

