<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<?xml-stylesheet type="text/xsl" media="screen" href="/~d/styles/rss2full.xsl"?><?xml-stylesheet type="text/css" media="screen" href="http://feeds.feedburner.com/~d/styles/itemcontent.css"?><rss xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearch/1.1/" xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0" xmlns:feedburner="http://rssnamespace.org/feedburner/ext/1.0" version="2.0"><channel><atom:id>tag:blogger.com,1999:blog-4580244315047733447</atom:id><lastBuildDate>Tue, 21 Feb 2012 06:54:20 +0000</lastBuildDate><category>vis-a-vis etiuda</category><category>literatura skandynawska</category><category>literatura młodzieżowa</category><category>baśń</category><category>literatura norweska</category><category>groteska</category><category>słowo/obraz terytoria</category><category>fantasy</category><category>literatura amerykańska</category><category>absurd</category><category>książka</category><title>Libria.pl</title><description /><link>http://www.libria.pl/</link><managingEditor>noreply@blogger.com (krzysztofuw)</managingEditor><generator>Blogger</generator><openSearch:totalResults>2</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="self" type="application/rss+xml" href="http://feeds.feedburner.com/Libriapl" /><feedburner:info uri="libriapl" /><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="hub" href="http://pubsubhubbub.appspot.com/" /><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-4580244315047733447.post-3234402553034688147</guid><pubDate>Sun, 05 Feb 2012 22:53:00 +0000</pubDate><atom:updated>2012-02-06T21:49:35.020+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">vis-a-vis etiuda</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">literatura młodzieżowa</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">fantasy</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">literatura amerykańska</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">książka</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">baśń</category><title>Lunapark bólu</title><description>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Ray Bradbury za oceanem powszechnie, a zarazem nieco żartobliwie, nazywany jest człowiekiem-biblioteką. To w ojczystym kraju został najbardziej doceniony do tego stopnia, że jego książki jeszcze za życia pojawiły się w kanonie lektur krajów anglosaskich. Zastanawiające jest dlaczego europejscy wydawcy  nie chcą przekuć tej sprawdzonej "marki" w wymierne korzyści? Do dzisiaj w naszym kraju zostało przetłumaczonych tylko kilka jego powieści (włączając zbiory opowiadań), a  co zadziwiające im dalej na wschód, tym sytuacja jest jeszcze gorsza. Philip K. Dick potrzebował ekranizacji, aby zaistnieć w świadomości czytelników, czy kolejna ekranizacja jego najsłynniejszej powieści "Fahrenheit 451" sprawi, że stanie się bardziej rozpoznawalny poza granicami swojego kraju?&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Powieść "Jakiś potwór tu nadchodzi" ("Something Wicked this Way Comes") została wydana w 1962 roku, kilka lat po ukazaniu się najbardziej znaczących utworów w dorobku Amerykanina. Co jest charakterystyczne dla jego twórczości, to brak wyrazistego stylu (sic!), co samo w sobie - wbrew pozorom - nie jest złe, szczególnie wtedy, kiedy przyjrzymy się bliżej konstrukcji gatunkowej (w konsekwencji także i fabularnej), którą powszechnie stosuje w swoich powieściach. Mimo, że zwyczajowo są one zaliczane do nurtu fantastyki, to tak naprawdę zawsze mamy do czynienia z misternie przygotowaną hybrydą gatunkową, która w zależności od konkretnej powieści, "przyodziewa szaty" (formę, konwencję?) powieści science fiction lub/i grozy. I chyba w tym tkwi sukces Bradbury'ego, jego twórczość poprzez wspomniane wyżej,  znakomite mariaże gatunkowe, trafia również do osób spoza danego kręgu gatunkowego.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;"Gdyby stanął tam człowiek, czy ujrzałby samego siebie powielonego miliardy razy, aż do nieskończoności? Czy miliardy obić spojrzałaby na niego, a każda kolejna twarz byłaby stara, najstarsza?"&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div style="text-align: right;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;/"Dom luster" w lunaparku/&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Symbolika w tej powieści, to nie tylko zastosowanie poetyckich opisów. To bardziej jest typ symboliki właściwy dla formy moralitetu. Pod płaszczem powieści przygodowej przeznaczonej dla starszych dzieci, która jest spoiwem fabularnym całego utworu, rozgrywa się walka między dobrem a złem. Bradbury tworzy płaszczyzny, które są pretekstem do zadawania pytań i szukania na nie odpowiedzi. Dla dzieci wymiarem w którym doskonale pojmą celne obserwacje Bradbury'ego jest dynamizm powieści przygodowej (dwoje głównych bohaterów, trzynastoletni chłopcy, biegający po mieście i cmentarzach w chłodne październikowe dni) i i posłużenie się wieloma elementami właściwymi dla gatunku fantasy (tajemniczy lunapark z demonicznymi gospodarzami posiadającymi ponad naturalne moce... czyżby personifikacja zła?). Z kolei dorośli "docenią" płaszczyznę bezpośrednią "reprezentowaną" przez jednego z nielicznych dorosłych bohaterów  występujących w tej powieści - Charlesa Hallowaya - ojca trzynastoletniego Willa.&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;"Jego żona uśmiechnęła się we śnie.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;Czemu?
Jest nieśmiertelna. Ma syna.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;To także twój syn!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;Ale jakiż ojciec tak do końca w to wierzy? Nie nosi przecież brzemienia, nie czuje bólu. Który mężczyzna, tak jak kobieta, może położyć się w ciemności i wstać z dzieckiem? Łagodna, uśmiechnięta płeć posiadła największa z tajemnic. Och, cóż za wspaniałymi zegarami są kobiety. Wiją dla siebie gniazda w czasie. Sprowadzają na świat ciało, w którym zamyka się wieczność. Żyją wewnątrz swojego daru, wiedzą co to moc, akceptują ją i nie muszą o niej wspominać. po co mówić o czasie, jeśli samemu należy się do niego i własnoręcznie kształtuje upływające chwile tworząc nowe istoty? Jakże mężczyźni zazdroszczą owym żyjącym zegarom! Często tez nienawidzą swych żon, które wiedzą, że będą żyć wiecznie. Co zatem robimy? My, mężczyźni stajemy się złośliwi i zgorzkniali, ponieważ nie potrafimy utrzymać niczego przy sobie, żadnej rzeczy, świata, nawet samych siebie. Jesteśmy ślepi, nie dostrzegamy ciągłości wydarzeń. Wszystko rozłamuje się na fragmenty, rozpada, topnieje, kończy się, gnije bądź ucieka. Skoro nie potrafimy kształtować czasu, co nam pozostaje? Bezsenność. Patrzenie w mrok.(...)&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;- Charlie...?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;Ręka żony musnęła jego dłoń.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;- Dobrze się czujesz...?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;Zasnęła.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;Nie odpowiedział.
Nie potrafił jej odpowiedź, jak się czuje."&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Mroczny lunapark pod względem symbolicznym jest głównym źródłem (asumptem do) pytań o znaczenie i funkcjonowanie człowieka. Czy jest personifikacją zła? Czy Bradbury ostrzega przed przed zakładaniem masek i ról? Czy można od tego uciec?  Karuzela, która zmienia człowieka w czasie, staje się nęcąca zarówno dla młodych bohaterów, którzy pragną zaznać dorosłości, jak i dla samego pana Hallowaya, bo któż z dorosłych nie chciałby zaznać jeszcze raz beztroskiej słodyczy młodości? Może to jest tylko przestroga, że nawet po "zmianie maski" możemy zostać niezrozumiani, że tak naprawdę cały trud życia polega na odnajdywaniu się w bieżącej życiowej roli - syna, ojca, matki? A może jest wręcz odwrotnie? To ciągłe, niespełnione pragnienie szukania swojej roli jest istotą życia? Fascynującym wręcz doskonałym pomysłem Bradbury'ego jest postać Człowieka Ilustrowanego! Bez cienia wątpliwości (sic!) człowiek z tatuażami, to majstersztyk literacki, który, notabene, pojawił się także w innych utworach autora.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;"Co takiego było w ilustrowanym właścicielu lunaparku opatulonym w płaszcz ciszy, w której kryły się tysiące słów, pełnych gwałtu, zepsucia i bólu?"&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Gęstość symboliki, a może przede wszystkim jej celności z każda stroną przyprawia o zawrót głowy, której wręcz uwodzącą kwintesencją jest Człowiek Ilustrowany. Istoty, która karmi złudzeniami, mami pragnieniami, uosabia mroczną naturę człowieka.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;"Lunapark przypomina nas samych, zwykłych ludzi, tyle że wyolbrzymionych, przesadzonych. Spójrzmy choćby na kobietę i mężczyznę, którzy zamiast się rozstać, albo pozabijać nawzajem, dręczą się przez całe życie, szarpią a włosy, podważają paznokcie i napawają bólem swych partnerów. Ów ból, jak narkotyk, nadaje sens im życiu. Podobnie lunapark, który na wiele mil wyczuwa schorowane ambicje i przybywa natychmiast, by ogrzać ręce przy ogniu cierpienia."&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Bradbury jest bezlitosny. "Bawi się" z czytelnikiem, zadaje mnóstwo pytań, odwołuje się do wielu płaszczyzn, udziela wiele niejednoznacznych odpowiedzi. Nie interesują go kompromisy. Posługuje się słowem w sposób totalny, a czyni to z niebywałym kunsztem i zamysłem. Nie potrzebuje do tego stylizacji, nie korzysta z formy, bo wie, że ta potrafi hermetycznie zamknąć słowo w jednym znaczeniu. Wykorzystuje lekkość słów, a w konsekwencji skutecznie odnajduje, rozpoznaje, a tym samym wpływa na ludzkie emocje. Oczywiście, ten, kto miał już styczność z twórczością Bradbury'ego, zdaje sobie sprawę, że 91-letni pisarz nie byłby sobą, gdyby nie zaakcentował w swojej powieści miłości (w tym "przypadku" nie ma tu żadnego patosu słownego!) do książek. Jest ona dla niego istotna częścią życia, o czym bardzo klarownie daje do zrozumienia... nie tylko przez to, czym się zajmuje:&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;"- Chłopcy czytaliście Dickensa? - Szepnął. - Krytycy wytykają mu, że zbyt często posługuje się zbiegami okoliczności. Ale my przecież wiemy, że całe życie jest jednym wielkim kaprysem natury. Przyjrzyjcie się śmierci. Przypadek sypie się z niej przy każdym dotknięciu niczym pchły uciekające z truchła wołu. Spójrzcie!"&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;/blockquote&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
"Jakiś potwór tu nadchodzi" to powieść totalna. Mimo, że jest ona skierowana do dzieci, to nie oznacza, że lekko się ją czyta. Nagromadzenie kilku fabularnych płaszczyzn i mnóstwa znaczeń wymaga koncentracji. Bo na czym innym polega wielkość prozy Bradbury'ego, jak nie na tym, że samemu traktując książki w sposób totalny, wymaga takiego samego podejścia od swojego czytelnika? Czytelnik powinien utożsamiać się z książką i to chyba ta przewrotna zależność jest wyznacznikiem tego, że mamy do czynienia z wybitną książką.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;
&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-GL5p_CLYiaI/TzA8wIOjVgI/AAAAAAAABb0/63Rs_oPf_80/s1600/jakispotwor.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="223" src="http://4.bp.blogspot.com/-GL5p_CLYiaI/TzA8wIOjVgI/AAAAAAAABb0/63Rs_oPf_80/s400/jakispotwor.JPG" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;
&lt;/div&gt;
&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;"Jakiś potwór tu nadchodzi" Ray Bradbury, oryg. "Something Wicked this Way Comes", przeł. Paulina Braiter-Ziemkiewicz, wydaw. Vis-a-vis etiuda, s. 266, r. 2009
&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4580244315047733447-3234402553034688147?l=www.libria.pl' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Libriapl/~4/igZlS9-pWAc" height="1" width="1"/&gt;</description><link>http://feedproxy.google.com/~r/Libriapl/~3/igZlS9-pWAc/lunapark-bolu.html</link><author>noreply@blogger.com (krzysztofuw)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/-GL5p_CLYiaI/TzA8wIOjVgI/AAAAAAAABb0/63Rs_oPf_80/s72-c/jakispotwor.JPG" height="72" width="72" /><thr:total>0</thr:total><feedburner:origLink>http://www.libria.pl/2012/02/lunapark-bolu.html</feedburner:origLink></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-4580244315047733447.post-3839036167618554239</guid><pubDate>Wed, 02 Nov 2011 00:50:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-12-31T13:15:57.356+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">słowo/obraz terytoria</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">literatura norweska</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">groteska</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">książka</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">literatura skandynawska</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">absurd</category><title>Iskając Bongo</title><description>&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;
&lt;div style="text-align: right;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;i&gt;„Łosie nieustannie są w drodze. Wydają się żyć w przekonaniu, że trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie.”
&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;/blockquote&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
W tym niepozornym zdaniu mieści się dużo treści skrzętnie schowanej pod rozległą warstwą absurdu. Nie jest to typ absurdu, którego głównym źródłem jest ekwilibrystyka językowa. Wręcz przeciwnie. To najzwyklejsza codzienność naszkicowana jednowymiarowo, której szersza perspektywa, czyni z tej książki doskonałą groteskę. To niewielkie i precyzyjne lustro w którym odbicie ludzkie potrafi rozbawić, ale przede wszystkim pozwala ujrzeć wszelkie niedoskonałości ludzkiej natury. I to właśnie natura (w powieści występująca pod postacią lasu) jest tym katalizatorem, w której można dostrzec, jak absurdalnie skonstruowana jest cywilizacja, a jednocześnie - paradoksalnie rzecz ujmując – jak łatwo przywrócić jej wewnętrzny ład.
&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Erlend Loe dokonał nie lada sztuki. Krytyka nigdy nie jest przyjemna, a co ma zrobić czytelnik, kiedy ta, szyta grubymi nićmi absurdu, staje się zabawna dla samego adresata? Tym bardziej, że autor nie oszczędza nikogo. Relacja Dopplera - głównego bohatera książki (a może i alter ego samego pisarza?) -  z małym łosiem, nazwanym przez niego pieszczotliwie Bongo, jest gorzką prawdą o stosunkach międzyludzkich.
&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;i&gt;„Wychodzę z namiotu i sikam. Jak zwykle w tym samym miejscu. Na płaskim kamieniu u wejścia do namiotu. Stąd zazwyczaj mam widok na całe miasto i fiord, ale nie tym razem, bo jest mgła. A cielaka kompletnie ignoruję. Udaję, że go tam po prostu nie ma. Stoi cały spięty i przygląda się, jak sikam. Próbuję stać do niego plecami, ale widać zdołał rzucić na mnie okiem i chce zobaczyć więcej. Zmienia pozycje i przygląda się pod innym kątem. Odwracam się, ale cielak nie daje za wygraną. Wygląda to tak, jakby chciał sprawdzić, czy go wzrok nie myli. Jak cała reszta. The story of my life.&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;i&gt; 
- Tak, tak, cholera jasna! - mówię i odwracam się w jego stronę ze spuszczonymi spodniami i rękoma w powietrzu. - Popatrz sobie. W porządku? Napatrzyłeś się już? Zadowolony?&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;i&gt;Ale ten bezczelny mały nie ma dość. Wciąż się gapi. Są jednak granice tego, na co te cholerne łosie mogą sobie pozwolić. Chwytam siekierę, która znajduje się w zasięgu mojej ręki i z duża siłą rzucam nią w cielaka. Odskakuje w bok i ucieka między drzewa. 
Życie nauczyło mnie, że źle na tym wychodzę, gdy próbuje ukryć prawdę, równie dobrze mogę więc już teraz to powiedzieć: Mój członek jest duży.
Co tu dużo gadać.
Mam wyjątkowo, żeby nie powiedzieć – ekstremalnie duży organ płciowy. Krótko mówiąc: olbrzymiego fiuta.&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;i&gt;
(…)&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;i&gt;W szkole wołali na mnie „Doppler z fiutem”.
To było na szczęście wiele lat temu. Nie myślę już o tym. Ale to bolało. Miałem przecież inne cechy, na które ludzie mogliby zwracać uwagę.”  
&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;/blockquote&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Z prozaicznych sytuacji Loe konstruuję krytykę, której nieodłączną częścią jest drwina. Często uzyskana poprzez wyśmienite frazy, a zarazem, co oczywiste, celność obserwacji. Czy w bogatym kraju skandynawskim jest miejsce, a może przede wszystkim - czy jest zasadna krytyka kapitalizmu?  Doppler porzuca rodzinę, cały swój dobytek i zamieszkuje w lesie nieopodal miasta. W zamian za mięso z łosia („rodzicielki małego Bongo”) rozpoczyna &lt;i&gt;„wymianę handlową”&lt;/i&gt; z kierownikiem renomowanego supermarketu. Jak sam podkreśla, potrzebuje odtłuszczone mleko, bo ten wynalazek nowoczesności &lt;i&gt;„uszlachetnia ludzi”&lt;/i&gt;.
&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;i&gt;„Może pan otworzyć jakąkolwiek gazetę lub czasopismo, a zobaczy pan, że obecnie jest niewielu światłych ludzi, którzy poddawaliby w wątpliwość to, że musimy zmienić nasz model społeczeństwa konsumpcyjnego, jeśli ma on przetrwać dłużej niż kilka dekad.”
&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;/blockquote&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Doppler nie stroni również od cierpkich słów pod adresem ojczyzny (Norwegii). Szczególnie zwraca uwagę fakt „ostrości” i bezpośredniości tej kontestacji. To „credo patriotyczne”, w swoim odcieniu ironii tak bardzo bliskie nam, Polakom, jest też zogniskowaniem problemu w postaci błędnego postrzegania zależności między bogactwem (w domyśle kapitalizmem) i szczęściem, a także próbą ostrzeżenia przed kultem pieniądza, który staje się celem samym w sobie, który przysparza w umysłach ludzi więcej szkody niż pożytku.
&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
Dużo mówi o ambicji. O nieskończonej dyktaturze bycia lepszym, ambitniejszym od swojego ojca, matki, koleżanki, sąsiada. O tym jak łatwo popaść z jednego kultu w drugi, z jednej gry pozorów w drugą. O tym, jak pożądana w dzisiejszym świecie ambicja staje się mechanizmem manipulacji, która tak naprawdę jest szkodliwa dla ludzi, bo doprowadza do izolacji często bliskie sobie osoby, dając w zamian złudne poczucie bezpieczeństwa. O mediach, polityce, ich związku i równoczesnym oderwaniu od rzeczywistości. W całej tej trafnej kontestacji, w tym całym &lt;i&gt;„bagnie oczywistości”&lt;/i&gt; i oparach absurdu, Doppler próbuje odnaleźć siebie w &lt;i&gt;„ciszy lasu”&lt;/i&gt;, pogodzić się z utratą ojca, którego nigdy dobrze nie poznał. Erlend Loe i w kwestiach intymnych jest nieugięty i z właściwym sobie (drwiącym) humorem,  psychiczną akceptację „utraty ojca” zrównuje z rytuałem postawienia przez Dopplera wielkiego totemu w środku lasu.
&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
„Doppler” to powieść zabawna, a zarazem mądra i przewrotna. To powieść, której gorycz jest tak duża, że nie sposób jej przełknąć bez uśmiechu. Wspaniale skonstruowane zdania, nietuzinkowość historii, niezliczone pokłady ironii, a przede wszystkim specyficzny skandynawski dystans składają się na prozę, która zwraca uwagę swoim uniwersalizmem i ciepłem. Bo ostatecznie, w całym tym znoju cywilizacyjnym, w niezliczonych sarkastycznych podtekstach codziennej rzeczywistości, niezmiernie ważna jest tolerancja. To właśnie ona może być antidotum na nieznośne życie, na złapanie właściwego dystansu i wydobycie krytyki z okowów &lt;i&gt;„chorej ambicji”&lt;/i&gt; i dyktatu &lt;i&gt;„emocjonalnego ego”&lt;/i&gt;. Na przywróceniu krytycznemu myśleniu właściwego miejsca w umysłach, a także na  zrozumieniu, że sama tolerancja może również paradoksalnie oznaczać brak akceptacji. „Doppler” jest opowieścią o wieloznacznych kontekstach, mówiącą o tym, jak trudno zdefiniować szczęście i jednocześnie jasno dająca do zrozumienia, że nie warto przez to rezygnować z wędrówki w poszukiwaniu własnego szczęścia. &lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;
&lt;div style="text-align: justify;"&gt;
&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;i&gt;„Po pierwsze o tym swoim nielubieniu ludzi. To się nie zmieniło. Ale zaczynam rozumieć, że muszę mieć na tyle otwarty umysł, żeby przyznać, że te moje przeświadczenie opieram na znajomości ludzi, którzy mnie otaczają.&lt;br /&gt; (…)&lt;br /&gt; A to, rzecz jasna za mało. Muszę spotkać innych ludzi. Musze być otwarty na taką możliwość, że gdzieś tam żyją inteligentne istoty, które przedstawiają ze sobą inne wartości. Będę wędrował tak długo, dopóki ich nie spotkam.”   &lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;/blockquote&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;
&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-5FlSc4iS7xw/Tq_lpYx-cYI/AAAAAAAABa0/RWmy0xWff1A/s1600/doppler.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="222" src="http://4.bp.blogspot.com/-5FlSc4iS7xw/Tq_lpYx-cYI/AAAAAAAABa0/RWmy0xWff1A/s400/doppler.JPG" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;"Doppler" Erlend Loe, oryg. "Doppler", przeł. Milena Soczko, wydaw. słowo/obraz terytoria, s. 129, r. 2007
&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4580244315047733447-3839036167618554239?l=www.libria.pl' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/Libriapl/~4/HQuuynMZSMM" height="1" width="1"/&gt;</description><link>http://feedproxy.google.com/~r/Libriapl/~3/HQuuynMZSMM/iskajac-bongo.html</link><author>noreply@blogger.com (krzysztofuw)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/-5FlSc4iS7xw/Tq_lpYx-cYI/AAAAAAAABa0/RWmy0xWff1A/s72-c/doppler.JPG" height="72" width="72" /><thr:total>5</thr:total><feedburner:origLink>http://www.libria.pl/2011/11/iskajac-bongo.html</feedburner:origLink></item></channel></rss>

