<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<?xml-stylesheet type="text/xsl" media="screen" href="/~d/styles/rss2full.xsl"?><?xml-stylesheet type="text/css" media="screen" href="http://feeds.feedburner.com/~d/styles/itemcontent.css"?><rss xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/" xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/" version="2.0">

<channel>
	<title>psychoblog » Bez kategorii</title>
	
	<link>http://www.psychoblog.com.pl</link>
	<description>świat potrzebuje terapii</description>
	<lastBuildDate>Mon, 20 Feb 2012 14:34:27 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.4</generator>
		<atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="self" type="application/rss+xml" href="http://feeds.feedburner.com/psycho/blog" /><feedburner:info xmlns:feedburner="http://rssnamespace.org/feedburner/ext/1.0" uri="psycho/blog" /><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="hub" href="http://pubsubhubbub.appspot.com/" /><item>
		<title>Wyjdź, chociaż miałbyś się czołgać</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/477/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/477/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 05 Feb 2012 18:05:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=477</guid>
		<description><![CDATA[Krótki wywiad nt. samotności przeprowadzony przez p. Ewelinę Drelę dla portalu Ojców Benedyktynów. ED: Czym właściwie jest samotność? Co to za uczucie? WK: Samotność ma wiele twarzy. Jedni przeżywają ją jako rozciągniętą w czasie, bezmierną nudę i miałkość życia, inni jako emocjonalny ból, podobny do żałoby po kimś kochanym. Jeszcze inni jako powolne zamieranie, utratę [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Krótki wywiad nt. samotności przeprowadzony przez p. Ewelinę Drelę dla portalu Ojców Benedyktynów.</strong></p>
<p><em>ED: Czym właściwie jest samotność? Co to za uczucie?</em></p>
<p>WK: Samotność ma wiele twarzy. Jedni przeżywają ją jako rozciągniętą w czasie, bezmierną nudę i miałkość życia, inni jako emocjonalny ból, podobny do żałoby po kimś kochanym. Jeszcze inni jako powolne zamieranie, utratę energii życiowej i niemożność cieszenia się czymkolwiek. Jeszcze inni jako przerażający lęk i obawę przed szaleństwem. Wszystkiemu najczęściej towarzyszy jedno z dwóch przekonań: albo ja jestem kompletnie bezwartościowy albo świat jest miejscem wrogim, popsutym i niewartym zachodu. Najczęściej jedno miesza się z drugim, tworząc dorosłą odmianę choroby sierocej. Ja definiuję samotność jako niemożność wchodzenia w stabilne i satysfakcjonujące związki z ludźmi.</p>
<p><em>ED: Jaka jest różnica pomiędzy „Byciem samemu” a „byciem samotnym”?</em></p>
<p>WK: Bycie samemu kojarzę z fizyczną izolacją od ludzi, na własne życzenie albo wskutek wyżej wspomnianej niemożności wiązania się. Natomiast samotność to już przykra konsekwencja tej drugiej sytuacji – kiedy chcemy być blisko z ludźmi ale nie umiemy i cierpimy z tego powodu. Jak z tego wynika, bycie samemu nie musi być tragedią. Jeśli jest to świadomy wybór danej osoby, która zna konsekwencje i akceptuje je, można bycie samemu uznać za styl życia.</p>
<p><em>ED: Założył Pan stronę internetową o samotności, napisał o niej książkę. Czym właściwie jest wirus samotności? Jak się objawia?</em></p>
<p>WK: Wirus samotności to zestaw nawyków i cech osobowości, przekazywanych od poprzednich pokoleń, który sprawia określoną trudność w bliskich relacjach z ludźmi. W terapii rodzin dobrze to widać na przykładzie genogramów, które pokazują, jak dysfunkcje w relacjach interpersonalnych przenoszą się między pokoleniami. Przykładem może być samotna matka, skupiająca swoją całą uwagę na córce, która staje się lekiem na jej samotność. Takie dziecko może nie nauczyć się samodzielności, instynktownie wyczuwając, że matka cierpi, gdy ono próbuje stworzyć swoje, odrębne życie. W konsekwencji albo zostaje z matką i nie tworzy istotnych związków z innymi osobami albo tworzy związki, w których nie toleruje braku uwagi ze strony partnera. Takie związki dosyć szybko się kończą i wirus samotności zbiera swoje żniwo. Córka tak wychowana może ostatecznie wpaść na pomysł, żeby „zrobić sobie dziecko”, które będzie wychowywała sama, podobnie jak jej matka. Widać z tego, że wirus może się replikować jako dokładna kopia albo może też mutować.</p>
<p><em>ED: Dlaczego samotność boli?</em></p>
<p>WK: A dlaczego boli, gdy włożymy rękę do ognia? Tacy jesteśmy &#8211; tworzymy się przez związki z ludźmi, uczymy się świata przez związki z ludźmi i odnawiamy swoją energię poprzez relacje z ludźmi. Gdy ich brak, brak w naszym życiu czegoś istotnego, życiodajnego. Ludziom samotnym zwykle jest zimno.</p>
<p><em>ED: Czy samotność musi być problemem? Musi boleć?</em></p>
<p>WK: Brak doświadczenia bycia kochanym i dla kogoś ważnym jest dewastujący dla jakości życia. Samotność bez takiego doświadczenia jest szczególnie bolesna. Gdy w naszej pamięci istnieją takie dobre doświadczenia, o wiele łatwiej jest samotność znosić lub próbować się z niej wyzwolić. Gdy nikt nas nigdy nie kochał, każde kolejne niepowodzenie w relacjach jest tylko kolejnym dowodem na beznadziejność takich prób. To prowadzi do wyuczonej bezradności i postępującego osamotnienia. Wtedy pojawia się bierność, apatia i brak nadziei. Trudno z tego wyjść bez pomocy z zewnątrz.</p>
<p><em><br />
ED: Jeżeli nie, to co trzeba zrobić, żeby nie bolała, lub bolała trochę mniej?  Czy można się nauczyć z nią żyć?</em></p>
<p>WK: Samotność jest nieodłączna od kondycji ludzkiej. Dorosłość jest wynikiem konfrontacji z egzystencjalną samotnością w przemijaniu i śmierci. Samotność emocjonalna, jakkolwiek wynika z przeszłych doświadczeń, jest też zwykle obroną przed doświadczeniem samotności egzystencjalnej. Dopóki swój smutek kojarzę z problemami w interpersonalnych relacjach, zawsze mogę próbować coś z tym zrobić, poprawić. Z samotnością wobec przemijania nie mogę zrobić nic – mogę tylko ten fakt zaakceptować i z nim żyć. Paradoksalnie taka akceptacja własnej ograniczoności i skończoności czasu, który dostaliśmy do dyspozycji, pozytywnie wpływa na relacje międzyludzkie. Zamiast się ze sobą użerać, mamy wtedy większą skłonność do niemarnowania czasu, do szukania w naszych związkach tego, co najlepsze.</p>
<p><em>ED: Bardzo wiele osób cierpi z powodu samotności, chciałyby założyć rodziny, ułożyć sobie życie, mieć u boku żonę lub męża. Pomimo to nie udaje się. Czy są osoby niejako skazane na samotność? Czy jest ona uwarunkowana podejściem, cechami charakteru? Zaszłościami z dzieciństwa? Lękiem?</em></p>
<p>WK: Człowiek się uczy całe życie, jeśli oczywiście jest gotów przyznać się do błędów. Znana definicja szaleństwa mówi, że jest to powtarzanie w nieskończoność tych samych zachowań, w nadziei że za którymś razem uzyskam inny, pożądany wynik. Jeśli jestem gotów wycofać się ze swojego poczucia nieomylności, to mam szansę na zmianę. Czasem pomaga psychoterapia, rozmowa z kimś bardziej doświadczonym. Mózg ludzki jest elastyczny i potrafi się zaadaptować do nowych sytuacji. Gorzej, gdy poprzestajemy na adaptowaniu otoczenia do siebie. Wiele problemów w relacjach wynika z faktu, że realny świat nie chce się przystosować do naszych marzeń i fantazji a my jesteśmy tym głęboko zawiedzeni i nie dajemy na to przyzwolenia. Dlatego próbujemy jeszcze raz i jeszcze&#8230; pozostając w świecie wyobrażeń.</p>
<p><em>ED: Co myśli Pan o samotności z wyboru – popularnym dzisiaj trendzie bycia „singlem”? Czy to faktycznie sposób na życie, czy raczej próba zamaskowania bólu i przykrości?</em></p>
<p>WK: Singiel to tylko taka etykietka, łatwa do skonsumowania przez media. W rzeczywistości każdy z deklarujących się jako singiel ma swój własny świat i swoje przeżywanie izolacji. Paradoksalnie definiowanie się jako singiel włącza nas we wspólnotę singli – mamy się już z kim identyfikować, co de facto jest krokiem do ludzi a nie od. Tym ludziom, którzy obawiają się publicznego pręgierza za bycie np. „starą panną”, taka identyfikacja z singlami może pomóc w daniu sobie prawa do wierności własnym wyborom i nieulegania naciskom. Z drugiej strony, wielu z zadeklarowanych singli to ludzie cierpiący samotność, którzy próbują ukryć przed sobą i światem swoje poczucie bezwartościowości i klęski takim dziecinnym „bo ja tak chciałem”.</p>
<p><em>ED: Czy są osoby, które nie odczuwają samotności? Czy to w ogóle możliwe?</em></p>
<p>WK: Można wyleczyć się z wirusa samotności, co nie znaczy że nie będziemy samotności przeżywać. Tęsknota za ukochaną albo żałoba po rozstaniu to zjawiska zdrowe, choć przykre – nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się chciał z nich leczyć. Te uczucia dostajemy bowiem w pakiecie z miłością. Im bardziej kochasz i jesteś kochany, tym bardziej cierpisz przy rozłące. Dlatego dzisiaj mnóstwo ludzi (w tym singli) stara się nie ryzykować kochania kogokolwiek, co w założeniu ma chronić przed bólem. Jest to inna wersja neurotycznego przekonania, że aby nie cierpieć w swoim życiu, trzeba po prostu nie żyć.</p>
<p><em>ED: Czy jako terapeuta, który specjalizuje się w samotności, uważa Pan, że to duży, czy jednak znikomy problem?</em></p>
<p>WK: Biorąc pod uwagę moją definicję samotności, myślę że problem jest spory. Społeczeństwo rynkowe uczy nas, że ma być szybko i łatwo. Wzajemne dostosowywanie się i uczenie nawzajem siebie w związku łatwe nie jest. Jednak tak naprawdę waga problemu określana jest przez konkretne osoby, które go doświadczają lub nie. Jeśli ktoś chce przeżyć życie bez strat, nie będzie miał też zbyt wiele zysków, ale trudno mu tego zabronić. Byłoby to już ideologią, a psychoterapeuta powinien trzymać się z daleka od wszelkich ideologii.</p>
<p><em>ED: Samotni są raczej ludzie młodzi, dojrzali czy starsi?</em></p>
<p>WK: Nie ma reguły. Są to na pewno innego rodzaju samotności. O samotności osób młodych mówi się dużo, jest wiele dla nich propozycji. W średnim wieku zaczynają się kłopoty tych osób, które dotąd broniły się przed bliższymi związkami. Znajomi odchodzą do własnych rodzin i zaczyna się doświadczanie straconego czasu. Czasem wywołuje to bezpłodne zrywy a czasem właśnie w tym wieku przychodzi opamiętanie i chęć pracy nad sobą. Komu się nie uda, stacza się w starczą samotność, która zwykle jest dogorywaniem przed telewizorem. Samotność ludzi starych to tabu równie silne jak tabu śmierci. Nawet mówienie o nich „starsi” jest wyrazem tego tabu. Gdyby młodzi ludzie umieli zobaczyć siebie w tych bezpłodnie zabijających czas starcach, byc może chętniej inwestowaliby czas i uczucia w trwałe związki. Jednak wielu młodych żyje dziś wg formuły „po trzydziestce choćby potop”.</p>
<p><em>ED: PS-PO to portal tworzony przy Opactwie Benedyktynów. Żyją tam mnisi, którzy świadomie wybierają samotne życie, odcinają się od świata. Jak oni, żyjąc w zamknięciu, mogą poradzić sobie z samotnością?</em></p>
<p>WK: Mnisi poświęcają swoje doczesne życie czemuś większemu, dla nich ważniejszemu, m. in. relacji z boską osobą. Trudno mi to rozpatrywać jako samotność. Jeśli mnich czuje się samotny, to zadałbym pytanie, co się dzieje z jego wiarą. W przypadku zakonników niezwykle ważny jest moment selekcji do zakonu, która powinna odsiewać osoby wybierające tę drogę po to, by poradzić sobie z emocjonalną samotnością. Jeśli jednak ktoś taki przeszedł przez sito selekcji, to bardzo prawdopodobne że problemy powrócą i wtedy, prędzej czy później przyjdzie czas na powtórne podejście do decyzji o byciu w zakonie.</p>
<p><em>ED: Czy można jakoś pomóc osobom samotnym? Istnieje jakieś lekarstwo na wirusa samotności?</em></p>
<p>WK: Wartościowa jest wszelka pomoc, która przeciwdziała bierności osób samotnych. Koniec końców każdy z nas jest autorem swojego życia, mimo że osoby samotne często przeszkody widzą na zewnątrz. Oczywiście takie przeciwdziałanie nie może polegać na braniu odpowiedzialności za kogoś samotnego, bo tym bardziej się go upośledza. Wyważenie takich działań nie jest łatwe. Na założonym przeze mnie forum dla samotnych jest zapisanych około dwustu osób, natomiast odzywa się ktoś raz na dwa tygodnie. Czy to można nazwać sukcesem, sam nie wiem.</p>
<p><em>ED: Samotność często wynika z lęku przed ludźmi. Zostaliśmy zranieni w przeszłości, teraz się boimy. Jak przełamać lęk, wyjść do ludzi, odważyć się?</em></p>
<p>WK: Po prostu wyjść, żebyśmy nawet musieli się czołgać. I jutro to samo, i pojutrze. I nie szykować się na szybki sukces. Pozostawanie w bierności jest dziecięcym komunikatem do otoczenia: „niech ktoś się mną zajmie”. Niestety, jesteśmy już dorośli, chcemy czy nie. Od dorosłych oczekuje się odpowiedzialności za swoje życie. Dorosły człowiek pozostający w bierności wysyła więc sygnał: „dajcie mi wszyscy spokój”. I tak jesteś odbierany, chcesz czy nie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/477/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Fałszywy mizantrop</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/falszywy-mizantrop/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/falszywy-mizantrop/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 11 Mar 2011 14:20:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[psychoterapia]]></category>
		<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[brak]]></category>
		<category><![CDATA[rozwój]]></category>
		<category><![CDATA[śmierć]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=470</guid>
		<description><![CDATA[Poniższy tekst jest fragmentem większej całości, która pod tytułem &#8222;Samotność uleczalna i nieuleczalna&#8221; ukaże się w publikacji Wydawnictwa Naukowego UAM w Poznaniu pt. &#8222;Dialektyka samotności i wspólnotowości&#8221;. Wyrazistym przykładem postawy „błąd jest na zewnątrz” jest osoba zwana mizantropem. Wielu wśród nich światłych osób i wielkie nasze korzyści z ich przemyśleń. Jednak kim innym jest człowiek, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Poniższy tekst jest fragmentem większej całości, która pod tytułem &#8222;Samotność uleczalna i nieuleczalna&#8221; ukaże się w publikacji Wydawnictwa Naukowego UAM w Poznaniu pt. &#8222;Dialektyka samotności i wspólnotowości&#8221;.<br />
</em></p>
<p>Wyrazistym przykładem postawy „błąd jest na zewnątrz” jest osoba zwana mizantropem. Wielu wśród nich światłych osób i wielkie nasze korzyści z ich przemyśleń. Jednak kim innym jest człowiek, który w drugiej połowie życia chce odpocząć od zgiełku, zajmując się pielęgnowaniem ogrodu z dobrotliwym uśmiechem na twarzy, a kim innym jest ktoś, kto z odrazą zanurza się w ludzkim tłumie, pilnie łowiąc ludzkie przywary, by postawić je przed własną, jednoosobową ławą przysięgłych. W psychologii teoretycznej (i nie tylko) taką strategię nazwiemy redukowaniem dysonansu poznawczego poprzez kolekcjonowanie jednostronnych argumentów, czyli inaczej mówiąc, dopasowywaniem faktów do hipotezy.  W gabinecie psychoterapeuty można powiedzieć bardziej szczerze: jest to zabijanie bólu samotności. Jest to wzbudzanie w sobie wstrętu do czegoś, czego <a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/03/bruegel144.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-471" title="mizantrop - Bruegel" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/03/bruegel144-300x295.jpg" alt="" width="270" height="266" /></a>bardzo pragniemy, ale boimy się lub nie umiemy po to sięgnąć. Dochodzimy tu do kwestii kluczowej dla psychoterapii, czyli wewnętrznego konfliktu. Opisany przed chwilą zgorzkniały mizantrop jak każdy z nas potrzebuje miłości i ciepła bliskiej osoby. Z jakichś jednak powodów takie relacje mu się nie udają. Z jakich, to kwestia złożona, zależna od struktury osobowości i osadzonego w niej problemu. To jest pole dla diagnozy. Diagnozy funkcjonalnej, podkreślam, bo etykietki w rodzaju „agorafobii” czy „lęku społecznego” raczej zaciemniają obraz niż cokolwiek wyjaśniają (dając jednak złudne poczucie wiedzy). Dla celów niniejszych rozważań można założyć, że opisywana tu osoba w bliskich kontaktach z ludźmi traci spoistość osobowości, przestaje jasno myśleć, zalewają ją niezrozumiałe i silne emocje, które trudno znieść – jednym słowem ma wrażenie rozpadania się. Nie jest to wcale taka rzadka przypadłość, jak można by pomyśleć. Analizowanie tych przeżyć prowadzi do wniosku, że nasz pacjent posiada deficyty w zakresie ustanawiania dorosłych relacji, czyli mówiąc w skrócie takich, gdzie można przeżywać bliskość z drugą osobą, jednocześnie zachowując (i lubiąc) świadomość swojej odrębności. Poczucie rozpadania się jest tutaj patologiczną reakcją na nawiązanie bliskiej relacji, gdzie podmiot spontanicznie oddaje kontrolę nad sobą drugiej osobie, która od tej pory ma za zadanie przejąć tę konsolidacyjną rolę – trochę jak dziecko, którego przeżycia muszą być monitorowane, interpretowane i w razie potrzeby substytuowane przez rodziców. Można więc powiedzieć, że taka osoba potrzebuje bliskości wręcz zachłannie, pod warunkiem wcześniejszego uruchomienia tychże potrzeb (miłości i bliskości). Taka zachłanność nie dosyć, że powoduje ogromny lęk (bo rzadko kto jest w stanie jej sprostać), to jeszcze prowadzi do opłakanych życiowo skutków. Nawet w razie nawiązania relacji z osobą, która będzie próbowała sprostać takim wielkim potrzebom, nasz pacjent nie jest w stanie normalnie funkcjonować bez tej osoby, staje się zazdrosny, zaborczy i niezwykle wrażliwy na sygnały zdystansowania – do myśli samobójczych włącznie. Mówimy więc o skrajności postaw – albo krańcowa niezależność albo krańcowa zależność.</p>
<p>Konstruktywne rozwiązanie konfliktu zależność-niezależność polega na utrzymaniu się w złotym środku, a mówiąc poważniej, na rozwinięciu umiejętności ambiwalencji uczuciowej, czyli przeżywania różnych uczuć jednocześnie. Nasz mizantrop tego konfliktu nie rozwiązuje – raczej go obchodzi. Zanurzając się w tłum i wzbudzając wybiórczą percepcję, wzbudza swoją złość, pozwalającą dewaluować pożądane obiekty w sposób absolutny – po to, by uwolnić się od ich pragnienia. Argumenty wyrosłe na tej dewaluacji służą następnie do ferowania sądów egzystencjalnych. Te sądy to jakby dodatkowe wieko zatrzaśnięte nad potrzebą miłości, aby nie słyszeć jej stukania. Świat (ludzie) jest wrogi, jest dżunglą, przed którą broni tylko lodowa pustynia (metafory autentyczne). Piekło to inni. Życie nie ma więc większego sensu a jedyny akt woli, pozwalający odzyskać kontrolę to samobójstwo.</p>
<p>Opisywany przypadek jest skrajny – po to, by łatwo było prześledzić dryfowanie logiki i racjonalności w stronę irracjonalnych mechanizmów obronnych. Zmiana jest płynna i dla podmiotu czasem zupełnie niezauważalna. Taka osoba przeżywa siebie jako niezmiennie racjonalną – błąd nabrzmiewa na zewnątrz. Oczywiście, zamknięte w krypcie uczucia dobijają się do głosu, ale na tym etapie są natychmiast interpretowane jako lęk egzystencjalny albo stają się sygnałem do poszukania nowych wad u bliźnich. Z takiego błędnego koła samodzielnie raczej się nie wychodzi.</p>
<p>Na podstawie dotychczasowych rozważań zadanie terapeuty wydaje się już chyba jasne. Należy skompensować deficyty w osobowości pacjenta: otworzyć go na własne potrzeby i nauczyć ich zaspokajania w stopniu adekwatnym do rzeczywistości. To oczywiście oznacza też wykształcenie w osobowości pewnych przykrych granic, odporności na własny głód miłości i akceptacji nieuniknionego braku. Tu właśnie samotność interpersonalna splata się z samotnością egzystencjalną. Sprawa bowiem nie wygląda tak prosto, że uporanie się z samotnością interpersonalną czyni nas gotowymi na stawienie czoła egzystencji. Pacjent mierzy się z troskami egzystencjalnymi od samego początku psychoterapii, a im dalej znajduje się w tym procesie, tym wyraźniej ich doświadcza. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy, jasny, jest taki, że widzi rzeczywistość bardziej adekwatnie. Drugi, bardziej skomplikowany, jest taki, że w świadomości tego rodzaju pacjenta świat jawi się jako niezróżnicowany obiekt (jako osoba). Wobec tego obiektu są potajemnie żywione wielkie, zachłanne potrzeby, jak to było widać w przykładzie z mizantropem. Każdy z nas doświadcza czasem potrzeb skierowanych do świata jako obiektu, chociażby marząc o sławie. Podczas psychoterapii pacjent powoli rozstaje się z takim obiektem, niezależnie od tego, czy widzi go w całym świecie, czy w pojedynczej osobie. W praktyce łączy się to z zawodem, bólem – cały proces jest bardzo podobny do żałoby. Utrwala się świadomość, że nie dostanie się wszystkiego, że proces decyzji i wyboru jest jednocześnie rezygnowaniem z innych możliwości, że porozumienie z drugim człowiekiem jest możliwe tylko do pewnego stopnia. Że mamy ograniczony czas i zasoby.</p>
<p>Ta zasadnicza zmiana w relacjach interpersonalnych jest w naturalny sposób transponowana na naszą relację ze światem i podejście do trosk egzystencjalnych. Jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować częściowy brak znaczącej osoby, to o wiele łatwiej będzie zaakceptować własną skończoność. Wspomnianego mizantropa strach paraliżuje i z tego powodu ucieka on od życia, tłumacząc to sobie jako zysk. Przekładając to na język danych egzystencjalnych, można powiedzieć, że akceptacja istnienia śmierci pozwala dostrzec pozostałą część życia nie jako zagrożenie i kolejny krok ku nicości, ale jako spadłe z nieba bogactwo, z którego możemy korzystać pełnymi rękami, nadając tym samym życiu sens.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/falszywy-mizantrop/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>10</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Syndrom Jasia Fasoli</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/syndrom-jasia-fasoli/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/syndrom-jasia-fasoli/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 11 Feb 2011 12:19:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[bliskość]]></category>
		<category><![CDATA[brak]]></category>
		<category><![CDATA[fantazja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=419</guid>
		<description><![CDATA[ściągnij film W swoich obserwacjach osób samotnych natrafiam często na mechanizm, który nazwałem Syndromem Jasia Fasoli. Zupełnie nie chodzi tu o jakieś naśmiewanie się &#8211; Jaś Fasola jest dla mnie postacią jednoznacznie tragiczną w swej samotności. Załączony filmik pokazuje, o co mi chodzi. Jaś Fasola pragnie cieszyć się Świętami Bożego Narodzenia, ale do tego celu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: right;"><!-- ProPlayer by Isa Goksu --><div name="mediaspace" id="mediaspace"><div class="pro-player-container" width="384px" height="288px"><div id="pro-player-419pp-single-4f42746390025"></div></div></div>
<script type="text/javascript" charset="utf-8">
var flashvars = {
width: "384",
height: "288",
autostart: "false",
repeat: "false",
backcolor: "111111",
frontcolor: "cccccc",
lightcolor: "66cc00",
stretching: "fill",
enablejs: "true",
mute: "false",
skin: "http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/plugins/proplayer/players/skins/default.swf",
image: "http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.jpg",
plugins: "",
javascriptid: "419pp-single-4f42746390025",
image: "http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.jpg",
file: 'http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/plugins/proplayer/playlist-controller.php?pp_playlist_id=419pp-single-4f42746390025&sid=1329755235'
};
var params = {
wmode: "transparent",
allowfullscreen: "true",
allowscriptaccess: "always",
allownetworking: "all"
};
var attributes = {
id: "obj-pro-player-419pp-single-4f42746390025",
name: "obj-pro-player-419pp-single-4f42746390025"
};
swfobject.embedSWF("http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/plugins/proplayer/players/player.swf", "pro-player-419pp-single-4f42746390025", "384", "288", "9.0.0", false, flashvars, params, attributes);</script>
</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.avi">ściągnij film</a></p>
<p style="text-align: justify;">W swoich obserwacjach osób samotnych natrafiam często na mechanizm, który nazwałem Syndromem Jasia Fasoli. Zupełnie nie chodzi tu o jakieś naśmiewanie się &#8211; Jaś Fasola jest dla mnie postacią jednoznacznie tragiczną w swej samotności. Załączony filmik pokazuje, o co mi chodzi. Jaś Fasola pragnie cieszyć się Świętami Bożego Narodzenia, ale do tego celu są potrzebni ludzie, bliskie osoby, których Jaś nie ma. Ludzie, którzy przysyłają życzenia lub wcielają się w Mikołaja. Bez nich Jaś będzie czuł się samotny &#8211; a tego nie chce. Z drugiej strony relacje z ludźmi nawiązuje raczej kiepskie. Mówiąc najprościej, nie przepada za ludźmi. Powstaje więc dylemat &#8211; jak cieszyć się świętami, nie ryzykując kontaktu z innymi ludźmi. Jaś rozwiązuje (a raczej obchodzi) ten dylemat, budując w swojej głowie pewną specyficzną przegródkę &#8211; będąc po jednej stronie tej przegródki, nie widzi, co jest po drugiej (i odwrotnie). W filmie ta przegródka symbolizowana jest np. przez drzwi. Jaś dostarcza sam sobie oczekiwane życzenia, po czym wchodzi do mieszkania i natychmiast zapomina (wypiera), co zrobił. Przegródka została przekroczona. Pozwala mu to cieszyć się otrzymanymi kartkami, tak jakby przysłał je ktoś bliski. Gdy patrzymy w ten sposób, skecz staje się wydarzeniem przejmująco smutnym, a śmiech z taśmy brzmi upiornie, jak naigrawanie się z nieszczęśliwego człowieka. Rolę tej umysłowej przegródki symbolizuje też noc &#8211; rankiem Jaś &#8222;nie pamięta&#8221;, że sam sobie włożył prezent do skarpety. Może się cieszyć, jak dziecko. Ktoś o nim pamięta, ktoś go potrzebuje.</p>
<p>W prawdziwym życiu Syndrom Jasia Fasoli przejawia się zwykle w subtelniejszy sposób. Wszyscy szukamy akceptacji, sygnałów troski i miłości ze strony (głównie) bliskich osób. Niektórzy z nas dosłownie umierają z pragnienia tych sygnałów i nie mają siły czekać (patrz artykuł o Zwieraczu), aż ten Ktoś je wyśle z własnej woli. Zaczynają więc <strong>wywoływać</strong> takie sygnały. Przykładów może być tutaj mnóstwo. Dziecko, które w oczekiwaniu na akceptację rodziców zaczyna realizować ich pomysł na swoje życie. Osoba, która chce &#8222;zrobić wszystkim dobrze&#8221;, zapominając o swoich potrzebach. Kobieta, która pozwala mężczyźnie rozkoszować się swoim ciałem, traktując jego pożądanie jako oznakę bliskości i troski. Człowiek, który spełnia wszelkie kaprysy swojego partnera, nawet te, o których on (ten partner) jeszcze nawet nie pomyślał.</p>
<p>We wszystkich tych przykładach otrzymane sygnały akceptacji nie są wyrazem autentycznych uczuć drugiej osoby. Są raczej wynikiem zaspokojenia jej egoistycznej potrzeby. Wspomniany syndrom (przegródka) pozwala nam o tym nie myśleć. Naciskamy przycisk, a potem staramy się nie pamiętać, że dostajemy coś tylko i wyłącznie <strong>od samego siebie</strong>. Przyjrzyjmy się bliżej ostatniemu przykładowi. Starasz się przewidzieć wszelkie marzenia i fantazje upragnionej osoby i jak najszybciej je spełnić.  Nie zgłaszasz własnych potrzeb, żeby nie przeszkadzać &#8211; przecież to wymagałoby jakiegoś wysiłku tej osoby, a ona (nikt zresztą) wysiłku nie lubi. Ta osoba jest z tobą, nawet wydaje się zadowolona. Ale w tobie za to utrzymuje się ciągła, dziwna niepewność, jakiś nieokreślony brak, pustka, czasem złość. To przebijają się treści schowane za przegródką, czyli fakt, że tej &#8222;bliskiej&#8221; osobie jest po prostu z tobą wygodnie. I nic więcej.  Tragicznym paradoksem jest to, że taki napływ niepewności powoduje zwykle zwiększenie wysiłków w celu jeszcze lepszego zaspokojenia fantazji partnera &#8211; czyli błędne koło się zamyka. Im bardziej boisz się straty tej osoby, tym bardziej jej dogadzasz. Im bardziej jej dogadzasz, tym mniej czujesz autentycznego wysiłku (zaangażowania) z jej strony, w wyniku czego jeszcze bardziej się boisz.</p>
<p>Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Odpowiedź wyda się prosta, choć w praktyce jest to często zadanie przerażająco trudne. Kluczem jest zdolność do znoszenia braku. Braku telefonu, braku dotyku. Braku ciągłej obecności ukochanej osoby. Jest to zdolność do wyrażenia własnej potrzeby i poczekania, czy ten ktoś w ogóle to usłyszał i co zamierza z tym zrobić. Jeśli jesteś &#8222;pod ręką&#8221; cały czas, to druga osoba nawet nie ma możliwości poczuć, że cię potrzebuje. Jeśli jednak umiesz znieść chwilę braku, tym samym stwarzasz miejsce na pojawienie się pragnienia skierowanego w twoim kierunku. A przecież za tym właśnie tęsknisz, prawda?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/syndrom-jasia-fasoli/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
<enclosure url="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.MP4" length="14638094" type="video/mp4" />
<enclosure url="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.avi" length="10152418" type="video/avi" />
		</item>
		<item>
		<title>Uzależniający relaks</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/uzalezniajacy-relaks/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/uzalezniajacy-relaks/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 14 Jan 2011 14:33:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[brak]]></category>
		<category><![CDATA[fantazja]]></category>
		<category><![CDATA[ryzyko]]></category>
		<category><![CDATA[uzależnienie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=407</guid>
		<description><![CDATA[Dzień po napisaniu tekstu o trujących fantazjach Avatara zobaczyłem na ulicy wielki billboard z napisem RELAKS, KTÓRY UZALEŻNIA. To jedna z tych chwil, kiedy człowiek rozgląda się podejrzliwie na boki, czy aby nie jest w ukrytej kamerze jakiegoś wielkiego Truman Show. Ale nie, to jak najbardziej rzeczywistość. Skoro tak, pomyślałem, to pewnie jest to jakaś [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dzień po napisaniu tekstu o trujących fantazjach <strong>Avatara</strong> zobaczyłem na ulicy wielki billboard z napisem <strong>RELAKS, KTÓRY UZALEŻNIA</strong>. To jedna z tych chwil, kiedy człowiek rozgląda się podejrzliwie na boki, czy aby nie jest w ukrytej kamerze jakiegoś wielkiego Truman Show. Ale nie, to jak najbardziej rzeczywistość. Skoro tak, pomyślałem, to pewnie jest to jakaś nowa, społeczna kampania, ostrzegająca przez skutkami przesadnego zatopienia w telewizji. Hm, jak miło, że istnieją tak przytomnie myślące osoby. Niestety, po chwili spadła mi kolejna zasłona z oczu: okazało się, że to jak najbardziej realna reklama nowego kanału telewizyjnego.</p>
<p>Znów zacząłem się zastanawiać, czy świat przypadkiem nie potrzebuje terapii. Przecież wszyscy słyszymy o skutkach uzależnień &#8211; i już nie mówię o alkoholu czy narkotykach ale np. o hazardzie i internecie, a szczególnie o uzależnieniu od internetowych gier. Wiele się o tym w ostatnich czasach pisało, więc wydawałoby się, że nie chcemy się uzależniać, bo wiemy, że grozi to ruiną międzyludzkich relacji a czasem nawet całego życia. A przynajmniej kojarzymy słowo &#8222;uzależnienie&#8221; z czymś patologicznym. Ale nie, gdzieś tam są wpływowi ludzie, którzy uznali, że przedstawienie jakiejś czynności jako uzależniającej jest dla nas atrakcyjne.</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/relaks.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-412" style="border: 1px solid black;" title="relaks" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/relaks.jpg" alt="" width="288" height="186" /></a>Już widzę te możliwości: &#8222;Czekolada, która uzależnia&#8221;, &#8222;Syrop, który uzależnia.&#8221; Czy to dalej brzmi atrakcyjnie? Ja to odbieram jako ostrzeżenie. Np. &#8222;Minister Zdrowia informuje, że te papierosy uzależniają.&#8221; Przyznam się, że bardziej atrakcyjne byłoby dla mnie hasło: &#8222;Relaks, który <strong>NIE</strong> uzależnia&#8221;. Pomyślmy o naszej reakcji na slogany &#8222;Wódka, która uzależnia&#8221; i &#8222;Wódka, która nie uzależnia&#8221;. Którą byś wybrał? Dlaczego w przypadku telewizji ma to działać inaczej? Czy nasza społeczna świadomość aż tak bardzo odrzuca rzeczywistość, że publiczne namawianie do uzależnienia się trafia w nasze potrzeby? Ktoś tak najwyraźniej pomyślał, i to ktoś, kto nie wypadł sroce spod ogona. To nie jest obietnica typu &#8222;Takie fajne, że nie będziesz mógł się oderwać&#8221;, która ukrywa kwestię uzależnienia. Coś się zmieniło. To jest otwarte, obsceniczne kuszenie uzależnieniem. Czy już tak bardzo go potrzebujemy, że nie trzeba go przed nami ukrywać a wręcz przeciwnie, można nim kusić? Może narkotykowi dealerzy powinni przemyśleć kwestie marketingowe i nie mówić &#8222;coś ty, raz czy dwa ci nie zaszkodzi&#8221; ale &#8222;słuchaj, świetny towar, jeden strzał i jesteś uzależniony&#8221;.</p>
<p>Ale może ja się czepiam. Może moja praca, w której widzę, co uzależnienia robią z ludźmi, zmieniła moją konotację słowa &#8222;uzależnienie&#8221;. Dlatego proszę Państwa o głos w ankiecie.</p>
Note: There is a poll embedded within this post, please visit the site to participate in this post's poll.
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/uzalezniajacy-relaks/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Avatar – fantazja zrealizowana</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/avatar-fantazja-zrealizowana/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/avatar-fantazja-zrealizowana/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 09 Jan 2011 17:46:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[film]]></category>
		<category><![CDATA[recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[brak]]></category>
		<category><![CDATA[fantazja]]></category>
		<category><![CDATA[szczęście]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=382</guid>
		<description><![CDATA[Dyskusja na Forum Samotnia o życiu w fantazjach przywołała mi na myśl hit (jak dotąd) wszech czasów Camerona &#8211; Avatar. Można oczywiście traktować ten film jako piękną bajkę, ale można też rozumieć go jako obraz naszej wewnętrznej relacji między realnością a fantazją. Dotykalność (3D) tej fantazji, jej intensywność i rozmach oraz kontrast z militarno-korporacyjną nędzą [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: center;"><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/avatar1.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-384" title="avatar" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/avatar1.jpg" alt="" width="463" height="261" /></a></p>
<p>Dyskusja na Forum Samotnia o życiu w fantazjach przywołała mi na myśl hit (jak dotąd) wszech czasów Camerona &#8211; <strong>Avatar</strong>. Można oczywiście traktować ten film jako piękną bajkę, ale można też rozumieć go jako obraz naszej wewnętrznej relacji między realnością a fantazją. Dotykalność (3D) tej fantazji, jej intensywność i rozmach oraz kontrast z militarno-korporacyjną nędzą realności właściwie nie pozostawia widzowi wyboru: fantazja <strong>jest</strong> lepsza. Nie sądzę jednak, żeby Cameron musiał nas do tego jakoś specjalnie przekonywać &#8211; gdzieś wewnątrz tęsknimy za światem fantazji. Niektórzy w nim pozostają na zawsze, jak bohater filmu &#8211; Jake. Podczas gdy w Avatarze jest to moment totalnego spełnienia, to jednak głosy z dyskusji mówią coś innego: życie w fantazjach jest życiem wyobcowanym i męczącym.</p>
<p>Dlaczego tęsknimy za fantazją? Ponieważ jest nieograniczona (patrz artykuł o Zwieraczu) &#8211; ani w czasie, ani w przestrzeni, ani w żaden inny sposób. Możemy wymarzyć sobie wszystko i zrealizować to natychmiast. Świat zabaw dziecka jest światem fantazji a jego odpowiedź na wołanie matki &#8211; &#8222;jeszcze chwilkę!&#8221; &#8211; pokazuje, że do &#8222;realu&#8221; wracamy bardzo niechętnie. A już najlepiej, gdy ktoś nas do tego zmusi, bo wtedy nie musimy tego robić sami. W rzeczy samej, powiedzenie samemu sobie &#8222;a teraz odstawiam na bok fantazję i wracam do świata, gdzie nie wszystko i nie od razu&#8221; jest chyba jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie i przerasta wielu z nas. Jako przykład można przypomnieć sobie decyzję o pójściu na studia albo do pracy: mimo, że jest to nasza osobista decyzja, bardzo szybko o niej zapominamy i traktujemy studia/pracę jako coś upierdliwego, do czego jesteśmy zmuszani przez wykładowców/pracodawcę/zły świat. Irracjonalna złość na ten świat pokazuje, jak wielka jest w nas niezgoda na realność.</p>
<p>Oczywiście ta niezgoda może być jeszcze większa. Jest wiele osób (więcej niż sądzisz), które przebywanie w fantazjach traktują jako główny nurt swojego życia. Realność jest dla nich niemiłym zgrzytem lub w najlepszym razie smutną rutyną &#8211; a wszelkie doznane w tym niedobrym świecie urazy są rekompensowane po powrocie do domu, w fantazjach. W pracy szef mnie opieprzył &#8211; w domu ja opieprzam jego. Wyśmiała mnie jakaś panna &#8211; wystarczy żebym zamknął oczy, aby pokonać tego czy tamtego smoka i uzyskać oczarowane oczy księżniczki. O pół królestwa już mniejsza, doprawdy. Gdy realność ugryzie mocniej, spędzę całą noc na produkowaniu scen, w których wygrywam wojny, zadziwiam elokwencją, udowadniam wszystkim swoją wartość. Chciałoby się pozostać w takim świecie, szczególnie rano, gdy trzeba się zwlec z łóżka i wyjrzeć przez okno na szarą rzeczywistość. Avatar przekonuje nas, że to możliwe.</p>
<p>Już krótka scena z realnego życia Jacka, kiedy w barze walczy o godność pobitej przez jakiegoś brutala kobiety, pokazuje że żyje on bardziej w fantazjach niż w rzeczywistości &#8211; za chwilę bowiem okładają go oboje, brutal i kobieta. Żebyśmy nie mieli wątpliwości, że realny świat oferuje tylko ból, Cameron okalecza swego bohatera. Inwalidzki wózek Jacka dla każdego z nas symbolizuje coś innego: za mało zarabiam, jestem brzydka, jestem za mało inteligentny, rodzice zepsuli mi życie, mieszkam w okropnym kraju itd. Gdyby nie to, byłbym szczęśliwy. Potem zresztą Jack dostaję szansę wyleczenia nóg, ale jest już za późno &#8211; już zasmakował siły wyfantazjowanego świata. Czyli nie trzeba być <strong>szczególnie</strong> nieszczęśliwym, by chcieć żyć w marzeniach. Można powiedzieć, że leżąc pobity w rynsztoku, Jack zamyka oczy i właśnie w tym momencie odlatuje w świat fantazji &#8211; na Pandorę. I tu ważna kwestia: fantazja nie jest po prostu szczęśliwym miejscem &#8211; jest raczej opowieścią. Jack musi być najpierw niechcianym przez nikogo wyrzutkiem &#8211; dopiero swoją odwagą i uczciwością przekonuje do siebie świat tak skutecznie, że zostaje jego królem (podobny schemat rządzi światem Harry&#8217;ego Pottera &#8211; też bezdyskusyjny hit). To właśnie jest historia-fantazmat, której Jack pragnie doświadczyć. Której <strong>my</strong> pragniemy doświadczyć. Dlatego tak tłumnie wchłaniamy fantazję, którą na nasze skryte zamówienie wyprodukował dla nas Cameron. Jego okrzyk &#8222;Jestem królem świata!&#8221; na rozdaniu Oscarów nie jest pozbawiony sensu &#8211; przecież właśnie zapanował nad naszymi fantazjami (i kieszeniami jednocześnie).</p>
<p>Co Jack chce zostawić za sobą? Przede wszystkim agresję, chciwość, żądzę itp. &#8211; kolekcję naszych grzechów głównych. Gdy dowódca oskarża go o zdradę, wierzymy razem z Jackiem, że to nonsensowne oskarżenie. To jest kunszt Camerona. Bo przecież <strong>uciekając w świat fantazji zaprzeczamy sobie samemu</strong> &#8211; temu, że zdarza nam kierować się agresją, zawiścią i chciwością. Ciemne strony widzimy raczej w innych. Nasz wyfantazjowany świat, świat Pandory, jest światem harmonii z naturą, współpracy, miłości i sprawiedliwości. Światem, gdzie za poświęcenie i oddanie przychodzi wielka nagroda. Światem, gdzie istnienie Boga nie zależy od trudów wiary &#8211; ono jest namacalnym faktem.</p>
<p>Jedynym minusem (a jednocześnie sensem) fantazji jest to, że działa na nas tylko wtedy, gdy jest niespełniona &#8211; gdy budzi pragnienia a ich nie zaspokaja. Można by zadać sobie pytanie, co też Jack będzie porabiał, gdy ostatecznie rozstanie się ze swoją &#8222;złą&#8221; częścią i przeniesie się całkowicie w świat Pandory? Będzie siedział na tronie i wydawał rozkazy? Czy raczej weźmie się wspólnie z braćmi i siostrami za uprawę tamtejszych buraków lub czegoś podobnego? Przecież plemię musi coś jeść. Czy wiedza pochodząca z Ziemi mu nie zaszkodzi? Przecież będzie przerastał pod tym względem swoich &#8222;współplemieńców&#8221; ogromnie. Co prawda wszyscy podziwialiśmy ich tatuaże, smukłe ciała (niektórzy mówią że anorektyczne) i wrodzoną uczciwość &#8211; ale trudno nie zauważyć, że byli przedstawieni jako sympatyczni w swej impulsywności prostaczkowie (niektórzy nazwą to rasizmem z ludzką twarzą). <strong>W fantazjach mam nad wszystkimi przewagę, co pozwala mi być dobrym człowiekiem.</strong> Tych kwestii Cameron przytomnie nie podejmuje, kończąc film w momencie otwarcia oczu przez Jacka, już w nowej postaci.</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/Duality_Reality_Illusion.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-390" title="Duality_Reality_Illusion" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/Duality_Reality_Illusion-195x300.jpg" alt="" width="195" height="300" /></a>Z punktu widzenia psychologii Jack zagłębia się w fantazjach w sposób patologiczny, wierząc, że może stać się czystym duchem. Według mnie to jest właśnie <strong>prawdziwa puszka Pandory</strong>. Psychoterapia w jego wypadku najprawdopodobniej szłaby w stronę umiejętności radzenia sobie z kalectwem i wykluczeniem społecznym (raczej tym drugim). Czyli raczej w stronę dostrzegania stanu rzeczy niż ucieczki w fantazje. Osoby, które żyją fantazjami, mają duże opory przed psychoterapią, ponieważ ujawnienie tych fantazji wywołuje zwykle wiele wstydu. Ten wstyd jednak jest zwykle pierwszym krokiem do realistycznego spojrzenia na siebie. Wielka fantazja oznacza wielki głód. Jednak sama fantazja go nie zaspokoi, wręcz przeciwnie. Wyfantazjowany kotlet schabowy spowoduje wydzielanie śliny tak jak prawdziwy, ale zjeść się go nie da. W psychoterapii można identyfikować ten głód, szukać historii, którą pisze fantazja i sprawdzać, jaki kawałek tego kotleta jest realny. Zwykle niewielki, co budzi złość i poczucie straty. Ale zawsze chyba lepiej zjeść kawałek kotleta niż nic. Prawda?&#8230;</p>
<p>Jeszcze kilka słów na zakończenie o zakończeniu. Zamiast napisu The End mamy tam ponownie tytuł filmu, jakby Cameron trzymał się z daleka od każdej sugestii, że coś się kończy. A kończy się. W otwartych ponownie oczach Jacka widzę dwa zakończenia. Jedno tragiczne &#8211; Jack uwierzył, że można przenieść się w fantazje całkowicie. W ten sposób, niestety, w realnym świecie zakwalifikował się do szpitala psychiatrycznego, gdzie ktoś będzie musiał go karmić i myć, aby Jack mógł dalej śnić. Drugie, prozaiczne &#8211; Jack obudził się w rynsztoku, tam, gdzie go wyrzucono po bójce w barze. Według mnie, tylko to drugie zakończenie daje nadzieję &#8211; niewielką, ale daje. Cameron uwodzi nas jednak tą inną nadzieją &#8211; że w fantazjach można żyć a szpital psychiatryczny nie istnieje.  Którą nadzieję wybierzesz?<a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/avatar.jpg"><br />
</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/avatar-fantazja-zrealizowana/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Te przebrzydłe święta</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/te-przebrzydle-swieta/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/te-przebrzydle-swieta/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 27 Dec 2010 16:19:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[bliskość]]></category>
		<category><![CDATA[konflikt]]></category>
		<category><![CDATA[ojciec]]></category>
		<category><![CDATA[szczęście]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=359</guid>
		<description><![CDATA[W czasie Świąt mamy okazję spotkać się oko w oko z nakazem &#8222;raduj się&#8222;. Bożonarodzeniowe Święta są tak mocno wdrukowane w nasz świat, że musimy się tak czy inaczej do tego nakazu ustosunkować. Jedni zasiądą za stołem, dokładnie wypełniając instrukcję &#8222;jak się radować w święta&#8221;, inni wyjadą gdzie pieprz rośnie, by skrupulatnie uniknąć każdego punktu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W czasie Świąt mamy okazję spotkać się oko w oko z nakazem &#8222;<strong>raduj się</strong>&#8222;. Bożonarodzeniowe Święta są tak mocno wdrukowane w nasz świat, że musimy się tak czy inaczej do tego nakazu ustosunkować. Jedni zasiądą za stołem, dokładnie wypełniając instrukcję &#8222;jak się radować w święta&#8221;, inni wyjadą gdzie pieprz rośnie, by skrupulatnie uniknąć każdego punktu z tej instrukcji. Co najdziwniejsze, trudno powiedzieć, kto będzie miał więcej radości ze swojej decyzji. Oczywiście, jedni i drudzy mogą zwyczajnie cieszyć się tym, co wybrali, jednak łatwo sobie wyobrazić, że jedni będą drugim zazdrościć (i vice versa).</p>
<p>Nie wiem, jak Państwo, ale ja przed Świętami natykałem się głównie na dwa typy osób:</p>
<ul>
<li>pierwszy:  osoby, które w jakiś sposób zamierzały instrukcję &#8222;jak radować się w święta&#8221; podważyć. &#8222;Nie będę się objadała&#8221;, &#8222;nie daję w tym roku prezentów&#8221;, &#8222;nie gotuję&#8221;, &#8222;zostaję w domu&#8221;, &#8222;nie sprzątam&#8221; &#8211; to tylko niektóre z reakcji na &#8222;raduj się&#8221;.</li>
<li>drugi: osoby, które wkurzały się bezsilnie na swój los. &#8222;O rany, znowu trzeba będzie się objadać&#8221;, &#8222;co ja mam tym ludziom kupić (i za ile)?&#8221;, &#8222;to gotowanie/sprzątanie mnie wykończy&#8221;, &#8222;k&#8230;, znowu trzeba będzie wykonywać te puste/udawane gesty&#8221; itp.</li>
</ul>
<p>Co się takiego dzieje, że czas przeznaczony na radowanie się staje się czasem buntu i kontestacji? Najprostsza odpowiedź jest pewnie taka, że kontakt z wizją idealnych Świąt, gdzie wszyscy się kochamy i życzymy sobie jak najlepiej, uzmysławia nam wyraźnie, jak wiele nam do tego ideału brakuje. Jak wiele gestów, które trzeba będzie wykonać, będzie dokładnym przeciwieństwem tego, co w głębi siebie czujemy i wiemy. Można powiedzieć, że jeśli są między nami a najbliższymi jakieś ukryte konflikty czy niezałatwione sprawy, to w Święta mocno poczujemy ich intensywność. Poczujemy w jakiś dziwny, bezradny sposób &#8211; bo przecież Święta to &#8222;czas radowania&#8221; a nie załatwiania trudnych spraw. Siedzenie więc przy stole i robienie dobrej miny przy jednoczesnej wewnętrznej niezgodzie może być dla niektórych najtrudniejszym dniem w roku. I często jest.</p>
<p>Wychodzi na to, że nakaz &#8222;<a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/kids_hate_santa.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-360" title="kids_hate_santa" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/kids_hate_santa.jpg" alt="" width="250" height="296" /></a><strong>raduj się</strong>&#8221; nie jest czymś, wobec czego można przejść obojętnie. O powyższym przykładzie można nawet powiedzieć, że tylko wtedy możemy poczuć i uzmysłowić sobie własne smutki i problemy z bliskimi, gdy mamy absolutny zakaz ich wyrażania &#8211; właśnie poprzez absolutny nakaz &#8222;<strong>raduj się</strong>&#8222;.</p>
<p>Skoro tak jest, może warto zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie jesteśmy w mocy tego nakazu na co dzień. Czy nie jest tak, że czujemy się zmuszeni radować nie tym, co cieszy nas, tylko tym, co będzie cieszyć inne, ważne dla nas osoby/autorytety. Można tu przywołać banalny do bólu przykład syna, który został lekarzem/prawnikiem, bo tak chciał ojciec, który mógł wtedy pęcznieć z dumy, patrząc na swego dziedzica, na swe idealne przedłużenie. Syn staje przed wewnętrznym konfliktem: radować się po swojemu i stracić miłość ojca albo nauczyć się radować tym, czym raduje się ojciec (nawet po jego śmierci). Dwa typy ludzkie, które wyróżniłem wcześniej, w jakimś stopniu odzwierciedlają konsekwencje dokonania wyboru w takiej sytuacji &#8211; czyli albo zbuntować się i udawać, że się nie tęskni, albo poddać się i zgrzytać zębami.</p>
<p>Aby obraz był pełniejszy, trzeba wspomnieć o innych rozwiązaniach nakazu &#8222;<strong>raduj się</strong>&#8222;, na przykład:</p>
<ul>
<li>Samotni wśród ludzi. Osoby, które są tak głodne jakiegokolwiek ciepła ze strony bliskich osób, że nie zwracają uwagi, kto im każe się radować i dlaczego. Liczy się tylko to, że &#8222;przez chwilę będziemy się zachowywać jak prawdziwa rodzina&#8221;, co dla nich znaczy &#8222;przez chwilę <strong>będziemy</strong> prawdziwą rodziną&#8221;. Reszta jest nieważna.</li>
<li>Samotni z dala od ludzi. Ci, którzy bliskich nie mają w ogóle. Dla nich nawet reklama &#8222;szczęśliwej rodziny przy świątecznym stole&#8221; będzie obiektem tęsknoty &#8211; i albo będą tej rodzinie zazdrościć, albo będą ją nienawidzić.</li>
</ul>
<p>Oba powyższe typy ludzkie można opisać jako takie, które rozpaczliwie tęsknią za kimś, kto by im nakazał &#8222;raduj się&#8221;, nieważne w jaki sposób i nieważne, czy będzie to dla nich ograniczające. Jest to zgodne z psychologią rozwoju człowieka: najpierw niezbędny jest nam ktoś, kto nas nauczy jak i czym się radować &#8211; jednak potem, w trakcie dojrzewania potrzebny jest nam ktoś, kto pozwoli nam, byśmy nauczyli się radować na swój osobisty i niepowtarzalny sposób. Dlatego na koniec trzeba wspomnieć o tych, dla których Święta z rodziną są zwyczajnie przyjemne i niewiele różnią się jakością od kontaktów na co dzień. Z dużym prawdopodobieństwem można o takich rodzinach powiedzieć, że nie istnieje w nich żaden ukryty nakaz radowania się, który utrudniałby albo uniemożliwiał cieszenie się Świętami.</p>
<p>Czego więc Państwu i sobie życzyć? Chyba tego, żeby Święta były okazją do zastanowienia się, co się dzieje z moją możliwością cieszenia się i radowania życiem &#8211; czy wiem, co lubię a czego nie lubię &#8211; i czy robię to dla innych, czy dla siebie. I nie chodzi o to, co lepsze (dla innych czy dla siebie) &#8211; chodzi bardziej o to, by mieć świadomość i możliwość wyboru w tej sprawie. Myślę bowiem, że bycie nieświadomym zakładnikiem czyjegoś &#8222;<strong>raduj się</strong>&#8221; jest jedną z najważniejszych przyczyn samotności i niezadowolenia z życia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/te-przebrzydle-swieta/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zwieracz metafizyczny</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/zwieracz-metafizyczny/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/zwieracz-metafizyczny/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 17 Dec 2010 21:05:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=333</guid>
		<description><![CDATA[Przykro mi, ale tym razem będzie o zwieraczu. To było nieuniknione. Bez tego nie pójdziemy ani kroku dalej w rozumieniu przyczyn samotności (i nie tylko). Czym jest zwieracz? Pierwsze skojarzenie: to taki mięsień, pozwalający nie wypuszczać ze środka nas rzeczy brzydkich i śmierdzących. Odpadów. Dodajmy od razu, zgodnie z wcześniejszymi rozważaniami, że jest to też [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przykro mi, ale tym razem będzie o zwieraczu. To było nieuniknione. Bez tego nie pójdziemy ani kroku dalej w rozumieniu przyczyn samotności (i nie tylko). Czym jest zwieracz? Pierwsze skojarzenie: to taki mięsień, pozwalający nie wypuszczać ze środka nas rzeczy brzydkich i śmierdzących. Odpadów. Dodajmy od razu, zgodnie z wcześniejszymi rozważaniami, że jest to też mięsień, za pomocą którego możemy pozbawić się przyjemności opróżnienia – w imię wyższych celów. Jak estetyka, przyzwoitość, wierność pewnym społecznym zasadom itp. Więc nawet zwykły, fizjologiczny zwieracz ma ważne funkcje społeczne. Bez niego stajemy się wyrzutkiem, w ten czy inny sposób. Są jeszcze inne rodzaje biologicznych zwieraczy, z których najbardziej interesuje nas zwieracz gardła (przełyku), który z kolei ma za zadanie nie wpuszczać do naszego środka obiektów niepożądanych i jako taki jest dopełnieniem poprzedniego zwieracza. Analogicznie, pozwala nam pozbawić się przyjemności pochłaniania, w celach zdrowotnych i społecznych. Działające w parze oba zwieracze mają za zadanie regulować obecność w naszym organizmie rzeczy, które pochodzą z zewnątrz i służą do przeżycia. Podkreślę jeszcze, że świadome używanie obu rodzajów zwieraczy jest ważnym osiągnięciem rozwojowym w życiu człowieka, zasłużenie będącym powodem dumy obojga jego rodziców.</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/biiigmac.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-335" title="biiigmac" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/biiigmac.jpg" alt="" width="160" height="305" /></a>Pomyślmy teraz o obu zwieraczach w sensie psychologicznym – jako o mechanizmach, które regulują przepływ emocji. Oczywiście znów najłatwiej będzie opisać ich zaburzone działanie – czym jest w tym kontekście zdrowie, pomyślimy później. Rozwojowo wcześniejszy jest niedobór (brak) zwieracza, bo w takim stanie przychodzimy na świat. Czyli dopóki nam się podsuwa jedzenie, to jemy. Gdy zostanie przetworzone, resztki wydalane są w sposób beztroski i spontaniczny. W emocjonalnym sensie, gdy brak zwieracza przełyku, to jesteśmy żarłoczni i dopóki jest w pobliżu upragniona osoba, będziemy brać od niej ile się da. „Zakochanie bez pamięci” jest takim stanem. Ciągła pogoń za bliskością jest takim stanem. Rezygnowanie z własnych potrzeb po to, by ktoś tylko był obok, także jest takim stanem. Przemoc wobec najbliższej osoby niestety też. Można wymieniać jeszcze długo sytuacje, których wspólnym mianownikiem jest emocjonalna zachłanność i niemożność wytrzymania braku. Można w taki sposób stać się samotnym? Można. Nie lubimy osób, które się do nas przyklejają.</p>
<p>Z kolei brak drugiego zwieracza (wydalniczego) jest, mówiąc najprościej, tożsame z nieograniczoną impulsywnością. Jakiekolwiek ciśnienie, pojawiające się wewnątrz nas, zostaje natychmiast wypuszczone na zewnątrz. Myślenie o konsekwencjach przychodzi później albo wcale. Wybuchy złości, napady namiętności, zbrodnie w afekcie – to tylko niektóre, skrajne przykłady. Mówienie prawdy w oczy zawsze i wszędzie. W taki sposób też szybko zapracujemy na samotność. Impulsywność bywa urocza, ale w nadmiarze jest obsceniczna i męcząca.</p>
<p>Przesadne używanie zwieraczy także nam przyjaciół nie przysparza. Nie chcę się nad tym w tej chwili szerzej rozwodzić, bo ten artykuł jest raczej o potrzebie zaistnienia zwieracza. Można jednak wspomnieć, że nie przepadamy za osobami, które zatrzymują wszelkie uczucia wewnątrz – zimne jak głaz (przynajmniej z wierzchu). Za to osoby, których z kolei psychologiczny zwieracz przełyku jest zamknięty na stałe, żyją w przekonaniu, że nie potrzebują nikogo i niczego, oprócz samych siebie – tym sposobem samotność staje się ich sposobem na życie. W jednym z listów od Państwa było pytanie: jak żyć z narcyzem? No właśnie tak &#8211;  porzucając nadzieję, że kiedykolwiek usłyszymy od niego coś miłego, coś co świadczy o jego zaangażowaniu. Jedynym dopuszczalnym wyrazem miłości narcyza jest fakt, że nie odchodzi od ciebie. Nie licz na więcej. Oczywiście, ciężko żyć w ten sposób, więc praktycznie jedyną właściwą odpowiedzią na pytanie „czy da się żyć z narcyzem” jest: „da się, ale co to za życie”.</p>
<p>Skupienie się na potrzebie istnienia i działania zwieracza zamiast na jego nadmiarze jest zasadne także z tego powodu, że w dzisiejszej rzeczywistości to właśnie brak zwieracza jest patologią dominującą. Nadmiar zwieracza to przeszłość, to czasy stworzenia psychoanalizy przez Freuda – zwykle mówimy „czasy wiktoriańskie” czyli czasy zaciskania zwieraczy. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia psychoanalityków z tamtych czasów (chociaż nie tylko), na ich zaciśnięte surowo twarze, aby doznać współczucia dla ich męki wstrzymywania wszelkich ludzkich odruchów. Dzisiaj można już prawie wszystko, zakazy skurczyły się do niewielkich grup urażonych obrońców moralności, których prawie nikt nie słucha. Od razu przychodzą mi na myśl „Parady Równości”, które można by właśnie nazwać „Paradami Wolności od Zwieracza”. Można na nich rozkoszować się brakiem wszelkich hamulców (było nie było w miejscach, gdzie przecież odbywają się także o wiele bardziej „dostojne” demonstracje) a w razie sprzeciwu zasłonić się wolnością przekonań. Złapani w tę pułapkę politycy, jeśli chcą zatrzymać swoje stołki, to muszą użyć całej siły swych zwieraczy, by wytrzymać te paradujące przed ich twarzami bezwstydne pośladki.</p>
<p>Najbardziej jednak widać kult braku zwieracza w handlu, a dokładniej w czymś, co Marks (<em>pardon le mot</em>) nazywał fetyszyzmem towarowym. Patrząc na różne produkty i ich sposób prezentacji na rynku, doznajemy wrażenia, jakby każdy z nich zmierzał do granicznej, niepodważalnej doskonałości. „Możesz więcej”, „jeszcze bielszy”, „jeszcze bardziej komfortowy” – to niektóre ze sloganów zaprzeczających potrzebie istnienia zwieraczy. Ilość dodatków (poprawiaczy) do podstawowej wersji samochodu sugeruje, że gdy dobierzesz je odpowiednio, to zatopisz się w jakiejś euforycznej nirwanie. Oczywiście, patrząc na historię ewolucji niektórych produktów, zauważymy że nie tyle zmierzają do ideału, co zmieniają się cyklicznie w ramach trendów czy mód – widać to tym wyraźniej w trendach, które wracają (retro). Jednak podstawą reklamy jest przekonanie nas, że nie powinniśmy się ograniczać w swoich potrzebach. Jest to zresztą nie tylko podstawą reklamy, ale podstawą istnienia współczesnego społeczeństwa – bo co by się z nami wszystkimi stało, gdyby chociażby połowa z nas uznała, że te właśnie ubrania/odtwarzacze/meble/telewizory/programy komputerowe/mieszkania, które właśnie mamy, są dla nas zupełnie satysfakcjonujące i innych kupować już nie będziemy? Gdyby nasz opisywany zwieracz zaistniał nagle w ten sposób w świadomości społecznej, w parę tygodni współczesna cywilizacja fiknęłaby katastrofalnego kozła.</p>
<p>Jesteśmy więc w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony brak zwieracza powoduje globalną otyłość, zakupoholizmy, nadymanie finansowych baniek i ciągły, wyczerpujący wyścig a z drugiej trzyma nasz świat w jako takiej równowadze (niektórzy nazywają ją równią pochyłą). Z konsumpcją jest niestety tak, że jeśli w pewnym momencie nie ograniczymy jej sami, to ograniczą ją warunki zewnętrzne. Ilość półmisków na stole zawsze jest ograniczona. Znów powraca mi pytanie: czy ten świat przypadkiem nie potrzebuje terapii? Jakiegoś kosmicznego meta-terapeuty, który spojrzałby na nasz świat całościowo?<strong> Niedosyt, brak, pewien poziom niezadowolenia jest wpisany w naszą kondycję, jednak żyjemy tak, jakbyśmy chcieli ten fakt zignorować, unicestwić. </strong></p>
<p>Jak ten promowany i hołubiony brak zwieracza przekłada się na naszą psychologię i w rezultacie relacje z ludźmi? Ano tak, że niezwykle trudno nam wytrzymać różne, niewygodne stany na różnych etapach tych relacji. Stany braku i stany nadmiaru. Stan niepewności, stan chwilowego opuszczenia, stan urazy, stan złości, stan niepohamowanego apetytu&#8230; wszystko to nie trwa wiecznie. W podręcznikach psychologicznych tego nie znajdziesz, ale uwierz mi, że emocje mają swój okres połowicznego rozpadu, jak radioaktywne pierwiastki. Po pewnym czasie zanikają, rozpraszają się w powietrzu na tyle, że możliwa staje się refleksja nad tym czy warto za nimi iść albo nad tym, jak je <strong>wyrazić </strong>w formie strawnej (konstruktywnej) dla partnera.</p>
<p>Na przykład: jesteś w fazie poznawania potencjalnego partnera, bardzo ci zależy a jednocześnie boisz się jak będziesz widziany. To powoduje wewnętrzne napięcie, które prowadzi nas często do nierozsądnych albo nawet destrukcyjnych zachowań. Możesz się wystraszyć i uciec, możesz zacząć coś udawać, może cię sparaliżować tak, że nic nie powiesz itp. Możesz też <strong>poczekać</strong>, dać sobie czas, zorientować się, co czujesz – to właśnie jest zwieracz. Wtedy np. zamiast małpowania Brada Pitta powiesz coś w rodzaju: „takie robisz na mnie wrażenie, że trudno mi powiedzieć cokolwiek”. Niby przykra prawda, a przecież całkiem znośny komplement. Teraz pytanie, czy po drugiej stronie jest ktoś ze zwieraczem. Jeśli nie, to nie spodoba mu się to otwarte przyznanie do braku – nie wytrzyma tej niedoskonałości. I sobie pójdzie. I bardzo dobrze, że pójdzie, bo masz go z głowy. Masz z głowy granie Brada Pitta do końca życia. Oczywiście, jego odejście to kolejne zadanie dla twojego zwieracza. <strong>Tajemnicą zwieracza jest to, że jeśli go uż</strong><strong>ywasz, zaczynasz rozsądnie myśleć. W ogóle zaczynasz myśleć.</strong></p>
<p><a href="../wp-content/uploads/2010/12/smok.jpg"><img class="alignright" title="smok" src="../wp-content/uploads/2010/12/smok-300x240.jpg" alt="" width="300" height="240" /></a>Był kiedyś taki rysunkowy serial „Porwanie Baltazara Gąbki”. Występował tam tajemniczy i demoniczny Don Pedro, któremu zdarzało się podłożyć bombę pod samochód profesora Gąbki. Na szczęście dla profesora, podróżował z nim Smok Wawelski, który w takich wypadkach (zostały dwie sekundy do wybuchu) połykał bombę, która wybuchała wewnątrz niego. Smok nie rozpadał się, tylko napuczał okropnie – a potem wracał do stanu poprzedniego. I w radosnej atmosferze jechali dalej. Ten to miał zwieracze, prawda? I ty czasem bądź Smokiem Wawelskim. Może się to przydać.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/zwieracz-metafizyczny/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kulawy homeostat</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/kulawy-homeostat/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/kulawy-homeostat/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 10 Dec 2010 20:03:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[psychoterapia]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[konflikt]]></category>
		<category><![CDATA[psycholog]]></category>
		<category><![CDATA[rozwój]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=295</guid>
		<description><![CDATA[Czas chyba na rozwinięcie sloganu &#8222;świat potrzebuje terapii&#8222;, który umieściłem w nagłówku Psychobloga. Zwłaszcza, że w jednym z komentarzy pojawił się zarzut, że to wynik mojego samozachwytu. Ten slogan przyszedł mi do głowy w dziwnych okolicznościach: stałem na czerwonym świetle przed jednym z warszawskich rond, na pasie dla skręcających w lewo. Przede mną stał samochód [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Czas chyba na rozwinięcie sloganu &#8222;<strong>świat potrzebuje terapii</strong>&#8222;, który umieściłem w nagłówku Psychobloga. Zwłaszcza, że w jednym z komentarzy pojawił się zarzut, że to wynik mojego samozachwytu. Ten slogan przyszedł mi do głowy w dziwnych okolicznościach: stałem na czerwonym świetle przed jednym z warszawskich rond, na pasie dla skręcających w lewo. Przede mną stał samochód z włączonym lewym kierunkowskazem a na sąsiednim pasie, dla tych co jadą prosto, stało tylko jedno auto. Czysta sytuacja, codzienna rutyna kierowcy. I co się stało, gdy zapaliło się zielone? Ano samochód przede mną pojechał prosto a samochód ze środkowego pasa skręcił w lewo. Jak im udało się nie zderzyć, tego już nie wiem &#8211; obaj bardzo się spieszyli.</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/mental-ilness.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-302" title="mental-ilness" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/mental-ilness.jpg" alt="" width="300" height="374" /></a></p>
<p>Niby nic, ale pomyślałem wtedy, że coś dziwnego dzieje się ze światem a zdarzenie zostało mi w głowie w sposób niemalże traumatyczny, jako sygnał przesady, przekroczenia bezpiecznej granicy zawartości chaosu i głupoty w powietrzu. Na pewno było w tym przestrachu trochę tej świadomości, że niezależnie od tego, jak rozsądnie będę się zachowywał na drodze, to i tak ktoś może mnie zabić. Ale to chyba nie wszystko.</p>
<p>Pierwsza, głębsza refleksja dotyczyła wzorców i zasad &#8211; tego, jaki mamy dziś do nich stosunek. W krótkim czasie zasady współżycia w naszym kraju zmieniły się diametralnie, z autorytarnego określania zasad przez nibykomunistów do, było nie było, demokracji. Chociaż przyznam się, że gdy używam słowa demokracja, to coraz częściej mam takie wrażenie jak przy używaniu zmywaka do naczyń, który czasy świetności ma już dawno za sobą. Już sam kierunek przemian generuje pewien luz samorządności, zakładaną elastyczność prawa, które przestało być nadaniem boskim a stało się kwestią społecznych umów. Ale myślę też, że rewolucyjne tempo tych zmian jeszcze mocniej uwydatniło relatywność wszelkich państwowych zasad, ich przemijalny charakter &#8211; w tym także zasad ruchu drogowego. Zwłaszcza że posłowie wciąż rozkoszują się rozważaniem wyższości włączonych świateł mijania w dzień nad wyłączonymi. Takie przepychanki dotyczą też o wiele istotniejszych spraw, włącznie z prawem decydowania o czyimś życiu lub śmierci (a także czym to życie zasadniczo jest i kiedy się zaczyna). Pozwala nam to wciąż doświadczać kruchości wzorców i zasad, które organizują nasze życie.</p>
<p>Wracając więc do przykładu z kierowcami, można powiedzieć, że ich zachowanie jest objawem przesycenia społecznej świadomości przekonaniem, że zasady można spokojnie naginać, zgodnie ze swoimi jednostkowymi potrzebami czy nawet kaprysami. Tutaj będę zawracał szerokim łukiem w stronę psychologii. Pół biedy byłoby, gdyby naginanie zasad służyło tylko partykularnym celom jednostek, ich osobistym, ale bardzo konkretnym korzyściom. Na przykład obaj pędziliby w stronę jakiegoś korzystnego interesu. Być może było tak na początku ustrojowych przemian, w czasie obłąkanego handlu ulicznego z wykorzystaniem łóżek polowych. Myślę jednak, że w trakcie podważania i przekraczania ugruntowanych zasad, ludzie zaczęli coraz mocniej (może nawet z pewnym zaskoczeniem) odczuwać <strong>przyjemność z samego złamania zasady</strong> (przekroczenia tabu). Pędzący trzema pasami naraz pirat drogowy raczej nie wiezie rodzącej żony do szpitala ani nie spieszy się do dzieci, by odrobić z nimi lekcje. W przeważającej większości przypadków robi to dla własnej, naiwnie amoralnej przyjemności, wynikającej z chwilowego zawieszenia wszelkich zakazów i nakazów.</p>
<p>Teraz zestawmy ten wniosek z założeniami potocznie rozumianego liberalizmu. Jego celem jest jak najmniejszy kompromis między wolnością własną a ograniczeniami prawa i innych społecznych zasad. W tym punkcie nie sposób nie zadać sobie pytania, jak wielu ludzi, którzy szumnie zwą się liberałami, w skrytości ducha zwyczajnie rajcuje się łamaniem wszelkich, dostępnych zakazów i nakazów?</p>
<p>Żeby nie było, że uprawiam tu jakąś politykę, zajrzę na chwilę w czeluści niejawnych, a sprośnych przyjemności, którymi zajmują się pozorni konserwatyści. W fanatycznej postawie moralności i wierności zasadom naprawdę nietrudno wychwycić ten szczególny rodzaj rozgorączkowania (pobudzenia), który niewiele ma wspólnego z wzniosłymi, głoszonymi przy okazji celami. Ograniczanie własnych i cudzych popędów (z zasady uznanych za złe/niskie/grzeszne) może być potężnym środkiem sprawiania sobie przyjemności. Skąpiec nie oszczędza po to, by wydawać pieniądze na rozsądne cele. On oszczędza, by się tym oszczędzaniem skrycie rajcować. Jest w tym między innymi poczucie mocy, odczuwane tym silniej, im potężniejszy impuls udało się zahamować. Niedaleko stąd do definicji masochizmu.</p>
<p>Podczas tych rozmyślań przypomniałem sobie Rudolfa Steinera, twórcę dosyć dziwacznej kosmologii zwanej antropozofią. Tym, co mnie w niej zafrapowało, było ujęcie Dobra i Zła, Boga i Diabła. Europejczycy (i nie tylko oni) zwykle traktują te pojęcia jako statyczne przeciwieństwa &#8211; można podążać w jedną albo drugą stronę, dzięki czemu sądy moralne są dosyć proste. Steiner zaproponował układ dwóch statycznych, skrajnych postaci Zła, z których jedna jest stagnacją a druga chaosem &#8211; oraz takiego Dobra, które jest dynamicznym punktem równowagi pomiędzy jednym diabłem (Lucyferem) a drugim (Arymanem). Pozostawiając na boku kwestię, jak ten świat naprawdę jest zbudowany, można powiedzieć, że jest to koncepcja odpowiadająca dzisiejszemu pojęciu homeostazy, lub bardziej precyzyjnie homeodynamiki. Wyjaśnia znakomicie funkcjonowanie różnych mechanizmów fizjologicznych. W psychologii używana jest do wyjaśniania mechanizmów adaptacji w społeczeństwie, ale ja sądzę, że z dobrym skutkiem można ją też zastosować do opisu zdrowia i &#8222;niezdrowia&#8221; psychicznego. O ile bowiem dosyć łatwo jest opisać różne formy zaburzeń psychicznych, o tyle niezwykle trudno (na szczęście) opisać, czym jest psychiczne zdrowie. Moim zdaniem jest tak dlatego, że patologia jest zawsze zapędzeniem w pewną skrajność (i przy okazji ślepą uliczkę), natomiast zdrowie jest stanem dynamicznym, regulującym się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, w zależności od wewnętrznych i zewnętrznych warunków. Czym innym będzie zdrowie psychiczne w górskiej chatce na odludziu, a czym innym na taktycznym zwiadzie w Iraku lub Afganistanie. Przyjęcie tego faktu przez osobę, która leczy się w psychoterapii, często jest bardzo trudnym zadaniem. Pacjenci (szczególnie na początku terapii) wolą wierzyć, że zdrowie jest takim miłym, cieplutkim miejscem, w którym wystarczy sobie usiąść i niczego nie zmieniać.</p>
<p>Chyba już mniej więcej wiadomo, do czego zmierzam. Nasza wewnętrzna, psychiczna równowaga jest także dynamiczną równowagą między stagnacją a chaosem (czyli podlega stałym fluktuacjom w ramach dobrze rozumianej &#8222;normalności&#8221;). Jako przykład stagnacji można wyobrazić sobie osobę, która z lęku przed ludźmi wyrzeka się związków i siedzi w domu, powtarzając wciąż te same czynności czy rytuały. Bezpieczeństwo takiej osoby jest prawie doskonałe &#8211; niestety, cierpi ona na poczucie pustki i martwoty. Na drugim krańcu lokuje się np. osoba, która jest niewolnikiem własnych impulsów. Sprzeczne potrzeby własne i wymagania otoczenia wprowadzają chaos, który nie pozwala zarządzać swoim życiem. Możliwe konsekwencje to destrukcyjne zachowania, krańcowa zależność od innych, uzależnienia. Od razu można zaznaczyć, że skrajności te odpowiadają dwóm formom samotności, tej z daleka od ludzi i tej wśród ludzi. Jakby tego było mało, o wiele łatwiej jest przeskoczyć z jednej skrajności w drugą, niż utrzymać tę dynamiczną równowagę między jednym a drugim diabłem. Jedną z przyczyn, o której już wspomniałem, jest fakt, że jedna i druga skrajność związana jest z jakąś formą ukrytej satysfakcji, powiedziałbym nawet lubieżności, którą łaskoczemy się w tajemnicy przed innymi a czasem także przed sobą. Opisany odludek może lubować się mściwym &#8222;mam was wszystkich w dupie i spróbujcie mi coś zrobić&#8221;. Człowiek ogarnięty impulsami zwykle lubuje się raz tu, raz tam, czerpiąc dodatkową meta-frajdę z tego, że nie musi się niczym (sam) ograniczać.</p>
<p>Zmierzam do końcowych wniosków. Zaobserwowany na ulicy &#8222;podwójny wybryk&#8221; jest (symbolicznie) częścią większej całości. Społeczeństwo można także rozpatrywać jako organizm homeodynamiczny, tym łatwiej, że składa się z naszych jednostkowych konserwatyzmów i liberalizmów, wyrażanych chociażby praktycznie dwupartyjnym systemem. Patologia, jak się rzekło, jest przekroczeniem subtelnej granicy, poza którą nie ma już dynamicznej równowagi, a zaczyna się ciążenie w kierunku jednej ze skrajności. Patologia to wzajemne wyszydzanie się i oblewanie gównem przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Jeśli ludzie, którzy rządzą (lub mają bezpośredni wpływ na rządzących) będą dążyć do sk<a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/roadrage1.jpg"><img class="size-medium wp-image-309 alignright" title="roadrage1" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/roadrage1-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>rajności sądów i zachowań, to tym samym będą zwiększać ilość takich wyznawców, których nie będzie interesować rozsądek i pragmatyzm &#8211; będą ich bardziej interesować skrywane satysfakcje czy lubieżności, które opisałem wcześniej. Niestety, to się może szybko wyrwać spod jakiejkolwiek kontroli i zacząć żyć własnym, anarchistycznym życiem. Homeostaza, po przekroczeniu punktu granicznego jej zdolności samoregulacyjnych, może zdegenerować się w wybuchowym tempie. W psychologii (i nie tylko) nazywamy to kryzysem. Nie wiem, czy w ogóle warto wspominać, że odpowiedzialność za akty przemocy towarzyszące sporom &#8222;na górze&#8221; spada na obie strony dokładnie po połowie. Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że do rządzenia biorą się osoby szczególnie zrównoważone psychicznie i dzięki temu predestynowane do bycia wzorem w tej sprawie. Jest raczej odwrotnie, to walka o władzę przyciąga ludzi z tendencją do podziałów. Zresztą, sam model polityki jako walki o władzę już jest zaproszeniem do podziałów. Tak czy inaczej, całkiem możliwe jest, że tam, na górze, obie strony nie tyle dążą do czegoś konstruktywnego, co raczej zajmują się zaspokajaniem swoich nieprzyzwoitych lubieżności. Sygnalizuje to m.in. fakt, że publiczne spory są w większości niemerytoryczne, a dotyczą raczej specyficznych, zasadniczych (i konstytutywnych) hierarchii wartości obu stron. A my siedzimy przed telewizorami i patrząc na to, zaczynamy powoli im zazdrościć, że mogą to tak bezwstydnie robić na naszych oczach. Aż korci, żeby poszukać jakiejś dostępnej, zakazanej przyjemności. Znacie to uczucie, gdy w zapchanym supermarkecie otwiera się nowa kasa a my jesteśmy na tyle blisko, że dopadamy jej pierwsi? Wiem, że znacie. I wiem też, że wy z kolei wiecie doskonale, że te parę sekund euforii nie wynika z zaoszczędzenia kilkunastu minut. Aby nie być całkiem pesymistycznym w tej sprawie, zostawię końcowe pytania otwarte: czy widząc psucie się rybiej głowy, będziemy na tyle odporni, by się temu nie poddać? I czy świat potrzebuje terapii?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/kulawy-homeostat/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zdobyć – trafić – utrzymać</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/zdobyc-trafic-utrzymac/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/zdobyc-trafic-utrzymac/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Dec 2010 18:24:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[psychoterapia]]></category>
		<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[bliskość]]></category>
		<category><![CDATA[uczucia]]></category>
		<category><![CDATA[zaufanie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=263</guid>
		<description><![CDATA[Słuchając Państwa pytań i wypowiedzi na Forum Samotnia doszedłem do wniosku, że opisywane trudności w relacjach są bardzo różne i przydałoby się wprowadzić jakiś klucz, umożliwiający odpowiedź na pytanie: gdzie kryje się problem? Klucz ten zawarłem w tytule wpisu. Widzę trzy wyraźne grupy trudności w relacjach opisywanych przez Państwa. Pierwsza: zdobyć. Ta trudność dotyczy osób, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Słuchając Państwa pytań i wypowiedzi na Forum Samotnia doszedłem do wniosku, że opisywane trudności w relacjach są bardzo różne i przydałoby się wprowadzić jakiś klucz, umożliwiający odpowiedź na pytanie: gdzie kryje się problem? Klucz ten zawarłem w tytule wpisu. Widzę trzy wyraźne grupy trudności w relacjach opisywanych przez Państwa.</p>
<p>Pierwsza: <strong>zdobyć</strong>.</p>
<p>Ta trudność dotyczy osób, które cierpią na samotność rozumianą jako izolacja od ludzi. Jestem sam, w kontaktach czuję się niepewnie, denerwuję się, nie wiem co powiedzieć, boję się że wyjdę na idiotę&#8230; Poziom lęku może być różny i mieć różne konsekwencje: od zaszycia się w domu i rezygnacji, poprzez chaos i paraliż w obecności osoby, na której mi zależy (czyli często: każdej osoby), aż po całkiem odważne zachowania, które mają na celu zbliżenie się do ludzi ale powodują konsekwencje wręcz przeciwne. W każdym razie skutek jest ten sam, czyli w sobotę wieczorem znowu siedzę samotnie w domu i robię dobrą minę, chociaż wychodzi mi tylko dziwny grymas, którego wolę nie oglądać w lustrze.</p>
<p>O tego typu trudnościach słyszę najczęściej w ten sposób: wie pan, po prostu nie wiem jak się zachować, co bym nie zrobił to mam wrażenie, że dziwnie się na mnie patrzą. Nie umiem podtrzymać rozmowy, jestem chyba jakiś inny. Im dłużej to trwa, tym bardziej czuję narastającą złość, że oni się tak dobrze bawią, podczas gdy ja staram się tylko dopasować, żeby nie wydało się, jak bardzo jestem spanikowany. To jedna wielka męka, więc siedzę w domu &#8211; ostatnio próbuje ułożyć moje książki w jak najlepszym porządku, ciągle od nowa i nie mogę znaleźć najlepszej metody. A jak się wkurzam, gdy ktoś mi coś poprzestawia &#8211; tak jakbym tylko czekał, aż ktoś podejdzie za blisko &#8211; żeby go ugryźć.</p>
<p>W psychoterapii taka osoba zwykle uczy się otwartości i płynących z niej korzyści. Często ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że ludzi zbliżają nie tylko ich zalety, ale też (często bardziej) wspólne słabości, o których można rozmawiać i nie być odrzuconym. Że nie musi błyszczeć, by ktoś ją zauważył. Że po prostu może mówić, co myśli i czuje &#8211; i że właśnie to jest dla innych najciekawsze. Stąd wynika maksyma, którą staram się puszczać w obieg: <strong>jak nie wiesz, co mówić, to mów prawdę</strong>.</p>
<p>Druga trudność: <strong>trafić</strong>.</p>
<p>Tu zaliczam te osoby, które związują się z nieodpowiednim partnerem (zwykle trudno go nazwać partnerem). Są wykorzystywane, ignorowane, zdradzane. Może być to ciąg nieudanych związków ale też może być jeden, długi związek, gdzie najbliższa osoba jest obca, daleka, czasem groźna. Znów wiele typów ludzkich staje mi przed oczyma. Jednym z lepszych przykładów z tej grupy są kobiety trafiające na agresywnych mężczyzn albo mężczyzn-uwodzicieli, z tego typu co żadnej nie przepuści.</p>
<p>Smutnym paradoksem takich historii jest fakt, że ból w takim związku pochodzi z czegoś, co na początku dawało najwięcej satysfakcji, czyli z rozmiarów zaangażowania, z silnej reakcji mężczyzny na atrakcyjność partnerki. Niska samoocena kobiety może w takim momencie podjechać ostro w górę, aż w rejestry euforyczne, z których bardzo boleśnie się spada, kiedy ten jedyny i wybrany zareaguje identycznie na kolejny obiekt w swojej kolekcji. Wtedy jaśniejsze się staje, że jego wcześniejsze zainteresowanie nie tyle było dowodem na atrakcyjność kobiety, co wyrazem trudności w hamowaniu impulsu. A ktoś, kto ma z tym problem, będzie skłonny do zdrady i agresji. Sytuację taką komplikuje fakt, że kobiety całkiem świadomie wybierają takich mężczyzn, w nadziei, że swoją atrakcyjnością będą ich dobrze kontrolować. Niestety, może pojawić się ktoś atrakcyjniejszy. Można też chcieć mieć dziecko, które zrujnuje urodę albo zwyczajnie się zestarzeć. Tak przy okazji, to autentycznie zdumiony jestem, jak wiele kobiet jest przeświadczonych, że każdy mężczyzna pójdzie za impulsem, co prowadzi do kolejnego przeświadczenia, że mężczyźni nie są zdolni do tworzenia więzi. Co takie kobiety sądzą o rozumie mężczyzny, łatwo wywnioskować.</p>
<p>Trzecia trudność: <strong>utrzymać</strong>.</p>
<p>W odróżnieniu od poprzedniej kategorii, tutaj chodzi mi o osoby, które trafiają na przyzwoitych partnerów, ale nie są w stanie ich przy sobie zatrzymać. Tu znowu jest mnóstwo różnych możliwości &#8211; jako pierwsza przychodzi mi do głowy taka sytuacja, gdzie boimy się tego kogoś stracić i zaczynamy go kontrolować. Trochę jak w poprzednim przykładzie, z taką różnicą, że facet ma rozum i potrafi opanować impuls. Jeśli kobieta nie będzie w to wierzyć (albo czuje się mało wartościowa), to będzie używać różnych sposobów na trzymanie go blisko, co często kończy się syndromem ściśniętego, mokrego mydła. Jeśli (załóżmy) ja mam rozum i umiem trzymać na wodzy swoje chucie, a słyszę od partnerki ciągłe: nie patrz się na nią, nie pij tyle, nie wyjedziesz na szkolenie, pokaż swoją historię przeglądarki, to prędzej czy później poczuję się jak półdebil i zapragnę wolności. Patologiczna zazdrość może zabić każdy związek.</p>
<p>Innym sposobem sprawowania kontroli jest odgadywanie życzeń i próby ich spełniania. Dopasowywanie się do partnera jest świetnym sposobem na zniszczenie jego pragnienia. Związek dorosłych ludzi zawsze jest jakimś rodzajem umowy, która jednostronnie może zostać zerwana. Świadomość tego faktu powoduje lęk, opisany częściowo w poprzednim artykule o samotności egzystencjalnej. Jeśli słabo znosimy ten lęk, to będziemy go próbować usunąć wyżej opisanymi sposobami &#8211; albo tysiącem innych. Zadziała to jednak w sposób odwrotny do zamierzonego. Boję się, więc jestem, można powiedzieć. Pogódź się z tym.</p>
<p>Podane wyżej przykłady oczywiście nie wyczerpują tematu. Myślę jednak, że odnalezienie siebie w którejś z tych trzech kategorii może być pierwszym krokiem do autodiagnozy i określenia planu działania. Odpowiadając przy okazji na jeden z komentarzy, nie sądzę wcale, że tylko psychoterapia zapewnia sukces w tej sprawie. Prawie wszyscy przeżywamy kryzysy i prawie wszyscy własnymi siłami (lub z pomocą bliskich) możemy się z nich wydostawać, ucząc się na własnych i cudzych błędach. Czasem jednak do wydostania się z kryzysu potrzebna jest druga osoba a w przypadku wielu osób wyizolowanych lub samotnych pozostaje odwołać się do psychoterapeuty. Co nie zmienia mojego przekonania, że <strong>psychologa w życiu powinno być jak najmniej</strong> &#8211; tylko tyle, ile jest niezbędne, by pójść dalej o własnych siłach.</p>
<p>I na koniec odwołam się znów do komentarzy, w których powtarza się pytanie, co zrobić, jeśli już tyle razy zaufało się ludziom i zostało przez nich zdradzonym. Można zacząć od odpowiedzi, czy chodzi o problem z trafieniem, czy z utrzymaniem. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że tak czy inaczej dojdziemy do pytania, czyje potrzeby (w jakiej proporcji) zaspokajam w związku &#8211; moje czy partnera? Czy moje zaufanie do niego wzięło się stąd, że mogłem na niego wielokrotnie liczyć w kwestii moich potrzeb? &#8211; czy raczej moje zaufanie było rodzajem nieograniczonego kredytu, udzielonego na podstawie &#8222;motyli w moim brzuchu&#8221;? Chcesz sprawdzić, czy komuś na tobie naprawdę zależy? Poproś go o coś, co będzie wymagało trochę poświęcenia z jego strony. Czy odda swoją ostatnią kanapkę, czy podwiezie mimo nadłożenia drogi, czy stanie po twojej stronie, mimo że jego/jej mama/tata myśli inaczej? Boimy się to sprawdzać. Niestety, przez to często żyjemy z kimś, o kim sądzimy że nas kocha, a w rzeczywistości jest to ktoś, komu po prostu jest z nami wygodnie. Wprowadź do gry swoje pragnienie, zobacz co zrobi z nim partner. Inaczej niewiele się o nim dowiesz i będziesz żyć fantazjami. Miałem kiedyś dwóch przyjaciół i z obu zrezygnowałem &#8211; z jednego dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o sobie, a z drugim dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o mnie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/zdobyc-trafic-utrzymac/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Samotność egzystencjalna</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/samotnosc-egzystencjalna/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/samotnosc-egzystencjalna/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 24 Nov 2010 13:20:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[brak]]></category>
		<category><![CDATA[miłość]]></category>
		<category><![CDATA[śmierć]]></category>
		<category><![CDATA[utrata]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=144</guid>
		<description><![CDATA[Jeden z ostatnich komentarzy skłonił mnie do myślenia i pisania o śmierci. Wszystko właściwie możemy robić wspólnie z innymi: cieszyć się, smucić, myśleć, nudzić się &#8211; nawet rodzić się można czasem w towarzystwie. Z umieraniem jednak będziemy sobie musieli poradzić zupełnie samotnie. Nawet jeśli będzie ktoś obok siedział (albo nawet obok umierał), to na pewno [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jeden z ostatnich komentarzy skłonił mnie do myślenia i pisania o śmierci. Wszystko właściwie możemy robić wspólnie z innymi: cieszyć się, smucić, myśleć, nudzić się &#8211; nawet rodzić się można czasem w towarzystwie. Z umieraniem jednak będziemy sobie musieli poradzić zupełnie samotnie. Nawet jeśli będzie ktoś obok siedział (albo nawet obok umierał), to na pewno nie będzie to wspólne przeżycie. Cóż, nawet słowo przeżycie tu nie pasuje. Myśl się rwie, język się kończy &#8211; nic nie wiemy o śmierci.</p>
<p>Dużo jednak można powiedzieć o życiu w kontekście śmierci. Czy o niej myślimy, czy nie, ona gdzieś tam nas czeka i wpływa, chcemy czy nie, na nasze podejście do życia. Lęk przed śmiercią jest lękiem przed samotnością. Tylko że czasem mylimy samotność interpersonalną z samotnością egzystencjalną. Gdy myślimy o śmierci, bardzo często przychodzi na myśl rozstanie, tęsknota za bliską a nieobecną osobą. Utrata brutalna i nienegocjowalna. Obojętna wobec niedokończonych spraw, podjętych planów, kiełkujących uczuć. Ślady jej wizyty to wystygła kawa, odło<a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/11/sam2.jpg"><img class="size-full wp-image-154 alignleft" title="sam" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/11/sam2.jpg" alt="" width="300" height="199" /></a>żone na chwilę okulary, założona książka, która już nie zostanie dokończona. Telefony, które chcą naiwnie rozmawiać z żywym. Zapach kogoś, kogo już nie ma. Szczególnie czyjąś śmierć kojarzymy z rozstaniem, bo też ona jest rozstaniem. Jednak nie tylko.</p>
<p>Gdy myślimy o własnej śmierci, też często myślimy o utracie, rozstaniu. Tylko właściwie kto traci? kto się rozstaje? Jak można przeżywać brak, skoro się nie istnieje? W tym właśnie punkcie widać, że wygodniej i mniej przerażająco jest myśleć o śmierci w kategoriach interpersonalnych. Dlaczego? Na przykład dlatego, że na rozstania z ludźmi mamy jakiś wpływ. &#8222;Zawsze będziemy razem&#8221; &#8211; przecież to kłamstwo, będziemy razem co najwyżej do śmierci jednego z nas. Codzienna świadomość tego faktu jest zbyt paraliżująca, dlatego używamy zwrotu &#8222;zawsze będziemy razem&#8221;, zwrotu, który pozornie zwycięża śmierć. Usuwa ją nam sprzed oczu, dając wrażenie jej unicestwienia.</p>
<p>Bliska więź chroni nas więc przed egzystencjalnym lękiem, pozwala nie myśleć o śmierci. Jeszcze silniej działa przywołanie na świat dzieci, naszej żywej, cielesnej kontynuacji. Nic w tym złego, dopóki nie zaczynamy używać ludzi jako antidotum na egzystencjalny lęk. Rozpacz po stracie bliskiej osoby jest wliczona w miłość do niej. Nie chcesz cierpieć &#8211; nie kochaj. Mam wrażenie, że coraz więcej ludzi kieruje się tą dewizą. W jednym z listów ktoś pyta mnie: co mam zrobić, żeby przestać potrzebować miłości? Niech pan pomoże mi to pragnienie usunąć, wtedy będę szczęśliwa. Odpowiadam, że to podobna prośba jak prośba do chirurga o wycięcie serca. Słyszę zawód w odpowiedzi.</p>
<p>Jeśli chcesz żyć, będzie czasem boleć. Czasem bardzo, prawie nie do wytrzymania. Jeśli będziesz próbować żyć tak, by nie cierpieć, umrzesz za życia, gdzieś podskórnie wiedząc o tym. W rozpaczy po śmierci bliskiej osoby zawiera się jednak nie tylko ból rozstania. Zawiera się też nagła konfrontacja z faktem istnienia śmierci &#8211; co oznacza, że też mojej śmierci. Ból utraty mija, ból egzystencjalny jest zawsze obecny (czyli do śmierci). Z wiekiem wręcz narasta. Świadomość egzystencjalnej samotności zmusza nas do zadawania sobie pytań: po co żyję? jak chcę wykorzystać to coś, co jest tak drogocenne i tak beznadziejnie ograniczone? co będzie jeśli dokonam złego wyboru? Pytania te potrafią być tak paraliżujące, że ludzie zamierają w miejscu jak przestraszone robaki. Ze strachu przed śmiercią przestają żyć.</p>
<p>Zmierzenie się z faktem egzystencjalnej samotności może pozwolić na wchodzenie w związki z większą odwagą. Ewentualne rozstanie nie będzie wtedy tak beznadziejnie bolało. Wiele osób odczuwa lęk przed rozstaniem w stopniu porównywalnym do śmierci w tragicznej katastrofie i dlatego popada w interpersonalną samotność. Prowadzi to często do zdziwaczenia lub zdziczenia, bo lęk egzystencjalny nie znika i trzeba go wpuścić w jakąś angażującą zmysły działalność. W innych przypadkach kończy się to wikłaniem się w przypadkowe związki, gdy głód zaczyna doskwierać i niszczeniem ich, gdy strach przed miłością zaczyna być silniejszy niż jej głód.</p>
<p>Nawet jeśli jesteś w najlepszym, bliskim związku, nie jesteś drugą połówką jabłka. To mit, z gatunku &#8222;zawsze będziemy razem&#8221;. Jakaś część ciebie i tej drugiej osoby jest samotna, jest niezrozumiała i niedostępna nawet dla tego najbliższego człowieka, z którym śpisz, jesz, marzysz. Nieświadomość tego faktu prowadzi do wzajemnego zamęczania się i pretensji o brak zrozumienia i zaangażowania. Odnalezienie tego miejsca, w którym kończy się &#8222;my&#8221; a zaczyna &#8222;ja i ty&#8221; pozwala cieszyć się &#8222;nami&#8221;, czyli tą połową szklanki, która jest pełna. Pozwala też, o dziwo, cieszyć się pustą połową szklanki, która jest tym, co nazywam dobrą samotnością. Pozwala też przeżyć żałobę po stracie najbliższego człowieka, zaakceptować po pewnym czasie ten fakt i zająć się resztą naszego życia, która czeka na zagospodarowanie. Jeśli tego nie zrobisz i zaniedbasz swoje życie, powstanie ugór, na którym wyrosną tylko chwasty.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/samotnosc-egzystencjalna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

