<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<?xml-stylesheet type="text/xsl" media="screen" href="/~d/styles/rss2full.xsl"?><?xml-stylesheet type="text/css" media="screen" href="http://feeds.feedburner.com/~d/styles/itemcontent.css"?><rss xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/" xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/" version="2.0">

<channel>
	<title>psychoblog » Bez kategorii</title>
	
	<link>http://www.psychoblog.com.pl</link>
	<description>świat potrzebuje terapii</description>
	<lastBuildDate>Tue, 17 Apr 2012 09:23:34 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.4</generator>
		<atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="self" type="application/rss+xml" href="http://feeds.feedburner.com/psycho/blog" /><feedburner:info xmlns:feedburner="http://rssnamespace.org/feedburner/ext/1.0" uri="psycho/blog" /><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="hub" href="http://pubsubhubbub.appspot.com/" /><item>
		<title>CHCĘ RODZICA</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/chce-rodzica/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/chce-rodzica/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 09 Mar 2012 18:58:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=508</guid>
		<description><![CDATA[Piszą Państwo ostatnio o samotności we dwoje, więc zdecydowałem się trochę ugryźć ten temat. Jest rozległy i trudny, więc proszę wziąć pod uwagę, że opisać można jeden wycinek tej kwestii na raz. Istnieje jednak pewien schemat samotności we dwoje, który pojawia się dosyć często. Zacząć trzeba od tego, że nasz wzorzec wchodzenia w relacje pochodzi [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Piszą Państwo ostatnio o samotności we dwoje, więc zdecydowałem się trochę ugryźć ten temat. Jest rozległy i trudny, więc proszę wziąć pod uwagę, że opisać można jeden wycinek tej kwestii na raz. Istnieje jednak pewien schemat samotności we dwoje, który pojawia się dosyć często.</p>
<p>Zacząć trzeba od tego, że nasz wzorzec wchodzenia w relacje pochodzi w dużym stopniu od rodziców. To truizm, oczywiście, nasze spsychologizowane społeczeństwo już to wie. Przyglądając się <a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2012/03/abuse-parent-yelling-at-child.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-510" title="CHCĘ" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2012/03/abuse-parent-yelling-at-child-300x199.jpg" alt="" width="300" height="199" /></a>jednak bliżej, okazuje się, że nie tyle chodzi o naukę przez obserwację, co stosunek do CHCĘ rodzica. Nazwałem to tak, żeby nie robić terminologicznego zamieszania. CHCĘ rodzica to, mówiąc krótko, jego własne, prywatne potrzeby i popędy, ukierunkowane na własną satysfakcję a nie na satysfakcję dziecka. Przykład z tych często przytaczanych: rodzice każą dziecku pić mleko, ono mleka nie znosi, rodzice tłumaczą, że to dla jego dobra, dziecko nie pojmuje, jak taka męka może być dla jego dobra. No i tu jest punkt, w którym dziecko &#8222;zdecyduje się&#8221;, jak będzie traktować CHCĘ rodzica. Bo chyba nie mamy wątpliwości, że jest granica, za którą dziecko zmuszane jest do picia mleka nie dlatego, że to zdrowe, tylko dlatego, że rodzic tak CHCE i nie znosi sprzeciwu. Satysfakcja rodzica wynika w tym przypadku nie z dobra dziecka ale z przyjemności dominacji nad nim. Żeby sprawę skomplikować, 99% rodziców nigdy się do tego nie przyzna, także (a może zwłaszcza) przed sobą. To jest w jakimś sensie &#8222;genialność&#8221; naszego umysłu: możemy doznać (my, rodzice, szefowie, nauczyciele, księża, politycy itd.) sadystycznej przyjemności, jednocześnie wierząc, że robimy to dla dobra drugiej osoby. Jeśli ktoś wątpi w to, co napisałem, niech dobrze poszuka we własnej pamięci.</p>
<p>Jak więc reagujemy na<a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2012/03/miss.jpg"><img class="size-medium wp-image-515 alignleft" title="miss" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2012/03/miss-300x167.jpg" alt="" width="300" height="167" /></a> CHCĘ rodzica? Opiszę tu dwa sposoby, komplementarne w stosunku do siebie, co (jak już zaznaczyłem) nie wyczerpuje tematu. Pierwszy sposób: &#8222;Wypiję to mleko, bo skoro rodzic tego chce, to musi być dla mnie dobre. Sprawię mu tym przyjemność a efekcie sobie.&#8221;. Trochę upraszczam, ale chodzi o to, by w skrócie pokazać, jak uczymy się czerpać przyjemność z przyjemności innych osób, gdy nasza własna przyjemność jest zakazana. Od razu powiem, że ten sposób wybierają częściej dziewczynki. W dorosłym życiu czerpią często satysfakcję np. w życiu seksualnego z tego, że zaspokojony jest mężczyzna. Drugi sposób: &#8222;Nie wypiję, żeby nie wiem co. I skoro tak gramy, to nie uwierzę już nigdy, że jakieś twoje (rodzicu) CHCĘ ma na celu moje dobro.&#8221;. Takie rozwiązanie skutkuje ostatecznie wyrugowaniem ze swego życia wszelkich, zewnętrznych CHCĘ. Ten sposób wybierają częściej chłopcy (zostawmy na razie w spokoju przyczyny). Dla równowagi znów podam konsekwencje w życiu seksualnym: brak podniecenia u mężczyzny wobec kobiety, której na nim wyraźnie zależy. Jej CHCĘ mężczyzna traktuje jako kolejną próbę inwazji i jego ciało stawia opór, chociaż (w lżejszych przypadkach) zdroworozsądkowo to by może i chciał. Albo chce tylko wtedy, gdy warunki to uniemożliwiają (np. jest w pracy, dzieci są w pokoju itp.).</p>
<p>W wieku Viagry kłopoty seksualne można przeskoczyć, co nie znaczy, że ogólny schemat zniknie. Wyobraźmy więc sobie, co stanie się, kiedy zetkną się ze sobą dwie opisane wyżej osobowości, a dzieje się to często. Wszyscy pewnie kojarzymy sytuacje, kiedy kobieta domaga się od swego mężczyzny, żeby posprzątał a on uchyla się od tego, jak tylko może. Albo żeby opuszczał klapę od sedesu, co on notorycznie zapomina zrobić. Albo naprawił cieknący od wieków kran itp. Miliony dowcipów i poradników psychologicznych na ten temat powstało, co zaświadcza o skali występowania tego schematu. Idąc krok dalej, zgodzimy się chyba, że kobiecie nie tyle zależy na wykonaniu samej czynności, co na tym, żeby mężczyźnie CHCIAŁO SIĘ tę czynność wykonać. Jest to oczywiście jakiś dowód dla niej, że temu facetowi w ogóle na niej zależy. Natomiast on nie robi tego nie dlatego, że to trudne, ale dokładnie dlatego, że wie, że ona tego CHCE. Jeśli więc on, zgodnie ze swoim schematem, nawet wykona tę czynność, ale bez zapału i w dokładnie określonych przez nią granicach, jej głęboka potrzeba nie zostanie zaspokojona, co automatycznie wywoła kolejne domaganie, na co on zareaguje jeszcze mocniejszym wycofaniem i tak do całkowitej obcości i samotności we dwoje. Wersje tej samotności są oczywiście różne, często pojawia się tu &#8222;ta druga&#8221; na boku, która po prostu nie chce aż tyle (dopóki nie stanie się &#8222;tą jedną&#8221;).</p>
<p>Dramat tej sytuacji polega między innymi na tym, że na początku związku to zwykle mężczyzna wykazuje inicjatywę a kobieta jakoś reaguje na jego CHCĘ, co zbliża obie osoby, ale nie wyzwala opisanego efektu. Dopiero wtedy, kiedy kobieta &#8222;też zacznie chcieć&#8221;, czyli związek zostanie w jakiś sposób obopólnie potwierdzony, pojawiają się kłopoty. W mojej pracy niejednokrotnie spotykam historie par, które żyją ze sobą całkiem dobrze i długo, broniąc się jednak instynktownie nawet przed nazwaniem tego układu związkiem. Bo oboje zdają sobie sprawę, że wtedy ona zacznie mieć większe oczekiwania a on zacznie się mocniej przed nimi bronić. Małżeństwo w takiej sytuacji ze zrozumiałych względów działa jeszcze bardziej paraliżująco.</p>
<p>Czy jest jakiś sposób na wyjście z tego błędnego koła? Nic tu nie dzieje się szybko. W ogromnym skrócie kobieta może próbować hamować swoje CHCĘ a mężczyzna może dla niej robić różne rzeczy miłe, których nie traktuje jako coś, czego skrycie CHCE ona. Ale to łatwo brzmi a w praktyce może trwać długo i niekoniecznie z jednym partnerem. No i można o całej sprawie rozmawiać, bo im częściej rozmawiamy, tym rzadziej nawiedzają nas duchy przeszłości. Przy okazji, łatwo mi w tym momencie wytłumaczyć, czemu w niektórych sprawach nie da się nic doradzić. Bo przecież, gdyby doradzić kobiecie, żeby o tym porozmawiała z mężczyzną, to dorzucimy jej kolejne domaganie się od mężczyzny, na które on zareaguje&#8230; jak?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/chce-rodzica/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Drzwi szeroko zamknięte</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/drzwi-szeroko-zamkniete/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/drzwi-szeroko-zamkniete/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 24 Feb 2012 22:03:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=489</guid>
		<description><![CDATA[Jedna z dużych gazet napisała o problemie agresji uczniów wobec nauczycieli. Przytoczono relację katechetki, która usłyszała od ucznia: &#8222;Chodź to cię zerżnę&#8221;. Jak sama mówi, przerażona była swoją odpowiedzią: &#8222;To chodź, pokaż czy masz czym&#8221; a jednocześnie zdziwiona reakcją ucznia i reszty grupy, bo położyli uszy po sobie i zajęli się tym, czym powinni zajmować [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jedna z dużych gazet napisała o problemie agresji uczniów wobec nauczycieli. Przytoczono relację katechetki, która usłyszała od ucznia: &#8222;Chodź to cię zerżnę&#8221;. Jak sama mówi, przerażona była swoją odpowiedzią: &#8222;To chodź, pokaż czy masz czym&#8221; a jednocześnie zdziwiona reakcją ucznia i reszty grupy, bo położyli uszy po sobie i zajęli się tym, czym powinni zajmować się na lekcji.</p>
<p>Zostawmy na chwilę katechetkę z jej przerażeniem i przyjrzyjmy się reakcji Pana Psychologa, który powiedział, że reakcja katechetki była agresywna i niewłaściwa z wychowawczego punktu widzenia. Jednocześnie nie zaprzeczył, że katechetka osiągnęła to, co chciała i od tej pory uczeń będzie jej słuchał. Zarzutem Pana Psychologa było to, że w nieobecności katechetki uczeń będzie robił to samo co przedtem, czyli nie nastąpi korygujące oddziaływanie wychowawcze. Co należałoby zrobić w takiej sytuacji wg Pana Psychologa? &#8222;Otworzyć drzwi od klasy, agresor od razu zacznie się czuć mniej pewnie.&#8221;.</p>
<p>No, teraz to ja jestem przerażony. Dlaczego? Czy otwarcie drzwi spowoduje ów korygujący wychowawczo, długotrwały efekt zmiany zachowania u ucznia? Komunikat wysłany przez katechetkę w opisanej na początku sytuacji był taki: &#8222;Nie jestem taka słaba, jak ci się wydaje i to ty będziesz zawstydzony, jeśli się nie wycofasz ze swojego chamstwa&#8221;. Jeśli katechetka otwiera drzwi, to sygnał, który wysyła jest mniej więcej taki: &#8222;Co prawda, ja jestem za słaba by się przed twoim chamstwem obronić ale tam za drzwiami jest ktoś, kto to z pewnością zrobi&#8221;. Kto to jest? Dyrektor? Psycholog szkolny? Czy rzeczywiście są to instancje, wobec których chamski uczeń dokona refleksji i zmieni trwale zachowanie? Zdaniem Pana Psychologa takimi instancjami powinny być swoiste zespoły problemowe, które będą pracować z uczniem i katechetką nad konstruktywną komunikacją a jeśli to nie pomoże, zawsze można oddać sprawę do sądu.</p>
<p>W całej tej historii następuje zbiorowe zaprzeczenie faktu, że jesteśmy jako gatunek wyposażeni w agresję, która służy nam do samoobrony. Najpierw zaprzeczenie a potem delegacja tej agresji na instytucje, w których nie będziemy już nazywać agresji agresją, tylko Sprawiedliwością albo  Prawem. Ewentualnie Diagnozą. Nie musisz już, Obywatelu, bronić sam siebie, bo obroni cię Państwo poprzez swoje instytucje. Brzmi wspaniale, zachęcająco i na pierwszy rzut oka nie powinniśmy się takiej kuszącej ofercie opierać. I też rzadko to robimy. Rzadko też pytamy samych siebie, kto nas wtedy obroni przed Państwem.</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2012/02/FUNNY8.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-491" title="dziecko" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2012/02/FUNNY8-300x218.jpg" alt="" width="300" height="218" /></a>Dlaczego więc jestem przerażony? Z kilku powodów. Problem, który może być załatwiony na miejscu, między nauczycielem a uczniem, zostaje wyniesiony w sferę urzędów publicznych, gdzie zajmie się nim grupa osób, którym trzeba będzie za to zapłacić. Oznacza to uzależnienie naszego bezpieczeństwa od urzędników, czyli de facto oddanie w ich ręce potężnej władzy, w tym władzy nie tylko wychowawczej ale i rodzicielskiej, bo następny krok jest taki, że rodzic też ma się odwoływać do instytucji w razie wychowawczych problemów &#8211; broń Boże klapsy. Czyli niebezpieczeństwo jest takie, że nie będziemy mogli kształtować dziecka zgodnie z  własnymi przekonaniami, tylko z przekonaniami Państwa. Wystarczy spojrzeć na model skandynawski. Dlaczego Breivik objawił się właśnie w takim systemie? Destrukcyjna agresywność została wyrugowana z mentalnej przestrzeni publicznej razem z agresywnością zdrową. Jeśli nie mam z tą częścią siebie kontaktu, to nie jestem w stanie przewidzieć ataku na siebie, bo przecież to &#8222;przechodzi ludzkie pojęcie&#8221;. Nawet policja w tym systemie została wykastrowana z broni i potrzebowała mnóstwa czasu, by oprzytomnieć, podczas gdy Breivik robił swoje. I dalej zresztą robi, bawiąc się wyśmienicie na koszt opiekuńczego państwa, torując drogę kolejnym psychopatycznym &#8222;celebrytom&#8221;. Początek tej drogi to właśnie oskarżanie katechetki o agresję, która była odruchową, naturalną reakcją na atak, a mówiąc precyzyjniej, na próbę dowiedzenia się przez ucznia, gdzie są dopuszczalne granice jego egoistycznej uciechy. Pan Psycholog oczywiście ubolewa, że granice te są dziś słabe i że ludzie biorą sobie agresywnie to, czego w danym momencie chcą, ale nie zauważa, że swoją diagnozą pogłębia i pieczętuje ten stan rzeczy. Zgadzam się, że ta jedna reakcja katechetki nie zmieni ucznia trwale, ale gdyby spotykał się z takimi reakcjami zawsze, zarówno w szkole jak i w domu, dosyć szybko nauczyłby się, gdzie są granice jego egoizmu (czytaj: psychopatyczności). Wszak jedną z miar kultury współżycia jest zdolność do hamowania swoich popędów.</p>
<p>Przesadzam? Oby. Ale na innej stronie tej samej gazety widzę informację, że rodzina chłopca, który poparzył się środkiem czyszczącym, pozywa producenta tego środka. Nasze społeczeństwo szybko się uczy. To właśnie nazywam zależnością i delegacją rodzicielskiej władzy w ręce instytucji. To jest po prostu wygodniejsze niż wzięcie odpowiedzialności za jakość swego rodzicielstwa. Na innej znów stronie widzę informację o chamstwie w tramwaju, gdzie grupka wyrostków terroryzuje dorosłe otoczenie. Otoczenie jednak dostało lekcję od Pana Psychologa i innych Instytucji, że nie można reagować agresją, trzeba wychowawczo i &#8222;adekwatnie do zagrożenia&#8221;. A najlepiej otworzyć drzwi, bo to powstrzyma chamstwo. Tylko że to już nie szkoła i napastnicy nie boją się Pana Dyrektora. Już wiedzą, że za drzwiami nikogo nie ma. No i drzwi w tramwaju trudno otworzyć.</p>
<p>PS. Z ostatniej chwili: <strong><em>&#8222;﻿Klient pobity w Ikea. Nikt nie reagował&#8221;</em></strong> &#8211; no właśnie, czemu ktoś miałby reagować? Przecież drzwi były otwarte.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/drzwi-szeroko-zamkniete/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyjdź, chociaż miałbyś się czołgać</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/477/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/477/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 05 Feb 2012 18:05:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=477</guid>
		<description><![CDATA[Krótki wywiad nt. samotności przeprowadzony przez p. Ewelinę Drelę dla portalu Ojców Benedyktynów. ED: Czym właściwie jest samotność? Co to za uczucie? WK: Samotność ma wiele twarzy. Jedni przeżywają ją jako rozciągniętą w czasie, bezmierną nudę i miałkość życia, inni jako emocjonalny ból, podobny do żałoby po kimś kochanym. Jeszcze inni jako powolne zamieranie, utratę [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Krótki wywiad nt. samotności przeprowadzony przez p. Ewelinę Drelę dla portalu Ojców Benedyktynów.</strong></p>
<p><em>ED: Czym właściwie jest samotność? Co to za uczucie?</em></p>
<p>WK: Samotność ma wiele twarzy. Jedni przeżywają ją jako rozciągniętą w czasie, bezmierną nudę i miałkość życia, inni jako emocjonalny ból, podobny do żałoby po kimś kochanym. Jeszcze inni jako powolne zamieranie, utratę energii życiowej i niemożność cieszenia się czymkolwiek. Jeszcze inni jako przerażający lęk i obawę przed szaleństwem. Wszystkiemu najczęściej towarzyszy jedno z dwóch przekonań: albo ja jestem kompletnie bezwartościowy albo świat jest miejscem wrogim, popsutym i niewartym zachodu. Najczęściej jedno miesza się z drugim, tworząc dorosłą odmianę choroby sierocej. Ja definiuję samotność jako niemożność wchodzenia w stabilne i satysfakcjonujące związki z ludźmi.</p>
<p><em>ED: Jaka jest różnica pomiędzy „Byciem samemu” a „byciem samotnym”?</em></p>
<p>WK: Bycie samemu kojarzę z fizyczną izolacją od ludzi, na własne życzenie albo wskutek wyżej wspomnianej niemożności wiązania się. Natomiast samotność to już przykra konsekwencja tej drugiej sytuacji – kiedy chcemy być blisko z ludźmi ale nie umiemy i cierpimy z tego powodu. Jak z tego wynika, bycie samemu nie musi być tragedią. Jeśli jest to świadomy wybór danej osoby, która zna konsekwencje i akceptuje je, można bycie samemu uznać za styl życia.</p>
<p><em>ED: Założył Pan stronę internetową o samotności, napisał o niej książkę. Czym właściwie jest wirus samotności? Jak się objawia?</em></p>
<p>WK: Wirus samotności to zestaw nawyków i cech osobowości, przekazywanych od poprzednich pokoleń, który sprawia określoną trudność w bliskich relacjach z ludźmi. W terapii rodzin dobrze to widać na przykładzie genogramów, które pokazują, jak dysfunkcje w relacjach interpersonalnych przenoszą się między pokoleniami. Przykładem może być samotna matka, skupiająca swoją całą uwagę na córce, która staje się lekiem na jej samotność. Takie dziecko może nie nauczyć się samodzielności, instynktownie wyczuwając, że matka cierpi, gdy ono próbuje stworzyć swoje, odrębne życie. W konsekwencji albo zostaje z matką i nie tworzy istotnych związków z innymi osobami albo tworzy związki, w których nie toleruje braku uwagi ze strony partnera. Takie związki dosyć szybko się kończą i wirus samotności zbiera swoje żniwo. Córka tak wychowana może ostatecznie wpaść na pomysł, żeby „zrobić sobie dziecko”, które będzie wychowywała sama, podobnie jak jej matka. Widać z tego, że wirus może się replikować jako dokładna kopia albo może też mutować.</p>
<p><em>ED: Dlaczego samotność boli?</em></p>
<p>WK: A dlaczego boli, gdy włożymy rękę do ognia? Tacy jesteśmy &#8211; tworzymy się przez związki z ludźmi, uczymy się świata przez związki z ludźmi i odnawiamy swoją energię poprzez relacje z ludźmi. Gdy ich brak, brak w naszym życiu czegoś istotnego, życiodajnego. Ludziom samotnym zwykle jest zimno.</p>
<p><em>ED: Czy samotność musi być problemem? Musi boleć?</em></p>
<p>WK: Brak doświadczenia bycia kochanym i dla kogoś ważnym jest dewastujący dla jakości życia. Samotność bez takiego doświadczenia jest szczególnie bolesna. Gdy w naszej pamięci istnieją takie dobre doświadczenia, o wiele łatwiej jest samotność znosić lub próbować się z niej wyzwolić. Gdy nikt nas nigdy nie kochał, każde kolejne niepowodzenie w relacjach jest tylko kolejnym dowodem na beznadziejność takich prób. To prowadzi do wyuczonej bezradności i postępującego osamotnienia. Wtedy pojawia się bierność, apatia i brak nadziei. Trudno z tego wyjść bez pomocy z zewnątrz.</p>
<p><em><br />
ED: Jeżeli nie, to co trzeba zrobić, żeby nie bolała, lub bolała trochę mniej?  Czy można się nauczyć z nią żyć?</em></p>
<p>WK: Samotność jest nieodłączna od kondycji ludzkiej. Dorosłość jest wynikiem konfrontacji z egzystencjalną samotnością w przemijaniu i śmierci. Samotność emocjonalna, jakkolwiek wynika z przeszłych doświadczeń, jest też zwykle obroną przed doświadczeniem samotności egzystencjalnej. Dopóki swój smutek kojarzę z problemami w interpersonalnych relacjach, zawsze mogę próbować coś z tym zrobić, poprawić. Z samotnością wobec przemijania nie mogę zrobić nic – mogę tylko ten fakt zaakceptować i z nim żyć. Paradoksalnie taka akceptacja własnej ograniczoności i skończoności czasu, który dostaliśmy do dyspozycji, pozytywnie wpływa na relacje międzyludzkie. Zamiast się ze sobą użerać, mamy wtedy większą skłonność do niemarnowania czasu, do szukania w naszych związkach tego, co najlepsze.</p>
<p><em>ED: Bardzo wiele osób cierpi z powodu samotności, chciałyby założyć rodziny, ułożyć sobie życie, mieć u boku żonę lub męża. Pomimo to nie udaje się. Czy są osoby niejako skazane na samotność? Czy jest ona uwarunkowana podejściem, cechami charakteru? Zaszłościami z dzieciństwa? Lękiem?</em></p>
<p>WK: Człowiek się uczy całe życie, jeśli oczywiście jest gotów przyznać się do błędów. Znana definicja szaleństwa mówi, że jest to powtarzanie w nieskończoność tych samych zachowań, w nadziei że za którymś razem uzyskam inny, pożądany wynik. Jeśli jestem gotów wycofać się ze swojego poczucia nieomylności, to mam szansę na zmianę. Czasem pomaga psychoterapia, rozmowa z kimś bardziej doświadczonym. Mózg ludzki jest elastyczny i potrafi się zaadaptować do nowych sytuacji. Gorzej, gdy poprzestajemy na adaptowaniu otoczenia do siebie. Wiele problemów w relacjach wynika z faktu, że realny świat nie chce się przystosować do naszych marzeń i fantazji a my jesteśmy tym głęboko zawiedzeni i nie dajemy na to przyzwolenia. Dlatego próbujemy jeszcze raz i jeszcze&#8230; pozostając w świecie wyobrażeń.</p>
<p><em>ED: Co myśli Pan o samotności z wyboru – popularnym dzisiaj trendzie bycia „singlem”? Czy to faktycznie sposób na życie, czy raczej próba zamaskowania bólu i przykrości?</em></p>
<p>WK: Singiel to tylko taka etykietka, łatwa do skonsumowania przez media. W rzeczywistości każdy z deklarujących się jako singiel ma swój własny świat i swoje przeżywanie izolacji. Paradoksalnie definiowanie się jako singiel włącza nas we wspólnotę singli – mamy się już z kim identyfikować, co de facto jest krokiem do ludzi a nie od. Tym ludziom, którzy obawiają się publicznego pręgierza za bycie np. „starą panną”, taka identyfikacja z singlami może pomóc w daniu sobie prawa do wierności własnym wyborom i nieulegania naciskom. Z drugiej strony, wielu z zadeklarowanych singli to ludzie cierpiący samotność, którzy próbują ukryć przed sobą i światem swoje poczucie bezwartościowości i klęski takim dziecinnym „bo ja tak chciałem”.</p>
<p><em>ED: Czy są osoby, które nie odczuwają samotności? Czy to w ogóle możliwe?</em></p>
<p>WK: Można wyleczyć się z wirusa samotności, co nie znaczy że nie będziemy samotności przeżywać. Tęsknota za ukochaną albo żałoba po rozstaniu to zjawiska zdrowe, choć przykre – nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się chciał z nich leczyć. Te uczucia dostajemy bowiem w pakiecie z miłością. Im bardziej kochasz i jesteś kochany, tym bardziej cierpisz przy rozłące. Dlatego dzisiaj mnóstwo ludzi (w tym singli) stara się nie ryzykować kochania kogokolwiek, co w założeniu ma chronić przed bólem. Jest to inna wersja neurotycznego przekonania, że aby nie cierpieć w swoim życiu, trzeba po prostu nie żyć.</p>
<p><em>ED: Czy jako terapeuta, który specjalizuje się w samotności, uważa Pan, że to duży, czy jednak znikomy problem?</em></p>
<p>WK: Biorąc pod uwagę moją definicję samotności, myślę że problem jest spory. Społeczeństwo rynkowe uczy nas, że ma być szybko i łatwo. Wzajemne dostosowywanie się i uczenie nawzajem siebie w związku łatwe nie jest. Jednak tak naprawdę waga problemu określana jest przez konkretne osoby, które go doświadczają lub nie. Jeśli ktoś chce przeżyć życie bez strat, nie będzie miał też zbyt wiele zysków, ale trudno mu tego zabronić. Byłoby to już ideologią, a psychoterapeuta powinien trzymać się z daleka od wszelkich ideologii.</p>
<p><em>ED: Samotni są raczej ludzie młodzi, dojrzali czy starsi?</em></p>
<p>WK: Nie ma reguły. Są to na pewno innego rodzaju samotności. O samotności osób młodych mówi się dużo, jest wiele dla nich propozycji. W średnim wieku zaczynają się kłopoty tych osób, które dotąd broniły się przed bliższymi związkami. Znajomi odchodzą do własnych rodzin i zaczyna się doświadczanie straconego czasu. Czasem wywołuje to bezpłodne zrywy a czasem właśnie w tym wieku przychodzi opamiętanie i chęć pracy nad sobą. Komu się nie uda, stacza się w starczą samotność, która zwykle jest dogorywaniem przed telewizorem. Samotność ludzi starych to tabu równie silne jak tabu śmierci. Nawet mówienie o nich „starsi” jest wyrazem tego tabu. Gdyby młodzi ludzie umieli zobaczyć siebie w tych bezpłodnie zabijających czas starcach, byc może chętniej inwestowaliby czas i uczucia w trwałe związki. Jednak wielu młodych żyje dziś wg formuły „po trzydziestce choćby potop”.</p>
<p><em>ED: PS-PO to portal tworzony przy Opactwie Benedyktynów. Żyją tam mnisi, którzy świadomie wybierają samotne życie, odcinają się od świata. Jak oni, żyjąc w zamknięciu, mogą poradzić sobie z samotnością?</em></p>
<p>WK: Mnisi poświęcają swoje doczesne życie czemuś większemu, dla nich ważniejszemu, m. in. relacji z boską osobą. Trudno mi to rozpatrywać jako samotność. Jeśli mnich czuje się samotny, to zadałbym pytanie, co się dzieje z jego wiarą. W przypadku zakonników niezwykle ważny jest moment selekcji do zakonu, która powinna odsiewać osoby wybierające tę drogę po to, by poradzić sobie z emocjonalną samotnością. Jeśli jednak ktoś taki przeszedł przez sito selekcji, to bardzo prawdopodobne że problemy powrócą i wtedy, prędzej czy później przyjdzie czas na powtórne podejście do decyzji o byciu w zakonie.</p>
<p><em>ED: Czy można jakoś pomóc osobom samotnym? Istnieje jakieś lekarstwo na wirusa samotności?</em></p>
<p>WK: Wartościowa jest wszelka pomoc, która przeciwdziała bierności osób samotnych. Koniec końców każdy z nas jest autorem swojego życia, mimo że osoby samotne często przeszkody widzą na zewnątrz. Oczywiście takie przeciwdziałanie nie może polegać na braniu odpowiedzialności za kogoś samotnego, bo tym bardziej się go upośledza. Wyważenie takich działań nie jest łatwe. Na założonym przeze mnie forum dla samotnych jest zapisanych około dwustu osób, natomiast odzywa się ktoś raz na dwa tygodnie. Czy to można nazwać sukcesem, sam nie wiem.</p>
<p><em>ED: Samotność często wynika z lęku przed ludźmi. Zostaliśmy zranieni w przeszłości, teraz się boimy. Jak przełamać lęk, wyjść do ludzi, odważyć się?</em></p>
<p>WK: Po prostu wyjść, żebyśmy nawet musieli się czołgać. I jutro to samo, i pojutrze. I nie szykować się na szybki sukces. Pozostawanie w bierności jest dziecięcym komunikatem do otoczenia: „niech ktoś się mną zajmie”. Niestety, jesteśmy już dorośli, chcemy czy nie. Od dorosłych oczekuje się odpowiedzialności za swoje życie. Dorosły człowiek pozostający w bierności wysyła więc sygnał: „dajcie mi wszyscy spokój”. I tak jesteś odbierany, chcesz czy nie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/477/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Fałszywy mizantrop</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/falszywy-mizantrop/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/falszywy-mizantrop/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 11 Mar 2011 14:20:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[psychoterapia]]></category>
		<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[brak]]></category>
		<category><![CDATA[rozwój]]></category>
		<category><![CDATA[śmierć]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=470</guid>
		<description><![CDATA[Poniższy tekst jest fragmentem większej całości, która pod tytułem &#8222;Samotność uleczalna i nieuleczalna&#8221; ukaże się w publikacji Wydawnictwa Naukowego UAM w Poznaniu pt. &#8222;Dialektyka samotności i wspólnotowości&#8221;. Wyrazistym przykładem postawy „błąd jest na zewnątrz” jest osoba zwana mizantropem. Wielu wśród nich światłych osób i wielkie nasze korzyści z ich przemyśleń. Jednak kim innym jest człowiek, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Poniższy tekst jest fragmentem większej całości, która pod tytułem &#8222;Samotność uleczalna i nieuleczalna&#8221; ukaże się w publikacji Wydawnictwa Naukowego UAM w Poznaniu pt. &#8222;Dialektyka samotności i wspólnotowości&#8221;.<br />
</em></p>
<p>Wyrazistym przykładem postawy „błąd jest na zewnątrz” jest osoba zwana mizantropem. Wielu wśród nich światłych osób i wielkie nasze korzyści z ich przemyśleń. Jednak kim innym jest człowiek, który w drugiej połowie życia chce odpocząć od zgiełku, zajmując się pielęgnowaniem ogrodu z dobrotliwym uśmiechem na twarzy, a kim innym jest ktoś, kto z odrazą zanurza się w ludzkim tłumie, pilnie łowiąc ludzkie przywary, by postawić je przed własną, jednoosobową ławą przysięgłych. W psychologii teoretycznej (i nie tylko) taką strategię nazwiemy redukowaniem dysonansu poznawczego poprzez kolekcjonowanie jednostronnych argumentów, czyli inaczej mówiąc, dopasowywaniem faktów do hipotezy.  W gabinecie psychoterapeuty można powiedzieć bardziej szczerze: jest to zabijanie bólu samotności. Jest to wzbudzanie w sobie wstrętu do czegoś, czego <a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/03/bruegel144.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-471" title="mizantrop - Bruegel" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/03/bruegel144-300x295.jpg" alt="" width="270" height="266" /></a>bardzo pragniemy, ale boimy się lub nie umiemy po to sięgnąć. Dochodzimy tu do kwestii kluczowej dla psychoterapii, czyli wewnętrznego konfliktu. Opisany przed chwilą zgorzkniały mizantrop jak każdy z nas potrzebuje miłości i ciepła bliskiej osoby. Z jakichś jednak powodów takie relacje mu się nie udają. Z jakich, to kwestia złożona, zależna od struktury osobowości i osadzonego w niej problemu. To jest pole dla diagnozy. Diagnozy funkcjonalnej, podkreślam, bo etykietki w rodzaju „agorafobii” czy „lęku społecznego” raczej zaciemniają obraz niż cokolwiek wyjaśniają (dając jednak złudne poczucie wiedzy). Dla celów niniejszych rozważań można założyć, że opisywana tu osoba w bliskich kontaktach z ludźmi traci spoistość osobowości, przestaje jasno myśleć, zalewają ją niezrozumiałe i silne emocje, które trudno znieść – jednym słowem ma wrażenie rozpadania się. Nie jest to wcale taka rzadka przypadłość, jak można by pomyśleć. Analizowanie tych przeżyć prowadzi do wniosku, że nasz pacjent posiada deficyty w zakresie ustanawiania dorosłych relacji, czyli mówiąc w skrócie takich, gdzie można przeżywać bliskość z drugą osobą, jednocześnie zachowując (i lubiąc) świadomość swojej odrębności. Poczucie rozpadania się jest tutaj patologiczną reakcją na nawiązanie bliskiej relacji, gdzie podmiot spontanicznie oddaje kontrolę nad sobą drugiej osobie, która od tej pory ma za zadanie przejąć tę konsolidacyjną rolę – trochę jak dziecko, którego przeżycia muszą być monitorowane, interpretowane i w razie potrzeby substytuowane przez rodziców. Można więc powiedzieć, że taka osoba potrzebuje bliskości wręcz zachłannie, pod warunkiem wcześniejszego uruchomienia tychże potrzeb (miłości i bliskości). Taka zachłanność nie dosyć, że powoduje ogromny lęk (bo rzadko kto jest w stanie jej sprostać), to jeszcze prowadzi do opłakanych życiowo skutków. Nawet w razie nawiązania relacji z osobą, która będzie próbowała sprostać takim wielkim potrzebom, nasz pacjent nie jest w stanie normalnie funkcjonować bez tej osoby, staje się zazdrosny, zaborczy i niezwykle wrażliwy na sygnały zdystansowania – do myśli samobójczych włącznie. Mówimy więc o skrajności postaw – albo krańcowa niezależność albo krańcowa zależność.</p>
<p>Konstruktywne rozwiązanie konfliktu zależność-niezależność polega na utrzymaniu się w złotym środku, a mówiąc poważniej, na rozwinięciu umiejętności ambiwalencji uczuciowej, czyli przeżywania różnych uczuć jednocześnie. Nasz mizantrop tego konfliktu nie rozwiązuje – raczej go obchodzi. Zanurzając się w tłum i wzbudzając wybiórczą percepcję, wzbudza swoją złość, pozwalającą dewaluować pożądane obiekty w sposób absolutny – po to, by uwolnić się od ich pragnienia. Argumenty wyrosłe na tej dewaluacji służą następnie do ferowania sądów egzystencjalnych. Te sądy to jakby dodatkowe wieko zatrzaśnięte nad potrzebą miłości, aby nie słyszeć jej stukania. Świat (ludzie) jest wrogi, jest dżunglą, przed którą broni tylko lodowa pustynia (metafory autentyczne). Piekło to inni. Życie nie ma więc większego sensu a jedyny akt woli, pozwalający odzyskać kontrolę to samobójstwo.</p>
<p>Opisywany przypadek jest skrajny – po to, by łatwo było prześledzić dryfowanie logiki i racjonalności w stronę irracjonalnych mechanizmów obronnych. Zmiana jest płynna i dla podmiotu czasem zupełnie niezauważalna. Taka osoba przeżywa siebie jako niezmiennie racjonalną – błąd nabrzmiewa na zewnątrz. Oczywiście, zamknięte w krypcie uczucia dobijają się do głosu, ale na tym etapie są natychmiast interpretowane jako lęk egzystencjalny albo stają się sygnałem do poszukania nowych wad u bliźnich. Z takiego błędnego koła samodzielnie raczej się nie wychodzi.</p>
<p>Na podstawie dotychczasowych rozważań zadanie terapeuty wydaje się już chyba jasne. Należy skompensować deficyty w osobowości pacjenta: otworzyć go na własne potrzeby i nauczyć ich zaspokajania w stopniu adekwatnym do rzeczywistości. To oczywiście oznacza też wykształcenie w osobowości pewnych przykrych granic, odporności na własny głód miłości i akceptacji nieuniknionego braku. Tu właśnie samotność interpersonalna splata się z samotnością egzystencjalną. Sprawa bowiem nie wygląda tak prosto, że uporanie się z samotnością interpersonalną czyni nas gotowymi na stawienie czoła egzystencji. Pacjent mierzy się z troskami egzystencjalnymi od samego początku psychoterapii, a im dalej znajduje się w tym procesie, tym wyraźniej ich doświadcza. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy, jasny, jest taki, że widzi rzeczywistość bardziej adekwatnie. Drugi, bardziej skomplikowany, jest taki, że w świadomości tego rodzaju pacjenta świat jawi się jako niezróżnicowany obiekt (jako osoba). Wobec tego obiektu są potajemnie żywione wielkie, zachłanne potrzeby, jak to było widać w przykładzie z mizantropem. Każdy z nas doświadcza czasem potrzeb skierowanych do świata jako obiektu, chociażby marząc o sławie. Podczas psychoterapii pacjent powoli rozstaje się z takim obiektem, niezależnie od tego, czy widzi go w całym świecie, czy w pojedynczej osobie. W praktyce łączy się to z zawodem, bólem – cały proces jest bardzo podobny do żałoby. Utrwala się świadomość, że nie dostanie się wszystkiego, że proces decyzji i wyboru jest jednocześnie rezygnowaniem z innych możliwości, że porozumienie z drugim człowiekiem jest możliwe tylko do pewnego stopnia. Że mamy ograniczony czas i zasoby.</p>
<p>Ta zasadnicza zmiana w relacjach interpersonalnych jest w naturalny sposób transponowana na naszą relację ze światem i podejście do trosk egzystencjalnych. Jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować częściowy brak znaczącej osoby, to o wiele łatwiej będzie zaakceptować własną skończoność. Wspomnianego mizantropa strach paraliżuje i z tego powodu ucieka on od życia, tłumacząc to sobie jako zysk. Przekładając to na język danych egzystencjalnych, można powiedzieć, że akceptacja istnienia śmierci pozwala dostrzec pozostałą część życia nie jako zagrożenie i kolejny krok ku nicości, ale jako spadłe z nieba bogactwo, z którego możemy korzystać pełnymi rękami, nadając tym samym życiu sens.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/falszywy-mizantrop/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>10</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Syndrom Jasia Fasoli</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/syndrom-jasia-fasoli/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/syndrom-jasia-fasoli/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 11 Feb 2011 12:19:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[bliskość]]></category>
		<category><![CDATA[brak]]></category>
		<category><![CDATA[fantazja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=419</guid>
		<description><![CDATA[ściągnij film W swoich obserwacjach osób samotnych natrafiam często na mechanizm, który nazwałem Syndromem Jasia Fasoli. Zupełnie nie chodzi tu o jakieś naśmiewanie się &#8211; Jaś Fasola jest dla mnie postacią jednoznacznie tragiczną w swej samotności. Załączony filmik pokazuje, o co mi chodzi. Jaś Fasola pragnie cieszyć się Świętami Bożego Narodzenia, ale do tego celu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: right;"><!-- ProPlayer by Isa Goksu --><div name="mediaspace" id="mediaspace"><div class="pro-player-container" width="384px" height="288px"><div id="pro-player-419pp-single-4fa91c5f5f037"></div></div></div>
<script type="text/javascript" charset="utf-8">
var flashvars = {
width: "384",
height: "288",
autostart: "false",
repeat: "false",
backcolor: "111111",
frontcolor: "cccccc",
lightcolor: "66cc00",
stretching: "fill",
enablejs: "true",
mute: "false",
skin: "http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/plugins/proplayer/players/skins/default.swf",
image: "http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.jpg",
plugins: "",
javascriptid: "419pp-single-4fa91c5f5f037",
image: "http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.jpg",
file: 'http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/plugins/proplayer/playlist-controller.php?pp_playlist_id=419pp-single-4fa91c5f5f037&sid=1336482911'
};
var params = {
wmode: "transparent",
allowfullscreen: "true",
allowscriptaccess: "always",
allownetworking: "all"
};
var attributes = {
id: "obj-pro-player-419pp-single-4fa91c5f5f037",
name: "obj-pro-player-419pp-single-4fa91c5f5f037"
};
swfobject.embedSWF("http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/plugins/proplayer/players/player.swf", "pro-player-419pp-single-4fa91c5f5f037", "384", "288", "9.0.0", false, flashvars, params, attributes);</script>
</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.avi">ściągnij film</a></p>
<p style="text-align: justify;">W swoich obserwacjach osób samotnych natrafiam często na mechanizm, który nazwałem Syndromem Jasia Fasoli. Zupełnie nie chodzi tu o jakieś naśmiewanie się &#8211; Jaś Fasola jest dla mnie postacią jednoznacznie tragiczną w swej samotności. Załączony filmik pokazuje, o co mi chodzi. Jaś Fasola pragnie cieszyć się Świętami Bożego Narodzenia, ale do tego celu są potrzebni ludzie, bliskie osoby, których Jaś nie ma. Ludzie, którzy przysyłają życzenia lub wcielają się w Mikołaja. Bez nich Jaś będzie czuł się samotny &#8211; a tego nie chce. Z drugiej strony relacje z ludźmi nawiązuje raczej kiepskie. Mówiąc najprościej, nie przepada za ludźmi. Powstaje więc dylemat &#8211; jak cieszyć się świętami, nie ryzykując kontaktu z innymi ludźmi. Jaś rozwiązuje (a raczej obchodzi) ten dylemat, budując w swojej głowie pewną specyficzną przegródkę &#8211; będąc po jednej stronie tej przegródki, nie widzi, co jest po drugiej (i odwrotnie). W filmie ta przegródka symbolizowana jest np. przez drzwi. Jaś dostarcza sam sobie oczekiwane życzenia, po czym wchodzi do mieszkania i natychmiast zapomina (wypiera), co zrobił. Przegródka została przekroczona. Pozwala mu to cieszyć się otrzymanymi kartkami, tak jakby przysłał je ktoś bliski. Gdy patrzymy w ten sposób, skecz staje się wydarzeniem przejmująco smutnym, a śmiech z taśmy brzmi upiornie, jak naigrawanie się z nieszczęśliwego człowieka. Rolę tej umysłowej przegródki symbolizuje też noc &#8211; rankiem Jaś &#8222;nie pamięta&#8221;, że sam sobie włożył prezent do skarpety. Może się cieszyć, jak dziecko. Ktoś o nim pamięta, ktoś go potrzebuje.</p>
<p>W prawdziwym życiu Syndrom Jasia Fasoli przejawia się zwykle w subtelniejszy sposób. Wszyscy szukamy akceptacji, sygnałów troski i miłości ze strony (głównie) bliskich osób. Niektórzy z nas dosłownie umierają z pragnienia tych sygnałów i nie mają siły czekać (patrz artykuł o Zwieraczu), aż ten Ktoś je wyśle z własnej woli. Zaczynają więc <strong>wywoływać</strong> takie sygnały. Przykładów może być tutaj mnóstwo. Dziecko, które w oczekiwaniu na akceptację rodziców zaczyna realizować ich pomysł na swoje życie. Osoba, która chce &#8222;zrobić wszystkim dobrze&#8221;, zapominając o swoich potrzebach. Kobieta, która pozwala mężczyźnie rozkoszować się swoim ciałem, traktując jego pożądanie jako oznakę bliskości i troski. Człowiek, który spełnia wszelkie kaprysy swojego partnera, nawet te, o których on (ten partner) jeszcze nawet nie pomyślał.</p>
<p>We wszystkich tych przykładach otrzymane sygnały akceptacji nie są wyrazem autentycznych uczuć drugiej osoby. Są raczej wynikiem zaspokojenia jej egoistycznej potrzeby. Wspomniany syndrom (przegródka) pozwala nam o tym nie myśleć. Naciskamy przycisk, a potem staramy się nie pamiętać, że dostajemy coś tylko i wyłącznie <strong>od samego siebie</strong>. Przyjrzyjmy się bliżej ostatniemu przykładowi. Starasz się przewidzieć wszelkie marzenia i fantazje upragnionej osoby i jak najszybciej je spełnić.  Nie zgłaszasz własnych potrzeb, żeby nie przeszkadzać &#8211; przecież to wymagałoby jakiegoś wysiłku tej osoby, a ona (nikt zresztą) wysiłku nie lubi. Ta osoba jest z tobą, nawet wydaje się zadowolona. Ale w tobie za to utrzymuje się ciągła, dziwna niepewność, jakiś nieokreślony brak, pustka, czasem złość. To przebijają się treści schowane za przegródką, czyli fakt, że tej &#8222;bliskiej&#8221; osobie jest po prostu z tobą wygodnie. I nic więcej.  Tragicznym paradoksem jest to, że taki napływ niepewności powoduje zwykle zwiększenie wysiłków w celu jeszcze lepszego zaspokojenia fantazji partnera &#8211; czyli błędne koło się zamyka. Im bardziej boisz się straty tej osoby, tym bardziej jej dogadzasz. Im bardziej jej dogadzasz, tym mniej czujesz autentycznego wysiłku (zaangażowania) z jej strony, w wyniku czego jeszcze bardziej się boisz.</p>
<p>Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Odpowiedź wyda się prosta, choć w praktyce jest to często zadanie przerażająco trudne. Kluczem jest zdolność do znoszenia braku. Braku telefonu, braku dotyku. Braku ciągłej obecności ukochanej osoby. Jest to zdolność do wyrażenia własnej potrzeby i poczekania, czy ten ktoś w ogóle to usłyszał i co zamierza z tym zrobić. Jeśli jesteś &#8222;pod ręką&#8221; cały czas, to druga osoba nawet nie ma możliwości poczuć, że cię potrzebuje. Jeśli jednak umiesz znieść chwilę braku, tym samym stwarzasz miejsce na pojawienie się pragnienia skierowanego w twoim kierunku. A przecież za tym właśnie tęsknisz, prawda?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/syndrom-jasia-fasoli/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
<enclosure url="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.MP4" length="14638094" type="video/mp4" />
<enclosure url="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/02/fasola.avi" length="10152418" type="video/avi" />
		</item>
		<item>
		<title>Uzależniający relaks</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/uzalezniajacy-relaks/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/uzalezniajacy-relaks/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 14 Jan 2011 14:33:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Bez kategorii]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[brak]]></category>
		<category><![CDATA[fantazja]]></category>
		<category><![CDATA[ryzyko]]></category>
		<category><![CDATA[uzależnienie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=407</guid>
		<description><![CDATA[Dzień po napisaniu tekstu o trujących fantazjach Avatara zobaczyłem na ulicy wielki billboard z napisem RELAKS, KTÓRY UZALEŻNIA. To jedna z tych chwil, kiedy człowiek rozgląda się podejrzliwie na boki, czy aby nie jest w ukrytej kamerze jakiegoś wielkiego Truman Show. Ale nie, to jak najbardziej rzeczywistość. Skoro tak, pomyślałem, to pewnie jest to jakaś [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dzień po napisaniu tekstu o trujących fantazjach <strong>Avatara</strong> zobaczyłem na ulicy wielki billboard z napisem <strong>RELAKS, KTÓRY UZALEŻNIA</strong>. To jedna z tych chwil, kiedy człowiek rozgląda się podejrzliwie na boki, czy aby nie jest w ukrytej kamerze jakiegoś wielkiego Truman Show. Ale nie, to jak najbardziej rzeczywistość. Skoro tak, pomyślałem, to pewnie jest to jakaś nowa, społeczna kampania, ostrzegająca przez skutkami przesadnego zatopienia w telewizji. Hm, jak miło, że istnieją tak przytomnie myślące osoby. Niestety, po chwili spadła mi kolejna zasłona z oczu: okazało się, że to jak najbardziej realna reklama nowego kanału telewizyjnego.</p>
<p>Znów zacząłem się zastanawiać, czy świat przypadkiem nie potrzebuje terapii. Przecież wszyscy słyszymy o skutkach uzależnień &#8211; i już nie mówię o alkoholu czy narkotykach ale np. o hazardzie i internecie, a szczególnie o uzależnieniu od internetowych gier. Wiele się o tym w ostatnich czasach pisało, więc wydawałoby się, że nie chcemy się uzależniać, bo wiemy, że grozi to ruiną międzyludzkich relacji a czasem nawet całego życia. A przynajmniej kojarzymy słowo &#8222;uzależnienie&#8221; z czymś patologicznym. Ale nie, gdzieś tam są wpływowi ludzie, którzy uznali, że przedstawienie jakiejś czynności jako uzależniającej jest dla nas atrakcyjne.</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/relaks.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-412" style="border: 1px solid black;" title="relaks" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/relaks.jpg" alt="" width="288" height="186" /></a>Już widzę te możliwości: &#8222;Czekolada, która uzależnia&#8221;, &#8222;Syrop, który uzależnia.&#8221; Czy to dalej brzmi atrakcyjnie? Ja to odbieram jako ostrzeżenie. Np. &#8222;Minister Zdrowia informuje, że te papierosy uzależniają.&#8221; Przyznam się, że bardziej atrakcyjne byłoby dla mnie hasło: &#8222;Relaks, który <strong>NIE</strong> uzależnia&#8221;. Pomyślmy o naszej reakcji na slogany &#8222;Wódka, która uzależnia&#8221; i &#8222;Wódka, która nie uzależnia&#8221;. Którą byś wybrał? Dlaczego w przypadku telewizji ma to działać inaczej? Czy nasza społeczna świadomość aż tak bardzo odrzuca rzeczywistość, że publiczne namawianie do uzależnienia się trafia w nasze potrzeby? Ktoś tak najwyraźniej pomyślał, i to ktoś, kto nie wypadł sroce spod ogona. To nie jest obietnica typu &#8222;Takie fajne, że nie będziesz mógł się oderwać&#8221;, która ukrywa kwestię uzależnienia. Coś się zmieniło. To jest otwarte, obsceniczne kuszenie uzależnieniem. Czy już tak bardzo go potrzebujemy, że nie trzeba go przed nami ukrywać a wręcz przeciwnie, można nim kusić? Może narkotykowi dealerzy powinni przemyśleć kwestie marketingowe i nie mówić &#8222;coś ty, raz czy dwa ci nie zaszkodzi&#8221; ale &#8222;słuchaj, świetny towar, jeden strzał i jesteś uzależniony&#8221;.</p>
<p>Ale może ja się czepiam. Może moja praca, w której widzę, co uzależnienia robią z ludźmi, zmieniła moją konotację słowa &#8222;uzależnienie&#8221;. Dlatego proszę Państwa o głos w ankiecie.</p>
Note: There is a poll embedded within this post, please visit the site to participate in this post's poll.
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/uzalezniajacy-relaks/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Avatar – fantazja zrealizowana</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/avatar-fantazja-zrealizowana/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/avatar-fantazja-zrealizowana/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 09 Jan 2011 17:46:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[film]]></category>
		<category><![CDATA[recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[brak]]></category>
		<category><![CDATA[fantazja]]></category>
		<category><![CDATA[szczęście]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=382</guid>
		<description><![CDATA[Dyskusja na Forum Samotnia o życiu w fantazjach przywołała mi na myśl hit (jak dotąd) wszech czasów Camerona &#8211; Avatar. Można oczywiście traktować ten film jako piękną bajkę, ale można też rozumieć go jako obraz naszej wewnętrznej relacji między realnością a fantazją. Dotykalność (3D) tej fantazji, jej intensywność i rozmach oraz kontrast z militarno-korporacyjną nędzą [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: center;"><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/avatar1.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-384" title="avatar" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/avatar1.jpg" alt="" width="463" height="261" /></a></p>
<p>Dyskusja na Forum Samotnia o życiu w fantazjach przywołała mi na myśl hit (jak dotąd) wszech czasów Camerona &#8211; <strong>Avatar</strong>. Można oczywiście traktować ten film jako piękną bajkę, ale można też rozumieć go jako obraz naszej wewnętrznej relacji między realnością a fantazją. Dotykalność (3D) tej fantazji, jej intensywność i rozmach oraz kontrast z militarno-korporacyjną nędzą realności właściwie nie pozostawia widzowi wyboru: fantazja <strong>jest</strong> lepsza. Nie sądzę jednak, żeby Cameron musiał nas do tego jakoś specjalnie przekonywać &#8211; gdzieś wewnątrz tęsknimy za światem fantazji. Niektórzy w nim pozostają na zawsze, jak bohater filmu &#8211; Jake. Podczas gdy w Avatarze jest to moment totalnego spełnienia, to jednak głosy z dyskusji mówią coś innego: życie w fantazjach jest życiem wyobcowanym i męczącym.</p>
<p>Dlaczego tęsknimy za fantazją? Ponieważ jest nieograniczona (patrz artykuł o Zwieraczu) &#8211; ani w czasie, ani w przestrzeni, ani w żaden inny sposób. Możemy wymarzyć sobie wszystko i zrealizować to natychmiast. Świat zabaw dziecka jest światem fantazji a jego odpowiedź na wołanie matki &#8211; &#8222;jeszcze chwilkę!&#8221; &#8211; pokazuje, że do &#8222;realu&#8221; wracamy bardzo niechętnie. A już najlepiej, gdy ktoś nas do tego zmusi, bo wtedy nie musimy tego robić sami. W rzeczy samej, powiedzenie samemu sobie &#8222;a teraz odstawiam na bok fantazję i wracam do świata, gdzie nie wszystko i nie od razu&#8221; jest chyba jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie i przerasta wielu z nas. Jako przykład można przypomnieć sobie decyzję o pójściu na studia albo do pracy: mimo, że jest to nasza osobista decyzja, bardzo szybko o niej zapominamy i traktujemy studia/pracę jako coś upierdliwego, do czego jesteśmy zmuszani przez wykładowców/pracodawcę/zły świat. Irracjonalna złość na ten świat pokazuje, jak wielka jest w nas niezgoda na realność.</p>
<p>Oczywiście ta niezgoda może być jeszcze większa. Jest wiele osób (więcej niż sądzisz), które przebywanie w fantazjach traktują jako główny nurt swojego życia. Realność jest dla nich niemiłym zgrzytem lub w najlepszym razie smutną rutyną &#8211; a wszelkie doznane w tym niedobrym świecie urazy są rekompensowane po powrocie do domu, w fantazjach. W pracy szef mnie opieprzył &#8211; w domu ja opieprzam jego. Wyśmiała mnie jakaś panna &#8211; wystarczy żebym zamknął oczy, aby pokonać tego czy tamtego smoka i uzyskać oczarowane oczy księżniczki. O pół królestwa już mniejsza, doprawdy. Gdy realność ugryzie mocniej, spędzę całą noc na produkowaniu scen, w których wygrywam wojny, zadziwiam elokwencją, udowadniam wszystkim swoją wartość. Chciałoby się pozostać w takim świecie, szczególnie rano, gdy trzeba się zwlec z łóżka i wyjrzeć przez okno na szarą rzeczywistość. Avatar przekonuje nas, że to możliwe.</p>
<p>Już krótka scena z realnego życia Jacka, kiedy w barze walczy o godność pobitej przez jakiegoś brutala kobiety, pokazuje że żyje on bardziej w fantazjach niż w rzeczywistości &#8211; za chwilę bowiem okładają go oboje, brutal i kobieta. Żebyśmy nie mieli wątpliwości, że realny świat oferuje tylko ból, Cameron okalecza swego bohatera. Inwalidzki wózek Jacka dla każdego z nas symbolizuje coś innego: za mało zarabiam, jestem brzydka, jestem za mało inteligentny, rodzice zepsuli mi życie, mieszkam w okropnym kraju itd. Gdyby nie to, byłbym szczęśliwy. Potem zresztą Jack dostaję szansę wyleczenia nóg, ale jest już za późno &#8211; już zasmakował siły wyfantazjowanego świata. Czyli nie trzeba być <strong>szczególnie</strong> nieszczęśliwym, by chcieć żyć w marzeniach. Można powiedzieć, że leżąc pobity w rynsztoku, Jack zamyka oczy i właśnie w tym momencie odlatuje w świat fantazji &#8211; na Pandorę. I tu ważna kwestia: fantazja nie jest po prostu szczęśliwym miejscem &#8211; jest raczej opowieścią. Jack musi być najpierw niechcianym przez nikogo wyrzutkiem &#8211; dopiero swoją odwagą i uczciwością przekonuje do siebie świat tak skutecznie, że zostaje jego królem (podobny schemat rządzi światem Harry&#8217;ego Pottera &#8211; też bezdyskusyjny hit). To właśnie jest historia-fantazmat, której Jack pragnie doświadczyć. Której <strong>my</strong> pragniemy doświadczyć. Dlatego tak tłumnie wchłaniamy fantazję, którą na nasze skryte zamówienie wyprodukował dla nas Cameron. Jego okrzyk &#8222;Jestem królem świata!&#8221; na rozdaniu Oscarów nie jest pozbawiony sensu &#8211; przecież właśnie zapanował nad naszymi fantazjami (i kieszeniami jednocześnie).</p>
<p>Co Jack chce zostawić za sobą? Przede wszystkim agresję, chciwość, żądzę itp. &#8211; kolekcję naszych grzechów głównych. Gdy dowódca oskarża go o zdradę, wierzymy razem z Jackiem, że to nonsensowne oskarżenie. To jest kunszt Camerona. Bo przecież <strong>uciekając w świat fantazji zaprzeczamy sobie samemu</strong> &#8211; temu, że zdarza nam kierować się agresją, zawiścią i chciwością. Ciemne strony widzimy raczej w innych. Nasz wyfantazjowany świat, świat Pandory, jest światem harmonii z naturą, współpracy, miłości i sprawiedliwości. Światem, gdzie za poświęcenie i oddanie przychodzi wielka nagroda. Światem, gdzie istnienie Boga nie zależy od trudów wiary &#8211; ono jest namacalnym faktem.</p>
<p>Jedynym minusem (a jednocześnie sensem) fantazji jest to, że działa na nas tylko wtedy, gdy jest niespełniona &#8211; gdy budzi pragnienia a ich nie zaspokaja. Można by zadać sobie pytanie, co też Jack będzie porabiał, gdy ostatecznie rozstanie się ze swoją &#8222;złą&#8221; częścią i przeniesie się całkowicie w świat Pandory? Będzie siedział na tronie i wydawał rozkazy? Czy raczej weźmie się wspólnie z braćmi i siostrami za uprawę tamtejszych buraków lub czegoś podobnego? Przecież plemię musi coś jeść. Czy wiedza pochodząca z Ziemi mu nie zaszkodzi? Przecież będzie przerastał pod tym względem swoich &#8222;współplemieńców&#8221; ogromnie. Co prawda wszyscy podziwialiśmy ich tatuaże, smukłe ciała (niektórzy mówią że anorektyczne) i wrodzoną uczciwość &#8211; ale trudno nie zauważyć, że byli przedstawieni jako sympatyczni w swej impulsywności prostaczkowie (niektórzy nazwą to rasizmem z ludzką twarzą). <strong>W fantazjach mam nad wszystkimi przewagę, co pozwala mi być dobrym człowiekiem.</strong> Tych kwestii Cameron przytomnie nie podejmuje, kończąc film w momencie otwarcia oczu przez Jacka, już w nowej postaci.</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/Duality_Reality_Illusion.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-390" title="Duality_Reality_Illusion" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/Duality_Reality_Illusion-195x300.jpg" alt="" width="195" height="300" /></a>Z punktu widzenia psychologii Jack zagłębia się w fantazjach w sposób patologiczny, wierząc, że może stać się czystym duchem. Według mnie to jest właśnie <strong>prawdziwa puszka Pandory</strong>. Psychoterapia w jego wypadku najprawdopodobniej szłaby w stronę umiejętności radzenia sobie z kalectwem i wykluczeniem społecznym (raczej tym drugim). Czyli raczej w stronę dostrzegania stanu rzeczy niż ucieczki w fantazje. Osoby, które żyją fantazjami, mają duże opory przed psychoterapią, ponieważ ujawnienie tych fantazji wywołuje zwykle wiele wstydu. Ten wstyd jednak jest zwykle pierwszym krokiem do realistycznego spojrzenia na siebie. Wielka fantazja oznacza wielki głód. Jednak sama fantazja go nie zaspokoi, wręcz przeciwnie. Wyfantazjowany kotlet schabowy spowoduje wydzielanie śliny tak jak prawdziwy, ale zjeść się go nie da. W psychoterapii można identyfikować ten głód, szukać historii, którą pisze fantazja i sprawdzać, jaki kawałek tego kotleta jest realny. Zwykle niewielki, co budzi złość i poczucie straty. Ale zawsze chyba lepiej zjeść kawałek kotleta niż nic. Prawda?&#8230;</p>
<p>Jeszcze kilka słów na zakończenie o zakończeniu. Zamiast napisu The End mamy tam ponownie tytuł filmu, jakby Cameron trzymał się z daleka od każdej sugestii, że coś się kończy. A kończy się. W otwartych ponownie oczach Jacka widzę dwa zakończenia. Jedno tragiczne &#8211; Jack uwierzył, że można przenieść się w fantazje całkowicie. W ten sposób, niestety, w realnym świecie zakwalifikował się do szpitala psychiatrycznego, gdzie ktoś będzie musiał go karmić i myć, aby Jack mógł dalej śnić. Drugie, prozaiczne &#8211; Jack obudził się w rynsztoku, tam, gdzie go wyrzucono po bójce w barze. Według mnie, tylko to drugie zakończenie daje nadzieję &#8211; niewielką, ale daje. Cameron uwodzi nas jednak tą inną nadzieją &#8211; że w fantazjach można żyć a szpital psychiatryczny nie istnieje.  Którą nadzieję wybierzesz?<a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2011/01/avatar.jpg"><br />
</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/avatar-fantazja-zrealizowana/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Te przebrzydłe święta</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/te-przebrzydle-swieta/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/te-przebrzydle-swieta/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 27 Dec 2010 16:19:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[bliskość]]></category>
		<category><![CDATA[konflikt]]></category>
		<category><![CDATA[ojciec]]></category>
		<category><![CDATA[szczęście]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=359</guid>
		<description><![CDATA[W czasie Świąt mamy okazję spotkać się oko w oko z nakazem &#8222;raduj się&#8222;. Bożonarodzeniowe Święta są tak mocno wdrukowane w nasz świat, że musimy się tak czy inaczej do tego nakazu ustosunkować. Jedni zasiądą za stołem, dokładnie wypełniając instrukcję &#8222;jak się radować w święta&#8221;, inni wyjadą gdzie pieprz rośnie, by skrupulatnie uniknąć każdego punktu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W czasie Świąt mamy okazję spotkać się oko w oko z nakazem &#8222;<strong>raduj się</strong>&#8222;. Bożonarodzeniowe Święta są tak mocno wdrukowane w nasz świat, że musimy się tak czy inaczej do tego nakazu ustosunkować. Jedni zasiądą za stołem, dokładnie wypełniając instrukcję &#8222;jak się radować w święta&#8221;, inni wyjadą gdzie pieprz rośnie, by skrupulatnie uniknąć każdego punktu z tej instrukcji. Co najdziwniejsze, trudno powiedzieć, kto będzie miał więcej radości ze swojej decyzji. Oczywiście, jedni i drudzy mogą zwyczajnie cieszyć się tym, co wybrali, jednak łatwo sobie wyobrazić, że jedni będą drugim zazdrościć (i vice versa).</p>
<p>Nie wiem, jak Państwo, ale ja przed Świętami natykałem się głównie na dwa typy osób:</p>
<ul>
<li>pierwszy:  osoby, które w jakiś sposób zamierzały instrukcję &#8222;jak radować się w święta&#8221; podważyć. &#8222;Nie będę się objadała&#8221;, &#8222;nie daję w tym roku prezentów&#8221;, &#8222;nie gotuję&#8221;, &#8222;zostaję w domu&#8221;, &#8222;nie sprzątam&#8221; &#8211; to tylko niektóre z reakcji na &#8222;raduj się&#8221;.</li>
<li>drugi: osoby, które wkurzały się bezsilnie na swój los. &#8222;O rany, znowu trzeba będzie się objadać&#8221;, &#8222;co ja mam tym ludziom kupić (i za ile)?&#8221;, &#8222;to gotowanie/sprzątanie mnie wykończy&#8221;, &#8222;k&#8230;, znowu trzeba będzie wykonywać te puste/udawane gesty&#8221; itp.</li>
</ul>
<p>Co się takiego dzieje, że czas przeznaczony na radowanie się staje się czasem buntu i kontestacji? Najprostsza odpowiedź jest pewnie taka, że kontakt z wizją idealnych Świąt, gdzie wszyscy się kochamy i życzymy sobie jak najlepiej, uzmysławia nam wyraźnie, jak wiele nam do tego ideału brakuje. Jak wiele gestów, które trzeba będzie wykonać, będzie dokładnym przeciwieństwem tego, co w głębi siebie czujemy i wiemy. Można powiedzieć, że jeśli są między nami a najbliższymi jakieś ukryte konflikty czy niezałatwione sprawy, to w Święta mocno poczujemy ich intensywność. Poczujemy w jakiś dziwny, bezradny sposób &#8211; bo przecież Święta to &#8222;czas radowania&#8221; a nie załatwiania trudnych spraw. Siedzenie więc przy stole i robienie dobrej miny przy jednoczesnej wewnętrznej niezgodzie może być dla niektórych najtrudniejszym dniem w roku. I często jest.</p>
<p>Wychodzi na to, że nakaz &#8222;<a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/kids_hate_santa.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-360" title="kids_hate_santa" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/kids_hate_santa.jpg" alt="" width="250" height="296" /></a><strong>raduj się</strong>&#8221; nie jest czymś, wobec czego można przejść obojętnie. O powyższym przykładzie można nawet powiedzieć, że tylko wtedy możemy poczuć i uzmysłowić sobie własne smutki i problemy z bliskimi, gdy mamy absolutny zakaz ich wyrażania &#8211; właśnie poprzez absolutny nakaz &#8222;<strong>raduj się</strong>&#8222;.</p>
<p>Skoro tak jest, może warto zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie jesteśmy w mocy tego nakazu na co dzień. Czy nie jest tak, że czujemy się zmuszeni radować nie tym, co cieszy nas, tylko tym, co będzie cieszyć inne, ważne dla nas osoby/autorytety. Można tu przywołać banalny do bólu przykład syna, który został lekarzem/prawnikiem, bo tak chciał ojciec, który mógł wtedy pęcznieć z dumy, patrząc na swego dziedzica, na swe idealne przedłużenie. Syn staje przed wewnętrznym konfliktem: radować się po swojemu i stracić miłość ojca albo nauczyć się radować tym, czym raduje się ojciec (nawet po jego śmierci). Dwa typy ludzkie, które wyróżniłem wcześniej, w jakimś stopniu odzwierciedlają konsekwencje dokonania wyboru w takiej sytuacji &#8211; czyli albo zbuntować się i udawać, że się nie tęskni, albo poddać się i zgrzytać zębami.</p>
<p>Aby obraz był pełniejszy, trzeba wspomnieć o innych rozwiązaniach nakazu &#8222;<strong>raduj się</strong>&#8222;, na przykład:</p>
<ul>
<li>Samotni wśród ludzi. Osoby, które są tak głodne jakiegokolwiek ciepła ze strony bliskich osób, że nie zwracają uwagi, kto im każe się radować i dlaczego. Liczy się tylko to, że &#8222;przez chwilę będziemy się zachowywać jak prawdziwa rodzina&#8221;, co dla nich znaczy &#8222;przez chwilę <strong>będziemy</strong> prawdziwą rodziną&#8221;. Reszta jest nieważna.</li>
<li>Samotni z dala od ludzi. Ci, którzy bliskich nie mają w ogóle. Dla nich nawet reklama &#8222;szczęśliwej rodziny przy świątecznym stole&#8221; będzie obiektem tęsknoty &#8211; i albo będą tej rodzinie zazdrościć, albo będą ją nienawidzić.</li>
</ul>
<p>Oba powyższe typy ludzkie można opisać jako takie, które rozpaczliwie tęsknią za kimś, kto by im nakazał &#8222;raduj się&#8221;, nieważne w jaki sposób i nieważne, czy będzie to dla nich ograniczające. Jest to zgodne z psychologią rozwoju człowieka: najpierw niezbędny jest nam ktoś, kto nas nauczy jak i czym się radować &#8211; jednak potem, w trakcie dojrzewania potrzebny jest nam ktoś, kto pozwoli nam, byśmy nauczyli się radować na swój osobisty i niepowtarzalny sposób. Dlatego na koniec trzeba wspomnieć o tych, dla których Święta z rodziną są zwyczajnie przyjemne i niewiele różnią się jakością od kontaktów na co dzień. Z dużym prawdopodobieństwem można o takich rodzinach powiedzieć, że nie istnieje w nich żaden ukryty nakaz radowania się, który utrudniałby albo uniemożliwiał cieszenie się Świętami.</p>
<p>Czego więc Państwu i sobie życzyć? Chyba tego, żeby Święta były okazją do zastanowienia się, co się dzieje z moją możliwością cieszenia się i radowania życiem &#8211; czy wiem, co lubię a czego nie lubię &#8211; i czy robię to dla innych, czy dla siebie. I nie chodzi o to, co lepsze (dla innych czy dla siebie) &#8211; chodzi bardziej o to, by mieć świadomość i możliwość wyboru w tej sprawie. Myślę bowiem, że bycie nieświadomym zakładnikiem czyjegoś &#8222;<strong>raduj się</strong>&#8221; jest jedną z najważniejszych przyczyn samotności i niezadowolenia z życia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/te-przebrzydle-swieta/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zwieracz metafizyczny</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/zwieracz-metafizyczny/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/zwieracz-metafizyczny/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 17 Dec 2010 21:05:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[relacje z obiektem]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=333</guid>
		<description><![CDATA[Przykro mi, ale tym razem będzie o zwieraczu. To było nieuniknione. Bez tego nie pójdziemy ani kroku dalej w rozumieniu przyczyn samotności (i nie tylko). Czym jest zwieracz? Pierwsze skojarzenie: to taki mięsień, pozwalający nie wypuszczać ze środka nas rzeczy brzydkich i śmierdzących. Odpadów. Dodajmy od razu, zgodnie z wcześniejszymi rozważaniami, że jest to też [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przykro mi, ale tym razem będzie o zwieraczu. To było nieuniknione. Bez tego nie pójdziemy ani kroku dalej w rozumieniu przyczyn samotności (i nie tylko). Czym jest zwieracz? Pierwsze skojarzenie: to taki mięsień, pozwalający nie wypuszczać ze środka nas rzeczy brzydkich i śmierdzących. Odpadów. Dodajmy od razu, zgodnie z wcześniejszymi rozważaniami, że jest to też mięsień, za pomocą którego możemy pozbawić się przyjemności opróżnienia – w imię wyższych celów. Jak estetyka, przyzwoitość, wierność pewnym społecznym zasadom itp. Więc nawet zwykły, fizjologiczny zwieracz ma ważne funkcje społeczne. Bez niego stajemy się wyrzutkiem, w ten czy inny sposób. Są jeszcze inne rodzaje biologicznych zwieraczy, z których najbardziej interesuje nas zwieracz gardła (przełyku), który z kolei ma za zadanie nie wpuszczać do naszego środka obiektów niepożądanych i jako taki jest dopełnieniem poprzedniego zwieracza. Analogicznie, pozwala nam pozbawić się przyjemności pochłaniania, w celach zdrowotnych i społecznych. Działające w parze oba zwieracze mają za zadanie regulować obecność w naszym organizmie rzeczy, które pochodzą z zewnątrz i służą do przeżycia. Podkreślę jeszcze, że świadome używanie obu rodzajów zwieraczy jest ważnym osiągnięciem rozwojowym w życiu człowieka, zasłużenie będącym powodem dumy obojga jego rodziców.</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/biiigmac.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-335" title="biiigmac" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/biiigmac.jpg" alt="" width="160" height="305" /></a>Pomyślmy teraz o obu zwieraczach w sensie psychologicznym – jako o mechanizmach, które regulują przepływ emocji. Oczywiście znów najłatwiej będzie opisać ich zaburzone działanie – czym jest w tym kontekście zdrowie, pomyślimy później. Rozwojowo wcześniejszy jest niedobór (brak) zwieracza, bo w takim stanie przychodzimy na świat. Czyli dopóki nam się podsuwa jedzenie, to jemy. Gdy zostanie przetworzone, resztki wydalane są w sposób beztroski i spontaniczny. W emocjonalnym sensie, gdy brak zwieracza przełyku, to jesteśmy żarłoczni i dopóki jest w pobliżu upragniona osoba, będziemy brać od niej ile się da. „Zakochanie bez pamięci” jest takim stanem. Ciągła pogoń za bliskością jest takim stanem. Rezygnowanie z własnych potrzeb po to, by ktoś tylko był obok, także jest takim stanem. Przemoc wobec najbliższej osoby niestety też. Można wymieniać jeszcze długo sytuacje, których wspólnym mianownikiem jest emocjonalna zachłanność i niemożność wytrzymania braku. Można w taki sposób stać się samotnym? Można. Nie lubimy osób, które się do nas przyklejają.</p>
<p>Z kolei brak drugiego zwieracza (wydalniczego) jest, mówiąc najprościej, tożsame z nieograniczoną impulsywnością. Jakiekolwiek ciśnienie, pojawiające się wewnątrz nas, zostaje natychmiast wypuszczone na zewnątrz. Myślenie o konsekwencjach przychodzi później albo wcale. Wybuchy złości, napady namiętności, zbrodnie w afekcie – to tylko niektóre, skrajne przykłady. Mówienie prawdy w oczy zawsze i wszędzie. W taki sposób też szybko zapracujemy na samotność. Impulsywność bywa urocza, ale w nadmiarze jest obsceniczna i męcząca.</p>
<p>Przesadne używanie zwieraczy także nam przyjaciół nie przysparza. Nie chcę się nad tym w tej chwili szerzej rozwodzić, bo ten artykuł jest raczej o potrzebie zaistnienia zwieracza. Można jednak wspomnieć, że nie przepadamy za osobami, które zatrzymują wszelkie uczucia wewnątrz – zimne jak głaz (przynajmniej z wierzchu). Za to osoby, których z kolei psychologiczny zwieracz przełyku jest zamknięty na stałe, żyją w przekonaniu, że nie potrzebują nikogo i niczego, oprócz samych siebie – tym sposobem samotność staje się ich sposobem na życie. W jednym z listów od Państwa było pytanie: jak żyć z narcyzem? No właśnie tak &#8211;  porzucając nadzieję, że kiedykolwiek usłyszymy od niego coś miłego, coś co świadczy o jego zaangażowaniu. Jedynym dopuszczalnym wyrazem miłości narcyza jest fakt, że nie odchodzi od ciebie. Nie licz na więcej. Oczywiście, ciężko żyć w ten sposób, więc praktycznie jedyną właściwą odpowiedzią na pytanie „czy da się żyć z narcyzem” jest: „da się, ale co to za życie”.</p>
<p>Skupienie się na potrzebie istnienia i działania zwieracza zamiast na jego nadmiarze jest zasadne także z tego powodu, że w dzisiejszej rzeczywistości to właśnie brak zwieracza jest patologią dominującą. Nadmiar zwieracza to przeszłość, to czasy stworzenia psychoanalizy przez Freuda – zwykle mówimy „czasy wiktoriańskie” czyli czasy zaciskania zwieraczy. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia psychoanalityków z tamtych czasów (chociaż nie tylko), na ich zaciśnięte surowo twarze, aby doznać współczucia dla ich męki wstrzymywania wszelkich ludzkich odruchów. Dzisiaj można już prawie wszystko, zakazy skurczyły się do niewielkich grup urażonych obrońców moralności, których prawie nikt nie słucha. Od razu przychodzą mi na myśl „Parady Równości”, które można by właśnie nazwać „Paradami Wolności od Zwieracza”. Można na nich rozkoszować się brakiem wszelkich hamulców (było nie było w miejscach, gdzie przecież odbywają się także o wiele bardziej „dostojne” demonstracje) a w razie sprzeciwu zasłonić się wolnością przekonań. Złapani w tę pułapkę politycy, jeśli chcą zatrzymać swoje stołki, to muszą użyć całej siły swych zwieraczy, by wytrzymać te paradujące przed ich twarzami bezwstydne pośladki.</p>
<p>Najbardziej jednak widać kult braku zwieracza w handlu, a dokładniej w czymś, co Marks (<em>pardon le mot</em>) nazywał fetyszyzmem towarowym. Patrząc na różne produkty i ich sposób prezentacji na rynku, doznajemy wrażenia, jakby każdy z nich zmierzał do granicznej, niepodważalnej doskonałości. „Możesz więcej”, „jeszcze bielszy”, „jeszcze bardziej komfortowy” – to niektóre ze sloganów zaprzeczających potrzebie istnienia zwieraczy. Ilość dodatków (poprawiaczy) do podstawowej wersji samochodu sugeruje, że gdy dobierzesz je odpowiednio, to zatopisz się w jakiejś euforycznej nirwanie. Oczywiście, patrząc na historię ewolucji niektórych produktów, zauważymy że nie tyle zmierzają do ideału, co zmieniają się cyklicznie w ramach trendów czy mód – widać to tym wyraźniej w trendach, które wracają (retro). Jednak podstawą reklamy jest przekonanie nas, że nie powinniśmy się ograniczać w swoich potrzebach. Jest to zresztą nie tylko podstawą reklamy, ale podstawą istnienia współczesnego społeczeństwa – bo co by się z nami wszystkimi stało, gdyby chociażby połowa z nas uznała, że te właśnie ubrania/odtwarzacze/meble/telewizory/programy komputerowe/mieszkania, które właśnie mamy, są dla nas zupełnie satysfakcjonujące i innych kupować już nie będziemy? Gdyby nasz opisywany zwieracz zaistniał nagle w ten sposób w świadomości społecznej, w parę tygodni współczesna cywilizacja fiknęłaby katastrofalnego kozła.</p>
<p>Jesteśmy więc w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony brak zwieracza powoduje globalną otyłość, zakupoholizmy, nadymanie finansowych baniek i ciągły, wyczerpujący wyścig a z drugiej trzyma nasz świat w jako takiej równowadze (niektórzy nazywają ją równią pochyłą). Z konsumpcją jest niestety tak, że jeśli w pewnym momencie nie ograniczymy jej sami, to ograniczą ją warunki zewnętrzne. Ilość półmisków na stole zawsze jest ograniczona. Znów powraca mi pytanie: czy ten świat przypadkiem nie potrzebuje terapii? Jakiegoś kosmicznego meta-terapeuty, który spojrzałby na nasz świat całościowo?<strong> Niedosyt, brak, pewien poziom niezadowolenia jest wpisany w naszą kondycję, jednak żyjemy tak, jakbyśmy chcieli ten fakt zignorować, unicestwić. </strong></p>
<p>Jak ten promowany i hołubiony brak zwieracza przekłada się na naszą psychologię i w rezultacie relacje z ludźmi? Ano tak, że niezwykle trudno nam wytrzymać różne, niewygodne stany na różnych etapach tych relacji. Stany braku i stany nadmiaru. Stan niepewności, stan chwilowego opuszczenia, stan urazy, stan złości, stan niepohamowanego apetytu&#8230; wszystko to nie trwa wiecznie. W podręcznikach psychologicznych tego nie znajdziesz, ale uwierz mi, że emocje mają swój okres połowicznego rozpadu, jak radioaktywne pierwiastki. Po pewnym czasie zanikają, rozpraszają się w powietrzu na tyle, że możliwa staje się refleksja nad tym czy warto za nimi iść albo nad tym, jak je <strong>wyrazić </strong>w formie strawnej (konstruktywnej) dla partnera.</p>
<p>Na przykład: jesteś w fazie poznawania potencjalnego partnera, bardzo ci zależy a jednocześnie boisz się jak będziesz widziany. To powoduje wewnętrzne napięcie, które prowadzi nas często do nierozsądnych albo nawet destrukcyjnych zachowań. Możesz się wystraszyć i uciec, możesz zacząć coś udawać, może cię sparaliżować tak, że nic nie powiesz itp. Możesz też <strong>poczekać</strong>, dać sobie czas, zorientować się, co czujesz – to właśnie jest zwieracz. Wtedy np. zamiast małpowania Brada Pitta powiesz coś w rodzaju: „takie robisz na mnie wrażenie, że trudno mi powiedzieć cokolwiek”. Niby przykra prawda, a przecież całkiem znośny komplement. Teraz pytanie, czy po drugiej stronie jest ktoś ze zwieraczem. Jeśli nie, to nie spodoba mu się to otwarte przyznanie do braku – nie wytrzyma tej niedoskonałości. I sobie pójdzie. I bardzo dobrze, że pójdzie, bo masz go z głowy. Masz z głowy granie Brada Pitta do końca życia. Oczywiście, jego odejście to kolejne zadanie dla twojego zwieracza. <strong>Tajemnicą zwieracza jest to, że jeśli go uż</strong><strong>ywasz, zaczynasz rozsądnie myśleć. W ogóle zaczynasz myśleć.</strong></p>
<p><a href="../wp-content/uploads/2010/12/smok.jpg"><img class="alignright" title="smok" src="../wp-content/uploads/2010/12/smok-300x240.jpg" alt="" width="300" height="240" /></a>Był kiedyś taki rysunkowy serial „Porwanie Baltazara Gąbki”. Występował tam tajemniczy i demoniczny Don Pedro, któremu zdarzało się podłożyć bombę pod samochód profesora Gąbki. Na szczęście dla profesora, podróżował z nim Smok Wawelski, który w takich wypadkach (zostały dwie sekundy do wybuchu) połykał bombę, która wybuchała wewnątrz niego. Smok nie rozpadał się, tylko napuczał okropnie – a potem wracał do stanu poprzedniego. I w radosnej atmosferze jechali dalej. Ten to miał zwieracze, prawda? I ty czasem bądź Smokiem Wawelskim. Może się to przydać.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/zwieracz-metafizyczny/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kulawy homeostat</title>
		<link>http://www.psychoblog.com.pl/kulawy-homeostat/</link>
		<comments>http://www.psychoblog.com.pl/kulawy-homeostat/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 10 Dec 2010 20:03:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>wk</dc:creator>
				<category><![CDATA[psychoterapia]]></category>
		<category><![CDATA[samotność]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[konflikt]]></category>
		<category><![CDATA[psycholog]]></category>
		<category><![CDATA[rozwój]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.psychoblog.com.pl/?p=295</guid>
		<description><![CDATA[Czas chyba na rozwinięcie sloganu &#8222;świat potrzebuje terapii&#8222;, który umieściłem w nagłówku Psychobloga. Zwłaszcza, że w jednym z komentarzy pojawił się zarzut, że to wynik mojego samozachwytu. Ten slogan przyszedł mi do głowy w dziwnych okolicznościach: stałem na czerwonym świetle przed jednym z warszawskich rond, na pasie dla skręcających w lewo. Przede mną stał samochód [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Czas chyba na rozwinięcie sloganu &#8222;<strong>świat potrzebuje terapii</strong>&#8222;, który umieściłem w nagłówku Psychobloga. Zwłaszcza, że w jednym z komentarzy pojawił się zarzut, że to wynik mojego samozachwytu. Ten slogan przyszedł mi do głowy w dziwnych okolicznościach: stałem na czerwonym świetle przed jednym z warszawskich rond, na pasie dla skręcających w lewo. Przede mną stał samochód z włączonym lewym kierunkowskazem a na sąsiednim pasie, dla tych co jadą prosto, stało tylko jedno auto. Czysta sytuacja, codzienna rutyna kierowcy. I co się stało, gdy zapaliło się zielone? Ano samochód przede mną pojechał prosto a samochód ze środkowego pasa skręcił w lewo. Jak im udało się nie zderzyć, tego już nie wiem &#8211; obaj bardzo się spieszyli.</p>
<p><a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/mental-ilness.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-302" title="mental-ilness" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/mental-ilness.jpg" alt="" width="300" height="374" /></a></p>
<p>Niby nic, ale pomyślałem wtedy, że coś dziwnego dzieje się ze światem a zdarzenie zostało mi w głowie w sposób niemalże traumatyczny, jako sygnał przesady, przekroczenia bezpiecznej granicy zawartości chaosu i głupoty w powietrzu. Na pewno było w tym przestrachu trochę tej świadomości, że niezależnie od tego, jak rozsądnie będę się zachowywał na drodze, to i tak ktoś może mnie zabić. Ale to chyba nie wszystko.</p>
<p>Pierwsza, głębsza refleksja dotyczyła wzorców i zasad &#8211; tego, jaki mamy dziś do nich stosunek. W krótkim czasie zasady współżycia w naszym kraju zmieniły się diametralnie, z autorytarnego określania zasad przez nibykomunistów do, było nie było, demokracji. Chociaż przyznam się, że gdy używam słowa demokracja, to coraz częściej mam takie wrażenie jak przy używaniu zmywaka do naczyń, który czasy świetności ma już dawno za sobą. Już sam kierunek przemian generuje pewien luz samorządności, zakładaną elastyczność prawa, które przestało być nadaniem boskim a stało się kwestią społecznych umów. Ale myślę też, że rewolucyjne tempo tych zmian jeszcze mocniej uwydatniło relatywność wszelkich państwowych zasad, ich przemijalny charakter &#8211; w tym także zasad ruchu drogowego. Zwłaszcza że posłowie wciąż rozkoszują się rozważaniem wyższości włączonych świateł mijania w dzień nad wyłączonymi. Takie przepychanki dotyczą też o wiele istotniejszych spraw, włącznie z prawem decydowania o czyimś życiu lub śmierci (a także czym to życie zasadniczo jest i kiedy się zaczyna). Pozwala nam to wciąż doświadczać kruchości wzorców i zasad, które organizują nasze życie.</p>
<p>Wracając więc do przykładu z kierowcami, można powiedzieć, że ich zachowanie jest objawem przesycenia społecznej świadomości przekonaniem, że zasady można spokojnie naginać, zgodnie ze swoimi jednostkowymi potrzebami czy nawet kaprysami. Tutaj będę zawracał szerokim łukiem w stronę psychologii. Pół biedy byłoby, gdyby naginanie zasad służyło tylko partykularnym celom jednostek, ich osobistym, ale bardzo konkretnym korzyściom. Na przykład obaj pędziliby w stronę jakiegoś korzystnego interesu. Być może było tak na początku ustrojowych przemian, w czasie obłąkanego handlu ulicznego z wykorzystaniem łóżek polowych. Myślę jednak, że w trakcie podważania i przekraczania ugruntowanych zasad, ludzie zaczęli coraz mocniej (może nawet z pewnym zaskoczeniem) odczuwać <strong>przyjemność z samego złamania zasady</strong> (przekroczenia tabu). Pędzący trzema pasami naraz pirat drogowy raczej nie wiezie rodzącej żony do szpitala ani nie spieszy się do dzieci, by odrobić z nimi lekcje. W przeważającej większości przypadków robi to dla własnej, naiwnie amoralnej przyjemności, wynikającej z chwilowego zawieszenia wszelkich zakazów i nakazów.</p>
<p>Teraz zestawmy ten wniosek z założeniami potocznie rozumianego liberalizmu. Jego celem jest jak najmniejszy kompromis między wolnością własną a ograniczeniami prawa i innych społecznych zasad. W tym punkcie nie sposób nie zadać sobie pytania, jak wielu ludzi, którzy szumnie zwą się liberałami, w skrytości ducha zwyczajnie rajcuje się łamaniem wszelkich, dostępnych zakazów i nakazów?</p>
<p>Żeby nie było, że uprawiam tu jakąś politykę, zajrzę na chwilę w czeluści niejawnych, a sprośnych przyjemności, którymi zajmują się pozorni konserwatyści. W fanatycznej postawie moralności i wierności zasadom naprawdę nietrudno wychwycić ten szczególny rodzaj rozgorączkowania (pobudzenia), który niewiele ma wspólnego z wzniosłymi, głoszonymi przy okazji celami. Ograniczanie własnych i cudzych popędów (z zasady uznanych za złe/niskie/grzeszne) może być potężnym środkiem sprawiania sobie przyjemności. Skąpiec nie oszczędza po to, by wydawać pieniądze na rozsądne cele. On oszczędza, by się tym oszczędzaniem skrycie rajcować. Jest w tym między innymi poczucie mocy, odczuwane tym silniej, im potężniejszy impuls udało się zahamować. Niedaleko stąd do definicji masochizmu.</p>
<p>Podczas tych rozmyślań przypomniałem sobie Rudolfa Steinera, twórcę dosyć dziwacznej kosmologii zwanej antropozofią. Tym, co mnie w niej zafrapowało, było ujęcie Dobra i Zła, Boga i Diabła. Europejczycy (i nie tylko oni) zwykle traktują te pojęcia jako statyczne przeciwieństwa &#8211; można podążać w jedną albo drugą stronę, dzięki czemu sądy moralne są dosyć proste. Steiner zaproponował układ dwóch statycznych, skrajnych postaci Zła, z których jedna jest stagnacją a druga chaosem &#8211; oraz takiego Dobra, które jest dynamicznym punktem równowagi pomiędzy jednym diabłem (Lucyferem) a drugim (Arymanem). Pozostawiając na boku kwestię, jak ten świat naprawdę jest zbudowany, można powiedzieć, że jest to koncepcja odpowiadająca dzisiejszemu pojęciu homeostazy, lub bardziej precyzyjnie homeodynamiki. Wyjaśnia znakomicie funkcjonowanie różnych mechanizmów fizjologicznych. W psychologii używana jest do wyjaśniania mechanizmów adaptacji w społeczeństwie, ale ja sądzę, że z dobrym skutkiem można ją też zastosować do opisu zdrowia i &#8222;niezdrowia&#8221; psychicznego. O ile bowiem dosyć łatwo jest opisać różne formy zaburzeń psychicznych, o tyle niezwykle trudno (na szczęście) opisać, czym jest psychiczne zdrowie. Moim zdaniem jest tak dlatego, że patologia jest zawsze zapędzeniem w pewną skrajność (i przy okazji ślepą uliczkę), natomiast zdrowie jest stanem dynamicznym, regulującym się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, w zależności od wewnętrznych i zewnętrznych warunków. Czym innym będzie zdrowie psychiczne w górskiej chatce na odludziu, a czym innym na taktycznym zwiadzie w Iraku lub Afganistanie. Przyjęcie tego faktu przez osobę, która leczy się w psychoterapii, często jest bardzo trudnym zadaniem. Pacjenci (szczególnie na początku terapii) wolą wierzyć, że zdrowie jest takim miłym, cieplutkim miejscem, w którym wystarczy sobie usiąść i niczego nie zmieniać.</p>
<p>Chyba już mniej więcej wiadomo, do czego zmierzam. Nasza wewnętrzna, psychiczna równowaga jest także dynamiczną równowagą między stagnacją a chaosem (czyli podlega stałym fluktuacjom w ramach dobrze rozumianej &#8222;normalności&#8221;). Jako przykład stagnacji można wyobrazić sobie osobę, która z lęku przed ludźmi wyrzeka się związków i siedzi w domu, powtarzając wciąż te same czynności czy rytuały. Bezpieczeństwo takiej osoby jest prawie doskonałe &#8211; niestety, cierpi ona na poczucie pustki i martwoty. Na drugim krańcu lokuje się np. osoba, która jest niewolnikiem własnych impulsów. Sprzeczne potrzeby własne i wymagania otoczenia wprowadzają chaos, który nie pozwala zarządzać swoim życiem. Możliwe konsekwencje to destrukcyjne zachowania, krańcowa zależność od innych, uzależnienia. Od razu można zaznaczyć, że skrajności te odpowiadają dwóm formom samotności, tej z daleka od ludzi i tej wśród ludzi. Jakby tego było mało, o wiele łatwiej jest przeskoczyć z jednej skrajności w drugą, niż utrzymać tę dynamiczną równowagę między jednym a drugim diabłem. Jedną z przyczyn, o której już wspomniałem, jest fakt, że jedna i druga skrajność związana jest z jakąś formą ukrytej satysfakcji, powiedziałbym nawet lubieżności, którą łaskoczemy się w tajemnicy przed innymi a czasem także przed sobą. Opisany odludek może lubować się mściwym &#8222;mam was wszystkich w dupie i spróbujcie mi coś zrobić&#8221;. Człowiek ogarnięty impulsami zwykle lubuje się raz tu, raz tam, czerpiąc dodatkową meta-frajdę z tego, że nie musi się niczym (sam) ograniczać.</p>
<p>Zmierzam do końcowych wniosków. Zaobserwowany na ulicy &#8222;podwójny wybryk&#8221; jest (symbolicznie) częścią większej całości. Społeczeństwo można także rozpatrywać jako organizm homeodynamiczny, tym łatwiej, że składa się z naszych jednostkowych konserwatyzmów i liberalizmów, wyrażanych chociażby praktycznie dwupartyjnym systemem. Patologia, jak się rzekło, jest przekroczeniem subtelnej granicy, poza którą nie ma już dynamicznej równowagi, a zaczyna się ciążenie w kierunku jednej ze skrajności. Patologia to wzajemne wyszydzanie się i oblewanie gównem przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Jeśli ludzie, którzy rządzą (lub mają bezpośredni wpływ na rządzących) będą dążyć do sk<a href="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/roadrage1.jpg"><img class="size-medium wp-image-309 alignright" title="roadrage1" src="http://www.psychoblog.com.pl/wp-content/uploads/2010/12/roadrage1-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>rajności sądów i zachowań, to tym samym będą zwiększać ilość takich wyznawców, których nie będzie interesować rozsądek i pragmatyzm &#8211; będą ich bardziej interesować skrywane satysfakcje czy lubieżności, które opisałem wcześniej. Niestety, to się może szybko wyrwać spod jakiejkolwiek kontroli i zacząć żyć własnym, anarchistycznym życiem. Homeostaza, po przekroczeniu punktu granicznego jej zdolności samoregulacyjnych, może zdegenerować się w wybuchowym tempie. W psychologii (i nie tylko) nazywamy to kryzysem. Nie wiem, czy w ogóle warto wspominać, że odpowiedzialność za akty przemocy towarzyszące sporom &#8222;na górze&#8221; spada na obie strony dokładnie po połowie. Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że do rządzenia biorą się osoby szczególnie zrównoważone psychicznie i dzięki temu predestynowane do bycia wzorem w tej sprawie. Jest raczej odwrotnie, to walka o władzę przyciąga ludzi z tendencją do podziałów. Zresztą, sam model polityki jako walki o władzę już jest zaproszeniem do podziałów. Tak czy inaczej, całkiem możliwe jest, że tam, na górze, obie strony nie tyle dążą do czegoś konstruktywnego, co raczej zajmują się zaspokajaniem swoich nieprzyzwoitych lubieżności. Sygnalizuje to m.in. fakt, że publiczne spory są w większości niemerytoryczne, a dotyczą raczej specyficznych, zasadniczych (i konstytutywnych) hierarchii wartości obu stron. A my siedzimy przed telewizorami i patrząc na to, zaczynamy powoli im zazdrościć, że mogą to tak bezwstydnie robić na naszych oczach. Aż korci, żeby poszukać jakiejś dostępnej, zakazanej przyjemności. Znacie to uczucie, gdy w zapchanym supermarkecie otwiera się nowa kasa a my jesteśmy na tyle blisko, że dopadamy jej pierwsi? Wiem, że znacie. I wiem też, że wy z kolei wiecie doskonale, że te parę sekund euforii nie wynika z zaoszczędzenia kilkunastu minut. Aby nie być całkiem pesymistycznym w tej sprawie, zostawię końcowe pytania otwarte: czy widząc psucie się rybiej głowy, będziemy na tyle odporni, by się temu nie poddać? I czy świat potrzebuje terapii?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.psychoblog.com.pl/kulawy-homeostat/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

