<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><rss xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/" xmlns:blogger="http://schemas.google.com/blogger/2008" xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0" version="2.0"><channel><atom:id>tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984</atom:id><lastBuildDate>Thu, 05 Sep 2024 04:31:07 +0000</lastBuildDate><category>polityka</category><category>technologie</category><category>prawo</category><category>ekonomia</category><category>o sobie</category><category>media</category><category>medycyna</category><category>psychologia</category><category>globalizacja</category><category>kuchnia</category><category>kultura</category><category>literatura</category><title>instrukcja obsługi świata</title><description>blog Roberta Chaby</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/</link><managingEditor>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</managingEditor><generator>Blogger</generator><openSearch:totalResults>26</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-2675793584842984676</guid><pubDate>Wed, 14 Sep 2011 17:30:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-09-14T19:33:11.405+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">technologie</category><title>Polskiej Agencji Prasowej podróż w czasie</title><description>&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm;&quot;&gt;
Internet końca lat dziewięćdziesiątych
był inny niż współczesny. Wyglądał inaczej, miał specyficzny
klimat, ale też inaczej funkcjonował. Dziś obojętnie patrzymy
na ikonkę zielonej kłódeczki czy zalakowanej koperty. Mało kto
zdaje sobie sprawę, że za tymi obrazkami kryje się potężna
technologia, powszechnie dostępna od niedawna. W latach
dziewięćdziesiątych takich kłódeczek nie było. Do poświadczania
wiarygodności informacji użytkownikom sieci służyły zdrowy
rozsądek i&amp;nbsp;słowo honoru.&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm;&quot;&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;
Czasy, gdy wymiana informacji w sieci
opierała się nie na silnej kryptografii, lecz wzajemnym zaufaniu,
to już historia. Piszę o&amp;nbsp;tym bynajmniej nie dlatego, że naszła
mnie ochota na wspomnienia i sentymenty. Wyobraźcie sobie, historia
powróciła! Dziś wyszło na jaw pochodzenie plotki o&amp;nbsp;rezygnacji
posłanki Beaty Kempy ze startu w&amp;nbsp;wyborach. Powodem całego
zamieszania była wiadomość, w której słowem honoru zaświadczono,
że nadawcą jest Beata Kempa. Tak, takim znanym z&amp;nbsp;lat
dziewięćdziesiątych cyfrowym słowem honoru. W tamtych czasach
adres nadawcy można było definiować dowolnie, równie łatwo, jak
dziś określamy odbiorcę. Wyobrażacie sobie reakcję odbiorcy na
wiadomość od bóg@niebo.org? Choć weryfikacja nagłówka od razu
ujawniała fałszerstwo, pierwszego kwietnia i&amp;nbsp;tak było z&amp;nbsp;tym
mnóstwo zabawy. 
&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm;&quot;&gt;
&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style=&quot;margin-bottom: 0cm;&quot;&gt;
Podkreślam: było. To już nie
zadziała, nawet nie próbujcie. Żaden serwer nie pozwoli wysłać
tak spreparowanej wiadomości, niemal żaden takiej wiadomości nie
odbierze. Gdybym pisał to zdanie wczoraj, pominąłbym słowo
niemal. Infrastruktura internetowa Polskiej Agencji Prasowej jest,
jak widać, wyjątkiem. PiS to partia, która chciałaby wyjaśnić
do białości każdy element politycznych i&amp;nbsp;ustrojowych realiów.
Zwykle nazywam te postulaty po imieniu – paranoją –&amp;nbsp;i&amp;nbsp;
zwyczajnie ignoruję, lecz tym razem sam chciałbym jakieś
wyjaśnienie poznać. Jak to się stało, że Polska Agencja Prasowa,
było nie było spółka Skarbu Państwa, uwiarygodniła prymitywny
żart?&lt;/div&gt;
</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2011/09/polskiej-agencji-prasowej-podroz-w.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>4</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-1478283639215940402</guid><pubDate>Mon, 25 Jul 2011 23:13:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-07-26T18:58:23.972+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">medycyna</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">prawo</category><title>Samorząd lekarzy naruszył prawo?</title><description>Odkąd pamiętam, działalność UOKiKu oceniałem pozytywnie. Ta jakże potrzebna instytucja skutecznie broniła nas przed pazernością telekomunikacyjnego monopolisty, zmowami cenowymi taksówkarzy czy kwiatkami, jakie wypisywały nam w&amp;nbsp;umowach banki, biura podróży czy firmy ubezpieczeniowe. Owszem, bywało, że UOKiK przegrywał w&amp;nbsp;sądzie, lecz nie zdarzyło się, by postanowienie narodowego regulatora budziło moje moralne oburzenie. Do wczoraj.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Wszystko zaczęło się od tego, że lekarze wreszcie przestali udawać, że homeopatii nie ma. Nie wszyscy, ale kilku. Spośród nich wypada podkreślić zasługi profesora Andrzeja Gregosiewicza, ortopedy z&amp;nbsp;Lublina, który miał odwagę podjąć temat jako pierwszy. W lutym tego roku przeciwnicy homeopatycznych czarów wyszli na ulice większych miast i&amp;nbsp;wykazali, że wolność zgromadzeń może mieć inne zastosowanie niż demonstracje związkowe i&amp;nbsp;parady równości. Przy okazji, wykazali też, że homeopatyczne pigułki są zupełnie obojętne, łykając je całymi garściami. Wystarczyło, by sprawą zainteresować Naczelną Izbę Lekarską. Cieszy mnie to tym bardziej, że jeden z&amp;nbsp;moich szanownych dyskutantów zarzekał się tu, że akcja racjonalistów efektu nie przyniesie. Samorząd lekarski zadziałał na dwóch frontach. Po pierwsze, zaczął czynić starania, by homeocukierki nie były już traktowane jak leki, czyli wydawane na receptę. Jednocześnie, wychodząc z założenia, że używanie recept do przepisywania cukru jest sprzeczne z&amp;nbsp;etyką lekarską, zabronił lekarzom tej praktyki, pod groźbą sankcji. To drugie posunięcie zakwestionował UOKiK, jako naruszenie prawa antymonopolowego.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W oficjalnym oświadczeniu prezes UOKiKu, Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel, wyjaśnia:&lt;br /&gt;
&lt;blockquote&gt;
&lt;i&gt;UOKiK nie jest stroną dyskusji na temat skuteczności produktów homeopatycznych. Ta kwestia nie była w&amp;nbsp;ogóle przedmiotem naszego zainteresowania. Stwierdziliśmy, że praktyka Naczelnej Izby Lekarskiej stanowi naruszenie konkurencji poprzez ograniczenie dostępu do rynku przedsiębiorcom sprzedającym produkty dopuszczone do legalnego obrotu, a&amp;nbsp;tym samym dostępności tych produktów dla odbiorców.&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt;
Rozstrzygnięcie regulatora można by uznać za bezstronne, gdyby nie kluczowy dla sprawy fakt. Ograniczenie dostępności niektórych „leków” homeopatycznych przez wydawanie ich tylko na receptę następuje wyłącznie na wniosek oferującego je przedsiębiorcy. Każdy z&amp;nbsp;nich można zarejestrować jako produkt dostępny dla wszystkich. Albo sprzedawać je w&amp;nbsp;spożywczaku, tak jak inne cukierki. Wymóg posiadania recepty służyć ma jedynie temu, by uwiarygodnić rzekomo lecznicze działanie specyfiku. Potrafię zrozumieć, że zdesperowani pacjenci dają się na tą sztuczkę nabrać. Ale że UOKiK też się nabrał? Tego zrozumieć nie potrafię.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2011/07/samorzad-lekarzy-naruszy-prawo.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>7</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-7368334904604938605</guid><pubDate>Sun, 26 Jun 2011 10:46:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-06-27T19:32:38.572+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Obyczaj urojony</title><description>Już zapomniałem jakie to uczucie, gdy przy każdym naciśnięciu klawisza pojawiająca się na ekranie literka pozostaje czarna. Tu, w prawdziwym świecie, każde słowo ma równe prawa. Funkcje, konstrukcje i&amp;nbsp;wartości zmiennych nie podświetlają się właściwym sobie kolorem, te pojęcia zwyczajnie tu nie istnieją. Ale fajnie. Szkoda tylko, że błędy i&amp;nbsp;nieścisłości również zostaną wytknięte. Nie przez bezduszny interpreter, a&amp;nbsp;w&amp;nbsp;komentarzach czytelników, oczywiście jeśli jacyś jeszcze mi pozostali. Przyznaję, nie było mnie dość długo. Ale czy na tyle długo, by w&amp;nbsp;międzyczasie zdążyły się ukształtować nowe zasady i&amp;nbsp;obyczaje?&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Bardzo zdziwiłem się, gdy z&amp;nbsp;ust premiera usłyszałem, że ojciec Rydzyk „złamał regułę, że o&amp;nbsp;Ojczyźnie nie mówimy źle za granicą”. Źródłem mego zdziwienia nie był bynajmniej fakt, że znany zakonnik na forum Parlamentu Europejskiego nazywa nasz kraj totalitarnym. Toruńscy konserwatyści w&amp;nbsp;walce politycznej sięgają po argumenty irracjonalne. Nie pierwszy to raz i&amp;nbsp;nie ostatni. Lekkie zdziwienie mógłby wywołać fakt, iż robią to również wtedy, gdy zupełnie rozsądnych argumentów mają pod dostakiem. Najwyraźniej siła przyzwyczajenia. Wracając do wątku, słyszeliście kiedyś o&amp;nbsp;regule, że o&amp;nbsp;własnym kraju nie mówi się źle za granicą?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Takiej reguły nie ma. Jeśli amerykańscy pacyfiści czy białoruscy dysydenci mogą mieć pewność, że ich argumenty zostaną wysłuchane z uwagą i poddane merytorycznej ocenie, dlaczego przywileju tego mielibyśmy pozbawić liczący się odłam polskiego duchowieństwa? Co więcej, Parlament Europejski jest wręcz idealnym forum do wyrażania tego rodzaju watpliwości. Jestem przekonany, że tezy ojca Rydzyka nie spotkają się tam ze zrozumieniem, ale ma on święte prawo do ich wygłaszania. Zarzut naszego premiera brzmi równie, jeśli nie bardziej, absurdalnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeszcze jedna uwaga. Premier i&amp;nbsp;rząd na słownej krytyce dyrektora Radia Maryja nie poprzestali. Nasz ambasador w&amp;nbsp;Watykanie protestował w formie oficjalnej noty dyplomatycznej. W świetle powyższego teza, iż polityka zagraniczna rządu Donalda Tuska kompromituje nas w&amp;nbsp;oczach świata przestała być fantasmagorią polityków PiS i&amp;nbsp;mocno zbliża się do rzeczywistości. Wkrótce wybory. Potencjalni wyborcy Platformy Obywatelskiej z pewnością za ojcem Rydzykiem nie przepadają. Przyznaję, ja również nie. Premier zapewne liczy na to, że potencjalny wyborca oceni jego działania przez pryzmat własnych sympatii. Ja nie dam się na to nabrać. Panie premierze, kolejna żółta karta.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2011/06/obyczaj-urojony.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>8</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-292573593355113352</guid><pubDate>Tue, 22 Mar 2011 12:27:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-03-22T13:27:26.979+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">ekonomia</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>AAAAA Kiełbasę wyborczą kupię</title><description>Telewizyjną debatę Leszek Balcerowicz kontra Jacek Rostowski obejrzałem z&amp;nbsp;wypiekami na twarzy, gorąco kibicując temu pierwszemu. Mój faworyt daleki był od zwycięstwa, lecz zrobił co mógł. Ważne, że miał szansę dotrzeć z&amp;nbsp;argumentami do szerszego audytorium. Kto miał zrozumieć, zrozumiał. Wczorajsza debata była tylko podsumowaniem toczącej się od początku roku publicznej dyskusji. Sztandarowych argumentów liberałów cytować tu nie będę, zainteresowanych doprowadzą do nich polecane przeze mnie odnośniki. Dziś obniżę nieco poziom i&amp;nbsp;napiszę to, czego profesorom ekonomii powiedzieć ani napisać nie wypada, za co z&amp;nbsp;góry Szanownego Czytelnika przepraszam.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Nasze państwo pożycza. Dużo. Tak dużo, na ile zdrowy rozsądek pozwala. Na straży zdrowego rozsądku stoi Unia Europejska, a&amp;nbsp;pożyczając więcej możemy o&amp;nbsp;strefie euro zapomnieć. Wczoraj minister Rostowski tłumaczył nam, że oszczędzanie w&amp;nbsp;OFE to zły pomysł, że nasze składki lepiej będzie niemal w&amp;nbsp;całość przeznaczyć na wypłaty emerytur. Wówczas nie będziemy musieli na te składki pożyczać. Znaczy będziemy pożyczać tyle samo, ale już nie na składki. Jak myślicie, na co?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Gdy rząd proponuje coś nierozsądnego, przywilejem opozycji jest ten rząd ostro krytykować. Czy spadły już ostrza krytyki? Czy w&amp;nbsp;Sejmie jest już wniosek o&amp;nbsp;odwołanie ministra finansów? To zadziwiające, ale opozycja zdania nie ma. Zamiast zadeklarować poglądy, partie opozycyjne próbują w&amp;nbsp;ogniu toczącego się sporu piec własną kiełbasę wyborczą. Postawę mniejszości sejmowych dobrze oddaje dzisiejszy wpis na blogu Marka Migalskiego: &lt;a href=&quot;http://migal.salon24.pl/289629,oferendum-pjn-po-jasnej-stronie-mocy-po-stronie-ludzi&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;„OFErendum - PJN po jasnej stronie mocy, po stronie ludzi”&lt;/a&gt;. Mam przeczucie, że najbliższe wybory nie będą radosnym świętem demokracji.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2011/03/aaaaa-kiebase-wyborcza-kupie.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>5</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-7778034830130171747</guid><pubDate>Mon, 21 Mar 2011 15:22:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-03-21T16:22:47.224+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">ekonomia</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Liberalizm gospodarczy - przewodnik dla konserwatysty</title><description>Gdy trzy tygodnie temu publikowałem &lt;a href=&quot;http://robertchaba.blogspot.com/2011/02/krotki-kurs-liberalnej-ekonomii.html&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;„Krótki kurs liberalnej ekonomii”&lt;/a&gt; przyświecały mi dwa zamysły. Po pierwsze, chciałem zadeklarować się w&amp;nbsp;sporze liberałów z&amp;nbsp;rządem na temat cofnięcia reformy emerytalnej. Zadeklarować po stronie liberałów, rzecz jasna. Chciałem też przypomnieć, że odkąd PO stała się partią władzy, zwolennicy liberalizmu w&amp;nbsp;gospodarce nie są reprezentowani w&amp;nbsp;parlamencie. Zdaję sobie sprawę, że potężną siłą polityczną nie jesteśmy. Ale odsetek liberałów jest z&amp;nbsp;pewnością większy niż próg wyborczy, co powinno dać niektórym politykom do myślenia. Wyrzuciwszy z&amp;nbsp;siebie co miałem do powiedzenia, tematów gospodarczych kontynuować nie planowałem. Traf chciał, że mój tekst, opublikowany w&amp;nbsp;portalu &lt;a href=&quot;http://mypis.pl/&quot;  target=&quot;_blank&quot;&gt;myPiS.pl&lt;/a&gt;, zwrócił uwagę prawdziwego konserwatysty. Pan &lt;a href=&quot;http://mypis.pl/profil/Marek_Kajdas&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Marek Kajdas&lt;/a&gt;, bo o&amp;nbsp;nim mowa, pyta, jak wyobrażam sobie idealny dla Polski model gospodarczy. Na takie zaproszenie do polemiki odmówić nie wypada. Poniżej moich rozważań ciąg dalszy.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Dyskusję na temat, jak należy ukształtować ustrój gospodarczy kraju dobrze będzie rozpocząć od ustalenia, co właściwie chcemy osiągnąć. Bez względu na poglądy polityczne, wszyscy zgodnie chcemy żyć w&amp;nbsp;kraju bogatym, zapewniającym obywatelom dobre warunki do rozwoju. Bogactwo powstaje tam, gdzie gospodarka jest konkurencyjna, czyli produkuje efektywnie. Wówczas przedsiębiorstwa aktywnie poszukują nowych rynków i&amp;nbsp;dróg rozwoju, a&amp;nbsp;nie patrzą błagalnie na rząd, by ten chronił barierami celnymi samo ich istnienie. Nie jest możliwe ani potrzebne, by cały produkt krajowy wytwarzany był z&amp;nbsp;tak imponującą efektywnością. Gdyby nasz kraj stał się światowym liderem w&amp;nbsp;produkcji samochodów osobowych, nikomu nie przeszkadzałoby, że nasze pralnie chemiczne piorą mało wydajnie i&amp;nbsp;drogo. O ile tak nakreślony cel nie jest kontrowersyjny, każda opcja polityczna inaczej widzi jego urzeczywistnienie. Przestawię tu koncepcję, którą za optymalną uważają liberałowie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Liberalna droga prowadzi prosto do celu. Gospodarka wytwarza efektywnie tylko wtedy, kiedy kontrola nad nią pozostaje w&amp;nbsp;rękach prywatnych. Jednym słowem prywatyzacja bez sentymentów. Ciarki mnie przechodzą, gdy słyszę, że jakieś państwowe spółki mają rzekomo strategiczne znaczenie i&amp;nbsp;prywatyzowane być nie powinny. Co ciekawe, z&amp;nbsp;tych samych ust często pada stwierdzenie, że dotychczasowe prywatyzacje odbywały się z&amp;nbsp;naruszeniem interesów skarbu państwa, że sprzedawaliśmy za tanio. Zastanawia mnie jedno: jeśli skarb państwa narażony jest na niekorzystne decyzje nawet podczas prywatyzacji, jak niewyobrażalna musi być skala nadużyć, gdy zapadają decyzje mniejszej wagi? Wtedy przecież dziennikarze ani opozycja nie patrzą władzy&amp;nbsp;i urzędnikom na ręce? Tym, którzy z&amp;nbsp;takim namaszczeniem protestują przeciwko wyprzedawaniu „sreber rodowych” przypomnę, że model, który zakładał państwową własność przedsiębiorstw testowaliśmy przez niemal pół wieku. Nie sprawdził się.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zagadnienie obecności i&amp;nbsp;ingerencji państwa w&amp;nbsp;gospodarkę przedstawiłem we wpisie poprzednim, konkludując: im mniej państwa, tym lepiej. W&amp;nbsp;idealnym świecie takie ingerencje w&amp;nbsp;ogóle nie byłyby potrzebne. Niestety, świat od ideału odbiega i&amp;nbsp;musimy się liczyć z&amp;nbsp;tym, że obecne na rynku podmioty nie będą grać czysto. W&amp;nbsp;miarę możliwości, państwo powinno ograniczać się do roli arbitra. Nie będzie to problemem, gdy interwencja dotyczyć ma rynku wewnętrznego. Gorzej, gdy nieuczciwe praktyki mają miejsce w&amp;nbsp;handlu zagranicznym, a&amp;nbsp;dopuszczają się ich inne państwa lub podmioty przez nie kontrolowane. Konserwatywny czytelnik w&amp;nbsp;pierwszej kolejności pomyśli zapewne o&amp;nbsp;zagrożeniu szantażem energetycznym ze strony Rosji. Jak mamy się bronić? Może jestem monotematyczny, ale... podnosząc konkurencyjność gospodarki. Wówczas ekonomiczny koszt zakręcenia nam kurka z&amp;nbsp;gazem przewyższy każdą polityczną korzyść wynikłą z&amp;nbsp;takiego posunięcia. Nie jestem wprawdzie przeciwny dywersyfikacji dostaw, lecz pamiętajmy, że może być tylko kosztownym półśrodkiem, nie ostatecznym rozwiązaniem. Z&amp;nbsp;kolei upaństwawianie gospodarki i&amp;nbsp;roztaczanie nad nią politycznego parasolu ochronnego tłumią efektywność, zatem z&amp;nbsp;patriotyzmem gospodarczym nie mają wiele wspólnego.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejnym czynnikiem rozwoju, o&amp;nbsp;którym chciałbym tu wspomnieć, jest polityka monetarna. Gospodarka do właściwego funkcjonowania potrzebuje sprawnego systemu bankowego, niskiej inflacji i&amp;nbsp;stabilnej waluty o&amp;nbsp;wysokim standardzie wymienialności. Z&amp;nbsp;satysfakcją stwierdzam, że nasz kraj świetnie poradził sobie z&amp;nbsp;tymi wyzwaniami. Utrzymanie sukcesów na tym polu będzie mieć dla gospodarki znaczenie kluczowe. Wejście do strefy euro uważam za najlepszy sposób zagwarantowania naszemu krajowi właściwej polityki monetarnej. Wyraźnie zmniejszy się wtedy ryzyko ataku spekulacyjnego na naszą walutę, a&amp;nbsp;zmniejszenie kosztów transakcyjnych nieznacznie podniesie konkurencyjność gospodarki. Sposób w&amp;nbsp;mojej opinii najlepszy, co nie znaczy, że jedyny słuszny. Pozostaję otwarty na każdą sensowną alternatywę polityki monetarnej, choć dziś takiej alternatywy nie widzę. Opóźnianie integracji walutowej „bo ludzie się boją” to żadna alternatywa, to czysty populizm.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czas na ocenę gospodarczych skutków naszego członkostwa w&amp;nbsp;Unii Europejskiej. Integracja europejska pociąga za sobą oczywiste korzyści: otwarcie granic, swobodny przepływ osób, dóbr i&amp;nbsp;kapitału, wspólna waluta. Ponadto, integracja otwiera drogę do wspólnej polityki w&amp;nbsp;różnych obszarach. Mimo liberalnych poglądów, popieram prowadzenie wspólnej polityki rolnej jako sposób na utrzymanie w&amp;nbsp;krajach rozwiniętych produkcji rolnej. Niestety, dziś zaangażowanie UE w&amp;nbsp;gospodarkę wykracza dalece poza rolnictwo i&amp;nbsp;wciąż niebezpiecznie rośnie. Unia z&amp;nbsp;arbitra przeistacza się w&amp;nbsp;potężnego regulatora i&amp;nbsp;dysponenta funduszy strukturalnych. Te ostatnie beneficjenci traktują niczym spadającą z&amp;nbsp;nieba mannę; ich wykorzystanie trudno nazwać efektywnym. Przerost instytucji unijnych nie różni się niczym od przerostu państwa. Jednym słowem, podnosząc konkurencyjność gospodarki możemy liczyć tylko na siebie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kończąc dziękuję za uwagę, a&amp;nbsp;konserwatywnym czytelnikom także za światopoglądową otwartość. Serdecznie zapraszam do dyskusji.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2011/03/liberalizm-gospodarczy-przewodnik-dla.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-2914643301159441071</guid><pubDate>Wed, 23 Feb 2011 09:48:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-02-23T10:48:15.725+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">ekonomia</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Krótki kurs liberalnej ekonomii</title><description>Gdyby dziś zadzwonił do mnie ankieter z&amp;nbsp;pytaniem, na kogo zamierzam głosować w&amp;nbsp;nadchodzących wyborach parlamentarnych, odpowiedziałbym: „yyy...”. Odkąd wycofałem poparcie dla PO, mój głos jest do wzięcia. Powiem więcej, mój głos jest bardzo łatwy do wzięcia. Od opcji, którą zdecyduję się poprzeć, oczekuję jedynie liberalnego programu gospodarczego. Może jeszcze elementarnej wiarygodności, jako gwarancji tegoż programu realizacji. Ale wiarygodność zostawmy. Dziś kilka słów o&amp;nbsp;tym, na czym liberalna wizja gospodarki polega, oraz dlaczego tak bardzo popieram jej realizację.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Zacznę od krótkiego wyjaśnienia, czym liberalizm gospodarczy nie jest. Po pierwsze, konsekwentnie głoszony przez Janusza Korwin-Mikke program demontażu państwa to nie liberalizm, to zwyczajne szaleństwo. Analogicznie, skoku z&amp;nbsp;wieżowca nie nazywamy sportem ekstremalnym, lecz samobójstwem. Obszar znaczeniowy słowo liberał, choć szeroki, nie obejmuje słów takich jak: złodziej, spekulant czy oszust. Ewentualna konfuzja wynikać może z&amp;nbsp;faktu, iż spora część elity politycznej gotowa jest wypaczyć znaczenie tego słowa w&amp;nbsp;zamian za przychylność działaczy związkowych. Nawiasem mówiąc, zupełnie nie rozumiem, do czego im tak kupiona przychylność potrzebna. Wreszcie, liberalizm w&amp;nbsp;sferze obyczajowej to zupełnie odrębny zespół poglądów, wprawdzie w&amp;nbsp;żaden sposób niesprzeczny z&amp;nbsp;doktryną ekonomiczną, ale też zupełnie z&amp;nbsp;nią niepowiązany.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Liberalizm gospodarczy oznacza prowadzenie polityki, która pozostawia kontrolę nad gospodarką po stronie obywateli. Zauważmy, że każda opcja polityczna zapowiada ograniczenie biurokracji, przyjazne urzędy i&amp;nbsp;prostsze przepisy. Program liberalny dodaje do tego postulat, by w&amp;nbsp;rękach prywatnych pozostała realna inicjatywa gospodarowania. Czyli, krótko mówiąc, pieniądze. Poprzez ograniczanie zadań państwa doprowadzamy do zmniejszenia jego wydatków, a&amp;nbsp;w&amp;nbsp;konsekwencji podatków. Logika teko rozumowania opiera się na założeniu, iż prywatne firmy gospodarują dalece efektywniej niż najsprawniejsze nawet przedsiębiorstwa państwowe. Nadzór właścicieli skutecznie zabezpiecza własność prywatną przed niegospodarnością i&amp;nbsp;korupcją. Jak mówi ludowe przysłowie „pańskie oko konia tuczy”. Nad prawdziwością tego założenia nie ma nawet sensu dyskutować. Wszelka krytyka ekonomicznego liberalizmu ogranicza się do punktowania wad tej doktryny. Wad prawdziwych, ale przede wszystkim wyimaginowanych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Polska jest krajem, gdzie niemal pół wieku funkcjonował komunizm. W&amp;nbsp;takim kraju w&amp;nbsp;liberałów uderzyć łatwo. Wystarczy zapytać, kto za karetkę zapłaci. Każda odpowiedź inna niż „karetka należy się wszystkim za darmo” wzbudzi wątpliwości. Przecież prywatna karetka to usługa, która musi sporo kosztować. Nie wiem czemu zwykle umyka nam fakt, że dziś również za tę usługę płacimy, opłacając obowiązkową składkę zdrowotną. Jeśli państwowy fundusz zastąpimy prywatną ubezpieczalnią, jakość ochrona zdrowia znacząco wzrośnie. Co więcej, przekazanie jakiejś dziedziny gospodarki w&amp;nbsp;domenę prywatną nie musi wcale oznaczać, że państwo przestaje w&amp;nbsp;tej sferze troszczyć się o&amp;nbsp;nasze interesy. Ochrona praw konsumenta i&amp;nbsp;wolnej konkurencji jest najlepszą formą takiej troski. W&amp;nbsp;roli arbitra państwo sprawdza się świetnie, na co przykładem są skuteczne interwencje UOKiK czy KNF.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z punktu widzenia liberalnej doktryny najlepiej byłoby, gdyby państwo nie dotykało się pieniędzy, jeżeli naprawdę nie musi. Nietrudno zauważyć, że kraj nasz wyraźnie od tego ideału odbiega. Państwa w&amp;nbsp;gospodarce jest dużo, ściąga wysokie podatki, dużo wydaje i&amp;nbsp;dużo pożycza. Niestety, nie da się tego zmienić z&amp;nbsp;dnia na dzień. Przykładowo, aby przekazać w&amp;nbsp;prywatne ręce wspomniane już ubezpieczenia zdrowotne, najpierw musimy określić, co dokładnie należy się ubezpieczonemu w&amp;nbsp;zamian za opłacanie składki. Na prywatyzację przedsiębiorstw należących do skarbu państwa również potrzeba czasu. W&amp;nbsp;świetle powyższego, optymalna polityka gospodarcza polegać będzie na stopniowym, lecz konsekwentnym wycofywaniu się państwa z&amp;nbsp;prowadzenia działalności gospodarczej i&amp;nbsp;zbędnej polityki socjalnej. Taka strategia, choć dobra dla rozwoju, jest politycznie niepraktyczna. Mniej państwa to mniej stanowisk do obsadzenia w&amp;nbsp;przedsiębiorstwach państwowych i&amp;nbsp;administracji. Jednym słowem, mniej władzy. Samoograniczanie nie przychodzi rządzącym łatwo. Obecny premier, niegdyś liberał, nawet nie próbował. Na mój głos może liczyć polityk, który wiarygodnie zadeklaruje, że spróbuje.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2011/02/krotki-kurs-liberalnej-ekonomii.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>10</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-8584690099320198175</guid><pubDate>Mon, 07 Feb 2011 14:01:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-02-07T15:01:25.738+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">medycyna</category><title>1023</title><description>Ilekroć wracam z&amp;nbsp;kolorowych wakacji w lepszej Europie (&lt;a href=&quot;http://bit.ly/dXAllH&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;tu możecie zobaczyć fotki&lt;/a&gt;), zawsze dopada mnie niewesoła refleksja, że mamy jeszcze sporo do nadgonienia. Wówczas drażni każdy nonsens, cieszy zaś każdy przejaw rozsądnego myślenia rodaków. Takim balsamem dla mojej powracającej duszy był wczorajszy happening zorganizowany przez stowarzyszenie &lt;a href=&quot;http://sceptycy.org/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Klub Sceptyków Polskich&lt;/a&gt;. Happening pod hasłem „Homeopatia to oszustwo”. Oto wreszcie ktoś głośno powiedział, a&amp;nbsp;nawet wykrzyczał komunikat ważny i&amp;nbsp;potrzebny. Gorąco popieram!&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Najważniejszym celem &lt;a href=&quot;http://1023.org.pl/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;kampanii 10&lt;sup&gt;23&lt;/sup&gt;&lt;/a&gt; jest przebicie się do opinii publicznej z&amp;nbsp;informacją: homeopatia nie działa, to tylko drażetki z cukrem. Organizatorzy akcji nie poprzestają na tym i&amp;nbsp;próbują przekonywać, że homeopatia szkodzi. Rzecz jasna nie w sensie biochemicznym, cukierki zwane lekami homeopatycznymi są dla organizmu zupełnie obojętne, a w wymiarze społecznym. Przyjrzyjmy się faktom: dyplomowani lekarze medycyny przepisują swoim pacjentom „leki” homeopatyczne. Specyfiki te wydawane są w&amp;nbsp;aptekach, na receptę, niczym prawdziwe leki. Lekarze-rezydenci, których etaty finansuje resort zdrowia, uczestniczą w&amp;nbsp;obowiązkowych kursach propagujących leczenie homeopatią. Wszystko to ma to miejsce w&amp;nbsp;państwie, gdzie dostęp do świadczeń medycznych podlega ścisłej reglamentacji. To samo państwo konsekwentnie zwalcza wszelkie inne zinstytucjonalizowane formy oszustwa, takie jak choćby piramidy finansowe. Skąd zatem taka życzliwość naszych prawodawców dla homeopatii? Chęć unikania dialogu społecznego i&amp;nbsp;napięć? Być może, lecz taką politykę trudno nazwać neutralną światopoglądowo. A&amp;nbsp;mówiąc wprost: to legitymizacja oszustwa.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odpowiedzialność za opisany wyżej stan rzeczy ponosi ustawodawca, ale i&amp;nbsp;środowisko lekarskie nie ma powodów do dumy. O&amp;nbsp;ile znakomita większość lekarzy homeopatii nie stosuje, dyskretny śmiech jest najczęściej jedyną reakcją na poczynania mniejszości, która cukrowe granulki ordynuje swoim pacjentom w&amp;nbsp;publicznych placówkach służby zdrowia. Przecież jeśli granulki nie szkodzą, to można przymykać oko, czyż nie? Uważam, że nie można. Serdecznie dziękuję organizatorom kampanii 10&lt;sup&gt;23&lt;/sup&gt; za utwierdzenie mnie w&amp;nbsp;tym przekonaniu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zainteresowanych zapraszam do odwiedzenia:&lt;br /&gt;
&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;a href=&quot;http://1023.org.pl/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;polskiej strony kampanii 10&lt;sup&gt;23&lt;/sup&gt;&lt;/a&gt;,&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;a href=&quot;http://sceptycy.org/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;witryny Klubu Sceptyków Polskich&lt;/a&gt;,&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;a href=&quot;http://zatonski.pl/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;bloga dr Macieja Zatońskiego&lt;/a&gt;.&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2011/02/10-23.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>13</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-2691192660579166739</guid><pubDate>Thu, 20 Jan 2011 22:58:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-01-21T00:16:44.110+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">kultura</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">prawo</category><title>Pionierzy wolnej kultury</title><description>Współczesnych artystów i&amp;nbsp;twórców zazwyczaj cechuje zachowawcze podejście do dystrybucji i&amp;nbsp;prawnej ochrony swoich utworów. Podejście takie sprowadza się strategii:&lt;br /&gt;
&lt;ul&gt;&lt;li&gt;zastrzec tak wiele praw, jak tylko się da,&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;preferować tradycyjne kanały rozpowszechniania,&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;w&amp;nbsp;cyfrowej dystrybucji stosować DRM.&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;Założenia bzdurne i&amp;nbsp;mocno niedzisiejsze, gdyby ktoś pytał mnie o zdanie. Niestety ani mnie, ani zapewne nikogo z&amp;nbsp;Was, Szanowni Czytelnicy, nikt o zdanie nie pyta. Światem kultury rządzi pieniądz, powiecie? Zgoda, lecz podobnie jest w&amp;nbsp;branży technologii informatycznych, która lada dzień przestanie w&amp;nbsp;ogóle tłoczyć płyty. &lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Wolne oprogramowanie rozwija się dzięki wysiłkom tworzących je społeczności, a&amp;nbsp;często przy wsparciu korporacji. Biznes dawno zrozumiał, że na takiej „wolności” można dobrze zarobić. Tymczasem wolna kultura to ciągle alternatywa, margines. Licencje &lt;a href=&quot;http://creativecommons.org/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Creative Commons&lt;/a&gt; mogą być co najwyżej szansą na zaistnienie dla rozpoczynających karierę artystów. Na tym najwyraźniej kończy się ich rola. Nic mi nie wiadomo, by po takie licencje sięgały znane zespoły muzyczne czy liczące się wytwórnie filmowe. Ten stan rzeczy nie utrzyma się wiecznie, anachroniczny model biznesowy prędzej czy później będzie musiał upaść. Nie zamierzam rozważać tu perspektyw rozwoju kultury, chciałbym tylko pokazać, że wolna kultura powoli zaczyna być atrakcyjna.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Aby to udowodnić, zapraszam do obejrzenia pilotowego odcinka Pioneer One. To serial SF, pierwsza tego typu produkcja przeznaczona do rozpowszechniania wyłącznie w sieciach peer-to-peer, na wolnej licencji. Propozycja być może zainteresuje fanów gatunku, lecz nie spodziewajcie się spektakularnych efektów specjalnych, świetnej gry aktorskiej czy innych rewelacji. Może za kilka lat? I&amp;nbsp;tak jest nieźle, jak na produkcję niezależną, której za budżet muszą wystarczyć dobrowolne datki fanów. By nie przedłużać, zapraszam.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;iframe src=&quot;http://player.vimeo.com/video/12322625&quot; width=&quot;560&quot; height=&quot;315&quot; frameborder=&quot;0&quot;&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;p&gt;Na &lt;a href=&quot;http://pioneerone.tv/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;oficjalnej stronie&lt;/a&gt; dostępne są kolejne odcinki (na razie dwa), oraz społecznościowe namiary na twórców. Ciekawe, co z tego będzie.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2011/01/pionierzy-wolnej-kultury.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-699715839804951561</guid><pubDate>Thu, 13 Jan 2011 15:56:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-01-14T08:54:43.267+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">o sobie</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Dziś prawdziwych liberałów już nie ma</title><description>Nie było mnie na blogu jakiś czas. To nie lenistwo, to zniechęcenie. Spytacie, jaka jest różnica? Już wyjaśniam. Polityka była moją pasją, odkąd tylko byłem w&amp;nbsp;stanie ją zrozumieć. A&amp;nbsp;nawet jeszcze wtedy, gdy rozumieć jej nie byłem w&amp;nbsp;stanie. Co, nawiasem mówiąc, nieco zniekształciło moje wspomnienia. Przykładowo, wybór generała Jaruzelskiego na prezydenta PRL zapamiętałem jako wydarzenie pozytywne - przecież wszyscy bili brawo! Dziecięcy entuzjazm szybko zastąpiły oceny nieco bardziej krytyczne. I&amp;nbsp;własne poglądy. Liberalne. Te, które wyznaję do dzisiaj. Wyobrażacie sobie moją radość, gdy deklarujący te same poglądy politycy z&amp;nbsp;marginalnej grupki rosną w siłę i&amp;nbsp;w&amp;nbsp;końcu przejmują władzę? Po radości przyszło rozczarowanie. Oto okazało się, że politycy, na których z pełnym przekonaniem głosowałem, to wcale nie są liberałowie. Stąd moje zniechęcenie.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;table cellpadding=&quot;0&quot; cellspacing=&quot;0&quot; class=&quot;tr-caption-container&quot; style=&quot;float: left; margin-right: 1em; text-align: left; margin-bottom: 24px; margin-top: 24px;&quot;&gt;&lt;tbody&gt;
&lt;tr&gt;&lt;td style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;&lt;img border=&quot;0&quot; src=&quot;https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjgkSx8KZdx8vcikAHhUMBouROghWxPdtshFs_0EfqJK6m70UziZEMNyIhnHHaRQPSfRbqJ9ugFw8U33nS0rn0VRlKNHg62TzNSNFsV_0jJ_5NyauPKBLF02bHlx3A9HE-tescj9ClKa6E/s1600/wybory2008.jpg&quot; /&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;
&lt;tr&gt;&lt;td class=&quot;tr-caption&quot; style=&quot;text-align: center;&quot;&gt;Wybory 2008: Najpierw była radość...&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;
&lt;/tbody&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie zrozumcie mnie źle: jak najbardziej uważam, że każdy człowiek ma prawo do zmiany przekonań. Uważam, że taka zmiana świadczy o&amp;nbsp;intelektualnej dojrzałości, wrażliwości na problemy życia publicznego, cywilnej odwadze. Bardzo cenię ludzi, którzy gotowi są rewidować swój światopogląd pod wpływem rozsądnych argumentów. Elastyczność mojego podejścia ma jednak swoje granice. Uważam, że w&amp;nbsp;żadnym wypadku nie należy zmieniać poglądów politycznych w&amp;nbsp;trakcie pełnienia funkcji premiera. W&amp;nbsp;naszym kraju miało miejsce to właśnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jestem realistą. Potrafię rozróżnić politykę o&amp;nbsp;propagandy wyborczej. Gdy PO przejmowała władzę, nie oczekiwałem cudów. Tłumaczenie ostrożnej, mało aktywnej polityki rządu kryzysem gospodarczym przyjmowałem za dobrą monetę. Pierwszym dzwonkiem ostrzegawczym był postulat cenzurowania Internetu. Gabinet Donalda Tuska, pod presją protestów środowisk opiniotwórczych, nie zdecydował się na wprowadzić go w życie. Minęło trochę czasu i&amp;nbsp;pojawił się kolejny, alarmujący już sygnał. Polemika ministra finansów z prawomocnym wyrokiem sądu przyzwalającym na przesyłanie faktur drogą elektroniczną bez żadnych poświadczeń i&amp;nbsp;zabezpieczeń. Pamiętacie? Dodajmy, polemika pozbawiona głębszego sensu, gdyż dotyczyła kwestii z punktu widzenia interesów budżetu państwa błahej. Szkoda trochę, że wówczas wszystkie kamery obsługiwały Krakowskie Przedmieście i&amp;nbsp;media nie poświęciły temu osiągnięciu ministra należytej uwagi. Co nie znaczy, że w&amp;nbsp;ogóle uwagi nie poświęciły. Pod naciskiem mediów właśnie minister Rostowski zmienił stanowisko. A&amp;nbsp;ja zacząłem się zastanawiać, dlaczego dopiero wtedy. I&amp;nbsp;dlaczego premier nie zmienił swojego ministra?&lt;br /&gt;
&lt;blockquote&gt;&lt;i&gt;Kto będzie wierny w sprawach małych,&lt;br /&gt;
będzie i&amp;nbsp;wierny w sprawach wielkich.&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt;Słowa Jezusa, zarazem jeden z ulubionych cytatów księdza Piotra Pawlukiewicza, współtwórcy programu &lt;a href=&quot;http://bit.ly/g32rtc&quot;&gt;Katechizm Poręczny&lt;/a&gt;. Jezus oczywiście nie miał na myśli polityki ani życia publicznego. Ale słowa te pasują tu jak ulał. Nagła zmiana zasad funkcjonowania systemu emerytalnego to w&amp;nbsp;polityce sprawy wielkie. Dość powiedzieć: tak nie oszczędzają liberałowie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przyczyny zniechęcenia wyjaśniłem, wracam do blogowania. Póki co, ze zmniejszoną dawką bieżącej polityki. To ma być pozytywny blog, nie platforma do narzekania. A&amp;nbsp;liberalna opcja polityczna? Może jeszcze się odrodzi? Będę trzymał kciuki.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2011/01/dzis-prawdziwych-liberaow-juz-nie-ma.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjgkSx8KZdx8vcikAHhUMBouROghWxPdtshFs_0EfqJK6m70UziZEMNyIhnHHaRQPSfRbqJ9ugFw8U33nS0rn0VRlKNHg62TzNSNFsV_0jJ_5NyauPKBLF02bHlx3A9HE-tescj9ClKa6E/s72-c/wybory2008.jpg" height="72" width="72"/><thr:total>11</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-6307814235392258626</guid><pubDate>Sun, 24 Oct 2010 20:37:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-10-25T10:32:13.703+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Nieelektorat</title><description>W ostatnim tygodniu dwa razy spotkałem się z opinią, że demokracja jako ustrój polityczny sprawdza się kiepsko, a udział w wyborach nie ma większego sensu. Mam wrażenie, że pogląd ten staje się coraz powszechniejszy. To nie już jest uzasadnienie lenistwa, to poparty logicznymi argumentami, świadomy wybór polityczny. Nie pochwalam go, ale uznaję i&amp;nbsp;rozumiem. Dzisiejszy tekst będzie czymś pomiędzy polemiką z&amp;nbsp;niegłosującymi a&amp;nbsp;próbą analizy ich motywów.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Co osoby wykształcone i&amp;nbsp;dobrze sytuowane zniechęca do polityki tak mocno, że zrezygnują ze swoich praw wyborczych? Jak słyszę, decydujące jest przekonanie, że przekaz polityczny każdego z&amp;nbsp;kandydatów jest płytki, zatem dokonanie wyboru będzie świadczyć o&amp;nbsp;naiwności wyborcy. Wyjaśnienie tylko na pozór banalne, wielu polityków najwyraźniej nie przymuje go do wiadomości. Zgadzam się w&amp;nbsp;pełni z&amp;nbsp;niską oceną jakości życia publicznego, ale nie z&amp;nbsp;konkluzją sugerującą bezcelowość głosowania. Realia polityczne nie zachwycają, gdyż przytłaczająca większość wyborców utożsamia zadania osób pełniących funkcje publiczne z&amp;nbsp;działalnością Świętego Mikołaja. Każdy głos oddany w&amp;nbsp;duchu dokonania całościowej oceny rządzących polityków podnosi poziom debaty publicznej, każde skreślenie oceniające jedynie skłonność polityków do rozdawnictwa poziom ten obniża.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, pod moim apelem o udział w&amp;nbsp;wyborach nie ma miejsca na optymistyczną konkluzję. Problemów polskiej polityki nie można łączyć tylko z&amp;nbsp;niską frekwencją. Demokracja to jedyny znany ustrój, który gwarantuje rozstrzyganie sporów politycznych w sposób bezkrwawy, cywilizowany. Źródłem siły demokratycznego porządku jest prawidłowość, iż woli większości wyrażonej w&amp;nbsp;głosowaniu nie sposób skutecznie zakwestionować. Niestety, mechanizm ten działa aż za dobrze. Działa również wówczas, gdy prawdziwy spór zastąpiony zostanie udawanym. Taka sytuacja ma miejsce w&amp;nbsp;naszym kraju obecnie. Mimo kryzysu finansów publicznych, żadna z&amp;nbsp;partii nie opowiada się za ograniczeniem wydatków socjalnych. Rząd, rzekomo liberlany, jedynie taką redukcję pozoruje. Polityka ta przynosi efekty, gdyż główna siła opozycyjna zrezygnowała z&amp;nbsp;tradycyjnej dla opozycji roli kontrolowania władzy. PiS zajęty jest sprawdzaniem, czy kontestowanie wyniku wyborów aby na pewno jest bezcelowe. Politycy tej partii próbują przekonać społeczeństwo, że osoby pełniące najwyższe funkcje państwowe są ich z&amp;nbsp;jakichś bliżej niejsanych powodów niegodne. Mogę sobie jedynie wyobrazić ogrom frustracji odczuwanej przez działaczy umiarkowanego skrzydła tej partii, gdy ich dobrze roukjący plan polityczny Jarosław Kaczyński odrzucał niczym dziecinną igraszkę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeśli scena polityczna wygląda tak nieatrakcyjnie, a&amp;nbsp;zakreślenie krzyżyka nie przełoży się na realny wpływ na losy kraju, po co w ogóle głosować? Aby demokracja mogła samoregulować się, oczyścić z&amp;nbsp;problemów, działać prawidłowo.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/10/nieelektorat.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>5</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-4093933909486312349</guid><pubDate>Thu, 07 Oct 2010 15:29:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-10-07T17:29:54.871+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">prawo</category><title>Gdy władza ma za dużo władzy</title><description>Zacznijmy od wyjaśnienia pojęć. Dopalacze to narkotyki. Precyzyjniej, te z&amp;nbsp;narkotyków, które ze względu na nietypowy skład chemiczny nie są zakazane w&amp;nbsp;ustawie o&amp;nbsp;przeciwdziałaniu narkomanii. Teraz praworządność. Jak sama nazwa wskazuje, to stan, gdy „rządzi prawo”, czyli wszelkie akty władzy mają w&amp;nbsp;prawie oparcie. Wbrew powszechnemu mniemaniu, dla zachowania praworządności nie jest wymagane, by w rzekach płynęły miód i&amp;nbsp;mleko. Ale powszechne przestrzeganie prawa to warunek konieczny. Dziś chciałbym napisać o&amp;nbsp;dopalaczach w państwie praworządnym.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Nie zakazane znaczy tyle, co dozwolone. Obecnie dopalacze można kupić legalnie, oznaczone jako produkty nieprzeznaczone do spożycia. Czyli nawozy do roślin, sole do kąpieli, a&amp;nbsp;gdy już nic sensownego nie pasuje, produkty kolekcjonerskie. Problem w&amp;nbsp;tym, że nastoletni nabywcy raczej nie wkładają ich do klaserów. Nazywając rzecz po imieniu, luki w&amp;nbsp;obowiązującym prawie pozwalają na sprzedawanie narkotyków dzieciom. Jako społeczeństwo chcemy tę lukę prawną jak wyeliminować. Dodam, chcemy wyjątkowo zgodnie, przynajmniej jeśli chodzi o siły polityczne. Gdy Donald Tusk wypowiadał wojnę dopalaczom, głosów sprzeciwu słychać nie było. Czyżby nikt nie zauważył, że w&amp;nbsp;praworządnym państwie do kompetencji premiera nie należy prowadzenie wewnętrznych wojen?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sklepy z&amp;nbsp;dopalaczami zamknięto na podstawie decyzji Głównego Inspektora Sanitarnego. Może nawet okazać się, że dokument Sanepidu wcale decyzją nie jest, gdyż brak w&amp;nbsp;nim oznaczenia stron postępowania. W&amp;nbsp;każdym razie, władza aktem administracyjnym usiłuje zabronić działalności prawnie dozwolonej. Nie macie wrażenia, że coś jest nie tak? Czy w&amp;nbsp;imię moralnie słusznych celów można zawiesić przestrzegania prawa? Nie można. Fakt, że każdy kolejny rząd prędzej czy później wykazuje tendencje do nadużywania władzy, na dłuższą metę może stać się problemem znacznie poważniejszym niż plaga narkomanii wśród nieletnich. Obejmując urząd, premier zapowiadał koniec takich praktyk. Czyżby rozumiał to jedynie jako honorowe zobowiązanie, nie interpretację uprawnień szefa rządu właściwą dla urzeczywistnienia idei państwa prawa? Przykro patrzeć, jak rząd, który wzorowo przeprowadził nasz kraj przez trudne momenty, potyka się na sprawach błahych. Ale milczeć nie można, nie przystoi. Tym bardziej, że media, będące zwykle pierwszą linią obrony przed takimi zagrożeniami, na całej linii zawiodły.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wydawać by się mogło, że rząd premiera Tuska, dysponujący większością w&amp;nbsp;Sejmie, zamiast uciekać się do aktów administracyjnych mógłby po prostu zmienić prawo. Mógłby, i&amp;nbsp;z&amp;nbsp;możliwości tej jak najbardziej korzysta. Ostatnią zmianę przepisów uchwalono 10 czerwca tego roku. Poprawka miała uderzyć w&amp;nbsp;rynek dopalaczy przez rozszerzenie listy zakazanych substancji. Jedynym efektem była zmiana składu chemicznego asortymentu oferowanego „kolekcjonerom”. Dalsze restrykcje prędzej zaszkodzą wytwórcom klejów i&amp;nbsp;farb niż branży legalnych narkotyków. Niemniej jednak to w przemyślanych dostosowaniach prawa upatruję szansy na rozwiązanie problemu. Może zmienić przepisy o&amp;nbsp;odpowiedzialności sprzedawcy za produkt niebezpieczny? Albo regulacje dotyczące opakowań? W każdym razie, oczekuję od władz sprytu, nie siły. Silna władza mnie brzydzi.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na koniec ważna uwaga. Dopalaczy nikt nikomu ukradkiem do tornistra nie wkłada. Muszą istnieć powody, dla których młodzież kupuje odurzającą truciznę. Może to tym powodom powinniśmy wypowiedzieć wojnę?</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/10/gdy-wadza-ma-za-duzo-wadzy.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>4</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-4298355292914669870</guid><pubDate>Mon, 04 Oct 2010 23:28:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-10-05T14:16:02.169+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Nowoczesna, socliberalna Polska</title><description>O polityce nie pisałem czas jakiś. Nie bardzo było o czym, gdyż życie publiczne osiągnęło stan graniczącej z nudą stabilizacji. Ileż można analizować stan zdrowia psychicznego lidera prawicy? Ten wpis miał być zatem o technologiach. Konkretnie o&amp;nbsp;&lt;a href=&quot;http://www.joindiaspora.com/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Diasporze&lt;/a&gt;, tworzonej dopiero rozproszonej sieci społecznościowej, za której powodzenie mocno trzymam kciuki. Lecz gdy w&amp;nbsp;sobotę usłyszałem w radio, jak znany skądś głos domaga się świąt państwowych bez „wypasionych, biskupich brzuchów” pomyślałem, że temat społecznościowych innowacji jednak będzie musiał poczekać.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Narodziny nowej siły politycznej to wydarzenie niecodzienne, a&amp;nbsp;przez to ciekawe. Szczególnie ciekawe wtedy, gdy owa siła budowana jest nie wokół ambicji personalnych, a&amp;nbsp;czytelnych celów programowych. Tak właśnie swój niezależny byt w&amp;nbsp;życiu publicznym rozpoczął Janusz Palikot, czym mnie pozytywnie zaskoczył i&amp;nbsp;wielce uradował. Rozpoczął od wygłoszenia postulatów programowych, w&amp;nbsp;których zadeklarował socjalliberalny charakter nowego ugrupowania. Czyli na tyle blisko moich poglądów, bym poważnie rozważał jego poparcie. Przypomnę, jestem liberałem. Dodajmy, liberałem prawdziwym, nie konserwatystą mającym alergię na PiS. Ilekroć głosowałem na Platformę Obywatelską, robiłem to z&amp;nbsp;przekonaniem. Dziś miałbym wątpliwości. Martwi mnie, że polityka prowadzona przez rząd coraz bardziej rozmija się z deklarowanym niegdyś systemem wartości. Czy rząd, który postuluje cenzurowanie Internetu, można w&amp;nbsp;ogóle nazywać liberalnym? Czy urzeczywistnieniem liberalnej wizji gospodarki jest polemika ministra finansów z&amp;nbsp;prawomocnym wyrokiem sądu przyzwalającym na przesyłanie faktur pocztą elektroniczną? Wreszcie, czy stosowanie represji wobec sprzedawców dopalaczy to, pomijając kwestię legalności takich metod, rozwiązanie problemu godne liberała? Trzeba przyznać, że na odejście z PO Palikot wybrał idealnie zarówno moment, jak i&amp;nbsp;powód.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czy twórca nowej formacji będzie miał lepszą ofertę dla liberalnego wyborcy? Mnie przekonał co do ideowych motywów swojego działania, a&amp;nbsp;to dużo. Deklarację programową oceniłbym umiarkowanie pozytywnie. Postulaty wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, likwidacji finansowania partii z&amp;nbsp;budżetu czy zniesienia Senatu to powrót do liberalnych korzeni, od których PO odeszła już raczej na dobre. Z zaproponowanych na kongresie rozwiązań ustrojowych wykreśliłbym może tylko zamysł zniesienia immunitetu poselskiego. Czy to na pewno dobry pomysł w&amp;nbsp;kraju, gdzie co jakiś czas powstają nowe wątpliwości co do apolityczności organów ścigania?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Światopoglądowa pozycja nowej partii to radykalny liberalizm obyczajowy. Szkoda, że wspomagany ostrym antyklerykalizmem. Wypowiedzi atakujących duchowieństwo na kongresie padło wiele. Wzbudziły one we mnie duży niesmak. Jestem zdania, że właściwą postawą państwa wobec religii jest neutralność światopoglądowa. Problem w tym, że to, co proponuje Palikot, to już nie neutralność, to polityka aktywnej walki z Kościołem. Według mnie, błędna, bo prowadząca do populizmu. Entuzjastyczne przyjęcie antyklerykalnych haseł przez uczestników wiecu poparcia świadczy o&amp;nbsp;tym, że nie podzielają oni moich zastrzeżeń. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czynnikiem decydującym o powodzeniu organizującej się partii będą zdolności organizacyjne lidera. Palikot zapewnia, że tego rodzaju talentów mu nie brakuje. Ale czy nie jest to zapewnienie na wyrost? Nazwa, którą wybrał dla swojej inicjatywy, Nowoczesna Polska, jest dobrze dobrana, medialna... &lt;a href=&quot;http://bit.ly/b8NUVy&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;i już zajęta&lt;/a&gt;. Mając nadzieję, że będzie to ostatnia wpadka, pozostaje mi życzyć powodzenia.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/10/nowoczesna-socliberalna-polska.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>0</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-213129609454099398</guid><pubDate>Thu, 16 Sep 2010 09:18:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-09-23T14:49:24.415+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">technologie</category><title>Czy laptop edukacyjny musi pozostać marzeniem?</title><description>Reinterpretując pomysł Grzegorza Napieralskiego wyposażenia uczniów w&amp;nbsp;notebooki chciałem wykazać, że koncepcja ta, gdy dopracowana i&amp;nbsp;odpolityczniona, jest wartościowa i&amp;nbsp;możliwa do realizacji. Co do szans powodzenia, nikogo chyba nie przekonałem. &lt;a href=&quot;http://bit.ly/caMFQa&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Don Basil&lt;/a&gt;, prywatnie dobry kolega, w&amp;nbsp;sieci bloger bezlitośnie tropiący absurdy społeczeństwa obywatelskiego, jednoznacznie ocenił: w&amp;nbsp;świetle słabości systemu zamówień publicznych pomysł jest irracjonalny. Nie da się ukryć, mocny argument. &lt;a href=&quot;http://bit.ly/dxR5yG&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Dyskutanci z&amp;nbsp;portalu myPiS.pl&lt;/a&gt; również mieli wątpliwości, głównie odnośnie trudności logistycznych i&amp;nbsp;kosztów przedsięwzięcia, bo nie co do samej idei. Także z&amp;nbsp;tymi, sensownymi przecież uwagami polemizował nie będę. Kontynując temat, chciałbym przedstawić warunki, których spełnienie uważam za kluczowe dla dobrej realizacji koncepcji komputera edukacyjnego.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;1. Neutralność światopoglądowa projektu&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
Nie uważam się za osobę politycznie naiwną. Dobrze rozumiem, że lewicy ten pomysł służy jedynie jako wizualizacja sum, jakie budżet państwa wydaje na nauczanie religii. Aby w ogóle myśleć o&amp;nbsp;powodzeniu, debacie należy poddać projekt w&amp;nbsp;formie wolnej od tego rodzaju ideologicznych powiązań.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;2. Dobra strategia informatyzacji państwa&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
Od czego mamy w Polsce wyższe uczelnie? Zamiast wydawać środki publiczne na zakup oprogramowania, inwestujmy! Choćby w&amp;nbsp;narodową dystrybucję Linuksa, tworzoną z&amp;nbsp;myślą o&amp;nbsp;szkołach i&amp;nbsp;urzędach publicznych. Dodajmy, nie tworzoną od zera, a&amp;nbsp;bazującą na którymś z&amp;nbsp;liczących się w&amp;nbsp;świecie wolnych systemów. Przedsięwzięcie szybko się zwróci, a&amp;nbsp;najdalej po dwóch latach będziemy mieć nie tylko potrzebne oprogramowanie, ale przede wszystkim świetne zaplecze szkoleniowe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;3. Powstanie platformy edukacyjnej&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
Pod pojęciem tym rozumiem zarówno komplet oprogramowania dla szkolnych komputerów, jak i&amp;nbsp;konstelację serwisów internetowych wspomagających edukację. Sporo tego rodzaju serwisów już istnieje, inwestycje w&amp;nbsp;edukację będą bodźcem do powstania kolejnych. Będziemy mogli liczyć na organizacje pozarządowe i&amp;nbsp;różnego rodzaju inicjatywy lokalne, a&amp;nbsp;rola państwa ograniczy się raczej do katalogowania i&amp;nbsp;klasyfikacji treści udostępnionych w&amp;nbsp;sieci. Odnośnie doboru oprogramowania, wymyślać koła na nowo nie będzie potrzeby, nie możemy tylko zapomnieć o&amp;nbsp;uczniach, którzy dostępu do sieci w&amp;nbsp;domu nie mają.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;4. Odpowiadający potrzebom sprzęt&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
Laptop edukacyjny to nie służbowe auto dla wójta. Mówimy o&amp;nbsp;dużym przetargu, który przyciągnie uwagę mediów, co znacznie poprawi przejrzystość procedur. W&amp;nbsp;specyfikacji zamówienia na pierwszym miejscu widziałbym wymóg, iż nabywany sprzęt powinien być trwały, bez elementów ruchomych takich jak wirujący dysk twardy czy wentylator. Pozbawiony rynkowych walorów komputer raczej nie stanie się przedmiotem obrotu. Dla mnie inspiracją była &lt;a href=&quot;http://laptop.org/en/laptop/hardware/specs.shtml&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;specyfikacja XO-1&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;5. Dostęp do Internetu w szkołach&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
Wykorzystywanie w edukacji komputerów bez dostępu do sieci to archaizm, na który wdrażając laptopa edukacyjnego nie możemy sobie pozwolić. Objęte programem szkoły powinny zapewniać uczniom bezprzewodowy dostęp do Internetu. Na lekcji, na przerwie, a&amp;nbsp;w&amp;nbsp;miarę możliwości także po godzinach zajęć, w&amp;nbsp;świetlicy szkolnej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;6. Powszechność programu&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
Na pozór logiczny wydaje się postulat, że laptopy powinny trafić w pierwszej kolejności do dzieci z&amp;nbsp;ubogich regionów kraju. Nic bardziej mylnego. Chcemy przecież, by platforma edukacyjna umożliwiała interakcje między dziećmi o&amp;nbsp;różnej sytuacji życiowej, z&amp;nbsp;różnych szkół i&amp;nbsp;regionów. Tylko wówczas przedsięwzięcie będzie skutecznym sposobem na walkę z&amp;nbsp;cyfrowym wykluczeniem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdaję sobie rzecz jasna sprawę, że za każdym z&amp;nbsp;powyższych punktów stoją namacalne trudności. Ale również korzyści płynące z&amp;nbsp;tej formy informatyzacji szkolnictwa będą nie do przecenienia. Szczegółowa ocenę perspektyw realizacji projektów zadań pozostawiam oczywiście czytelnikowi. Według mnie, o&amp;nbsp;pomyśle możemy myśleć poważnie.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/09/czy-laptop-edukacyjny-musi-pozostac.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>4</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-943361637588857008</guid><pubDate>Sat, 11 Sep 2010 21:23:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-09-11T23:23:04.886+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">technologie</category><title>Laptop zamiast katechezy, czyli OLPC po polsku</title><description>Utrwalająca się polaryzacja sceny politycznej składnia polityków lewicy do szukania coraz to nowych sposobów na pozyskanie uwagi potencjalnego wyborcy. Kilka dni temu &lt;a href=&quot;http://bit.ly/dCCAKz&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Grzegorz Napieralski wysunął postulat likwidacji nauczania religii w szkołach&lt;/a&gt;, a&amp;nbsp;środków w ten sposób zaoszczędzonych przeznaczenia na informatyzację edukacji, w tym wyposażenie każdego ucznia w&amp;nbsp;przenośny komputer. Muszę przyznać, tym razem socjaldemokraci o&amp;nbsp;moją uwagę zawalczyli skutecznie.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Zainteresowania bynajmniej nie wzbudził we mnie pomysł likwidacji religii. Można oczywiście być zwolennikiem i&amp;nbsp;tego poglądu, ale chyba wszyscy zgodzimy się, że jest on radykalny, tożsamy z&amp;nbsp;wypowiedzeniem &lt;a href=&quot;http://bit.ly/dldIDt&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;konkordatu&lt;/a&gt;. O&amp;nbsp;ile do antyklerykalizmu podszedłem bez entuzjazmu, hasło laptopów dla dzieciaków wyzwoliło u mnie strumień lewicowego myślenia. Oto wreszcie ktoś zauważył, że cyfrowe wykluczenie istnieje naprawdę. Nie każde dziecko ma w domu dostęp do komputera i&amp;nbsp;sieci, a&amp;nbsp;wiele rodzin, stojąc w obliczu poważniejszych zmartwień, nawet o&amp;nbsp;tym nie myśli. Bez względu na przyczynę, to naprawdę nie jest wina tych dzieci. Przeciwdziałając cyfrowemu wykluczeniu po prostu przywracamy równość szans.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szlachetne idee w&amp;nbsp;momencie zderzenia z rzeczywistością pękają zwykle niczym bańki mydlane. Dolary przeciw orzechom, że podobnie skończy pomysł lidera SLD. Nawet jeśli pominiemy kontrowersję wokół źródła finansowania, na podjęcie skutecznej walki z cyfrowym wykluczeniem nie jesteśmy, jako społeczeństwo, gotowi. W&amp;nbsp;czym problem? Brakuje dobrej strategii budowy społeczeństwa informacyjnego. Dobrej czyli takiej, którą łatwo da się przełożyć na konkretne działania i&amp;nbsp;praktyki. Jaką wartość mają &lt;a href=&quot;http://bit.ly/cnqD2o&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;plany obowiązujące obecnie&lt;/a&gt;, jeżeli dziś zakup za publiczne pieniądze produktów informatycznych formalnie nie różni się istotnie od zakupu cegieł? Nabycie netbooka dla każdego ucznia w kraju to duża transakcja. Szacując pobieżnie, chodzić może o dwa i&amp;nbsp;pół miliona komputerów, które muszą być wyposażone w&amp;nbsp;jakiś system operacyjny. Tu dochodzimy do sedna: w&amp;nbsp;jaki?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Stajemy przed wyborem: negocjować zakup licencji na system Windows czy postawić na wolne oprogramowanie, przez co rozumiem dostosowanie którejś z&amp;nbsp;dystrybucji Linuksa. Zaznaczam, że chodzi o&amp;nbsp;dostosowanie szeroko uwzględniające lokalne realia i&amp;nbsp;potrzeby. &lt;a href=&quot;http://bit.ly/aP78cE&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Sugar&lt;/a&gt;, stosowany w&amp;nbsp;laptopach dostarczanych dzieciom z&amp;nbsp;krajów trzeciego świata w&amp;nbsp;ramach &lt;a href=&quot;http://laptop.org/en/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;projektu OLPC&lt;/a&gt;, nie sprawdzi się, Polska to nie Rwanda. To, jaką decyzję podejmiemy, nie będzie nawet tak istotne, jak sam fakt i&amp;nbsp;tryb jej podjęcia. Wyboru należy dokonać raz, możliwie trwale, by nie wracać do tematu przy każdym przetargu na komputery dla szkoły czy miejskiej biblioteki. Trudno o&amp;nbsp;lepszą formę dokonania tegoż wyboru, niż wskazanie konkretnych technologii i&amp;nbsp;standardów w precyzyjnej, będąca w&amp;nbsp;rozumieniu ustawy budżetowej zadaniem, strategii informatyzacji państwa. W&amp;nbsp;mojej opinii, optymalna strategia powinna przewidywać stosowanie wolnego oprogramowania, będącego przecież transferem technologii, który warto zagospodarować. Taka praktyka z pewnością podniosłyby konkurencyjność gospodarki. A&amp;nbsp;co ważniejsze, pozwoliła taniej, zatem szybciej, kupić dzieciom laptopy.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/09/laptop-zamiast-katechezy-czyli-olpc-po.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>4</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-6354702101824299628</guid><pubDate>Wed, 18 Aug 2010 13:47:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-02-19T15:44:31.266+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">literatura</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">prawo</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">technologie</category><title>Spiżarnia pełna książek... zamykanych na kłódkę</title><description>Niespełna dwa tygodnie temu &lt;a href=&quot;http://bit.ly/clii5v&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Wyborcza.biz pisała o negocjacjach serwisu Chomikuj.pl z&amp;nbsp;wydawcami książek&lt;/a&gt; na temat sprzedaży elektronicznych publikacji. Temat lawiny komentarzy nie wywołał, co w świetle sporej popularności „chomikowania” trochę dziwi. Tym bardziej, że sprawa jest w naszym kraju precedensowa. Uważam, że zwyczaje i praktyki dotyczące obrotu dobrami kultury wpłyną na naszą przyszłość dalece bardziej od rozstrzygnięć, jakie symbole i&amp;nbsp;pomniki mają stać na Krakowskim Przedmieściu.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Strona z sympatycznym gryzoniem w logo jak dotąd wyciągała rękę po opłaty za dostęp do treści umieszczonych przez użytkowników, do których serwis żadnych praw nie miał. Ponoszona opłata nie była z tymiż prawami powiązana, lecz dotyczyła transferu danych. Sprytne? Według mnie lep na naiwnych, toteż witrynę omijałem z daleka. Taka formuła serwisu nie spodobała się też, choć z&amp;nbsp;całkiem innego powodu, wydawcom. Ci dopatrzyli się naruszenia przysługujących im praw autorskich i podjęli, na razie wstępne, kroki prawne. Reakcja właścicieli Chomikuj.pl była, co by nie mówić, interesująca: zaprosili oni wydawców do negocjacji, bynajmniej nie roszczeń. Rozmowy miały dotyczyć legalnego wprowadzenia książek do dystrybucji cyfrowej. Godna podziwu dalekowzroczność.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie potrzeba zdolności jasnowidzenia by zauważyć, że dystrybucja literatury i prasy już w tym dziesięcioleciu przybierze cyfrową formę. Przeszkody, które taką przemianę blokują, nie wynikają wcale z trudności technicznych czy kosztów, a&amp;nbsp;jedynie naszych przyzwyczajeń. Toteż zainteresowanie wydawców tą formą dystrybucji jest naturalne. Ale zasiadanie do poważnych rozmów z podmiotem, którego jedynym atutem jest baza potencjalnych klientów, już tak naturalne się nie wydaje. Czy nie lepszym partnerem byłaby firma, która może zaproponować technologię lub doświadczenie? Na przykład &lt;a href=&quot;http://www.kolporter.com.pl/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Kolporter&lt;/a&gt; z projektem czytnika &lt;a href=&quot;http://www.eclicto.pl/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;eClicto&lt;/a&gt;?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Stanowisko wydawców jawi się jako nielogiczne nie tylko odnośnie podjęcia rozmów, lecz również przyjętej strategii negocjacyjnej. Twardo domagają się oni zabezpieczenia cyfrowych książek mechanizmami DRM. Tomasza Prucnala, cytowany w artykule specjalista z PricewaterhouseCoopers, zauważa, że &lt;i&gt;„wprowadzenie DRM nie jest kosztowne ani skomplikowane”&lt;/i&gt;. Owszem, o ile zignorujemy istnienie urządzeń mobilnych, czytników wykorzystujących e-papier oraz innych niż Windows systemów operacyjnych. Jednym słowem, gdy świadomie zignorujemy potrzeby klienta. W przeciwnym wypadku wprowadzenie skutecznych zabezpieczeń to zadanie wręcz karkołomne.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czas najwyższy, by wydawcy przełamali swoje uprzedzenia do cyfrowej dystrybucji książek. Dziś w powszechnej świadomości powoli zaczyna kiełkować pogląd, że cyfrowych książek szuka się „w sieci”, a czyta na zakupionym wysyłkowo Kindle&#39;u. Jeśli takie podejście utrwali się, zagrożone będą nie zyski branży wydawniczej, a&amp;nbsp;samo jej istnienie.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/08/spizarnia-pena-ksiazek-zamykanych-na.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-2003871780679102343</guid><pubDate>Mon, 26 Jul 2010 22:25:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-09-24T11:20:59.837+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">psychologia</category><title>Zarządzanie strachem</title><description>Do dziś pamiętam lekcję historii sprzed osiemnastu lat, kiedy to dane mi było poznawać religię starożytnego Egiptu. Dowiedziałem się wówczas, że wykształceni egipscy kapłani potrafili przewidzieć naturalne zjawiska, takie jak zaćmienia Słońca czy wylewy Nilu. Co ciekawe, praktyczne zastosowanie tej wiedzy nie ograniczało się do planowania prac polowych. Służyła ona podsycaniu w społeczności strachu i&amp;nbsp;poczucia zależności od elit. Byłem oburzony! Dziś okazuje się, że przez ostatnie kilka tysięcy lat aż tak wiele się nie zmieniło.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Podejrzenie, iż prezydent Lech Kaczyński stracił życie w wyniku zamachu, da się łatwo wyrazić jednym zdaniem. Gdyby wątpliwości takie podniósł wiarygodny polityk, fakt ten nie przeszedłby bez echa. Z całą pewnością temat podjęłyby media, nawet te skrajnie konserwatystom nieprzychylne. Oczywistym jest, że każda osoba, której znane są jakieś fakty mogące teorię zamachu uwiarygodnić, ma moralny obowiązek takie informacje ujawnić. Milczenie byłoby tchórzostwem i&amp;nbsp;zdradą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ostatni miesiąc obfitował w wypowiedzi polityków i&amp;nbsp;sympatyków PiS sugerujących jak bardzo naiwna jest moja wiara w&amp;nbsp;dobrą kondycję spraw życia publicznego. Niestety, nie doczekałem się wyjaśnienia, jakie rozumienie politycznych realiów będzie od naiwności wolne. Dowiedziałem się za to, że słowo zbrodnia może mieć nieznane mi wcześniej znaczenie, rzekomo potoczne. Odważne hipotezy? Owszem, padały. Bynajmniej nie z ust osób publicznych, lecz na blogach i&amp;nbsp;forach dyskusyjnych, pod pseudonimami. Nie zastanowiło Was, dlaczego ważna dla przyszłości naszego kraju dyskusja prowadzona jest szeptem? Czemu zamiast argumentów padają tylko niejasne sugestie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z&amp;nbsp;tych samych powodów, dla których zaćmienie Słońca egipscy kapłani przedstawiali jako gniew boga Ra: aby w celach politycznych wykorzystać strach. Nie sądzicie chyba, by Jarosław Kaczyński zdobył się na tak ciepłą i&amp;nbsp;życzliwą kampanię prezydencką, gdyby miał choć cień wątpliwości co do okoliczności śmierci swojego brata? Powyborcze działania Prawa i&amp;nbsp;Sprawiedliwości to przemyślana taktyka. Taktyka, której moralna dopuszczalność budzi poważne zastrzeżenia. Na szczęście, równie wątpliwa wydaje się być jej skuteczność. Fakt ten zauważa eurodeputowany PiS Marek Migalski, zalecając &lt;a href=&quot;http://migal.salon24.pl/211644,luzne-powyborcze-i-posobotnie-refleksje&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;na swoim blogu&lt;/a&gt; złagodzenie retoryki. Słusznie. Sam, jako wyborca, prędzej dałbym się przekonać niż zastraszyć.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/07/zarzadzanie-strachem.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>12</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-8289479235347560656</guid><pubDate>Tue, 20 Jul 2010 22:50:00 +0000</pubDate><atom:updated>2011-01-17T11:28:18.422+01:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">prawo</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">technologie</category><title>Zamiast manifestu</title><description>Własność to koncepcja, którą każdy chyba człowiek intuicyjnie pojmuje już w&amp;nbsp;dzieciństwie. Nie potrzeba kodeksu cywilnego by bez wątpliwości stwierdzić, że możemy być właścicielami długopisu, wiejskiej posiadłości czy puchatego kota, ale w&amp;nbsp;żadnym wypadku innego człowieka. Reguły te wydają się uniwersalne i&amp;nbsp;ponadczasowe, lecz gdy przyjrzymy się im dokładniej, wcale takimi nie są. Łacińskie prawo własności dopuszczało przecież niewolnictwo, podczas gdy dziś nawet własność nad kotem ograniczają przepisy o ochronie zwierząt. Arogancją byłoby twierdzić, że zasady dziś obowiązujące są ostateczne.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Rewolucja cyfrowa postawiła nas, społeczeństwo, przed koniecznością dookreślenia zasad dotyczących własności intelektualnej. Coraz wyraźniej słychać wątpliwości, jakie reguły prawa własności będą właściwe dla niematerialnych wytworów myśli ludzkiej, takich jak programy komputerowe, dobra kultury czy nawet tylko pomysły. W tym wpisie podzielę się swoimi przemyśleniami na ten temat.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Uważacie, że zagadnienie to Was nie dotyczy? Mylicie się! Mniej więcej sto lat temu społeczeństwa stały przed podobnym dylematem: wtedy chodziło o własność środków produkcji. Jako że wówczas mało kto takowe środki posiadał, problem w&amp;nbsp;powszechnym odbiorze jawił się jako mało istotny. Ta obojętność umożliwiła, na szczęście tylko w kilku krajach, dojście do głosu zwolenników idei głoszącej, że środki produkcji prywatną własnością być nie powinny. Tak powstał komunizm, będący smutnym dowodem na to, jak wielkie znaczenie dla rozwoju społeczeństw mają i&amp;nbsp;będą mieć uregulowania dotyczące własności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znanym i&amp;nbsp;sprawdzonym instrumentem ochrony własności intelektualnej jest patent. Pojawia się pytanie, czy programy komputerowe lub jakieś ich elementy powinny korzystać z ochrony patentowej. Choć nie chciałbym, by moje słowa zabrzmiały niczym pusty wrzask alterglobalisty, odpowiem: nie, w&amp;nbsp;żadnym wypadku. Prawo patentowe powstało w konkretnym celu: pierwotnie miało zagwarantować wynalazcy materialne korzyści z wynalazku, społeczeństwu zaś upowszechnienie wiedzy, na której zgłaszane odkrycie się opiera. Jednym słowem, ochrona patentowa powinna dotyczyć wynalazków. Jaką to wartościową wiedzę miałby nieść ze sobą patent na urządzenie mobilne z&amp;nbsp;dotykowym ekranem? Amerykańskie firmy branży nowych technologii są coraz bardziej narażone na niepewność prawną i związane z patentami bariery w&amp;nbsp;innowacyjności. Na szczęście w&amp;nbsp;Europie prawo na podobne absurdy nie pozwala, zatem tego problemu nie mamy. Proponuję: nie dajmy sobie go wcisnąć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Obok nonsensów patentowych, istotnym zagrożeniem dla świata technologii są dążenia dostawców dóbr cyfrowych do nadmiernego ograniczania praw nabywcy, często także przy pomocy zabezpieczeń, czyli technologii DRM (ang. Digital Rights Management). Chciałbym obalić tu mit, jakoby nie stworzono jeszcze zabezpieczenia, którego złamanie jest niemożliwe. Takie rozwiazania istnieją, jedynie zdecydowany opór konsumentów skutecznie, jak dotąd, blokuje ich ekspansję. Kupując program lub utwór nabywamy, co oczywiste, tylko prawa do jego użytkowania. Cały problem w&amp;nbsp;tym, że nie zawsze wiadomo, jakie to prawa dokładnie. Co gorsza, często dowiadujemy się o&amp;nbsp;nich już po otwarciu pudełka, zerwaniu folii, a&amp;nbsp;co ważniejsze, po opłaceniu należności. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem zbędnych uregulowań prawnych. Określenie katalogu praw, które miałyby przysługiwać nabywcy dóbr cyfrowych uważam natomiast za uregulowanie niezbędne. Może następne wybory parlamentarne będą dobrą okazją, by zapytać kandydatów na posłów, czy podzielają ten pogląd?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Era informacji niesie ze sobą nie tylko problemy, lecz również zjawiska inspirujące i&amp;nbsp;piękne. Fenomen wolnego oprogramowania możemy chyba nazwać zjawiskiem pięknym? Wyjaśniam, że nie chodzi o programy mające problemy z wydajnością, lecz te przekazywane wraz z&amp;nbsp;prawem do dokonywania w&amp;nbsp;nich modyfikacji i&amp;nbsp;dalszego rozpowszechniania, zwykle pod warunkiem nadania nabywcy tych samych praw. Stosowanie wolnych licencji przestało być domeną garstki entuzjastów, coraz częściej sięgają po nie nawet korporacje. W&amp;nbsp;konsekwencji, technologia o&amp;nbsp;znacznej wartości „leży na ulicy”, a&amp;nbsp;fakt ten przeciwdziała informatycznemu wykluczeniu całych grup społecznych. Tymczasem polskie prawo nie uznaje wolnych licencji z&amp;nbsp;prozaicznego powodu: nie pozwala licencjodawcy skutecznie pozbawić się prawa do jej odwołania. Problem ten warto rozwiązać jak najszybciej. Umożliwi to przedsiębiorcom sięganie po wolne oprogramowanie w&amp;nbsp;przypadku przedsięwzięć poważanych, wymagających bezpieczeństwa prawnego.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kończąc chciałbym zachęcić wszystkich do uważnego obserwowania w&amp;nbsp;mediach zasygnalizowanych wyżej tematów. To naprawdę nie jest bez znaczenia.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/07/zamiast-manifestu.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>1</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-6713482919866229993</guid><pubDate>Tue, 13 Jul 2010 09:57:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-07-13T13:08:43.169+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">kuchnia</category><title>Makaron ze szpinakiem i gorgonzolą</title><description>Odpocząć od polityki jest łatwo. Wystarczy zawiesić czytanie gazet i portali, wyjąć z&amp;nbsp;kontaktu wtyczkę radia i poszukać sobie ciekawej książki albo trasy spacerowej. Nieco trudniej odpocząć od polityki prowadząc bloga, na którym takie tematy dotąd dominowały. Należy wówczas napisać wstęp, wyjaśniając w nim, że nagła zmiana tematyki jest jedynie chęcią jej urozmaicenia i nie wynika z utraty zainteresowania życiem publicznym. Potrzebny jest też temat możliwie od polityki odległy. Nic nie nada się lepiej, niż przepis kulinarny.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;Składniki:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;
&lt;ul&gt;
&lt;li&gt;&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;ser gorgonzola - 175g&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=&quot;font-size: small;&quot;&gt;Najlepiej nadaje się śmietankowa gorgonzola sprzedawana na wagę, miękka. Odpowiednia, lecz zwykle nieco ostrzejsza w smaku, będzie też gorgonzola pakowana. Używając innego sera z niebieską pleśnią proponuję zmniejszyć jego ilość (do 10dkg) oraz oczekiwania co do finalnego efektu, bo to nie będzie to samo.&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;mrożony szpinak - 200g&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Piszę mrożony by zobrazować ilość. Lepiej sprawdzi się puszkowany, najlepiej świeży.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;makaron tagliatelle - 200g &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Makaron najlepiej domowy lub dobrej jakości. Kwestia gustu, ale moim zdaniem danie prezentuje się najlepiej, gdy użyjemy tagliatelle, czyli makaronu krojonego na paski.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;Śmietana 18% - opakowanie 180g&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;dwie kostki bulionowe&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;łyżka oliwy z oliwek&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;ząbek czosnku&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;pieprz czarny, mielony&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;&lt;span style=&quot;font-size: large;&quot;&gt;bazylia, parmezan, orzechy włoskie - do dekoracji&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;br /&gt;
Makaron gotuj w bulionie przez 10 minut, przyrządzając w tym czasie sos. Łyżkę oliwy podgrzej na patelni, czosnek drobno posiekaj i podsmażaj. Dodaj szpinak, jeśli jest mrożony poczekaj, aż rozmrozi się całkowicie. Dolej śmietanę. Nie, nie zapomniałem o soli: nie potrzeba jej ani grama! Dopraw tylko pieprzem. Gdy makaron będzie już prawie gotowy, do sosu dodaj pokrojoną na kilka kawałków gorgonzolę. Mieszaj do czasu, aż ser rozpuści się. Przed podaniem wymieszaj sos z&amp;nbsp;makaronem, najlepiej w przygotowanym wcześniej naczyniu. Porcje udekoruj bazylią, posyp parmezanem i orzechami. Smacznego!</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/07/makaron-ze-szpinakiem-i-gorgonzola.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>5</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-4918042123196460826</guid><pubDate>Mon, 05 Jul 2010 13:52:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-07-05T16:29:29.470+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Mamy prezydenta</title><description>Gdy piszę te słowa, ostatnie wyniki spływają jeszcze do Państwowej Komisji Wyborczej, ale możliwość nagłego zwrotu jest już czysto teoretyczna. Emocje były wczoraj, choć przyznać muszę, że najbardziej stresujący moment to ja przespałem. Dziś mam ochotę wyrazić coś pomiędzy szalonym okrzykiem radości a&amp;nbsp;westchnieniem ulgi. Wiem też, że niektórzy z czytelników mają już serdecznie dość polityki i z niecierpliwością czekają, kiedy ta wojna wreszcie się skończy. &lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Dla tychże mam złą wiadomość: wojna to się dopiero zacznie. Politycy i publicyści opcji konserwatywnej już ostrzą noże. Nie ma im się co dziwić: dla nich to polityczne być albo nie być. Zastanawia mnie tylko kierunek, jaki wyznaczył prezes PiS. Gdyby komuś umknęło, w oku nadchodzącego cyklonu ma znaleźć się katastrofa w Smoleńsku. Na pocieszenie dodam, że tematu katastrofy na tym blogu będę unikał jak ognia. Prędzej już zobaczycie tu obiecywany niegdyś przepis na makaron. Zdanie zmienię, jeśli zwolennicy teorii spiskowej znajdą wiarygodne argumenty na jej poparcie. Ale nie wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pamiętacie środową debatę i pierwsze pytanie Joanny Lichockiej? Bronisław Komorowski scharakteryzował je jako „pytanie, które starcza za wypowiedź opozycjonisty”. Dziennikarka znalazła się w ogniu krytyki kolegów po fachu: Jarosław Gugała zarzuca jej stronniczość, Grzegorz Miecugow podejrzewa o&amp;nbsp;ujawnienie pytań kandydatowi PiS. Lecz są też publicyści, którzy odważnie stanęli w jej obronie. &lt;a href=&quot;http://www.rp.pl/artykul/503443.html&quot;&gt;List otwarty w&amp;nbsp;tej sprawie&lt;/a&gt; publikuje Rzeczpospolita. Zajrzyjcie i&amp;nbsp;zobaczcie, kto podpisał. Być może uznacie za konieczne wprowadzenie zmian na swojej liście autorytetów?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kończąc, zapraszam do dzielenia się swoimi reakcjami na wynik wyborów. Jak sugerowałem wyżej, następny wpis będzie wolny od polityki.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/07/mamy-prezydenta.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-390368110473556737</guid><pubDate>Fri, 02 Jul 2010 21:49:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-07-03T00:01:35.480+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Politycy tylko obiecują?</title><description>Wyborcy, szczególnie ci bez sprecyzowanych poglądów, skłonni są postrzegać kampanię wyborczą jako czas, kiedy kandydaci składają sporo obietnic. Gdy do głosu dochodzi zniechęcenie polityką, opinia taka radykalizuje się do stwierdzenia: „wiele obiecują, a nic nie robią”. Stwierdzenie takie zniechęca do głosowania, przez co jest szkodliwe dla jakości życia publicznego. Na szczęście łatwo z nim polemizować. Najlepiej argumentem, że obietnice i wiążące deklaracje z ust polityków padają niezwykle rzadko. W tym wpisie przyjrzę się bliżej tym, które padły podczas kończącej się kampanii prezydnckiej.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Zastanawialiście się kiedyś, czym kierujemy się popierając konkretną opcję polityczną? Kluczowym czynnikiem będzie oczywiście zgodność światopoglądu głoszonego przez polityków rozważanej opcji z naszym. Pewną rolę odegra też poziom zaufania do tychże polityków, rozumiany jako nasza wiara w ich uczciwość i kompetencje. Specjaliści od politycznego marketingu zaakcentowaliby jeszcze jeden czynnik, nazwijmy go ogólnym wrażeniem. Ale to wszystko. Nikt nie analizuje szczegółowo wypowiedzi kandydatów albo ich dokumentów programowych jedynie po to, by podjąć decyzję, jak głosować. Dziennikarze, niestety, również nie mają w&amp;nbsp;zwyczaju ciągnąć kandydatów za język, dlatego czytelne deklaracje polityków są na wagę złota. Z myślą o&amp;nbsp;czytelnikach żywo polityką zainteresowanych, postanowiłem te kawałki złota pozbierać. Wyjaśniam, że przedmiotem moich poszukiwań będą jedynie te deklaracje, których wypełnienie leży w kompetencjach prezydenta, a których wypełnienie możemy obiektywnie zweryfikować.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zacznę od cieszącego się moim poparciem Bronisława Komorowskiego. Najbardziej jednoznaczna deklaracja jego kampanii prezydenckiej padła w podsumowaniu środowej debaty telewizyjnej:&lt;br /&gt;
&lt;blockquote&gt;&lt;i&gt;Proszę państwa, jest potrzebna prezydentura współpracy, która potrafi współpracować w kraju - wydaje mi się, że dałem tego dowody powołując Radę Bezpieczeństwa Narodowego i niepartyjnego kandydata na prezesa NBP. Jest potrzebna prezydentura, która będzie ponad partiami, stąd mam cały szereg propozycji ograniczenia w&amp;nbsp;niektórych obszarach takich prostych aspiracji partyjnych, to też już robię.&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt;Powyższą deklarację rozumiem jako zapowiedź rezygnacji z upartyjniania stanowisk, których obsada leży w kompetencjach głowy państwa. Deklaracja cenna, tym bardziej, że nie wymuszona. Ponadto, kandydat wydaje się być konsekwentny: trzy dni wcześniej, pytany przez Moniki Olejnik, czy generał Koziej pozostanie na stanowisku szefa BBN, deklarował:&lt;br /&gt;
&lt;blockquote&gt;&lt;i&gt;Tak, tak. Bo nie jest członkiem żadnej partii.&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt;Niestety, to jedyne zobowiązania, jakie padają z ust kandydata Platformy Obywatelskiej. Dokument programowy „Moja wizja Polski” zawiera jeszcze stwierdzenie:&lt;br /&gt;
&lt;blockquote&gt;&lt;i&gt;Prezydent ma istotne narzędzie wpływania na rząd i parlament jakim jest prezydenckie weto wobec ustaw. Należy go używać w sytuacjach skrajnych. &lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt;Niestety, bez wyjaśnień, co należy rozumieć przez sytuacje skrajne, słowa te są tylko retorycznym ozdobnikiem. Zostaje mieć nadzieje, że za pięć lat ktoś z przyszłych kandydatów odważy się na bardziej konkretną deklarację dotyczącą korzystania z&amp;nbsp;tak ważnego instrumentu, jakim jest weto. Byłby to duży postęp w kształtowaniu się tradycji politycznych naszego kraju.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przejdźmy do obietnic Jarosława Kaczyńskiego. Najważniejsza, w mojej opinii, deklaracja lidera PiS pada w trakcie pierwszej debaty telewizyjnej. Kandydat, pytany przez Monikę Olejnik, kogo mianowałby swoim doradcą ekonomicznym, odpowiada:&lt;br /&gt;
&lt;blockquote&gt;&lt;i&gt;Jeżeli pani minister Gilowska, pani premier by się zgodziła, byłbym bardzo rad.&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt;Fakt, że Zyta Gilowska pełni funkcję członka Rady Polityki Pieniężnej i ustawa o&amp;nbsp;NBP formalnie uniemożliwia powołanie jej na doradcę nie umniejsza znaczenia tej deklaracji. Należy ją rozumieć jako wskazanie, kogo Jarosław Kaczyński uważa za autorytet w sprawach gospodarczych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kandydat PiS nie pozostawia też wątpliwości co do oceny polityki zagranicznej prowadzonej przez jego tragicznie zmarłego brata, jak również woli jej kontynuacji. Najbardziej jednoznacznie daje temu wyraz podczas środowej debaty, kiedy padają słowa:&lt;br /&gt;
&lt;blockquote&gt;&lt;i&gt;Natomiast ja będę kontynuował politykę racjonalną. Taką, jaką prowadził Lech Kaczyński. Trzeba szukać znaczenia Polski na Wschodzie, także w dobrych stosunkach z Rosją.&lt;/i&gt;&lt;/blockquote&gt;Na tym kończą się dostrzeżone przeze mnie istotne deklaracje kandydata PiS. Obszerny dokument programowy, tytułowany „Program mojej prezydentury”, jest, podobnie jak u kontrkandydata, całkowicie pozbawiony znaczenia politycznego. Jak niby mielibyśmy rozliczyć przyszłego prezydenta z zapisanej tam zasady „prowadzenia polityki opartej na wierności prawdzie”?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spodziewaliście się więcej? Prawdę mówiąc, ja również. Okazuje się, że aby zostać prezydentem naszego państwa wcale nie trzeba wiele naobiecywać. Dość powiedzieć, tak być nie powinno. Nie mamy też prawa mieć pretensji do samych kandydatów. Winę ponosimy my, wyborcy, oraz reprezentujące nas media. Niemniej jednak jakieś obietnice padły. Zapamiętajmy je. Przy następnych wyborach domagajmy się więcej. Pytajmy. Kolor krawata i gładkość mowy przestaną decydować o zwycięstwie wyborczym dokładnie w dniu, w którym przestaniemy na to pozwalać.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/07/politycy-tylko-obiecuja.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-5468901794032904853</guid><pubDate>Mon, 28 Jun 2010 21:10:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-06-28T23:10:52.720+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">media</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">psychologia</category><title>Polityka czyli psychologia</title><description>We współczesnym życiu publicznym coraz większą rolę odgrywa naukowa wiedza psychologiczna. Sięgają po nią zwłaszcza politycy, lecz jestem pewien, że literaturę przedmiotu znajdziemy na półce niejednego dziennikarza czy publicysty. Wiedza jest po to, by z niej korzystać, toteż takich tendencji nie uważam za niepożądane. Do czasu. Nie macie wrażenia, że podczas wczorajszej debaty zobaczyliśmy więcej psychologii niż polityki?&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Pierwszy, największy kamyczek wrzucę do ogródka dziennikarzy. Chodzi o pytania. Dobre pytanie to takie, które prowadzi do wiążącej deklaracji politycznej. Wiążącej, zatem takiej, z której my, wyborcy, będziemy mogli bez trudu kandydata rozliczyć, gdyby został wybrany głową państwa. Dobrych pytań było wczoraj niewiele. Najlepiej, lecz znacznie poniżej oczekiwań, wypadła Monika Olejnik. Zagadnienia może i były ciekawe, ale z urzędem Prezydenta RP rzadko miały cokolwiek wspólnego. Kompetencje tegoż określa konstytucja w rozdziale piątym. Nie ma tam ani słowa o&amp;nbsp;prowadzeniu polityki regionalnej, nadzorowaniu systemu emerytalnego czy negocjowaniu zakupu surowców strategicznych. Rozumiem, że są to kwestie istotne i wiele mówią o poglądach kandydatów, ale czynienie z nich głównego przedmiotu debaty uważam za nieporozumienie. Czytelnikowi zainteresowanemu przyczynami powstawania podobnych nieporozumień proponuję porównanie wczorajszego wieczoru z debatami &lt;a href=&quot;http://www.youtube.com/watch?v=C6Xn4ipHiwE&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Kennedy-Nixon (1960)&lt;/a&gt; oraz &lt;a href=&quot;http://www.youtube.com/watch?v=F-nNIEduEOw&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Obama-McCain (2008)&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz kandydaci. Obydwaj wypadli poprawnie. Wpadka Jarosława Kaczyńskiego wyglądała poważnie, ale była zupełnie niegroźna. Wystarczy chwila zastanowienia by uświadomić sobie, że o problemach Polaków na Białorusi, jeżeli miałoby to poprawić ich sytuację, będziemy rozmawiać nawet z diabłem na dnie piekła. Po prostu nie jest to ten element naszej polityki zagranicznej, o którym wypada bez skrępowania opowiadać w debatach przedwyborczych. W&amp;nbsp;ambasadzie Białorusi w&amp;nbsp;Warszawie też mają telewizor.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak sygnalizowałem wcześniej, wspomaganie argumentów politycznych socjotechniką uważam za praktykę dopuszczalną, nawet pożądaną. Ale zanim zaczniemy klaskać naszemu faworytowi, kim by on nie był, pomyślmy: przecież przed debatą również mógł liczyć na nasze poparcie. Stosowanie socjotechniki w&amp;nbsp;polityce jest jak trenowanie bramkarza w piłce nożnej: potrzebne, ale nie tak się wygrywa. Wczoraj był remis, bo obie strony na remis zagrały. Dało się wygrać? Dało się. Wystarczyłoby, by ktoś z&amp;nbsp;kandydatów na jedno z pytań rodem z debat amerykańskich odpowiedział: „Jesteśmy w Polsce!”. Po czym opowiedział, czego możemy się po jego prezydenturze spodziewać.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/06/polityka-czyli-psychologia.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>2</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-1196716291591703713</guid><pubDate>Sat, 26 Jun 2010 15:23:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-06-27T11:58:49.346+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">globalizacja</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Stany Zjednoczone Rzeczpospolitej Polskiej</title><description>Do niedawna sformowanie „globalna wioska” było dla mnie niezrozumiałą sprzecznością. Miasta i&amp;nbsp;wioski, myślałem, są przecież z&amp;nbsp;samej definicji lokalne. Na moich oczach upadła żelazna kurtyna i&amp;nbsp;można było podróżować za granicę, ale każda taka podróż tylko moją konfuzję pogłębiała. Okazywało się, że za ową granicą inne jest chyba wszystko, co w ogóle może być inne: krajobraz, język, kultura, obyczaje, nawet gniazdka elektryczne. To ma niby być globalna wioska?&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Zrozumienie przyszło z chwilą, gdy dowiedziałem się, że kandydata na prezydenta Platforma Obywatelska wyłonić ma w prawyborach. Zapachniało Ameryką. Prawybory to instytucja zza wielkiej wody, dotychczas w naszej polityce nieznana. Przeszczepiono ją na polski grunt pod wpływem potrzeby chwili, bez żadnego tegoż gruntu przygotowania. Ku mojemu zdumieniu, przyjęła się od razu. Co mnie aż tak zdumiało, zapytacie? Wiedziałem przecież, że przepływ idei z zagranicy nie ogranicza się do seriali telewizyjnych. Wiedziałem, że obyczaje polityczne zmieniają się i mogą podlegać zewnętrznym wpływom. Otóż zdumiało mnie tempo, w jakim zmiana nastąpiła. Tempo właściwe globalnej wiosce właśnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Globalizację zawsze traktowałem jako zjawisko naturalne, niczym deszcz albo wiatr. Zajmowanie stanowiska wobec takich zjawisk wydaje mi się pozbawione sensu. Można oczywiście zawiązać ruch alterdeszczowców, ostro wystąpić przeciwko postępującemu zawilgoceniu, a pogodynkę z telewizji oblać wiadrem wody na znak protestu. Można, ale czy nie lepiej po prostu nosić ze sobą parasol? Komfortem ignorowania globalizacji mogliśmy się cieszyć tak długo, jak długo dotykała ona jedynie błahych aspektów naszego życia. Dlaczego niby miałbym zastanawiać się, gdzie i przez kogo są projektowane moje buty? Ale teraz, gdy globalizacja zaczyna dotykać życia publicznego, najwyższy czas przyjrzeć się jej dokładniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Amerykanizacja polityki w pierwszej chwili urzeka: politycy dbają o wizerunek, udzielają się w sieci, szanują opinie wyborców. Demokratyczne tradycje Stanów Zjednoczonych stanowią najwyraźniej źródło wartościowych inspiracji. Z&amp;nbsp;tego źródła odważnie czerpią politycy wszystkich opcji. Pamiętacie zapowiedź tworzonego przez Prawo i Sprawiedliwość portalu społecznościowego myPiS.pl? Inspirację Barackiem Obamą i jego serwisem &lt;a href=&quot;http://www.barackobama.com/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Organizing for America&lt;/a&gt; widać od razu. Muszę przyznać, że PiSowcy tym tematem mnie, liberała, zaciekawili. Zatem jakiś sukces już jest, mimo że portalu jeszcze nie ma.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz o ciemnej stronie zjawiska. Tydzień temu pisałem, jak słabo rozwinięta jest nasza tradycja polityczna, jak ważne jest teraz jej kształtowanie. Istnieje ryzyko, że import może zdławić produkcję. Dość powiedzieć, byłoby to dla polskiej sceny politycznej fatalne. Należałoby też postawić pytanie, czy istnienie budżetowych subwencji dla partii politycznych musi implikować finansowanie przez podatnika prawyborów, myPiSów i tym podobnych eksperymentów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kończąc przypominam: w niedzielę pierwsza debata Komorowski-Kaczyński. Jej przebieg będzie temat kolejnego wpisu, gdzie spróbuję policzyć uczestnikom punkty.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/06/stany-zjednoczone-rzeczpospolitej.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>7</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-1967143092045734890</guid><pubDate>Mon, 21 Jun 2010 21:55:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-06-22T00:44:50.409+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">media</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Wpadka dwudziestolecia</title><description>Wieczór wyborczy to czas magiczny, wyjątkowy. Podręcznik historii pisze się na naszych oczach, a my próbujemy podpatrzeć, co będzie na następnej stronie. Z&amp;nbsp;niecierpliwością siadamy przed ekranem telewizora lub komputera. Jeśli wybieramy się w podróż, zabieramy ze sobą radio. Czekamy. Gdy minie godzina dwudziesta, poznamy pierwsze cyfry. Pojawią się pierwsze emocje. Wczorajszy wieczór był podobny, a jednak inny. Wspomnienie, które pozostawił, nie będzie dobre. Wczoraj wydarzyło się coś, co je zatruło. Coś dziwnego, niepokojącego, bez precedensu.&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Cyfry, które do nas dotarły, mocno rozminęły się z rzeczywistością. Mam oczywiście na myśli sondaż SMG/KRC dla telewizji TVN. Telefoniczny sondaż. Ciekaw jestem, co kierowało decydentami TVNu, by na dzień wyborów coś takiego zamówić? Zabrakło tylko wróżki ze szklaną kulą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Część czytelników uważa zapewne, że nie ma o co kruszyć kopii, że pomyłki sondażowe zdarzają się. Z myślą o nich kilka słów wyjaśnienia. Wszelkiego rodzaju badania opinii wykorzystują pewną statystyczną prawidłowość: gdy z licznej populacji generalnej wybierzemy losowo niewielką próbę, rozkład cech w tej próbie będzie niemal identyczny z tym w badanej populacji. Ściślej, istnieje miażdżąco wysokie prawdopodobieństwo, że rozbieżności będą znikome. To naprawdę tak działa. Jedyny problem w tym, aby próbę wybrać w sposób losowy. Duży problem. W praktyce raczej nie da się go rozwiązać. No, może gdyby cała badana populacja w&amp;nbsp;przeciągu wyznaczonego czasu miała udać się do ponumerowanych punktów. Raz jeszcze przypomnę, jaki sondaż zamówił na wczorajszy wieczór TVN: telefoniczny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Obiecałem komentarz do wyniku wyborów. Mimo, że myśli biegną w innym kierunku, wypada słowa dotrzymać. Wyniki mnie cieszą. Dotkliwa porażka lewicy, z&amp;nbsp;przyczyn dla mnie niejasnych nazywana przez komentatorów sukcesem, cieszy najbardziej. Przy całym szacunku dla zwolenników tej opcji, politycy SLD po „epoce Millera” nie mają jeszcze czystych rąk, brak im legitymacji moralnej do występowania w życiu publicznym. Wynik Andrzeja Leppera prowadzi do wniosku, że na błędach potrafimy się uczyć. Trzymając kciuki za Bronisława Komorowskiego zakończę konkluzją, że wybieramy coraz rozsądniej. Zakończę na dziś, bo od polityki jeszcze przez jakiś czas nie uciekniemy.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/06/wpadka-dwudziestolecia.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>8</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-6675317598880598411</guid><pubDate>Thu, 17 Jun 2010 22:44:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-06-19T11:35:12.473+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">polityka</category><title>Do przyjaciół konserwatystów</title><description>Zbliżające się wybory to świetna okazja, bym przedstawił moje poglądy polityczne. Jestem liberałem. Ściślej, „iksa” ode mnie dostanie Bronisław Komorowski. Wiele z&amp;nbsp;osób, które szanuję i cenię, to konserwatyści. Wybiorą inaczej. Wśród nich znajdziemy czterech autorów książek z&amp;nbsp;mojej półki, cenionego wykładowcę matematyki oraz dziennikarza, którego zawodowy kunszt od lat budzi mój podziw. Elektorat Jarosława Kaczyńskiego czy Marka Jurka zadziwiająco często nie pasuje do moherowego stereotypu. Do tych właśnie wyborców chciałbym się tu zwrócić: Przyjaciele!&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Wiem, że Wasze poglądy ukształtowało życie. Nie mam zamiaru ich podkopywać, ani tym bardziej ostrzeliwać ogniem rakietowym populistycznych argumentów. Licząc na skromny udział w&amp;nbsp;ewolucji Waszego światopoglądu, chciałbym podzielić się moim spojrzeniem na prawą stronę sceny politycznej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zauważcie, że poglądy konserwatystów są, poza gronem ideowych zwolenników, bardzo słabo znane. Mnie temat wyjaśniła nieco lektura &lt;a href=&quot;http://lubimyczytac.pl/ksiazka/7614/czas-wrzeszczacych-staruszkow&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;„Czasu wrzeszczących staruszków”&lt;/a&gt; Rafała A. Ziemkiewicza. Tylko czy to w ogóle do pomyślenia, bym poglądy partii realnie aspirującej do władzy poznawał z zakupionej za własne pieniądze publicystyki? Zdaję sobie sprawę, że temperatura sporu politycznego jest wysoka, ale poza strzelaniem należałoby jeszcze machać sztandarem. Grzech ten dotyczy wyłącznie polityków Prawa i Sprawiedliwości. Całkowicie wolna od niego wydaje się być opcja związana z Markiem Jurkiem. Ten kandydat, mimo niewielkiej uwagi mediów i skromnych środków dociera do mnie z informacją. Jego poglądy są lata świetlne odległe od moich i po prostu nie mogą mnie przekonać. Ale je znam. Politycy i zwolennicy PiSu - o&amp;nbsp;swoich poglądach opowiadajcie! Na ile je znam, nie macie powodów do wstydu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejny problem dotyczy wszystkich partii, które po 1989 roku choć raz znalazły się przy władzy. Jesteście zadowoleni ze sposobu, w jaki rządy informowały nas o&amp;nbsp;swojej polityce? Zależy, o&amp;nbsp;którym rządzie mówimy? Odrzućmy subiektywizm: na tym polu jak dotąd żaden nie wypadł dobrze. Dlaczego? Czyżby premierom brakowało kompetentnych rzeczników prasowych? Może media relacjonowaniem polityki nie są zainteresowane? Nic z tych rzeczy. Politykę informacyjną władze państwowe muszą prowadzić spontanicznie: brakuje zwyczajów i tradycji, na których mogłyby się opierać. Jedynym wystąpieniem programowym, którego wygłoszenia oczekujemy od premiera, jest exposé. Prezydent nie musi się martwić nawet o to. Wystarczy, że będzie pamiętał o&amp;nbsp;życzeniach z okazji Nowego Roku. Nie wiem, jak Wy, ja czuję spory niedosyt. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kiedyś myślałem, że z urzędem Prezydenta RP nie wiąże się duże znaczenie polityczne. Zmieniłem zdanie. Gdy w przyszłym roku będziemy obchodzić Święto Narodowe Trzeciego Maja, prezydent dostanie mikrofon jako pierwszy. Jeśli przemówienie poświęci „sprawom bieżącym”, potwierdzi tylko, że jego stanowisko jest dekoracją. Ale może się stać, że padną słowa ważne i potrzebne. Na przykład podejmujące temat zmiany konstytucji. Tak właśnie mogłaby powstać polityczna tradycja. Nie da się jej ustanowić ustawą, nie wytworzy jej jedna partia. Ale wystarczy właściwy gest, może jeszcze dobre jego przyjęcie. Dlatego zachęcam: wspierajmy każdy przejaw powstawania tradycji&amp;nbsp;w życiu publicznym. Bez względu na to kto&amp;nbsp;w maju przyszłego roku pierwszy miałby stanąć za mikrofonem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na koniec chciałbym zapewnić zwolenników lewicy, ruchu ludowego&amp;nbsp;i pozostałych opcji, że o&amp;nbsp;ich istnieniu nie zapomniałem. Postaram się dać temu wyraz w&amp;nbsp;następnym wpisie, gdzie skomentuję wynik niedzielnych wyborów.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/06/do-przyjacio-konserwatystow.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>10</thr:total></item><item><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-1334862657443251984.post-5700215514913658086</guid><pubDate>Sun, 13 Jun 2010 09:19:00 +0000</pubDate><atom:updated>2010-06-19T11:33:50.745+02:00</atom:updated><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">o sobie</category><category domain="http://www.blogger.com/atom/ns#">technologie</category><title>Ja społecznościowy</title><description>Termin „web 2.0” uważam za największą niezgrabność językową naszych czasów. Ukuty w hermetycznym środowisku, upowszechnia się, wprowadzając niektórych w błąd co do swego znaczenia. Bo czymże miałaby być owa pajęczyna dwa zero, jeśli nie kolejną wersją magii pozwalającej przeglądać sieć szybciej lub w jakiś sposób lepiej? Intuicja każdego szanującego się humanisty oznaczy to słowo zieloną chorągiewką z napisem „technika - znaczenie nie istotne”. Przecież nikt rozsądny nie nazwałby tak zjawiska społecznego?&lt;br /&gt;
&lt;a name=&#39;more&#39;&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;
Nie zamierzam tu analizować pojęcia web 2.0. Istnieje wiele definicji, każda na swój sposób użyteczna. Proponuję Czytelnikowi jedynie, by do własnych skojarzeń dotyczących tego terminu zechciał dołączyć moje: web 2.0 to taki Internet, w&amp;nbsp;którym treści tworzone są przez społeczności. Czyli przez tych z nas, którzy chcą w tym procesie wziąć udział. Niedawno zdecydowałem, że udział wezmę. W tym wpisie opowiem, w jaki sposób.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Poszukiwania swojego miejsca w sieci rozpocząłem od spojrzenia na Facebook. Uprzejmie dziękuję wszystkim, którzy poświęcili czas by zademonstrować mi ten serwis w działaniu. Facebook z machnięć i kliknięć myszą oraz kilku zdawkowych komentarzy potrafi zbudować atrakcyjną dla odbiorcy treść. To da się tak tylko z&amp;nbsp;machnięć i kliknięć? Da się, gdy za ich pomocą ujawnimy prywatne informacje. Ale dla mnie było to oczywiste od początku, w pełni akceptowalne. Oglądam dalej. Spersonalizowana linia czasu to pomysł świetny. Wystarczy jeden rzut oka, by dowiedzieć się, co dzieje się... na Facebooku. Stop. Chyba nie do końca o to chodzi? Profilu nie założyłem. Rozważę to ponownie, gdy opadnie fascynacja i przygaśnie moda.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czyżby pozyskanie mnie jako użytkownika było jakoś szczególnie trudne? Bynajmniej. Udało się to między innymi załodze LubimyCzytać.pl. Możecie tam pokazać, co leży na Waszej półce z książkami. Albo zobaczyć &lt;a href=&quot;http://lubimyczytac.pl/profil/3542/virzixil-k-kalak&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;zawartość mojej biblioteki&lt;/a&gt;, nie tracąc czasu na zakładanie konta. Co więcej mogę dodać - zapraszam.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Gdy już przy tym jesteśmy, Was również irytuje ciągłe „zarejestruj się, aby...”? Naprawdę nie ma sposobu, aby używać jednej elektronicznej tożsamości? Jednej nazwy i hasła? Sposób od dawna jest, to OpenID. Właściciele stron jak dotąd ignorują zarówno ów standard, jak i problem. Na szczęście zanosi się na to, że pod presją wielkich wirtualnego świata zmienią zdanie. Google, Microsoft czy wspomniany wcześniej Facebook coraz intensywniej kreują się na dostawców tożsamości. Mnie najbardziej po drodze z Google, ale każdy sposób dobry. Już nie mogę się doczekać, kiedy przestarzałe „zarejestruj się” zastąpi „przedstaw się”.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rozważając sposoby na zabranie głosu w sieci wypadało uwzględnić Twittera i&amp;nbsp;serwisów jemu podobnych. Postanowiłem przetestować pierwowzór, choć przyznam, że na początku moje nastawienie było sceptyczne. Co ciekawego można nieść wypowiedź mieszcząca się w 140 znakach? Moje obawy budził też wizerunek serwisu, często postrzeganego jako elitarne narzędzie, rzadko jako interesująca społeczność. &lt;a href=&quot;http://twitter.com/robertchaba&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Spróbowałem&lt;/a&gt;. Słuchajcie, to fajne jest! Wybaczcie, że opis ograniczę do zachwytu, to doświadczenie trudno opisać. Spróbujcie, jeśli chcecie. Uprzedzam: są też wady, z których najbardziej dokucza mała popularność. Ze znajomych nie znalazłem nikogo. Szkoda. Na razie poprzestanę na biernej obserwacji obecnych tam dziennikarzy i polityków. Licząc, że z czasem to się zmieni.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Każde poszukiwania trzeba kiedyś zakończyć. Moim zakończeniem była decyzja: zostaję blogerem. Ten sposób wyrażania siebie najbardziej mi odpowiada. W tym miejscu moje „Witaj świecie”. Za tydzień, jak chyba każdy rasowy bloger, napiszę o&amp;nbsp;polityce. O ile zdążę przed ciszą wyborczą.</description><link>http://robertchaba.blogspot.com/2010/06/ja-spoecznosciowy.html</link><author>noreply@blogger.com (Robert Chaba)</author><thr:total>16</thr:total></item></channel></rss>