<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<?xml-stylesheet type="text/xsl" media="screen" href="/~d/styles/atom10full.xsl"?><?xml-stylesheet type="text/css" media="screen" href="http://feeds.feedburner.com/~d/styles/itemcontent.css"?><feed xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearch/1.1/" xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" xmlns:gd="http://schemas.google.com/g/2005" xmlns:feedburner="http://rssnamespace.org/feedburner/ext/1.0" gd:etag="W/&quot;Ck4GRXY4fSp7ImA9WxBTFEk.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250</id><updated>2009-12-10T11:28:44.835+01:00</updated><title>...tak na marginesie</title><subtitle type="html">Recenzje, notatki, felietony, obserwacje związane z szeroko rozumianą strategią, marketingiem peryferyjnym,, reklamą, marką i... innymi zjawiskami</subtitle><link rel="http://schemas.google.com/g/2005#feed" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/posts/default" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/" /><link rel="hub" href="http://pubsubhubbub.appspot.com/" /><link rel="next" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default?start-index=26&amp;max-results=25&amp;redirect=false&amp;v=2" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email></author><generator version="7.00" uri="http://www.blogger.com">Blogger</generator><openSearch:totalResults>95</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><link rel="self" href="http://feeds.feedburner.com/takNaMarginesie" type="application/atom+xml" /><atom10:link xmlns:atom10="http://www.w3.org/2005/Atom" rel="hub" href="http://pubsubhubbub.appspot.com" /><entry gd:etag="W/&quot;Ck8EQnczeCp7ImA9WxBTFEk.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-7228935392437389472</id><published>2009-12-10T11:18:00.006+01:00</published><updated>2009-12-10T11:26:43.980+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-12-10T11:26:43.980+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Historyjki i historie" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Koza na drzewie, albo smutek medyny.</title><content type="html">„&lt;em&gt;Wśród wielu dzisiejszych „wojen kulturowych” toczących się w kulturze i polityce, jedną z istotniejszych jest ta, której obiektywem są tożsamości metonimiczne, terytorialnie określone, i tożsamości metaforyczne, hybrydyczne, imaginacyjne, będące w drodze, nieosiadłe&lt;/em&gt;”.&lt;br /&gt;W. J. Burszta, Świat jako więzienie kultury. Pomyślenia. s. 55&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kultura najszczerzej prezentuje siebie w muzeach. Tam, gdzie wystawiona jest na ogląd obcych, tych którzy przychodzą spoza niej, z zewnątrz. Eksponowane jest w nich to, co dla danej kultury najcenniejsze lub najbardziej godne obcym przekazaniu – albo po prostu to, co uważane jest za ukazania warte. Muzea to specyficzne wizytówki kultury – lokalnej, miejskiej, regionalnej czy narodowej. Formą i znakiem podstawowym są tu „eksponaty” . Eksponowane jest zaś to, co stanowi dumę i chlubę danej kultury – to, co z niej zostało wydestylowane w procesie autoanalizy własnej historii i celowej rekonstrukcji tożsamości, ale tylko takiej, która może zostać ukazana oczom innych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kultura próbuje więc przekazać w muzeach własną wielkość, autonomię i oryginalność – fragmentarycznie usiłuje przedstawić całe swe bogate dziedzictwo, wielką opowieść przodków, historię wartą zapamiętania i przekazania innym. Wszystko to odbywa się w formie symbolicznej, skróconej do wybranych obrazów, przedmiotów, samego układu i doboru eksponatów. To, co dla danej kultury najcenniejsze, prezentowane jest zatem w formie tzw. „ekspozycji stałych” – historia wielkości jest przecież niezmienna, istnieje poza czasem choć jest jego dobitnym świadectwem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ekspozycje muzealne wiele mówią zarówno o aspiracjach, marzeniach i snach zbiorowych twórców danej kultury, jak i o ich kompleksach, skrywanych żalach, czy niespełnieniu. Ponowne próby odpowiedzi na pytania: „czego potomni powinni się o nas dowiedzieć?”, „co powinno być uznanie za świadectwo naszych czasów?” oraz pytań takich reinterpretacje stanowią motyw przewodnich muzeów na całym świecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Popularne miejskie muzea europejskie bardzo często prezentują dzieła sztuki: obrazy, portrety, rzeźby przedstawiające konkretne osoby wnoszące domniemany wkład w ich powstawanie i rozwój. Swoje miejsce znajdują również plany zagospodarowania miast, zabytki piśmiennictwa, dokumenty urzędowe, rękodzieło, militaria oraz wyposażenie gospodarstwa domowego. W muzeach azjatyckich (Indie, Chiny, Japonia) dominują insygnia władzy, ozdobna broń, oraz przedmioty zbytku – symbole bogactwa i przepychu.&lt;br /&gt;Dobrze wyposażone muzea aglomeracji mają tendencję do specjalizacji i wystawiania rotowanych kolekcji, muzea małe – leżące w mniejszych miejscowościach próbują często godzić lokalny patriotyzm z narodową dumą równoważąc skromność kolekcji wyobraźnią w jej prezentowaniu oraz skłonnością do tworzenia niezwykle rozbudowanych opisów dla nielicznych eksponatów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Małe muzeum etnograficzne w Agadir należy do tych drugich. Kilka wyblakłych fotografii miasta sprzed trzęsienia ziemi sąsiaduje z ozdobnymi stronami Koranu, rekonstrukcją szalunków do budowy murów czy kilkoma antycznymi naczyniami z glinianej ceramiki. Większość eksponatów stanowi jednak tradycyjna biżuteria, której mniej lub bardziej udane repliki nabyć można w każdym sklepiku z pamiątkami dla turystów.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SyDLWBq-FmI/AAAAAAAAC14/sEtppjv5lFE/s1600-h/kobieta.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 222px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SyDLWBq-FmI/AAAAAAAAC14/sEtppjv5lFE/s320/kobieta.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5413550331365561954" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;To widocznie właśnie masywne ozdoby berberyjskich kobiet stanowić mają istotę kultury, tą która pozostać ma w pamięci zachodniego turysty. Stare srebro, żelazo, mosiądz, szlachetne i mniej szlachetne kamienie, dziurkowane monety wiją się za szkłem w ciężkich i misternych zarazem konstrukcjach ukazując surowe, ale pełne uroku detale sztuki zdobniczej.  Ich przesłanie jest niezwykle proste, tak jak proste i surowe były warunki życia na tych terenach: oto dla nomadów ważne jest jedynie to, co można zabrać ze sobą w drogę  - namioty, wielbłądy, owce, oraz... kobiety dźwigające na karkach cały rodowy majątek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilkudniowy pobyt w Maroko w żaden sposób nie pozwala poznać i zrozumieć jakichkolwiek niuansów lokalnej kultury, nie mówiąc o bogactwie jej wielokulturowej warstw historycznych. Pozostaje więc zdać się na tzw. „pierwsze wrażenie”, które ponoć i tak zawsze okazuje się najprawdziwsze – ponieważ jest właśnie pierwsze, a zatem nie tylko najbardziej wyraziste, ale też pozostawiające w pamięci ślady najtrwalsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze wrażenie, to właściwie wiązanka wrażeń. Choćby wspomniane muzeum – recepcjonista, kustosz i ochroniarz w jednej osobie biegle mówi po francusku – to pozostałość zachodniego protektoratu, ale przy wyjściu wystawia gliniany słoiczek prosząc o tradycyjny „bakszisz”. Taksówkarze pod francuskim supermarketem zamiast modlitewnych chodników wyciągają tekturowe kartony wydarte z pudeł do pakowania tanich artykułów dostarczanych przez globalnych producentów i odmawiają na nich modlitwę z twarzą zwróconą w stronę mekki. Młodzi mężczyźni spacerujący po bulwarze nad oceanem ubrani są na zupełnie zachodnią modlę, ostentacyjnie dobywają iPhonów ze zdobionych skórzanych woreczków, ich lokalną tożsamość zdradzają jedynie zadarte noski ciżem z farbowanej na żółto koźlej skóry. Kobiety są bardziej bezkompromisowe – ubierają się na sposób zdecydowanie „kosmopolityczny” lub starają się bezosobowo zatopić zawinięte w tradycyjne chusty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozbrzmiewający wokół język francuski, samochody i skutery Peugeot, Renault, Citroen, czy produkty Danone w połączeniu ze śniadą cerą mieszkańców sugerowałyby, że znajdujemy się gdzieś na przedmieściach Paryża, jednak posterunki policji uzbrojonej w kolczatki przy wjeździe do każdego miasta, megalomania i wszechobecny kult jednostki – a właściwie dwóch jednostek: ojca i syna, drzemiący temat tabu zasobnej w surowce Sahary Zachodniej – wszystko to przypomina, że znajdujemy się na terytorium (jakby nie było) afrykańskiego króla i tytuł ten oznacza władzę nie tylko nominalną, ale też jak najbardziej realną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SyDLzbELttI/AAAAAAAAC2A/HOlWMuTek8k/s1600-h/mur.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 158px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SyDLzbELttI/AAAAAAAAC2A/HOlWMuTek8k/s320/mur.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5413550836398405330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Maroko w grudniu to miejsce smutku i nostalgii. Być może poprzez porę roku i wieczorny chłód nieodparcie przywodzi na myśl wspomnienia George Sand spisane w „Zima na Majorce”. Kraj, który kojarzyć się powinien (tak by wynikało z folderów biurach podróży) z beztroską turystyką i egzotycznym wypoczynkiem pod palmami rozczarowuje w pierwszym kontakcie smętnością miękko wprowadzonego tu niegdyś kolonializmu i bezlitosnym obecnie rugowaniem resztek lokalnej tożsamości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wynajętą Dacią (lub jak tłumaczy jej właściciel; jest to właściwie Renault) jedziemy na południe by zwiedzić założony przez Portugalczyków port As-Sawira (Essaouira) i obejrzeć zabytkowe wraki ostatnich żyjących wyznawców „flower power”. W drodze odbieramy nawet poród  - przystajemy na poboczu właśnie wtedy, gdy jedna z kóz właśnie złazi z arganowca by na naszych oczach powić dwa małe koźlęta.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SyDMDxPMsCI/AAAAAAAAC2I/qDG0q9DpG0o/s1600-h/kozy.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 214px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SyDMDxPMsCI/AAAAAAAAC2I/qDG0q9DpG0o/s320/kozy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5413551117228093474" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W samochodzie słuchamy zakupionych płyt z muzyką bractw sufickich, tradycyjnym śpiewem Berberów i Tuaregów oraz nostalgicznym brzmieniem eklektycznego gatunku ‘andalusian arabic’. Na muzyce trudno się jednak skupić – zwłaszcza po zmierzchu – droga jest wąska, a jej skraje zagarniane są bezlitośnie przez suchy, czerwony piasek i kamienie. Trzeba również bardzo uważać na nieoświetlonych pieszych, chłopów jadących na osłach oraz beztroskich rowerzystów liczących na to, że skoro oni kogoś w mroku widzą, to sami również zostaną dostrzeżeni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kolejne dni oglądamy spalone mury Tiznit, skrywające domostwa wspierane opierającemu się suszy i upływającym setkom lat drewnem eukaliptusa. Nostalgiczne, błekitno-białe, nieco secesyjne a zarazem andaluzyjskie w swoim klimacie Sidi Ifnia przyciąga jedynie muchy i cierpliwych w oczekiwaniu na właściwy wiatr surferów koczujących na nabrzeżu w wozach kampingowych. Tarudant próbuje kusić przygodą zakupów na odrębnych sukach: berberskim i arabskim – w tym drugim można przynajmniej oddychać – jednak nawet naganiacze i sprzedawcy zdają się powoli wątpić w swoją misję targując chyba się już tylko dla zasady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lokalny przysmak – mięso z warzywami z glinianego piecyka, „tajine” (طاجين) w każdej restauracji smakuje inaczej – w każdej równie źle. Jeśli wiec to ma być „marokański schabowy”, to należy bardziej docenić uroki swojskiej kuchni. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autentyczne wrażenia można jeszcze odnaleźć w zielonej herbacie parzonej z miętą i w krajobrazie przemierzanych z przepisową prędkością dróg. Zatrzymujący nas policjant uzbrojony w przenośny fotoradar i podróbkę markowych okularów przeciwsłonecznych kiwa groźnie palcem, przypominając, że w każdej chwili możemy stracić 400 dirhamów – ok. 40 euro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Krajobraz zmienia się w zależności od kierunku podróży – urwiste nabrzeża z widokiem na rozbijające się o skały fale oceanu, ustępują. Ukazuje się wysuszony step, rzadki busz, miejscami zaś coś na kształt skalistej pustyni wykańczanej niewyraźnym pasmem Atlasu, by w innym miejscu przejść w oliwkowe zagajniki i plantacje cukru trzcinowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SyDMXFhctdI/AAAAAAAAC2Q/8TeoRpugFQk/s1600-h/dywany.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 180px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SyDMXFhctdI/AAAAAAAAC2Q/8TeoRpugFQk/s320/dywany.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5413551449090864594" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maroko, jakie udaje nam się zobaczyć przypomina małe, lokalne muzeum – skromne eksponaty opatrzone w lakoniczne dwujęzyczne opisy francusko-arabskie próbują nam opowiedzieć fascynującą ale zapomnianą historię. Niestety, ani nie mamy wystarczającej ilości czasu. ani nie znamy tych języków, ani też nie potrafimy odczytać zatartych symboli i ich znaczeń. Wszystkie eksponaty są bardzo zakurzone –  spod grubej warstwy multikulturowego  pyłu coraz trudniej dopatrzyć się ich pochodzenia. Możemy się więc zdać jedynie na pierwsze wrażenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kupujemy zatem dwie alabastrowe figurki – jakoby „prawdziwe rękodzieło” berberyjskiej sztuki ludowej i granatową Dacią (prawie Reanault) telepiemy się marokańską autostradą jakości polskiej drogi gruntowej z powrotem do Agadiru słuchając pobożnych zawodzeń niejakiego Daudi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: wg niektórych antropologów europejska kultura zmusza nas do waloryzowania kwestii własności, czego przejawem ma być przymus „posiadania kultury”, tak jak „posiada się” stały adres. Maroko jest na dobrej drodze do ostatecznego wyzbycia się resztek własnej kultury, na rzecz iPhonów, sklepów Zara, skuterów Peugeot i jogurtów Danone.&lt;br /&gt;Ostatnia nadzieja w kozach włażących na arganowe drzewa – te, jako jedyne zdają się uparcie kultywować lokalną tradycję próbując zachować jej ciągłość.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-7228935392437389472?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/arrZoGrRf6JyjlPtzk9mhORDvP0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/arrZoGrRf6JyjlPtzk9mhORDvP0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/arrZoGrRf6JyjlPtzk9mhORDvP0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/arrZoGrRf6JyjlPtzk9mhORDvP0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/qRnrHhWC344" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/7228935392437389472/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/12/koza-na-drzewie-albo-smutek-medyny.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/7228935392437389472?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/7228935392437389472?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/qRnrHhWC344/koza-na-drzewie-albo-smutek-medyny.html" title="Koza na drzewie, albo smutek medyny." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SyDLWBq-FmI/AAAAAAAAC14/sEtppjv5lFE/s72-c/kobieta.jpg" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/12/koza-na-drzewie-albo-smutek-medyny.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;CkIGRHcyeSp7ImA9WxNaFk0.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-6412819650665906935</id><published>2009-11-30T16:14:00.006+01:00</published><updated>2009-11-30T18:02:05.991+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-11-30T18:02:05.991+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Strategiczne wątpliwości" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Tak, Proszę Pana!</title><content type="html">Armagedon nastąpił 3 grudnia w roku 1984. Tysiące mieszkańców indyjskiego miasta Bhopal zostało wówczas śmiertelnie zatrutych toksycznymi gazami na skutek wycieku, jaki nastąpił w znajdującej się tam fabryce pestycydów (pełny obraz zniszczeń można znaleźć na stronie &lt;a href="http://www.bhopal.org/"&gt;http://www.bhopal.org/&lt;/a&gt;. Ponad 150 tys. trwale osób utraciło zdrowie lub zostało inwalidami, z czego 22 tys. zmarło na skutek powikłań lub bezpośrednio po chemicznej katastrofie. Fabryka śmierci należała wówczas do amerykańskiego potentata chemicznego Union Carbide. W roku 2001 Carbide został zakupiony przez Dow Chemical lecz również władze nowej firmy uporczywie ignorowały wydarzenia z 84 r. udając że problem nie istniej. (o rzeczywistych intencjach firmy świadczyć może np. &lt;a href="http://www.dow.com/commitments/pdf/setting_standard_sustainability.pdf"&gt;taki dokument&lt;/a&gt;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przełom nastąpił w roku 2004. W dwudziestą rocznicę tragicznego wycieku w nadawanym przez BBC World programie informacyjnym pojawił się Jude Finisterra - rzecznik Dow Chemical. W imieniu firmy przeprosił wszystkich mieszkańców Bhopal oraz obiecał wypłatę odszkodowań w łącznej kwocie 12 mld dolarów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ta dobra wiadomość, która błyskawicznie obiegła cały świat najwyraźniej nie spodobała się inwestorom i akcjonariuszom. W ciągu pierwszych 20 minut od momentu ukazania się „newsa’ cena akcji Dow spadła 4.2%, co oznaczało spadek ich wartości o 2 mld dolarów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/SlUQ2sUti8o&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/SlUQ2sUti8o&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zarówno akcjonariusze, jak i dziennikarze BBC uwierzyli słowom Jude’a Finnisterra (&lt;em&gt;Jude – Judasz Lebbeusz&lt;/em&gt;, apostoł będący patronem spraw beznadziejnych, &lt;em&gt;Finisterra &lt;/em&gt;zaś to: &lt;em&gt;finis + terra = koniec świata&lt;/em&gt;). Nie byli też pierwszymi, którzy dali się nabrać inteligentnej manipulacji przeprowadzonej przez The Yes Man – duet aktywistów uderzających w najczulsze punkty korporacji kierowanych jedynie polityką chciwości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dotychczas wyczyny The Yes Man (Andy Bichlbaum oraz Mike Bonanno) można było podziwiać na Youtube, od niedawna błyskotliwych alterglobalistów można oglądać na dużym ekranie, także w Polsce. “Yes-Mani naprawiają świat” (Yes Men Fix The World) to już drugi film dokumentujący ich działalność. Niekonwencjonalne zwrócenie uwagi na Bhopal to jedna z kilku znakomitych akcji zaprezentowanych w filmie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsza akcja The Yes Man miała miejsca w w roku 1999. Wymierzona była przeciw WTO (World Trade Organization) i polegała na wystąpieniu w imieniu WTO na konferencji w Austrii. Yes-Mani zaprezentowali tam propozycję prywatyzacji głosowań politycznych oraz projekt umożliwienia korporacjom kupowania głosów bezpośrednio od obywateli przez internet. Oto prawdziwie wolnorynkowe rozwiązania, a wszystko zgodnie z tezą, że konsumeryzm jest formą demokracji. Ich absurdalny pomysł został... z cała powagą wysłuchany – dostali nawet gromkie brawa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ten właśnie sposób kończy się większość prowokacji przeprowadzanych przez The Yes Man. To, co wydawałoby się z zewnątrz szczytem idiotyzmu, od wewnątrz spotyka często z akceptacją. Okazuje się, że bardzo często politycy, przedstawiciele władz samorządowych, przedstawiciele wielkich firm, biznesmani, czy spece od marketingu potrafią bardzo uważnie słuchać wizji ulepszania świata opartych na absurdalnych konsekwencjach wyciąganych z pustosłowia, jakim posługują się na co dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/yK9Cs_UcTEE&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/yK9Cs_UcTEE&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Arsenał Yes-manów jest bardzo prosty; składa się z czarnych garniturów, slajdów Power Point i pseudo-racjonalnych argumentów – czyli z tego, z czym zwykle można się spotkać podczas licznych „poważnych” konferencji na każdy temat. Duet performerów potrafi przy pomocy tych prostych narzędzi skompromitować niemal każde audytorium ślepo wierzące w popularne ideologie i przyjmujące w głębi ducha założenie, że rynek nagradza wyłącznie zło i chciwość. Yes mani obnażają także coraz większa podatność na manipulację, jakiej ulegamy z powodu umysłowego lenistwa – a taką postawę rynek okazuje się nagradzać dziś najchętniej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: Yes Mani potrafili kiedyć przekonująco przedstawić pomysł likwidacji głodu w Afryce poprzez  zastosowanie na masową skalę recyklingu ludzkich odchodów. Warto więc uzbroić się w krytycyzm oglądając “Yes-Mani naprawiają świat” – w przeciwnym razie możnamby uznać, że naprawdę walczą w słusznej sprawie.&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/MkTG6sGX-Ic&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/MkTG6sGX-Ic&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-6412819650665906935?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/dD_a5kd1X6LZFgQ5GjZcsv49krg/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/dD_a5kd1X6LZFgQ5GjZcsv49krg/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/dD_a5kd1X6LZFgQ5GjZcsv49krg/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/dD_a5kd1X6LZFgQ5GjZcsv49krg/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/5Flt3Jnw7DY" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/6412819650665906935/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/tak-prosze-pana.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/6412819650665906935?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/6412819650665906935?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/5Flt3Jnw7DY/tak-prosze-pana.html" title="Tak, Proszę Pana!" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/tak-prosze-pana.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DU4AR3g_fCp7ImA9WxNaEEo.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-229011953393785471</id><published>2009-11-24T16:43:00.004+01:00</published><updated>2009-11-24T16:52:26.644+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-11-24T16:52:26.644+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Historyjki i historie" /><title>Proszę nie całować lokomotywy!</title><content type="html">&lt;em&gt;„...kultura powstaje w formie zabawy (...) jest początkowo zabawą, czynnością o charakterze ludycznym”.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;J. Huizinga, Homo Ludens&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długo można podziwiać zbiory gromadzone w kieleckim muzeum zabawek i zabawkarstwa. Kolekcja lalek pochodzących z niemal całego świata dowodzi jak wielki potencjał drzemie w patykach, skorupach orzechów, wysuszonych liściach kukurydzy, czy filcowych gałganach. Wystawa drewnianych prac ludowych artystów z okolic Zagrzebia (m. in. klepaki, zaprzęgi, koniki) dokumentuje odchodzącą w przeszłość sztukę zabawkarskiego rękodzieła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pistolet „Precyzja”, zestaw do zabawy w Pocztę Polską i plastikowe „pchełki” wywołują nostalgię za rzeczywistością PRL (jakże bawiącą i zabawną). Maski i lalki kukiełkowych teatrzyków, modele kolejek elektrycznych, więzione w szklanych gablotach Misie Uszatki i Koziołki Matołki – wszystko to występuje dziś w roli nobliwych eksponatów muzealnych, a niektóre objęte wręcz zostały zakazem fotografowania. Nie ma jednak w tym nic dziwnego – w końcu zabawki i sama zabawa to rzecz nad wyraz poważna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Swv_icO0bWI/AAAAAAAAC1E/JwR76R_pIXc/s1600/DSCN4361.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Swv_icO0bWI/AAAAAAAAC1E/JwR76R_pIXc/s320/DSCN4361.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5407696744747396450" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Johan Huizinga w „Homo ludens...” (lata 40-te) dopatrywał się w zabawie (&lt;em&gt;ludus&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;play&lt;/em&gt;, „&lt;em&gt;igraniu&lt;/em&gt;”) początków kultury. W zasadzie zabawa egzystowała wg niego przed samą kulturą, była i jest głównym czynnikiem kulturę kształtującym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trudno się z nim nie zgodzić. Ludyczne elementy dominują nie tylko w kulturze masowej, sporcie, modzie czy mediach - całe ich bogactwo prezentowane jest również nieustannie na naszej rodzimej scenie politycznej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Marketing też jest zabawą...&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Większość cech formalnych zabawy zidentyfikowanych przez Huizingę świetnie odnosi się do wszystkich aspektów działań marketingowych, oto bowiem:&lt;br /&gt;- zabawa jest zbyteczna – można ja w każdej chwili przerwać, zaniechać (jej cele znajdują się poza sferą zaspokajania życiowych konieczności),&lt;br /&gt;- zabawa nie jest „zwykłym”, „właściwym” życiem (pierwotnie nie jest obowiązkiem, upiększa życie),&lt;br /&gt;- zabawa mocno absorbuje uczestników,&lt;br /&gt;- zabawa cechuje się odrębnością i ograniczonością w czasie i przestrzeni (sama w sobie zawiera przebieg i sens – początek i koniec, cechuje się powtarzalnością),&lt;br /&gt;- ważną rolę w zabawie odgrywa napięcie -  w nim zaś na próbę wystawiane są zdolności gracza (szanse, niepewności wygranej).&lt;br /&gt;- każda zabawa i gra ma własne reguły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marketing jest na wskroś ludyczny i to nie tylko w zewnętrznych przejawach, ale w całej swojej istocie. Jest przecież wielką zabawą (i to na dużą skalę), grą toczoną zarówno pomiędzy producentami i konsumentami, jak pomiędzy samymi producentami (w tym przypadku jest to czyste współzawodnictwo i rywalizacja). W tym sensie realizowany jest „antytetyczny” charakter wspólny wszystkim zabawom – toczona jest ona zawsze pomiędzy jakimiś „partiami”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reguły gry pomiędzy producentami i konsumentami są z biegiem czasu delikatnie modyfikowane, ale główne założenia pozostają niezmienne i sprowadzają się do zadawania i próby odpowiedzi na proste pytanie: „Zgadnij ile to jest warte?” Gra w szacowanie wartości posiadać może wiele etapów, czasem może też przybierać formy wyrafinowanych pojedynków. Wygrywający w danej rundzie otrzymują nagrodę – dostają więcej niż inni gracze, przegrywający idą na chwilę do kąta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W grze pomiędzy firmami, stawką są sami konsumenci. Zdolniejsi lub sprytniejsi gracze wciąż podbijają stawki i potrafią podejmować spore ryzyko byle tylko jak najwięcej ugrać w danej rundzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najmniej mile widziani w magicznym kręgu gry i zabawy są tzw. „Psuje zabawy”. O ile nawet próby fałszowania wyników lub chwilowe manipulacje zwiększające szanse wygranej można jeszcze wybaczyć, o tyle „Psujom” nie wybacza się nigdy. „Psuje” bowiem albo reguł w ogóle nie chcą uznawać , albo za sprawą sobie tylko znanych motywacji podczas rozgrywki wycofują się nagle z zabawy odsłaniając jej umowny i „płochy” (określenie Huizingi) charakter – odbierają  jej tym samym całą ILUZJĘ (łac. &lt;em&gt;illudere &lt;/em&gt;– drwić, kpić).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Najbardziej poigrać lubi Państwo&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Jeśli grających jest niewielu, a rozgrywki dotyczą niskich wygranych zabawa w tzw. „czasie wolnym” służy w dużej mierze przyjemności graczy. Kiedy jednak kolejna strona może coś ugrać choćby poprzez bierny udział – np. obserwując samych grających – rzecz staje się niezwykle „poważna” – może się nawet zakończyć „Ustawą hazardową”. Państwo jako instytucja jest bowiem od zawsze jednym z najbardziej namiętnych graczy – nie lubi też, kiedy (inne tym razem) „Psuje” zaczynają igrać poza wpływami jego wiedzy i poza wszelką kontrolą.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Swv_4dxvzaI/AAAAAAAAC1M/tfJTsZlR-DY/s1600/DSCN4364.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Swv_4dxvzaI/AAAAAAAAC1M/tfJTsZlR-DY/s320/DSCN4364.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5407697123119451554" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gracze muszą zatem dzielić się każdą wygraną z Państwem jako Meta-Igraczem. Bez względu na to czy grający dokonują zakładów o przyszłość („granie” na giełdzie, lokaty w banku, fundusze emerytalne itp.), czy igrają z własnym zdrowiem (palą papierosy i  piją alkohol, opalają się w solariach), kibicują sportowcom, czy skreślają cyfry w losowaniu – Państwowy Monopol Do Dobrej Zabawy wyciąga rękę po swoją należną, jak uważa, dolę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Państwo potrafi uzasadnić swoje starania o zachowanie czystości reguł każdej zabawy  i promowanie zachowań fair – możesz robić wszystko, (nawet to, co Państwu może się wydawać moralnie wątpliwe) pod warunkiem, że zapłacisz podatek akcyzowy Państwowemu Monopolowi ds. Niegodziwości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SwwADUALorI/AAAAAAAAC1U/axM0aUU6dHg/s1600/DSCN4365.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SwwADUALorI/AAAAAAAAC1U/axM0aUU6dHg/s320/DSCN4365.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5407697309474202290" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: Huizinga ilustrując „niezwykłość” zabawy przytacza pewną anegdotę. Czteroletni syn jego znajomego siedział pewnego dnia na czele całego rzędu krzeseł bawiąc się w pociąg. Mężczyzna pocałował dziecko, na co usłyszał: „Tatusiu, nie wolno ci całować lokomotywy, bo inaczej wagony pomyślą sobie, że to wszystko nieprawda.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek jest banalny – nie całuj lokomotywy jeśli nie chcesz zepsuć dobrej zabawy. Poza tym może się okazać, że lokomotywa jest rozpędzona „na poważnie”, a wtedy jej pocałowanie może mieć przykre skutki - i to nie tylko „na niby”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Johan Hiuzinga, Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury, przekł. M. Kurecka i W. wirpsza, Aletheia, W-wa 2007&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-229011953393785471?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/bkbxFlVcYFUB43zcUk8nqxp3aA0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/bkbxFlVcYFUB43zcUk8nqxp3aA0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/bkbxFlVcYFUB43zcUk8nqxp3aA0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/bkbxFlVcYFUB43zcUk8nqxp3aA0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/cY4k0GxRALY" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/229011953393785471/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/prosze-nie-caowac-lokomotywy.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/229011953393785471?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/229011953393785471?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/cY4k0GxRALY/prosze-nie-caowac-lokomotywy.html" title="Proszę nie całować lokomotywy!" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Swv_icO0bWI/AAAAAAAAC1E/JwR76R_pIXc/s72-c/DSCN4361.JPG" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/prosze-nie-caowac-lokomotywy.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;CkUDR3g6cCp7ImA9WxNbFk4.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-4555989200044788704</id><published>2009-11-19T12:26:00.003+01:00</published><updated>2009-11-19T12:31:16.618+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-11-19T12:31:16.618+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Bracia Polscy" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Historyjki i historie" /><title>Bracia Polscy w Silniczce</title><content type="html">Silniczka (gmina Żytno, obecnie woj. łódzkie) – pojawiająca się w XVI w. dokumentach jako Schyelnicza minor, Schylnycza czy Syelnyczka to wieś, na terenie której znajduje się unikalny obiekt – dobrze zachowany zbór ariański z XVII w.  (496-I-51 z 9.09.1949 oraz 241 z 27.12.1967 wg rejestru zabytków KOBiDZ). W 1552 folwark Silnica Mała był własnością Piotra Maja. To prawdopodobnie Majowie byli tymi właścicielami Silniczki, którzy przyłączyli się w XVII w. do arian (lub byli ich protektorami). Być może był to Mikołaj Maj z Silniczki, ówczesny dziedzic pobliskiego Żytna (przypisuje mu się spustoszenie Żytna w okresie reformacji oraz zniszczenie i profanację tamtejszej kaplicy, kaplica była później miejscem zgromadzeń arian).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wpływom innowierczym na terenie metropolii gnieźnieńskiej stanowczo przeciwstawiał się wówczas Jan Łaski – arcybiskup gnieźnieński. Nie powstrzymało to jednak reformatorów – zwłaszcza po jego śmierci - od pozyskiwania nowych zwolenników spośród zamożnych rodzin szlacheckich. Wszystko wskazuje na to, że Majowie otaczali opieką Braci Polskich właśnie w najważniejszym dla kształtowania ich doktryny okresie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawdopodobnym ministrem zboru w Silniczce był natomiast inny Mikołaj – Mikołaj z Żytna (Mikołaj Żytno) Pojawia się nawet przypuszczenie, że mógł on być uprzednio duchowym katolickim – argumentem za byłaby wykazywana przezeń dosyć dobra orientacja w kwestiach teologicznych. Był on aktywnych działaczem ruchu Braci Polskich – brał udział w wielu spekulatywnych dyskusjach teologicznych (np. dotyczących dogmatu Trójcy Św.) u boku Marcina Krowickiego czy Grzegorza Pawła z Brzezin. Występował też np. na synodzie w Lubczu (k. Nowogródka) w 1582 r biorąc udział w dyspucie dotyczącej ważnego dla arian zagadnienia „czy godzi się chrystiańskiemu człowiekowi urząd mieczowy trzymać abo nie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SwUsP2gI-7I/AAAAAAAAC08/6hXwt8jT89U/s1600/Silniczka1_CZB.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 316px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SwUsP2gI-7I/AAAAAAAAC08/6hXwt8jT89U/s320/Silniczka1_CZB.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5405775578568129458" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W znamiennym sporze na temat kwestii chrztu udzielanego dzieciom Mikołaj z Żytna opowiadał się za uznaniem ważności tego sakramentu czym przeciwstawił się Grzegorzowi z Brzezin (synod w Węgrowie, 1565), występował również w obronie przedwieczności Chrystusa czy jego boskości (synod w Bełżycach 1569).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przedstawiciele ruchu Reformacji – Kalwini, a następnie Bracia Polscy  – prowadzili w tych okolicach dosyć aktywną działalność. Lokalne dokumenty wzmiankują o ruinach ariańskiej kaplicy również na wyspie Borzykowej, silne ośrodki arianizmu znajdowały się również w Krzęcicach, Seceminie, Działoszynie (miejsca synodów), zbór ariański był w Cielętnikach, Ogrodzieńcu czy Włodowicach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zbór w Silniczce to budynek o charakterystycznej, bardzo prostej formie - murowany z kamienia, obecnie otynkowany i pomalowany z zewnątrz na biało. Wszystkie narożniki budynku zwieńczone są skośnymi przyporami. Łamany polski dach posiada profilowany okap, w formie namiotowej nad przybudówką. Obecnie dach odtworzony jest z blachodachówki – elementy drewniany występują na podbiciu. Budynek kaplicy/zboru postawiono na planie kwadratu, z niską przybudówką od strony zachodniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy odrobinie szczęścia, jeśli kaplica jest otwarta, to po schodach z przybudówki można wejść do środka  by obejrzeć sklepienie kolebkowe piwnicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: uznanie i gratulacje dla władz lokalnych. Budynek wymaga na pewno jeszcze wielu remontów, ale w porównaniu z podobnymi obiektami w Polsce jest naprawdę bardzo dobrze zachowany. Przy okazji gorące podziękowania dla Janusza Czapli - wójta gminy Żytno oraz osób, z Urzędu Gminy w Żytnie, które zechciały na, udzielić informacji na temat obiektu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-4555989200044788704?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/tIUFKwD9b39nmIn7VJUtAZwtbhU/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/tIUFKwD9b39nmIn7VJUtAZwtbhU/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/tIUFKwD9b39nmIn7VJUtAZwtbhU/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/tIUFKwD9b39nmIn7VJUtAZwtbhU/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/1Bw0HwgwZXw" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/4555989200044788704/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/bracia-polscy-w-silniczce.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/4555989200044788704?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/4555989200044788704?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/1Bw0HwgwZXw/bracia-polscy-w-silniczce.html" title="Bracia Polscy w Silniczce" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SwUsP2gI-7I/AAAAAAAAC08/6hXwt8jT89U/s72-c/Silniczka1_CZB.jpg" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/bracia-polscy-w-silniczce.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;C0MDQ307fCp7ImA9WxNbFE0.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-6029921566722602040</id><published>2009-11-16T20:53:00.003+01:00</published><updated>2009-11-16T20:57:52.304+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-11-16T20:57:52.304+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Strategiczne wątpliwości" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Nieprecyzyjnie i niewiarygodnie</title><content type="html">Parafrazując słowa I. Kanta można powiedzieć, że wszelki interes „rozumu marketingowego” skupia się na trzech kluczowych pytaniach:&lt;br /&gt;1. Co możemy wiedzieć na temat marek, konsumentów, otoczenia rynkowego?&lt;br /&gt;2. Co bazując na tej wiedzy powinniśmy czynić?&lt;br /&gt;3. Czego w związku z tymi działaniami powinniśmy się spodziewać?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Atmosfera siedziby Lewiatana wydaje się sprzyjać zadawaniu takich pytań i jest doskonałą przestrzenią by próbować wspólnie poszukiwać na nie odpowiedzi. Dzięki spotkaniu zorganizowanemu jakiś czas temu (03.11.09) właśnie w tym miejscu przez redakcję magazynu THINKTANK, mogłem uczestniczyć w bardzo ciekawej dyskusji na temat dzisiejszego miejsca i roli strategii w zarządzaniu i marketingu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moderatorem był red. naczelny THINKTANKu – Maciej Kuźmicz, organizatorem zaś Paweł Rabiej – wydawca magazynu. Pomimo nietypowej pory (8.30) na spotkaniu pojawiło się liczne grono osób reprezentujących różnorodne branże. Punktem wyjścia do rozmowy był „Strategiczny podstęp” – książeczka co, do której mam dziś wiele uwag, wątpliwości i zastrzeżeń, ale jako spis zagadnień do dyskusji wciąż wydaje się aktualna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacytowana w niej zasada niekompatybilności sformułowana przez I. A. Zadecha dobrze ilustruje kwestie dylematów decyzyjnym w chaotycznym, pełnym niepewności świecie dzisiejszych rynków:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli skomplikowanie systemu wzrasta, to nasza zdolność formułowania precyzyjnych i wciąż wiarygodnych stwierdzeń o jego zachowaniu zmniejsza się, a po przekroczeniu pewnego skomplikowania precyzja i wiarygodność wzajemnie się wykluczają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To chyba właśnie próba ustalenia i opisu relacji pomiędzy tymi dwoma stanami: „wiarygodność” vs „precyzja” staje się największym wyzwaniem przy formułowaniu strategii działania. Wiarygodność, rozumiana również jako szansa wystąpienia określonych rezultatów podjętych działań jest tym trudniejsza do określenia, im więcej niepewności występuje w otoczeniu zewnętrznym. Wiarygodność ta maleje też wraz ze wzrostem liczby niewiadomych i znaków zapytania towarzyszących podjęciu decyzji (już sama ilość znaków zapytania jest dziś trudna do ustalenia).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SwGuRatTi-I/AAAAAAAAC0Q/VbuMnGjyFK0/s1600/Lewiatan_cb.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 201px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SwGuRatTi-I/AAAAAAAAC0Q/VbuMnGjyFK0/s320/Lewiatan_cb.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5404792642071661538" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Z drugiej strony, posiadamy dziś niezwykle precyzyjne narzędzia do liczbowego opisu i modelowania rzeczywistości biznesowej (zaawansowane analizy ilościowe, modele ekonometryczne) lecz o ile radzą sobie one z detalicznym opisem wąskiego wycinka rzeczywistości, to okazują się zupełnie nieprzydatne (i niewiarygodne), jeśli na ich podstawie chcemy wyjaśniać szerszy kontekst lub przewidywać przyszłe zdarzenia. Stajemy więc przed dylematem: precyzyjny i niewiarygodny opis, czy godne-wiary ale zupełnie nieokreślone „przeczucia”, „intuicje”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiele emocji w tym kontekście wywoływał (jak zwykle) problem traktowania wyników badań – szczególnie w odniesieniu do posługiwania się ich wynikami przy uzasadnianiu podejmowanych decyzji, czy przewidywaniu przyszłych zachowań klientów. Postawiona przeze mnie (i prowokacyjnie uskrajniona) „diagnoza” nieprzydatności badań marketingowych spotkała się z nad wyraz wyrozumiałym (odniosłem nawet wrażenie że pełnym ciepłej akceptacji) przyjęciem ze strony uczestników spotkania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo ciekawy wątek dyskusji dotyczył myślenia „holistycznego” oraz próby uwalniania się od kategorii linearności w planowaniu strategicznym. Indukcja i dedukcja zdają się dziś wyraźnie przegrywać z lansowaną coraz mocniej abdukcją. Jeśli jednak do „konfliktów” biznesowych można dziś faktycznie stosować analogię rozmytych struktur wojny czwartej generacji, a znaczenie innowacji zdaje się wzrastać z każdym dniem, to może całą logikę dwuwartościową należy wysłać na przyspieszoną emeryturę. Może menadżerów kształcić dziś należy wyłącznie w oparciu o „Blink”, a koncerny farmaceutyczne zachęcać do masowej produkcji preparatów przyspieszających rozrost neuronów lustrzanych? Jeśli tak, to już niebawem nowym guru strategii, zarządzania i marketingu (wszystko w jednym) stanie się niejaki Dr House.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom spotkania za niezwykle inspirującą dyskusję, a organizatorom za możliwość wzięcia w niej czynnego udziału. Wątpliwości, niepokoje i pytania o rolę, miejsce i kształt nowego podejścia strategicznego wskazują na to, że rozmowy takie są bardzo potrzebne i powinny się odbywać jak najczęściej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-6029921566722602040?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/w307Sco2KWrK4Gx6qs_7fj6PfjA/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/w307Sco2KWrK4Gx6qs_7fj6PfjA/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/w307Sco2KWrK4Gx6qs_7fj6PfjA/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/w307Sco2KWrK4Gx6qs_7fj6PfjA/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/SvrEm-m-hiI" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/6029921566722602040/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/nieprecyzyjnie-i-niewiarygodnie.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/6029921566722602040?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/6029921566722602040?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/SvrEm-m-hiI/nieprecyzyjnie-i-niewiarygodnie.html" title="Nieprecyzyjnie i niewiarygodnie" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://4.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SwGuRatTi-I/AAAAAAAAC0Q/VbuMnGjyFK0/s72-c/Lewiatan_cb.jpg" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/nieprecyzyjnie-i-niewiarygodnie.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DkUDQHo6eyp7ImA9WxNUFE4.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-5113050169300036725</id><published>2009-11-05T16:15:00.002+01:00</published><updated>2009-11-05T16:17:51.413+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-11-05T16:17:51.413+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozdroża reklamy" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Pierwszy na światłach</title><content type="html">Zakupiony niegdyś w celach najzupełniej prywatnych telewizor nie wiedzieć kiedy stał się przekleństwem. Zauważyłem, że niepostrzeżenie odbiornik zamienia się w przedłużenie świata pracy, tej samej, która pozwala mi uiszczać comiesięczny abonament.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reklamy produktów finansowych oraz banków coraz bardziej infantylne en masse...Oto zamiast oglądać znakomitą ofertę kultury wyższej, produkowaną zgodnie z publiczną misją, uwagę moją w czasie skądinąd „wolnym” zaczęły przyciągać reklamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczególnie zaś zaintrygowały mnie reklamy produktów finansowych oraz banków, które wydają się być coraz bardziej infantylne en masse. Zarówno banki, jak i towarzystwa ubezpieczeniowe, a nawet nobliwe dawniej w komunikacji bony zadłużenia Skarbu Państwa, używać zaczęły nie tylko wyraźnie zdziecinniałej stylistyki, ale także coraz chętniej korzystać zaczęły z wizerunku samych dzieci jako głównych bohaterów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzieci nie tylko rozmawiają w studio z celebrytami, czy trzymane na rękach tatusia rozkosznie ssą paluszek, ale też baraszkują z ubezpieczeniowymi agentami sprzedającymi w prosty sposób zaawansowane produkty, czy gaworzą beztrosko w spotach radiowych na tematy finansowe jak najbardziej. Fakt, że oprocentowanie na lokacie „lośnie sybciutko”, a ikoną marki dużego gracza TU staje się niejaki Pikuś (przepraszam – Pan Pikuś) zaczęło mnie początkowo intrygować, później bawić, w ostateczności jednak poważnie niepokoić... &lt;a href="http://gb.pl/marketing/case-studies/pierwszy-na-swiatlach.html"&gt;WIECEJ NA GB.PL&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-5113050169300036725?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/62L2lkGDpntZbekZuqLoJGspJzs/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/62L2lkGDpntZbekZuqLoJGspJzs/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/62L2lkGDpntZbekZuqLoJGspJzs/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/62L2lkGDpntZbekZuqLoJGspJzs/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/LDtggMh9sNc" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/5113050169300036725/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/pierwszy-na-swiatach.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/5113050169300036725?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/5113050169300036725?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/LDtggMh9sNc/pierwszy-na-swiatach.html" title="Pierwszy na światłach" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/pierwszy-na-swiatach.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DkYHQ3k-eSp7ImA9WxNUFE4.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-8778429845852101362</id><published>2009-11-02T10:12:00.002+01:00</published><updated>2009-11-05T16:15:32.751+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-11-05T16:15:32.751+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozdroża reklamy" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Kres magicznej „osobowości marki” i renesans zdrowego rozsądku?</title><content type="html">Jacku,&lt;br /&gt;dziękuję za &lt;a href="http://kotarbinski.wordpress.com/2009/10/30/tanatologia-marek-mala-polemika/"&gt;komentarz &lt;/a&gt;do mojego &lt;a href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/jak-umieraja-brandy-czyli-propozycja.html"&gt;wpisu o tanatologii marek&lt;/a&gt;. Listopad to czas refleksji na temat tych, którzy odeszli - stąd ta „tanatologia”. Bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie pali wówczas świeczek na grobach „zmarłych” marek? Z drugiej strony, to dziwne skoro podobno mają one „osobowość” – powinny więc się dorobić choćby symbolicznych cmentarzy – przecież  nawet zwierzęta mają dziś cmentarze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Groteska jest tym większa, że o ile z całą powagą mówi się o „narodzinach” marki i „tworzeniu” jej osobowości, o tyle nikt raczej poważnie nie zastanawia się nad ich śmiercią – nad tym czy istnieje np. nieśmiertelna dusza” marki, czy jakiś rodzaj życia po życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zasadzie na temat „duszy marki” czy „duszy firmy” też niewiele się mówi (co prawda Drucker w latach 60-tych używał np. określenia „duch organizacji” ale raczej w znaczeniu dobrych praktyk czy sposobów motywacji). Wspomina się co prawda o DNA marek sugerując, że są one jakoby  formą życia, a poza „osobowością” używa się określenia „charakter”. Z rzadka jednak pojawia się „brand spirit” – a i to chyba raczej w formie żartu niż „poważnego, teoretycznego” namysłu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Osobowość” marki to fenomen względnie nowy. W zasadzie należy chyba taką „osobowość’ traktować jako przedłużenie i konsekwencje XIX wiecznej koncepcji „osobowości prawnej” korporacji. W USA z orzeczenia Sądu Najwyższego 1886 uznano, że korporacje należy traktować jak „osoby”, a zatem przysługują im prawa do właściwego procesu sądowego i równej ochrony wobec prawa. J. Bakan w  książce „Korporacja. Patologiczna pogoń za zyskiem i władzą” przywołuje znamienny przykład z 1908 roku, kiedy monopolistyczny telekom AT&amp;T (American Telephone &amp; Telegraph) rozpoczyna pierwszą kampanię reklamową, której celem jest zdobycie sympatii, wręcz miłości ogółu mieszkańców Stanów. W kampanii korporacji przypisane zostają cechy człowieka – ma to na celu odparcie podejrzeń, że może ona być „bytem bezdusznym i nieludzkim” [Bakan, s. 26]. Następnie AT&amp;T chce być postrzegane jako „przyjaciel i sąsiad”. Tego samego zabiegu użyje później GM, GE czy Goodyear. Komunikacyjna strategia kreowania „osobowości” firmy zdaje się działań niezgorzej więc zaczyna być stosowana również wobec marek. Dziś wydaje się oczywistością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konsumentowi, jako odbiorcy często bardzo trudno dziś zidentyfikować nadawcę – wielokrotnie nie ma on najmniejszego pojęcia o tym, że np. za swojsko brzmiącą nazwą produktu spożywczego kryje się międzynarodowy koncern. Marka, ze swoją „osobowością” pozwala budować niemal „ludzką” relację z kupującym. I niejednokrotnie potrafi tej relacji nadużywać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Tożsamość marki”, „osobowość”, jej „charakter” i inne antropomorfizmy przypominają inne przejawy myślenia magicznego – markowe byty niewiele się wtedy różnią „strzyg”, „upiorów”, „demonów”, „leśnych bóstw” czy innych tworów zalęknionej (tym, co niezrozumiałe) ludzkiej wyobraźni. Status marek umiejscawianych jedynie „w umysłach konsumentów” niewielu zaś różni się od statusu bytu aniołów, bogów starożytnych mitologii, czy innych konstruktów myślowych właściwych dla skądinąd interesujących przeżyć mistyczno-religijnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczekiwanie racjonalizmu konsumenckich decyzji łączy się więc z oczekiwaniem by jednocześnie irracjonalnie wierzyli w duchy. Praktyka codzienna (kupowanie, konsumowanie) może być ujęta w karby racjonalnie dających się tłumaczyć mechanizmów i pobudek (cena, jakość, dostępność) ale wynikać powinna z nieracjonalnego kultu i wiary w byty ponadnaturalne. Chyba, że konsumowanie ma  być formą „składania ofiary” utrzymującej kosmiczny Ład i Prawo, podtrzymującej samego Bytu istnienie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marki próbujące wypełniać duchową pustkę i nadawać sens poprzez wygłaszanie patetycznie brzmiących zaleceń moralnych są nie tylko śmieszne, ale wręcz żałosne. Takich marek pojawiło się jednak ostatnio nadspodziewanie wiele. Podobnie jednak, jak w religiach, ważne jest samo religo – bezrefleksyjne ‘poddanie’ się nakazom i zakazom ustanawianym przez markę – niewłaściwe ich wypełnianie może oddalać wizję „konsumpcyjnego zbawienia”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cieszę się Jacku, że przywołałeś weberowskie rozróżnienie na etykę „protestancką” i „katolicką”. Protestanci uważali, że człowiek interesu pozbawiony wewnętrznej dyscypliny i skrupułów jest nieprzydatny dla kapitalizmu. Sprawność w zawodzie, zawodowy obowiązek zrównuje Weber poprzez sumienność z obowiązkiem moralnym i powołaniem [M. Weber, „Etyka protestancka...”].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zarobek mierny ale bezpieczny właściwy dla „przytulności” gospodarki opartej na tradycjonalizmie przeciwstawia zyskowi jako konsekwencji ryzyka, innowacyjności i bezwzględnej walki ducha nowoczesnego kapitalizmu. „Nie konsumować – ale zarabiać i oszczędzać” pod takimi słowami także dziś mogliby się pewnie podpisać Szwedzi czy Norwegowie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To właśnie takie „nieludzkie” na pozór podejście do rzeczywistości (przepaść między Bogiem i stworzeniem, znikąd nadziei, osamotnienie czy świadomość, że i tak z góry część ludzkości została „wybrana”, a część skazana na potępienie), pozbawienie świata pierwiastka cudowności i pesymistyczny indywidualizm stało się zdaniem Webera u podstaw zawodowego sukcesu protestantów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że kształtowane w tak radykalnym duchu marki nigdy nie musiałyby sięgać po atrapy abstrakcyjnej „tożsamości” czy „osobowości”. Wystarczałaby przecież rzetelność i indywidualna odpowiedzialność przedsiębiorcy oraz zaufanie do niego. Zaufanie opiera się zaś na sumie dotychczasowych uczynków drugiej strony i dotrzymywaniu przez nią składanych obietnic. I chyba stąd cały problem – jeśli jakiegoś podmiotu (np firmy) nie znamy, nie mieliśmy z nim wcześniej żadnych doświadczeń i w zasadzie nic o nim nie wiemy, to na jakiej podstawie możemy mu ufać? Pozostaje wyłącznie wiara – to ona zastępuje zdrowy rozsądek i doświadczenie (ale sam akt takiej wiary wcale nie oznacza od razu ‘wiary-godności’). Firmy bardzo często nadużywały naiwnej wiary w ciągu ostatnich lat. Używały w tym celu marek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego też wydaje mi się, że instytucja marki opisywanej poprzez „tożsamość”, „osobowość” czy „charakter” właśnie się skończyła. Ponadto obecny kryzys (którego w Polsce podobno nie ma...) przyczynia się również do weryfikacji tego, co rozumiane jest jako oferowana przez marki „wartość”. Znowu dużo ważniejsze stają się rzeczywiste produkty i usługi – ich atrybuty, cechy fizyczne, funkcjonalność niż nieuchwytne obietnice wyrafinowanych „emocjonalnych” doznań i przeżyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co ciekawe to właśnie takie brandy zdają się dziś radzić sobie najlepiej (przy wycenie wartości największe wzrosty w tym roku zanotowały takie marki Google, Apple, Zara, IKEA, Amazon.com, Heinz, czy Danone, a największe spadki: GE, Marlboro, Rolex, American Express, Axa, Ford, Starbucks, czy Harley Davidson). Może dużo bardziej opłaca się więc inwestować w ciągłe doskonalenie produktów i usług oraz markę samej firmy, niż w legendy, mity i wirtualne „wartości dodane”?&lt;br /&gt;Umarła marka, niech żyją  produkty i usługi!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może w końcu styl, design, funkcjonalność, porównywalne właściwości i parametry użytkowe czy faktyczna innowacja okażą się znowu kluczem do sukcesu? Może „storytelling”, czy „osobowość” odzyskają właściwe miejsce w zarządzaniu marką – o ile mogą być dopełnieniem wizerunku marki, to nie powinny rościć sobie pretensji do zastępowania sensownej i realnej oferty, jaka się za nią kryje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby okazało się to prawdą, to może zmienić się powinna również rola reklamy? Może znowu nastąpi moda na USP? Może część budżetów marketingowych z obszaru reklamy i PR przesunięte zostanie w stronę zaniedbywanych czasem pozostałych składowych marketing-mix? Osobiście nie mam nic przeciwko temu by producenci więcej inwestowali w R&amp;D, lepszy serwis, czy bardziej komfortowe miejsca sprzedaży niż zasypywali mnie głupawymi spotami i ulotkami. Jako konsument stokroć wolę „przepłacić” za jakość i faktyczną troskę o moje potrzeby niż za słuchanie nawiedzonego bełkotu i nachalną, agresywną komunikację, której sobie nie życzę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bzdurne wydaje mi się założenie, że „udział w wydatkach” przekładać ma się jakimś cudem na mój „udział w zainteresowaniu” czy miłości do taniego badziewia. Jako konsument potrafię odróżnić miernotę od trwałości, a kicz od dobrego smaku. Bzdurna wydaje mi się teoria, że marka ma być „latarnią” pomagającą mi dokonywać wyborów na wzburzonym oceanie nadmiaru obfitości. I tak przecież większości tych ofert nawet nie biorę na poważnie pod rozwagę – skreślam z mojej „short listy” już na starcie. Jeśli niczym się nie różnią, to niech rządzi cena – zapłacę za mniej i za jak najwięcej i guzik mnie wtedy obchodzą jakiekolwiek „osobowości”. Absurdalny wydaje mi się podział na „marketing” i „sprzedaż’, gdzie ten pierwszy w dodatku sprowadzany jest jedynie do zarządzania agencją reklamową. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam też przekonanie, że z rynku znikać będą w przyspieszonym tempie wszelkie „marki” nie oferujące nic poza infantylną komunikacją w „prime time”. A jeśli nawet jakimś cudem dorobiły się nie tylko „osobowości”, ale wręcz „duszy”, to życzę im by błąkała się ona wiecznie w ciemnościach marketingowego Szeolu.&lt;br /&gt;Tak na  marginesie: wypełnienie postulatu rozwinięcia nowej dyscypliny: „tanatologii marek” wydaje mi się tym samym kwestią coraz pilniejszą.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-8778429845852101362?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/f-7ccNmzIxLX_du4ZXm7aX2YPK0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/f-7ccNmzIxLX_du4ZXm7aX2YPK0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/f-7ccNmzIxLX_du4ZXm7aX2YPK0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/f-7ccNmzIxLX_du4ZXm7aX2YPK0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/Ii0cKOx6bRU" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/8778429845852101362/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/kres-magicznej-osobowosci-marki-i.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/8778429845852101362?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/8778429845852101362?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/Ii0cKOx6bRU/kres-magicznej-osobowosci-marki-i.html" title="Kres magicznej „osobowości marki” i renesans zdrowego rozsądku?" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/11/kres-magicznej-osobowosci-marki-i.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;D0MFRnw_eip7ImA9WxNVGEQ.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-5082239214053169624</id><published>2009-10-30T09:55:00.002+01:00</published><updated>2009-10-30T10:36:57.242+01:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-10-30T10:36:57.242+01:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozdroża reklamy" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Jak umierają brandy, czyli propozycja nowej dyscypliny marketingowej - tanatologii marek.</title><content type="html">Bardzo wiele mówi się ostatnio o innowacji, zmianie i nadążaniu za rzeczywistością. Mantrą przewodnią jest „wymyślanie się od nowa” w odniesieniu do marek, firm, modeli biznesowych. Grzechem głównym biznesu (a także marketingowych działań) okazuje się zaś uniemożliwiająca taką zmianę pycha – rozumiana tradycyjnie jako przesadna wiara we własną wartość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pychą określana jest przesadna wiara we własną wartość. Marketing korporacyjny bardzo często celuje w umacnianiu takiej wiary. Wciąż zdaje się wierzyć, nie tylko w to, że posiada realną „władzę” nad konsumentem, ale również w to, że międzynarodowi eksperci czy „guru” ds. marketingu w zasadzie nigdy się nie mylą. Postawę tą bez można nazywać „wiarą” ponieważ bardzo często nie istnieją żadne racjonalne przesłanki ani  dowody na to, że „dogmaty” funkcjonujące w marketingowym obiegu są w jakiejkolwiek mierze „prawdziwe” czy choćby zgodne z potocznym doświadczeniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pycha to również arogancja i wyniosłość – spoglądanie z góry na partnerów biznesowych, klientów, konsumentów (czy wewnątrz firmy – na pracowników innych działów), brak woli by poznać ich naprawdę, zainteresować się ich światem. Pycha sprawia, że podejście do klienta staje się zupełnie odhumanizowane, zaczyna w nim dominować autorytaryzm i paternalizm wyrażające się w przekonaniu, że „wiemy lepiej czego chcą nasi klienci”, klienci przestają też być ludźmi, stają się wyłącznie operacyjnym „targetem”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jim Colins identyfikuje pychę (niezachwianą wiarę we własną wyjątkowość) jako pierwszą fazę upadku firmy. Po niej następują kolejne: zachłanność, lekceważenie, panika, a w końcu kapitulacja. Analogią służącą do opisu upadających firm stają się upadające imperia (How Mighty Companies Fall).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe jest to, że fazy te związane są z brakiem umiaru – dwie pierwsze wręcz bezpośrednio nawiązują zaś do tego, co określamy mianem grzechu. Teologowie chrześcijańscy dla określenie siedmiu grzechów głównych ukuli niegdyś nawet specjalny akronim: SALIGIA. Poszczególne litery pochodzą w nim od łacińskich słów: superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira oraz acedia, czyli kolejno: &lt;br /&gt;• Pycha &lt;br /&gt;• Chciwość &lt;br /&gt;• Nieczystość &lt;br /&gt;• Zazdrość &lt;br /&gt;• Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu &lt;br /&gt;• Gniew &lt;br /&gt;• Lenistwo lub znużenie duchowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem czy Collins celowo nawiązuje do chrześcijańskiej etyki, ponieważ jego książki jeszcze nie czytałem (opieram się jedynie na jej omówieniu opublikowanym w magazynie Think Tank) ale analiza kolejnych etapów upadku wielkich firm wydaje się bardzo inspirująca – chyba nawet bardziej niż analiza wielkich sukcesów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podążając za myślą Collinsa można by się pokusić o dokonanie podobnej analizy dotyczącej upadku marek. Często przecież firma istnieje nadal, ale znika z rynku marka, w którą inwestowano czasem bardzo znaczne środki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O ile Colins oparł się na modelu upadku wielkich imperiów, to w przypadku marek proponuję wykorzystać model upadania systemów religijnych. Istnieje nawet dyscyplina zajmująca się takim zagadnieniem – jest nią tanatologia religii (od greckiego thánatos – śmierć), w rozwój której olbrzymi wkład wniósł niewątpliwie nieżyjący już historyk religii, religioznawca i filozof profesor Tadeusz Margul.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Upadek religii, tak jak upadek imperiów opisać można w kilku następujących po sobie fazach. Są to kolejno:&lt;br /&gt;1. Wiążący się ze zmianami jakościowymi upadek pobożności.&lt;br /&gt;2. Związany ze zmianami ilościowymi spadek liczby wyznawców (charakterystyczna jest na tym etapie feminizacja i zmiana struktury wieku wiernych – starzenie się).&lt;br /&gt;3. Faza wegetacji garstki ostatnich wyznawców (zatrzymywanych przez tradycję, przyczyny rasowe, gospodarcze lub społeczne)&lt;br /&gt;4. Ostateczny zanik.&lt;br /&gt;5. Polikwidacyjne trwanie religii w „podziemiu”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;T. Margul zidentyfikował szereg przyczyn śmierci religii oraz „przewlekłych dolegliwości” nękających je przed ostatecznym upadkiem. Opisał również różne typy tego upadku, a wśród nich:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-  wynikającą z uwiądu starczego śmierć naturalną (religie starożytnego Egiptu czy babiloński kult Marduka)&lt;br /&gt;- śmierć wynikającą z braku spoistości i tendencji racjonalistycznych (religia starogrecka),&lt;br /&gt;- śmierć powodowana brakiem immunologicznej odporności na młodszą i bardziej silną konkurentkę (Rzym, religie słowiańskie),&lt;br /&gt;- śmierć na skutek wcześniejszego wykończenia organizmu (religie perskie - mazdaizm, buddyzm w Indiach)&lt;br /&gt;- śmierć na skutek zbyt prowokacyjnej dla otoczenia postawy (manicheizm)&lt;br /&gt;- śmierć gwałtowna, tragiczna (religia aztecka) – ta ostatnia posiada jednak wiele bardziej innych złożonych przyczyn.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ porównanie marki do religii jest dosyć oczywiste i często wykorzystywane (kategoria „kultu”, „wiernych”, irracjonalny charakter, podobne modele dyfuzji itd.) nowa dyscyplina: tanatologia marek ma szansę na rozwój i choćby niszowe trwanie (jeśli nie zniknie zgodnie z jednym z powyższych modeli).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/63/Mani.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 501px; height: 653px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/63/Mani.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W podobieństwo pomiędzy religiami i fenomenem marek doskonale też wpisuje się zaproponowane przez E. Voegelina pojęcie „przemocy eschatologicznej”, czyli takie działania, które zgodnie z odczuciem wyznawców-aktywistów sytuują się poza dobrem i złem. Może nawet cały marketing należałoby uznać za rodzaj takiej „eschatologicznej przemocy” – czy nie jest to również pewien ogół poglądów na temat celów ostatecznych? „Gwarantowana satysfakcja”, czy „nieziemskie doznania” zastępują być może kwestię życia po śmierci, łaski czy zbawienia, ale „aktywiści” traktują je z równą powagą, jak niektórzy średniowieczni teologowie – czasem nawet gotowi byliby oponentów posyłać choćby na symboliczny stos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do tanatologii marek „upadek pobożności” oraz topniejąca liczba wyznawców (mierzone jako konsumpcja czy skłonność do polecenia) następują najczęściej – tak jak w przypadku religii - na skutek utraty patronatu. Dopóki istnieją „mecenasi” i sponsorzy skłonni utrzymywać szaleńcze nawet kościoły wierzące niezachwianie w objawioną „misję” dopóty marka może sobie całkiem dobrze radzić – choćby to, co kryło się za jej nazwą było zwykłą hochsztaplerką. Celebryci, liderzy opinii i inni niektórzy dziennikarze, a także tytuły mediowe - „łaskawcy” użyczający uwagi wybranym markom występując często w roli takich patronów. Kościoły i sekty walczą zaciekle o ich przychylność przeczuwając, że na samym „słowie objawionym” nie zawsze można opierać nadzieję ciągłości systemu wierzeń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patroni jednak otaczając jakąś wschodzącą sektę opieką czy interesując się chwilową herezją czynią to kapryśnie – wedle chwilowego uznania lub traktują religię instrumentalnie – zamierzają dzięki niej załatwiać sobie tylko znane interesy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patroni bywają więc groźni i nieprzewidywalni w swoich decyzjach.&lt;br /&gt;Dla religii i marek oznacza to jedno: &lt;br /&gt;UWAŻAJCIE NA SWOICH PATRONÓW!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: szczególnie tą pierwszą pozycję polecam gorąco wszystkim markom, które nie chcą skończyć tak jak wyznawcy Maniego:&lt;br /&gt;Tadeusz Margul, „Jak umierały religie. Szkice z tanatologii religii”, Książka i Wiedza, Warszawa, 1983&lt;br /&gt;Eric Voegelin, „Lud Boży”, tłum. Monika Umińska, Znak, Kraków, 1994.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-5082239214053169624?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UqGFG3etOnpmeYD-qXl2UWDVdfI/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UqGFG3etOnpmeYD-qXl2UWDVdfI/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UqGFG3etOnpmeYD-qXl2UWDVdfI/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UqGFG3etOnpmeYD-qXl2UWDVdfI/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/5HYcNtNj6cQ" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/5082239214053169624/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/jak-umieraja-brandy-czyli-propozycja.html#comment-form" title="Komentarze (1)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/5082239214053169624?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/5082239214053169624?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/5HYcNtNj6cQ/jak-umieraja-brandy-czyli-propozycja.html" title="Jak umierają brandy, czyli propozycja nowej dyscypliny marketingowej - tanatologii marek." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">1</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/jak-umieraja-brandy-czyli-propozycja.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;CE4GQng_eCp7ImA9WxNVEUw.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-6507812788004628354</id><published>2009-10-21T10:12:00.002+02:00</published><updated>2009-10-21T10:15:23.640+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-10-21T10:15:23.640+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><title>Kryzysowy efekt szminki (w tradycyjnie wyrazistym kolorze).</title><content type="html">Każdy kryzys wcześniej czy później kończy się. Jest on zresztą szansą – sytuacja kryzysowa pobudza refleksję i otwiera nowe możliwości działania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chętnie ulegamy tego rodzaju przekonaniom za sprawą ich optymistycznego wydźwięku. Oferują nadzieję na lepsze jutro – może zupełnie inne, może jeszcze nieznane, ale na pewno lepsze. Bo przecież każdy kryzys kiedyś się skończy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lektura wydanej właśnie „Antropologii władzy”, nowej książki profesor Jadwigi Staniszkis pewność mitu „lepszego jutra” może znacznie nadwyrężyć. Sięgając po tą książkę należy się przygotować na brak powierzchownych diagnoz czy powielanych przez media frazesów na temat domniemanych przyczyn kryzysu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jadwiga Staniszkis jednym zdecydowanym ruchem zdziera wszystkie zasłony ekonomiczno-politycznej ułudy i dociera do samego sedna problemu stawiając w centrum kwestię wątpliwości wokół uniwersaliów – i to właśnie średniowieczny spór o „powszechniki” toczony przez zwolenników nominalizmu z wyznawcami realizmu okazuje się właśnie dziś nad wyraz aktualny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kwestia powszechników pojawia się w kontekście granic władzy możliwej dla ustanawiania i stosowania w ramach UE czy roli Traktatu Lizbońskiego w procesie definiowania tożsamości unijnej. Podczas gdy „ekonomia norm” i „wielowymiarowa ontologia prawa” domagają się rozumowej zgodności, to przecież wątpliwości budzić może sama możliwość uzgodnienia państwowych rozwiązań prawnych z normami zawartymi w „wyższym” (?) porządku aksjologicznym. Sprzeczność pomiędzy normami uznawanymi lokalnie i statusem zasad pozwalających na „odgórne” regulacje daje się znieść albo poprzez wskazanie „obiektywnego” źródła wartości albo poprzez opartą na umowie koegzystencję pluralizmu monadycznych etyk społecznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/St7C8HCKXCI/AAAAAAAACzo/G5gI6Mo_Jw0/s1600-h/jadwiga-staniszkis-antropologia-wladzy-315x480.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 210px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/St7C8HCKXCI/AAAAAAAACzo/G5gI6Mo_Jw0/s320/jadwiga-staniszkis-antropologia-wladzy-315x480.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5394963741572488226" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dynamika relacji i procesy właściwe dla sieci wydają się dziś bardziej pasować do opisu współczesnej rzeczywistości władzy niż struktury oparte na hierarchicznym ładzie i ustanawianym odgórnie porządku. Jednak odrzucanie sztywnych, statycznych struktur na rzecz zmienności nieukierunkowanych procesów być może przybliża uzyskanie satysfakcji poznawczej i komfortu rozumienia, jednak cena, którą należy ponieść staje się utratą nadziei. Pod tym względem nic się chyba nie zmieniło - jabłko poznania okazało się przecież bardzo cierpkie w smaku, karą zaś było wypędzenie z ogrodu leżącego na terenie, na który do dziś pada cień pewnych „Osi Zła”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pesymistyczne są również konsekwencje przyjmowania takiej kondycji człowieka, w której kryzys traktować należy nie tyle jako stan wyjątkowy (w dużej mierze przewidywalny i cechujący się oczekiwaną cyklicznością), co jako permanentną sytuację egzystencjalną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wynikiem filozoficznych refleksji, z których składa się książka J. Staniszkis jest swoista klasyfikacja różnych dyktatów władzy:&lt;br /&gt;- dyktat formy (którego przejawem może być „przemoc strukturalna”),&lt;br /&gt;- dyktat idei (zakorzenionych w odmienności  przyjmowanych przez kultury założeń ontologicznych),&lt;br /&gt;- dyktat mocy (np. jako monopol gwarantowania minimum oczekiwanego porządku oparty jedynie na koncentracji siły).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracamy więc do rozważań Platona, Arystotelesa i niezliczonej rzeszy interpretatorów filozofii greckich klasyków. Chrześcijaństwo „wchłaniające” i „przetrawiające” kolejne próby odczytań (nie w pełni na początku dostępnych) pism i nawiązań do pierwszych systematycznych refleksji na temat Bytu (czy też Boga) pozostawiło w naszej europejskiej kulturze trwały ślad  - zapis kolejnych „pewników”, „odkryć”, „herezji” i niekończących się dysput na temat źródła wartości (ślad inny dla kultur z kręgu prawosławia, inny dla katolickich, a jeszcze inny dla protestantów).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Antropologia kulturowa (czy może filozofia kultury?) uprawiana przez J. Staniszkis wydaje się idealną metodą poszukiwań i stawiania pytań na temat przyczyn kryzysu. Przykład ukazania rozdźwięku pomiędzy skalą wirtualnych operacji finansowych a ich materialnymi odpowiednikami jako odpowiednika nie korespondujących ze sobą: oceną sytuacji z jednej strony i jej „rzeczywistym” charakterem; przykład korozji zaufania do „centrum” (jego istnienia?) czy kwestia dyskretnego narastania konsekwencji wadliwych relacji pozwalają przyjąć zupełnie inną perspektywę poznawczą. Poza wskaźnikami makroekonomicznymi, kwestiami inwestycji, deficytów, przepływów pieniężnych i ambicji politycznych ukazuje się struktura odwiecznych zmagań przedstawicieli gatunku zagubionego w fascynującej i zarazem groźnej „Naturze”, próbującego nad nią na przemian to panować, to żyć z nią w zgodzie. Ten słaby i zarozumiały gatunek jak się okazuje tęskni wciąż za oczywistością i pewnością imperatywów moralnych, które będzie w stanie przyjąć po jednym warunkiem – sam je „rozumowo” stworzy, następnie w nie uwierzy, a w końcu będzie miał czelność zakwestionować.&lt;br /&gt;Zmagania trwają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: „Antropologia władzy. Między Traktatem Lizbońskim a kryzysem” Jadwigi Staniszkis, Prószyński i S-ka, 2009 jest moim zdaniem jedną z najważniejszych książek tego roku. I prawdopodobnie – do końca roku już niedługo – okaże się tą najważniejszą.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-6507812788004628354?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/yTQX05e1w2KADKfpYkNRo45rQb4/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/yTQX05e1w2KADKfpYkNRo45rQb4/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/yTQX05e1w2KADKfpYkNRo45rQb4/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/yTQX05e1w2KADKfpYkNRo45rQb4/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/lb9vWUMYi3Q" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/6507812788004628354/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/kryzysowy-efekt-szminki-w-tradycyjnie.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/6507812788004628354?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/6507812788004628354?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/lb9vWUMYi3Q/kryzysowy-efekt-szminki-w-tradycyjnie.html" title="Kryzysowy efekt szminki (w tradycyjnie wyrazistym kolorze)." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/St7C8HCKXCI/AAAAAAAACzo/G5gI6Mo_Jw0/s72-c/jadwiga-staniszkis-antropologia-wladzy-315x480.jpg" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/kryzysowy-efekt-szminki-w-tradycyjnie.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;CUcFRH06fip7ImA9WxNWFUQ.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-1182316965416043309</id><published>2009-10-14T09:46:00.004+02:00</published><updated>2009-10-15T09:50:15.316+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-10-15T09:50:15.316+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Wojna postu z karnawałem, czyli garść ludowych mądrości</title><content type="html">Zwiększanie produkcji dla celów konsumpcji ma być jedynym lekiem na całe zło i oddalenie widma recesji (tudzież jej powrotu). Konsumpcja rzecz jasna służyć ma jedynie zwiększaniu przyjemności – bo czemuż innemu służyć dziś może, gdy wszystkie potrzeby dawno już zostały zaspokojone?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Komentatorzy wszystkich niemal mediów z niepokojem śledzą nastroje konsumenckie – czy nasze konsumenckie obawy nieco już opadły, nie boimy się utraty pracy? Czy nie myślimy już o przyszłych wakacjach?  A ile wydamy w tym roku na prezenty świąteczne? Czy nie chcemy sobie poprawić nastroju większą ilością tabliczek zakupionej czekolady? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To pytania fundamentalne dla gospodarczego być albo nie być (mniej już istotne dla i tak regularnie nie spełnianych politycznych obietnic). Losy świata zostały więc dziś złożone w rękach konsumentów – to w nich ulokowano największe nadzieje i oczekiwania. I to niezależnie od tego, czy są to konsumenci zamożni czy biedni, mieszkają w USA, Francji, Chinach czy Nigerii, mogą nawet mieszkać nad Wisłą – byle przejawiali rosnącą intencję zakupu czegokolwiek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z drugiej strony, dialektyczne napięcie tworzy wypuszczona na wolność chimera zrównoważonego rozwoju i CSR czy przeróżnie (zazwyczaj zaś jednak cudacznie) rozumianej „ekologii” sensu largo. Trzeba być oszczędnym. Wstrzemięźliwym trzeba być. Powściągnąć estetyczno-hedonistyczne zakusy w imię walki o dobrostan białych niedźwiedzi i amazońskich lasów. Artyści śpiewają o tym piosenki, co sprytniejsi politycy zaczynają już zbijać przedwyborczy kapitał, a tankujący na stacjach muszą płacić za komfort odebrania plastykowej reklamówki, którą jeszcze do niedawna wciskano za darmo nawet przy zakupie zapalniczki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwa wyraźnie sprzeczne sygnały wysyłane są więc dziś w kierunku tego samego „konsumenta”. Znalazł się on w sytuacji trudniejszej niż przewiduje nie tylko ustawa antykorupcyjna, ale nawet uwielbiany przeze mnie pasjami model polaryzacyjno-dyfuzyjny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sytuacji tak dramatycznej i moralnie skomplikowanej pozostaje chyba tylko zastosować się do skarbnicy kapitału wiedzy ludowej i posłuchać maksymy: „Bądź mądry i pisz wiersze”. Ponieważ modny dziś wiersz „biały” nie stawia większych wyzwań warsztatowych, część konsumentów oddaje się tej przyjemności (wzniosłej tym razem w przeciwieństwie do odrażającego moralnie zakupoholizmu).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piszą więc konsumenci wiersze. Biorą udział w konkursach, wymyślają hasła, scenariusze reklam i wysyłają mailem do zrozpaczonych zanikiem kultury konsumpcji producentów. Piszą  i liczą po cichu na wierszówkę. A tu (znowu przysłowiowa) figa z makiem! Czasem nawet figi, fikuśnie wykrojone, czajnik z gwizdkiem i radyjko tranzystorowe (choć nie ma już żadnych tranzystorów) jako nagroda za uciułane punkty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oszczędzać czy wydawać – oto jest pytanie! Współczesny Hamlet stoi nie tyle nad otwartym grobem (śmierć jest niemodna w pop-kulturze, chyba że w horrorach z „Kręgu” „Piły”), co nad upadłą galerianką, a w dłoni miast czaszki dzierży kartę kredytową (w zasadzie debetową – ale i tak nie widać żadnej różnicy).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Biedny i rozdarty jest współczesny konsument. Jak mawia kolejna ludowa mądrość – jak by się nie ruszył d.... zawsze z tyłu. Ni zszyć, ni spruć – (ni z gruchy, ni z pietruchy, w wersji ekologicznego rolnika) jak mawia ukryta nasz mądrość&lt;br /&gt;(ależ my jesteśmy mądrym narodem –przewidzieliśmy wszystko!).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Egzystencjalna rozterka na miarę Pascala (tym razem nie tego od kurczaka z rodzynkami) coraz częściej  przerywa niespokojny sen Obywatela Konsumenta. Jeśli przestanie kupować dla przyjemności, to zamkną jego zakład pracy, w którym przyjemności te dnia każdego produkuje i w sreberka z mozołem zawija – konsument dojrzał już do takiej ekonomicznej świadomości. Jeśli kupi i nie spłaci skonsolidowanych radośnie pożyczek, to zamkną jego i niewinne dziatki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak źle i tak niedobrze. Ale jak mawiają mądrości – kupić nie kupić, potargować można. Konsument zamienia się więc w smartshopera albo innego zatanistę. Wybiera kompromis skąpca.pl tudzież podobny model konsumowania z ograniczoną konsumpcyjnością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawdziwy konsument jest jak Neo – już wie, że jest wybrańcem i musi uratować świat  oraz zatrzymać efekt cieplarniany (inaczej grozi nam klapa turystyczna w Zakopanem).&lt;br /&gt;A przecież wszyscy jesteśmy konsumentami.&lt;br /&gt;Yes we can!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: tegoroczne „noble” (również w dziedzinie ekonomii) potwierdzają rosnące napięcie.&lt;br /&gt;I to jest bardzo niepokojące.&lt;br /&gt;Bardzo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-1182316965416043309?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/CXtNm_To0HBJc15ahtxFvHGVMJI/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/CXtNm_To0HBJc15ahtxFvHGVMJI/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/CXtNm_To0HBJc15ahtxFvHGVMJI/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/CXtNm_To0HBJc15ahtxFvHGVMJI/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/tvrowXMUrqM" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/1182316965416043309/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/wojna-postu-z-karnawaem-czyli-garsc.html#comment-form" title="Komentarze (4)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/1182316965416043309?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/1182316965416043309?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/tvrowXMUrqM/wojna-postu-z-karnawaem-czyli-garsc.html" title="Wojna postu z karnawałem, czyli garść ludowych mądrości" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">4</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/wojna-postu-z-karnawaem-czyli-garsc.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;C0cNQHw_eCp7ImA9WxNWE0k.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-1924243802780976874</id><published>2009-10-10T18:30:00.004+02:00</published><updated>2009-10-12T11:51:31.240+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-10-12T11:51:31.240+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Homo Inquietus" /><title>Homo Inquietus</title><content type="html">&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/StL8FuR3oQI/AAAAAAAACzg/yzyWhIVY0Zk/s1600-h/logo_male.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 226px; height: 101px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/StL8FuR3oQI/AAAAAAAACzg/yzyWhIVY0Zk/s320/logo_male.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5391648879168430338" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Fundacja „&lt;a href="http://www.homoinquietus.org/"&gt;Homo Inquietus&lt;/a&gt;” pokonała wreszcie większość przeszkód urzędowych i może oficjalnie prowadzić swoją działalność. Nie było łatwo – jeszcze niejedną przeszkodę trzeba będzie pokonać, ale to, co najważniejsze udało się załatwić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fundacja została zarejestrowana w odpowiednich urzędach, a jej konto już działa (to ostatnie, jak się okazuje nie jest rzeczą prostą – banki niechętnie prowadzą rachunki dla organizacji non-profit).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszym i najważniejszym projektem Fundacji jest „Księga wywiadów filozoficznych”. Łukasz Marcińczak zebrał już sporo materiałów i niebawem fragmenty wywiadów znajdą się na stronie Fundacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkie osoby zainteresowane działalnością Fundacji, lub chcące wspierać ją w dowolnej formie (finansowo lub jako wolontariusze) zapraszam na stronę: www.homoinquietus.org&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: jak napisał Horacy: &lt;em&gt;Exegi monumentum aere perennius...&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;I my też możemy coś zbudować.&lt;br /&gt;Lub chociaż spróbować.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-1924243802780976874?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/9nUuY4ROH_N-rZuV0oKeveQa1tg/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/9nUuY4ROH_N-rZuV0oKeveQa1tg/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/9nUuY4ROH_N-rZuV0oKeveQa1tg/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/9nUuY4ROH_N-rZuV0oKeveQa1tg/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/ZCOAjQJVn-A" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/1924243802780976874/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/homo-inquietus.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/1924243802780976874?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/1924243802780976874?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/ZCOAjQJVn-A/homo-inquietus.html" title="Homo Inquietus" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/StL8FuR3oQI/AAAAAAAACzg/yzyWhIVY0Zk/s72-c/logo_male.jpg" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/homo-inquietus.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DkMCQ309eyp7ImA9WxNXF0k.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-4237335131620865520</id><published>2009-10-05T10:42:00.002+02:00</published><updated>2009-10-05T14:07:42.363+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-10-05T14:07:42.363+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozdroża reklamy" /><title>Wikifirma i inne...</title><content type="html">&lt;strong&gt;Wikifirma, czyli dialog z klientami w sieci&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Marek Staniszewski &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konsumenci dziś są wyedukowani pod względem swoich praw, świadomi marketingowych reguł i prób manipulacji ich gustami. A co najważniejsze, są świetnie wyposażeni w narzędzia nowoczesnej i powszechnie dostępnej technologii komunikacji, m.in. internet. Firmy, choć nie zawsze mają tego świadomość, muszą więc zmienić swoją strategię działania z jednokierunkowej komunikacji na tworzenie dwustronnych relacji opartych na równoprawnych i partnerskich zasadach...&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.hbrp.pl/magazyn/index.php#a2"&gt;&lt;br /&gt;WIĘCEJ: &lt;strong&gt;Harvard Business Review&lt;/strong&gt;, Numer 80, październik 2009&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SsmyYJ-9WHI/AAAAAAAACy4/wJc_dto1jUw/s1600-h/HBR.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 220px; height: 178px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SsmyYJ-9WHI/AAAAAAAACy4/wJc_dto1jUw/s320/HBR.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5389034557192099954" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;OPINIA: Nie da się ująć w model &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Marek Staniszewski &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Decyzje marketerów bywają równie trudne do zrozumienia, jak zachowania konsumenckie. Czy nie można by ich także badać? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znalezienie tzw. twardej zależności pomiędzy nastawieniem wobec marki, kształtowanym przez reklamę postrzeganiem jej wizerunku i chęcią zakupu, a w końcu samym kupowaniem – było, i jak na razie pozostaje, niespełnionym snem marketerów. &lt;br /&gt;Nie istnieje żaden prosty przyczynowo-skutkowy związek pomiędzy tym, w jaki sposób ludzie odbierają reklamy (podczas badań pretestowych często nieukończone!), co mówią na ich temat i co zrobią później przy półce. Jak dotychczas nie udało się wypracować potwierdzonego modelu badania oraz sensownej analizy wielości przykładowych zależności i istniejących pomiędzy nimi powiązań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SsnhdFJCqOI/AAAAAAAACzA/lSQdBG3e28s/s1600-h/MwP.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 129px; height: 164px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SsnhdFJCqOI/AAAAAAAACzA/lSQdBG3e28s/s320/MwP.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5389086318838065378" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Na podstawie własnego doświadczenia i osobistych obserwacji każdy samodzielnie może stwierdzić, że sposób, w jaki oceniamy reklamę, zmienia się wraz z sytuacją, w której uczestniczymy, miejscem, ale też naszym nastawieniem wobec marki, poprzednimi do- świadczeniami z produktem. Nie wszystko więc, co moglibyśmy zadeklarować podczas badań, jest tym, co myślimy. Często także nie potrafimy w ogóle jasno wyrazić tego, o czym myślimy… &lt;br /&gt;Reklama może nam się bardzo podobać, jeśli np. traktujemy ją jako rozrywkę, ale równocześnie nie musi to wpływać na nasze ogólne nastawienie wobec firmy, z której serwisem wiążemy wspomnienia przykrych doświadczeń. Jeśli zaś reklama informuje nas o nowym pro- dukcie od marki, co do której jesteśmy przychylnie nastawieni, to wyżej ocenimy samą reklamę – choćby była kreatywną porażką. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od pewnego czasu emocjonalne nastawienie do reklamy i marek doczekało się większego zainteresowania oraz licznych badań i studiów. Wciąż jednak powiązanie ze sobą treści przekazu (i zawartej w nim intencji marketera), jego racjonalnej oceny i zapamiętywalności z wywołanymi odczuciami i emocjami, a następnie przełożenie tego na decyzje i działania konsumentów zachodzące w realnej sytuacji zakupowej napotyka wiele przeszkód nie tylko metodologicznych. Opisany przez Spike’a Cramphorne’a model „GEAR” (Generalised Adver- tising Response) największej z marketingowych zagadek na pewno nie rozwiązuje, ale dosyć dobrze obrazuje stopień trudności, przed jakimi stają badacze analizujący wyniki pretestów...&lt;br /&gt;&lt;a href="http://marketing.org.pl/index.php/go=2/act=2/aid=m4ac46be06992a"&gt;WIĘCEJ: „&lt;strong&gt;Marketing w praktyce&lt;/strong&gt;”; Nr 9/2009&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-4237335131620865520?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/D8A7odhTfGj7SzrVdU-j4roq2q0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/D8A7odhTfGj7SzrVdU-j4roq2q0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/D8A7odhTfGj7SzrVdU-j4roq2q0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/D8A7odhTfGj7SzrVdU-j4roq2q0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/0yvj7dLyREk" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/4237335131620865520/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/wikifirma-czyli-dialog-z-klientami-w.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/4237335131620865520?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/4237335131620865520?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/0yvj7dLyREk/wikifirma-czyli-dialog-z-klientami-w.html" title="Wikifirma i inne..." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SsmyYJ-9WHI/AAAAAAAACy4/wJc_dto1jUw/s72-c/HBR.jpg" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/wikifirma-czyli-dialog-z-klientami-w.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;C0MCQHw6cSp7ImA9WxNQF08.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-4985258492474777701</id><published>2009-09-23T17:19:00.003+02:00</published><updated>2009-09-23T17:57:41.219+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-09-23T17:57:41.219+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozdroża reklamy" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Paradoksy kreatywności</title><content type="html">Wydaje się, że dziś już nie wypada być pomysłowym. Nie wypada też rozwiązywać problemów w sposób twórczy. Chcąc być „na czasie” należałoby zamiennie używać dwóch pojęć: „kreatywność” i „innowacja”. Coraz częściej jednak są one nadużywane lub stanowią przykrywkę szarej zwyczajności. Kolejną „bańką” pękającą na naszych oczach jest chyba właśnie idea „kreatywności” za wszelką cenę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomimo tego, że istnieje ponad pół setki definicji kreatywności, nikt do końca nie wie czym ona jest, nie ma bowiem żadnej, powszechnie przyjętej definicji wspólnej. Skoro trudno coś zdefiniować, to jeszcze trudniej tym czymś zarządzać lub to mierzyć. Kreatywność jak widać już od samego początku powoduje problemy i nieporozumienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;By rzeczy nadmiernie nie komplikować przyjmijmy, że kreatywność to połączenie oryginalnej twórczości z użytecznością. Ważne jest przy tym by oba te warunki (oryginalna idea i użyteczność) zachodziły łącznie. Oryginalne rozwiązanie powinno się opierać na idei nowej, odmiennej od tego, co stosuje się najczęściej w danych okolicznościach. Nie musi więc to być od razu idea nowatorska – może to być po prostu idea przeniesiona z zupełnie innego obszaru. Użyteczność, drugi warunek, oznacza, że twórczość ta służy czemuś konkretnemu – tzw. „sztuka dla sztuki” nie spełnia warunków kreatywności. To Chińczycy wynaleźli proch czy kompas. Wynalazki te zostały jednak „kreatywnie” bo skutecznie wykorzystane dopiero wiele wieków później w Europie.&lt;br /&gt;Tworzenie o jakim mowa, nie zakłada rzecz jasna creatio ex nihilo. Tworzeniem jest często rekombinacją i łączeniem znanych elementów w nowy sposób np. poprzez zmianę ich struktury czy odkrywanie zupełnie nowych zależności pomiędzy nimi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gotowych recept na kreatywność można dziś znaleźć tysiące – ilość literatury na ten temat od początku lat 90-tych przyrasta w lawinowym tempie. Wydaje się, że w większości przypadków przepisy na temat kreatywności sprowadzają się tak naprawdę do konieczności spełniania jednego warunku. Jest nim niezależność. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niezależność tą należy rozumieć szeroko: jako wolność od ograniczeń, posiadanie wystarczających, zapewniających autonomię zasobów oraz brak przymusu kierującego w stronę określonego rozwiązania. Warunek niezależności można dodatkowo wzmocnić warunkiem dysponowania odpowiednią ilością czasu. Powinno go być przynajmniej tyle by wielość generowanych rozwiązań mogła zostać poddana właściwej ocenione i krytycznym próbom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O tym, że kreatywność czy związana z nią innowacyjność stała się głównym kapitałem firm i marek nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Klasycznie ujmowana innowacyjność oznacza w biznesie podejmowanie nowej działalności gospodarczej lub dostarczanie nowych usług poprzez nowatorskie kombinacje czynników produkcji, nowe wyroby, sposoby dystrybucji dóbr i usług. W ostatnich latach trudno było sobie wyobrazić firmę, która zaniedbywałaby takie podejście. Szybkość dostarczania nowych i lepszych od dotychczas stosowanych rozwiązań stała się głównym miernikiem konkurencyjności. Pasmo nieprzerwanego wzrostu gospodarczego mieliśmy też zawdzięczać rosnącej &lt;a href="http://www.creativeclass.com/richard_florida/"&gt;'creative class' &lt;/a&gt;(pojęcie wypromowane przez Richarda Floridę) nowej społecznej sile napędowej gospodarki post-industrialnej. Funkcjonując w takiej rzeczywistości trudno nie ulec tyranii kreatywności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopóki więc „kreatywność” będzie miała szerokie grono orędowników wierzących w ideę ciągłego postępu istniały będą także problemy związane z tworzeniem nowych idei i oceną tego, co kreatywne...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;WIĘCEJ: "&lt;a href="http://marketing.org.pl/index.php/go=2"&gt;Marketing w praktyce&lt;/a&gt;", nr 9(139), 09.09.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-4985258492474777701?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/BUV5843MGUr0jKgYGsoxyKJtcFA/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/BUV5843MGUr0jKgYGsoxyKJtcFA/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/BUV5843MGUr0jKgYGsoxyKJtcFA/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/BUV5843MGUr0jKgYGsoxyKJtcFA/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/7wu_58amJQE" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/4985258492474777701/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/paradoksy-kreatywnosci.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/4985258492474777701?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/4985258492474777701?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/7wu_58amJQE/paradoksy-kreatywnosci.html" title="Paradoksy kreatywności" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/paradoksy-kreatywnosci.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;A0ENQ3o9eSp7ImA9WxNQFkQ.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-3442076375993836794</id><published>2009-09-22T09:44:00.001+02:00</published><updated>2009-09-23T11:54:52.461+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-09-23T11:54:52.461+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Forum Ekonomiczne 2009" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Neopragmatyzm imperatywem na niepewną przyszłość.</title><content type="html">XIX Forum Ekonomiczne w Krynicy powoli odchodzi do historii. W mediach wydarzanie to zostało już przeanalizowane i ocenione z  każdej strony. Będzie jednak jeszcze pewnie nie raz powracać – ilość wystąpień i bogactwo tematyczne były doskonałą inspiracją w czasach niedoskonałej gospodarki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeciego, ostatniego dnia forum (11 września) wysłuchałem dwóch debat o tematyce gospodarczej. Pierwsza zatytułowana była: „Świat po kryzysie. Nowy ład ekonomiczny”  - moderator: Krzysztof Rybiński (Ernst &amp; Young, SGH), laureat ekonomicznego Nobla Edmund Phelps, ekonomista Peter Schiff (prezes Euro Pacific Capital), Francis Bailly (GE international), Wolfgang Clement (Forum Unia Europejska) i Jan V. Rostowski (Minister Finansów. Druga dyskusja nosiła tytuł „Dokąd zmierza kapitalizm? W poszukiwaniu odpowiedniej polityki w dramatycznie zmieniającym się świecie”. Tę drugą dyskusję moderował prof. ekonomii Daniel Daianu, panelistami zaś byli: Grzegorz Kołodko (obecnie dyr. TIGER), Keith Boyfield (Instytut Adama Smitha, UK), Arkadiusz Mularczyk, poseł na sejm, Brigita Schmögnerova (Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju) oraz korespondent ekonomiczny z European Voice – Stewart Fleming.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsza dyskusja – ta z udziałem Phelpsa i Schiffa - była właściwie wielkim ekonomicznym show. Aula Domu Zdrojowego nabita była po brzegi i trudno było znaleźć nawet miejsce stojące. Wymieszani słuchacze, dziennikarze, operatorzy kamer i fotoreporterzy – wszyscy przeszkadzali sobie nawzajem chcąc np. zrobić jak najlepsze zdjęcie i w tym celu przesunąć się choćby o cal do przodu. Druga debata – moim zdaniem równie interesująca - była znacznie skromniejsza i odbywała się w kameralnych warunkach, a pamiątkowe zdjęcia można było zrobić bez żadnych przeszkód. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obie dyskusje łączyła zbliżona troska o przyszłość świata – i nie tylko tą gospodarczą. Paneliści obu debat z równą gorliwością atakowali ten temat by następnie z równą szczerością stwierdzać, że jest to jedna wielka niewiadoma. Padały co prawda propozycje cząstkowych prognoz, ostrożnie stawiano niepewne hipotezy, jednak obszarem dużo bezpieczniejszym niż nieznana przyszłość okazywała się kryzysowa teraźniejszość. I to właśnie ona stanowiła najczęściej odniesienie dla skrywanej za pseudoobiektywizmem krytyki  „tego drugiego obozu” myślicieli czy też możliwości dyskretnego przypomnienia w rodzaju „a nie mówiłem...”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najwięcej rzecz jasna dostało się gospodarce USA. Jej pozycja ekonomiczna i militarna została już zagrożona, teraz wróżono jej czarną przyszłość (była by nią druga Ameryka Łacińska), jeśli nie zacznie pożyczanych pieniędzy inwestować bardziej produktywnie, a nie wyłącznie przeznaczać na dalszą konsumpcję. Europa w porównaniu do USA ma dużo solidniejsze podstawy trwałego wzrostu, może też wiele zyskać dzięki słabnącemu dolarowi (Schiff).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wskazywano również na problemy cywilizacyjne, z którymi nikt do końca nie potrafi dziś sobie poradzić. Skoro zgodnie z niektórymi prognozami w niedalekiej przyszłości na mapie świata pojawić się mają przerośnięte aglomeracje (mega miasta wielkości Norwegii), w których żyła będzie przeważająca liczba mieszkańców globu, to może się okazać, że wyzwania w rodzaju infrastruktury energetycznej, zdrowia mieszkańców czy zanieczyszczeń okażą się zbyt trudne dla przyszłych pokoleń (F. Belly). Pomimo wielu niewiadomych jedno jest pewne: tworzymy właśnie niełatwą przyszłość dla tych, którym żyć tu przyjdzie po nas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikt też do końca nie jest w stanie przewidzieć jakie konsekwencje przyniesie szybki rozwój państw, które na pewno trudno nazwać w pełni demokratycznymi, ale które dysponują olbrzymim kapitałem ludności głodnej owoców produkowanego dziś na cudze zamówienie dobrobytu (problem tego rodzaju zaadresował J. V. Rostowski). Gospodarczo-polityczna geografia, której finansowy i rozwojowy punkt ciężkości przesuwa się na Wschód i Południe już w najbliższym czasie może przynieść wiele niespodzianek – niekoniecznie przyjemnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Interesujące były lapidarne, ale niezwykle cenne uwagi noblisty. Phelps przyznał, że z teorią ekonomii miał problem już podczas studiów – wydawał mu się (zwłaszcza makroekonomia) nauką sztuczną, bazującą na wyabstrahowanych „mechanicystycznych” modelach niewiele mających wspólnego z prawdziwą naturą rynku. Ta ostatnia – tak jak natura w ogóle – pełna jest przypadkowości, chaosu, i tego co nieoczekiwane. „Rutynowe kalkulacje” w oparciu o wydarzanie w przeszłości mogą prowadzić co najmniej do nieporozumień, lub co gorsza – tak, jak w przypadku ostatnich wydarzeń – do finansowych katastrof. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Phelps postulował konieczność podejmowania większego wysiłku w celu tworzenia, nowych, bardziej adekwatnych do współczesnej rzeczywistości teorii ekonomicznych. Kładł nacisk na otwartość wobec aktualnych odkryć innych prężnie rozwijających się dziedzin nauki –  np. psychologii. Jego zdaniem światopogląd ekonomiczny wymaga gruntownej reformy. Skonstatował także, że choć przyszłość na zawsze pozostanie wielką niewiadomą, to właśnie ona powinna stać się jednym z głównych tematów ekonomicznych rozważań. Firmy i gracze rynkowi, całe gospodarki muszą przecież formułować oczekiwania wiązane właśnie z przyszłością (ze świadomością, że pozostanie nieznana). Paradoks ten wymusza stworzenie nowych modeli dla opisu świata relacji, jakie zachodzą pomiędzy różnymi interesami i celami realizowanymi przez rynkowe podmioty. Zwłaszcza, że wszyscy przyznać musimy, że nie do końca potrafimy przewidzieć i rozumieć przyszłe konsekwencji zapadających dziś decyzji i podejmowanych działań. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Phelps nazwał rzecz po imieniu – filozofia (ściślej - podejście epistemologiczne) powinna być częściej wykorzystywana przez zajmujących się ekonomią. Pomimo, że próby badania i przewidywania przyszłości, refleksji nad różnymi jej scenariuszami są dziś koniecznością, noblista zauważył, że wciąż niewiele osób stara się systematycznie zajmować tak niewdzięcznym zagadnieniem. Należałoby więc dodać, że sztuka ta pozostaje tradycyjnie domeną astrologów, wróżów, i wszelkiej maści szalbierzy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Analogii różnicy pomiędzy astrologią i astronomią użył w nieco innym kontekście również Schiff (chyba on – robienie notatek w stojącym tłumie ma wiele minusów...). Także jego zdaniem wielkim błędem jest utrzymywanie mniemania, że receptą wiecznego wzrostu może być gospodarka oparta jedynie na konsumpcji. Choć jak dotąd nie znaleziono lepszego modelu niż gospodarka kapitalistyczna wsparta demokracją, to winna to być dziś gospodarka kładąca większy nacisk na oszczędzanie i inwestowanie. Jego opinię można by wyrazić w stwierdzeniu:  jeśli zachodnie społeczeństwa nie opamiętają się i nie zaczną przejawiać większej odpowiedzialności nadal żyjąc na jeden wielki przysłowiowy kredyt, to tworzymy społeczeństwo „no future”  - przyszłe pokolenia mogą nie być w stanie zadłużenia tego spłacić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobny (w zasadzie kasandryczny ton) dominował na drugim, wspomnianym panelu. Tu punktem wyjścia było pytanie: czy warto za wszelką cenę ratować ideę globalizacji oraz jak sprawić by więcej ludzi mogło korzystać z jej owoców? G. Kołodko debatujący z Phelpsem na poprzednim, XVIII forum – był z nim w wielu punktach zgodny (mam również wrażenie, że było mu trochę przykro, że nie uczestniczył w tegorocznej debacie). On także bardzo krytycznie odnosił się do abstrakcyjnej, oderwanej od rzeczywistości ekonomii. „Reganomia”, thacheryzm, skrajny liberalizm, ekonomia zaangażowana w walki ideologiczne i polityczne dostawały równo po głowie. Przyszłość ekonomii widzi prof. Kołodko w podejściu interdyscyplinarnym – łączącym sposób myślenia właściwy dla socjologii, historii, psychologii czy antropologii.&lt;br /&gt;Kołodko ostrzegał również by nie łudzić się, że oto wraz pierwszymi symptomami ożywienia możemy odtrąbić koniec kryzysu. Jak zauważył odroczone konsekwencje kryzysu finansowego przesunęły się w obszar społeczno-polityczny (nikt dziś np. nie zna przyszłych konsekwencji społecznych zwiększonego bezrobocia związanego z zamknięciem na świecie wielu przedsiębiorstw). Jedno jest pewne – kiedy tylko negatywne konsekwencje pojawią się, pojawi się tym samym to, na czym politycy (zwłaszcza nasi) uwielbiają zbijać własny kapitał - poszukiwanie winnych...&lt;br /&gt;Generalnie opinia G. Kołodki była jednoznaczna: kryzys z jakim mamy dziś do czynienia jest głównie kryzysem moralnym i ideologicznym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brigita Schmögnerova również mocno skrytykowała to, co nazwała „anglosaksońskim” modelem neoliberalizmu, który został jej zdaniem totalnie skompromitowany i ukazał swoją nieprzydatność. Modyfikacja głównych założeń ekonomii społecznej wiązanej z takim modelem jej zdaniem staje się pilną koniecznością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam wrażenie, że neoliberałom dostało się także – choć w zupełnie inny sposób - od S. Fleminga. W humorystyczny na brytyjską modłę sposób, krytykował on złudę samoregulujących się rynków – w tym finansowych dążących zdaniem ich zwolenników do „gospodarczej nirwany”. Zwracał także uwagę, że twórcy takich modeli (dziś zupełnie nieadekwatnych) tworzyli je w czasach, kiedy pewne zjawiska związane z rynkiem giełdowym, te w rodzaju ‘assets price inflation’, czy możliwość pojawienia się czegoś takiego jak ‘private equity bubble’ nie były raczej brane pod uwagę jako realny problem. Dyskusję wywołało przypomnienie założeń niektórych rządów ratujących zagrożone banki pieniędzmi podatników (banki szybko zamieniły te pieniądze na bonusy...), że instytucje te na przykładzie angielskim, są to: ‘banks too big to fail’ (skoro posiadają zasoby finansowe większe niż Wielka Brytania). Dyskusja dotyczyła znalezienia właściwego punktu widzenia: czy faktycznie są to banki zbyt duże by pozwolić im upaść, czy może zbyt duże aby je ratować (‘banks too big to save’)?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;K. Boyfield zwrócił w tym kontekście uwagę, że jedno z największych ryzyk gospodarczych wiąże się dziś z sytuacją kompletnego zaniku osobistej odpowiedzialności ludzi zarządzających bankami czy innymi instytucjami finansowymi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Próbę swoistego podsumowania dyskusji, będącą w istocie dobrą propagacją wyznawanego podejścia, podjął G. Kołodko. Przypomniał, że ekonomia powinna się zmieniać tak, jak zmieniają się cele podejmowanych w gospodarkach aktywności. Zmienia się wszystko – w tym sposoby mierzenia podstawowych zdawałoby się wskaźników w rodzaju PKB. Wciąż jednak tematem zasadniczym i jądrem zainteresowań ekonomii pozostaje odwieczny konflikt różnych interesów. Kołodko zwracał więc uwagę na dwa różne podejścia do ekonomii:&lt;br /&gt;- podejścia opisowego – próby opisu, badania, mierzenia zjawisk gospodarczych i ich rozumienia&lt;br /&gt;- podejścia normatywnego – próby ustalania tego, co zamierzamy zrobić, jakie są nasze cele - w oparciu o ukształtowane wcześniej teorie i przyjęte na ich podstawie założenia. Podsumował to w duchu właściwym dla pragmatyzmu. Miarą i podstawowym warunkiem działań ekonomicznych byłaby SKUTECZNOŚĆ. Stwierdzając, że neoliberalizm nie ma żadnej przyszłości zaproponował więc na zakończenie swojego wystąpienia neo-pragmatyzm. Właściwe podejście ekonomiczne w zreformowanej wersji powinno też uwzględniać ujmowanie zależności tworzących się w „trójkącie”: instytucje (potrzeba instytucjonalizacji ekonomii), zasady (właściwa teoria i długoterminowo określane cele),  wartości (w rozumieniu etycznym).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: bardzo chętnie sięgnę w wolnej chwili po nową książkę G. Kołodki. Podejście neopragmatyczne wydaje się na pozór kuszące. Ciekaw jestem na ile udana może być próba przeniesienia filozofii pragmatycznej Pierca czy Jamesa na grunt ekonomii. Jak zauważył prof. Stefan Symotiuk – cała mentalność amerykańska przesiąknięta jest duchem protestanckiego fatalizmu – którego wyrazem jest również kultywowany przez dawnych religijnych uchodźców pragmatyzm. Pragmatyzm wydaje się być przesiąknięty specyficzną metafizyką. I to mnie intryguje – czy ekonomia będzie zmierzała w stronę rozważań metafizycznych? Byłoby to chyba zbyt piękne, by mogło się okazać prawdziwe...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-3442076375993836794?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/OnJQBtqA-Myiw5zUahQ1erzYpbc/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/OnJQBtqA-Myiw5zUahQ1erzYpbc/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/OnJQBtqA-Myiw5zUahQ1erzYpbc/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/OnJQBtqA-Myiw5zUahQ1erzYpbc/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/1pA5brqv9rU" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/3442076375993836794/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/neopragmatyzm-imperatywem-na-niepewna.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/3442076375993836794?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/3442076375993836794?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/1pA5brqv9rU/neopragmatyzm-imperatywem-na-niepewna.html" title="Neopragmatyzm imperatywem na niepewną przyszłość." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/neopragmatyzm-imperatywem-na-niepewna.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DUQDR3Y8fyp7ImA9WxNQEUU.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-9089777748909752943</id><published>2009-09-17T13:28:00.005+02:00</published><updated>2009-09-17T13:36:16.877+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-09-17T13:36:16.877+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Jak się wzbogacić, czyli skąd wziąć przepis na życie</title><content type="html">Władysław Tatarkiewicz napisał kiedyś pięknie, że szczęściem jest życie, które daje trwałe, pełne i uzasadnione zadowolenie. Zaznaczył przy tym, że czym innym bywa szczęścia doznawanie, a czym innym życie szczęśliwe – choć jedno z drugim nierozerwalnie jest związane. Przykładem takiego rozróżnienia jest chwila, w której mówimy: „byłem wtedy szczęśliwy ale… nie zdawałem sobie z tego sprawy”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trwałe zadowolenie z życia w całości można chyba nazwać szczęściem. I właśnie szczęście, choć różnie rozumiane, jest celem, do którego większość ludzi dąży. Ponieważ jednak pojmowanie tego, czym jest zadowolenie z życia bywa dosyć subiektywne, każdy tworzy własną definicję szczęścia i szuka sposobów na jego osiągnięcie. Definicji takich zatem mamy tyle, ilu ludzi zamieszkuje naszą zieloną planetę – obecnie niemal 7 mld – nie licząc tych, którzy tworzyli je na swój użytek przed nami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SrIeXoQz4ZI/AAAAAAAACyw/2UL44vE6ScE/s1600-h/51.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 160px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SrIeXoQz4ZI/AAAAAAAACyw/2UL44vE6ScE/s320/51.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5382397895954915730" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzy oblicza szczęścia&lt;br /&gt;Arystoteles podzielił ludzi ze względu na sposoby osiągania szczęścia na trzy typy (dziś nazwane byłyby one pewnie „stylami życia”):&lt;br /&gt;1. poszukujących przyjemności,&lt;br /&gt;2. dążących do zaszczytów,&lt;br /&gt;3. poświęcających się kontemplacji.&lt;br /&gt;Poszukujący przyjemności cenią głównie „wino, kobiety i śpiew”. Nie wysilają się na wielkie refleksje, chwytają chwilę. Czasem popadają w „rozpaczliwy hedonizm” goniąc za wszelką cenę za tym, co zapewnia przyjemność. Uznają, że „raz się żyje”, trzeba więc spróbować wszelkich dostępnych przyjemności. Pełni energii uwielbiają się bawić i bawić innych - lubią towarzystwo, choć i sami potrafią ulubionym przyjemnościom się oddawać.&lt;br /&gt;Dążący do zaszczytów pracują ciężko na rzecz wspólnoty. Chcą być podziwiani za wkład, jaki wnoszą w życie zbiorowości, jej organizację i sposób funkcjonowania. Udzielają się społecznie, lubią piastować ważne stanowiska i osiągać przynależny im status (zapewniający podziw innych). To właśnie opinie innych (zwłaszcza te pochwalne) oraz insygnia osiągnięć są tym, co nadaje sens ich życiu.&lt;br /&gt;Poświęcający się kontemplacji największą wartość widzą w myśleniu, poszukiwaniu prawdy i ciągłym zadawaniu pytań. Świat doczesnych dóbr materialnych mają za nic. Bujają więc często w obłokach, tworzą romantyczne (lub utopijne) idee i wizje, nie bacząc na to, czy zostaną one (lub w ogóle mogą zostać) zrealizowane. Wytrwale dążą do znalezienia odpowiedzi na wszystkie „problemy ostateczne”, choć często z góry przy tym zakładają, że ignorabimus - „nie będziemy wiedzieć”.&lt;br /&gt;Można pewnie spotkać ludzi reprezentujących tak skrajne postawy, rzeczywistość jest jednak barwniejsza i znamy wielu osobników „pośrednich”. Postawy lubią się też zmieniać z wiekiem. Często młodzieńcza pogoń za przyjemnością naturalnie przechodzi w wieku dojrzałym w dążenie do zaszczytów, a pod koniec życia zamienia się w jego kontemplację...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CAŁY ARTYKUŁ W: &lt;a href="http://www.crnavigator.com/magazyn.html"&gt;CR NAVIGATOR, NR O3&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: polecam gorąco - cały magazyn powięcony tym razem Dobremu Życiu&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-9089777748909752943?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/r1mF0OXBNEOUryoQta8S12zl44g/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/r1mF0OXBNEOUryoQta8S12zl44g/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/r1mF0OXBNEOUryoQta8S12zl44g/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/r1mF0OXBNEOUryoQta8S12zl44g/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/eM1nGZ-fMhE" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/9089777748909752943/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/jak-sie-wzbogacic-czyli-skad-wziac.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/9089777748909752943?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/9089777748909752943?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/eM1nGZ-fMhE/jak-sie-wzbogacic-czyli-skad-wziac.html" title="Jak się wzbogacić, czyli skąd wziąć przepis na życie" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://2.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SrIeXoQz4ZI/AAAAAAAACyw/2UL44vE6ScE/s72-c/51.jpg" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/jak-sie-wzbogacic-czyli-skad-wziac.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DUcDQn07eyp7ImA9WxNRGEs.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-1584230656993133193</id><published>2009-09-13T20:31:00.002+02:00</published><updated>2009-09-13T20:37:53.303+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-09-13T20:37:53.303+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Forum Ekonomiczne 2009" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Polski Duch" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Perwersyjne rekonstrukcje bitew ideą promocji Polski. Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień po i dzień kolejny.</title><content type="html">Powrót z Krynicy za nami. Żyjemy. Po raz kolejny udało nam się przeżyć i ominął nas jeden ze 140 wypadków (opcja do wyboru: zabity lub inwalida), które statystycznie i nie tylko mają miejsce każdego dnia na pięknych naszych polskich drogach.&lt;br /&gt;Nie skasował nas wiec żaden idiota wyprzedzający na trzeciego ani kierowca na bani ostrożnym slalomem odwożący do domu rodzinę z imprezy weselnej . Nam także udało się omijać w ostatniej chwili nieoświetlone rowery pędzące w noc poboczem pod prąd, czy zawianych fanów wiejskich dyskotek pojawiających się znienacka na środku jezdni.&lt;br /&gt;Test wypadł pomyślnie, co zgodnie z powszechnym w Polsce rozumieniem oznaczać może jedno: Opatrzność nad nami czuwała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że kolejne krzyże i wieńce rozkładane obok dziurawego asfaltu nie wynikają wyłącznie ani z ilości tych dziur, ani z obecności drzew stojących przy drogach (masowo ostatnio wycinanych). Główną przyczyną śmierci zabierającej codziennie członków naszych rodzin, przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych jest nasza własna mentalność automobilowa – szczególna choroba psychiczna, którą można nazwać „polskim debilizmem motoryzacyjnym” (w skrócie syndrom PDM). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PDM jest częścią naszej kultury duchowej – są tu odniesienia do straceńczej szarży, brawury spontanicznego ataku. Są też kompleksy prestiżu i symboli władzy. Jest skłonność do patologicznego indywidualizmu i walki o niczym nie skrępowaną wolność osobniczą. W PDM odnaleźć też można wrodzony nam brak szacunku dla dobra publicznego, norm społecznych czy autorytetów władzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy kulturę narodową można w jakiś sposób zmieniać, kształtować, nawet ulepszać. Czy raczej należy ją jedynie konserwować, zachowywać jej przejawy i dbać o ciągłość dziedzictwa? Co jest właściwsze? Czy w ogóle jest kultura narodowa?&lt;br /&gt;Próbowaliśmy sobie odpowiedzieć na to pytanie, w drodze. Niestety ryk samochodów pozbawianych celowo tłumików, hałas wydawany przez karoserie za sprawą ciągłego podskakiwania na szwach i łatach produktu asfaltopodobnego, ale także wrzask i pisk uskakujących spod kół w ostatniej chwili nieoświetlonych kobiet i dzieci nie pozwalał na uważną dyskusję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W szarpanej rozmowie próbowaliśmy wracaliśmy do ciekawego wystąpienia Magdaleny Vasaryovej wygłoszonego podczas wspomnianego panelu „&lt;a href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/siedmiu-naiwnych-i-nikifor-forum.html"&gt;Kultura wobec żywiołów rynku – 20 lat po...&lt;/a&gt;”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Deputowana Zgromadzenia Narodowego Republiki Słowackiej, jako była aktorka teatralna teatru narodowego, aktorka filmowa (zob. filmik poniżej), ambasador Czechosłowacji w Austrii (lata 90-te) a w latach 2000-2005 ambasador Słowacji w Polsce potrafi na problem kultury spoglądać z wielu perspektyw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Mcgp38CYldg&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Mcgp38CYldg&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak zauważyła lament nad upadającą kulturą to postawa dosyć powszechna. I ma w tym absolutną rację. Upadek kultury i cywilizacji czy rozkład tradycyjnie pojmowanych wartości to przecież te preteksty do narzekania, po które najchętniej sięgają dziś media. Media masowe rzecz jasna. Lamentują również ci, którzy o kulturę powinni dbać i wspierać jej rozwój. Szczególnie odpowiedzialni za to politycy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Vasaryova zauważa przy tym, że sami płaczący oczywiście nie poczuwają się do żadnej winy za takowy stan rzeczy. Cóż bowiem można zrobić by przeciwstawić się samodzielnemu rynkowi i jego nieokiełznanym żywiołom – jak walczyć z destrukcyjną siłą wolnego rynku, która niszczy kulturę? Pozostaje więc wylewanie łez i nostalgiczna zaduma, jakiej oddają się nad smutną mogiłą kultury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skargi i skomlenia na tych drugich, „tamtych”, „tych winnych”, tych którzy marzeń lamentujących nie spełnili stają się coraz donośniejsze.&lt;br /&gt;Wylewanie łez idzie w parze z mówieniem o tym co miało być, a nie jest – stąd jakże uprawniony lament i żal, że czegoś niema.&lt;br /&gt;Na samym końcu należy zrobić, to co najchętniej robi się w sytuacjach tak potwornego zaniedbania – poszukać winnych!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikt z lamentujących nie przyznaje jednocześnie, że sam nie zrobił nic dla dobra upadającej kultury. Nie tylko nie napisał przełomowej na skale europejską powieści, która otwiera oczy i duszę na świat wyższych wartości, ale najczęściej nic ostatnio nie napisał... „Chciałem ale mi się nie udało – przepraszam” – nawet do tego nie potrafią się przyznać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potrafią jednak dokonać bezwzględnej wiwisekcji kapitalizmu. I nie robią tego wyłącznie  w duchu marksistowskim, gdzie kultura – część świadomości społecznej obok religii i sztuki - traktowana jest jako „nadbudowa”. („Bazą” jest ekonomia, w niej zawarte jest określenie stosunków społecznych, a świadomość społeczna odzwierciedla warunki bytu materialnego i warunki historyczne).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Utrzymywani dawniej z państwowych pieniędzy artyści oraz działacze instytucji kulturowych postrzegają rynek jako destrukcyjną siłę sprzęgniętą obecnie ze skorumpowaną demokracją. O ileż lepiej i łatwiej żyłoby im się w kulturze i kulturę tą tworzyło gdyby nie wolny rynek!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Obserwują też uważnie tych, którym się udało: stworzyli np. coś co zdobywa uznanie innych – w innym kraju, w innym otoczeniu. I jeśli ktoś wyłamie się z prowincjonalnego otoczenia, to jedno jest pewne: nikt mu tego nie wybaczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wystarczy przypomnieć sobie w jakim otoczeniu znajdowała się kultura narodowa 20 lat temu, kiedy ludzie utalentowani nie mogli pracować - w przeciwieństwie do tych talentu żadnego nie mających, ale spolegliwych wobec władzy – i oto rodzi się wielka pokusa oddania się ponownemu zniewoleniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Vasaryova wspominając o istniejących w Czechosłowacji, a następnie na Słowacji strukturach instytucji kulturowych z lat 60-tych, 70-tych czy 90-tych użyła określenia „czarne dziury”. Dziury te zdolne były wchłonąć każde pieniądze przeznaczone na kulturę, czy wśród ludzi  za nią odpowiedzialnych pojawiała się jakakolwiek intencja by cokolwiek zmienić, to już odrębna kwestia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problemem byli i pozostają ci ZBYT AMBITNI (konkretny przykład dotyczył zdjęcia z funkcji zbyt ambitnej dyrektor Teatru Narodowego Słowacji). Dziś stają się jeszcze większą plagą mając za sobą wsparcie myślących wolnorynkowo klakierów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Vasaryova użyła słowackiego określenia na ludzi pracujących dla kultury i zajmujących się jej rozwijaniem – są to „svjetlonosy” (świetlonosi). Zapożyczone z niemieckiego określenie „kulturträgerzy” nie do końca oddaje komiczny charakter nazwy tych, którzy niosąc światło mają je na nosie – częściej zaś nie „na”, a „w”. Ludzie ci nie chcą żadnych reform i coraz bardziej tęsknią za czasami, kiedy wszystkim zajmowało się państwo, a ich pracy nikt nie oceniał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejnym panelistą, który odniósł się do problemu odpaństwowienia kultury był były minister gospodarki i wicepremier lewicowych rządów Jerzy Hausner. Zauważył, że gospodarczy kryzys jest równocześnie testem na to, czy to co osiągnęliśmy jest trwałe i na ile. Wg niego „trajektoria rozwoju Polski” lokuje nas w orbicie krajów wysokorozwiniętych. Poza „trajektorią” i „orbitą” używał również określenia „model molekularny” i „mikroskale”. Z tego co zrozumiałem miał na myśli fakt, że my Polacy jeśli chodzi o drobne, indywidualne przedsięwzięcia całkiem dobrze potrafimy sobie radzić. Przedsiębiorczość w strefie prywatnej, zaradność i aktywność to nasze z dawna potwierdzone atuty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dużo gorzej sprawa wygląda w sferze zbiorowej i przestrzeni publicznej – tu jako społeczeństwo, czy naród nie radzimy sobie właściwie z niczym.  Większe przedsięwzięcia infrastrukturalne, czy jakiekolwiek problemy wymagające reform bardziej złożonych i angażujące wielość niezbędnych do weryfikacji reguł wymykają się naszej zdolności do ich objęcia. „Makroskala” jest więc dla nas Polaków nie do ogarnięcia i nie do pojęcia (mamy nawet na ten fenomen barwne określenie: „to się w palę nie mieści”). Bariery rozwoju leżą więc głównie w sferze zbiorowej, źródłem zaś naszej niemocy do barier tych przekraczania jest sposób rozumienia kultury i roli samej kultury w szeroko pojmowanym rozwoju. &lt;br /&gt;J. Hasusner przywołał trzy sposoby rozumienia kultury w takim kontekście:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Kultura jako działalność kulturalna (w zasadzie chyba „kulturowa”). W tym przypadku wciąż ciągną się za nami obciążenia poprzedniej epoki politycznej – kultura mocno upaństwowiona, osadzona w modelu „korporacyjnym” z dominującym i typowym dla takiego modelu podejściem wyrażającym się w postawie: „Dajcie, dajcie i niczego nie wymagajcie”.&lt;br /&gt;2. Kultura jako swoisty zasób, zakumulowane dziedzictwo (pewnie również lokalna tradycja). Z takiego rozumienia korzystamy często w rozrywce i turystyce masowej. Instytucjom do tego powołanym brak jednak wciąż głębszego spojrzenia na nasze dziedzictwo kulturowe, a podmioty i sposoby sensownego finansowania tych zasobów to wciąż wielki znak zapytania.&lt;br /&gt;3. Kultura jako przestrzeń komunikacji. Kultura tak pojmowana to pewien gwarant spójności społecznej, czynnik wzmacniający i chroniący tożsamość narodową. Tak rozumiana kultura wciąż powinna być redefiniowana by móc tworzyć w ten sposób adekwatną przestrzeń dla wyobraźni, kreacji, która wychodzi poza doraźność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Biorąc pod uwagę wszystkie te rozumienia nasuwa się smutny wniosek, że myśląc o naszej kulturze narodowej wciąż karmimy się mitami – najchętniej zaś robią to politycy korzystając z tych mitów w celach gry politycznej. Wg Hausnera dopowiedź na wszystkie problemy z kulturą powinna paść nie ze strony twórców, społeczeństwa czy rynku, ale ze strony samego państwa.&lt;br /&gt;Rolą państwa byłoby więc bycie dla kultury nie tylko:&lt;br /&gt;- organizatorem,&lt;br /&gt;- zarządcą,&lt;br /&gt;- płatnikiem.&lt;br /&gt;Państwo dodatkowo (a może nawet głównie?) powinno wobec kultury przyjmować również funkcje:&lt;br /&gt;- stratega,&lt;br /&gt;- przewodnika,&lt;br /&gt;- moderatora,&lt;br /&gt;- partnera.&lt;br /&gt;Pozostaje więc pytanie o samo państwo oraz o to w jaki sposób powinny być zorganizowane i jak ze sobą współdziałać wszelkie instytucje i organy administracji publicznej zajmującej się kulturą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W przypadku dziedzictwa kulturowego Jerzy Hausner proponuje zwiększenie roli kapitału prywatnego i mecenatu firm, które znacznie mogłyby pomóc w pełnym wykorzystaniu tego zasobu. Dziś państwo w celu pełnego korzystania z tych zasobów daje dużo mniej niż się od niego oczekuje, mogłoby jednak i powinno tworzyć odpowiednie warunki dla sfery prywatnej i obywatelskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak podsumowano tą część wystąpienia na styku państwo-kultura brakuje nam wciąż dwóch najważniejszych rzeczy: kreacja i normatywności cokolwiek miałoby to znaczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[Wieloaspektowe i raczej mało optymistyczne raporty o stanie naszej kultury, w tym autorstwa J. Hausnera, można znaleźć na &lt;a href="http://www.kongreskultury.pl/"&gt;stronie Kongresu Kultury Polskiej&lt;/a&gt;]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: oglądając telewizję zaraz po powrocie z Krynicy mogliśmy dowiedzieć się o wspaniałej inicjatywie mieszkańców Będzina, jaką była plenerowa rekonstrukcja pierwszych dni II Wojny Światowej na ulicach tego miasta. Widzowie mogli na własne oczy zobaczyć np. wysiedlenie Żydów z getta czy galerię zabytkowej broni targanej dziarsko przez przystojnych będzińskich młodzieńców przebranych w mundury gestapo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Rekonstrukcje bitew stają się naszą narodową specjalnością &lt;/strong&gt;i kalendarz imprez masowych coraz gęściej dziś się zapełnia kolejnymi tego rodzaju wydarzeniami. Przybywa też przebierańców-amatorów chętnie wcielających się w role mordowanych Polaków i Żydów oraz na tych na niby mordujących.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jest to chyba przejaw postępującego ogólnonarodowego nihilizmu – z przyczyn obiektywnych rekonstrukcje odtwarzać muszą w większości nieudane obrony czy klęski, ale coraz mniej też wygląda na zdrowy przejaw patriotyzmu czy historycznej ciekawości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po mnożących się jak króliki bractwach rycerskich okładających się radośnie toporami na dożynkowych imprezach masowych, przybywa dziś coraz więcej imprez ilustrujących ponadwiekową mękę narodu polskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Można więc odnieść wrażenie, że ten historyczny masochizm połączony z martyrologicznym ekshibicjonizmem staje się niezauważalnie naszą małą narodową perwersją.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trend ten sprzyjający jakby nie było powiększaniu ‘cultural equity’ należy jednak jak najszybciej skapitalizować zamieniając w ideę promocji Polski na świecie. Z tym ostatnim mamy wciąż bowiem ogromny problem i ani latawiec jako nasze logo, ani stworzone przez W. Ollinsa „creative tension”, ani nawet „Polska Year!” czy smak zimnej polskiej wódki na eksporty problemu tego nie rozwiązały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Promocja Polski poprzez stworzenie kalendarza rekonstrukcji bitew na naszych ziemiach wydaje się ideą nośną z wielu względów. Przykładowo wymienić warto:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Produkt uniwersalny – wszyscy uwielbiają widowiska masowe szczególnie te z wykorzystaniem broni, elementów walki bezpośredniej czy pokazami zmechanizowanych urządzeń służących do masowego zabijania (zob. &lt;a href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/piknik-lotniczy-czyli-nostalgia-za.html"&gt;fenomen pikników lotniczych&lt;/a&gt;).&lt;br /&gt;- Produkt przełamujący sezonowość w promowaniu kraju. Przez cały rok coś się dzieje – wystarczy spojrzeć na historyczne wydarzania z sierpnia i września oraz towarzyszące im emocje.&lt;br /&gt;- Produkt osadzony w ramach idei „zrównoważonego rozwoju” – żaden region Polski nie będzie pokrzywdzony – wszędzie odbyła się kiedyś jeśli nie bitwa, to choćby partyzancka potyczka z siłami naszych odwiecznych wrogów.&lt;br /&gt;- Produkt angażujący miejscową ludność, pobudzający przedsiębiorczość i innowację, ale też wpływający na wzrost kapitału społecznego. Przygotowanie strojów, budowa rusztowań dla publiczności, uruchamianie czołgu, którego sąsiad przez lata używał jako traktora czy pieczenie lokalnych specjałów integruje ludność i władze lokalne na wszystkich poziomach.&lt;br /&gt;- Produkt ekologiczny. W przeciwieństwie do podejrzewanych o zatruwanie dzieci sztuczną trawą „Orlików” rekonstrukcje odbywają się na świeżym powietrzu, a przypadkowo stratowana publiczność idealnie nadaje się do recyklingu i przerobienia na kompost w gospodarstwach bio-dynamicznych.&lt;br /&gt;- Produkt nastawiony na tolerancję – znoszący bariery rasowe, likwidujący podziały religijne i światopoglądowe. Możliwa jest rotacja ról - np. przedstawiciele mniejszości mogą się swobodnie wcielać w prześladujących i vice versa.&lt;br /&gt;- Produkt wysoce rentowny. W większości przypadków, przy nieznacznym wysiłku i koszcie (jak w pewnym opowiadaniu Redlińskiego) wystarczy jedynie odkręcić szyldy wybranych banków i operatorów telekomunikacji z fasad budynków polskich miasteczek by uzyskać właściwy efekt imitacji historycznej. Większość naszych dróg lokalnych bez żadnej charakteryzacji wygląda dokładnie tak jakby przejechał właśnie po nich sznur ciężkich pojazdów opancerzonych, ich nawierzchnia zaś pięknie imituje rany zadawane ręczną bronią zaczepną.&lt;br /&gt;Renta zacofania działa u nas w każdym obszarze z tą samą siłą.&lt;br /&gt;- Produkt pobudza ukryty potencjał przedsiębiorczości. Produkcja map bitewnych, figurek walczących, przewodników, gier komputerowych, gadżetów typu lornetki, wachlarze, krzesełka turystyczne to tylko wybrane z morza przykładów. W ciągu krótkiego czasu bezrobocie stanie się słowem o niezrozumiałym dla nas znaczeniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Liczba turystów odwiedzających nasz kraj znacznie spadła w tym roku – także dzięki nieustającym wysiłkom kilkudziesięciu nie potrafiących się ze sobą skomunikować instytucji zajmujących się promowaniem Polski.&lt;br /&gt;„&lt;strong&gt;Polska – tu się zawsze biją&lt;/strong&gt;” ma więc szansę stać się hasłem, ideą przewodnią i potężnym magnesem dla turystów z całego świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;By zaś nie być posądzonym jedynie o lamentowanie i nie zaliczyć się tym samym do nieudaczników kulturowych scharakteryzowanych przez Magdalenę Vasaryovą pragnę się czynnie przyczynić do realizacji powyższej idei i tym samym ogłaszam konkurs na kreatywne tłumaczenie proponowanego hasła na wszystkie możliwe języki świata.&lt;br /&gt;Nagrodą będzie poczucie dobrze spełnionego obowiązku prawdziwego patrioty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Margines okazał się dziś nadspodziewanie obszerny...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-1584230656993133193?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/LcVWJJi80berBECc9-y-oZOZOdE/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/LcVWJJi80berBECc9-y-oZOZOdE/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/LcVWJJi80berBECc9-y-oZOZOdE/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/LcVWJJi80berBECc9-y-oZOZOdE/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/5QnFyus2DLM" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/1584230656993133193/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/perwersyjne-rekonstrukcje-bitew-idea.html#comment-form" title="Komentarze (1)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/1584230656993133193?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/1584230656993133193?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/5QnFyus2DLM/perwersyjne-rekonstrukcje-bitew-idea.html" title="Perwersyjne rekonstrukcje bitew ideą promocji Polski. Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień po i dzień kolejny." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">1</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/perwersyjne-rekonstrukcje-bitew-idea.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DEENRHw-cCp7ImA9WxNRGEs.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-880231699374929019</id><published>2009-09-11T22:44:00.002+02:00</published><updated>2009-09-13T20:31:35.258+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-09-13T20:31:35.258+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Forum Ekonomiczne 2009" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Polski Duch" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozdroża reklamy" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Obrona Zatoki Piratów, czyli Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień trzeci.</title><content type="html">„&lt;em&gt;Nikifor żebrał i malował, z tą możliwością zmiany, że zależnie od nastroju władzy miejscowej, odbierano mu prawo do jednego albo drugiego. Gdy mu konfiskowano obrazki, prosił o jałmużnę&lt;/em&gt;”.&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Nikifor&lt;/em&gt;, Andrzej Banach, Arkady Warszawa 1983&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sejm podtrzymał dziś weto Prezydenta i tym samym przepadła ustawa medialna. Gdy w Krynicy rozpoczynał się panel „Jakich mediów publicznych potrzebujemy? Doświadczenia europejskie w zakresie finansowania mediów publicznych”, obecny na nim Witold Kołodziejski, przewodniczący KRRiT nie znał jeszcze losów prezydenckiego weta. Podobnie jak pozostali uczestnicy debaty: publicysta „Polityki” Edwin Bendyk, Gabriel Tar z francuskiego Ministerstwa Kultury, prof. Tadeusz Kwiatkowski z Uniwersytetu Warszawskiego, Gyorgy Ocsko z Komitetu Sterującego rady Europy ds. Mass Mediów (Węgry), Vaclav Zak z czeskiej Rady Radiofonii i Telewizji (tak wynikało z programu, podczas spotkania prelegent sprostował, że tą informację i występował już jako niezależny publicysta)  oraz Laszlo Majtenyj z węgierskiej KRRiT (nic nie prostował).&lt;br /&gt;Witold Kołodziejski z obrotu sprawy pewnie się ucieszył (chodzi wyłącznie o abonament) – podczas spotkania pokazywał, w jak drastyczny sposób spadły wpływy z abonamentu po zapowiedzi Donalda Tuska, że będzie walczył o jego zlikwidowanie. Wielu rodaków zapowiedź tą potraktowało nie jako życzenie, ale fakt dokonany i z dnia na dzień przestało media publiczne wspierać.&lt;br /&gt;Podczas debaty pojawiła się nieśmiała teza, że być może wielu Polaków nie chce płacić abonamentu, bo nie widzi w tym żadnego sensu. W. Kołodziejski tezę zbił z miejsca stwierdzając, że „jak nie muszą, to nie płacą”, a sens płacenia polega po prostu na obowiązku. Przywołał w tym miejscy przykład kablówek – jeśli ktoś nie płaci rachunku, to po prostu odcinają mu sygnał – w rezultacie wielu uzależnionych od TV w sposób zdyscyplinowany pilnuje daty na rachunku i płaci za kabel pilniej niż za światło (są to prawdopodobnie ci, którzy mają plazmę na baterie).&lt;br /&gt;W Czechach takich modeli telewizorów widocznie nie sprzedają – tam, jak relacjonował. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kwestia, na co powinien być przeznaczany abonament, jest faktycznie pogmatwana w dobie mediów cyfrowych, konwergentnych technologii, zmiany stylu życia i innych współczesnych przekleństw. Ciekawie opowiadał o tym Edwin Bendyk podając przykład nastolatków przeżywających 40 godzin w ciągu doby. Nie, nie jest to pomyłka. Okazuje się bowiem, że nastolatki przez 16 godz. konsumują media, przez 8 godz. śpią w pozostałym czasie odrabiają lekcje i oddają się innym, równie pociągającym uciechom wieku naiwnego. Jak to możliwe? Oczywiście dzięki postępowi cywilizacyjnemu, którego wynikiem jest tzw. „multitasking”, czyli mówiąc po polsku „wieloczynnościowość”. Wieloczynnościowość, odkryty niedawno fenomen zdolności do jednoczesnego wysyłanie sms-a, oglądania TV połączonego z popijaniem kawy stawianej na magazynie prasowym przy włączonym radioodbiorniku, konsoli playstation czy Wii i laptopie leżącym na kolanach. Jeśli na laptopie włączone jest gadugadu, naszaklasa, facebook i youtube to mamy do czynienia z kompulsywnym „multitasking”, które z czasem przechodzi w łagodną postać patologiczną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ zjawisko „multitasking” jest trudne do wyobrażenia dla kogoś, kto np. wychował się przy czarno-białym odbiorniku TV stojącym w odległości 2 km od najbliższej budki telefonicznej (należę do takich nieszczęśników), publiczność współczesna została przez publicystę podzielona na dwa typy:&lt;br /&gt;1. Publiczność „Tradycyjna” (należę bez wątpienia do tej grupy).&lt;br /&gt;2. Publiczność „Nowa”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moim zdaniem już ten prosty podział wnosi wiele komplikacji w i tak mocno pogmatwaną sprawę abonamentu płaconego (lub nie) na media skądinąd „publiczne”. Należałoby się teraz np. zastanowić czy nie stworzyć dwóch niezależnych Misji – dla publiczności „Nowej” i „Tradycyjnej”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Misja kierowana do publiki „Tradycyjnej” mogłaby zostać oparta na przywołanym przez Gabriela Tara modelu francuskim, z całą jego elegancją, wyrafinowaniem i tzw. „wyjątkiem kulturowym” (pasuje i do modelu i do Gabriela). Misja ta odzwierciedlałaby różnorodność potrzeb wszystkich widzów przed telewizorem przy jednoczesnym łączeniu tej różnorodności i otwieraniu na świat zewnętrzny różnorodny jeszcze bardziej (jakby znane: „telewizja oknem na świat”...). Telewizja taka (radio również) uczy, bawi, wychowuje pełniąc te same role co publiczny żłobek, przedszkole, szkoła, uniwersytet i w końcu uczelnia trzeciego wieku. Ponieważ edukacyjny aspekt telewizji publicznej w modelu francuskim zgrany jest ze szkolnym programem odpada problem rokrocznej awantury politycznej związanej z wymianą podręczników. „Wyjątek kulturowy” (jest nim również cała Francja) zakłada, że wszelkie zasady UE kończą się tam, gdzie zaczynają granice francuskiej kultury i języka. Media publiczne w takim modelu funkcjonujące w naszym, rodzimym wykonaniu byłyby więc mocno zorientowane na dbałość o dygitalizację polskiego cywilizacyjno-duchowego dziedzictwa. TVP Kultura stałaby się wówczas kanałem wiodącym (nazwę rozszerzono by do TVP Polska Kultura), a wszystkie debilne programy masowe zamieniono by „relewantne” dla nas produkcje w rodzaju „Śpiewających na kacu”, „Tańczących z chochołami”, teleturnieje „Jaka to Madonna” czy też neoawangardowe multimedialne spektakle „Dziadów” z piosenkami Mieczysława Fogga. Równocześnie uruchomiony by  został kanał TVP 44, w którym przez cała dobę nadawano by wiadomości i zachowane relacje z powstania warszawskiego przeplatane z aktualnymi informacjami podawanymi w powstańczym anturażu (próby takie prowadziła ostatnio nawet stacja komercyjna). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pieniądze w spolszczonym modelu francuskim inwestowane byłyby również w produkcje filmowe. Powstałby w końcu przyzwoity prequel i sequel do „Czterech pancernych” i z zapartym tchem moglibyśmy śledzić losy wnuków Gustlika i Marusi oraz dowiedzieć się skąd właściwie przywędrowali dalecy przodkowie Szarika (do tego seria edukacyjnych filmów o wilkach stepowych na blue-ray z wyraźnie zdygitalizowanym głosem Krystyny Czubówny).&lt;br /&gt;Telewizja na francuską modłę szyta jest przedsięwzięciem, do którego nie odnoszą się żadne wskaźniki w rodzaju ratingów, zasięgów, GRP, CPP, CTR i inne medialne cholerstwa, ponieważ w telewizji takiej reklama emitowana jest jedynie po godzinie 24-tej i dozwolona jest wyłącznie dla produktów oznaczonych godłem „Teraz Polska”. Tu widz jest w centrum i nie można mu przerywać meczu „Złotek”, czy transmisji z Jasnej Góry żadną reklamą środków na biegunkę czy „pożyczki - chwilówki”. Targetowanie i segmentacja, słusznie zauważył Gabriel Tar to zabiegi odhumanizowane, stworzone przez szatańsko pazerne domy mediowe. Widz jest częścią różnorodnej, acz harmonijnej publiczności, a nie targetem dla maści na grzybicę pięt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W powyższym modelu mediów publicznych opłata abonamentowa w dużej mierze przeznaczana jest więc na produkcję „contentu”, ale dystrybucją takiej treści z chęcią zajęłyby się pewnie media komercyjne oraz operatorzy telekomunikacyjni. Abonament można by po prostu doliczyć do rachunku za usługi triple-play, w każdym miesiącu dołączając wyciąg z zaznaczeniem, które programy w ramówce zostały wyprodukowane za publiczne pieniądze (+ VAT)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Sqq3O1sXiII/AAAAAAAACyQ/o2np7kJg8zs/s1600-h/DSCN4102.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Sqq3O1sXiII/AAAAAAAACyQ/o2np7kJg8zs/s320/DSCN4102.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5380314170406701186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ramówka nie wchodzi w grę w przypadku publiczności nastoletniej. Jak zauważył Edwin Bendyk młodzież nie wie czym jest ramówka, ponieważ i tak wszystko sobie obejrzy na youtube albo ściągnie zzipowane o dogodnej porze – zegar biologiczny młodych jak już wiemy pracuje na przyspieszonych obrotach i nie uwzględnia czasu kosmicznego (nazywa się to „time-shifting” i ma związek z „place-shifting” – mózg Kanta i Einsteina połączony w jeden organizm  być może pojąłby o co tu chodzi).&lt;br /&gt;Jeśli młodzi nie uznają nie tylko żadnych norm moralnych związanych z prawami autorskimi, ale też podstawowych kategorii czasu i przestrzeni, media publiczne muszą dopasować się do charakteru rebelii totalnej.&lt;br /&gt;Misja kierowana dla publiczności określanej jako „Nowa” mogłaby więc częściowo korzystać z połączonych doświadczeń modelu węgierskiego i polskiego. Ten pierwszy określony został jako „permanentny kryzys zarządzania” (ciekawe, do naszego też pasuje...) i pewnie bardzo by rozedrganym i anarchistycznie nastawionym nastolatkom odpowiadał.&lt;br /&gt;Abonament zostałby zastąpiony podejściem „płacę, to mam”. Młodzi płaciliby wyłącznie za dostęp do medium – kanału dystrybucji treści, które i tak sobie shackują, zripują, dowolnie skopiują itp. zgodnie z własnym uznaniem. Sprawdzony jest w tym przypadku model pre-paid – zasilanie konta możliwe byłoby przez SMS, bankomat czy kartę zdrapkę.&lt;br /&gt;Opłaty pobierane w ten sposób przeznaczane byłyby na prawników broniących „Zatoki Piratów”, właścicieli serwisów Peer-to-peer oraz utrzymywanie szkół publicznych dla początkujących hackerów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwa niezależne porządki mediów publicznych koegzystowałyby bezkonfliktowo do momentu wymarcia ostatnich przedstawicieli „Tradycyjnej” publiczności. Być może sprawnie przeprowadzona niegdyś reforma emerytalna znacznie to zjawisko przyspieszy. Pojawić się może jednak problem, o którym wspominali wszyscy paneliści. Otóż media publiczne w krajach o raczkującej lub odbudowującej się demokracji działają na polityków, tak jak lep na muchy. „Okazja czyni złodzieja” mówi ludowa mądrość – w tym przypadku także trudno sobie odmówić sięgnięcia po darmową tubę w celu utrzymania się na stołku.&lt;br /&gt;Wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej zdają się mieć także inny problem: jak zauważył Tadeusz Kowalski - wszędzie udało się zbudować instytucję, ale nigdzie nie udało się ukształtować etosu mediów publicznych.&lt;br /&gt;Ludzie nie widzą więc sensu płacenia abonamentu. Telewizja przecież tak jak państwowa szkoła, szpital, czy droga po prostu „nam się należy”. Płacimy przecież podatki – tak, czy nie? A podatki i tak są za wysokie – każdy musi to przyznać.&lt;br /&gt;Jak wyglądają publiczne instytucje i rozwiązania wszyscy dobrze wiemy i widzimy jak się zmieniają na lepsze – z każdym dniem.&lt;br /&gt;Teraz jest potrzebny mądry, który obniży podatki, podniesie wszystkim płace, zapewni darmową edukację, leczenie i sanatorium (np. w Krynicy) i oznajmi nam to wszystko w naszej Publicznej Telewizji&lt;br /&gt;A dla „Nowych” na youtube.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginiesie: znalezienie idealnego modelu powiązania świata gospodarki z polityką było tematem dwóch innych paneli, jakich mogłem dziś wysłuchać. O tym co nas czeka do roku 2030 opowiem innym razem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-880231699374929019?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/IHO4e-YUsZ4fMlvehuxdysSzNQI/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/IHO4e-YUsZ4fMlvehuxdysSzNQI/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/IHO4e-YUsZ4fMlvehuxdysSzNQI/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/IHO4e-YUsZ4fMlvehuxdysSzNQI/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/DLczh1t0JZg" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/880231699374929019/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/obrona-zatoki-piratow-czyli-forum.html#comment-form" title="Komentarze (1)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/880231699374929019?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/880231699374929019?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/DLczh1t0JZg/obrona-zatoki-piratow-czyli-forum.html" title="Obrona Zatoki Piratów, czyli Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień trzeci." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Sqq3O1sXiII/AAAAAAAACyQ/o2np7kJg8zs/s72-c/DSCN4102.JPG" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">1</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/obrona-zatoki-piratow-czyli-forum.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DUcERHs9fip7ImA9WxNRFkw.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-7910466591316408343</id><published>2009-09-10T23:02:00.005+02:00</published><updated>2009-09-10T23:10:05.566+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-09-10T23:10:05.566+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Forum Ekonomiczne 2009" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Polski Duch" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Czekając na herezję, czyli Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień drugi.</title><content type="html">Muzeum Nikifora znajduje się kilkadziesiąt metrów od strefy najważniejszych debat ekonomiczno-politycznych. Forum przyciągnęło międzynarodowy tłum uczestników, jednak muzeum (na szczęście) świeci pustkami. Można więc bez pośpiechu i w ciszy podziwiać szkice, akwarele i rysunki miejscowego Matejki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikifor pojawił się dziś na Forum. Jego duch został przywołany przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego moderującego dyskusję na temat: „Różnorodność religijna bogactwem kulturowym czy przyczyną niezgodności politycznych”. W panelu brali udział: Gejdar Dżemal (Islamski Komitet Rosji), Alexander Gisser (Machon Steinsaltz, Izrael), Wolodymyr Jaworiwskyj (Najwyższa Rada Ukrainy), Filip Jury Riabych (Departament Cerkiewnych Stosunków Zagranicznych, Patriarchat Moskiewski), Aurel Vainer (Izba Deputowanych, Rumunia) oraz Liviu Beris (Stowarzyszenie Rumuńskich Żydów Ofiar Holocaustu, Rumunia). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikifor przywołany został jako figura ilustrująca nie tylko ważne dla głowy Fundacji im. Brata Alberta kwestie związane z wykluczeniem osób upośledzonych, ale też symbol problematyki różnorodności kulturowej i religijnej. Przy okazji Ks. Isakowicz-Zaleski przypomniał, że sama Krynica jest wciąż miejscem takiej różnorodności – znajduje się tu cerkiew prawosławna, cerkiew greckokatolicka, kościoły katolickie oraz dwa zbory protestanckie. Zaznaczył, również że jemu samemu - jako Polakowi - Ormianinowi, księdzu dwu obrządków (katolicki i ormiański) tematyka jest osobiście bardzo bliska. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pytając: „skąd tyle zła pojawiło się na świecie w XX wieku i co zrobić by XXI wiek nie powtórzył takich błędów,” prowadzący przypomniał jednocześnie o pierwszym ludobójstwie poprzedniego stulecia – wymordowaniu 1,5 mln Ormian w Turcji (1915-1917). Przypomniał też słowa Hitlera wypowiedziane w sierpniu 1939 roku przy okazji przyzwolenia wydanego dla wojny totalnej (czyli takiej, podczas której żołnierze mogą bezkarnie wszystko niszczyć, mordować gwałcić kobiety i zabijać dzieci). Słowa te brzmiały mniej więcej tak: możecie to wszystko robić, bo któż dziś pamięta o Ormianach?&lt;br /&gt;Otwarte pozostało pytanie na ile przemilczenie zła, brak protestu, cicha akceptacja przyczynia się do kolejnych zbrodni, a na ile samo w sobie jest zbrodnią?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SqlpwM-pnPI/AAAAAAAACyA/sEVg4hFAmnw/s1600-h/DSCN4104.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SqlpwM-pnPI/AAAAAAAACyA/sEVg4hFAmnw/s320/DSCN4104.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5379947506709404914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejne wystąpienia panelistów zdawały się być ciągiem pytań bez odpowiedzi. Można było odnieść wrażenie, że cyniczny wobec wiary skrajny liberalizm, źle pojmowany sekularyzm czy bezbożność dwóch największych totalitaryzmów XX wieku to jedynie przejawy tego zła, a na pewno nie jego najważniejsze przyczyny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wciąż także przewijała się kwestia tolerancji, szacunku dla innych, waga próby ich rozumienia jako podstawowego warunku - jeśli już nie miłości bliźniego, to choćby pokojowego z nim współistnienia. Życie w różnorodności jest jak najbardziej możliwe nawet dla najbardziej konserwatywnych religii, jeśli jego zasady opierają się na takiej relacji z drugim człowiekiem, która zawarta jest w dekalogowym „nie zabijaj” – lub szerzej: „nie czyń zła”.&lt;br /&gt;Przywoływane były słowa Jana Pawła II na temat solidarności, która może być ważniejsza od „tolerowania” (łaciński źródłosłów i jego znaczenie wskazuje na nieco podejrzaną postawę skrywaną za tym pięknym pojęciem...). Szukanie tego, co wspólne w tym co różnorodne okazuje się chyba jednak znacznie trudniejsze od możliwości „zniesienia” faktu, że „inne” jest właśnie „różne”, a nie „takie samo”.&lt;br /&gt;„To nie religie zabijały religie” podkreślał Ks. Isakowicz-Zaleski przywołując konflikty i wojny – także te współczesne, w których wyznawcy jednej z religii ginęli z ręki tych, których pojmowanie Boga znacznie się różni. Brzmiało to trochę jak usprawiedliwianie religii, a proponowana przez dysputujących definicja samego pojęcia „religia” sprawiała wrażenie takiej, która wyklucza i wartościuje pewne systemy nie mieszczące się w monistycznym światopoglądzie (czy i tym razem etymologia przesądza o znaczeniu?).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może zabrakło na sali (właściwie w namiocie...) przedstawicieli hinduizmu, buddyzmu, konfucjanizmu, taoizmu oraz przedstawicieli innych światopoglądów, którzy proponują własne rozumienie duchowości, wierzeń i praktyk oraz ich roli w życiu człowieka?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy nie jest niepokojące (dla kolejnego wieku), kiedy o problemach „różnorodności religijnej” rozmawiają ze sobą przedstawiciele judaizmu, islamu i chrześcijaństwa – religii, które mają ze sobą tak wiele wspólnego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pytanie skąd tyle zła, na pewno inną odpowiedź daliby gnostycy – w panelu nie pojawili się jednak żadni heretycy, którzy ośmieliliby się zaproponować najprostszą dla nich odpowiedź w rodzaju: „ponieważ stworzył je Bóg” albo: „ponieważ poza Bogiem Dobrym jest również też Zły – wciąż muszą ze sobą walczyć”, czy też: „ ponieważ pierwszy Bóg – ten właściwy stworzył mniej doskonałego od siebie Demiurga, który stworzył świat, a ten wymknął się spod jego kontroli” itd. itp. – wyobraźnia gnostycka w próbach tłumaczenia zła radziła sobie zazwyczaj świetnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SqlqHwKopgI/AAAAAAAACyI/8J0M-I1sGTs/s1600-h/DSCN4106.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SqlqHwKopgI/AAAAAAAACyI/8J0M-I1sGTs/s320/DSCN4106.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5379947911291905538" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Liviu Beris zaproponował panteistyczną moim zdaniem wizję świata, w którym Bóg tworzy różnorodność ponieważ po prostu ją uwielbia. Każdy przejaw życia, boże stworzenie to przecież ucieleśnienie różnorodności. Różnorodność (głównie religijną) wychwalał również Aurel Vainer – lecz wciąż można było odnieść wrażenie, że jest to różnorodność w sposobach adoracji tego samego Boga – pozostają jedynie dylematy w rodzaju: deizm, teizm, czy panteizm, a może panenteizm? Jedynie kwestia utożsamienia Stwórcy i jego dzieła pozostaje wówczas przedmiotem tak otwartego na różnorodność dialogu i szacunku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnie niepotrzebnie się niepokoję i popadam w wiodący na manowce cynizm. Jednak podobnie jak pierwszego dnia Forum, również dziś zabrakło mi na nim głosów prawdziwie heretyckich. Nie dlatego, że chciałby popatrzeć na płonące na krynickim deptaku stosy, ale po to by usłyszeć i przekonać się, że dogmaty wciąż (?) mogą być kwestionowane bez tego rodzaju przykrych konsekwencji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odnoszę wrażenie, że rządzi tu jedynie gospodarczo-polityczny „monizm”.&lt;br /&gt;I pewnie dlatego wciąż nic się nie dzieje.&lt;br /&gt;Nuda, Panie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: debata „Od marki do pasji – strategie w czasie kryzysu”, w której wziąłem dziś udział (tym razem jako panelista, a nie słuchacz) po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu, że marnie się mamy z marką „Polska”. Bardzo dziękuję za zaproszenie moderującej debatę Monice Piątkowskiej (Dyr. Strategii UM Kraków), a także panelistom - Christianowi Kaczmarkowi (Prezes Bakoma), Janowi Wiktorowi (Uniwersytet Ekonomiczny, Kraków), Grzegorzowi Kiszlukowi (Brief) oraz Simonowi Anholtowi za to, że miałem okazję wziąć udział w tej dyskusji.&lt;br /&gt;Nie zdążyłem zapytać Simona Anholta, po jego indywidualnym wystąpieniu („Od tożsamości do rzeczywistości. Jak kreować wizerunek i reputację państw, miast i regionów by uczynić je dumnymi i pewnymi siebie?”) jakiego jest wyznania. Pytanie to byłoby też pewnie nie na miejscu. Z jego postawy wnoszę jednak, że reprezentuje on bardzo nam obcą mentalnie kulturę ewangelicką, na pewno protestancką. Ostre zwrócenie, rozgadanemu w najlepsze audytorium, uwagi, że właśnie wykonuje swoją pracę i nie jest nią „zabawianie publiki w nocnym klubie” okazało się skuteczne. I wszystko wskazuje na to że nie przemawiała przez niego ‘auri sacra fames’, choć być może równie w istocie przyziemna sumienność. Można by ją za Weberem nazwać „traktowaniem swego zawodu jako powołanie”.&lt;br /&gt;Może więc jednak widziałem dziś jednego heretyka?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-7910466591316408343?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UYuLkeozigsAkpCE0s3rf2C6fbo/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UYuLkeozigsAkpCE0s3rf2C6fbo/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UYuLkeozigsAkpCE0s3rf2C6fbo/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/UYuLkeozigsAkpCE0s3rf2C6fbo/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/g_SZrt_IJbY" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/7910466591316408343/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/czekajac-na-herezje-czyli-forum.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/7910466591316408343?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/7910466591316408343?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/g_SZrt_IJbY/czekajac-na-herezje-czyli-forum.html" title="Czekając na herezję, czyli Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień drugi." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/SqlpwM-pnPI/AAAAAAAACyA/sEVg4hFAmnw/s72-c/DSCN4104.JPG" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/czekajac-na-herezje-czyli-forum.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;CEMCQn0_fyp7ImA9WxNRFU4.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-2375298552055912151</id><published>2009-09-09T23:32:00.003+02:00</published><updated>2009-09-09T23:41:03.347+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-09-09T23:41:03.347+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Forum Ekonomiczne 2009" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Polski Duch" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Siedmiu naiwnych i Nikifor – Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień pierwszy.</title><content type="html">Nikifor (podpisujący się również jako Netyfor), zwany Tryfonem czy Matejką z Krynicy był nieślubnym dzieckiem Rusinki - głuchoniemej żebraczki. Upośledzony od urodzenia, bełkocący we własnym języku, kaleki artysta nie od razu został doceniony nawet przez tych, którzy z jego niezwykłą sztuką obcowali nawet na co dzień. Dziś uważany jest za jednego z najbardziej oryginalnych polskich malarzy a jego genialne, malowane akwarelą na tekturkach i okładkach zeszytów obrazki podziwiane są w galeriach bynajmniej  nie za sprawą egzotyki sztuki zwanej „naiwną”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejszym Nikifora w Krynicy zastąpiła kultura – ułomna, upośledzona, bełkocąca w sobie tylko zrozumiałym języku domagając się uwagi i wsparcia, spychana na margines „prawdziwego życia” i „niezwykle ważnych spraw”. Kultura stała się genialnym żebrakiem, kaleką, który stanowi osobliwe dziwowisko – można przy nim na chwilę przystanąć, popatrzeć, wrzucić grosz do kapelusza, ale na pewno nie należy traktować go poważnie. Czy tym razem żebrak zostanie „odkryty”, doceniony i uznany?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pytanie powyższe, to osobista refleksja na koniec pierwszego dnia Forum Ekonomicznego w Krynicy. Pierwsze wrażenie dyletanta w tematach wielkiej polityki i wielkiej ekonomii może być mylne i mam nadzieję, że tak właśnie jest. Jeśli jednak nie jest to błędny ogląd sytuacji, to znaczy, że poza szalejącym wszędzie (poza „polską zieloną wyspą”) kryzysem ekonomicznym  mamy do czynienia z kryzysem postawy humanistycznej. I to by oznaczało „bad news”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Złych wiadomości pojawiało się zresztą znacznie więcej (choć może trudno je wartościować jako złe?). Minorowy ton dominował bowiem w głosach większości zaproszonych gości wystąpień i dyskusji, na które zdecydowałem dziś się udać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas moderowanego przez Witolda Orłowskiego spotkania „Twarde lądowanie. Europa Środkowo-Wschodnia wobec globalnego kryzysu” (goście: Ryszard Petru, Jan Krzysztof Bielecki) można się było dowiedzieć m. in. tego, że kryzys jest wciąż nie wykorzystaną szansą. Głównie zaś szansą na zmianę perspektywy i punktu widzenia – myślenia i podejmowania działań na podstawie wizji długookresowej a nie błyskawicznych wyników. Z szansy tej - okazuje się  - nikt na razie nie chce korzystać i nic nie wskazuje na to aby miało się to zmienić w najbliższej przyszłości. Jak zauważył R. Petru: przez długi czas wygrywali ci, którzy ostro jechali po bandzie, a tracili bardziej ostrożni – im dłużej trwa taki stan, tym bardziej staje się wiarygodny. Przy okazji wyszło na jaw dlaczego Polska w pierwszym półroczu zanotowała dodatni wzrost gospodarczy i po raz n-ty zadziwiła świat. Jak się okazuje nie dlatego, że podjęte zostały jakieś przemyślane działania zapobiegawcze, czy wdrożono jakąś genialną strategię antykryzysową. Wygraliśmy z kryzysem (na razie) dzięki PRZYPADKOWI oraz SZCZĘŚCIU. Dokładnie tak twierdzą nasi eksperci od ekonomii i wszystko wskazuje na to że mają absolutną rację. Oto nie podejmowaliśmy żadnych działań (polski rząd), „przez przypadek” nie mieliśmy żadnej dominującej gałęzi przemysłowej, od której uzależniona byłaby nasza gospodarka (przypadkowo zastosowaliśmy zasady „zrównoważonego rozwoju”...) przez przypadek pewne procesy gospodarcze  zachodzą u nas wolniej lub mniej intensywnie niż w gospodarkach zachodnich. &lt;br /&gt;Tym razem przechytrzyliśmy los, a naszą strategią działania okazało się nie-działanie (Wejście Smoka i mądrości Bruce Lee zawsze cieszyły się u nas wielką estymą).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kryzys jest doskonałą szansą, by zmienić perspektywę, punkt widzenia, stanowi również okazję do wprowadzenia zmian i reform uzdrawiających gospodarką. Mogłyby do nich należeć:&lt;br /&gt;- zmniejszenie biurokratycznych barier dla przedsiębiorców,&lt;br /&gt;- zmniejszenie stopnia korupcji,&lt;br /&gt;- aktywne wspieranie przejawów przedsiębiorczości.&lt;br /&gt;Zła wiadomość? Z tej szansy również nikt nie kwapi się skorzystać. Radykalne reformy administracji nie zostały podjęte praktycznie w żadnym z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Tego rodzaju sposoby pobudzania gospodarki również u nas nie wydają się popularne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wątek ten pojawił się również na kolejnym spotkaniu – tym razem został poparty twardymi danymi, czyli raportem z badań „Doing Business 2010” przeprowadzonych na zlecenie Banku Światowego. Obecna na spotkaniu Henryka Bochniarz oraz Waldemar Pawlak (moderacja T. Laursen, pozostali goście: Neil Gregory – Bank Światowy, Paweł Lisicki – Rzeczpospolita, Sergio Rossi  - prof. ekonomii) ze smutkiem musieli komentować fakt, że jako kraj, w którym żyje 1/4 ludności regionu Europy Środkowo Wschodniej i tworzy 1/3 PKB w regionie jesteśmy w prezentowanym rankingu na 72(!) miejscu pod względem łatwości prowadzenia biznesu. Niewiele też chyba uczyniliśmy, by wspiąć się choćby oczko wyżej. Jak zauważyła H. Bochniarz: jak słyszę o jednym okienku, to mnie zęby bolą! I nie miała na myśli okienka w przychodni dentystycznej, ale fakt, że nawet jeśli jest już jedno okienko, w którym hipotetycznie otworzyć można działalność gospodarczą, to i tak dojechać do niego nie można.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najważniejsze bariery przedsiębiorczości, które wskazują w Polsce właściciele firm to nie brak jednego okienka, ale:&lt;br /&gt;- pozapłacowe koszty pracy (w tym nietransparentne, ukryte w nich podatki)&lt;br /&gt;- fatalne funkcjonowanie systemu prawnego (70% przedsiębiorców nie wierzy, że może wyegzekwować prawo z umów w polskim sądzie, poza tym możemy się ubiegać do wpis do księgi rekordów Guinessa jeśli chodzi o czas ściągania należności – 2 lata, błędy przedsiębiorców wynikające ze zmian w VAT i wiążące się z tym konsekwencje to kolejna zła wiadomość)&lt;br /&gt;- infrastruktura (tu komentarzem był dojazd do samej Krynicy z Warszawy...)&lt;br /&gt;- brak realnych ułatwień w dostępie do funduszy unijnych.&lt;br /&gt;H. Bochniarz kończąc tą wyliczankę zauważyła też, że następna lista barier, w kolejnym badaniu będzie prawdopodobnie dużo grubsza...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słuchając tych przerażających diagnoz i opinii na temat niewykorzystanych szans oraz nie dających się pokonać barier dla polskiej przedsiębiorczości można dojść do wniosku, że nie chodzi tu o żadne bezosobowe „zjawiska rynków finansowych”, „mechanizmy gospodarcze” czy inne abstrakty, ale o ludzi i wartości jakimi kierują się na co dzień w życiu. Kwestią okazuje się  wrodzony nam indywidualizm i kreatywność zderzające się z brakiem kapitału społecznego czy podskórną nieufnością wobec sąsiada, władzy czy nawet ekonomistów. Jest więc to chyba kwestia kultury?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kultura i kształtujące ją wartości będzie zatem rozwiązaniem! To tam biznes i politycy winni zwrócić swe zainteresowania i poszukiwać odpowiedzi na problemy gospodarcze! Pokrzepiony myślą, że udało mi się zlokalizować problem wertuję nerwowo program Forum. Jest! Spotkanie na temat „ „Kultura wobec żywiołów rynku – 20 lat po...”. Pędzę by zająć ostatnie miejsce choćby stojące, przekonany, że wszyscy uczestnicy forum właśnie tam kierują swoje kroki. To przecież tam będzie można posłuchać dyskusji na temat: czy żywioły rynku niszczą kulturę, czy kultura oswaja te żywioły? W jaki sposób kultura może być katalizatorem przemian gospodarczych i rozwoju (w końcu rozwój stanowi istotę kultury)?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W spotkaniu prowadzonym przez Jacka Purchla (Międzynarodowe Centrum Kultury) udział biorą Magdalena Vasaryova (deputowana zgromadzenia Narodowej Republiki Słowackiej), Erhard Busek (Forum Alpbach), Aleksander Fomenko (Uniwersytet Handlowo-Ekonomiczny, Rosja). Spotkanie okazuje się pasjonująca i niezwykle merytoryczną debatą na temat mecenatu kulturowego państwa, jego roli i funkcji pro-kulturowych czy relacji wobec twórców i artystów. Spotkanie zostaje jednak przez organizatorów skrócone o pół godziny pomimo żywych dyskusji oraz pytań i komentarzy. Być może dlatego, że na spotkanie z krynickich deptaków, kafejek i pijalni wód zamienionych w centra konferencyjne ściągnęło tłumnie s i e d e m osób plus tłumacze!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(do samego spotkania na pewno kiedyś jeszcze powrócę)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Sqgfzuyg3gI/AAAAAAAACxw/Fc1pdonfNpI/s1600-h/krzesla.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Sqgfzuyg3gI/AAAAAAAACxw/Fc1pdonfNpI/s320/krzesla.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5379584728487747074" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lekkie przygnębienie i absmak pozostaje. Przygnębienie narasta, kiedy słuchając kolejnej dyskusji w Krakowskiej Strefie VIP (najbardziej oryginalnie zaaranżowane miejsce na całym Forum) po raz kolejny dowiedzieć się mogę, że choć świetnie radzimy sobie z kreowaniem wielu marek lokalnych, a Polacy są do nich przywiązani nawet na emigracji, to wciąż nie potrafimy skutecznie wypromować jednej marki najważniejszej – Polski. W spotkaniu prowadzonym przez dziennikarza Marka Skałę udział bierze Monika Piątkowska (Dyr. wydziału strategii Krakowa), Krzysztof Pawiński (prezes Maspexu), Jacek Sadowski (agencja Demo Effective Launching), Janusz Gładyszewski (prezes Polmosu Lublin) oraz Christian Kaczmarek (prezes Bakomy) i jako aktywny słuchacz Grzegorz Kiszluk (Brief).&lt;br /&gt;Wszyscy zgodni są co do jednego: budowanie marek to przede wszystkim dbałość o jakość, potrzebny na to czas oraz zdobywane w miarę jego upływu zaufanie. Zgodni są także co do tego, że brak nam sztandarowych marek i produktów, a podkreślanie „polskości” nie wnosi na razie żadnej „wartości dodanej” do niczego poza niemarkową kiełbasą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotkanie kończy się więc kolejną złą wiadomością. Krakowska Strefa VIP pustoszeje, choć właśnie rozpoczyna się tu kolejne spotkanie, które zapowiada się niezwykle interesująco: „Stanisław Vincenz – pisarz uniwersalnego dialogu”. Przecież dokładnie o taką inspirację chodzi! Myśl Vincenza jednego z prekursorów ideologii zjednoczonej Europy, pisarza, filozofa dla którego najważniejszą wartością był szacunek dla innych i dialog może być metaforyczną odpowiedzią na problemy współczesnej gospodarki i polskich barier przedsiębiorczości. Spotkanie prowadzi pasjonat – Jan Pieszczachowicz, autor krytycznej biografii pisarza. W spotkaniu biorą też udział Bronisław Maj (poeta, tłumacz) oraz Barbara Turlejska (Wydział Kultury i Dziedzictwa m. Kraków). J. Pieszczachowicz w sposób barwny  i intrygujący wskazuje na aktualność nastawionej na tolerancję, wzajemny szacunek i zaciekawienie innym postawy Vincenza. Sugeruje również jej wyższość nad obecną dziś w dyskursie publicznym postawą historiografii odwetowej. Homerycki ideał świata, w którym każdy jest pożądanym gościem jakiego pragnął Vincenz został jednak zagubiony. Choć na pewno ważnymi gośćmi czują się słuchacze dyskusji. Jest ich oczywiście s i e d m i u i można odnieść przykre wrażenie, że zdecydowana większość tej siódemki znalazła się tu jedynie dlatego, że Karków serwuje w swoim namiocie darmowe drinki. Rozmowy toczone półgłosem przy wznoszeniu toastów i ostentacyjne gadanie przez komórki skutecznie zagłuszają opowieść o piewcy „małych ojczyzn”, który nawet w Krakowie, gdzie spoczęły jego prochy nie doczekał się nazwanej swym nazwiskiem ulicy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikifor namalował więc kolejny autoportret. To ikona. Oglądając ją należy podnosić głowę w górę a następnie kornie opuszczać. Barwy są żywe, zdecydowane, oddzielone czarną kreską. Nikifor jest na autoportrecie ubrany elegancko i schludnie – takim chciałby się widzieć i takim chciałby aby widzieli go inni. Kulfony podpisu stanowią element kompozycji. Ktoś wrzuca 50 groszy do kapelusza, ktoś inny poszturchuje złośliwie chromego żebraka.&lt;br /&gt;Siedmiu gapiów przystaje i gapi się chwilę dłużej.&lt;br /&gt;Nikt dziś niczego nie kupił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: zielonych krawatów – symbolu nadziei i równowagi Nikifor nie zauważyłby dziś w Krynicy zbyt wielu. Dominuje krwawa czerwień – ostra jazda po bandzie - jak mawiają eksperci...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-2375298552055912151?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/LWKPnoNSWOxGv7jjgUZ2iw9jT78/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/LWKPnoNSWOxGv7jjgUZ2iw9jT78/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/LWKPnoNSWOxGv7jjgUZ2iw9jT78/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/LWKPnoNSWOxGv7jjgUZ2iw9jT78/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/_UKDbQ1GjWA" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/2375298552055912151/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/siedmiu-naiwnych-i-nikifor-forum.html#comment-form" title="Komentarze (2)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/2375298552055912151?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/2375298552055912151?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/_UKDbQ1GjWA/siedmiu-naiwnych-i-nikifor-forum.html" title="Siedmiu naiwnych i Nikifor – Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień pierwszy." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" url="http://1.bp.blogspot.com/_zVDL0tHZQM4/Sqgfzuyg3gI/AAAAAAAACxw/Fc1pdonfNpI/s72-c/krzesla.jpg" height="72" width="72" /><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">2</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/siedmiu-naiwnych-i-nikifor-forum.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DUYFQXg5eyp7ImA9WxNSGU0.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-2151538051483317117</id><published>2009-09-02T17:57:00.000+02:00</published><updated>2009-09-02T17:58:30.623+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-09-02T17:58:30.623+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Polski Duch" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Piknik lotniczy, czyli nostalgia za katharsis „na żywo”.</title><content type="html">&lt;blockquote&gt;„...dominujący obecnie typ człowieka to prymityw, to &lt;em&gt;Naturmensch&lt;/em&gt;, który pojawił się pośród cywilizowanego świata. Świat jest cywilizowany, lecz nie są cywilizowani jego mieszkańcy: nie zdają sobie nawet sprawy z istnienia cywilizacji, po prostu używają jej tak, jak gdyby to była przyroda”.&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jose Ortega y Gasset, „Bunt mas”, s. 85&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fascynujące piękno mas wody spadającej z hukiem w wodospadach, dymiące groźnie szczyty wulkanów, chorobliwie wciągający obraz walczące zaciekle psów czy zadziobujących się na śmierć kogutów, tajemniczość i smutek spadających gwiazd...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teatr fundowany przez naturę pełen jest widowisk szczegółowo dopracowanych przez Demiurga i przeznaczonych specjalnie dla naszych oczu. Widowiska natury spełniają wszelkie warunki dobrej tragedii w rozumieniu Arystotelesa -  budzić powinny litość i trwogę. Uczucia te są zaś warunkiem uczuć tych oczyszczenia – przeżycia katharsis.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ jednak walki kogutów są w Polsce nielegalne (nawet na Bali zeszły do podziemia), wodospady wciąż stanowią rzadkość, a z balkonu miejskiego wieżowca oświetlanego nigdy niegasnącym żarem ekologicznych świetlówek (poniżej 100 W) trudno dostrzec spadające gwiazdy, potrzebujemy nowych widowisk. Programy telewizyjne oglądane w domowym zaciszu, transmisje radiowe, kino, nawet Youtube nie pozwalają przeżywać katharsisi – jako media, oferują jedynie rzeczywistość mediującą pomiędzy różnymi światami – rzeczywistość zapośredniczona nie budzi zaś litości i trwogi. I nawet seks czy śmierć w reality show jak pokazuje słabnąca popularność gatunku sytuacji tej zmienić nie mogą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszukujemy więc widowisk, w których „na własne oczy”, „na żywo”, oglądamy „dzianie się” i uczestniczyć możemy w oczyszczeniu zbiorowym. Dwie kategorie zbiorowego katharsis godne są uwagi poprzez ich rosnącą gwałtownie popularność: koncerty w plenerze oraz pokazy lotnicze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może my, Polacy mamy dziś uczucia skalane niepomiernie, skoro skłonni jesteśmy ponosić wszelakie, wciąż rosnące koszta zbiorowego oczyszczenia. Oto litość budzą lokalizacje koncertów, pomyślane są tak, by w żaden sposób nie można było dostać się na miejsce środkami komunikacji publicznej – dotyczy to rzecz jasna również powrotów. Limitowana liczba mobilnych miejsc intymnej defekacji (czyli toi-toji) podczas imprez masowego katharsis budzi zaś sensualną trwogę – trwogę powodowaną głównie jednym zmysłem (zmysłem równowagi żeby nie było wątpliwości).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy jednak koncerty i air-show to miejsca i widowiska odpowiednie dla duchowego oczyszczenia?&lt;br /&gt;Huizinga zauważył, że „Zabawa jest dobrowolną czynnością lub zajęciem, dokonywanym w pewnych ustalonych granicach czasu i przestrzeni według dobrowolnie przyjętych, lecz bezwarunkowo obowiązujących reguł, jest celem sama w sobie, towarzyszy jej zaś uczucie napięcia, radości i świadomość „odmienności” od „zwyczajnego życia””.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koncerty plenerowe należałoby więc zaliczyć do form zabawowych, podobnie jak wizyty w centrach zakupowych, czy popularne ostatnio miasteczka namiotowe protestujących – jest tu zawsze miejsce na napięcie, radość i odmienność od szarej codzienności.&lt;br /&gt;Pokazy lotnicze to już tragedia w formie najbardziej oczywistej (tekst ten nie ma na celu komentowania aktualnych wydarzeń, więc mówię „oczywistej” a nie „dosłownej”). Choć używane czasem sformułowanie „piknik lotniczy” sugerowałoby formę beztroskiego biwakowania, podkreślającą tymczasowość, symboliczne oderwanie się od nużącej rutyny dnia powszedniego, to nie ulega wątpliwości, że elementy „napięcia”, „grozy”, czy skrywane oczekiwanie nieuchronnej katastrofy przeważają nad radosnym uniesieniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Air-show to tragedia idealnie wpasowana w obecne oczekiwania masowego odbiorcy. Włączono w nie wszystkie atraktory hiperuwagi współczesnego widza-konsumenta: nowoczesna technologia, akcenty militarne i kumulowane ryzyka stanowią doskonały koktajl testosteronu i adrenaliny, od którego uzależniona jest percepcja widowisk dzisiejszego odbiorcy.&lt;br /&gt;I pewne jest, że na brak widzów imprezy te nigdy nie będą narzekać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: w przyszłym roku zapowiadane są już pikniki nuklearne łączone z kaźnią „zbrodniarzy ludzkości” i pokazami ekologicznej broni biologicznej.&lt;br /&gt;Niestety, podobno cyfrowe noktowizory i mikroskopy trzeba będzie zdawać przy wejściu do depozytu.&lt;br /&gt;Na pocieszenie: t-shirty z logo pokazów można zamawiać już dziś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Johan Huizinga, „Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury”, Czytelnik, Warszawa, 1985&lt;br /&gt;- Jose Ortega y Gasset, „Bunt mas”, przekł. P. Niklewicz, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2002&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-2151538051483317117?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/DhF7sgFVgLNHPfjUIRUGsX0cvHU/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/DhF7sgFVgLNHPfjUIRUGsX0cvHU/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/DhF7sgFVgLNHPfjUIRUGsX0cvHU/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/DhF7sgFVgLNHPfjUIRUGsX0cvHU/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/r9CDkDwiU6I" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/2151538051483317117/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/piknik-lotniczy-czyli-nostalgia-za.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/2151538051483317117?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/2151538051483317117?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/r9CDkDwiU6I/piknik-lotniczy-czyli-nostalgia-za.html" title="Piknik lotniczy, czyli nostalgia za katharsis „na żywo”." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/09/piknik-lotniczy-czyli-nostalgia-za.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;Ak8NQX4zfyp7ImA9WxNSFkk.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-7428871024873258780</id><published>2009-08-30T18:10:00.002+02:00</published><updated>2009-08-30T18:14:50.087+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-08-30T18:14:50.087+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozdroża reklamy" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Koniec strategii?</title><content type="html">Czy strategia taka, jaką znamy skończyła się? Choć myślenie o strategii i tzw. strategiczny światopogląd ukształtowany przez Clausewitza wydają się dziś nieaktualne, to trudno od razu odrzucić system, który zadomowił się w zachodniej kulturze w odniesieniu do myślenia o wojnie i konflikcie. Nieregularna forma wojny i współczesnych konfliktów – &lt;strong&gt;4GW&lt;/strong&gt; (&lt;strong&gt;&lt;em&gt;fourth generation warfare&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;) wymaga jednak zupełnie nowego spojrzenia na podstawowe założenia przyjmowane podczas kształtowania strategii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojęcie konfliktów czwartej generacji pojawia się w artykule: „The Changing Face of War: Into the Fourth Generation”, napisanym w 1989 dla Marine Corps Gazette przez wojskowych: Williama S. Linda, Johna F. Schmitta, oraz Josepha W. Suttona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konflikty pierwszej generacji charakteryzowały czasy taktyk stosowanych przy ustawianiu wojska w liniach i kolumnach. Bitwy prowadzone z użyciem muszkietów gładko lufowych są ich najbardziej wyrazistą ilustracją. Zmieniające się koncepcje zarządzania szykami wynikały z uwarunkowań technologicznych i społecznych (zasięg, moc broni, stany i klasy społeczne żołnierzy). Dziś, tego rodzaju myślenie przejawia się w potrzebie poszukiwania linearności określającej pole bitwy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koncepcja konfliktów drugiej generacji związana jest z pojawieniem się bardziej zaawansowanej broni – szczególnie karabinów maszynowych i używania tzw. „ognia pośredniego”. Linearne wciąż taktyki związane były z manewrami ostrzałów i przemieszczanie się linii ognia. Ich istotę wyrażała francuska maksyma wyrażona w myśli: „artyleria podbija, piechota zajmuje”. Ludzkie masy żołnierzy zastępowane są prowadzeniem zmasowanego ognia. Taktyki drugiej generacji wciąż stosowane są przez armię amerykańską.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konflikty trzeciej generacji stanowiły wynik ewolucji coraz bardziej złożonych działań wojennych - wypieranie modelu prowadzenia wojny na wyczerpanie przez wojnę głównie opartą na manewrach. Rozwinięte przez Niemców podczas I Wojny Światowej myślenie można już nazwać pozbawionym skazy linearności. Atak oparty był bardziej na infiltracji, a następnie obejściu i uderzeniu w siły wroga niż dążeniu do bezpośredniego starcia oraz obronie w głębi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koncepcja konfliktów czwartej generacji jest próbą opisu zmiennej natury działań wojennych pojawiających się wraz z fenomenem Zimnej Wojny i kolejnych zmian politycznych zachodzących po II Wojnie Światowej. Aktorzy konfliktów czwartej generacji wymykają się jednoznacznej identyfikacji. Zacierają się linie graniczne pomiędzy zakresami takich pojęć jak „wojna”, „polityka”, „żołnierze”, „ludność cywilna”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aktorzy działań wojennych stają się niekonkretni i niezwykle trudni do wskazania – najlepszym przykładem niejasności związanych z prowadzeniem tego rodzaju działań jest „wojna z terroryzmem”. Nie do końca wiadomo z kim prowadzi się taką wojnę, nie do końca wiadomo kto jest wrogiem, a kto sprzymierzeńcem i gdzie należy kierować uderzenie aby przeciwnika pokonać nie krzywdząc „ludności cywilnej”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W nowej generacji konfliktów dodatkowego znaczenia nabierają również takie czynniki jak np. atuty płynące z korzyści kulturowych, które mogą równoważyć technologiczną przewagę przeciwnika. Współczesne konflikty pokazały, że świetnie uzbrojone, przeszkolone, wyposażone w zdobycze najnowocześniejszej techniki oddziały mogą się okazać bezradne wobec fanatycznych kobiet czy dzieci oddanych idei religijnej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Agresja, która nie posiada wyraźnego centrum, jest rozproszona i niemal niemożliwa do infiltracji dzięki kulturowo-światopoglądowej tarczy ochronnej staje się siłą, z którą muszą walczyć tradycyjnie pojmowane państwa. Trudno także zwalczać ruch oporu, który nie posiada przywódców, ani dających się opisać struktur.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Budząca jeszcze do niedawna największą trwogę broń masowej zagłady (jądrowa, chemiczna, biologiczna) nie musi nawet wchodzić w posiadanie niekonkretnych, nie dających się określić wrogów kulturowych. Wystarczą masowe media – jak bowiem zauważył B. Jenkins już w latach 70-tych dla terrorystów ważniejsi są „masowi świadkowie”, niż „masowe ofiary”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tradycyjne, „clausewitzowskie” (choć z Clausewitzem często nie mające nic wspólnego) myślenie o strategii wydaje się jednak wciąż dominować pojmowania strategii biznesowych, marketingowych czy reklamowych. Modele „ataków”, „obrony”, „grup docelowych”, „oblegania”, „flankowania”, „odbijania”, „oskrzydlania”, „zawierania aliansów” czy „wojny pozycyjnej” albo kampanii w stylu „blitzkrieg” wciąż są przekładane na sytuacje wprowadzania nowych produktów na rynku, docierania do określonych segmentów nabywców czy też walki o udziały rynkowe. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy jednak rzeczywiście „wojna rynkowa”, parafrazując słowa Clausewitza jest faktycznie kontynuacją polityki firmy innymi środkami? Czy konflikt i przemoc to najwłaściwsze pojęcia opisujące naturę rynkowych działań? Jeśli tak, to należałoby przyjąć, że ta „przemoc” mająca na celu powiększanie zysku (bardzo smutna definicja) musi dziś znaleźć nowy sposób myślenia o strategii. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy bloggerów potrafiących zniszczyć reputację marki należałoby wówczas traktować jako „cyberterrorystów”? Czy inicjatywy społecznych bojkotów prowadzonych w sieci – często nie posiadające wyraźnych przywódców można traktować jak fanatyczne ruchy oporu? Czy konsumenci o sympatiach ekologicznych, wrażliwi na społeczne aspekty produkcji, tego co kupują są przedstawicielami „kulturowych bojowników” oddanych idei anty-marketingowego dżihad? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rację miałby Huntington – wojenna linia podziału, także w marketingu przebiegałaby współcześnie pomiędzy różnymi, zwalczającymi się wzajemnie kulturami. Teatrem i jednocześnie narzędziem zmagań wojennych byłby dla takich aktorów internet, a którym kulturowe konflikty wzmacniane są poprzez różnorodne efekty sieci (lub z efektów takich celowo korzystające). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kultury lokalne ścierają się tu z globalnymi, kultury marek „premium” z „low-end” a obie równocześnie walczą z kulturą „no-name”. Kultury tradycyjne ścierają się z nowoczesnymi, a z tymi z kolei walczą kultury ponowoczesne. Kultury kompetencji, ekspertyzy i specjalizacji zmagają się z kulturami amatorszczyzny, spontanicznej ignorancji i niewiedzy.&lt;br /&gt;Wszystko to zaś odbywa się na oczach milionów świadków, a często przy ich aktywnym współuczestnictwie. Trudno jednoznacznie stwierdzić kto jest swój, a kto jest wrogiem. Anonimowość umożliwia zaś błyskawiczną zmianę tożsamości. Kluczowym czynnikiem staje się szybkość reakcji, której konsekwencje są niemal niemożliwe do przewidzenia – każde działanie może wywołać natychmiastowo efekt śnieżnej kuli, a sytuacja nie poddaje się żadnej kontroli, nie mówiąc o tym jak naiwne wydaje się w takim otoczeniu tworzenie jakichkolwiek planów...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wizja marketerów jako „bojowników kulturowych” mogłaby być kusząca. Musieliby jednak spełnić kilka warunków. Przede wszystkim nauczyć się myślenia nie tyle o „świecie marki” co jej kulturze. Tworzenie, obrona i ekspansja poprzez „kulturę marki” mogłyby wtedy zastąpić tradycyjny, „clausewitzowski” obraz  marketingowych „wojen”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tworzenie i rozwijanie kultury jest jednak dużo bardziej złożone i wymagające i zdaje się też mniej atrakcyjne od zabawy w wojenkę – podbijania, łupienia, napaści, wojowniczych gestów i symboli. Oparty jedynie na konflikcie wojujący marketing nie wydaje się więc na razie poważnie zagrożony.&lt;br /&gt;Wojna jest zawsze romantyczna, a kultura tylko taką bywa...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: do tematu „kultury marki” warto będzie wrócić. Używając tego określania mam na myśli coś odmiennego od desygnatów skrytych pod określeniami: „brand culture”, czy „branding culture”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Samuel P. Huntington, Zderzenie cywilizacji, (1996) tłum. Hanna Jankowska, Muza SA Warszawa 2004&lt;br /&gt;- Strategia we współczesnym świecie. Wprowadzenie do studiów strategicznych, J. Baylis, J. Wirtz, Colin S. Gray, Eliot Cohen, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, przekł. Wojciech Nowicki, Kraków 2009&lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.d-n-i.net/fcs/4th_gen_war_gazette.htm"&gt;The Changing Face of War: Into the Fourth Generation&lt;/a&gt;, William S. Lind, Colonel Keith Nightengale (USA), Captain John F. Schmitt (USMC), Colonel Joseph W. Sutton (USA), and Lieutenant Colonel Gary I. Wilson (USMCR), Marine Corps Gazette&lt;br /&gt;October 1989, Pages 22-26&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-7428871024873258780?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/CcKx3J2XVX-EESIOceyNiuAj9r8/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/CcKx3J2XVX-EESIOceyNiuAj9r8/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/CcKx3J2XVX-EESIOceyNiuAj9r8/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/CcKx3J2XVX-EESIOceyNiuAj9r8/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/XHoH7ZSjY4s" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/7428871024873258780/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/koniec-strategii.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/7428871024873258780?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/7428871024873258780?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/XHoH7ZSjY4s/koniec-strategii.html" title="Koniec strategii?" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/koniec-strategii.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;DE8NQ3w4fCp7ImA9WxNSFEg.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-6707778152008265512</id><published>2009-08-28T12:54:00.001+02:00</published><updated>2009-08-28T12:54:52.234+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-08-28T12:54:52.234+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Polski Duch" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozdroża reklamy" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Człowiek pogryzł psa, czyli anatomia newsa</title><content type="html">Białystok, 28 sierpnia, wtorek. Poważna telewizja (lub chcąca za taką uchodzić) emituje dramatyczny reportaż z miasta o kontrowersyjnym logotypie. Oto dzieci znalazły na ulicy portfel, a w nim pieniądze. Po chwili wahania postanowiły odnaleźć właściciela i zwrócić mu zgubioną własność. Materiał ilustrowany wypowiedziami przedstawicieli lokalnej policji, władz miasta, psychologów, dramatyczne zbliżenia na stronę słownika – hasło „DYLEMAT”. Wstrząsająca, chwytająca ze serce historia i jej nieletni bohaterowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fakt. Dziennikarzy uczą podobno, że jeśli pies pogryzł człowieka, to żaden news? Co innego, kiedy człowiek pogryzł psa! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro dziecko, które znalazło portfel to temat godny opakowania w „newsową” rzeczywistość medialną, to jak musi wyglądać świat, w którym żyjemy?&lt;br /&gt;Co będzie kolejnym newsem? Może dziewięciolatek, który przyszedł do szkoły i nie zgwałcił nauczycielki na dzień dobry? Może wiadomość o lekarzu, który w przychodni zbadał pacjenta i wypisał receptę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Media serwują newsy budowane na zasadzie odnalezienia i wyeksponowania tego, co niezwykłe, warte uwagi poprzez swoją wyjątkowość. Starają się jak mogą i w słusznej sprawie – zgodnie z teorią informacji, prawdziwa informacja zawarta jest przecież w tym co zaskakujące, w tym co zadziwia – a nie w tym, co i tak wiemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/B2fjkWIUjS8&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;rel=0"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/B2fjkWIUjS8&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;rel=0" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obserwując zmieniającą się treść newsów medialnych obserwować możemy, w jaki sposób zmienia się rzeczywistość wokół nas. I chyba nie zmienia się na lepsze. Media w pogoni za newsem na rzeczywistość tą wpływają i pośrednio ją kształtują. Sugerują coraz częściej by traktować patologie i zwyrodnienia jako normę – dopiero wtedy banalne fakty nabierają sensacyjnego charakteru. Prawdziwy majstersztyk informacyjnego kapitalizmu – sposób, który pozwala przy niewielkim wkładzie, wysiłku i „kapitale” intelektualnym osiągnąć jak najwięcej – w końcu żyją z reklamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, jestem zwolennikiem abonamentu i sensownie zarządzanych mediów publicznych. Chcę mieć alternatywę dla świata, w którym ludzie codziennie zagryzają czworonogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: co powie Putin pierwszego września?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-6707778152008265512?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/hm44qPlVV3xB45isc9uO20YcE64/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/hm44qPlVV3xB45isc9uO20YcE64/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/hm44qPlVV3xB45isc9uO20YcE64/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/hm44qPlVV3xB45isc9uO20YcE64/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/_Bq5dT0zy3Y" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/6707778152008265512/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/czowiek-pogryz-psa-czyli-anatomia-newsa.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/6707778152008265512?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/6707778152008265512?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/_Bq5dT0zy3Y/czowiek-pogryz-psa-czyli-anatomia-newsa.html" title="Człowiek pogryzł psa, czyli anatomia newsa" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/czowiek-pogryz-psa-czyli-anatomia-newsa.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;A0QESHo8fyp7ImA9WxNSEkU.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-3067275689938634456</id><published>2009-08-26T13:49:00.002+02:00</published><updated>2009-08-26T14:21:49.477+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-08-26T14:21:49.477+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Polski Duch" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Jest dobrze, będzie lepiej!</title><content type="html">Nie było w tym roku wojskowej defilady z prawdziwego zdarzenia z okazji Cudu Nad Wisłą. Żadnej parady, pokazu sił, prężenia nikłych muskułków – poza wystąpieniami niektórych polityków. Fruwający złom o nazwie F16 ma nowego opiekuna. Producent wody mineralnej finansuje przynajmniej pokazy naszego zaangażowania w kwestię utylizacji zabytków sztuki militarnej. Uspokajająco działa zamieszczone w filmie szkoleniowo-propagandowym: „ćśśśśśś”. Sprawa jest faktycznie śmierdząca i lepiej chyba nie mówić o tym głośno. Przynajmniej narodowa woda sodowa coś na tym zyskała – wg doniesień prasowych udział w rynku został podwojony i to nie koniec ekspansji...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Ćśśśśśś” dotyczy rzecz jasna kamizelek kuloodpornych i dodatkowych magazynów amunicji, jakie nasi żołnierze dokupują po cichu przed wyjazdem do Afganistanu. Mamy tam ważną misję. Dbamy o wcielanie amerykańskiego snu o demokracji wśród zdeprawowanych fanatyzmem religijnym plemion – nie rozumiemy ani ich religii ani układów plemiennych, ale skoro USA obiecują nam ruchomą tarczę, to może jednak warto?. Przykład Iraku pokazuje jak ważna jest ta misja. Sukces będzie pewnie identyczny. Dlatego dodatkowa kamizelka może się każdemu faktycznie przydać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;By sukces ten już teraz uczcić, polska armia zamówiła sobie logo. Skromne 22 tys. zł to nic w porównaniu z brakującym na dozbrojenie naszych dzielnych chłopców budżetem. A dać się zabić nie ochranianym przez brakujące M16 w Rosomaku z nowym logo na drzwiach – bezcenne. Zwłaszcza, że orzeł bielik ma na nim taką piękną koronę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ nasze militarne dziadostwo nie uchodzi uwagi czujniejszych, Rosja podała już nową oficjalną wersję historii. Okazuje się, że wspólnie z Hitlerem dokonaliśmy aktu autoagresji – podobny idiotyzm wpisywałby się przecież w naszą szaloną, polską naturę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewna Angela, spotkała się ponoć z pewnym Władimirem w Jałcie aby dopisać aneks do pewnego paktu. Angela lubi Erikę, więc nasze granice mają być skorygowane we wrześniu w ramach pewnej historycznej niesprawiedliwości. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umknęło to uwadze naszego Rządu, który zaangażowany był w sprzedaż stoczni na arabskim serwisie aukcyjnym. Kupujący okazał się jednak żartownisiem. Ale to nic – zgodnie z genialną strategią planu „polaryzacyjno – dyfuzyjnego” który stawia na „społeczeństwo informacyjne”, nowe media i takie tam – dla stoczni zostanie stworzony własny kanał na Youtube. W ramach nostalgii za egzotycznymi inwestorami ma się ponoć nazywać Kanałem Sueskim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kanał zostanie z-designowany przez dbających o estetykę urzędników z Warszawy. W dziedzinie estetyzacji mają wielkie osiągnięcia – ostatnio nawet udało im się odbić magaszczękę pod Pałacem Kultury – zgodnie z historyczno-polityczną misją Prezydenta ma tam powstać Muzeum Budowania Muzeum Powstania – a może od razu wszystkich nieudanych powstań?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W muzeum zostanie otwarta kaplica, której poświęcenie poprzez SMS zapowiedział czołowy Kapłan Telefonii Mobilnej Kraju. Na uroczystości zjawić ma się Pani Minister Zdrowia, by pomodlić się o łaskę uniknięcia pandemii grypy AH1N1 – w kwestii szczepionek i innych dupereli nabrała wody w usta – jest zresztą lekarz rodzinny (może nawet nie bierze w łapę?). Pandemia zgodnie z planem WHO rozpocząć ma się 1-go września. Nie oddamy żadnego guzika z fartuchów strajkujących pielęgniarek!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Politycy spieszący na wyświecenie kaplicy otrzymają jednak dodatkowej wsparcie i ochronę armii (z nowym logo) ponieważ centrum stolicy to miejsce, w którym ostatnio pod czujnymi kamerami policji zgwałcono kilka kobiet, a naćpane nastolatki i śpieszący do nich kierowcy karetek ćwiczą brawurowy polski styl kierowania pojazdami mechanicznymi na przypadkowych przechodniach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesień zapowiada się więc ciekawie – ponieważ rozrywki dostarczy nam samo życie TVP wycofuje się z kontraktu z Dodą. ZUS zdecydował na szkolenie pracowników w ramach obsługi klienta więc także Szkło Kontaktowe i Szymon Majewski będą musieli zniknąć z anteny – nikt nie wytrzyma takiej konkurencji. Jeśli dojdzie do tego kolejny etap informatyzacji ciułanych na powiększającą się armię emeryto-rencistów niezdolnych (wciąż ) do pracy to nawet Kuba Wojewódzki straci pracę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest jednak wiadomość, która napawa nadzieją: odzyskaliśmy kondycję w międzynarodowym rzucaniu młotem. Na razie nasi wspaniali sportowcy ciskają dla rozgrzewki atrapami, ale ponoć lista chętnych by nimi cisnąć jest już prawie domknięta....&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: coś w końcu wydarzyć się powinno. Musimy przecież dostać od Boga jakąś szansę by wykazać się drzemiącym w nas prawdziwym bohaterstwem! Nijak nie potrafimy żyć w tak nudnych i przewidywalnych czasach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-3067275689938634456?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/iZrHbjWKolqFw7zZ_WMedEZwcY0/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/iZrHbjWKolqFw7zZ_WMedEZwcY0/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/iZrHbjWKolqFw7zZ_WMedEZwcY0/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/iZrHbjWKolqFw7zZ_WMedEZwcY0/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/Aet-sCAhaSI" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/3067275689938634456/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/jest-dobrze-bedzie-lepiej.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/3067275689938634456?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/3067275689938634456?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/Aet-sCAhaSI/jest-dobrze-bedzie-lepiej.html" title="Jest dobrze, będzie lepiej!" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/jest-dobrze-bedzie-lepiej.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;C0UNRHo8fyp7ImA9WxNTGEg.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-5738848615477948525</id><published>2009-08-21T12:38:00.001+02:00</published><updated>2009-08-21T12:41:35.477+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-08-21T12:41:35.477+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Rozdroża reklamy" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Reklama – najbardziej szkodliwa zawartość stron...</title><content type="html">Najciekawszy fragment z wyników badania opublikowanych dziś przez &lt;a href="http://www.gemius.pl/pl/aktualnosci/2009-08-20/01"&gt;Gemius &lt;/a&gt;brzmi następująco:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„&lt;em&gt;Najczęstszą reakcją badanych po ukazaniu się reklamy jest ucieczka, unikanie kontaktu z nią. Gdy reklama nie daje się zamknąć albo jej ilość utrudnia korzystanie z serwisu &lt;strong&gt;rezygnują z przeglądania danej strony i decydują się na zaprzestanie odwiedzania jej&lt;/strong&gt; [podkr. MS]. O wiele rzadziej występowały zachowania, w których internauci wchodzili w interakcję z reklamą lub przekazywali ją dalej. Ponad połowa internautów na widok reklamy internetowej stara się ją ignorować&lt;/em&gt;”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widać wyraźnie, że internet jako medium reklamowe bardzo różni się od telewizji. Chyba wciąż niewiele osób rezygnuje z obejrzenia dalszej części filmu przerwanego reklamą. W przypadku prasy także nieczęsto widuje się kogoś, kto kupuje dziennik, zagląda i widząc reklamy wyrzuca całą gazetę do kosza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Komunikat ze strony użytkownika można też odczytać następująco: „skoro zamieszczasz takie śmieci, to pewnie wszystko o czym piszesz nie ma żadnej wartości”. Tego nikt by sobie chyba nie życzył.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla właścicieli stron próbujących zarabiać dzięki reklamie wspomniany raport zawiera  niezbyt dobre wieści. &lt;strong&gt;Reklamę traktować powinni jako szkodliwą zawartość swoich serwisów&lt;/strong&gt; – szczególnie wszystkie jej formy inwazyjne, czy celowo utrudniające zamknięcie lub ominięcie przekazu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydaje się to ciekawym polem dla analiz właścicieli stron – czy faktycznie opłaca się tracić naprawdę wartościowych użytkowników (bo zainteresowanych produkowaną treścią) tylko po to by zarobić (tak naprawdę niewiele...) na innych, tych którzy przypadkowo klikną we fruwający banner? Zależy to pewnie od modelu biznesowego. Istnieje jednak coraz więcej stron pseudo informacyjnych, które przypominać zaczynają codziennie aktualizowane katalogi wszelkich form reklamy displayowej. Starania właścicieli co do sprzedaży powierzchni reklamowej będą pewnie coraz częściej odwrotnie proporcjonalne do liczby nowych użytkowników takich serwisów...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W raporcie interesująca jest również deklaracja badanych, że skłonni byliby dopłacać byle tylko nie oglądać reklam internetowych. Być może dostęp do płatnych treści pozbawionych komercyjnych przekazów ma szanse na powodzenie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cała notatka z raportu jest jednym wielkim znakiem ostrzegawczym dla wydawców i reklamodawców. Tolerancja odbiorców na nachalną perswazję ma swoje granice. Testowanie tych granic i szukanie czerwonej linii, jakiej poziom irytacji nie powinien przekroczyć należy więc traktować albo jako przejaw przedsiębiorczej odwagi, albo jako idiotyczną brawurę. Wszystko wskazuje na to, że coraz bardziej prawdopodobna jest słuszność tej drugiej interpretacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: wszystko powyższe nie dotyczy rzecz jasna celowo poszukiwanych informacji, ale to zupełnie inny temat...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-5738848615477948525?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/zgz-gl2QGwWrLwwtG52P7dBps4I/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/zgz-gl2QGwWrLwwtG52P7dBps4I/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/zgz-gl2QGwWrLwwtG52P7dBps4I/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/zgz-gl2QGwWrLwwtG52P7dBps4I/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/kBi8q1kdUnY" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/5738848615477948525/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/reklama-najbardziej-szkodliwa-zawartosc.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/5738848615477948525?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/5738848615477948525?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/kBi8q1kdUnY/reklama-najbardziej-szkodliwa-zawartosc.html" title="Reklama – najbardziej szkodliwa zawartość stron..." /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/reklama-najbardziej-szkodliwa-zawartosc.html</feedburner:origLink></entry><entry gd:etag="W/&quot;CkYFSHkyfSp7ImA9WxNTFEk.&quot;"><id>tag:blogger.com,1999:blog-3826809510785546250.post-3745389493602657060</id><published>2009-08-16T18:16:00.004+02:00</published><updated>2009-08-16T18:28:39.795+02:00</updated><app:edited xmlns:app="http://www.w3.org/2007/app">2009-08-16T18:28:39.795+02:00</app:edited><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Czytelnia" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Historyjki i historie" /><category scheme="http://www.blogger.com/atom/ns#" term="Zaobserwowane" /><title>Eko-Naiwność i Bio-Złudzenia, czyli kiedy legenda zamienia się w bubel?</title><content type="html">Gospodarką wg ekonomisty &lt;strong&gt;Roberta Shillera&lt;/strong&gt; rządzą emocje, owcze pędy, a nie jak chcieliby neoliberałowie popędy racjonalne. A przecież racjonalność i racjonalną celowość chcielibyśmy postrzegać jako zasady rządzące naszym życiem nie tylko w gospodarce, ale w każdej niemal dziedzinie. Wiele jednak wskazuje na to, że instynkty, emocje i uczucia stanowią główny motor naszych działań, a mit „racjonalnego” społeczeństwa dawno już powinien trafić do lamusa.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opisując mechanizm baniek spekulacyjnych Shiller (i G. Akerlof) wskazują na czynnik kluczowy pojawiających się cyklicznie „szaleństw” i „wariactw” rynkowych, które kończyć się mogą kryzysami, Czynnikiem tym jest &lt;strong&gt;siła legendy&lt;/strong&gt; towarzyszącej każdej bańce [1]. Oto przekonująca legenda, odpowiednio wiarygodne „story”, jest w stanie wspomóc szybkie pompowanie każdej bańki zamieniając prędzej czy później liczne oczekiwania w jeden wielki bubel.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiedza chaotyczna to wiedza ulotna, najlepiej przyswajamy informacje, które z czymś nam się kojarzą, pasują do posiadanej już wiedzy. Znany jest efekt zakotwiczenia (czy dostosowania), który polega na tym, że prędzej wychwycimy i przyjmiemy do wiadomości informację zgodną z naszym wyobrażeniem o stanie rzeczy, niż taką, która nie pasuje do naszej wizji świata i w żaden sposób nie zamierza wizji tej potwierdzić. Szukamy zatem „znaków” potwierdzających nasze rozumienie świata i nawet zdarzenia czysto przypadkowe tłumaczymy za pomocą „wyjaśniających’ reguł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mit, legenda, wielka opowieść to najprostszy sposób tłumaczenia świata – każde zdarzenie szybko znajdzie w nim swoje miejsce, a my łudzimy się, że przynajmniej pod tym względem „panujemy” nad rzeczywistością. Są to jednocześnie największe i najbardziej naiwne złudzenia,  którym lubimy ulegać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tulipanowa gorączka w Holandii (1637) podczas której za jedną cebulkę płacono w pewnym momencie 5,5 tys guldenów (czyli tyle, ile przeciętny pracownik przy średnich dochodach mógł zarobić w... 35 lat) niewiele się różniła od legendy taniego domu dla każdego Amerykanina, która to legenda jak wiemy zakończyła się obecnym kryzysem światowej gospodarki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasza wrodzona ostrożność i nieufność (cecha gatunkowo niezbędna dla przetrwania) zostaje uśpiona, kiedy ktoś nam do ucha mruczy „Wielką Opowieść”. Zafascynowani mitem, który wszystko pięknie wyjaśnia zaczynamy mu stopniowo ulegać. W pewnym momencie wszyscy, którym mit nie przypadł zbytnio do gustu i nadal ich nie przekonuje, stają się coraz bardziej podejrzani...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Legendy potrafią usypiać naszą czujność, ale równocześnie mają zdolność motywacji do działania (np. poprzez przykład dawany przez herosów lub kuszące obietnice). Kiedy w owczym pędzie zaczynamy im ulegać nagle okazuje się, że rzeczywistość wcale nie wygląda tak mitologicznie – nadchodzi krach, bańka pęka, pozostaje frustracja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ dawno już pękła bańka podtrzymywana legendą dwubiegunowego podziału świata, pękła bańka gospodarczej mądrości i militarnej doskonałości USA, a na Bałkanach pękła bańka europejskiego humanizmu, zaś w Afganistanie i Iraku legenda dobroczynnych skutków demokracji aplikowanej za wszelką cenę, czas na nową wielką legendę, mit który pozwoli uporządkować świat, w jakim żyjemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Bańka obecnie pompowana nazywa się EKOLOGIA. Odkurzona legenda „Matki Ziemi”, która cierpi coraz bardziej na skutek naszego ludzkiego geniuszu wyrażanego inną legendą – technologicznego postępu domaga się dziś największej uwagi i staje przedmiotem specjalnej troski. Skądinąd słuszna idea powstrzymania degradacji zasobów naturalnych, od których jesteśmy przecież zależni wymknęła się spod kontroli zamieniając w chorą w ambicjach IDEOLOGIĘ.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;ch&lt;br /&gt;Kandydaci na prezydentów, szefowie paliwowych koncernów, politycy trzeciej ligi i sprzedawcy w supermarketach coraz skwapliwiej i głośniej powtarzają tą samą bajkę. Zbawienie poprzez ekologię stało się nowym sposobem oczyszczenia ludzkiego sumienia, które dręczą mary Holocaustu, Sierra Leone, Wołynia, Jedwabnego i wielu innych niechlubnych dokonań ducha człowieczego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Wielka Opowieść” ekologiczna ma swojego protagonistę: jest nim archetyp kultywującego zrodzoną na Woodstock „flower power” współczesnego aparatczyka zielonych organizacji pożytku publicznego. Antagonistą reprezentującym ciemną kosmiczną moc i wcielenie Złego jest przedstawiciel globalnego koncernu, który nie zechciał dotychczas wyszyć biodegradowalnymi nićmi wielkiego sztandaru CSR, który choć trochę przesłonił by pogoń za zyskiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Liczne instytucje, agencje, ciała ustawodawcze wszelkich poziomów i o wszelkim zasięgu, regulacje prawne, władza polityczna, autorytety publiczne – wszyscy zostali wprzęgnięci w rydwan zielonego zbawienia. Przejawy przyjaznej środowisku naturalnemu postępującej ewangelizacji to m. in.:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- bojkot foliowych reklamówek przez samych zainteresowanych, czyli zarabiające na nich hipermarkety,&lt;br /&gt;- nawiedzone „stopki” w e-mailach wymuszające refleksję na temat konieczności drukowania bełkotliwej treści korporacyjnej biurokracji,&lt;br /&gt;- brednie o dziurach ozonowych powiększających się przy każdej próbie zatuszowania naturalnego zapachu potu nieprzyjaznym Gai dezodorantem,&lt;br /&gt;- przepisy prawne na poziomie UE obligujące wymianę energożernych żarówek nafaszerowanymi oparami rtęci, ołowiem i elektroniką świetlówkami,&lt;br /&gt;- durnowatymi zaleceniami by nie pozostawiać komputerów i telewizorów „w stanie czuwania”, zwłaszcza gdy stoją w wysokościowcach z całodobową klimatyzacją i dziesiątkami elektrycznych wind,&lt;br /&gt;- fascynacja ogniwami wodorowymi, biopaliwami, źródłami „energii odnawialnej” i wszelkimi innymi pseudo-rozwiązaniami, które bynajmniej w procesie produkcji powstają bez użycia metali ciężkich i procesów dewastujących naturalne zasoby,&lt;br /&gt;- eko-rabat na samochód – bez komentarza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przykłady można mnożyć bez końca. Wielu mógłby dostarczyć każdy menadżer trzymający podczas podróży odbywanej samolotem, na swych kolanach „energooszczędnego” laptopa, na którego jakże ekologicznym ekranie odczytuje maile (których broń Boże nie zamierza drukować) i sączący zdrową wodę z plastikowej butelki. Wsiądzie on za chwilę do posiadającego pro-ekologiczną, przystosowaną do jazdy po sawannie sylwetkę samochodu terenowego i w klimatyzowanej sali uruchomi rzutnik, z którego cynicznie wyemituje zebranym różne eko-idiotyzmy mające jednak określony cel – wyższą marżę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Założenie menadżera jest bardzo proste, a jego motto można by ująć następująco: &lt;em&gt;&lt;strong&gt;choćbyś dziś sprzedawał kanapki zawierające azbestowy granulat w eternitowych plasterkach, lukrowane polewą z kobaltu, to zapakuj je w szarą tekturę, podaj na opakowaniu zawartość kalorii i napisz, że pochodzą z biodynamicznej uprawy w rodzinnym gospodarstwie domowym i nie są testowane na pingwinach – konsumenci zapłacą 10 razy tyle nich dotychczas i wystawią ci laurkę na twitterze!&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Menadżer zakłada też że zidiociały konsument został już poddany wystarczającej indoktrynacji medialnej, od której jego mózg zrobił się już nie tylko zielony, ale wręcz seledynowy i że coraz chętniej przepłacał będzie za „przyjazne naturalnemu środowisku” banialuki. I w założeniach tych nie musi się niestety mylić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bajka ekologiczna spełnia wszelkie cechy tłumaczącej wszystko legendy – oparta jest na wyrazistej opozycji (wiadomo, kto jest dobry, a kto zły), opowiada o dążeniu do trudnego do zakwestionowania celu (uratowanie planety dla przyszłych pokoleń), a jej narracja jest niezwykle prosta – zrozumieć i powtórzyć może ją najbardziej zielony kapuściany głąb.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak w przypadku każdej bajki, która angażuje emocje poprzez dramatyczną fabułę – trudne jest (obecnie chyba niemożliwe...) poddawanie jej krytycznym, racjonalnym osądom. Można co prawda spróbować dzieciom słuchającym bajki o czerwonym kapturku np. w momencie połykania babci przez wilka opowiadać o metaforyczności opowieści, czy wyjaśniać, że szczegóły anatomii zwierzęcej i ludzkiej wskazywałyby na umowność przedstawienia. Oto wilk byłby pewnie w stanie dotkliwie poszarpać babcie czy poobgryzać jej starcze kości, ale akcja myśliwego wyciągającego ją z wilczego brzucha byłaby zapewne nieskuteczna – widzicie miny słuchaczy, którym podawano by taką interpretację?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eko-bańka będzie więc pewnie na razie spokojnie rosła nadymana kolejnymi przypowieściami o tym, czego jeszcze należy pozbyć się z domu, a co zakupić za ciężkie pieniądze, by żyć bardziej „eko”. Nikt dziś prawdopodobnie nie jest w stanie (lub nie odważy się...) dokonać racjonalnego bilansu, który jednoznacznie wykaże minusy i zagrożenia wszelkich eko-technologii i „przyjaznych” naturze rozwiązań”. Rozrastające się miasta z coraz mniej wydolnymi oczyszczalniami ścieków, zależne od coraz większej ilości megawatów energii elektrycznej koniecznej do transportu i podtrzymywania miejskich „procesów życiowych” wolą mruczeć zieloną legendę, zamiast ostrzegać mieszkańców o nieuchronnej katastrofie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Absurdalność i hipokryzja zielonej ideologii widoczne w „handlu emisjami” czy coraz bardziej uciążliwymi karami finansowymi nakładanymi na tych, którzy żyją zbyt mało „ekologicznie” będzie się zatem zwiększać do granic absurdalnych możliwości. Nikt jednak nigdy nie potrafi określić precyzyjnie jak dalece sięgają granice ludzkiej głupoty, dlatego też nikt nigdy nie był w stanie skutecznie zapobiec kolejnym kryzysom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Możemy być jednak pewni, że „owczy” (więc poprawny dziś politycznie...) pęd na ekologię pochłonie majątek wielu naiwnych „inwestorów”, którzy uważają dziś, że na rynku ekologicznych złudzeń trwać będzie wieczna hossa. Konformizm i łatwość podporządkowania się powszechnym sądom namaszczanym przez władzę polityczną są eko-szamanom jedynie na rękę&lt;/strong&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak w przypadku każdej bańki spodziewać się jednak należy, że prędzej czy później ujrzymy przykłady spektakularnych bankructw eko-idei i pierwsze procesy wytaczane „środowiskowym” Murdochom. W końcu nikt jeszcze nie wymyślił bardziej kuszącego biznesu niż sprzedawanie ludziom złudzeń.&lt;br /&gt;Łudźmy się zatem jeśli nas na to stać, ale nie dajmy wykorzystywać jak zwykle tym samym mistrzom łudzenia zbiorowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie: jeśli Twój bank zacznie ci przysyłać oferty lokat opartych na „ekologicznych inwestycjach”, a straż miejska przyśle mandat za spacer w obuwiu z podeszwami zawierającymi substancje trujące, to wiedz, że już za późno na sprzedaż akcji...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Zob. rozmowa Jacka Żakowskiego i Roberta Shillera pt. „&lt;em&gt;Zwierzęca natura rynku&lt;/em&gt;” w: Polityka, Niezbędnik inteligenta, Nr 28 (2713), 11.07.09&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3826809510785546250-3745389493602657060?l=staniszewskimarek.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/onhw-whuJURZo152L29ScH8JZ9M/0/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/onhw-whuJURZo152L29ScH8JZ9M/0/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
&lt;a href="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/onhw-whuJURZo152L29ScH8JZ9M/1/da"&gt;&lt;img src="http://feedads.g.doubleclick.net/~a/onhw-whuJURZo152L29ScH8JZ9M/1/di" border="0" ismap="true"&gt;&lt;/img&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;img src="http://feeds.feedburner.com/~r/takNaMarginesie/~4/zoX5nytMiAs" height="1" width="1"/&gt;</content><link rel="replies" type="application/atom+xml" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/feeds/3745389493602657060/comments/default" title="Komentarze do posta" /><link rel="replies" type="text/html" href="http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/eko-naiwnosc-i-bio-zudzenia-czyli-kiedy.html#comment-form" title="Komentarze (0)" /><link rel="edit" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/3745389493602657060?v=2" /><link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://www.blogger.com/feeds/3826809510785546250/posts/default/3745389493602657060?v=2" /><link rel="alternate" type="text/html" href="http://feedproxy.google.com/~r/takNaMarginesie/~3/zoX5nytMiAs/eko-naiwnosc-i-bio-zudzenia-czyli-kiedy.html" title="Eko-Naiwność i Bio-Złudzenia, czyli kiedy legenda zamienia się w bubel?" /><author><name>Marek Staniszewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05489141928408523473</uri><email>Staniszewski.M@gmail.com</email><gd:extendedProperty name="OpenSocialUserId" value="08967364620972019256" /></author><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><feedburner:origLink>http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/08/eko-naiwnosc-i-bio-zudzenia-czyli-kiedy.html</feedburner:origLink></entry></feed>
