<?xml version="1.0" encoding="UTF-8" standalone="no"?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><rss xmlns:itunes="http://www.itunes.com/dtds/podcast-1.0.dtd" version="2.0"><channel><title>wangin blog</title><description>proza i felietony... sposób na świat przekręcony</description><managingEditor>noreply@blogger.com (Jacek Wangin)</managingEditor><pubDate>Sat, 20 Jun 2026 10:31:20 +0200</pubDate><generator>Blogger http://www.blogger.com</generator><openSearch:totalResults xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/">78</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/">1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage xmlns:openSearch="http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/">25</openSearch:itemsPerPage><link>https://jacekwangin.blogspot.com/search/label/Podcasty</link><language>en-us</language><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:image href="http://www.baleo.firma3e.pl/blogger/jacek_wangin.jpg"/><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords><itunes:summary>Interpretacja autorska tekstu pochodzącego z bloga https://jacekwangin.blogspot.com/</itunes:summary><itunes:subtitle>Wanginblog'podcasts</itunes:subtitle><itunes:category text="Society &amp; Culture"/><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:owner><itunes:email>jacek.wangin@gmailo.com</itunes:email><itunes:name>Jacek Wangin</itunes:name></itunes:owner><item><title>Pasterze rozproszenia</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2026/05/pasterze-rozproszenia.html</link><category>duszpasterze</category><category>felieton</category><category>materializm</category><category>Podcasty</category><category>streaming</category><category>the chosen</category><category>Wiara i religia</category><category>zbawienie</category><pubDate>Mon, 4 May 2026 19:22:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-6073102102287367227</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/pasterze_rozproszenia.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div&gt;

  &lt;div style="float: left; font-family: georgia; font-size: medium; margin: 0px 15px 10px 0px;"&gt;
    &lt;iframe allowfullscreen="" frameborder="0" height="180" src="https://www.youtube.com/embed/K_j9uI9p4aQ" width="320"&gt;
    &lt;/iframe&gt;
  &lt;/div&gt;

  &lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Seriale w streamingu męczą mnie chyba bardziej niż telewizyjne reklamy. Równie mało mam do nich cierpliwości, choć rozumiem strategię. Jak najdłużej zatrzymać uwagę odbiorcy, zanim odda się bez granic innym mediom i jednocześnie tak towarzyszyć widzowi, by nie przeszkadzać podczas innych czynności dnia. Narracja, która w starym kinowym formacie zmieściłaby się w dziewięćdziesiąt minut, tutaj musi trwać co najmniej kilka odcinków. Kolejne epizody niewiele wnoszą, nie posuwają akcji, ale wielokrotnie powtarzane wątki, tematy i dialogi wokół tych samych spraw, dają poczucie bycia w ciągu i na bieżąco. Wszystko w trosce o obecność oglądającego podczas tłuczenia kartofla i żony czy stosowania wychowawczego lania dzieciaka zakłócającego odbiór durnym pytaniem o kieszonkowe. Serial nie może odrywać od polewania rosołu staremu i drinka teściowej, lokowania fryzury (nie produktu), depilacji miejsc mniej lub bardziej intymnych oraz tradycyjnego golenia. W efekcie ekranowa papka się klei,&amp;nbsp; a odbiorca traci łącze z rzeczywistością, byle nie z ekranem. Tymczasem subskrypcja kręci kasę niczym odpustowa karuzela i wszyscy zadowoleni.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;

  &lt;div style="clear: both; font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/div&gt;

&lt;/div&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Jako istota społecznie włączona w życie rodzinne, chcąc nie chcąc, zahaczam o scenę kolejnego serialu, który aktualnie porywa małżonkę. Tym razem, gdzieś pomiędzy klejeniem klopsika a rzutem pora do zupy, dostrzegłem Jezusa przed świątynią jerozolimską. Zbliżył się właśnie do zagrody z patyków, z owcami wewnątrz. Nietrudno było zgadnąć, że to kawałek serialu &lt;i&gt;The Chosen&lt;/i&gt;. Po słowach Zbawiciela o dobrym pasterzu, który "wyprowadza swoje owce i idzie przed nimi, a one podążają za nim, bo znają jego głos", rodzi się napięcie. Na scenę wchodzą faryzeusze, zaniepokojeni przypowieścią nieznajomego, który oświadcza, że wszyscy, którzy przed nim przyszli, to złodzieje i bandyci i owce ich nie posłuchały. Po chwili zagrożeni kapłani, dobrze umocnieni na swoich pozycjach tradycją, łapią się argumentu kamieni i mamy początek jednej z pierwszych rozpraw z Odkupicielem.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Póki co w domu nadeszła pora rozkładania talerzy i sztućców, toteż ruszyłem do pokoju, poza zasięg serialu. W głowie pozostała myśl o tych "złodziejach i bandytach", z których dziś większość nawet nie schyla się po kamienie. Oni nawet nie rozpraszają owiec, które i tak nie rozpoznają głosu pasterza. A kiedy owce głuche, a może i ślepawe, wygodniej dokonuje się rozboju i kradzieży w imię tegoż Jezusa, w dodatku nazywając siebie Jego arcypasterzami.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Żyjemy w czasie, w którym owieczki totalnie się pogubiły w polifonii głosów poza wszelkim kościołem i w zasadzie całkiem zbaraniały. Baców dziś większe stado niż owiec. Na każdym wirtualnym rogu trąbią z internetowej mównicy, co ślina jadem strzyknie. Nadszedł czas pasterzy lepszego stylu życia, osiągania szczęścia drogą na skróty, doskonałego tatuażu na kolanie, cud diety, diety najzdrowszej i wyjątkowej ze skutkiem znakomitego odchudzenia, głównie rozumu. Nie brakuje juhasów od dolegliwości wątroby i plamy na czole. Przekrzykują się pasterze polityki spiskowej i rasowej oraz najzwyklejsi pastuchowie wszelkiej trzody: płaskoziemnej, antyszczepionkowej, feministycznej, mizoginistycznej, LGBT, miejskiej, wiejskiej i nijakiej. W każdej dziedzinie, jakiej tylko tknąć, samozwańczy czikosz staje w szranki ze sztuczną inteligencją. A każdy z nich – wiadomo – najmądrzejszy we wsi.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgslJ26d6Cw1T8lLNuhG3nLWrSUtDwPc68Dpj97qrV9-7Go6FJn0DKTXpJvRebRyFj3GDQPOr3YZPkquQ2hyphenhyphen16ZwcydS7VTFKkee6nITkSdBT3YjIhpLE3oa6fv5JbfpAJyAPSJAk6TOcIs1GcjnLMEnXV9hDXaYrYu5im1qP3G1K5px64H6TKOKWwKwURj/s1408/Gemini_Generated_Image_wbalx2wbalx2wbal.png" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="768" data-original-width="1408" height="219" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgslJ26d6Cw1T8lLNuhG3nLWrSUtDwPc68Dpj97qrV9-7Go6FJn0DKTXpJvRebRyFj3GDQPOr3YZPkquQ2hyphenhyphen16ZwcydS7VTFKkee6nITkSdBT3YjIhpLE3oa6fv5JbfpAJyAPSJAk6TOcIs1GcjnLMEnXV9hDXaYrYu5im1qP3G1K5px64H6TKOKWwKwURj/w400-h219/Gemini_Generated_Image_wbalx2wbalx2wbal.png" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;I tylko jedno powstaje pytanie: dlaczego żaden z sieciowych pasterzy mądrości wątpliwej nie zaproponuje zbawienia wiecznego? Odpowiedź znalazłem po obiedzie. W ramach deseru wolnego od cukru oddałem się lekturze zaległego numeru “Tygodnika Powszechnego”. Znalazłem tu &lt;a href="https://www.tygodnikpowszechny.pl/mozg-piekno-i-dobro-jak-neurobiologia-pomaga-zrozumiec-potrzeby-duchowe-192807" rel="nofollow"&gt;rozmowę z Ianem McGilchristem, psychiatrą, neuropsychologiem i filozofem&lt;/a&gt;, a w niej ciekawy fragment: &lt;i&gt;bardzo silne jest dziś przekonanie, że rzeczywistość składa się wyłącznie z materii. A materią się manipuluje, rzeczy się używa. W świecie rzeczy najwyższą wartością stają się władza i kontrola. To niezwykle dekadenckie i w gruncie rzeczy – smutne. W innych kulturach i czasach ludzie rozumieli wagę wartości dobra, piękna i prawdy. Dziś coraz bardziej się od tego oddalamy&lt;/i&gt;.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Tak, w świecie materii, rzeczy, zbawienie duszy staje się nierzeczywiste, podobnie jak postać Dobrego Pasterza zdaje się nie wykraczać poza kreację aktorską z serialu. &lt;i&gt;Gdyby nie było Boga należałoby go wymyślić&lt;/i&gt;, mawiał Wolter. Minęły wieki i dziś można by powiedzieć: "Nawet jeśli Bóg jest, należy go strącić w wymyślone". Być może dlatego z taką łatwością Jezus, w świadomości masowej, staje się mityczną postacią herosa, lewaka, rewolucjonisty, bohatera memów, wypychanego poza namacalną rzeczywistość, bez większego żalu. Obraz rodem z naiwnej opowieści o nieśmiertelności dusz i szczęściu wiecznym nie pasuje do świata rzeczy, więc dziś i kamienie faryzeuszy na nic. Bajka wzięta z marzeń o zbawieniu, wiekuistej radości, wolnej od niespełnienia oraz bólu odchodzi w cień naszego czasu i naszej mentalności. Tylko nienasycenie i nieustające poczucie braku, tak charakterystyczne dla ludzkiego pędu od celu do celu, trwają w najlepsze i zdają się być jedynym drogowskazem, zanim przyjdzie kres. Dziś odkupienie nie ma zakorzenienia w prawdzie, bo podlega negacji w życiowych postawach rzeszy wierzących i kościelnych hierarchów. W rozdźwięku między głoszonym słowem a bytem ociekającym dostatkiem, otoczonym złotem, purpurą, pałacem i blichtrem, jakby po drugiej stronie ikonografii i obrzędu nie było już nic.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;</description><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://img.youtube.com/vi/K_j9uI9p4aQ/default.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">1</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><enclosure length="19724275" type="audio/mpeg" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/pasterze_rozproszenia.mp3"/><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Seriale w streamingu męczą mnie chyba bardziej niż telewizyjne reklamy. Równie mało mam do nich cierpliwości, choć rozumiem strategię. Jak najdłużej zatrzymać uwagę odbiorcy, zanim odda się bez granic innym mediom i jednocześnie tak towarzyszyć widzowi, by nie przeszkadzać podczas innych czynności dnia. Narracja, która w starym kinowym formacie zmieściłaby się w dziewięćdziesiąt minut, tutaj musi trwać co najmniej kilka odcinków. Kolejne epizody niewiele wnoszą, nie posuwają akcji, ale wielokrotnie powtarzane wątki, tematy i dialogi wokół tych samych spraw, dają poczucie bycia w ciągu i na bieżąco. Wszystko w trosce o obecność oglądającego podczas tłuczenia kartofla i żony czy stosowania wychowawczego lania dzieciaka zakłócającego odbiór durnym pytaniem o kieszonkowe. Serial nie może odrywać od polewania rosołu staremu i drinka teściowej, lokowania fryzury (nie produktu), depilacji miejsc mniej lub bardziej intymnych oraz tradycyjnego golenia. W efekcie ekranowa papka się klei,&amp;nbsp; a odbiorca traci łącze z rzeczywistością, byle nie z ekranem. Tymczasem subskrypcja kręci kasę niczym odpustowa karuzela i wszyscy zadowoleni. Jako istota społecznie włączona w życie rodzinne, chcąc nie chcąc, zahaczam o scenę kolejnego serialu, który aktualnie porywa małżonkę. Tym razem, gdzieś pomiędzy klejeniem klopsika a rzutem pora do zupy, dostrzegłem Jezusa przed świątynią jerozolimską. Zbliżył się właśnie do zagrody z patyków, z owcami wewnątrz. Nietrudno było zgadnąć, że to kawałek serialu The Chosen. Po słowach Zbawiciela o dobrym pasterzu, który "wyprowadza swoje owce i idzie przed nimi, a one podążają za nim, bo znają jego głos", rodzi się napięcie. Na scenę wchodzą faryzeusze, zaniepokojeni przypowieścią nieznajomego, który oświadcza, że wszyscy, którzy przed nim przyszli, to złodzieje i bandyci i owce ich nie posłuchały. Po chwili zagrożeni kapłani, dobrze umocnieni na swoich pozycjach tradycją, łapią się argumentu kamieni i mamy początek jednej z pierwszych rozpraw z Odkupicielem.&amp;nbsp; Póki co w domu nadeszła pora rozkładania talerzy i sztućców, toteż ruszyłem do pokoju, poza zasięg serialu. W głowie pozostała myśl o tych "złodziejach i bandytach", z których dziś większość nawet nie schyla się po kamienie. Oni nawet nie rozpraszają owiec, które i tak nie rozpoznają głosu pasterza. A kiedy owce głuche, a może i ślepawe, wygodniej dokonuje się rozboju i kradzieży w imię tegoż Jezusa, w dodatku nazywając siebie Jego arcypasterzami.&amp;nbsp; Żyjemy w czasie, w którym owieczki totalnie się pogubiły w polifonii głosów poza wszelkim kościołem i w zasadzie całkiem zbaraniały. Baców dziś większe stado niż owiec. Na każdym wirtualnym rogu trąbią z internetowej mównicy, co ślina jadem strzyknie. Nadszedł czas pasterzy lepszego stylu życia, osiągania szczęścia drogą na skróty, doskonałego tatuażu na kolanie, cud diety, diety najzdrowszej i wyjątkowej ze skutkiem znakomitego odchudzenia, głównie rozumu. Nie brakuje juhasów od dolegliwości wątroby i plamy na czole. Przekrzykują się pasterze polityki spiskowej i rasowej oraz najzwyklejsi pastuchowie wszelkiej trzody: płaskoziemnej, antyszczepionkowej, feministycznej, mizoginistycznej, LGBT, miejskiej, wiejskiej i nijakiej. W każdej dziedzinie, jakiej tylko tknąć, samozwańczy czikosz staje w szranki ze sztuczną inteligencją. A każdy z nich – wiadomo – najmądrzejszy we wsi.&amp;nbsp; I tylko jedno powstaje pytanie: dlaczego żaden z sieciowych pasterzy mądrości wątpliwej nie zaproponuje zbawienia wiecznego? Odpowiedź znalazłem po obiedzie. W ramach deseru wolnego od cukru oddałem się lekturze zaległego numeru “Tygodnika Powszechnego”. Znalazłem tu rozmowę z Ianem McGilchristem, psychiatrą, neuropsychologiem i filozofem, a w niej ciekawy fragment: bardzo silne jest dziś przekonanie, że rzeczywistość składa się wyłącznie z materii. A materią się manipuluje, rzeczy się używa. W świecie rzeczy najwyższą wartością stają się władza i kontrola. To niezwykle dekadenckie i w gruncie rzeczy – smutne. W innych kulturach i czasach ludzie rozumieli wagę wartości dobra, piękna i prawdy. Dziś coraz bardziej się od tego oddalamy.&amp;nbsp; Tak, w świecie materii, rzeczy, zbawienie duszy staje się nierzeczywiste, podobnie jak postać Dobrego Pasterza zdaje się nie wykraczać poza kreację aktorską z serialu. Gdyby nie było Boga należałoby go wymyślić, mawiał Wolter. Minęły wieki i dziś można by powiedzieć: "Nawet jeśli Bóg jest, należy go strącić w wymyślone". Być może dlatego z taką łatwością Jezus, w świadomości masowej, staje się mityczną postacią herosa, lewaka, rewolucjonisty, bohatera memów, wypychanego poza namacalną rzeczywistość, bez większego żalu. Obraz rodem z naiwnej opowieści o nieśmiertelności dusz i szczęściu wiecznym nie pasuje do świata rzeczy, więc dziś i kamienie faryzeuszy na nic. Bajka wzięta z marzeń o zbawieniu, wiekuistej radości, wolnej od niespełnienia oraz bólu odchodzi w cień naszego czasu i naszej mentalności. Tylko nienasycenie i nieustające poczucie braku, tak charakterystyczne dla ludzkiego pędu od celu do celu, trwają w najlepsze i zdają się być jedynym drogowskazem, zanim przyjdzie kres. Dziś odkupienie nie ma zakorzenienia w prawdzie, bo podlega negacji w życiowych postawach rzeszy wierzących i kościelnych hierarchów. W rozdźwięku między głoszonym słowem a bytem ociekającym dostatkiem, otoczonym złotem, purpurą, pałacem i blichtrem, jakby po drugiej stronie ikonografii i obrzędu nie było już nic.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Seriale w streamingu męczą mnie chyba bardziej niż telewizyjne reklamy. Równie mało mam do nich cierpliwości, choć rozumiem strategię. Jak najdłużej zatrzymać uwagę odbiorcy, zanim odda się bez granic innym mediom i jednocześnie tak towarzyszyć widzowi, by nie przeszkadzać podczas innych czynności dnia. Narracja, która w starym kinowym formacie zmieściłaby się w dziewięćdziesiąt minut, tutaj musi trwać co najmniej kilka odcinków. Kolejne epizody niewiele wnoszą, nie posuwają akcji, ale wielokrotnie powtarzane wątki, tematy i dialogi wokół tych samych spraw, dają poczucie bycia w ciągu i na bieżąco. Wszystko w trosce o obecność oglądającego podczas tłuczenia kartofla i żony czy stosowania wychowawczego lania dzieciaka zakłócającego odbiór durnym pytaniem o kieszonkowe. Serial nie może odrywać od polewania rosołu staremu i drinka teściowej, lokowania fryzury (nie produktu), depilacji miejsc mniej lub bardziej intymnych oraz tradycyjnego golenia. W efekcie ekranowa papka się klei,&amp;nbsp; a odbiorca traci łącze z rzeczywistością, byle nie z ekranem. Tymczasem subskrypcja kręci kasę niczym odpustowa karuzela i wszyscy zadowoleni. Jako istota społecznie włączona w życie rodzinne, chcąc nie chcąc, zahaczam o scenę kolejnego serialu, który aktualnie porywa małżonkę. Tym razem, gdzieś pomiędzy klejeniem klopsika a rzutem pora do zupy, dostrzegłem Jezusa przed świątynią jerozolimską. Zbliżył się właśnie do zagrody z patyków, z owcami wewnątrz. Nietrudno było zgadnąć, że to kawałek serialu The Chosen. Po słowach Zbawiciela o dobrym pasterzu, który "wyprowadza swoje owce i idzie przed nimi, a one podążają za nim, bo znają jego głos", rodzi się napięcie. Na scenę wchodzą faryzeusze, zaniepokojeni przypowieścią nieznajomego, który oświadcza, że wszyscy, którzy przed nim przyszli, to złodzieje i bandyci i owce ich nie posłuchały. Po chwili zagrożeni kapłani, dobrze umocnieni na swoich pozycjach tradycją, łapią się argumentu kamieni i mamy początek jednej z pierwszych rozpraw z Odkupicielem.&amp;nbsp; Póki co w domu nadeszła pora rozkładania talerzy i sztućców, toteż ruszyłem do pokoju, poza zasięg serialu. W głowie pozostała myśl o tych "złodziejach i bandytach", z których dziś większość nawet nie schyla się po kamienie. Oni nawet nie rozpraszają owiec, które i tak nie rozpoznają głosu pasterza. A kiedy owce głuche, a może i ślepawe, wygodniej dokonuje się rozboju i kradzieży w imię tegoż Jezusa, w dodatku nazywając siebie Jego arcypasterzami.&amp;nbsp; Żyjemy w czasie, w którym owieczki totalnie się pogubiły w polifonii głosów poza wszelkim kościołem i w zasadzie całkiem zbaraniały. Baców dziś większe stado niż owiec. Na każdym wirtualnym rogu trąbią z internetowej mównicy, co ślina jadem strzyknie. Nadszedł czas pasterzy lepszego stylu życia, osiągania szczęścia drogą na skróty, doskonałego tatuażu na kolanie, cud diety, diety najzdrowszej i wyjątkowej ze skutkiem znakomitego odchudzenia, głównie rozumu. Nie brakuje juhasów od dolegliwości wątroby i plamy na czole. Przekrzykują się pasterze polityki spiskowej i rasowej oraz najzwyklejsi pastuchowie wszelkiej trzody: płaskoziemnej, antyszczepionkowej, feministycznej, mizoginistycznej, LGBT, miejskiej, wiejskiej i nijakiej. W każdej dziedzinie, jakiej tylko tknąć, samozwańczy czikosz staje w szranki ze sztuczną inteligencją. A każdy z nich – wiadomo – najmądrzejszy we wsi.&amp;nbsp; I tylko jedno powstaje pytanie: dlaczego żaden z sieciowych pasterzy mądrości wątpliwej nie zaproponuje zbawienia wiecznego? Odpowiedź znalazłem po obiedzie. W ramach deseru wolnego od cukru oddałem się lekturze zaległego numeru “Tygodnika Powszechnego”. Znalazłem tu rozmowę z Ianem McGilchristem, psychiatrą, neuropsychologiem i filozofem, a w niej ciekawy fragment: bardzo silne jest dziś przekonanie, że rzeczywistość składa się wyłącznie z materii. A materią się manipuluje, rzeczy się używa. W świecie rzeczy najwyższą wartością stają się władza i kontrola. To niezwykle dekadenckie i w gruncie rzeczy – smutne. W innych kulturach i czasach ludzie rozumieli wagę wartości dobra, piękna i prawdy. Dziś coraz bardziej się od tego oddalamy.&amp;nbsp; Tak, w świecie materii, rzeczy, zbawienie duszy staje się nierzeczywiste, podobnie jak postać Dobrego Pasterza zdaje się nie wykraczać poza kreację aktorską z serialu. Gdyby nie było Boga należałoby go wymyślić, mawiał Wolter. Minęły wieki i dziś można by powiedzieć: "Nawet jeśli Bóg jest, należy go strącić w wymyślone". Być może dlatego z taką łatwością Jezus, w świadomości masowej, staje się mityczną postacią herosa, lewaka, rewolucjonisty, bohatera memów, wypychanego poza namacalną rzeczywistość, bez większego żalu. Obraz rodem z naiwnej opowieści o nieśmiertelności dusz i szczęściu wiecznym nie pasuje do świata rzeczy, więc dziś i kamienie faryzeuszy na nic. Bajka wzięta z marzeń o zbawieniu, wiekuistej radości, wolnej od niespełnienia oraz bólu odchodzi w cień naszego czasu i naszej mentalności. Tylko nienasycenie i nieustające poczucie braku, tak charakterystyczne dla ludzkiego pędu od celu do celu, trwają w najlepsze i zdają się być jedynym drogowskazem, zanim przyjdzie kres. Dziś odkupienie nie ma zakorzenienia w prawdzie, bo podlega negacji w życiowych postawach rzeszy wierzących i kościelnych hierarchów. W rozdźwięku między głoszonym słowem a bytem ociekającym dostatkiem, otoczonym złotem, purpurą, pałacem i blichtrem, jakby po drugiej stronie ikonografii i obrzędu nie było już nic.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Chichot Pana Boga</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2025/07/chichot-pana-boga.html</link><category>duchowe rozterki</category><category>empatia</category><category>etyka</category><category>katolicyzm codzienny</category><category>kultura kościelna</category><category>miłość bliźniego</category><category>Obrazki</category><category>obłuda religijna</category><category>Podcasty</category><pubDate>Mon, 21 Jul 2025 16:46:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-3124237254732039865</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/chichot.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhSAKvHPWnkxhENWgoeZFsTWa7nfMXBoWntL86X783lQuGFmXDPx_LirA2AJe9aU7LQOs52FTh9_U8-2cCeKxnoy6HXIoXIu5XsY2cBZ1mojfAllhNFvLAZ_t6ZOmmcgjjMvlUKEAhCRVpestj80ydWLCGjnIQtn5IsPmQCtl-Zx8zf1HJ-yueY2NqoaoSr/s612/chichot.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="419" data-original-width="612" height="274" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhSAKvHPWnkxhENWgoeZFsTWa7nfMXBoWntL86X783lQuGFmXDPx_LirA2AJe9aU7LQOs52FTh9_U8-2cCeKxnoy6HXIoXIu5XsY2cBZ1mojfAllhNFvLAZ_t6ZOmmcgjjMvlUKEAhCRVpestj80ydWLCGjnIQtn5IsPmQCtl-Zx8zf1HJ-yueY2NqoaoSr/w400-h274/chichot.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Miał ochotę pstryknąć go w ucho. Tak zwyczajnie, jak upominający ojciec w przebrzmiałej epoce, gdy nie obowiązywał zakaz stosowania kar cielesnych. Filip siedział z tyłu, uszy były przed nim, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło połączyć dwa palce, napiąć i pach! Aż się ucho zaczerwieni zdziwionemu Januszowi, odzianemu w wąs i kamizelkę katolicyzmu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Zasłużył jak nikt. Nie przesunął dupska w ławce, choć mógł. Siedział z brzegu jak kołek, gdy starsza pani kulturalnie czekała, w końcu prosiła, żeby się przesunął. Chciała usiąść razem z mężem, małym zasuszonym człowieczkiem, cierpliwie stojącym za nią, w oczekiwaniu, aż skończy się to zmaganie z kijem w ludzkim ciele. Ten wypuścił tylko skąpe “proszę” z przegrody sztucznej szczęki. W zasadzie burknął, nie zmieniając wąskiej przestrzeni między siedziskiem, swoimi girami, a klęcznikiem. Zmusił kobietę do ryzyka potknięcia o deskę, przez co niemal ocierała się biodrem o jego twarz, a chwilę później jej mąż podjął to samo ryzyko.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Niby wszystko było w porządku, klęczeli oboje na swoich miejscach, zanurzeni w modlitwie, ale Filip nie mógł przejść nad tym do porządku. Januszowy czerwony kark aż prosił o pacnięcie. Z obawy, że nie odpuści spojrzał na wielki krzyż z Jezusem nad ołtarzem i samoczynnie wyrwała się wewnętrzna modlitwa: &lt;i&gt;Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego. Ucisz mnie, nie wystawiaj na próbę, bo nie zdzierżę. Skąd oni się biorą? Skąd to zwycięstwo egoizmu i wygodnictwa na każdym kroku? Chociaż tu, w kościele, na niedzielnej mszy, mógłby przez chwilę chcieć być lepszym, ale do tego trzeba autorefleksji. A ta nie rodzi się w zgrubieniu szyi zamiast głowy. Jakby nie mógł tej dupy unieść, skoro już nie przesunie w ławce! Jakby nie mógł wyjść i przepuścić tych ludzi? Czemu akurat ja muszę to widzieć na wyciągnięcie ręki? Mam płonąć na wstępie bezradnością wobec ograniczonego katolicyzmu? Wobec bezmózgowia i nijakości! Przecież jesteś miłością, a ja zamiast czerpać ze źródła miłości, muszę pluć jadem do środka. Znasz moją porywczość w zderzeniu z małością. Ulituj się, ucisz i daj trochę łaski odróżniania rzeczy małych i wielkich.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjSeDKLdulIQ037c7iQd_GQFNnivFAgjXGpN11hzBZ4c8yM1r5WPO6S2hN0xd2MV4V33MIquR-9PkmWVF6IlPJ0e0sz-7xEoVH4UsADsuhVGXFxk90cNWMdYHCmXyyMV5NCtmXaTHsVbeqnsVDstQwznYT6pZsnMrQGHy6kEFvGIJ595LxFEucfb0tPV7GP/s880/religijny2.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="586" data-original-width="880" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjSeDKLdulIQ037c7iQd_GQFNnivFAgjXGpN11hzBZ4c8yM1r5WPO6S2hN0xd2MV4V33MIquR-9PkmWVF6IlPJ0e0sz-7xEoVH4UsADsuhVGXFxk90cNWMdYHCmXyyMV5NCtmXaTHsVbeqnsVDstQwznYT6pZsnMrQGHy6kEFvGIJ595LxFEucfb0tPV7GP/w400-h266/religijny2.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Litość pańska przemówiła z homilii. Dziś był ten fragment o miłosierdziu Samarytanina. Pochylił się nad pobitym, którego wcześniej minął kapłan i lewita. Samarytanin był po prostu wrażliwy, ludzki do pozazdroszczenia, choć do miłości bliźniego nie zobowiązywało go prawo, ani urząd, ani tym bardziej religia. Czemu ksiądz skupił się na samym akcie miłości bliźniego? Czemu pominął najważniejsze? Jezus w przypowieści nieprzypadkowo wskazuje kapłana i lewitę, ludzi obojętnych, bo właśnie religijnych, którym blisko do ideologii, a tak daleko do miłości. Filip zobaczył jeszcze raz profil drzemiącego kato Janusza z wąsem i czerwienią karku nad kamizelą. Czy coś do niego docierało przez ostatnie czterdzieści lat tutaj? Czy chodzi tylko do kościoła od zawsze i od wieków ma za daleko do łba? Czy choć przez chwilę rozumie, co się do niego mówi, czy jedynie przeciąg hula między uszami, aż po błogosławieństwo końcowe?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Ale już było po wszystkim. Tylko echo refleksji czasem powracało między odmierzanymi krokami. Teraz Filip szedł przez park, nad którym zawisła ciemna chmura. Wiele z nich straszyło od rana i nic tego nie wynikało, tylko dlatego zdecydował się na spacer. Należało wychodzić kościelną sytuację i kilka innych, podobnych, których miejscowi katolicy nie szczędzili w minionym tygodniu. Jednak deszcz przyszedł i pomógł wyciszeniu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Coraz większe krople i bąble na pobliskim stawie nie wróżyły rychłego powrotu słońca. Gdy dotarł do altany koncertowej, w środkowej części parku, czuł wilgoć w butach i mokre ramiona w polo. Na wewnętrznej ławce altany siedziało sporo ocalonych spacerowiczów. Starsza pani z pieskiem, ukraińska parka, obok mama z dorosłą córką, ale one stały nie przerywając rozmowy, odwrócone do reszty tyłem. Po ich prawej stronie młoda mama z dzieciątkiem nieporadnym na własnych nóżkach. Nagle porywisty wiatr wzmocnił deszcz i wszyscy wstali jak na komendę. Rzęsisty opad zaczął moczyć plecy pod skrajem dachu. Młoda mama niespodziewanie poprosiła kobietę obok o przytrzymanie przez chwilę dziecka, a gdy ta lękliwie i sztywno ujęła chłopczyka pod paszki, jego matka wyskoczyła z altany wprost pod ulewę. Pod drzewem mokła pozostawiona spacerówka, która szybko nabierała wody. Zanim Filip na dobre zorientował się w sytuacji, kobieta na powrót była pod dachem i już wytrzepywała wodę z wnętrza wózka. Podziękowała za pomoc i przejęła zdziwione, ale nadal pogodne dziecko. Filip poczuł się niezręcznie. Gdyby wcześniej widział wózek, wchodząc do altany, prawdopodobnie wyręczyłby teraz matkę i wniósł pojazd, zanim ruszyła. Naprawdę go nie widział, czarny, za ciemnym drzewem, w strugach deszczu? Czemu więc usprawiedliwiał się przed samym sobą? Czemu stracił czujność? Czy już był podobny do kościelnego kato Janusza, na którego wylał wiadro pomyj godzinę temu? &lt;i&gt;Dramat ludzki potrzebuje "katharsis", oczyszczenia. Dla nas, chrześcijan, symbolem tego jest Bóg, który daje drogowskazy poprzez innego człowieka.&lt;/i&gt;&amp;nbsp;Nie wiedzieć czemu przypomniał sobie słowa z czytanej wczoraj rozmowy z mądrym katechetą, profesorem filozofii i teologii. Teraz słowa wróciły i brzmiały trochę boleśniej.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiagfbMHm_gibBoara39WrJfKwzrn8zYEpCZNy9QbouGAHnSSShY4YYvIM05JqJ5MjcEIGYjAwBq4uw9hciFvj8MS5vl0bKn4b1eWjD3rXABcd-7OWQzKCBmI7TtlAz4G5zKuPtQTvrOJ_uxy8SimvpyabfsevdzW32F9tqj_BVP4MF6uWW5VZkpT7W5Z1T/s880/religijny3.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="587" data-original-width="880" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiagfbMHm_gibBoara39WrJfKwzrn8zYEpCZNy9QbouGAHnSSShY4YYvIM05JqJ5MjcEIGYjAwBq4uw9hciFvj8MS5vl0bKn4b1eWjD3rXABcd-7OWQzKCBmI7TtlAz4G5zKuPtQTvrOJ_uxy8SimvpyabfsevdzW32F9tqj_BVP4MF6uWW5VZkpT7W5Z1T/w400-h266/religijny3.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Wybiegł nie zważając na deszcz, uznał, że szybko się nie skończy. A może ta myśl go jednak za bardzo uwierała? Postanowił najkrótszą drogą dojść do samochodu i wrócić do domu, buty i tak były mokre. Szybkim marszem ruszył wzdłuż ulicy, która zamieniła się w rwący strumień. Każdy jadący samochód zmuszał do odskakiwania w bok, gdyż spod wolno sunących aut woda zalewała chodnik silnymi uderzeniami. Minęło kilka minut nim całkiem przemoczony znalazł się w ciepłej i suchej kabinie. Jechał bardzo powoli pod prąd nurtu płynącego uliczką. Zwalniał jak tylko się dało, gdy mijał ludzi idących obok, jak on sam jeszcze przed chwilą. Za zakrętem, pod drzewem, bardzo blisko jezdni, stała przemoczona kobieta bez parasola. Dawała znaki dłonią przejeżdżającym w pobliżu krawężnika, na którym stała. Mijali ją powoli, podobnie Filip nie do końca rozumiejący, czemu ona ciągle macha dłonią, skoro nikt jej nie ochlapał. Zobaczył zielone światło i skręcił na nim w lewo, na główną ulicę. Teraz dotarło, że kobieta prawdopodobnie prosiła o pomoc. Próbowała zatrzymać jakiekolwiek auto, żeby znaleźć się pod dachem, gdy wszyscy solidarnie mieli ją w nosie i może tym właśnie go znieczulili. Ona rzeczywiście nie miała w pobliżu żadnego schronienia. A jeśli była nienormalna? Mogła go przecież oskarżyć o molestowanie i próbę uprowadzenia, gdyby chciał tak po ludzku podwieźć ją do domu? "Każdy dobry uczynek może spotkać kara w tak pokręconych czasach", pomyślał nim jeszcze raz tego dnia oddalił od siebie dobrego Samarytanina. I tak jakoś za blisko kato Janusza znalazł się na powrót, chociaż już nie chciał pstrykać go w ucho. Zrobiło mu się dziwnie i niemal usłyszał chichot Pana Boga, z którym wcale nie było mu do śmiechu.&lt;/span&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/chichot.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhSAKvHPWnkxhENWgoeZFsTWa7nfMXBoWntL86X783lQuGFmXDPx_LirA2AJe9aU7LQOs52FTh9_U8-2cCeKxnoy6HXIoXIu5XsY2cBZ1mojfAllhNFvLAZ_t6ZOmmcgjjMvlUKEAhCRVpestj80ydWLCGjnIQtn5IsPmQCtl-Zx8zf1HJ-yueY2NqoaoSr/s72-w400-h274-c/chichot.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Miał ochotę pstryknąć go w ucho. Tak zwyczajnie, jak upominający ojciec w przebrzmiałej epoce, gdy nie obowiązywał zakaz stosowania kar cielesnych. Filip siedział z tyłu, uszy były przed nim, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło połączyć dwa palce, napiąć i pach! Aż się ucho zaczerwieni zdziwionemu Januszowi, odzianemu w wąs i kamizelkę katolicyzmu.&amp;nbsp; Zasłużył jak nikt. Nie przesunął dupska w ławce, choć mógł. Siedział z brzegu jak kołek, gdy starsza pani kulturalnie czekała, w końcu prosiła, żeby się przesunął. Chciała usiąść razem z mężem, małym zasuszonym człowieczkiem, cierpliwie stojącym za nią, w oczekiwaniu, aż skończy się to zmaganie z kijem w ludzkim ciele. Ten wypuścił tylko skąpe “proszę” z przegrody sztucznej szczęki. W zasadzie burknął, nie zmieniając wąskiej przestrzeni między siedziskiem, swoimi girami, a klęcznikiem. Zmusił kobietę do ryzyka potknięcia o deskę, przez co niemal ocierała się biodrem o jego twarz, a chwilę później jej mąż podjął to samo ryzyko.&amp;nbsp; Niby wszystko było w porządku, klęczeli oboje na swoich miejscach, zanurzeni w modlitwie, ale Filip nie mógł przejść nad tym do porządku. Januszowy czerwony kark aż prosił o pacnięcie. Z obawy, że nie odpuści spojrzał na wielki krzyż z Jezusem nad ołtarzem i samoczynnie wyrwała się wewnętrzna modlitwa: Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego. Ucisz mnie, nie wystawiaj na próbę, bo nie zdzierżę. Skąd oni się biorą? Skąd to zwycięstwo egoizmu i wygodnictwa na każdym kroku? Chociaż tu, w kościele, na niedzielnej mszy, mógłby przez chwilę chcieć być lepszym, ale do tego trzeba autorefleksji. A ta nie rodzi się w zgrubieniu szyi zamiast głowy. Jakby nie mógł tej dupy unieść, skoro już nie przesunie w ławce! Jakby nie mógł wyjść i przepuścić tych ludzi? Czemu akurat ja muszę to widzieć na wyciągnięcie ręki? Mam płonąć na wstępie bezradnością wobec ograniczonego katolicyzmu? Wobec bezmózgowia i nijakości! Przecież jesteś miłością, a ja zamiast czerpać ze źródła miłości, muszę pluć jadem do środka. Znasz moją porywczość w zderzeniu z małością. Ulituj się, ucisz i daj trochę łaski odróżniania rzeczy małych i wielkich.&amp;nbsp;Litość pańska przemówiła z homilii. Dziś był ten fragment o miłosierdziu Samarytanina. Pochylił się nad pobitym, którego wcześniej minął kapłan i lewita. Samarytanin był po prostu wrażliwy, ludzki do pozazdroszczenia, choć do miłości bliźniego nie zobowiązywało go prawo, ani urząd, ani tym bardziej religia. Czemu ksiądz skupił się na samym akcie miłości bliźniego? Czemu pominął najważniejsze? Jezus w przypowieści nieprzypadkowo wskazuje kapłana i lewitę, ludzi obojętnych, bo właśnie religijnych, którym blisko do ideologii, a tak daleko do miłości. Filip zobaczył jeszcze raz profil drzemiącego kato Janusza z wąsem i czerwienią karku nad kamizelą. Czy coś do niego docierało przez ostatnie czterdzieści lat tutaj? Czy chodzi tylko do kościoła od zawsze i od wieków ma za daleko do łba? Czy choć przez chwilę rozumie, co się do niego mówi, czy jedynie przeciąg hula między uszami, aż po błogosławieństwo końcowe?&amp;nbsp; Ale już było po wszystkim. Tylko echo refleksji czasem powracało między odmierzanymi krokami. Teraz Filip szedł przez park, nad którym zawisła ciemna chmura. Wiele z nich straszyło od rana i nic tego nie wynikało, tylko dlatego zdecydował się na spacer. Należało wychodzić kościelną sytuację i kilka innych, podobnych, których miejscowi katolicy nie szczędzili w minionym tygodniu. Jednak deszcz przyszedł i pomógł wyciszeniu.&amp;nbsp;Coraz większe krople i bąble na pobliskim stawie nie wróżyły rychłego powrotu słońca. Gdy dotarł do altany koncertowej, w środkowej części parku, czuł wilgoć w butach i mokre ramiona w polo. Na wewnętrznej ławce altany siedziało sporo ocalonych spacerowiczów. Starsza pani z pieskiem, ukraińska parka, obok mama z dorosłą córką, ale one stały nie przerywając rozmowy, odwrócone do reszty tyłem. Po ich prawej stronie młoda mama z dzieciątkiem nieporadnym na własnych nóżkach. Nagle porywisty wiatr wzmocnił deszcz i wszyscy wstali jak na komendę. Rzęsisty opad zaczął moczyć plecy pod skrajem dachu. Młoda mama niespodziewanie poprosiła kobietę obok o przytrzymanie przez chwilę dziecka, a gdy ta lękliwie i sztywno ujęła chłopczyka pod paszki, jego matka wyskoczyła z altany wprost pod ulewę. Pod drzewem mokła pozostawiona spacerówka, która szybko nabierała wody. Zanim Filip na dobre zorientował się w sytuacji, kobieta na powrót była pod dachem i już wytrzepywała wodę z wnętrza wózka. Podziękowała za pomoc i przejęła zdziwione, ale nadal pogodne dziecko. Filip poczuł się niezręcznie. Gdyby wcześniej widział wózek, wchodząc do altany, prawdopodobnie wyręczyłby teraz matkę i wniósł pojazd, zanim ruszyła. Naprawdę go nie widział, czarny, za ciemnym drzewem, w strugach deszczu? Czemu więc usprawiedliwiał się przed samym sobą? Czemu stracił czujność? Czy już był podobny do kościelnego kato Janusza, na którego wylał wiadro pomyj godzinę temu? Dramat ludzki potrzebuje "katharsis", oczyszczenia. Dla nas, chrześcijan, symbolem tego jest Bóg, który daje drogowskazy poprzez innego człowieka.&amp;nbsp;Nie wiedzieć czemu przypomniał sobie słowa z czytanej wczoraj rozmowy z mądrym katechetą, profesorem filozofii i teologii. Teraz słowa wróciły i brzmiały trochę boleśniej.&amp;nbsp; Wybiegł nie zważając na deszcz, uznał, że szybko się nie skończy. A może ta myśl go jednak za bardzo uwierała? Postanowił najkrótszą drogą dojść do samochodu i wrócić do domu, buty i tak były mokre. Szybkim marszem ruszył wzdłuż ulicy, która zamieniła się w rwący strumień. Każdy jadący samochód zmuszał do odskakiwania w bok, gdyż spod wolno sunących aut woda zalewała chodnik silnymi uderzeniami. Minęło kilka minut nim całkiem przemoczony znalazł się w ciepłej i suchej kabinie. Jechał bardzo powoli pod prąd nurtu płynącego uliczką. Zwalniał jak tylko się dało, gdy mijał ludzi idących obok, jak on sam jeszcze przed chwilą. Za zakrętem, pod drzewem, bardzo blisko jezdni, stała przemoczona kobieta bez parasola. Dawała znaki dłonią przejeżdżającym w pobliżu krawężnika, na którym stała. Mijali ją powoli, podobnie Filip nie do końca rozumiejący, czemu ona ciągle macha dłonią, skoro nikt jej nie ochlapał. Zobaczył zielone światło i skręcił na nim w lewo, na główną ulicę. Teraz dotarło, że kobieta prawdopodobnie prosiła o pomoc. Próbowała zatrzymać jakiekolwiek auto, żeby znaleźć się pod dachem, gdy wszyscy solidarnie mieli ją w nosie i może tym właśnie go znieczulili. Ona rzeczywiście nie miała w pobliżu żadnego schronienia. A jeśli była nienormalna? Mogła go przecież oskarżyć o molestowanie i próbę uprowadzenia, gdyby chciał tak po ludzku podwieźć ją do domu? "Każdy dobry uczynek może spotkać kara w tak pokręconych czasach", pomyślał nim jeszcze raz tego dnia oddalił od siebie dobrego Samarytanina. I tak jakoś za blisko kato Janusza znalazł się na powrót, chociaż już nie chciał pstrykać go w ucho. Zrobiło mu się dziwnie i niemal usłyszał chichot Pana Boga, z którym wcale nie było mu do śmiechu.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Miał ochotę pstryknąć go w ucho. Tak zwyczajnie, jak upominający ojciec w przebrzmiałej epoce, gdy nie obowiązywał zakaz stosowania kar cielesnych. Filip siedział z tyłu, uszy były przed nim, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło połączyć dwa palce, napiąć i pach! Aż się ucho zaczerwieni zdziwionemu Januszowi, odzianemu w wąs i kamizelkę katolicyzmu.&amp;nbsp; Zasłużył jak nikt. Nie przesunął dupska w ławce, choć mógł. Siedział z brzegu jak kołek, gdy starsza pani kulturalnie czekała, w końcu prosiła, żeby się przesunął. Chciała usiąść razem z mężem, małym zasuszonym człowieczkiem, cierpliwie stojącym za nią, w oczekiwaniu, aż skończy się to zmaganie z kijem w ludzkim ciele. Ten wypuścił tylko skąpe “proszę” z przegrody sztucznej szczęki. W zasadzie burknął, nie zmieniając wąskiej przestrzeni między siedziskiem, swoimi girami, a klęcznikiem. Zmusił kobietę do ryzyka potknięcia o deskę, przez co niemal ocierała się biodrem o jego twarz, a chwilę później jej mąż podjął to samo ryzyko.&amp;nbsp; Niby wszystko było w porządku, klęczeli oboje na swoich miejscach, zanurzeni w modlitwie, ale Filip nie mógł przejść nad tym do porządku. Januszowy czerwony kark aż prosił o pacnięcie. Z obawy, że nie odpuści spojrzał na wielki krzyż z Jezusem nad ołtarzem i samoczynnie wyrwała się wewnętrzna modlitwa: Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego. Ucisz mnie, nie wystawiaj na próbę, bo nie zdzierżę. Skąd oni się biorą? Skąd to zwycięstwo egoizmu i wygodnictwa na każdym kroku? Chociaż tu, w kościele, na niedzielnej mszy, mógłby przez chwilę chcieć być lepszym, ale do tego trzeba autorefleksji. A ta nie rodzi się w zgrubieniu szyi zamiast głowy. Jakby nie mógł tej dupy unieść, skoro już nie przesunie w ławce! Jakby nie mógł wyjść i przepuścić tych ludzi? Czemu akurat ja muszę to widzieć na wyciągnięcie ręki? Mam płonąć na wstępie bezradnością wobec ograniczonego katolicyzmu? Wobec bezmózgowia i nijakości! Przecież jesteś miłością, a ja zamiast czerpać ze źródła miłości, muszę pluć jadem do środka. Znasz moją porywczość w zderzeniu z małością. Ulituj się, ucisz i daj trochę łaski odróżniania rzeczy małych i wielkich.&amp;nbsp;Litość pańska przemówiła z homilii. Dziś był ten fragment o miłosierdziu Samarytanina. Pochylił się nad pobitym, którego wcześniej minął kapłan i lewita. Samarytanin był po prostu wrażliwy, ludzki do pozazdroszczenia, choć do miłości bliźniego nie zobowiązywało go prawo, ani urząd, ani tym bardziej religia. Czemu ksiądz skupił się na samym akcie miłości bliźniego? Czemu pominął najważniejsze? Jezus w przypowieści nieprzypadkowo wskazuje kapłana i lewitę, ludzi obojętnych, bo właśnie religijnych, którym blisko do ideologii, a tak daleko do miłości. Filip zobaczył jeszcze raz profil drzemiącego kato Janusza z wąsem i czerwienią karku nad kamizelą. Czy coś do niego docierało przez ostatnie czterdzieści lat tutaj? Czy chodzi tylko do kościoła od zawsze i od wieków ma za daleko do łba? Czy choć przez chwilę rozumie, co się do niego mówi, czy jedynie przeciąg hula między uszami, aż po błogosławieństwo końcowe?&amp;nbsp; Ale już było po wszystkim. Tylko echo refleksji czasem powracało między odmierzanymi krokami. Teraz Filip szedł przez park, nad którym zawisła ciemna chmura. Wiele z nich straszyło od rana i nic tego nie wynikało, tylko dlatego zdecydował się na spacer. Należało wychodzić kościelną sytuację i kilka innych, podobnych, których miejscowi katolicy nie szczędzili w minionym tygodniu. Jednak deszcz przyszedł i pomógł wyciszeniu.&amp;nbsp;Coraz większe krople i bąble na pobliskim stawie nie wróżyły rychłego powrotu słońca. Gdy dotarł do altany koncertowej, w środkowej części parku, czuł wilgoć w butach i mokre ramiona w polo. Na wewnętrznej ławce altany siedziało sporo ocalonych spacerowiczów. Starsza pani z pieskiem, ukraińska parka, obok mama z dorosłą córką, ale one stały nie przerywając rozmowy, odwrócone do reszty tyłem. Po ich prawej stronie młoda mama z dzieciątkiem nieporadnym na własnych nóżkach. Nagle porywisty wiatr wzmocnił deszcz i wszyscy wstali jak na komendę. Rzęsisty opad zaczął moczyć plecy pod skrajem dachu. Młoda mama niespodziewanie poprosiła kobietę obok o przytrzymanie przez chwilę dziecka, a gdy ta lękliwie i sztywno ujęła chłopczyka pod paszki, jego matka wyskoczyła z altany wprost pod ulewę. Pod drzewem mokła pozostawiona spacerówka, która szybko nabierała wody. Zanim Filip na dobre zorientował się w sytuacji, kobieta na powrót była pod dachem i już wytrzepywała wodę z wnętrza wózka. Podziękowała za pomoc i przejęła zdziwione, ale nadal pogodne dziecko. Filip poczuł się niezręcznie. Gdyby wcześniej widział wózek, wchodząc do altany, prawdopodobnie wyręczyłby teraz matkę i wniósł pojazd, zanim ruszyła. Naprawdę go nie widział, czarny, za ciemnym drzewem, w strugach deszczu? Czemu więc usprawiedliwiał się przed samym sobą? Czemu stracił czujność? Czy już był podobny do kościelnego kato Janusza, na którego wylał wiadro pomyj godzinę temu? Dramat ludzki potrzebuje "katharsis", oczyszczenia. Dla nas, chrześcijan, symbolem tego jest Bóg, który daje drogowskazy poprzez innego człowieka.&amp;nbsp;Nie wiedzieć czemu przypomniał sobie słowa z czytanej wczoraj rozmowy z mądrym katechetą, profesorem filozofii i teologii. Teraz słowa wróciły i brzmiały trochę boleśniej.&amp;nbsp; Wybiegł nie zważając na deszcz, uznał, że szybko się nie skończy. A może ta myśl go jednak za bardzo uwierała? Postanowił najkrótszą drogą dojść do samochodu i wrócić do domu, buty i tak były mokre. Szybkim marszem ruszył wzdłuż ulicy, która zamieniła się w rwący strumień. Każdy jadący samochód zmuszał do odskakiwania w bok, gdyż spod wolno sunących aut woda zalewała chodnik silnymi uderzeniami. Minęło kilka minut nim całkiem przemoczony znalazł się w ciepłej i suchej kabinie. Jechał bardzo powoli pod prąd nurtu płynącego uliczką. Zwalniał jak tylko się dało, gdy mijał ludzi idących obok, jak on sam jeszcze przed chwilą. Za zakrętem, pod drzewem, bardzo blisko jezdni, stała przemoczona kobieta bez parasola. Dawała znaki dłonią przejeżdżającym w pobliżu krawężnika, na którym stała. Mijali ją powoli, podobnie Filip nie do końca rozumiejący, czemu ona ciągle macha dłonią, skoro nikt jej nie ochlapał. Zobaczył zielone światło i skręcił na nim w lewo, na główną ulicę. Teraz dotarło, że kobieta prawdopodobnie prosiła o pomoc. Próbowała zatrzymać jakiekolwiek auto, żeby znaleźć się pod dachem, gdy wszyscy solidarnie mieli ją w nosie i może tym właśnie go znieczulili. Ona rzeczywiście nie miała w pobliżu żadnego schronienia. A jeśli była nienormalna? Mogła go przecież oskarżyć o molestowanie i próbę uprowadzenia, gdyby chciał tak po ludzku podwieźć ją do domu? "Każdy dobry uczynek może spotkać kara w tak pokręconych czasach", pomyślał nim jeszcze raz tego dnia oddalił od siebie dobrego Samarytanina. I tak jakoś za blisko kato Janusza znalazł się na powrót, chociaż już nie chciał pstrykać go w ucho. Zrobiło mu się dziwnie i niemal usłyszał chichot Pana Boga, z którym wcale nie było mu do śmiechu.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Dzika paranoja</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2025/05/dzika-paranoja.html</link><category>Las</category><category>nordic walking</category><category>Obrazki</category><category>Podcasty</category><category>pomór świń</category><category>refleksje</category><category>spacery</category><category>wiosna</category><pubDate>Tue, 20 May 2025 07:24:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-2776572126844328949</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/dzika_paranoja.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjMwzM-FQtYVaPSvhjsQmr4tnO1omjXEbIERy5Z0h3KSXIjW4fyiPFHeTf-q0ZrKNEPpaOVJg5PCclrCJpLAye7YBCGt6WVfxnaEaIonOoyx8WsB5yLEH6pZHXDY_wAHqd_mvDWSor06qAp8dtZzBqQZpIM_3V1Np9ok_clMbUV9HvRi24lBVcudaX8ADEz/s4000/P5030731.JPG" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="3000" data-original-width="4000" height="300" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjMwzM-FQtYVaPSvhjsQmr4tnO1omjXEbIERy5Z0h3KSXIjW4fyiPFHeTf-q0ZrKNEPpaOVJg5PCclrCJpLAye7YBCGt6WVfxnaEaIonOoyx8WsB5yLEH6pZHXDY_wAHqd_mvDWSor06qAp8dtZzBqQZpIM_3V1Np9ok_clMbUV9HvRi24lBVcudaX8ADEz/w400-h300/P5030731.JPG" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Maj, ten piękny czas, gdy stukotem kijków zagłuszam przedwieczorny śpiew leśnych ptaków. Na szczęście dźwięk metalowych końcówek o kamienie nie przeszkadza na wpół oswojonym jeleniom, nie płoszy jakoś szczególnie saren, co najwyżej przegoni zdezorientowanego dzika z krzaków. Nic jednak nie przeszkodzi&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;słuchaniu ptaków,&amp;nbsp; które towarzyszą polifonią głosów, dlatego nie ryzykuję zmiany drogi. Szczególnie w poniedziałki, gdy lokalsi, zmęczeni weekendowym wędrowaniem z czworonogiem i rodziną, odpuszczają górzyste ścieżki.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Z uśmiechem na ustach, wywołanym widokiem soczystej zieleni, szczerząc zęby do konwalii, drobnych kwiatków pieprzycy i kryjących główki zawilców i tym razem cieszyłem się życiem, szczególnie po zwycięstwie nad misiem w sobie, którego z takim trudem odkleiłem od wyrka i książki. Właśnie wspiąłem się po serpentynie ścieżki na szczyt kolejnej górki, gdy dostrzegłem na środku traktu niebieski samochód z napisami na drzwiach i z wyłączonym silnikiem. Tutaj? Teraz? Pod zakaz wjazdu? Przy takim ryzyku pożaru i po osiemnastej? Bilety do lasu sprzedaje? Panierowaną brukiew przywiózł zającu? Szerokim łukiem ominąłem pojazd, uznając, że wiosna&amp;nbsp;&lt;/span&gt;najwyraźniej&amp;nbsp;zbudziła chuć człowieczą. Skoro tydzień temu mijałem na ścieżkach świeże opakowania po prezerwatywach, niewykluczone, że i dziś kolejna fantazja przyniosła tu fanów Tindera i żaden szlaban im niestraszny. O pożar namiętności tu idzie bardziej niż lasu, uśmiechnąłem się do uspokajającej myśli.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Zdziwienie dało&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;o sobie&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;znać po raz drugi, gdy po przejściu dwóch kilometrów natknąłem się ponownie na to samo auto, zaparkowane w zupełnie innym miejscu i też na leśnej ścieżce. Tym razem nie mogłem ominąć pojazdu szerszym łukiem, nie było innej drogi, a zbieranie lokalnych kleszczy dalece wykroczyło poza zakres potrzeb ruchowych. Nie pozostało nic innego jak zmierzyć się z przeznaczeniem. Wziąłem głębszy oddech, gotowy na powtórkę z historii. Prawie uwierzyłem, że i mnie przydarzy się spotkanie z UFO. Zaproszenie do środka, przybysze w czarnych kombinezonach i kapturkach, pomiary tu i tam, całkiem jak mieszkańcowi Emilcina w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Widać raz na sto lat sprawdzają, co z naszą ewolucją i wynik akurat ich nie porywa. Ale przybysze dziś bardziej wyrachowani i chwilowo zamienili latający talerz w mało wysublimowany produkt Fiata, jakby ta forma mniej rzucała się w oczy w lesie. Czyżby nadeszła i moja pora na bliskie spotkanie trzeciego stopnia?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Na wszelki wypadek wypiąłem prawy kij z rękawicy, rozważając jak go użyć. Nie byłem pewny, czy lepiej sprawdzi się jako oszczep czy raczej włócznia? W użyciu ostrego narzędzia, niegodnie z jego przeznaczeniem, wprawy co prawda nie mam. Aluminium też raczej tandetne, bo z promocji. Pozostało liczyć na gen piastowskiego woja, drzemiący w rejonach nieodkrytych albo zwyczajnie: na instynkt połączony z atawizmem. A jakby jeden kij zawiódł, drugiego użyję w innym charakterze. Budując wątpliwą motywację, sznurowałem do przodu napinając pierś, wciągając bojler nad gumką dresu, ile się da, choć treningu za mało, żeby wyodrębnić kaloryfer. Efekt taki sobie. Posturą nie zyskałem przewagi psychologicznej, ale i tym razem samochód&amp;nbsp; stał opuszczony i milczący, a zza budy nie wyskoczył nawet pan w płaszczu, by&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;spod rozwianej poły&amp;nbsp;&lt;span&gt;zademonstrować obnażonego stefana. Cisza wokół, jak po śmierci ostatniego ekologa, a przecież jakoś pojazd zmieniał miejsce i to trafnie! Wyłącznie po linii mojej stałej trasy, choć tyle rozstajów miał wokół. Całkiem niewykluczone, że w celu ostatecznego obrzydzenia mojej integracji z naturą, tylko po cholerę? Może to kolejny bezdomny właśnie próbował&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;hojnie&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;obdarować pojazdem, widząc że dygam po lesie o suchym kiju jak pomylony?&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Z uporem godnym lepszej sprawy trzymałem się&amp;nbsp;&lt;/span&gt;dalej&amp;nbsp;stałego szlaku, gdy krokomierz zadrżał po raz piąty, sygnalizując zaliczenie kolejnego kilometra. Za blisko mety, żeby skracać drogę i oszukiwać dystans. Teraz było łatwiej, schodziłem w dół, kije niosły mnie same, od czasu do czasu przypominały o sobie, boleśnie wpadając pod nogę na nierównościach i korzeniach. Zostało do pokonania ostatnie wzgórze po łuku. Tu minąłem spacerowicza z psem, ale obaj nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, o niczym nie chcieli powiadomić, przed niczym ostrzec, zatem nie działo się nic szczególnego. Wyrównałem oddech, posłałem uśmiech przylaszczce chowającej kwiatek, gdy za zakrętem znowu go znalazłem.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiSpMn-2yzZFlU5caoYCXa08yYqRpdc9UwBswZCrFOmCllfED5BwqCZIHdGWVxZQSg99F093J17l3o7NCqmyGlprJeo8t8-w6LlqYlfwy44djb6dKKh38kZ2LA69Ovx2ZVHEksnx-swucQqtCFj__J2DxVSbuwpAEZiZvpskWTkwWElfpeDFpssfp3a_swL/s4000/P5020680.JPG" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="3000" data-original-width="4000" height="300" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiSpMn-2yzZFlU5caoYCXa08yYqRpdc9UwBswZCrFOmCllfED5BwqCZIHdGWVxZQSg99F093J17l3o7NCqmyGlprJeo8t8-w6LlqYlfwy44djb6dKKh38kZ2LA69Ovx2ZVHEksnx-swucQqtCFj__J2DxVSbuwpAEZiZvpskWTkwWElfpeDFpssfp3a_swL/w400-h300/P5020680.JPG" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;To samo niebieskie jeździdło i nadal na środku duktu. Nagle otworzyła się klapka pamięci. Należę do pokolenia, które karmiono legendą czarnej wołgi, krążącej po mieście, by porywać dzieci i ściągać z nich krew. Figielek pamięci sprowadził suchość gardła, szczególnie dotkliwą, bo tym razem drzwi pojazdu drgnęły skrzypiąc. Zbliżyłem się na dwadzieścia kroków, a od strony kierowcy wysiadł facet w bojówkach moro i ruszył w moją stronę. Czyżbym zasłużył na wyrok mafii? A już miałem przestać czytać kryminały! Oto żywy dowód, że siadają na psychę! Nim do końca skarciłem wyobraźnię, gość wydobył z kieszeni telefon i niósł go przed sobą demonstracyjnie, przemawiając:&lt;i&gt; Panie, nie widział pan gdzie tu zdechłego dzika? Kręcę się jak marek po piekle i za cholerę padliny znaleźć nie mogę!&lt;/i&gt;&amp;nbsp;Podsunął mi przed oczy ekran ze zdjęciem. Dorodny kawał dzikiej świni leżał pod wielkim bukiem, z uniesionym łbem, całkiem jakby odpoczywał po penetracji osiedlowego śmietnika. Desperat spojrzał prosząco, jakby odgadł moją myśl: &lt;i&gt;Panie, to las jest, tu wszystkie drzewa takie same, jak ja mam go szukać? Idzie taki jeden z drugim spacerowicz niedzielny, taka jego mać, dzika znajdzie, powiadomi, ale już nie przekaże, gdzie konkretnie. A mnie każą szukać mądrale z centrali! Panie! Co ja sęp jakiś jestem, że na kilometry padlinę wyczuję? Kiedy on pewnie jeszcze nie zaśmiardł dobrze! Nie widział pan aby gdzie?&lt;/i&gt; Wzruszyłem ramionami w pełni zrozumienia, pokiwałem głową empatycznie, dodałem coś, że bez pinezki na mapie, to raczej marne szanse ze znalezieniem zwłok. Gość zapytał mnie jeszcze o aktualną lokalizację i kierunek do najbliższej asfaltowej drogi. Najwyraźniej zamyślił zakończyć wyprawę całkiem na tarczy,&amp;nbsp;&lt;/span&gt;pogodzony z ostateczną klęską. Wsiadał do kabiny, wybierając numer w telefonie, i już miotał przekleństwa, których szczątki dobiegały moich uszu. Po chwili&amp;nbsp;niebieski fiat znikał w tunelu świeżej zieleni, całkiem już oswojony.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;No nie widziałem dzika,&amp;nbsp;&lt;/span&gt;nic nie poradzę,&amp;nbsp;nie dziś, ale ciężar z serca spadł, nie powiem. Literacka wyobraźnia mimo to nie ustępowała: &lt;i&gt;było mu powiedzieć, żeby po krążących krukach szukał.&lt;/i&gt; Uśmiechnąłem się do niewybrednego żartu ironicznej towarzyszki życiowego niespełnienia. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przejściu kolejnych kilkuset metrów usłyszałem krakanie nad głową. Ponad koronami drzew krążyły dwa kruki. Natura bywa jednak przewrotna, pomyślałem i na wszelki wypadek spojrzałem w dół. Pod nimi była duża gromada drzew iglastych i żadnych buków w pobliżu. Kruki najwyraźniej miały się bardziej ku sobie z powodu wiosny niż pomoru świń.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mp3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/dzika_paranoja.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjMwzM-FQtYVaPSvhjsQmr4tnO1omjXEbIERy5Z0h3KSXIjW4fyiPFHeTf-q0ZrKNEPpaOVJg5PCclrCJpLAye7YBCGt6WVfxnaEaIonOoyx8WsB5yLEH6pZHXDY_wAHqd_mvDWSor06qAp8dtZzBqQZpIM_3V1Np9ok_clMbUV9HvRi24lBVcudaX8ADEz/s72-w400-h300-c/P5030731.JPG" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Maj, ten piękny czas, gdy stukotem kijków zagłuszam przedwieczorny śpiew leśnych ptaków. Na szczęście dźwięk metalowych końcówek o kamienie nie przeszkadza na wpół oswojonym jeleniom, nie płoszy jakoś szczególnie saren, co najwyżej przegoni zdezorientowanego dzika z krzaków. Nic jednak nie przeszkodzi&amp;nbsp;słuchaniu ptaków,&amp;nbsp; które towarzyszą polifonią głosów, dlatego nie ryzykuję zmiany drogi. Szczególnie w poniedziałki, gdy lokalsi, zmęczeni weekendowym wędrowaniem z czworonogiem i rodziną, odpuszczają górzyste ścieżki.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Z uśmiechem na ustach, wywołanym widokiem soczystej zieleni, szczerząc zęby do konwalii, drobnych kwiatków pieprzycy i kryjących główki zawilców i tym razem cieszyłem się życiem, szczególnie po zwycięstwie nad misiem w sobie, którego z takim trudem odkleiłem od wyrka i książki. Właśnie wspiąłem się po serpentynie ścieżki na szczyt kolejnej górki, gdy dostrzegłem na środku traktu niebieski samochód z napisami na drzwiach i z wyłączonym silnikiem. Tutaj? Teraz? Pod zakaz wjazdu? Przy takim ryzyku pożaru i po osiemnastej? Bilety do lasu sprzedaje? Panierowaną brukiew przywiózł zającu? Szerokim łukiem ominąłem pojazd, uznając, że wiosna&amp;nbsp;najwyraźniej&amp;nbsp;zbudziła chuć człowieczą. Skoro tydzień temu mijałem na ścieżkach świeże opakowania po prezerwatywach, niewykluczone, że i dziś kolejna fantazja przyniosła tu fanów Tindera i żaden szlaban im niestraszny. O pożar namiętności tu idzie bardziej niż lasu, uśmiechnąłem się do uspokajającej myśli.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Zdziwienie dało&amp;nbsp;o sobie&amp;nbsp;znać po raz drugi, gdy po przejściu dwóch kilometrów natknąłem się ponownie na to samo auto, zaparkowane w zupełnie innym miejscu i też na leśnej ścieżce. Tym razem nie mogłem ominąć pojazdu szerszym łukiem, nie było innej drogi, a zbieranie lokalnych kleszczy dalece wykroczyło poza zakres potrzeb ruchowych. Nie pozostało nic innego jak zmierzyć się z przeznaczeniem. Wziąłem głębszy oddech, gotowy na powtórkę z historii. Prawie uwierzyłem, że i mnie przydarzy się spotkanie z UFO. Zaproszenie do środka, przybysze w czarnych kombinezonach i kapturkach, pomiary tu i tam, całkiem jak mieszkańcowi Emilcina w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Widać raz na sto lat sprawdzają, co z naszą ewolucją i wynik akurat ich nie porywa. Ale przybysze dziś bardziej wyrachowani i chwilowo zamienili latający talerz w mało wysublimowany produkt Fiata, jakby ta forma mniej rzucała się w oczy w lesie. Czyżby nadeszła i moja pora na bliskie spotkanie trzeciego stopnia?&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Na wszelki wypadek wypiąłem prawy kij z rękawicy, rozważając jak go użyć. Nie byłem pewny, czy lepiej sprawdzi się jako oszczep czy raczej włócznia? W użyciu ostrego narzędzia, niegodnie z jego przeznaczeniem, wprawy co prawda nie mam. Aluminium też raczej tandetne, bo z promocji. Pozostało liczyć na gen piastowskiego woja, drzemiący w rejonach nieodkrytych albo zwyczajnie: na instynkt połączony z atawizmem. A jakby jeden kij zawiódł, drugiego użyję w innym charakterze. Budując wątpliwą motywację, sznurowałem do przodu napinając pierś, wciągając bojler nad gumką dresu, ile się da, choć treningu za mało, żeby wyodrębnić kaloryfer. Efekt taki sobie. Posturą nie zyskałem przewagi psychologicznej, ale i tym razem samochód&amp;nbsp; stał opuszczony i milczący, a zza budy nie wyskoczył nawet pan w płaszczu, by&amp;nbsp;spod rozwianej poły&amp;nbsp;zademonstrować obnażonego stefana. Cisza wokół, jak po śmierci ostatniego ekologa, a przecież jakoś pojazd zmieniał miejsce i to trafnie! Wyłącznie po linii mojej stałej trasy, choć tyle rozstajów miał wokół. Całkiem niewykluczone, że w celu ostatecznego obrzydzenia mojej integracji z naturą, tylko po cholerę? Może to kolejny bezdomny właśnie próbował&amp;nbsp;hojnie&amp;nbsp;obdarować pojazdem, widząc że dygam po lesie o suchym kiju jak pomylony? &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Z uporem godnym lepszej sprawy trzymałem się&amp;nbsp;dalej&amp;nbsp;stałego szlaku, gdy krokomierz zadrżał po raz piąty, sygnalizując zaliczenie kolejnego kilometra. Za blisko mety, żeby skracać drogę i oszukiwać dystans. Teraz było łatwiej, schodziłem w dół, kije niosły mnie same, od czasu do czasu przypominały o sobie, boleśnie wpadając pod nogę na nierównościach i korzeniach. Zostało do pokonania ostatnie wzgórze po łuku. Tu minąłem spacerowicza z psem, ale obaj nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, o niczym nie chcieli powiadomić, przed niczym ostrzec, zatem nie działo się nic szczególnego. Wyrównałem oddech, posłałem uśmiech przylaszczce chowającej kwiatek, gdy za zakrętem znowu go znalazłem.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; To samo niebieskie jeździdło i nadal na środku duktu. Nagle otworzyła się klapka pamięci. Należę do pokolenia, które karmiono legendą czarnej wołgi, krążącej po mieście, by porywać dzieci i ściągać z nich krew. Figielek pamięci sprowadził suchość gardła, szczególnie dotkliwą, bo tym razem drzwi pojazdu drgnęły skrzypiąc. Zbliżyłem się na dwadzieścia kroków, a od strony kierowcy wysiadł facet w bojówkach moro i ruszył w moją stronę. Czyżbym zasłużył na wyrok mafii? A już miałem przestać czytać kryminały! Oto żywy dowód, że siadają na psychę! Nim do końca skarciłem wyobraźnię, gość wydobył z kieszeni telefon i niósł go przed sobą demonstracyjnie, przemawiając: Panie, nie widział pan gdzie tu zdechłego dzika? Kręcę się jak marek po piekle i za cholerę padliny znaleźć nie mogę!&amp;nbsp;Podsunął mi przed oczy ekran ze zdjęciem. Dorodny kawał dzikiej świni leżał pod wielkim bukiem, z uniesionym łbem, całkiem jakby odpoczywał po penetracji osiedlowego śmietnika. Desperat spojrzał prosząco, jakby odgadł moją myśl: Panie, to las jest, tu wszystkie drzewa takie same, jak ja mam go szukać? Idzie taki jeden z drugim spacerowicz niedzielny, taka jego mać, dzika znajdzie, powiadomi, ale już nie przekaże, gdzie konkretnie. A mnie każą szukać mądrale z centrali! Panie! Co ja sęp jakiś jestem, że na kilometry padlinę wyczuję? Kiedy on pewnie jeszcze nie zaśmiardł dobrze! Nie widział pan aby gdzie? Wzruszyłem ramionami w pełni zrozumienia, pokiwałem głową empatycznie, dodałem coś, że bez pinezki na mapie, to raczej marne szanse ze znalezieniem zwłok. Gość zapytał mnie jeszcze o aktualną lokalizację i kierunek do najbliższej asfaltowej drogi. Najwyraźniej zamyślił zakończyć wyprawę całkiem na tarczy,&amp;nbsp;pogodzony z ostateczną klęską. Wsiadał do kabiny, wybierając numer w telefonie, i już miotał przekleństwa, których szczątki dobiegały moich uszu. Po chwili&amp;nbsp;niebieski fiat znikał w tunelu świeżej zieleni, całkiem już oswojony.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;No nie widziałem dzika,&amp;nbsp;nic nie poradzę,&amp;nbsp;nie dziś, ale ciężar z serca spadł, nie powiem. Literacka wyobraźnia mimo to nie ustępowała: było mu powiedzieć, żeby po krążących krukach szukał. Uśmiechnąłem się do niewybrednego żartu ironicznej towarzyszki życiowego niespełnienia. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przejściu kolejnych kilkuset metrów usłyszałem krakanie nad głową. Ponad koronami drzew krążyły dwa kruki. Natura bywa jednak przewrotna, pomyślałem i na wszelki wypadek spojrzałem w dół. Pod nimi była duża gromada drzew iglastych i żadnych buków w pobliżu. Kruki najwyraźniej miały się bardziej ku sobie z powodu wiosny niż pomoru świń.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Maj, ten piękny czas, gdy stukotem kijków zagłuszam przedwieczorny śpiew leśnych ptaków. Na szczęście dźwięk metalowych końcówek o kamienie nie przeszkadza na wpół oswojonym jeleniom, nie płoszy jakoś szczególnie saren, co najwyżej przegoni zdezorientowanego dzika z krzaków. Nic jednak nie przeszkodzi&amp;nbsp;słuchaniu ptaków,&amp;nbsp; które towarzyszą polifonią głosów, dlatego nie ryzykuję zmiany drogi. Szczególnie w poniedziałki, gdy lokalsi, zmęczeni weekendowym wędrowaniem z czworonogiem i rodziną, odpuszczają górzyste ścieżki.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Z uśmiechem na ustach, wywołanym widokiem soczystej zieleni, szczerząc zęby do konwalii, drobnych kwiatków pieprzycy i kryjących główki zawilców i tym razem cieszyłem się życiem, szczególnie po zwycięstwie nad misiem w sobie, którego z takim trudem odkleiłem od wyrka i książki. Właśnie wspiąłem się po serpentynie ścieżki na szczyt kolejnej górki, gdy dostrzegłem na środku traktu niebieski samochód z napisami na drzwiach i z wyłączonym silnikiem. Tutaj? Teraz? Pod zakaz wjazdu? Przy takim ryzyku pożaru i po osiemnastej? Bilety do lasu sprzedaje? Panierowaną brukiew przywiózł zającu? Szerokim łukiem ominąłem pojazd, uznając, że wiosna&amp;nbsp;najwyraźniej&amp;nbsp;zbudziła chuć człowieczą. Skoro tydzień temu mijałem na ścieżkach świeże opakowania po prezerwatywach, niewykluczone, że i dziś kolejna fantazja przyniosła tu fanów Tindera i żaden szlaban im niestraszny. O pożar namiętności tu idzie bardziej niż lasu, uśmiechnąłem się do uspokajającej myśli.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Zdziwienie dało&amp;nbsp;o sobie&amp;nbsp;znać po raz drugi, gdy po przejściu dwóch kilometrów natknąłem się ponownie na to samo auto, zaparkowane w zupełnie innym miejscu i też na leśnej ścieżce. Tym razem nie mogłem ominąć pojazdu szerszym łukiem, nie było innej drogi, a zbieranie lokalnych kleszczy dalece wykroczyło poza zakres potrzeb ruchowych. Nie pozostało nic innego jak zmierzyć się z przeznaczeniem. Wziąłem głębszy oddech, gotowy na powtórkę z historii. Prawie uwierzyłem, że i mnie przydarzy się spotkanie z UFO. Zaproszenie do środka, przybysze w czarnych kombinezonach i kapturkach, pomiary tu i tam, całkiem jak mieszkańcowi Emilcina w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Widać raz na sto lat sprawdzają, co z naszą ewolucją i wynik akurat ich nie porywa. Ale przybysze dziś bardziej wyrachowani i chwilowo zamienili latający talerz w mało wysublimowany produkt Fiata, jakby ta forma mniej rzucała się w oczy w lesie. Czyżby nadeszła i moja pora na bliskie spotkanie trzeciego stopnia?&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Na wszelki wypadek wypiąłem prawy kij z rękawicy, rozważając jak go użyć. Nie byłem pewny, czy lepiej sprawdzi się jako oszczep czy raczej włócznia? W użyciu ostrego narzędzia, niegodnie z jego przeznaczeniem, wprawy co prawda nie mam. Aluminium też raczej tandetne, bo z promocji. Pozostało liczyć na gen piastowskiego woja, drzemiący w rejonach nieodkrytych albo zwyczajnie: na instynkt połączony z atawizmem. A jakby jeden kij zawiódł, drugiego użyję w innym charakterze. Budując wątpliwą motywację, sznurowałem do przodu napinając pierś, wciągając bojler nad gumką dresu, ile się da, choć treningu za mało, żeby wyodrębnić kaloryfer. Efekt taki sobie. Posturą nie zyskałem przewagi psychologicznej, ale i tym razem samochód&amp;nbsp; stał opuszczony i milczący, a zza budy nie wyskoczył nawet pan w płaszczu, by&amp;nbsp;spod rozwianej poły&amp;nbsp;zademonstrować obnażonego stefana. Cisza wokół, jak po śmierci ostatniego ekologa, a przecież jakoś pojazd zmieniał miejsce i to trafnie! Wyłącznie po linii mojej stałej trasy, choć tyle rozstajów miał wokół. Całkiem niewykluczone, że w celu ostatecznego obrzydzenia mojej integracji z naturą, tylko po cholerę? Może to kolejny bezdomny właśnie próbował&amp;nbsp;hojnie&amp;nbsp;obdarować pojazdem, widząc że dygam po lesie o suchym kiju jak pomylony? &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Z uporem godnym lepszej sprawy trzymałem się&amp;nbsp;dalej&amp;nbsp;stałego szlaku, gdy krokomierz zadrżał po raz piąty, sygnalizując zaliczenie kolejnego kilometra. Za blisko mety, żeby skracać drogę i oszukiwać dystans. Teraz było łatwiej, schodziłem w dół, kije niosły mnie same, od czasu do czasu przypominały o sobie, boleśnie wpadając pod nogę na nierównościach i korzeniach. Zostało do pokonania ostatnie wzgórze po łuku. Tu minąłem spacerowicza z psem, ale obaj nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, o niczym nie chcieli powiadomić, przed niczym ostrzec, zatem nie działo się nic szczególnego. Wyrównałem oddech, posłałem uśmiech przylaszczce chowającej kwiatek, gdy za zakrętem znowu go znalazłem.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; To samo niebieskie jeździdło i nadal na środku duktu. Nagle otworzyła się klapka pamięci. Należę do pokolenia, które karmiono legendą czarnej wołgi, krążącej po mieście, by porywać dzieci i ściągać z nich krew. Figielek pamięci sprowadził suchość gardła, szczególnie dotkliwą, bo tym razem drzwi pojazdu drgnęły skrzypiąc. Zbliżyłem się na dwadzieścia kroków, a od strony kierowcy wysiadł facet w bojówkach moro i ruszył w moją stronę. Czyżbym zasłużył na wyrok mafii? A już miałem przestać czytać kryminały! Oto żywy dowód, że siadają na psychę! Nim do końca skarciłem wyobraźnię, gość wydobył z kieszeni telefon i niósł go przed sobą demonstracyjnie, przemawiając: Panie, nie widział pan gdzie tu zdechłego dzika? Kręcę się jak marek po piekle i za cholerę padliny znaleźć nie mogę!&amp;nbsp;Podsunął mi przed oczy ekran ze zdjęciem. Dorodny kawał dzikiej świni leżał pod wielkim bukiem, z uniesionym łbem, całkiem jakby odpoczywał po penetracji osiedlowego śmietnika. Desperat spojrzał prosząco, jakby odgadł moją myśl: Panie, to las jest, tu wszystkie drzewa takie same, jak ja mam go szukać? Idzie taki jeden z drugim spacerowicz niedzielny, taka jego mać, dzika znajdzie, powiadomi, ale już nie przekaże, gdzie konkretnie. A mnie każą szukać mądrale z centrali! Panie! Co ja sęp jakiś jestem, że na kilometry padlinę wyczuję? Kiedy on pewnie jeszcze nie zaśmiardł dobrze! Nie widział pan aby gdzie? Wzruszyłem ramionami w pełni zrozumienia, pokiwałem głową empatycznie, dodałem coś, że bez pinezki na mapie, to raczej marne szanse ze znalezieniem zwłok. Gość zapytał mnie jeszcze o aktualną lokalizację i kierunek do najbliższej asfaltowej drogi. Najwyraźniej zamyślił zakończyć wyprawę całkiem na tarczy,&amp;nbsp;pogodzony z ostateczną klęską. Wsiadał do kabiny, wybierając numer w telefonie, i już miotał przekleństwa, których szczątki dobiegały moich uszu. Po chwili&amp;nbsp;niebieski fiat znikał w tunelu świeżej zieleni, całkiem już oswojony.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;No nie widziałem dzika,&amp;nbsp;nic nie poradzę,&amp;nbsp;nie dziś, ale ciężar z serca spadł, nie powiem. Literacka wyobraźnia mimo to nie ustępowała: było mu powiedzieć, żeby po krążących krukach szukał. Uśmiechnąłem się do niewybrednego żartu ironicznej towarzyszki życiowego niespełnienia. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przejściu kolejnych kilkuset metrów usłyszałem krakanie nad głową. Ponad koronami drzew krążyły dwa kruki. Natura bywa jednak przewrotna, pomyślałem i na wszelki wypadek spojrzałem w dół. Pod nimi była duża gromada drzew iglastych i żadnych buków w pobliżu. Kruki najwyraźniej miały się bardziej ku sobie z powodu wiosny niż pomoru świń.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Smutek samca</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2024/12/smutek-samca.html</link><category>felieton</category><category>kobieta i mężczyzna</category><category>miłość</category><category>Podcasty</category><category>seks</category><category>smutek</category><category>Społeczeństwo</category><category>związek</category><pubDate>Mon, 30 Dec 2024 14:05:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-6134820315860265560</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/smutek_samca.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi6sIIuHDBPVdnbBatoXwTWdekzAYli8ADxIxCVXQUG5b3P2HY6Q92coAs8_mRDYZWyHNQFu22YOvXfwq33krntRLlNHz5QmM92wZPg_dqnCYn5aROs-SDlgruQJvRgZepJU-XvG0Ymadann97X4qbdRGFq2r6hcGusMmbdmHX7HT7NmMJ7mz0z4HLmJe0d/s880/ona_on1.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="517" data-original-width="880" height="235" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi6sIIuHDBPVdnbBatoXwTWdekzAYli8ADxIxCVXQUG5b3P2HY6Q92coAs8_mRDYZWyHNQFu22YOvXfwq33krntRLlNHz5QmM92wZPg_dqnCYn5aROs-SDlgruQJvRgZepJU-XvG0Ymadann97X4qbdRGFq2r6hcGusMmbdmHX7HT7NmMJ7mz0z4HLmJe0d/w400-h235/ona_on1.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;To się zdarza. Audiobook kończy się w trakcie plenerowego marszu. Z racji pory roku, wiatru i chłodu, daję najszybszą opcję w aplikacji: "znajdź następną książkę”. Tym sposobem często trafiam na coś, co dawno temu wrzuciłem na półkę i doskonale nie pamiętam z jakiego powodu.&amp;nbsp; Od kilku dni brnąłem przez powieść historyczną &lt;i&gt;Egipcjanin Sinuhe &lt;/i&gt;Miki Waltariego. Klasyk dotąd pomijany, jak wiele innych, raczej nużył, ale nie miałem potrzeby zmiany. Lektor trzymał wzorcowe tempo spacerowe, a ja dawałem narracji szansę. Przynajmniej wyciszała głowę skołataną kolejnym dniem w pracy. I chyba warto było czekać, przynajmniej do tego momentu, w którym autor przykuł uwagę, wkładając w usta królewskiego trepanatora magiczne słowa:&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;i&gt;Nie ma miłości – rzekł Ptahor stanowczo – mężczyzna jest smutny, gdy nie posiada kobiety, z którą mógłby spać. Ale gdy spał z kobietą jest jeszcze smutniejszy. Tak było i tak zawsze będzie. – Dlaczego? – spytałem. – Tego nie wiedzą nawet bogowie.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;Coś jest na rzeczy, pomyślałem cofając nagranie w domu, by wynotować prorocze słowa. &lt;i&gt;Tego nie wiedzą nawet bogowie&lt;/i&gt;, z pewnością. Setki lat przed naszą erą, ponad dwa tysiące lat nowej ery, a gdzie miłość barwna po grób? W marzeniach, złudzeniach wyciskanych do bólu, zwidach i pragnieniu. Ze znakomitej większości prób zwycięsko wychodzą nieliczne wyjątki, jak to w regule, a masie poharatanych niedobitków zostają dymiące pogorzeliska, łzy i niebieskie karty na komendzie. Panie&amp;nbsp;&lt;/span&gt;wzdychają do miłości jakby głośniej i częściej, mimo kolejnych sińców pod oczami, wszak mają do dyspozycji silniejsze narzędzia: memy, komunikatory i portale społecznościowe wzmacniające wołanie na puszczy. Panowie masowo smutnieją w mgnieniu oka. N&lt;/span&gt;im zdołają wytrzeć narząd w firankę, minie&amp;nbsp;szał uniesień wraz z krzykiem wybranki. I tak oto, co kobieco skojarzone z niekończącym się uczuciem, nieuchronnie mija się z tym, co w męskim wyobrażeniu. Kroczą obok siebie w potrzebach, definicjach, teoriach, praktykach i ostatecznie mniej lub bardziej świadomie oboje zazdroszczą modliszkom. Ta szczytując odgryzie łeb amanta i skraca całe to kałapućkanie po fakcie. Ochroni stan rachunku bankowego i w zarodku zgasi desperację ciągania się po terapeutach, sądach, adwokatach i notariuszach, zachowując ledwie draśniętą wolność na następny raz.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEijTG6KI5k12GwI68iG-7AqJJJqa94m4N0ndyRHCGXwjqdMn1qdghAk-MttsT1n6y69bD_de3gTvagBy9sX419vO7ofNzRV-3fFoOVWGKCMs7xgJ_ue7Swcxd4ZrvykAbX78nZ1E2GIOFmvwo7wg7vo-rqLNqXdvOASJ9zXom3UX7n-Fp9kw05i8w-dN1-0/s880/dziady_baby.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="586" data-original-width="880" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEijTG6KI5k12GwI68iG-7AqJJJqa94m4N0ndyRHCGXwjqdMn1qdghAk-MttsT1n6y69bD_de3gTvagBy9sX419vO7ofNzRV-3fFoOVWGKCMs7xgJ_ue7Swcxd4ZrvykAbX78nZ1E2GIOFmvwo7wg7vo-rqLNqXdvOASJ9zXom3UX7n-Fp9kw05i8w-dN1-0/w400-h266/dziady_baby.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Ano właśnie. Przecież podobną sentencję przypisano już historycznie Arystotelesowi, choć raczej nie posługiwał się łaciną, ale może tak wybrzmiewa ona dostojniej: &lt;i&gt;omne animal triste post coitum est&lt;/i&gt;. Tyle że mowa tu raczej o akcie fizycznym na miarę biologii, to w tym wymiarze &lt;i&gt;po obcowaniu każde stworzenie jest smutne&lt;/i&gt;. Z wyjątkiem koguta, który to &lt;i&gt;post coitum &lt;/i&gt;wskakuje na płot i drze dzioba, obwieszczając światu, że znowu mu się udało, siłą, ale jednak! Przemocowiec jeden. Łacińska maksyma przypomniała mi rzadko cytowaną scenę kultowego filmu Janusza Majewskiego &lt;i&gt;C.K. Dezerterzy&lt;/i&gt;. Oto Jan Kania i Mitzi kończą kolejne mizianki, tym razem sielsko-anielsko, na łące, kiedy&amp;nbsp;lubieżnie&amp;nbsp;przeciągające się dziewczę pyta:&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- O czym myślisz?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- O niczym. Jestem bezmyślnym jełopem, który myśli o niczym – rzecze Jan.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Przestań, przecież widzę, że posmutniałeś.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Post coitum… - mruczy Kania.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Nie mów do mnie po łacinie! – Oburza się równie prosta, co namiętna córeczka okolicznej burdelmamy i kontynuuje – Wiesz o czym ja myślę?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Wiem. Zawsze o tym samym.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Kretyn! Myślę, że ślub weźmiemy w Koszycach, bo tu plotkarki by nas zżarły z zazdrości.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- A nie przyszło ci do tej pustej głowy, że po wojnie będę chciał wrócić do domu, do rodziny, do swojego kraju?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- No to pojedziesz i wrócisz, przecież to nie jest za granicą.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Kto wie, czy już nie będzie? A jeśli nawet, to co? Wrócę tu i będę zarządzał interesem mamusi?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Bo ty już mnie nie kochasz! Stałam ci się obojętna – prawie płacze słodka Mitzi.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- To przeczy temu, cośmy tu robili – odpowiada z cynicznym uśmiechem gefreiter Kania.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Ty kochasz mnie tylko przed!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Kocham cię przed i po i w trakcie… o! W trakcie najbardziej!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Ty draniu, zobaczysz, zrobię sobie coś złego!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Tylko nie usiądź gołą pupą na pokrzywach, bo byśmy cierpieli oboje.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Czyż da się obronić inaczej egzystencjalny smutek męskości niż ironią? Jak żyć z kimś, kto zaplanuje za dwoje, nie pytając drugiego o zdanie, sprowadzając trwogę egzystencji do ślubu w Koszycach, trendów wskazanych przez wedding plannera czy koloru muszki pana młodego? Tak mają kobiety w obliczu miłości: dałam ci co cenniejsze, teraz w zamian biorę twoje życie do dyspozycji i ani mi drgnij albo “ty już mnie nie kochasz”. Oto czemu faceci tak często są smutni, według Ptahora i nie tylko.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Na moje męskie oko, to także nieunikniona rozpacz czystej ekonomii. Ona pojawia się już na starcie, w początku przeczuwa kres, nieuchronnie. Niedoszacowanie wysiłku finansowego i nadmiaru poprzedzającej aktywności, wobec wątpliwego zysku, daje o sobie znać bardzo szybko. Sami zobaczcie, ile energii kosztuje go kilkuminutowy akt haczenia o niebiańskie progi! Co prawda niesiony pożądaniem za daleko ma do głowy, ale w końcu dociera ten przerost inwestycji. I już wie, ile kosztował taniec godowy po nic, a raczej po maksymalnie kwadrans spełnienia. Obiady w Whiskey in the Jar, kolacje w Pueblo, randki w Chlebie i Winie, a wszystko poprzedzane przebieraniem nogami w chodnikowym ogonku przed drzwiami lokalu. Do tego spontanicznie kupowane kartony z Hachi Sushi do butelki wina targanej przed ekran Netflixa. Wielokroć brane prysznice z zapachem Ritualsa w tle, wody kolońskie z Notino.pl, zajeżdżanie merolem, wybłaganym na godziny u taty, brata szwagra czy latanie po salonach Kruk, Yes, Pandora, by dopaść gustownego świetlika, połyskującego w ciemności kuperkiem albo znaczek nieskończoności do bransoletki. A teraz ledwie można liczyć na uśmiech błogości zdobytej damy, trwający nie dłużej niż flesz romantycznej słitfoci, zanim&amp;nbsp; ona wywali z siebie listę pomysłów na najbliższy weekend, sylwestra, wakacje i spacery po galerii w ramach kolejnej okazyjnej wyprzedaży sezonowej. Weź tu nie bądź smutny w imię miłości, która zaistnieje na moment realnie i zgaśnie niczym iskierka z popielnika, co to na Wojtusia… i jak tu nie być smutnym?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhmZETVCJX0uEfn-J_cLtWiKD_HfrMx83p2RpLBs8oAZ9kmkHSGwGS7fEGEn5gmQMMgkTrN45bbRFeCMWtqqG3YYXnmUAAs81P7tmPOrz1YYdWhDbLj6lXVIf5hZ4a1l6VrG6MOc1OuzmztqAGuCou3GSINUPwxeJ34bs7MQwqumZKeLqi0auRZmCm9EjT2/s450/47053b37e743ed3a6809f2a7c82c167e.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="240" data-original-width="450" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhmZETVCJX0uEfn-J_cLtWiKD_HfrMx83p2RpLBs8oAZ9kmkHSGwGS7fEGEn5gmQMMgkTrN45bbRFeCMWtqqG3YYXnmUAAs81P7tmPOrz1YYdWhDbLj6lXVIf5hZ4a1l6VrG6MOc1OuzmztqAGuCou3GSINUPwxeJ34bs7MQwqumZKeLqi0auRZmCm9EjT2/s16000/47053b37e743ed3a6809f2a7c82c167e.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Przyszłość nie roi się jaśniej w tej materii. Męskość wyraźnie jest w odwrocie, pod wpływem natarcia hordy, która feminizuje obyczaje i język, co widać na gołe oko choćby w ilustracji obok niniejszego tekstu. Panowie w porywie bezradności i konwulsyjnej obrony coraz rzadziej bawią się w długie podchody. W desperackiej próbie ochrony przed płciowym smutkiem idą na wygodne skróty. Wystawiają w sieci klejnoty i wajhy z prostą instrukcją obsługi, no i bierzesz lalka albo nie, innej miłości nie będzie. Mniej prostolinijni, choć równie przedmiotowo trakujący kobiety, chwytają się boomerskiej opcji romantycznej, więc pierniczą rzępoły o zakochaniu, wyjątkowości, przynajmniej tak długo aż wybranka ulegnie, padnie ofiarą legendy poprzedniej żony, bo wiadomo: złą kobietą była, tymczasem opcja “ale ty jesteś aniołem” jest tyleż ekskluzywna, co krótkoterminowa. Przy bliższym poznaniu okaże się jednak, że zła żona nadal taką jest na zapleczu i dociąża wizerunek Adonisa trójką dzieci w tle.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Cóż się tym chłopom dziwić? Lajf is brutal, a wetknąć gdzieś trzeba. Póki męskość pręży się zdolnością do uczucia, przynajmniej niezłomnie próbują o siebie zawalczyć, niechby i uszczęśliwiając cudze żony. Te są mniej wymagające, rzadziej roszczą pretensje o kobierzec, a zapomniane i posmutniałe w obliczu komedii romantycznych, oczekują zachwytu&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;na krócej&amp;nbsp;i taniej, choćby z powodu zbuntowanych mężów, ratujących się ucieczką na siłownię, w chłopięctwo konsoli, twarde libacje, inne cudze żony lub zwyczajnie w hazard i kryptowaluty. Oni już nie powrócą, na dobre wyzwoleni z miłosnych ról. Nie będą zapleczem logistycznym dla niegasnących aktywności małżonek, konieczności remontów, podróży, wyprzedaży i obowiązkowej opieki helikopterowej nad potomstwem, co to ostatecznie i tak szklanki wody im nie poda.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/smutek_samca.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi6sIIuHDBPVdnbBatoXwTWdekzAYli8ADxIxCVXQUG5b3P2HY6Q92coAs8_mRDYZWyHNQFu22YOvXfwq33krntRLlNHz5QmM92wZPg_dqnCYn5aROs-SDlgruQJvRgZepJU-XvG0Ymadann97X4qbdRGFq2r6hcGusMmbdmHX7HT7NmMJ7mz0z4HLmJe0d/s72-w400-h235-c/ona_on1.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ To się zdarza. Audiobook kończy się w trakcie plenerowego marszu. Z racji pory roku, wiatru i chłodu, daję najszybszą opcję w aplikacji: "znajdź następną książkę”. Tym sposobem często trafiam na coś, co dawno temu wrzuciłem na półkę i doskonale nie pamiętam z jakiego powodu.&amp;nbsp; Od kilku dni brnąłem przez powieść historyczną Egipcjanin Sinuhe Miki Waltariego. Klasyk dotąd pomijany, jak wiele innych, raczej nużył, ale nie miałem potrzeby zmiany. Lektor trzymał wzorcowe tempo spacerowe, a ja dawałem narracji szansę. Przynajmniej wyciszała głowę skołataną kolejnym dniem w pracy. I chyba warto było czekać, przynajmniej do tego momentu, w którym autor przykuł uwagę, wkładając w usta królewskiego trepanatora magiczne słowa: Nie ma miłości – rzekł Ptahor stanowczo – mężczyzna jest smutny, gdy nie posiada kobiety, z którą mógłby spać. Ale gdy spał z kobietą jest jeszcze smutniejszy. Tak było i tak zawsze będzie. – Dlaczego? – spytałem. – Tego nie wiedzą nawet bogowie.&amp;nbsp; Coś jest na rzeczy, pomyślałem cofając nagranie w domu, by wynotować prorocze słowa. Tego nie wiedzą nawet bogowie, z pewnością. Setki lat przed naszą erą, ponad dwa tysiące lat nowej ery, a gdzie miłość barwna po grób? W marzeniach, złudzeniach wyciskanych do bólu, zwidach i pragnieniu. Ze znakomitej większości prób zwycięsko wychodzą nieliczne wyjątki, jak to w regule, a masie poharatanych niedobitków zostają dymiące pogorzeliska, łzy i niebieskie karty na komendzie. Panie&amp;nbsp;wzdychają do miłości jakby głośniej i częściej, mimo kolejnych sińców pod oczami, wszak mają do dyspozycji silniejsze narzędzia: memy, komunikatory i portale społecznościowe wzmacniające wołanie na puszczy. Panowie masowo smutnieją w mgnieniu oka. Nim zdołają wytrzeć narząd w firankę, minie&amp;nbsp;szał uniesień wraz z krzykiem wybranki. I tak oto, co kobieco skojarzone z niekończącym się uczuciem, nieuchronnie mija się z tym, co w męskim wyobrażeniu. Kroczą obok siebie w potrzebach, definicjach, teoriach, praktykach i ostatecznie mniej lub bardziej świadomie oboje zazdroszczą modliszkom. Ta szczytując odgryzie łeb amanta i skraca całe to kałapućkanie po fakcie. Ochroni stan rachunku bankowego i w zarodku zgasi desperację ciągania się po terapeutach, sądach, adwokatach i notariuszach, zachowując ledwie draśniętą wolność na następny raz.&amp;nbsp; Ano właśnie. Przecież podobną sentencję przypisano już historycznie Arystotelesowi, choć raczej nie posługiwał się łaciną, ale może tak wybrzmiewa ona dostojniej: omne animal triste post coitum est. Tyle że mowa tu raczej o akcie fizycznym na miarę biologii, to w tym wymiarze po obcowaniu każde stworzenie jest smutne. Z wyjątkiem koguta, który to post coitum wskakuje na płot i drze dzioba, obwieszczając światu, że znowu mu się udało, siłą, ale jednak! Przemocowiec jeden. Łacińska maksyma przypomniała mi rzadko cytowaną scenę kultowego filmu Janusza Majewskiego C.K. Dezerterzy. Oto Jan Kania i Mitzi kończą kolejne mizianki, tym razem sielsko-anielsko, na łące, kiedy&amp;nbsp;lubieżnie&amp;nbsp;przeciągające się dziewczę pyta: - O czym myślisz? - O niczym. Jestem bezmyślnym jełopem, który myśli o niczym – rzecze Jan. - Przestań, przecież widzę, że posmutniałeś. - Post coitum… - mruczy Kania. - Nie mów do mnie po łacinie! – Oburza się równie prosta, co namiętna córeczka okolicznej burdelmamy i kontynuuje – Wiesz o czym ja myślę? - Wiem. Zawsze o tym samym. - Kretyn! Myślę, że ślub weźmiemy w Koszycach, bo tu plotkarki by nas zżarły z zazdrości. - A nie przyszło ci do tej pustej głowy, że po wojnie będę chciał wrócić do domu, do rodziny, do swojego kraju? - No to pojedziesz i wrócisz, przecież to nie jest za granicą. - Kto wie, czy już nie będzie? A jeśli nawet, to co? Wrócę tu i będę zarządzał interesem mamusi? - Bo ty już mnie nie kochasz! Stałam ci się obojętna – prawie płacze słodka Mitzi. - To przeczy temu, cośmy tu robili – odpowiada z cynicznym uśmiechem gefreiter Kania. - Ty kochasz mnie tylko przed! - Kocham cię przed i po i w trakcie… o! W trakcie najbardziej! - Ty draniu, zobaczysz, zrobię sobie coś złego! - Tylko nie usiądź gołą pupą na pokrzywach, bo byśmy cierpieli oboje. Czyż da się obronić inaczej egzystencjalny smutek męskości niż ironią? Jak żyć z kimś, kto zaplanuje za dwoje, nie pytając drugiego o zdanie, sprowadzając trwogę egzystencji do ślubu w Koszycach, trendów wskazanych przez wedding plannera czy koloru muszki pana młodego? Tak mają kobiety w obliczu miłości: dałam ci co cenniejsze, teraz w zamian biorę twoje życie do dyspozycji i ani mi drgnij albo “ty już mnie nie kochasz”. Oto czemu faceci tak często są smutni, według Ptahora i nie tylko.&amp;nbsp; Na moje męskie oko, to także nieunikniona rozpacz czystej ekonomii. Ona pojawia się już na starcie, w początku przeczuwa kres, nieuchronnie. Niedoszacowanie wysiłku finansowego i nadmiaru poprzedzającej aktywności, wobec wątpliwego zysku, daje o sobie znać bardzo szybko. Sami zobaczcie, ile energii kosztuje go kilkuminutowy akt haczenia o niebiańskie progi! Co prawda niesiony pożądaniem za daleko ma do głowy, ale w końcu dociera ten przerost inwestycji. I już wie, ile kosztował taniec godowy po nic, a raczej po maksymalnie kwadrans spełnienia. Obiady w Whiskey in the Jar, kolacje w Pueblo, randki w Chlebie i Winie, a wszystko poprzedzane przebieraniem nogami w chodnikowym ogonku przed drzwiami lokalu. Do tego spontanicznie kupowane kartony z Hachi Sushi do butelki wina targanej przed ekran Netflixa. Wielokroć brane prysznice z zapachem Ritualsa w tle, wody kolońskie z Notino.pl, zajeżdżanie merolem, wybłaganym na godziny u taty, brata szwagra czy latanie po salonach Kruk, Yes, Pandora, by dopaść gustownego świetlika, połyskującego w ciemności kuperkiem albo znaczek nieskończoności do bransoletki. A teraz ledwie można liczyć na uśmiech błogości zdobytej damy, trwający nie dłużej niż flesz romantycznej słitfoci, zanim&amp;nbsp; ona wywali z siebie listę pomysłów na najbliższy weekend, sylwestra, wakacje i spacery po galerii w ramach kolejnej okazyjnej wyprzedaży sezonowej. Weź tu nie bądź smutny w imię miłości, która zaistnieje na moment realnie i zgaśnie niczym iskierka z popielnika, co to na Wojtusia… i jak tu nie być smutnym?&amp;nbsp;Przyszłość nie roi się jaśniej w tej materii. Męskość wyraźnie jest w odwrocie, pod wpływem natarcia hordy, która feminizuje obyczaje i język, co widać na gołe oko choćby w ilustracji obok niniejszego tekstu. Panowie w porywie bezradności i konwulsyjnej obrony coraz rzadziej bawią się w długie podchody. W desperackiej próbie ochrony przed płciowym smutkiem idą na wygodne skróty. Wystawiają w sieci klejnoty i wajhy z prostą instrukcją obsługi, no i bierzesz lalka albo nie, innej miłości nie będzie. Mniej prostolinijni, choć równie przedmiotowo trakujący kobiety, chwytają się boomerskiej opcji romantycznej, więc pierniczą rzępoły o zakochaniu, wyjątkowości, przynajmniej tak długo aż wybranka ulegnie, padnie ofiarą legendy poprzedniej żony, bo wiadomo: złą kobietą była, tymczasem opcja “ale ty jesteś aniołem” jest tyleż ekskluzywna, co krótkoterminowa. Przy bliższym poznaniu okaże się jednak, że zła żona nadal taką jest na zapleczu i dociąża wizerunek Adonisa trójką dzieci w tle.&amp;nbsp; Cóż się tym chłopom dziwić? Lajf is brutal, a wetknąć gdzieś trzeba. Póki męskość pręży się zdolnością do uczucia, przynajmniej niezłomnie próbują o siebie zawalczyć, niechby i uszczęśliwiając cudze żony. Te są mniej wymagające, rzadziej roszczą pretensje o kobierzec, a zapomniane i posmutniałe w obliczu komedii romantycznych, oczekują zachwytu&amp;nbsp;na krócej&amp;nbsp;i taniej, choćby z powodu zbuntowanych mężów, ratujących się ucieczką na siłownię, w chłopięctwo konsoli, twarde libacje, inne cudze żony lub zwyczajnie w hazard i kryptowaluty. Oni już nie powrócą, na dobre wyzwoleni z miłosnych ról. Nie będą zapleczem logistycznym dla niegasnących aktywności małżonek, konieczności remontów, podróży, wyprzedaży i obowiązkowej opieki helikopterowej nad potomstwem, co to ostatecznie i tak szklanki wody im nie poda.&amp;nbsp;</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ To się zdarza. Audiobook kończy się w trakcie plenerowego marszu. Z racji pory roku, wiatru i chłodu, daję najszybszą opcję w aplikacji: "znajdź następną książkę”. Tym sposobem często trafiam na coś, co dawno temu wrzuciłem na półkę i doskonale nie pamiętam z jakiego powodu.&amp;nbsp; Od kilku dni brnąłem przez powieść historyczną Egipcjanin Sinuhe Miki Waltariego. Klasyk dotąd pomijany, jak wiele innych, raczej nużył, ale nie miałem potrzeby zmiany. Lektor trzymał wzorcowe tempo spacerowe, a ja dawałem narracji szansę. Przynajmniej wyciszała głowę skołataną kolejnym dniem w pracy. I chyba warto było czekać, przynajmniej do tego momentu, w którym autor przykuł uwagę, wkładając w usta królewskiego trepanatora magiczne słowa: Nie ma miłości – rzekł Ptahor stanowczo – mężczyzna jest smutny, gdy nie posiada kobiety, z którą mógłby spać. Ale gdy spał z kobietą jest jeszcze smutniejszy. Tak było i tak zawsze będzie. – Dlaczego? – spytałem. – Tego nie wiedzą nawet bogowie.&amp;nbsp; Coś jest na rzeczy, pomyślałem cofając nagranie w domu, by wynotować prorocze słowa. Tego nie wiedzą nawet bogowie, z pewnością. Setki lat przed naszą erą, ponad dwa tysiące lat nowej ery, a gdzie miłość barwna po grób? W marzeniach, złudzeniach wyciskanych do bólu, zwidach i pragnieniu. Ze znakomitej większości prób zwycięsko wychodzą nieliczne wyjątki, jak to w regule, a masie poharatanych niedobitków zostają dymiące pogorzeliska, łzy i niebieskie karty na komendzie. Panie&amp;nbsp;wzdychają do miłości jakby głośniej i częściej, mimo kolejnych sińców pod oczami, wszak mają do dyspozycji silniejsze narzędzia: memy, komunikatory i portale społecznościowe wzmacniające wołanie na puszczy. Panowie masowo smutnieją w mgnieniu oka. Nim zdołają wytrzeć narząd w firankę, minie&amp;nbsp;szał uniesień wraz z krzykiem wybranki. I tak oto, co kobieco skojarzone z niekończącym się uczuciem, nieuchronnie mija się z tym, co w męskim wyobrażeniu. Kroczą obok siebie w potrzebach, definicjach, teoriach, praktykach i ostatecznie mniej lub bardziej świadomie oboje zazdroszczą modliszkom. Ta szczytując odgryzie łeb amanta i skraca całe to kałapućkanie po fakcie. Ochroni stan rachunku bankowego i w zarodku zgasi desperację ciągania się po terapeutach, sądach, adwokatach i notariuszach, zachowując ledwie draśniętą wolność na następny raz.&amp;nbsp; Ano właśnie. Przecież podobną sentencję przypisano już historycznie Arystotelesowi, choć raczej nie posługiwał się łaciną, ale może tak wybrzmiewa ona dostojniej: omne animal triste post coitum est. Tyle że mowa tu raczej o akcie fizycznym na miarę biologii, to w tym wymiarze po obcowaniu każde stworzenie jest smutne. Z wyjątkiem koguta, który to post coitum wskakuje na płot i drze dzioba, obwieszczając światu, że znowu mu się udało, siłą, ale jednak! Przemocowiec jeden. Łacińska maksyma przypomniała mi rzadko cytowaną scenę kultowego filmu Janusza Majewskiego C.K. Dezerterzy. Oto Jan Kania i Mitzi kończą kolejne mizianki, tym razem sielsko-anielsko, na łące, kiedy&amp;nbsp;lubieżnie&amp;nbsp;przeciągające się dziewczę pyta: - O czym myślisz? - O niczym. Jestem bezmyślnym jełopem, który myśli o niczym – rzecze Jan. - Przestań, przecież widzę, że posmutniałeś. - Post coitum… - mruczy Kania. - Nie mów do mnie po łacinie! – Oburza się równie prosta, co namiętna córeczka okolicznej burdelmamy i kontynuuje – Wiesz o czym ja myślę? - Wiem. Zawsze o tym samym. - Kretyn! Myślę, że ślub weźmiemy w Koszycach, bo tu plotkarki by nas zżarły z zazdrości. - A nie przyszło ci do tej pustej głowy, że po wojnie będę chciał wrócić do domu, do rodziny, do swojego kraju? - No to pojedziesz i wrócisz, przecież to nie jest za granicą. - Kto wie, czy już nie będzie? A jeśli nawet, to co? Wrócę tu i będę zarządzał interesem mamusi? - Bo ty już mnie nie kochasz! Stałam ci się obojętna – prawie płacze słodka Mitzi. - To przeczy temu, cośmy tu robili – odpowiada z cynicznym uśmiechem gefreiter Kania. - Ty kochasz mnie tylko przed! - Kocham cię przed i po i w trakcie… o! W trakcie najbardziej! - Ty draniu, zobaczysz, zrobię sobie coś złego! - Tylko nie usiądź gołą pupą na pokrzywach, bo byśmy cierpieli oboje. Czyż da się obronić inaczej egzystencjalny smutek męskości niż ironią? Jak żyć z kimś, kto zaplanuje za dwoje, nie pytając drugiego o zdanie, sprowadzając trwogę egzystencji do ślubu w Koszycach, trendów wskazanych przez wedding plannera czy koloru muszki pana młodego? Tak mają kobiety w obliczu miłości: dałam ci co cenniejsze, teraz w zamian biorę twoje życie do dyspozycji i ani mi drgnij albo “ty już mnie nie kochasz”. Oto czemu faceci tak często są smutni, według Ptahora i nie tylko.&amp;nbsp; Na moje męskie oko, to także nieunikniona rozpacz czystej ekonomii. Ona pojawia się już na starcie, w początku przeczuwa kres, nieuchronnie. Niedoszacowanie wysiłku finansowego i nadmiaru poprzedzającej aktywności, wobec wątpliwego zysku, daje o sobie znać bardzo szybko. Sami zobaczcie, ile energii kosztuje go kilkuminutowy akt haczenia o niebiańskie progi! Co prawda niesiony pożądaniem za daleko ma do głowy, ale w końcu dociera ten przerost inwestycji. I już wie, ile kosztował taniec godowy po nic, a raczej po maksymalnie kwadrans spełnienia. Obiady w Whiskey in the Jar, kolacje w Pueblo, randki w Chlebie i Winie, a wszystko poprzedzane przebieraniem nogami w chodnikowym ogonku przed drzwiami lokalu. Do tego spontanicznie kupowane kartony z Hachi Sushi do butelki wina targanej przed ekran Netflixa. Wielokroć brane prysznice z zapachem Ritualsa w tle, wody kolońskie z Notino.pl, zajeżdżanie merolem, wybłaganym na godziny u taty, brata szwagra czy latanie po salonach Kruk, Yes, Pandora, by dopaść gustownego świetlika, połyskującego w ciemności kuperkiem albo znaczek nieskończoności do bransoletki. A teraz ledwie można liczyć na uśmiech błogości zdobytej damy, trwający nie dłużej niż flesz romantycznej słitfoci, zanim&amp;nbsp; ona wywali z siebie listę pomysłów na najbliższy weekend, sylwestra, wakacje i spacery po galerii w ramach kolejnej okazyjnej wyprzedaży sezonowej. Weź tu nie bądź smutny w imię miłości, która zaistnieje na moment realnie i zgaśnie niczym iskierka z popielnika, co to na Wojtusia… i jak tu nie być smutnym?&amp;nbsp;Przyszłość nie roi się jaśniej w tej materii. Męskość wyraźnie jest w odwrocie, pod wpływem natarcia hordy, która feminizuje obyczaje i język, co widać na gołe oko choćby w ilustracji obok niniejszego tekstu. Panowie w porywie bezradności i konwulsyjnej obrony coraz rzadziej bawią się w długie podchody. W desperackiej próbie ochrony przed płciowym smutkiem idą na wygodne skróty. Wystawiają w sieci klejnoty i wajhy z prostą instrukcją obsługi, no i bierzesz lalka albo nie, innej miłości nie będzie. Mniej prostolinijni, choć równie przedmiotowo trakujący kobiety, chwytają się boomerskiej opcji romantycznej, więc pierniczą rzępoły o zakochaniu, wyjątkowości, przynajmniej tak długo aż wybranka ulegnie, padnie ofiarą legendy poprzedniej żony, bo wiadomo: złą kobietą była, tymczasem opcja “ale ty jesteś aniołem” jest tyleż ekskluzywna, co krótkoterminowa. Przy bliższym poznaniu okaże się jednak, że zła żona nadal taką jest na zapleczu i dociąża wizerunek Adonisa trójką dzieci w tle.&amp;nbsp; Cóż się tym chłopom dziwić? Lajf is brutal, a wetknąć gdzieś trzeba. Póki męskość pręży się zdolnością do uczucia, przynajmniej niezłomnie próbują o siebie zawalczyć, niechby i uszczęśliwiając cudze żony. Te są mniej wymagające, rzadziej roszczą pretensje o kobierzec, a zapomniane i posmutniałe w obliczu komedii romantycznych, oczekują zachwytu&amp;nbsp;na krócej&amp;nbsp;i taniej, choćby z powodu zbuntowanych mężów, ratujących się ucieczką na siłownię, w chłopięctwo konsoli, twarde libacje, inne cudze żony lub zwyczajnie w hazard i kryptowaluty. Oni już nie powrócą, na dobre wyzwoleni z miłosnych ról. Nie będą zapleczem logistycznym dla niegasnących aktywności małżonek, konieczności remontów, podróży, wyprzedaży i obowiązkowej opieki helikopterowej nad potomstwem, co to ostatecznie i tak szklanki wody im nie poda.&amp;nbsp;</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Psiecko i inne psierdolce</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2024/09/psiecko-i-inne-psierdolce.html</link><category>felieton</category><category>moda</category><category>Podcasty</category><category>Psiecko</category><category>psynek</category><category>rodzina międzygatunkowa</category><category>rozważania</category><category>Społeczeństwo</category><pubDate>Mon, 30 Sep 2024 06:50:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-4192661997193821152</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/psiecko.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi1dCPxS4xGSTUaXOFYZUMv4fNSkINWw6oQqvvSv-scAUR_J2HlqFR6uv31Wd6QFSxuTGLNxXZsZFEFQFrq1Nw3TA6DoBCSjy0GrkPNRJXRxq6gBVxC4SSjP3BBBwITKsxQ_QVpCsQkanU3XRDONag7tNl_yKi3bLSesa-R2BrrMQSpZSkoSrOycV0CX8VZ/s940/psiecko.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="626" data-original-width="940" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi1dCPxS4xGSTUaXOFYZUMv4fNSkINWw6oQqvvSv-scAUR_J2HlqFR6uv31Wd6QFSxuTGLNxXZsZFEFQFrq1Nw3TA6DoBCSjy0GrkPNRJXRxq6gBVxC4SSjP3BBBwITKsxQ_QVpCsQkanU3XRDONag7tNl_yKi3bLSesa-R2BrrMQSpZSkoSrOycV0CX8VZ/w400-h266/psiecko.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Cóż za urzekający czas, szczególnie dla filologa, którego nieustannie zaskakują neologizmy i inne twory języka, lśniące błyskiem nowości. Jakiś czas temu rzucił mi się w oczy termin “psiecko”, ale po rozpoznaniu źródła, uznałem, że to kolejna fanaberia niedojrzałych emocjonalnie dziewczynek, influencerek modowych, tiktokerek i innych medialnych płodów epoki, które próbują dorobić ideologię do nicnierobienia i osiągnąć klikalność, gdy ta stawia wymagania. Machnąłem ręką i usunąłem z głowy przedrostki “psi” na dość długo. Kilka dni temu znowu wpadł mi w oczy nagłówek: &lt;i&gt;Nie będę miała ludzkich dzieci. Jestem “psią mamą” i mam dwóch “psynów”&lt;/i&gt;. Ironia draśnięta raz jeszcze chciała to zbyć, dodając w głowie komentarz: a co z psiężem? Czy na pewno wystarczy psynek, nawet jeśli wyliże? Buźkę też? Ale tą drogą nie idziemy, przywołałem sarkazm do porządku. Nie ta bajka literacka, a i bez mojej wydzieliny wszelkie perwersje wystarczająco zapluwają sieć.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Coś tu nie zagrało, a niegasnące pragnienie dzielenia włosa na czworo szybko odpaliło czerwoną lampkę. I po co taka alternatywa? Dziecko albo pies czy kot? Jako sześciolatek miałem w domu papugi, potem kanarki, w późnej podstawówce rybki, dalej chomika, na koniec psy. Rodzicom jakoś nie przyszedł do głowy argument, że ten zwierzyniec jest zamiast mnie. Wręcz przeciwnie: pojawienie się dziecka kusiło pozyskaniem innych stworzeń, żeby potomstwo zaciekawić i uczyć współistnienia i odpowiedzialności. Moje własne dziecko też ma w domu kolejne koty i gdyby nie metraż, dawno dokonałoby pełnej kotyfikacji stadnej lokum, z hamaczkami i budkami zamiast szafek.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Zwykło się uważać, że w rodzinie ludzkiej zawsze jest miejsce na międzygatunkową, ale czy zamiast tej pierwszej? Zwierzę w domu służy dobru całości, to truizm przecież. Dyscyplinuje, łagodzi atmosferę i przede wszystkim pozwala pielęgnować miłość&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;do ludzi&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;i&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;do braci mniejszych w takim samym stopniu. Pozwala zachować harmonię stada: dziecku umożliwia właściwy rozwój w trosce o inną istotę, a zwierzęciu daje poczucie bezpieczeństwa i przynależności do gromady. Po co to sztucznie rozdzielać? Niestety, mój mózg nie wierzy modom, więc drąży. Pokoleniu Z – bo tu tkwi początek tej nowomowy - idzie o mniej lub bardziej uświadomione maskowanie właściwego powodu ucieczki od macierzyństwa. Lęk przed ciążą deformującą wymuskane ciałko? Pewnie też, choć - jak widać na ulicach naszych miast - sporo tych ciałek nie troszczy się o figurę i raczej nie potrzebuje kamizelek ratunkowych, gdy fala wymiecie je za burtę. Utrata atrakcyjnej sylwetki raczej nie grozi, ale słowo „połóg”? To już dodaje trzęsiawki, a możliwość depresji poporodowej? Na samą myśl ustawia w kolejce do terapeuty. Tymczasem surogatek wciąż zakazuje prawo. Podejrzewam, że mimo wszystko pozorne to przyczyny.&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhfSa-LBzdSVN9HbCKJiJHW1sNE5uPvI0oja3VMKP0xWiSexKZUPJZjgb9RRxBn8sjWujgDXSxSzweiVGLrqqI9ph6VkfWl4hF6EGpqHsTYnY_ly7olc1d-zSHU80DiaY7LsTxG6-mFUKepS6mG5L1tMdtjU7yMRcrca7beZA3UOXxgi2Hyy5XSSF3k815w/s600/pudeltoj.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="400" data-original-width="600" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhfSa-LBzdSVN9HbCKJiJHW1sNE5uPvI0oja3VMKP0xWiSexKZUPJZjgb9RRxBn8sjWujgDXSxSzweiVGLrqqI9ph6VkfWl4hF6EGpqHsTYnY_ly7olc1d-zSHU80DiaY7LsTxG6-mFUKepS6mG5L1tMdtjU7yMRcrca7beZA3UOXxgi2Hyy5XSSF3k815w/w400-h266/pudeltoj.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Gwóźdź programu tkwi w trumnie postaw społecznych, a i&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;nfluencerkom i tłumom ich fanek daleko do troski o przyszłość narodu. Znacznie bardziej doskwiera im myśl o konieczności przeniesienia uwagi z siebie na urodzone dziecko i to na wiele lat! Czarno połyskuje wizja końca życia rozpiętego między nowinkami kosmetycznymi, fitnessem a modnym klubem. Nie ma to jak wrzucić dobrze brzmiącą ideę w miejsce przeznaczone na macierzyństwo. Pudel toy zamiast rozwrzeszczanego gówniaka, który czegoś chce i tkwi kleszczem w botoksie przez trzy dekady z rzędu albo dłużej. To jest to! Dzieciak, wiadomo, kładzie się, ryczy i rąbie piętami jak nie dostanie. Wiecznie rości o coś pretensje, a ostatecznie powie, że byłyście rodzicem toksycznym, więc bez żalu spakuje do przytułku dla starych i zużytych rodzicieli. Pudelek tymczasem taki malutki i miły w dotyku. Bawi, wypełni insta, ucieszy, pomerda ogonkiem, piłeczkę przyniesie, a tylko jednorazowy wydatek dziesięciu tysi, nie licząc karmy i weta.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; I tu już w zasadzie mógłbym zakończyć temat, spleść rączki na klacie i błysnąć samozachwytem. Tymczasem z tyłu głowy pobrzmiewa jeszcze jeden przeczytany gdzieś fragment: &lt;i&gt;To chyba jest tak, że naprawdę odpowiedzialni ludzie nie mają dzieci. Ja jestem taką osobą i nie chciałabym na siebie brać wielkiej odpowiedzialności za wychowanie i przyszłość tych dzieci. Tylu ludzi chodzi po świecie skrzywdzonych przez rodziców, którzy uważali, że najlepsze, co mogli zrobić, to się rozmnożyć. A ich dzieci są dowodem na to, że zrobili to źle&lt;/i&gt;.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Pierwsze uderzenie refleksji szufladkowało autorkę, jako istotę ograniczoną, skoro tkwi w przekonaniu, że w wychowaniu człowieka rodzice odgrywają wyłączną rolę, podobnie jak w krzywdzie wyrządzanej potomstwu. Z jej słów jasno wybrzmiewa fakt, że nie ma własnych dzieci, ale sama była dzieckiem. Powinna zatem zdawać sobie sprawę, że rodzice wychowują tylko do pewnego momentu. Potem uchodzą za wzorzec dinozaura, dziadersów odklejonych od rzeczywistości albo przemocowców, którzy chcą niby dobrze, a wychodzi jak zawsze. W pewnym momencie w buty autorytetu wbijają się rówieśnicy, kreatorzy chwilowej mody, media, idole muzyczni, bohaterowie podcastów, szeroko pojęte otoczenie, dla którego rodzic ze swoim modelem życia wpisuje się - co najwyżej - w ostrzeżenie: rób tak, a będziesz nieszczęśliwym człowiekiem. Szczególnie, że samo pojęcie „szczęścia”&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;każde pokolenie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;inaczej definiuje.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi1ZuDwu1WSuSHEtKQeNt4KhRipxNRCHFHIaoX_MrlXYUeI918t4R-PUF_mA3PtB51HJyCZ7gVLoPJY49O7OoLUYhI_zQh5Oa5Tw6MlKdGu-Kcv2f0kDJV6oEM57YcK3KnWNBcz9NMUedZX1gk-JI0hGkerhSGeImtRTlcxwf9WOBchM6G5VY-THWVK486l/s756/psynek.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="388" data-original-width="756" height="205" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi1ZuDwu1WSuSHEtKQeNt4KhRipxNRCHFHIaoX_MrlXYUeI918t4R-PUF_mA3PtB51HJyCZ7gVLoPJY49O7OoLUYhI_zQh5Oa5Tw6MlKdGu-Kcv2f0kDJV6oEM57YcK3KnWNBcz9NMUedZX1gk-JI0hGkerhSGeImtRTlcxwf9WOBchM6G5VY-THWVK486l/w400-h205/psynek.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Czy nieposiadanie dzieci świadczy o wysokiej odpowiedzialności społecznej? Wcale niewykluczone, że mamy tu do czynienia z syndromem ewolucji społecznej. Świat jest już wystarczająco przeludniony, Ziemia mocno wyjałowiona, kataklizmy wiszą nad głową, a im bardziej pazerni ludzie będą się rozmnażać, tym mniej pożyteczne, a nawet destrukcyjne byty będą kształtować. Może niech zajmą się "psynkiem" i "psórcią". One muszą odegrać swoje role w marnych scenariuszach psiamamek i psitaciów. Jest szansa, że czworonóg nie zgłupieje i raczej na tym skorzysta. Niektóre przewodniczki po życiu dyktują mody na adopcję ze schronisk, a mniej nieszczęśliwych kudłaczy w klatkach, to więcej radosnych, choćby i w różowej kurteczce z kapturkiem. Psu raczej wszystko jedno w czym po parku sika, zwłaszcza, gdy tiktokerka radosna, a micha pełna.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Zostańmy zatem przy mądrości piewców międzygatunkowej rodziny. Po co inwestować najlepsze lata życia w istotę, której kształt ostateczny trudno przewidzieć? Nie wiesz, kiedy na własnej krwawicy wychowasz ekoterrorystę, ćpuna, konfederata czy psychopatę, który w końcu ukatrupi starego dla kasy albo za brak internetu. Przy okazji stracisz fortunę sięgającą miliona na edukację, wycieczki, fryzury, modne ciuchy, ajfony, hulajnogi, Erasmusy, auto na osiemnastkę i mieszkanie po trzydziestce, bo inaczej nie wyprowadzi się z domu. Tymczasem egzystencja modnej rasy pieska czy kotka, trwa znacznie krócej, a czas żałoby skończy się w następstwie sprowadzenia do domu nowego kłaczora rasy zgodnej z aktualnie obowiązującym trendem.&amp;nbsp;Psynek wraz ze zgonem opiekuna, trafi najwyżej do schroniska, kocórka też, choć odgryzając uprzednio nosek kocimamci, która stężała po śmierci w domciu i nie otworzyła na czas saszetki Feliksa.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/psiecko.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi1dCPxS4xGSTUaXOFYZUMv4fNSkINWw6oQqvvSv-scAUR_J2HlqFR6uv31Wd6QFSxuTGLNxXZsZFEFQFrq1Nw3TA6DoBCSjy0GrkPNRJXRxq6gBVxC4SSjP3BBBwITKsxQ_QVpCsQkanU3XRDONag7tNl_yKi3bLSesa-R2BrrMQSpZSkoSrOycV0CX8VZ/s72-w400-h266-c/psiecko.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">1</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Cóż za urzekający czas, szczególnie dla filologa, którego nieustannie zaskakują neologizmy i inne twory języka, lśniące błyskiem nowości. Jakiś czas temu rzucił mi się w oczy termin “psiecko”, ale po rozpoznaniu źródła, uznałem, że to kolejna fanaberia niedojrzałych emocjonalnie dziewczynek, influencerek modowych, tiktokerek i innych medialnych płodów epoki, które próbują dorobić ideologię do nicnierobienia i osiągnąć klikalność, gdy ta stawia wymagania. Machnąłem ręką i usunąłem z głowy przedrostki “psi” na dość długo. Kilka dni temu znowu wpadł mi w oczy nagłówek: Nie będę miała ludzkich dzieci. Jestem “psią mamą” i mam dwóch “psynów”. Ironia draśnięta raz jeszcze chciała to zbyć, dodając w głowie komentarz: a co z psiężem? Czy na pewno wystarczy psynek, nawet jeśli wyliże? Buźkę też? Ale tą drogą nie idziemy, przywołałem sarkazm do porządku. Nie ta bajka literacka, a i bez mojej wydzieliny wszelkie perwersje wystarczająco zapluwają sieć. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Coś tu nie zagrało, a niegasnące pragnienie dzielenia włosa na czworo szybko odpaliło czerwoną lampkę. I po co taka alternatywa? Dziecko albo pies czy kot? Jako sześciolatek miałem w domu papugi, potem kanarki, w późnej podstawówce rybki, dalej chomika, na koniec psy. Rodzicom jakoś nie przyszedł do głowy argument, że ten zwierzyniec jest zamiast mnie. Wręcz przeciwnie: pojawienie się dziecka kusiło pozyskaniem innych stworzeń, żeby potomstwo zaciekawić i uczyć współistnienia i odpowiedzialności. Moje własne dziecko też ma w domu kolejne koty i gdyby nie metraż, dawno dokonałoby pełnej kotyfikacji stadnej lokum, z hamaczkami i budkami zamiast szafek.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Zwykło się uważać, że w rodzinie ludzkiej zawsze jest miejsce na międzygatunkową, ale czy zamiast tej pierwszej? Zwierzę w domu służy dobru całości, to truizm przecież. Dyscyplinuje, łagodzi atmosferę i przede wszystkim pozwala pielęgnować miłość&amp;nbsp;do ludzi&amp;nbsp;i&amp;nbsp;do braci mniejszych w takim samym stopniu. Pozwala zachować harmonię stada: dziecku umożliwia właściwy rozwój w trosce o inną istotę, a zwierzęciu daje poczucie bezpieczeństwa i przynależności do gromady. Po co to sztucznie rozdzielać? Niestety, mój mózg nie wierzy modom, więc drąży. Pokoleniu Z – bo tu tkwi początek tej nowomowy - idzie o mniej lub bardziej uświadomione maskowanie właściwego powodu ucieczki od macierzyństwa. Lęk przed ciążą deformującą wymuskane ciałko? Pewnie też, choć - jak widać na ulicach naszych miast - sporo tych ciałek nie troszczy się o figurę i raczej nie potrzebuje kamizelek ratunkowych, gdy fala wymiecie je za burtę. Utrata atrakcyjnej sylwetki raczej nie grozi, ale słowo „połóg”? To już dodaje trzęsiawki, a możliwość depresji poporodowej? Na samą myśl ustawia w kolejce do terapeuty. Tymczasem surogatek wciąż zakazuje prawo. Podejrzewam, że mimo wszystko pozorne to przyczyny.&amp;nbsp;&amp;nbsp; Gwóźdź programu tkwi w trumnie postaw społecznych, a influencerkom i tłumom ich fanek daleko do troski o przyszłość narodu. Znacznie bardziej doskwiera im myśl o konieczności przeniesienia uwagi z siebie na urodzone dziecko i to na wiele lat! Czarno połyskuje wizja końca życia rozpiętego między nowinkami kosmetycznymi, fitnessem a modnym klubem. Nie ma to jak wrzucić dobrze brzmiącą ideę w miejsce przeznaczone na macierzyństwo. Pudel toy zamiast rozwrzeszczanego gówniaka, który czegoś chce i tkwi kleszczem w botoksie przez trzy dekady z rzędu albo dłużej. To jest to! Dzieciak, wiadomo, kładzie się, ryczy i rąbie piętami jak nie dostanie. Wiecznie rości o coś pretensje, a ostatecznie powie, że byłyście rodzicem toksycznym, więc bez żalu spakuje do przytułku dla starych i zużytych rodzicieli. Pudelek tymczasem taki malutki i miły w dotyku. Bawi, wypełni insta, ucieszy, pomerda ogonkiem, piłeczkę przyniesie, a tylko jednorazowy wydatek dziesięciu tysi, nie licząc karmy i weta.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; I tu już w zasadzie mógłbym zakończyć temat, spleść rączki na klacie i błysnąć samozachwytem. Tymczasem z tyłu głowy pobrzmiewa jeszcze jeden przeczytany gdzieś fragment: To chyba jest tak, że naprawdę odpowiedzialni ludzie nie mają dzieci. Ja jestem taką osobą i nie chciałabym na siebie brać wielkiej odpowiedzialności za wychowanie i przyszłość tych dzieci. Tylu ludzi chodzi po świecie skrzywdzonych przez rodziców, którzy uważali, że najlepsze, co mogli zrobić, to się rozmnożyć. A ich dzieci są dowodem na to, że zrobili to źle.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Pierwsze uderzenie refleksji szufladkowało autorkę, jako istotę ograniczoną, skoro tkwi w przekonaniu, że w wychowaniu człowieka rodzice odgrywają wyłączną rolę, podobnie jak w krzywdzie wyrządzanej potomstwu. Z jej słów jasno wybrzmiewa fakt, że nie ma własnych dzieci, ale sama była dzieckiem. Powinna zatem zdawać sobie sprawę, że rodzice wychowują tylko do pewnego momentu. Potem uchodzą za wzorzec dinozaura, dziadersów odklejonych od rzeczywistości albo przemocowców, którzy chcą niby dobrze, a wychodzi jak zawsze. W pewnym momencie w buty autorytetu wbijają się rówieśnicy, kreatorzy chwilowej mody, media, idole muzyczni, bohaterowie podcastów, szeroko pojęte otoczenie, dla którego rodzic ze swoim modelem życia wpisuje się - co najwyżej - w ostrzeżenie: rób tak, a będziesz nieszczęśliwym człowiekiem. Szczególnie, że samo pojęcie „szczęścia”&amp;nbsp;każde pokolenie&amp;nbsp;inaczej definiuje.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Czy nieposiadanie dzieci świadczy o wysokiej odpowiedzialności społecznej? Wcale niewykluczone, że mamy tu do czynienia z syndromem ewolucji społecznej. Świat jest już wystarczająco przeludniony, Ziemia mocno wyjałowiona, kataklizmy wiszą nad głową, a im bardziej pazerni ludzie będą się rozmnażać, tym mniej pożyteczne, a nawet destrukcyjne byty będą kształtować. Może niech zajmą się "psynkiem" i "psórcią". One muszą odegrać swoje role w marnych scenariuszach psiamamek i psitaciów. Jest szansa, że czworonóg nie zgłupieje i raczej na tym skorzysta. Niektóre przewodniczki po życiu dyktują mody na adopcję ze schronisk, a mniej nieszczęśliwych kudłaczy w klatkach, to więcej radosnych, choćby i w różowej kurteczce z kapturkiem. Psu raczej wszystko jedno w czym po parku sika, zwłaszcza, gdy tiktokerka radosna, a micha pełna. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Zostańmy zatem przy mądrości piewców międzygatunkowej rodziny. Po co inwestować najlepsze lata życia w istotę, której kształt ostateczny trudno przewidzieć? Nie wiesz, kiedy na własnej krwawicy wychowasz ekoterrorystę, ćpuna, konfederata czy psychopatę, który w końcu ukatrupi starego dla kasy albo za brak internetu. Przy okazji stracisz fortunę sięgającą miliona na edukację, wycieczki, fryzury, modne ciuchy, ajfony, hulajnogi, Erasmusy, auto na osiemnastkę i mieszkanie po trzydziestce, bo inaczej nie wyprowadzi się z domu. Tymczasem egzystencja modnej rasy pieska czy kotka, trwa znacznie krócej, a czas żałoby skończy się w następstwie sprowadzenia do domu nowego kłaczora rasy zgodnej z aktualnie obowiązującym trendem.&amp;nbsp;Psynek wraz ze zgonem opiekuna, trafi najwyżej do schroniska, kocórka też, choć odgryzając uprzednio nosek kocimamci, która stężała po śmierci w domciu i nie otworzyła na czas saszetki Feliksa.&amp;nbsp;</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Cóż za urzekający czas, szczególnie dla filologa, którego nieustannie zaskakują neologizmy i inne twory języka, lśniące błyskiem nowości. Jakiś czas temu rzucił mi się w oczy termin “psiecko”, ale po rozpoznaniu źródła, uznałem, że to kolejna fanaberia niedojrzałych emocjonalnie dziewczynek, influencerek modowych, tiktokerek i innych medialnych płodów epoki, które próbują dorobić ideologię do nicnierobienia i osiągnąć klikalność, gdy ta stawia wymagania. Machnąłem ręką i usunąłem z głowy przedrostki “psi” na dość długo. Kilka dni temu znowu wpadł mi w oczy nagłówek: Nie będę miała ludzkich dzieci. Jestem “psią mamą” i mam dwóch “psynów”. Ironia draśnięta raz jeszcze chciała to zbyć, dodając w głowie komentarz: a co z psiężem? Czy na pewno wystarczy psynek, nawet jeśli wyliże? Buźkę też? Ale tą drogą nie idziemy, przywołałem sarkazm do porządku. Nie ta bajka literacka, a i bez mojej wydzieliny wszelkie perwersje wystarczająco zapluwają sieć. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Coś tu nie zagrało, a niegasnące pragnienie dzielenia włosa na czworo szybko odpaliło czerwoną lampkę. I po co taka alternatywa? Dziecko albo pies czy kot? Jako sześciolatek miałem w domu papugi, potem kanarki, w późnej podstawówce rybki, dalej chomika, na koniec psy. Rodzicom jakoś nie przyszedł do głowy argument, że ten zwierzyniec jest zamiast mnie. Wręcz przeciwnie: pojawienie się dziecka kusiło pozyskaniem innych stworzeń, żeby potomstwo zaciekawić i uczyć współistnienia i odpowiedzialności. Moje własne dziecko też ma w domu kolejne koty i gdyby nie metraż, dawno dokonałoby pełnej kotyfikacji stadnej lokum, z hamaczkami i budkami zamiast szafek.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Zwykło się uważać, że w rodzinie ludzkiej zawsze jest miejsce na międzygatunkową, ale czy zamiast tej pierwszej? Zwierzę w domu służy dobru całości, to truizm przecież. Dyscyplinuje, łagodzi atmosferę i przede wszystkim pozwala pielęgnować miłość&amp;nbsp;do ludzi&amp;nbsp;i&amp;nbsp;do braci mniejszych w takim samym stopniu. Pozwala zachować harmonię stada: dziecku umożliwia właściwy rozwój w trosce o inną istotę, a zwierzęciu daje poczucie bezpieczeństwa i przynależności do gromady. Po co to sztucznie rozdzielać? Niestety, mój mózg nie wierzy modom, więc drąży. Pokoleniu Z – bo tu tkwi początek tej nowomowy - idzie o mniej lub bardziej uświadomione maskowanie właściwego powodu ucieczki od macierzyństwa. Lęk przed ciążą deformującą wymuskane ciałko? Pewnie też, choć - jak widać na ulicach naszych miast - sporo tych ciałek nie troszczy się o figurę i raczej nie potrzebuje kamizelek ratunkowych, gdy fala wymiecie je za burtę. Utrata atrakcyjnej sylwetki raczej nie grozi, ale słowo „połóg”? To już dodaje trzęsiawki, a możliwość depresji poporodowej? Na samą myśl ustawia w kolejce do terapeuty. Tymczasem surogatek wciąż zakazuje prawo. Podejrzewam, że mimo wszystko pozorne to przyczyny.&amp;nbsp;&amp;nbsp; Gwóźdź programu tkwi w trumnie postaw społecznych, a influencerkom i tłumom ich fanek daleko do troski o przyszłość narodu. Znacznie bardziej doskwiera im myśl o konieczności przeniesienia uwagi z siebie na urodzone dziecko i to na wiele lat! Czarno połyskuje wizja końca życia rozpiętego między nowinkami kosmetycznymi, fitnessem a modnym klubem. Nie ma to jak wrzucić dobrze brzmiącą ideę w miejsce przeznaczone na macierzyństwo. Pudel toy zamiast rozwrzeszczanego gówniaka, który czegoś chce i tkwi kleszczem w botoksie przez trzy dekady z rzędu albo dłużej. To jest to! Dzieciak, wiadomo, kładzie się, ryczy i rąbie piętami jak nie dostanie. Wiecznie rości o coś pretensje, a ostatecznie powie, że byłyście rodzicem toksycznym, więc bez żalu spakuje do przytułku dla starych i zużytych rodzicieli. Pudelek tymczasem taki malutki i miły w dotyku. Bawi, wypełni insta, ucieszy, pomerda ogonkiem, piłeczkę przyniesie, a tylko jednorazowy wydatek dziesięciu tysi, nie licząc karmy i weta.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; I tu już w zasadzie mógłbym zakończyć temat, spleść rączki na klacie i błysnąć samozachwytem. Tymczasem z tyłu głowy pobrzmiewa jeszcze jeden przeczytany gdzieś fragment: To chyba jest tak, że naprawdę odpowiedzialni ludzie nie mają dzieci. Ja jestem taką osobą i nie chciałabym na siebie brać wielkiej odpowiedzialności za wychowanie i przyszłość tych dzieci. Tylu ludzi chodzi po świecie skrzywdzonych przez rodziców, którzy uważali, że najlepsze, co mogli zrobić, to się rozmnożyć. A ich dzieci są dowodem na to, że zrobili to źle.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Pierwsze uderzenie refleksji szufladkowało autorkę, jako istotę ograniczoną, skoro tkwi w przekonaniu, że w wychowaniu człowieka rodzice odgrywają wyłączną rolę, podobnie jak w krzywdzie wyrządzanej potomstwu. Z jej słów jasno wybrzmiewa fakt, że nie ma własnych dzieci, ale sama była dzieckiem. Powinna zatem zdawać sobie sprawę, że rodzice wychowują tylko do pewnego momentu. Potem uchodzą za wzorzec dinozaura, dziadersów odklejonych od rzeczywistości albo przemocowców, którzy chcą niby dobrze, a wychodzi jak zawsze. W pewnym momencie w buty autorytetu wbijają się rówieśnicy, kreatorzy chwilowej mody, media, idole muzyczni, bohaterowie podcastów, szeroko pojęte otoczenie, dla którego rodzic ze swoim modelem życia wpisuje się - co najwyżej - w ostrzeżenie: rób tak, a będziesz nieszczęśliwym człowiekiem. Szczególnie, że samo pojęcie „szczęścia”&amp;nbsp;każde pokolenie&amp;nbsp;inaczej definiuje.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Czy nieposiadanie dzieci świadczy o wysokiej odpowiedzialności społecznej? Wcale niewykluczone, że mamy tu do czynienia z syndromem ewolucji społecznej. Świat jest już wystarczająco przeludniony, Ziemia mocno wyjałowiona, kataklizmy wiszą nad głową, a im bardziej pazerni ludzie będą się rozmnażać, tym mniej pożyteczne, a nawet destrukcyjne byty będą kształtować. Może niech zajmą się "psynkiem" i "psórcią". One muszą odegrać swoje role w marnych scenariuszach psiamamek i psitaciów. Jest szansa, że czworonóg nie zgłupieje i raczej na tym skorzysta. Niektóre przewodniczki po życiu dyktują mody na adopcję ze schronisk, a mniej nieszczęśliwych kudłaczy w klatkach, to więcej radosnych, choćby i w różowej kurteczce z kapturkiem. Psu raczej wszystko jedno w czym po parku sika, zwłaszcza, gdy tiktokerka radosna, a micha pełna. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Zostańmy zatem przy mądrości piewców międzygatunkowej rodziny. Po co inwestować najlepsze lata życia w istotę, której kształt ostateczny trudno przewidzieć? Nie wiesz, kiedy na własnej krwawicy wychowasz ekoterrorystę, ćpuna, konfederata czy psychopatę, który w końcu ukatrupi starego dla kasy albo za brak internetu. Przy okazji stracisz fortunę sięgającą miliona na edukację, wycieczki, fryzury, modne ciuchy, ajfony, hulajnogi, Erasmusy, auto na osiemnastkę i mieszkanie po trzydziestce, bo inaczej nie wyprowadzi się z domu. Tymczasem egzystencja modnej rasy pieska czy kotka, trwa znacznie krócej, a czas żałoby skończy się w następstwie sprowadzenia do domu nowego kłaczora rasy zgodnej z aktualnie obowiązującym trendem.&amp;nbsp;Psynek wraz ze zgonem opiekuna, trafi najwyżej do schroniska, kocórka też, choć odgryzając uprzednio nosek kocimamci, która stężała po śmierci w domciu i nie otworzyła na czas saszetki Feliksa.&amp;nbsp;</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Figura ładu </title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2024/05/figura-adu.html</link><category>obraz dzisiejszego świata</category><category>pamięć</category><category>Podcasty</category><category>przeszłość</category><category>sen</category><category>skojarzenia</category><category>Snem malowane</category><category>Społeczeństwo</category><category>tęsknota do normalności</category><pubDate>Sun, 19 May 2024 19:22:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-2498260340843713517</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/figura_ladu.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjJlbiTLbb9O3yLsqVx3kJOKBHIxTzPF0LAjBN816tt-QunygwwOOpmXoAKBeUblqqV2yXQNsrgARrN_4JqOaS8pw_Mp1QabWNCgCZ1mw-QPD-5JNqKyYhJNPsc-Z5k3oIQGHDl2F9PE7W-VrXLUBrjazHc1Z4n_-hwC-HJc3AqAWiRE-6ZVMabag9t86Vf/s880/figura_%C5%82adu.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="586" data-original-width="880" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjJlbiTLbb9O3yLsqVx3kJOKBHIxTzPF0LAjBN816tt-QunygwwOOpmXoAKBeUblqqV2yXQNsrgARrN_4JqOaS8pw_Mp1QabWNCgCZ1mw-QPD-5JNqKyYhJNPsc-Z5k3oIQGHDl2F9PE7W-VrXLUBrjazHc1Z4n_-hwC-HJc3AqAWiRE-6ZVMabag9t86Vf/w400-h266/figura_%C5%82adu.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Wchodzenie w smugę cienia niesie ze sobą przywoływanie miejsc i sytuacji z przeszłości. Mechanizm działa niezawodnie, choć w sposób bardzo nieoczywisty. Powracają obrazy, postaci, miejsca, sytuacje, wyrzucone z pamięci losowo, w najmniej oczekiwanych momentach. Zwykle minione uaktywnia się nocą, gdy po „snów kipieli ciemnej” błąkam się między krajobrazami przeszłości i teraźniejszości. Spotykam tam żyjących i tych, którzy od lat leżą na zielonych łąkach wieczności. Mózg krąży po ulicach dzieciństwa i placach dorosłości, mieszając realne z wyobrażonym, co niesie urok wędrowania poza czasem linearnym. W tym sennym przekraczaniu wymiarów najbardziej cenię sobie spotkania ludzi mijanych przed kilkudziesięciu laty, ludzi, których nigdy nie poznałem osobiście. Nie wiem nic o ich życiu, pasjach, potrzebach, dane mi było zapamiętać ich wygląd zewnętrzny. Zdarza się i tak, że nie słyszałem nawet barwy ich głosu, a jednak powracają.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiBzwKIyjIrQWy-ZjEW3JwRvDfyxxbqTH1Js-Km5bwsjXZ6ktIWnLB79xvP1wjNHSFHu0cIeOln0eIYbPCa9iZ5fbLJe6hskqVr1QPgojX_bP8DmTWE79zPzii2ldd-SueDxKqzjFFE9CXYrHpC7fmtwXdbeasPX1S4QiTtalFiRVCLfMVmTc_Vn3eC1jb9/s3202/figura.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="3202" data-original-width="2186" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiBzwKIyjIrQWy-ZjEW3JwRvDfyxxbqTH1Js-Km5bwsjXZ6ktIWnLB79xvP1wjNHSFHu0cIeOln0eIYbPCa9iZ5fbLJe6hskqVr1QPgojX_bP8DmTWE79zPzii2ldd-SueDxKqzjFFE9CXYrHpC7fmtwXdbeasPX1S4QiTtalFiRVCLfMVmTc_Vn3eC1jb9/w273-h400/figura.jpg" width="273" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Tej nocy pojawił się stary bibliotekarz, którego tak często widziałem w okolicy lidzbarskiego zamku. W tym właśnie miejscu minąłem go we śnie. Most nad Łyną, przejście w stronę baru “Warmianka”, w którym pracowała moja mama. To tam w latach 80. minionego stulecia spotykałem go najczęściej. Czasami nawet obserwowałem przy barowym stoliku, pochylonego nad posiłkiem. Piszę dziś&amp;nbsp;&lt;i&gt;stary bibliotekarz&lt;/i&gt; i sam się uśmiecham. Pewnie był w moim obecnym wieku, ale dla mnie, sprzed blisko czterdziestu lat, musiał być równie wiekowy, co tajemniczy. Zawsze jednakowo ubrany w długi płaszcz, jasny prochowiec lub ciemny wełniany, w zależności od pory roku. Spodnie jakby garniturowe, ale dosyć szerokie z dawno wypchanym kantem, spod których&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;w oczy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;rzucały się kamasze, niezależnie czy była wiosna, lato czy zima. Na głowie czarny beret zsunięty na bok i grube rogowe okulary w zużytych oprawkach nieodgadnionego koloru. W rytm kroków kołysał nieodzowną skórzaną teczką. Trzymał jej uchwyt mocno w dłoni, jakby niósł w niej wszystko, co najcenniejsze, a ona była miękka, niczym w połowie pozbawiona zawartości, przez co stawała się bezkształtna pod własnym ciężarem. Miał urodę francuskiego członka ruchu oporu, jakby przez pomyłkę przeniesionego z Paryża lat 40. do powiatowego miasta PRL-u, gdzieś na Warmię i to cztery dekady później. Po latach, jako bardziej oczytany młody człowiek, pewnie podciągnąłbym skojarzenie wizerunku pod dwudziestowieczny francuski egzystencjalizm, ale i tak – jak widać – zapadł w pamięć swoją oryginalnością, nieprzystającą do przaśnych realiów gnijącego socjalizmu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Obudziłem się zdumiony. Dlaczego akurat ten człowiek? Na pierwszy rzut jawy nie było najmniejszego ku temu powodu, a przynajmniej racjonalnej przyczyny. Na dobrą sprawę pamiętałem tylko, że przechodził przez most w podobnej porze, codziennie. Pracował w bibliotece umiejscowionej wówczas w baszcie przyzamkowego muru. Poczułem irracjonalny nakaz, potrzebę, żeby coś ustalić, jakby na nowo upewnić się, że ten człowiek naprawdę był, zaistniał nie tylko w mojej głowie. Rozbłysła spontaniczna myśl: “telefon do przyjaciela”. Paweł, mój lidzbarski kolega, któremu zawdzięczam pasję czytania, a także pośrednio pisania, człowiek uzależniony od druku, bywał przecież wówczas w Baszcie, w poszukiwaniu książek na najbardziej oryginalne tematy! Dzwonię. Paweł rozjaśnia, że rzeczywiście tam wpadał, doskonale pamięta pana Ejnika, który podawał książki, ale był nieśmiały i jakby wycofany, nie zagadywał bywalców czytelni. Niewyraźnie mówił, może dlatego nie był specjalnie kontaktowy.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Coś już jednak wiem. Teraz telefon do mamy. Przecież mój bohater bywał klientem baru, a ona bufetową, więc miała jakiś kontakt. Mama bez trudu i niemal natychmiast przywołuje z załomów pamięci obraz tego człowieka. Powraca postać na swój sposób oryginalna, mimo tysięcy konsumentów baru, jedzących przez kilkanaście lat jej pracy w tym miejscu świata. Wspomina, że był to bardzo kulturalny pan, chyba z inteligenckiej rodziny. Jego matka była zdaje się lekarką i niewykluczone, że rodzina wywodziła się znad Sekwany, skoro jego brat uczył francuskiego w liceum i do tego brzmienie ich nazwiska. Wszystko jest możliwe, przecież to Lidzbark Warmiński, w którym pozostało po I wojnie światowej wielu jeńców różnych nacji, a po II wojnie “wymieniono” niemal sto procent mieszkańców. Tygiel kulturowy w miejsce autochtonów robi swoje po dziś dzień.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Ale po co mi to śledztwo? Co wnosi? Czemu służy? Próbie ocalenia pamięci obcego człowieka, którego nawet imienia nie znam, a nagrobka nie odnajdę? A przecież z jakiegoś powodu zjawił się w moim śnie. Symbol? Tęsknota? Pamięć? Jeśli postawię na tęsknotę, to do czego? Do krainy niewinności i pierwszych wrażeń, budujących świadomość społeczną? Wybieram jednak tęsknotę do ładu, harmonii zwykłości i codzienności. Pan z czytelni, figura jednej pracy. Zwykłej i powtarzalnej służby innym, monotonnego oddania czynnościom może nie najważniejszym, ale koniecznym w życiu lokalnej społeczności. Z jedną drogą tam i z powrotem, dzień po dniu, z poświęceniem najlepszych godzin życia, najbardziej efektywnych, na sprawy nic nie znaczące w zderzeniu z mijaniem pokoleń. Wpisany w krajobraz minionej epoki, której obce dzisiejsze formy lansu, ciśnienie na zaistnienie i parcie na ekran. Istnienie bez wzbudzania zainteresowania sobą, szukania na siłę punktów wyróżnienia. Postać w tak naturalny sposób żyjąca w czasie linearnym i jednocześnie kolistym, wypełnionym zmianą pór roku postępujących ze zmianą płaszcza. Z powtarzalnością pozbawioną potrzeby buntu. Nie gloryfikuję osoby, tęsknię do ładu, przewidywalności i zdaje się o to upomina się mój mózg nocą,&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;stawiając podobne osoby&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;na ścieżkach sennych marzeń .&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEilcUPUj6rKtT0ZZys9iVZS6G0Ai9_5dTpXDZAol7BsgWK77CW5PwZFIHhFFFTckfw-i1aeO6ky6eFnmqxOqZefxyt6hdb6svhz9k_9oDZvPw8wpL_WQFMElgSuSGOoT_aTmlutbJuOArdIpCyqaNYxP2O8S_Pa88wZ_DL4Nz-AhWtX7V5zQSb3BCStb_W8/s880/harmonia.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="547" data-original-width="880" height="249" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEilcUPUj6rKtT0ZZys9iVZS6G0Ai9_5dTpXDZAol7BsgWK77CW5PwZFIHhFFFTckfw-i1aeO6ky6eFnmqxOqZefxyt6hdb6svhz9k_9oDZvPw8wpL_WQFMElgSuSGOoT_aTmlutbJuOArdIpCyqaNYxP2O8S_Pa88wZ_DL4Nz-AhWtX7V5zQSb3BCStb_W8/w400-h249/harmonia.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Mózg funkcjonujący w dobie unieważnienia wszystkiego i wszystkich w przeciągu chwili, w galopie kultury zapierdolu, uganiający się za niczym istotnym w czasie nadmiaru zbędnych informacji, szuka ratunku. Wojna tuż obok, powszechna korupcja i prawa stanowione pod interesy polityków, oligarchów, biznesmenów i ten bożek zysku, tumaniący wszelkie nacje. Upadek autorytetów i wymiana ideałów na kasę w kantorach próżności i chciejstwa, to wszystko popycha podświadomość w wołanie o zatrzymanie, opanowanie, uspokojenie galopu naszego powszedniego.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Okulary, niczym niezmącone oblicze, równy krok figury z przeszłości i snu jednocześnie. Stała pora powrotu z pracy z poczuciem dobrze wykonanych obowiązków. Bez oglądania się na mody, trendy i poklask, to jak krzyk o ucieczkę z opresji dzisiejszego świata. W jakim niby celu czytam cztery książki naraz i&amp;nbsp; żadnej nie pamiętam? Czemu oglądając film skroluję najnowszy numer tygodnika? Po co muszę wybierać między zakupami, koncertem a nordic walking w lesie? Bo mam&amp;nbsp; dwadzieścia cztery godziny doby i za dużo propozycji. Za dużo możliwości i otoczenie, które wywiera taką czy inną presję rozmieniania się na drobne, bo przecież powinienem zadbać o zdrowe żywienie, o ruch, o licznik kroków, o obecność na premierze, nadążać za nowościami i trendami w muzyce, zadbać o jasny uśmiech i być na czasie z serialem Netflixa. I tłumię to wołanie całego jestestwa o hamulec bezpieczeństwa, o wolność od wyborów czegokolwiek i pójście tam wysoko, gdzie tylko cztery ściany, gdzie nie dochodzą służbowe mejle, milczy telefon, a wszelkie karnety nakazu straciły ważność. Sen zaś ostrzega i przypomina, że jeszcze jest czas, że jeszcze można nie biec, żeby nie obudzić się z poczuciem zmarnowanego bycia.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/figura_ladu.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjJlbiTLbb9O3yLsqVx3kJOKBHIxTzPF0LAjBN816tt-QunygwwOOpmXoAKBeUblqqV2yXQNsrgARrN_4JqOaS8pw_Mp1QabWNCgCZ1mw-QPD-5JNqKyYhJNPsc-Z5k3oIQGHDl2F9PE7W-VrXLUBrjazHc1Z4n_-hwC-HJc3AqAWiRE-6ZVMabag9t86Vf/s72-w400-h266-c/figura_%C5%82adu.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Wchodzenie w smugę cienia niesie ze sobą przywoływanie miejsc i sytuacji z przeszłości. Mechanizm działa niezawodnie, choć w sposób bardzo nieoczywisty. Powracają obrazy, postaci, miejsca, sytuacje, wyrzucone z pamięci losowo, w najmniej oczekiwanych momentach. Zwykle minione uaktywnia się nocą, gdy po „snów kipieli ciemnej” błąkam się między krajobrazami przeszłości i teraźniejszości. Spotykam tam żyjących i tych, którzy od lat leżą na zielonych łąkach wieczności. Mózg krąży po ulicach dzieciństwa i placach dorosłości, mieszając realne z wyobrażonym, co niesie urok wędrowania poza czasem linearnym. W tym sennym przekraczaniu wymiarów najbardziej cenię sobie spotkania ludzi mijanych przed kilkudziesięciu laty, ludzi, których nigdy nie poznałem osobiście. Nie wiem nic o ich życiu, pasjach, potrzebach, dane mi było zapamiętać ich wygląd zewnętrzny. Zdarza się i tak, że nie słyszałem nawet barwy ich głosu, a jednak powracają.&amp;nbsp; Tej nocy pojawił się stary bibliotekarz, którego tak często widziałem w okolicy lidzbarskiego zamku. W tym właśnie miejscu minąłem go we śnie. Most nad Łyną, przejście w stronę baru “Warmianka”, w którym pracowała moja mama. To tam w latach 80. minionego stulecia spotykałem go najczęściej. Czasami nawet obserwowałem przy barowym stoliku, pochylonego nad posiłkiem. Piszę dziś&amp;nbsp;stary bibliotekarz i sam się uśmiecham. Pewnie był w moim obecnym wieku, ale dla mnie, sprzed blisko czterdziestu lat, musiał być równie wiekowy, co tajemniczy. Zawsze jednakowo ubrany w długi płaszcz, jasny prochowiec lub ciemny wełniany, w zależności od pory roku. Spodnie jakby garniturowe, ale dosyć szerokie z dawno wypchanym kantem, spod których&amp;nbsp;w oczy&amp;nbsp;rzucały się kamasze, niezależnie czy była wiosna, lato czy zima. Na głowie czarny beret zsunięty na bok i grube rogowe okulary w zużytych oprawkach nieodgadnionego koloru. W rytm kroków kołysał nieodzowną skórzaną teczką. Trzymał jej uchwyt mocno w dłoni, jakby niósł w niej wszystko, co najcenniejsze, a ona była miękka, niczym w połowie pozbawiona zawartości, przez co stawała się bezkształtna pod własnym ciężarem. Miał urodę francuskiego członka ruchu oporu, jakby przez pomyłkę przeniesionego z Paryża lat 40. do powiatowego miasta PRL-u, gdzieś na Warmię i to cztery dekady później. Po latach, jako bardziej oczytany młody człowiek, pewnie podciągnąłbym skojarzenie wizerunku pod dwudziestowieczny francuski egzystencjalizm, ale i tak – jak widać – zapadł w pamięć swoją oryginalnością, nieprzystającą do przaśnych realiów gnijącego socjalizmu.&amp;nbsp; Obudziłem się zdumiony. Dlaczego akurat ten człowiek? Na pierwszy rzut jawy nie było najmniejszego ku temu powodu, a przynajmniej racjonalnej przyczyny. Na dobrą sprawę pamiętałem tylko, że przechodził przez most w podobnej porze, codziennie. Pracował w bibliotece umiejscowionej wówczas w baszcie przyzamkowego muru. Poczułem irracjonalny nakaz, potrzebę, żeby coś ustalić, jakby na nowo upewnić się, że ten człowiek naprawdę był, zaistniał nie tylko w mojej głowie. Rozbłysła spontaniczna myśl: “telefon do przyjaciela”. Paweł, mój lidzbarski kolega, któremu zawdzięczam pasję czytania, a także pośrednio pisania, człowiek uzależniony od druku, bywał przecież wówczas w Baszcie, w poszukiwaniu książek na najbardziej oryginalne tematy! Dzwonię. Paweł rozjaśnia, że rzeczywiście tam wpadał, doskonale pamięta pana Ejnika, który podawał książki, ale był nieśmiały i jakby wycofany, nie zagadywał bywalców czytelni. Niewyraźnie mówił, może dlatego nie był specjalnie kontaktowy.&amp;nbsp; Coś już jednak wiem. Teraz telefon do mamy. Przecież mój bohater bywał klientem baru, a ona bufetową, więc miała jakiś kontakt. Mama bez trudu i niemal natychmiast przywołuje z załomów pamięci obraz tego człowieka. Powraca postać na swój sposób oryginalna, mimo tysięcy konsumentów baru, jedzących przez kilkanaście lat jej pracy w tym miejscu świata. Wspomina, że był to bardzo kulturalny pan, chyba z inteligenckiej rodziny. Jego matka była zdaje się lekarką i niewykluczone, że rodzina wywodziła się znad Sekwany, skoro jego brat uczył francuskiego w liceum i do tego brzmienie ich nazwiska. Wszystko jest możliwe, przecież to Lidzbark Warmiński, w którym pozostało po I wojnie światowej wielu jeńców różnych nacji, a po II wojnie “wymieniono” niemal sto procent mieszkańców. Tygiel kulturowy w miejsce autochtonów robi swoje po dziś dzień.&amp;nbsp; Ale po co mi to śledztwo? Co wnosi? Czemu służy? Próbie ocalenia pamięci obcego człowieka, którego nawet imienia nie znam, a nagrobka nie odnajdę? A przecież z jakiegoś powodu zjawił się w moim śnie. Symbol? Tęsknota? Pamięć? Jeśli postawię na tęsknotę, to do czego? Do krainy niewinności i pierwszych wrażeń, budujących świadomość społeczną? Wybieram jednak tęsknotę do ładu, harmonii zwykłości i codzienności. Pan z czytelni, figura jednej pracy. Zwykłej i powtarzalnej służby innym, monotonnego oddania czynnościom może nie najważniejszym, ale koniecznym w życiu lokalnej społeczności. Z jedną drogą tam i z powrotem, dzień po dniu, z poświęceniem najlepszych godzin życia, najbardziej efektywnych, na sprawy nic nie znaczące w zderzeniu z mijaniem pokoleń. Wpisany w krajobraz minionej epoki, której obce dzisiejsze formy lansu, ciśnienie na zaistnienie i parcie na ekran. Istnienie bez wzbudzania zainteresowania sobą, szukania na siłę punktów wyróżnienia. Postać w tak naturalny sposób żyjąca w czasie linearnym i jednocześnie kolistym, wypełnionym zmianą pór roku postępujących ze zmianą płaszcza. Z powtarzalnością pozbawioną potrzeby buntu. Nie gloryfikuję osoby, tęsknię do ładu, przewidywalności i zdaje się o to upomina się mój mózg nocą,&amp;nbsp;stawiając podobne osoby&amp;nbsp;na ścieżkach sennych marzeń .&amp;nbsp; Mózg funkcjonujący w dobie unieważnienia wszystkiego i wszystkich w przeciągu chwili, w galopie kultury zapierdolu, uganiający się za niczym istotnym w czasie nadmiaru zbędnych informacji, szuka ratunku. Wojna tuż obok, powszechna korupcja i prawa stanowione pod interesy polityków, oligarchów, biznesmenów i ten bożek zysku, tumaniący wszelkie nacje. Upadek autorytetów i wymiana ideałów na kasę w kantorach próżności i chciejstwa, to wszystko popycha podświadomość w wołanie o zatrzymanie, opanowanie, uspokojenie galopu naszego powszedniego.&amp;nbsp; Okulary, niczym niezmącone oblicze, równy krok figury z przeszłości i snu jednocześnie. Stała pora powrotu z pracy z poczuciem dobrze wykonanych obowiązków. Bez oglądania się na mody, trendy i poklask, to jak krzyk o ucieczkę z opresji dzisiejszego świata. W jakim niby celu czytam cztery książki naraz i&amp;nbsp; żadnej nie pamiętam? Czemu oglądając film skroluję najnowszy numer tygodnika? Po co muszę wybierać między zakupami, koncertem a nordic walking w lesie? Bo mam&amp;nbsp; dwadzieścia cztery godziny doby i za dużo propozycji. Za dużo możliwości i otoczenie, które wywiera taką czy inną presję rozmieniania się na drobne, bo przecież powinienem zadbać o zdrowe żywienie, o ruch, o licznik kroków, o obecność na premierze, nadążać za nowościami i trendami w muzyce, zadbać o jasny uśmiech i być na czasie z serialem Netflixa. I tłumię to wołanie całego jestestwa o hamulec bezpieczeństwa, o wolność od wyborów czegokolwiek i pójście tam wysoko, gdzie tylko cztery ściany, gdzie nie dochodzą służbowe mejle, milczy telefon, a wszelkie karnety nakazu straciły ważność. Sen zaś ostrzega i przypomina, że jeszcze jest czas, że jeszcze można nie biec, żeby nie obudzić się z poczuciem zmarnowanego bycia.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Wchodzenie w smugę cienia niesie ze sobą przywoływanie miejsc i sytuacji z przeszłości. Mechanizm działa niezawodnie, choć w sposób bardzo nieoczywisty. Powracają obrazy, postaci, miejsca, sytuacje, wyrzucone z pamięci losowo, w najmniej oczekiwanych momentach. Zwykle minione uaktywnia się nocą, gdy po „snów kipieli ciemnej” błąkam się między krajobrazami przeszłości i teraźniejszości. Spotykam tam żyjących i tych, którzy od lat leżą na zielonych łąkach wieczności. Mózg krąży po ulicach dzieciństwa i placach dorosłości, mieszając realne z wyobrażonym, co niesie urok wędrowania poza czasem linearnym. W tym sennym przekraczaniu wymiarów najbardziej cenię sobie spotkania ludzi mijanych przed kilkudziesięciu laty, ludzi, których nigdy nie poznałem osobiście. Nie wiem nic o ich życiu, pasjach, potrzebach, dane mi było zapamiętać ich wygląd zewnętrzny. Zdarza się i tak, że nie słyszałem nawet barwy ich głosu, a jednak powracają.&amp;nbsp; Tej nocy pojawił się stary bibliotekarz, którego tak często widziałem w okolicy lidzbarskiego zamku. W tym właśnie miejscu minąłem go we śnie. Most nad Łyną, przejście w stronę baru “Warmianka”, w którym pracowała moja mama. To tam w latach 80. minionego stulecia spotykałem go najczęściej. Czasami nawet obserwowałem przy barowym stoliku, pochylonego nad posiłkiem. Piszę dziś&amp;nbsp;stary bibliotekarz i sam się uśmiecham. Pewnie był w moim obecnym wieku, ale dla mnie, sprzed blisko czterdziestu lat, musiał być równie wiekowy, co tajemniczy. Zawsze jednakowo ubrany w długi płaszcz, jasny prochowiec lub ciemny wełniany, w zależności od pory roku. Spodnie jakby garniturowe, ale dosyć szerokie z dawno wypchanym kantem, spod których&amp;nbsp;w oczy&amp;nbsp;rzucały się kamasze, niezależnie czy była wiosna, lato czy zima. Na głowie czarny beret zsunięty na bok i grube rogowe okulary w zużytych oprawkach nieodgadnionego koloru. W rytm kroków kołysał nieodzowną skórzaną teczką. Trzymał jej uchwyt mocno w dłoni, jakby niósł w niej wszystko, co najcenniejsze, a ona była miękka, niczym w połowie pozbawiona zawartości, przez co stawała się bezkształtna pod własnym ciężarem. Miał urodę francuskiego członka ruchu oporu, jakby przez pomyłkę przeniesionego z Paryża lat 40. do powiatowego miasta PRL-u, gdzieś na Warmię i to cztery dekady później. Po latach, jako bardziej oczytany młody człowiek, pewnie podciągnąłbym skojarzenie wizerunku pod dwudziestowieczny francuski egzystencjalizm, ale i tak – jak widać – zapadł w pamięć swoją oryginalnością, nieprzystającą do przaśnych realiów gnijącego socjalizmu.&amp;nbsp; Obudziłem się zdumiony. Dlaczego akurat ten człowiek? Na pierwszy rzut jawy nie było najmniejszego ku temu powodu, a przynajmniej racjonalnej przyczyny. Na dobrą sprawę pamiętałem tylko, że przechodził przez most w podobnej porze, codziennie. Pracował w bibliotece umiejscowionej wówczas w baszcie przyzamkowego muru. Poczułem irracjonalny nakaz, potrzebę, żeby coś ustalić, jakby na nowo upewnić się, że ten człowiek naprawdę był, zaistniał nie tylko w mojej głowie. Rozbłysła spontaniczna myśl: “telefon do przyjaciela”. Paweł, mój lidzbarski kolega, któremu zawdzięczam pasję czytania, a także pośrednio pisania, człowiek uzależniony od druku, bywał przecież wówczas w Baszcie, w poszukiwaniu książek na najbardziej oryginalne tematy! Dzwonię. Paweł rozjaśnia, że rzeczywiście tam wpadał, doskonale pamięta pana Ejnika, który podawał książki, ale był nieśmiały i jakby wycofany, nie zagadywał bywalców czytelni. Niewyraźnie mówił, może dlatego nie był specjalnie kontaktowy.&amp;nbsp; Coś już jednak wiem. Teraz telefon do mamy. Przecież mój bohater bywał klientem baru, a ona bufetową, więc miała jakiś kontakt. Mama bez trudu i niemal natychmiast przywołuje z załomów pamięci obraz tego człowieka. Powraca postać na swój sposób oryginalna, mimo tysięcy konsumentów baru, jedzących przez kilkanaście lat jej pracy w tym miejscu świata. Wspomina, że był to bardzo kulturalny pan, chyba z inteligenckiej rodziny. Jego matka była zdaje się lekarką i niewykluczone, że rodzina wywodziła się znad Sekwany, skoro jego brat uczył francuskiego w liceum i do tego brzmienie ich nazwiska. Wszystko jest możliwe, przecież to Lidzbark Warmiński, w którym pozostało po I wojnie światowej wielu jeńców różnych nacji, a po II wojnie “wymieniono” niemal sto procent mieszkańców. Tygiel kulturowy w miejsce autochtonów robi swoje po dziś dzień.&amp;nbsp; Ale po co mi to śledztwo? Co wnosi? Czemu służy? Próbie ocalenia pamięci obcego człowieka, którego nawet imienia nie znam, a nagrobka nie odnajdę? A przecież z jakiegoś powodu zjawił się w moim śnie. Symbol? Tęsknota? Pamięć? Jeśli postawię na tęsknotę, to do czego? Do krainy niewinności i pierwszych wrażeń, budujących świadomość społeczną? Wybieram jednak tęsknotę do ładu, harmonii zwykłości i codzienności. Pan z czytelni, figura jednej pracy. Zwykłej i powtarzalnej służby innym, monotonnego oddania czynnościom może nie najważniejszym, ale koniecznym w życiu lokalnej społeczności. Z jedną drogą tam i z powrotem, dzień po dniu, z poświęceniem najlepszych godzin życia, najbardziej efektywnych, na sprawy nic nie znaczące w zderzeniu z mijaniem pokoleń. Wpisany w krajobraz minionej epoki, której obce dzisiejsze formy lansu, ciśnienie na zaistnienie i parcie na ekran. Istnienie bez wzbudzania zainteresowania sobą, szukania na siłę punktów wyróżnienia. Postać w tak naturalny sposób żyjąca w czasie linearnym i jednocześnie kolistym, wypełnionym zmianą pór roku postępujących ze zmianą płaszcza. Z powtarzalnością pozbawioną potrzeby buntu. Nie gloryfikuję osoby, tęsknię do ładu, przewidywalności i zdaje się o to upomina się mój mózg nocą,&amp;nbsp;stawiając podobne osoby&amp;nbsp;na ścieżkach sennych marzeń .&amp;nbsp; Mózg funkcjonujący w dobie unieważnienia wszystkiego i wszystkich w przeciągu chwili, w galopie kultury zapierdolu, uganiający się za niczym istotnym w czasie nadmiaru zbędnych informacji, szuka ratunku. Wojna tuż obok, powszechna korupcja i prawa stanowione pod interesy polityków, oligarchów, biznesmenów i ten bożek zysku, tumaniący wszelkie nacje. Upadek autorytetów i wymiana ideałów na kasę w kantorach próżności i chciejstwa, to wszystko popycha podświadomość w wołanie o zatrzymanie, opanowanie, uspokojenie galopu naszego powszedniego.&amp;nbsp; Okulary, niczym niezmącone oblicze, równy krok figury z przeszłości i snu jednocześnie. Stała pora powrotu z pracy z poczuciem dobrze wykonanych obowiązków. Bez oglądania się na mody, trendy i poklask, to jak krzyk o ucieczkę z opresji dzisiejszego świata. W jakim niby celu czytam cztery książki naraz i&amp;nbsp; żadnej nie pamiętam? Czemu oglądając film skroluję najnowszy numer tygodnika? Po co muszę wybierać między zakupami, koncertem a nordic walking w lesie? Bo mam&amp;nbsp; dwadzieścia cztery godziny doby i za dużo propozycji. Za dużo możliwości i otoczenie, które wywiera taką czy inną presję rozmieniania się na drobne, bo przecież powinienem zadbać o zdrowe żywienie, o ruch, o licznik kroków, o obecność na premierze, nadążać za nowościami i trendami w muzyce, zadbać o jasny uśmiech i być na czasie z serialem Netflixa. I tłumię to wołanie całego jestestwa o hamulec bezpieczeństwa, o wolność od wyborów czegokolwiek i pójście tam wysoko, gdzie tylko cztery ściany, gdzie nie dochodzą służbowe mejle, milczy telefon, a wszelkie karnety nakazu straciły ważność. Sen zaś ostrzega i przypomina, że jeszcze jest czas, że jeszcze można nie biec, żeby nie obudzić się z poczuciem zmarnowanego bycia.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Cień małżeństwa</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2024/03/cien-mazenstwa.html</link><category>gra</category><category>ironia losu</category><category>małżeństwo</category><category>Obrazki</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><pubDate>Mon, 18 Mar 2024 08:54:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-7239483281045458077</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/cien.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj7t8OypmZcyghPRjGGjq9asiUlRtMxTp9D5i4R72JU-kGwdUObH1eBZqMETgxAzmBnjPctNR8uqzAD32W8AVHfzwCuh1XnACxegltERJpKuDQjp5U5kIdTa_B6nCGYf_sXOhi4ITpAALxrOossxzWjL85j23GOhBqGF9FXin-3DV8kqoITyyQWlZJbp2su/s338/sory.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="223" data-original-width="338" height="264" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj7t8OypmZcyghPRjGGjq9asiUlRtMxTp9D5i4R72JU-kGwdUObH1eBZqMETgxAzmBnjPctNR8uqzAD32W8AVHfzwCuh1XnACxegltERJpKuDQjp5U5kIdTa_B6nCGYf_sXOhi4ITpAALxrOossxzWjL85j23GOhBqGF9FXin-3DV8kqoITyyQWlZJbp2su/w400-h264/sory.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Stary ma niedzielną szychtę, że tak bezkarnie zalegasz przed ekranem? A kto kluski gotuje do rosołu?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Trochę nie&amp;nbsp;wiem, co ze sobą zrobić. Nosi mnie od książki do okna, stamtąd do komputera, przez jakiś film, który niby oglądam i znowu telefon. Choć obecność tutaj… to jest nawet dość irytujące. Same małolaty oblegają portal. Dyszą mi tu w poszukiwaniu lwicy.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Nie przeceniaj, bo jeszcze faceta w nich zobaczysz! Im nie samica potrzebna, tylko przystępna dziura w tle, z inspiracją do klepania niemca w hełm.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Skąd ty te teksty bierzesz?! Oplułam się kawą!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Literacka dusza we mnie jęczy, skowyt bólu i agonia niespełnienia.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- No chyba czytam jakieś upośledzone książki. Tam nie ma takich tekstów. A stary? Pojechał do mamusi, jeśli o to chodzi. Wylewa potok łez w ramię rodzicielki. Żona go zraniła.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Uuu, wystąpił akt przemocy domowej? Kobieta go bije?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- No… prawie mężobójstwo przy pomocy imitacji członka.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Ale, ale! Nie zaczynaj od scyzoryka w garści, powieś go na ścianę i dwaj akt pierwszy, od początku!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Na początku był sracz. I w sraczu była przyjemność. Właściwie miała być, bo przecież wbił przede mną, jak zobaczył, że książkę biorę ze stołu. Zajął i wystrzelił po dziesięciu minutach. Ciężko oburzony! Pluł coś, że ja zepsułam i milczę. Nie wiedziałam o co kaman, pogubiona w kontraście różowych bokserek w avocado tuż pod kasztankiem brzucha i czarnych skarpetek na łydkach. Pytam, co znowu zepsułam? A ten, że spłuczka, że zawór, że ledwie kapie. Mogłaś z rana powiedzieć! Jakby nie wiedział, że z rana biegamy z prędkością pershinga tuż pod lamperią. I do mnie, gdzie skrzynka, żabka, klucz jakiś, zawór zapchany? Wydziera się jak na praktykanta hydraulika, przed fajrantem.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEizooKqEdUkEt_ZteBIc4iPuncA_ZPYs1LxbKj3BRroVbQZEqnTzC46C9mLRZ0W-ReX3Zomm6pXyHq2lgysu2cTqkFay5C-sxIxk5edNIm6OzZDIq5Mf6RABGC4nn3NSTpZ-QI9pVZDfJ1eKySQ7f9v69kF0gPBAOpG0rfPuqKFUb_JAim_6383X2OmFyy7/s450/99467416-hydraulik-pracuj%C4%85cy-w-firmie-zajmuj%C4%85cej-si%C4%99-napraw%C4%85-instalacji-hydraulicznych-w-%C5%82azience-montuje-i.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="300" data-original-width="450" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEizooKqEdUkEt_ZteBIc4iPuncA_ZPYs1LxbKj3BRroVbQZEqnTzC46C9mLRZ0W-ReX3Zomm6pXyHq2lgysu2cTqkFay5C-sxIxk5edNIm6OzZDIq5Mf6RABGC4nn3NSTpZ-QI9pVZDfJ1eKySQ7f9v69kF0gPBAOpG0rfPuqKFUb_JAim_6383X2OmFyy7/w400-h266/99467416-hydraulik-pracuj%C4%85cy-w-firmie-zajmuj%C4%85cej-si%C4%99-napraw%C4%85-instalacji-hydraulicznych-w-%C5%82azience-montuje-i.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Zepsułaś mu hydraulikę?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Ja?! Zgłupiałeś?! Co to ja matka natura jestem?! Raczej chciałabym z tej hydrauliki skorzystać, nawet wlazłam pod prysznic, kiedy marudził i chrzanił się z zaworami. Głupia nadzieja do kabiny mnie popchała. Taki męski był z tą żabką w garści i te legendy o hydraulikach w pornolkach, wiesz, to działa na wyobraźnię! Męczył ten zawór i nic. Wyszłam pachnąca, powabna, a on do mnie, że nic z tego! Z jego roboty znaczy. Warknął tylko, że do Castoramy jedziemy.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- A ty po co? Sam nie mógł pojechać? Przecież nie wiesz nawet jaki to typ, ten zawór odcinający znaczy.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;- Pewnie, że nie wiem, to mnie akurat najmniej interesuje! Ale jaśnie pan, całkiem jak prezes Polski, nie ma swojego konta, ani dostępu, więc potrzebuje asystentki do obsługi karty płatniczej. Ledwie zdążyłam bluzę dresową wciągnąć bez stanika, leginsy jakieś w pośpiechu na siebie, bo i majtek nie było czasu szukać. Po kwadransie hulałam w alejce między kranami, rurami i kolankami, w tańcu z wężem w oplocie i bez. Aż nie wytrzymałam,&amp;nbsp;&lt;/span&gt;bo latał z obłędem w oczach&amp;nbsp;i pociągnęłam go do najbliższego doradcy z tym nieszczęsnym zaworem w garści, żeby wskazał, gdzie takie leżą.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Do tego też asystentki potrzebował?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Ba! Do tego najbardziej, przecież męskości by ubyło, gdyby innego rohatyńca miał o pomoc prosić! Ale dostał co chciał, wracamy do domu i zaczęło się: potrzymaj tu, poświeć, żabka, klucz, podaj, wynieś, a ja musiałam być już chyba purpurowa ze złości. Nie mogłam patrzeć na gada. Odwróciłam się i przeglądam jakieś głupoty w telefonie. Czekam, aż wylezie z tego sracza z tarczą, a może i z dzidą! Stoję jak framuga, nie wiem, czy majtki wkładać, stanik, czy w końcu dotrze do baraniego flaka, że jeden syn na treningu, drugi ma szkolenie wyjazdowe. A tu nic! W końcu wylazł hydraulik zwycięzca, z bananem na gębie. Zachodzi mnie z tyłu, przytula, że już dobrze, że on taki nerwowy, szyję całuje, wie jak lubię. Wreszcie dotarło! Szepcze mi w ucho przeprosiny, podziękowania. No to nie czekam, odwracam się, rozpinam bluzę, uwalniam, co jeszcze nie zwiędło, a ten gały otwiera, jakby nie wiedział do czego to jest. I naraz się tłumaczy, że nie o to mu szło, że on nie pomyślał, że … i odskakuje jak oparzony…&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- I wtedy postanowiłaś przywalić mu z klucza?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- To by było słabe! Zniknęłam w sypialni, żeby po chwili wrócić z moim przyjacielem koloru późna lawenda. Jednym ruchem pozbyłam się leginsów i na jego oczach rozłożyłam uda w fotelu przystępując do zabawy!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Uciekł?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Wręcz przeciwnie! Przyspawało do podłogi ten mój cień małżeństwa. Dyszał tylko z oburzenia, chrapy mu chodziły jak ogieru Kmicica w balecie, ale słowa nie powiedział. Oniemiał. Byłam dość napalona, więc długo to nie trwało, a jęk wzmocniłam z premedytacją. Wstałam, bluzę dopięłam i z gołym tyłkiem ruszyłam na powrót do łazienki, pod prysznic. Kręcił się w kółko jak to kolorowe ruchadełko dla dzieci! W tym samym miejscu był, kiedy wyszłam. Zatrzymał się i mówi: &lt;i&gt;... ale ja naprawdę nie chciałem, przepraszam, jeśli na ciebie krzyczałem! No i chyba już nie mogę - &lt;/i&gt;spojrzał wymownie w dół przy tym. -&lt;i&gt;&amp;nbsp;Przepraszam, serio! Ale ja tak lubię ten kibelek i nienawidzę tego na dole.&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/cien.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj7t8OypmZcyghPRjGGjq9asiUlRtMxTp9D5i4R72JU-kGwdUObH1eBZqMETgxAzmBnjPctNR8uqzAD32W8AVHfzwCuh1XnACxegltERJpKuDQjp5U5kIdTa_B6nCGYf_sXOhi4ITpAALxrOossxzWjL85j23GOhBqGF9FXin-3DV8kqoITyyQWlZJbp2su/s72-w400-h264-c/sory.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ - Stary ma niedzielną szychtę, że tak bezkarnie zalegasz przed ekranem? A kto kluski gotuje do rosołu?&amp;nbsp; - Trochę nie&amp;nbsp;wiem, co ze sobą zrobić. Nosi mnie od książki do okna, stamtąd do komputera, przez jakiś film, który niby oglądam i znowu telefon. Choć obecność tutaj… to jest nawet dość irytujące. Same małolaty oblegają portal. Dyszą mi tu w poszukiwaniu lwicy.- Nie przeceniaj, bo jeszcze faceta w nich zobaczysz! Im nie samica potrzebna, tylko przystępna dziura w tle, z inspiracją do klepania niemca w hełm.- Skąd ty te teksty bierzesz?! Oplułam się kawą!&amp;nbsp;- Literacka dusza we mnie jęczy, skowyt bólu i agonia niespełnienia.- No chyba czytam jakieś upośledzone książki. Tam nie ma takich tekstów. A stary? Pojechał do mamusi, jeśli o to chodzi. Wylewa potok łez w ramię rodzicielki. Żona go zraniła.- Uuu, wystąpił akt przemocy domowej? Kobieta go bije?&amp;nbsp;- No… prawie mężobójstwo przy pomocy imitacji członka.&amp;nbsp;- Ale, ale! Nie zaczynaj od scyzoryka w garści, powieś go na ścianę i dwaj akt pierwszy, od początku!&amp;nbsp; - Na początku był sracz. I w sraczu była przyjemność. Właściwie miała być, bo przecież wbił przede mną, jak zobaczył, że książkę biorę ze stołu. Zajął i wystrzelił po dziesięciu minutach. Ciężko oburzony! Pluł coś, że ja zepsułam i milczę. Nie wiedziałam o co kaman, pogubiona w kontraście różowych bokserek w avocado tuż pod kasztankiem brzucha i czarnych skarpetek na łydkach. Pytam, co znowu zepsułam? A ten, że spłuczka, że zawór, że ledwie kapie. Mogłaś z rana powiedzieć! Jakby nie wiedział, że z rana biegamy z prędkością pershinga tuż pod lamperią. I do mnie, gdzie skrzynka, żabka, klucz jakiś, zawór zapchany? Wydziera się jak na praktykanta hydraulika, przed fajrantem.&amp;nbsp; - Zepsułaś mu hydraulikę?&amp;nbsp; - Ja?! Zgłupiałeś?! Co to ja matka natura jestem?! Raczej chciałabym z tej hydrauliki skorzystać, nawet wlazłam pod prysznic, kiedy marudził i chrzanił się z zaworami. Głupia nadzieja do kabiny mnie popchała. Taki męski był z tą żabką w garści i te legendy o hydraulikach w pornolkach, wiesz, to działa na wyobraźnię! Męczył ten zawór i nic. Wyszłam pachnąca, powabna, a on do mnie, że nic z tego! Z jego roboty znaczy. Warknął tylko, że do Castoramy jedziemy.&amp;nbsp; - A ty po co? Sam nie mógł pojechać? Przecież nie wiesz nawet jaki to typ, ten zawór odcinający znaczy. - Pewnie, że nie wiem, to mnie akurat najmniej interesuje! Ale jaśnie pan, całkiem jak prezes Polski, nie ma swojego konta, ani dostępu, więc potrzebuje asystentki do obsługi karty płatniczej. Ledwie zdążyłam bluzę dresową wciągnąć bez stanika, leginsy jakieś w pośpiechu na siebie, bo i majtek nie było czasu szukać. Po kwadransie hulałam w alejce między kranami, rurami i kolankami, w tańcu z wężem w oplocie i bez. Aż nie wytrzymałam,&amp;nbsp;bo latał z obłędem w oczach&amp;nbsp;i pociągnęłam go do najbliższego doradcy z tym nieszczęsnym zaworem w garści, żeby wskazał, gdzie takie leżą.&amp;nbsp; - Do tego też asystentki potrzebował?&amp;nbsp; - Ba! Do tego najbardziej, przecież męskości by ubyło, gdyby innego rohatyńca miał o pomoc prosić! Ale dostał co chciał, wracamy do domu i zaczęło się: potrzymaj tu, poświeć, żabka, klucz, podaj, wynieś, a ja musiałam być już chyba purpurowa ze złości. Nie mogłam patrzeć na gada. Odwróciłam się i przeglądam jakieś głupoty w telefonie. Czekam, aż wylezie z tego sracza z tarczą, a może i z dzidą! Stoję jak framuga, nie wiem, czy majtki wkładać, stanik, czy w końcu dotrze do baraniego flaka, że jeden syn na treningu, drugi ma szkolenie wyjazdowe. A tu nic! W końcu wylazł hydraulik zwycięzca, z bananem na gębie. Zachodzi mnie z tyłu, przytula, że już dobrze, że on taki nerwowy, szyję całuje, wie jak lubię. Wreszcie dotarło! Szepcze mi w ucho przeprosiny, podziękowania. No to nie czekam, odwracam się, rozpinam bluzę, uwalniam, co jeszcze nie zwiędło, a ten gały otwiera, jakby nie wiedział do czego to jest. I naraz się tłumaczy, że nie o to mu szło, że on nie pomyślał, że … i odskakuje jak oparzony…&amp;nbsp; - I wtedy postanowiłaś przywalić mu z klucza?&amp;nbsp; - To by było słabe! Zniknęłam w sypialni, żeby po chwili wrócić z moim przyjacielem koloru późna lawenda. Jednym ruchem pozbyłam się leginsów i na jego oczach rozłożyłam uda w fotelu przystępując do zabawy! - Uciekł? - Wręcz przeciwnie! Przyspawało do podłogi ten mój cień małżeństwa. Dyszał tylko z oburzenia, chrapy mu chodziły jak ogieru Kmicica w balecie, ale słowa nie powiedział. Oniemiał. Byłam dość napalona, więc długo to nie trwało, a jęk wzmocniłam z premedytacją. Wstałam, bluzę dopięłam i z gołym tyłkiem ruszyłam na powrót do łazienki, pod prysznic. Kręcił się w kółko jak to kolorowe ruchadełko dla dzieci! W tym samym miejscu był, kiedy wyszłam. Zatrzymał się i mówi: ... ale ja naprawdę nie chciałem, przepraszam, jeśli na ciebie krzyczałem! No i chyba już nie mogę - spojrzał wymownie w dół przy tym. -&amp;nbsp;Przepraszam, serio! Ale ja tak lubię ten kibelek i nienawidzę tego na dole.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ - Stary ma niedzielną szychtę, że tak bezkarnie zalegasz przed ekranem? A kto kluski gotuje do rosołu?&amp;nbsp; - Trochę nie&amp;nbsp;wiem, co ze sobą zrobić. Nosi mnie od książki do okna, stamtąd do komputera, przez jakiś film, który niby oglądam i znowu telefon. Choć obecność tutaj… to jest nawet dość irytujące. Same małolaty oblegają portal. Dyszą mi tu w poszukiwaniu lwicy.- Nie przeceniaj, bo jeszcze faceta w nich zobaczysz! Im nie samica potrzebna, tylko przystępna dziura w tle, z inspiracją do klepania niemca w hełm.- Skąd ty te teksty bierzesz?! Oplułam się kawą!&amp;nbsp;- Literacka dusza we mnie jęczy, skowyt bólu i agonia niespełnienia.- No chyba czytam jakieś upośledzone książki. Tam nie ma takich tekstów. A stary? Pojechał do mamusi, jeśli o to chodzi. Wylewa potok łez w ramię rodzicielki. Żona go zraniła.- Uuu, wystąpił akt przemocy domowej? Kobieta go bije?&amp;nbsp;- No… prawie mężobójstwo przy pomocy imitacji członka.&amp;nbsp;- Ale, ale! Nie zaczynaj od scyzoryka w garści, powieś go na ścianę i dwaj akt pierwszy, od początku!&amp;nbsp; - Na początku był sracz. I w sraczu była przyjemność. Właściwie miała być, bo przecież wbił przede mną, jak zobaczył, że książkę biorę ze stołu. Zajął i wystrzelił po dziesięciu minutach. Ciężko oburzony! Pluł coś, że ja zepsułam i milczę. Nie wiedziałam o co kaman, pogubiona w kontraście różowych bokserek w avocado tuż pod kasztankiem brzucha i czarnych skarpetek na łydkach. Pytam, co znowu zepsułam? A ten, że spłuczka, że zawór, że ledwie kapie. Mogłaś z rana powiedzieć! Jakby nie wiedział, że z rana biegamy z prędkością pershinga tuż pod lamperią. I do mnie, gdzie skrzynka, żabka, klucz jakiś, zawór zapchany? Wydziera się jak na praktykanta hydraulika, przed fajrantem.&amp;nbsp; - Zepsułaś mu hydraulikę?&amp;nbsp; - Ja?! Zgłupiałeś?! Co to ja matka natura jestem?! Raczej chciałabym z tej hydrauliki skorzystać, nawet wlazłam pod prysznic, kiedy marudził i chrzanił się z zaworami. Głupia nadzieja do kabiny mnie popchała. Taki męski był z tą żabką w garści i te legendy o hydraulikach w pornolkach, wiesz, to działa na wyobraźnię! Męczył ten zawór i nic. Wyszłam pachnąca, powabna, a on do mnie, że nic z tego! Z jego roboty znaczy. Warknął tylko, że do Castoramy jedziemy.&amp;nbsp; - A ty po co? Sam nie mógł pojechać? Przecież nie wiesz nawet jaki to typ, ten zawór odcinający znaczy. - Pewnie, że nie wiem, to mnie akurat najmniej interesuje! Ale jaśnie pan, całkiem jak prezes Polski, nie ma swojego konta, ani dostępu, więc potrzebuje asystentki do obsługi karty płatniczej. Ledwie zdążyłam bluzę dresową wciągnąć bez stanika, leginsy jakieś w pośpiechu na siebie, bo i majtek nie było czasu szukać. Po kwadransie hulałam w alejce między kranami, rurami i kolankami, w tańcu z wężem w oplocie i bez. Aż nie wytrzymałam,&amp;nbsp;bo latał z obłędem w oczach&amp;nbsp;i pociągnęłam go do najbliższego doradcy z tym nieszczęsnym zaworem w garści, żeby wskazał, gdzie takie leżą.&amp;nbsp; - Do tego też asystentki potrzebował?&amp;nbsp; - Ba! Do tego najbardziej, przecież męskości by ubyło, gdyby innego rohatyńca miał o pomoc prosić! Ale dostał co chciał, wracamy do domu i zaczęło się: potrzymaj tu, poświeć, żabka, klucz, podaj, wynieś, a ja musiałam być już chyba purpurowa ze złości. Nie mogłam patrzeć na gada. Odwróciłam się i przeglądam jakieś głupoty w telefonie. Czekam, aż wylezie z tego sracza z tarczą, a może i z dzidą! Stoję jak framuga, nie wiem, czy majtki wkładać, stanik, czy w końcu dotrze do baraniego flaka, że jeden syn na treningu, drugi ma szkolenie wyjazdowe. A tu nic! W końcu wylazł hydraulik zwycięzca, z bananem na gębie. Zachodzi mnie z tyłu, przytula, że już dobrze, że on taki nerwowy, szyję całuje, wie jak lubię. Wreszcie dotarło! Szepcze mi w ucho przeprosiny, podziękowania. No to nie czekam, odwracam się, rozpinam bluzę, uwalniam, co jeszcze nie zwiędło, a ten gały otwiera, jakby nie wiedział do czego to jest. I naraz się tłumaczy, że nie o to mu szło, że on nie pomyślał, że … i odskakuje jak oparzony…&amp;nbsp; - I wtedy postanowiłaś przywalić mu z klucza?&amp;nbsp; - To by było słabe! Zniknęłam w sypialni, żeby po chwili wrócić z moim przyjacielem koloru późna lawenda. Jednym ruchem pozbyłam się leginsów i na jego oczach rozłożyłam uda w fotelu przystępując do zabawy! - Uciekł? - Wręcz przeciwnie! Przyspawało do podłogi ten mój cień małżeństwa. Dyszał tylko z oburzenia, chrapy mu chodziły jak ogieru Kmicica w balecie, ale słowa nie powiedział. Oniemiał. Byłam dość napalona, więc długo to nie trwało, a jęk wzmocniłam z premedytacją. Wstałam, bluzę dopięłam i z gołym tyłkiem ruszyłam na powrót do łazienki, pod prysznic. Kręcił się w kółko jak to kolorowe ruchadełko dla dzieci! W tym samym miejscu był, kiedy wyszłam. Zatrzymał się i mówi: ... ale ja naprawdę nie chciałem, przepraszam, jeśli na ciebie krzyczałem! No i chyba już nie mogę - spojrzał wymownie w dół przy tym. -&amp;nbsp;Przepraszam, serio! Ale ja tak lubię ten kibelek i nienawidzę tego na dole.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Kolędniczka</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2024/01/koledniczka.html</link><category>Kolęda</category><category>ksiądz</category><category>Obrazki</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><category>wizyta duszpasterska</category><pubDate>Mon, 29 Jan 2024 10:56:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-8115797232808397904</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/koledniczka.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhsZ7gvoLds5bIoeuoLgpxTzmkq2ob5Y-I9sS8ENLgZOBO8SBAMUk7oLaylbEp3Lo2EvkpWWROptEc1pp28HsFQHyIw8cSDSSdAIF_9ovaB0fJG4kTUoAsS8atU4GaU6B8bONQqzUdcdX2gEG4sm7vslpQ4sVb95pWLkowI9Q5XvOoAaj1M8c-byaFC-y8S/s800/ksondz.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="500" data-original-width="800" height="250" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhsZ7gvoLds5bIoeuoLgpxTzmkq2ob5Y-I9sS8ENLgZOBO8SBAMUk7oLaylbEp3Lo2EvkpWWROptEc1pp28HsFQHyIw8cSDSSdAIF_9ovaB0fJG4kTUoAsS8atU4GaU6B8bONQqzUdcdX2gEG4sm7vslpQ4sVb95pWLkowI9Q5XvOoAaj1M8c-byaFC-y8S/w400-h250/ksondz.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Właśnie wyłączyłem gaz pod garnkiem, gdy żona weszła do kuchni. Nawet nie zdejmowała butów, za chwilę musiała jechać do dentysty. Wizyta umówiona miesiąc temu, więc automatycznie i w pośpiechu nalewała barszcz do talerzy. Nagle odezwała się, jakby w pół zdania:&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Ryczkowska mnie dopadła, o trzeciej chyba.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Ale jak? Po co? – Zapytałem zdumiony, bo dzień wcześniej sąsiadka była tu osobiście.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Telefonem. Przypomnieć, że ksiądz chodzi od siedemnastej.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Przecież wczoraj napieprzała w drzwi jak gestapo! Drzemałem pod kocem, w bokserkach, zanim wróciłaś. Nie chciało mi się ubierać, kwadrans do wyjazdu. Olałem łomot, ale młody nie wytrzymał. Hałas silniejszy niż strzelanki w konsoli. Myślał, że pożar! Ale był wściekły, że babsko oznajmiło tylko wizytę katabasa, a podniecona, jakby jej osobista komża płonęła.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Nic nie rozumiem. Jesienią proboszcz ogłaszał, że wzorem ubiegłego roku, kolęda na zaproszenie. Ludzie mieli zgłosić chęć pisemnie, w zakrystii albo przez stronę parafii, do końca listopada. Czemu ona tak lata po mieszkaniach jak kot z pęcherzem?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Może nas zapisałaś i zapomniałaś?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Zwariowałeś? Przecież wiesz, do której pracuję, a ty zwykle na taksówce od piątej. Kto miałby go przyjmować?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Pewnie obiecał jej prowizję. Procent od ilości przyjmujących.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Coś ty, ona ma misję. Wstążki&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;chorągwi&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;nosi w każdej procesji, dookoła poucza, że prawdziwie modlić się można jedynie z radyjem, a teraz znalazła nowe powołanie. Dba o jasny wizerunek naszej klatki.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- No tak. Jest radyjo, musi być frekwencyja, bo jakże to? Nie godzi się! I tym sposobem piąta kolumna proboszcza wyrabia sto procent przyjmujących, ale cienko ją widzę. Połowa mieszkań to wynajem studentom.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- No… a do tego garstka oportunistów, trochę antyklerykałów i domieszka abnegatów. Najgorzej, że mnie widzieli. Teraz, jak szłam z pracy. Na schodach stał Ryczkowski z milicjantem, zdziwieni, że dopiero idę, zamiast z chlebem i solą&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;wypatrywać sutanny o&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;d południa&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;-&amp;nbsp; To się porobiło! A jak Ryczkowska napuści na nas batmana? Stary na pewno jej doniósł, że wróciłaś.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhLliTVZkV5-vtq0wTuEq7LJ30YwWA-L3a6-gSuB65cebLmVor9jsMmocXxGKlOqTdgXYSIBUDxdatXL70tjtjgrbGc1eqDyIwCLPds8xGTXS1rR8qZOHotUKQaioPdedYDZATekMBhresIRk4-jHtDMQNsA2E1VzltAIznqZCkuMFINReDUWiMxxEO-c5j/s1300/puk%20puk.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="876" data-original-width="1300" height="270" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhLliTVZkV5-vtq0wTuEq7LJ30YwWA-L3a6-gSuB65cebLmVor9jsMmocXxGKlOqTdgXYSIBUDxdatXL70tjtjgrbGc1eqDyIwCLPds8xGTXS1rR8qZOHotUKQaioPdedYDZATekMBhresIRk4-jHtDMQNsA2E1VzltAIznqZCkuMFINReDUWiMxxEO-c5j/w400-h270/puk%20puk.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- No patrz! I dzwoni!! Co teraz?!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- I jeszcze pięścią się dobija! Jak co teraz? Przecież nie polecę do drzwi prosto od obiadu! Jak? Z kartoflem w pysku, z jajkiem na zębach?! No i znowu w bokserkach siedzę, żeby spodni barszczem nie zachlapać! Nawet nie wiem, gdzie krzyżyk ze świecami! Obrus na stole kraciasty, na nim laptop do spóły z zaspanym kotem, to co teraz?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jurek, a co nam grozi za nieprzyjęcie kolędy?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- A co to za kolęda?! Weź przestań, Anuś! Katabas wpadnie jak bomba, odpali zdrowaśkę i ojczenasza, w dowolnej kolejności, machnie kropidłem po gałach, zapyta czy pracujecie, nawet nie spojrzy w oczy i God bless you, Michałowo, give me your koperta and siema nara pa! Serio potrzebujesz takiego kabaretu? Poza tym, nigdzie nie stoi, że masz obowiązek przyjmować kolędę! To księża mają obowiązek chodzić po chałupach. A z tego, co czytałem, wcale za tym nie przepadają. Muszą się nasłuchać o traktowaniu wolnych związków, o religii w szkole i elgiebetach, średnia przyjemność. Potem i tak mają nakaz wywalić część plonu na tucz biskupa, część na narybek w seminarium, a resztę jak proboszcz uzna za stosowne, choć zwykle sam nie pcha się w błotko. Cwaniak wikarych na rzeź posyła.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- W sumie chore to jak cholera, Jurek, ale jak nas nie pochowa? Przecież odnotuje, a potem nie odkręcisz.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Szczerze? Ryra mnie to! Słońce ty moje, jak kopnę w kalendarz zawiśnie mi to kalafiorem, pochowa albo nie, z kropidłem czy bez. Jeśli całym życiem nie zapracowałem na zbawienie, to kropidło jakiegoś pijaka, pazerniaka, zarozumialca, przygłupa, pedofila czy innego opasa z pewnością mi nie pomoże. A tu, na ziemi? Mogą mnie wyrzucić na śmietnik historii, pod płot i niech mnie dziki rozciągną do spóły z lisami. Nie pochowa, księżulo, to weźmie na własne sumienie odmowę. Ale nie bój, zedrze z ciebie skórę za całe lata bez kolędy, tylko przyjdź pojęczeć o pochówek męża, a rachunek wystawi. Na to liczą, bo chrzcin coraz mniej, ślubów tyle, co kot napłakał, a do wygody przyzwyczajeni.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- W sumie to głupie. Człowiek całe życie porządnie przejdzie, muchy nie skrzywdzi, przepracuje w służbie ludziom dziesiątki lat, co niedziela wymodlony, spowiedź regularna, komunia, codzienna modlitwa, a taki pochówku odmówi i jak przed Bogiem stanąć?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;-&amp;nbsp; Podobnie jak żołnierz na froncie. Jaka to różnica? Jedni gniją martwi w okopie, inni w zbiorowej mogile, bez trumny i krzyża przecież. To uważasz, że Pan Bóg ich nie przyjmie, bo czarny paciorka nie zmówił? Anuś, ty święta kobieta jesteś, wykształcona, mądra i dobra, ale czasem gadasz jak wiejska baba w chuścinie, wgapiona w profil Maryjki na bankowej szybie.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Odechciało mi się jeść. Każdy kolejny kęs z trudem przeciskał się przez przełyk. W końcu odszedłem od stołu. Zabrałem dżinsy z krzesła i zapinałem powoli, zerkając przez okno na chodnik w ciemności. Nie chciałem schodzić do pracy, zanim nie zobaczę, że ksiądz już sobie poszedł. Wkurzył mnie tym namolnym dzwonieniem i łomotem do drzwi, nawet jeśli nie osobiście, a jedynie posłał ministrantów. Jest! Wiatr rozwiewał mu płaszcz i stułę na boki, gdy oddalał się w pośpiechu, z pochyloną głową, w asyście dwóch chłopców. Dopinałem koszulę w przedpokoju, ściągnąłem kurtkę z wieszaka, gdy na nowo odezwał się dzwonek u drzwi.&amp;nbsp; Zesztywniałem na jego brzmienie, ale teraz ciekawość była silniejsza. Wyjrzałem przez judasza. Stała tam najwyraźniej Ryczkowska. Czego chciało jeszcze to babsko? Wygłosić drętwą gadkę do naszego sumienia? Otworzyłem. Cofnęła się, jakby brała rozbieg do karnego, wzniosła w górę dłoń i wbiegła mi do przedpokoju. Odruchowo odsunąłem się na bok, gdy ruszyła z impetem w stronę kuchni, z której wychynęła zdumiona żona. Stara wyraźnie wzięła ją na cel, wykopując w biegu stojącego sztybleta na lewe skrzydło, choć nie było tam gracza. Dopadła czoła małżonki kreśląc na nim znak krzyża z okrzykiem: &lt;i&gt;z błogosławieństwem od księdza! Z błogosławieństwem! &lt;/i&gt;Dokonała regulaminowego zwrotu przez lewe ramię i nadal nie opuszczając ręki księżowskiej mocy, z takim samym znakiem wbiła mi kciuk w czoło &lt;i&gt;z błogosławieństwem od księdza… z błogosławieństwem&lt;/i&gt;, aż poczułem się jak lepszy łotr obok Jezusa obiecującego raj. Teraz noc mi nie straszna, pomyślałem, w jednym sztyblecie i w jednej skarpecie.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhsZ7gvoLds5bIoeuoLgpxTzmkq2ob5Y-I9sS8ENLgZOBO8SBAMUk7oLaylbEp3Lo2EvkpWWROptEc1pp28HsFQHyIw8cSDSSdAIF_9ovaB0fJG4kTUoAsS8atU4GaU6B8bONQqzUdcdX2gEG4sm7vslpQ4sVb95pWLkowI9Q5XvOoAaj1M8c-byaFC-y8S/s72-w400-h250-c/ksondz.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><enclosure length="18520966" type="audio/mpeg" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/koledniczka.mp3"/><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Właśnie wyłączyłem gaz pod garnkiem, gdy żona weszła do kuchni. Nawet nie zdejmowała butów, za chwilę musiała jechać do dentysty. Wizyta umówiona miesiąc temu, więc automatycznie i w pośpiechu nalewała barszcz do talerzy. Nagle odezwała się, jakby w pół zdania:&amp;nbsp; - Ryczkowska mnie dopadła, o trzeciej chyba.&amp;nbsp; - Ale jak? Po co? – Zapytałem zdumiony, bo dzień wcześniej sąsiadka była tu osobiście. - Telefonem. Przypomnieć, że ksiądz chodzi od siedemnastej.&amp;nbsp; - Przecież wczoraj napieprzała w drzwi jak gestapo! Drzemałem pod kocem, w bokserkach, zanim wróciłaś. Nie chciało mi się ubierać, kwadrans do wyjazdu. Olałem łomot, ale młody nie wytrzymał. Hałas silniejszy niż strzelanki w konsoli. Myślał, że pożar! Ale był wściekły, że babsko oznajmiło tylko wizytę katabasa, a podniecona, jakby jej osobista komża płonęła.&amp;nbsp; - Nic nie rozumiem. Jesienią proboszcz ogłaszał, że wzorem ubiegłego roku, kolęda na zaproszenie. Ludzie mieli zgłosić chęć pisemnie, w zakrystii albo przez stronę parafii, do końca listopada. Czemu ona tak lata po mieszkaniach jak kot z pęcherzem?&amp;nbsp; - Może nas zapisałaś i zapomniałaś?&amp;nbsp; - Zwariowałeś? Przecież wiesz, do której pracuję, a ty zwykle na taksówce od piątej. Kto miałby go przyjmować? - Pewnie obiecał jej prowizję. Procent od ilości przyjmujących.&amp;nbsp; - Coś ty, ona ma misję. Wstążki&amp;nbsp;chorągwi&amp;nbsp;nosi w każdej procesji, dookoła poucza, że prawdziwie modlić się można jedynie z radyjem, a teraz znalazła nowe powołanie. Dba o jasny wizerunek naszej klatki. - No tak. Jest radyjo, musi być frekwencyja, bo jakże to? Nie godzi się! I tym sposobem piąta kolumna proboszcza wyrabia sto procent przyjmujących, ale cienko ją widzę. Połowa mieszkań to wynajem studentom.&amp;nbsp; - No… a do tego garstka oportunistów, trochę antyklerykałów i domieszka abnegatów. Najgorzej, że mnie widzieli. Teraz, jak szłam z pracy. Na schodach stał Ryczkowski z milicjantem, zdziwieni, że dopiero idę, zamiast z chlebem i solą&amp;nbsp;wypatrywać sutanny od południa&amp;nbsp;. -&amp;nbsp; To się porobiło! A jak Ryczkowska napuści na nas batmana? Stary na pewno jej doniósł, że wróciłaś. - No patrz! I dzwoni!! Co teraz?!&amp;nbsp; - I jeszcze pięścią się dobija! Jak co teraz? Przecież nie polecę do drzwi prosto od obiadu! Jak? Z kartoflem w pysku, z jajkiem na zębach?! No i znowu w bokserkach siedzę, żeby spodni barszczem nie zachlapać! Nawet nie wiem, gdzie krzyżyk ze świecami! Obrus na stole kraciasty, na nim laptop do spóły z zaspanym kotem, to co teraz?&amp;nbsp; - Jurek, a co nam grozi za nieprzyjęcie kolędy? - A co to za kolęda?! Weź przestań, Anuś! Katabas wpadnie jak bomba, odpali zdrowaśkę i ojczenasza, w dowolnej kolejności, machnie kropidłem po gałach, zapyta czy pracujecie, nawet nie spojrzy w oczy i God bless you, Michałowo, give me your koperta and siema nara pa! Serio potrzebujesz takiego kabaretu? Poza tym, nigdzie nie stoi, że masz obowiązek przyjmować kolędę! To księża mają obowiązek chodzić po chałupach. A z tego, co czytałem, wcale za tym nie przepadają. Muszą się nasłuchać o traktowaniu wolnych związków, o religii w szkole i elgiebetach, średnia przyjemność. Potem i tak mają nakaz wywalić część plonu na tucz biskupa, część na narybek w seminarium, a resztę jak proboszcz uzna za stosowne, choć zwykle sam nie pcha się w błotko. Cwaniak wikarych na rzeź posyła.&amp;nbsp; - W sumie chore to jak cholera, Jurek, ale jak nas nie pochowa? Przecież odnotuje, a potem nie odkręcisz. - Szczerze? Ryra mnie to! Słońce ty moje, jak kopnę w kalendarz zawiśnie mi to kalafiorem, pochowa albo nie, z kropidłem czy bez. Jeśli całym życiem nie zapracowałem na zbawienie, to kropidło jakiegoś pijaka, pazerniaka, zarozumialca, przygłupa, pedofila czy innego opasa z pewnością mi nie pomoże. A tu, na ziemi? Mogą mnie wyrzucić na śmietnik historii, pod płot i niech mnie dziki rozciągną do spóły z lisami. Nie pochowa, księżulo, to weźmie na własne sumienie odmowę. Ale nie bój, zedrze z ciebie skórę za całe lata bez kolędy, tylko przyjdź pojęczeć o pochówek męża, a rachunek wystawi. Na to liczą, bo chrzcin coraz mniej, ślubów tyle, co kot napłakał, a do wygody przyzwyczajeni. - W sumie to głupie. Człowiek całe życie porządnie przejdzie, muchy nie skrzywdzi, przepracuje w służbie ludziom dziesiątki lat, co niedziela wymodlony, spowiedź regularna, komunia, codzienna modlitwa, a taki pochówku odmówi i jak przed Bogiem stanąć? -&amp;nbsp; Podobnie jak żołnierz na froncie. Jaka to różnica? Jedni gniją martwi w okopie, inni w zbiorowej mogile, bez trumny i krzyża przecież. To uważasz, że Pan Bóg ich nie przyjmie, bo czarny paciorka nie zmówił? Anuś, ty święta kobieta jesteś, wykształcona, mądra i dobra, ale czasem gadasz jak wiejska baba w chuścinie, wgapiona w profil Maryjki na bankowej szybie.&amp;nbsp; Odechciało mi się jeść. Każdy kolejny kęs z trudem przeciskał się przez przełyk. W końcu odszedłem od stołu. Zabrałem dżinsy z krzesła i zapinałem powoli, zerkając przez okno na chodnik w ciemności. Nie chciałem schodzić do pracy, zanim nie zobaczę, że ksiądz już sobie poszedł. Wkurzył mnie tym namolnym dzwonieniem i łomotem do drzwi, nawet jeśli nie osobiście, a jedynie posłał ministrantów. Jest! Wiatr rozwiewał mu płaszcz i stułę na boki, gdy oddalał się w pośpiechu, z pochyloną głową, w asyście dwóch chłopców. Dopinałem koszulę w przedpokoju, ściągnąłem kurtkę z wieszaka, gdy na nowo odezwał się dzwonek u drzwi.&amp;nbsp; Zesztywniałem na jego brzmienie, ale teraz ciekawość była silniejsza. Wyjrzałem przez judasza. Stała tam najwyraźniej Ryczkowska. Czego chciało jeszcze to babsko? Wygłosić drętwą gadkę do naszego sumienia? Otworzyłem. Cofnęła się, jakby brała rozbieg do karnego, wzniosła w górę dłoń i wbiegła mi do przedpokoju. Odruchowo odsunąłem się na bok, gdy ruszyła z impetem w stronę kuchni, z której wychynęła zdumiona żona. Stara wyraźnie wzięła ją na cel, wykopując w biegu stojącego sztybleta na lewe skrzydło, choć nie było tam gracza. Dopadła czoła małżonki kreśląc na nim znak krzyża z okrzykiem: z błogosławieństwem od księdza! Z błogosławieństwem! Dokonała regulaminowego zwrotu przez lewe ramię i nadal nie opuszczając ręki księżowskiej mocy, z takim samym znakiem wbiła mi kciuk w czoło z błogosławieństwem od księdza… z błogosławieństwem, aż poczułem się jak lepszy łotr obok Jezusa obiecującego raj. Teraz noc mi nie straszna, pomyślałem, w jednym sztyblecie i w jednej skarpecie.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Właśnie wyłączyłem gaz pod garnkiem, gdy żona weszła do kuchni. Nawet nie zdejmowała butów, za chwilę musiała jechać do dentysty. Wizyta umówiona miesiąc temu, więc automatycznie i w pośpiechu nalewała barszcz do talerzy. Nagle odezwała się, jakby w pół zdania:&amp;nbsp; - Ryczkowska mnie dopadła, o trzeciej chyba.&amp;nbsp; - Ale jak? Po co? – Zapytałem zdumiony, bo dzień wcześniej sąsiadka była tu osobiście. - Telefonem. Przypomnieć, że ksiądz chodzi od siedemnastej.&amp;nbsp; - Przecież wczoraj napieprzała w drzwi jak gestapo! Drzemałem pod kocem, w bokserkach, zanim wróciłaś. Nie chciało mi się ubierać, kwadrans do wyjazdu. Olałem łomot, ale młody nie wytrzymał. Hałas silniejszy niż strzelanki w konsoli. Myślał, że pożar! Ale był wściekły, że babsko oznajmiło tylko wizytę katabasa, a podniecona, jakby jej osobista komża płonęła.&amp;nbsp; - Nic nie rozumiem. Jesienią proboszcz ogłaszał, że wzorem ubiegłego roku, kolęda na zaproszenie. Ludzie mieli zgłosić chęć pisemnie, w zakrystii albo przez stronę parafii, do końca listopada. Czemu ona tak lata po mieszkaniach jak kot z pęcherzem?&amp;nbsp; - Może nas zapisałaś i zapomniałaś?&amp;nbsp; - Zwariowałeś? Przecież wiesz, do której pracuję, a ty zwykle na taksówce od piątej. Kto miałby go przyjmować? - Pewnie obiecał jej prowizję. Procent od ilości przyjmujących.&amp;nbsp; - Coś ty, ona ma misję. Wstążki&amp;nbsp;chorągwi&amp;nbsp;nosi w każdej procesji, dookoła poucza, że prawdziwie modlić się można jedynie z radyjem, a teraz znalazła nowe powołanie. Dba o jasny wizerunek naszej klatki. - No tak. Jest radyjo, musi być frekwencyja, bo jakże to? Nie godzi się! I tym sposobem piąta kolumna proboszcza wyrabia sto procent przyjmujących, ale cienko ją widzę. Połowa mieszkań to wynajem studentom.&amp;nbsp; - No… a do tego garstka oportunistów, trochę antyklerykałów i domieszka abnegatów. Najgorzej, że mnie widzieli. Teraz, jak szłam z pracy. Na schodach stał Ryczkowski z milicjantem, zdziwieni, że dopiero idę, zamiast z chlebem i solą&amp;nbsp;wypatrywać sutanny od południa&amp;nbsp;. -&amp;nbsp; To się porobiło! A jak Ryczkowska napuści na nas batmana? Stary na pewno jej doniósł, że wróciłaś. - No patrz! I dzwoni!! Co teraz?!&amp;nbsp; - I jeszcze pięścią się dobija! Jak co teraz? Przecież nie polecę do drzwi prosto od obiadu! Jak? Z kartoflem w pysku, z jajkiem na zębach?! No i znowu w bokserkach siedzę, żeby spodni barszczem nie zachlapać! Nawet nie wiem, gdzie krzyżyk ze świecami! Obrus na stole kraciasty, na nim laptop do spóły z zaspanym kotem, to co teraz?&amp;nbsp; - Jurek, a co nam grozi za nieprzyjęcie kolędy? - A co to za kolęda?! Weź przestań, Anuś! Katabas wpadnie jak bomba, odpali zdrowaśkę i ojczenasza, w dowolnej kolejności, machnie kropidłem po gałach, zapyta czy pracujecie, nawet nie spojrzy w oczy i God bless you, Michałowo, give me your koperta and siema nara pa! Serio potrzebujesz takiego kabaretu? Poza tym, nigdzie nie stoi, że masz obowiązek przyjmować kolędę! To księża mają obowiązek chodzić po chałupach. A z tego, co czytałem, wcale za tym nie przepadają. Muszą się nasłuchać o traktowaniu wolnych związków, o religii w szkole i elgiebetach, średnia przyjemność. Potem i tak mają nakaz wywalić część plonu na tucz biskupa, część na narybek w seminarium, a resztę jak proboszcz uzna za stosowne, choć zwykle sam nie pcha się w błotko. Cwaniak wikarych na rzeź posyła.&amp;nbsp; - W sumie chore to jak cholera, Jurek, ale jak nas nie pochowa? Przecież odnotuje, a potem nie odkręcisz. - Szczerze? Ryra mnie to! Słońce ty moje, jak kopnę w kalendarz zawiśnie mi to kalafiorem, pochowa albo nie, z kropidłem czy bez. Jeśli całym życiem nie zapracowałem na zbawienie, to kropidło jakiegoś pijaka, pazerniaka, zarozumialca, przygłupa, pedofila czy innego opasa z pewnością mi nie pomoże. A tu, na ziemi? Mogą mnie wyrzucić na śmietnik historii, pod płot i niech mnie dziki rozciągną do spóły z lisami. Nie pochowa, księżulo, to weźmie na własne sumienie odmowę. Ale nie bój, zedrze z ciebie skórę za całe lata bez kolędy, tylko przyjdź pojęczeć o pochówek męża, a rachunek wystawi. Na to liczą, bo chrzcin coraz mniej, ślubów tyle, co kot napłakał, a do wygody przyzwyczajeni. - W sumie to głupie. Człowiek całe życie porządnie przejdzie, muchy nie skrzywdzi, przepracuje w służbie ludziom dziesiątki lat, co niedziela wymodlony, spowiedź regularna, komunia, codzienna modlitwa, a taki pochówku odmówi i jak przed Bogiem stanąć? -&amp;nbsp; Podobnie jak żołnierz na froncie. Jaka to różnica? Jedni gniją martwi w okopie, inni w zbiorowej mogile, bez trumny i krzyża przecież. To uważasz, że Pan Bóg ich nie przyjmie, bo czarny paciorka nie zmówił? Anuś, ty święta kobieta jesteś, wykształcona, mądra i dobra, ale czasem gadasz jak wiejska baba w chuścinie, wgapiona w profil Maryjki na bankowej szybie.&amp;nbsp; Odechciało mi się jeść. Każdy kolejny kęs z trudem przeciskał się przez przełyk. W końcu odszedłem od stołu. Zabrałem dżinsy z krzesła i zapinałem powoli, zerkając przez okno na chodnik w ciemności. Nie chciałem schodzić do pracy, zanim nie zobaczę, że ksiądz już sobie poszedł. Wkurzył mnie tym namolnym dzwonieniem i łomotem do drzwi, nawet jeśli nie osobiście, a jedynie posłał ministrantów. Jest! Wiatr rozwiewał mu płaszcz i stułę na boki, gdy oddalał się w pośpiechu, z pochyloną głową, w asyście dwóch chłopców. Dopinałem koszulę w przedpokoju, ściągnąłem kurtkę z wieszaka, gdy na nowo odezwał się dzwonek u drzwi.&amp;nbsp; Zesztywniałem na jego brzmienie, ale teraz ciekawość była silniejsza. Wyjrzałem przez judasza. Stała tam najwyraźniej Ryczkowska. Czego chciało jeszcze to babsko? Wygłosić drętwą gadkę do naszego sumienia? Otworzyłem. Cofnęła się, jakby brała rozbieg do karnego, wzniosła w górę dłoń i wbiegła mi do przedpokoju. Odruchowo odsunąłem się na bok, gdy ruszyła z impetem w stronę kuchni, z której wychynęła zdumiona żona. Stara wyraźnie wzięła ją na cel, wykopując w biegu stojącego sztybleta na lewe skrzydło, choć nie było tam gracza. Dopadła czoła małżonki kreśląc na nim znak krzyża z okrzykiem: z błogosławieństwem od księdza! Z błogosławieństwem! Dokonała regulaminowego zwrotu przez lewe ramię i nadal nie opuszczając ręki księżowskiej mocy, z takim samym znakiem wbiła mi kciuk w czoło z błogosławieństwem od księdza… z błogosławieństwem, aż poczułem się jak lepszy łotr obok Jezusa obiecującego raj. Teraz noc mi nie straszna, pomyślałem, w jednym sztyblecie i w jednej skarpecie.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Tato</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2024/01/tato.html</link><category>in vitro</category><category>miłość rodzicielska</category><category>Obrazki</category><category>Ojcostwo</category><category>Podcasty</category><category>posiadanie dzieci</category><category>refleksje</category><pubDate>Tue, 9 Jan 2024 09:49:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-6328744098305474994</guid><description>&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/tato.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjT-XYRGpaDzeJblfZJZP4Hk5cN0Qh-03tGv46sAN-CMNHpf5O_JjWaK914cSLR3g8GCfXPNaHlZ3zLVo1o9psShEJgMbPBAq_aOrJvO4IM-SN0xZQr_npEOCwqS44ob8N98UTrAqrG_KizMBdu1Y-P9Qy4M9M37OSWf9NCLiM_pmN1aC-zlX4u3MlG2wRG/s400/ojciec2.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;span style="clear: left; float: left; font-family: georgia; font-size: medium; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;img border="0" data-original-height="236" data-original-width="400" height="236" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjT-XYRGpaDzeJblfZJZP4Hk5cN0Qh-03tGv46sAN-CMNHpf5O_JjWaK914cSLR3g8GCfXPNaHlZ3zLVo1o9psShEJgMbPBAq_aOrJvO4IM-SN0xZQr_npEOCwqS44ob8N98UTrAqrG_KizMBdu1Y-P9Qy4M9M37OSWf9NCLiM_pmN1aC-zlX4u3MlG2wRG/w400-h236/ojciec2.jpg" width="400" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Mam na imię… w zasadzie to bez znaczenia. Mógłbym wpisać każde, nie sądzę, żebyś dociekał. Nie napiszę nic odkrywczego, nie zaszokuję na pewno, no może kilka osób, które zbyt różowo widzą świat. Jeśli będziesz chciał to wykorzystać, zrób to, opisz po swojemu dziwnego faceta, który nie umie poukładać się ze sobą.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;Była wiosna. Lubiłem siadać przy oknie w Różowej Mgiełce, taka kawiarenka na rogu. Pracowała jako kelnerka. Zawsze pogodna, ciepła, a jej migdałowe oczy błyszczały niesamowitym blaskiem czarnych źrenic, gdy uśmiechała się patrząc w twarz. Zerkała czasem w moją stronę obsługując innych klientów, a ja zapominałem o czym aktualnie czytam, kolejny raz przejeżdżając wzrokiem ten sam akapit nad zimną już kawą. To nie trwało długo. Wkrótce poszliśmy na pierwszą randkę, kino, spacery, tak się zaczęło. Dużo fotografowałem, uwielbiałem to, choć już wiedziałem, że fotografią n&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;ie zajmę&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;się zawodowo. Nie miałem kasy na start, a sprzęt kosztuje. Zresztą, dziś każdy ma aparat w telefonie i zaśmieca sieć obrazkami. Trudno zaistnieć, a ja nigdy nie byłem przebojowy, ale pasja&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;została&lt;/span&gt;&lt;span&gt;. Ona studiowała etnografię, czyli w zasadzie też bez wielkich perspektyw finansowych i było jej raczej wszystko jedno, co zrobi dla pieniędzy, byle zachować odrobinę godności. Nasze zamiłowania wróżyły wiele podróży bliższych i dalszych. No i poszybowaliśmy w tę sielankę.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie bałem się stałego związku. A strach czaił się wewnątrz i stopniowo rozrastał, jak ten potworek z „Obcego”. Czekałem, aż wyskoczy i wszystko zniszczy. Nika jest piękna, mądra, wrażliwa, czasem zwariowana, ale zawsze odpowiedzialna i bardzo kobieca. Temat dziecka musiał się pojawić, czułem to i bałem jak ognia. Wiedziałem, że moja miłość nie wystarczy. Większość kobiet marzy o byciu mamą, o rodzinie. Szczególnie, gdy zyskuje pewność w związku z mężczyzną, który jest gotów nosić ją na rękach. Czemu miałoby być inaczej w jej przypadku? Tak, rozmawialiśmy wcześniej. Próbowałem wyjaśnić dlaczego nie chcę mieć dzieci. Nawet wyglądało, że rozumie, godzi się, byle być razem.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span&gt;Zacząłem filozoficznie, może nawet za bardzo, ale ja w to coraz mocniej wierzę. Na świecie jest za dużo ludzi, zostawiają po sobie rozległe zgliszcza. Planeta nie udźwignie ciężaru zniszczenia, a pazerność człowieka narasta, funkcjonujemy jako nieważne trybiki, pracujące na jakieś magiczne PKB, kupując, żrąc, wydalając, wyrzucając tony zepsutego jedzenia, miliony ton plastiku, czyniąc piekło bardzo złych relacji, sami sobie. Czy warto skazywać na to kolejne istnienie? W imię czego?&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span&gt;Ulegamy mniej lub bardziej manipulatorom, rewanżystom, malwersantom, owinięci ciasnym kokonem sieci wytwarzanych przez populistów, dyktatorów kolejnych mód. Z dnia na dzień biegniemy szybciej, pogubieni w poczuciu przynależności, niepewni, gdzie jeszcze jesteśmy sobą, a gdzie już tylko podrzędną maszynką w realizacji cudzego chciejstwa. Daleko mi do spiskowych teorii, ale zbyt często czuję się marionetką pociąganą za sznurki powinności, a&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&amp;nbsp;jaką kukłą ten świat uczyni moje własne dziecko?&amp;nbsp;&lt;span&gt;Niechęć do posiadania potomstwa potęguje medialna wrzawa o in vitro - cudowny ratunek dla tych, którzy nie mogą mieć dzieci! Ale nikt nie pyta: czemu nie mogą?! Do cholery! Może mają nie móc?! Bo będą nędznymi rodzicami, którzy wychowają beznadziejnych ludzi, niszczących innych i otoczenie, bezwolnych nierobów, mentalną degrengoladę, choćby i ustawioną materialnie przez starych! Może ich potomkowie pomnożą marazm, frustrację i depresję, a na koniec staną się niewolnikami sztucznej inteligencji?! Wpłyną na ilość samobójstw albo dopuszczą się ludobójstwa! I na nic wołanie o ratowanie demografii, jeśli ten naród ma wyginąć, skoro przekazuje w genach pustkę i nienawiść. A może te dzieci czeka ogrom cierpienia z powodu kataklizmów czy mnogości zjebów i kretynów&amp;nbsp;&lt;/span&gt;różnej maści, którzy dorwą się do koryta wzorem Putina i innych psychopatów? Ale człowiek w swoim egoizmie ma jedynie perspektywę:&amp;nbsp;&lt;i&gt;ja chcę dzieci, a na nich niech spadnie choćby i lawa płonąca&lt;/i&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjPl4fHw8XJnrnA9-pKB1yHBehqLe3O3BzaDw06tPcMHL6l1ncCrv8X3AoP2XdTELPuXh_Jy8cE7Svz3VYFz25-H9OJAe5UmdLeLKAFZspQd4jHZmy-p_FadGqGsunuv6HjLvZAvHzt6VAQJKVVBm5_ALBSQ7K_1xGDPfpdnVLmpoPvfgAG8jPzs91nVY-G/s1600/xbaby-22194_1920-1.jpg.pagespeed.ic.PZiwUswTTL.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="1066" data-original-width="1600" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjPl4fHw8XJnrnA9-pKB1yHBehqLe3O3BzaDw06tPcMHL6l1ncCrv8X3AoP2XdTELPuXh_Jy8cE7Svz3VYFz25-H9OJAe5UmdLeLKAFZspQd4jHZmy-p_FadGqGsunuv6HjLvZAvHzt6VAQJKVVBm5_ALBSQ7K_1xGDPfpdnVLmpoPvfgAG8jPzs91nVY-G/w400-h266/xbaby-22194_1920-1.jpg.pagespeed.ic.PZiwUswTTL.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Nie chciałem ze strachu, że będę marnym ojcem. Niewiele mam do zaoferowania. Nie wiem, co przekazać i co robić.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Dziś nasz Łukasz ma 12 lat. Gdy był niemowlakiem wszystko było proste, wykąpać, nakarmić, przewinąć, wyjść na spacer, okryć, poprawić czapeczkę, wystarczyło być odpowiedzialnym. Zajmowałem się nim jak trzeba i zupełnie paradoksalnie stałem się wzorem ojca w oczach cioci, babci i teściowej. Organizowałem zabawy i uczestniczyłem w nich. To było proste jak czytanie książek przed snem. Dziś nie wiem, czy umiem odpowiednio przytulić nastolatka. Robię to czasem spontanicznie i być może ktoś przypadkiem zobaczy w tym „zły dotyk”, bo jednak nie kocham, a udaję. Znacznie lepiej czuję się na zapleczu rodziny. Nika z nim rozmawia, kwitnie patrząc na syna, tłumaczy mu świat. Wozi we wszystkie kierunki: angielski, szkoła karate, gitara, bo sam sobie wybrał. Może to i lepiej, przynajmniej nie siedzi wiecznie w telefonie i nie widzi moich wątpliwości w gestach, minach, dystansie.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Tak, wiem, taka teoria nikogo nie przekonuje. Sam zacząłem pracę w korporacji, żeby było nas stać na wakacje przynajmniej dwa razy w roku. Zabierałem Nikę tam, gdzie sobie aktualnie wymarzyła, bez egzotycznego szaleństwa oczywiście, ale jednak zgodnie z potrzebą. Nika jest empatyczna, nie podejmowała tematu dziecka. Nigdy nie robiła wyrzutów, nie spinała się i nie kręciła afer i za to też bardzo ją kocham. Ale nogi mi miękły, gdy widziałem, jak zerka na dzieci w czasie spacerów, na zakupach, gdy mija sklepy czy działy z dziecięcymi ubraniami. Nie mogłem tego nie widzieć. Czy można kochać i kierować się własnym widzimisię? Jak długo? Czy kochać, to nie znaczy rezygnować z siebie dla kogoś? Żeby kochana osoba mogła spełnić się w każdym wymiarze? Wszystko to piękna prawda, ale na papierze. Przecież gdzieś w końcu krzyknie nasze własne „ja”! Ono się upomni i powie: &lt;i&gt;ale dlaczego ona nie robi tego samego dla ciebie? Czemu nie uszanuje wyboru, skoro od początku ostrzegałeś, że nie chcesz dzieci?&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; white-space: pre;"&gt;	&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Oddalam się? Staję się nieważny? Jestem z boku? Tak, czasem i to niepokoi, stanowię jakieś wsparcie logistyczne z własnego wyboru, ku jej spełnieniu w macierzyństwie. Miłość mojego życia ma w sobie ten sam blask, który nosiła kilkanaście lat temu, gdy szliśmy za rękę przy zachodzie słońca. Niczego jej nie brakuje. Nie zszarzała jak nasze codzienne obowiązki. Zrobiłem swoje, mógłbym być z siebie dumny, a jednak powołałem do życia istnienie wrzucone w coraz bardziej nieobliczalny świat, w którym nie ma autorytetów, zanika elementarne człowieczeństwo i nie jest mi z tym dobrze.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Czasem odpala się pod czapką ten banał o sadzeniu drzewa (które wytnie ktoś na bazie ignorancji), o budowaniu domu (choć teren może zabrać państwo pod autostradę albo inną elektrownię), o płodzeniu syna (którego jakiś samozwańczy świr wyśle na śmierć pod kule urojonego wroga). Wówczas myślę, że poszedłem w to wszystko, żeby mieć wymówkę, bo nie spełniłem siebie.&amp;nbsp; Nie zostałem fotografem światowej klasy. Prawda jak szlachetnie brzmi takie poświęcenie?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Zawsze mogę zwalić na miłość… miłość życia.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;</description><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjT-XYRGpaDzeJblfZJZP4Hk5cN0Qh-03tGv46sAN-CMNHpf5O_JjWaK914cSLR3g8GCfXPNaHlZ3zLVo1o9psShEJgMbPBAq_aOrJvO4IM-SN0xZQr_npEOCwqS44ob8N98UTrAqrG_KizMBdu1Y-P9Qy4M9M37OSWf9NCLiM_pmN1aC-zlX4u3MlG2wRG/s72-w400-h236-c/ojciec2.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><enclosure length="23674333" type="audio/mpeg" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/tato.mp3"/><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Mam na imię… w zasadzie to bez znaczenia. Mógłbym wpisać każde, nie sądzę, żebyś dociekał. Nie napiszę nic odkrywczego, nie zaszokuję na pewno, no może kilka osób, które zbyt różowo widzą świat. Jeśli będziesz chciał to wykorzystać, zrób to, opisz po swojemu dziwnego faceta, który nie umie poukładać się ze sobą.&amp;nbsp; Była wiosna. Lubiłem siadać przy oknie w Różowej Mgiełce, taka kawiarenka na rogu. Pracowała jako kelnerka. Zawsze pogodna, ciepła, a jej migdałowe oczy błyszczały niesamowitym blaskiem czarnych źrenic, gdy uśmiechała się patrząc w twarz. Zerkała czasem w moją stronę obsługując innych klientów, a ja zapominałem o czym aktualnie czytam, kolejny raz przejeżdżając wzrokiem ten sam akapit nad zimną już kawą. To nie trwało długo. Wkrótce poszliśmy na pierwszą randkę, kino, spacery, tak się zaczęło. Dużo fotografowałem, uwielbiałem to, choć już wiedziałem, że fotografią nie zajmę&amp;nbsp;się zawodowo. Nie miałem kasy na start, a sprzęt kosztuje. Zresztą, dziś każdy ma aparat w telefonie i zaśmieca sieć obrazkami. Trudno zaistnieć, a ja nigdy nie byłem przebojowy, ale pasja&amp;nbsp;została. Ona studiowała etnografię, czyli w zasadzie też bez wielkich perspektyw finansowych i było jej raczej wszystko jedno, co zrobi dla pieniędzy, byle zachować odrobinę godności. Nasze zamiłowania wróżyły wiele podróży bliższych i dalszych. No i poszybowaliśmy w tę sielankę.&amp;nbsp; Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie bałem się stałego związku. A strach czaił się wewnątrz i stopniowo rozrastał, jak ten potworek z „Obcego”. Czekałem, aż wyskoczy i wszystko zniszczy. Nika jest piękna, mądra, wrażliwa, czasem zwariowana, ale zawsze odpowiedzialna i bardzo kobieca. Temat dziecka musiał się pojawić, czułem to i bałem jak ognia. Wiedziałem, że moja miłość nie wystarczy. Większość kobiet marzy o byciu mamą, o rodzinie. Szczególnie, gdy zyskuje pewność w związku z mężczyzną, który jest gotów nosić ją na rękach. Czemu miałoby być inaczej w jej przypadku? Tak, rozmawialiśmy wcześniej. Próbowałem wyjaśnić dlaczego nie chcę mieć dzieci. Nawet wyglądało, że rozumie, godzi się, byle być razem.&amp;nbsp; Zacząłem filozoficznie, może nawet za bardzo, ale ja w to coraz mocniej wierzę. Na świecie jest za dużo ludzi, zostawiają po sobie rozległe zgliszcza. Planeta nie udźwignie ciężaru zniszczenia, a pazerność człowieka narasta, funkcjonujemy jako nieważne trybiki, pracujące na jakieś magiczne PKB, kupując, żrąc, wydalając, wyrzucając tony zepsutego jedzenia, miliony ton plastiku, czyniąc piekło bardzo złych relacji, sami sobie. Czy warto skazywać na to kolejne istnienie? W imię czego? Ulegamy mniej lub bardziej manipulatorom, rewanżystom, malwersantom, owinięci ciasnym kokonem sieci wytwarzanych przez populistów, dyktatorów kolejnych mód. Z dnia na dzień biegniemy szybciej, pogubieni w poczuciu przynależności, niepewni, gdzie jeszcze jesteśmy sobą, a gdzie już tylko podrzędną maszynką w realizacji cudzego chciejstwa. Daleko mi do spiskowych teorii, ale zbyt często czuję się marionetką pociąganą za sznurki powinności, a&amp;nbsp;jaką kukłą ten świat uczyni moje własne dziecko?&amp;nbsp;Niechęć do posiadania potomstwa potęguje medialna wrzawa o in vitro - cudowny ratunek dla tych, którzy nie mogą mieć dzieci! Ale nikt nie pyta: czemu nie mogą?! Do cholery! Może mają nie móc?! Bo będą nędznymi rodzicami, którzy wychowają beznadziejnych ludzi, niszczących innych i otoczenie, bezwolnych nierobów, mentalną degrengoladę, choćby i ustawioną materialnie przez starych! Może ich potomkowie pomnożą marazm, frustrację i depresję, a na koniec staną się niewolnikami sztucznej inteligencji?! Wpłyną na ilość samobójstw albo dopuszczą się ludobójstwa! I na nic wołanie o ratowanie demografii, jeśli ten naród ma wyginąć, skoro przekazuje w genach pustkę i nienawiść. A może te dzieci czeka ogrom cierpienia z powodu kataklizmów czy mnogości zjebów i kretynów&amp;nbsp;różnej maści, którzy dorwą się do koryta wzorem Putina i innych psychopatów? Ale człowiek w swoim egoizmie ma jedynie perspektywę:&amp;nbsp;ja chcę dzieci, a na nich niech spadnie choćby i lawa płonąca. Nie chciałem ze strachu, że będę marnym ojcem. Niewiele mam do zaoferowania. Nie wiem, co przekazać i co robić.&amp;nbsp;Dziś nasz Łukasz ma 12 lat. Gdy był niemowlakiem wszystko było proste, wykąpać, nakarmić, przewinąć, wyjść na spacer, okryć, poprawić czapeczkę, wystarczyło być odpowiedzialnym. Zajmowałem się nim jak trzeba i zupełnie paradoksalnie stałem się wzorem ojca w oczach cioci, babci i teściowej. Organizowałem zabawy i uczestniczyłem w nich. To było proste jak czytanie książek przed snem. Dziś nie wiem, czy umiem odpowiednio przytulić nastolatka. Robię to czasem spontanicznie i być może ktoś przypadkiem zobaczy w tym „zły dotyk”, bo jednak nie kocham, a udaję. Znacznie lepiej czuję się na zapleczu rodziny. Nika z nim rozmawia, kwitnie patrząc na syna, tłumaczy mu świat. Wozi we wszystkie kierunki: angielski, szkoła karate, gitara, bo sam sobie wybrał. Może to i lepiej, przynajmniej nie siedzi wiecznie w telefonie i nie widzi moich wątpliwości w gestach, minach, dystansie.&amp;nbsp; Tak, wiem, taka teoria nikogo nie przekonuje. Sam zacząłem pracę w korporacji, żeby było nas stać na wakacje przynajmniej dwa razy w roku. Zabierałem Nikę tam, gdzie sobie aktualnie wymarzyła, bez egzotycznego szaleństwa oczywiście, ale jednak zgodnie z potrzebą. Nika jest empatyczna, nie podejmowała tematu dziecka. Nigdy nie robiła wyrzutów, nie spinała się i nie kręciła afer i za to też bardzo ją kocham. Ale nogi mi miękły, gdy widziałem, jak zerka na dzieci w czasie spacerów, na zakupach, gdy mija sklepy czy działy z dziecięcymi ubraniami. Nie mogłem tego nie widzieć. Czy można kochać i kierować się własnym widzimisię? Jak długo? Czy kochać, to nie znaczy rezygnować z siebie dla kogoś? Żeby kochana osoba mogła spełnić się w każdym wymiarze? Wszystko to piękna prawda, ale na papierze. Przecież gdzieś w końcu krzyknie nasze własne „ja”! Ono się upomni i powie: ale dlaczego ona nie robi tego samego dla ciebie? Czemu nie uszanuje wyboru, skoro od początku ostrzegałeś, że nie chcesz dzieci?&amp;nbsp; Oddalam się? Staję się nieważny? Jestem z boku? Tak, czasem i to niepokoi, stanowię jakieś wsparcie logistyczne z własnego wyboru, ku jej spełnieniu w macierzyństwie. Miłość mojego życia ma w sobie ten sam blask, który nosiła kilkanaście lat temu, gdy szliśmy za rękę przy zachodzie słońca. Niczego jej nie brakuje. Nie zszarzała jak nasze codzienne obowiązki. Zrobiłem swoje, mógłbym być z siebie dumny, a jednak powołałem do życia istnienie wrzucone w coraz bardziej nieobliczalny świat, w którym nie ma autorytetów, zanika elementarne człowieczeństwo i nie jest mi z tym dobrze.&amp;nbsp; Czasem odpala się pod czapką ten banał o sadzeniu drzewa (które wytnie ktoś na bazie ignorancji), o budowaniu domu (choć teren może zabrać państwo pod autostradę albo inną elektrownię), o płodzeniu syna (którego jakiś samozwańczy świr wyśle na śmierć pod kule urojonego wroga). Wówczas myślę, że poszedłem w to wszystko, żeby mieć wymówkę, bo nie spełniłem siebie.&amp;nbsp; Nie zostałem fotografem światowej klasy. Prawda jak szlachetnie brzmi takie poświęcenie?&amp;nbsp;Zawsze mogę zwalić na miłość… miłość życia.&amp;nbsp;</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Mam na imię… w zasadzie to bez znaczenia. Mógłbym wpisać każde, nie sądzę, żebyś dociekał. Nie napiszę nic odkrywczego, nie zaszokuję na pewno, no może kilka osób, które zbyt różowo widzą świat. Jeśli będziesz chciał to wykorzystać, zrób to, opisz po swojemu dziwnego faceta, który nie umie poukładać się ze sobą.&amp;nbsp; Była wiosna. Lubiłem siadać przy oknie w Różowej Mgiełce, taka kawiarenka na rogu. Pracowała jako kelnerka. Zawsze pogodna, ciepła, a jej migdałowe oczy błyszczały niesamowitym blaskiem czarnych źrenic, gdy uśmiechała się patrząc w twarz. Zerkała czasem w moją stronę obsługując innych klientów, a ja zapominałem o czym aktualnie czytam, kolejny raz przejeżdżając wzrokiem ten sam akapit nad zimną już kawą. To nie trwało długo. Wkrótce poszliśmy na pierwszą randkę, kino, spacery, tak się zaczęło. Dużo fotografowałem, uwielbiałem to, choć już wiedziałem, że fotografią nie zajmę&amp;nbsp;się zawodowo. Nie miałem kasy na start, a sprzęt kosztuje. Zresztą, dziś każdy ma aparat w telefonie i zaśmieca sieć obrazkami. Trudno zaistnieć, a ja nigdy nie byłem przebojowy, ale pasja&amp;nbsp;została. Ona studiowała etnografię, czyli w zasadzie też bez wielkich perspektyw finansowych i było jej raczej wszystko jedno, co zrobi dla pieniędzy, byle zachować odrobinę godności. Nasze zamiłowania wróżyły wiele podróży bliższych i dalszych. No i poszybowaliśmy w tę sielankę.&amp;nbsp; Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie bałem się stałego związku. A strach czaił się wewnątrz i stopniowo rozrastał, jak ten potworek z „Obcego”. Czekałem, aż wyskoczy i wszystko zniszczy. Nika jest piękna, mądra, wrażliwa, czasem zwariowana, ale zawsze odpowiedzialna i bardzo kobieca. Temat dziecka musiał się pojawić, czułem to i bałem jak ognia. Wiedziałem, że moja miłość nie wystarczy. Większość kobiet marzy o byciu mamą, o rodzinie. Szczególnie, gdy zyskuje pewność w związku z mężczyzną, który jest gotów nosić ją na rękach. Czemu miałoby być inaczej w jej przypadku? Tak, rozmawialiśmy wcześniej. Próbowałem wyjaśnić dlaczego nie chcę mieć dzieci. Nawet wyglądało, że rozumie, godzi się, byle być razem.&amp;nbsp; Zacząłem filozoficznie, może nawet za bardzo, ale ja w to coraz mocniej wierzę. Na świecie jest za dużo ludzi, zostawiają po sobie rozległe zgliszcza. Planeta nie udźwignie ciężaru zniszczenia, a pazerność człowieka narasta, funkcjonujemy jako nieważne trybiki, pracujące na jakieś magiczne PKB, kupując, żrąc, wydalając, wyrzucając tony zepsutego jedzenia, miliony ton plastiku, czyniąc piekło bardzo złych relacji, sami sobie. Czy warto skazywać na to kolejne istnienie? W imię czego? Ulegamy mniej lub bardziej manipulatorom, rewanżystom, malwersantom, owinięci ciasnym kokonem sieci wytwarzanych przez populistów, dyktatorów kolejnych mód. Z dnia na dzień biegniemy szybciej, pogubieni w poczuciu przynależności, niepewni, gdzie jeszcze jesteśmy sobą, a gdzie już tylko podrzędną maszynką w realizacji cudzego chciejstwa. Daleko mi do spiskowych teorii, ale zbyt często czuję się marionetką pociąganą za sznurki powinności, a&amp;nbsp;jaką kukłą ten świat uczyni moje własne dziecko?&amp;nbsp;Niechęć do posiadania potomstwa potęguje medialna wrzawa o in vitro - cudowny ratunek dla tych, którzy nie mogą mieć dzieci! Ale nikt nie pyta: czemu nie mogą?! Do cholery! Może mają nie móc?! Bo będą nędznymi rodzicami, którzy wychowają beznadziejnych ludzi, niszczących innych i otoczenie, bezwolnych nierobów, mentalną degrengoladę, choćby i ustawioną materialnie przez starych! Może ich potomkowie pomnożą marazm, frustrację i depresję, a na koniec staną się niewolnikami sztucznej inteligencji?! Wpłyną na ilość samobójstw albo dopuszczą się ludobójstwa! I na nic wołanie o ratowanie demografii, jeśli ten naród ma wyginąć, skoro przekazuje w genach pustkę i nienawiść. A może te dzieci czeka ogrom cierpienia z powodu kataklizmów czy mnogości zjebów i kretynów&amp;nbsp;różnej maści, którzy dorwą się do koryta wzorem Putina i innych psychopatów? Ale człowiek w swoim egoizmie ma jedynie perspektywę:&amp;nbsp;ja chcę dzieci, a na nich niech spadnie choćby i lawa płonąca. Nie chciałem ze strachu, że będę marnym ojcem. Niewiele mam do zaoferowania. Nie wiem, co przekazać i co robić.&amp;nbsp;Dziś nasz Łukasz ma 12 lat. Gdy był niemowlakiem wszystko było proste, wykąpać, nakarmić, przewinąć, wyjść na spacer, okryć, poprawić czapeczkę, wystarczyło być odpowiedzialnym. Zajmowałem się nim jak trzeba i zupełnie paradoksalnie stałem się wzorem ojca w oczach cioci, babci i teściowej. Organizowałem zabawy i uczestniczyłem w nich. To było proste jak czytanie książek przed snem. Dziś nie wiem, czy umiem odpowiednio przytulić nastolatka. Robię to czasem spontanicznie i być może ktoś przypadkiem zobaczy w tym „zły dotyk”, bo jednak nie kocham, a udaję. Znacznie lepiej czuję się na zapleczu rodziny. Nika z nim rozmawia, kwitnie patrząc na syna, tłumaczy mu świat. Wozi we wszystkie kierunki: angielski, szkoła karate, gitara, bo sam sobie wybrał. Może to i lepiej, przynajmniej nie siedzi wiecznie w telefonie i nie widzi moich wątpliwości w gestach, minach, dystansie.&amp;nbsp; Tak, wiem, taka teoria nikogo nie przekonuje. Sam zacząłem pracę w korporacji, żeby było nas stać na wakacje przynajmniej dwa razy w roku. Zabierałem Nikę tam, gdzie sobie aktualnie wymarzyła, bez egzotycznego szaleństwa oczywiście, ale jednak zgodnie z potrzebą. Nika jest empatyczna, nie podejmowała tematu dziecka. Nigdy nie robiła wyrzutów, nie spinała się i nie kręciła afer i za to też bardzo ją kocham. Ale nogi mi miękły, gdy widziałem, jak zerka na dzieci w czasie spacerów, na zakupach, gdy mija sklepy czy działy z dziecięcymi ubraniami. Nie mogłem tego nie widzieć. Czy można kochać i kierować się własnym widzimisię? Jak długo? Czy kochać, to nie znaczy rezygnować z siebie dla kogoś? Żeby kochana osoba mogła spełnić się w każdym wymiarze? Wszystko to piękna prawda, ale na papierze. Przecież gdzieś w końcu krzyknie nasze własne „ja”! Ono się upomni i powie: ale dlaczego ona nie robi tego samego dla ciebie? Czemu nie uszanuje wyboru, skoro od początku ostrzegałeś, że nie chcesz dzieci?&amp;nbsp; Oddalam się? Staję się nieważny? Jestem z boku? Tak, czasem i to niepokoi, stanowię jakieś wsparcie logistyczne z własnego wyboru, ku jej spełnieniu w macierzyństwie. Miłość mojego życia ma w sobie ten sam blask, który nosiła kilkanaście lat temu, gdy szliśmy za rękę przy zachodzie słońca. Niczego jej nie brakuje. Nie zszarzała jak nasze codzienne obowiązki. Zrobiłem swoje, mógłbym być z siebie dumny, a jednak powołałem do życia istnienie wrzucone w coraz bardziej nieobliczalny świat, w którym nie ma autorytetów, zanika elementarne człowieczeństwo i nie jest mi z tym dobrze.&amp;nbsp; Czasem odpala się pod czapką ten banał o sadzeniu drzewa (które wytnie ktoś na bazie ignorancji), o budowaniu domu (choć teren może zabrać państwo pod autostradę albo inną elektrownię), o płodzeniu syna (którego jakiś samozwańczy świr wyśle na śmierć pod kule urojonego wroga). Wówczas myślę, że poszedłem w to wszystko, żeby mieć wymówkę, bo nie spełniłem siebie.&amp;nbsp; Nie zostałem fotografem światowej klasy. Prawda jak szlachetnie brzmi takie poświęcenie?&amp;nbsp;Zawsze mogę zwalić na miłość… miłość życia.&amp;nbsp;</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Popierniczone życzenia</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2023/12/zyczenia-i-cos-jeszcze.html</link><category>blog</category><category>czytelnicy</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><category>Społeczeństwo</category><category>święta</category><category>życzenia</category><pubDate>Fri, 22 Dec 2023 15:36:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-6070150065109695695</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/popierniczone_zyczenia.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj2b0bQURGVMB3Vk3KjWTIGWQalSGYLMzacCXIfkVqGrIsZx3k-rD-Epls_gT0XVEGuez0STimB_Wn4Eoqf_LYFxCblq3xbwgUOJOVTqJZMjv6q8Cu7JyOQ52T48ttYUFbTsGlCY7meOF__Nca1pqW1wZYBoHisNCaCByhpVdSvBySP_B8qYK0m2PEQjkkJ/s4032/pierniczki.jpeg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="4032" data-original-width="3024" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj2b0bQURGVMB3Vk3KjWTIGWQalSGYLMzacCXIfkVqGrIsZx3k-rD-Epls_gT0XVEGuez0STimB_Wn4Eoqf_LYFxCblq3xbwgUOJOVTqJZMjv6q8Cu7JyOQ52T48ttYUFbTsGlCY7meOF__Nca1pqW1wZYBoHisNCaCByhpVdSvBySP_B8qYK0m2PEQjkkJ/w300-h400/pierniczki.jpeg" width="300" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Tak, jeszcze raz nadchodzi ten czas, moi kochani goście i stali bywalcy tego bloga. Pora wyjść zza pleców prezentowanych tu bohaterów, narratorów, postaci literackich i uściskać Was z całego serca i mocy, tak zwyczajnie, od siebie! Sił mi wystarczy, w końcu nie jest Was tak dużo. Sądząc po codziennej statystyce odwiedzin bloga: wyłącznie perły czytelników wiernych, stałych, których znakomity krąg zna mnie realnie i towarzyszymy sobie w różnych radościach, smutkach, emocjonalnych rozterkach i intelektualnych uniesieniach, jesteśmy ze sobą na różne sposoby. Ci zaś, z którymi w realu nie poznaliśmy się jeszcze, są tym cenniejsi, że budują ogromną nadzieję wspólnego zamieszkiwania wyspy ludzi wrażliwych, niepogodzonych z rozlicznymi absurdami życia wokół, poszukujących i nieustannie dzielących włos na czworo w odkrywaniu sensów, czy też w oswajaniu dziwacznej rzeczywistości przez język. Bez Was z pewnością by mnie tu nie było, raczej zamknąłbym się w dzienniku na dysku C własnego peceta, nadzieję wieszając na spróchniałym kołku.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Zapewne najtrudniej pisze się od siebie, toteż długo rozważałem, czego mogę Wam życzyć na nadchodzące święta i Nowy Rok? Nie chciałem dołączyć do tandetnych rymowanek o zdrowiu i cudownej atmosferze, do światełek i dżingli, które nierzadko ubliżają dobrym smakom i wychodzą Wam bokiem w czasie zakupów, szczególnie w zderzeniu z ponurą aurą za oknem, najmniej przywodzącą na myśl świętowanie. Tym bardziej, że i czas to trudny, a nawet tragikomiczny, którego nie złagodzą barwnie spływające sopelki ledowe. Czas, w którym jednym klaruje się radość powrotu demokracji, innym ponura wizja utraty wolności, rozumianej dosyć opacznie, a jeszcze inni obsypują się proszkiem z gaśnicy, myląc go z confetti, a sejm z oddziałem zamkniętym. Bo takich mamy przedstawicieli, jakie społeczeństwo i jakość życia. Wszak władza sama się nie wybiera… jeszcze.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Gdy tak rozmyślałem, o mądrym przesłaniu, w trakcie zakupów właśnie, córka pokazała mi półkę ze zniszczonymi kartonami pierniczków w proszku, takich do upieczenia w domu. Zapytałem, o co chodzi w tym rwaniu tektury? Szybko wyjaśniła, że tam w środku jest foremka do ciastek. I nie wiadomo, czy społeczeństwo obywatelskie zamierza skroić wszystkie foremki do wypieku podług własnej receptury, bez płacenia, czy też szuka bałwanka może aniołka, bo gwiazdkę już ma i po co kupować drugą? No cóż, nie przy każdym pudełku da się postawić komendanta z granatnikiem, ale może trzeba wywiesić apel o elementarną przyzwoitość?&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Bingo, pomyślałem. To zderzenie przystrojonej gałązki na opakowaniu z rozerwanym papierem, to przecież idealna ikona mentalności świętujących, ale nie wszystkich, nie wolno mi uogólniać, choć aż się prosi! Ubarwianie atmosfery świąt zdziczałym wandalizmem rzutuje na wiele. Czego powinienem zatem życzyć nam wszystkim w tym zderzeniu? Jako bumer, dziaders czy inny Janusz spoza oparów twittera, nieposiadający tik-toka, wolny od lansików, vlogów i modnych zabawek, zostałem wychowany w duchu sprawiedliwości, honoru, poczucia przyzwoitości, elementarnego wstydu i obowiązku dostrzegania innych. Niełatwo dziś żyje się tak wychowanym, sami tego doświadczacie na co dzień, inaczej bym Was nie gościł. Dlatego życzę Wam z tej mojej niszy literackiej nieulegania powszechniejącemu cwaniactwu, wygodnictwu, a trzymania się dróg godności, dobra i miłości. Życzę Wam i sobie sam, aby nie gasło w nas światełko człowieczeństwa, choćby zalewało je morze pomyj, odstępstw od zasad, niezrozumiałej pazerności, złości i małości tych, którzy żyją obok, a nie radzą sobie z frustracją. Bądźcie sobą i wpadajcie tu na chwilę ku poczuciu wzajemnej obecności, bliskości i radości spędzania wspólnych minut wśród ludzi podobnych duchem, nawet jeśli ta wysepka znika. Pozostańmy razem w pokoju, zdrowiu i nadziei ocalenia.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="white-space: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Jacek Wangin&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;</description><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj2b0bQURGVMB3Vk3KjWTIGWQalSGYLMzacCXIfkVqGrIsZx3k-rD-Epls_gT0XVEGuez0STimB_Wn4Eoqf_LYFxCblq3xbwgUOJOVTqJZMjv6q8Cu7JyOQ52T48ttYUFbTsGlCY7meOF__Nca1pqW1wZYBoHisNCaCByhpVdSvBySP_B8qYK0m2PEQjkkJ/s72-w300-h400-c/pierniczki.jpeg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">2</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><enclosure length="15034800" type="audio/mpeg" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/popierniczone_zyczenia.mp3"/><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Tak, jeszcze raz nadchodzi ten czas, moi kochani goście i stali bywalcy tego bloga. Pora wyjść zza pleców prezentowanych tu bohaterów, narratorów, postaci literackich i uściskać Was z całego serca i mocy, tak zwyczajnie, od siebie! Sił mi wystarczy, w końcu nie jest Was tak dużo. Sądząc po codziennej statystyce odwiedzin bloga: wyłącznie perły czytelników wiernych, stałych, których znakomity krąg zna mnie realnie i towarzyszymy sobie w różnych radościach, smutkach, emocjonalnych rozterkach i intelektualnych uniesieniach, jesteśmy ze sobą na różne sposoby. Ci zaś, z którymi w realu nie poznaliśmy się jeszcze, są tym cenniejsi, że budują ogromną nadzieję wspólnego zamieszkiwania wyspy ludzi wrażliwych, niepogodzonych z rozlicznymi absurdami życia wokół, poszukujących i nieustannie dzielących włos na czworo w odkrywaniu sensów, czy też w oswajaniu dziwacznej rzeczywistości przez język. Bez Was z pewnością by mnie tu nie było, raczej zamknąłbym się w dzienniku na dysku C własnego peceta, nadzieję wieszając na spróchniałym kołku.&amp;nbsp; Zapewne najtrudniej pisze się od siebie, toteż długo rozważałem, czego mogę Wam życzyć na nadchodzące święta i Nowy Rok? Nie chciałem dołączyć do tandetnych rymowanek o zdrowiu i cudownej atmosferze, do światełek i dżingli, które nierzadko ubliżają dobrym smakom i wychodzą Wam bokiem w czasie zakupów, szczególnie w zderzeniu z ponurą aurą za oknem, najmniej przywodzącą na myśl świętowanie. Tym bardziej, że i czas to trudny, a nawet tragikomiczny, którego nie złagodzą barwnie spływające sopelki ledowe. Czas, w którym jednym klaruje się radość powrotu demokracji, innym ponura wizja utraty wolności, rozumianej dosyć opacznie, a jeszcze inni obsypują się proszkiem z gaśnicy, myląc go z confetti, a sejm z oddziałem zamkniętym. Bo takich mamy przedstawicieli, jakie społeczeństwo i jakość życia. Wszak władza sama się nie wybiera… jeszcze.&amp;nbsp; Gdy tak rozmyślałem, o mądrym przesłaniu, w trakcie zakupów właśnie, córka pokazała mi półkę ze zniszczonymi kartonami pierniczków w proszku, takich do upieczenia w domu. Zapytałem, o co chodzi w tym rwaniu tektury? Szybko wyjaśniła, że tam w środku jest foremka do ciastek. I nie wiadomo, czy społeczeństwo obywatelskie zamierza skroić wszystkie foremki do wypieku podług własnej receptury, bez płacenia, czy też szuka bałwanka może aniołka, bo gwiazdkę już ma i po co kupować drugą? No cóż, nie przy każdym pudełku da się postawić komendanta z granatnikiem, ale może trzeba wywiesić apel o elementarną przyzwoitość? Bingo, pomyślałem. To zderzenie przystrojonej gałązki na opakowaniu z rozerwanym papierem, to przecież idealna ikona mentalności świętujących, ale nie wszystkich, nie wolno mi uogólniać, choć aż się prosi! Ubarwianie atmosfery świąt zdziczałym wandalizmem rzutuje na wiele. Czego powinienem zatem życzyć nam wszystkim w tym zderzeniu? Jako bumer, dziaders czy inny Janusz spoza oparów twittera, nieposiadający tik-toka, wolny od lansików, vlogów i modnych zabawek, zostałem wychowany w duchu sprawiedliwości, honoru, poczucia przyzwoitości, elementarnego wstydu i obowiązku dostrzegania innych. Niełatwo dziś żyje się tak wychowanym, sami tego doświadczacie na co dzień, inaczej bym Was nie gościł. Dlatego życzę Wam z tej mojej niszy literackiej nieulegania powszechniejącemu cwaniactwu, wygodnictwu, a trzymania się dróg godności, dobra i miłości. Życzę Wam i sobie sam, aby nie gasło w nas światełko człowieczeństwa, choćby zalewało je morze pomyj, odstępstw od zasad, niezrozumiałej pazerności, złości i małości tych, którzy żyją obok, a nie radzą sobie z frustracją. Bądźcie sobą i wpadajcie tu na chwilę ku poczuciu wzajemnej obecności, bliskości i radości spędzania wspólnych minut wśród ludzi podobnych duchem, nawet jeśli ta wysepka znika. Pozostańmy razem w pokoju, zdrowiu i nadziei ocalenia.&amp;nbsp; Jacek Wangin</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Tak, jeszcze raz nadchodzi ten czas, moi kochani goście i stali bywalcy tego bloga. Pora wyjść zza pleców prezentowanych tu bohaterów, narratorów, postaci literackich i uściskać Was z całego serca i mocy, tak zwyczajnie, od siebie! Sił mi wystarczy, w końcu nie jest Was tak dużo. Sądząc po codziennej statystyce odwiedzin bloga: wyłącznie perły czytelników wiernych, stałych, których znakomity krąg zna mnie realnie i towarzyszymy sobie w różnych radościach, smutkach, emocjonalnych rozterkach i intelektualnych uniesieniach, jesteśmy ze sobą na różne sposoby. Ci zaś, z którymi w realu nie poznaliśmy się jeszcze, są tym cenniejsi, że budują ogromną nadzieję wspólnego zamieszkiwania wyspy ludzi wrażliwych, niepogodzonych z rozlicznymi absurdami życia wokół, poszukujących i nieustannie dzielących włos na czworo w odkrywaniu sensów, czy też w oswajaniu dziwacznej rzeczywistości przez język. Bez Was z pewnością by mnie tu nie było, raczej zamknąłbym się w dzienniku na dysku C własnego peceta, nadzieję wieszając na spróchniałym kołku.&amp;nbsp; Zapewne najtrudniej pisze się od siebie, toteż długo rozważałem, czego mogę Wam życzyć na nadchodzące święta i Nowy Rok? Nie chciałem dołączyć do tandetnych rymowanek o zdrowiu i cudownej atmosferze, do światełek i dżingli, które nierzadko ubliżają dobrym smakom i wychodzą Wam bokiem w czasie zakupów, szczególnie w zderzeniu z ponurą aurą za oknem, najmniej przywodzącą na myśl świętowanie. Tym bardziej, że i czas to trudny, a nawet tragikomiczny, którego nie złagodzą barwnie spływające sopelki ledowe. Czas, w którym jednym klaruje się radość powrotu demokracji, innym ponura wizja utraty wolności, rozumianej dosyć opacznie, a jeszcze inni obsypują się proszkiem z gaśnicy, myląc go z confetti, a sejm z oddziałem zamkniętym. Bo takich mamy przedstawicieli, jakie społeczeństwo i jakość życia. Wszak władza sama się nie wybiera… jeszcze.&amp;nbsp; Gdy tak rozmyślałem, o mądrym przesłaniu, w trakcie zakupów właśnie, córka pokazała mi półkę ze zniszczonymi kartonami pierniczków w proszku, takich do upieczenia w domu. Zapytałem, o co chodzi w tym rwaniu tektury? Szybko wyjaśniła, że tam w środku jest foremka do ciastek. I nie wiadomo, czy społeczeństwo obywatelskie zamierza skroić wszystkie foremki do wypieku podług własnej receptury, bez płacenia, czy też szuka bałwanka może aniołka, bo gwiazdkę już ma i po co kupować drugą? No cóż, nie przy każdym pudełku da się postawić komendanta z granatnikiem, ale może trzeba wywiesić apel o elementarną przyzwoitość? Bingo, pomyślałem. To zderzenie przystrojonej gałązki na opakowaniu z rozerwanym papierem, to przecież idealna ikona mentalności świętujących, ale nie wszystkich, nie wolno mi uogólniać, choć aż się prosi! Ubarwianie atmosfery świąt zdziczałym wandalizmem rzutuje na wiele. Czego powinienem zatem życzyć nam wszystkim w tym zderzeniu? Jako bumer, dziaders czy inny Janusz spoza oparów twittera, nieposiadający tik-toka, wolny od lansików, vlogów i modnych zabawek, zostałem wychowany w duchu sprawiedliwości, honoru, poczucia przyzwoitości, elementarnego wstydu i obowiązku dostrzegania innych. Niełatwo dziś żyje się tak wychowanym, sami tego doświadczacie na co dzień, inaczej bym Was nie gościł. Dlatego życzę Wam z tej mojej niszy literackiej nieulegania powszechniejącemu cwaniactwu, wygodnictwu, a trzymania się dróg godności, dobra i miłości. Życzę Wam i sobie sam, aby nie gasło w nas światełko człowieczeństwa, choćby zalewało je morze pomyj, odstępstw od zasad, niezrozumiałej pazerności, złości i małości tych, którzy żyją obok, a nie radzą sobie z frustracją. Bądźcie sobą i wpadajcie tu na chwilę ku poczuciu wzajemnej obecności, bliskości i radości spędzania wspólnych minut wśród ludzi podobnych duchem, nawet jeśli ta wysepka znika. Pozostańmy razem w pokoju, zdrowiu i nadziei ocalenia.&amp;nbsp; Jacek Wangin</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Przeżyć święta i nie zab(p)ić</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2022/12/przezyc-swieta-i-nie-zabpic.html</link><category>felieton</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><category>Społeczeństwo</category><category>Wigilia</category><category>świętowanie</category><pubDate>Wed, 21 Dec 2022 15:48:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-3113545989002379635</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/przezyc_swieta.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj_U1JZQPIMokE0wUH8HWyd9UCXojtsX800LOpGNsMVeZGwic-YgBHE1Cvz2Oc2LaOGmMZdcYEJJM-g0_atvEdT1n9H59CIG3tV2KLMemMUFlfhhTPYYnrXNPDOPmSood2UwWmipUr1ggw4wNcuqWot-ZB9YSpIFEtW1ng0pgdm8D3RcR3iLOqwhWM2fQ/s600/grinch.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="600" data-original-width="400" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj_U1JZQPIMokE0wUH8HWyd9UCXojtsX800LOpGNsMVeZGwic-YgBHE1Cvz2Oc2LaOGmMZdcYEJJM-g0_atvEdT1n9H59CIG3tV2KLMemMUFlfhhTPYYnrXNPDOPmSood2UwWmipUr1ggw4wNcuqWot-ZB9YSpIFEtW1ng0pgdm8D3RcR3iLOqwhWM2fQ/w266-h400/grinch.jpg" width="266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Tak, to ta pora. Coraz częściej, z różnych stron, dociera dźwięk dżingla z belsem podszyty lękiem: „Jak przetrwać święta?” W domyśle oczywiście: przetrwać i… nie zabić wujka Janka, nie kłócić się ze szwagrem, nie wskazywać im wyższości demokracji nad zapyziałym folwarkiem Jarunia, zdążyć z pierogami i wiadrem sałatki jarzynowej, znieść ciocię Jadzię i mamunię, która znowu zapyta: „a kiedy drugie dziecko?”. A zrobi to na pewno i to akurat wtedy, gdy wnosisz gorącego karpia. No i jak strzelić wiarygodnego banana do koszmarków spod choinki, gdy zejdzie z nich błyszczący reniferkiem papier.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Zwykle szybko przychodzi ochota zapić sprawę na dobre, zanim dopadnie pokusa czynów karalnych, ale w wigilię mus się hamować. Każdy z nas wymieni sto powodów, dla których postny kluch stanie w gardle na długo przed koniecznością zasiadania do stołu i wielu zaswędzi zapalniczka w kieszeni do sianka pod obrusem. To rykowisko zaczyna się w okolicy zaduszek. Pierwszy gong niepokoju wybrzmi, gdy galerie handlowe wypełnią tłumy drętwych aniołków z plecionym koszykiem, trujących o datek na niedostatek, nim hipermarkety ostatecznie wymienią znicze na kiczowate krasnale, wspinające się pod sufit przy dźwiękach skocznej kolędy. Później pozostaje stopniowo oswajać dyskomfort.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Skąd się bierze? Przecież jako dzieci czekaliśmy z utęsknieniem na ten wieczór i dwa dni, a teraz? Powodów jest sporo. Zasadniczy to dorosłość i jej konsekwencje, kolejna belka pod nogi w średnio ogarniętej codzienności: choinka, światełka, zakupy, gotowanie, prezenty, jakby mało było zabiegania w pracy, powinności i zadań po niej. Inny, to nieszczęsna rodzina, o której było wyżej i świadomość, że znowu nie będziemy asertywni, ulegając tradycji, która nijak ma się do współczesności. Nie ma już rodzin wielopokoleniowych, wspólnie zamieszkujących dom, dzielących trudy, wysiłki i radości wspólnego bycia w dzień powszedni i święta. Dziś są krewni żyjący dziesiątki i setki kilometrów od najbliższych. Rzesze słoików ożenionych z innymi słoikami, często z przeciwnych stron kraju i świata. Wzbierająca fala rodzin patchworkowych też robi swoje i jakoś trzeba rozwiązać logistyczny węzeł, żeby dzieci trafiły do tatusia i jego nowej żony, bo u mamusi i nowego partnera były rok temu albo muszą być do godziny osiemnastej. A tak się nie da, bo tatuś o tej porze będzie dziobał w rączkę nowszy model teściowej i lepiej jej nie drażnić potomstwem z innej matki.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="text-align: left;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjlwtJEKCcGu7HJlLpC6rhnfUYVdE7G66yPswNd6LkCyQWrZ8q2z9w4MgSU-GGv-39QnFQlF43ld3DFy_p-KztONf6Ws0E__vHnoX_Qrel0xg-bpcuL1fdppNdRs_HZesYOYblftnGqaNXiWKCUOmled6FTUbiugVL9kVsV7dwZHXq6HaCFvVCaDCzloA/s1000/marry_kicz.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="454" data-original-width="1000" height="205" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjlwtJEKCcGu7HJlLpC6rhnfUYVdE7G66yPswNd6LkCyQWrZ8q2z9w4MgSU-GGv-39QnFQlF43ld3DFy_p-KztONf6Ws0E__vHnoX_Qrel0xg-bpcuL1fdppNdRs_HZesYOYblftnGqaNXiWKCUOmled6FTUbiugVL9kVsV7dwZHXq6HaCFvVCaDCzloA/w400-h205/marry_kicz.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Okazuje się także, że media w tym okresie nie pomagają, stając się dodatkową piątą kolumną. Nie szczędzą ciepłych obrazków rodzin przy choince, zgromadzonych w zapożyczonych kulturowo sweterkach w Mikołaje, z obrzydliwie przesłodzoną atmosferą święta miłości, ciepła rodzinnego, których długo by szukać poza anteną, w dosyć zadziornej i zawistnej społeczności nadwiślańskich kmieci. Ale poczucie winy nabiera mocy w wielu. Nie dorastamy do lukrowanej laurki, znowu zawadzimy łbem o poprzeczkę zbyt wysoko zawieszoną, a stąd krok do mniej lub bardziej uświadomionej&amp;nbsp; frustracji, którą złagodzić może lekarstwo z butelki dnia pierwszego. Wcale nie wzywam do alkoholizowania się. To tylko jedna z opcji, równie dobrze można wywiesić kartkę z napisem „nikogo nie ma w domu”, pozostać w piżamie, uprzednio zamawiając dietę pudełkową ze wskazaniem. Można też wyznaczyć granice bliskim jednym telefonem: „ulegałem Wam pokornie przez trzydzieści lat, z nadzieją, że nie będziemy dłużej udawać rodziny tam, gdzie jej nie ma. Dziś zadbałem o swój komfort i tak już będzie zawsze”. Mniej odważni werbalnie mogą pojechać na narty do Włoch, Francji czy Szwajcarii na tydzień, żeby nikomu nie robić wbrew, przede wszystkim sobie samym. Pomysłów na&amp;nbsp; ocalenie&amp;nbsp;&lt;/span&gt;podmiotowości&amp;nbsp; przed hipokryzją i kalejdoskopem fałszywych min jest sporo, ale wymagają jaj, niestety, nie mniejszych niż wielkanocne.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;W przeżywaniu uniesień, związanych ze świętowaniem Narodzenia Pańskiego (bądź co bądź to coraz częściej zapominana pierwotna przyczyna naszych przyziemnych dyskomfortów choinkowych), nie pomaga przede wszystkim sam Kościół. Nie traktuje serio odbiorców Dobrej Nowiny, a nawet sobie z nich kpi, korzystając z przywiązania do folkloru Pasterki i żłóbka. Jednym gardłem swoich pasterzy głosi chwałę nadchodzącego Zbawiciela, narodzin miłości i pokoju, nadziei na życie wieczne, by naraz z trzewi swoich zaśniedziałych dziadków w purpurach używać mowy nienawiści wobec myślących inaczej. I to w tym samym czasie. Wołanie o miłość jednoczesne z surmami wojenki polsko-polskiej, bębnami niezgody, rytmicznie wybijającymi larum z wysokiej twierdzy pedofilii, cwaniactwa, pazerności, wygodnictwa i żądzy władzy, motającej umysły braci najmniejszych. Da się tu jeszcze szukać powodów świętowania w tej kakofonii fałszywych melodii? Myślę, że wątpię, a jedno co warto… to napić się warto i wyspać się warto i może poczytać mądrzejszych od siebie, to zawsze warto. Czego i Państwu życzę.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/przezyc_swieta.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj_U1JZQPIMokE0wUH8HWyd9UCXojtsX800LOpGNsMVeZGwic-YgBHE1Cvz2Oc2LaOGmMZdcYEJJM-g0_atvEdT1n9H59CIG3tV2KLMemMUFlfhhTPYYnrXNPDOPmSood2UwWmipUr1ggw4wNcuqWot-ZB9YSpIFEtW1ng0pgdm8D3RcR3iLOqwhWM2fQ/s72-w266-h400-c/grinch.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Tak, to ta pora. Coraz częściej, z różnych stron, dociera dźwięk dżingla z belsem podszyty lękiem: „Jak przetrwać święta?” W domyśle oczywiście: przetrwać i… nie zabić wujka Janka, nie kłócić się ze szwagrem, nie wskazywać im wyższości demokracji nad zapyziałym folwarkiem Jarunia, zdążyć z pierogami i wiadrem sałatki jarzynowej, znieść ciocię Jadzię i mamunię, która znowu zapyta: „a kiedy drugie dziecko?”. A zrobi to na pewno i to akurat wtedy, gdy wnosisz gorącego karpia. No i jak strzelić wiarygodnego banana do koszmarków spod choinki, gdy zejdzie z nich błyszczący reniferkiem papier.&amp;nbsp; Zwykle szybko przychodzi ochota zapić sprawę na dobre, zanim dopadnie pokusa czynów karalnych, ale w wigilię mus się hamować. Każdy z nas wymieni sto powodów, dla których postny kluch stanie w gardle na długo przed koniecznością zasiadania do stołu i wielu zaswędzi zapalniczka w kieszeni do sianka pod obrusem. To rykowisko zaczyna się w okolicy zaduszek. Pierwszy gong niepokoju wybrzmi, gdy galerie handlowe wypełnią tłumy drętwych aniołków z plecionym koszykiem, trujących o datek na niedostatek, nim hipermarkety ostatecznie wymienią znicze na kiczowate krasnale, wspinające się pod sufit przy dźwiękach skocznej kolędy. Później pozostaje stopniowo oswajać dyskomfort.&amp;nbsp; Skąd się bierze? Przecież jako dzieci czekaliśmy z utęsknieniem na ten wieczór i dwa dni, a teraz? Powodów jest sporo. Zasadniczy to dorosłość i jej konsekwencje, kolejna belka pod nogi w średnio ogarniętej codzienności: choinka, światełka, zakupy, gotowanie, prezenty, jakby mało było zabiegania w pracy, powinności i zadań po niej. Inny, to nieszczęsna rodzina, o której było wyżej i świadomość, że znowu nie będziemy asertywni, ulegając tradycji, która nijak ma się do współczesności. Nie ma już rodzin wielopokoleniowych, wspólnie zamieszkujących dom, dzielących trudy, wysiłki i radości wspólnego bycia w dzień powszedni i święta. Dziś są krewni żyjący dziesiątki i setki kilometrów od najbliższych. Rzesze słoików ożenionych z innymi słoikami, często z przeciwnych stron kraju i świata. Wzbierająca fala rodzin patchworkowych też robi swoje i jakoś trzeba rozwiązać logistyczny węzeł, żeby dzieci trafiły do tatusia i jego nowej żony, bo u mamusi i nowego partnera były rok temu albo muszą być do godziny osiemnastej. A tak się nie da, bo tatuś o tej porze będzie dziobał w rączkę nowszy model teściowej i lepiej jej nie drażnić potomstwem z innej matki.&amp;nbsp;Okazuje się także, że media w tym okresie nie pomagają, stając się dodatkową piątą kolumną. Nie szczędzą ciepłych obrazków rodzin przy choince, zgromadzonych w zapożyczonych kulturowo sweterkach w Mikołaje, z obrzydliwie przesłodzoną atmosferą święta miłości, ciepła rodzinnego, których długo by szukać poza anteną, w dosyć zadziornej i zawistnej społeczności nadwiślańskich kmieci. Ale poczucie winy nabiera mocy w wielu. Nie dorastamy do lukrowanej laurki, znowu zawadzimy łbem o poprzeczkę zbyt wysoko zawieszoną, a stąd krok do mniej lub bardziej uświadomionej&amp;nbsp; frustracji, którą złagodzić może lekarstwo z butelki dnia pierwszego. Wcale nie wzywam do alkoholizowania się. To tylko jedna z opcji, równie dobrze można wywiesić kartkę z napisem „nikogo nie ma w domu”, pozostać w piżamie, uprzednio zamawiając dietę pudełkową ze wskazaniem. Można też wyznaczyć granice bliskim jednym telefonem: „ulegałem Wam pokornie przez trzydzieści lat, z nadzieją, że nie będziemy dłużej udawać rodziny tam, gdzie jej nie ma. Dziś zadbałem o swój komfort i tak już będzie zawsze”. Mniej odważni werbalnie mogą pojechać na narty do Włoch, Francji czy Szwajcarii na tydzień, żeby nikomu nie robić wbrew, przede wszystkim sobie samym. Pomysłów na&amp;nbsp; ocalenie&amp;nbsp;podmiotowości&amp;nbsp; przed hipokryzją i kalejdoskopem fałszywych min jest sporo, ale wymagają jaj, niestety, nie mniejszych niż wielkanocne. W przeżywaniu uniesień, związanych ze świętowaniem Narodzenia Pańskiego (bądź co bądź to coraz częściej zapominana pierwotna przyczyna naszych przyziemnych dyskomfortów choinkowych), nie pomaga przede wszystkim sam Kościół. Nie traktuje serio odbiorców Dobrej Nowiny, a nawet sobie z nich kpi, korzystając z przywiązania do folkloru Pasterki i żłóbka. Jednym gardłem swoich pasterzy głosi chwałę nadchodzącego Zbawiciela, narodzin miłości i pokoju, nadziei na życie wieczne, by naraz z trzewi swoich zaśniedziałych dziadków w purpurach używać mowy nienawiści wobec myślących inaczej. I to w tym samym czasie. Wołanie o miłość jednoczesne z surmami wojenki polsko-polskiej, bębnami niezgody, rytmicznie wybijającymi larum z wysokiej twierdzy pedofilii, cwaniactwa, pazerności, wygodnictwa i żądzy władzy, motającej umysły braci najmniejszych. Da się tu jeszcze szukać powodów świętowania w tej kakofonii fałszywych melodii? Myślę, że wątpię, a jedno co warto… to napić się warto i wyspać się warto i może poczytać mądrzejszych od siebie, to zawsze warto. Czego i Państwu życzę.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Tak, to ta pora. Coraz częściej, z różnych stron, dociera dźwięk dżingla z belsem podszyty lękiem: „Jak przetrwać święta?” W domyśle oczywiście: przetrwać i… nie zabić wujka Janka, nie kłócić się ze szwagrem, nie wskazywać im wyższości demokracji nad zapyziałym folwarkiem Jarunia, zdążyć z pierogami i wiadrem sałatki jarzynowej, znieść ciocię Jadzię i mamunię, która znowu zapyta: „a kiedy drugie dziecko?”. A zrobi to na pewno i to akurat wtedy, gdy wnosisz gorącego karpia. No i jak strzelić wiarygodnego banana do koszmarków spod choinki, gdy zejdzie z nich błyszczący reniferkiem papier.&amp;nbsp; Zwykle szybko przychodzi ochota zapić sprawę na dobre, zanim dopadnie pokusa czynów karalnych, ale w wigilię mus się hamować. Każdy z nas wymieni sto powodów, dla których postny kluch stanie w gardle na długo przed koniecznością zasiadania do stołu i wielu zaswędzi zapalniczka w kieszeni do sianka pod obrusem. To rykowisko zaczyna się w okolicy zaduszek. Pierwszy gong niepokoju wybrzmi, gdy galerie handlowe wypełnią tłumy drętwych aniołków z plecionym koszykiem, trujących o datek na niedostatek, nim hipermarkety ostatecznie wymienią znicze na kiczowate krasnale, wspinające się pod sufit przy dźwiękach skocznej kolędy. Później pozostaje stopniowo oswajać dyskomfort.&amp;nbsp; Skąd się bierze? Przecież jako dzieci czekaliśmy z utęsknieniem na ten wieczór i dwa dni, a teraz? Powodów jest sporo. Zasadniczy to dorosłość i jej konsekwencje, kolejna belka pod nogi w średnio ogarniętej codzienności: choinka, światełka, zakupy, gotowanie, prezenty, jakby mało było zabiegania w pracy, powinności i zadań po niej. Inny, to nieszczęsna rodzina, o której było wyżej i świadomość, że znowu nie będziemy asertywni, ulegając tradycji, która nijak ma się do współczesności. Nie ma już rodzin wielopokoleniowych, wspólnie zamieszkujących dom, dzielących trudy, wysiłki i radości wspólnego bycia w dzień powszedni i święta. Dziś są krewni żyjący dziesiątki i setki kilometrów od najbliższych. Rzesze słoików ożenionych z innymi słoikami, często z przeciwnych stron kraju i świata. Wzbierająca fala rodzin patchworkowych też robi swoje i jakoś trzeba rozwiązać logistyczny węzeł, żeby dzieci trafiły do tatusia i jego nowej żony, bo u mamusi i nowego partnera były rok temu albo muszą być do godziny osiemnastej. A tak się nie da, bo tatuś o tej porze będzie dziobał w rączkę nowszy model teściowej i lepiej jej nie drażnić potomstwem z innej matki.&amp;nbsp;Okazuje się także, że media w tym okresie nie pomagają, stając się dodatkową piątą kolumną. Nie szczędzą ciepłych obrazków rodzin przy choince, zgromadzonych w zapożyczonych kulturowo sweterkach w Mikołaje, z obrzydliwie przesłodzoną atmosferą święta miłości, ciepła rodzinnego, których długo by szukać poza anteną, w dosyć zadziornej i zawistnej społeczności nadwiślańskich kmieci. Ale poczucie winy nabiera mocy w wielu. Nie dorastamy do lukrowanej laurki, znowu zawadzimy łbem o poprzeczkę zbyt wysoko zawieszoną, a stąd krok do mniej lub bardziej uświadomionej&amp;nbsp; frustracji, którą złagodzić może lekarstwo z butelki dnia pierwszego. Wcale nie wzywam do alkoholizowania się. To tylko jedna z opcji, równie dobrze można wywiesić kartkę z napisem „nikogo nie ma w domu”, pozostać w piżamie, uprzednio zamawiając dietę pudełkową ze wskazaniem. Można też wyznaczyć granice bliskim jednym telefonem: „ulegałem Wam pokornie przez trzydzieści lat, z nadzieją, że nie będziemy dłużej udawać rodziny tam, gdzie jej nie ma. Dziś zadbałem o swój komfort i tak już będzie zawsze”. Mniej odważni werbalnie mogą pojechać na narty do Włoch, Francji czy Szwajcarii na tydzień, żeby nikomu nie robić wbrew, przede wszystkim sobie samym. Pomysłów na&amp;nbsp; ocalenie&amp;nbsp;podmiotowości&amp;nbsp; przed hipokryzją i kalejdoskopem fałszywych min jest sporo, ale wymagają jaj, niestety, nie mniejszych niż wielkanocne. W przeżywaniu uniesień, związanych ze świętowaniem Narodzenia Pańskiego (bądź co bądź to coraz częściej zapominana pierwotna przyczyna naszych przyziemnych dyskomfortów choinkowych), nie pomaga przede wszystkim sam Kościół. Nie traktuje serio odbiorców Dobrej Nowiny, a nawet sobie z nich kpi, korzystając z przywiązania do folkloru Pasterki i żłóbka. Jednym gardłem swoich pasterzy głosi chwałę nadchodzącego Zbawiciela, narodzin miłości i pokoju, nadziei na życie wieczne, by naraz z trzewi swoich zaśniedziałych dziadków w purpurach używać mowy nienawiści wobec myślących inaczej. I to w tym samym czasie. Wołanie o miłość jednoczesne z surmami wojenki polsko-polskiej, bębnami niezgody, rytmicznie wybijającymi larum z wysokiej twierdzy pedofilii, cwaniactwa, pazerności, wygodnictwa i żądzy władzy, motającej umysły braci najmniejszych. Da się tu jeszcze szukać powodów świętowania w tej kakofonii fałszywych melodii? Myślę, że wątpię, a jedno co warto… to napić się warto i wyspać się warto i może poczytać mądrzejszych od siebie, to zawsze warto. Czego i Państwu życzę.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Krucha życzliwość </title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2022/03/krucha-zyczliwosc.html</link><category>Podcasty</category><category>polska solidarność</category><category>pomoc</category><category>Społeczeństwo</category><category>Ukraina</category><category>zmęczenie</category><category>życzliwosć</category><pubDate>Sat, 26 Mar 2022 16:58:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-6786905861242492475</guid><description>&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/krucha.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;
&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgPW0h_yXUb-N_ztprpWrOdQ11UBfR77-6z-D_yeuPsCS6TPb4Cv2JteYafjhYavUhUq9g6ehIs3ZsMKNBmqG27I7PEVPkkagMHNT0Vb9P6cFCDQ_AuA7gM2i3lyFLq4XEIX8SGIG5N1hJGsxh_sgP_La8db8Z6ZJlETEd1CkCoGeneHvYXrOwH8zqhUw/s960/pomoc.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="640" data-original-width="960" height="213" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgPW0h_yXUb-N_ztprpWrOdQ11UBfR77-6z-D_yeuPsCS6TPb4Cv2JteYafjhYavUhUq9g6ehIs3ZsMKNBmqG27I7PEVPkkagMHNT0Vb9P6cFCDQ_AuA7gM2i3lyFLq4XEIX8SGIG5N1hJGsxh_sgP_La8db8Z6ZJlETEd1CkCoGeneHvYXrOwH8zqhUw/w320-h213/pomoc.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Nagłówek doskonale wkomponował się w ciąg obaw, jakie towarzyszą mi od pewnego czasu. Coraz dłuższym cieniem kładzie się niepokój o kruchość naszych postaw, który teraz wybrzmiał dosyć przewrotną nutą, gdy czytałem te słowa: &lt;i&gt;Dlaczego niemal od początku zbrodniczej inwazji putinowskiej armii tak wielu z nas głośno kracze, przepowiadając, że rychło wyczerpią się zasoby zrozumienia i życzliwości naszych rodaków dla uchodźców z Ukrainy?&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Nie nazwałbym tego „krakaniem”. Może wystarczy doświadczenie wyniesione z licznych porywów narodowych, po których wkrótce nie było śladu? W przeciwieństwie do tego, &lt;a href="https://wyborcza.pl/7,75968,28251173,zaraz-bedziemy-mieli-dosc-uchodzcow-jedenaste-nie-kracz.html " target="_blank"&gt;co pisze Waldemar Paś,&lt;/a&gt; nie popadam w długoterminowe uniesienie nad ogromem polskiego miłosierdzia wobec ofiar agresji zbrodniarza Putlera. Przynajmniej nie rozciągam, jakże szlachetnego porywu serc, na nieustające „jakoś to będzie”. Jestem dumny z rodaków, bardzo cieszy mnie ich pospolite ruszenie, siła bratniej pomocy i chciałbym, żeby jak najdłużej trwał ten dowód człowieczeństwa w praktyce.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Są jednak chwile, gdy zbyt wyraźnie widać, że rząd ma ochotę, co najwyżej, wypiąć pierś pod ordery należne zwykłym ludziom, naszym sąsiadom, kolegom z pracy i z podwórka, ze szkoły, z grupy przyjaciół na portalu społecznościowym. Najmniej troszczy się o sensowne rozwiązania systemowe kwestii uchodźców, bo one kiepsko przeliczają się na zysk polityczny. W ten sposób w dobre emocje i poczucie solidarności wdziera się zwykły racjonalizm i tłumi powszechne działanie. &lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Paś zarzuca, że uwielbiamy marudzić, a malkontenctwo jest naszą naturą, co chętnie podkreśla: &lt;i&gt;Od wielu dni, również na naszych łamach, wciąż czytam, że festiwal polskiego altruizmu, zaangażowania, dobroci lada chwila się skończy. Zastąpią go ksenofobia, wypalenie niosących pomoc wrażliwców, a na powszechnej apatii i niechęci do gościń i gości z Ukrainy kapitał polityczny zbije PiS. I dalej już samo się będzie kręcić: PiS na amen dobije niezależne sądy, wygra trzecią kadencję, wprowadzi zamordyzm na dekady.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEijIFIZk2zETGkNwRVfqoH42DhszsG-vMw5Oo0_TdEqhajyUZqL4tFb1Rm5wOYGHwDKUDQk8GUa213GD404ECKewm3AR01dV4-I7al2AjqSoIXVjEQQdzy33uOCr93nySZUMTygKUvvUZUdGeT4k02bCCZAdVxtTC6RADJYjNdXyrt5pUl_tiVPeAC-PQ/s1280/pomoc3.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="853" data-original-width="1280" height="213" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEijIFIZk2zETGkNwRVfqoH42DhszsG-vMw5Oo0_TdEqhajyUZqL4tFb1Rm5wOYGHwDKUDQk8GUa213GD404ECKewm3AR01dV4-I7al2AjqSoIXVjEQQdzy33uOCr93nySZUMTygKUvvUZUdGeT4k02bCCZAdVxtTC6RADJYjNdXyrt5pUl_tiVPeAC-PQ/s320/pomoc3.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;Może warto zastanowić się, ile w tym podejściu narzekania na wyrost, a ile zwykłego doświadczenia, wyniesionego z najnowszej historii. Do tego dodałbym szczyptę rozumu. Pomijając idiotyczną formę „gościń”, która wywołuje we mnie wysypkę godną pokuty wielkopostnej, wypada zapytać, co nasze państwo ma do zaoferowania ukraińskim kobietom z dziećmi? Pracę na etacie za pensję przeliczalną na koszty życia? Zasiłek, który pozwoli na start ku rzeczywistej samodzielności? A może tylko miejsce w domu samotnej matki? Albo ocieplany namiot na chwilę pierwszego od kilku dni ciepłego posiłku?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Gdy już ostygnie zapał obywatelskich postaw, prawdopodobnie wypełznie realny i wszechogarniający brak, z którym sami zmagamy się od zawsze. Przypomnijmy zapaść w służbie zdrowia, którą wszystkie rządy mają głęboko w poważaniu, bo na tym nie ugra się głosów suwerena. Porażkę systemu ubezpieczeń społecznych, woniejącą zgniłym kartoflem od dekad. Brak miejsc w żłobkach i przedszkolach, który od lat dotyka polskie dzieci. Obniżamy systematycznie poziom edukacji pod ciężarem kolejnych deform i uciekania nauczycieli z zawodu. Ceny mieszkań szaleją mimo galopującej inflacji, a i tak jest ich wciąż za mało. Czy naprawdę ten naród rzekomych malkontentów, żywi się wyłącznie marudzeniem? Potrzebuje ideowej ksenofobii? Tu wystarczy racja bytu i zwykłe prawa ekonomii.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Ukraińscy goście często będą lepiej wykształceni od rodzimych dezerterów edukacji i wiedzy, od cwaniaków i lewusów, których tu nie brakuje, więc nie będą zadowoleni wykonując najprostsze czynności czy zasilając najmniej płatne zawody, bo nie po to się kształcili i zdobywali praktykę. Jeśli polskie kobiety skarżą się na szklany sufit w pracy, na niższe zarobki w stosunku do płac mężczyzn, jakie skargi wniosą Ukrainki w odniesieniu do naszych rodaczek? Tym bardziej, że za chwilę minie im pierwszy szok związany z destrukcją miejsc dotychczasowego życia, a wola rozpoczęcia nowego etapu doda sił. Uchodźcy będą chcieli egzystować na tym samym poziomie, co przecież nikogo nie powinno dziwić. Już dziś docierają sygnały zniechęcenia pomagających Polaków, bo przybysze tego nie chcą zjeść, tamtego ubrać, wolą mieć lepsze, markowe, nowe i w innym kolorze. I nie dlatego, że są z innej nacji, po prostu są ludźmi, jak my wszyscy. Takie same mają potrzeby i oczekiwania, także konsumpcyjne, a niemożność, zazdrość i zawiść to najlepsze paliwo frustracji i konfliktów, małych i większych.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Warunki bytowe to jedno, a przecież jest jeszcze kwestia wojny cyfrowej. Putinostan i hordy jego internetowych trolli z pewnością zadbają o podgrzanie polskiej niechęci do uchodźców i wykręcą niejeden numer, zanim się połapiemy. Nasze społeczeństwo nie należy do szczególnie wykształconych i nie najlepiej radzi sobie z rozumieniem najprostszych komunikatów, a przy tym znaczna jego część z lęku, niewiedzy i obawy pławi się w teoriach spiskowych, stanowiąc bardzo podatny grunt do siania paniki i niechęci, do mieszania pod pustawą kopułką. Jak to przełoży się na stosunek do milionowej rzeszy Ukraińców w Polsce? Pamiętajmy też o zgrajach pożytecznych idiotów, którzy z lęku przed utratą własnej kaski i pozycji zaczną szczuć z ksenofobicznych mediów. Ojciec muchomorek sromotnikowy już podlewa oliwą pierniki nieufności, co też nie wpływa pozytywnie na międzynarodowe relacje, zważywszy, że dziś statystycznie co dziesiąty człowiek w Polsce, to Ukrainiec, a końca migracji nie widać. Pesymizmu mi nie wystarczy, żeby zawyrokować końcowy efekt tego stanu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Czy to wszystko aby na pewno wpisuje się w kategorię „marudzenie”? Wolę nazwać to brakiem złudzeń, bo nie da się długo żyć pod jednym dachem z obcymi ludźmi, gdy potrzeba bezpieczeństwa wciąż nie zostanie zapewniona i to obu stronom. Tu nie pomoże największy zryw i wiara Waldemara Pasia, który kończy swoją opinię słowami: &lt;i&gt;Może się też okazać, że na tak wielkiej imigracji uchodźczej możemy ekonomicznie zyskać, bo pojawi się tłum nowych konsumentów robiących zakupy w polskich sklepach i podatników płacących polskiemu fiskusowi. Może tu przyjść ukraiński kapitał i know-how.&lt;/i&gt; To ostatnie ubawiło mnie szczególnie. Podobno prezydent Zełenski miał się wziąć poważnie za walkę z gigantyczną korupcją w swoim kraju, gdy szyki pomieszał mu rosyjski psychopata. Jeśli Paś ma na myśli know-how korumpujących i korumpowanych, zaczynam nawet nam&amp;nbsp;współczuć, autorowi życząc wytrwałości i powodzenia na jedwabnym szlaku optymizmu.&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/krucha.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgPW0h_yXUb-N_ztprpWrOdQ11UBfR77-6z-D_yeuPsCS6TPb4Cv2JteYafjhYavUhUq9g6ehIs3ZsMKNBmqG27I7PEVPkkagMHNT0Vb9P6cFCDQ_AuA7gM2i3lyFLq4XEIX8SGIG5N1hJGsxh_sgP_La8db8Z6ZJlETEd1CkCoGeneHvYXrOwH8zqhUw/s72-w320-h213-c/pomoc.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">1</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Nagłówek doskonale wkomponował się w ciąg obaw, jakie towarzyszą mi od pewnego czasu. Coraz dłuższym cieniem kładzie się niepokój o kruchość naszych postaw, który teraz wybrzmiał dosyć przewrotną nutą, gdy czytałem te słowa: Dlaczego niemal od początku zbrodniczej inwazji putinowskiej armii tak wielu z nas głośno kracze, przepowiadając, że rychło wyczerpią się zasoby zrozumienia i życzliwości naszych rodaków dla uchodźców z Ukrainy? Nie nazwałbym tego „krakaniem”. Może wystarczy doświadczenie wyniesione z licznych porywów narodowych, po których wkrótce nie było śladu? W przeciwieństwie do tego, co pisze Waldemar Paś, nie popadam w długoterminowe uniesienie nad ogromem polskiego miłosierdzia wobec ofiar agresji zbrodniarza Putlera. Przynajmniej nie rozciągam, jakże szlachetnego porywu serc, na nieustające „jakoś to będzie”. Jestem dumny z rodaków, bardzo cieszy mnie ich pospolite ruszenie, siła bratniej pomocy i chciałbym, żeby jak najdłużej trwał ten dowód człowieczeństwa w praktyce.&amp;nbsp; Są jednak chwile, gdy zbyt wyraźnie widać, że rząd ma ochotę, co najwyżej, wypiąć pierś pod ordery należne zwykłym ludziom, naszym sąsiadom, kolegom z pracy i z podwórka, ze szkoły, z grupy przyjaciół na portalu społecznościowym. Najmniej troszczy się o sensowne rozwiązania systemowe kwestii uchodźców, bo one kiepsko przeliczają się na zysk polityczny. W ten sposób w dobre emocje i poczucie solidarności wdziera się zwykły racjonalizm i tłumi powszechne działanie. Paś zarzuca, że uwielbiamy marudzić, a malkontenctwo jest naszą naturą, co chętnie podkreśla: Od wielu dni, również na naszych łamach, wciąż czytam, że festiwal polskiego altruizmu, zaangażowania, dobroci lada chwila się skończy. Zastąpią go ksenofobia, wypalenie niosących pomoc wrażliwców, a na powszechnej apatii i niechęci do gościń i gości z Ukrainy kapitał polityczny zbije PiS. I dalej już samo się będzie kręcić: PiS na amen dobije niezależne sądy, wygra trzecią kadencję, wprowadzi zamordyzm na dekady.&amp;nbsp; Może warto zastanowić się, ile w tym podejściu narzekania na wyrost, a ile zwykłego doświadczenia, wyniesionego z najnowszej historii. Do tego dodałbym szczyptę rozumu. Pomijając idiotyczną formę „gościń”, która wywołuje we mnie wysypkę godną pokuty wielkopostnej, wypada zapytać, co nasze państwo ma do zaoferowania ukraińskim kobietom z dziećmi? Pracę na etacie za pensję przeliczalną na koszty życia? Zasiłek, który pozwoli na start ku rzeczywistej samodzielności? A może tylko miejsce w domu samotnej matki? Albo ocieplany namiot na chwilę pierwszego od kilku dni ciepłego posiłku? Gdy już ostygnie zapał obywatelskich postaw, prawdopodobnie wypełznie realny i wszechogarniający brak, z którym sami zmagamy się od zawsze. Przypomnijmy zapaść w służbie zdrowia, którą wszystkie rządy mają głęboko w poważaniu, bo na tym nie ugra się głosów suwerena. Porażkę systemu ubezpieczeń społecznych, woniejącą zgniłym kartoflem od dekad. Brak miejsc w żłobkach i przedszkolach, który od lat dotyka polskie dzieci. Obniżamy systematycznie poziom edukacji pod ciężarem kolejnych deform i uciekania nauczycieli z zawodu. Ceny mieszkań szaleją mimo galopującej inflacji, a i tak jest ich wciąż za mało. Czy naprawdę ten naród rzekomych malkontentów, żywi się wyłącznie marudzeniem? Potrzebuje ideowej ksenofobii? Tu wystarczy racja bytu i zwykłe prawa ekonomii.&amp;nbsp; Ukraińscy goście często będą lepiej wykształceni od rodzimych dezerterów edukacji i wiedzy, od cwaniaków i lewusów, których tu nie brakuje, więc nie będą zadowoleni wykonując najprostsze czynności czy zasilając najmniej płatne zawody, bo nie po to się kształcili i zdobywali praktykę. Jeśli polskie kobiety skarżą się na szklany sufit w pracy, na niższe zarobki w stosunku do płac mężczyzn, jakie skargi wniosą Ukrainki w odniesieniu do naszych rodaczek? Tym bardziej, że za chwilę minie im pierwszy szok związany z destrukcją miejsc dotychczasowego życia, a wola rozpoczęcia nowego etapu doda sił. Uchodźcy będą chcieli egzystować na tym samym poziomie, co przecież nikogo nie powinno dziwić. Już dziś docierają sygnały zniechęcenia pomagających Polaków, bo przybysze tego nie chcą zjeść, tamtego ubrać, wolą mieć lepsze, markowe, nowe i w innym kolorze. I nie dlatego, że są z innej nacji, po prostu są ludźmi, jak my wszyscy. Takie same mają potrzeby i oczekiwania, także konsumpcyjne, a niemożność, zazdrość i zawiść to najlepsze paliwo frustracji i konfliktów, małych i większych. Warunki bytowe to jedno, a przecież jest jeszcze kwestia wojny cyfrowej. Putinostan i hordy jego internetowych trolli z pewnością zadbają o podgrzanie polskiej niechęci do uchodźców i wykręcą niejeden numer, zanim się połapiemy. Nasze społeczeństwo nie należy do szczególnie wykształconych i nie najlepiej radzi sobie z rozumieniem najprostszych komunikatów, a przy tym znaczna jego część z lęku, niewiedzy i obawy pławi się w teoriach spiskowych, stanowiąc bardzo podatny grunt do siania paniki i niechęci, do mieszania pod pustawą kopułką. Jak to przełoży się na stosunek do milionowej rzeszy Ukraińców w Polsce? Pamiętajmy też o zgrajach pożytecznych idiotów, którzy z lęku przed utratą własnej kaski i pozycji zaczną szczuć z ksenofobicznych mediów. Ojciec muchomorek sromotnikowy już podlewa oliwą pierniki nieufności, co też nie wpływa pozytywnie na międzynarodowe relacje, zważywszy, że dziś statystycznie co dziesiąty człowiek w Polsce, to Ukrainiec, a końca migracji nie widać. Pesymizmu mi nie wystarczy, żeby zawyrokować końcowy efekt tego stanu. Czy to wszystko aby na pewno wpisuje się w kategorię „marudzenie”? Wolę nazwać to brakiem złudzeń, bo nie da się długo żyć pod jednym dachem z obcymi ludźmi, gdy potrzeba bezpieczeństwa wciąż nie zostanie zapewniona i to obu stronom. Tu nie pomoże największy zryw i wiara Waldemara Pasia, który kończy swoją opinię słowami: Może się też okazać, że na tak wielkiej imigracji uchodźczej możemy ekonomicznie zyskać, bo pojawi się tłum nowych konsumentów robiących zakupy w polskich sklepach i podatników płacących polskiemu fiskusowi. Może tu przyjść ukraiński kapitał i know-how. To ostatnie ubawiło mnie szczególnie. Podobno prezydent Zełenski miał się wziąć poważnie za walkę z gigantyczną korupcją w swoim kraju, gdy szyki pomieszał mu rosyjski psychopata. Jeśli Paś ma na myśli know-how korumpujących i korumpowanych, zaczynam nawet nam&amp;nbsp;współczuć, autorowi życząc wytrwałości i powodzenia na jedwabnym szlaku optymizmu.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Nagłówek doskonale wkomponował się w ciąg obaw, jakie towarzyszą mi od pewnego czasu. Coraz dłuższym cieniem kładzie się niepokój o kruchość naszych postaw, który teraz wybrzmiał dosyć przewrotną nutą, gdy czytałem te słowa: Dlaczego niemal od początku zbrodniczej inwazji putinowskiej armii tak wielu z nas głośno kracze, przepowiadając, że rychło wyczerpią się zasoby zrozumienia i życzliwości naszych rodaków dla uchodźców z Ukrainy? Nie nazwałbym tego „krakaniem”. Może wystarczy doświadczenie wyniesione z licznych porywów narodowych, po których wkrótce nie było śladu? W przeciwieństwie do tego, co pisze Waldemar Paś, nie popadam w długoterminowe uniesienie nad ogromem polskiego miłosierdzia wobec ofiar agresji zbrodniarza Putlera. Przynajmniej nie rozciągam, jakże szlachetnego porywu serc, na nieustające „jakoś to będzie”. Jestem dumny z rodaków, bardzo cieszy mnie ich pospolite ruszenie, siła bratniej pomocy i chciałbym, żeby jak najdłużej trwał ten dowód człowieczeństwa w praktyce.&amp;nbsp; Są jednak chwile, gdy zbyt wyraźnie widać, że rząd ma ochotę, co najwyżej, wypiąć pierś pod ordery należne zwykłym ludziom, naszym sąsiadom, kolegom z pracy i z podwórka, ze szkoły, z grupy przyjaciół na portalu społecznościowym. Najmniej troszczy się o sensowne rozwiązania systemowe kwestii uchodźców, bo one kiepsko przeliczają się na zysk polityczny. W ten sposób w dobre emocje i poczucie solidarności wdziera się zwykły racjonalizm i tłumi powszechne działanie. Paś zarzuca, że uwielbiamy marudzić, a malkontenctwo jest naszą naturą, co chętnie podkreśla: Od wielu dni, również na naszych łamach, wciąż czytam, że festiwal polskiego altruizmu, zaangażowania, dobroci lada chwila się skończy. Zastąpią go ksenofobia, wypalenie niosących pomoc wrażliwców, a na powszechnej apatii i niechęci do gościń i gości z Ukrainy kapitał polityczny zbije PiS. I dalej już samo się będzie kręcić: PiS na amen dobije niezależne sądy, wygra trzecią kadencję, wprowadzi zamordyzm na dekady.&amp;nbsp; Może warto zastanowić się, ile w tym podejściu narzekania na wyrost, a ile zwykłego doświadczenia, wyniesionego z najnowszej historii. Do tego dodałbym szczyptę rozumu. Pomijając idiotyczną formę „gościń”, która wywołuje we mnie wysypkę godną pokuty wielkopostnej, wypada zapytać, co nasze państwo ma do zaoferowania ukraińskim kobietom z dziećmi? Pracę na etacie za pensję przeliczalną na koszty życia? Zasiłek, który pozwoli na start ku rzeczywistej samodzielności? A może tylko miejsce w domu samotnej matki? Albo ocieplany namiot na chwilę pierwszego od kilku dni ciepłego posiłku? Gdy już ostygnie zapał obywatelskich postaw, prawdopodobnie wypełznie realny i wszechogarniający brak, z którym sami zmagamy się od zawsze. Przypomnijmy zapaść w służbie zdrowia, którą wszystkie rządy mają głęboko w poważaniu, bo na tym nie ugra się głosów suwerena. Porażkę systemu ubezpieczeń społecznych, woniejącą zgniłym kartoflem od dekad. Brak miejsc w żłobkach i przedszkolach, który od lat dotyka polskie dzieci. Obniżamy systematycznie poziom edukacji pod ciężarem kolejnych deform i uciekania nauczycieli z zawodu. Ceny mieszkań szaleją mimo galopującej inflacji, a i tak jest ich wciąż za mało. Czy naprawdę ten naród rzekomych malkontentów, żywi się wyłącznie marudzeniem? Potrzebuje ideowej ksenofobii? Tu wystarczy racja bytu i zwykłe prawa ekonomii.&amp;nbsp; Ukraińscy goście często będą lepiej wykształceni od rodzimych dezerterów edukacji i wiedzy, od cwaniaków i lewusów, których tu nie brakuje, więc nie będą zadowoleni wykonując najprostsze czynności czy zasilając najmniej płatne zawody, bo nie po to się kształcili i zdobywali praktykę. Jeśli polskie kobiety skarżą się na szklany sufit w pracy, na niższe zarobki w stosunku do płac mężczyzn, jakie skargi wniosą Ukrainki w odniesieniu do naszych rodaczek? Tym bardziej, że za chwilę minie im pierwszy szok związany z destrukcją miejsc dotychczasowego życia, a wola rozpoczęcia nowego etapu doda sił. Uchodźcy będą chcieli egzystować na tym samym poziomie, co przecież nikogo nie powinno dziwić. Już dziś docierają sygnały zniechęcenia pomagających Polaków, bo przybysze tego nie chcą zjeść, tamtego ubrać, wolą mieć lepsze, markowe, nowe i w innym kolorze. I nie dlatego, że są z innej nacji, po prostu są ludźmi, jak my wszyscy. Takie same mają potrzeby i oczekiwania, także konsumpcyjne, a niemożność, zazdrość i zawiść to najlepsze paliwo frustracji i konfliktów, małych i większych. Warunki bytowe to jedno, a przecież jest jeszcze kwestia wojny cyfrowej. Putinostan i hordy jego internetowych trolli z pewnością zadbają o podgrzanie polskiej niechęci do uchodźców i wykręcą niejeden numer, zanim się połapiemy. Nasze społeczeństwo nie należy do szczególnie wykształconych i nie najlepiej radzi sobie z rozumieniem najprostszych komunikatów, a przy tym znaczna jego część z lęku, niewiedzy i obawy pławi się w teoriach spiskowych, stanowiąc bardzo podatny grunt do siania paniki i niechęci, do mieszania pod pustawą kopułką. Jak to przełoży się na stosunek do milionowej rzeszy Ukraińców w Polsce? Pamiętajmy też o zgrajach pożytecznych idiotów, którzy z lęku przed utratą własnej kaski i pozycji zaczną szczuć z ksenofobicznych mediów. Ojciec muchomorek sromotnikowy już podlewa oliwą pierniki nieufności, co też nie wpływa pozytywnie na międzynarodowe relacje, zważywszy, że dziś statystycznie co dziesiąty człowiek w Polsce, to Ukrainiec, a końca migracji nie widać. Pesymizmu mi nie wystarczy, żeby zawyrokować końcowy efekt tego stanu. Czy to wszystko aby na pewno wpisuje się w kategorię „marudzenie”? Wolę nazwać to brakiem złudzeń, bo nie da się długo żyć pod jednym dachem z obcymi ludźmi, gdy potrzeba bezpieczeństwa wciąż nie zostanie zapewniona i to obu stronom. Tu nie pomoże największy zryw i wiara Waldemara Pasia, który kończy swoją opinię słowami: Może się też okazać, że na tak wielkiej imigracji uchodźczej możemy ekonomicznie zyskać, bo pojawi się tłum nowych konsumentów robiących zakupy w polskich sklepach i podatników płacących polskiemu fiskusowi. Może tu przyjść ukraiński kapitał i know-how. To ostatnie ubawiło mnie szczególnie. Podobno prezydent Zełenski miał się wziąć poważnie za walkę z gigantyczną korupcją w swoim kraju, gdy szyki pomieszał mu rosyjski psychopata. Jeśli Paś ma na myśli know-how korumpujących i korumpowanych, zaczynam nawet nam&amp;nbsp;współczuć, autorowi życząc wytrwałości i powodzenia na jedwabnym szlaku optymizmu.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Milcząc z Oleną</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2022/02/milczac-z-olena.html</link><category>kobieta</category><category>Podcasty</category><category>Putin</category><category>Społeczeństwo</category><category>Ukraina</category><category>wojna</category><category>wolność</category><pubDate>Mon, 28 Feb 2022 14:30:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-1776587787460090560</guid><description>&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/milczac_z_olena.mp3"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/a&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;
&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEhnPWt-iDClmqSam-aXyOwcxI5aJeiMMwRMBPwbE4W0LObkn9aU0PS9chofiyaSGqWNea3fQzfjzzRJvMoh9sCjbmOeDzie_k5gBlkoh6ktZFQSc8_1h1SxwfYBwaxS8Z0kZTu2malU61rqdDZvRcN128rPAH9dPdqovTO559rXwcsu-V_sEG2_LshbJA=s1350" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="834" data-original-width="1350" height="248" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEhnPWt-iDClmqSam-aXyOwcxI5aJeiMMwRMBPwbE4W0LObkn9aU0PS9chofiyaSGqWNea3fQzfjzzRJvMoh9sCjbmOeDzie_k5gBlkoh6ktZFQSc8_1h1SxwfYBwaxS8Z0kZTu2malU61rqdDZvRcN128rPAH9dPdqovTO559rXwcsu-V_sEG2_LshbJA=w400-h248" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Mam rozgrzebane teksty, dwa, tkwiły w pliku do dwudziestego trzeciego lutego. Ciągle wahałem się, który wybrać, skończyć, jaki opublikować. Lżejszy tematycznie, czy może jednak tym razem poważny? Ćwiczyłem wszelkie za i przeciw, a jednocześnie z niepokojem czytałem, słuchałem, oglądałem doniesienia, niepewny, co może zrobić kacapski szaleniec. Próbowałem jednocześnie nie oskarżać wszystkich Rosjan. Przecież nawet tysiące przypadków klinicznych, to jeszcze nie naród. W ilu Rosjanach trzeba zobaczyć ludzi zastraszonych, ogłupionych przez propagandę? Wypada pamiętać o protestujących, ściśniętych w aresztach i zapomnianych w dziesiątkach kolonii karnych, do których zsyła bezwzględny reżim bandyty. Oni zapewne nie chcą żadnej wojny, drżą o życie swoich synów, mężów, ojców i tęsknią do wolności stanowienia o sobie. Gdy mowa o Rosji media wrzucają nam sztandarowe oblicze psychopaty. Analizowałem za każdym razem tę mordę, kwintesencję zapiekłego zła czystej postaci. Fotografię zaciętej gęby agenta GRU, stoczonej nienawiścią, a intuicja wydzwaniała swoje larum, za nic nie przynosząc uspokojenia. Nie wierzyłem, że odpuści. Nie po to anektował Krym, żeby nic z tego nie robić. Sprawdził Zachód, przeszło niemal bezkarnie, więc pójdzie dalej. To było pewne nawet dla laika. Nie trzeba być ekspertem wojskowym, sowietologiem czy profesorem psychiatrii. Zagadkę stanowił tylko termin i miejsce uderzenia. Aż stało się.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Z dnia na dzień oddalałem powrót do napoczętych tekstów. Od czwartku wszystkie obserwacje i&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;myśli humanisty,&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;mniej lub bardziej uzbrojone w ironię,&amp;nbsp; bladły. Stawały się śmieszne niczym reklamy środków na niestrawność, wyskakujące w trakcie poszukiwania najnowszych doniesień o wojnie. Inne tematy przybrały kształt infantylnych mrzonek, odklejonych od rzeczywistości. Głowę coraz intensywniej wypełniał niepokój, czy Ukraina powstrzyma zwyrodnialca? A jeśli wojna rozleje się na cały świat?&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;W piątek usiadałem obok Oleny, zawsze pogodnej, uśmiechniętej kobiety z ogromnym poczuciem humoru, teraz milczała w rozdarciu. Chciałaby wracać, bronić ojczyzny, jako kobieta przeszkolona w obchodzeniu się z bronią, co nawet wywołało mój smutny uśmiech i podziw, a z drugiej empatia kreśliła jej cierpienie i lęk o córki, wnuczęta, zięciów, którzy tam są. Niepokój o brata, zawodowego żołnierza, oficera, z którym nie ma kontaktu. W Polsce jest jej dobrze, mieszka z najmłodszym synem, którego też musi chronić i teraz ten dylemat rozdzierający serce, nie daje chwili wytchnienia. Milczałem w jedności, której nie wypełnią żadne słowa. Aż z jej ust wypłynęło: „nie będzie dobrze”. I co teraz? Miałem ją pocieszać? Wypowiadać frazesy? Że jednak może źle już było? Że cały świat jest z Wami, choć to Wy nadstawiacie za ten świat głowę, bo bolszewik znowu wziął Was na cel? Jak uwierzyć, że musi być lepiej? Mając ciągle w pamięci rok 2014, gdy wszystko skończyło się na gadaniu, naradzaniu, wyrzucaniu pustych haseł przez cały Zachód, który nie kwapił się do przyjmowania Ukrainy do UE, jako państwa niewystarczająco gotowego. Czemu nikt nie odstrzeli jednego psychola? Przecież prawo pozwala na eliminowanie potworów zagrażających światu? Ilu ludzi pomyślało w tym momencie podobnie? Chciałem wyrazić tę wściekłość, ale uszanowałem trwogę kobiety.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEhqga1lB8hB7V68cKu-dzM4HW_gDPO4RPQiyw8NfSbQWHcuqux69Z92IIwvk_9g8WBgRpAPyCsy61_WHPc583vJ8mFF4A403b-W_DKFOo9vqVNKSivyUDoNZv-GvDrbDtA7ikKYXscH4Ha5F69rV4494K5DUixWU2cLzWZTk8rk5uvkauXVo3zG_fFiSA=s912" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="912" data-original-width="900" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEhqga1lB8hB7V68cKu-dzM4HW_gDPO4RPQiyw8NfSbQWHcuqux69Z92IIwvk_9g8WBgRpAPyCsy61_WHPc583vJ8mFF4A403b-W_DKFOo9vqVNKSivyUDoNZv-GvDrbDtA7ikKYXscH4Ha5F69rV4494K5DUixWU2cLzWZTk8rk5uvkauXVo3zG_fFiSA=w395-h400" width="395" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;W buczącej ciszy przewalały się chaotyczne myśli, biegły donikąd, choć przepychały się w kolejce. Jak niewiele trzeba , żeby zburzyć spokój? Zakwestionować budowane przez całe życie cele i poczucie ich jasności. Zmieść dobre samopoczucie i przekonanie o samostanowieniu w obliczu zagrożenia, którego nie powodujemy, bo przychodzi z zewnątrz. Wdziera się całą mocą wojskowego buta, transportera, czołgu, z hukiem eksplozji rakiety i niszczy w całości wszelkie wybory, lokum na kredyt, miejsce pracy, ulubiony pokój z biurkiem, podobnie jak intelekt, świadomość, poczucie sprawczości i odpowiedzialności za jakiś kawałek rzeczywistości, pewnej do wczoraj. Milczałem obok Oleny, w której oczach pojawiły się łzy gotowe do wypłynięcia, choć powstrzymywała je ostatkiem sił. Gdy uścisnąłem jej dłoń, popłynęły i zadzwonił telefon. W twarzy błysnął niepokój i już była przy synu, który podobno wczoraj rwał się do wyjazdu w obronie ojczyzny, choć to czternastolatek.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Wstałem z ławki, gdy mijał mnie mężczyzna w maseczce. Gdzież jest twoja moc covidzie, pomyślałem. Kacapska swołocz nagle unicestwiła powagę zarazy, zdaje się, że skuteczniej niż wszystkie szczepionki świata. To jest dopiero ironia losu! Gdzie są polskie boje o LGBT? A walczące feministki? Gender kontra oblężona twierdza Jędraszewskiego? Nepotyzm i cynizm polityki krajowej, obłuda purpuratów Kościoła? Jeden maniak unieważnia nagle wszystkie ideologie, ośmiesza podskakiwanie medialnych pajaców, a łykając potwory nasze powszednie, przybiera kształt i rozmiar monstrualnej bestii.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Nie przewidział tylko, że to dopiero zjednoczy świat, przypomni czym jest solidarność, współczucie w obliczu zagrożenia wolności. Ale też spowoduje, że zamiast rozważać zasadność dalszego tworzenia tekstu, ruszę chętniej do sklepu, żeby wypełnić koszyk podstawowymi produktami pierwszej potrzeby, przekazać organizacjom pomocowym, to wszystko, czego wagi nie dostrzegamy, dopóki nam dobrze, ciepło i bezpiecznie.&lt;/span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/milczac_z_olena.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEhnPWt-iDClmqSam-aXyOwcxI5aJeiMMwRMBPwbE4W0LObkn9aU0PS9chofiyaSGqWNea3fQzfjzzRJvMoh9sCjbmOeDzie_k5gBlkoh6ktZFQSc8_1h1SxwfYBwaxS8Z0kZTu2malU61rqdDZvRcN128rPAH9dPdqovTO559rXwcsu-V_sEG2_LshbJA=s72-w400-h248-c" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Mam rozgrzebane teksty, dwa, tkwiły w pliku do dwudziestego trzeciego lutego. Ciągle wahałem się, który wybrać, skończyć, jaki opublikować. Lżejszy tematycznie, czy może jednak tym razem poważny? Ćwiczyłem wszelkie za i przeciw, a jednocześnie z niepokojem czytałem, słuchałem, oglądałem doniesienia, niepewny, co może zrobić kacapski szaleniec. Próbowałem jednocześnie nie oskarżać wszystkich Rosjan. Przecież nawet tysiące przypadków klinicznych, to jeszcze nie naród. W ilu Rosjanach trzeba zobaczyć ludzi zastraszonych, ogłupionych przez propagandę? Wypada pamiętać o protestujących, ściśniętych w aresztach i zapomnianych w dziesiątkach kolonii karnych, do których zsyła bezwzględny reżim bandyty. Oni zapewne nie chcą żadnej wojny, drżą o życie swoich synów, mężów, ojców i tęsknią do wolności stanowienia o sobie. Gdy mowa o Rosji media wrzucają nam sztandarowe oblicze psychopaty. Analizowałem za każdym razem tę mordę, kwintesencję zapiekłego zła czystej postaci. Fotografię zaciętej gęby agenta GRU, stoczonej nienawiścią, a intuicja wydzwaniała swoje larum, za nic nie przynosząc uspokojenia. Nie wierzyłem, że odpuści. Nie po to anektował Krym, żeby nic z tego nie robić. Sprawdził Zachód, przeszło niemal bezkarnie, więc pójdzie dalej. To było pewne nawet dla laika. Nie trzeba być ekspertem wojskowym, sowietologiem czy profesorem psychiatrii. Zagadkę stanowił tylko termin i miejsce uderzenia. Aż stało się. Z dnia na dzień oddalałem powrót do napoczętych tekstów. Od czwartku wszystkie obserwacje i&amp;nbsp;myśli humanisty,&amp;nbsp;mniej lub bardziej uzbrojone w ironię,&amp;nbsp; bladły. Stawały się śmieszne niczym reklamy środków na niestrawność, wyskakujące w trakcie poszukiwania najnowszych doniesień o wojnie. Inne tematy przybrały kształt infantylnych mrzonek, odklejonych od rzeczywistości. Głowę coraz intensywniej wypełniał niepokój, czy Ukraina powstrzyma zwyrodnialca? A jeśli wojna rozleje się na cały świat? W piątek usiadałem obok Oleny, zawsze pogodnej, uśmiechniętej kobiety z ogromnym poczuciem humoru, teraz milczała w rozdarciu. Chciałaby wracać, bronić ojczyzny, jako kobieta przeszkolona w obchodzeniu się z bronią, co nawet wywołało mój smutny uśmiech i podziw, a z drugiej empatia kreśliła jej cierpienie i lęk o córki, wnuczęta, zięciów, którzy tam są. Niepokój o brata, zawodowego żołnierza, oficera, z którym nie ma kontaktu. W Polsce jest jej dobrze, mieszka z najmłodszym synem, którego też musi chronić i teraz ten dylemat rozdzierający serce, nie daje chwili wytchnienia. Milczałem w jedności, której nie wypełnią żadne słowa. Aż z jej ust wypłynęło: „nie będzie dobrze”. I co teraz? Miałem ją pocieszać? Wypowiadać frazesy? Że jednak może źle już było? Że cały świat jest z Wami, choć to Wy nadstawiacie za ten świat głowę, bo bolszewik znowu wziął Was na cel? Jak uwierzyć, że musi być lepiej? Mając ciągle w pamięci rok 2014, gdy wszystko skończyło się na gadaniu, naradzaniu, wyrzucaniu pustych haseł przez cały Zachód, który nie kwapił się do przyjmowania Ukrainy do UE, jako państwa niewystarczająco gotowego. Czemu nikt nie odstrzeli jednego psychola? Przecież prawo pozwala na eliminowanie potworów zagrażających światu? Ilu ludzi pomyślało w tym momencie podobnie? Chciałem wyrazić tę wściekłość, ale uszanowałem trwogę kobiety. W buczącej ciszy przewalały się chaotyczne myśli, biegły donikąd, choć przepychały się w kolejce. Jak niewiele trzeba , żeby zburzyć spokój? Zakwestionować budowane przez całe życie cele i poczucie ich jasności. Zmieść dobre samopoczucie i przekonanie o samostanowieniu w obliczu zagrożenia, którego nie powodujemy, bo przychodzi z zewnątrz. Wdziera się całą mocą wojskowego buta, transportera, czołgu, z hukiem eksplozji rakiety i niszczy w całości wszelkie wybory, lokum na kredyt, miejsce pracy, ulubiony pokój z biurkiem, podobnie jak intelekt, świadomość, poczucie sprawczości i odpowiedzialności za jakiś kawałek rzeczywistości, pewnej do wczoraj. Milczałem obok Oleny, w której oczach pojawiły się łzy gotowe do wypłynięcia, choć powstrzymywała je ostatkiem sił. Gdy uścisnąłem jej dłoń, popłynęły i zadzwonił telefon. W twarzy błysnął niepokój i już była przy synu, który podobno wczoraj rwał się do wyjazdu w obronie ojczyzny, choć to czternastolatek.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Wstałem z ławki, gdy mijał mnie mężczyzna w maseczce. Gdzież jest twoja moc covidzie, pomyślałem. Kacapska swołocz nagle unicestwiła powagę zarazy, zdaje się, że skuteczniej niż wszystkie szczepionki świata. To jest dopiero ironia losu! Gdzie są polskie boje o LGBT? A walczące feministki? Gender kontra oblężona twierdza Jędraszewskiego? Nepotyzm i cynizm polityki krajowej, obłuda purpuratów Kościoła? Jeden maniak unieważnia nagle wszystkie ideologie, ośmiesza podskakiwanie medialnych pajaców, a łykając potwory nasze powszednie, przybiera kształt i rozmiar monstrualnej bestii.&amp;nbsp; Nie przewidział tylko, że to dopiero zjednoczy świat, przypomni czym jest solidarność, współczucie w obliczu zagrożenia wolności. Ale też spowoduje, że zamiast rozważać zasadność dalszego tworzenia tekstu, ruszę chętniej do sklepu, żeby wypełnić koszyk podstawowymi produktami pierwszej potrzeby, przekazać organizacjom pomocowym, to wszystko, czego wagi nie dostrzegamy, dopóki nam dobrze, ciepło i bezpiecznie.&amp;nbsp;&amp;nbsp;</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Mam rozgrzebane teksty, dwa, tkwiły w pliku do dwudziestego trzeciego lutego. Ciągle wahałem się, który wybrać, skończyć, jaki opublikować. Lżejszy tematycznie, czy może jednak tym razem poważny? Ćwiczyłem wszelkie za i przeciw, a jednocześnie z niepokojem czytałem, słuchałem, oglądałem doniesienia, niepewny, co może zrobić kacapski szaleniec. Próbowałem jednocześnie nie oskarżać wszystkich Rosjan. Przecież nawet tysiące przypadków klinicznych, to jeszcze nie naród. W ilu Rosjanach trzeba zobaczyć ludzi zastraszonych, ogłupionych przez propagandę? Wypada pamiętać o protestujących, ściśniętych w aresztach i zapomnianych w dziesiątkach kolonii karnych, do których zsyła bezwzględny reżim bandyty. Oni zapewne nie chcą żadnej wojny, drżą o życie swoich synów, mężów, ojców i tęsknią do wolności stanowienia o sobie. Gdy mowa o Rosji media wrzucają nam sztandarowe oblicze psychopaty. Analizowałem za każdym razem tę mordę, kwintesencję zapiekłego zła czystej postaci. Fotografię zaciętej gęby agenta GRU, stoczonej nienawiścią, a intuicja wydzwaniała swoje larum, za nic nie przynosząc uspokojenia. Nie wierzyłem, że odpuści. Nie po to anektował Krym, żeby nic z tego nie robić. Sprawdził Zachód, przeszło niemal bezkarnie, więc pójdzie dalej. To było pewne nawet dla laika. Nie trzeba być ekspertem wojskowym, sowietologiem czy profesorem psychiatrii. Zagadkę stanowił tylko termin i miejsce uderzenia. Aż stało się. Z dnia na dzień oddalałem powrót do napoczętych tekstów. Od czwartku wszystkie obserwacje i&amp;nbsp;myśli humanisty,&amp;nbsp;mniej lub bardziej uzbrojone w ironię,&amp;nbsp; bladły. Stawały się śmieszne niczym reklamy środków na niestrawność, wyskakujące w trakcie poszukiwania najnowszych doniesień o wojnie. Inne tematy przybrały kształt infantylnych mrzonek, odklejonych od rzeczywistości. Głowę coraz intensywniej wypełniał niepokój, czy Ukraina powstrzyma zwyrodnialca? A jeśli wojna rozleje się na cały świat? W piątek usiadałem obok Oleny, zawsze pogodnej, uśmiechniętej kobiety z ogromnym poczuciem humoru, teraz milczała w rozdarciu. Chciałaby wracać, bronić ojczyzny, jako kobieta przeszkolona w obchodzeniu się z bronią, co nawet wywołało mój smutny uśmiech i podziw, a z drugiej empatia kreśliła jej cierpienie i lęk o córki, wnuczęta, zięciów, którzy tam są. Niepokój o brata, zawodowego żołnierza, oficera, z którym nie ma kontaktu. W Polsce jest jej dobrze, mieszka z najmłodszym synem, którego też musi chronić i teraz ten dylemat rozdzierający serce, nie daje chwili wytchnienia. Milczałem w jedności, której nie wypełnią żadne słowa. Aż z jej ust wypłynęło: „nie będzie dobrze”. I co teraz? Miałem ją pocieszać? Wypowiadać frazesy? Że jednak może źle już było? Że cały świat jest z Wami, choć to Wy nadstawiacie za ten świat głowę, bo bolszewik znowu wziął Was na cel? Jak uwierzyć, że musi być lepiej? Mając ciągle w pamięci rok 2014, gdy wszystko skończyło się na gadaniu, naradzaniu, wyrzucaniu pustych haseł przez cały Zachód, który nie kwapił się do przyjmowania Ukrainy do UE, jako państwa niewystarczająco gotowego. Czemu nikt nie odstrzeli jednego psychola? Przecież prawo pozwala na eliminowanie potworów zagrażających światu? Ilu ludzi pomyślało w tym momencie podobnie? Chciałem wyrazić tę wściekłość, ale uszanowałem trwogę kobiety. W buczącej ciszy przewalały się chaotyczne myśli, biegły donikąd, choć przepychały się w kolejce. Jak niewiele trzeba , żeby zburzyć spokój? Zakwestionować budowane przez całe życie cele i poczucie ich jasności. Zmieść dobre samopoczucie i przekonanie o samostanowieniu w obliczu zagrożenia, którego nie powodujemy, bo przychodzi z zewnątrz. Wdziera się całą mocą wojskowego buta, transportera, czołgu, z hukiem eksplozji rakiety i niszczy w całości wszelkie wybory, lokum na kredyt, miejsce pracy, ulubiony pokój z biurkiem, podobnie jak intelekt, świadomość, poczucie sprawczości i odpowiedzialności za jakiś kawałek rzeczywistości, pewnej do wczoraj. Milczałem obok Oleny, w której oczach pojawiły się łzy gotowe do wypłynięcia, choć powstrzymywała je ostatkiem sił. Gdy uścisnąłem jej dłoń, popłynęły i zadzwonił telefon. W twarzy błysnął niepokój i już była przy synu, który podobno wczoraj rwał się do wyjazdu w obronie ojczyzny, choć to czternastolatek.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Wstałem z ławki, gdy mijał mnie mężczyzna w maseczce. Gdzież jest twoja moc covidzie, pomyślałem. Kacapska swołocz nagle unicestwiła powagę zarazy, zdaje się, że skuteczniej niż wszystkie szczepionki świata. To jest dopiero ironia losu! Gdzie są polskie boje o LGBT? A walczące feministki? Gender kontra oblężona twierdza Jędraszewskiego? Nepotyzm i cynizm polityki krajowej, obłuda purpuratów Kościoła? Jeden maniak unieważnia nagle wszystkie ideologie, ośmiesza podskakiwanie medialnych pajaców, a łykając potwory nasze powszednie, przybiera kształt i rozmiar monstrualnej bestii.&amp;nbsp; Nie przewidział tylko, że to dopiero zjednoczy świat, przypomni czym jest solidarność, współczucie w obliczu zagrożenia wolności. Ale też spowoduje, że zamiast rozważać zasadność dalszego tworzenia tekstu, ruszę chętniej do sklepu, żeby wypełnić koszyk podstawowymi produktami pierwszej potrzeby, przekazać organizacjom pomocowym, to wszystko, czego wagi nie dostrzegamy, dopóki nam dobrze, ciepło i bezpiecznie.&amp;nbsp;&amp;nbsp;</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Covidowcy i Szury</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2022/01/covidowcy-i-szury.html</link><category>covidowcy</category><category>felieton</category><category>foliarze</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><category>Społeczeństwo</category><category>szczepienie</category><category>szury</category><pubDate>Fri, 14 Jan 2022 09:16:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-389686749059661131</guid><description>&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/covidovcy_i_szury.mp3"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/a&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/cora_narodu_i_dezerter.mp3" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: left;"&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/cora_narodu_i_dezerter.mp3" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="text-align: left;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="text-align: left;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; font-weight: bold; text-align: left;"&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/cora_narodu_i_dezerter.mp3"&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEgJbmPT6tqh8GrMosEqCe7O8XQkT6xGIgVvghB4IA5B6lsvOuGG9Xh6jx39xT96zE0m6HyrSRjVJpgmOye-4POt5m5C6UxVjTjf7342DHbZAmhKD_9Bt-XdyGq16cL9EQtMmTOygTM9jvqQAYpM6D_H9QpAQYg8lmxTIv6mc-9qz_ni6CivL24JK--Pfg=s741" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="741" data-original-width="603" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEgJbmPT6tqh8GrMosEqCe7O8XQkT6xGIgVvghB4IA5B6lsvOuGG9Xh6jx39xT96zE0m6HyrSRjVJpgmOye-4POt5m5C6UxVjTjf7342DHbZAmhKD_9Bt-XdyGq16cL9EQtMmTOygTM9jvqQAYpM6D_H9QpAQYg8lmxTIv6mc-9qz_ni6CivL24JK--Pfg=w325-h400" width="325" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Otrzymałem podziękowanie esemesem. Oto Minister Zdrowia docenił, że przyjąłem trzecią dawkę przypominającą, co ma mnie uchronić przed omikronem. Czuję się uhonorowany w obywatelskiej postawie. Tylko co uchroni odbiorców wiadomości przed Ministrem Zdrowia? Pominę fakt, że przekonani nie potrzebują dziękczynienia i powinien raczej złożyć je wszelkiej maści indywiduom ze swojego otoczenia, szczególnie za brak odpowiedzialności, co wyniosło kraj na europejską czołówkę rankingu zachorowalności, umieralności i statystyk nieszczepionych.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Podziękowania jakoś zniosłem, ale zderzony z faktem, że w tej samej wiadomości zostałem poproszony o zachęcanie innych, poczułem pewien deficyt patriotyzmu. Czyżby Minister sam bał się zachęcać, czy też brakuje mu argumentu? Przyznaję, że zważywszy na poziom umysłowy jego partyjnych koleżanek i kolegów ma prawo zwątpić w siłę każdej deklaracji, ale przecież ciąga patelnię po tym samym, co oni bruku. Mógłby poćwiczyć, dla dobra elektoratu, zachęcając choćby krakowską kurator Nowak, nawet nie do szczepień, broń ją Panie! Jedynie, żeby nie głosiła publicznie mądrości z ducha: „szczepionka eksperymentem na ludziach”. A i prezydent tego kraju zdaje się podważa zasadność kłucia gdzie się da.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Socjologowie donoszą, że covid, poza zagrożeniem zdrowia i życia, przyniósł nam kolejny podział plemienny, z którego bezapelacyjnie skorzysta cyniczna władza, bo jak wiadomo, gdzie kucharek sześć, tam cycków dwanaście i da się precyzyjniej ogłupić suwerena. Po jednej stronie covidowcy, którzy skazują się na nieodgadnione skutki eksperymentu przeciw ludzkości, w dodatku nie wiedzą dokąd powiedzie ich&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;Bill Gates&amp;nbsp;na smyczy sprzedanego czipa. Po drugiej szury albo antyszczepy, na których nie sposób nawet eksperymentować, gdy sami skazują się na wymarcie, ale z uniesionym czołem, w wolności od koncernów farmaceutycznych, choć z rurą wciśniętą przez handlarza bronią. Wybór plemienia należy do Ciebie, rodaku, i z pewnością nie będę zachęcał do żadnej drogi, albowiem rozum masz, a jeśli zgubiłeś i tak wiesz lepiej, a nawet najlepiej, przecież znasz się na wszystkim. A ziemia płaska jest, wiadomo. Się było za rzeką i nic się tam nie zagina, jak głosi klasyk.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Jedno pewne, Polak wolności broni, choćby miał za to życiem zapłacić. Pół biedy jak własnym, ale czemu innych? &lt;i&gt;Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka&lt;/i&gt;, to inny klasyk. A u nas, jak zwykle, musi być ograniczona z góry, nakazem. Inaczej jest polka galopka, wolna amerykanka i dziki wschód. Nie ustalimy, kto wolny, a kto wolniejszy albo najwolniejszy. Nakaz szczepień powinien przyjść od władzy, ale nikt po to nie sięgnie, bo tu życie i zdrowie narodu mniej znaczy, w cenie jest głos wyborcy. Nadwiślański lud zawsze na pierwszym miejscu postawi wymierny interes w złotówkach, we władzy, w ziemi czy ideologii, byle dało się przeliczyć.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEg1vf_teVRxzP7W-rKQ2sIM0CQkMD5RPmUind_5yXSAJSVp562NkNwZhQyOgi8jSV1S4hoWOXeNNAvAr4Sc-K2vp07P-ublGviImByDvcPhWIrpVUp0NkVrq3dCAyQmKCUwJwNqYK8KJ3HAseBioqfzQLlV_fCGE2ZN15_f2HI4F2JAA1J6gHfIZ3oKrQ=s785" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="453" data-original-width="785" height="231" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEg1vf_teVRxzP7W-rKQ2sIM0CQkMD5RPmUind_5yXSAJSVp562NkNwZhQyOgi8jSV1S4hoWOXeNNAvAr4Sc-K2vp07P-ublGviImByDvcPhWIrpVUp0NkVrq3dCAyQmKCUwJwNqYK8KJ3HAseBioqfzQLlV_fCGE2ZN15_f2HI4F2JAA1J6gHfIZ3oKrQ=w400-h231" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;Często jednak&lt;/span&gt; dramat szczepienia rozgrywa się w rodzinie. Plemienny podział to pół biedy. U&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;roczyście&amp;nbsp;&amp;nbsp;skoczą sobie do oczu przy wigilii i tyle. Gorzej, gdy nastoletnie dzieci chciałyby poczuć się bezpiecznie, móc swobodnie wejść na imprezę, do kawiarni lub chcą zwyczajnie uniknąć powikłań w chorobie, której skutki dane było im oglądać, ale są niepełnoletnie. Tymczasem ich ojcowie i matki ograniczają wolność wyboru z premedytacją. Ironia losu? Wyobraźcie sobie nastolatka, który chce uczciwie się zaszczepić, a nie może. Sięga po dowód pełnoletniego brata i się zań podaje, szuka szczepionki na czarnym rynku albo próbuje wymusić zgodę rodziców strajkiem głodowym. O takich przypadkach pisała niedawno Agata Romaniuk w „Dużym Formacie” (10.01.2022): &lt;i&gt;Rodzice są niezaszczepieni. I głęboko przekonani, że cała konwencjonalna medycyna to zło. A co dopiero szczepionka na COVID. Ojciec Ali jest bioenergoterapeutą, ma gabinet, dość popularny. Stosuje metodę Silvy i reiki, medycynę chińską, hipnoterapię i – jak można wyczytać na jego stronie WWW – przywraca równowagę w biopolu pacjenta oraz oferuje ochronę energetyczną. […] Matka Ali jest homeopatką, weganką, ale rodzina żyje z udziałów w fermie kurzej, którą prowadzi jej brat. […] Trzeba być naprawdę głupim, żeby się na to świństwo nie szczepić. Nie chciałam skończyć jak babcia, na wózku – tłumaczy Ala (ich córka), żując gumę. Ma kolorowe włosy, jest pewna siebie, czasem przeklnie. – Rodzice mi zawsze mówili, że najważniejsza jest wolność, duchowość, własna droga. Ale jak przyszło co do czego, to beton. Ojciec krzyczał: „Masz szlaban na szczepienie. Na imprezy masz szlaban, na Netflixa, na wszystko masz szlaban". Kłótnie trwały kilka tygodni i w końcu Ala wymyśliła głodówkę.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Mądrą mamy młodzież, przynajmniej jakąś jej część, która świadomością przerasta rodziców. Dobrze, kiedy bunt pokoleń idzie w stronę rozsądku, odpowiedzialności za siebie i innych oraz pewnej konsekwencji. Nie będę jednak piał peanów na jej cześć, jeśli codziennie jadę kolejką w hałaśliwym towarzystwie nastolatków, którym nie przyjdzie do głowy włożyć maseczki, mimo rozbrzmiewających w wagonach komunikatów o obowiązku zakrywania ust i nosa.&amp;nbsp; Tymczasem policjanci wędrują sobie po peronie, bo tam nie trzeba się zmagać z nikim. To samo widzicie zapewne w sklepie, autobusie czy tramwaju. Zwrócenie komukolwiek uwagi zakrawa na akt autodestrukcji, w najlepszym razie na oberwanie wiązanki soczystych przekleństw.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Miałem tego próbkę na żywo w trakcie przedświątecznych zakupów, gdy nagle doleciało zza pleców:&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Włóż maseczkę, kobieto, nie widzisz co tu się dzieje? Pomyśl o sobie i innych.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- A co to pana obchodzi, kto pan jest, żeby mi uwagę zwracać?!&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Myślący obywatel. Stwarza pani zagrożenie dla siebie i innych! Mam wezwać ochronę?&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Przestraszyłem się obywatela, sprawdzając dłonią, czy maseczka przylega.&amp;nbsp; To był chłop na schwał, barczysty, dobre metr i dziewięćdziesiąt, ale kobieta pyskowała dalej, całkiem już pewna swego, gdy dobiegał jej obrońca Waldek:&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Co jest? O co ci kurwa chodzi, koleś? - Waldek był niższy od obywatela przynajmniej o dwie głowy, ale miał pokaźny brzuch, którym z pewnością rozrabiałby jak spychaczem we mgle.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- O co chodzi?! O barany, które nie noszą maseczek i stwarzają zagrożenie, kumasz? Spojrzał na Waldka z góry i zdecydowanym krokiem naruszył jego bańkę, by wbić wzrok w jego chytre oczka.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- No uderz, uderz – zachęcał Waldek – taki jesteś twardy, to wal! Co ty, kurwa, z policji jesteś?! Nie? To spierdalaj!&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;I już by prasnął zawadiakę w dudniącą puszkę na mózg, ale teraz zjawiła się żona obywatela, odciągając go za rękaw kurtki, by spuścić z niego napięcie:&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Romek, zostaw! Buraka trzaśniesz, za człowieka odpowiesz! Nie zniżaj się do jego poziomu!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Poskutkowało, choć Romek jeszcze jakiś czas rzucał wiąchy bezsilności.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;Że zderzenie plemion w realu? A skąd! Nie to mnie poruszyło, zdaje się, że powszednieją nam takie widoki. Znacznie bardziej ukłuło ucho to: „z policji jesteś?”. Nie, że odpowiedzialność społeczna, że bezpieczeństwo, że troska o siebie i innych, że miłość bliźniego w katolickim wszak kraju z dziada pradziada, że poglądy czy ideologia. Wolność naruszona osobista! Polak musi mieć argument gumowej pały nad łbem, nakaz, zakaz i egzekucję. Tylko to przemówi, bo do troski o wspólne dobro nie dorośnie za cholerę. Musi bać się kary, mandatu, sądu, poczuć szlaban w zagarnianiu społecznej przestrzeni, ponieść ryzyko utraty, która da się przeliczyć, najlepiej na złotówki. Nie zmądrzeje od tego, ale da się wytresować&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/covidovcy_i_szury.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/a/AVvXsEgJbmPT6tqh8GrMosEqCe7O8XQkT6xGIgVvghB4IA5B6lsvOuGG9Xh6jx39xT96zE0m6HyrSRjVJpgmOye-4POt5m5C6UxVjTjf7342DHbZAmhKD_9Bt-XdyGq16cL9EQtMmTOygTM9jvqQAYpM6D_H9QpAQYg8lmxTIv6mc-9qz_ni6CivL24JK--Pfg=s72-w325-h400-c" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Otrzymałem podziękowanie esemesem. Oto Minister Zdrowia docenił, że przyjąłem trzecią dawkę przypominającą, co ma mnie uchronić przed omikronem. Czuję się uhonorowany w obywatelskiej postawie. Tylko co uchroni odbiorców wiadomości przed Ministrem Zdrowia? Pominę fakt, że przekonani nie potrzebują dziękczynienia i powinien raczej złożyć je wszelkiej maści indywiduom ze swojego otoczenia, szczególnie za brak odpowiedzialności, co wyniosło kraj na europejską czołówkę rankingu zachorowalności, umieralności i statystyk nieszczepionych.&amp;nbsp; Podziękowania jakoś zniosłem, ale zderzony z faktem, że w tej samej wiadomości zostałem poproszony o zachęcanie innych, poczułem pewien deficyt patriotyzmu. Czyżby Minister sam bał się zachęcać, czy też brakuje mu argumentu? Przyznaję, że zważywszy na poziom umysłowy jego partyjnych koleżanek i kolegów ma prawo zwątpić w siłę każdej deklaracji, ale przecież ciąga patelnię po tym samym, co oni bruku. Mógłby poćwiczyć, dla dobra elektoratu, zachęcając choćby krakowską kurator Nowak, nawet nie do szczepień, broń ją Panie! Jedynie, żeby nie głosiła publicznie mądrości z ducha: „szczepionka eksperymentem na ludziach”. A i prezydent tego kraju zdaje się podważa zasadność kłucia gdzie się da. Socjologowie donoszą, że covid, poza zagrożeniem zdrowia i życia, przyniósł nam kolejny podział plemienny, z którego bezapelacyjnie skorzysta cyniczna władza, bo jak wiadomo, gdzie kucharek sześć, tam cycków dwanaście i da się precyzyjniej ogłupić suwerena. Po jednej stronie covidowcy, którzy skazują się na nieodgadnione skutki eksperymentu przeciw ludzkości, w dodatku nie wiedzą dokąd powiedzie ich&amp;nbsp;Bill Gates&amp;nbsp;na smyczy sprzedanego czipa. Po drugiej szury albo antyszczepy, na których nie sposób nawet eksperymentować, gdy sami skazują się na wymarcie, ale z uniesionym czołem, w wolności od koncernów farmaceutycznych, choć z rurą wciśniętą przez handlarza bronią. Wybór plemienia należy do Ciebie, rodaku, i z pewnością nie będę zachęcał do żadnej drogi, albowiem rozum masz, a jeśli zgubiłeś i tak wiesz lepiej, a nawet najlepiej, przecież znasz się na wszystkim. A ziemia płaska jest, wiadomo. Się było za rzeką i nic się tam nie zagina, jak głosi klasyk.&amp;nbsp; Jedno pewne, Polak wolności broni, choćby miał za to życiem zapłacić. Pół biedy jak własnym, ale czemu innych? Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka, to inny klasyk. A u nas, jak zwykle, musi być ograniczona z góry, nakazem. Inaczej jest polka galopka, wolna amerykanka i dziki wschód. Nie ustalimy, kto wolny, a kto wolniejszy albo najwolniejszy. Nakaz szczepień powinien przyjść od władzy, ale nikt po to nie sięgnie, bo tu życie i zdrowie narodu mniej znaczy, w cenie jest głos wyborcy. Nadwiślański lud zawsze na pierwszym miejscu postawi wymierny interes w złotówkach, we władzy, w ziemi czy ideologii, byle dało się przeliczyć. Często jednak dramat szczepienia rozgrywa się w rodzinie. Plemienny podział to pół biedy. Uroczyście&amp;nbsp;&amp;nbsp;skoczą sobie do oczu przy wigilii i tyle. Gorzej, gdy nastoletnie dzieci chciałyby poczuć się bezpiecznie, móc swobodnie wejść na imprezę, do kawiarni lub chcą zwyczajnie uniknąć powikłań w chorobie, której skutki dane było im oglądać, ale są niepełnoletnie. Tymczasem ich ojcowie i matki ograniczają wolność wyboru z premedytacją. Ironia losu? Wyobraźcie sobie nastolatka, który chce uczciwie się zaszczepić, a nie może. Sięga po dowód pełnoletniego brata i się zań podaje, szuka szczepionki na czarnym rynku albo próbuje wymusić zgodę rodziców strajkiem głodowym. O takich przypadkach pisała niedawno Agata Romaniuk w „Dużym Formacie” (10.01.2022): Rodzice są niezaszczepieni. I głęboko przekonani, że cała konwencjonalna medycyna to zło. A co dopiero szczepionka na COVID. Ojciec Ali jest bioenergoterapeutą, ma gabinet, dość popularny. Stosuje metodę Silvy i reiki, medycynę chińską, hipnoterapię i – jak można wyczytać na jego stronie WWW – przywraca równowagę w biopolu pacjenta oraz oferuje ochronę energetyczną. […] Matka Ali jest homeopatką, weganką, ale rodzina żyje z udziałów w fermie kurzej, którą prowadzi jej brat. […] Trzeba być naprawdę głupim, żeby się na to świństwo nie szczepić. Nie chciałam skończyć jak babcia, na wózku – tłumaczy Ala (ich córka), żując gumę. Ma kolorowe włosy, jest pewna siebie, czasem przeklnie. – Rodzice mi zawsze mówili, że najważniejsza jest wolność, duchowość, własna droga. Ale jak przyszło co do czego, to beton. Ojciec krzyczał: „Masz szlaban na szczepienie. Na imprezy masz szlaban, na Netflixa, na wszystko masz szlaban". Kłótnie trwały kilka tygodni i w końcu Ala wymyśliła głodówkę.&amp;nbsp; Mądrą mamy młodzież, przynajmniej jakąś jej część, która świadomością przerasta rodziców. Dobrze, kiedy bunt pokoleń idzie w stronę rozsądku, odpowiedzialności za siebie i innych oraz pewnej konsekwencji. Nie będę jednak piał peanów na jej cześć, jeśli codziennie jadę kolejką w hałaśliwym towarzystwie nastolatków, którym nie przyjdzie do głowy włożyć maseczki, mimo rozbrzmiewających w wagonach komunikatów o obowiązku zakrywania ust i nosa.&amp;nbsp; Tymczasem policjanci wędrują sobie po peronie, bo tam nie trzeba się zmagać z nikim. To samo widzicie zapewne w sklepie, autobusie czy tramwaju. Zwrócenie komukolwiek uwagi zakrawa na akt autodestrukcji, w najlepszym razie na oberwanie wiązanki soczystych przekleństw.&amp;nbsp; Miałem tego próbkę na żywo w trakcie przedświątecznych zakupów, gdy nagle doleciało zza pleców:&amp;nbsp; - Włóż maseczkę, kobieto, nie widzisz co tu się dzieje? Pomyśl o sobie i innych.&amp;nbsp; - A co to pana obchodzi, kto pan jest, żeby mi uwagę zwracać?!&amp;nbsp; - Myślący obywatel. Stwarza pani zagrożenie dla siebie i innych! Mam wezwać ochronę? Przestraszyłem się obywatela, sprawdzając dłonią, czy maseczka przylega.&amp;nbsp; To był chłop na schwał, barczysty, dobre metr i dziewięćdziesiąt, ale kobieta pyskowała dalej, całkiem już pewna swego, gdy dobiegał jej obrońca Waldek:&amp;nbsp; - Co jest? O co ci kurwa chodzi, koleś? - Waldek był niższy od obywatela przynajmniej o dwie głowy, ale miał pokaźny brzuch, którym z pewnością rozrabiałby jak spychaczem we mgle.&amp;nbsp; - O co chodzi?! O barany, które nie noszą maseczek i stwarzają zagrożenie, kumasz? Spojrzał na Waldka z góry i zdecydowanym krokiem naruszył jego bańkę, by wbić wzrok w jego chytre oczka.&amp;nbsp; - No uderz, uderz – zachęcał Waldek – taki jesteś twardy, to wal! Co ty, kurwa, z policji jesteś?! Nie? To spierdalaj!&amp;nbsp; I już by prasnął zawadiakę w dudniącą puszkę na mózg, ale teraz zjawiła się żona obywatela, odciągając go za rękaw kurtki, by spuścić z niego napięcie:&amp;nbsp; - Romek, zostaw! Buraka trzaśniesz, za człowieka odpowiesz! Nie zniżaj się do jego poziomu!&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Poskutkowało, choć Romek jeszcze jakiś czas rzucał wiąchy bezsilności.&amp;nbsp;Że zderzenie plemion w realu? A skąd! Nie to mnie poruszyło, zdaje się, że powszednieją nam takie widoki. Znacznie bardziej ukłuło ucho to: „z policji jesteś?”. Nie, że odpowiedzialność społeczna, że bezpieczeństwo, że troska o siebie i innych, że miłość bliźniego w katolickim wszak kraju z dziada pradziada, że poglądy czy ideologia. Wolność naruszona osobista! Polak musi mieć argument gumowej pały nad łbem, nakaz, zakaz i egzekucję. Tylko to przemówi, bo do troski o wspólne dobro nie dorośnie za cholerę. Musi bać się kary, mandatu, sądu, poczuć szlaban w zagarnianiu społecznej przestrzeni, ponieść ryzyko utraty, która da się przeliczyć, najlepiej na złotówki. Nie zmądrzeje od tego, ale da się wytresować.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Otrzymałem podziękowanie esemesem. Oto Minister Zdrowia docenił, że przyjąłem trzecią dawkę przypominającą, co ma mnie uchronić przed omikronem. Czuję się uhonorowany w obywatelskiej postawie. Tylko co uchroni odbiorców wiadomości przed Ministrem Zdrowia? Pominę fakt, że przekonani nie potrzebują dziękczynienia i powinien raczej złożyć je wszelkiej maści indywiduom ze swojego otoczenia, szczególnie za brak odpowiedzialności, co wyniosło kraj na europejską czołówkę rankingu zachorowalności, umieralności i statystyk nieszczepionych.&amp;nbsp; Podziękowania jakoś zniosłem, ale zderzony z faktem, że w tej samej wiadomości zostałem poproszony o zachęcanie innych, poczułem pewien deficyt patriotyzmu. Czyżby Minister sam bał się zachęcać, czy też brakuje mu argumentu? Przyznaję, że zważywszy na poziom umysłowy jego partyjnych koleżanek i kolegów ma prawo zwątpić w siłę każdej deklaracji, ale przecież ciąga patelnię po tym samym, co oni bruku. Mógłby poćwiczyć, dla dobra elektoratu, zachęcając choćby krakowską kurator Nowak, nawet nie do szczepień, broń ją Panie! Jedynie, żeby nie głosiła publicznie mądrości z ducha: „szczepionka eksperymentem na ludziach”. A i prezydent tego kraju zdaje się podważa zasadność kłucia gdzie się da. Socjologowie donoszą, że covid, poza zagrożeniem zdrowia i życia, przyniósł nam kolejny podział plemienny, z którego bezapelacyjnie skorzysta cyniczna władza, bo jak wiadomo, gdzie kucharek sześć, tam cycków dwanaście i da się precyzyjniej ogłupić suwerena. Po jednej stronie covidowcy, którzy skazują się na nieodgadnione skutki eksperymentu przeciw ludzkości, w dodatku nie wiedzą dokąd powiedzie ich&amp;nbsp;Bill Gates&amp;nbsp;na smyczy sprzedanego czipa. Po drugiej szury albo antyszczepy, na których nie sposób nawet eksperymentować, gdy sami skazują się na wymarcie, ale z uniesionym czołem, w wolności od koncernów farmaceutycznych, choć z rurą wciśniętą przez handlarza bronią. Wybór plemienia należy do Ciebie, rodaku, i z pewnością nie będę zachęcał do żadnej drogi, albowiem rozum masz, a jeśli zgubiłeś i tak wiesz lepiej, a nawet najlepiej, przecież znasz się na wszystkim. A ziemia płaska jest, wiadomo. Się było za rzeką i nic się tam nie zagina, jak głosi klasyk.&amp;nbsp; Jedno pewne, Polak wolności broni, choćby miał za to życiem zapłacić. Pół biedy jak własnym, ale czemu innych? Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka, to inny klasyk. A u nas, jak zwykle, musi być ograniczona z góry, nakazem. Inaczej jest polka galopka, wolna amerykanka i dziki wschód. Nie ustalimy, kto wolny, a kto wolniejszy albo najwolniejszy. Nakaz szczepień powinien przyjść od władzy, ale nikt po to nie sięgnie, bo tu życie i zdrowie narodu mniej znaczy, w cenie jest głos wyborcy. Nadwiślański lud zawsze na pierwszym miejscu postawi wymierny interes w złotówkach, we władzy, w ziemi czy ideologii, byle dało się przeliczyć. Często jednak dramat szczepienia rozgrywa się w rodzinie. Plemienny podział to pół biedy. Uroczyście&amp;nbsp;&amp;nbsp;skoczą sobie do oczu przy wigilii i tyle. Gorzej, gdy nastoletnie dzieci chciałyby poczuć się bezpiecznie, móc swobodnie wejść na imprezę, do kawiarni lub chcą zwyczajnie uniknąć powikłań w chorobie, której skutki dane było im oglądać, ale są niepełnoletnie. Tymczasem ich ojcowie i matki ograniczają wolność wyboru z premedytacją. Ironia losu? Wyobraźcie sobie nastolatka, który chce uczciwie się zaszczepić, a nie może. Sięga po dowód pełnoletniego brata i się zań podaje, szuka szczepionki na czarnym rynku albo próbuje wymusić zgodę rodziców strajkiem głodowym. O takich przypadkach pisała niedawno Agata Romaniuk w „Dużym Formacie” (10.01.2022): Rodzice są niezaszczepieni. I głęboko przekonani, że cała konwencjonalna medycyna to zło. A co dopiero szczepionka na COVID. Ojciec Ali jest bioenergoterapeutą, ma gabinet, dość popularny. Stosuje metodę Silvy i reiki, medycynę chińską, hipnoterapię i – jak można wyczytać na jego stronie WWW – przywraca równowagę w biopolu pacjenta oraz oferuje ochronę energetyczną. […] Matka Ali jest homeopatką, weganką, ale rodzina żyje z udziałów w fermie kurzej, którą prowadzi jej brat. […] Trzeba być naprawdę głupim, żeby się na to świństwo nie szczepić. Nie chciałam skończyć jak babcia, na wózku – tłumaczy Ala (ich córka), żując gumę. Ma kolorowe włosy, jest pewna siebie, czasem przeklnie. – Rodzice mi zawsze mówili, że najważniejsza jest wolność, duchowość, własna droga. Ale jak przyszło co do czego, to beton. Ojciec krzyczał: „Masz szlaban na szczepienie. Na imprezy masz szlaban, na Netflixa, na wszystko masz szlaban". Kłótnie trwały kilka tygodni i w końcu Ala wymyśliła głodówkę.&amp;nbsp; Mądrą mamy młodzież, przynajmniej jakąś jej część, która świadomością przerasta rodziców. Dobrze, kiedy bunt pokoleń idzie w stronę rozsądku, odpowiedzialności za siebie i innych oraz pewnej konsekwencji. Nie będę jednak piał peanów na jej cześć, jeśli codziennie jadę kolejką w hałaśliwym towarzystwie nastolatków, którym nie przyjdzie do głowy włożyć maseczki, mimo rozbrzmiewających w wagonach komunikatów o obowiązku zakrywania ust i nosa.&amp;nbsp; Tymczasem policjanci wędrują sobie po peronie, bo tam nie trzeba się zmagać z nikim. To samo widzicie zapewne w sklepie, autobusie czy tramwaju. Zwrócenie komukolwiek uwagi zakrawa na akt autodestrukcji, w najlepszym razie na oberwanie wiązanki soczystych przekleństw.&amp;nbsp; Miałem tego próbkę na żywo w trakcie przedświątecznych zakupów, gdy nagle doleciało zza pleców:&amp;nbsp; - Włóż maseczkę, kobieto, nie widzisz co tu się dzieje? Pomyśl o sobie i innych.&amp;nbsp; - A co to pana obchodzi, kto pan jest, żeby mi uwagę zwracać?!&amp;nbsp; - Myślący obywatel. Stwarza pani zagrożenie dla siebie i innych! Mam wezwać ochronę? Przestraszyłem się obywatela, sprawdzając dłonią, czy maseczka przylega.&amp;nbsp; To był chłop na schwał, barczysty, dobre metr i dziewięćdziesiąt, ale kobieta pyskowała dalej, całkiem już pewna swego, gdy dobiegał jej obrońca Waldek:&amp;nbsp; - Co jest? O co ci kurwa chodzi, koleś? - Waldek był niższy od obywatela przynajmniej o dwie głowy, ale miał pokaźny brzuch, którym z pewnością rozrabiałby jak spychaczem we mgle.&amp;nbsp; - O co chodzi?! O barany, które nie noszą maseczek i stwarzają zagrożenie, kumasz? Spojrzał na Waldka z góry i zdecydowanym krokiem naruszył jego bańkę, by wbić wzrok w jego chytre oczka.&amp;nbsp; - No uderz, uderz – zachęcał Waldek – taki jesteś twardy, to wal! Co ty, kurwa, z policji jesteś?! Nie? To spierdalaj!&amp;nbsp; I już by prasnął zawadiakę w dudniącą puszkę na mózg, ale teraz zjawiła się żona obywatela, odciągając go za rękaw kurtki, by spuścić z niego napięcie:&amp;nbsp; - Romek, zostaw! Buraka trzaśniesz, za człowieka odpowiesz! Nie zniżaj się do jego poziomu!&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Poskutkowało, choć Romek jeszcze jakiś czas rzucał wiąchy bezsilności.&amp;nbsp;Że zderzenie plemion w realu? A skąd! Nie to mnie poruszyło, zdaje się, że powszednieją nam takie widoki. Znacznie bardziej ukłuło ucho to: „z policji jesteś?”. Nie, że odpowiedzialność społeczna, że bezpieczeństwo, że troska o siebie i innych, że miłość bliźniego w katolickim wszak kraju z dziada pradziada, że poglądy czy ideologia. Wolność naruszona osobista! Polak musi mieć argument gumowej pały nad łbem, nakaz, zakaz i egzekucję. Tylko to przemówi, bo do troski o wspólne dobro nie dorośnie za cholerę. Musi bać się kary, mandatu, sądu, poczuć szlaban w zagarnianiu społecznej przestrzeni, ponieść ryzyko utraty, która da się przeliczyć, najlepiej na złotówki. Nie zmądrzeje od tego, ale da się wytresować.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Córa narodu i dezerter</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/11/cora-narodu-i-dezerter.html</link><category>kraj</category><category>Obrazki</category><category>patriotyzm</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><category>rozmowy</category><category>Zagrożenie</category><pubDate>Sat, 27 Nov 2021 15:08:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-6118358395375238447</guid><description>&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/cora_narodu_i_dezerter.mp3"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEh3N8yOJjKc40UOE1sEVmeWfvMBEY4QZVXLykBMuMsuMA9Y80gWzhLHvWlGZFsbLdITOzuSmb_uDJUBDVOFc1rdjhbn5hvTip0Tw-_u9xpSx_-n6MD4p1Zv-U7wVqQOO45NJCM7zl6knlx6/s778/dezerter1.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="778" data-original-width="526" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEh3N8yOJjKc40UOE1sEVmeWfvMBEY4QZVXLykBMuMsuMA9Y80gWzhLHvWlGZFsbLdITOzuSmb_uDJUBDVOFc1rdjhbn5hvTip0Tw-_u9xpSx_-n6MD4p1Zv-U7wVqQOO45NJCM7zl6knlx6/w270-h400/dezerter1.jpg" width="270" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;i&gt;„Jak ci się wydaje? Co mógłbyś zrobić, jeśli Twój kraj byłby zagrożony? Spieprzyć do innego czy walczyć? Zakładam, że nie wiemy, co rzeczywiście bylibyśmy w stanie począć, tego nie wie nikt, ale tak hipotetycznie?”&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Gdyby nie słownictwo, uznałbym, że to ankieta telewizji Trwam i tylko czysty przypadek sprawił, że wbiła w messendżera. Skąd tak dziwne pytanie? Akurat teraz, gdy na białoruskiej granicy pojawiło się światełko. Klikamy do porannej kawy, więc co chodzi po głowie Izy w środku nocy? Zagrożony? Kraj? Pewnie robiłbym swoje, ignorując kolejne rewelacje medialne. Co mógłbym robić? Napiąć harcerską pierś jak żona Stuhra i gnać z batonikami do słabszych? Wiąchy puszczać w sieć jak Kurdej-Szatan, nie ryzykując nic, bom nie celebryta? Nie, nie dam się sprowokować. Nie komentuję. Poprzewracam się z boku na bok, gniotąc w zarodku kwestię walecznych postaw.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Mógłbyś odpowiedzieć na moje pytanie? - Powróciła uporem z rana.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Raczej uciekałbym, tylko nie wiem dokąd? W coraz głębszym poważaniu mając kraj podziałów, nieodpowiedzialnych wyborców i kolejnych idiotów u steru, zamienianych przez bezczelnych cyników, klasycznych skurwysynów albo wszystkich w jednym. – Uznałem, że to zamyka temat.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- I tak byłoby naprawdę najlepiej? Uciec? Dałbyś radę spojrzeć w lustro przy goleniu? Żaden rząd, ani ludzie nie mają dla mnie większego znaczenia. Może z wyjątkiem najbliższych i tych, których szanuję, bo &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;znam od&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;lat. Bynajmniej nie za nich szłabym walczyć, ale musiałabym coś zrobić. W takiej okoliczności jest w człowieku potrzeba czynu. A ja szybko i w nadmiarze kumuluję wtedy energię, najmocniej złą, musiałabym ją spożytkować, wyrzucić z siebie, a nic prostszego niż zewnętrzny wróg. Dlatego podziwiam żołnierzy i policjantów na granicy, tych opanowanych. Gdyby moja koleżanka lub kolega został ranny, uderzony, z pewnością wyplułabym sporo rozumu, robiąc miejsce na jad.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- I czego chciałabyś bronić, poza skórą kolegi?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Pewnie cierpię na jakąś odmianę ksenofobii. Broniłabym tradycji, języka, nawet stanowiska kierowniczego, żeby jakaś obca baba mną nie rządziła. Mam lęk przed tym, że stanę się mniejszością we własnym kraju, będę musiała tyrać na obcego. Umiesz to sobie wyobrazić?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Tak... a ten, na którego tyrasz? Niby taki swój? Burak i cham, skupiony na własnej piwnicy. Tępy odwrotnie proporcjonalnie do poziomu pazerności i chciwości. Odziedziczył po tatusiu majątek i pogardę, płynące pewnie jeszcze z paktu czarnych, czerwonych i innych ubeków. To jest ten patriotyzm? Z niego potrzeba obrony?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Może poczytaj o chinolach i koreanach, tych, co&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;w tutejszych fabrykach&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;stoją z batem nad słowiańskim karkiem. Na pana i władcę Amazona, gotowego wciskać pieluchę w robociarskie majty, żeby podkręcić wydajność za głodową pensję. Obcy niewiele wnoszą do poprawy warunków i kultury pracy.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgNxwr1zK7JquzTPaPtfdHRvoMuJVw9A7IQHKOpafRj3pgCHyvVYD96j3BvyUW0nhTNo73Rlr1uIwsriBgntQa6mjPZBcusnvX4Tbg0c1C90hFJK5j99BOHTCN6sgZbxpT0HRjo_CdrKjxE/s260/dezerter2.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="194" data-original-width="260" height="239" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgNxwr1zK7JquzTPaPtfdHRvoMuJVw9A7IQHKOpafRj3pgCHyvVYD96j3BvyUW0nhTNo73Rlr1uIwsriBgntQa6mjPZBcusnvX4Tbg0c1C90hFJK5j99BOHTCN6sgZbxpT0HRjo_CdrKjxE/w320-h239/dezerter2.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Zgoda. Dlatego gubię się i nie wiem, czy jest o co walczyć. Język? Jakiego chciałabyś bronić? Kto go dziś szanuje i gdzie? Rozejrzyj się: skróty, emoty, beknięcia monosylab. Wtykanie angielskich protez, wszelkie te potworki rodzaju „w kontakcie” rzucane do telefonu na pożegnanie albo wulgaryzmy w miejsce przecinka, bez żenady wypluwane publicznie. To jest troska o język? Ludzi serdecznie wali używanie polskich znaków w sieci, sadzą ortografy, uznając, że odbiorca i tak rozumie... zanik czytelnictwa, królestwo dysleksji i dysgrafii, wtórny analfabetyzm z mgr przed nazwiskiem. I ta wszechogarniająca niezdolność do czytania ze zrozumieniem! Nawet instrukcje obsługi dają w obrazkach, żeby patriota nie zgubił się z suszarką w wannie! Naprawdę narażałabyś życie za język?&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- A ty chciałbyś, żeby obcy wszedł i tobą poniewierał, twoją żoną, dziećmi? Chciałbyś poczuć się obco&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;u siebie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;? Żeby wdeptał w glebę tradycję, zwyczaje?&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Po jakiej tradycji biega twoja myśl? Chodzenie do kościoła? Ludyczne terkotki różańca, które nie wpływają na zachowania poza kruchtą i zaprawiają ślinę toksyną do plucia w każdego, kto tkwi poza „naszym radyjem”? Oblechy w sukienkach na straży wiary ojców? W imię dziedzictwa molestujące dzieci, pod przykrywką innych oblechów, wyżej postawionych w hierarchii? Choinki w sklepie tuż po zebraniu zniczy listopadowych? Czy ucieczka do kurortu i spa w ramach obchodów Bożego Narodzenia, bo dłuższy weekend? Może jednak dzieciaki latające z rzeźbioną dynią na amerykańską modłę?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jak ci tak źle, mogłeś dawno stąd wypierniczać, bez zagrożenia, a jakoś zostałeś?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Trzeba jeszcze wierzyć, że gdzieś będzie lepiej. Mam z tym problem. Ucieczka za kasą? To dezercja czystszej postaci, nie stać mnie na to. Tu się urodziłem, ten kraj mnie wykształcił i ukształtował, jestem mu winny codzienny wysiłek, uczciwość, lojalność, tu, nie za granicą. W jego kulturze spotkałem mądrzejszych od siebie, którzy ciągnęli mnie w górę. Jaki by nie był, wyrosłem z jego korzeni, wierzę, że coś go w końcu przemaluje. Choćby na gruzach dzisiejszych absurdów miał stawać od nowa, kocham go i nienawidzę tak samo.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- No i tej pięknej gadki nie chciałbyś przełożyć na czyny, szczególnie w czasie zagrożenia? Trochę to pokręcone, co?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- W czasie zagrożenia zgniłbym w pierdlu, a może rozwalony przez prawdziwych Polaków. Za pacyfizm i emigrację wewnętrzną, za minimalną strefę komfortu i wygodnictwo, do którego wszyscy dążą. Co można w starciu z systemem? Nie mam złudzeń. Spójrz dookoła. Hurma sfrustrowanych jednostek, szarpiących – co najwyżej – powstańczy beret we wszystkie strony. Zbyt ubogich i pazernych, żeby tworzyć społeczeństwo. Reszta to mity desperacji, ciągnące się od walki z zaborcą przez wszystkie fronty podziemne i naziemne, wzmocnione krzyki rozpaczy z powodu położenia geopolitycznego. Odwieczne trwanie między wódą a zagrychą siedzących przy stole niedźwiedzi ma swoje skutki. Gdy spojrzysz wstecz, historia nikogo i niczego nie uczy. To nie naród już, a jedynie zbiorowość pogubionych nomadów, w pogodni za zyskiem, okradających się wzajem z kasy i godności.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgus5f4JaPgYF2fXqO0Cz8d0fnYgpjwC3yC7dqodCDU3OvX8m8HVZE3rnoOysAj_kp_GbPCMClW2GnmfAVbB8nr7_6B4_TYHjDGL8pXa-xoBKCovaHYf5gLsy7qAiZWSvVSMHDYDhU7MSVg/s1580/dezerter+4.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="1057" data-original-width="1580" height="268" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgus5f4JaPgYF2fXqO0Cz8d0fnYgpjwC3yC7dqodCDU3OvX8m8HVZE3rnoOysAj_kp_GbPCMClW2GnmfAVbB8nr7_6B4_TYHjDGL8pXa-xoBKCovaHYf5gLsy7qAiZWSvVSMHDYDhU7MSVg/w400-h268/dezerter+4.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Ale czy po to nasi przodkowie walczyli o niepodległość, żeby weszło tu multi kulti? Mnie już dziś wkurzają ci, co za mocno się zadomowili i próbują narzucać swoją wolę. Ty nie widzisz w nas narodu, a niektórzy Ukraińcy i Białorusini potrafią zawalczyć o&amp;nbsp; swoje odrębności, choć nawet między sobą porozumiewają się po rosyjsku. Mamy się cofać przed ich naporem? Oddać się byle komu?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jak widzisz ze średnim skutkiem, skoro siedzą pod butem starego kołchoźnika. Może jednak chronią nas przed klęską? Ciągną wózki, których nie tkną krajanie. Pracują tam, gdzie rodzimy pracodawca nie myśli godnie płacić swoim i o to masz pretensje? Ukrainka sprząta sracz w centrum handlowym, bo Polka najwyżej nie spuści po sobie wody, to do kogo ten żal?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jestem Polką z dziada pradziada, a może i dalej i jestem z tego dumna, z ludzi strzegących naszych granic, a to oznacza, że naród jeszcze jest.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- I byłaś dumna z tego, jak nasi dzielni żołnierze przerzucają głodne dzieci zziębniętym i niewiele rozumiejącym matkom?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Każdy widzi co chce zobaczyć. Nie my jesteśmy odpowiedzialni za to, co dzieje się z kobietami i dziećmi. Ruszyli tu na własne życzenie. Nie sądzę, żeby nie otrzymali żadnej pomocy, jeśli faktycznie jej potrzebują. A&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;odpowiedzialność&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;powinni ponieść&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;akurat ci&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;, którzy zgotowali tym ludziom ten los. Nikomu w życie nie wchodzimy z butami.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Widzisz, sami jesteśmy podzieleni jak większość rodaków. Pozostaje napić się kawy i cieszyć, że jeszcze umiemy rozmawiać bez rozdrapywania ekranów.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Masz rację, kawa łagodzi obyczaje. A jak przyjdzie zagrożenie, ciebie wcielą siłą do armii, a ja i tak wojnę przesiedzę na wsi.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Obawiam się, że nie ma większego zagrożenia dla tego kraju niż arogancja władzy i ignorancja jego obywateli, ale to przynajmniej znamy.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/cora_narodu_i_dezerter.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEh3N8yOJjKc40UOE1sEVmeWfvMBEY4QZVXLykBMuMsuMA9Y80gWzhLHvWlGZFsbLdITOzuSmb_uDJUBDVOFc1rdjhbn5hvTip0Tw-_u9xpSx_-n6MD4p1Zv-U7wVqQOO45NJCM7zl6knlx6/s72-w270-h400-c/dezerter1.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&amp;nbsp; „Jak ci się wydaje? Co mógłbyś zrobić, jeśli Twój kraj byłby zagrożony? Spieprzyć do innego czy walczyć? Zakładam, że nie wiemy, co rzeczywiście bylibyśmy w stanie począć, tego nie wie nikt, ale tak hipotetycznie?”&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Gdyby nie słownictwo, uznałbym, że to ankieta telewizji Trwam i tylko czysty przypadek sprawił, że wbiła w messendżera. Skąd tak dziwne pytanie? Akurat teraz, gdy na białoruskiej granicy pojawiło się światełko. Klikamy do porannej kawy, więc co chodzi po głowie Izy w środku nocy? Zagrożony? Kraj? Pewnie robiłbym swoje, ignorując kolejne rewelacje medialne. Co mógłbym robić? Napiąć harcerską pierś jak żona Stuhra i gnać z batonikami do słabszych? Wiąchy puszczać w sieć jak Kurdej-Szatan, nie ryzykując nic, bom nie celebryta? Nie, nie dam się sprowokować. Nie komentuję. Poprzewracam się z boku na bok, gniotąc w zarodku kwestię walecznych postaw. - Mógłbyś odpowiedzieć na moje pytanie? - Powróciła uporem z rana. - Raczej uciekałbym, tylko nie wiem dokąd? W coraz głębszym poważaniu mając kraj podziałów, nieodpowiedzialnych wyborców i kolejnych idiotów u steru, zamienianych przez bezczelnych cyników, klasycznych skurwysynów albo wszystkich w jednym. – Uznałem, że to zamyka temat. - I tak byłoby naprawdę najlepiej? Uciec? Dałbyś radę spojrzeć w lustro przy goleniu? Żaden rząd, ani ludzie nie mają dla mnie większego znaczenia. Może z wyjątkiem najbliższych i tych, których szanuję, bo znam od&amp;nbsp;lat. Bynajmniej nie za nich szłabym walczyć, ale musiałabym coś zrobić. W takiej okoliczności jest w człowieku potrzeba czynu. A ja szybko i w nadmiarze kumuluję wtedy energię, najmocniej złą, musiałabym ją spożytkować, wyrzucić z siebie, a nic prostszego niż zewnętrzny wróg. Dlatego podziwiam żołnierzy i policjantów na granicy, tych opanowanych. Gdyby moja koleżanka lub kolega został ranny, uderzony, z pewnością wyplułabym sporo rozumu, robiąc miejsce na jad. - I czego chciałabyś bronić, poza skórą kolegi?&amp;nbsp; - Pewnie cierpię na jakąś odmianę ksenofobii. Broniłabym tradycji, języka, nawet stanowiska kierowniczego, żeby jakaś obca baba mną nie rządziła. Mam lęk przed tym, że stanę się mniejszością we własnym kraju, będę musiała tyrać na obcego. Umiesz to sobie wyobrazić? - Tak... a ten, na którego tyrasz? Niby taki swój? Burak i cham, skupiony na własnej piwnicy. Tępy odwrotnie proporcjonalnie do poziomu pazerności i chciwości. Odziedziczył po tatusiu majątek i pogardę, płynące pewnie jeszcze z paktu czarnych, czerwonych i innych ubeków. To jest ten patriotyzm? Z niego potrzeba obrony? - Może poczytaj o chinolach i koreanach, tych, co&amp;nbsp;w tutejszych fabrykach&amp;nbsp;stoją z batem nad słowiańskim karkiem. Na pana i władcę Amazona, gotowego wciskać pieluchę w robociarskie majty, żeby podkręcić wydajność za głodową pensję. Obcy niewiele wnoszą do poprawy warunków i kultury pracy.&amp;nbsp; - Zgoda. Dlatego gubię się i nie wiem, czy jest o co walczyć. Język? Jakiego chciałabyś bronić? Kto go dziś szanuje i gdzie? Rozejrzyj się: skróty, emoty, beknięcia monosylab. Wtykanie angielskich protez, wszelkie te potworki rodzaju „w kontakcie” rzucane do telefonu na pożegnanie albo wulgaryzmy w miejsce przecinka, bez żenady wypluwane publicznie. To jest troska o język? Ludzi serdecznie wali używanie polskich znaków w sieci, sadzą ortografy, uznając, że odbiorca i tak rozumie... zanik czytelnictwa, królestwo dysleksji i dysgrafii, wtórny analfabetyzm z mgr przed nazwiskiem. I ta wszechogarniająca niezdolność do czytania ze zrozumieniem! Nawet instrukcje obsługi dają w obrazkach, żeby patriota nie zgubił się z suszarką w wannie! Naprawdę narażałabyś życie za język? - A ty chciałbyś, żeby obcy wszedł i tobą poniewierał, twoją żoną, dziećmi? Chciałbyś poczuć się obco&amp;nbsp;u siebie? Żeby wdeptał w glebę tradycję, zwyczaje? - Po jakiej tradycji biega twoja myśl? Chodzenie do kościoła? Ludyczne terkotki różańca, które nie wpływają na zachowania poza kruchtą i zaprawiają ślinę toksyną do plucia w każdego, kto tkwi poza „naszym radyjem”? Oblechy w sukienkach na straży wiary ojców? W imię dziedzictwa molestujące dzieci, pod przykrywką innych oblechów, wyżej postawionych w hierarchii? Choinki w sklepie tuż po zebraniu zniczy listopadowych? Czy ucieczka do kurortu i spa w ramach obchodów Bożego Narodzenia, bo dłuższy weekend? Może jednak dzieciaki latające z rzeźbioną dynią na amerykańską modłę? - Jak ci tak źle, mogłeś dawno stąd wypierniczać, bez zagrożenia, a jakoś zostałeś?&amp;nbsp; - Trzeba jeszcze wierzyć, że gdzieś będzie lepiej. Mam z tym problem. Ucieczka za kasą? To dezercja czystszej postaci, nie stać mnie na to. Tu się urodziłem, ten kraj mnie wykształcił i ukształtował, jestem mu winny codzienny wysiłek, uczciwość, lojalność, tu, nie za granicą. W jego kulturze spotkałem mądrzejszych od siebie, którzy ciągnęli mnie w górę. Jaki by nie był, wyrosłem z jego korzeni, wierzę, że coś go w końcu przemaluje. Choćby na gruzach dzisiejszych absurdów miał stawać od nowa, kocham go i nienawidzę tak samo. - No i tej pięknej gadki nie chciałbyś przełożyć na czyny, szczególnie w czasie zagrożenia? Trochę to pokręcone, co? - W czasie zagrożenia zgniłbym w pierdlu, a może rozwalony przez prawdziwych Polaków. Za pacyfizm i emigrację wewnętrzną, za minimalną strefę komfortu i wygodnictwo, do którego wszyscy dążą. Co można w starciu z systemem? Nie mam złudzeń. Spójrz dookoła. Hurma sfrustrowanych jednostek, szarpiących – co najwyżej – powstańczy beret we wszystkie strony. Zbyt ubogich i pazernych, żeby tworzyć społeczeństwo. Reszta to mity desperacji, ciągnące się od walki z zaborcą przez wszystkie fronty podziemne i naziemne, wzmocnione krzyki rozpaczy z powodu położenia geopolitycznego. Odwieczne trwanie między wódą a zagrychą siedzących przy stole niedźwiedzi ma swoje skutki. Gdy spojrzysz wstecz, historia nikogo i niczego nie uczy. To nie naród już, a jedynie zbiorowość pogubionych nomadów, w pogodni za zyskiem, okradających się wzajem z kasy i godności. - Ale czy po to nasi przodkowie walczyli o niepodległość, żeby weszło tu multi kulti? Mnie już dziś wkurzają ci, co za mocno się zadomowili i próbują narzucać swoją wolę. Ty nie widzisz w nas narodu, a niektórzy Ukraińcy i Białorusini potrafią zawalczyć o&amp;nbsp; swoje odrębności, choć nawet między sobą porozumiewają się po rosyjsku. Mamy się cofać przed ich naporem? Oddać się byle komu?&amp;nbsp; - Jak widzisz ze średnim skutkiem, skoro siedzą pod butem starego kołchoźnika. Może jednak chronią nas przed klęską? Ciągną wózki, których nie tkną krajanie. Pracują tam, gdzie rodzimy pracodawca nie myśli godnie płacić swoim i o to masz pretensje? Ukrainka sprząta sracz w centrum handlowym, bo Polka najwyżej nie spuści po sobie wody, to do kogo ten żal?&amp;nbsp; - Jestem Polką z dziada pradziada, a może i dalej i jestem z tego dumna, z ludzi strzegących naszych granic, a to oznacza, że naród jeszcze jest. - I byłaś dumna z tego, jak nasi dzielni żołnierze przerzucają głodne dzieci zziębniętym i niewiele rozumiejącym matkom? - Każdy widzi co chce zobaczyć. Nie my jesteśmy odpowiedzialni za to, co dzieje się z kobietami i dziećmi. Ruszyli tu na własne życzenie. Nie sądzę, żeby nie otrzymali żadnej pomocy, jeśli faktycznie jej potrzebują. A&amp;nbsp;odpowiedzialność&amp;nbsp;powinni ponieść&amp;nbsp;akurat ci, którzy zgotowali tym ludziom ten los. Nikomu w życie nie wchodzimy z butami. - Widzisz, sami jesteśmy podzieleni jak większość rodaków. Pozostaje napić się kawy i cieszyć, że jeszcze umiemy rozmawiać bez rozdrapywania ekranów. - Masz rację, kawa łagodzi obyczaje. A jak przyjdzie zagrożenie, ciebie wcielą siłą do armii, a ja i tak wojnę przesiedzę na wsi. - Obawiam się, że nie ma większego zagrożenia dla tego kraju niż arogancja władzy i ignorancja jego obywateli, ale to przynajmniej znamy.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&amp;nbsp; „Jak ci się wydaje? Co mógłbyś zrobić, jeśli Twój kraj byłby zagrożony? Spieprzyć do innego czy walczyć? Zakładam, że nie wiemy, co rzeczywiście bylibyśmy w stanie począć, tego nie wie nikt, ale tak hipotetycznie?”&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Gdyby nie słownictwo, uznałbym, że to ankieta telewizji Trwam i tylko czysty przypadek sprawił, że wbiła w messendżera. Skąd tak dziwne pytanie? Akurat teraz, gdy na białoruskiej granicy pojawiło się światełko. Klikamy do porannej kawy, więc co chodzi po głowie Izy w środku nocy? Zagrożony? Kraj? Pewnie robiłbym swoje, ignorując kolejne rewelacje medialne. Co mógłbym robić? Napiąć harcerską pierś jak żona Stuhra i gnać z batonikami do słabszych? Wiąchy puszczać w sieć jak Kurdej-Szatan, nie ryzykując nic, bom nie celebryta? Nie, nie dam się sprowokować. Nie komentuję. Poprzewracam się z boku na bok, gniotąc w zarodku kwestię walecznych postaw. - Mógłbyś odpowiedzieć na moje pytanie? - Powróciła uporem z rana. - Raczej uciekałbym, tylko nie wiem dokąd? W coraz głębszym poważaniu mając kraj podziałów, nieodpowiedzialnych wyborców i kolejnych idiotów u steru, zamienianych przez bezczelnych cyników, klasycznych skurwysynów albo wszystkich w jednym. – Uznałem, że to zamyka temat. - I tak byłoby naprawdę najlepiej? Uciec? Dałbyś radę spojrzeć w lustro przy goleniu? Żaden rząd, ani ludzie nie mają dla mnie większego znaczenia. Może z wyjątkiem najbliższych i tych, których szanuję, bo znam od&amp;nbsp;lat. Bynajmniej nie za nich szłabym walczyć, ale musiałabym coś zrobić. W takiej okoliczności jest w człowieku potrzeba czynu. A ja szybko i w nadmiarze kumuluję wtedy energię, najmocniej złą, musiałabym ją spożytkować, wyrzucić z siebie, a nic prostszego niż zewnętrzny wróg. Dlatego podziwiam żołnierzy i policjantów na granicy, tych opanowanych. Gdyby moja koleżanka lub kolega został ranny, uderzony, z pewnością wyplułabym sporo rozumu, robiąc miejsce na jad. - I czego chciałabyś bronić, poza skórą kolegi?&amp;nbsp; - Pewnie cierpię na jakąś odmianę ksenofobii. Broniłabym tradycji, języka, nawet stanowiska kierowniczego, żeby jakaś obca baba mną nie rządziła. Mam lęk przed tym, że stanę się mniejszością we własnym kraju, będę musiała tyrać na obcego. Umiesz to sobie wyobrazić? - Tak... a ten, na którego tyrasz? Niby taki swój? Burak i cham, skupiony na własnej piwnicy. Tępy odwrotnie proporcjonalnie do poziomu pazerności i chciwości. Odziedziczył po tatusiu majątek i pogardę, płynące pewnie jeszcze z paktu czarnych, czerwonych i innych ubeków. To jest ten patriotyzm? Z niego potrzeba obrony? - Może poczytaj o chinolach i koreanach, tych, co&amp;nbsp;w tutejszych fabrykach&amp;nbsp;stoją z batem nad słowiańskim karkiem. Na pana i władcę Amazona, gotowego wciskać pieluchę w robociarskie majty, żeby podkręcić wydajność za głodową pensję. Obcy niewiele wnoszą do poprawy warunków i kultury pracy.&amp;nbsp; - Zgoda. Dlatego gubię się i nie wiem, czy jest o co walczyć. Język? Jakiego chciałabyś bronić? Kto go dziś szanuje i gdzie? Rozejrzyj się: skróty, emoty, beknięcia monosylab. Wtykanie angielskich protez, wszelkie te potworki rodzaju „w kontakcie” rzucane do telefonu na pożegnanie albo wulgaryzmy w miejsce przecinka, bez żenady wypluwane publicznie. To jest troska o język? Ludzi serdecznie wali używanie polskich znaków w sieci, sadzą ortografy, uznając, że odbiorca i tak rozumie... zanik czytelnictwa, królestwo dysleksji i dysgrafii, wtórny analfabetyzm z mgr przed nazwiskiem. I ta wszechogarniająca niezdolność do czytania ze zrozumieniem! Nawet instrukcje obsługi dają w obrazkach, żeby patriota nie zgubił się z suszarką w wannie! Naprawdę narażałabyś życie za język? - A ty chciałbyś, żeby obcy wszedł i tobą poniewierał, twoją żoną, dziećmi? Chciałbyś poczuć się obco&amp;nbsp;u siebie? Żeby wdeptał w glebę tradycję, zwyczaje? - Po jakiej tradycji biega twoja myśl? Chodzenie do kościoła? Ludyczne terkotki różańca, które nie wpływają na zachowania poza kruchtą i zaprawiają ślinę toksyną do plucia w każdego, kto tkwi poza „naszym radyjem”? Oblechy w sukienkach na straży wiary ojców? W imię dziedzictwa molestujące dzieci, pod przykrywką innych oblechów, wyżej postawionych w hierarchii? Choinki w sklepie tuż po zebraniu zniczy listopadowych? Czy ucieczka do kurortu i spa w ramach obchodów Bożego Narodzenia, bo dłuższy weekend? Może jednak dzieciaki latające z rzeźbioną dynią na amerykańską modłę? - Jak ci tak źle, mogłeś dawno stąd wypierniczać, bez zagrożenia, a jakoś zostałeś?&amp;nbsp; - Trzeba jeszcze wierzyć, że gdzieś będzie lepiej. Mam z tym problem. Ucieczka za kasą? To dezercja czystszej postaci, nie stać mnie na to. Tu się urodziłem, ten kraj mnie wykształcił i ukształtował, jestem mu winny codzienny wysiłek, uczciwość, lojalność, tu, nie za granicą. W jego kulturze spotkałem mądrzejszych od siebie, którzy ciągnęli mnie w górę. Jaki by nie był, wyrosłem z jego korzeni, wierzę, że coś go w końcu przemaluje. Choćby na gruzach dzisiejszych absurdów miał stawać od nowa, kocham go i nienawidzę tak samo. - No i tej pięknej gadki nie chciałbyś przełożyć na czyny, szczególnie w czasie zagrożenia? Trochę to pokręcone, co? - W czasie zagrożenia zgniłbym w pierdlu, a może rozwalony przez prawdziwych Polaków. Za pacyfizm i emigrację wewnętrzną, za minimalną strefę komfortu i wygodnictwo, do którego wszyscy dążą. Co można w starciu z systemem? Nie mam złudzeń. Spójrz dookoła. Hurma sfrustrowanych jednostek, szarpiących – co najwyżej – powstańczy beret we wszystkie strony. Zbyt ubogich i pazernych, żeby tworzyć społeczeństwo. Reszta to mity desperacji, ciągnące się od walki z zaborcą przez wszystkie fronty podziemne i naziemne, wzmocnione krzyki rozpaczy z powodu położenia geopolitycznego. Odwieczne trwanie między wódą a zagrychą siedzących przy stole niedźwiedzi ma swoje skutki. Gdy spojrzysz wstecz, historia nikogo i niczego nie uczy. To nie naród już, a jedynie zbiorowość pogubionych nomadów, w pogodni za zyskiem, okradających się wzajem z kasy i godności. - Ale czy po to nasi przodkowie walczyli o niepodległość, żeby weszło tu multi kulti? Mnie już dziś wkurzają ci, co za mocno się zadomowili i próbują narzucać swoją wolę. Ty nie widzisz w nas narodu, a niektórzy Ukraińcy i Białorusini potrafią zawalczyć o&amp;nbsp; swoje odrębności, choć nawet między sobą porozumiewają się po rosyjsku. Mamy się cofać przed ich naporem? Oddać się byle komu?&amp;nbsp; - Jak widzisz ze średnim skutkiem, skoro siedzą pod butem starego kołchoźnika. Może jednak chronią nas przed klęską? Ciągną wózki, których nie tkną krajanie. Pracują tam, gdzie rodzimy pracodawca nie myśli godnie płacić swoim i o to masz pretensje? Ukrainka sprząta sracz w centrum handlowym, bo Polka najwyżej nie spuści po sobie wody, to do kogo ten żal?&amp;nbsp; - Jestem Polką z dziada pradziada, a może i dalej i jestem z tego dumna, z ludzi strzegących naszych granic, a to oznacza, że naród jeszcze jest. - I byłaś dumna z tego, jak nasi dzielni żołnierze przerzucają głodne dzieci zziębniętym i niewiele rozumiejącym matkom? - Każdy widzi co chce zobaczyć. Nie my jesteśmy odpowiedzialni za to, co dzieje się z kobietami i dziećmi. Ruszyli tu na własne życzenie. Nie sądzę, żeby nie otrzymali żadnej pomocy, jeśli faktycznie jej potrzebują. A&amp;nbsp;odpowiedzialność&amp;nbsp;powinni ponieść&amp;nbsp;akurat ci, którzy zgotowali tym ludziom ten los. Nikomu w życie nie wchodzimy z butami. - Widzisz, sami jesteśmy podzieleni jak większość rodaków. Pozostaje napić się kawy i cieszyć, że jeszcze umiemy rozmawiać bez rozdrapywania ekranów. - Masz rację, kawa łagodzi obyczaje. A jak przyjdzie zagrożenie, ciebie wcielą siłą do armii, a ja i tak wojnę przesiedzę na wsi. - Obawiam się, że nie ma większego zagrożenia dla tego kraju niż arogancja władzy i ignorancja jego obywateli, ale to przynajmniej znamy.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Wory miłosierdzia</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/11/wory-miosierdzia.html</link><category>altruizm</category><category>dom pomocy</category><category>felieton</category><category>mentalność</category><category>miłosierdzie</category><category>Obrazki</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><pubDate>Tue, 9 Nov 2021 09:10:00 +0100</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-4279150162481450170</guid><description>&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/wory.mp3"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/a&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: left;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: left;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhCDattU31La-rvsmX9hqT728IVvX0ljydIrNqIA-hFhKaHS3Aoz_F6XtDFGt1ZfqihaA5zdNHl-y8686IGrr2Zeo1Jwn13nzqeYTXTdmFMecyTMUWA38bLb8gAFOMUBO3P175W0ovuxssn/s755/wory.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="460" data-original-width="755" height="244" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhCDattU31La-rvsmX9hqT728IVvX0ljydIrNqIA-hFhKaHS3Aoz_F6XtDFGt1ZfqihaA5zdNHl-y8686IGrr2Zeo1Jwn13nzqeYTXTdmFMecyTMUWA38bLb8gAFOMUBO3P175W0ovuxssn/w400-h244/wory.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Ojc&lt;span&gt;iec przepijał wszystko. Brakowało. Miłości, czułości, zainteresowania, ale i kości, normalnie, na zupę. Matka kombinowała od zawsze, jak się dało, żeby dzieci były nakarmione i czyste, byle ugotować na czas. Brak obiadu, to następne sińce pod oczyma i na udach, po których lał pozostałością bambusowej wędki. Dorabiała szyciem, sprzątała obce mieszkania, pomagała przy weselach, skąd zawsze można było coś wynieść, a wtedy nawet na tydzień starczało. Nie istnieli jako mąż i żona, był kat i ofiara, zwyczajnie pogodzona. Wypłoszona i wiecznie gotowa do ucieczki po drewnianych schodach starego domu. Uderzenia nie bolały aż tak. Bardziej żal i pretensje, że trzeba było dzieci utopić, jak koty, ale pewnie naniosłaby nowych, bo dupodajka, a potem znowu prał i wyzywał na przemian. Jako mała dziewczynka słyszała to zbyt często i zatykała uszy, aż do bólu palców. Brat utopił się sam, w wódzie, jak stary. Hanka wyjechała najszybciej jak się dało. Przestała odzywać się do matki, nie chciała o niej pamiętać, bo i o kim? Nie potrafiła też na dłużej być z żadnym facetem.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;Bała się &lt;/span&gt;powtórki z życiorysu rodzicielki.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Czy dlatego próbuje być pożyteczna? Za wszelką cenę? Za późno budować człowieczeństwo? Znam jej historię, bo wszyscy ją znają i ciągle wraca tak samo, ilekroć podglądam ją w pracy. Lubię zaszyć się tu w słoneczne dni. Chowam się na chwilę na poddaszu, między myciem starczych dup a przygotowaniem porcji leków. Stąd dobrze się milczy, jakby ponad, z widokiem na skwer, ławeczki i fontannę, której kształt zmiękcza dym z papierosa. Niby nie palę, ale tu gest stał się konieczny jak antidotum na bezsilność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Nie umiem jej współczuć, nigdy nie umiałam. Hanka irytuje. Jest w niej teatralna czułość. Fałsz aktorki ze sztuki, której nie rozumie, ale gra za wszelką cenę, choć nikt nie klaszcze. Naoglądała się filmików z życia wolontariuszy. Tam trzymają staruszki za rączkę i czytają im książeczki. I ta też trzyma. Trzecią z rzędu w ciągu kwartału. Głaszcze tak czule, że wnusia nie wniosłaby więcej, aż może kiedyś zagłaszcze swoje nienapasione ego. Reszta babć się nie liczy. Nie dostrzega ich, nie ma tyle uwagi do stracenia, choć ma obowiązek wpisany w zakres. Jest wspaniałą opiekunką dla wybranek. Kolejna podopieczna ufa jej, otwiera przed nią serce, aż zachęcona powie o najskrytszych potrzebach, niestety, zbyt prozaicznych. Stanie się nadmiernie absorbująca, a stąd idzie się na skróty do nieporozumień. Hanka ją zostawi, przesunie do kategorii „natarczywa starucha” i znajdzie nową zabawkę, by za czas jakiś wydzielić kopa pragnieniom kolejnej mieszkanki domu. Czy one jeszcze liczą te kopniaki losu? Demencja bywa wybawieniem, więc zamykają się na zawsze przed światem, gdy pańcia opiekunka rozkwita.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiLhpe8jp2s2w_TjoE2bn5kAcabncsAYR0Cf4JwfpH6SKUDNRJAysi7Yyp6vdtPyqq1f2wxlg5YSSQ2AyKkBuNXoaARBCuVYm7JHslGcPrRJKMlj4hgnFe0llpmAZPlOcImukJXt_0Fw8uV/s460/wory.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="460" data-original-width="221" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiLhpe8jp2s2w_TjoE2bn5kAcabncsAYR0Cf4JwfpH6SKUDNRJAysi7Yyp6vdtPyqq1f2wxlg5YSSQ2AyKkBuNXoaARBCuVYm7JHslGcPrRJKMlj4hgnFe0llpmAZPlOcImukJXt_0Fw8uV/w193-h400/wory.jpg" width="193" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Przyjechali. Już są. Koniec palenia. Otwierają się drzwi furgonu. Zosia rozgląda się nerwowo. Mamy obie to segregować, kolejne skarby sklerotyka Alibaby! Ostanie ślady po życiu zbytecznej kobieciny. Już liczę worki zestawiane na polbruk. Czarne jak ten, w którym ruszyła w ostatnią drogę właścicielka ich zawartości. Nabite do granic wytrzymałości naciągniętej folii, nie ma lekko. Za bramą stoją darczyńcy, jestem już tak blisko, że słyszę jak tłumaczą Zosi… właśnie zmarła babcia, a ponieważ porządkują mieszkanie... ładne rzeczy, prawie nieużywane, szkoda wyrzucić. Znam tę śpiewkę do mdłości. Tylko czekać aż padnie odwieczne: „biednym ludziom na pewno się przydadzą”.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;Za każdym razem, tak samo, jest ze mną błysk wiary w człowieka. Nie rozumiem skąd i dlaczego, zawsze od nowa myślę: fajnie, od przybytku głowa nie boli. Szczególnie tu, w czarnej dupie starości, w czyśćcu zapomnianym przez Boga i kolejne rządy Najjaśniejszej Pazerkracji. Rzeczy tak szybko się niszczą. Ucieszą się z każdej nowej bluzki, sweterka czy innego ciuszka. Dochodzę do nich i dziękuję najwylewniej jak umiem, serio, bez śladu kpiny. Darczyńcy są dumni, że robią coś szalenie dobrego. Trzeba im poklepania, szczególnie teraz, zanim rzucą się do dzielenia nieruchomości po zmarłej. Potrzebują wyrównać poziom między człowiekiem a hieną. Podła myśl, wiem, ale sama kładzie się cieniem między nami a busem, odjeżdżającym pospiesznie.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Szukam chętnych mieszkańców do pomocy. Sprawniejsi targają wory do jasnego pomieszczenia, gdzie da się posegregować prezenty. Na wszelki wypadek odprawiamy ich zaraz potem i zamykamy się same. Nigdy nie wiadomo, jaką reakcję&amp;nbsp;&lt;/span&gt;wywoła&amp;nbsp;dany przedmiot. Poza tym worki mogą kryć więcej upokorzenia niż radości. Wysypujemy zawartość pierwszego, bez obaw, na podłogę. To buty. Widać pani była elegantką, jakieś pół wieku temu. Niestety, nawet vintage tu nie pomoże. Trzewiki na wysokich obcasach raczej nie wejdą we współpracę z paniami, które co prawda poruszają się posuwisto, ale o lasce i zawsze w towarzystwie ściany. A te na wózkach? Mają takie deformacje, że nawet przymierzanie wiąże się z wysokim ryzykiem stałego związku z obuwiem. Jest też kilka pantofelków, ale te lata świetności mają dawno za sobą. Są nadto przydeptane i przetarte w tańcu. Pozostałe, nawet stosowne do wieku mieszkanek, niemal straciły podeszwy. Zosia pokazuje mi bambosza z pomponikiem. Ładny, szukamy drugiego. Czyżby książę zagubił, wkładając na stopy okolicznych kopciuszków? Jest! Bez pomponika i z rozdartym czubkiem. Niestrzyżone pazurki księżniczek albo pani miała pieska, który lubił szarpnąć nosek. Pakujemy z powrotem i odstawiany wór na bok. Pojedzie do kontenera na zbędną odzież.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Wysypujemy zawartość następnego. Bluzeczki, sukienki, spódnice. Większość bez guziczków, suwaków lub ze śladami przebrzmiałych bankietów na roztrzęsione dłonie i paski TVP Info. Decydujemy się odłożyć wybrane, z którymi będzie najmniej roboty. Tu wiecznie brakuje rąk do pracy, a skoro nie ma czasu i możliwości na naprawę, spróbujemy doprać chociaż te po nieustającej libacji rencistki.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Kolejne dwa zawierają kurtki, płaszcze, żakiety, marynarki. Od smrodu naftaliny kręci nam się w głowie i ciągnie na wymioty. Pocieszeniem staje się fakt, że mole na pewno zdechły i nie przytargamy ich larw do domu. Kurtek nam nie brakuje, rzadko ich używamy. Część pensjonariuszy nie schodzi z łóżek, a inni? Każdy ma swoje, a i ogólne szafy są nimi zapchane. Wybieramy kilka sztuk, reszta dla PCK, normalnie, na szmaty do czyszczenia tokarek, korytarzy i innych przęseł przemysłu ciężkiego. Jakby darczyńcom brakowało osiedlowych kontenerów.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Zośka puszcza oko, wyczuła coś specjalnego: „…teraz hicior. Bielizna. Idziemy w seksowne szatki?”. Widać starsza pani próbowała prać ją sama. Z mizernym skutkiem. Pantalony z kręgami żółto-brunatnymi od moczu, część gaci standardowo: brązowym do tyłu, wskazuje na niedotrzymanie umowy między wolą a zwieraczem. Do tego kłęby, wężowiska rajstop. W tym cerowane rajtuzy, aż trudno uwierzyć, że jeszcze coś takiego widzę. Czuję narastającą złość, zwijam wszystko i pakuję do wora. Gdzieś ze środka głowy wyrywa się dawno usłyszane lub przeczytane zdanie: „zdrap wierzchnią warstwę z altruisty i patrz jak krwawi hipokryta”. Wyobraźnia podsuwa na przemian obraz starszej schorowanej pani, która próbuje radzić sobie sama do końca, opuszczona i niepoddająca się starości i jej kochanej rodzinki, pakującej w amoku ślady dawnego życia w wory, na jednym wdechu. Byle szybciej opróżnić mieszkanie i wynająć Ukraińcom. Otrząsam się z tych destrukcyjnych myśli. Tak bardzo wolę myśleć, że starsza pani miała godne życie. To niełatwe, gdy widzi się, jakie rzeczy zostały podarowane.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi4iouYvWqFczeFYQE5J76zbiJ8aebZcH1bFNnQ7mOZLLlbUi4zebYkVzBupHeuiqPMK4VEH7qRVxZ50eBUhWgV7Mmn5FO3zTA7hQYUtYRsn6I1M0_KvFOyXSO3MFYQ42LCZ0Mwbyc0sSeX/s626/starowinka.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="417" data-original-width="626" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi4iouYvWqFczeFYQE5J76zbiJ8aebZcH1bFNnQ7mOZLLlbUi4zebYkVzBupHeuiqPMK4VEH7qRVxZ50eBUhWgV7Mmn5FO3zTA7hQYUtYRsn6I1M0_KvFOyXSO3MFYQ42LCZ0Mwbyc0sSeX/w400-h266/starowinka.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&amp;nbsp; „Zwijamy ten syf, bo jeszcze coś do domu zawleczemy!”, syczy Zośka.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;Niepostrzeżenie drzwi się uchyliły, udaję, że nie widzę twarzy mieszkanek. Niejedna chciałaby coś nowego. Renta mała, większość pochłania pobyt i leki. Szczęściary, to te, którym rodzinka nie trzyma łapy na końcówce i nie zamrozi ich truchła, żeby przeciągnąć przelewy ZUS-u choć o miesiąc. Tylko co im powiedzieć? Że znów zostali potraktowani jak gorszy sort? Za komuny lepszymi szmatami myły podłogi. Trudno, znów pójdzie fama, że oddajemy zdobyczne do szmateksu, żeby dorobić do tej najniższej krajowej.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/wory.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhCDattU31La-rvsmX9hqT728IVvX0ljydIrNqIA-hFhKaHS3Aoz_F6XtDFGt1ZfqihaA5zdNHl-y8686IGrr2Zeo1Jwn13nzqeYTXTdmFMecyTMUWA38bLb8gAFOMUBO3P175W0ovuxssn/s72-w400-h244-c/wory.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Ojciec przepijał wszystko. Brakowało. Miłości, czułości, zainteresowania, ale i kości, normalnie, na zupę. Matka kombinowała od zawsze, jak się dało, żeby dzieci były nakarmione i czyste, byle ugotować na czas. Brak obiadu, to następne sińce pod oczyma i na udach, po których lał pozostałością bambusowej wędki. Dorabiała szyciem, sprzątała obce mieszkania, pomagała przy weselach, skąd zawsze można było coś wynieść, a wtedy nawet na tydzień starczało. Nie istnieli jako mąż i żona, był kat i ofiara, zwyczajnie pogodzona. Wypłoszona i wiecznie gotowa do ucieczki po drewnianych schodach starego domu. Uderzenia nie bolały aż tak. Bardziej żal i pretensje, że trzeba było dzieci utopić, jak koty, ale pewnie naniosłaby nowych, bo dupodajka, a potem znowu prał i wyzywał na przemian. Jako mała dziewczynka słyszała to zbyt często i zatykała uszy, aż do bólu palców. Brat utopił się sam, w wódzie, jak stary. Hanka wyjechała najszybciej jak się dało. Przestała odzywać się do matki, nie chciała o niej pamiętać, bo i o kim? Nie potrafiła też na dłużej być z żadnym facetem.&amp;nbsp;Bała się powtórki z życiorysu rodzicielki. &amp;nbsp; &amp;nbsp;Czy dlatego próbuje być pożyteczna? Za wszelką cenę? Za późno budować człowieczeństwo? Znam jej historię, bo wszyscy ją znają i ciągle wraca tak samo, ilekroć podglądam ją w pracy. Lubię zaszyć się tu w słoneczne dni. Chowam się na chwilę na poddaszu, między myciem starczych dup a przygotowaniem porcji leków. Stąd dobrze się milczy, jakby ponad, z widokiem na skwer, ławeczki i fontannę, której kształt zmiękcza dym z papierosa. Niby nie palę, ale tu gest stał się konieczny jak antidotum na bezsilność. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Nie umiem jej współczuć, nigdy nie umiałam. Hanka irytuje. Jest w niej teatralna czułość. Fałsz aktorki ze sztuki, której nie rozumie, ale gra za wszelką cenę, choć nikt nie klaszcze. Naoglądała się filmików z życia wolontariuszy. Tam trzymają staruszki za rączkę i czytają im książeczki. I ta też trzyma. Trzecią z rzędu w ciągu kwartału. Głaszcze tak czule, że wnusia nie wniosłaby więcej, aż może kiedyś zagłaszcze swoje nienapasione ego. Reszta babć się nie liczy. Nie dostrzega ich, nie ma tyle uwagi do stracenia, choć ma obowiązek wpisany w zakres. Jest wspaniałą opiekunką dla wybranek. Kolejna podopieczna ufa jej, otwiera przed nią serce, aż zachęcona powie o najskrytszych potrzebach, niestety, zbyt prozaicznych. Stanie się nadmiernie absorbująca, a stąd idzie się na skróty do nieporozumień. Hanka ją zostawi, przesunie do kategorii „natarczywa starucha” i znajdzie nową zabawkę, by za czas jakiś wydzielić kopa pragnieniom kolejnej mieszkanki domu. Czy one jeszcze liczą te kopniaki losu? Demencja bywa wybawieniem, więc zamykają się na zawsze przed światem, gdy pańcia opiekunka rozkwita. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Przyjechali. Już są. Koniec palenia. Otwierają się drzwi furgonu. Zosia rozgląda się nerwowo. Mamy obie to segregować, kolejne skarby sklerotyka Alibaby! Ostanie ślady po życiu zbytecznej kobieciny. Już liczę worki zestawiane na polbruk. Czarne jak ten, w którym ruszyła w ostatnią drogę właścicielka ich zawartości. Nabite do granic wytrzymałości naciągniętej folii, nie ma lekko. Za bramą stoją darczyńcy, jestem już tak blisko, że słyszę jak tłumaczą Zosi… właśnie zmarła babcia, a ponieważ porządkują mieszkanie... ładne rzeczy, prawie nieużywane, szkoda wyrzucić. Znam tę śpiewkę do mdłości. Tylko czekać aż padnie odwieczne: „biednym ludziom na pewno się przydadzą”.&amp;nbsp; Za każdym razem, tak samo, jest ze mną błysk wiary w człowieka. Nie rozumiem skąd i dlaczego, zawsze od nowa myślę: fajnie, od przybytku głowa nie boli. Szczególnie tu, w czarnej dupie starości, w czyśćcu zapomnianym przez Boga i kolejne rządy Najjaśniejszej Pazerkracji. Rzeczy tak szybko się niszczą. Ucieszą się z każdej nowej bluzki, sweterka czy innego ciuszka. Dochodzę do nich i dziękuję najwylewniej jak umiem, serio, bez śladu kpiny. Darczyńcy są dumni, że robią coś szalenie dobrego. Trzeba im poklepania, szczególnie teraz, zanim rzucą się do dzielenia nieruchomości po zmarłej. Potrzebują wyrównać poziom między człowiekiem a hieną. Podła myśl, wiem, ale sama kładzie się cieniem między nami a busem, odjeżdżającym pospiesznie.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Szukam chętnych mieszkańców do pomocy. Sprawniejsi targają wory do jasnego pomieszczenia, gdzie da się posegregować prezenty. Na wszelki wypadek odprawiamy ich zaraz potem i zamykamy się same. Nigdy nie wiadomo, jaką reakcję&amp;nbsp;wywoła&amp;nbsp;dany przedmiot. Poza tym worki mogą kryć więcej upokorzenia niż radości. Wysypujemy zawartość pierwszego, bez obaw, na podłogę. To buty. Widać pani była elegantką, jakieś pół wieku temu. Niestety, nawet vintage tu nie pomoże. Trzewiki na wysokich obcasach raczej nie wejdą we współpracę z paniami, które co prawda poruszają się posuwisto, ale o lasce i zawsze w towarzystwie ściany. A te na wózkach? Mają takie deformacje, że nawet przymierzanie wiąże się z wysokim ryzykiem stałego związku z obuwiem. Jest też kilka pantofelków, ale te lata świetności mają dawno za sobą. Są nadto przydeptane i przetarte w tańcu. Pozostałe, nawet stosowne do wieku mieszkanek, niemal straciły podeszwy. Zosia pokazuje mi bambosza z pomponikiem. Ładny, szukamy drugiego. Czyżby książę zagubił, wkładając na stopy okolicznych kopciuszków? Jest! Bez pomponika i z rozdartym czubkiem. Niestrzyżone pazurki księżniczek albo pani miała pieska, który lubił szarpnąć nosek. Pakujemy z powrotem i odstawiany wór na bok. Pojedzie do kontenera na zbędną odzież. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Wysypujemy zawartość następnego. Bluzeczki, sukienki, spódnice. Większość bez guziczków, suwaków lub ze śladami przebrzmiałych bankietów na roztrzęsione dłonie i paski TVP Info. Decydujemy się odłożyć wybrane, z którymi będzie najmniej roboty. Tu wiecznie brakuje rąk do pracy, a skoro nie ma czasu i możliwości na naprawę, spróbujemy doprać chociaż te po nieustającej libacji rencistki. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Kolejne dwa zawierają kurtki, płaszcze, żakiety, marynarki. Od smrodu naftaliny kręci nam się w głowie i ciągnie na wymioty. Pocieszeniem staje się fakt, że mole na pewno zdechły i nie przytargamy ich larw do domu. Kurtek nam nie brakuje, rzadko ich używamy. Część pensjonariuszy nie schodzi z łóżek, a inni? Każdy ma swoje, a i ogólne szafy są nimi zapchane. Wybieramy kilka sztuk, reszta dla PCK, normalnie, na szmaty do czyszczenia tokarek, korytarzy i innych przęseł przemysłu ciężkiego. Jakby darczyńcom brakowało osiedlowych kontenerów. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Zośka puszcza oko, wyczuła coś specjalnego: „…teraz hicior. Bielizna. Idziemy w seksowne szatki?”. Widać starsza pani próbowała prać ją sama. Z mizernym skutkiem. Pantalony z kręgami żółto-brunatnymi od moczu, część gaci standardowo: brązowym do tyłu, wskazuje na niedotrzymanie umowy między wolą a zwieraczem. Do tego kłęby, wężowiska rajstop. W tym cerowane rajtuzy, aż trudno uwierzyć, że jeszcze coś takiego widzę. Czuję narastającą złość, zwijam wszystko i pakuję do wora. Gdzieś ze środka głowy wyrywa się dawno usłyszane lub przeczytane zdanie: „zdrap wierzchnią warstwę z altruisty i patrz jak krwawi hipokryta”. Wyobraźnia podsuwa na przemian obraz starszej schorowanej pani, która próbuje radzić sobie sama do końca, opuszczona i niepoddająca się starości i jej kochanej rodzinki, pakującej w amoku ślady dawnego życia w wory, na jednym wdechu. Byle szybciej opróżnić mieszkanie i wynająć Ukraińcom. Otrząsam się z tych destrukcyjnych myśli. Tak bardzo wolę myśleć, że starsza pani miała godne życie. To niełatwe, gdy widzi się, jakie rzeczy zostały podarowane.&amp;nbsp; &amp;nbsp; „Zwijamy ten syf, bo jeszcze coś do domu zawleczemy!”, syczy Zośka.&amp;nbsp; Niepostrzeżenie drzwi się uchyliły, udaję, że nie widzę twarzy mieszkanek. Niejedna chciałaby coś nowego. Renta mała, większość pochłania pobyt i leki. Szczęściary, to te, którym rodzinka nie trzyma łapy na końcówce i nie zamrozi ich truchła, żeby przeciągnąć przelewy ZUS-u choć o miesiąc. Tylko co im powiedzieć? Że znów zostali potraktowani jak gorszy sort? Za komuny lepszymi szmatami myły podłogi. Trudno, znów pójdzie fama, że oddajemy zdobyczne do szmateksu, żeby dorobić do tej najniższej krajowej.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Ojciec przepijał wszystko. Brakowało. Miłości, czułości, zainteresowania, ale i kości, normalnie, na zupę. Matka kombinowała od zawsze, jak się dało, żeby dzieci były nakarmione i czyste, byle ugotować na czas. Brak obiadu, to następne sińce pod oczyma i na udach, po których lał pozostałością bambusowej wędki. Dorabiała szyciem, sprzątała obce mieszkania, pomagała przy weselach, skąd zawsze można było coś wynieść, a wtedy nawet na tydzień starczało. Nie istnieli jako mąż i żona, był kat i ofiara, zwyczajnie pogodzona. Wypłoszona i wiecznie gotowa do ucieczki po drewnianych schodach starego domu. Uderzenia nie bolały aż tak. Bardziej żal i pretensje, że trzeba było dzieci utopić, jak koty, ale pewnie naniosłaby nowych, bo dupodajka, a potem znowu prał i wyzywał na przemian. Jako mała dziewczynka słyszała to zbyt często i zatykała uszy, aż do bólu palców. Brat utopił się sam, w wódzie, jak stary. Hanka wyjechała najszybciej jak się dało. Przestała odzywać się do matki, nie chciała o niej pamiętać, bo i o kim? Nie potrafiła też na dłużej być z żadnym facetem.&amp;nbsp;Bała się powtórki z życiorysu rodzicielki. &amp;nbsp; &amp;nbsp;Czy dlatego próbuje być pożyteczna? Za wszelką cenę? Za późno budować człowieczeństwo? Znam jej historię, bo wszyscy ją znają i ciągle wraca tak samo, ilekroć podglądam ją w pracy. Lubię zaszyć się tu w słoneczne dni. Chowam się na chwilę na poddaszu, między myciem starczych dup a przygotowaniem porcji leków. Stąd dobrze się milczy, jakby ponad, z widokiem na skwer, ławeczki i fontannę, której kształt zmiękcza dym z papierosa. Niby nie palę, ale tu gest stał się konieczny jak antidotum na bezsilność. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Nie umiem jej współczuć, nigdy nie umiałam. Hanka irytuje. Jest w niej teatralna czułość. Fałsz aktorki ze sztuki, której nie rozumie, ale gra za wszelką cenę, choć nikt nie klaszcze. Naoglądała się filmików z życia wolontariuszy. Tam trzymają staruszki za rączkę i czytają im książeczki. I ta też trzyma. Trzecią z rzędu w ciągu kwartału. Głaszcze tak czule, że wnusia nie wniosłaby więcej, aż może kiedyś zagłaszcze swoje nienapasione ego. Reszta babć się nie liczy. Nie dostrzega ich, nie ma tyle uwagi do stracenia, choć ma obowiązek wpisany w zakres. Jest wspaniałą opiekunką dla wybranek. Kolejna podopieczna ufa jej, otwiera przed nią serce, aż zachęcona powie o najskrytszych potrzebach, niestety, zbyt prozaicznych. Stanie się nadmiernie absorbująca, a stąd idzie się na skróty do nieporozumień. Hanka ją zostawi, przesunie do kategorii „natarczywa starucha” i znajdzie nową zabawkę, by za czas jakiś wydzielić kopa pragnieniom kolejnej mieszkanki domu. Czy one jeszcze liczą te kopniaki losu? Demencja bywa wybawieniem, więc zamykają się na zawsze przed światem, gdy pańcia opiekunka rozkwita. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Przyjechali. Już są. Koniec palenia. Otwierają się drzwi furgonu. Zosia rozgląda się nerwowo. Mamy obie to segregować, kolejne skarby sklerotyka Alibaby! Ostanie ślady po życiu zbytecznej kobieciny. Już liczę worki zestawiane na polbruk. Czarne jak ten, w którym ruszyła w ostatnią drogę właścicielka ich zawartości. Nabite do granic wytrzymałości naciągniętej folii, nie ma lekko. Za bramą stoją darczyńcy, jestem już tak blisko, że słyszę jak tłumaczą Zosi… właśnie zmarła babcia, a ponieważ porządkują mieszkanie... ładne rzeczy, prawie nieużywane, szkoda wyrzucić. Znam tę śpiewkę do mdłości. Tylko czekać aż padnie odwieczne: „biednym ludziom na pewno się przydadzą”.&amp;nbsp; Za każdym razem, tak samo, jest ze mną błysk wiary w człowieka. Nie rozumiem skąd i dlaczego, zawsze od nowa myślę: fajnie, od przybytku głowa nie boli. Szczególnie tu, w czarnej dupie starości, w czyśćcu zapomnianym przez Boga i kolejne rządy Najjaśniejszej Pazerkracji. Rzeczy tak szybko się niszczą. Ucieszą się z każdej nowej bluzki, sweterka czy innego ciuszka. Dochodzę do nich i dziękuję najwylewniej jak umiem, serio, bez śladu kpiny. Darczyńcy są dumni, że robią coś szalenie dobrego. Trzeba im poklepania, szczególnie teraz, zanim rzucą się do dzielenia nieruchomości po zmarłej. Potrzebują wyrównać poziom między człowiekiem a hieną. Podła myśl, wiem, ale sama kładzie się cieniem między nami a busem, odjeżdżającym pospiesznie.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Szukam chętnych mieszkańców do pomocy. Sprawniejsi targają wory do jasnego pomieszczenia, gdzie da się posegregować prezenty. Na wszelki wypadek odprawiamy ich zaraz potem i zamykamy się same. Nigdy nie wiadomo, jaką reakcję&amp;nbsp;wywoła&amp;nbsp;dany przedmiot. Poza tym worki mogą kryć więcej upokorzenia niż radości. Wysypujemy zawartość pierwszego, bez obaw, na podłogę. To buty. Widać pani była elegantką, jakieś pół wieku temu. Niestety, nawet vintage tu nie pomoże. Trzewiki na wysokich obcasach raczej nie wejdą we współpracę z paniami, które co prawda poruszają się posuwisto, ale o lasce i zawsze w towarzystwie ściany. A te na wózkach? Mają takie deformacje, że nawet przymierzanie wiąże się z wysokim ryzykiem stałego związku z obuwiem. Jest też kilka pantofelków, ale te lata świetności mają dawno za sobą. Są nadto przydeptane i przetarte w tańcu. Pozostałe, nawet stosowne do wieku mieszkanek, niemal straciły podeszwy. Zosia pokazuje mi bambosza z pomponikiem. Ładny, szukamy drugiego. Czyżby książę zagubił, wkładając na stopy okolicznych kopciuszków? Jest! Bez pomponika i z rozdartym czubkiem. Niestrzyżone pazurki księżniczek albo pani miała pieska, który lubił szarpnąć nosek. Pakujemy z powrotem i odstawiany wór na bok. Pojedzie do kontenera na zbędną odzież. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Wysypujemy zawartość następnego. Bluzeczki, sukienki, spódnice. Większość bez guziczków, suwaków lub ze śladami przebrzmiałych bankietów na roztrzęsione dłonie i paski TVP Info. Decydujemy się odłożyć wybrane, z którymi będzie najmniej roboty. Tu wiecznie brakuje rąk do pracy, a skoro nie ma czasu i możliwości na naprawę, spróbujemy doprać chociaż te po nieustającej libacji rencistki. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Kolejne dwa zawierają kurtki, płaszcze, żakiety, marynarki. Od smrodu naftaliny kręci nam się w głowie i ciągnie na wymioty. Pocieszeniem staje się fakt, że mole na pewno zdechły i nie przytargamy ich larw do domu. Kurtek nam nie brakuje, rzadko ich używamy. Część pensjonariuszy nie schodzi z łóżek, a inni? Każdy ma swoje, a i ogólne szafy są nimi zapchane. Wybieramy kilka sztuk, reszta dla PCK, normalnie, na szmaty do czyszczenia tokarek, korytarzy i innych przęseł przemysłu ciężkiego. Jakby darczyńcom brakowało osiedlowych kontenerów. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Zośka puszcza oko, wyczuła coś specjalnego: „…teraz hicior. Bielizna. Idziemy w seksowne szatki?”. Widać starsza pani próbowała prać ją sama. Z mizernym skutkiem. Pantalony z kręgami żółto-brunatnymi od moczu, część gaci standardowo: brązowym do tyłu, wskazuje na niedotrzymanie umowy między wolą a zwieraczem. Do tego kłęby, wężowiska rajstop. W tym cerowane rajtuzy, aż trudno uwierzyć, że jeszcze coś takiego widzę. Czuję narastającą złość, zwijam wszystko i pakuję do wora. Gdzieś ze środka głowy wyrywa się dawno usłyszane lub przeczytane zdanie: „zdrap wierzchnią warstwę z altruisty i patrz jak krwawi hipokryta”. Wyobraźnia podsuwa na przemian obraz starszej schorowanej pani, która próbuje radzić sobie sama do końca, opuszczona i niepoddająca się starości i jej kochanej rodzinki, pakującej w amoku ślady dawnego życia w wory, na jednym wdechu. Byle szybciej opróżnić mieszkanie i wynająć Ukraińcom. Otrząsam się z tych destrukcyjnych myśli. Tak bardzo wolę myśleć, że starsza pani miała godne życie. To niełatwe, gdy widzi się, jakie rzeczy zostały podarowane.&amp;nbsp; &amp;nbsp; „Zwijamy ten syf, bo jeszcze coś do domu zawleczemy!”, syczy Zośka.&amp;nbsp; Niepostrzeżenie drzwi się uchyliły, udaję, że nie widzę twarzy mieszkanek. Niejedna chciałaby coś nowego. Renta mała, większość pochłania pobyt i leki. Szczęściary, to te, którym rodzinka nie trzyma łapy na końcówce i nie zamrozi ich truchła, żeby przeciągnąć przelewy ZUS-u choć o miesiąc. Tylko co im powiedzieć? Że znów zostali potraktowani jak gorszy sort? Za komuny lepszymi szmatami myły podłogi. Trudno, znów pójdzie fama, że oddajemy zdobyczne do szmateksu, żeby dorobić do tej najniższej krajowej.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Gry małżeńskie</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/10/gry-mazenskie.html</link><category>Obrazki</category><category>po czterdziestce</category><category>Podcasty</category><category>seks małżeński</category><pubDate>Sun, 17 Oct 2021 20:40:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-90390582268903700</guid><description>&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/gry_malzenskie.mp3"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/a&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhRrL1Vqv5PJnHRNWDh8xUGGe4I_aJJAxADxm5Sfc-I3eWcsbSNrNWezP9rhqzh82ySyI3uaiYhwOx43vv9q1rYpnpJEqWG7jVSaB1UEBElRGIZ4ZF44J6D771KNyW-GBrW5ZPKTmI1vIqq/s1200/seks3.jpg" style="clear: left; float: left; font-family: georgia; font-size: medium; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="675" data-original-width="1200" height="226" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhRrL1Vqv5PJnHRNWDh8xUGGe4I_aJJAxADxm5Sfc-I3eWcsbSNrNWezP9rhqzh82ySyI3uaiYhwOx43vv9q1rYpnpJEqWG7jVSaB1UEBElRGIZ4ZF44J6D771KNyW-GBrW5ZPKTmI1vIqq/w307-h226/seks3.jpg" width="307" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- A coś ty taka zmarnowana? Kac czy gry małżeńskie z przytupem?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;- Wolałabym kaca, serio, „2kc xtreme” i po zawodach. A dziś z przyjemnością kawa do buły z budyniem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;- Stary taki wyposzczony i nawet budyniu nie oferował?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;- Ty się tak nie wyrywaj, mądralo. Kto wie czy wyposzczony? Fakty z wczoraj. Odebrałam go z dworca, wykąpał się, a nakarmiony zasnął jak niemowlę.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;- Czyli nie poszło przez żołądek do bolca? Rozczarowana?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;- Zamknij się. Ale fakt, musiałam wyrzucić złą energię. Poszalałam na odkurzaczu, w kuchni na mopie, nawet kwiaty podlałam i przejechałam półki szmatą, a on tylko chrapał i sapał, na przemian. Nic mu nie przeszkadzało. Jakby wykopki ogarniał na Mazurach przez trzy dni. Aż tu wieczorem CUD! Zebrało mu się na figle. Zaszedł mnie od tyłu, docisnął do blatu w kuchni, aż poczułam na pośladkach przypływ uczuć. Yes! Cała w skowronkach poleciałam do łazienki, a uwijałam się jak Kopciuszek w beczce grochu. Nawet nogi ogoliłam, resztę doprowadziłam do gładkości wczoraj, czułam, że coś będzie... i jazda do sypialni.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;- A on… niech zgadnę! Odrzuca ajfona i wyciera garść w firankę, czym doprowadza do krzyku, jakiego orgazm ci nie da!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;- Widzisz, nawet ty poszalałeś z wyobraźnią! Aleś wyposzczony, kolego! Prawie jak ja! Przychodzę, i owszem, stary ciągle w łóżku, nawet w pozie: "bierz i jedź na gór szczyty", tyle że chrapie głośniej niż miś po igraszkach w maku.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;- No i za karę, córuniu! Zmogło chłopa. Ileż można brochę pucować?!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;- Zatelepał mną durny śmiech, może nawet rozpaczy. Od trzech miesięcy mnie nie tknął, łażę spięta jak agrafka, kumasz?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- … bywa. Stary ulżył sobie na gościnnych występach, a w poczuciu winy trudno tyle czekać. Co się dziwisz? Mozół warowania,&amp;nbsp; jeszcze z wizją pańszczyzny w tle. Ej, kochana, biologii nie oszukasz, a przez dekady przy jednej dziurze, to i kot zdycha.&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiFQN3QBMKtBrjRw4PjNEsp9NKc04cvFR1HbPgehVb7vBbLbvU4WvtoeeC0X9x_JryA-KGdorXPcR6IKcMT6FKphuQMONnkAuOaop2GuhB57Ks2MB3kBM9v22CGIqGdeFyQr-Nq_LrinlBu/s1400/seks2.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="900" data-original-width="1400" height="258" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiFQN3QBMKtBrjRw4PjNEsp9NKc04cvFR1HbPgehVb7vBbLbvU4WvtoeeC0X9x_JryA-KGdorXPcR6IKcMT6FKphuQMONnkAuOaop2GuhB57Ks2MB3kBM9v22CGIqGdeFyQr-Nq_LrinlBu/w400-h258/seks2.jpg" width="400" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div&gt;- Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć! Serdeczne dzięki! To jeszcze nic. Mój nerwowy rechot doleciał do córki, na piętro i spędził przerażoną na przedstawienie. Mało rapci nie pogubiła na schodach i zdębiała! Matka sterczy w seksowatej koszulce, a w domu piździ, odkąd gaz poszedł w górę. Stara w majtach z koronek, złaknionych&amp;nbsp; pohańbienia jak kania czegoś tam, a przy tym rży jak kobyła na widok schlanego węglarza. Rzut oka na tatusia w delegacji ku lepszej stronie bytu i już tylko westchnęła: "no i po bzykanku, mamusiu".&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;- Lepsze dla niej niż słuchanie bzykanka. Wiesz jaka to trauma dla takiej dwudziestki? Świadkować kopulacji bumerów pod banderą zwiotczałej chuci? To jednak obrzydliwe jest, przyznasz! Seks rodzinny po czterdziestce? Przecież mogło w niej zabić chęć pożycia na dwie dekady! Co najmniej!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;- Dziś rano mąż się budzi, kręci się jak pierd w ortalionie, ale kuma. Widać, nie wie jak wybrnąć. Łazi tak jakoś bokiem, żeby nie spojrzeć w oczy, zalewa fusiarę, tyłem do mnie, rzecz jasna. W końcu nie wytrzymał: "czy my wczoraj… coś?". No, kurwa!&amp;nbsp; Czaisz?! Miał szczęście, że patelnię odłożyłam wcześniej, a w garści tylko ścierka! Abstynencja ciemna jak noc listopadowa, oczkami duszy widzisz wątłe światełko w tunelu... dmuchasz, chuchasz, pędzisz, a tu jeb! Lokomotywa! W przygotowaniach pobiłam rekord Guinnessa chyba, ale to doceni?!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;- Było się nie szykować, od razu wypinać, na starcie, jak poczułaś twardą wolę na pośladkach i jazda na śmierdziela, najwyżej zasnąłby w tobie. Zawsze coś.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;- Mądry Polak po...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;- No! I przysłowie sobie kupi, że przed i po seksie komara katrupi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;- Bardzo zdolny z ciebie poeta. Cóż, jak mawia mądrość serialu: „Małżeństwo jest jak spacer po parku – ogólnie przyjemnie, ale trafia się kupa”. Nauka musi kosztować, dziś ty stawiasz kawę… i to z budyniem też!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;































&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/gry_malzenskie.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhRrL1Vqv5PJnHRNWDh8xUGGe4I_aJJAxADxm5Sfc-I3eWcsbSNrNWezP9rhqzh82ySyI3uaiYhwOx43vv9q1rYpnpJEqWG7jVSaB1UEBElRGIZ4ZF44J6D771KNyW-GBrW5ZPKTmI1vIqq/s72-w307-h226-c/seks3.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ - A coś ty taka zmarnowana? Kac czy gry małżeńskie z przytupem?&amp;nbsp; - Wolałabym kaca, serio, „2kc xtreme” i po zawodach. A dziś z przyjemnością kawa do buły z budyniem. - Stary taki wyposzczony i nawet budyniu nie oferował?&amp;nbsp; - Ty się tak nie wyrywaj, mądralo. Kto wie czy wyposzczony? Fakty z wczoraj. Odebrałam go z dworca, wykąpał się, a nakarmiony zasnął jak niemowlę.&amp;nbsp; - Czyli nie poszło przez żołądek do bolca? Rozczarowana?&amp;nbsp; - Zamknij się. Ale fakt, musiałam wyrzucić złą energię. Poszalałam na odkurzaczu, w kuchni na mopie, nawet kwiaty podlałam i przejechałam półki szmatą, a on tylko chrapał i sapał, na przemian. Nic mu nie przeszkadzało. Jakby wykopki ogarniał na Mazurach przez trzy dni. Aż tu wieczorem CUD! Zebrało mu się na figle. Zaszedł mnie od tyłu, docisnął do blatu w kuchni, aż poczułam na pośladkach przypływ uczuć. Yes! Cała w skowronkach poleciałam do łazienki, a uwijałam się jak Kopciuszek w beczce grochu. Nawet nogi ogoliłam, resztę doprowadziłam do gładkości wczoraj, czułam, że coś będzie... i jazda do sypialni. - A on… niech zgadnę! Odrzuca ajfona i wyciera garść w firankę, czym doprowadza do krzyku, jakiego orgazm ci nie da! - Widzisz, nawet ty poszalałeś z wyobraźnią! Aleś wyposzczony, kolego! Prawie jak ja! Przychodzę, i owszem, stary ciągle w łóżku, nawet w pozie: "bierz i jedź na gór szczyty", tyle że chrapie głośniej niż miś po igraszkach w maku.&amp;nbsp; - No i za karę, córuniu! Zmogło chłopa. Ileż można brochę pucować?!&amp;nbsp; - Zatelepał mną durny śmiech, może nawet rozpaczy. Od trzech miesięcy mnie nie tknął, łażę spięta jak agrafka, kumasz? - … bywa. Stary ulżył sobie na gościnnych występach, a w poczuciu winy trudno tyle czekać. Co się dziwisz? Mozół warowania,&amp;nbsp; jeszcze z wizją pańszczyzny w tle. Ej, kochana, biologii nie oszukasz, a przez dekady przy jednej dziurze, to i kot zdycha. - Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć! Serdeczne dzięki! To jeszcze nic. Mój nerwowy rechot doleciał do córki, na piętro i spędził przerażoną na przedstawienie. Mało rapci nie pogubiła na schodach i zdębiała! Matka sterczy w seksowatej koszulce, a w domu piździ, odkąd gaz poszedł w górę. Stara w majtach z koronek, złaknionych&amp;nbsp; pohańbienia jak kania czegoś tam, a przy tym rży jak kobyła na widok schlanego węglarza. Rzut oka na tatusia w delegacji ku lepszej stronie bytu i już tylko westchnęła: "no i po bzykanku, mamusiu". - Lepsze dla niej niż słuchanie bzykanka. Wiesz jaka to trauma dla takiej dwudziestki? Świadkować kopulacji bumerów pod banderą zwiotczałej chuci? To jednak obrzydliwe jest, przyznasz! Seks rodzinny po czterdziestce? Przecież mogło w niej zabić chęć pożycia na dwie dekady! Co najmniej! - Dziś rano mąż się budzi, kręci się jak pierd w ortalionie, ale kuma. Widać, nie wie jak wybrnąć. Łazi tak jakoś bokiem, żeby nie spojrzeć w oczy, zalewa fusiarę, tyłem do mnie, rzecz jasna. W końcu nie wytrzymał: "czy my wczoraj… coś?". No, kurwa!&amp;nbsp; Czaisz?! Miał szczęście, że patelnię odłożyłam wcześniej, a w garści tylko ścierka! Abstynencja ciemna jak noc listopadowa, oczkami duszy widzisz wątłe światełko w tunelu... dmuchasz, chuchasz, pędzisz, a tu jeb! Lokomotywa! W przygotowaniach pobiłam rekord Guinnessa chyba, ale to doceni?! - Było się nie szykować, od razu wypinać, na starcie, jak poczułaś twardą wolę na pośladkach i jazda na śmierdziela, najwyżej zasnąłby w tobie. Zawsze coś. - Mądry Polak po... - No! I przysłowie sobie kupi, że przed i po seksie komara katrupi. - Bardzo zdolny z ciebie poeta. Cóż, jak mawia mądrość serialu: „Małżeństwo jest jak spacer po parku – ogólnie przyjemnie, ale trafia się kupa”. Nauka musi kosztować, dziś ty stawiasz kawę… i to z budyniem też!&amp;nbsp;</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ - A coś ty taka zmarnowana? Kac czy gry małżeńskie z przytupem?&amp;nbsp; - Wolałabym kaca, serio, „2kc xtreme” i po zawodach. A dziś z przyjemnością kawa do buły z budyniem. - Stary taki wyposzczony i nawet budyniu nie oferował?&amp;nbsp; - Ty się tak nie wyrywaj, mądralo. Kto wie czy wyposzczony? Fakty z wczoraj. Odebrałam go z dworca, wykąpał się, a nakarmiony zasnął jak niemowlę.&amp;nbsp; - Czyli nie poszło przez żołądek do bolca? Rozczarowana?&amp;nbsp; - Zamknij się. Ale fakt, musiałam wyrzucić złą energię. Poszalałam na odkurzaczu, w kuchni na mopie, nawet kwiaty podlałam i przejechałam półki szmatą, a on tylko chrapał i sapał, na przemian. Nic mu nie przeszkadzało. Jakby wykopki ogarniał na Mazurach przez trzy dni. Aż tu wieczorem CUD! Zebrało mu się na figle. Zaszedł mnie od tyłu, docisnął do blatu w kuchni, aż poczułam na pośladkach przypływ uczuć. Yes! Cała w skowronkach poleciałam do łazienki, a uwijałam się jak Kopciuszek w beczce grochu. Nawet nogi ogoliłam, resztę doprowadziłam do gładkości wczoraj, czułam, że coś będzie... i jazda do sypialni. - A on… niech zgadnę! Odrzuca ajfona i wyciera garść w firankę, czym doprowadza do krzyku, jakiego orgazm ci nie da! - Widzisz, nawet ty poszalałeś z wyobraźnią! Aleś wyposzczony, kolego! Prawie jak ja! Przychodzę, i owszem, stary ciągle w łóżku, nawet w pozie: "bierz i jedź na gór szczyty", tyle że chrapie głośniej niż miś po igraszkach w maku.&amp;nbsp; - No i za karę, córuniu! Zmogło chłopa. Ileż można brochę pucować?!&amp;nbsp; - Zatelepał mną durny śmiech, może nawet rozpaczy. Od trzech miesięcy mnie nie tknął, łażę spięta jak agrafka, kumasz? - … bywa. Stary ulżył sobie na gościnnych występach, a w poczuciu winy trudno tyle czekać. Co się dziwisz? Mozół warowania,&amp;nbsp; jeszcze z wizją pańszczyzny w tle. Ej, kochana, biologii nie oszukasz, a przez dekady przy jednej dziurze, to i kot zdycha. - Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć! Serdeczne dzięki! To jeszcze nic. Mój nerwowy rechot doleciał do córki, na piętro i spędził przerażoną na przedstawienie. Mało rapci nie pogubiła na schodach i zdębiała! Matka sterczy w seksowatej koszulce, a w domu piździ, odkąd gaz poszedł w górę. Stara w majtach z koronek, złaknionych&amp;nbsp; pohańbienia jak kania czegoś tam, a przy tym rży jak kobyła na widok schlanego węglarza. Rzut oka na tatusia w delegacji ku lepszej stronie bytu i już tylko westchnęła: "no i po bzykanku, mamusiu". - Lepsze dla niej niż słuchanie bzykanka. Wiesz jaka to trauma dla takiej dwudziestki? Świadkować kopulacji bumerów pod banderą zwiotczałej chuci? To jednak obrzydliwe jest, przyznasz! Seks rodzinny po czterdziestce? Przecież mogło w niej zabić chęć pożycia na dwie dekady! Co najmniej! - Dziś rano mąż się budzi, kręci się jak pierd w ortalionie, ale kuma. Widać, nie wie jak wybrnąć. Łazi tak jakoś bokiem, żeby nie spojrzeć w oczy, zalewa fusiarę, tyłem do mnie, rzecz jasna. W końcu nie wytrzymał: "czy my wczoraj… coś?". No, kurwa!&amp;nbsp; Czaisz?! Miał szczęście, że patelnię odłożyłam wcześniej, a w garści tylko ścierka! Abstynencja ciemna jak noc listopadowa, oczkami duszy widzisz wątłe światełko w tunelu... dmuchasz, chuchasz, pędzisz, a tu jeb! Lokomotywa! W przygotowaniach pobiłam rekord Guinnessa chyba, ale to doceni?! - Było się nie szykować, od razu wypinać, na starcie, jak poczułaś twardą wolę na pośladkach i jazda na śmierdziela, najwyżej zasnąłby w tobie. Zawsze coś. - Mądry Polak po... - No! I przysłowie sobie kupi, że przed i po seksie komara katrupi. - Bardzo zdolny z ciebie poeta. Cóż, jak mawia mądrość serialu: „Małżeństwo jest jak spacer po parku – ogólnie przyjemnie, ale trafia się kupa”. Nauka musi kosztować, dziś ty stawiasz kawę… i to z budyniem też!&amp;nbsp;</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Schematy codzienne</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/09/schematy-codzienne.html</link><category>felieton</category><category>mentalność</category><category>Obrazki</category><category>ocenianie ludzi</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><category>Społeczeństwo</category><category>Stereotypy społeczne</category><pubDate>Mon, 6 Sep 2021 13:46:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-7308856706304902130</guid><description>&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/schematy.mp3"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/a&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjXfA4cMsUBqGGwh67eLXtWqFO8Bu3ySJhQSJpvmDefBMbo_GcOhFLizTy87SjjG0vrwD79_8wtwQRImf7Qb4IOAstVnZ1G-zGRnQ09C9d4oIJanGsXocvxxFkdPEZZ6eGXgovHuSVC0mII/s650/c%25C3%25B3rka_matka3.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="433" data-original-width="650" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjXfA4cMsUBqGGwh67eLXtWqFO8Bu3ySJhQSJpvmDefBMbo_GcOhFLizTy87SjjG0vrwD79_8wtwQRImf7Qb4IOAstVnZ1G-zGRnQ09C9d4oIJanGsXocvxxFkdPEZZ6eGXgovHuSVC0mII/w400-h266/c%25C3%25B3rka_matka3.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Spieszą się, choć nie na pociąg. Peronem skracają drogę, później widzę je na schodach. Wspinają się sprawnie i przecinają wiadukt, by zniknąć gdzieś za zakrętem. Matka i córka, łatwiej rozpoznawalne z przodu, choć nie na pierwszy rzut oka. Z tyłu różnią się nieco wzrostem i budową nóg, szczelnie ściśniętych dżinsami skinny, zawsze w jednakowym kolorze. Córce kolanka uciekają do środka, tworząc linię iksa. Matka ma w nich inny krętlik, ale nie tak znaczny i tej los poskąpił krągłości bioder, ciosając znacznie prościej. O kobiecość córki geny bardziej się postarały. Takie same mają też sneakersy na stopach i fryzury z podskakującymi, jakby w pośpiechu spinanymi, koczkami. Z zaczesanych włosów wnioskuję, że malują je u tego samego fryzjera, niewykluczone, że w trakcie wspólnej wizyty lub robią to prościej, sobie nawzajem. Jednakowo zaczynają pracę, tak samo powinny ją kończyć, co znacznie ułatwia logistykę dnia.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Kilka razy słyszałem jak młodsza sztorcuje starszą, że nie dostosowała stroju do pogody, nie posłuchała, skąd prosty wniosek, że to ona odpowiada za wspólny outfit, podlegający wszakże dyskusji, co nawet trzyma się kupy, skoro mamuśka „chce być na modzie”, jak mawiało moje dziecko, dzieckiem będąc. Starszej najwyraźniej ciągle jeszcze dobrze w wizerunku Dżesiki i niespieszno do przejścia na poziom nieskrępowanej niczym Grażyny, czego z dużym zaangażowaniem pilnuje jej dziarska Karyna.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Przyjaźń międzypokoleniowa czy uderzające podobieństwo gustów i potrzeb? Wspólna praca, styl życia i wieczorne sesje „Top model” z nagrywarki albo powtórki „Tańca z gwiazdami”, gdy popijają wino Fresco pod pizzę Guseppe? Może nawet Carlo Rossi, ale to do ulubionego serialu. Nie nudzą się ze sobą, jednakowo dojrzałe lub niedojrzałe, co za różnica? A ojciec i mąż? Pognały go dawno temu, gdy miejsce na rodzinne powinności wypełnił po brzegi puszkami Specjala, czy zszedł na flaszki z napisem "Parkowa"? Nie wiem o nich więcej niż wsuwa mi pod dekiel tyleż natrętny, co perfidny schemat postrzegania, utkany z&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;podglądania współczesnej mentalności. Ani grama ponad to, co&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;podpowiada doświadczenie społeczne i cienkie papierosy z paczki, którą w biegu przekazują sobie wraz z zapalniczką. Pojawiają się, przebiegają, dymią i znikają, jak kolejny pociąg, mknący o tej porze sąsiednim torem.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Dziś on był pierwszy. Wiercił się niespokojnie na peronowej ławce. Oburącz ściskał tekturowy kubek, jakby pielęgnował w nim ostatni łyk człowieczeństwa. Nie podejrzewam, żeby&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;grzał dłonie&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;kawą . Najbliższy Starbucks był dzielnicę stąd i z pewnością nikt nie otwierał go o szóstej. Zerknął w moim kierunku i już po chwili odstawił napój na ławkę, by nerwowo poprawiać nogawki dżinsów. Gdy byłem na jego wysokości, właśnie wygłaskiwał nosy znoszonych butów roboczych Caterpillar. Robił to końcem mankietu wytłuszczonej kurtki. Gdyby nie ogromne plamy ze spodni i przetarty na wskroś plecak, wziąłbym go za robotnika zza wschodniej granicy. Ale nawet oni nie są tak rozchwiani, zwłaszcza bladym świtem i w środku tygodnia.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgWYWUGnBee_NoVsnXoDTzDHoDlVzaOSyjRsJKcM2Hnm0T2VU5UIhq3m6jrTNuZ32uOj1NGrDwtox7W6xUUJEb7exltpPbWeYHs02ZHQsRmpE2bNxImxQ5YzYTSCIp34Kl-csUy1Beo0grq/s800/menel3.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="450" data-original-width="800" height="225" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgWYWUGnBee_NoVsnXoDTzDHoDlVzaOSyjRsJKcM2Hnm0T2VU5UIhq3m6jrTNuZ32uOj1NGrDwtox7W6xUUJEb7exltpPbWeYHs02ZHQsRmpE2bNxImxQ5YzYTSCIp34Kl-csUy1Beo0grq/w400-h225/menel3.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Byliśmy sami na peronie. Na wszelki wypadek udałem się na następną ławkę. Nie chodzi o skąpstwo. Nie żałuję monet bezdomnym i nie wnikam na co pójdą. Fajki, alkohol czy parówki z MOM-u, naprawdę wszystko mi jedno, a pod Lidlem ulegam prośbom o zakup jedzenia, to zawsze podciąga samoocenę, więc jest wspólny interes do zrobienia. Złotówek skąpię tylko dobrze wyglądającym fanom życia bez pracy, zwykle młodszym ode mnie, bo w końcu mnie też nikt ich nie daje. Ale tłumaczyć bezdomnemu, na peronie, że mam tylko kartę, to mimo wszystko brzmi jak dupochron albo niesmaczny żart Scrooge’a i to w wersji z Kaczorem Donaldem.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Usiadłem w bezpiecznej odległości od prób wymuszania jałmużny i skupiłem się na rozplątywaniu słuchawek. Po chwili dotarł do mnie oburzony dziewczęcy wysoki głos:&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Kosz masz obok, zasrańcu! Przestań tu syfić, szmato śmierdząca!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;/span&gt;To była ona, córka swojej matki, wykrzykiwała ledwie odwróciwszy głowę w stronę menela, któremu raczej było wszystko jedno. Siedział plecami do krzyku. A i napastniczce to nie przeszkadzało. Przecież nie słuchała jego pomrukiwań, z których doleciało tu ledwie: „dobra, dobra”. Nie zwalniając w codziennym biegu za chlebem, czerwieniała z kroku na krok.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Zamknij mordę śmierdząca kurwo! - dorzuciła z taką agresją, że sam się zląkłem. To padło już na mojej wysokości, ale choć deptała mi niemal po sznurowadłach, byłem dla niej przezroczysty, wszak o dobre trzydzieści lat starszy. Gdy podniosłem głowę, bardziej zaskoczony niż przerażony, mamusia uznała, że pora wkroczyć z jakąś formą wychowania:&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Nie klnij tak! – Na więcej nie mogła się zdobyć pod naciskiem silnej presji potomstwa, a dla załagodzenia sprawy podała jej małą czerwoną zapalniczkę.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Za plecami usłyszałem wjeżdżający pociąg. To do niego sposobił się fan mało wyszukanych alkoholi, pucując garderobę czymkolwiek i jak się dało. Zarzucił plecak, siorbnął z kubka, który znowu unosił oburącz, niczym tekturowego Graala, i z pewnością nie zamierzał zostawiać go na ławce. Wspinał się do wagonu zbyt długo, ale zdążył przed sygnałem poprzedzającym zamykanie drzwi.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/schematy.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjXfA4cMsUBqGGwh67eLXtWqFO8Bu3ySJhQSJpvmDefBMbo_GcOhFLizTy87SjjG0vrwD79_8wtwQRImf7Qb4IOAstVnZ1G-zGRnQ09C9d4oIJanGsXocvxxFkdPEZZ6eGXgovHuSVC0mII/s72-w400-h266-c/c%25C3%25B3rka_matka3.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Spieszą się, choć nie na pociąg. Peronem skracają drogę, później widzę je na schodach. Wspinają się sprawnie i przecinają wiadukt, by zniknąć gdzieś za zakrętem. Matka i córka, łatwiej rozpoznawalne z przodu, choć nie na pierwszy rzut oka. Z tyłu różnią się nieco wzrostem i budową nóg, szczelnie ściśniętych dżinsami skinny, zawsze w jednakowym kolorze. Córce kolanka uciekają do środka, tworząc linię iksa. Matka ma w nich inny krętlik, ale nie tak znaczny i tej los poskąpił krągłości bioder, ciosając znacznie prościej. O kobiecość córki geny bardziej się postarały. Takie same mają też sneakersy na stopach i fryzury z podskakującymi, jakby w pośpiechu spinanymi, koczkami. Z zaczesanych włosów wnioskuję, że malują je u tego samego fryzjera, niewykluczone, że w trakcie wspólnej wizyty lub robią to prościej, sobie nawzajem. Jednakowo zaczynają pracę, tak samo powinny ją kończyć, co znacznie ułatwia logistykę dnia.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Kilka razy słyszałem jak młodsza sztorcuje starszą, że nie dostosowała stroju do pogody, nie posłuchała, skąd prosty wniosek, że to ona odpowiada za wspólny outfit, podlegający wszakże dyskusji, co nawet trzyma się kupy, skoro mamuśka „chce być na modzie”, jak mawiało moje dziecko, dzieckiem będąc. Starszej najwyraźniej ciągle jeszcze dobrze w wizerunku Dżesiki i niespieszno do przejścia na poziom nieskrępowanej niczym Grażyny, czego z dużym zaangażowaniem pilnuje jej dziarska Karyna.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Przyjaźń międzypokoleniowa czy uderzające podobieństwo gustów i potrzeb? Wspólna praca, styl życia i wieczorne sesje „Top model” z nagrywarki albo powtórki „Tańca z gwiazdami”, gdy popijają wino Fresco pod pizzę Guseppe? Może nawet Carlo Rossi, ale to do ulubionego serialu. Nie nudzą się ze sobą, jednakowo dojrzałe lub niedojrzałe, co za różnica? A ojciec i mąż? Pognały go dawno temu, gdy miejsce na rodzinne powinności wypełnił po brzegi puszkami Specjala, czy zszedł na flaszki z napisem "Parkowa"? Nie wiem o nich więcej niż wsuwa mi pod dekiel tyleż natrętny, co perfidny schemat postrzegania, utkany z&amp;nbsp;podglądania współczesnej mentalności. Ani grama ponad to, co&amp;nbsp;podpowiada doświadczenie społeczne i cienkie papierosy z paczki, którą w biegu przekazują sobie wraz z zapalniczką. Pojawiają się, przebiegają, dymią i znikają, jak kolejny pociąg, mknący o tej porze sąsiednim torem. &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Dziś on był pierwszy. Wiercił się niespokojnie na peronowej ławce. Oburącz ściskał tekturowy kubek, jakby pielęgnował w nim ostatni łyk człowieczeństwa. Nie podejrzewam, żeby&amp;nbsp;grzał dłonie&amp;nbsp;kawą . Najbliższy Starbucks był dzielnicę stąd i z pewnością nikt nie otwierał go o szóstej. Zerknął w moim kierunku i już po chwili odstawił napój na ławkę, by nerwowo poprawiać nogawki dżinsów. Gdy byłem na jego wysokości, właśnie wygłaskiwał nosy znoszonych butów roboczych Caterpillar. Robił to końcem mankietu wytłuszczonej kurtki. Gdyby nie ogromne plamy ze spodni i przetarty na wskroś plecak, wziąłbym go za robotnika zza wschodniej granicy. Ale nawet oni nie są tak rozchwiani, zwłaszcza bladym świtem i w środku tygodnia. Byliśmy sami na peronie. Na wszelki wypadek udałem się na następną ławkę. Nie chodzi o skąpstwo. Nie żałuję monet bezdomnym i nie wnikam na co pójdą. Fajki, alkohol czy parówki z MOM-u, naprawdę wszystko mi jedno, a pod Lidlem ulegam prośbom o zakup jedzenia, to zawsze podciąga samoocenę, więc jest wspólny interes do zrobienia. Złotówek skąpię tylko dobrze wyglądającym fanom życia bez pracy, zwykle młodszym ode mnie, bo w końcu mnie też nikt ich nie daje. Ale tłumaczyć bezdomnemu, na peronie, że mam tylko kartę, to mimo wszystko brzmi jak dupochron albo niesmaczny żart Scrooge’a i to w wersji z Kaczorem Donaldem.&amp;nbsp; Usiadłem w bezpiecznej odległości od prób wymuszania jałmużny i skupiłem się na rozplątywaniu słuchawek. Po chwili dotarł do mnie oburzony dziewczęcy wysoki głos: - Kosz masz obok, zasrańcu! Przestań tu syfić, szmato śmierdząca! &amp;nbsp; &amp;nbsp; To była ona, córka swojej matki, wykrzykiwała ledwie odwróciwszy głowę w stronę menela, któremu raczej było wszystko jedno. Siedział plecami do krzyku. A i napastniczce to nie przeszkadzało. Przecież nie słuchała jego pomrukiwań, z których doleciało tu ledwie: „dobra, dobra”. Nie zwalniając w codziennym biegu za chlebem, czerwieniała z kroku na krok. - Zamknij mordę śmierdząca kurwo! - dorzuciła z taką agresją, że sam się zląkłem. To padło już na mojej wysokości, ale choć deptała mi niemal po sznurowadłach, byłem dla niej przezroczysty, wszak o dobre trzydzieści lat starszy. Gdy podniosłem głowę, bardziej zaskoczony niż przerażony, mamusia uznała, że pora wkroczyć z jakąś formą wychowania: - Nie klnij tak! – Na więcej nie mogła się zdobyć pod naciskiem silnej presji potomstwa, a dla załagodzenia sprawy podała jej małą czerwoną zapalniczkę.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Za plecami usłyszałem wjeżdżający pociąg. To do niego sposobił się fan mało wyszukanych alkoholi, pucując garderobę czymkolwiek i jak się dało. Zarzucił plecak, siorbnął z kubka, który znowu unosił oburącz, niczym tekturowego Graala, i z pewnością nie zamierzał zostawiać go na ławce. Wspinał się do wagonu zbyt długo, ale zdążył przed sygnałem poprzedzającym zamykanie drzwi.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Spieszą się, choć nie na pociąg. Peronem skracają drogę, później widzę je na schodach. Wspinają się sprawnie i przecinają wiadukt, by zniknąć gdzieś za zakrętem. Matka i córka, łatwiej rozpoznawalne z przodu, choć nie na pierwszy rzut oka. Z tyłu różnią się nieco wzrostem i budową nóg, szczelnie ściśniętych dżinsami skinny, zawsze w jednakowym kolorze. Córce kolanka uciekają do środka, tworząc linię iksa. Matka ma w nich inny krętlik, ale nie tak znaczny i tej los poskąpił krągłości bioder, ciosając znacznie prościej. O kobiecość córki geny bardziej się postarały. Takie same mają też sneakersy na stopach i fryzury z podskakującymi, jakby w pośpiechu spinanymi, koczkami. Z zaczesanych włosów wnioskuję, że malują je u tego samego fryzjera, niewykluczone, że w trakcie wspólnej wizyty lub robią to prościej, sobie nawzajem. Jednakowo zaczynają pracę, tak samo powinny ją kończyć, co znacznie ułatwia logistykę dnia.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Kilka razy słyszałem jak młodsza sztorcuje starszą, że nie dostosowała stroju do pogody, nie posłuchała, skąd prosty wniosek, że to ona odpowiada za wspólny outfit, podlegający wszakże dyskusji, co nawet trzyma się kupy, skoro mamuśka „chce być na modzie”, jak mawiało moje dziecko, dzieckiem będąc. Starszej najwyraźniej ciągle jeszcze dobrze w wizerunku Dżesiki i niespieszno do przejścia na poziom nieskrępowanej niczym Grażyny, czego z dużym zaangażowaniem pilnuje jej dziarska Karyna.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Przyjaźń międzypokoleniowa czy uderzające podobieństwo gustów i potrzeb? Wspólna praca, styl życia i wieczorne sesje „Top model” z nagrywarki albo powtórki „Tańca z gwiazdami”, gdy popijają wino Fresco pod pizzę Guseppe? Może nawet Carlo Rossi, ale to do ulubionego serialu. Nie nudzą się ze sobą, jednakowo dojrzałe lub niedojrzałe, co za różnica? A ojciec i mąż? Pognały go dawno temu, gdy miejsce na rodzinne powinności wypełnił po brzegi puszkami Specjala, czy zszedł na flaszki z napisem "Parkowa"? Nie wiem o nich więcej niż wsuwa mi pod dekiel tyleż natrętny, co perfidny schemat postrzegania, utkany z&amp;nbsp;podglądania współczesnej mentalności. Ani grama ponad to, co&amp;nbsp;podpowiada doświadczenie społeczne i cienkie papierosy z paczki, którą w biegu przekazują sobie wraz z zapalniczką. Pojawiają się, przebiegają, dymią i znikają, jak kolejny pociąg, mknący o tej porze sąsiednim torem. &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Dziś on był pierwszy. Wiercił się niespokojnie na peronowej ławce. Oburącz ściskał tekturowy kubek, jakby pielęgnował w nim ostatni łyk człowieczeństwa. Nie podejrzewam, żeby&amp;nbsp;grzał dłonie&amp;nbsp;kawą . Najbliższy Starbucks był dzielnicę stąd i z pewnością nikt nie otwierał go o szóstej. Zerknął w moim kierunku i już po chwili odstawił napój na ławkę, by nerwowo poprawiać nogawki dżinsów. Gdy byłem na jego wysokości, właśnie wygłaskiwał nosy znoszonych butów roboczych Caterpillar. Robił to końcem mankietu wytłuszczonej kurtki. Gdyby nie ogromne plamy ze spodni i przetarty na wskroś plecak, wziąłbym go za robotnika zza wschodniej granicy. Ale nawet oni nie są tak rozchwiani, zwłaszcza bladym świtem i w środku tygodnia. Byliśmy sami na peronie. Na wszelki wypadek udałem się na następną ławkę. Nie chodzi o skąpstwo. Nie żałuję monet bezdomnym i nie wnikam na co pójdą. Fajki, alkohol czy parówki z MOM-u, naprawdę wszystko mi jedno, a pod Lidlem ulegam prośbom o zakup jedzenia, to zawsze podciąga samoocenę, więc jest wspólny interes do zrobienia. Złotówek skąpię tylko dobrze wyglądającym fanom życia bez pracy, zwykle młodszym ode mnie, bo w końcu mnie też nikt ich nie daje. Ale tłumaczyć bezdomnemu, na peronie, że mam tylko kartę, to mimo wszystko brzmi jak dupochron albo niesmaczny żart Scrooge’a i to w wersji z Kaczorem Donaldem.&amp;nbsp; Usiadłem w bezpiecznej odległości od prób wymuszania jałmużny i skupiłem się na rozplątywaniu słuchawek. Po chwili dotarł do mnie oburzony dziewczęcy wysoki głos: - Kosz masz obok, zasrańcu! Przestań tu syfić, szmato śmierdząca! &amp;nbsp; &amp;nbsp; To była ona, córka swojej matki, wykrzykiwała ledwie odwróciwszy głowę w stronę menela, któremu raczej było wszystko jedno. Siedział plecami do krzyku. A i napastniczce to nie przeszkadzało. Przecież nie słuchała jego pomrukiwań, z których doleciało tu ledwie: „dobra, dobra”. Nie zwalniając w codziennym biegu za chlebem, czerwieniała z kroku na krok. - Zamknij mordę śmierdząca kurwo! - dorzuciła z taką agresją, że sam się zląkłem. To padło już na mojej wysokości, ale choć deptała mi niemal po sznurowadłach, byłem dla niej przezroczysty, wszak o dobre trzydzieści lat starszy. Gdy podniosłem głowę, bardziej zaskoczony niż przerażony, mamusia uznała, że pora wkroczyć z jakąś formą wychowania: - Nie klnij tak! – Na więcej nie mogła się zdobyć pod naciskiem silnej presji potomstwa, a dla załagodzenia sprawy podała jej małą czerwoną zapalniczkę.&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Za plecami usłyszałem wjeżdżający pociąg. To do niego sposobił się fan mało wyszukanych alkoholi, pucując garderobę czymkolwiek i jak się dało. Zarzucił plecak, siorbnął z kubka, który znowu unosił oburącz, niczym tekturowego Graala, i z pewnością nie zamierzał zostawiać go na ławce. Wspinał się do wagonu zbyt długo, ale zdążył przed sygnałem poprzedzającym zamykanie drzwi.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Samozniszczenia</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/08/samozniszczenia.html</link><category>człowieczeństwo</category><category>felieton</category><category>koniec-świata</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><category>Społeczeństwo</category><category>śmierć</category><pubDate>Mon, 16 Aug 2021 10:43:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-170123246459790738</guid><description>&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/samozniszczenia.mp3" target=""&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;
&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhM9RQKJ2-ZIwMMCIBPEqVvIeL6qyWa5KHdFtG8SmQpmIxMtLKt1w4hFiiUf4VNr3jikW6yIR8dRm61Gqiyv4UZuYMkgbkgqTEpKVeGTsJtki7tsc4CUzen3ae66Egcr1zK9CcxPICh0AlW/s637/zag%25C5%2582ada.jpg" style="clear: left; float: left; font-weight: bold; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="511" data-original-width="637" height="321" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhM9RQKJ2-ZIwMMCIBPEqVvIeL6qyWa5KHdFtG8SmQpmIxMtLKt1w4hFiiUf4VNr3jikW6yIR8dRm61Gqiyv4UZuYMkgbkgqTEpKVeGTsJtki7tsc4CUzen3ae66Egcr1zK9CcxPICh0AlW/w400-h321/zag%25C5%2582ada.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Rzeka Pisa, Mazury, lato. Płynący jacht haczy masztem o linię wysokiego napięcia. Dwóch mężczyzn wpada do wody. Miejscowy chłopiec, według relacji czternastoletni, rzuca się na ratunek, w nurt. Próbuje ocalić, przy czym sam ginie, prawdopodobnie porażony prądem. Ernest za spontaniczne bohaterstwo zapłacił życiem. Jeden z uratowanych i tak umiera następnego dnia, co wzmacnia dramat daremności zmagania z losem.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Gdy nie jest się bezpośrednim świadkiem wypadku, a relacja dociera z sieci, sensacyjny news szybko traci moc oddziaływania. W jakiejś części społeczeństwa, pewnie całkiem niewielkiej, podobne zdarzenie pozostawia chwilowe emocje. Gości na moment wśród tematów podczas grillowania, imienin u cioci albo fragmentem dialogu w piwnym ogródku. Tam rodzą się i równie szybko znajdują odpowiedź pytania o sens poświęcenia w obliczu końca młodego życia. Bohaterstwo czy lekkomyślność? Spontaniczny odruch? Intuicja ratowania, bez czasu na ocenę ryzyka i bez możliwości analizy sytuacji? Przecenił siły i zapłacił najwyższą stawkę, bo nie mógł po prostu stać i patrzeć? Czy był sam? Wzdłuż rzeki prowadzi droga do miejskiej plaży. O tej porze roku ruch tu raczej nie ustaje, szczególnie w godzinach popołudniowych, a tragedia miała miejsce w okolicy siedemnastej. I&amp;nbsp;&lt;/span&gt;nie zawahał&amp;nbsp;się&amp;nbsp;&lt;span&gt;jedynie czternastolatek&lt;/span&gt;? Jeszcze nie osiągnął pułapu konformizmu, sufitu obojętności i troski o własne ja? Dla młodzieńca z prowincji życie było wartością realną, nie grą na ekranie. Jeszcze było go stać na poryw solidarności w starciu z ostatecznością. Prawda, jakie to szlachetne w naszych czasach? Jakie przykładne i jednocześnie bezsensowne w finale. Pomieszanie odczuć jest tu jak dokuczliwa mucha, która bzyczy upierdliwe i wzmacnia echo tragifarsy zdarzenia.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Sytuacje rodzinne powodują, że dosyć regularnie bywam w Piszu i to od blisko trzydziestu lat. Znam to miejsce i rzekę z rozlicznych spacerów wzdłuż jej brzegu, ale nie przypominam sobie, żebym widział tam jachty z postawionym masztem. Nie tylko ze względu na linie wysokiego napięcia, ale także z uwagi na mosty. Jednostki płyną tędy z nurtem i na silnikach, niezależnie od wielkości. A załoga z Krakowa? Wyłączyła czujność czy myślenie? Metalowy drąg jednostki pozostał poza zasięgiem ich wzroku? Mimo oznakowania szlaku? Może to kwestia doświadczenia, brawura, alkohol? Zdaje się, że głupota i brak wyobraźni łamie dziś wszelkie granice i to znacznie silniej niż łaska Boska. Bezmyślność zbiera żniwo w każdej postaci, boli szczególnie tam, gdzie ceną jest przypadkowe życie.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgLkV07M2DYmQrWuXPuIBCb_4oeMvgFS7M5YRVwyAADqchpIH_Skphn_4aDz2UNkdrDZqQUR48AJVd9qvjsrABrqKvpyX3DAsRLLykAuLgswSxFhhnx5YcafXqARnuoxXbvAsmTXNCbpIlm/s1686/zag%25C5%2582ada1.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="1130" data-original-width="1686" height="268" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgLkV07M2DYmQrWuXPuIBCb_4oeMvgFS7M5YRVwyAADqchpIH_Skphn_4aDz2UNkdrDZqQUR48AJVd9qvjsrABrqKvpyX3DAsRLLykAuLgswSxFhhnx5YcafXqARnuoxXbvAsmTXNCbpIlm/w400-h268/zag%25C5%2582ada1.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Relacje o dramacie szlachetności, wyciągają z pamięci także medialne doniesienia z wypadków samochodowych, wskazują ofiary na przejściach dla pieszych, rozbite wiaty przystankowe z trupami oczekujących, całe to miganie przypadkowego i absurdalnego kresu życia, domkniętego przez pijanych kierowców, naćpanych, celebrytów, którym odwala przepracowanie, wyścig szczurów i nadmiar kasy, zwyczajnych idiotów albo recydywistów, powodujących wypadki po odebraniu uprawnień. I to nie oni zwykle giną, eliminują ludzi, którzy nic nie zawinili, często dzieci. Ale na takie zdarzenia staliśmy się już znieczuleni, jest ich zbyt wiele, żeby tąpnęło, rozpaliło potrzebę zmiany postaw. Podobnie jak statystyki utonięć po spożyciu, nie grzeją, nie ziębią. Zwyczajnie nie ruszają, składając się w bezimienną śmierć na własne życzenie. Znieczuliliśmy się i trwają w nas nie dłużej niż migawka telewizyjna lub zapis z przesuwanego paska, strawny dodatek do kolacji.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Im dłużej żyję, silniej dostrzegam ludzką ciągotę do spychania na margines człowieczeństwa refleksyjnego, empatycznego, wrażliwego, zdolnego dostrzegać więcej niż koniec własnego nosa. Miejsce "frajera", "leszcza", "cieniasa" jest w piwnicy niedostosowania, tam z lubością kasuje się odpowiedzialność, zdrowy rozsądek, dbałość o środowisko i troskę o przyszłość dzieci, wnuków. Niedostrzeganie drugiego, stosowanie mniej lub bardziej świadomej przemocy, traktowane w kategorii swobód osobistych i prawa do samostanowienia, zaradności życiowej, sukcesu, "lepszości", przybiera na sile szybciej niż tajfuny, powodzie czy burze. Bardzo wyraźnie daje się odczuć wpływ barbarzyńcy na przyspieszenie efektu cieplarnianego, ale mniej spektakularnie wdziera się jego dominacja nad człowiekiem na miarę XXI wieku, który czegoś od historii jednak się nauczył, choć pozostaje w mniejszości.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Podział plemienny, tak silnie okrzyczany w mediach, to nie tylko ten na zwolenników takiej czy innej partii, systemu czy modelu życia, nie tylko na wykluczonych i beneficjentów. Tu coraz silniej do głosu dochodzi skazywanie na niebyt altruistów, społeczników, oddanych powołaniu czy służbie drugiemu, zatroskanych o przyszłość ogółu. Ludzi, którzy są jak ostatni krzyk sumienia, a ten należy bezwzględnie zagłuszyć, bo przeszkadza, staje na drodze do "mojszości".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Jakby autodestrukcja ludzkiego gatunku została wpisana w jego ewolucję i przyspiesza. Zastępuje gen humanitaryzmu nowym: zmutowanej pazerności, która odbiera rozsądek i wpływa na jakość istnienia planety, a objawia się niezwykle skutecznie w ekonomii, biznesie, polityce. Ponagla koniec ludzkości, szczególnie tej, która ratuje życie coraz mniej inwazyjnymi metodami leczenia, tkwi w uczelnianych bańkach postępowych nauk, przestrzega możnych tego świata, rozwija sztuczną inteligencję i lata w kosmos, a w jednostkowym wydaniu bezinteresownie rzuca się na pomoc zagrożonemu istnieniu, choćby bezskutecznie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/samozniszczenia.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhM9RQKJ2-ZIwMMCIBPEqVvIeL6qyWa5KHdFtG8SmQpmIxMtLKt1w4hFiiUf4VNr3jikW6yIR8dRm61Gqiyv4UZuYMkgbkgqTEpKVeGTsJtki7tsc4CUzen3ae66Egcr1zK9CcxPICh0AlW/s72-w400-h321-c/zag%25C5%2582ada.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Rzeka Pisa, Mazury, lato. Płynący jacht haczy masztem o linię wysokiego napięcia. Dwóch mężczyzn wpada do wody. Miejscowy chłopiec, według relacji czternastoletni, rzuca się na ratunek, w nurt. Próbuje ocalić, przy czym sam ginie, prawdopodobnie porażony prądem. Ernest za spontaniczne bohaterstwo zapłacił życiem. Jeden z uratowanych i tak umiera następnego dnia, co wzmacnia dramat daremności zmagania z losem.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Gdy nie jest się bezpośrednim świadkiem wypadku, a relacja dociera z sieci, sensacyjny news szybko traci moc oddziaływania. W jakiejś części społeczeństwa, pewnie całkiem niewielkiej, podobne zdarzenie pozostawia chwilowe emocje. Gości na moment wśród tematów podczas grillowania, imienin u cioci albo fragmentem dialogu w piwnym ogródku. Tam rodzą się i równie szybko znajdują odpowiedź pytania o sens poświęcenia w obliczu końca młodego życia. Bohaterstwo czy lekkomyślność? Spontaniczny odruch? Intuicja ratowania, bez czasu na ocenę ryzyka i bez możliwości analizy sytuacji? Przecenił siły i zapłacił najwyższą stawkę, bo nie mógł po prostu stać i patrzeć? Czy był sam? Wzdłuż rzeki prowadzi droga do miejskiej plaży. O tej porze roku ruch tu raczej nie ustaje, szczególnie w godzinach popołudniowych, a tragedia miała miejsce w okolicy siedemnastej. I&amp;nbsp;nie zawahał&amp;nbsp;się&amp;nbsp;jedynie czternastolatek? Jeszcze nie osiągnął pułapu konformizmu, sufitu obojętności i troski o własne ja? Dla młodzieńca z prowincji życie było wartością realną, nie grą na ekranie. Jeszcze było go stać na poryw solidarności w starciu z ostatecznością. Prawda, jakie to szlachetne w naszych czasach? Jakie przykładne i jednocześnie bezsensowne w finale. Pomieszanie odczuć jest tu jak dokuczliwa mucha, która bzyczy upierdliwe i wzmacnia echo tragifarsy zdarzenia.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Sytuacje rodzinne powodują, że dosyć regularnie bywam w Piszu i to od blisko trzydziestu lat. Znam to miejsce i rzekę z rozlicznych spacerów wzdłuż jej brzegu, ale nie przypominam sobie, żebym widział tam jachty z postawionym masztem. Nie tylko ze względu na linie wysokiego napięcia, ale także z uwagi na mosty. Jednostki płyną tędy z nurtem i na silnikach, niezależnie od wielkości. A załoga z Krakowa? Wyłączyła czujność czy myślenie? Metalowy drąg jednostki pozostał poza zasięgiem ich wzroku? Mimo oznakowania szlaku? Może to kwestia doświadczenia, brawura, alkohol? Zdaje się, że głupota i brak wyobraźni łamie dziś wszelkie granice i to znacznie silniej niż łaska Boska. Bezmyślność zbiera żniwo w każdej postaci, boli szczególnie tam, gdzie ceną jest przypadkowe życie. &amp;nbsp; &amp;nbsp;Relacje o dramacie szlachetności, wyciągają z pamięci także medialne doniesienia z wypadków samochodowych, wskazują ofiary na przejściach dla pieszych, rozbite wiaty przystankowe z trupami oczekujących, całe to miganie przypadkowego i absurdalnego kresu życia, domkniętego przez pijanych kierowców, naćpanych, celebrytów, którym odwala przepracowanie, wyścig szczurów i nadmiar kasy, zwyczajnych idiotów albo recydywistów, powodujących wypadki po odebraniu uprawnień. I to nie oni zwykle giną, eliminują ludzi, którzy nic nie zawinili, często dzieci. Ale na takie zdarzenia staliśmy się już znieczuleni, jest ich zbyt wiele, żeby tąpnęło, rozpaliło potrzebę zmiany postaw. Podobnie jak statystyki utonięć po spożyciu, nie grzeją, nie ziębią. Zwyczajnie nie ruszają, składając się w bezimienną śmierć na własne życzenie. Znieczuliliśmy się i trwają w nas nie dłużej niż migawka telewizyjna lub zapis z przesuwanego paska, strawny dodatek do kolacji. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Im dłużej żyję, silniej dostrzegam ludzką ciągotę do spychania na margines człowieczeństwa refleksyjnego, empatycznego, wrażliwego, zdolnego dostrzegać więcej niż koniec własnego nosa. Miejsce "frajera", "leszcza", "cieniasa" jest w piwnicy niedostosowania, tam z lubością kasuje się odpowiedzialność, zdrowy rozsądek, dbałość o środowisko i troskę o przyszłość dzieci, wnuków. Niedostrzeganie drugiego, stosowanie mniej lub bardziej świadomej przemocy, traktowane w kategorii swobód osobistych i prawa do samostanowienia, zaradności życiowej, sukcesu, "lepszości", przybiera na sile szybciej niż tajfuny, powodzie czy burze. Bardzo wyraźnie daje się odczuć wpływ barbarzyńcy na przyspieszenie efektu cieplarnianego, ale mniej spektakularnie wdziera się jego dominacja nad człowiekiem na miarę XXI wieku, który czegoś od historii jednak się nauczył, choć pozostaje w mniejszości.&amp;nbsp;Podział plemienny, tak silnie okrzyczany w mediach, to nie tylko ten na zwolenników takiej czy innej partii, systemu czy modelu życia, nie tylko na wykluczonych i beneficjentów. Tu coraz silniej do głosu dochodzi skazywanie na niebyt altruistów, społeczników, oddanych powołaniu czy służbie drugiemu, zatroskanych o przyszłość ogółu. Ludzi, którzy są jak ostatni krzyk sumienia, a ten należy bezwzględnie zagłuszyć, bo przeszkadza, staje na drodze do "mojszości". &amp;nbsp; &amp;nbsp; Jakby autodestrukcja ludzkiego gatunku została wpisana w jego ewolucję i przyspiesza. Zastępuje gen humanitaryzmu nowym: zmutowanej pazerności, która odbiera rozsądek i wpływa na jakość istnienia planety, a objawia się niezwykle skutecznie w ekonomii, biznesie, polityce. Ponagla koniec ludzkości, szczególnie tej, która ratuje życie coraz mniej inwazyjnymi metodami leczenia, tkwi w uczelnianych bańkach postępowych nauk, przestrzega możnych tego świata, rozwija sztuczną inteligencję i lata w kosmos, a w jednostkowym wydaniu bezinteresownie rzuca się na pomoc zagrożonemu istnieniu, choćby bezskutecznie.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Rzeka Pisa, Mazury, lato. Płynący jacht haczy masztem o linię wysokiego napięcia. Dwóch mężczyzn wpada do wody. Miejscowy chłopiec, według relacji czternastoletni, rzuca się na ratunek, w nurt. Próbuje ocalić, przy czym sam ginie, prawdopodobnie porażony prądem. Ernest za spontaniczne bohaterstwo zapłacił życiem. Jeden z uratowanych i tak umiera następnego dnia, co wzmacnia dramat daremności zmagania z losem.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Gdy nie jest się bezpośrednim świadkiem wypadku, a relacja dociera z sieci, sensacyjny news szybko traci moc oddziaływania. W jakiejś części społeczeństwa, pewnie całkiem niewielkiej, podobne zdarzenie pozostawia chwilowe emocje. Gości na moment wśród tematów podczas grillowania, imienin u cioci albo fragmentem dialogu w piwnym ogródku. Tam rodzą się i równie szybko znajdują odpowiedź pytania o sens poświęcenia w obliczu końca młodego życia. Bohaterstwo czy lekkomyślność? Spontaniczny odruch? Intuicja ratowania, bez czasu na ocenę ryzyka i bez możliwości analizy sytuacji? Przecenił siły i zapłacił najwyższą stawkę, bo nie mógł po prostu stać i patrzeć? Czy był sam? Wzdłuż rzeki prowadzi droga do miejskiej plaży. O tej porze roku ruch tu raczej nie ustaje, szczególnie w godzinach popołudniowych, a tragedia miała miejsce w okolicy siedemnastej. I&amp;nbsp;nie zawahał&amp;nbsp;się&amp;nbsp;jedynie czternastolatek? Jeszcze nie osiągnął pułapu konformizmu, sufitu obojętności i troski o własne ja? Dla młodzieńca z prowincji życie było wartością realną, nie grą na ekranie. Jeszcze było go stać na poryw solidarności w starciu z ostatecznością. Prawda, jakie to szlachetne w naszych czasach? Jakie przykładne i jednocześnie bezsensowne w finale. Pomieszanie odczuć jest tu jak dokuczliwa mucha, która bzyczy upierdliwe i wzmacnia echo tragifarsy zdarzenia.&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Sytuacje rodzinne powodują, że dosyć regularnie bywam w Piszu i to od blisko trzydziestu lat. Znam to miejsce i rzekę z rozlicznych spacerów wzdłuż jej brzegu, ale nie przypominam sobie, żebym widział tam jachty z postawionym masztem. Nie tylko ze względu na linie wysokiego napięcia, ale także z uwagi na mosty. Jednostki płyną tędy z nurtem i na silnikach, niezależnie od wielkości. A załoga z Krakowa? Wyłączyła czujność czy myślenie? Metalowy drąg jednostki pozostał poza zasięgiem ich wzroku? Mimo oznakowania szlaku? Może to kwestia doświadczenia, brawura, alkohol? Zdaje się, że głupota i brak wyobraźni łamie dziś wszelkie granice i to znacznie silniej niż łaska Boska. Bezmyślność zbiera żniwo w każdej postaci, boli szczególnie tam, gdzie ceną jest przypadkowe życie. &amp;nbsp; &amp;nbsp;Relacje o dramacie szlachetności, wyciągają z pamięci także medialne doniesienia z wypadków samochodowych, wskazują ofiary na przejściach dla pieszych, rozbite wiaty przystankowe z trupami oczekujących, całe to miganie przypadkowego i absurdalnego kresu życia, domkniętego przez pijanych kierowców, naćpanych, celebrytów, którym odwala przepracowanie, wyścig szczurów i nadmiar kasy, zwyczajnych idiotów albo recydywistów, powodujących wypadki po odebraniu uprawnień. I to nie oni zwykle giną, eliminują ludzi, którzy nic nie zawinili, często dzieci. Ale na takie zdarzenia staliśmy się już znieczuleni, jest ich zbyt wiele, żeby tąpnęło, rozpaliło potrzebę zmiany postaw. Podobnie jak statystyki utonięć po spożyciu, nie grzeją, nie ziębią. Zwyczajnie nie ruszają, składając się w bezimienną śmierć na własne życzenie. Znieczuliliśmy się i trwają w nas nie dłużej niż migawka telewizyjna lub zapis z przesuwanego paska, strawny dodatek do kolacji. &amp;nbsp; &amp;nbsp; Im dłużej żyję, silniej dostrzegam ludzką ciągotę do spychania na margines człowieczeństwa refleksyjnego, empatycznego, wrażliwego, zdolnego dostrzegać więcej niż koniec własnego nosa. Miejsce "frajera", "leszcza", "cieniasa" jest w piwnicy niedostosowania, tam z lubością kasuje się odpowiedzialność, zdrowy rozsądek, dbałość o środowisko i troskę o przyszłość dzieci, wnuków. Niedostrzeganie drugiego, stosowanie mniej lub bardziej świadomej przemocy, traktowane w kategorii swobód osobistych i prawa do samostanowienia, zaradności życiowej, sukcesu, "lepszości", przybiera na sile szybciej niż tajfuny, powodzie czy burze. Bardzo wyraźnie daje się odczuć wpływ barbarzyńcy na przyspieszenie efektu cieplarnianego, ale mniej spektakularnie wdziera się jego dominacja nad człowiekiem na miarę XXI wieku, który czegoś od historii jednak się nauczył, choć pozostaje w mniejszości.&amp;nbsp;Podział plemienny, tak silnie okrzyczany w mediach, to nie tylko ten na zwolenników takiej czy innej partii, systemu czy modelu życia, nie tylko na wykluczonych i beneficjentów. Tu coraz silniej do głosu dochodzi skazywanie na niebyt altruistów, społeczników, oddanych powołaniu czy służbie drugiemu, zatroskanych o przyszłość ogółu. Ludzi, którzy są jak ostatni krzyk sumienia, a ten należy bezwzględnie zagłuszyć, bo przeszkadza, staje na drodze do "mojszości". &amp;nbsp; &amp;nbsp; Jakby autodestrukcja ludzkiego gatunku została wpisana w jego ewolucję i przyspiesza. Zastępuje gen humanitaryzmu nowym: zmutowanej pazerności, która odbiera rozsądek i wpływa na jakość istnienia planety, a objawia się niezwykle skutecznie w ekonomii, biznesie, polityce. Ponagla koniec ludzkości, szczególnie tej, która ratuje życie coraz mniej inwazyjnymi metodami leczenia, tkwi w uczelnianych bańkach postępowych nauk, przestrzega możnych tego świata, rozwija sztuczną inteligencję i lata w kosmos, a w jednostkowym wydaniu bezinteresownie rzuca się na pomoc zagrożonemu istnieniu, choćby bezskutecznie.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Fotografie i fotki</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/08/fotografie-i-fotki.html</link><category>felieton</category><category>myśli-o-fotografii</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><category>Społeczeństwo i Kultura</category><category>uwagi-o-zdjęciach</category><pubDate>Wed, 4 Aug 2021 15:35:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-4819607789774334246</guid><description>&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/fotki.mp3" target=""&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgeLezfqhF_IWxg2YVeNKXXRXStR2wGi85GhMcI-RdvPQmWl6I_lSqBuoupQFP6z7vBqkqlmH0UzouOMxiuL5r-rVsljorWVArq0wroCHIxLn_LpYG0fTb4Awdzui8xyP0H0xr9Aa2W3ehh/s206/piwko.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="206" data-original-width="153" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgeLezfqhF_IWxg2YVeNKXXRXStR2wGi85GhMcI-RdvPQmWl6I_lSqBuoupQFP6z7vBqkqlmH0UzouOMxiuL5r-rVsljorWVArq0wroCHIxLn_LpYG0fTb4Awdzui8xyP0H0xr9Aa2W3ehh/w297-h400/piwko.jpg" width="297" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Z książki wypadły dwie pocztówki, czarno-białe, najwyraźniej wydane okazjonalnie. Pierwsza z kolekcji „Cztery pory
Gierka. Polska 1970-1980 w zdjęciach z Agencji Forum”. To czas względnego
dobrobytu, końcówka socjalizmu z ludzką twarzą i ze smaczkami lepszego
świata. Oto mężczyzna w płaszczu i w spodniach na kant, w białej koszuli, degustuje piwo marki „Żywiec Beer”,
na co niejednoznacznie wskazuje butelka. Jej kształt i aż dwie etykiety
sugerują rarytas niedostępny na co dzień w sklepie.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Stojąca kobieta smakuje eksportowy trunek&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;ze szklaneczki właśnie przytkniętej do warg&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;. Jest kultura w narodzie, niedzielne spowolnienie, więc żadnej łapczywości
widz tu nie uświadczy. Obywatelka trzyma w dłoni przekąskę, może paczkę paluszków? Ubrana w jasny płaszczyk, pod
którym ma sukienkę mini, a kryte lekkie buty, z paskami nad kostką, wskazują na
wiosenną porę roku, co potwierdza też tytuł na drugiej stronie kartki: „Święto
Kwitnącej Jabłoni. Nowosądeckie. 1975.”. Ciekawe jest tło. Fotograf nakrył świętujących
jakby z tyłu sklepu. Budynek raczej parterowy, widać kawałek dachu, a na szarej ścianie jedyne okno, zamknięte mało zdobnymi okiennicami. Pamiętajmy, że
to czasy bez pubu. Zostaje buda z piwem albo małomiasteczkowy sklepik, za
którym odbywa się coś jak preludium do gry wstępnej?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Pani popija dosyć
nieśmiało, bez przekonania, patrzy obok pana. Ten zaś nie spuszcza wzroku z towarzyszki. Trochę jakby
pilnował, czy nie oszukuje, ale pozycja jego ciała wydaje się wskazywać na
pewną niecierpliwość i trudność, z jaką przychodzi zachować postawę dżentelmena.
Być może liczy, że już niedługo przełamie dystans? Otoczenie, smutne podłoże, na którym
stoją, w połączeniu z lekkością sceny i jej humorystyczną atmosferą mają w sobie
coś z ducha prozy Hrabala i nieuchronnie kojarzą się z czeskimi filmami tego okresu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Druga kartka to część serii „Schyłek Peerelu”, a obraz utrzymany jest w zupełnie innym gatunku, dalekim
od sielanki. Według opisu nosi tytuł: „Dobre, 1987, Targ. Fot. Stanisław
Ciok.”. Główny plan wypełniają trzy postaci, idące gęsiego. Kawałek przestrzeni
za nimi pokrywa śnieg, mamy zimę lub przednówek, co już na starcie kierunkuje klimat obrazu. Kobieta w chustce, trzymająca na
rękach żywe prosię i przewieszoną torbę, patrzy gdzieś w lewo,
jakby zatroskana. Za nią podąża druga, niższa i tęższa, także z prosięciem, zapatrzona w plecy poprzedzającej, nic więcej nie chce widzieć. Za nimi chłop
w uszance, w butach do kolan, również ze świnką podobnej wielkości. W wyrazach
twarzy tych postaci czai się zmęczenie, niepokój i pewien dyskomfort.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium; font-weight: normal;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: left;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjMheVQTnLCJPFb2N5m59toFO6xMR8WAPcx6PtIOnbF40loa1wtyR50zRTXUsT8BTXqN1wUs2N9ttnazoFcNlzUrjfLVjapJ1cMbSf55TmPmhWeFXk79LzweIGH2HzwXUZ4qo85F9VcoZQ4/s206/swinki.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="206" data-original-width="154" height="320" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjMheVQTnLCJPFb2N5m59toFO6xMR8WAPcx6PtIOnbF40loa1wtyR50zRTXUsT8BTXqN1wUs2N9ttnazoFcNlzUrjfLVjapJ1cMbSf55TmPmhWeFXk79LzweIGH2HzwXUZ4qo85F9VcoZQ4/w239-h320/swinki.jpg" width="239" /&gt;
&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span&gt;
&lt;/span&gt;&lt;span&gt;Kim są? Rolnikami? Mieszkańcami
przedmieść, wyposażonych w chlewiki w zabudowie? Trudno wnioskować,
czy na targ wchodzą, niosąc tuczniki na sprzedaż, czy raczej opuszczają miejsce
handlu z zadatkiem na rąbankę. Jeśli to rok 1987, kryzys na rynku mięsnym ma
się dobrze. Choć oficjalnie wprowadzono już sprzedaż z uboju gospodarskiego, na
twarzach idących wciąż odbija się pewien rodzaj nieufności i pośpiech, jakby łamali
prawo. Przedstawione tu zwierzęta czeka z pewnością tuczenie pod nóż i to jest
fakt historyczny. Choć nie dowiemy się, czy idący utrzymują się z tego, czy chcą
mieć coś dla siebie, bez kolejek, ryzyka i do syta?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Zapytałem żonę, z czym jej się kojarzy przedstawiona scena, tak na pierwszy rzut oka? Odparła, że z początkiem
„Shreka”, gdy ludzie znoszą zwierzęta i dziwne stwory żołdakom, na polecenie
Lorda Farquaada. Zdumiało odległe filmowe odniesienie. Obstawiałem, że napomknie chociaż o Trzech Królach, ale może kobiety w kadrze mylą, a dary niekoniecznie nimi
być muszą.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Czym urzekły mnie te znaleziska na tak długo? Stawiają
więcej pytań niż dają odpowiedzi? Czy nie o to chodzi w dobrej fotografii? Dlaczego
dziś, mając pod ręką portale społecznościowe, rzadko trafiamy na zdjęcia wstrzymujące klikanie? W zamian&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;zasypują nas pańcie bez wyrazu, w jednej pozie, mnożące podobne kadry przez tysiące prezentowanych&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;fatałaszków, niemodnych w kolejnym sezonie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Współczesna technologia
nie tylko umożliwia pstrykanie bez sensu, ale też zaśmieca percepcję milionami słitfoci chwilowego wrażenia. Zabija głód fotografii przesytem, zapewniając głównie przewijanie. Nie pozostają w pamięci dłużej niż czas kliknięcia w serduszko. Z uporem tłoczą pozy,
nie osoby, dobrostan w miejsce przeznaczone na smaki
egzystencji. I nie da się tego obronić argumentem: "to inny rodzaj fotografii".&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&lt;/span&gt;Że opisana powyżej jest artystyczna, profesjonalna? Przecież i dziś są zawodowcy.
Ale nagrody dla nich zmieniły kierunek. Przyznawane za ujęcia sensacyjne,
budzące grozę, uśmiech albo dające kopa uczuciom. Muszą grać na emocjach, wzbudzać medialny szum. Najgłośniejsze nagrody&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;wynoszą&amp;nbsp;pod niebo fotografów żywiołów, najlepiej z klęską w tle, penetratorów ludzkich koczowisk na przedmieściach metropolii, reporterów gmerających obiektywem w żywym mięsie ofiar bezrozumnej wojny, żerujących
na zapłakanych pogorzelcach albo nieszczęśnikach uratowanych z powodzi. Te zdjęcia w
żaden sposób nie ulżą ofiarom, niosąc chwilową sławę i prestiż jedynie autorowi, aż zleją się w wielką rzekę niepamięci dramatu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Nie jestem pewien, czy
współczesna fotografia ma ten niepokój przemijania, który znalazłem w tak
różnych od siebie obrazach. Jedno ze zdjęć wykonano trzydzieści cztery lata
temu, drugie czterdzieści sześć, a tamci ludzie nie mieli pewnie pojęcia, że w
tak codziennych okolicznościach, anonimowo i nie pozując na nikogo, pozostaną w
historii. Przynajmniej na tyle, że jakiś letnik na urlopie, zaszyty w Puszczy
Boreckiej, wysypie ich twarze i postaci odległe w czasie i przestrzeni.
Poświęci trochę uwagi, zachwyci się prostotą relacji o obcym skrawku życia,
które zostało, choć najzwyczajniej odeszło w niebyt. Świat i potomni mają po
nich tylko przypadkową scenkę z trzódką lub szklanką piwa.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-weight: normal;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Tyle lat trudu, ciężkiego
żywota, lęków, rozczarowań i uniesień, trwogi i radości, zwyczajnego bytowania,
zastygło w nieoczekiwanym ujęciu. A co z resztą tych bytów przecież realnych?
Przeszła w energię zasilającą kosmos?&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/fotki.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgeLezfqhF_IWxg2YVeNKXXRXStR2wGi85GhMcI-RdvPQmWl6I_lSqBuoupQFP6z7vBqkqlmH0UzouOMxiuL5r-rVsljorWVArq0wroCHIxLn_LpYG0fTb4Awdzui8xyP0H0xr9Aa2W3ehh/s72-w297-h400-c/piwko.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Z książki wypadły dwie pocztówki, czarno-białe, najwyraźniej wydane okazjonalnie. Pierwsza z kolekcji „Cztery pory Gierka. Polska 1970-1980 w zdjęciach z Agencji Forum”. To czas względnego dobrobytu, końcówka socjalizmu z ludzką twarzą i ze smaczkami lepszego świata. Oto mężczyzna w płaszczu i w spodniach na kant, w białej koszuli, degustuje piwo marki „Żywiec Beer”, na co niejednoznacznie wskazuje butelka. Jej kształt i aż dwie etykiety sugerują rarytas niedostępny na co dzień w sklepie.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Stojąca kobieta smakuje eksportowy trunek&amp;nbsp;ze szklaneczki właśnie przytkniętej do warg. Jest kultura w narodzie, niedzielne spowolnienie, więc żadnej łapczywości widz tu nie uświadczy. Obywatelka trzyma w dłoni przekąskę, może paczkę paluszków? Ubrana w jasny płaszczyk, pod którym ma sukienkę mini, a kryte lekkie buty, z paskami nad kostką, wskazują na wiosenną porę roku, co potwierdza też tytuł na drugiej stronie kartki: „Święto Kwitnącej Jabłoni. Nowosądeckie. 1975.”. Ciekawe jest tło. Fotograf nakrył świętujących jakby z tyłu sklepu. Budynek raczej parterowy, widać kawałek dachu, a na szarej ścianie jedyne okno, zamknięte mało zdobnymi okiennicami. Pamiętajmy, że to czasy bez pubu. Zostaje buda z piwem albo małomiasteczkowy sklepik, za którym odbywa się coś jak preludium do gry wstępnej?&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Pani popija dosyć nieśmiało, bez przekonania, patrzy obok pana. Ten zaś nie spuszcza wzroku z towarzyszki. Trochę jakby pilnował, czy nie oszukuje, ale pozycja jego ciała wydaje się wskazywać na pewną niecierpliwość i trudność, z jaką przychodzi zachować postawę dżentelmena. Być może liczy, że już niedługo przełamie dystans? Otoczenie, smutne podłoże, na którym stoją, w połączeniu z lekkością sceny i jej humorystyczną atmosferą mają w sobie coś z ducha prozy Hrabala i nieuchronnie kojarzą się z czeskimi filmami tego okresu.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Druga kartka to część serii „Schyłek Peerelu”, a obraz utrzymany jest w zupełnie innym gatunku, dalekim od sielanki. Według opisu nosi tytuł: „Dobre, 1987, Targ. Fot. Stanisław Ciok.”. Główny plan wypełniają trzy postaci, idące gęsiego. Kawałek przestrzeni za nimi pokrywa śnieg, mamy zimę lub przednówek, co już na starcie kierunkuje klimat obrazu. Kobieta w chustce, trzymająca na rękach żywe prosię i przewieszoną torbę, patrzy gdzieś w lewo, jakby zatroskana. Za nią podąża druga, niższa i tęższa, także z prosięciem, zapatrzona w plecy poprzedzającej, nic więcej nie chce widzieć. Za nimi chłop w uszance, w butach do kolan, również ze świnką podobnej wielkości. W wyrazach twarzy tych postaci czai się zmęczenie, niepokój i pewien dyskomfort.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Kim są? Rolnikami? Mieszkańcami przedmieść, wyposażonych w chlewiki w zabudowie? Trudno wnioskować, czy na targ wchodzą, niosąc tuczniki na sprzedaż, czy raczej opuszczają miejsce handlu z zadatkiem na rąbankę. Jeśli to rok 1987, kryzys na rynku mięsnym ma się dobrze. Choć oficjalnie wprowadzono już sprzedaż z uboju gospodarskiego, na twarzach idących wciąż odbija się pewien rodzaj nieufności i pośpiech, jakby łamali prawo. Przedstawione tu zwierzęta czeka z pewnością tuczenie pod nóż i to jest fakt historyczny. Choć nie dowiemy się, czy idący utrzymują się z tego, czy chcą mieć coś dla siebie, bez kolejek, ryzyka i do syta?&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Zapytałem żonę, z czym jej się kojarzy przedstawiona scena, tak na pierwszy rzut oka? Odparła, że z początkiem „Shreka”, gdy ludzie znoszą zwierzęta i dziwne stwory żołdakom, na polecenie Lorda Farquaada. Zdumiało odległe filmowe odniesienie. Obstawiałem, że napomknie chociaż o Trzech Królach, ale może kobiety w kadrze mylą, a dary niekoniecznie nimi być muszą.&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Czym urzekły mnie te znaleziska na tak długo? Stawiają więcej pytań niż dają odpowiedzi? Czy nie o to chodzi w dobrej fotografii? Dlaczego dziś, mając pod ręką portale społecznościowe, rzadko trafiamy na zdjęcia wstrzymujące klikanie? W zamian&amp;nbsp;zasypują nas pańcie bez wyrazu, w jednej pozie, mnożące podobne kadry przez tysiące prezentowanych&amp;nbsp;fatałaszków, niemodnych w kolejnym sezonie.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Współczesna technologia nie tylko umożliwia pstrykanie bez sensu, ale też zaśmieca percepcję milionami słitfoci chwilowego wrażenia. Zabija głód fotografii przesytem, zapewniając głównie przewijanie. Nie pozostają w pamięci dłużej niż czas kliknięcia w serduszko. Z uporem tłoczą pozy, nie osoby, dobrostan w miejsce przeznaczone na smaki egzystencji. I nie da się tego obronić argumentem: "to inny rodzaj fotografii".&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Że opisana powyżej jest artystyczna, profesjonalna? Przecież i dziś są zawodowcy. Ale nagrody dla nich zmieniły kierunek. Przyznawane za ujęcia sensacyjne, budzące grozę, uśmiech albo dające kopa uczuciom. Muszą grać na emocjach, wzbudzać medialny szum. Najgłośniejsze nagrody&amp;nbsp;wynoszą&amp;nbsp;pod niebo fotografów żywiołów, najlepiej z klęską w tle, penetratorów ludzkich koczowisk na przedmieściach metropolii, reporterów gmerających obiektywem w żywym mięsie ofiar bezrozumnej wojny, żerujących na zapłakanych pogorzelcach albo nieszczęśnikach uratowanych z powodzi. Te zdjęcia w żaden sposób nie ulżą ofiarom, niosąc chwilową sławę i prestiż jedynie autorowi, aż zleją się w wielką rzekę niepamięci dramatu.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Nie jestem pewien, czy współczesna fotografia ma ten niepokój przemijania, który znalazłem w tak różnych od siebie obrazach. Jedno ze zdjęć wykonano trzydzieści cztery lata temu, drugie czterdzieści sześć, a tamci ludzie nie mieli pewnie pojęcia, że w tak codziennych okolicznościach, anonimowo i nie pozując na nikogo, pozostaną w historii. Przynajmniej na tyle, że jakiś letnik na urlopie, zaszyty w Puszczy Boreckiej, wysypie ich twarze i postaci odległe w czasie i przestrzeni. Poświęci trochę uwagi, zachwyci się prostotą relacji o obcym skrawku życia, które zostało, choć najzwyczajniej odeszło w niebyt. Świat i potomni mają po nich tylko przypadkową scenkę z trzódką lub szklanką piwa.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Tyle lat trudu, ciężkiego żywota, lęków, rozczarowań i uniesień, trwogi i radości, zwyczajnego bytowania, zastygło w nieoczekiwanym ujęciu. A co z resztą tych bytów przecież realnych? Przeszła w energię zasilającą kosmos?</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Z książki wypadły dwie pocztówki, czarno-białe, najwyraźniej wydane okazjonalnie. Pierwsza z kolekcji „Cztery pory Gierka. Polska 1970-1980 w zdjęciach z Agencji Forum”. To czas względnego dobrobytu, końcówka socjalizmu z ludzką twarzą i ze smaczkami lepszego świata. Oto mężczyzna w płaszczu i w spodniach na kant, w białej koszuli, degustuje piwo marki „Żywiec Beer”, na co niejednoznacznie wskazuje butelka. Jej kształt i aż dwie etykiety sugerują rarytas niedostępny na co dzień w sklepie.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Stojąca kobieta smakuje eksportowy trunek&amp;nbsp;ze szklaneczki właśnie przytkniętej do warg. Jest kultura w narodzie, niedzielne spowolnienie, więc żadnej łapczywości widz tu nie uświadczy. Obywatelka trzyma w dłoni przekąskę, może paczkę paluszków? Ubrana w jasny płaszczyk, pod którym ma sukienkę mini, a kryte lekkie buty, z paskami nad kostką, wskazują na wiosenną porę roku, co potwierdza też tytuł na drugiej stronie kartki: „Święto Kwitnącej Jabłoni. Nowosądeckie. 1975.”. Ciekawe jest tło. Fotograf nakrył świętujących jakby z tyłu sklepu. Budynek raczej parterowy, widać kawałek dachu, a na szarej ścianie jedyne okno, zamknięte mało zdobnymi okiennicami. Pamiętajmy, że to czasy bez pubu. Zostaje buda z piwem albo małomiasteczkowy sklepik, za którym odbywa się coś jak preludium do gry wstępnej?&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Pani popija dosyć nieśmiało, bez przekonania, patrzy obok pana. Ten zaś nie spuszcza wzroku z towarzyszki. Trochę jakby pilnował, czy nie oszukuje, ale pozycja jego ciała wydaje się wskazywać na pewną niecierpliwość i trudność, z jaką przychodzi zachować postawę dżentelmena. Być może liczy, że już niedługo przełamie dystans? Otoczenie, smutne podłoże, na którym stoją, w połączeniu z lekkością sceny i jej humorystyczną atmosferą mają w sobie coś z ducha prozy Hrabala i nieuchronnie kojarzą się z czeskimi filmami tego okresu.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Druga kartka to część serii „Schyłek Peerelu”, a obraz utrzymany jest w zupełnie innym gatunku, dalekim od sielanki. Według opisu nosi tytuł: „Dobre, 1987, Targ. Fot. Stanisław Ciok.”. Główny plan wypełniają trzy postaci, idące gęsiego. Kawałek przestrzeni za nimi pokrywa śnieg, mamy zimę lub przednówek, co już na starcie kierunkuje klimat obrazu. Kobieta w chustce, trzymająca na rękach żywe prosię i przewieszoną torbę, patrzy gdzieś w lewo, jakby zatroskana. Za nią podąża druga, niższa i tęższa, także z prosięciem, zapatrzona w plecy poprzedzającej, nic więcej nie chce widzieć. Za nimi chłop w uszance, w butach do kolan, również ze świnką podobnej wielkości. W wyrazach twarzy tych postaci czai się zmęczenie, niepokój i pewien dyskomfort.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; Kim są? Rolnikami? Mieszkańcami przedmieść, wyposażonych w chlewiki w zabudowie? Trudno wnioskować, czy na targ wchodzą, niosąc tuczniki na sprzedaż, czy raczej opuszczają miejsce handlu z zadatkiem na rąbankę. Jeśli to rok 1987, kryzys na rynku mięsnym ma się dobrze. Choć oficjalnie wprowadzono już sprzedaż z uboju gospodarskiego, na twarzach idących wciąż odbija się pewien rodzaj nieufności i pośpiech, jakby łamali prawo. Przedstawione tu zwierzęta czeka z pewnością tuczenie pod nóż i to jest fakt historyczny. Choć nie dowiemy się, czy idący utrzymują się z tego, czy chcą mieć coś dla siebie, bez kolejek, ryzyka i do syta?&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Zapytałem żonę, z czym jej się kojarzy przedstawiona scena, tak na pierwszy rzut oka? Odparła, że z początkiem „Shreka”, gdy ludzie znoszą zwierzęta i dziwne stwory żołdakom, na polecenie Lorda Farquaada. Zdumiało odległe filmowe odniesienie. Obstawiałem, że napomknie chociaż o Trzech Królach, ale może kobiety w kadrze mylą, a dary niekoniecznie nimi być muszą.&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Czym urzekły mnie te znaleziska na tak długo? Stawiają więcej pytań niż dają odpowiedzi? Czy nie o to chodzi w dobrej fotografii? Dlaczego dziś, mając pod ręką portale społecznościowe, rzadko trafiamy na zdjęcia wstrzymujące klikanie? W zamian&amp;nbsp;zasypują nas pańcie bez wyrazu, w jednej pozie, mnożące podobne kadry przez tysiące prezentowanych&amp;nbsp;fatałaszków, niemodnych w kolejnym sezonie.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Współczesna technologia nie tylko umożliwia pstrykanie bez sensu, ale też zaśmieca percepcję milionami słitfoci chwilowego wrażenia. Zabija głód fotografii przesytem, zapewniając głównie przewijanie. Nie pozostają w pamięci dłużej niż czas kliknięcia w serduszko. Z uporem tłoczą pozy, nie osoby, dobrostan w miejsce przeznaczone na smaki egzystencji. I nie da się tego obronić argumentem: "to inny rodzaj fotografii".&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;Że opisana powyżej jest artystyczna, profesjonalna? Przecież i dziś są zawodowcy. Ale nagrody dla nich zmieniły kierunek. Przyznawane za ujęcia sensacyjne, budzące grozę, uśmiech albo dające kopa uczuciom. Muszą grać na emocjach, wzbudzać medialny szum. Najgłośniejsze nagrody&amp;nbsp;wynoszą&amp;nbsp;pod niebo fotografów żywiołów, najlepiej z klęską w tle, penetratorów ludzkich koczowisk na przedmieściach metropolii, reporterów gmerających obiektywem w żywym mięsie ofiar bezrozumnej wojny, żerujących na zapłakanych pogorzelcach albo nieszczęśnikach uratowanych z powodzi. Te zdjęcia w żaden sposób nie ulżą ofiarom, niosąc chwilową sławę i prestiż jedynie autorowi, aż zleją się w wielką rzekę niepamięci dramatu.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Nie jestem pewien, czy współczesna fotografia ma ten niepokój przemijania, który znalazłem w tak różnych od siebie obrazach. Jedno ze zdjęć wykonano trzydzieści cztery lata temu, drugie czterdzieści sześć, a tamci ludzie nie mieli pewnie pojęcia, że w tak codziennych okolicznościach, anonimowo i nie pozując na nikogo, pozostaną w historii. Przynajmniej na tyle, że jakiś letnik na urlopie, zaszyty w Puszczy Boreckiej, wysypie ich twarze i postaci odległe w czasie i przestrzeni. Poświęci trochę uwagi, zachwyci się prostotą relacji o obcym skrawku życia, które zostało, choć najzwyczajniej odeszło w niebyt. Świat i potomni mają po nich tylko przypadkową scenkę z trzódką lub szklanką piwa.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Tyle lat trudu, ciężkiego żywota, lęków, rozczarowań i uniesień, trwogi i radości, zwyczajnego bytowania, zastygło w nieoczekiwanym ujęciu. A co z resztą tych bytów przecież realnych? Przeszła w energię zasilającą kosmos?</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Zanim Mazury</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/07/zanim-mazury.html</link><category>Obrazki</category><category>Podcasty</category><category>przed urlopem</category><category>przed wyjazdem</category><category>remont latem</category><pubDate>Thu, 8 Jul 2021 17:41:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-4021435717946774889</guid><description>&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/zanim_mazury.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEibjBAQ2sNgBmYtzoQDIeyCJTsBr149QzPwbN9navh4OhyNUJO2BtLGiXkVndkyimB-dQg1Bw2Af_a66n1AdsFe04NOH7RFiHef8eoC01f0tz0YUIy7LPnpxuip1uz5zI66alla4XDIRmaw/s755/balkon.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="503" data-original-width="755" height="266" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEibjBAQ2sNgBmYtzoQDIeyCJTsBr149QzPwbN9navh4OhyNUJO2BtLGiXkVndkyimB-dQg1Bw2Af_a66n1AdsFe04NOH7RFiHef8eoC01f0tz0YUIy7LPnpxuip1uz5zI66alla4XDIRmaw/w400-h266/balkon.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Czułem, że sobota będzie trudna, ale aż tak bardzo? Moje domowe kobiety
mają to do siebie, że im mniej czasu, tym więcej czynności zbiega się zwykle w
jeden wielki deadline. Zwłaszcza, gdy za progiem wakacje i wyjazd na Mazury. Żona
od poniedziałku zmagała się z malowaniem balkonu. Po roku umawiania się z
majstrem oddała walkowerem i postanowiła zabrać się za to sama. Zanim oburzysz się,
droga czytelniczko, zanim popadniesz w stereotyp z gruntu: „a gdzie jest facet
w tym domu?”, pozwól, że rozrzedzę koncentrat Twojej spiny. Powód zasadniczy
jest, rzekłbym, natury pedagogicznej. Pozwólmy niewieście zamieszkać w realiach
epoki i dostrzec jak łatwo znaleźć fachowca w czasach: „na takie robote, to nie
opyla mnie się wchodzić”. Po drugie zaś, niech poczuje, ile czasu zajmuje drobiazg
z pozoru. Cóż to jest pomalować trzy ściany i sufit? W dodatku bez żadnego specjalnego
sprzętu. Otóż jest, czego dowodzi tydzień pracy i zdobywanie nowej profesji na pierwszej
linii frontu. Szczególnie, gdy trzeba przemalować ze zgniłozielonego na
śnieżnobiały, a powierzchnia gładka nie jest, bo to jakiś chory elewacyjny
baranek. W dodatku tu i ówdzie strzaskany, bo pierdolnięty byle jak przez kładących
ocieplenie bloku, kilkanaście lat temu, prawdopodobnie za pół litra. Nie sądzę,
żeby nasz poprzednik w mieszkaniu, którego całkiem dobrze znam, skłonny był zapłacić
więcej.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Ponadto warunki
atmosferyczne utrudniały pomoc, nawet gdybym tego chciał. Przy moim powrocie z
pracy, w granicach godziny 17.00 na balkonie jest totalna patelnia, ze słońcem
centralnie palącym we wszystkie ściany, a to oznacza błyskawiczne gęstnienie i
zasychanie farby, o czym mówi jej producent, podkreślając, kiedy nie należy
malować.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Tym sposobem, po blisko
tygodniowym zmaganiu z elewacją, żonka wieńczyła dzieło zamieniając czapkę z
daszkiem na koronę dumy. I już zbierała się do oplotu balustrady wcześniej
nabytą matą ogrodzeniową, gdy pośpiech i radość końca przyćmiły racjonalizm, co
zakończyło się lądowaniem rolki maty w ogródku sąsiadów. Tak, postanowiła
oprzeć ją o szczebelek, zamiast położyć na podłodze. Skutek nietrudny do
przewidzenia. Zbiegła po schodach dosyć szybko, ale dobyć jej nie mogła. Gęsty
żywopłot wiedzie do jedynego wejścia do ogródka, tylko przez mieszkanie
sąsiadów. Ci zaś udali się na sobotnie zakupy, zatem żonci przyszło warować pod
drzwiami. Nie komentowałem, nie wściekałem się, pozwalałem w spokoju
doświadczać trudów egzystencji, z nową nadzieją pedagogiczną, że od tego będzie
miała w przyszłości mniej pomysłów i choć w minimalnym stopniu przestanie ulegać
ideom córci, głównej aranżerki zamieszania, najmniej rwącej się do realizacji
własnych pomysłów. Mnie zaś pozostaje przyzwalać na równouprawnienie, wszak „widzicie
w nas faceta, gdy trzeba śmieci wynieść, żarówkę wymienić”, balkon pomalować i
kratkę zawiesić, o czym później. Póki co, w ramach tejże emancypacji, wziąłem
się za odkurzacz, naczynia po śniadaniu, kurze na półkach i blatach, w
oczekiwaniu na przytarganie maty z parteru i ujarzmienie jej paczką trytytek.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; W końcu udało się, żona
wyraziła zachwyt powrotem sąsiadów, wyznając, że przez ostatnie jedenaście
lat do niczego tak nie tęskniła, jak do ich powrotu z siatami. Po kwadransie kobiety
przypinały matę do balustrady, a ja, w pełni zachwytu dla ich samodzielności i
dokonań, wziąłem się za instrukcję obsługi najnowszego prezentu – wiertarki udarowej. I niech Wam nie przychodzi do głowy, że był
to prezent wymarzony, skłamałbym mówiąc, że choćby oczekiwany. Prezent ten dedykuję
wszystkim paniom, które z oburzeniem odkrywały, że mąż obdarował je mikserem
lub patelnią, oczekując uniesień nad praktycznością zamysłu. Teraz rozumiemy się
w kwestii zasadniczej, to jest radości, której nie było.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Gdyby komuś przyszło do
głowy pytać, czemu domowe panie o miesiąc przyspieszyły moje urodziny,
podpowiem, że tajemnicę rozwiewały dwa wąskie, choć sporych rozmiarów, kartony,
dostarczone przez kuriera do piwnicy. To tam cichcem oczekiwała drabinka na
kwiaty, którą należało przykręcić do świeżo odnowionej ściany balkonu, a przy
okazji jeszcze mała półeczka pod pojemniczki z przyprawami w kuchni. Wszystko
to oznaczało wiercenie w pokomuszym żelbetonie ośmiu otworów, przy średnim zużyciu
po trzy wiertła na dziurkę, co znam z praktyki wieszania obrazków.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Tego oprotestować nie
mogłem, bo też żadna pedagogiczna przyczyna odmowy nie wchodziła w grę. To przekracza
nie tyle kompetencje płci niewieściej, przewidziane w ogólnoświatowym postulacie
równouprawnienia, co wymaga użycia fizycznej siły, której nie brak jedynie
najbardziej walecznym feministkom, rodem z enerdowskiej pływalni. Tu jednak
trzeba krzepy nie tylko do utrzymania narzędzia w poziomie, na stosownej
wysokości ponad głową, ale i do wgryzania się w mur, którego Wilczy Szaniec
Hitlera z pewnością by się nie powstydził.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhgQbhyKFMkml3wMV6WudGs55mN-HNCIIzWVVg1q9fBo3Yd1Bld6dtpuUjUdDEW7ljLR6ZiNW-dM89cPXHIbAg09K9TtxP9F1PKNCkaa7pX1nCAJaT_nlCmsvkbZybj2nWGhFbDM3UjprDS/s2000/mata.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="2000" data-original-width="1488" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhgQbhyKFMkml3wMV6WudGs55mN-HNCIIzWVVg1q9fBo3Yd1Bld6dtpuUjUdDEW7ljLR6ZiNW-dM89cPXHIbAg09K9TtxP9F1PKNCkaa7pX1nCAJaT_nlCmsvkbZybj2nWGhFbDM3UjprDS/w298-h400/mata.jpg" width="298" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Wszystkie sześć otworów, ku
mojemu zdumieniu i mimo oporu mózgu, powstało niewiarygodnie łatwo. Wiele
przeczytanych opinii musiało poprzedzić wybór tej udarówki, ale przed rodzinnym
porywem przedwczesnej radości, uchronił nas producent drabinki pod kwiaty. Nie
przewidział wkrętów, które miały przytwierdzić ją do ściany. Wszystkie z
domowej skrzynki majsterkowicza uwzględniały średnicę, żaden zaś stosownej długości
osadzenia w murze na wieki, a przynajmniej do czasu zmiany koncepcji i nowej
aranżacji balkonu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; To zagroziło piątą wizytą w
hipermarkecie budowlanym. Dotychczasowe spowodowane były niedoszacowaniem
zużycia farby w warunkach tropikalnych. Najpierw pięć litrów, druga wizyta –
trzy plus zakup wałków i pędzli innego rodzaju, przedostatnia po litr farby i
dodatkowe taśmy zaciskowe pod otwory oplotu balustrady i dłuższe wkręty. Co
zrobisz jak nic nie zrobisz? Fater uberem trytytek, skutkiem tego drabinka z półeczką
zawisła skutecznie o godzinie 22.30. A pakowanie na wakacje? A wariacje na
temat przygotowania sprzętu wędkarskiego? Wszystko należało przełożyć na
niedzielę, która dodatkowo zbiegła się z pakowaniem gaci, butów, koszulek… i jakże
błogosławiłem ten dzień, w którym nie dałem się zwieść właścicielce mazurskiego
siedliska na pobyt od niedzielnego popołudnia.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Doświadczenie czy przeczucie?
Coś nieuchronnie podpowiadało, że logistyka kobiet lepiej wypada w teorii i
zgrywa się ze staropolskim: „jak na polowanie jechać, to psy karmić”. Znaczne
przeszacowanie zamiarów nijak nie przekłada się na możliwości, na czym wychodzę
jak zawsze, bez skargi myjąc gary z całodziennego zabiegania. Ale przecież
dumny byłem z żony, która lepiej wybrnęła z zadania niż niejeden budowlaniec,
malarz, betoniarz od siedmiu elewacji bolesnych. A co zaoszczędziła i tak pójdzie
na wakacyjne przelewy piwa pod sandacza i gofra z polewą.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/zanim_mazury.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEibjBAQ2sNgBmYtzoQDIeyCJTsBr149QzPwbN9navh4OhyNUJO2BtLGiXkVndkyimB-dQg1Bw2Af_a66n1AdsFe04NOH7RFiHef8eoC01f0tz0YUIy7LPnpxuip1uz5zI66alla4XDIRmaw/s72-w400-h266-c/balkon.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">1</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Czułem, że sobota będzie trudna, ale aż tak bardzo? Moje domowe kobiety mają to do siebie, że im mniej czasu, tym więcej czynności zbiega się zwykle w jeden wielki deadline. Zwłaszcza, gdy za progiem wakacje i wyjazd na Mazury. Żona od poniedziałku zmagała się z malowaniem balkonu. Po roku umawiania się z majstrem oddała walkowerem i postanowiła zabrać się za to sama. Zanim oburzysz się, droga czytelniczko, zanim popadniesz w stereotyp z gruntu: „a gdzie jest facet w tym domu?”, pozwól, że rozrzedzę koncentrat Twojej spiny. Powód zasadniczy jest, rzekłbym, natury pedagogicznej. Pozwólmy niewieście zamieszkać w realiach epoki i dostrzec jak łatwo znaleźć fachowca w czasach: „na takie robote, to nie opyla mnie się wchodzić”. Po drugie zaś, niech poczuje, ile czasu zajmuje drobiazg z pozoru. Cóż to jest pomalować trzy ściany i sufit? W dodatku bez żadnego specjalnego sprzętu. Otóż jest, czego dowodzi tydzień pracy i zdobywanie nowej profesji na pierwszej linii frontu. Szczególnie, gdy trzeba przemalować ze zgniłozielonego na śnieżnobiały, a powierzchnia gładka nie jest, bo to jakiś chory elewacyjny baranek. W dodatku tu i ówdzie strzaskany, bo pierdolnięty byle jak przez kładących ocieplenie bloku, kilkanaście lat temu, prawdopodobnie za pół litra. Nie sądzę, żeby nasz poprzednik w mieszkaniu, którego całkiem dobrze znam, skłonny był zapłacić więcej.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Ponadto warunki atmosferyczne utrudniały pomoc, nawet gdybym tego chciał. Przy moim powrocie z pracy, w granicach godziny 17.00 na balkonie jest totalna patelnia, ze słońcem centralnie palącym we wszystkie ściany, a to oznacza błyskawiczne gęstnienie i zasychanie farby, o czym mówi jej producent, podkreślając, kiedy nie należy malować.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Tym sposobem, po blisko tygodniowym zmaganiu z elewacją, żonka wieńczyła dzieło zamieniając czapkę z daszkiem na koronę dumy. I już zbierała się do oplotu balustrady wcześniej nabytą matą ogrodzeniową, gdy pośpiech i radość końca przyćmiły racjonalizm, co zakończyło się lądowaniem rolki maty w ogródku sąsiadów. Tak, postanowiła oprzeć ją o szczebelek, zamiast położyć na podłodze. Skutek nietrudny do przewidzenia. Zbiegła po schodach dosyć szybko, ale dobyć jej nie mogła. Gęsty żywopłot wiedzie do jedynego wejścia do ogródka, tylko przez mieszkanie sąsiadów. Ci zaś udali się na sobotnie zakupy, zatem żonci przyszło warować pod drzwiami. Nie komentowałem, nie wściekałem się, pozwalałem w spokoju doświadczać trudów egzystencji, z nową nadzieją pedagogiczną, że od tego będzie miała w przyszłości mniej pomysłów i choć w minimalnym stopniu przestanie ulegać ideom córci, głównej aranżerki zamieszania, najmniej rwącej się do realizacji własnych pomysłów. Mnie zaś pozostaje przyzwalać na równouprawnienie, wszak „widzicie w nas faceta, gdy trzeba śmieci wynieść, żarówkę wymienić”, balkon pomalować i kratkę zawiesić, o czym później. Póki co, w ramach tejże emancypacji, wziąłem się za odkurzacz, naczynia po śniadaniu, kurze na półkach i blatach, w oczekiwaniu na przytarganie maty z parteru i ujarzmienie jej paczką trytytek.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; W końcu udało się, żona wyraziła zachwyt powrotem sąsiadów, wyznając, że przez ostatnie jedenaście lat do niczego tak nie tęskniła, jak do ich powrotu z siatami. Po kwadransie kobiety przypinały matę do balustrady, a ja, w pełni zachwytu dla ich samodzielności i dokonań, wziąłem się za instrukcję obsługi najnowszego prezentu – wiertarki udarowej. I niech Wam nie przychodzi do głowy, że był to prezent wymarzony, skłamałbym mówiąc, że choćby oczekiwany. Prezent ten dedykuję wszystkim paniom, które z oburzeniem odkrywały, że mąż obdarował je mikserem lub patelnią, oczekując uniesień nad praktycznością zamysłu. Teraz rozumiemy się w kwestii zasadniczej, to jest radości, której nie było.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Gdyby komuś przyszło do głowy pytać, czemu domowe panie o miesiąc przyspieszyły moje urodziny, podpowiem, że tajemnicę rozwiewały dwa wąskie, choć sporych rozmiarów, kartony, dostarczone przez kuriera do piwnicy. To tam cichcem oczekiwała drabinka na kwiaty, którą należało przykręcić do świeżo odnowionej ściany balkonu, a przy okazji jeszcze mała półeczka pod pojemniczki z przyprawami w kuchni. Wszystko to oznaczało wiercenie w pokomuszym żelbetonie ośmiu otworów, przy średnim zużyciu po trzy wiertła na dziurkę, co znam z praktyki wieszania obrazków.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Tego oprotestować nie mogłem, bo też żadna pedagogiczna przyczyna odmowy nie wchodziła w grę. To przekracza nie tyle kompetencje płci niewieściej, przewidziane w ogólnoświatowym postulacie równouprawnienia, co wymaga użycia fizycznej siły, której nie brak jedynie najbardziej walecznym feministkom, rodem z enerdowskiej pływalni. Tu jednak trzeba krzepy nie tylko do utrzymania narzędzia w poziomie, na stosownej wysokości ponad głową, ale i do wgryzania się w mur, którego Wilczy Szaniec Hitlera z pewnością by się nie powstydził.Wszystkie sześć otworów, ku mojemu zdumieniu i mimo oporu mózgu, powstało niewiarygodnie łatwo. Wiele przeczytanych opinii musiało poprzedzić wybór tej udarówki, ale przed rodzinnym porywem przedwczesnej radości, uchronił nas producent drabinki pod kwiaty. Nie przewidział wkrętów, które miały przytwierdzić ją do ściany. Wszystkie z domowej skrzynki majsterkowicza uwzględniały średnicę, żaden zaś stosownej długości osadzenia w murze na wieki, a przynajmniej do czasu zmiany koncepcji i nowej aranżacji balkonu.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; To zagroziło piątą wizytą w hipermarkecie budowlanym. Dotychczasowe spowodowane były niedoszacowaniem zużycia farby w warunkach tropikalnych. Najpierw pięć litrów, druga wizyta – trzy plus zakup wałków i pędzli innego rodzaju, przedostatnia po litr farby i dodatkowe taśmy zaciskowe pod otwory oplotu balustrady i dłuższe wkręty. Co zrobisz jak nic nie zrobisz? Fater uberem trytytek, skutkiem tego drabinka z półeczką zawisła skutecznie o godzinie 22.30. A pakowanie na wakacje? A wariacje na temat przygotowania sprzętu wędkarskiego? Wszystko należało przełożyć na niedzielę, która dodatkowo zbiegła się z pakowaniem gaci, butów, koszulek… i jakże błogosławiłem ten dzień, w którym nie dałem się zwieść właścicielce mazurskiego siedliska na pobyt od niedzielnego popołudnia.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Doświadczenie czy przeczucie? Coś nieuchronnie podpowiadało, że logistyka kobiet lepiej wypada w teorii i zgrywa się ze staropolskim: „jak na polowanie jechać, to psy karmić”. Znaczne przeszacowanie zamiarów nijak nie przekłada się na możliwości, na czym wychodzę jak zawsze, bez skargi myjąc gary z całodziennego zabiegania. Ale przecież dumny byłem z żony, która lepiej wybrnęła z zadania niż niejeden budowlaniec, malarz, betoniarz od siedmiu elewacji bolesnych. A co zaoszczędziła i tak pójdzie na wakacyjne przelewy piwa pod sandacza i gofra z polewą.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Czułem, że sobota będzie trudna, ale aż tak bardzo? Moje domowe kobiety mają to do siebie, że im mniej czasu, tym więcej czynności zbiega się zwykle w jeden wielki deadline. Zwłaszcza, gdy za progiem wakacje i wyjazd na Mazury. Żona od poniedziałku zmagała się z malowaniem balkonu. Po roku umawiania się z majstrem oddała walkowerem i postanowiła zabrać się za to sama. Zanim oburzysz się, droga czytelniczko, zanim popadniesz w stereotyp z gruntu: „a gdzie jest facet w tym domu?”, pozwól, że rozrzedzę koncentrat Twojej spiny. Powód zasadniczy jest, rzekłbym, natury pedagogicznej. Pozwólmy niewieście zamieszkać w realiach epoki i dostrzec jak łatwo znaleźć fachowca w czasach: „na takie robote, to nie opyla mnie się wchodzić”. Po drugie zaś, niech poczuje, ile czasu zajmuje drobiazg z pozoru. Cóż to jest pomalować trzy ściany i sufit? W dodatku bez żadnego specjalnego sprzętu. Otóż jest, czego dowodzi tydzień pracy i zdobywanie nowej profesji na pierwszej linii frontu. Szczególnie, gdy trzeba przemalować ze zgniłozielonego na śnieżnobiały, a powierzchnia gładka nie jest, bo to jakiś chory elewacyjny baranek. W dodatku tu i ówdzie strzaskany, bo pierdolnięty byle jak przez kładących ocieplenie bloku, kilkanaście lat temu, prawdopodobnie za pół litra. Nie sądzę, żeby nasz poprzednik w mieszkaniu, którego całkiem dobrze znam, skłonny był zapłacić więcej.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Ponadto warunki atmosferyczne utrudniały pomoc, nawet gdybym tego chciał. Przy moim powrocie z pracy, w granicach godziny 17.00 na balkonie jest totalna patelnia, ze słońcem centralnie palącym we wszystkie ściany, a to oznacza błyskawiczne gęstnienie i zasychanie farby, o czym mówi jej producent, podkreślając, kiedy nie należy malować.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Tym sposobem, po blisko tygodniowym zmaganiu z elewacją, żonka wieńczyła dzieło zamieniając czapkę z daszkiem na koronę dumy. I już zbierała się do oplotu balustrady wcześniej nabytą matą ogrodzeniową, gdy pośpiech i radość końca przyćmiły racjonalizm, co zakończyło się lądowaniem rolki maty w ogródku sąsiadów. Tak, postanowiła oprzeć ją o szczebelek, zamiast położyć na podłodze. Skutek nietrudny do przewidzenia. Zbiegła po schodach dosyć szybko, ale dobyć jej nie mogła. Gęsty żywopłot wiedzie do jedynego wejścia do ogródka, tylko przez mieszkanie sąsiadów. Ci zaś udali się na sobotnie zakupy, zatem żonci przyszło warować pod drzwiami. Nie komentowałem, nie wściekałem się, pozwalałem w spokoju doświadczać trudów egzystencji, z nową nadzieją pedagogiczną, że od tego będzie miała w przyszłości mniej pomysłów i choć w minimalnym stopniu przestanie ulegać ideom córci, głównej aranżerki zamieszania, najmniej rwącej się do realizacji własnych pomysłów. Mnie zaś pozostaje przyzwalać na równouprawnienie, wszak „widzicie w nas faceta, gdy trzeba śmieci wynieść, żarówkę wymienić”, balkon pomalować i kratkę zawiesić, o czym później. Póki co, w ramach tejże emancypacji, wziąłem się za odkurzacz, naczynia po śniadaniu, kurze na półkach i blatach, w oczekiwaniu na przytarganie maty z parteru i ujarzmienie jej paczką trytytek.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; W końcu udało się, żona wyraziła zachwyt powrotem sąsiadów, wyznając, że przez ostatnie jedenaście lat do niczego tak nie tęskniła, jak do ich powrotu z siatami. Po kwadransie kobiety przypinały matę do balustrady, a ja, w pełni zachwytu dla ich samodzielności i dokonań, wziąłem się za instrukcję obsługi najnowszego prezentu – wiertarki udarowej. I niech Wam nie przychodzi do głowy, że był to prezent wymarzony, skłamałbym mówiąc, że choćby oczekiwany. Prezent ten dedykuję wszystkim paniom, które z oburzeniem odkrywały, że mąż obdarował je mikserem lub patelnią, oczekując uniesień nad praktycznością zamysłu. Teraz rozumiemy się w kwestii zasadniczej, to jest radości, której nie było.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Gdyby komuś przyszło do głowy pytać, czemu domowe panie o miesiąc przyspieszyły moje urodziny, podpowiem, że tajemnicę rozwiewały dwa wąskie, choć sporych rozmiarów, kartony, dostarczone przez kuriera do piwnicy. To tam cichcem oczekiwała drabinka na kwiaty, którą należało przykręcić do świeżo odnowionej ściany balkonu, a przy okazji jeszcze mała półeczka pod pojemniczki z przyprawami w kuchni. Wszystko to oznaczało wiercenie w pokomuszym żelbetonie ośmiu otworów, przy średnim zużyciu po trzy wiertła na dziurkę, co znam z praktyki wieszania obrazków.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; Tego oprotestować nie mogłem, bo też żadna pedagogiczna przyczyna odmowy nie wchodziła w grę. To przekracza nie tyle kompetencje płci niewieściej, przewidziane w ogólnoświatowym postulacie równouprawnienia, co wymaga użycia fizycznej siły, której nie brak jedynie najbardziej walecznym feministkom, rodem z enerdowskiej pływalni. Tu jednak trzeba krzepy nie tylko do utrzymania narzędzia w poziomie, na stosownej wysokości ponad głową, ale i do wgryzania się w mur, którego Wilczy Szaniec Hitlera z pewnością by się nie powstydził.Wszystkie sześć otworów, ku mojemu zdumieniu i mimo oporu mózgu, powstało niewiarygodnie łatwo. Wiele przeczytanych opinii musiało poprzedzić wybór tej udarówki, ale przed rodzinnym porywem przedwczesnej radości, uchronił nas producent drabinki pod kwiaty. Nie przewidział wkrętów, które miały przytwierdzić ją do ściany. Wszystkie z domowej skrzynki majsterkowicza uwzględniały średnicę, żaden zaś stosownej długości osadzenia w murze na wieki, a przynajmniej do czasu zmiany koncepcji i nowej aranżacji balkonu.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; To zagroziło piątą wizytą w hipermarkecie budowlanym. Dotychczasowe spowodowane były niedoszacowaniem zużycia farby w warunkach tropikalnych. Najpierw pięć litrów, druga wizyta – trzy plus zakup wałków i pędzli innego rodzaju, przedostatnia po litr farby i dodatkowe taśmy zaciskowe pod otwory oplotu balustrady i dłuższe wkręty. Co zrobisz jak nic nie zrobisz? Fater uberem trytytek, skutkiem tego drabinka z półeczką zawisła skutecznie o godzinie 22.30. A pakowanie na wakacje? A wariacje na temat przygotowania sprzętu wędkarskiego? Wszystko należało przełożyć na niedzielę, która dodatkowo zbiegła się z pakowaniem gaci, butów, koszulek… i jakże błogosławiłem ten dzień, w którym nie dałem się zwieść właścicielce mazurskiego siedliska na pobyt od niedzielnego popołudnia.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;Doświadczenie czy przeczucie? Coś nieuchronnie podpowiadało, że logistyka kobiet lepiej wypada w teorii i zgrywa się ze staropolskim: „jak na polowanie jechać, to psy karmić”. Znaczne przeszacowanie zamiarów nijak nie przekłada się na możliwości, na czym wychodzę jak zawsze, bez skargi myjąc gary z całodziennego zabiegania. Ale przecież dumny byłem z żony, która lepiej wybrnęła z zadania niż niejeden budowlaniec, malarz, betoniarz od siedmiu elewacji bolesnych. A co zaoszczędziła i tak pójdzie na wakacyjne przelewy piwa pod sandacza i gofra z polewą.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Czupurek i zaburzona</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/06/czupurek-i-zaburzona.html</link><category>Dystans społeczny</category><category>maseczki</category><category>Obrazki</category><category>Podcasty</category><category>polacy</category><category>refleksje</category><category>Społeczeństwo</category><pubDate>Tue, 22 Jun 2021 11:47:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-8282398995855795850</guid><description>&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/czupurek_i_zaburzona.mp3"&gt;❖Posłuchaj w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;span p=""&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: large;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjNxvtF_GhSTWIJjPT64Owr64u3UFwmT1x3mdQpmOiMrVj1Fi_yzOeJzwostn4qQBNWB5xSeAkPGfslMjCsBlcaFTzr5xobFHH6usU-27f4gEhWiYJehnQ7t8foo1xn9ss6OlCoENLGG-Ys/s1280/psychiczna.jpeg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="720" data-original-width="1280" height="225" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjNxvtF_GhSTWIJjPT64Owr64u3UFwmT1x3mdQpmOiMrVj1Fi_yzOeJzwostn4qQBNWB5xSeAkPGfslMjCsBlcaFTzr5xobFHH6usU-27f4gEhWiYJehnQ7t8foo1xn9ss6OlCoENLGG-Ys/w400-h225/psychiczna.jpeg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Kawałek cienia znalazłem pod tablicą z kartką: „zachowaj odległość półtora metra między kupującymi”. Od wybuchu pandemii nawet nie pożółkła, choć nie obeszła nikogo. Wisiała tu ironią dupochronu zarządcy, a skuteczność z pewnością nie była jej mocną stroną. Trwała na posterunku umowności, w tłumie&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;hasającym między górami rzodkiewki, lumpenciuchów, chemii z Niemiec i drobnego badziewia ze Wschodu. Megafon dawno schrypł i zardzewiał od powtarzania komunikatu o konieczności utrzymania dystansu, tam, gdzie każdą odległość anektują siaty, torby dwukółki, rowery i skrzynki. Bo też jaką siłę rażenia ma covid w zderzeniu z botwinką, „łoscypkiem" i „łogórkiem” w sąsiedztwie zestawu do małosolnych?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Stałem z czterema pelargoniami w garściach, nawet nie psiocząc słonku, którego latem z serca nienawidzę. Obserwowałem stojących do „naszego Seby”, jak mówi rodzinka o potężnym gościu, wymachującym na przemian kobiałkami i torebkami pod czereśnie. Kolejka, zawsze tu gigantyczna jak jego brzuch, i tym razem nie chciała drgnąć, mimo trójki uwijających się sprzedawców. Klientom, raz na tydzień spuszczanym z łańcucha Biedronki, ciągle było mało, a wszystko tu świeże, pachnące i tańsze. Seba pazerny&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;nie jest, wiadomo,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;i raczej przeważy niż poskąpi. A i z groszem się nie liczy, bo to jednak bardziej demon ruchu niż kasy.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Córka stała już dobre dziesięć minut, kreśląc w głowie czeklistę. Jako misjonarka pierwszej linii wojny z foliówkami musi rozważać, co idzie na dno toreb, a co delikatniejsze i będzie z góry. Zajęta strategią nie oglądała się za siebie, choć tam czaiło się samo zło.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Babinka, wzrostu siedzącego psa, z całą pewnością nie wyglądała na przedstawicielkę pogodnego senioratu. Miała w sobie jakiś rodzaj czupurności i&amp;nbsp; gniewu, zaciśniętych paskiem razem ze sztruksami. Zdaje się, że dostrzegłem nawet błysk głęboko zakodowanej nienawiści do świata i bliźniego. Mimo wszystko mogłaby statystować na planie Disneya. C&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;ałkiem bez charakteryzacji i s&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;kutecznie wymacać paluszek Jasia albo Małgosi, po czym ruszyć po chrust do pieca. Wydatnie podkreślał to koniec nosa nad sponiewieraną maseczką, zsuniętą na brodę, sięgający w zniecierpliwieniu brodawki nad górną wargą.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Wbijała rozwodnione niebieskie oczy w plecy potomstwa, które usiłowało zachować dystans wobec pary stojącej przed nią. Było to coraz trudniejsze, gdy starowinka napierała na jej plecy i już kilka razy trąciła pięścią z wysuniętą portmonetką. Dziecię zniosło cierpliwie jeszcze dwa stuknięcia, ale gdy poczuła smyranie kosmków włosów na odsłoniętym ramieniu, już wiedziałem, że będzie się działo. Odwróciła się z grzeczną prośbą, która z pewnością sporo ją kosztowała, żeby pani jej nie dotykała, bo tu należy zachować dystans. Babusi Jagusi bardzo było&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;tego&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;trzeba i poleciała tyrada:&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Pani jakaś zaburzona psychicznie! Cofa tu na mnie! Kto normalny&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;cofa&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;się do tyłu w kolejce? Tylko nienormalni! Jeszcze mnie torbe depcze! Na zakupy staje! Po co to takie na rynek idą, jak im&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;dotyk&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;przeszkadza?! Do sklepu sobie idzie, tam dotykać nie będą.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Słyszy pani? Cały czas mówią z głośnika o dystansie. Gdyby zachowała pani minimalny, nie dotknęłabym siatek, a pani nie musiałaby mnie popychać co chwila. Od tego kolejka naprawdę nie przyspieszy.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jeszcze mnie pouczać będzie, chamska taka! I zaburzona, bo się kręci, z babom jakomś jeszcze gada! - To o żonie, która podeszła raczej z pytaniem o zakupy niż z ratunkiem. Wszak nie miała pojęcia w czym uczestniczy.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jest pani pewna, że to ja jestem chamska? Poinformowałam tylko, że nie chcę, żeby mnie pani dotykała, tak trudno to zrozumieć? Chodzi o odstęp, niczego więcej od pani nie oczekuję.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jak pani będzie w moim wieku…&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiUff8Aa2ybhEPDnhzBPO-qJ8sHU4pI1v4aCxXA9s-hnuoG0Kls7tPUQo27MOhBO6Mr8HkH2Xj3AzJ4knqCoSU6K8p4Z7rqYo-AM3vIXHNCSrzXxC2641RKAt7PVXS5CQVoVdLd-cy05etr/s897/psychiczna2.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="626" data-original-width="897" height="279" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiUff8Aa2ybhEPDnhzBPO-qJ8sHU4pI1v4aCxXA9s-hnuoG0Kls7tPUQo27MOhBO6Mr8HkH2Xj3AzJ4knqCoSU6K8p4Z7rqYo-AM3vIXHNCSrzXxC2641RKAt7PVXS5CQVoVdLd-cy05etr/w400-h279/psychiczna2.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Patrzyłem już na gościa stojącego za nimi. Przez moment miał chyba ochotę na interwencję, ale po chwili mina mu osiadła. Pojawiło się zmęczenie z domieszką zażenowania i ten rodzaj ciekawości widza, przyglądającego się osie i musze, zamkniętym pod szklanką, odwróconą do góry dnem, gdy finał jest przewidywalny i to już kwestia sekund. Z wybawieniem wkroczył Seba licząc podane szparagi, po chwili sypał truskawki i czereśnie, z okrzykiem: „co jeszcze dla pani?”.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Czekałem na to niezbędne pytanie. Czemu nie reagowałem? Nie przybyłem z odsieczą? Pojawiło się dopiero w aucie:&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Widziałeś dyskusję? Czemu nic nie powiedziałeś?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Co miałem powiedzieć? Zdobywasz doświadczenie, nie wolno ci przeszkadzać, to&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;było&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;by&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;niepedagogiczne&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;. Doskonale sobie poradziłaś i równie dobrze przekonałaś się, że to nie ma sensu.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jak nie ma, właśnie ma! Nie mogłam pozwolić kobiecie włazić na plecy i trzeba&amp;nbsp; było zwrócić uwagę, skoro ludzie nie przestrzegają zasad, o których się trąbi.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Przecież i tak wlazła ci na plecy i jeszcze kosmykiem posmyrała. Tylko inwektyw się nasłuchałaś, warto było?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Warto, niech nie myśli, że jej wszystko wolno.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jeśli w ogóle o czymś myśli. Nie masz wrażenia, że gdyby tak było, nie potrzebowałaby zwracania uwagi? To jest odwieczny dylemat: wyjaśniać ludziom zasady współżycia społecznego? Próbować? Czy widząc zachowania tęskniące do miłości i rozumu, już na starcie uznać własną przegraną i iść swoją drogą?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Przecież nie wszyscy robią to świadomie. Nie zawsze postępują z premedytacją. Czasem są zakręceni tak, że nie widzą, co robią. Albo sfrustrowani, bo mają gorszy dzień. Wtedy trzeba pokazać, że można inaczej.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Tak, wówczas z rozkoszą wyładują na tobie każdy powód swojej złości albo bezsilności i po misji. - Naciągałem strunę prowokacji.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- To lepiej pozwalać na wszystko i paradować w różowych okularach?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Może raczej rozważyć, z czym lepiej się poczujesz?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Sama nie wiem, coraz mniej ludzi zwraca uwagę na tych obok, a jeśli już, to żeby się wyżyć. Myślę, że to różnica pokoleń, to się kiedyś zmieni, młodsi są bardziej otwarci.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Jasne. I robią zakupy przez internet, spożywcze też. Nie opuszczają wieży, nie targają siat po schodach i nie kąsają się ze staruszkami, Januszami i Karyną. Zaprawdę do nich należy królestwo przyziemne. Póki co postępujesz w zgodzie ze sobą, nie zapiekasz złości i tego się trzymajmy. „Jak pani będzie w moim wieku”, może będzie pani mniej zgorzkniała? Jest szansa.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg" url="https://drive.google.com/file/d/1-8zhTBjaPm7NF3OilXrlvZbG2McItYFN/view?usp=sharing"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjNxvtF_GhSTWIJjPT64Owr64u3UFwmT1x3mdQpmOiMrVj1Fi_yzOeJzwostn4qQBNWB5xSeAkPGfslMjCsBlcaFTzr5xobFHH6usU-27f4gEhWiYJehnQ7t8foo1xn9ss6OlCoENLGG-Ys/s72-w400-h225-c/psychiczna.jpeg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Kawałek cienia znalazłem pod tablicą z kartką: „zachowaj odległość półtora metra między kupującymi”. Od wybuchu pandemii nawet nie pożółkła, choć nie obeszła nikogo. Wisiała tu ironią dupochronu zarządcy, a skuteczność z pewnością nie była jej mocną stroną. Trwała na posterunku umowności, w tłumie&amp;nbsp;hasającym między górami rzodkiewki, lumpenciuchów, chemii z Niemiec i drobnego badziewia ze Wschodu. Megafon dawno schrypł i zardzewiał od powtarzania komunikatu o konieczności utrzymania dystansu, tam, gdzie każdą odległość anektują siaty, torby dwukółki, rowery i skrzynki. Bo też jaką siłę rażenia ma covid w zderzeniu z botwinką, „łoscypkiem" i „łogórkiem” w sąsiedztwie zestawu do małosolnych?&amp;nbsp; Stałem z czterema pelargoniami w garściach, nawet nie psiocząc słonku, którego latem z serca nienawidzę. Obserwowałem stojących do „naszego Seby”, jak mówi rodzinka o potężnym gościu, wymachującym na przemian kobiałkami i torebkami pod czereśnie. Kolejka, zawsze tu gigantyczna jak jego brzuch, i tym razem nie chciała drgnąć, mimo trójki uwijających się sprzedawców. Klientom, raz na tydzień spuszczanym z łańcucha Biedronki, ciągle było mało, a wszystko tu świeże, pachnące i tańsze. Seba pazerny&amp;nbsp;nie jest, wiadomo,&amp;nbsp;i raczej przeważy niż poskąpi. A i z groszem się nie liczy, bo to jednak bardziej demon ruchu niż kasy.&amp;nbsp; Córka stała już dobre dziesięć minut, kreśląc w głowie czeklistę. Jako misjonarka pierwszej linii wojny z foliówkami musi rozważać, co idzie na dno toreb, a co delikatniejsze i będzie z góry. Zajęta strategią nie oglądała się za siebie, choć tam czaiło się samo zło.&amp;nbsp; Babinka, wzrostu siedzącego psa, z całą pewnością nie wyglądała na przedstawicielkę pogodnego senioratu. Miała w sobie jakiś rodzaj czupurności i&amp;nbsp; gniewu, zaciśniętych paskiem razem ze sztruksami. Zdaje się, że dostrzegłem nawet błysk głęboko zakodowanej nienawiści do świata i bliźniego. Mimo wszystko mogłaby statystować na planie Disneya. Całkiem bez charakteryzacji i skutecznie wymacać paluszek Jasia albo Małgosi, po czym ruszyć po chrust do pieca. Wydatnie podkreślał to koniec nosa nad sponiewieraną maseczką, zsuniętą na brodę, sięgający w zniecierpliwieniu brodawki nad górną wargą.&amp;nbsp; Wbijała rozwodnione niebieskie oczy w plecy potomstwa, które usiłowało zachować dystans wobec pary stojącej przed nią. Było to coraz trudniejsze, gdy starowinka napierała na jej plecy i już kilka razy trąciła pięścią z wysuniętą portmonetką. Dziecię zniosło cierpliwie jeszcze dwa stuknięcia, ale gdy poczuła smyranie kosmków włosów na odsłoniętym ramieniu, już wiedziałem, że będzie się działo. Odwróciła się z grzeczną prośbą, która z pewnością sporo ją kosztowała, żeby pani jej nie dotykała, bo tu należy zachować dystans. Babusi Jagusi bardzo było&amp;nbsp;tego&amp;nbsp;trzeba i poleciała tyrada:&amp;nbsp; - Pani jakaś zaburzona psychicznie! Cofa tu na mnie! Kto normalny&amp;nbsp;cofa&amp;nbsp;się do tyłu w kolejce? Tylko nienormalni! Jeszcze mnie torbe depcze! Na zakupy staje! Po co to takie na rynek idą, jak im&amp;nbsp;dotyk&amp;nbsp;przeszkadza?! Do sklepu sobie idzie, tam dotykać nie będą.&amp;nbsp; - Słyszy pani? Cały czas mówią z głośnika o dystansie. Gdyby zachowała pani minimalny, nie dotknęłabym siatek, a pani nie musiałaby mnie popychać co chwila. Od tego kolejka naprawdę nie przyspieszy.&amp;nbsp; - Jeszcze mnie pouczać będzie, chamska taka! I zaburzona, bo się kręci, z babom jakomś jeszcze gada! - To o żonie, która podeszła raczej z pytaniem o zakupy niż z ratunkiem. Wszak nie miała pojęcia w czym uczestniczy.&amp;nbsp; - Jest pani pewna, że to ja jestem chamska? Poinformowałam tylko, że nie chcę, żeby mnie pani dotykała, tak trudno to zrozumieć? Chodzi o odstęp, niczego więcej od pani nie oczekuję.&amp;nbsp; - Jak pani będzie w moim wieku…&amp;nbsp; Patrzyłem już na gościa stojącego za nimi. Przez moment miał chyba ochotę na interwencję, ale po chwili mina mu osiadła. Pojawiło się zmęczenie z domieszką zażenowania i ten rodzaj ciekawości widza, przyglądającego się osie i musze, zamkniętym pod szklanką, odwróconą do góry dnem, gdy finał jest przewidywalny i to już kwestia sekund. Z wybawieniem wkroczył Seba licząc podane szparagi, po chwili sypał truskawki i czereśnie, z okrzykiem: „co jeszcze dla pani?”.&amp;nbsp; Czekałem na to niezbędne pytanie. Czemu nie reagowałem? Nie przybyłem z odsieczą? Pojawiło się dopiero w aucie:&amp;nbsp; - Widziałeś dyskusję? Czemu nic nie powiedziałeś?&amp;nbsp; - Co miałem powiedzieć? Zdobywasz doświadczenie, nie wolno ci przeszkadzać, to&amp;nbsp;byłoby&amp;nbsp;niepedagogiczne. Doskonale sobie poradziłaś i równie dobrze przekonałaś się, że to nie ma sensu.&amp;nbsp; - Jak nie ma, właśnie ma! Nie mogłam pozwolić kobiecie włazić na plecy i trzeba&amp;nbsp; było zwrócić uwagę, skoro ludzie nie przestrzegają zasad, o których się trąbi.&amp;nbsp; - Przecież i tak wlazła ci na plecy i jeszcze kosmykiem posmyrała. Tylko inwektyw się nasłuchałaś, warto było?&amp;nbsp; - Warto, niech nie myśli, że jej wszystko wolno.&amp;nbsp; - Jeśli w ogóle o czymś myśli. Nie masz wrażenia, że gdyby tak było, nie potrzebowałaby zwracania uwagi? To jest odwieczny dylemat: wyjaśniać ludziom zasady współżycia społecznego? Próbować? Czy widząc zachowania tęskniące do miłości i rozumu, już na starcie uznać własną przegraną i iść swoją drogą? - Przecież nie wszyscy robią to świadomie. Nie zawsze postępują z premedytacją. Czasem są zakręceni tak, że nie widzą, co robią. Albo sfrustrowani, bo mają gorszy dzień. Wtedy trzeba pokazać, że można inaczej. - Tak, wówczas z rozkoszą wyładują na tobie każdy powód swojej złości albo bezsilności i po misji. - Naciągałem strunę prowokacji.&amp;nbsp; - To lepiej pozwalać na wszystko i paradować w różowych okularach?&amp;nbsp; - Może raczej rozważyć, z czym lepiej się poczujesz?&amp;nbsp; - Sama nie wiem, coraz mniej ludzi zwraca uwagę na tych obok, a jeśli już, to żeby się wyżyć. Myślę, że to różnica pokoleń, to się kiedyś zmieni, młodsi są bardziej otwarci.&amp;nbsp; - Jasne. I robią zakupy przez internet, spożywcze też. Nie opuszczają wieży, nie targają siat po schodach i nie kąsają się ze staruszkami, Januszami i Karyną. Zaprawdę do nich należy królestwo przyziemne. Póki co postępujesz w zgodzie ze sobą, nie zapiekasz złości i tego się trzymajmy. „Jak pani będzie w moim wieku”, może będzie pani mniej zgorzkniała? Jest szansa.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Kawałek cienia znalazłem pod tablicą z kartką: „zachowaj odległość półtora metra między kupującymi”. Od wybuchu pandemii nawet nie pożółkła, choć nie obeszła nikogo. Wisiała tu ironią dupochronu zarządcy, a skuteczność z pewnością nie była jej mocną stroną. Trwała na posterunku umowności, w tłumie&amp;nbsp;hasającym między górami rzodkiewki, lumpenciuchów, chemii z Niemiec i drobnego badziewia ze Wschodu. Megafon dawno schrypł i zardzewiał od powtarzania komunikatu o konieczności utrzymania dystansu, tam, gdzie każdą odległość anektują siaty, torby dwukółki, rowery i skrzynki. Bo też jaką siłę rażenia ma covid w zderzeniu z botwinką, „łoscypkiem" i „łogórkiem” w sąsiedztwie zestawu do małosolnych?&amp;nbsp; Stałem z czterema pelargoniami w garściach, nawet nie psiocząc słonku, którego latem z serca nienawidzę. Obserwowałem stojących do „naszego Seby”, jak mówi rodzinka o potężnym gościu, wymachującym na przemian kobiałkami i torebkami pod czereśnie. Kolejka, zawsze tu gigantyczna jak jego brzuch, i tym razem nie chciała drgnąć, mimo trójki uwijających się sprzedawców. Klientom, raz na tydzień spuszczanym z łańcucha Biedronki, ciągle było mało, a wszystko tu świeże, pachnące i tańsze. Seba pazerny&amp;nbsp;nie jest, wiadomo,&amp;nbsp;i raczej przeważy niż poskąpi. A i z groszem się nie liczy, bo to jednak bardziej demon ruchu niż kasy.&amp;nbsp; Córka stała już dobre dziesięć minut, kreśląc w głowie czeklistę. Jako misjonarka pierwszej linii wojny z foliówkami musi rozważać, co idzie na dno toreb, a co delikatniejsze i będzie z góry. Zajęta strategią nie oglądała się za siebie, choć tam czaiło się samo zło.&amp;nbsp; Babinka, wzrostu siedzącego psa, z całą pewnością nie wyglądała na przedstawicielkę pogodnego senioratu. Miała w sobie jakiś rodzaj czupurności i&amp;nbsp; gniewu, zaciśniętych paskiem razem ze sztruksami. Zdaje się, że dostrzegłem nawet błysk głęboko zakodowanej nienawiści do świata i bliźniego. Mimo wszystko mogłaby statystować na planie Disneya. Całkiem bez charakteryzacji i skutecznie wymacać paluszek Jasia albo Małgosi, po czym ruszyć po chrust do pieca. Wydatnie podkreślał to koniec nosa nad sponiewieraną maseczką, zsuniętą na brodę, sięgający w zniecierpliwieniu brodawki nad górną wargą.&amp;nbsp; Wbijała rozwodnione niebieskie oczy w plecy potomstwa, które usiłowało zachować dystans wobec pary stojącej przed nią. Było to coraz trudniejsze, gdy starowinka napierała na jej plecy i już kilka razy trąciła pięścią z wysuniętą portmonetką. Dziecię zniosło cierpliwie jeszcze dwa stuknięcia, ale gdy poczuła smyranie kosmków włosów na odsłoniętym ramieniu, już wiedziałem, że będzie się działo. Odwróciła się z grzeczną prośbą, która z pewnością sporo ją kosztowała, żeby pani jej nie dotykała, bo tu należy zachować dystans. Babusi Jagusi bardzo było&amp;nbsp;tego&amp;nbsp;trzeba i poleciała tyrada:&amp;nbsp; - Pani jakaś zaburzona psychicznie! Cofa tu na mnie! Kto normalny&amp;nbsp;cofa&amp;nbsp;się do tyłu w kolejce? Tylko nienormalni! Jeszcze mnie torbe depcze! Na zakupy staje! Po co to takie na rynek idą, jak im&amp;nbsp;dotyk&amp;nbsp;przeszkadza?! Do sklepu sobie idzie, tam dotykać nie będą.&amp;nbsp; - Słyszy pani? Cały czas mówią z głośnika o dystansie. Gdyby zachowała pani minimalny, nie dotknęłabym siatek, a pani nie musiałaby mnie popychać co chwila. Od tego kolejka naprawdę nie przyspieszy.&amp;nbsp; - Jeszcze mnie pouczać będzie, chamska taka! I zaburzona, bo się kręci, z babom jakomś jeszcze gada! - To o żonie, która podeszła raczej z pytaniem o zakupy niż z ratunkiem. Wszak nie miała pojęcia w czym uczestniczy.&amp;nbsp; - Jest pani pewna, że to ja jestem chamska? Poinformowałam tylko, że nie chcę, żeby mnie pani dotykała, tak trudno to zrozumieć? Chodzi o odstęp, niczego więcej od pani nie oczekuję.&amp;nbsp; - Jak pani będzie w moim wieku…&amp;nbsp; Patrzyłem już na gościa stojącego za nimi. Przez moment miał chyba ochotę na interwencję, ale po chwili mina mu osiadła. Pojawiło się zmęczenie z domieszką zażenowania i ten rodzaj ciekawości widza, przyglądającego się osie i musze, zamkniętym pod szklanką, odwróconą do góry dnem, gdy finał jest przewidywalny i to już kwestia sekund. Z wybawieniem wkroczył Seba licząc podane szparagi, po chwili sypał truskawki i czereśnie, z okrzykiem: „co jeszcze dla pani?”.&amp;nbsp; Czekałem na to niezbędne pytanie. Czemu nie reagowałem? Nie przybyłem z odsieczą? Pojawiło się dopiero w aucie:&amp;nbsp; - Widziałeś dyskusję? Czemu nic nie powiedziałeś?&amp;nbsp; - Co miałem powiedzieć? Zdobywasz doświadczenie, nie wolno ci przeszkadzać, to&amp;nbsp;byłoby&amp;nbsp;niepedagogiczne. Doskonale sobie poradziłaś i równie dobrze przekonałaś się, że to nie ma sensu.&amp;nbsp; - Jak nie ma, właśnie ma! Nie mogłam pozwolić kobiecie włazić na plecy i trzeba&amp;nbsp; było zwrócić uwagę, skoro ludzie nie przestrzegają zasad, o których się trąbi.&amp;nbsp; - Przecież i tak wlazła ci na plecy i jeszcze kosmykiem posmyrała. Tylko inwektyw się nasłuchałaś, warto było?&amp;nbsp; - Warto, niech nie myśli, że jej wszystko wolno.&amp;nbsp; - Jeśli w ogóle o czymś myśli. Nie masz wrażenia, że gdyby tak było, nie potrzebowałaby zwracania uwagi? To jest odwieczny dylemat: wyjaśniać ludziom zasady współżycia społecznego? Próbować? Czy widząc zachowania tęskniące do miłości i rozumu, już na starcie uznać własną przegraną i iść swoją drogą? - Przecież nie wszyscy robią to świadomie. Nie zawsze postępują z premedytacją. Czasem są zakręceni tak, że nie widzą, co robią. Albo sfrustrowani, bo mają gorszy dzień. Wtedy trzeba pokazać, że można inaczej. - Tak, wówczas z rozkoszą wyładują na tobie każdy powód swojej złości albo bezsilności i po misji. - Naciągałem strunę prowokacji.&amp;nbsp; - To lepiej pozwalać na wszystko i paradować w różowych okularach?&amp;nbsp; - Może raczej rozważyć, z czym lepiej się poczujesz?&amp;nbsp; - Sama nie wiem, coraz mniej ludzi zwraca uwagę na tych obok, a jeśli już, to żeby się wyżyć. Myślę, że to różnica pokoleń, to się kiedyś zmieni, młodsi są bardziej otwarci.&amp;nbsp; - Jasne. I robią zakupy przez internet, spożywcze też. Nie opuszczają wieży, nie targają siat po schodach i nie kąsają się ze staruszkami, Januszami i Karyną. Zaprawdę do nich należy królestwo przyziemne. Póki co postępujesz w zgodzie ze sobą, nie zapiekasz złości i tego się trzymajmy. „Jak pani będzie w moim wieku”, może będzie pani mniej zgorzkniała? Jest szansa.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Między Mietkiem, wójtem i plebanem</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/06/miedzy-mietkiem-wojtem-i-plebanem.html</link><category>hipokryzja</category><category>mentalność</category><category>Obrazki</category><category>pierwsza komunia</category><category>Podcasty</category><category>przyjęcie</category><category>refleksje</category><pubDate>Sun, 6 Jun 2021 23:02:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-3633963010614303751</guid><description>&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/miedzy.mp3"&gt;❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgiZWbG7bhUd-3BFwnw1ujQTTxfg9TOAuZK406QCXcny3arJhMR8s-ApZy82C_jYAG3_bxumbm7eiDzbLCEILAqXguA_1-7L2ubmwr5gdyOrZhKLTuWRJGqgHXfR3b6ChOuXaRDVFYFvYz-/s600/miedzy.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="600" data-original-width="400" height="400" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgiZWbG7bhUd-3BFwnw1ujQTTxfg9TOAuZK406QCXcny3arJhMR8s-ApZy82C_jYAG3_bxumbm7eiDzbLCEILAqXguA_1-7L2ubmwr5gdyOrZhKLTuWRJGqgHXfR3b6ChOuXaRDVFYFvYz-/w266-h400/miedzy.jpg" width="266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp;- Koszula niby czarna, ale prążek biały. Zamaskowałeś się, pleban? Marynarka, dżinsy? A sutanna?&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Nie ten czas, Mieciu. Na cmentarzu było jej miejsce, no i anielski orszak już twą duszę przyjął. A tu, pomyślałem, zwyczajnie, ludzie głodni i kotleta im trzeba, a nie sukienki.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Smakowało? Schabowy był pod kapustę?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Serniczek poszedł i tylko żal, że kawa podła. Nie chciałem przychodzić, sam wiesz , ale byłem ci to winny.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Mogłeś choć koloratkę włożyć, ja nie wstydzę się naszej znajomości.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;- Od niej tylko ludzie sztywnieją. Udają lepszych, przynajmniej do pierwszego kieliszka. Pilnują słów, a tak użyją dwa razy tyle, bo z przerywnikiem i to powszechnie uznanym za wulgarny. Odruch Pawłowa, Mieciu. Widzą czarnego i podskakuje wskaźnik pogardy. Wiesz, jak jest: darmozjad, zaraz potem pedofil albo pazerota w kiecce. Taki PR, dzięki medialnym przewielebnym i Smarzowskiemu, nic nie zrobisz. A takim niemedialnym, jak ja, zostaje zająć się posługą. W sutannie czy bez, katabas ma gryźć w oczy owieczki, choć im samym coraz bliżej akurat do wilczej skórki. Nie żebym cierpiał, mam nawet jakąś masochistyczną przyjemność z ich pogaństwa.&amp;nbsp; Całkiem jakbym zasmakował we włosienicy.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Patrz jak odświętnie odziani w szatki tradycji i zdrowaśki.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Oj, pleban, nie ściemniaj. Już wiem, byłem tam przez chwilę - pokazał palcem w górę - ty cieszysz się na ten rozpad świata, bo czujesz, żeś życia nie przegrał. I żeś baby nie wziął, pleban…&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- … tego do końca dni będę ci zazdrościł - Mietek powiedział to dwa tygodnie temu, teraz zamilkł, jakby nie wypadało kończyć. Usłyszałem tylko łomot ciężkiej klamki z drzwi sąsiedniej sali, mocno zabębniła o posadzkę.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Muszą mieć pewność, że nie opuszczam własnej stypy. - Uśmiechnął się szelmowsko jak uczniak, który sypnął pinezki na krzesło pani od polskiego i ta zdrowo klapnęła. Był tu inaczej? A naprawdę? Szedł gdzieś tam, po zielonych pastwiskach? Bardzo chciałem to widzieć. On sam może jeszcze nie do końca uwierzył, że w takim pośpiechu uwolnił się od ujadania Heli. Wszystkich zaskoczył, za długo odmawiał pomocy, aż covid wyżarł mu płuca do cna. Nie było takiego respiratora, który zmieniłby kierunek.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Teraz już nie zazdrościsz, co? – Odezwałem się dla pewności, że jest obok. - Nie myśl sobie, że było łatwo. Mieciu, teraz mogę ci powiedzieć: wiłem się nocami nieraz ze sterczącą brodawą, oczy pierdziały na widok odsłoniętych kobiecych ud w sklepie, na przystanku. I co mogłem? Padałem na klęcznik, tak! W środku nocy! A Pan dawał siłę swojemu ludowi. Minąłem półwiecze i ostatecznie przestał doskwierać ten magiczny brak kobiety. Przyszło zwycięstwo ducha nad ciałem, czy warto było? Wcale nie jest mi lżej od tego.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Nawet koloratki nie wpiąłeś? Powiedz, pleban, tyś choć raz naprawdę uwierzył, że coś zmienisz na świecie? Popatrz na tych tam, że takim dasz wiarę w zmartwychwstanie?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Gdybym nie wierzył, nie byłoby cię tu teraz, sam widzisz.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Lubił te same pytania, a im częściej powtarzałem odpowiedzi, tym większe budziły wątpliwości. Teraz,&amp;nbsp;&lt;/span&gt;w milczeniu,&amp;nbsp;oglądaliśmy&amp;nbsp;dziesiątki baloników&amp;nbsp;przez ogromne przeszklone drzwi. Część z nich walała się po podłodze, kilkadziesiąt domagało się uwolnienia ponad żyrandolami, krzyczącymi blaskiem plastikowego kryształu. O przeznaczeniu sali informowała gipsowa płaskorzeźba z młodą parą. Choć kamienne&amp;nbsp;miny obojga wskazywały raczej na trzysta procent normy w wydaniu żniwiarki i tyleż mocy nieugiętego kowala.&amp;nbsp;Kwitnący socrealizm miał się tu dobrze, nawet w wydaniu gotowych na trud budowania ojczyzny&amp;nbsp;nieustannie powstającej z kolan. Szukając adresu wyczytałem na stronie lokalu&amp;nbsp;coś o wystroju z ducha Ludwika XVI. Tymczasem kolumny raziły bielą i zwieńczeniem doryckim, dopełniając fantazję projektanta. Zebrani kupiliby każdy styl za sztukę mięsa z sałatką ze śledzia, podlewane wódką, w rytmie disco polo, bez najmniejszej pretensji do eklektyzmu. Zenek Martyniuk, zapuszczony przez didżeja właśnie przecinał gwar rozmów, jakbyśmy byli w środku wesela, choć ledwie minęła piętnasta.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgdv7vC_O6K1-lUQMSYx1D0VN8U91-spYPI1e4qm6c2HdCOxJ8aCgBWzajQQc233dtvzyPb2YyFNMr76MUEiFUTu_My99D1iP9Vx10FEXeg99TVgxrS12aaiii61DnFOCuBvnnikUHc_LpJ/s940/miedzy2.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="638" data-original-width="940" height="271" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgdv7vC_O6K1-lUQMSYx1D0VN8U91-spYPI1e4qm6c2HdCOxJ8aCgBWzajQQc233dtvzyPb2YyFNMr76MUEiFUTu_My99D1iP9Vx10FEXeg99TVgxrS12aaiii61DnFOCuBvnnikUHc_LpJ/w400-h271/miedzy2.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Poprawiny w sobotę? - Zmieniłem temat zerkając w stronę Mietka.&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- To akurat pierwsza komunia jest, podobno święta, tylko nie z naszej parafii. Inaczej miałbyś rozeznanie, pleban. Ci są od Matki Bożej Pocieszenia.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Nawet wyglądają na pocieszonych. Coś jednak pomerdałeś, Mieciu, tam pierwsza komunia była dwa tygodnie temu.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Zgadza się. Dziś balety, a że godne wesela? Wnuk wójta gwiazdą przedstawienia.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Widzę, że nawet Jezusa już im nie trzeba. Tu szybciej wody zabraknie jak wina. A ciebie nie zapraszali? Zdaje się, to nie twoja impreza.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Na swojej też bywam. - Znowu głośno spadła klamka w sali obok, a Mietek uśmiechnął się szczeniacko. - A tu ciekawiej, weselej, nawet, tańczą. Słyszysz? Majteczki w kropeczki przygrywają, a rodzice komunisty mieszają drinki za barem. Kolorowe, z parasolką i bez… pomyśleć, że na moim przyjęciu stary wódkę do butelek po oranżadzie lał. Pod stołem polewał, bo nie wypadało mieszać Jezuska z Wyborową. I to po osiemnastej, jak już minęło majowe z naszym udziałem. Respekt był. Teraz można lać Soplicę z Krupnikiem, whisky zagryźć tortem i popijać barszczem, bo hostia strawiona dwie niedziele temu, a w jej miejsce jest pięć dań na gorąco i „Miłość w Zakopanem”. Tu łatwiej się umiera, pleban, tu niczego nie żal! Ludzkość wraca do remizy, tyle że z ajfonem. A może z niej nie wyszła? Tylko zabawek więcej dowieźli.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Silniej rozległ się ostry brzdęk spadającej mosiężnej klamki. Stypa po Mietku miała się dobrze. Spojrzałem nerwowo, ale przypomniał, że powinien regularnie dawać znać o obecności, co bez większej fatygi wychodzi akurat tu, gdzie ciśnienie&amp;nbsp; samo jakoś tak skacze.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	Teraz na dłużej otworzyły się drzwi i oswobodziły &lt;/span&gt;ryk z głośników: &lt;i&gt;prawa, lewa, ręka w górę, buzi buzi szybko daj&lt;/i&gt;, albo jakoś tak, bo nie wyłapałem. Uwagę przykuł toczący się facet z obfitym brzuchem. Cały w bieli garnituru i muchy pod podwójnym podbródkiem, kontrastującej z przaśną czerwoną gębą mazowieckich łąk. W prawej trzymał butelkę czystej, w lewej dwa kieliszki, po czym bezpardonowo klapnął na ławce obok i zerkał na mnie z ukosa. Zostało czekać na „buzi, buzi daj”, ale zamykane drzwi komunijnej potupajki uwolniły nas od sugestywnej piosenki.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhPgdpVfvGMk9Rj0ub4zzIHIUjuDf02UHNs6d44CsxjXv7IWCx_mbwSEfINi7Zy7H59afWQt05xLp50Hy4MLWAFT6VFYZ-z3oLKdYOt-eGqQ1vhMv974c2JXbxM8ZhYncMGbbanZODZSBTJ/s460/miedzy1.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="460" data-original-width="460" height="320" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhPgdpVfvGMk9Rj0ub4zzIHIUjuDf02UHNs6d44CsxjXv7IWCx_mbwSEfINi7Zy7H59afWQt05xLp50Hy4MLWAFT6VFYZ-z3oLKdYOt-eGqQ1vhMv974c2JXbxM8ZhYncMGbbanZODZSBTJ/s320/miedzy1.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Tak pomyślałem, pan, sam tu siedzi, z tej ochrony, ja rozumiem, a to normalna zabawa jest. Komunia wnuka – podniósł kieliszki w stronę małego, przyczajonego z kopertami w rogu sali. - Tu nie będzie żadnej rozróby, to poważne święto jest. Napijemy się po jednym, za zdrowie wnuka i na Boże błogosławieństwo. Na sucho ciężko obowiązki znieść, ja to rozumiem. Proszę, na zdrowie!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Tu są kamery proszę pana, na korytarzu, stracę pracę i środki do życia.&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;Pozostałem w narzuconym zawodzie po blisko trzydziestu latach kapłaństwa, co było robić?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Pij pan śmiało! Właściciel pana nie ruszy, on dobrze wie, kto ja jestem. Opcja nie do ruszenia, jestem! Nie ma z kim przegrać, panie!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Może zapomniał, że walnął swojego szota, a może mało było, bo przeznaczonego dla mnie też przełknął bez najmniejszej zmarszczki.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;- Zobacz pan, jaki poważny, pąsowieje tylko w przy nowej gotówce. Skubaniec! Wnuś mi się udał, moja krew, nie zginie! Teraz, panie, takie dają prezenty na te komunie, że ja sam drugi raz bym poszedł! A co?! Tylko ze spowiedzią jest kłopot, bo ze trzydzieści lat nie byłem. Niby po co? Nikogo nie zabiłem i nie pożądałem żony bliźniego swego… nadaremno! He he he!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Klepnął mnie w kolano i wstał otworzyć drzwi gromadzie wybiegających dzieci. Doleciały słowa kolejnego przeboju: &lt;i&gt;nawet gdy cię oleję, ty dalej masz nadzieję&lt;/i&gt;, a małe dziewczynki w biegu wykopały w moją stronę dwie krówki, w białych papierkach. Przeczytałem napis: „Pierwsza komunia święta Maksia”. Poszukałem wzrokiem chłopca w albie, właśnie oglądał konsolę, gdy kelnerka z wielkim nożem w garści próbowała nawiązać z nim kontakt. Tort już czekał, ale mały nie dał się odciągnąć. Dziewczyna rozpaczliwie próbowała ściągnąć wzrokiem jego matkę, ta nie mogła opuścić barku, skąd Mietek uśmiechał się do mnie z wyciągniętą w górę szklaneczką, ozdobną w czarną parasolkę. Kiwnąłem mu, gdy łomot spadającej klamki wybrzmiał ostatni raz tego dnia.&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/miedzy.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgiZWbG7bhUd-3BFwnw1ujQTTxfg9TOAuZK406QCXcny3arJhMR8s-ApZy82C_jYAG3_bxumbm7eiDzbLCEILAqXguA_1-7L2ubmwr5gdyOrZhKLTuWRJGqgHXfR3b6ChOuXaRDVFYFvYz-/s72-w266-h400-c/miedzy.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖ &amp;nbsp;- Koszula niby czarna, ale prążek biały. Zamaskowałeś się, pleban? Marynarka, dżinsy? A sutanna? - Nie ten czas, Mieciu. Na cmentarzu było jej miejsce, no i anielski orszak już twą duszę przyjął. A tu, pomyślałem, zwyczajnie, ludzie głodni i kotleta im trzeba, a nie sukienki.&amp;nbsp; - Smakowało? Schabowy był pod kapustę?&amp;nbsp; - Serniczek poszedł i tylko żal, że kawa podła. Nie chciałem przychodzić, sam wiesz , ale byłem ci to winny.&amp;nbsp; - Mogłeś choć koloratkę włożyć, ja nie wstydzę się naszej znajomości. - Od niej tylko ludzie sztywnieją. Udają lepszych, przynajmniej do pierwszego kieliszka. Pilnują słów, a tak użyją dwa razy tyle, bo z przerywnikiem i to powszechnie uznanym za wulgarny. Odruch Pawłowa, Mieciu. Widzą czarnego i podskakuje wskaźnik pogardy. Wiesz, jak jest: darmozjad, zaraz potem pedofil albo pazerota w kiecce. Taki PR, dzięki medialnym przewielebnym i Smarzowskiemu, nic nie zrobisz. A takim niemedialnym, jak ja, zostaje zająć się posługą. W sutannie czy bez, katabas ma gryźć w oczy owieczki, choć im samym coraz bliżej akurat do wilczej skórki. Nie żebym cierpiał, mam nawet jakąś masochistyczną przyjemność z ich pogaństwa.&amp;nbsp; Całkiem jakbym zasmakował we włosienicy.&amp;nbsp;Patrz jak odświętnie odziani w szatki tradycji i zdrowaśki. - Oj, pleban, nie ściemniaj. Już wiem, byłem tam przez chwilę - pokazał palcem w górę - ty cieszysz się na ten rozpad świata, bo czujesz, żeś życia nie przegrał. I żeś baby nie wziął, pleban…&amp;nbsp;&amp;nbsp; - … tego do końca dni będę ci zazdrościł - Mietek powiedział to dwa tygodnie temu, teraz zamilkł, jakby nie wypadało kończyć. Usłyszałem tylko łomot ciężkiej klamki z drzwi sąsiedniej sali, mocno zabębniła o posadzkę. - Muszą mieć pewność, że nie opuszczam własnej stypy. - Uśmiechnął się szelmowsko jak uczniak, który sypnął pinezki na krzesło pani od polskiego i ta zdrowo klapnęła. Był tu inaczej? A naprawdę? Szedł gdzieś tam, po zielonych pastwiskach? Bardzo chciałem to widzieć. On sam może jeszcze nie do końca uwierzył, że w takim pośpiechu uwolnił się od ujadania Heli. Wszystkich zaskoczył, za długo odmawiał pomocy, aż covid wyżarł mu płuca do cna. Nie było takiego respiratora, który zmieniłby kierunek.&amp;nbsp; - Teraz już nie zazdrościsz, co? – Odezwałem się dla pewności, że jest obok. - Nie myśl sobie, że było łatwo. Mieciu, teraz mogę ci powiedzieć: wiłem się nocami nieraz ze sterczącą brodawą, oczy pierdziały na widok odsłoniętych kobiecych ud w sklepie, na przystanku. I co mogłem? Padałem na klęcznik, tak! W środku nocy! A Pan dawał siłę swojemu ludowi. Minąłem półwiecze i ostatecznie przestał doskwierać ten magiczny brak kobiety. Przyszło zwycięstwo ducha nad ciałem, czy warto było? Wcale nie jest mi lżej od tego. - Nawet koloratki nie wpiąłeś? Powiedz, pleban, tyś choć raz naprawdę uwierzył, że coś zmienisz na świecie? Popatrz na tych tam, że takim dasz wiarę w zmartwychwstanie? - Gdybym nie wierzył, nie byłoby cię tu teraz, sam widzisz. Lubił te same pytania, a im częściej powtarzałem odpowiedzi, tym większe budziły wątpliwości. Teraz,&amp;nbsp;w milczeniu,&amp;nbsp;oglądaliśmy&amp;nbsp;dziesiątki baloników&amp;nbsp;przez ogromne przeszklone drzwi. Część z nich walała się po podłodze, kilkadziesiąt domagało się uwolnienia ponad żyrandolami, krzyczącymi blaskiem plastikowego kryształu. O przeznaczeniu sali informowała gipsowa płaskorzeźba z młodą parą. Choć kamienne&amp;nbsp;miny obojga wskazywały raczej na trzysta procent normy w wydaniu żniwiarki i tyleż mocy nieugiętego kowala.&amp;nbsp;Kwitnący socrealizm miał się tu dobrze, nawet w wydaniu gotowych na trud budowania ojczyzny&amp;nbsp;nieustannie powstającej z kolan. Szukając adresu wyczytałem na stronie lokalu&amp;nbsp;coś o wystroju z ducha Ludwika XVI. Tymczasem kolumny raziły bielą i zwieńczeniem doryckim, dopełniając fantazję projektanta. Zebrani kupiliby każdy styl za sztukę mięsa z sałatką ze śledzia, podlewane wódką, w rytmie disco polo, bez najmniejszej pretensji do eklektyzmu. Zenek Martyniuk, zapuszczony przez didżeja właśnie przecinał gwar rozmów, jakbyśmy byli w środku wesela, choć ledwie minęła piętnasta.&amp;nbsp; - Poprawiny w sobotę? - Zmieniłem temat zerkając w stronę Mietka. - To akurat pierwsza komunia jest, podobno święta, tylko nie z naszej parafii. Inaczej miałbyś rozeznanie, pleban. Ci są od Matki Bożej Pocieszenia.&amp;nbsp; - Nawet wyglądają na pocieszonych. Coś jednak pomerdałeś, Mieciu, tam pierwsza komunia była dwa tygodnie temu. - Zgadza się. Dziś balety, a że godne wesela? Wnuk wójta gwiazdą przedstawienia. - Widzę, że nawet Jezusa już im nie trzeba. Tu szybciej wody zabraknie jak wina. A ciebie nie zapraszali? Zdaje się, to nie twoja impreza. - Na swojej też bywam. - Znowu głośno spadła klamka w sali obok, a Mietek uśmiechnął się szczeniacko. - A tu ciekawiej, weselej, nawet, tańczą. Słyszysz? Majteczki w kropeczki przygrywają, a rodzice komunisty mieszają drinki za barem. Kolorowe, z parasolką i bez… pomyśleć, że na moim przyjęciu stary wódkę do butelek po oranżadzie lał. Pod stołem polewał, bo nie wypadało mieszać Jezuska z Wyborową. I to po osiemnastej, jak już minęło majowe z naszym udziałem. Respekt był. Teraz można lać Soplicę z Krupnikiem, whisky zagryźć tortem i popijać barszczem, bo hostia strawiona dwie niedziele temu, a w jej miejsce jest pięć dań na gorąco i „Miłość w Zakopanem”. Tu łatwiej się umiera, pleban, tu niczego nie żal! Ludzkość wraca do remizy, tyle że z ajfonem. A może z niej nie wyszła? Tylko zabawek więcej dowieźli. Silniej rozległ się ostry brzdęk spadającej mosiężnej klamki. Stypa po Mietku miała się dobrze. Spojrzałem nerwowo, ale przypomniał, że powinien regularnie dawać znać o obecności, co bez większej fatygi wychodzi akurat tu, gdzie ciśnienie&amp;nbsp; samo jakoś tak skacze.&amp;nbsp; Teraz na dłużej otworzyły się drzwi i oswobodziły ryk z głośników: prawa, lewa, ręka w górę, buzi buzi szybko daj, albo jakoś tak, bo nie wyłapałem. Uwagę przykuł toczący się facet z obfitym brzuchem. Cały w bieli garnituru i muchy pod podwójnym podbródkiem, kontrastującej z przaśną czerwoną gębą mazowieckich łąk. W prawej trzymał butelkę czystej, w lewej dwa kieliszki, po czym bezpardonowo klapnął na ławce obok i zerkał na mnie z ukosa. Zostało czekać na „buzi, buzi daj”, ale zamykane drzwi komunijnej potupajki uwolniły nas od sugestywnej piosenki.&amp;nbsp; - Tak pomyślałem, pan, sam tu siedzi, z tej ochrony, ja rozumiem, a to normalna zabawa jest. Komunia wnuka – podniósł kieliszki w stronę małego, przyczajonego z kopertami w rogu sali. - Tu nie będzie żadnej rozróby, to poważne święto jest. Napijemy się po jednym, za zdrowie wnuka i na Boże błogosławieństwo. Na sucho ciężko obowiązki znieść, ja to rozumiem. Proszę, na zdrowie!&amp;nbsp; - Tu są kamery proszę pana, na korytarzu, stracę pracę i środki do życia.&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pozostałem w narzuconym zawodzie po blisko trzydziestu latach kapłaństwa, co było robić?&amp;nbsp; - Pij pan śmiało! Właściciel pana nie ruszy, on dobrze wie, kto ja jestem. Opcja nie do ruszenia, jestem! Nie ma z kim przegrać, panie!&amp;nbsp; Może zapomniał, że walnął swojego szota, a może mało było, bo przeznaczonego dla mnie też przełknął bez najmniejszej zmarszczki.&amp;nbsp; - Zobacz pan, jaki poważny, pąsowieje tylko w przy nowej gotówce. Skubaniec! Wnuś mi się udał, moja krew, nie zginie! Teraz, panie, takie dają prezenty na te komunie, że ja sam drugi raz bym poszedł! A co?! Tylko ze spowiedzią jest kłopot, bo ze trzydzieści lat nie byłem. Niby po co? Nikogo nie zabiłem i nie pożądałem żony bliźniego swego… nadaremno! He he he!&amp;nbsp; Klepnął mnie w kolano i wstał otworzyć drzwi gromadzie wybiegających dzieci. Doleciały słowa kolejnego przeboju: nawet gdy cię oleję, ty dalej masz nadzieję, a małe dziewczynki w biegu wykopały w moją stronę dwie krówki, w białych papierkach. Przeczytałem napis: „Pierwsza komunia święta Maksia”. Poszukałem wzrokiem chłopca w albie, właśnie oglądał konsolę, gdy kelnerka z wielkim nożem w garści próbowała nawiązać z nim kontakt. Tort już czekał, ale mały nie dał się odciągnąć. Dziewczyna rozpaczliwie próbowała ściągnąć wzrokiem jego matkę, ta nie mogła opuścić barku, skąd Mietek uśmiechał się do mnie z wyciągniętą w górę szklaneczką, ozdobną w czarną parasolkę. Kiwnąłem mu, gdy łomot spadającej klamki wybrzmiał ostatni raz tego dnia.&amp;nbsp;&amp;nbsp;</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖ &amp;nbsp;- Koszula niby czarna, ale prążek biały. Zamaskowałeś się, pleban? Marynarka, dżinsy? A sutanna? - Nie ten czas, Mieciu. Na cmentarzu było jej miejsce, no i anielski orszak już twą duszę przyjął. A tu, pomyślałem, zwyczajnie, ludzie głodni i kotleta im trzeba, a nie sukienki.&amp;nbsp; - Smakowało? Schabowy był pod kapustę?&amp;nbsp; - Serniczek poszedł i tylko żal, że kawa podła. Nie chciałem przychodzić, sam wiesz , ale byłem ci to winny.&amp;nbsp; - Mogłeś choć koloratkę włożyć, ja nie wstydzę się naszej znajomości. - Od niej tylko ludzie sztywnieją. Udają lepszych, przynajmniej do pierwszego kieliszka. Pilnują słów, a tak użyją dwa razy tyle, bo z przerywnikiem i to powszechnie uznanym za wulgarny. Odruch Pawłowa, Mieciu. Widzą czarnego i podskakuje wskaźnik pogardy. Wiesz, jak jest: darmozjad, zaraz potem pedofil albo pazerota w kiecce. Taki PR, dzięki medialnym przewielebnym i Smarzowskiemu, nic nie zrobisz. A takim niemedialnym, jak ja, zostaje zająć się posługą. W sutannie czy bez, katabas ma gryźć w oczy owieczki, choć im samym coraz bliżej akurat do wilczej skórki. Nie żebym cierpiał, mam nawet jakąś masochistyczną przyjemność z ich pogaństwa.&amp;nbsp; Całkiem jakbym zasmakował we włosienicy.&amp;nbsp;Patrz jak odświętnie odziani w szatki tradycji i zdrowaśki. - Oj, pleban, nie ściemniaj. Już wiem, byłem tam przez chwilę - pokazał palcem w górę - ty cieszysz się na ten rozpad świata, bo czujesz, żeś życia nie przegrał. I żeś baby nie wziął, pleban…&amp;nbsp;&amp;nbsp; - … tego do końca dni będę ci zazdrościł - Mietek powiedział to dwa tygodnie temu, teraz zamilkł, jakby nie wypadało kończyć. Usłyszałem tylko łomot ciężkiej klamki z drzwi sąsiedniej sali, mocno zabębniła o posadzkę. - Muszą mieć pewność, że nie opuszczam własnej stypy. - Uśmiechnął się szelmowsko jak uczniak, który sypnął pinezki na krzesło pani od polskiego i ta zdrowo klapnęła. Był tu inaczej? A naprawdę? Szedł gdzieś tam, po zielonych pastwiskach? Bardzo chciałem to widzieć. On sam może jeszcze nie do końca uwierzył, że w takim pośpiechu uwolnił się od ujadania Heli. Wszystkich zaskoczył, za długo odmawiał pomocy, aż covid wyżarł mu płuca do cna. Nie było takiego respiratora, który zmieniłby kierunek.&amp;nbsp; - Teraz już nie zazdrościsz, co? – Odezwałem się dla pewności, że jest obok. - Nie myśl sobie, że było łatwo. Mieciu, teraz mogę ci powiedzieć: wiłem się nocami nieraz ze sterczącą brodawą, oczy pierdziały na widok odsłoniętych kobiecych ud w sklepie, na przystanku. I co mogłem? Padałem na klęcznik, tak! W środku nocy! A Pan dawał siłę swojemu ludowi. Minąłem półwiecze i ostatecznie przestał doskwierać ten magiczny brak kobiety. Przyszło zwycięstwo ducha nad ciałem, czy warto było? Wcale nie jest mi lżej od tego. - Nawet koloratki nie wpiąłeś? Powiedz, pleban, tyś choć raz naprawdę uwierzył, że coś zmienisz na świecie? Popatrz na tych tam, że takim dasz wiarę w zmartwychwstanie? - Gdybym nie wierzył, nie byłoby cię tu teraz, sam widzisz. Lubił te same pytania, a im częściej powtarzałem odpowiedzi, tym większe budziły wątpliwości. Teraz,&amp;nbsp;w milczeniu,&amp;nbsp;oglądaliśmy&amp;nbsp;dziesiątki baloników&amp;nbsp;przez ogromne przeszklone drzwi. Część z nich walała się po podłodze, kilkadziesiąt domagało się uwolnienia ponad żyrandolami, krzyczącymi blaskiem plastikowego kryształu. O przeznaczeniu sali informowała gipsowa płaskorzeźba z młodą parą. Choć kamienne&amp;nbsp;miny obojga wskazywały raczej na trzysta procent normy w wydaniu żniwiarki i tyleż mocy nieugiętego kowala.&amp;nbsp;Kwitnący socrealizm miał się tu dobrze, nawet w wydaniu gotowych na trud budowania ojczyzny&amp;nbsp;nieustannie powstającej z kolan. Szukając adresu wyczytałem na stronie lokalu&amp;nbsp;coś o wystroju z ducha Ludwika XVI. Tymczasem kolumny raziły bielą i zwieńczeniem doryckim, dopełniając fantazję projektanta. Zebrani kupiliby każdy styl za sztukę mięsa z sałatką ze śledzia, podlewane wódką, w rytmie disco polo, bez najmniejszej pretensji do eklektyzmu. Zenek Martyniuk, zapuszczony przez didżeja właśnie przecinał gwar rozmów, jakbyśmy byli w środku wesela, choć ledwie minęła piętnasta.&amp;nbsp; - Poprawiny w sobotę? - Zmieniłem temat zerkając w stronę Mietka. - To akurat pierwsza komunia jest, podobno święta, tylko nie z naszej parafii. Inaczej miałbyś rozeznanie, pleban. Ci są od Matki Bożej Pocieszenia.&amp;nbsp; - Nawet wyglądają na pocieszonych. Coś jednak pomerdałeś, Mieciu, tam pierwsza komunia była dwa tygodnie temu. - Zgadza się. Dziś balety, a że godne wesela? Wnuk wójta gwiazdą przedstawienia. - Widzę, że nawet Jezusa już im nie trzeba. Tu szybciej wody zabraknie jak wina. A ciebie nie zapraszali? Zdaje się, to nie twoja impreza. - Na swojej też bywam. - Znowu głośno spadła klamka w sali obok, a Mietek uśmiechnął się szczeniacko. - A tu ciekawiej, weselej, nawet, tańczą. Słyszysz? Majteczki w kropeczki przygrywają, a rodzice komunisty mieszają drinki za barem. Kolorowe, z parasolką i bez… pomyśleć, że na moim przyjęciu stary wódkę do butelek po oranżadzie lał. Pod stołem polewał, bo nie wypadało mieszać Jezuska z Wyborową. I to po osiemnastej, jak już minęło majowe z naszym udziałem. Respekt był. Teraz można lać Soplicę z Krupnikiem, whisky zagryźć tortem i popijać barszczem, bo hostia strawiona dwie niedziele temu, a w jej miejsce jest pięć dań na gorąco i „Miłość w Zakopanem”. Tu łatwiej się umiera, pleban, tu niczego nie żal! Ludzkość wraca do remizy, tyle że z ajfonem. A może z niej nie wyszła? Tylko zabawek więcej dowieźli. Silniej rozległ się ostry brzdęk spadającej mosiężnej klamki. Stypa po Mietku miała się dobrze. Spojrzałem nerwowo, ale przypomniał, że powinien regularnie dawać znać o obecności, co bez większej fatygi wychodzi akurat tu, gdzie ciśnienie&amp;nbsp; samo jakoś tak skacze.&amp;nbsp; Teraz na dłużej otworzyły się drzwi i oswobodziły ryk z głośników: prawa, lewa, ręka w górę, buzi buzi szybko daj, albo jakoś tak, bo nie wyłapałem. Uwagę przykuł toczący się facet z obfitym brzuchem. Cały w bieli garnituru i muchy pod podwójnym podbródkiem, kontrastującej z przaśną czerwoną gębą mazowieckich łąk. W prawej trzymał butelkę czystej, w lewej dwa kieliszki, po czym bezpardonowo klapnął na ławce obok i zerkał na mnie z ukosa. Zostało czekać na „buzi, buzi daj”, ale zamykane drzwi komunijnej potupajki uwolniły nas od sugestywnej piosenki.&amp;nbsp; - Tak pomyślałem, pan, sam tu siedzi, z tej ochrony, ja rozumiem, a to normalna zabawa jest. Komunia wnuka – podniósł kieliszki w stronę małego, przyczajonego z kopertami w rogu sali. - Tu nie będzie żadnej rozróby, to poważne święto jest. Napijemy się po jednym, za zdrowie wnuka i na Boże błogosławieństwo. Na sucho ciężko obowiązki znieść, ja to rozumiem. Proszę, na zdrowie!&amp;nbsp; - Tu są kamery proszę pana, na korytarzu, stracę pracę i środki do życia.&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pozostałem w narzuconym zawodzie po blisko trzydziestu latach kapłaństwa, co było robić?&amp;nbsp; - Pij pan śmiało! Właściciel pana nie ruszy, on dobrze wie, kto ja jestem. Opcja nie do ruszenia, jestem! Nie ma z kim przegrać, panie!&amp;nbsp; Może zapomniał, że walnął swojego szota, a może mało było, bo przeznaczonego dla mnie też przełknął bez najmniejszej zmarszczki.&amp;nbsp; - Zobacz pan, jaki poważny, pąsowieje tylko w przy nowej gotówce. Skubaniec! Wnuś mi się udał, moja krew, nie zginie! Teraz, panie, takie dają prezenty na te komunie, że ja sam drugi raz bym poszedł! A co?! Tylko ze spowiedzią jest kłopot, bo ze trzydzieści lat nie byłem. Niby po co? Nikogo nie zabiłem i nie pożądałem żony bliźniego swego… nadaremno! He he he!&amp;nbsp; Klepnął mnie w kolano i wstał otworzyć drzwi gromadzie wybiegających dzieci. Doleciały słowa kolejnego przeboju: nawet gdy cię oleję, ty dalej masz nadzieję, a małe dziewczynki w biegu wykopały w moją stronę dwie krówki, w białych papierkach. Przeczytałem napis: „Pierwsza komunia święta Maksia”. Poszukałem wzrokiem chłopca w albie, właśnie oglądał konsolę, gdy kelnerka z wielkim nożem w garści próbowała nawiązać z nim kontakt. Tort już czekał, ale mały nie dał się odciągnąć. Dziewczyna rozpaczliwie próbowała ściągnąć wzrokiem jego matkę, ta nie mogła opuścić barku, skąd Mietek uśmiechał się do mnie z wyciągniętą w górę szklaneczką, ozdobną w czarną parasolkę. Kiwnąłem mu, gdy łomot spadającej klamki wybrzmiał ostatni raz tego dnia.&amp;nbsp;&amp;nbsp;</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>Anioł alternatywy</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/05/anio-alternatywy.html</link><category>5G</category><category>alternatywna rzeczywistość</category><category>Obrazki</category><category>odpromienniki</category><category>Podcasty</category><category>refleksje</category><category>Społeczeństwo</category><category>szczepienia</category><pubDate>Sun, 9 May 2021 20:29:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-5607201747235526920</guid><description>&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/aniol_alternatywy.mp3"&gt;❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgsNy1WFdClJ3f1iNOA5cRxo3iHTk0NC9UAXKbWeUGE2FUBhoIz2vXKcTAHCvx9oSI8an2q0_NLJT3noAkrq4CaaTFPJDt6-5_1UwSnX2eu5Pqdfes0P92ftMMya-EZJA1EkHBsixqLXPHT/s1170/anio%25C5%2582.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="650" data-original-width="1170" height="223" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgsNy1WFdClJ3f1iNOA5cRxo3iHTk0NC9UAXKbWeUGE2FUBhoIz2vXKcTAHCvx9oSI8an2q0_NLJT3noAkrq4CaaTFPJDt6-5_1UwSnX2eu5Pqdfes0P92ftMMya-EZJA1EkHBsixqLXPHT/w400-h223/anio%25C5%2582.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Pan zaszczepił? Szczepiony był?&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;Pytanie dobiegło z bocznego korytarza. Zamarłem i omal nie upuściłem siatki z korniszonem. To nie mógł być duch, żadna zmora, upiór sąsiada od czterech dekad szukającego kartek na cukier w piwnicznych katakumbach. Powoli odzyskiwałem równowagę, odruchowo chwytając się za gębę. Nie z powodu tłumionego krzyku bynajmniej. Zwyczajnie, sprawdziłem, czy maseczka na swoim miejscu, ale poczułem tylko chłód własnych palców. Jakoś nie przyszło mi do głowy przywdziać szmatkę w drodze po słoiki. Odwróciłem się w stronę głosu i odetchnąłem z ulgą. Z półmroku wyłonił się gospodarz domu. W garści trzymał worek z trutką na szczury.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Pan zaszczepiony? – Powtórzył – Dzień dobry.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Tak, pierwszą dawką – zapewniłem dumnie, klepnąwszy odruchowo w ramię, jakby od tego zależała premia kwartalna albo kupon na dodatkowy zestaw happy meal.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;Lokalny Anioł zbliżył się konspiracyjnie, przełamał dystans. Czyli o to szło? Chciał mieć pewność, że nie zionę wirusem? Na wszelki wypadek wyznałem:&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Jestem też ozdrowieńcem, ale nie wiem, jak długo te antyciała... szczepionka, to w zasadzie dodatek –&amp;nbsp; jakbym tłumaczył się ze zbyt głośnego seksu, ale bardziej niepokoiła mnie trucizna, którą dysponował. – Pan rozumie, ważne, żeby nikomu nie zagrażać.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgyBLowBhLEnPQ9QHprYJRF3Qn-ts1MoUEnCjlbVQo1Zgt2auaYgHLq2JycrUVfaqvlzZFE5B7nYvauQrnw9Dh7RLG7OLEAwB9IHfqvDAh4I7A-ADN0a4sDDvOqE_xSs5zYLXoODKXqTOV9/s574/anio%25C5%25823.JPG" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="549" data-original-width="574" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgyBLowBhLEnPQ9QHprYJRF3Qn-ts1MoUEnCjlbVQo1Zgt2auaYgHLq2JycrUVfaqvlzZFE5B7nYvauQrnw9Dh7RLG7OLEAwB9IHfqvDAh4I7A-ADN0a4sDDvOqE_xSs5zYLXoODKXqTOV9/s320/anio%25C5%25823.JPG" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;Raczej nie słuchał obywatelskiego orędzia, pochylony nad kolejną tacką z kolorowymi chrupkami, zwiastującymi śmierć gryzoniom. Wróciłem do kłódki. Z tego wszystkiego zapomniałem o dżemie truskawkowym. Mężczyzna bezszelestnie wyrósł za moimi plecami:&amp;nbsp;&lt;br /&gt;- Wie pan, ja się nie szczepię, ale najgorsze, to te maszty 5G. Wszystko zło idzie od promieniowania. Prześwietla głowę, krew, organy, siły odbiera, chęć pracy, nawet apetyt. Najważniejsze zabezpieczyć się, reszta to głupota. Jest na to rada, panie, odpromienniki. Sprzedają za bezcen, można kupić w internecie. I jak najwięcej, panie, na telewizor, radio, telefon. To ja pokażę!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Zanurzył dłoń w kieszeni kurtki nagłym ruchem, jakby sięgał po kosę, ale wydobył smartfon i odwrócił. Zobaczyłem okrągłą miedzianą naklejkę. Coś wielkości reklamowej etykiety Sekretu Mnicha z przepisem na pyszny ser pleśniowy na gorąco. Znowu odwrócił się bez zbytecznych komentarzy. Teraz majstrował przy zamku schowka ze szczotkami i z szuflami do odśnieżania. Siła niewiadomego kazała mi dłużej przeszukiwać półki z przetworami. Czułem jak dotyka mnie rzeczywistość alternatywna, mroczna i fascynująca, zwłaszcza, że nigdy z gościem nie rozmawiałem. Jeszcze godzinę temu dałbym głowę, że tacy istnieją w memach!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	S&lt;/span&gt;zanowałem człowieka, codziennie mu się kłaniałem. Od dawna byłem pod wrażeniem jego trudu i perfekcjonizmu, choć bez wątpienia dobiegał siedemdziesiątki. Kartony po pizzy, walające się po chodnikach, papiery po kebabach, puszki lecące z okien, śmieci po weekendzie, wszystko ogarnięte do czysta. Przesypujące się kontenery upchane tak, że nic nie znajdziesz na ziemi w zabudowie śmietnika, a w poniedziałki graniczy to z cudem. Gdy tylko spadnie śnieg o świcie odgarnięty, zamiecione schody, klatek tu niemało, a okna umyte. No i dbałość o piwnice do tego. To wymaga nie tylko trudu, ale i bolesnej rzetelności, pomyślałem, ale znowu miał fazę:&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;- Ten wirus, wie pan, nie ma o czym gadać – machnął ręką – wystarczy soda. Taka zwykła, co to ją w samie&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;pan kupi&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;, na kamień dobra w czajniku. Trzeba tylko rozpuścić w ciepłej wodzie, namoczyć dobrze ręcznik, założyć na głowę, na pół godziny i po sprawie. Nie ma takiego covidu, co to przetrzyma. Dla pewności można powtórzyć, jutro, znaczy po dobie i pozajutro. Ale oni dawno to obmyślili, żadna tam nowina, od roku niby. Durnia z nas robią i tyle.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Oni? – Podjąłem zaciekawiony, co też kryje się za następnymi drzwiami jego Narnii.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;- W Dawos, w 2004 roku. Doliczyli się, że za dużo ludzi jest na świecie. Planeta tego nie przetrzyma. Teraz, wiadomo, wszyscy za wygodni są na wojny. Popatrz pan na tych leni dookoła, pasożytów! Nie w głowie im zniszczenie, ruina, odbudowa. To jak&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;pozbyć&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;się zbytecznych&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;milionów?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Każdemu szkoda willi, samochodów, telewizorów, a jakoś trzeba to wszystko wykarmić. Gleby wyjałowione, powietrze brudne, smog, promieniowanie. Wymyślili 5G i wirusa opracowali, żeby powoli wybić kawał ludzkości. Mafia świata, znaczy, troszczy się o siebie. Bez litości. Na szczęście są przecieki, jak kto chce w internecie wszystko znajdzie i się uratuje. Te szczepionki, wie pan, one też, żeby planecie ulżyć, ale chyba panu za późno o tym myśleć, co? Pana już oszukali.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEg-JBtorb_T4891Z6etL8ZvmxwNzSCJULLTYAkuwg9-h8lwaC0lxszOsguAMwkO4pOXAgBrqfCH4_VN8vFicNn-t17NOoaMIVtixuFyrs3hiMoGCMh_mGfaFGdAIXGbKvzXou2g5Y269UEY/s480/anio%25C5%25822.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="270" data-original-width="480" height="225" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEg-JBtorb_T4891Z6etL8ZvmxwNzSCJULLTYAkuwg9-h8lwaC0lxszOsguAMwkO4pOXAgBrqfCH4_VN8vFicNn-t17NOoaMIVtixuFyrs3hiMoGCMh_mGfaFGdAIXGbKvzXou2g5Y269UEY/w400-h225/anio%25C5%25822.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;Wskazał na moje ramię, nad którym zawisłem wylęknionym wzrokiem. Na ratunek mózg niepodziewanie zawezwał aktora. Ze stojącej flaszki po ginie jakby wyskoczył Andrzej Grabowski, w genialnej scenie na schodach: … &lt;i&gt;albo Wietnamczycy, patrz pan, co te żółtki. Patrz pan, jaka perfidia. Zalewają nasz rynek skarpetkami z gumką, specjalnie to robią… skarpetkami chcą nas powyzabijać&lt;/i&gt;. Od razu poczułem się lepiej i nieśmiały uśmiech wylazł mi usta. Anioł Alternatywy był czujny, natychmiast się połapał:&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Pan ze mnie kpi. Wykształcony niby, ale wy za bardzo wierzycie tym swoim specjalistom, profesorom, lekarzom. Oni też są w tej mafii świata. Powiązani biznesem z fabrykantami od leków, z politykami. Ta jedna zgraja myśli wyjść cało.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Może tak być. Ja tam nie wiem, prosty urzędnik jestem.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Spaprałem człowiekowi kawał humanitarnej misji, więc p&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;róbowałem złagodzić skutek własnej ignorancji. Pewnie na dobre był gotów zamknąć wrota swojej krainy. Ratowałem sytuację jak umiałem:&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Człowiek jest bezradny wobec cywilizacji, taki pojedynczy nie pokona chorób, musi jakoś szukać nadziei. Próbuje wierzyć, że ich wiedza...&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;-&amp;nbsp; Wiedza? Nie potrafią korzystać z mądrości pokoleń, panie. Nikt nie wymyślił nic lepszego na choroby jak olej. Tak! Tylko musi być rzepakowy, koniecznie, polski najlepiej, z naszych pól, choć już takich nie ma, te koncerny, korporacje, wykupują. Już nic nie ma bez tego GMO. Trzeba kupić litr i wcierać w chore miejsca, dwa, trzy razy w tygodniu. Na zdrowe też przecież nie zaszkodzi.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- Pół litra nie wystarczy? – Podtrzymałem temat w uczciwej intencji.&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;- A pół ciała chce pan w zdrowiu zachować? – Błysnął czujnie – Znowu pan się ze mnie nabija, a to działa, masz pan przykład przed sobą. Zima nie zima, przeziębienia nie zaznałem od lat. W chłodzie i upale sprzątam te pety wyrzucane z okna, te kubły ogarniam i nic. No i te odpromienniki, panie! Konieczne! To jest najważniejsze, o tym pan pamięta, łatwo kupić, poprzyklejać na monitor, toster. Nawet na lodówkę, zamiast tych durnych magnesów z wycieczek, może nie będzie lepiej, ale przetrwamy… no, abyśmy!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Już nie oglądał się za siebie, wspiął się po dziewięciu stopniach na wysokość ziemi, mocnej i bezwzględnej wobec jego rzeczywistości. Zgasił światło, choć pozostałem w piwnicy. Wyizolowany. B&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;łądziłem po omacku,&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;z trującym płynem w żyłach, w kompletnej ciemności. Zupełnie jak przedtem zresztą, ale już świadomy.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/aniol_alternatywy.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgsNy1WFdClJ3f1iNOA5cRxo3iHTk0NC9UAXKbWeUGE2FUBhoIz2vXKcTAHCvx9oSI8an2q0_NLJT3noAkrq4CaaTFPJDt6-5_1UwSnX2eu5Pqdfes0P92ftMMya-EZJA1EkHBsixqLXPHT/s72-w400-h223-c/anio%25C5%2582.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">0</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖ - Pan zaszczepił? Szczepiony był?&amp;nbsp; Pytanie dobiegło z bocznego korytarza. Zamarłem i omal nie upuściłem siatki z korniszonem. To nie mógł być duch, żadna zmora, upiór sąsiada od czterech dekad szukającego kartek na cukier w piwnicznych katakumbach. Powoli odzyskiwałem równowagę, odruchowo chwytając się za gębę. Nie z powodu tłumionego krzyku bynajmniej. Zwyczajnie, sprawdziłem, czy maseczka na swoim miejscu, ale poczułem tylko chłód własnych palców. Jakoś nie przyszło mi do głowy przywdziać szmatkę w drodze po słoiki. Odwróciłem się w stronę głosu i odetchnąłem z ulgą. Z półmroku wyłonił się gospodarz domu. W garści trzymał worek z trutką na szczury.&amp;nbsp; - Pan zaszczepiony? – Powtórzył – Dzień dobry.&amp;nbsp; - Tak, pierwszą dawką – zapewniłem dumnie, klepnąwszy odruchowo w ramię, jakby od tego zależała premia kwartalna albo kupon na dodatkowy zestaw happy meal.&amp;nbsp; Lokalny Anioł zbliżył się konspiracyjnie, przełamał dystans. Czyli o to szło? Chciał mieć pewność, że nie zionę wirusem? Na wszelki wypadek wyznałem: - Jestem też ozdrowieńcem, ale nie wiem, jak długo te antyciała... szczepionka, to w zasadzie dodatek –&amp;nbsp; jakbym tłumaczył się ze zbyt głośnego seksu, ale bardziej niepokoiła mnie trucizna, którą dysponował. – Pan rozumie, ważne, żeby nikomu nie zagrażać. Raczej nie słuchał obywatelskiego orędzia, pochylony nad kolejną tacką z kolorowymi chrupkami, zwiastującymi śmierć gryzoniom. Wróciłem do kłódki. Z tego wszystkiego zapomniałem o dżemie truskawkowym. Mężczyzna bezszelestnie wyrósł za moimi plecami:&amp;nbsp; - Wie pan, ja się nie szczepię, ale najgorsze, to te maszty 5G. Wszystko zło idzie od promieniowania. Prześwietla głowę, krew, organy, siły odbiera, chęć pracy, nawet apetyt. Najważniejsze zabezpieczyć się, reszta to głupota. Jest na to rada, panie, odpromienniki. Sprzedają za bezcen, można kupić w internecie. I jak najwięcej, panie, na telewizor, radio, telefon. To ja pokażę!&amp;nbsp; Zanurzył dłoń w kieszeni kurtki nagłym ruchem, jakby sięgał po kosę, ale wydobył smartfon i odwrócił. Zobaczyłem okrągłą miedzianą naklejkę. Coś wielkości reklamowej etykiety Sekretu Mnicha z przepisem na pyszny ser pleśniowy na gorąco. Znowu odwrócił się bez zbytecznych komentarzy. Teraz majstrował przy zamku schowka ze szczotkami i z szuflami do odśnieżania. Siła niewiadomego kazała mi dłużej przeszukiwać półki z przetworami. Czułem jak dotyka mnie rzeczywistość alternatywna, mroczna i fascynująca, zwłaszcza, że nigdy z gościem nie rozmawiałem. Jeszcze godzinę temu dałbym głowę, że tacy istnieją w memach!&amp;nbsp; Szanowałem człowieka, codziennie mu się kłaniałem. Od dawna byłem pod wrażeniem jego trudu i perfekcjonizmu, choć bez wątpienia dobiegał siedemdziesiątki. Kartony po pizzy, walające się po chodnikach, papiery po kebabach, puszki lecące z okien, śmieci po weekendzie, wszystko ogarnięte do czysta. Przesypujące się kontenery upchane tak, że nic nie znajdziesz na ziemi w zabudowie śmietnika, a w poniedziałki graniczy to z cudem. Gdy tylko spadnie śnieg o świcie odgarnięty, zamiecione schody, klatek tu niemało, a okna umyte. No i dbałość o piwnice do tego. To wymaga nie tylko trudu, ale i bolesnej rzetelności, pomyślałem, ale znowu miał fazę: - Ten wirus, wie pan, nie ma o czym gadać – machnął ręką – wystarczy soda. Taka zwykła, co to ją w samie&amp;nbsp;pan kupi, na kamień dobra w czajniku. Trzeba tylko rozpuścić w ciepłej wodzie, namoczyć dobrze ręcznik, założyć na głowę, na pół godziny i po sprawie. Nie ma takiego covidu, co to przetrzyma. Dla pewności można powtórzyć, jutro, znaczy po dobie i pozajutro. Ale oni dawno to obmyślili, żadna tam nowina, od roku niby. Durnia z nas robią i tyle.- Oni? – Podjąłem zaciekawiony, co też kryje się za następnymi drzwiami jego Narnii.&amp;nbsp;- W Dawos, w 2004 roku. Doliczyli się, że za dużo ludzi jest na świecie. Planeta tego nie przetrzyma. Teraz, wiadomo, wszyscy za wygodni są na wojny. Popatrz pan na tych leni dookoła, pasożytów! Nie w głowie im zniszczenie, ruina, odbudowa. To jak&amp;nbsp;pozbyć&amp;nbsp;się zbytecznych&amp;nbsp;milionów?&amp;nbsp;Każdemu szkoda willi, samochodów, telewizorów, a jakoś trzeba to wszystko wykarmić. Gleby wyjałowione, powietrze brudne, smog, promieniowanie. Wymyślili 5G i wirusa opracowali, żeby powoli wybić kawał ludzkości. Mafia świata, znaczy, troszczy się o siebie. Bez litości. Na szczęście są przecieki, jak kto chce w internecie wszystko znajdzie i się uratuje. Te szczepionki, wie pan, one też, żeby planecie ulżyć, ale chyba panu za późno o tym myśleć, co? Pana już oszukali.&amp;nbsp; Wskazał na moje ramię, nad którym zawisłem wylęknionym wzrokiem. Na ratunek mózg niepodziewanie zawezwał aktora. Ze stojącej flaszki po ginie jakby wyskoczył Andrzej Grabowski, w genialnej scenie na schodach: … albo Wietnamczycy, patrz pan, co te żółtki. Patrz pan, jaka perfidia. Zalewają nasz rynek skarpetkami z gumką, specjalnie to robią… skarpetkami chcą nas powyzabijać. Od razu poczułem się lepiej i nieśmiały uśmiech wylazł mi usta. Anioł Alternatywy był czujny, natychmiast się połapał:&amp;nbsp; - Pan ze mnie kpi. Wykształcony niby, ale wy za bardzo wierzycie tym swoim specjalistom, profesorom, lekarzom. Oni też są w tej mafii świata. Powiązani biznesem z fabrykantami od leków, z politykami. Ta jedna zgraja myśli wyjść cało.&amp;nbsp; - Może tak być. Ja tam nie wiem, prosty urzędnik jestem.&amp;nbsp; Spaprałem człowiekowi kawał humanitarnej misji, więc próbowałem złagodzić skutek własnej ignorancji. Pewnie na dobre był gotów zamknąć wrota swojej krainy. Ratowałem sytuację jak umiałem:- Człowiek jest bezradny wobec cywilizacji, taki pojedynczy nie pokona chorób, musi jakoś szukać nadziei. Próbuje wierzyć, że ich wiedza... -&amp;nbsp; Wiedza? Nie potrafią korzystać z mądrości pokoleń, panie. Nikt nie wymyślił nic lepszego na choroby jak olej. Tak! Tylko musi być rzepakowy, koniecznie, polski najlepiej, z naszych pól, choć już takich nie ma, te koncerny, korporacje, wykupują. Już nic nie ma bez tego GMO. Trzeba kupić litr i wcierać w chore miejsca, dwa, trzy razy w tygodniu. Na zdrowe też przecież nie zaszkodzi.&amp;nbsp; - Pół litra nie wystarczy? – Podtrzymałem temat w uczciwej intencji.&amp;nbsp; - A pół ciała chce pan w zdrowiu zachować? – Błysnął czujnie – Znowu pan się ze mnie nabija, a to działa, masz pan przykład przed sobą. Zima nie zima, przeziębienia nie zaznałem od lat. W chłodzie i upale sprzątam te pety wyrzucane z okna, te kubły ogarniam i nic. No i te odpromienniki, panie! Konieczne! To jest najważniejsze, o tym pan pamięta, łatwo kupić, poprzyklejać na monitor, toster. Nawet na lodówkę, zamiast tych durnych magnesów z wycieczek, może nie będzie lepiej, ale przetrwamy… no, abyśmy!&amp;nbsp; Już nie oglądał się za siebie, wspiął się po dziewięciu stopniach na wysokość ziemi, mocnej i bezwzględnej wobec jego rzeczywistości. Zgasił światło, choć pozostałem w piwnicy. Wyizolowany. Błądziłem po omacku,&amp;nbsp;z trującym płynem w żyłach, w kompletnej ciemności. Zupełnie jak przedtem zresztą, ale już świadomy.&amp;nbsp;</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖ - Pan zaszczepił? Szczepiony był?&amp;nbsp; Pytanie dobiegło z bocznego korytarza. Zamarłem i omal nie upuściłem siatki z korniszonem. To nie mógł być duch, żadna zmora, upiór sąsiada od czterech dekad szukającego kartek na cukier w piwnicznych katakumbach. Powoli odzyskiwałem równowagę, odruchowo chwytając się za gębę. Nie z powodu tłumionego krzyku bynajmniej. Zwyczajnie, sprawdziłem, czy maseczka na swoim miejscu, ale poczułem tylko chłód własnych palców. Jakoś nie przyszło mi do głowy przywdziać szmatkę w drodze po słoiki. Odwróciłem się w stronę głosu i odetchnąłem z ulgą. Z półmroku wyłonił się gospodarz domu. W garści trzymał worek z trutką na szczury.&amp;nbsp; - Pan zaszczepiony? – Powtórzył – Dzień dobry.&amp;nbsp; - Tak, pierwszą dawką – zapewniłem dumnie, klepnąwszy odruchowo w ramię, jakby od tego zależała premia kwartalna albo kupon na dodatkowy zestaw happy meal.&amp;nbsp; Lokalny Anioł zbliżył się konspiracyjnie, przełamał dystans. Czyli o to szło? Chciał mieć pewność, że nie zionę wirusem? Na wszelki wypadek wyznałem: - Jestem też ozdrowieńcem, ale nie wiem, jak długo te antyciała... szczepionka, to w zasadzie dodatek –&amp;nbsp; jakbym tłumaczył się ze zbyt głośnego seksu, ale bardziej niepokoiła mnie trucizna, którą dysponował. – Pan rozumie, ważne, żeby nikomu nie zagrażać. Raczej nie słuchał obywatelskiego orędzia, pochylony nad kolejną tacką z kolorowymi chrupkami, zwiastującymi śmierć gryzoniom. Wróciłem do kłódki. Z tego wszystkiego zapomniałem o dżemie truskawkowym. Mężczyzna bezszelestnie wyrósł za moimi plecami:&amp;nbsp; - Wie pan, ja się nie szczepię, ale najgorsze, to te maszty 5G. Wszystko zło idzie od promieniowania. Prześwietla głowę, krew, organy, siły odbiera, chęć pracy, nawet apetyt. Najważniejsze zabezpieczyć się, reszta to głupota. Jest na to rada, panie, odpromienniki. Sprzedają za bezcen, można kupić w internecie. I jak najwięcej, panie, na telewizor, radio, telefon. To ja pokażę!&amp;nbsp; Zanurzył dłoń w kieszeni kurtki nagłym ruchem, jakby sięgał po kosę, ale wydobył smartfon i odwrócił. Zobaczyłem okrągłą miedzianą naklejkę. Coś wielkości reklamowej etykiety Sekretu Mnicha z przepisem na pyszny ser pleśniowy na gorąco. Znowu odwrócił się bez zbytecznych komentarzy. Teraz majstrował przy zamku schowka ze szczotkami i z szuflami do odśnieżania. Siła niewiadomego kazała mi dłużej przeszukiwać półki z przetworami. Czułem jak dotyka mnie rzeczywistość alternatywna, mroczna i fascynująca, zwłaszcza, że nigdy z gościem nie rozmawiałem. Jeszcze godzinę temu dałbym głowę, że tacy istnieją w memach!&amp;nbsp; Szanowałem człowieka, codziennie mu się kłaniałem. Od dawna byłem pod wrażeniem jego trudu i perfekcjonizmu, choć bez wątpienia dobiegał siedemdziesiątki. Kartony po pizzy, walające się po chodnikach, papiery po kebabach, puszki lecące z okien, śmieci po weekendzie, wszystko ogarnięte do czysta. Przesypujące się kontenery upchane tak, że nic nie znajdziesz na ziemi w zabudowie śmietnika, a w poniedziałki graniczy to z cudem. Gdy tylko spadnie śnieg o świcie odgarnięty, zamiecione schody, klatek tu niemało, a okna umyte. No i dbałość o piwnice do tego. To wymaga nie tylko trudu, ale i bolesnej rzetelności, pomyślałem, ale znowu miał fazę: - Ten wirus, wie pan, nie ma o czym gadać – machnął ręką – wystarczy soda. Taka zwykła, co to ją w samie&amp;nbsp;pan kupi, na kamień dobra w czajniku. Trzeba tylko rozpuścić w ciepłej wodzie, namoczyć dobrze ręcznik, założyć na głowę, na pół godziny i po sprawie. Nie ma takiego covidu, co to przetrzyma. Dla pewności można powtórzyć, jutro, znaczy po dobie i pozajutro. Ale oni dawno to obmyślili, żadna tam nowina, od roku niby. Durnia z nas robią i tyle.- Oni? – Podjąłem zaciekawiony, co też kryje się za następnymi drzwiami jego Narnii.&amp;nbsp;- W Dawos, w 2004 roku. Doliczyli się, że za dużo ludzi jest na świecie. Planeta tego nie przetrzyma. Teraz, wiadomo, wszyscy za wygodni są na wojny. Popatrz pan na tych leni dookoła, pasożytów! Nie w głowie im zniszczenie, ruina, odbudowa. To jak&amp;nbsp;pozbyć&amp;nbsp;się zbytecznych&amp;nbsp;milionów?&amp;nbsp;Każdemu szkoda willi, samochodów, telewizorów, a jakoś trzeba to wszystko wykarmić. Gleby wyjałowione, powietrze brudne, smog, promieniowanie. Wymyślili 5G i wirusa opracowali, żeby powoli wybić kawał ludzkości. Mafia świata, znaczy, troszczy się o siebie. Bez litości. Na szczęście są przecieki, jak kto chce w internecie wszystko znajdzie i się uratuje. Te szczepionki, wie pan, one też, żeby planecie ulżyć, ale chyba panu za późno o tym myśleć, co? Pana już oszukali.&amp;nbsp; Wskazał na moje ramię, nad którym zawisłem wylęknionym wzrokiem. Na ratunek mózg niepodziewanie zawezwał aktora. Ze stojącej flaszki po ginie jakby wyskoczył Andrzej Grabowski, w genialnej scenie na schodach: … albo Wietnamczycy, patrz pan, co te żółtki. Patrz pan, jaka perfidia. Zalewają nasz rynek skarpetkami z gumką, specjalnie to robią… skarpetkami chcą nas powyzabijać. Od razu poczułem się lepiej i nieśmiały uśmiech wylazł mi usta. Anioł Alternatywy był czujny, natychmiast się połapał:&amp;nbsp; - Pan ze mnie kpi. Wykształcony niby, ale wy za bardzo wierzycie tym swoim specjalistom, profesorom, lekarzom. Oni też są w tej mafii świata. Powiązani biznesem z fabrykantami od leków, z politykami. Ta jedna zgraja myśli wyjść cało.&amp;nbsp; - Może tak być. Ja tam nie wiem, prosty urzędnik jestem.&amp;nbsp; Spaprałem człowiekowi kawał humanitarnej misji, więc próbowałem złagodzić skutek własnej ignorancji. Pewnie na dobre był gotów zamknąć wrota swojej krainy. Ratowałem sytuację jak umiałem:- Człowiek jest bezradny wobec cywilizacji, taki pojedynczy nie pokona chorób, musi jakoś szukać nadziei. Próbuje wierzyć, że ich wiedza... -&amp;nbsp; Wiedza? Nie potrafią korzystać z mądrości pokoleń, panie. Nikt nie wymyślił nic lepszego na choroby jak olej. Tak! Tylko musi być rzepakowy, koniecznie, polski najlepiej, z naszych pól, choć już takich nie ma, te koncerny, korporacje, wykupują. Już nic nie ma bez tego GMO. Trzeba kupić litr i wcierać w chore miejsca, dwa, trzy razy w tygodniu. Na zdrowe też przecież nie zaszkodzi.&amp;nbsp; - Pół litra nie wystarczy? – Podtrzymałem temat w uczciwej intencji.&amp;nbsp; - A pół ciała chce pan w zdrowiu zachować? – Błysnął czujnie – Znowu pan się ze mnie nabija, a to działa, masz pan przykład przed sobą. Zima nie zima, przeziębienia nie zaznałem od lat. W chłodzie i upale sprzątam te pety wyrzucane z okna, te kubły ogarniam i nic. No i te odpromienniki, panie! Konieczne! To jest najważniejsze, o tym pan pamięta, łatwo kupić, poprzyklejać na monitor, toster. Nawet na lodówkę, zamiast tych durnych magnesów z wycieczek, może nie będzie lepiej, ale przetrwamy… no, abyśmy!&amp;nbsp; Już nie oglądał się za siebie, wspiął się po dziewięciu stopniach na wysokość ziemi, mocnej i bezwzględnej wobec jego rzeczywistości. Zgasił światło, choć pozostałem w piwnicy. Wyizolowany. Błądziłem po omacku,&amp;nbsp;z trującym płynem w żyłach, w kompletnej ciemności. Zupełnie jak przedtem zresztą, ale już świadomy.&amp;nbsp;</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item><item><title>"Pięset" bez plusa</title><link>https://jacekwangin.blogspot.com/2021/05/pieset-bez-plusa.html</link><category>felieton</category><category>język polski</category><category>naród</category><category>patriotyzm</category><category>Podcasty</category><category>rozważania</category><category>Społeczeństwo</category><pubDate>Mon, 3 May 2021 18:04:00 +0200</pubDate><guid isPermaLink="false">tag:blogger.com,1999:blog-3827446465724527895.post-4906942925187341120</guid><description>&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;b&gt;&lt;a href="http://baleo.firma3e.pl/blogger/pieset_bez_plusa.mp3"&gt;❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖&lt;/a&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjX3TCXDmfdKKE-iBdTomxHiQ7Dir8TJfVaC9yIDuynVpHC7nPlu4ign4O-9DbvyW-ZJ5hHsf9xJVPRIn4aMyTm_fPKGc9DbDs_CRPVyGAQ0myALp17xj5SwK7mAV0ufyMncZtn4xnitoRr/s550/pinset.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="335" data-original-width="550" height="244" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjX3TCXDmfdKKE-iBdTomxHiQ7Dir8TJfVaC9yIDuynVpHC7nPlu4ign4O-9DbvyW-ZJ5hHsf9xJVPRIn4aMyTm_fPKGc9DbDs_CRPVyGAQ0myALp17xj5SwK7mAV0ufyMncZtn4xnitoRr/w400-h244/pinset.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;Znacie ten kłopot ze słuchaniem radia w samochodzie? Tak się porobiło, że na falach głównie stacje komercyjne, na poziomie krajowym, czyli „um cyk, um cyk, byle kasa szła” lub rozgłośnie dawniej ambitne, publiczne, sprowadzone przez państwo PiS do prymitywnej tuby propagandy, przetykanej disco polo i transmisją z nabożeństwa w intencji.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Worek sucharów z kminem temu, kto zdoła znaleźć stację z miarę obiektywnym serwisem informacyjnym, o godzinie powiedzmy siódmej rano, ale bez zabawy smartfonem za kierownicą. To naprawdę zaczyna urastać do rangi cudu. Próbuję sobie radzić słuchając TOK FM. Co prawda serwis tam króciutki i dość miałki, ale lepszy maślak w garści niż rydzyk w Toruniu. Czasem jednak - zmuszony przez użytkowników aut - skupiam się na drodze tak intensywnie, że wiadomości przelecą, a ja słucham już przeglądu prasy. Czemu nie, też chętnie biorę na uszy, ale tu pojawia się problem z prowadzącymi.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Zwykle jest to kłopot z emisją głosu, z rzetelnym przygotowaniem bez dukania lub zwyczajnie logopedyczny. Czasem ignorancja stacji jednak czyni niemożliwym dosłuchanie tego do końca, bez ryzyka spowodowania wypadku. Lektor, na ucho w moim wieku, może nawet starszy, czyż nie powinien przejawiać odrobiny szacunku do mowy polskiej? Choćby przez wzgląd na słuchaczy, powagę marki, z racji wykonywanego zawodu? Zwykłej przyzwoitości i profesjonalizmu? Może choć z&amp;nbsp; powodu wytresowania i kindersztuby, wyniesionej z kultury języka, wymuszanej przez nauczycieli? Tymczasem czyta i słyszę wielokrotnie powtórzone: „pięset” sztuk, osób, złotych… jeszcze raz „pięset”. Zmienia temat i dowiaduję się, że Filipińczycy – z racji posiadanych cech – idealnie nadają się do wykorzystania w warunkach polskiego kapitalizmu, więc traktowani są przez naszych pracodawców na równi z dawnym chłopem „pańczyźnianym”, po czym „pańczyznę” odmienia przez inne przypadki do uwiądu mikrofonu.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;W połączeniu z jego „yyyy” i jąkaniem, krew mnie w końcu zalewa, wyłączam radio, mając na uwadze dobro uczestników ruchu drogowego. I ciągle ściga mnie pytanie: czy taki ptyś mikrofonu nie ma nadzoru? Redaktora o stołek wyżej? Zatrudnia go równie potężny ignorant? A może ja zdurniałem oczekując, że ktoś zwróci uwagę na minimum misyjności w prywatnej stacji, bądź co bądź jednak „gadanej”, gdzie „um cyka” jak na lekarstwo?&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEizshAelV-1x57RXZP-PZKxyP5JNgQEuhNlCKPnLKgnDcD-UJo6mgJldwx3y0KGszQfgdlVO7_jgBqZdr_FvG2WFueyY0H_MYNBoNUajpkLwKQUNMvYt3tdOyXVCcqdrkqBqguMV5TUzEkX/s940/pienset2.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="704" data-original-width="940" height="300" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEizshAelV-1x57RXZP-PZKxyP5JNgQEuhNlCKPnLKgnDcD-UJo6mgJldwx3y0KGszQfgdlVO7_jgBqZdr_FvG2WFueyY0H_MYNBoNUajpkLwKQUNMvYt3tdOyXVCcqdrkqBqguMV5TUzEkX/w400-h300/pienset2.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;Wyrzuciłem to z siebie, przeczytałem i zrobiło się lżej na sercu, ale zaraz pojawił się troll na krawędzi monitora. Przebierał girami, poczochrał się pod pachą i popukał w czółko, spluwając nad opuszczoną maseczką, przez lewe ramię.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;- Przesada – rzucił – czym ty się zajmujesz? Jakby większych zmartwień nie było i pandemia wróciła do Wuhan. Po co grasz na spróchniałej strunie, stetryczały marudo? Dupę rusz po kiełbasę, apokalipsa w Biedrze, nawet musztardy ci nie zostawią, o parówce już możesz zapomnieć. Rodacy, długi weekend, puste półki, taki dżołk nieśmieszny. – Szarpnął łbem w stronę okna, przesunął daszek czapki do tyłu i podrapał się w miejscu, gdzie faceci noszą klejnoty. – Do kogo ta melodia? Przynudzasz, brniesz w czarną dupę. Nikt przez godzinę nie pamięta, kto pisał, a kto czytał, o czym było gadane, a ty czepiasz się słówka z radia, co najmniej jak czterdziecha tindera! Wiadomo, o co chodzi. Czy kto włącza czy „włancza”, ważne, że wie gdzie nacisnąć, wetknąć i jak wyprowadzić „pięset otwartom renkom”.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;- Jasne, a reszta jest milczeniem nad trupem patrioty!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Posłałem za nim pożegnalne zdanie, gdy leciał już z czwartego fikuśnie machając łapkami. Zapomniałem, co naprawdę znaczy słowo patriotyzm, sięgnąłem do klasycznego słownika języka polskiego, znalazłem: &lt;i&gt;postawa społeczno-polityczna i forma ideologii łącząca przywiązanie do własnej ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz poświęcenie dla własnego narodu z szacunkiem innych narodów i poszanowaniem ich suwerennych praw&lt;/i&gt;. Prawda jak pięknie to brzmi w zderzeniu z obrazem naszych chłopców patriotów z kotwicą na środku dresu? Z biało-czerwoną opaską na rękawie bluzy z kapturkiem? Z tęsknotą do husarii, z łomotem sprawianym „ciapatemu” za to tylko, że tu przyjechał? A jak dorzucić do tego troskę o czystość języka na ulicy, w radiu, internecie? Wyjdzie niezły pasztet umiłowania ojczyzny. My Polacy mniej już lubim sielanki, więcej parodię własnego wizerunku!&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Tak się mści paradygmat romantyczny, to nieustanne grzebanie w trumnach mniej lub bardziej rzeczywistych bohaterów narodu. Choć to właśnie historia uczy, ilu synów i córek ginęło w walce o obecność i czystość własnego języka, w zmaganiu z zaborcami, okupantami, z sowietyzacją, nowomową partyjną, by dziś bez żenady ich prawnuki i wnuki mogły olewać ortografię, znaki diakrytyczne, kaleczyć wymowę, zachwaszczać zbitkami z angielskiego i srać na własną kulturę. Takie to romantyczne nasze upominanie się o Polskę - mesjasza narodów, o serce Europy, gdy na własne życzenie robimy z niej prowincjonalny półdupek, zakałę analfabetyzmu na tle Francuzów, Niemców, Szwedów, w stronę których miło popatrzeć, ale już nie naśladować, grzebiąc mowę ojczystą&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp; i kulturę w bagnie nieuctwa i lenistwa. Choć to akurat język prawdziwie kształtuje tożsamość i narodową odrębność, których nie da się podrobić. To jest jak plucie sobie w gębę, choćby Gombrowiczowską z ducha.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiaXNZMUqj3j9Z7dgQ7lRb4B-KAhtrTDXOqCoknxFI0EQ6UsFXUNTHK_3JzjLKjrnBRF2VWOUR4P0c4Ijjf6FxdruyOx-CIpjE0QDRE1H0_tO_ZIdiWdOeF0oCl3ttsZaTl64EXyOR3Y9Af/s610/pinset1.jpg" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" data-original-height="585" data-original-width="610" height="384" src="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiaXNZMUqj3j9Z7dgQ7lRb4B-KAhtrTDXOqCoknxFI0EQ6UsFXUNTHK_3JzjLKjrnBRF2VWOUR4P0c4Ijjf6FxdruyOx-CIpjE0QDRE1H0_tO_ZIdiWdOeF0oCl3ttsZaTl64EXyOR3Y9Af/w400-h384/pinset1.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Może należałoby w końcu zarzucić romantyzm i wrócić do pozytywizmu, z jego pracą u podstaw? Obejrzeć (bo czytania patrioci nie lubią) "Nad Niemnem", choćby tylko dla dialogów Benedykta Korczyńskiego z synem i zobaczyć budowanie postaw elementarnych dla przyszłości kraju. Przypomnieć mentalnemu chłopstwu „pańczyźnianemu”, że czysty klomb pod blokiem, niewyrzucany pet przez okno samochodu, skwer zamiast budynku, posegregowane śmieci, las bez puszek i butelek, niewycięta do gleby aleja parkowa albo zarzucenie telefonu w trakcie prowadzenia samochodu, odstawienie kielicha przed drogą, to głębsze przejawy patriotyzmu niż dzierganie orła w koronie na własnych cyckach.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia; font-size: medium;"&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;Troska o czystość języka, jak i trawnika, wymagają jednak wysiłku, edukacji i&amp;nbsp;&lt;/span&gt;wyznaczania zadań sobie samemu, a tego nasz rodzimy patriota nie zniesie. On woli rzygać hejtem, bo łatwiej wymaga się od innych. Potrzebuje krzyczeć, nie słuchać, bo może musiałby nad sobą popracować.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&lt;span style="white-space: pre;"&gt;	&lt;/span&gt;I żeby było jasne, powyższe słowa nie mają barwy politycznej. Nieustająca kpina z patriotyzmu, dotyczy tak samo wyznawców prawicy, jak i lewicujących chłopców z „Wyborczej”, gdzie nie tylko coraz mniej troski o korektę, ale i o redakcję tekstów. Oto czytam opinię o Kościele w początkach niepodległej Polski, gdy&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;oczy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: georgia;"&gt;atakuje zdanie: „Miał być siłą jednoczącą i gwałtującą ład społeczny w Polsce” (Bartłomiej Sienkiewicz, Nie chować głowy w piasek,. GW, 09.04.2021). Drukarski chochlik czy neologizm autora? Tak czy siak udany, skoro Kościół bardziej „gwałtuje” niż jednoczy od dawna.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;</description><enclosure length="0" type="audio/mpeg3" url="http://baleo.firma3e.pl/blogger/pieset_bez_plusa.mp3"/><media:thumbnail xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" height="72" url="https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjX3TCXDmfdKKE-iBdTomxHiQ7Dir8TJfVaC9yIDuynVpHC7nPlu4ign4O-9DbvyW-ZJ5hHsf9xJVPRIn4aMyTm_fPKGc9DbDs_CRPVyGAQ0myALp17xj5SwK7mAV0ufyMncZtn4xnitoRr/s72-w400-h244-c/pinset.jpg" width="72"/><thr:total xmlns:thr="http://purl.org/syndication/thread/1.0">2</thr:total><author>jacek.wangin@gmailo.com (Jacek Wangin)</author><itunes:explicit>no</itunes:explicit><itunes:subtitle>❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖ Znacie ten kłopot ze słuchaniem radia w samochodzie? Tak się porobiło, że na falach głównie stacje komercyjne, na poziomie krajowym, czyli „um cyk, um cyk, byle kasa szła” lub rozgłośnie dawniej ambitne, publiczne, sprowadzone przez państwo PiS do prymitywnej tuby propagandy, przetykanej disco polo i transmisją z nabożeństwa w intencji. Worek sucharów z kminem temu, kto zdoła znaleźć stację z miarę obiektywnym serwisem informacyjnym, o godzinie powiedzmy siódmej rano, ale bez zabawy smartfonem za kierownicą. To naprawdę zaczyna urastać do rangi cudu. Próbuję sobie radzić słuchając TOK FM. Co prawda serwis tam króciutki i dość miałki, ale lepszy maślak w garści niż rydzyk w Toruniu. Czasem jednak - zmuszony przez użytkowników aut - skupiam się na drodze tak intensywnie, że wiadomości przelecą, a ja słucham już przeglądu prasy. Czemu nie, też chętnie biorę na uszy, ale tu pojawia się problem z prowadzącymi.&amp;nbsp; Zwykle jest to kłopot z emisją głosu, z rzetelnym przygotowaniem bez dukania lub zwyczajnie logopedyczny. Czasem ignorancja stacji jednak czyni niemożliwym dosłuchanie tego do końca, bez ryzyka spowodowania wypadku. Lektor, na ucho w moim wieku, może nawet starszy, czyż nie powinien przejawiać odrobiny szacunku do mowy polskiej? Choćby przez wzgląd na słuchaczy, powagę marki, z racji wykonywanego zawodu? Zwykłej przyzwoitości i profesjonalizmu? Może choć z&amp;nbsp; powodu wytresowania i kindersztuby, wyniesionej z kultury języka, wymuszanej przez nauczycieli? Tymczasem czyta i słyszę wielokrotnie powtórzone: „pięset” sztuk, osób, złotych… jeszcze raz „pięset”. Zmienia temat i dowiaduję się, że Filipińczycy – z racji posiadanych cech – idealnie nadają się do wykorzystania w warunkach polskiego kapitalizmu, więc traktowani są przez naszych pracodawców na równi z dawnym chłopem „pańczyźnianym”, po czym „pańczyznę” odmienia przez inne przypadki do uwiądu mikrofonu. W połączeniu z jego „yyyy” i jąkaniem, krew mnie w końcu zalewa, wyłączam radio, mając na uwadze dobro uczestników ruchu drogowego. I ciągle ściga mnie pytanie: czy taki ptyś mikrofonu nie ma nadzoru? Redaktora o stołek wyżej? Zatrudnia go równie potężny ignorant? A może ja zdurniałem oczekując, że ktoś zwróci uwagę na minimum misyjności w prywatnej stacji, bądź co bądź jednak „gadanej”, gdzie „um cyka” jak na lekarstwo?&amp;nbsp; Wyrzuciłem to z siebie, przeczytałem i zrobiło się lżej na sercu, ale zaraz pojawił się troll na krawędzi monitora. Przebierał girami, poczochrał się pod pachą i popukał w czółko, spluwając nad opuszczoną maseczką, przez lewe ramię.&amp;nbsp;- Przesada – rzucił – czym ty się zajmujesz? Jakby większych zmartwień nie było i pandemia wróciła do Wuhan. Po co grasz na spróchniałej strunie, stetryczały marudo? Dupę rusz po kiełbasę, apokalipsa w Biedrze, nawet musztardy ci nie zostawią, o parówce już możesz zapomnieć. Rodacy, długi weekend, puste półki, taki dżołk nieśmieszny. – Szarpnął łbem w stronę okna, przesunął daszek czapki do tyłu i podrapał się w miejscu, gdzie faceci noszą klejnoty. – Do kogo ta melodia? Przynudzasz, brniesz w czarną dupę. Nikt przez godzinę nie pamięta, kto pisał, a kto czytał, o czym było gadane, a ty czepiasz się słówka z radia, co najmniej jak czterdziecha tindera! Wiadomo, o co chodzi. Czy kto włącza czy „włancza”, ważne, że wie gdzie nacisnąć, wetknąć i jak wyprowadzić „pięset otwartom renkom”.&amp;nbsp; - Jasne, a reszta jest milczeniem nad trupem patrioty!&amp;nbsp; Posłałem za nim pożegnalne zdanie, gdy leciał już z czwartego fikuśnie machając łapkami. Zapomniałem, co naprawdę znaczy słowo patriotyzm, sięgnąłem do klasycznego słownika języka polskiego, znalazłem: postawa społeczno-polityczna i forma ideologii łącząca przywiązanie do własnej ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz poświęcenie dla własnego narodu z szacunkiem innych narodów i poszanowaniem ich suwerennych praw. Prawda jak pięknie to brzmi w zderzeniu z obrazem naszych chłopców patriotów z kotwicą na środku dresu? Z biało-czerwoną opaską na rękawie bluzy z kapturkiem? Z tęsknotą do husarii, z łomotem sprawianym „ciapatemu” za to tylko, że tu przyjechał? A jak dorzucić do tego troskę o czystość języka na ulicy, w radiu, internecie? Wyjdzie niezły pasztet umiłowania ojczyzny. My Polacy mniej już lubim sielanki, więcej parodię własnego wizerunku!&amp;nbsp; Tak się mści paradygmat romantyczny, to nieustanne grzebanie w trumnach mniej lub bardziej rzeczywistych bohaterów narodu. Choć to właśnie historia uczy, ilu synów i córek ginęło w walce o obecność i czystość własnego języka, w zmaganiu z zaborcami, okupantami, z sowietyzacją, nowomową partyjną, by dziś bez żenady ich prawnuki i wnuki mogły olewać ortografię, znaki diakrytyczne, kaleczyć wymowę, zachwaszczać zbitkami z angielskiego i srać na własną kulturę. Takie to romantyczne nasze upominanie się o Polskę - mesjasza narodów, o serce Europy, gdy na własne życzenie robimy z niej prowincjonalny półdupek, zakałę analfabetyzmu na tle Francuzów, Niemców, Szwedów, w stronę których miło popatrzeć, ale już nie naśladować, grzebiąc mowę ojczystą&amp;nbsp; i kulturę w bagnie nieuctwa i lenistwa. Choć to akurat język prawdziwie kształtuje tożsamość i narodową odrębność, których nie da się podrobić. To jest jak plucie sobie w gębę, choćby Gombrowiczowską z ducha.&amp;nbsp; Może należałoby w końcu zarzucić romantyzm i wrócić do pozytywizmu, z jego pracą u podstaw? Obejrzeć (bo czytania patrioci nie lubią) "Nad Niemnem", choćby tylko dla dialogów Benedykta Korczyńskiego z synem i zobaczyć budowanie postaw elementarnych dla przyszłości kraju. Przypomnieć mentalnemu chłopstwu „pańczyźnianemu”, że czysty klomb pod blokiem, niewyrzucany pet przez okno samochodu, skwer zamiast budynku, posegregowane śmieci, las bez puszek i butelek, niewycięta do gleby aleja parkowa albo zarzucenie telefonu w trakcie prowadzenia samochodu, odstawienie kielicha przed drogą, to głębsze przejawy patriotyzmu niż dzierganie orła w koronie na własnych cyckach.&amp;nbsp; Troska o czystość języka, jak i trawnika, wymagają jednak wysiłku, edukacji i&amp;nbsp;wyznaczania zadań sobie samemu, a tego nasz rodzimy patriota nie zniesie. On woli rzygać hejtem, bo łatwiej wymaga się od innych. Potrzebuje krzyczeć, nie słuchać, bo może musiałby nad sobą popracować.&amp;nbsp; I żeby było jasne, powyższe słowa nie mają barwy politycznej. Nieustająca kpina z patriotyzmu, dotyczy tak samo wyznawców prawicy, jak i lewicujących chłopców z „Wyborczej”, gdzie nie tylko coraz mniej troski o korektę, ale i o redakcję tekstów. Oto czytam opinię o Kościele w początkach niepodległej Polski, gdy&amp;nbsp;oczy&amp;nbsp;atakuje zdanie: „Miał być siłą jednoczącą i gwałtującą ład społeczny w Polsce” (Bartłomiej Sienkiewicz, Nie chować głowy w piasek,. GW, 09.04.2021). Drukarski chochlik czy neologizm autora? Tak czy siak udany, skoro Kościół bardziej „gwałtuje” niż jednoczy od dawna.</itunes:subtitle><itunes:author>Jacek Wangin</itunes:author><itunes:summary>❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖ Znacie ten kłopot ze słuchaniem radia w samochodzie? Tak się porobiło, że na falach głównie stacje komercyjne, na poziomie krajowym, czyli „um cyk, um cyk, byle kasa szła” lub rozgłośnie dawniej ambitne, publiczne, sprowadzone przez państwo PiS do prymitywnej tuby propagandy, przetykanej disco polo i transmisją z nabożeństwa w intencji. Worek sucharów z kminem temu, kto zdoła znaleźć stację z miarę obiektywnym serwisem informacyjnym, o godzinie powiedzmy siódmej rano, ale bez zabawy smartfonem za kierownicą. To naprawdę zaczyna urastać do rangi cudu. Próbuję sobie radzić słuchając TOK FM. Co prawda serwis tam króciutki i dość miałki, ale lepszy maślak w garści niż rydzyk w Toruniu. Czasem jednak - zmuszony przez użytkowników aut - skupiam się na drodze tak intensywnie, że wiadomości przelecą, a ja słucham już przeglądu prasy. Czemu nie, też chętnie biorę na uszy, ale tu pojawia się problem z prowadzącymi.&amp;nbsp; Zwykle jest to kłopot z emisją głosu, z rzetelnym przygotowaniem bez dukania lub zwyczajnie logopedyczny. Czasem ignorancja stacji jednak czyni niemożliwym dosłuchanie tego do końca, bez ryzyka spowodowania wypadku. Lektor, na ucho w moim wieku, może nawet starszy, czyż nie powinien przejawiać odrobiny szacunku do mowy polskiej? Choćby przez wzgląd na słuchaczy, powagę marki, z racji wykonywanego zawodu? Zwykłej przyzwoitości i profesjonalizmu? Może choć z&amp;nbsp; powodu wytresowania i kindersztuby, wyniesionej z kultury języka, wymuszanej przez nauczycieli? Tymczasem czyta i słyszę wielokrotnie powtórzone: „pięset” sztuk, osób, złotych… jeszcze raz „pięset”. Zmienia temat i dowiaduję się, że Filipińczycy – z racji posiadanych cech – idealnie nadają się do wykorzystania w warunkach polskiego kapitalizmu, więc traktowani są przez naszych pracodawców na równi z dawnym chłopem „pańczyźnianym”, po czym „pańczyznę” odmienia przez inne przypadki do uwiądu mikrofonu. W połączeniu z jego „yyyy” i jąkaniem, krew mnie w końcu zalewa, wyłączam radio, mając na uwadze dobro uczestników ruchu drogowego. I ciągle ściga mnie pytanie: czy taki ptyś mikrofonu nie ma nadzoru? Redaktora o stołek wyżej? Zatrudnia go równie potężny ignorant? A może ja zdurniałem oczekując, że ktoś zwróci uwagę na minimum misyjności w prywatnej stacji, bądź co bądź jednak „gadanej”, gdzie „um cyka” jak na lekarstwo?&amp;nbsp; Wyrzuciłem to z siebie, przeczytałem i zrobiło się lżej na sercu, ale zaraz pojawił się troll na krawędzi monitora. Przebierał girami, poczochrał się pod pachą i popukał w czółko, spluwając nad opuszczoną maseczką, przez lewe ramię.&amp;nbsp;- Przesada – rzucił – czym ty się zajmujesz? Jakby większych zmartwień nie było i pandemia wróciła do Wuhan. Po co grasz na spróchniałej strunie, stetryczały marudo? Dupę rusz po kiełbasę, apokalipsa w Biedrze, nawet musztardy ci nie zostawią, o parówce już możesz zapomnieć. Rodacy, długi weekend, puste półki, taki dżołk nieśmieszny. – Szarpnął łbem w stronę okna, przesunął daszek czapki do tyłu i podrapał się w miejscu, gdzie faceci noszą klejnoty. – Do kogo ta melodia? Przynudzasz, brniesz w czarną dupę. Nikt przez godzinę nie pamięta, kto pisał, a kto czytał, o czym było gadane, a ty czepiasz się słówka z radia, co najmniej jak czterdziecha tindera! Wiadomo, o co chodzi. Czy kto włącza czy „włancza”, ważne, że wie gdzie nacisnąć, wetknąć i jak wyprowadzić „pięset otwartom renkom”.&amp;nbsp; - Jasne, a reszta jest milczeniem nad trupem patrioty!&amp;nbsp; Posłałem za nim pożegnalne zdanie, gdy leciał już z czwartego fikuśnie machając łapkami. Zapomniałem, co naprawdę znaczy słowo patriotyzm, sięgnąłem do klasycznego słownika języka polskiego, znalazłem: postawa społeczno-polityczna i forma ideologii łącząca przywiązanie do własnej ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz poświęcenie dla własnego narodu z szacunkiem innych narodów i poszanowaniem ich suwerennych praw. Prawda jak pięknie to brzmi w zderzeniu z obrazem naszych chłopców patriotów z kotwicą na środku dresu? Z biało-czerwoną opaską na rękawie bluzy z kapturkiem? Z tęsknotą do husarii, z łomotem sprawianym „ciapatemu” za to tylko, że tu przyjechał? A jak dorzucić do tego troskę o czystość języka na ulicy, w radiu, internecie? Wyjdzie niezły pasztet umiłowania ojczyzny. My Polacy mniej już lubim sielanki, więcej parodię własnego wizerunku!&amp;nbsp; Tak się mści paradygmat romantyczny, to nieustanne grzebanie w trumnach mniej lub bardziej rzeczywistych bohaterów narodu. Choć to właśnie historia uczy, ilu synów i córek ginęło w walce o obecność i czystość własnego języka, w zmaganiu z zaborcami, okupantami, z sowietyzacją, nowomową partyjną, by dziś bez żenady ich prawnuki i wnuki mogły olewać ortografię, znaki diakrytyczne, kaleczyć wymowę, zachwaszczać zbitkami z angielskiego i srać na własną kulturę. Takie to romantyczne nasze upominanie się o Polskę - mesjasza narodów, o serce Europy, gdy na własne życzenie robimy z niej prowincjonalny półdupek, zakałę analfabetyzmu na tle Francuzów, Niemców, Szwedów, w stronę których miło popatrzeć, ale już nie naśladować, grzebiąc mowę ojczystą&amp;nbsp; i kulturę w bagnie nieuctwa i lenistwa. Choć to akurat język prawdziwie kształtuje tożsamość i narodową odrębność, których nie da się podrobić. To jest jak plucie sobie w gębę, choćby Gombrowiczowską z ducha.&amp;nbsp; Może należałoby w końcu zarzucić romantyzm i wrócić do pozytywizmu, z jego pracą u podstaw? Obejrzeć (bo czytania patrioci nie lubią) "Nad Niemnem", choćby tylko dla dialogów Benedykta Korczyńskiego z synem i zobaczyć budowanie postaw elementarnych dla przyszłości kraju. Przypomnieć mentalnemu chłopstwu „pańczyźnianemu”, że czysty klomb pod blokiem, niewyrzucany pet przez okno samochodu, skwer zamiast budynku, posegregowane śmieci, las bez puszek i butelek, niewycięta do gleby aleja parkowa albo zarzucenie telefonu w trakcie prowadzenia samochodu, odstawienie kielicha przed drogą, to głębsze przejawy patriotyzmu niż dzierganie orła w koronie na własnych cyckach.&amp;nbsp; Troska o czystość języka, jak i trawnika, wymagają jednak wysiłku, edukacji i&amp;nbsp;wyznaczania zadań sobie samemu, a tego nasz rodzimy patriota nie zniesie. On woli rzygać hejtem, bo łatwiej wymaga się od innych. Potrzebuje krzyczeć, nie słuchać, bo może musiałby nad sobą popracować.&amp;nbsp; I żeby było jasne, powyższe słowa nie mają barwy politycznej. Nieustająca kpina z patriotyzmu, dotyczy tak samo wyznawców prawicy, jak i lewicujących chłopców z „Wyborczej”, gdzie nie tylko coraz mniej troski o korektę, ale i o redakcję tekstów. Oto czytam opinię o Kościele w początkach niepodległej Polski, gdy&amp;nbsp;oczy&amp;nbsp;atakuje zdanie: „Miał być siłą jednoczącą i gwałtującą ład społeczny w Polsce” (Bartłomiej Sienkiewicz, Nie chować głowy w piasek,. GW, 09.04.2021). Drukarski chochlik czy neologizm autora? Tak czy siak udany, skoro Kościół bardziej „gwałtuje” niż jednoczy od dawna.</itunes:summary><itunes:keywords>podcast,wangin,blog,opowiadania,felietony,obrazki,społeczeństwo</itunes:keywords></item></channel></rss>