Z ręcznikiem na wojnę, czyli przygoda ze Zwiftem



Całkiem niedawno wrzuciłem na swój fanpage zdjęcie z treningu i dodałem, dość kontrowersyjny jak się okazało, podpis „A niektórzy i tak wolą siedzieć na Zwifcie… CX a nie jakieś tam kręcenie z ręcznikiem pod wiatrak”. Wywołałem tym istną burzę, czego dowodem jest ponad 100 komentarzy pod zdjęciem i jedną wielką kłótnię zwolenników oraz przeciwników Zwifta.

Zrozumiałem, że temat który tak bardzo dzieli nasz kolarski-amatorski świat jest wart uwagi i bliższemu przyjrzeniu się całej sprawie.
Alpe de Huez, czy tam inne Alpe...

Przypomniałem sobie, że dość dawno temu kupiłem sobie ANT Sticka więc postanowiłem wykorzystać ten fakt, zarejestrowałem się na Zwifcie i postanowiłem skorzystać z tygodniowego okresu testowego. Zdaję sobie sprawę, że bez trenażera typu smart to nie to samo ale zawsze daje to jakiś obraz całej zabawy.

Na wstępie muszę też zaznaczyć, że trenażer nie jest dla mnie, nie chodzi tu nawet o psychikę tylko o moje ograniczenia zdrowotne związane z upośledzoną termoregulacją. Po prostu jakakolwiek mocniejsza jazda jest dla mnie zabójcza – tak jak i jazda w upałach powyżej 30 stopni latem. Ktoś kto nie ma takich problemów tego nie zrozumie.

… dziecko masz tu kredki, najedz się czekolady i narysuj co Ci tylko wyobraźnia podpowie …

Jesienny Rollercoaster, czyli bolesna Rajcza 2018


Rajcza... miejsce z którym w zasadzie mam same dobre wspomnienia, w końcu to właśnie tutaj odniosłem moje pierwsze zwycięstwo w „karierze”, było to w 2012 więc minął szmat czasu. To również tutaj przypieczętowałem swoje zwycięstwo w górskiej klasyfikacji generalnej w 2015. Nie mogłem więc odpuścić sobie również wyścigu w tym roku, nie wiedziałem jednak jakie niespodzianki przygotował na tą edycję Wiesiek – organizator Road Maraton, ale o tym za chwilę.

Do Rajczy przyjeżdżam w piątek, podróż jak zwykle idzie bardzo sprawnie, mniej więcej tak sprawnie jak wizyta u lekarza na NFZ, na A4 dwa wypadki plus prace remontowe, na objeździe pozamykane drogi, błądzenie po objazdach przez jakieś pola, na sam koniec w Węgierskiej Górce śmiertelny wypadek i kilkukilometrowy korek. Suma sumarum podróż z Zielonej Góry zajęła mi jedyne 8 godzin i na miejscu jako wprowadzenie zdążyłem zrobić dosłownie pół godzinną przejażdżkę zanim zrobiło się zupełnie ciemno. Zdążyłem podjechać jednak podjazd na metę i już wiedziałem, że w tym roku trasa będzie epicka i rzeźnicka jednocześnie, potwierdził mi to Wiesiek, którego spotkałem po drodze, a który to dopieszczał właśnie dla nas trasę.



Wiedziałem jedno, z moją obecną formą, która po chorobie poszła sobie w siną dal i chce wrócić chyba dopiero na wiosnę, ściganie po takiej trasie to będzie walka o przetrwanie, im dłużej studiowałem profil wysokościowy tym bardziej wiedziałem, że ta imprezka będzie zakrawać o lekki masochizm. Ciekawe jednak jest to, że kiedy oglądałem profil trasy w domu wyglądał na dużo bardziej płaski niż jak zacząłem się w niego zagłębiać będąc już w Beskidach ;)

GMP Amatorów 2018, czyli kolarstwo to sztuka wyborów

Każdy tak chyba ma, że na początku roku rozpisuje sobie starty, w których mniej więcej będzie chciał wziąć udział, układa sobie priorytety i potem pod to trenuje. Osobiście uważam, że ustawianie jakiś konkretnych szczytów formy w kolarstwie amatorskim nie ma większego sensu i ten rok mi to potwierdził w 100%.



Co się bowiem stało ? Moim głównym priorytetem na ten rok były Górskie Szosowe Mistrzostwa Polski w  Sosnówce, byłem w świetnej formie, cyferki się zgadzały, nawet aż nadto, wiedziałem że jestem mocy. Ostatni mikrocykl treningowy przepracowany podręcznikowo, ostatni bardzo mocny tydzień zaliczony, został tylko tydzień lekkich treningów z jakimiś krótkimi przepaleniami już przed samym startem…
I co ? W poniedziałek budzę się chory, dzieciaki poznosiły jakieś wirusy z przedszkola i żłobka i pomimo, iż bardzo dbam o odporność i było pod tym względem w ostatnim czasie u mnie bardzo dobrze, to po tak ciężkim tygodniu organizm się poddał :/

Kolarz szuka żony ;)

Tak sobie ostatnio pomyślałem, jakie to szczęście mieć już tą swoją drugą połówkę, szczęśliwą rodzinkę itd., co to by było gdybym teraz miał znaleźć sobie żonę... Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że znalezienie żony dla kolarza amatora to trochę mission impossible ;)


Jakby miało brzmieć takie ogłoszenie...
Wysportowany, dobrze umięśniony (ale tylko na nogach, bo górne partie - katastrofa), skupiony głównie na rowerze i wszystkim co się dookoła niego kręci, szuka żony. Wymagane umiejętności: zdolności psychologiczne dla dobrego motywowania i podpierania na duchu po nieudanym starcie, umiejętność podawania bidonów na trasach wyścigów, odporność na stres, cierpliwość, idealna aparycja i doskonałe umiejętności fotograficzne ;)
Co tu dużo pisać, jednym słowem masakra.


Tacy już jesteśmy, na dłuższą metę życie z kolarzem amatorem lekkie nie jest, usłane różami tym bardziej.

Na plaży ciężko się z nami pokazać, mało że klata i bicepsy minimalne to jeszcze opalenizna w kratkę, wakacje jak już to tylko w górach, bo gdzie ja będę nad morzem jeździł rowerem - żadna przygoda, a leżenie cały dzień na plaży będzie dla nas gorsze nić Zoncolan dla Cavendisha. Dłuższe wczasy w jakimś zagranicznym kurorcie - proszę bardzo, ale jednak dopiero gdzieś w październiku, żeby było po sezonie.

Dziecko - to temat najcięższy, kiedy już zapadnie decyzja na tak to i tak jest kombinowanie żeby najlepiej urodziło się po sezonie, a nocne wstawanie denerwuje Cię najbardziej tylko dlatego, że się nie regenerujesz po treningach.
W lodówce wyselekcjonowane produkty, półki kuchenne zawalone bidonami i opakowaniami po suplach, dodatkowo przestrzeganie diety, ilości posiłków i kalorii (wiem wiem, tu zdecydowanie nie każdy tak ma).


Bałagan w garażu? Przecież to tylko stare elementy osprzętu, dodatkowe koła i opony, nie mogę tego po prostu wyrzucić...

Rodzinny weekend, ok ale pojedźmy w góry i połączmy to z wyścigiem. Wspólne niedzielne przedpołudnie ? Ale jak, przecież jest ustawka. Z tego samego powodu odpada późne sobotnie imprezowanie - przecież trzeba się wyspać ;)

Mówisz, że co chcesz oglądać ? Jakieś seriale ? Ale przecież dziś zaczęła się Vuelta Espana, codziennie będzie trzeba oglądać etapy, bo Majka ma nogę i któryś może wygrać, nie mogę przecież przegapić takiego wydarzenia... Ale nie martw się, to tylko trzy tygodnie :)


Piszę to wszystko lekko przekoloryzowane w jednym celu, zatrzymajcie się na chwilę i popatrzcie z boku jakimi wariatami jesteśmy i ile trzeba wyrozumiałości żeby z nami wytrzymać. Pora docenić swoje drugie połówki, ot co.




Ojej, już po 22:00, trzeba iść spać, regeneracja jest najważniejsza ;)

KOM Hunter, czyli królestwo za KOMa


- Grażynka idź spokojnie na plażę i czekaj z piwkiem, ja lecę szybko pokręcić bo znalazłem dobry segment.
- i będzie jak ostatnio, napaliłeś się jak Reksio na szynkę, a KOMa jak nie było tak nie ma
- nie nie, teraz to pewna sprawa, wczoraj wieczorem znalazłem idealne miejsce, taka mało uczęszczana, jednokierunkowa, wąska droga
- mogę się założyć, że i tak ktoś będzie od Ciebie szybszy
- nie ma takiej opcji, bo segment założę pod prąd 😊





Trochę z przymrużeniem oka, a trochę poważnie chciałem zająć się tematem segmentów i KOMów na Stravie. Temat w ostatnich latach rozwinął się tak bardzo, że zapewne sami twórcy Stravy nie spodziewali się takiego obrotu sprawy i teraz zamiast zatrudniać pracowników do rozwoju platformy muszą pewnie trzymać ludzi, którzy reagują na flagowanie segmentów…

Baranowski Tour 2018

Kim jest Darek Baranowski nie trzeba nikomu, kto choć trochę interesuje się kolarstwem, tłumaczyć. Jedna z jaśniejszych postaci tego sportu w Polsce w latach 1996-2006, zawodnik takich grup jak US Postal, Banesto, CCC, Liberty Seguros, czy Astany, świetny góral. Do dziś pamiętam jak kibicowałem zaciekle Darkowi trzymając kciuki, żeby utarł nosa największym faworytom na jakimś górskim etapie wielkiego Touru 😊 Obecnie jego głos umila nam wszystkim relacje Eurosportu z największych wyścigów na świecie, a dzielenie się wiedzą wychodzi mu doskonale.


Kiedy więc dowiedziałem się, że właśnie Darek Baranowski organizuje swój własny wyścig dla amatorów, bardzo się tym tematem zainteresowałem. Kiedy natomiast zobaczyłem, ze organizuje to w Wałbrzychu wraz ze znanym Cezarym Zamaną wiedziałem, że po prostu muszę tam być.
Zgodnie z powyższym, 18 sierpnia udałem się w samo serce Gór Wałbrzyskich, jednak nie po to aby szukać słynnego złotego pociągu, a żeby pościgać się w miłym towarzystwie i przy fajnej oprawie.


Klasyk Szklarski 2018

Ostatnie chwile przed finiszem... (fot. Anka Aries Baran oraz Dariusz Baran)
Jedziesz na wymarzony urlop, dajmy na to wakacyjne zgrupowanie w Bormio, jesteś podjarany, bo miejscówka przecież doskonała, na wyciągnięcie ręki takie podjazdy jak Stelvio czy Gavia. Przyjeżdżasz na miejsce, a tam okazuje się że niestety ale z Bormio możesz tylko zjechać i kręcić jakieś płaskie rundy, a wspomniane wcześniej przełęcze oglądać tylko z daleka.



Tak się można trochę poczuć jadąc na Szosowy Klasyk w Szklarskiej Porębie, miejscówka doskonała, dookoła genialne wręcz podjazdy, zarówno w Polsce, jak i w Czechach. Natomiast ty musisz się ścigać po pagórkowatej rundzie gdzieś u podnóża Gór Izerskich, mało tego - przejeżdżasz nawet obok początku podjazdu na słynny Stóg Izerski ale trzeba obejść się smakiem bo meta jest na Zakręcie Śmierci, bo wątpliwie selektywnym podjeździe ;)

Ktoś powie, to po co jedziesz, skoro trasa Ci się nie podoba ? To nie do końca tak, bo trasa jest nawet ciekawa i ma swoje zalety, ale mając taki potencjał dookoła trochę nie rozumiem organizatora, że po niego nie sięga. Każdy przecież schyli się po leżącą na asfalcie stówkę ;)

Wiślańskie ściganko

Pętla Beskidzka - te dwa słowa od prawie 10 lat "męczyły" mnie strasznie. To właśnie na tym wyścigu, w 2009, pierwszy raz wystartowałem w górach i dostałem taki wpierdziel, że każdy normalny gość skończyłby z kolarstwem. Już na pierwszym podjeździe posmakowałem swoich płuc i zobaczyłem, że jednak jest takie nachylenie że chwila nieuwagi powoduje wheelie...
Kiedy tak prawie leciałem na plecy ludzie mijali mnie jak Ferrari Williamsa w tym sezonie, nie wiedziałem co się dzieje, a na metę dotarłem jak już zamykali sklepy (żart?). Tak czy inaczej, kiedy już przekroczyłem kreskę, jako 37 zawodnik w kategorii (klasyfikacji open na całe szczęście nie było więc nie wiem), zamiast dać sobie spokój z kolarstwem, ja głupi postanowiłem, że kiedyś stanę tu na podium i było to jedno z moich kolarskich marzeń.


fot. Barbara Dominiak

fot. Barbara Dominiak
Od tamtego startu walczyłem z Pętlą co roku i była to bardzo nierówna walka, o której już kiedyś pisałem w tym artykule. W dużym skrócie: "wylegiwanie" się na rozgrzanym asfalcie nie mogąc ruszać nogami z uwagi na kurcze, defekty, bomby kompletne, całkowite odwodnienia, odciski moich bloków na roztapianym asfalcie na Kamesznicy, wylatywanie z zakrętów itd... No było tego sporo...

Jechałem więc do Wisły jak zwykle z myślą, że chcę powalczyć ale może być różnie... mimo iż odczucia związane z formą były dobre. To co mnie niewątpliwie cieszyło to prognozy pogody, zamiast tradycyjnych upałów miało być około 15 stopni, czyli "moja pogoda".

Przyjeżdżam w piątek chwilę przed 22:00 - niestety trzy wypadki na A4 miały tu swój udział - całe szczęście, że klasyczne wprowadzenie zrobiłem u siebie wcześnie rano.
Rano tradycyjnie, najpierw połowa owsianki, potem jazda po numer startowy, powrót - druga połowa owsianki, trochę odpoczynku i jadę na start. Zimno jak diabli ale biorę tylko rękawki - tu robotę robi jak zwykle Sportsbalm.

fot. Barbara Dominiak

Froomie

Nie lubię Frooma... nigdy nie lubiłem. Głównie za styl w jakim jeździ, za, moim zdaniem, pokraczną pozycję na rowerze, za kadencję maszyny do szycia, za ciągłe spoglądanie na swojego Garmina, za to że po prostu przypominał mi robota, a kolarstwo sprowadzał do gry komputerowej, w której jak dobrze porozkładasz siły swoich zawodników, to pierwszy przekroczysz linię mety...

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Nie lubię za to, że może legalnie wspomagać się lekami na astmę, ba - nawet ostentacyjnie potrafi wyjąć inhalatorek na podjeździe i się zaciągnąć. Nie lubię za to, że pomimo wpadki dopingowej może sobie legalnie startować w wyścigach, podczas gdy w takim samym przypadku mniej znanego kolarza już siedziałby w domu z dwuletnim banem na starty.

http://www.giroditalia.it/eng/gallery-list/
Nie lubię, za to, że musiał na niego harować nasz Michał Kwiatkowski na Tour de France, że chwilami wydawało się że nasz zawodnik jest po prostu mocniejszy ale jednak musiał być przybocznym swojego lidera...

No po prostu gościa nie lubię i mam do tego prawo :)

W cieniu Grodów Piastowskich

Grody Piastowskie każdy raczej zna, jedna z nielicznych polskich etapówek i z reguły jeden z głównych celów naszego rodzimego CCC Cycling Team. Swego czasu nawet się śmiano, że wiosenne klasyki World Tour jak np. Amstel Gold race, w których CCC brało udział, to świetne przygotowanie przed głównym celem, czyli Grodami ;)
Tak czy inaczej, organizatorzy postanowili zadbać również o amatorów i dać nam poczuć smak rywalizacji na tych samych trasach, gdzie później siódme poty wylewają zawodowcy. Tym sposobem w sobotę 12 maja znalazłem się w Pieszycach, a dzień później w Jaworze.


Pierwszy wyścig to Korona Gór Sowich i chociaż na samym początku stwierdzałem, że organizator robi sobie z nas kpiny serwując trasę o długości 37km, to po przejechaniu ich w tempie wyścigowym już tak ochoczo nie twierdzę. Wszystko przez fakt, że na tak krótkiej trasie upchnięte zostało 1000 metrów przewyższenia i takie przełęcze jak Jugowska, Sokola i Walimska, czyli jedne z dań głównych które mają do zaserwowania Góry Sowie.